Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

19 maja 2017

SIOSTRA

Lękam się światła, nie ciemności. 
Natychmiast pod wsunięciu skórzanych kapci poza próg proszę siostrę, aby nacisnęła dolną część klawisza, włącznika-wyłącznika. Któż to włączył światło podczas mojej nieobecności? Prawdopodobnie w tym samym czasie  kiedy puszczałem na siebie naprzemiennie strumień ukropu i zimnego tuszu, sprzątaczka przejechała odkurzaczem po dywanie, i chcąc dokładnie wessać kurz elektroluksem, zapaliła sufitową lampę. Nie zgasiła jej, sądząc, że wróci podlać różyczkę stojącą w doniczce na parapecie, lecz przechodząc do kuchni, aby z beczułki z wodą wzbogaconą nawozem do kwiatów w płynie zaczerpnąć do dzbanka wody, przypomniała sobie, że podlała mój kwiatek wczesnym rankiem, kiedy zszedłem na śniadanie.
Siostra oczywiście posłusznie spełniła moją prośbę, lecz przestępując próg pokoju tuż za mną, nacisnęła czerwony guziczek solarowej lampki, którą codziennie wystawiała na balkon wychodzący z jej służbowego pokoju. Srebrzysty poblask rozświetlił pomieszczenie, pozwalając mi na dotoczenie się do łóżka, odkrycie kołdry, wsunięcie pod nią parującego jeszcze ciała i przykrycie się po samą szyję.
Postawiła lampkę na stoliku, umieszczając ją dokładnie na przecięciu się dwóch przekątnych kwadratowego blatu stolika. Wykonała tę pozornie błahą czynność z pedantycznym pietyzmem; zresztą siostra zawsze wykazywała się starannością nawet przy wykonywaniu prac, które nie należały do jej obowiązków. Dwie panie sprzątaczki to nawet miały jej za złe tę detaliczną małostkowość; wyobrażały sobie, nie bez racji, że siostra lustruje i ocenia ich pracę, a przecież wiadomo, że ręce potrafią zadrżeć, kiedy jest się metodycznie obserwowanym. Z kolei pan Leon - złota rączka - tu dokręć coś, tam napraw, gdzie indziej wymień zamek albo wstaw nowy kontakt - choć wiekowy i jak to mężczyzna, nie zawsze dbający o swój wygląd, w tym przypadku przychodził do pracy nie tylko w czystym, wyprasowanym kombinezonie, ale codziennie z rana pachniał lawendą, a jego zarost na twarzy mógł sobie liczyć co najwyżej dobę.
Siostra miała wprawdzie zmienniczkę (pracowały po dwanaście godzin na dobę, z dwoma wolnymi od pracy dniami w tygodniu; wtedy zastępowała je pielęgniarka środowiskowa, co właściwie powodowało, że pacjenci mieli do dyspozycji trzy opiekunki), młodszą od niej, zaraz po egzaminach, ale ta młoda panna cały czas była jakaś taka rozkojarzona i na przykład nie potrafiła dawać zastrzyków. Może i potrafiła, ale bała się zadawać ból szpikulcem strzykawki, a zwykle w takich razach, kiedy myśli się zbytnio o tym, aby pacjenta nie bolało ukłucie, wbijanie igły i wstrzykiwanie lekarstwa trwa dłużej, a pensjonariusze myślą wtedy tylko o tym, kiedy wreszcie będzie po wszystkim i odbierają to dawanie zastrzyków jako torturę. Siostra natomiast dobrze wiedziała, że niektóre medykamenty podawane domięśniowo lub dożylnie wymagają powolnego wprowadzania lekarstwa, przy innych zaś można sobie pozwolić na energiczniejsze ukąszenie igłą i bardziej dynamiczne naciśnięcie tłoczka. Bywało, że pacjent był szczerze zdziwiony, że jest już po zastrzyku, ba, nawet nie spostrzegł, że w jego ciele nie ma już igły. Ta młoda pielęgniarka i ta starsza, środowiskowa, mogłyby się wiele od siostry nauczyć.
Albo z tymi lekarstwami… to już zupełnie inna historia. Ja zażywam tabletki trzy razy dziennie, przy czym rano i wieczorem po cztery, a w środku dnia dwie, częściej niż zastrzyki, i trochę nawet tego żałuję, ale trzymajmy się tych tabletek. Dwie są białe, jedna z nich w kształcie fasolki; trzecia w postaci żelka - brązowa i ta ostatnia - niebieska. Biorę je zawsze po posiłkach. Kiedyś, na samym początku, to nawet pytałem się siostry, na co która pomaga, ale już zapomniałem, co mówiła i czy w ogóle mi wyjaśniała. W każdym bądź razie po śniadaniu my, pacjenci, ustawiamy się w rządek i wchodzimy po kolei do sali zabiegowej, czy jak ją tam zwać. Na wielkiej okrągłej tacy poustawiane są szklane pojemniczki z lekarstwami, a do każdego pojemnika przyklejony jest plaster z nazwiskiem chorego. Przychodzimy do tej sali ze szklankami wypełnionymi najczęściej zwykłą, mineralną wodą, która służy nam do popicia łykanych tabletek, siostra podaje nam pojemniczek i każe łykać pastylki po jednej, i trzeba potem wystawić język, aby przekonała się, że nic w buzi nie mamy. Ale niektórzy oszukują, najczęściej chowają tabletki pod językiem, zupełnie jak dzieci. A raz ten co jest z nas najkrócej, choć wcale nie najmłodszy, to podczas niby-łykania udał, że się zakrztusił i obryzgał kitel siostry, i jej twarz… no jak tak można. A miałem ochotę mu przyłożyć pięścią, już nawet zacisnąłem palce, ale siostra mnie pohamowała, powiedziała, że każdemu może to się zdarzyć, wytarła się ręcznikiem, ale mógłbym przysiąc, że nie wierzyła w przypadek, a tamten najpierw wybuchnął śmiechem, licząc na to, że wszyscy się przyłączą, kiedy wyjdzie roześmiany na korytarz, ale nikt się nie roześmiał, bośmy przez na oścież otwarte drzwi widzieli to zdarzenie, a on, no co, no co, zdarzyło się, lecz nikt mu nie wierzył… w końcu i tak musiał połknąć.
Ja to zawsze sumiennie połykam swoje tabletki. Siostra o tym wie, że nie musiałbym nawet pokazywać języka po przełknięciu, ale to robię, bo po co mam się wyróżniać. Ale pewnego razu zdarzyło się, że przez nieuwagę przechyliłem pojemniczek i wszystkie cztery poranne tabletki wysypały się na otwartą dłoń siostry; popatrzcie, że nie wypuściła… no i ja - nie wiem, co we mnie strzeliło - zbliżyłem usta do tej dłoni, na której leżały tabletki, zbliżyłem usta i językiem, dosłownie jak kot, uniosłem jedną, popiłem wodą, i kolejną, i jeszcze. Siostra była zaskoczona, bo wyglądało to tak, jakbym jadł z jej dłoni, ale nie odezwała się ani słowem, tylko patrzyła na mnie. A dłoń siostry tak bardzo pachniała mlekiem i powiedziałem to jej. Patrzyła się na mnie tak jakoś dziwnie i kiedy ponownie schyliłem usta do jej dłoni, która teraz była już pusta, wyszarpnęła ją i pogłaskała mnie po głowie, a ja czułem intensywny zapach mleka. Kiedyś później już sam wsypałem tabletki na jej dłoń; ona, że nie powinienem, że nie można, a ja tym języczkiem nabierałem tabletkę po tabletce i znów czułem zapach mleka.
Siostra stanęła pomiędzy mną, leżącym w łóżku a solarową lampką dającą tak niewiele światła, że cień kobiety był niemal przezroczysty. Stała tak przez dłuższą chwilę, jakby nie wiedziała, co z sobą począć, a przecież miała zwyczaj udawać się o tej porze do każdego z pokojów, sprawdzając, czy komuś coś nie dolega. Patrzyłem się na jej podświetloną srebrem sylwetkę, szarobiałą, zastygłą w bezruchu, milczącą, a ja czułem zapach mleka, który mógł pochodzić tylko od niej.
Zdarzyło się raz z tymi tabletkami tak, że kiedyś nie wziąłem ich ani z rana, ani w południe. Nie, nie oszukałem siostry. Powiedziałem jej, że nie wezmę, bo chcę sprawdzić, jak będę się czuł, gdy ich nie połknę. Siostra oczywiście najpierw zaprotestowała, podejrzewając, że stanie się ze mną coś złego, a ona nie chce brać za to odpowiedzialności. Ale uprosiłem ją. Powiedziałem, że to tylko jeden, jedyny raz, to znaczy tylko przez jeden dzień nie wezmę zaordynowanych mi leków, lecz wytrzymałem tylko do wieczora.
To był koszmar. Do mojej głowy przychodziły lęki, nie tylko te wywołane przez nadmierne oświetlenie; bałem się ludzkiego głosu, hałasu, odczuwałem niepokój, czułem fizyczny ból całego ciała, drżały mi ręce, a na widok zmierzającej ku mnie osoby odwracałem twarz i byłem gotów do ucieczki i ukrycia się w łóżku pod kołdrą narzuconą na głowę. Pocąc się i chwiejąc na nogach przyjąłem wieczorną porcję lekarstw z dłoni siostry. Była przerażona. Nigdy jej takiej nie widziałem. Serce kołatało mi tak bardzo, jakby chciało wyskoczyć z mego ciała i udać się Bóg jeden wie gdzie. Siostra dotykała mojego czoła, gładziła włosy, szeptała, że będzie lepiej, będzie dobrze, abym zasnął, a ona zostanie przy mnie po ciemku i nie muszę się niepokoić, bo nie włączy światła, a nawet zasunie okno kotarą. Nazajutrz wypytała lekarza o szczegóły mojej choroby. Była przejęta tym, co stało się ze mną i na co pozwoliła, ulegając moim prośbom. Opowiedziała mi później o tej rozmowie, kiedy doszedłem do siebie i lękałem się już tylko światła. Chyba jednak nie powiedziała mi wszystkiego, tak czułem, bo z wymuszonym uśmiechem przekonywała mnie do tego, że było wiele takich przypadków, w których chorobę, na jaką cierpiałem, można było zaleczyć, aby nie rozwijała się dalej, a nawet spowodować cofnięcie niektórych jej objawów; słowem można mnie było przywrócić normalności, ale potrzeba na to czasu… no i konieczne są leki, które powinienem zażywać, kto wie, czy nie do samej… nie powiedziała „śmierci”, to ja dopowiadam to słowo. Powiedziała, że to uspokojenie, jakiego doświadczam po połknięciu pastylek, z jednej strony przynosi mi ulgę; z drugiej zaś zachowuję się przesadnie spokojnie i bywam w tym swoim zachowaniu podobny do ugrzecznionego dziecka - rozumuję jak inteligentne, dobrze wychowane dziecko. Dowiedziałem się, że wszystko zaczęło się od depresji, w jaką popadłem po intensywnym życiu, po natłoku zmartwień i problemów, jakich doświadczyłem, problemów, z którymi nie potrafiłem sobie poradzić. Ta jednostka chorobowa miała swoją łacińską nazwę, ale jej zapomniałem.
Kiedy leżałem w łóżku przykryty kołdrą aż po sam podbródek, a siostra stała jak anioł w srebrzystej aureoli pomiędzy solarową lampką a mną, próbowałem sobie właśnie przypomnieć tę nazwę jednostki chorobowej, usiłowałem odnaleźć w pomięci to, co mówiła do mnie w tamtym dniu po rozmowie z lekarzem i poczułem innego rodzaju niepokój, jakiego nigdy przedtem nie zaznałem. Nagle moje myśli wybiegły w przyszłość jak marzenia dziecka, które zaczyna dostrzegać siebie w przyszłości, gdy stanie się osobą dorosłą. Od czasu, gdy zostałem stałym pacjentem tego oddziału, pierwszy raz otworzyło się we mnie okno na jakąkolwiek przyszłość. Źle się wyraziłem - nie na jakąkolwiek, a na konkretną, niepowtarzalnie moją i właśnie dlatego, że przebywałem w miejscu odosobnienia, w którym nie mogłem o sobie decydować, właśnie stąd pochodził ten mój niepokój. Na chwilę przymknąłem oczy, a kiedy je otworzyłem ponownie, spostrzegłem jakiś ruch wykonany przez siostrę w moją stronę, jakiś gest; cień jej sylwetki przybliżał się, poszerzał, rozpraszał, obejmował mnie. Uniosłem się z łóżka i usiadłem na nim. Siostra zrobiła krok w moją stronę, a oczy siostry i moje spotkały się na przecięciu naszych spojrzeń.
- Co z nami będzie, siostrzyczko? - zapytałem, a nie był to głos, w którego tonie usłyszano by pewność.
Wykonała jeszcze jeden krok w moim kierunku, a znalazła się na odległości mojego oddechu, objęła dłońmi moją głowę i przycisnęła ją mocno do swoich piersi.
Jakże wtedy zapachniała mlekiem! 

[16.05.2017, na promie Dover-Calais, 18.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 


10 komentarzy:

  1. Nie wiem dlaczego, ale opowiadanie mnie przygnębiło. Niemniej jednak pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. szpital i wszystko, co z nim związane przygnębia... nie inaczej jest tutaj... pozdrawiam

      Usuń
  2. Opowieść o chorym wywołała tyle u mnie emocji. Pobyt w szpitalu na kilka dni jest trudny do przeżycia, a co dopiero nieuleczalna choroba z nawrotami i powrotami do szpitala musi być traumą. Dlatego ważny jest kontakt z siostrą, która jest sympatyczna i przypomina zapachem szczęśliwe dni dzieciństwa. Smutne oczy pacjenta wyrażają ból, tęsknotę, brak nadziei, czy niepewność.
    Zasyłam pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... to prawda, choć może lepiej nie mieć takiej siostry, tzn. nie być w potrzebie jej posiadania... pozdrawiam

      Usuń
  3. zapaierające dech w piersi opowiadanie.
    bardzo piękny fragment.

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... witam w kawiarence, dziękuję i zerkam na stronę Twojego bloga... czuję, że w moim klimacie...po powrocie zajrzę częsściej... pozdrawiam

      Usuń
  4. Choroby duszy są chyba najbardziej skomplikowanymi i najmniej zbadanymi i dlatego budzą lęki tak u pacjentów, jak i zdrowych osób. Szkoda, że nie uczy nas nikt postępowania z takim chorymi, a oni często muszą ukrywać się lub swoje choroby ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ha... wiem coś o tym, albowiem i moja duszyczka w potrzasku...:-) pozdrawiam

      Usuń
  5. Pomyślałam sobie, że podobno coraz więcej na świecie ludzi chorujących na choroby duszy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... też mi się tak wydaje, Stokrotko... świat wyprzedził nasze "czucie",,, pozdrawiam

      Usuń