Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

04 marca 2017

WYDMUCH 1.

Miałem coś zrobić z tą "Prowincją". Otóż i wymyśliłem wstęp, czy jak kto chce pierwszy rozdział. Przywołałem do życia dwie postaci: kobiety, która też musi mieć coś do powiedzenia o miasteczku oraz literata-pisarza, który z kolei podjął się uporządkowania opowieści profesora, ale czy tylko jego?
Długo zastanawiałem się nad zmianą tytułu tego zbioru opowieści. Krakowskim targiem wybrałem "Wydmuch" jako miejsce odległe od zaludnionego centrum. Tak oto "Prowincja" staje się "Wydmuchem".

WYDMUCH 1.
Tak, tak, proszę pana, skoro już pan przyszedł i był umówiony, to ja zaraz powiadomię i wejdzie pan do niego, tylko bardzo proszę, aby nie zajął pan mu dłużej niż dwie godziny. Jest przemęczony, powiedziałabym więcej, zmęczony życiem, choć przecież nie jest stary, o nie, dobiega zaledwie siedemdziesiątki, ale pamięć ma niezawodną; im głębiej zanurza się w przeszłość, tym więcej pamięta, typowe, prawda, dla naszego wieku; nie mówię o pańskim, rzecz jasna, bo pan młody, powiedzmy, że w średnim wieku, więc jeszcze nie czas na taką retrospekcję. Widzę u pana notatnik i dyktafon… tak to teraz się nazywa? Dyktafon? Ja wiem, bo on sam polecił mi kupić i nagrywa swój głos. Już dwie karty pamięci wymienił. Pan się uśmiecha, że ja, stara kobieta, operuję takim słownictwem, ale to wszystko przez mojego wnuka; to on właściwie zakupił dla niego ten sprzęt do nagrywania i wytłumaczył mi, jak to wszystko działa, więc wiem.
To bardzo dobrze, że on pana zna. Ja niestety nie miałam z panem przyjemności… choć może się mylę. No, niech pan powie, zaledwie cztery kilometry, a ludzie nic o sobie nie wiedzą…. To moja wina, bo, widzi pan, ja z miasteczka prawie nigdy nie wyjeżdżałam. Tylko tutaj, to dziwne, prawda… ale gdzie mi tam po świecie się włóczyć, skoro tutaj jest moje miejsce, tu mój świat: rodzina, znajomi, domek po rodzicach z ogródkiem. Wydaje mi się, że nigdy nie byłam samotna, choć męża nie miałam. Pan pewnie zastanawia się, dlaczego, skoro mam wnuka? Cóż, los tak sprawił, ale przecież nie przyjechał pan po to, aby dowiedzieć się czegoś o moim życiu, choć pewnie i o mnie pan wspomni, bo jeżeli zamierza pan ogarnąć całe jego życie, to niewielką część spędziłam właśnie z nim.
Czy to prawda, że autor, literat pisze właściwie jedną książkę w życiu? On tak mówi, zawsze to powtarza, że nie sposób pisać inaczej: tematy się zmieniają, okoliczności, zdarzenia, a klimat pozostaje ten sam… tak, on mówi o klimacie; to niedookreślone pojęcie, które jednak sprawia, że poznajemy czyjś charakter pisma - tak się wyraził - charakter pisma, ale ja wiem, o co mu chodzi.
Jeszcze piętnaście minut. Punktualnie o siedemnastej podejdę do drzwi i zapukam - natychmiast się obudzi. Pan zapewne jest zdziwiony tym, że tak bardzo przestrzegam tej godziny… i on przestrzega, i naprawdę budzi się automatycznie po przespaniu półtorej godziny. W okresie zimowym robi sobie drzemkę o godzinę wcześniej. Podczas tej drzemki biorę książkę i czytam, a potem, kiedy już się obudzi, a ja skończę czytać, podaję mu ciasteczka, herbatę i kieliszek koniaku. Właściwie to spędzamy ten czas razem. Dzisiaj przyszedł pan, nie szkodzi, że trochę wcześniej, bo lubię rozmowy z ludźmi, którzy przychodzą do niego i niech pan sobie wyobrazi, że zwykle bywają u nas gości o tej właśnie porze, po popołudniowej drzemce i mam nadzieję, że nie pogniewa się pan o to, że zanim odbędzie z nim rozmowę, wypijemy herbatkę w trójkę… i oczywiście ten koniaczek z ciasteczkami. Wie pan, u nas to rytuał. Potem mogę się usunąć w cień, choć jeśli pan pozwoli, to będę przysłuchiwać się waszej rozmowie; może sama coś dopowiem, bo ja przecież całe życie spędziłam w tym miasteczku, a panu chodzi o to, aby je opisać, miasteczko i okolice, ludzi, których się pamięta; także tych, których już nie ma z nami.
Ja też znam wielu ludzi… pan wie, ja w domu kultury pracowałam od samego początku. To nie tak, że jakoś wybitnie się starałam, zabiegałam, szukałam znajomości, o nie… skończyłam liceum plastyczne, a ówczesny kierownik poszukiwał kogoś, kto będzie potrafił umaić ten gmach, nadać mu życie kolorem, rysunkiem, plakatem i hasłami. Skusił mnie tym, że daje mi wolną rękę jeśli chodzi o dekorację sal i tym, co ma się znaleźć na wielkich tablicach w parku przed budynkiem. Marzyłam wprawdzie o studiach na Akademii, ale kierownik przekonał mnie, że w tym miejscu będę potrzebna. A jeśli będziesz chciała malować, mówił, maluj, sam ci kupię wszystko, co tylko będziesz potrzebowała, ale zostań z nami; tu jesteś potrzebna, powtarzał… co miałam robić? Skusiłam się i wkrótce sama stwierdziłam, że postąpiłam słusznie, bo miałam chorą matkę (ojciec zginął na wojnie), a idąc na studia, musiałabym ją zostawić samą… rozumie pan, a tego nie chciałam. I tak zostałam w domu kultury aż do emerytury. Może i o tym warto napisać?
 A z nim jestem już od dziesięciu lat. Nie wiem, czy to pana zainteresuje, nie chciałabym się narzucać; w końcu w naszym miasteczku jest tylu interesujących ludzi, a ja to już chyba na samym szarym końcu… ale wie pan, on powiedział kiedyś, że chciałby ze mną spędzić resztę swojego życia, że starość nie znosi samotności. Uśmieje się pan, ale wyraził się, że potrzebna mu jest opiekunka… a miał wtedy dokładnie pięćdziesiąt dziewięć lat, więc był jeszcze młody. Gdzież to się myśli w tym wieku o starości? A on myślał. No i dogadaliśmy się. Początkowo myślałam, że zaproponuje mi ślub. Jak ja się tego bałam, dziwne, prawda? Że kobieta, że każda kobieta to tęskni za taką życiowa przemianą, a ja? Ja nie chciałam wychodzić za niego i nie wiem, czy on to czuł, czy odgadywał moje myśli, ale nigdy nie zaproponował mi małżeństwa. I wie pan, któregoś dnia powiedział, że sprzeda swoje mieszkanie i wprowadzi się do mnie, no i że te pieniądze ze sprzedaży mieszkania to się nam  przydadzą i będę miała na farby… no i że będziemy sobie mogli trochę pożyć, bo sam pan wie, jak to jest z emerytami na starość: i choroby się wdają, i trzeba sobie na czarną godzinę odkładać. No i stało się tak, jak zaplanował: przeniósł się do mnie i nie minęło pół roku, jak spieniężył swoje mieszkanie; przeniósł się do mnie z całym swym dobytkiem, głównie z książkami, swoimi papierzyskami, biblioteczką i starym kredensem. Resztę pozostawił w starych murach, bo on, prawdę mówiąc, nie miał nic cennego poza tym, co wwiózł do mnie furgonetką i co przynieśli jego uczniowie. Całe miasteczko huczało. Dziwiono się, że pan profesor liceum w wieku jeszcze nie sędziwym, decyduje się na taką zmianę w swoim życiu. Jakoś ta zmiana nie pasowała do niego: stateczny, zasiedziały, jeden z trojga polonistów, łacinista, szanowany, bez nałogów, nierzucający się w oczy poza swoją pasją nauczania emigruje ze swojego uroczego mieszkanka nie opodal szkoły i udaje się na przedmieście do wcale niepięknego domku, do kobiety młodszej od niego o lat dziesięć, z którą chce przeżyć resztę swego życia na kocią łapę, do kobiety, która związała się była jeden jedyny raz z człowiekiem, z którym miała dziecko i w przypływie nagłej złości przegnała amanta na cztery wiatry, wybierając samotne wychowanie swej pociechy, pracę, którą wypełniała jej życie i realizowała się w produkcji obrazów w oleju i akwareli, które po dzień dzisiejszy obrastają kurzem na strychu. 

I stało się coś, na co oboje nie byliśmy przygotowani: otworzyły się drzwi od pokoju profesora, który chwilę później przekroczył próg i odnajdując mnie, siedzącego za stołem, wzrokiem zdradzającym bezwarunkowe pozbycie się snu, przywołał mnie skinieniem dłoni i zawołał:
- Panie Karski, myślę, że to co pan napisał, to cośmy uzgodnili, jest do zaakceptowania. „Już po czwartej budzi się ptactwo, otrzepując skrzydełka z nocnej mgły”. Natalio, napijesz się z nami koniaczku, prawda?

[03.03.2017, Dobrzelin]


6 komentarzy:

  1. Co prawda tytuł "Prowincja", mnie osobiście bardziej się podoba niż ten nowy, ale samo opowiadanie wzruszyło mnie szalenie. Będę chciała śledzić losy profesora, łacinisty i Natalii. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę "Wydmuchem" nazywano jedną z, powiedzmy, "dzielnic" okolicy, w której ma toczyć się akcja... była też inna: "Mizerki" - ta nawet jest mi bliższa. Więc może "Mizerki". Każda z wymienionych, również "Prowincja" ma poniekąd negatywne konotacje, choć osobiście nie mam nic przeciwko temu, albowiem stoję po stronie "mniejszości", nie wstydząc się swego "pochodzenia"....

      Usuń
  2. Tytuł interesujący: miejsce narażone na działanie wiatru, miejsce odległe od zamieszkałego centrum. Miejsce daleko położone od innych, pełnych gwaru i wielkomiejskiego hałasu. Niezwykła nisza, oaza spokoju oraz ludzi pełnych życzliwości i dobra. Tam i ja chciałabym mieszkać, ponieważ zawsze można liczyć na pomoc, a człowiek w kłopotach nie zostaje sam.Napiję się i ja koniaczku za sukces.
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...odpowiedź umieściłem powyżej, lecz gotów jestem przystać na propozycję tytułu, który wyrażałby miejsce na ziemi odległe od wielkich aglomeracji, ciche, spokojne, gdzie szlachetny czas płynie wolniej, lecz wcale nie mniej ciekawie...

      Usuń
  3. Tak jak Iwonie bardziej pasował mi tytuł Prowincja. Twoje opowiadania dowodzą, że na rzeczonej prowincji mieszka wielu ciekawych ludzi, choć nie celebrytów.
    Zauważam też, że z wiekiem cenię sobie pewne rytuały i przyzwyczajenia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... muszę Ci powiedzieć, Jotko, że ten prowincjonalny pomysł na dłuższe opowiadanie, a właściwie powieść trawię już kilkanaście lat. Jakkolwiek nie będzie to tzw. literatura faktu w formie wspomnień - fikcja musi być, bo "życie jest fikcją", to elementy rzeczywistości w niej istnieją...również doceniam pewne rytuały.... myślę, że przychodzi to z wiekiem....

      Usuń