Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

28 marca 2017

KAWIARENKA (85) TAJEMNICA ROZWIĄZANA

- No, opowiadaj, kochana.
Pani Janeczka Szydełko odsunęła nawet od siebie kubek z gorącą, aromatyczną czekoladą, za którą przepadała. Państwo Koteńkowie również z niecierpliwością oczekiwali na to, co też pani Tereska ma do powiedzenia po powrocie z dużego miasta.
- Ależ dzisiaj zimno - stwierdziła pani Gajowniczek i otoczyła obiema dłońmi stojącą przed nią szklankę herbaty, aby ogrzać gorącym szkłem dłonie.
- A ja będę się upierał przy swoim - odezwał się doktor Koteńko. - Zamówię dla pani ciepły posiłek. W takie pogody trzeba koniecznie nasycać żołądek czymś ciepłym i kalorycznym.
- Ależ panie doktorze, mąż czeka na mnie z najprawdziwszym myśliwskim bigosem… a do tego gęsta grochówka. Będzie niepocieszony, gdy odmówię, tłumacząc się, że jadłam już na mieście.
- No, jak pani woli, ale według mnie to drżenie…
- Skarbie, ten twój doktorsko-mentorski ton znów się pojawia - skarciła pana doktora pani Zofia. - Ja wiem, ty się starasz… i na pewno masz rację, ale pani Tereska, jak sądzę, drży nie tylko z powodu zimna.
- Więc… moja droga, opowiadaj - ponagliła leśniczynę pani Janeczka.
Znać było, że pani Tereska rada by podzielić się wiadomościami, z jakimi przybyła do kawiarenki, lecz coś ją jeszcze wstrzymywało; czy to nie mogła odnaleźć właściwego słowa, czy też nie potrafiła tak po prostu przejść do sprawy najważniejszej; dość powiedzieć, że zanim otworzyła się przed przyjaciółmi, uszczknęła odrobiny herbaty i popróbowała korzennego ciasteczka, które przed nią na szklanym talerzyku postawiono. Wreszcie jednak, skuszona pytaniami pani Janeczki, zaczęła opowiadać.
- Wczoraj byliśmy tam po raz trzeci. Tym razem wyznaczono już nam konkretny termin. Nazwali to szkoleniem, które tak czy owak musimy przejść, a od niego właśnie zależeć będzie wszystko. Rozumiecie, kochani, chcą sprawdzić, czy się nadajemy, czy damy sobie radę… bo dobro dziecka najważniejsze… i ja to rozumiem. Ale tak w ogóle to najtrudniej było pierwszym razem, kiedyśmy tam zajechali. Ja wiedziałam, że największym problemem może być nasz wiek. Mąż był sceptyczny, a ja… ja założyłam na siebie tę kremową sukienkę, w której, jak mi się wydaje, wyglądam młodziej, a wszystko po to, aby jak najlepiej się zaprezentować na zewnątrz, gdy tymczasem trzeba było o sobie opowiadać, a tu jak raz, język stanął mi w gardle, plątałam się, nie potrafiłam sklecić zdania, a mąż… popatrzcie państwo, taki niby małomówny, zamknięty w sobie… on wypowiadał się tak przejrzyście, jakby nauczył się na pamięć swojej roli i występował z nią nie po raz pierwszy na scenie, aż mu zazdrościłam. Bo, wiecie państwo, tam stawiają pytania, czy zaakceptowalibyśmy dziecko bez względu na płeć i wiek, a także, czy gdyby miało jakieś defekty fizyczne… to jak inaczej odpowiedzieć, jeśli nie potwierdzić… a przecież kiedyśmy zobaczyli Dorotkę, to… to od razu… on i ja… że tylko ona, taka przymilna… jak ona na nas patrzyła swymi bursztynowymi oczętami, jak lgnęła do nas… a inne dzieci? Uwierzcie mi, że po pierwszym spotkaniu, kiedy wracaliśmy, miałam oczy pełne łez… bo jakże to - wziąć jedną, a inne pozostawić? Ja wiem, że nie tylko my mieliśmy takie plany; wiele par przyjeżdżało… i wtedy kolejny niepokój: a jeśli za tą Dorotką oglądają się inni? Jeśli nam ją sprzed nosa zabiorą? Jak my to przeżyjemy?
Na trzecim spotkaniu powiedzieliśmy już o Dorotce. Pani psycholog przyjęła to do wiadomości, może nawet była zadowolona z tego, że dokonaliśmy wyboru, ale… no właśnie, powiedziała, że tak naprawdę to dziecko powinno dokonać wyboru przyszłych rodziców, bo jego dobro jest najważniejsze, a więc przyjdzie nam czekać, co ono powie, w jaki sposób się zachowa, kiedy weźmiemy ją z sobą na weekend… a tak, pozwolą nam niedługo zabrać ją z sobą do domu, jeszcze bez zobowiązań. A potem jeszcze wspólne i oddzielne rozmowy z naszą trójką. To trochę potrwa, a chciałoby się już od jutra ją mieć, bo każdy dzień w domu dziecka potęguje niepokój i nasz i tej małej. A co do naszego wieku, to i owszem, nie był to argument za, ale też nie przekreślał naszych szans. Ważne, że jesteśmy ustatkowani, warunki mamy lepiej niż przeciętne; ja po pedagogice, mąż na stanowisku, dom dla wychowania dziecka wymarzony; oboje wprawdzie pracujemy, ale Dorotka jest w takim wieku, że poszłaby do przedszkola, które o przecznicę dalej od biblioteki, gdzie pracuję, więc wszystko powinno się ułożyć… a i młodym jesteśmy małżeństwem pomimo wieku. No i pani psycholog przyjedzie do nas z wizytą, aby się rozpatrzeć, czy dziecko będzie miało swój pokoik, no i w ogóle, jak mieszkamy. Mąż już zabrał się do pracy, pokój odnawia, nawet mebelki kupił… i zabawki. Ja mu mówię, obyś tylko nie zapeszył, a on, że zrobi wszystko, aby pani psycholog nie miała zastrzeżeń, no i, że jeśli zobaczy, jak bardzo się przygotowujemy, to pomyśli sobie, że tego dziecka bardzo potrzebujemy. I ma w tym rację. Podchodzi do tego w psychologiczny sposób, choć psychologia to nie jego domena; bardziej moja.
Pani Janeczka chwyciła mocno dłoń pani Tereski, tak mocno, że aż zabolało.
- Wierzę, że wam się uda, skarbie… i to jak najszybciej.
- A gdyby chodziło o opiekę zdrowotną - napomknął doktor Koteńko - to proszę śmiało powiedzieć, że będę na zawołanie o każdej porze dnia i nocy.
- Dziękuję, panie doktorze. Ja wiedziałam, że na panu… na panu zawsze można polegać - tu łzy szczęścia zaszkliły się w oczach pani Tereski, lecz były to łzy takie, z którymi każdemu byłoby do twarzy.
- Zobaczysz, moja droga, wszystko pójdzie po waszej myśli. Zasługujecie na to dziecko i będzie mu dobrze z wami - zapewniła panią Tereskę pani Zofia.
Skosztowali teraz czekolady, herbaty i ciasteczek, a pani Tereska, choć uspokojona i szczęśliwa w całej swej postawie, na koniec zadała jeszcze jedno nurtujące ja pytanie:
- Ciekawa jestem, jak na ten fakt zareagują nasi przyjaciele? Czy nie potraktują go jak jakieś dziwactwo z naszej strony?
- A o to niech pani będzie najzupełniej spokojna - powiedziała pani Janeczka Szydełko. - Wszyscy będziemy cieszyli się waszym szczęściem. A gdyby się choć jeden taki znalazł, co myśli inaczej, popamięta.

[22/23.03.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

2 komentarze:

  1. Dr Koteńko dalej służy pomocą. Tym razem będzie pomagał adoptowanemu dziecku. Ten świat taki mógłby być piękny. Szkoda, że ludzie nie są tacy, jak w tym miasteczku.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. To ci niespodzianka ;-) temu dziecku wśród takich przyjaciół będzie jak w niebie ;-)

    OdpowiedzUsuń