Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

05 marca 2016

UKŁADY


Przenikliwie chłodny i kapryśny był to dzień, kiedy pan profesor pojawił się w kawiarence razem z mężczyzną po czterdziestce, brodatym, nadto w czarnym kapeluszu i tegoż samego koloru płaszczu za kolana. Zaprawdę częstujący się ciepłą herbatką i kawą, jak i też procentowymi trunkami goście, chcąc nie chcąc, zwrócili na tajemniczego jegomościa uwagę. Zanim panowie zasiedli przy jednym z wolnych stolików, pan profesor artystycznie przywitał się z panem Adamem, tudzież Marią, która z miejsca zaproponowała strudzonym i zmokniętym coś do przekąszenia i nie były to ciasteczka z kawą, lecz najprawdziwszy obiad: pęczakowy krupniczek z wcale pokaźną mięsną wkładką; na drugie zaś placki ziemniaczane z surowych i gotowanych kartofli z cebulką lub na słodko, do wyboru. Pan profesor z kolei rzucił okiem na plenerowe obrazy swoich studentów, które prezentowały się całkiem nieźle, przypominając mu cieplejsze chwile minionego września.
Panowie zaledwie kilka słów z sobą zamienili, gdyż z pierwszym daniem (w sumie trzy talerze) na tacy pojawiła się Maria. Ten trzeci był dla księdza, który zajął był stolik obok, a teraz odpowiadał na ukłony pana profesora i mężczyzny w ciemnobrązowym surducie, który teraz zdobił jego szczupłą acz przystojną sylwetkę po zdjęciu czarnego wierzchniego odzienia. A kiedy przyszło do drugiego dania, pan profesor uprosił Marię, aby swego męża co rychlej do stolika sprowadziła, choć wcale niekonieczna to była fatyga, gdyż kawiarennik na chwilkę dłuższą w kuchni przez panią kucharkę Rybotycką zatrzymany, wiedział, że przysiąść się do pana profesora powinien, co zresztą zrobił, gdy panowie placki połykali.
- Niech pan pozwoli, panie Adamie, że mu przedstawię mego przyjaciela, pana Rafała Korfantego - wyrzekł pan profesor na powitanie. - A to nasz gospodarz znamienity, pan Adam Karski - dodał wkrótce. - Prawda, panie Adamie, jak bardzo historycznie brzmi nazwisko mojego przyjaciela? Ale przecież nie dla samego nazwiska sprowadziłem go do pana.
Kawiarennik z panem Rafałem uścisnęli sobie dłonie i zaraz rozpoczęła się rozmowa. Akademik, choć artysta, lubował się w konkretnym i zwięzłym przedstawianiu sprawy i może z tego powodu wyśmienicie z panem Adamem się dogadywali, bo ten również do rzeczy gadał i pełen był zapału, gdy tylko temat dyskusji go zainteresował.
W rozmowie szło o to, że w miasteczku zwalniało się stanowisko dyrektora Miejskiego Domu Kultury i ogłoszono konkurs, do którego pan Korfanty zamierzał przystąpić. Znając powszechnie panujące na naszym, nie zawsze bożym świecie zwyczaje, pan profesor forsując kandydaturę przyjaciela, chciał dyskretnie wywiedzieć się, czy miasteczkowe układy pozwolą na to, aby nominację mógł otrzymać ktoś z zewnątrz.
- Otóż panie Adamie, ja oczywiście mogę ręczyć za fachowość i inteligencję mojego przyjaciela, lecz nie oszukujmy się, w dzisiejszych czasach merytoryczne względy nawet na konkursach ustępują znajomościom i w związku z tym moja prośba ogromna: czy mógłby pan z pomocą swoich przyjaciół dowiedzieć się, czy pan Rafał ma jakiekolwiek szanse na to, aby został potraktowany tak jak pozostali kandydaci? Broń Boże, nie chodzi mi o protekcję, jakiekolwiek sugestie skierowane do władz miejskich. Byłoby to sprzeczne z moimi poglądami, a jestem bogaty w takie niekoniecznie miłe doświadczenia. Jedyne o co proszę, to uzyskanie odpowiedzi na pytanie: czy miasto ma już upatrzonego kandydata i wspierać go będzie do krwi ostatniej, czy pozostawi komisji konkursowej niełatwy wybór?
- Ja, panie profesorze, nie jestem z tematem obeznany, ale, jak sądzę pani Zofia Koteńko, pani mecenasowa Szydełko a wreszcie pan radca Krach mógłby się podpytać kogoś z magistratu.
- A słyszałem, słyszałem wiele dobrego o panu radcy.
- Trudno o panu radcy nie słyszeć. Znany jest z tego, że zna wszystkich w miejskiej radzie i swego czasu w dobrej komitywie był z samym burmistrzem, ale muszę zaznaczyć, że pan Krach nie jest zaciekłym wielbicielem wszystkich pomysłów miejskich włodarzy. Potrafi mocno uszczypnąć lub pobóść, gdy potrzeba, ale z pewnością i oczy i uszy ma otwarte, więc niechybnie się czegoś dowie.
 Milczący dotąd pan Korfanty sprawiał wrażenie zafrasowanego i w końcu przyznał szczerze, że w takiej sytuacji znalazł się po raz pierwszy i nie chciałby, aby pomyślano, że choćby i po trupach na stanowisko się garnie.
- Ty mi tutaj nie odwracaj kota ogonem - skarcił go akademik. - Przecież wiem, że za żadne skarby nie wkroczyłbyś na kumoterską ścieżkę awansu, ale z drugiej strony przykro by było, gdyby ktoś z takimi pomysłami miał odpaść w przedbiegach tylko dlatego, że miasto, nie zważając na reguły konkursu, już zadecydowało. Ja, panie Adamie, przeczytałem jego koncepcję i wiem, że warto w człowieka zainwestować.
- Jeśli chodzi o pana plany - kawiarennik zwrócił się do Korfantego - to może warto by z nimi zapoznać panią Zofię. Ta kobieta ma dar zjednywania sobie ludzi, że tak powiem, kultury. Zresztą, śmiem twierdzić, że gdyby się panu udało, miałby pan w pani Koteńko silną sojuszniczkę.
- No cóż, chciałbym spróbować czegoś więcej w swoim życiu. Pracowałem dotąd w klubie studenckim, w szkole, w bibliotece i wydaje mi się, że przyszedł czas na coś więcej, na bardziej niezależną pracę. Ale te układy, o których słyszę… to mnie mierzi i zniechęca - westchnął Korfanty.
- Nie pana jednego - przyznał kawiarennik. - Właściwie jedynym człowiekiem, który mógłby, gdyby chciał, rozbić te miejskie układy jest pan Krach… tyle że on do władzy się nie sposobi i nad wyraz ceni sobie niezależność.
Na te i wcześniejsze słowa zareagował siedzący przy stoliku obok ksiądz emeryt Kącki.
- Przepraszam panów, że nieskromnie przysłuchiwałem się prowadzonej przez was rozmowie, ale jakoś trudno mi uwierzyć i pogodzić się z tym, że w naszym publicznym życiu dominują układy.
Żeby sprawdzać przed konkursem, czy ma się w nim szanse wygrać i czy przypadkiem stanowisko nie jest już z góry „zaklepane”? To niepodobna i nie po chrześcijańsku.
- Ani nie po chrześcijańsku, ani nie po bożemu, proszę księdza - odezwał się pan profesor - ale dzisiaj tak właśnie przedstawiają się sprawy. Czy ksiądz nie doświadczył podobnych sytuacji wśród osób duchownych i instytucji kościelnych?
- Miły panie, to prawda. Ale powiem panu, że kościół katolicki jest instytucją hierarchiczną z ograniczoną bardzo demokracją, więc w tym wypadku sugestie dotyczące obsady stanowisk mieszczą się w charakterze kościoła. Nie chce przez to powiedzieć, że w pełni aprobuję ten stan rzeczy. Przeciwnie - zawsze opowiadałem się za większą czytelnością decyzji zwierzchników. Natomiast w przypadku rządu, samorządu, o ile mnie starcza pamięć nie zawodzi, mamy demokrację, a ta wymusza przejrzystość wyboru na poszczególne stanowiska.
- Procedury mamy piękne - przyznał z uśmiechem akademik - ale ksiądz pewnie potwierdzi, że diabeł tkwi w szczegółach.
- Zapewne… zapewne, ale diabeł sam z siebie nie zaszkodzi, jeśli nie ma pożywki, a tą są ludzkie słabości, te wielkie i te z pozoru niewinne.
- Jak się przed nimi uchronić? - zapytał kawiarennik.
- Słabości wpisane są w naturę każdego człowieka. Nikt nie jest doskonały, bo gdyby nim był, to jaki sens miałoby istnienie Boga? Najważniejsze, moi panowie, to poznać swoje słabości, a jeżeli poznasz, jeżeli je porządnie ułapisz, to zwalczyć je łatwiej, nie dziś to jutro, ale trzeba się starać… i trzeba dawać przykład swoim życiem, bo na tym padole jedno życie mamy, a Pan Bóg widzi i jeśli nawet w swoim miłosierdziu na tamtym jego świecie do raju nas zaprowadzi, to różnej trudności drogi do niego wskaże. Wybaczcie, panowie, że może w pierwszej chwili, kiedy się odezwałem, usłyszeliście moją naiwność, ale była to raczej moja niezgoda. Ja przecież wiem, że tak jest na tym świecie. Moje stare uszy słyszały o takich niesprawiedliwościach, że pewnie nikt z was… tak, tak… w konfesjonale… muszę milczeć, lecz to milczenie czasami nie pozwala mi zasnąć. Człowiek tworzy wiele dobrego, ulepsza świat, unowocześnia, ale czy staje się lepszy, sprawiedliwszy? No cóż, panie Korfanty, jeśli i ja mogę i chcę być pana sojusznikiem, to życząc panu sukcesu, spróbuję pomóc panu modlitwą, bo tylko to mnie, staremu księdzu zostało.
Zrobiło się po tym przemówieniu jakoś nostalgicznie i poważnie. Zatriumfowało złote milczenie i pewnie tak by zostało, gdyby w kawiarence nie pojawił się pan radca Krach z małżonką. Oboje dziwiąc się ciężkiej, zadumanej atmosferze, przysiedli się do stolika księdza Kąckiego.
- A cóż to panowie takie nietęgie miny mają? - napoczął rozmowę radca Krach, po czym znacząco chrząknął, zerkając w stronę księdza. - Niniejszym pragnę państwu zakomunikować, że zgodnie z projektem pana redaktora Pokorskiego składamy pojutrze wniosek o założenie fundacji dobroczynnej. Pan redaktor i ja proponujemy na prezesa pana Laskowskiego z branży mięsnej, zaangażowanego w budowę korporacyjnego marketu. Co państwo na to? Aha, zgodnie z deklaracją, panie Adamie, widzielibyśmy pana jako jednego z nadrzędnych założycieli. Ostrzegam, że odmowy nie zniosę - roześmiał się pan radca. - A ponieważ nasz wielebny ksiądz Kącki zapałał chęcią przyłączenia się do naszej gromady, to życzyłbym sobie, aby i on, jako duchowna osoba wszedł do naszej spółki, przez co mielibyśmy ułatwiony kontakt z Opatrznością… a ci wciąż milczą…. z szampanem zaczekajmy do rejestracji. Dzisiaj natomiast stawiam wszystkim po kieliszeczku koniaku. Co wy na to? 

[01.03.2016, Lille we Francji]

2 komentarze:

  1. Inwestowanie we właściwego człowieka jest potrzebne,ale najpierw należy rozbić te stare, betonowe układy, co wcale nie jest łatwe i trzeba wielkiej determinacji, aby to zrobić. Oczywiście z pomocą zaufanych przyjaciół, a ci jak zwykle nie zawiodą.

    OdpowiedzUsuń