Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

21 marca 2017

KAWIARENKA (83) WIOSENNA PEREGRYNACJA

Wiosna nieśmiało budziła się w oparach przedpołudniowych mgieł, w dżdżu wieczornym, we wczesnoporannych przymrozkach, w kapryśnym słońcu, które bawiło się z chmurami w chowanego, w niewielkich opadach deszczu, który nasączał i tak wilgotną już po wcześniejszych roztopach ziemię.
Rzeczka omijająca las od południowej strony, przepływająca obok posiadłości Anny i Wołodii, gdzie ponownie rozpoczęły się prace nad pensjonatem i gmachem domu zdrojowego; ocierająca się o gospodarstwo Joanny i Piotra Kosmowskich i wreszcie dotykająca dominium najnowszych osadników - państwa Majewskich. Ta rzeczka, która od dawien dawna była chlubą miasteczka, dzisiaj prowadząc swoje bystre i spiętrzone wody, rozlewała się łagodnie w stronę łąk, pogłębiając zalew utworzony przed rokiem z inicjatywy młodych Kosmowskich. I zalew, usytuowany w tym właśnie miejscu, chronił miasteczko przed wiosenną powodzią, a to z uwagi na ustawienie na rzeczce tamy: przepuszczała ona pożądane ilości kłębiących się wód, czego pilnowani wyznaczeni przez burmistrza pracownicy zajmujący się utrzymywaniem rzeki w czystości.
Razu pewnego pan radca Krach wraz z panem leśniczym Gajowniczkiem dokonali w niezbyt urodziwym i bogatym w lata służbowym gaziku leśnictwa objazdu tych ciżemkowskich ziem. Ubrani przepisowo w gumiaki z długimi cholewami wysiadali co i rusz z auta, brnąc przez pola, miedze, grząskie ścieżyny porośnięte po obu stronach wierzbą i olszyną; docierali do węższych o tej porze roku piaszczystych łach rozciągających się na niestromych, południowych zboczach świerkowego lasu, wstępowali na podmokłe pola leśnictwa leżące po północnej stronie rzeki i te rozległe nieużytki po południowej stronie, lesiste, to znów stepowe, czekające na nowych gospodarzy, albowiem tereny te przeznaczone były pod zasiedlenie.
Jeszcze przed dwoma laty nikt by nie przypuszczał, że na tych wątłych, zachwaszczonych, obfitych w łąkową roślinność glebach narodzi się nowe życie. Młodzi Kosmowscy dali początek nowemu; później pan radca Krach umyślił sobie pobudować leśny domek dla córki i zięcia… i tak się zaczęło… przybyli Majewscy, a wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że po południowej stronie rzeczki, w górnym jej biegu, pojawią się nowi osadnicy i że trzeba będzie pociągnąć wyżej drogę, zelektryfikować perspektywicznie tę część Ciżemek, która dotąd cywilizacji nie zaznała.
Panowie radca i leśniczy zajęci byli podpatrywaniem rodzącej się do nowego życia przyrody. Z jakąż przyjemnością obserwowali nadciagające od południa stadka szarych gęsi, żurawi i kaczek, które upodobały sobie zarówno sam zalew, jak i też rozlewiska powyżej zalewu. Pan radca, zawzięty miłośnik wędkarstwa oczami wyobraźni penetrował wody w poszukiwaniu karpi, linów, płoci, wzdrąg, szczupaków i karasi, których to narybkiem wzbogacił był wody rzeki i zalewu. 
- Coś mi się wydaje, przyjacielu, że w tym roku rozpoczną się prawdziwe połowy - oznajmił radca Krach panu leśniczemu. - Popatrz ileż to wody przybyło w zalewie, a i rzeczka spławna. Nigdym jej takiej nie widział. Mieli ci młodzi Kosmowscy nosa z tą tamą. A marzy mi się jeszcze jedno… aby w tych zakolach rzeki powyżej pensjonatu utworzyć małe stawy hodowlane z karpiami. Może znajdzie się jaki chętny na takie przedsięwzięcie. Zauważ, że chociaż karp w wolno stojącej wodzie rozmnaża się najlepiej, to jednak stały dopływ czystej rzecznej wody, rzecz jasna w rozsądnych ilościach, tej prokreacji nie zaszkodzi.
A w innym miejscu pan Gajowniczek przejął rolę bystrego obserwatora i opowiadacza.
- Widzisz pan, panie radco, to, co widzą moje oczy… o tam, po drugiej stronie rzeczki przy wodopoju stadko dzików, a dalej sarenki. Oj, przy tak wezbranej rzeczce zwierzęta nie zdecydują się na przeprawę na drugą stronę, będą się trzymać lasu i tych ozimin, które dla nich posiałem, bo jeśli chce się zwierzostan utrzymać i powiększać, należy o niego dbać i nie doprowadzać do tego, aby stworzenia, zwłaszcza dziki, zaczęły harcować po ludzkich polach, dalekich, tych po drugiej stronie rzeki. Myślę nad tym, panie radco, że wypadałoby przed wodopojem położyć nad rzeczką prowizoryczną kładkę, po której mogliby podążać miłośnicy konnych i rowerowych przejażdżek. 
- Znaczy się, panie leśniczy, mówi pan o tej turystycznej trasie, którą pan zaplanował.
- Właśnie o tym mówię. Będzie ona wiodła od miasteczka lasem, po północnej stronie rzeczki, następnie skieruje się nią na tę stroną, bo wie pan, dzikiej zwierzyny bez potrzeby płoszyć nie trzeba. Dalej turystyczna trasa wycofa się na skraj gospodarstwa Kosmowskich, potem przemknie się przez posiadłość pańskiej córki i dalej pobiegnie dwa kilometry w górę rzeki… tam już jest most… i powróci przez las, leśnym duktem do linii kolejowej obiegającej las i do miasteczka.
- Całkiem spora będzie ta trasa.
- Obliczyłem sobie, że nie mniej niż szesnaście kilometrów - pochwalił się pan Gajowniczek, lecz na chwilę przytłumił się jego zapał. - Widzi pan, panie radco, tylko ta kładka będzie niejakim kłopotem dla kajakarzy. Wszak już raz muszą oni wysiadać z kajaków, aby obejść tamę… i teraz ta kładka, na którą mam już przygotowane drzewo…
- A cóż to, przyjacielu, za kłopot dla tych dzielnych ludzi, tych rzecznych marynarzy… że grzbiety sobie rozprostują? Toż to najmniejszy problem.
- Tak pan mówi?
- A pewnie. Jeśli tylko zezwolenie na postawienie tej przeprawy pan ma…
- Akurat w tym miejscu rzeczka przynależy do leśnictwa, więc się postarałem.
I tak panowie ponownie wsiedli do gazika - słońce akurat zza chmur wychynęło - pan Gajowniczek zapuścił motor i w drodze do leśniczówki obaj o czymś niezwykle podniosłym dyskutowali, o czymś, co oprócz pana radcy Kracha spowite było tajemnicą. Nie było to natomiast tajemnicą dla leśniczyny, pani Tereski, która jeszcze tego dnia nie powróciła z biblioteki i pewnie też rozmyślała nad tym, co zakorzeniło się w głowach jej i męża.
A pan radca… no cóż, on miał być w tej istotnej sprawie doradcą, a może i spowiednikiem, w każdym bądź razie kimś niezwykle istotnym, z którego głosem ci dwoje liczyli się bardzo.

[11.03.2017, Coventry w Anglii]  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz