Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

10 marca 2016

JEST O CZYM PISAĆ

I znów minął dzień, dwa, a może nawet trzy. Czas płynął wartkim nurtem jak spadły, zeszłoroczny liść, rzucony z mostku do strumyka przez jakiegoś chłopca będącego z matką na spacerze. 
Świętowanie należnego kobietom dnia potężnym susem przeskoczyło północ i nastał raj dla niewielu miasteczkowych taksówkarzy. Oczy kawiarennika poczynały coraz częściej zasłaniać się powiekami, głowa niebezpiecznie wytracała pion, a nogi… te najbardziej odmawiały posłuszeństwa i chyba po raz pierwszy nie doprowadziły pana Adama do drzwi wejściowych, a miał przecież jedynie przekręcić klucz w zamku. Róża zmęczona zabawą i prezentami (wszak w przeddzień kobiecego święta obchodziła imieniny), zasnęła snem długim i spokojnym. Pani Rybotycka, kucharka, westchnęła z ulgą i z niedowierzaniem, że tym razem nie musi zajmować się sprzątaniem kuchni, bo panowie spisali się na medal. Maria natomiast tej nocy wyjątkowo zamknęła kawiarenkę, zgasiła światło i wbiegła na górę, aby sprawdzić, czy jej mąż jest już w łóżku tak jak Pan Bóg przykazał, czy też uwiesił się na drzwiach otwartej lodówki, co nie byłoby tak bardzo niezwykłe.
I nastał dzień, kiedy to pan redaktor Pokorski kolejny numer „Naszego Głosu” składał, wybierając zdjęcia z imprezy, w której nie dość, że uczestniczył, ale i był jej organizatorem. Zanim właściwego, jak sądził, dokonał wyboru, przysiadł do bieżących publikacji a wśród nich: pani Zofii cenne wskazówki do matury, pana inżyniera Beka opowieść o akrylowym malarstwie, porady sercowe przyjaciółki Marii, artykuł pani Szydełko o tym, co w tym roku latem koniecznie kobiety nosić na sobie powinny, kolejny odcinek powieści autorstwa starego pisarza, rodzonych sióstr zakonnych opowiadanie o tradycji Zielonych Świąt oraz dwa własne reportaże pana redaktora - jeden o postępach w budowie marketu, drugi zaś o rozkwitającym właśnie zakładzie szkółkarskim pewnej pani, która powróciła do podmiasteczkowych włości swego dziadka, aby z niemałym trudem kontynuować hodowlę drzew, krzewów i kwiatów. A jednak tym razem sporo miejsca pan Pokorski przeznaczył na wypowiedzi czytelników pisma, którzy do redakcji napisali, zamieszczając w swych tekstach zapytania takiej między innymi treści: dlaczegóż to ślicznie odnowiony dworzec kolejowy w mieście ma przez pół dnia kasy biletowe na klucz zamknięte? Kiedyż wreszcie miasto wykona punkt podłączenia wody do budującego się marketu, a jest to sprawa magistratu? Czy w końcu miasto zostanie ukwiecone, czy tak jak dotąd ogołocone z darni place i alejki szpecić będą i zniechęcać mieszkańców do spacerów? Dlaczego w tak nierozsądnych godzinach autobus numer dwa kursuje? Kiedy wreszcie szalet publiczny zostanie wyremontowany? Co mają z sobą począć najstarsi obywatele miasteczka? Ani żadnego klubu, ani miejsca do schadzek… czyżby i tę kwestię trzeba będzie rozwiązać przez grono miłośników kawiarenki? No, proszę, tak właśnie napisano. 
Ale, rzecz ważna, w tych tekstach przez zwykłych obywateli pisanych (także anonimowo), nie zadawano jedynie pytań, ale i sugerowano konkretne rozwiązania. Ot, choćby w kwestii ukwiecania miasta wskazywano na to, że wokół miasteczka znajdują się dwie prężnie działające szkółki ogrodnicze, więc czemuż by nie skorzystać z ich usług i towaru. Albo w przypadku tego braku atrakcji dla osób starszych postulowano, aby przed nowo wybranym dyrektorem Miejskiego Domu Kultury postawić takie właśnie zadanie, aby znalazło się w tym przybytku miejsce dla seniorów. Temat ten bowiem przez cale lata leżał jak mierny zapaśnik na łopatkach, a tu w wielu miejscach słychać i słychać przyjemnie o otwieranych uniwersytetach trzeciego wieku. Czemu więc nie u nas?
Pan redaktor Pokorski zadumał się srodze i nie mniej intensywnie uśmiechnął, a był to uśmiech, w którym bystry obserwator dopatrzyłby się wcale nie odrobiny sarkazmu.
- Już widzę minę pana burmistrza, kiedy to przeczyta - przemówił do siebie pan redaktor. - Zadzwoni do mnie i zapyta: „Panie, a skąd ja na to wszystko pieniądze wezmę”, a wtedy ja odpowiem, że po to jest burmistrzem, aby wiedział, skąd brać.
Kiedy już zdjęcia, przy wydatnej pomocy swojej połowicy wybrał, kiedy numer złożył i wysłał pocztą do drukarni, zapuścił silnik auta i jeszcze przed wieczorem udał się do Ciżemek.
Tam pracowała wynajęta koparka; prócz niej Piotr weterynarz, bracia Piotra i Joanny oraz Wołodia stawiali wały. Nie była to robota ponad ich siły, gdyż największa praca przypadała operatorowi ciężkiego sprzętu. Zresztą pomogła też i natura. Tworzący się zalew instalowany był w niecce, do której w czasie większego wód wezbrania czy okresowych mocnych opadów spływał nadmiar wody. Ta nie rozlewała się jednak dalej po terenie, gdyż od zachodniej strony, dokąd ciek wodny zmierzał, brzegi niecki wznosiły się o kilka metrów powyżej lustra wody, gdyby nią do tego zagłębienia terenu wpuszczono. Główne prace polegały więc na tym, aby zewsząd brzegi niecki umocnić, nie dopuszczając do przelewania się wody. W ten sposób, jak obliczono, po napełnieniu sztucznego zbiornika rzeczną wodą, powstanie co najmniej trzyhektarowy zalew o głębokości do czterech metrów. Nadto, po zainstalowaniu niewielkiej tamy w przypadku nadmiaru opadów, można będzie uzupełnić poziom wody w zalewie, zwiększając wysokość lustra wody nawet do sześciu i pół metra, a następnie dbać o to, aby spuszczać wodę stopniowo i regularnie w taki sposób, aby położonemu nieco niżej miasteczku, zwłaszcza jego peryferiom, nie zagrażała już nigdy powódź, która nie jeden już raz czyniła w okolicy niemałe spustoszenie.
Pan redaktor Pokorski z przyjemnością przyglądał się pracującym i pewnie gdyby nie to, że po długim dniu edytorskiej pracy odczuwał zmęczenie i najchętniej to by się spać położył wcześniej niż zwykle, pospieszyłby do tych młodych ludzi z własną łopatą.
Nie byłby jednak dziennikarzem, gdyby kilku zdjęć z „budowy” nie zrobił. Miał też już tytuł kolejnego artykułu: „Miastu powódź nie zagrozi”.

