Widzę, że z
niektórymi rodzinami jest tak jak z wielkimi imperiami, które po
zdobyciu panowania, jak to się mówi, nad połową świata, nagle
upadają i tylko we wdzięcznej lub niewdzięcznej pamięci potomków
zostają, tak dzieje się, gdy umiera ostatni / ostatnia z rodu,
wiecie jak to jest, taki ktoś, pozostanę dla szybszego zrozumienie
przy rodzaju męskim, tak wygodniej, taki ktoś, wokół którego
zbierają się młodsi, także równolatkowie z sąsiednich klanów,
z kuzynostwa i tak dalej, i wtedy ten ktoś, gdy coś powie, to staje
się ważne, albo wokół niego zbierają się w wieczór wigilijny
przy choince, i kiedy ten ktoś umiera, dopiero co po pogrzebie,
świat wydaje się mniej rozumny, a my rozjeżdżamy się do swoich
codziennych zajęć i natychmiast zapominamy, no może nie
natychmiast i nie wszyscy, ale czujemy, że coś skończyło
bezpowrotnie swój żywot, nic już nie będzie tak jak przedtem, a
jeden taki o duszy poety chyba, siada przy stoliku i zaczyna
rozmyślać nad tym, dlaczego tak się stało, dlaczego muszą urwać
się te wszystkie więzi zadzierzgnięte przed laty, taki jeden mało
znaczący zaczyna wspominać i przypomina sobie dawne dobre czasy,
gdy w życiu o coś nam chodziło.
Było to w czasach
dawnych, niesłusznych, kiedyśmy jako państwo i społeczeństwo
należeli do grupy państw i społeczeństw Wschodu, na którego
czela stał Związek Radziecki, mieliśmy też własny Układ
Warszawski, Er Wu Pe Gie, była też Interwizja, wczasy w Bułgarii i
Pociągi Przyjaźni, a krajem rządziła Partia, jej Zjazdy, Plena i
Towarzysze z Komitetu Centralnego, Wojewódzkich i dalej, niżej, i
tak mi się skojarzyło, że wtedy bardzo wiele spraw działo się
pod przywództwem towarzyszy zza wschodniej granicy, chociaż
oczywiście istniały polskie rządy, które tylko do pewnego stopnia
były niezależne, bo i tak wielka polityka gospodarcza
dla całego wschodniego regionu zależała od towarzyszy z Moskwy,
nie pamiętam jednak, aby w obozie podówczas rządzącym występował
jakiś partyjniak, który zagrzmiałby na najgrubszej strunie
zarzucając Moskwie, że jest okupantem
i prowadzi z nami wojnę,
a piszę to w związku nie tylko z suskim o niepełnym wykształceniu
podstawowym, ale też mając
na myśli tych
wszystkich polityków władzy, którzy biorą kasę od śmiertelnego
wroga naszego kraju mieszczącego się w Brukseli,
wszyscy oni uważają, że Bruksela, skąd dostają kasę, jest
jednocześnie wrogiem numer jeden Polski.
Miałem swego czasu
poświęcić jeden przynajmniej post pani Agnieszce Osieckiej, a
konkretnie jej wierszom. Czas mijał i jakoś nie dotrzymałem danego
sobie słowa. I trzeba było, aż przykro mi to pisać... nie, nie
napiszę tego, gdyż strasznie by to zabrzmiało.
Umarł Wiesław
Gołas, a ja właśnie miałem na myśli przypomnieć wiersz pani
Osieckiej, do którego Krzysztof Komeda napisał melodię, a Edmund
Fetting zaśpiewał, teraz już piosenkę "Nim wstanie dzień",
która posłużyła panom Skórzewskiemu i Hoffmanowi w filmie "Prawo
i pięść". Dlaczego ten wiersz akurat wybrałem? Po pierwsze,
oddaje on
niejako moją optymistyczną filozofię, która mówi o tym, że po
dniach ciężkich, burzliwych, jest pora na zmianę, na życie
trudne, acz pełne radości. Pozwolę sobie w tym miejscu uzupełnić
swój biograficzny wątek. Otóż gdyby ktoś mnie zapytał, tak
zupełnie abstrakcyjnie, w jakim czasie historycznym chciałbym
przeżywać swoją pełną energii młodość, to byłby to okres
bezpośrednio po zakończeniu drugiej wojny światowej. Myślę, że
właśnie wtedy potrafiłbym wykorzystać
w
sposób najwłaściwszy wszelkie swoje organizacyjne umiejętności i
mógłbym dołączyć do tego swój młodzieńczy zapał, a nade
wszystko starałbym się podarować swoje siły dla dobra ogółu.
Może słowa te zabrzmiałynazbyt
dumnie i patetycznie, ale tak to właśnie czuję. I jeszcze jedno -
prawdopodobnie mając lat 20-25 w roku 1945 nie doczekałbym
parszywych rządów pisu.
Wracając jednak do
wiersza pani Agnieszki. Podziwiam poetkę za napisanie tego akurat
wiersza, który jest właściwie taki męski, albo inaczej, Agnieszka
Osiecka potrafiła wczuć się w myśli, które prawdopodobnie
towarzyszyły każdemu mężczyźnie powracającemu z frontu.
Agnieszka Osiecka - słowa; Krzysztof Komeda - muzyka,
Edmund Fetting - śpiew
Nim wstanie dzień
Ze świata czterech stron,
z jarzębinowych dróg,
gdzie las spalony,
wiatr zmęczony,
noc i front,
gdzie nie zebrany plon,
gdzie poczerniały głóg,
wstaje dzień.
Słońce przytuli nas do swych rąk.
I spójrz: ziemia ciężka od krwi,
znowu urodzi nam zboża łan,
złoty kurz.
Przyjmą kobiety nas pod swój dach.
I spójrz: będą śmiać się przez łzy.
Znowu do tańca ktoś zagra nam.
Może już
za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś.
Za noc, za dzień,
doczekasz się,
wstanie świt.
Chleby upieką się w piecach nam.
I spójrz: tam gdzie tylko był dym,
kwiatem zabliźni się wojny ślad,
barwą róż.
Dzieci urodzą się nowe nam.
I spójrz: będą śmiać się, że my
znów wspominamy ten podły czas,
porę burz.
Za dzień, za dwa,
za noc, za trzy,
choć nie dziś,
za noc, za dzień,
doczekasz się,
wstanie świt.
526.
Dziwnym, ale dla
mnie, zrozumiałym trafem, jest fakt, że poezja Agnieszki Osieckiejtrafiała
do notesów najwybitniejszych polskich kompozytorów, którzy
dodawali jakże istotną dla poezji warstwę muzyczną.
Jeśli ktoś jeszcze nie wie, kto jest autorem tekstu do jednej z
najpiękniejszych polskich piosenek, to odpowiem - w kompozycji
Andrzeja Zielińskiego, wykonanej przez zespół Skaldowie oraz
Łucję
Prus, słowa są autorstwa Agnieszki Osieckiej, a ten wiersz -
piosenka nosi tytuł "W żółtych promieniach liści."
A. Osiecka - A. Zieliński - Skaldowie
W żółtych płomieniach liści brzoza dopala się ślicznie
Grudzień ucieka za grudniem, styczeń mi stuka za styczniem
Wśród ptaków wielkie poruszenie, ci odlatują, ci zostają
Na łące stoją jak na scenie, czy też przeżyją, czy dotrwają
I ja żegnałam nieraz kogo i powracałam już nie taka
Choć na mej ręce lśniła srogo obrączka srebrna jak u ptaka
I ja żegnałam nieraz kogo, za chmurą, za górą, za drogą
I ja żegnałam nieraz kogo, i ja żegnałam nieraz
Gęsi już wszystkie po wyroku, nie doczekają się kolędy
Ucięte głowy ze łzą w oku zwiędną jak kwiaty, które zwiędły
Dziś jeszcze gęsi kroczą dumnie w ostatnim sennym kontredansie
Jak tłuste księżne, które dumnie witały przewrót, kiedy stał się
I ja witałam nieraz kogo, chociaż paliły wstydem skronie
I powierzałam Panu Bogu to, co w pamięci jeszcze płonie
I ja witałam nieraz kogo, za chmurą, za górą, za drogą
I ja witałam nieraz kogo i ja witałam nieraz
Ognisko palą na polanie, w nim liszka przez pomyłkę gore
A razem z liszką, drogi Panie, me serce biedne, ciężko chore
Lecz nie rozczulaj się nad sercem, na cóż mi kwiaty, pomarańcze
Ja jeszcze z wiosną się rozkręcę, ja jeszcze z wiosną się roztańczę
I ja żegnałam nieraz kogo i powracałam już nie taka
Choć na mej ręce lśniła srogo obrączka srebrna jak u ptaka
I ja żegnałam nieraz kogo, za chmurą, za górą, za drogą
I ja żegnałam nieraz kogo, i ja żegnałam nieraz.
527.
Gdybyśmy zabawili
się w skojarzenia poetycko-muzyczne, po jednej stronie umieszczając
panią Agnieszkę Osiecką, to po stronie prawej wystąpiłaby
Marylka Rodowicz. Jakoś tak się stało, i stało się dobrze, że
mocna nić porozumienia połączyła te niezaprzeczalne gwiazdy.
Dwa kolejne
utwory
"Jeszcze zima" i "Żyj mój świecie" pochodzą
z płyty "Żyj mój świecie", a jest to jedna z trzech
pierwszych płyt jakie zostały nabyte do kupionego mniej więcej w
tym samym czasie gramofonu. W owym czasie pani Maryla Rodowicz
śpiewała piosenki bliskie klimatom muzyki folk, protest - songom
czy inaczej pieśniom zaangażowanym, a wiersze o takiej barwie
tworzyła Agnieszka Osiecka.
Myślę, że w znacznym stopniu nasza przedwcześnie zmarła artystka
pisanego słowaprzyczyniła
się do rozwoju kariery pani Rodowicz.
Prawdopodobnie
wymienione wyżej piosenki znalazły sie w repertuarze Maryli
Rodowicz na koncercie jaki odbył się w roku 1970 lub 1971 na Helu,
na którym byłem (w ogóle był to pierwszy w życiu mój koncert).
Z kolei "Ballada
wagonowa" pojawiła się na nim z całą pewnością, a pani
Maryla, o ile dobrze sobie przypominam, występowała wtedy z
nieocenionymi gitarzystami, z nieodłączna gitarą i ... na boso.
"Jeszcze zima" Agnieszka Osiecka - Adam Sławiński
- Maryla Rodowicz
Jeszcze zima, ptaki
chudną,
chudym ptakom głosu
brak.
W krótkie
popołudnia grudnia
w białej chmurze
milczy ptak.
Jeszcze zima, dym
się włóczy,
w wielkiej biedzie
żyje kot
i po cichu nuci,
mruczy:
kiedy wróci
trzmiela lot...
Pod śniegiem świat
pochylony,
siwieje mrozu brew.
To pora zmierzchów
czerwonych,
to pora czarnych
drzew.
A wiatr w kominie
śpi, bo ciemno.
A ja? Co ja? Co
będzie ze mną?
Jeszcze oczy ci
rozjaśnia
moje słowo i mój
gest.
Jeszcze świecę ci
jak gwiazda,
ale to już nie tak
jest.
Jeszcze tyle trzeba
przebyć
niewesołych,
bladych zim.
Czy nam zimy
wynagrodzi
letnich ognisk wonny
dym?
Pod śniegiem świat
pochylony,
siwieje mrozu brew.
To pora zmierzchów
czerwonych,
to pora czarnych
drzew.
A wiatr w kominie
śpi, bo ciemno.
A ja? Co ja? Co
będzie ze mną?
"Żyj mój świecie" - Agnieszka Osiecka - Marian Zimiński
- Maryla Rodowicz
Ocean ma brzeg
czerwony od zórz,
maj czy grudzień.
Ocean ma sól, a cóż
mają cóż,
biedni ludzie.
My mamy tylko świat,
chcę ocalić go od
łez i od burz!
Od łez chrońmy ten
świat,
tak tu pięknie.
Niech serce w nim
gra,
niech nie pęknie...
Cecylia ma psa,
cyrkowiec ma lwa,
Ala kota.
Skowronek ma głos,
a bogacz ma trzos
pełen złota.
A ja mam tylko
świat,
chcę ocalić go od
łez i od trosk!
Od łez chrońmy ten
świat,
tak tu pięknie.
Niech serce w nim
gra,
niech nie pęknie.
Kto rządzi, ma
broń, marzenia na złom
idą często.
Ja nie mam nic prócz
mych oczu i rąk,
ale wiem to:
Mam tylko cały
świat,
chcę ocalić go od
łez i od lat!
Od łez chrońmy ten
świat,
jak kto umie.
Żyj, mój świecie,
żyj
w topól szumie.
Agnieszka Osiecka - Andrzej Zieliński - Maryla Rodowicz
"Ballada wagonowa"
zgłoś błąd / edytuj tekst edytuj video do ulubionych
W związku z licznymi doniesieniami o toczącej się wojnie, panie prezydencie, kiedy obwieszczenie o mobilizacji na naszych zachodnich i południowych granicach uzyska moc prawną
523.
– Drodzy państwo
Polska nielegalna walczyła w czasie II wojny światowej z jednym
okupantem, walczyła z okupantem sowieckim, będziemy walczyć z
okupantem brukselskim
- Unia zmusza
nas do zrezygnowania z wyższości prawa polskiego nad prawem
europejskim i grozi nam, jeżeli tego nie zrobimy, surowymi
sankcjami.
– To jest
traktowanie jak niewolnika. Polska nie da się tak traktować,
jesteśmy dumnym narodem i będziemy bronić swojej suwerenności i
nie pozwolimy na tego typu okupację.
Takie słowa padły
z ust pisowskiego polityka tylko dlatego, że Unia Europejska wymaga
od Polski rządzonej przez pis przestrzegania prawa.
Nie
bójmy się twierdzenia, że podobne brewerie może wypowiadać
jedynie człowiek, który "nie ma równo pod sufitem" i
jest zwykłym pospolitym idiotą albo człowiekiem o zerowej
inteligencji. Porównanie sytuacji
w jakiej znalazł się nasz kraj prowadzony do zagłady przez mafię
kaczyńskiego do okupacji hitlerowskiej, do "walki z okupantem
sowieckim" należy rozpatrywać jedynie w kategorii wypowiedzi
spotykanych w na korytarzach gmachu bez klamek. Nie ma nad czym
dyskutować.
Jedno wydaje mi się
pewne. Jeśli w kolejnych wyborach społeczeństwo nie odsunie pisu
od władzy, Polska wystąpi z Unii Europejskiej.
524.
Odnośnie tego
śmiesznego nowego ładu, mam do pisowskiego premiera pytanie: skąd
weźmie pieniądze na realizację kosmicznych obietnic albo ile
ukradnie jednym, aby dać drugim. Obietnice pierwszego kłamczucha są
tyle samo warte, co milion samochodów elektrycznych i sto tysięcy
mieszkań.
Kilka
dni temu obejrzałem po raz któryś tam z kolei "Prawo i
pięść", film na podstawie opowiadania Józefa Hena w
reżyserii Skórzewskiego i Hoffmana. Miałem przy tej okazji
sporządzić notatkę na temat gry aktorskiej Wiesława Gołasa.
Niestety moje opieszałość była wymowna. Wczoraj pożegnaliśmy
tego wspaniałego aktora i człowieka, twórcy ról kinowych
teatralnych i kabaretowych, aktora, który niesłusznie zamykany jest
w szufladzie z napisem "komedia",
o czym świadczy zdecydowanie dramatyczna rola w "Prawie i
pięści", także wielka rola w "Ogniomistrzu Kaleniu",
a przecież również Szyguła, kierowca z planu filmowego serialu
"Droga" to postać jak
najbardziej poważna, a jednocześnie przykład "brata łaty",
człowieka poczciwego, prawdziwego przyjaciele, którego poznaje się
w biedzie. Jednakowoż trudno nie docenić jego charakterystycznych
ról w komediach "Poszukiwany, poszukiwana", "Nie ma
róży bez ognia" czy "Alternatywy 4", w których to
filmach wprawdzie nie występował w rolach głównych, to jednak
wypadał świetnie. Jako Tomasz Czereśniak zyskał sobie miliony
fanów w kultowym serialu "Czterej pancerni i pies". Oprócz
tego pan Wiesław Gołas występował w kabaretach:
"Kabaret starszych panów" i "Dudek", a
interpretacja
piosenki "W
Polskę idziemy" to prawdziwy majstersztyk w jego wykonaniu.
Jako
człowiek spełnił się jako żołnierz Armii Krajowej, a mam takie
osobiste przeczucie, że pan Gołas był człowiekiem, jak to się
mówi, jednym z nas, pogodnym, uśmiechniętym, po prostu dobrym. W
jednej ze swoich notatek opisałem w skrócie moje (także mojej mamy
i babci) pierwsze i ostatnie spotkanie "na żywo" z
Wiesławem Gołasem. Było to na
schodach prowadzących do Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Aktor
"przyłapał" naszą trójkę na spożywaniu posiłku
(pieczony kurczak), padło kilka zdań z obu stron (zdaje się, że
zaproszenie pana Wiesława do wspólnego posiłku) i był ten jego
cudownie pogodny uśmiech.
Wiesława Gołasa nie ma już wśród
nas, choć oczywiście pozostanie na zawsze w naszej pamięci.
Zasługuje na to tak swoim życiem, jak i też rolami, swoją
aktorską twórczością.
522.
Czytam jednocześnie
"Cudzoziemkę" Marii Kuncewiczowej (po raz pierwszy) oraz
nie pierwszy raz "Trans-Atlantyk".
Tekst pani Kuncewiczowej w wielce tradycyjnej formie, krytyczny wobec
bohaterki, przeto zapragnąłem nieco surrealistycznej groteski, w
czym Witold Gombrowicz jest niezrównany. Uwielbiam jego styl
sarmacki, z tą drwiną, przekąsem, przymrużeniem oka względem
opisywanej rzeczywistości, a także wobec samego siebie,
a jeszcze te hiperbole, te metafory, ten szyk przestawny!!!
Oto fragment tej radośnie pobudzającej czytelnicze zmysły
narracji.
"Poselstwo
okazały gmach na jednej z bardziej dystyngowanych ulic zajmowało.Doszedłszy do gmachu tego,
przystanąłem i myślę, iść, czy nie iść, bo po co ja będędo Biskupa chodził, gdym kacerz,
od Wiary odstępca, bluźnierca. I zaraznajokropniejsza Pycha, Duma moja,
która od lat dziecinnych mnie przeciwKościołowi memu kierowała! Bo
przecie nie na to mnie Matka urodziła, nie na tożRozum mój, Wzniosłość,
Twórczość moja i lot Natury mojej niezrównany, nie na toWzrok przenikliwy, Czoło dumne,
Myśl ostra gwałtowna, abym ja w kościółkuswojskim gorszym, mniejszym od
Mszy,
ach chyba gorszej, tańszej, w chórzetańszym, marniejszym, kadzidłem
miernem, marnem się odurzał wraz tam z innemiswojskiemi Swojakami swemi! O, nie,
nie, nie na toż ja Gombrowicz, abym przedOłtarzem ciemnym, niejasnym, a
może nawet Szalonym uklękał (ale Biją), nie, nie,nie pójdę, kto wie co mi zrobią
(ale Strzelają), nie, nie chcę tam iść, kiepska, marnaSprawa (ale Mordują, Mordują!). I
w Mordzie, we krwi, w Bitwie, do gmachuwstąpiłem.
A tam cicho i
schody duże, dywanem wysłane. Przy wejściu woźny pokłonemmnie przyjął i do sekretarza po
wschodach prowadził. Na pierwszem piętrze saladuża, kolumnowa, a w niej dosyć
mroczno, chłodno, i tylko przez okien koloroweszybki pęki promieni wpadają, na
gzymsach, ciężkich sztukateriach i złoceniach
przysiadają. Wyszedł do mnie Podsrocki radca w ciemnogranatowym
czarnymgarniturze,
w cylindrze, oraz w rękawiczkach, a z lekka cylindra uchyliwszy
półgłośnoo
powód mej wizyty wypytywał. Gdym mu powiedział, że z JW. Posłem
pragnę sięrozmówić,
zapytał:
— Z JW. Posłem?
Powiadam więc, że z JW. Ministrem, on zaś mówi:
— Z Ministrem, z
samym pan mówić chcesz Panem Ministrem?
Gdy więcmówię, że, owszem, z JW. Posłem
chciałbym rozmówić się, w te słowa miodpowiedział, głowę na pierś
chyląc:
— Powiadasz pan,
że z Posłem, z samym Panem Posłem?
Mówię więc, żeowszem, z Panem Ministrem, bo ważną
mam sprawę, on zaś powiada:
— A! Nie z Radcą,
nie z Attache, nie z Konsulem, z samym pan pragnieszwidzieć się Ministrem? A po co? A
w jakim celu? A kogo pan znasz tutaj? A kim panjesteś? Z kim się przyjaźnisz?
Do kogo chodzisz? Tak to on zaczął wybadywać icoraz ostrzej do mnie Doskakiwał,
przyskakiwał, aż wreszcie z tego wszystkiegorewizję zaczął robić i sznurek
mnie z kieszeni wyciągnął. Wtem drzwi się w głębiotwierają i JW. Poseł wyjrzał, a
że to już znany mu byłem, na mnie kiwnął; za sprawąkiwnięcia tego Radca, w ukłonach
się rozpływając i kuprem wiercąc, a cylindremwymachując, do gabinetu mnie
wprowadził."
Ponieważ ceny gazu
szybko się zmieniają, każdy inwestujący w projekty PKN ORLEN
zarabia średnio 13000-17000zl miesięcznie."
Setki Polaków już
uzyskuje imponujące dochody z akcji Orlen. Nowa platforma Orlenu
zmienia zwykłych Polaków w milionerów."*
albo
to...
"Odbierz
od 16 000 zł miesięcznie ze sprzedanych cystern olejowych!
Największa polska
platforma pozwala każdemu Polakowi czerpać solidne zyski ze
sprzedaży zasobów naturalnych do krajów UE.
Mamy codzienne
wypłaty dywidendy na dowolną kartę bez opóźnień
Wszystkie
inwestycje chronione prawem
Dołącz do naszego
zespołu już dziś
Wejdź na stronę
aby zostać inwestorem
Oficjalna Spółka
PKN Orlen pozwoliła
wszystkim Polakom handlować ropą
To Twoja szansa!
Ta oferta jest
ograniczona!"*
* źródło facebook. Jedynie wczoraj
zablokowałem około trzydziestu firm typu "krzak", które
zachęcały mnie do zainwestowania w "orlen" i "pgnig"
- firmy należące do "tłustych kotów" pisu.
Od
pewnego czasu na społecznościowym portalu facebook na wielką skalę
trwa rządowo-obajtkowe grillowanie ludzi, naciąganie obywateli na
współpracę z obajtkowym orlenem.
Masz jakieś środki - podpisz umowę z orlenem, który umożliwi ci
zarobki 16.000 - 17.000złotych
za cysternę oleju napędowego. Oferta skierowana jest do naiwniaków
z całego kraju, a tak na poważnie jest to odpowiedź rządu na
problemy finansowe związane ze wstrzymaniem funduszy unijnych.
Myślę, że kaczyński
na poważnie rozważa wyjście Polski z Unii Europejskiej, a według
tego wielkiego ekonomisty, słońca Bałtyku i Tatr, orlen przede
wszystkim, ale również inne spółki państwowe zarządzane przez
wspomniane wyżej tłuste koty pisu mają sprawić, że na krajowym
rynku pojawią się pieniądze wyciągnięte lub wręcz wydarte z
kieszeni podatników. Sądzę, że w pisie trwa obecnie praca nad
tym, w jaki sposób ukształtować rodzime prawo, aby wydobyć
odłożone na kontach pieniądze Polaków. Te fałszywe, dla mało
rozgarniętych ludzi zachęty inwestowania w spółki zarządzane
przez pis,
moim zdaniem, będą współgrały z podwyżkami podatków oraz
ukrytym dodrukiem pieniądza przez zarządzany przez pisowca Bank
Narodowy.
Kolejnym
źródłem finansowania nowego ładu, a w dalej
-
gospodarki kraju po wystąpieniu z Unii będzie ukrywana przed
społeczeństwem współpraca gospodarcza z Rosją i Chinami. Dlatego
pisowi tak bardzo zależy na sędziach, którymi można sterować tak
jak dzisiaj kaczyński kieruje ruchami prezydenta; także dlatego
należy pozbyć się niezależnych od rządu dziennikarzy i mediów,
stąd bierze się pomysł zarządzania krajem przy pomocy strachu i
za pośrednictwem stanu wyjątkowego.
Ta
wizja wydaje sie być makabryczna, ale zdaje się, że jest
prawdopodobna. Czy można realizację jej powstrzymać?
519.
Na
pewno nie powstrzyma tego czarnego scenariusza hołownia i jego 2050.
W chwili gdy zaczynam pisać o hołowni, powstrzymuję się od
konwulsyjnego parsknięcia śmiechem. Jak to było? Przed tym
kongresem czy jak mu tam - synodem partii żółtków pan hołownia
ogłosił, że niebawem poznamy bardzo
ważnego kogoś, kto wydatnie pomoże partii tego pana prześcignąć
PO (bo temu panu głównie zależy na prześcignięciu PO). No i na
tym synodzie, czy jak mu tam, dowiedzieliśmy się, że tym
tajemniczym gościem jest aplikacja Jaśmina, dzięki której pan
hołownia będzie znał
zapatrywania swoich owieczek:
- Słuchaj, Szymonie, jak cię błaga lud, słuchaj, słuchaj, uczyń
z nami cud.
Przy tej okazji pan
Szymon powiedział, że ja dojdzie do władzy, to będzie znacznie
lepiej niż jest teraz i to pod każdym względem oraz że oczkiem w
jego głowie jest pomysł, aby prawa wyborcze posiedli
szesnastolatkowie... przepraszam, parsknąłem, bo przypomniało mi
się, że aby szesnastolatkowie mogli głosować na pana Szymona,
konieczne
jest
dokonanie zmian
w Konstytucji
- już je widzę.
Z
całą pewnością czarnego scenariusza nie wybieli prywatna partia
czarzastego mieniąca się lewicą. Nie ukrywam, że myślenie o
czarzastym wznieca w moim organizmie nie lada uśmiech drżący. No
bo temu cwaniakowi wydaje się, że może zawiesić nie tylko
Rozenka, ale i kaczyńskiego z ziobrą, witkową i terleckim, że jak
powie: - obajtek, ja ci nie pozwolę się zapisać do partii, to ten
szabrownik posłucha i uszy podwinie.
czarzasty, kto wie,
czy nie jest najśmieszniejszą postacią na scenie politycznej poza
oszołomami z pisu z jednej strony, a z drugiej największą kpiną z
lewicowości od czasów jej usytuowania się w naszym kraju.
Trudno mi się nie zgodzić ze swoim własnym zdaniem, że
umysłowość czarzastego biegnie równolegle do dróg myślowych
pana premiera, pana wicepremiera i pana wicemarszałka sejmu.
Jęk szklany...
płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego
blask sączy się senny...
O szyby deszcz
dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Wieczornych snów
mary powiewne, dziewicze
Napróżno czekały
na słońca oblicze...
W dal poszły przez
chmurną pustynię piaszczystą,
W dal ciemną,
bezkresną, w dal szarą i mglistą...
Odziane w łachmany
szat czarnej żałoby
Szukają ustronia na
ciche swe groby
A smutek cień
kładzie na licu ich młodem...
Powolnym i długim
wśród dżdżu korowodem
W dal idą na smutek
i życie tułacze
A z oczu im lecą
łzy... Rozpacz tak płacze...
To w szyby deszcz
dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki,
miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople
padają i tłuką w me okno ...
Jęk szklany...
płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego
blask sączy się senny...
O szyby deszcz
dwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Kto dziś mnie
opuścił w ten chmurny dzień słotny...
Kto? Nie wiem...
Ktoś odszedł i jestem samotny...
Ktoś umarł... Kto?
Próżno w pamięci swej grzebię...
Ktoś drogi... wszak
byłem na jakimś pogrzebie...
Tak... Szczęście
przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.
Ktoś chciał mnie
ukochać, lecz serce mu pękło,
Gdy poznał, że we
mnie skrę roztlić, chce próżno...
Zmarł nędzarz, nim
ludzie go wsparli jałmużną...
Gdzieś pożar
spopielił zagrodę wieśniaczą...
Spaliły się
dzieci... Jak ludzie wkrąg płaczą...
To w szyby deszcz
dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki,
miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople
padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany...
płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego
blask sączy się senny...
O szyby deszcz
dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Przez ogród mój
szatan szedł smutny śmiertelnie
I zmienił go w
straszną, okropną pustelnię...
Z ponurem, na piersi
zwieszonem szedł czołem
I kwiaty kwitnące
przysypał popiołem,
Trawniki zarzucił
bryłami kamienia
I posiał szał
trwogi i śmierć przerażenia...
Aż strwożon swem
dziełem, brzemieniem ołowiu
Położył się na
tem kamiennem pustkowiu,
By w piersi łkające
przytłumić rozpacze
I smutków
potwornych płomienne łzy płacze ...
To w szyby deszcz
dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki,
miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople
padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany.,.
płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego
blask łączy się senny...
O szyby deszcz
dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
Tadeusz Różewicz
nazywał go Starym Poetą. Autor "Kowala" był dla niego
wzorem poety, którego wprawdzie nie naśladował, lecz cenił bardzo
za kunsztowny, klasycystyczny język poetycki. Leopold Staf był
poetą trzech okresów literackich: modernizmu, poezji lat
międzywojnia i współczesności powojennej. Każda
z tych epok wymagała zastosowania innych środków poetyckich, a
pomimo tego poezja Staffa cieszyła się uznaniem czytelników i
krytyków literackich.
Wiersz "Deszcz
jesienny”
jaki wybrałem do kawiarenki pochodzi z drugiego tomiku poezji
Starego Pisarza - "Dzień duszy" w
odróżnieniu na przykład od słynnego "Kowala"
inspirowanego filozofią Nietzschego jest tekstem mocno osadzonym w
dekadentyzmie - nurtem światopoglądowo artystycznym końcowej
dekady XIX i początku XX wieku w Polsce.
"Deszcz
jesienny" jest przykładem liryki pośredniej, opisowej, gdzie
wilgotny, przygnębiający, pełen smutku i melancholii pejzaż staje
się odzwierciedleniem stanu uczuć poety, uczuć bliskich rozpaczy,
a na pewno będących wyrazem rozgoryczenia i słabości.
Bohaterem wiersza
jest deszcz jesienny, który
jak ulał pasuje do refleksji nad marnością życia. Pojawiający
się pod koniec utworu szatan tym
bardziej przygnębia autora wiersza. Szatan zmienia ogród poety w
"straszną, okropną pustelnię", sieje "szał
trwogi i śmierć przerażenia".
W
analizie formalnej cechą charakterystyczną wiersza Leopolda Staffa
jest wykorzystanie przez poetę rymu, średniówki i onomatopei dla
podkreślenia specyficznego nastroju melancholii i bezradności.
Pejzaż "Deszczu jesiennego" jest statyczny, nie ma w nim
ruchu, jest obraz i dźwięk „jednaki,
miarowy, niezmienny”. Mglistość zawarta w wierszu zaciera kontury
krajobrazu, paraliżuje kolory, które są szare, czarne i ponure. W
wielu miejscach klimat wiersza jest funeralny, stąd pojawiające się
takie słowa jak: groby, korowód, mary i żałoba.
Pomimo
tych uwag, trudno nie przypisać w tym wierszu poezji Staffa kunsztu
poetyckiego, zwłaszcza gdy postaramy się starannie wyrecytować
refleksyjne obrazy Starego Poety.
Mnie do końca życia pozostanie w pamięci ten fonetycznie genialny
obraz:
"O
szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki,
miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople
padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany...
płacz szklany... a szyby w mgle mokną
Nie mam wątpliwości,
że wprowadzenie stanu wyjątkowego na obszarach przylegających do
granicy z Białorusią w dwóch województwach jest ćwiczeniem,
które może być wykorzystane w niedalekiej przyszłości, gdy
pisowski rząd będzie starał się w sposób bezwzględny rządzić
krajem za pomocą stanów nadzwyczajnych. Można wyobrazić sobie
sytuację, w której słupki procentowe opozycji nadmiernie urosną,
a to z tego powodu, że społeczeństwu znudzi się w końcu
pisowska dyktatura. Wtedy odpowiedzią może być właśnie
wprowadzenie stanu wyjątkowego czy wojennego pod byle pretekstem.
Dziwię się
opozycji, nie
zauważającejprawdziwych
intencji
ludzi kaczyńskiego, (który
wszak zapowiedział był, że władzy raz zdobytej nie odda).
Żadni tam uchodźcy, żadne tam manewry wojskowe za wschodnią
granicą nie są powodem ogłoszenia stanu wyjątkowego. To ledwie
preteksty - w rzeczywistości pis sprawdza na ile wprowadzeniem stanu
nadzwyczajnego można doprowadzić do ogłupienia społeczeństwa i
do paraliżu działań opozycji czy też organizacji pozarządowych z
jednoczesnym zablokowaniem mediów patrzących na ręce władzy.
Sądzę, że ustawa
Lex TVN upadnie, a zatem w zamysłach kaczyńskiego, kamińskiego i
służb specjalnych będzie wymyślenie pomysłu na niedopuszczenie
mediów do pokazywania prawdy.
W tym kontekście
symptomatyczne są słowa kamińskiego, który na zarzut polegający
na tym, że w istocie w tym stanie wyjątkowych chodzi o to, aby
zamknąć usta, połamać pióra i potłuc obiektywy kamer
dziennikarzom, odpowiedział, że przecież poza obszarem, gdzie
obowiązywać będzie prawo stanu wyjątkowego, dziennikarze mogą
sobie pisać. Co będzie jednak w sytuacji, gdy pis pod byle pozorem
wprowadzić stan wyjątkowy, dajmy na to, w Wielkopolsce,
województwie pomorskim czy w Warszawie? Uważam, że nie jest to
niemożliwe.
518.
Kolejny temat
wpisuje się w tragicznie zawstydzającą politykę
pisu - to postawa samorządów regionalnych, gdzie rządzą ludzie
prezesa wszystkich prawdziwych polaków wobec osób LGBT. Cała ta
homofobiczna narracja polegająca wykluczeniu części społeczeństwa
z uwagi na orientację seksualną jest dla mnie tyleż niezrozumiała
co idiotyczna i groteskowa. Weźmy taki prosty przykład - samorząd
terytorialny, który ogłosił swoje terytorium obszarem wolnym od
LGBT terytorium, ma plan budowy wielokilometrowej ścieżki
rowerowej,
którą utworzy posiłkując się pieniędzmi unijnymi. Jest bardzo
prawdopodobne, że po zakończeniu tej planowanej inwestycji, będą
chcieli skorzystać z tej ścieżki również osoby o innej niż
hetero orientacji seksualnej. Ponieważ jednak obowiązywać będzie
w tej gminie, powiecie, mieście czy województwie uchwała
wykluczająca tę grupę ludzi z korzystania z praw, jakie
przysługują osobom heteroseksualnym, oczywistym jest, że ani gej,
ani lesbijka nie przejadą się wybudowaną trasą. Komisja
Europejska ma zatem rację formułując zarzuty wobec niektórych
samorządów o dyskryminację pewnej grupy społecznej. Myślę, że
w taki sam sposób komisarze odnieśliby się do samorządów, które
wydałyby uchwałę o strefach
wolnych od
uchodźców,
ludzi o innym niż biały kolorze skóry, jak i też, co tylko z
pozoru wydaje się niemożliwe, uchwałę wolną od niezamężnych, a
posiadających dziecko kobiet, od ludzi, którzy biorą udział w
demonstracjach przeciwko rządowi, od niewierzących, od ludzi,
których pisowska wierchuszka nazywa zdrajcami Polski.
Powstaje
pytanie: po co to wszystko? Przecież pisowscy samorządowcy byli
uprzedzani przez przedstawicieli UE, że fundusze pomocowe tak, ale
tylko pod takim warunkiem, nikt z beneficjentów unijnej pomocy nie
może być dyskryminowany. Głupota? Brak wyobraźni? Bezwzględne
posłuszeństwo wobec architektów polityki nienawiści?
Osobiście
myślę, że każdy samorządowiec głosujący za taką uchwałą
anty- jest w życiu prywatnym takim człowiekiem, który niesie samym
sobą nienawiść, wrogość wobec innych ludzi, który kpi sobie z
chrześcijańskiej wiary, religii, Boga
- słowem, jest złym człowiekiem.
Nie
będzie w tym przesady, co napiszę,
że lektura opowieści Profesora Tutki Jerzego Szaniawskiego dała mi
pewien asumpt do stworzenia przeze mnie kawiarnianych
opowieści. U Szaniawskiego zbiera się w kawiarni grupa znajomych,
którzy
przy herbatce, kawie, ciasteczku lub nawet lampce wina prowadzą
wdzięczne i ciekawe rozmowy, a wyróżnia się w nich Profesor
Tutka, który przytacza interesującą opowieść ze swojego życia.
Po jej zakończeniu pora jest na niejaki morał, finalizujący
opowieść będącą swego rodzaju przypowieścią.
Nie ukrywam, że podoba mi się narracja Szaniawskiego, świat
przedstawiony jest tu
i
niesamowity, i bajeczny, trudno odnaleźć w nim czasową realność.
Tematy rozważań Tutki są różne, w jego opowieściach można
dostrzec trącący myszką staroświecki klimat, co
jednak zaciekawia bardziej, aniżeli odpycha od tego pogodnego języka
autora "Dwóch teatrów" obdarzonego specyficznym, często
występującym na pograniczu surrealizmu humorem.
Wydawało
mi się, że wprowadzenie podobnej, choć nie identycznej atmosfery
pogody ducha, zaproponowanie postaci, które świetnie się z sobą
komunikują może zachęcić nie tylko czytelnika do poświęcenia
drogocennego czasu, ale też pobudzić mnie, autora, do kompilowania
kolejnych opowieści.
Mimo
wszystko sądzę, że opowieści Jerzego Szaniawskiego, w których
dominującą postacią jest Profesor Tutka, są nie do podrobienia, a
ja, często przed zaśnięciem czytuję sobie te miniaturki z pełną
satysfakcją.
Poniżej
jedna z opowieści Jerzego Szaniawskiego...
Przeczucie
ProfesoraTutki
Rozmawiano
o różnych dziwach, z których człowiek nie może zdać sobiedokładnie
sprawy i dobrze tego wytłumaczyć: o snach proroczych, o
tajemniczychznakach
ostrzegawczych, o przeczuciach. Dawano wiele przykładów. Sędzia,
człowiektrzeźwy,
jak sam o sobie mówił, twierdził, że miał przeczucie, aby nie
jechaćnocnym
pociągiem. Nie pojechał i zrobił dobrze: pociąg ten się
wykoleił. Mecenasmiał
raz sen, że chce go zamordować klient: i rano przegrał sprawę.
Doktor twierdził,że
w ogóle nie wierzy w przeczucia i nie dawał przykładów. Ale
rejent opowiedziało
swej babce, że kiedy miała dziewięćdziesiąt siedem lat i była
najzupełniej zdrowa,powiedziała
do otoczenia, że wkrótce umrze. Żyła jeszcze dwa lata, ale
umarła.Rodzina
wtedy zaczęła przypominać, co babka sobie przepowiedziała.
Profesor
Tutka słuchał, a potem opowiedział wypadek ze swego życia.
— Miałem
niegdyś po raz pierwszy lecieć samolotem, żeby znaleźć się w
mieścieportowym
nad Adriatykiem i stamtąd udać się statkiem w dalszą podróż.
Tego dnia,w
którym miałem wsiąść do samolotu, czułem się nieswojo: nie
mogę i teraz określićdlaczego,
ale czułem, najwyraźniej czułem, że spotka mnie jakieś
nieszczęście.Jednak
postanowiłem nie ulegać nerwom, karciłem się w myśli, odrzuciłem
wahania—
jechać czy nie jechać. Wreszcie samolot ze mną odleciał. Gdy
maszyna spadałajak
w przepaść, myślałem sobie: «Przepadłem! To już mój koniec».
Ale sąsiad, starywilk
powietrzny, śmiał się z nowicjusza i mówił mi, że to są zwykłe
przyjemnościjazdy
samolotem. Gdy uspokojony spytałem go, czy dawno lata, odpowiedział
mi, żeleci
już po raz drugi w życiu.
Dolecieliśmy
bez wypadku na lotnisko w mieścieportowym.
Byłem naprawdę zadowolony. Wykąpałem się w hotelu i wyszedłem
namiasto.
Kpiłem ze wszelkich przeczuć, ośmieszałem się przed sobą samym.
Wesoły,radosny,
przechadzałem się po ulicach miasta, zachwycałem domami
oplecionymiglicynią,
a wszystkie młode dziewczęta wydawały mi się pociągające.
Pamiętamjeszcze,
iż rzuciłem do skrzynki pocztowej kartkę dla ukochanej w kraju, do
której.napisałem:
«wszystkie me myśli są tylko przy tobie», i wstąpiłem do
jakiegoś sklepu,gdyż
zobaczyłem na wystawie drobiazg, potrzebny mi do dalszej podróży.
Sięgnąłemdo
kieszeni, aby kupcowi zapłacić — nie ma pugilaresu... Szukam
jeszcze po innychkieszeniach
— nie ma. Okradziono mnie!
Proszę
sobie wyobrazić — mówił Profesor Tutka — co to znaczy znaleźć
się w obcymkraju,
w obcym mieście, bez pieniędzy, bez dokumentów, bez biletu na
statek,który
miał mnie zawieźć dalej. To trzeba nazwać katastrofą. Byłem
tym, kim byłbysędzia,
gdyby pojechał tym nocnym pociągiem, którym nie pojechał: to
jest, stałemsię
człowiekiem wykolejonym. Powiem więcej: byłem zdruzgotany!
Profesor
Tutka przestał mówić i siedział zamyślony, jakby przeżywał
wypadek,który
spotkał go niegdyś nad Adriatykiem.
Wreszcie
sędzia spytał, jak sobie Profesor Tutka dał radę, będąc w
takiej sytuacji, w
obcym kraju, w obcym mieście, bez pugilaresu?
— Ano
cóż miałem robić?... — odpowiedział Profesor Tutka. —
Wróciłem zgnębionydo
hotelu.
— Czy
był w tym mieście nasz konsulat, który panu pomógł?—spytał
mecenas.
— Nawet
nie wiem. Gdy wszedłem do swego pokoju, zobaczyłem pugilares nastole.
Wychodząc na miasto, po prostu zapomniałem go zabrać.
— Czy
pan zakpił w tej chwili z nas, czy z przeczucia? — spytał jeden z
panów.
— W
każdym razie nie z przeczucia.Przeczucie
mówiło prawdę: spotkała mniekatastrofa.
Tylko, że wyszedłem z niej cało.