Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

14 lutego 2012

Trzeba być durniem

- Trzeba być durniem – powiedział radca Krach – aby uwierzyć, że środki unijne dla Polski w latach 2014-20 wyniosą 80 miliardów złotych.
- Z czego pan to wnosi? – zapytał inżynier Bek, łyknąwszy chłodną już kawę z kardamonem.
- Budżet Unii w 73 procentach pochodzi ze stałych wpłat państw, członków UE i jest bezpośrednio uzależniony od wyrażonego w procentach udziału środków własnych każdego kraju. Jest to właśnie 0,73 % dochodu narodowego. Ten ułamek procenta jest przecież uzależniony od kondycji gospodarczej każdego kraju. Jeśli więc dochód narodowy spada, a spada, panie inżynierze, i to znacznie w kilku przynajmniej krajach, to oczekiwanie na to, że Polska może uzyskać te 80 miliardów, co oznaczałoby wzrost w porównaniu z wysokością funduszy na lata 2007-13, jest niepodobieństwem.
- No cóż – inżynier Bek pokiwał głową – należy się z tym liczyć. Z próżnego i Salomon …
- To pewne – wtrącił doktor Koteńko.
- I logiczne – stwierdził mecenas Szydełko.
- Nie mniej jednak, panowie – kontynuował Krach – w celach propagandowych takie „durnoty” przechodzą. Przypominacie sobie panowie, występ „trzech tenorów” uzależniających pozyskanie tak wielkich pieniędzy od sukcesu wyborczego Platformy?
- A widziałem taki spot reklamowy – przyznał doktor Koteńko.
- I uwierzył pan?
- Ja, panie radco, jestem lekarzem, ja podejmując się kuracji, muszę wysłuchać pacjenta, ale też go osłuchać porządnie, skierować na badania.
- Ja, radco - odezwał się inżynier Bek – mam rozum ścisły i bardziej uwierzę tabelkom, obliczeniom, wskaźnikom i procedurom.
- Otóż to, panowie, jak tu siedzimy, nie dajemy się zwariować, lecz czego się nie robi dla zdobycia władzy i sprawienia wrażenia, że jedynie nasze działania są słuszne – rzekł Krach.
- Utrzymuje pan – odezwał się mecenas Szydełko – że to ze względów politycznych podano taką wersję przyszłych wydarzeń.
- A jakże. Ale panowie, powiem więcej. Trzeba być durniem, aby słuchając zapewnień tenorów, uwierzyć w to, że mówią prawdę a nie fałszują. Wystarczy przecież pomyśleć. Kryzys przewala się przez Europę, na mapie wokół Polski czerwony kolor i z tej stagnacji czy recesji ma wynikać, że środków unijnych będzie więcej niż uprzednio.
- A bo to, panie radco – westchnął doktor Koteńko – są ludzie, którzy pewnie lubią być tumanieni, lubią nie znać prawdy.
- Ech, panowie – wtrącił inżynier Bek – a może nasi milusińscy tenorzy przewidują nagłą dewaluację złotego. W takim przypadku te osiemdziesiąt miliardów to wcale prawdopodobna rzecz. 

07 lutego 2012

Tortury



- Oniemiałem – rzekł radca Krach do swoich kompanów – słysząc na własne uszy jak odkurzony Krzysztof Janik wyciąga wnioski ze swego imiennika, Rutkowskiego działania uprzedzającego praworządne procedury policji.
- W czym rzecz się osadza? - zapytał inżynier Bek.
- Inżynierze, pan Janik sugeruje, że wskutek skuteczności Rutkowskiego, należałoby „uzbroić” naszą dzielna policję w metody powszechnie uznawane jako tortury, które nie powinny być obecne w demokratycznym państwie.
- Ależ, drogi radco, to taki niewinny żart – westchnął inżynier Bek – wiemy wszakże, że na tortury pozwoleństwa być nie może.
- Otóż inżynierze, jak w stół uderzyć, nożyce się odezwą. Przypominacie sobie, że w czasie, kiedy pan Janik sprawował zaszczytną funkcję ministra spraw wewnętrznych, nasze bardzo zaprzyjaźnione państwo, stosowało tortury wobec terrorystów podejrzanych o udział w zamachu z jedenastego września? I to właśnie za ministerialnych czasów pana Janika, co wynika z raportu Rady Europy na terenie Polski funkcjonowały tajne więzienia CIA, w których przetrzymywano terrorystów. Śmiem wątpić, że w tych mazurskich lasach więźniowie przebywali w celach rekreacyjnych. Mało tego, panowie, ponad wszelką wątpliwość, co wynika z kolei z raportu Międzynarodowego Czerwonego Krzyża więźniowie CIA byli wielokroć poddawani torturom.
- Cóż pan, panie radco chce przez to powiedzieć? – wtrącił mecenas Szydełko.
- Mecenasie, chcę powiedzieć, żeby pan Janik nie rżnął głupa, że nie wie, iż w cywilizowanym demokratycznym świecie nie są stosowane tortury dla wymuszenia zeznań, żeby nie opowiadał bajek, które mają przekonać głupszych niż on, że istnieje jakakolwiek zbieżność metod zastosowanych przez pana Rutkowskiego z wielce ucieszną metodą „waterboarding”, stosowaną przez cywilizowane CIA.
- Rozumiem pana doskonale – przyznał mecenas – przyznaję, że idee pana Janika nie są szczególnie lotne.
- No cóż, jaki rozum, takie i myśli z niego wyciekające – podsumował doktor Koteńko
Wypili po szklaneczce whisky, bo nie sposób było nie wypić.
- Czy zwrócili panowie uwagę, co stało się newsem ostatnich dni? Wydaje się, że skwitować to można w takim oto stwierdzeniu: jak pseudo-detektyw Rutkowski pomieszał szyki policji (która od początku znała prawdę, całą prawdę i tylko prawdę) i dopuścił się przestępstwa odkrycia nie swojej prawdy w historii  „porwanego” dziecka? Ręce opadają.
Pani Zofia, która w tak zawiłe społeczno-polityczne kwestie nigdy się nie wdawała, przysłuchując się rozmowie panów, wyrzekła spokojnie:
- Mówcie panowie, co chcecie, a ja tam uważam, że każdy z nas, jak tu siedzimy, gdyby spotkało nas jakieś nieszczęście, gdybyśmy zostali pobici, obrabowani, gdyby nas potrącił na ulicy samochód, gdyby nas poniżono czy oszukano, gdyby w ciemności nocy lub w blasku słonecznego światła zamordowano naszego sąsiada, słowem, gdyby popełniono względem nas, naszej rodziny, znajomych, czy kogokolwiek na świecie przestępstwo, to jedyną rzeczą, która zajmowałaby nasz umysł, byłoby odnalezienie sprawcy. Wszystko pozostałe to akademickie dywagacje. Panowie, ja nie wymagam tortur, nie żądam brutalności, nie domagam się stosowania niecnych procedur czy krwawej zemsty. Interesuje mnie prawda i sprawca przestępstwa. Mało mnie obchodzi to, kto pod sąd złoczyńcę zaprowadzi, kto chwyci go za rękę. I temu, kto przerwie tę niewiedzę o sprawcy, winniśmy szacunek i podziękowanie.
- Pani Zosiu, whisky dla pani.     

02 lutego 2012

"Staroświecka autorka"




Pani Zofia przez mróz uliczny się przekradła, rozpalona i zziębnięta. Stanęła w progu.
- Ach tak, wiecie już, wiecie. Mam tu z sobą … proszę, pomóżcie mi z tym paltem. Mam tu coś dla was.
Edward umieścił je na wieszaku.
- Proszę usiąść przy piecu.
- Jak to dobrze, że otwarte – powiedziała – mam dla was. Chciałam przeczytać.
- Pani Zofio – Adam odsunął krzesło, aby swobodnie usiadła – wiemy już … i smutno nam wszystkim. Jak zawsze nie w porę ta śmierć, jak nie w porę choroba.
- Niech mi pan wybaczy, musiałam przyjść.
- Mario, herbata z cytryną. Dla mnie też.
Trzymała w ręku książkę. Rozejrzała się po sali. Nowi goście, których nie znała jedli późna kolację. Uśmiechnęła się.
- Panie Adamie, jak to dobrze, że mimo wszystko nie jesteśmy sami, tacy zupełnie sami, choć bez Niej tak okrutnie smutno.
Gorąca herbata parzy wargi. Aromat cytryny unosi się kwaśna mgiełką nad szklanym walcem naczynia.
- Posłuchajcie!
Zaczęła z taką harmonijną powagą…

„Nagrobek
Tu leży staroświecka jak przecinek
autorka paru wierszy. Wieczny odpoczynek
raczyła dać jej ziemia, pomimo że trup
nie należał do żadnej z literackich grup.
Ale też nic lepszego nie ma na mogile
oprócz tej rymowanki, łopianu i sowy.
Przechodniu, wyjmij z teczki mózg elektronowy
i nad losem Szymborskiej podumaj przez chwilę.”

Cisza. Jaka ogromna cisza.
- Jakże to – odezwała się jeden z nowych gości – to ta pani tak napisała o swojej…?
(…)
- Odprowadzę panią do domu – powiedział Adam, kiedy upłynęły dwie herbaty z cytryną.
- To i ja z tobą – powiedziała Maria.
Wybrali się w podróż arktyczną.

31 stycznia 2012

Mróz



Przez dni ostatnich kilka kawiarnia (poza przedstawieniem) zmieniła swoje oblicze. Wewnątrz powróciły na ściany reprodukcje impresjonistów, wymieniono żarówki, przydając jasności sali oraz mocniej palono w piecu, aby zapobiec przenikaniu przez ściany i okna potęgującego się z każdą nocą chłodu. Maria przed otwarciem kawiarni z nieustającą obowiązkowością dostarczała mieszczącej się w ogrodzie ptasiej stołówce ziaren, połaci słoniny, okruchów chleba, tudzież mieszaniny kaszy z gotowaną pszenicą. Ptactwo z okolicznych kwartałów ulic tylko czekało na nowe kęsy, zbiegało się wrzeszcząc zaciekle, kląskając zajadle i kłócąc się o swoją działkę. Któregoś dnia pojawiła się w ogrodzie parka zajęcy. Tym z kolei Maria marchew i poszatkowaną kapustę rzucała, aby pozostawiły różane chochoły w spokoju. I kiedy życie miasteczka spowolniało, ogród życiem tętnił raźnie, jak w czasie wczesnowiosennej pory wicia gniazd i amorów.
Pewnego wczesnego poranka Adam poprosił do swego pokoju Edwarda na śniadanie i nad czymś długo dyskutowali. Efektem tej rozmowy była przedpołudniowa wyprawa Edwarda na miasto, z której przez jakiś czas niewiele wynikało. Pojawili się zwykli goście w kawiarni. Adam pomagał w kuchni, Maria zajmowała się gośćmi, wśród których tym razem większość stanowiły kobiety, dla których kawiarnia, sytuowała się na drodze codziennych wypraw do marketu, więc wchodziły ogrzać się filiżanka kawy czy herbaty.
Około jedenastej pojawili się Literat z redaktorem Pokorskim, który nie omieszkał podać do publicznej wiadomości, że jego artykuł o „Dziadach” ukaże się we czwartek na trzeciej i czwartej stronie. Literat zbierał się właśnie do pisania przy kawie, lecz wiedział, że musi odsiedzieć swoje z Pokorskim. Ten wciąż o polityce prawił, narzekał, że pan premier coraz bardziej się zapętla, że przegina, że z jego logicznym myśleniem coś nie tak i może z dwojga złego lepiej by było, gdyby sobie poszusował w Alpach.
- Panie Tadeuszu – ciągnął Pokorski – ja tam z ludźmi wieloma gadam a ci, dotąd milczący, ostatnio coraz bardziej zwracają uwagę na to, że pan premier orientację traci, najpierw do czegoś zachęca, decyzje podejmuje, po czym ustępuje pod naciskiem chwili. To nie tak być powinno.
- Panie redaktorze, ja już się tym nie zajmuję. Tylko przez krótki okres czasu byłem w harcerstwie i to mi wystarczy. W piłkę też już nie gram. Teraz piszę.
- Myśli pan, że taka obojętność jest właściwym rozwiązaniem?
- Mam powiedzieć, że nie podoba mi się to, w jaki sposób rząd ignoruje społeczeństwo, tylko dlatego, że jego pozycja jest niezagrożona? Więc nie podoba mi się to. I co to zmieni?
- Myślę, że powinniśmy być krytyczni wobec tych, którzy rządzą w naszym imieniu.
- Najczęściej ci, dzięki którym dochodzi się do władzy, milczą.
- I pan milczy.
- Ja milczę, bo wiem, że gdybym nawet krzyczał, niczego to nie zmieni.
- Ale powiedziano, że kropla drąży skałę.
- Cóż z tego, kiedy nie doczekam się pęknięcia skały.
- Mamy więc zachować bierność?
- Redaktorze, ja wiem, że przemawia przez pana głos czwartej władzy. Czwarta władza bardzo często wykorzystuje sytuację. Powiem więcej, czasami ta czwarta władza podkręca nastroje.
- Czasami jednak broni przed popełnianiem większych głupstw przez rządzących.
- Owszem, to prawda. Niech mi pan jednak zostawi prawo do własnego zdania, nawet jeśli jest ono milczeniem.
- Daję panu takie prawo, choć jako pisarz powinien pan zdawać sobie sprawę z tego, że literatura niejednokrotnie w przeszłości zastępowała politykę i miała ogromny wpływ na zachowanie i działania społeczeństwa; kształtowała patriotyzm.
- To już przeszłość, redaktorze. Dzisiaj nawet najgłupsze prawo może być stanowione z powodu większości parlamentarnej, nawet najgłupszy minister nie zostanie odwołany z tej samej przyczyny.
- To przykra wizja, nie powiem, żeby nie miał pan racji, lecz nie robiąc nic, nie zajmując żadnego stanowiska, tym bardziej nie możemy oczekiwać zmian.
- Zmiany, jeśli takowe zajdą, powinny wynikać ze zmian w samym podmiocie. Dopóki parlamentarna większość i wybrany rząd tkwił będzie w mniemaniu posiadania wyłączności na rację, może pan sobie protestować na ulicy czy w gazecie do woli. Nikogo to nie obejdzie.
- Ale kolejne wybory …
- Panie redaktorze, niech będzie pan poważny i pozwoli mi skupić się na materii mniej zgniłej, umiejscowionej ponad polityczne awantury, gorszące umysł.
Tak i też redaktor Pokorski zaprzestał rozmowy z Literatem, a chociaż przyznawał niejaką słuszność poglądów interlokutora w kwestii wpływy jednostki na poczynania władzy, nie będąc do końca przekonany, ulotnił się niepostrzeżenie, pozwalając Tadeuszowi na zajęcie się słowem pisanym.
Kiedy Edward wrócił około południa, na jaw wyszedł uzgodniony z Adamem cel miejskiej peregrynacji. Powrócił do kawiarenki z czworgiem starszych a zziębniętych srodze ludzi (kobieta i trzech mężczyzn), których zaraz Adam przyjął serdecznie i do stolika zaprosił. Podano obiad pożywny, gorący.
Tego samego dnia, pod wieczór, zagospodarowano dwa pokoje na piętrze dla popołudniowych gości, którzy nie musieli mroźnej nocy spędzać na dworcowej poczekalni.    

28 stycznia 2012

Grzeszne dusze

Redaktor Pokorski ma jeszcze wypieki na twarzy po przedstawieniu, które obejrzał z innymi. Najsampierw pomyślał o przedstawieniu tłumu, który chcąc premierą „Dziadów” obejrzeć, pokotem miejsce na sali zajął, na krzesłach, stołkach, stołeczkach, na podłogowych deskach, że igły by nie wsadził. Publiczność zapowiedziana przyszła wcześniej, lecz tak młodsza, która odurzona zapałem manifestacji, gorąca duchem, acz zziębnięta, wdarła się wręcz do kawiarni przerobionej na teatralną scenę, najmniej wygodne miejsce zajęła, na deskach.
Jakoż dobrze się stało, że inżynier Bek wziął z sobą kamerę i zasiadając na krześle ustawione na ladzie, filmować zaczął przedstawienie. Odezwały się głosy, że kopie będą potrzebne dla młodej części społeczeństwa, bo nie dla każdego miejsce się znalazło.
Redaktor Pokorski pisze. Pisze, kiedy nie ma już dekoracji ani aktorów. Zaledwie kilka osób krzątających się po sali, dopijających napoje, sprzątających po widowisku, które skończyło się o dziewiętnastej.
Przedstawienie rozpoczęto. Chór tajemniczość wskrzesił. Guślarz poprowadził, zwoływać duchy raczył.
(…)
Czyśćcowe duszeczki!
W jakiejkolwiek świata stronie:
Czyli która w smole płonie,
Czyli marznie na dnie rzeczki,
Czyli dla dotkliwszej kary
W surowym wszczepiona drewnie,
Gdy ją w piecu gryzą żary,
I piszczy, i płacze rzewnie;
Każda spieszcie do gromady!
Gromada niech się tu zbierze!
Oto obchodzimy Dziady!
Zstępujcie w święty przybytek;
Jest jałmużna, są pacierze,
I jedzenie, i napitek.(…)

Otóż i Guślarz, zwyczajem starodawnym, zagrzmiał przyjmując na się obowiązek odpuszczenia grzechów dusz błądzących po krainie cieni, napojenia ich i dania strawy.
Najpierw więc te, najmniej grzechami splamione przywołuje:
 (…)Naprzód wy z lekkimi duchy,
Coście śród tego padołu
Ciemnoty i zawieruchy,
Nędzy, płaczu i mozołu
Zabłysnęli i spłonęli
Jako ta garstka kądzieli.(…)
I kiedy już publiczność gołąbka z gołąbkiem, aniołka z aniołkiem spodziewa się ujrzeć, na scenę cmentarną wkracza para młodych ludzi, jak z ulicy, rzekłbyś prosto ze szkolnej ławy, w markowych ubraniach, ze słuchawkami w uszach, papierosem czy skrętem w zębach, z niewieścim gołym brzuchem, z kapturem na głowie. Coś szepczą do siebie, na coś brzydkim językiem urągają, zanim jeszcze posłużą się tekstem dramatu. I wtedy ona, ten adidasowi aniołeczek z kolczykami w nozdrzach i uszach, ona odzywa się czule:
„(…) W raju wszystkiego dostatek,
Co dzień to inna zabawka:
Gdzie stąpim, wypływa trawka,
Gdzie dotkniem, rozkwita kwiatek.(…)”
A potem aniołeczek z ogoloną głową dopowie:
„Lecz choć wszystkiego dostatek,
Dręczy nas nuda i trwoga.
Ach, mamo, dla twoich dziatek
Zamknięta do nieba droga!(…)”
I o nic nie proszą, niczego im nie potrzeba. Dlaczegóż więc ich oczy się płaczą, czemu cierpią i płaczą. Czyżby wreszcie zrozumieli, że ta niedojrzała beztroska może cierpienie przynosić. Czy dlatego o ziarnka gorczycy proszą? Czyżby zrozumieli?
A chór dorosłych, chór ojców i matek powtarza:
„Bo słuchajmy i zważmy u siebie,
Że według Bożego rozkazu:
Kto nie doznał goryczy ni razu,
Ten nie dozna słodyczy w niebie”.
Z gorczycy ziarnkami ci młodzi ku niebu sfrunęli, odrzucając precz dekoracyjne zbytki swych postaci i nadzy w skłębionej mgle się rozpłynęli.
Aż wreszcie pojawił się ten, co do kapicy nie wstąpił. Tak oto Guślarz wejście widma-upiora komentuje:
„Wszelki duch! jakaż potwora!
Widzicie w oknie upiora?
Jak kość na polu wybladły;
Patrzcie! patrzcie, jakie lice!
W gębie dym i błyskawice,
Oczy na głowę wysiadły,
Świecą jak węgle w popiele.
Włos rozczochrany na czele.
A jak suchy snop cierniowy
Płonąc miotłę ognia ciska,
Tak od potępieńca głowy
Z trzaskiem sypią się iskrzyska.”
Jakież zdziwienie ogarnęło oglądaczy, kiedy na upiora licach raz po raz pojawiały się coraz to inne maski czytelne, tak czytelne, że publiczność, nie krygując się głośnym swym zachowaniem, wypowiadała imiona tych masek, tak bardzo znanych, obecnych w medialnej posłudze. Na sali zawrzało. Ktoś z publiczności niepewny dalszego losu opowieści ułożył się jak kłoda przed progiem kaplicy, jakby krzyknąć miał „nie pozwalam” .
(…)Ja nieboszczyk pan wasz, dzieci!
Wszak to moja była wioska(…)”
– zaskowytał głos widma. Publiczność hardo siekła wzrokiem nieszczęśnika. Zdawała się mówić: nie przebaczamy.
"Wiecznych głodów jestem pastwą;
A któż mię nakarmić raczy?
Szarpie mię żarłoczne ptastwo;
A któż będzie mój obrońca?
Nie masz, nie masz mękom końca!"
Publiczność była niewzruszona. Palcami go pokazywano, bo przecież pamiętano, że to z jego przyczyny ta wioska nie jest już ich wioską, choć wspólną była. Na nic się zdają tłumaczenia widma, że poznał istotę zbrodni swoich, że tylko piekło mu zostało, lecz aby położyć kres katuszom swoim, musi znaleźć kogoś, kto pożywi jego wszeteczne, upiorne ciało. Cóż, kiedy pojawia się chór ptasi, który zbrodnie Pana pamięta i liczyć na przebaczenie nie może.
„(…)Nie znałeś litości, panie!
Hej, sowy, puchacze, kruki,
I my nie znajmy litości:
Szarpajmy jadło na sztuki,
A kiedy jadła nie stanie,
Szarpajmy ciało na sztuki,
Niechaj nagie świecą kości.(…)”
Wtem Kruk się odzywa, wspominając te baty i psów szczucie za owoce w ogrodzie, z głodu do ust podniesione.
Każdą kość, jak z kłosa żyto,
Jak od suchych strąków grochy,
Od skóry mojej odbito!
Nie znałeś litości, panie!”
A Sowa wtóruje Krukowi. Za zlitowanie nad sierotami o zapomogę prosiła, a on, a Ty…
Ale ty, panie, bez duszy!
Hulając w pjanej ochocie,
Przewalając się po złocie,
Hajdukowi rzekłeś z cicha:
"Kto tam gościom trąbi w uszy?
Wypędź żebraczkę, do licha".
Posłuchał hajduk niecnota,
Za włosy wywlekł za wrota!
Wepchnął mię z dzieckiem do śniegu!”
Patrzymy wszyscy – wspominał redaktor – jak się te maski zmieniają, a każda z nich dumna i roześmiana, a tak podobna, tak podobna.
I ten zły Pan, ten upiór pożywienia nie dostanie, albowiem…
„Sprawiedliwe zrządzenia Boże!
Bo kto nie był ni razu człowiekiem,
Temu człowiek nic nie pomoże.”
Zrobiły się z tego wyznania oklaski, oklaski tak niebywałe, że duch pośredni, czyśćcowy, wkroczył na scenę ledwo zauważony. A była to dziewczyna śliczna, pastereczka bosa, której grzechem było drwienie z najczystszej miłości. Kiedyśmy ochłonęli z upiornej wizji okrutnika, całe nasze myśli podążyły śladem nieszczęsnej dziewczyny, która beztrosko odrzuciła uczucie, śmiejąc się i żyła na świecie, lecz nie dla świata.
Żałując swawolnej beztroski swojej, dziś, na dziadowską wstępując wieczerzę, nie o napój i pożywienie prosi, lecz wskrzesić pragnie prawdziwego życia słodycze:
„Nic mnie, nic mnie nie potrzeba!
Niechaj podbiegą młodzieńce,
Niech mię pochwycą za ręce,
Niechaj przyciągną do ziemi,
Niech poigram chwilkę z niemi.
Bo słuchajcie i zważcie u siebie,
Że według Bożego rozkazu:
Kto nie dotknął ziemi ni razu,
Ten nigdy nie może być w niebie.”
Tak i też opowieść święta Dziadów kończyć trzeba owym tajemniczym, milczącym widmem,  które nareszcie odnajduje swą miłość z zaświatów, i z nią w zaświaty wędruje.
Młodsza część widowni spojrzała na siebie i powstała z ziemi, szpaler czyniąc wokół odchodzącej w mgławicy postaci
A mnie się wydawało, jakby nieszczęsne dusze zastały sobie zaślubione i nie w czeluści piekieł wstępowały, lecz w życie nowe, bo żyć i kochać trzeba, na wieki wieków.

26 stycznia 2012

Piraci z rumem

Radca Krach, który zawsze jest na bieżąco, pozwolił sobie na żart nie byle jaki. Do siedzącego z nim przy herbatce mecenasa Szydełki (ten sączył herbatkę z rumem z powodu przeziębienia) pozwolił sobie określić rządy Cypru, Estonii, Słowacji, Holandii i Niemiec jako sprzyjające piractwo w najjaśniejszej Wspólnocie.
- Czemu pan tak sądzi? – zapytał chrypliwym głosem mecenas Szydełko.
- A nie wiesz pan, co w dalekiej Japonii się dzieje?
- Zapewne nasi skoczkowie trenują w Sapporo.
- Widzę, że jest pan mecenas zapalonym kibicem sportów zimowych, co się chwali, lecz mnie o ACTA chodzi.
- Niech pan wybaczy radco, ale obudziłem się dzisiaj z bólem głowy, czując, że jakieś grypsko mnie chwyta i z tego powodu nie jestem najlepiej zorientowany, co się dzieje na świecie, choć o ACTA słyszałem.
- W takim razie, mecenasie, w czasie, kiedy pana organizm podczas snu ulegał inwazji choróbska, w Japonii nasza pani ambasador podpisała ACTA.
- To było do przewidzenia, jak sądzę, po tej zdeterminowanej wypowiedzi pana premiera.
- Owszem, pan premier nie lubi, kiedy mu się sprzeciwia.
- O tak, pamiętam, jak po treningu zbeształ swego czasu lekarzy.
- Aby nie trzymać pana w niepewności – kontynuował radca Krach – powiem panu, że rządy wymienionych przeze mnie krajów ACTA nie podpisały.
- A to ciekawe – zastanowił się mecenas Szydełko i cichutko zakasłał.
- Wniosek stąd wysuwam zabawny, że oto rzeczone państwa, sprzyjają piractwu w sieci.
- Czyżby znani z solidności Niemcy?
- Jako żywo. A może właśnie z solidności znani Niemcy poszli po rozum do głowy i raczyli raz jeszcze przeanalizować dokument.
- Któż to wie – westchnął mecenas – wybaczy pan, ale będę się zbierał i zrezygnuję dzisiaj z lampeczki koniaku. Po tej herbatce z rumem zrobiło mi się gorąco. Wpakuję się do łóżka. Oby przeżyć ten jutrzejszy dzień.
- Proponuje w domu zaparzyć sobie jeszcze jedną herbatkę, tym razem ze spirytusem. Że też nie ma kto panu jej zrobić.
- Niestety.

23 stycznia 2012

Larum


Wszedł na środek sali. Melodia ucichła. Nie puszczano dalej.
- Obywatele, narodzie wybrany! Kiedy my gnuśni i bierni, bierni i o własne garnki zapełnione dbający, wróg z zewsząd przybyły i na granicach stojący w hordach posłusznych rozkazom, do napaści na święte naszej ojczyzny prawa, oręż swą potężną a okrutną szykuje. Dlatego powiadam wam, rozpuśćmy  wici w najodleglejsze krainy naszej regiony; niech stanie naród cały, zbrojny i do świętej wojny gotowy. Larum zagrajmy, werble a cymbały strojmy, niech krzepią ku przyszłych zwycięstw prędkich z naszymi nieprzyjacioły. Ruszcie z pospolitą odsieczą kresowi i centralni, gromadźmy się w hufce skrzydlate. Na koń rycerze od szczytów tatrzańskich po bałtyckie fale; od wartkiego Bugu po Nysy i Odry ciemne wody.
„Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! Nieprzyjaciel w granicach! a ty się nie zrywasz! szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz? Co się stało z tobą, żołnierzu? zaliś swej dawnej przepomniał cnoty, że nas samych w żalu jeno i trwodze zostawiasz?”
Nie masz potrzeby większej nad tę, o którą teraz Stwórcę upraszamy. Stańmy murem za przywilejem naszym szlacheckim, co każe odegnać precz naszych wrogów. Nie pozwólmy! Nie dopuśćmy! Razem przyjaciele.
Nie zwlekając ruszyli w bój ostateczny, w słusznej zaczyniony sprawie. Cała Rzplita pola nie ustępuje, ściga, dopadła wreszcie, ułapiła.
Otwarły się wrota piekieł … poseł skrzesał iskrę i podłożył lont pod Kadzidełko.
Takież to było radcy Kracha przedwieczorne do ludu spitego kawą przemówienie.

20 stycznia 2012

We dwoje


- I co też pan tak skrobie? – zapytała.
- Otóż i piszę. Może coś z tego będzie – odparł unosząc wzrok.
Zdawało się, że ta wymuszona przerwa w pisaniu spowodowana niespodziewanych odezwaniem się starej kobiety nie była dla niego przeszkodą. Zdawało się, że szukał wytchnienia. Kieliszek wódki przed nim stał jeszcze pełen; stał i kusił.
- Czy pić przy tym trzeba? Pan tu taki wciśnięty w kąt. I światło kiepskie. Nie dba pan o swoje oczy – kobieta patrzyła na niego ze współczuciem.
- Widzi pani, takie wciśnięcie się w kąt powoduje to, że człowiek czuje się bezpieczny.
- To pozorne bezpieczeństwo. Pan cierpi.
- Bez cierpienia nie ma literatury, nie ma sztuki.
- A o czym to? – skinęła na leżące na blacie stolika kartki papieru, zapisane, z przekreślonymi słowami, całymi rzędami zamazanych słów.
- O młodości durnej i życiu pogmatwanym.
- To pana życie? O tym pan pisze?
- Zawsze pisze się o sobie, tylko czasami ubiera się siebie w szaty innych ludzi.
Przerwała na chwilę. Być może pomyślała sobie, że niepotrzebnie się przysiadła. Cóż jemu po niej, jej słowach, radach, samej obecności.
- Przeszkodziłam panu – stwierdziła – niech pan się nie gniewa.
- Nie mam zamiaru się gniewać – na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Nie powinien pan pić. Proszę mi wybaczyć, ale liczyłam kieliszki.
- Mam twardą głowę, proszę się o mnie nie martwić.
- Moja siostra pisze dziennik od dwudziestu lat.
- Gratuluję. To wymaga wytrwałości. Nie miała z tym problemu ze strony przeoryszy?
- Tylko na początku. Wie pan, tam, gdzie odbywa swoje powołanie nie ma ścisłej reguły, ale mimo wszystko trzeba mieć na względzie miejsce, w którym się żyje.
- Coś w rodzaju autocenzury? Każdy z piszących temu podlega.
- Kiedy spotykamy się, zawsze bierze z sobą swój zeszyt i czyta mi to, co napisała od ostatniego spotkania.
- To ciekawe, bo dzienniki to bardzo osobista literatura.
- Bardzo się kochamy i rozumiemy. Lubię jej słuchać. To w końcu moja siostra.
-----------------------------------------------------------------
- Popatrzcie jak sypie – usłyszeli głos inżyniera Beka, który właśnie wszedł do kawiarni z doktorem Koteńko.
Literat odruchowo skierował wzrok w stronę przeciwległego okna w którym widać był wyraźnie mokre grudy śniegu wirujące na tle szarego tła drzew owocowych w ogrodzie.
- Przeczytałby pan coś dla mnie? – zapytała kobieta.
- Proszę przysunąć się bliżej – odparł.