[08.03.2016, Le Mans we Francji]

4 komentarze:

  1. I po przeczytaniu tak napisanego tekstu znowu się zastanawiam jak Ty się nazywasz Szanowny Pisarzu i kiedy bedziesz miał czas żeby się z nami spotkać na swoim wieczorze autorskim.
    SZACUN - jak mawiają młodzi.
    :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dołączam do zdania Stokrotki, życzyłabym sobie mieć choć mały tomik pod ręką i na spotkanie autorskie chętnie przyjdę:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Do Stokrotki i Jotki, czyli dwie w jednej: jeśli już kiedykolwiek za mojego nieszczęsnego życia to się stanie, abym cokolwiek miał wydać, a już, o Matko Boska, na jakim wieczorze autorskim, do tego własnym, wystąpić, to jeśli już, to zbieram materiał do stu opowiadań, własnie stu, ani mniej, ani wiecęj i pod takim właśnie tytułem. Nie powiem, mam ich już sporo i zbliżam sie do tej setki, jednakowoż czekają mnie niezbędne korekty, a jest to praca, jesli nie Syzyfa, do tego, co Augiaszowe wyczyścił stajnie. Jeszcze z zagranicy pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oczywiście, pisać i zostawiać swój ślad na tej ziemi. Dla siebie i potomnych. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń