Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

16 maja 2017

RÓŻE, MALWY, ŚWIERKI I CYPRYSY

Poszedłem pod wskazany adres.
Przemknęła w otwartych drzwiach do salonu, zatrzymując na mnie na ułamek chwili powłóczyste spojrzenie. Minutę później w progu drzwi stanęła inna kobieta trzymająca w ręce wachlarz odkurzaczki.
- Pan zrobi sobie kawę z maszyny - przemówiła do mnie. - Potrafi pan?
Skinąłem głową, ale nie miałem ochoty na kawę. Ćwiczyłem cierpliwość, siedząc w kącie gabinetu człowieka, któremu mnie polecono. Przebywałem w tym miejscu ponad pół godziny wodząc wzrokiem po ścianach zaścielonych reprodukcjami awangardowych obrazów, fotografiami i dyplomami oprawionymi w ramki.
Syn lojalnie uprzedził mnie, że powinienem być przygotowany na długie czekanie, bo pan Albin jest zwykle zajęty i to odwiedzający go goście z reguły dostosowują swój czas do jego napiętego rozkładu dnia, nie odwrotnie.
Kiedy zakończyłem topograficzny remanent własnych obserwacji, ta pierwsza kobieta ponownie pojawiła się na krótko w progu gabinetu i zatrzymała na mnie ukradkowe spojrzenie ozdobione dziwnym uśmiechem. Odkłoniłem się instynktownie.
Przypomniałem sobie, co mówił syn. Pan Albin przy podejmowaniu wielu decyzji zdaje się na niezawodny instynkt żony. W tym konkretnym przypadku jedno, dwa spojrzenia wystarczą, aby potrafiła bezbłędnie rozszyfrować człowieka, który pojawił się w wiadomym celu; tu - aby otrzymać pracę. Po dokonaniu takiej szybkiej lustracji żona pana Albina wykonuje zwykle ruch głową oznaczający zgodę, lub też przeciwnie - dezaprobatę. Reszta jest formalnością.
Prawdopodobnie poza moimi oczami dokonała się już ta procedura, o której wspomniał mój syn i po pół godzinie pan Albin wszedł do gabinetu, zamykając za sobą drzwi. Zasiadł w wysokim fotelu naprzeciwko mnie i zaczął przeglądać z zaciekawieniem dokumenty, jakie pozostawiłem na biurku. Podejrzewałem, że ta ceremonia była właściwie zbędna, gdyż decyzja w mojej sprawie zapewne już zapadła, tym nie mniej doceniłem jego zainteresowanie moją karierą zawodową i życiorysem.
- Widzę, że pana cv obfituje w dokonania, których nie powstydziłby się mężczyzna w pana wieku - przemówił pan Albin. - W dodatku te liczne kursy, szkolenia i certyfikaty świadczą o pana nadzwyczajnej mobilności.
Przyjąłem te słowa z pewną dozą satysfakcji, lecz kolejne wypowiedziane przez mojego przyszłego, potencjalnego pracodawcę sprowadziły mnie na ziemię.
- Pięknie się czyta te pana wycinki z życiorysu i te załączone do nich dokumenty, co jednak daje mi podstawę do sądzenia, że właściwie to umie pan niewiele, przynajmniej niewiele z tych umiejętności, których oczekiwałbym po panu w pracy, jaką zaproponuję, jeżeli oczywiście pana przyjmę. A tak szczerze mówiąc, jest pan przecież w wieku emerytalnym i wobec tego jaki jest sens w kontynuowaniu kariery zawodowej, skoro pobiera pan świadczenia emerytalne?
Moje milczenie wyrażało właściwie wszystko, co miałbym do powiedzenia.
- Rozumiem, że wysokość emerytury nie satysfakcjonuje pana do tego stopnia, aby poprzestać na niej. Prawda, to dziwne, że w dzisiejszych czasach człowiek po gruntownym, wyższym wykształceniu, otrzymuje na starość tak niewielką zapomogę.
Przytaknąłem skinieniem głowy.
- Ponieważ dobrze znam pana syna - świetnie sobie radzi w mojej firmie jako marketingowiec - pomyślałem sobie, że mógłbym panu pomóc w tej makabrycznie trudnej sytuacji, w jakiej się pan znalazł. No cóż, dobrzy fachowcy zarabiają u mnie w trzy dni tyle, ile wynosi pana emerytura i swoją drogą dziwię się temu, w jaki sposób jest pan w stanie związać koniec z końcem. Ale przejdźmy do rzeczy… potrzebuję w tej chwili ogrodnika, który by zajął się naszą posiadłością oraz nocnego stróża do firmy. Pan wie, że poprzedni stróż odszedł był na posterunku… ot przyszło mu umrzeć podczas pełnienia swoich obowiązków. No cóż, wiek, panie Adamie, zrobił swoje. A pan, jak widzę, całe swoje zawodowe życie spędził wśród ludzi, więc posada nocnego stróża, który na bieżąco ma kontakt z ludźmi, nie przysparzałaby panu problemów.
Ponownie potwierdziłem skinięciem głowy.
- Tyle że moja żona optuje za stanowiskiem ogrodnika dla pana. Pan wie, ona uwielbia kwiaty. Całe dnie spędza w ogrodzie; tam przyjmuje przyjaciół i cieszy ich rozmową wśród kwitnących róż, malw i tchnących romantyką srebrzystych świerków i cyprysów. Pan wprawdzie nie miał do czynienia z ogrodnictwem, ale żona, pan wie, ta kobieca intuicja podpowiada jej, że będzie pan w stanie utrzymać ogród w takiej kondycji, która zagwarantuje jego estetykę na poziomie, jakiego spodziewa się moja małżonka.
Odparłem, że i owszem, posiadam ogródek wokół własnego domu i doglądam go na miarę możliwości, choć nie uważałem się nigdy za fachowca w tej dziedzinie.
- Cenną wskazówkę w tym względzie przekazał mi pański syn. A jakże, opowiadał mi o pańskim ogrodzie i mając na względzie również jego sugestie, postanowiliśmy z żoną zatrudnić do ogrodu właśnie pana.
Powstałem i on powstał z fotela. Podaliśmy sobie dłonie.
Nagle otwarły się drzwi łączące salon z gabinetem i pojawiła się w nich znana już mi kobieta, żona Albina. Jej spojrzenie skierowane w moją stronę było teraz dłuższe i śmielsze.
Byłem szczerze zdziwiony tym, że pani Laura, mając przecież tak wiele możliwości wyboru, uczyniła mnie swoim kochankiem. Najwidoczniej miała sentyment do ludzi w wieku, który nie nazwałbym płodnym, lecz wciąż dającym jej sporo łóżkowych satysfakcji, zwłaszcza że Albin od dłuższego czasu obracał się w kręgu młódek, z którymi przepędzał gorące noce za wiedzą i milczącą aprobatą swojej żony.
Podejrzewam, że mój syn, kierując mnie pod adres swojego pracodawcy, był znakomicie poinformowany o zamysłach żony szefa. Być może przeprowadziła z nim stosowną rozmowę po tym, jak kilkukrotnie widziała mnie z nim w jego aucie, którym, niby przypadkowo, zajeżdżał pod posiadłość pana Albina i ośmieliło ją to, że przed trzema laty pochowałem swoją żonę, i żyłem odtąd sam jak palec w swoim nędznym domku na przedmieściu wielkiego miasta.
Byłem nieprzytomnie, stary osioł, w niej zakochany, aż w końcu po półrocznym szczęściu Albin wraz z Laurą doszli do wniosku, że do pracy w ogrodzie zdałby się jakiś inny fachowiec.
A ja, no cóż, spędzałem teraz noce w stróżówce usytuowanej przy wjeździe do firmy, a pani Laura widząc mnie od czasu do czasu, kiedy unosiłem lub zamykałem zaporę przed jej samochodem, machała do mnie ręką i spoglądała w moją stronę, jakby nie łączyło nas nic poza miłością do róż, malw, srebrzystych świerków i cyprysów.   

[10.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

  

2 komentarze:

  1. Samo życie, nie każda miłość kończy się szczęśliwie, niestety. Czasem trzeba przełknąć porażkę, gdy tak los zechce, czasem przemyślenia nie wystarczą. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń