Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

16 maja 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI (2)

W czwartek 11-go przed północą wyjeżdżam z Campigneulles Les Grandes - „domu” na miejsce zmiany kierowców do Marck pod Calaise, a stamtąd promem i autostradami do Tiverton za Bristolem, na półwyspie Devon. Firmę „Heatcoat” już znam, byłem w niej podczas poprzedniego kursu, a zatem trasa jest mi znana, bo zwykle dobrze zapamiętuje miejsca, które chociaż raz było mi dane odwiedzić.
Złożyło się tak, że na pięć minut przed telefonicznym powiadomieniem mnie przez spedytora o kursie zacząłem sobie narzekać, że od późnego popołudnia w poniedziałek siedzę w „domu” i bąki zbijam zamiast jeździć.
- Co się przejmujesz? - zauważa „mały” Jacek. - I na ciebie przyjdzie czas.
- Niby masz rację - odpowiadam - ale wolałbym, aby płacono mi za jeżdżenie, a nie za wylegiwanie się w naszej chałupie.
A spedytor pewnie podsłuchał te naszą rozmowę i pięć minut później zadzwonił.
Takie długie oczekiwanie na kurs powoduje, że podczas jazdy ogarnia człowieka senność i chociaż do celu mam niespełna 400 kilometrów (nie licząc tych pięćdziesięciu- parę przez kanał), musiałem się zatrzymać i zdrzemnąć dziesięć minut.
W firmie w Tiverton dowiaduję się zaraz po wjeździe, że po rozładunku towaru, jaki przywiozłem (z Niemiec), załadują mnie do Wenecji we Włoszech.
Po godzinie kieruję się już z powrotem do Dover. Tym razem, wiedząc, że mój zmiennik swobodnie zdąży z ładunkiem do Włoch na poniedziałek, zatrzymuje się na przydrożnym parkingu, gdzie przesypiam półtorej godziny; jadę na prom, a na nim robię sobie kolejną drzemkę.
Kiedy wydawało mi się, że weekend spędzę w „domu”, spedytor dzwoni do mnie, oznajmiając, że w sobotę rano ma już dla mnie nowy kurs na Anglię, niedaleko, na lotnisko Gatwick pod Londynem, z rozładunkiem w sobotę.
Nici, jak to mówią, z weekendu w „domu”, ale bez przesady, nie narzekam, w końcu jestem wypoczęty i spragniony jazdy. Cieszę się, że trafiłem w dziesiątkę z tymi drzemkami i jeśli uda mi się zaczerpnąć po powrocie do „domu” dwugodzinnego snu, to powinien mi on wystarczyć na kolejną podróż do Anglii. 

[13.05.2017, Kingswood, Surrey, w Anglii] 

4 komentarze:

  1. Przy tak małej ilości snu chodziłabym jak zombie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kwestia przyzwyczajenia, Jotko, a ponadto staremu niewiele snu potrzeba...

      Usuń
  2. Tak miło piszesz o "domu", że czuć tęsknotę za tym najprawdziwszym z ciepełkiem i bliskimi.
    Zasyłam pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... nie da się ukryć, że się tęskni, ale przeciwwagą jest zarobek... takie zycie

      Usuń