O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

07 października 2018

[KAMYCZKI] JORDI MA REFLEKS


- No to mów! Kiedyśmy się to ostatnim razem widzieli? Cztery? Pięć lat temu?
Teraz po wypiciu trzeciego kufla piwa stawał się bardziej wylewny, odważniejszy. Nie, Jordi nie miał mocnej głowy do alkoholu, nawet tego niskoprocentowego pachnącego słodem i jęczmieniem.
- Wszedłem do tego dyskontu, a tam, wiesz, jak zwykle w takich instytucjach, ogonek do kasy. Pięć kas i tylko dwie czynne, a ludzi tłum. Stanąłem w kolejce rozwidlającej się tuż przed sąsiadującymi z sobą kasami. Ona stała bezpośrednio przede mną. Właściwie to tak jak ja nie wiedziała, do której kasy podejść, ale kiedy otworzyli tę trzecią, oboje skierowaliśmy się właśnie do tej ostatniej. Była szczupła, niska, zadbana. Czarne włosy spięte gumką, odsłonięta szyja. Twarz miała śniadą, ale, co najważniejsze, na ręku trzymała dziecko. Ile mogło mieć? Cztery - pięć miesięcy - dziewczynka. Pisz, wymaluj - uroda matki, tylko policzki pełne, oczka czarniutkie smagały bystrym spojrzeniem to tu, to tam, a jedną rączką dotykała towarów ustawionych na ostatniej półce przed dojściem do kasy. Staliśmy sporo czasu, bo przed nami jakieś dwie panie i małżeństwo wystawiali na taśmociąg tyle towaru - spożywki, że przez miesiąc bym tego nie zjadł. A dziewczątko nic - żadnego zniecierpliwienia, płaczu, grzeczniutkie takie. A jej matka - dałbym jej lat osiemnaście, góra dziewiętnaście, mówię ci, ślicznotka, w tym drugim ręku trzymała kilogramową torebkę ryżu, pewnie w promocyjnej cenie, bo zdążyłem zobaczyć, że wielu kupujących miało w swoich wózkach po kilka takich torebek. W dłoni pod tą torbą ryżu młoda matka - spostrzegłem to - ściskała dwie monety o niskim nominale. Wtedy to pomyślałem sobie: jakże to tak, to małżeństwo i te dwie panie przed nami zapłacą za swoje sprawunki ze czterysta złotych każde z nich, a ta drobna panienka nie więcej niż dwa złote? Ten ryż to z pewnością dla dziecka. Ugotuje na mleku, zmiksuje, posłodzi i taką papką nakarmi dzidziusia. Głowę bym dał, że ten ryż jest dla dziecka. Może, myślę sobie, nie stać jej na gotowe jedzenie dla dzieci? Ale w sumie taki ryż, jeśli tylko przygotuje się go jak dla dziecka, też jest dobry i pożywny.
Czekanie na obsługę przedłużało się, gdyż akurat zabrakło papieru w naszej kasie fiskalnej, a mnie zaczęło coraz bardziej dręczyć to, czemu ta dziewczyna przyszła do sklepu sama. Co robi jej mąż? Chłopak? A może jest samotna? Samotna matka wychowująca dziecko? Tak może być, pomyślałem sobie i nawet trochę zrobiło mi się jej żal, chociaż naprawdę była zadbana, nie mówiąc już o urodzie. Ale z drugiej strony mogę się mylić. Młody ojciec może jest teraz w pracy, bo musi w końcu utrzymać te swoje dziewczyny. Pewnie młoda bierze też zasiłek, ale chyba niezbyt wysoki, skoro stać ją tylko na ryż po promocyjnych cenach… chociaż ta jej córeczka jest porządnie ubrana i, jak to jest z dziewczynkami, różowy kolor jej bluzeczki, czystej jakby wprost ze sklepowej lady, przepięknie kontrastuje z ciemną karnacją jej skóry.
Mówię ci, tak się w nie obie zapatrzyłem, tak zapatrzyłem, że zacząłem sobie Bóg wie co wyobrażać, że ona i ja… rozumiesz, że to dziecko to moja sprawka i w ogóle, że my oboje to para…. Wiem, to głupie, ale tak wtedy myślałem. Nachyliłem się nad jej szyją - jakże ona pachniała, subtelny konwaliowy zapach, skądś go znam. Oczywiście starałem się nie dać po sobie znać, że dziewczyna wpadła mi w oko, broń Boże, nie zbliżyłem się do niej na tyle, aby mogła poczuć na szyi i policzkach mój oddech, broń Boże, nie dotknąłem jej, ale w pewnej chwili torebka z ryżem wysunęła się jej z rąk i możesz to sobie wyobrazić - zdążyłem ją chwycić zanim upadła na podłogę. Podałem jej. Uśmiechnęła się nieznacznie i podziękowała, a ja próbowałem zapamiętać ten uśmiech.
Ale najciekawsze zostawię ci na koniec. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. O co chodzi? Wyjąłem z plecaka aparat fotograficzny. Na ladzie przed sąsiednią kasą, po lewej, ustawiono pajacyka reklamującego jakieś czekoladki. Oczy pajacyka świeciły na niebiesko, a nogi i ręce poruszały się zabawnie: góra - dół, a kiedy jego nogi zatrzymały się na chwilę w poziomie, ukazał się poniżej tułowia świecący na żółto batonik. Chciałem uchwycić ten moment aparatem… żartuję, to był tylko pretekst. Skierowałem obiektyw aparatu w stronę pajacyka; dziewczyna zorientowała się, że zamierzam zrobić zdjęcie tej „żywej” reklamie i nawet uchyliła się, robiąc mi miejsce, tymczasem w pewnym momencie przekierowałem aparat w jej stronę, nacisnąłem dwukrotnie przycisk. Czy się zorientowała? Kto wie? Nie pytałem. Poczekaj, zaraz ci pokażę - oba zdjęcia wyszły nad podziw świetnie.
Wsunął rękę do swego słynnego granatowego plecaka i wyjął z niego niewielką minoltę, uruchomił ją, wszedł do archiwum zdjęć i podał Zachariaszowi do obejrzenia. Ten aż pokiwał głową, a patrzył na oba zdjęcia przez dobrą minutę.
- No i co, Jordi, co dalej się stało? - zapytał.
- No co, w końcu doszliśmy do kasy. Najpierw ona. Paręnaście sekund to trwało - miała odliczoną kasę. Potem ja. Pomarańcze, pomidory, chleb, masło, cukier, coś tam jeszcze… zapłaciłem szybko… co z tego? Dziewczyna z dzieckiem zniknęła. Wybiegłem z dyskontu i tak jak przy przejściu przez jezdnię - w prawo, potem w lewo, później na wprost, i znowu w lewo, w prawo… nigdzie jej nie było. No powiedz, Zachar, jak tu żyć? Śmiejesz się ze mnie, człowieku, a śmiej się, śmiej, zakochałem się po uszy, od pierwszego wejrzenia. To co, że ma dziecko? Gwarantuję ci, że ten ojciec dziecka to taki ptak odlatujący na zimę do cieplejszych krajów, mówię ci, mam takie przeczucie. Pasuje mi nie tylko urodą, subtelnością, ale i wiekiem - góra pięć lat różnicy miedzy nami. Stary, zamówmy jeszcze po piwie, bo się rozklejam, ale gdybyś ją widział „na żywo” w naturze, to dziecko - kropla w kroplę matka… ale nie ma jej, rozumiesz, nie ma i nie wiem, czy ją kiedykolwiek jeszcze zobaczę.
Zachariusz zostawił na chwilę kumpla, po czym wrócił z dwoma kuflami piwa.
Tamten wciąż w stanie wskazującym na rozkład emocjonalny bezwiednie pochwycił swój kufel.
- Powiedziałbym ci coś, Jordi, ale się najpierw napij i pociągnij ostro, prawie do dna.
Jordi posłuchał, ale było mu wszystko jedno.
- Jordi, jeśli chcesz poznać moją siostrę, to możesz do nas wpaść jutro wieczorem… wytrzeźwiejesz do tego czasu, co? Przeczucie cię nie myliło - jest sama, a ojciec jej dziecka to rzeczywiście taki ptak, o którym mówiłeś. Ale muszę cię przestrzec - Kaja chce wszystko, czego pragnie osiągnąć w życiu, zawdzięczać sobie. Z pomocy naszych starych korzysta tylko w ostateczności, a jak mała podrośnie, siostra pójdzie do pracy… już teraz stara się o taką, którą może wykonywać przy dziecku…
Kufel z resztką piwa wysunął się Jordiemu z ręki i potoczył po śliskim, plastykowym blacie stolika, i pewnie by za chwilę upadł na podłogę, gdyby nie to, że Jordi nawet po wypiciu prawie czterech półlitrowych piw miał refleks i zdążył chwycić ten cholerny kufel, zanim zdołał się on roztrzaskać o kamienną posadzkę piwnego baru.

