Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

12 maja 2017

PERYFERIE (rozdział 13. - fragment)

Wtedy Maksymowicz nagle zmienia temat i przypomina mi Piotrka Kowalskiego (młodszego ode mnie o trzy lata) piłkarza naszej żytowskiej drużyny.
- Pamiętasz - mówi - ten mecz pucharowy z liderem ekstraklasy, kiedy to po pierwszej połowie prowadziliśmy jeden zero. Piotrek już w pierwszej minucie ustrzelił słupek a przed końcem pierwszej części meczu puścił bombę z połowy boisko w samo okienko i wyszliśmy na prowadzenie? 
- Oczywiście, że pamiętam - odpowiadam - połowa miasteczka była na tym meczu. Ostatecznie przegraliśmy cztery do jednego, tracąc wszystkie bramki w ostatnich dziesięciu minutach meczu.
- Chłopaki byli zmęczeni - dodaje Maksymowicz - ale tego się spodziewaliśmy, bo nasi to amatorzy; każdy pracował w zakładzie, a piłka była dla nich hobby i mimo tego, że amatorzy, udało im się pokonać w pucharze dwie ekipy z trzeciej ligi i drugoligowca z Pomorza. Zatrzymał ich dopiero lider pierwszej ligi.
Pamiętałem ten mecz, chociaż na mecze naszej Sparty chodziłem niezwykle rzadko, ale obecność na tym meczu była naszym obowiązkiem. Nie wiedziałem jednak do czego Maksymowicz zmierza, wspominając dawne czasy.
- Widzisz, ten mecz, ten uwielbiany przez nas Piotrek był przed ładnych parę lat chlubą Żytowa - tłumaczy mój sąsiad - i żal, że nie zrobił kariery, a przecież po tym meczu, po tym golu i w ogóle po grze miał sporo propozycji grania w pierwszej lidze. Nie skorzystał z nich… bo to praca i żona z jednej strony; z drugiej przyjaciele, z którymi zakładał się ilu naraz przedrybluje przeciwników w meczu klasy A… zmarnował się nam… zmarnował.
- I co z tego? - pytam cynicznie, nie dostrzegając żadnego związku z moją osobą, którą przed chwilą zaszczycił epitetem sławy.
- To bardzo dobrze, że w tak małym miasteczku jak nasze żyją ludzie, których z różnych względów można podziwiać. Takie samorodne talenty są nam po prostu potrzebne; promują naszą prowincję i to dzięki takim ludziom…
Maksymowicz tak ja nagle zaczął swój wywód, tak i go przerwał, bo jamniczka zniknęła niepostrzeżenie z pola widzenia goniąc za jakimś kundelkiem, więc Maksymowicz w te pędy pobiegł za nią, zaniepokojony niespodziewanym romansem swojej suczki, romansem, który mógł się skończyć dla niej jak najgorzej.
Kiedy powrócił, zadowolony z tego, że i tym razem udało mu się w porę przerwać psie zaloty, kończymy piwo, a ja zerkam na zegarek i dochodzę do wniosku, że na mnie pora, a że Zawadzki z Maksymowiczem są podobnego zdania wobec siebie, powracamy w domowe pielesze; ja cichuteńko otwieram drzwi, podejrzewając, że Katarzyna jeszcze w pościeli, tymczasem będąc już w przedpokoju, słyszę strzępy rozmowy dochodzącej z kuchni.
Pani Marta Zawadzka wykorzystując poranną nieobecność męża w domu zaszła do Katarzyny z zaproszeniem dla nas obojga do swojej daczy nad wodę. Zjawiłem się akurat w trakcie ustalania szczegółów tej dwudniowej eskapady. Katarzyna, choć jeszcze w obłokach snu w oczach, częstując sąsiadkę kawą, nie ukrywała radości z zaproszenia i kiedy przestąpiłem próg kuchni, oznajmiła mi dobrą nowinę, ufając, że nie będę miał nic przeciwko krótkiemu wspólnemu wyjazdowi w miejsce, w którym spędziłem swoje szczenięce lata. Powiadomiła mnie o tych planach (plan wyprawy był już przez obie kobiety uzgodniony) w sposób, który już nawet nie zachęcał, a nakazywał mi wyrażenie zgody.
- Nareszcie będziesz mógł z panem Zbyszkiem połowić ryby, o czym zawsze marzyłeś - przekonywała mnie nakreślając wizję wypoczynku współgrającą z moimi oczekiwaniami - a my w tym czasie zajmiemy się sobą… i pogoda zapowiada się znakomita, więc pewnie przy rozmowie, na leżaczkach uda nam się złapać pierwszych promieni słonecznych.
W końcu jest majówka, pomyślałem sobie, i nie ma powodu, aby nie chcieć skorzystać z propozycji Marty, zwłaszcza że ostatnimi czasy zasiedzieliśmy się w swoich czterech ścianach; Katarzyna całe dnie spędza w butiku, ja przemieszczam się pomiędzy biblioteką, archiwum i profesorem, robię notatki, piszę i w sumie widujemy się z żoną o takich porach, które w naszym wielu nazywają się zmęczeniem, a do tego ten rozsądny i przytłumiony, ale jednak niepokój o Agnieszkę, jej maturę, i ten dalszy o Tomasza, a nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o rodzącym się na naszych oczach uczuciu pomiędzy Agniesią a Jarkiem… jakże oni spędzają teraz czas w Zakopanem?
- To bardzo miło z pani strony, sąsiadko - wypowiadam się w kwestii jaj propozycji - tym bardziej, że…
Marta doskonale rozumie, co miałem na myśli. Zawadzcy mają swoją daczę w miejscu, w którym mieściła się stanica wędkarska powołana do istnienia przez mojego ojca. To mój ojciec wymógł na zakładzie ten skrawek ziemi, a właściwie łąki przylegającej do największego stawu, wystarał się skądś o powojenny autobus z demobilu, który wraz z przyjaciółmi przysposobił do potrzeb wędkarzy; wstawił piec, polowe łóżka, stoliki i krzesła; wybudował werandę, ogrodził teren siatką, mało tego: pozyskał kajaki, z których korzystali miłośnicy wodnych sportów i połowów ryb w miejscach niedostępnych w inny sposób, jak ten wprost z łodzi.
Zakład wprawdzie nie upadł, jak wiele podobnych w ostatnich czasach, ale nie łożył już na cele socjalne. Wysprzedano domki kampingowe nad morzem i w lesie nad jeziorem; tym bardziej przestano się bawić w zakładowe wędkarstwo, w uroczyste witanie pierwszego dnia lata, w fajerwerki z okazji narodowego święta, w zabawy, wycieczki rowerowe, czy zawody pływackie. Stanica wędkarska przeszła w ręce jednego z najpierwszych wędkarzy - Zawadzkiego, który dokładał wszelkich starań, aby zachować jej dawną funkcję, zapraszając do siebie nad wodę najzagorzalszych miłośników „moczenia kija”, lecz nie były to już dawniejsze czasy: stara wędkarska wiara wykruszała się z każdym sezonem, a młodzi? Tych było coraz mniej. Porozjeżdżali się po świecie, albo też znajdowali sobie inne sposoby na spędzanie wolnego czasu.
Marta dobrze wiedziała, że nie odmówię, a nawet gdyby Katarzyna nie miała ochoty pojechać na daczę, to znajdę sposób na to, aby ją zachęcić.
- Ile to już lat tam nie byłem - mówię. - Owszem, przejeżdżałem tamtędy wiele razy i nawet spoglądałem w stronę tego autobusu. Ciekawe, czy stoi jeszcze, zastanawiałem się… i jest… czy taki sam, jak dawniej?
- Trzeba by się o tym naocznie przekonać - skwitowała Marta.
A tak, trzeba koniecznie.

- A gdzie te drzewa, tato? - zapytałem.
- Nie martw się, są. Kazałem je rozwieźć. Weźmiemy dwa wiadra i dwa szpadle. Obawiam się tylko, czy dasz sobie radę z wykopaniem dołków.
- Dlaczego miałbym sobie nie dać rady? - zapytałem.
- Pod darnią zalega gruba warstwa gliny, a dopiero pod ta gliną zmieszany z ciemną ziemią piasek. Na tych łąkach nic innego prócz traw i topól nie urośnie - tłumaczył mi ojciec.
Przekonałem się, że ojciec miał rację. Najpierw należało usunąć warstwę darni i aby dostać się głębiej trzeba było najpierw podziabać twardą skorupę gliny, a następnie wlać w to wyżłobienie przynajmniej pół wiadra wody ze stawu, a woda nie wsiąkała od razu - nie pozwalała na to glina. W końcu jednak ta nieurodzajna gleba wessała wlaną weń wodę i można było przystąpić do dalszego i głębszego dłubania w wykopanej niecce.
- Jeszcze pół sztychu, aby korzenie mogły swobodnie ułożyć się na spodzie dołka - instruował mnie ojciec. - Trzymaj drzewko prosto, w powietrzu, prosto, będę podsypywał, lekko ugniataj, przyniosę wody. 
Posadziliśmy tego dnia dwadzieścia drzewek w dwóch równych rzędach; w kolejnych dniach jeszcze czterdzieści. Wczesna wiosna była tego roku wyjątkowo mokra; topole przyjęły się świetnie i z roku na rok rosły coraz wyżej, a ich twarde, zielone liście furkotały na wietrze, rzucając rozedrgany cień na wysokie łodyżki traw, zdziczałego kminku, szczawiu i podbiału. 
(...)

[10.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]

6 komentarzy:

  1. To fajnie, gdy zapraszają nas na daczę i możemy połączyć 3 w 1 czyli pobyć w miłym towarzystwie, pooddychać świeżym powietrzem i oderwać myśli od spraw codziennych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to prawda... taka pozornie błaha przyjaźń jest cos warta

      Usuń
  2. Autor!!!!
    Autor!!!!
    Autor......
    :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dalibóg, nie panimaju tych wykrzykników :-)

      Usuń
  3. Maj, czas intensywnych prac, ludzie mają mnóstwo energii. Sadzenie drzew także wskazane. Piękny obrazek i w jakim stylu napisany.
    Serdeczności

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... wplotłem troszkę własnych wspomnień...

      Usuń