[05.10.2018, Pouilly-en-Auxois, Cote-d’-Or i 06.10.2018, Portes-les-Valence we Francji]

12 komentarzy:

  1. Ale historia! Jak z bajki i o zaskakującej poincie. Dziewczyna z charakterem, warto o taką zabiegać.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... ano bez tego zakończenia historyjka byłoby zbyt trywialna. ..trzeba było cos wymyślić 😊

      Usuń
  2. Niezwykle zaskakująca historia. Bądź tak miły i dopisz jej zakończenie.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale o to chodzi, Anno, aby sobie dalszy ciąg samemu dopowiedzieć... ważne, że kufel się nie potłukł 😊

      Usuń
    2. Dobrze, sama sobie dopowiem.
      Mam w mieszkaniu tak dużo kufli do piwa, że mógłby się potłuc, bo mąż używa tylko jednego.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Napiszę jak Ultra - ale historia!
    Napiszę jak Anna = przydałby się ciąg dalszy, chociaż i bez niego historia niecodzienna i godna uwagi:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Łezka w oku mi się zakręciła. Pożałowałam, że wiele lat temu nie spotkałam takiego Jordiego. Dobry materiał na początek komedii romantycznej. Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie trzeba było zapoznac mnie z tym problemem ileś tam lat temu. Może bym cos zaradził ...

      Usuń
    2. Oj trzeba mi było o tym powiedzieć ileś tam lat temu. Może bym coś zaradził... Parafrazując sławnego dramaturga... dalsza czesc opowieści jest wyobraźnią każdego z nas... pozdrawiam

      Usuń
  5. I tak własnie piszą ludzie utalentowani.
    Szacun :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję, ale zaraz dodam..oj tam, oj tam, przesada :-). Tak naprawdę dobre jest ostatnie zdanie. . Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń