Horacy

O, CIVES, CIVES, QUERENDA PECÚNIA PRIMUM EST; VTRTUS POST NUMMUM!
rządzącym:
"SURDO FABULAM NARRAS"
do polityków:
НЕТ РЕБЯТА, ВСЕ НЕ ТАК,
ВСЕ НЕ ТАК, РЕБЯТА!

08 stycznia 2015

Terrorystycznie


"As a muslim, I strictly condemn any act of violence in the name of Islam. Freedom of speech and no matter how hateful is, should never be paid back by violence, or murder. What happened is terroristic act, and it doesn't have anything common with teaching of Islam."
Jako muzułmanka, surowo potępiam każdy akt przemocy czyniony w imię islamu. Wolność słowa i nie ważne jak bardzo jest nienawistna, nigdy nie powinna być odpłacana przemocą, czy morderstwem. To, co się stało to akt terrorystyczny, a nie ma nic wspólnego z nauczaniem islamu.
Zatem będzie na poważnie, bo kolejne niepotrzebne ofiary pochłonął dzisiejszy zwariowany świat. Będzie na poważnie, choć większość ofiar to osoby w codziennym pracowitym życiu posługiwały się żartem i humorem i, o ironio, za te niewinne żarciki zapłaciły życiem.
Proponuję spojrzeć na podyktowany przez życie temat z innej strony. Otóż mamy rodzinę, małżonkę, męża, najbliższych przyjaciół, mamy dzieci. Czy tak trudno sobie wyobrazić, że w dzisiejszych czasach nasze dzieci, małżonka, mąż, rodzina, najbliżsi przyjaciele poddawani są systematycznej nagonce wyśmiewania. Ot, takie niewinne żarciki, że żona nieurodna, mąż przytęgi i ospały, dzieci niezbyt uzdolnione albo w sobie zamknięte, rodzina z całym mnóstwem przywar, odmienna od innych, przyjaciele niezaradni albo wręcz przeciwnie. Aż śmiechem szczerym parskamy na tę menażerię całą, bo w ramach wolności słowa, możemy powiadać o innych, co chcemy, czego dusza nasza zapragnie. Śmiechem serdecznym poprawiamy sobie nastrój, za nic sobie mając uczucia innych. Podobnie obśmiewamy cudze poglądy, idee, obyczaje, religię, nie zważając na to, że po tamtej stronie też człowiek stoi i swoje prawa posiada; i ten człowiek, jeśli mniej jest spolegliwy, mniej na śmiech odporny, ten człowiek knuje coś za naszymi plecami, może tak być, że knuje, że reaguje nie celną słowną odpowiedzią, nie podobnym ośmieszającym żartem, lecz agresją, okrutną, nieadekwatną, szaloną, zamówioną przez kogoś, albo poczętą w szaleństwie.
Jeśli ktoś myśli, że powyższy, zakończony wątek jest z mojej strony rozgrzeszeniem zbrodni, to najsłynniejszą w świecie popełnia pomyłkę. Ja dzielę słowa owej cytowanej, nieznanej mi czeskiej muzułmanki i próbuję zwrócić uwagę na jeden z czynników, który może niektórych ludzi aż do zbrodni popychać.
Tym są słowa, obrazy, głosy, gesty, które poniżają, które obrażają, wyśmiewają, wyszydzają, uogólniają, nie dostrzegając same w sobie niczego złego, bo oto szlachetną mamy wolność, a skoro nam wolno, to wolno absolutnie wszystko, bez ograniczeń.
Jakaś pani, Francuzka, mówi zszokowana do kamery: "- Żyjemy w wolnym kraju. Chcemy mieć prawo rysowania tego, co chcemy." Czy rzeczywiście wszystkiego? Czy nasza wolność ma oznaczać przymus rysowania, wykonywania każdej innej czynności bez ograniczeń? 
Nawet Bóg nie ma takiego prawa, bo sam wyznacza przestrzeń dobra i zła, wyznacza granice, poza które nawet On nie wychodzi.
I jeszcze, z innej strony patrząc na zło, które pochłonęło ludzkie istnienia, jeszcze to uogólnianie, ta odpowiedzialność zbiorowa za czyny niewielu. Skąd my to znamy? Obwinianie całych społeczności, narodów za wyrządzone zło. Utarte stereotypy głupiego Kacapa, pazernego Żyda, Niemca faszysty, Araba terrorysty ale i Komucha, Lewaka, Nacjonalisty, Mohera i Homoseksualisty. I każdy z nich to nasz wróg, i każdego trzeba nienawidzić. Bo do nienawiści mamy prawo, tak jak mamy prawo do rysowania czegokolwiek.
Na dobrą sprawę, gdyby uwierzyć w to, że islam równa się terroryzm, i biorąc pod uwagę fakt, że 1/5 ludzkości to muzułmanie, świat nasz piękny przestałby już istnieć.
Tymczasem terroryzm nie jedno ma imię, a imię Allaha jest imieniem przybranym, wykorzystywanym dla uzasadnienia własnych najczęściej, wyimaginowanie słusznych celów.
Prawdopodobnie ten towarzyszący islamowi terroryzm ma inne, o wiele bardziej złożone przyczyny, wśród których obecna jest nie zasypana przepaść między kulturami, pogłębiana dodatkowo względami czysto politycznymi, a wszystko to wyrastające na podłożu ekonomicznej frustracji, postrzeganiu przez muzułmanów, że są gorsi i wykorzystywani przez cywilizację Zachodu, wykorzystywani do walki między sobą, zaś nagrodą dla zwycięzców w tej walce ma być demokracja w zachodnim, amerykańskim stylu, której albo przyjąć nie chcą, albo nie potrafią.
Oczywiście zawsze w takim przypadku, gdy zamachowcami są terroryści islamscy będący jednocześnie obywatelami państwa, w którym zamachu dokonano (zanosi się, że tak było i tym razem), nasze zdumienie sięga zenitu. Jak to? Przecież to nasze społeczeństwo ich wychowało, dało szkołę, pracę, prawa i wolności obywatelskie. Skąd zatem ta nienawiść? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo też trudno zrozumieć człowieka, który z premedytacją dąży do pozbawienia kogoś życia. Myślę jednak, że w tym przypadku my, jako Europejczycy, także nie jesteśmy bez winy. Zajęci pogonią za bogactwem, stając się sprzedawcami i klientami usług i towarów, przestaliśmy hodować uniwersalne wartości, rozmieniając je na nadawanie przywilejów tym wszystkim, którym udzieliliśmy gościny; bo to poprawne politycznie, bo jesteśmy coraz bardziej na świat otwarci. Rządy i społeczeństwa Europy zamiast tworząc prawo równe dla wszystkich, zapisują prawa na kolanie i przymykają oczy na to, że postępując poprawnie politycznie w gruncie rzeczy pozwalają na tych praw łamanie. Prędzej więc surowa ręka sprawiedliwości dosięgnie kradnącego kostkę masła, aniżeli tego, co korzystając z wolności słowa głosi nienawiść. I terroryści islamscy na tym korzystają.
Może ktoś mnie zruga za słowa, które przytoczę poniżej, które wypowiedział ktoś, kogo, przynajmniej w Polsce trzeba nienawidzić, bo nie jest zachodnim demokratą, bo w ogóle demokratą nie jest. Zaryzykuję.
"Każdy przedstawiciel mniejszości, pochodzący z dowolnego miejsca na świecie, jeżeli chce żyć i pracować w Rosji, powinien mówić po rosyjsku, i przestrzegać rosyjskiego prawa. Jeśli muzułmanin woli prawo szariatu to radzimy mu, aby przeniósł się do tych krajów, miejsc gdzie szariat obowiązuje."(...),  "Mogą krzyczeć głośno o dyskryminacji. Nie będziemy tolerować braku szacunku dla naszej rosyjskiej kultury.Takie samobójstwo kulturowe ma miejsce w Ameryce, Anglii, Holandii i Francji. Muzułmanie przechwycą władzę w tych krajach."
To słowa Putina, ale, jak powszechnie wiadomo, polska racja stanu każe się z nimi nie zgadzać. Czy aby na pewno???

06 stycznia 2015

Politycznie

To trochę odgrzewany temat, sprzed niemal dwu lat, skojarzony poprzez fejsbukowe przypomnienie. Mnie, temu niepoprawnemu, pod prąd idącemu, czasami bezkompromisowego wobec postaw, które uważam za haniebne, to niemal jak danie po pysku, jak bicz siekący nagie plecy. Ale do rzeczy.
"Jeżeli spytamy dzieci, czy jadły śniadanie, to niestety dużo dzieci powie, że nie. Kultura jedzenia śniadań w Polsce nie istnieje - przekonywała na antenie Superstacji Julia Pitera."
Powiedziane to zostało w kontekście przeprowadzonych przez jakąś fundację badań dotyczących biedy w polskich rodzinach, ze szczególnym odniesieniem do dzieci, które nie zawsze z pełnym żołądkiem zmierzają do szkoły. Potem podano pod wątpliwość wiarygodność tych badań, bo rządowi pana Tuska nie po myśli z takim faktem się pogodzić, że dzieci w III Rzplitej mogą być niedożywione. Jakby tam nie było, uważam, że problem istnieje, choć możemy (niepotrzebnie) wykłócać się o skalę zjawiska.
Dalej pani Pitera powiada: "Gdyby oprócz pytania dzieci, czy jadły śniadanie, co jest pytaniem po prostu głupim, losowo wybrała jakiś procent dzieci z tych pytanych i zasięgnęła opinii w MOPS-ie jaka jest sytuacja materialna tej rodziny, to to badanie zaczęłoby być interesujące". Po czym kończy w następujący sposób:
"Doskonale pamiętam, ile razy było mówione: rano nie ma apetytu, on się strasznie długo budzi, nie chce nic rano jeść. To jest zupełnie normalne".
Przytoczone wypowiedzi obecnej europosłanki dają mi podstawę do wyrażenia sądu, że nawet bycie osobą publiczną, rozpoznawalną, pełniącą rozliczne państwowe i społeczne funkcje pozwalają tej pani drwić z tematu, z którego drwić się nie powinno. Ja oczywiście pójdę dalej, uważając, że popełniając niniejsze wypowiedzi, dla pani Pitery miejsca w przestrzeni publicznej być nie powinno. I wcale nie chodzi o liczbę niedożywionych dzieci; nie chodzi nawet o to, czy dla pani europosłanki papierem lakmusowym biedy jest spożywanie przez dzieci szczawiu i przydrożnych śliwek, jak to otrzymuje jej partyjny kolega, pan Niesiołowski. Chodzi o to, że pewnych kwestii się nie wypowiada, zwłaszcza w sytuacji, gdy wypowiadająca je osoba miała to szczęście, że nie musiała swego dziecka karmić szczawiem, a jedynym jej problemem było to, że jej synek z rana nie miał apetytu. Jest jeszcze jedna moja uwaga. Otóż bezczelnie uważam, że osoby przez ogół wybierane powinny świecić przykładem dla innych, głupstw i bezmyślności nie rozpowiadać i mieć tę wrażliwość, która zabrania szyderstw w stosunku do kogokolwiek, nawet jeśli jest się na górze i z wysokiego,  prestiżowego punktu widzenia zabiera się głos, a ten, o którym się powiada, jest w jednostkowości swej indywidualny. Zatem, gdyby nawet chodziło o jedno niedożywione dziecko w Polsce, które do szkoły bieży bez śniadania, to nie wolno nazywać głupim pytanie tegoż dziecka, czy śniadanie pierwsze zjadło oraz przekonywać społeczeństwo, że powodem pustego żołądka dziecka jest brak kultury spożywania śniadania w tej jednostkowej rodzinie.
Czy jest to problem samej pani Pitery? Nie sądzę. Dotyczy on bardzo wielu z wyboru społeczeństwa umieszczonych w społecznej hierarchii wyżej od nas będących. Dlaczego jednak takich wybieramy? Dlaczego rok po tej wypowiedzi pani Julia Pitera uzyskała mandat europosłanki? Czy jest tak, że każdy, kto oddał głos na te panią nie zwrócił uwagi na wypowiadane przez nią słowa, albo uwagę zwrócił, lecz nijakiej zdrożności w nich nie zauważył. A może wyborcy pani Pitery mają trudność w czytaniu/słuchaniu ze zrozumieniem? w odczytywaniu jej myśli? w tym, że jest zaślepiona sprawowaną władzą? w tym, że gardzi człowiekiem? A może wyborcy pani Julii Pitery dokumentnie podzielają jej poglądy? nie zauważają biedy, bo skryci są za ścianą własnych domostw, na które ciężko pracowali; domostw, do których dostępu bronią nie tylko wzmocnione drzwi i testowane zamki, lecz również zamykana i otwierana pilotem wysoka, metalowa brama?
A może po prostu ja zwariowałem, wymagając czegoś, co nieosiągalne u ludzi? Dodajmy - ludzi dzisiejszych, szczęśliwych czasów.
Onegdaj, w jednym z politycznych ugrupowań będąc, zaproponowano mi kandydowanie w samorządowych wyborach do powiatowej rady. Pewnie nie dlatego, abym ucieszył moją fałszywą dumę zwycięstwem, ale aby partia statystycznie lepiej wypadła, co jest typowym wyborczym rozegraniem. Kiedym jednak powziął wieści, że z tego samego ugrupowania do powiatowej rady kandyduje człowiek słynny z oportunizmu i zawołany karierowicz, bez krztyny idei w umyśle swoim, jedynie do mamony się modlący, ot zwykły typowy krętacz pospolity, czym prędzej z kandydowania odmówiłem; mało tego: czas żałoby przerywając, polityczne ugrupowanie prędko opuściłem, bo sama myśl o wspólnym z owym panem zbieraniu głosów była tak niestworzona, że dla mnie wręcz niepojęta i, pomyślałem sobie, że niewiele ta partia warta, co kibicować durniom każe. Przyznaję, jestem ewenementem i część decyzji podejmuję instynktownie, czasami po samej gębie widzę, kto zacz jest ten, co się kłania podle; po słowach rozszyfrowuje nie gorzej niż po czynach.
Nadziwić się też nie mogę, dlaczego sama Platforma z pani Pitery nie zrezygnowała, lecz to zdziwienie płonnym jest, bo widać w Platformie takie są standardy, bo tam ręka rękę myje, bo odpowiedzią na aferki jest głosów większość od koalicjanta uzyskana, bo tam nikt nic złego na drugiego nie powie, bo gdyby powiedział, gdyby się wyrzekł, to strach, że władza przez palce przecieknie, a partia jest od sprawowania władzy, od konfitur, więc akademickie dysputy na temat pospolitej uczciwości to rzecz banalna jak śnieg przedwczorajszy. 
Zresztą, czy to tylko Platforma...
Tak się stało, że w polityce nastały amerykańskie obyczaje. Dwie główne partie; jakby demokratyczna i republikańska ze swojskim akcentem w postaci PSL-u, klinicznej wersji partii "stanowiskowo" wynagradzającej swoich członków, ba, chlubiącej się swym słynnym nepotyzmem.
I tak już na lat dziesięć, dwadzieścia zostanie. Im "republikańskie" PIS mocniejsze, tym silniejsza "demokratyczna" PO, i PSL, ten u wagi jęzor. Lewicę, co prędzej z dolarem czy euro się zaprzyjaźni, aniżeli ze sprawiedliwym wyrównywaniem szans,  jasny trafił szlag, wyparowała wraz z pierwszym burzowym deszczem. Kościół o biedzie, czasem nędzy a częściej o niesprawiedliwości z uszanowania dla kapitalistycznej klasy nie powie; prędzej o seksie gadać będzie, o gejach i lesbijkach da naukę . Tak i my popadli w śliczne i wyśmienite bagno, gdzie przyzwoitość i prawda jako to, co w polityce niezbędne i chyba nie tak bardzo znów nadzwyczajne, ledwo dyszy, by nie powiedzieć, w deliryjnym jest stanie.  


Pozostawiam na moment

A będzie mi dane powrócić? 
Zaprzyjaźniłem się z wyjazdami i powrotami, choć wiem, że ten pierwszy dzień i ta noc pierwsza nie zdołają mnie jeszcze przejść do innego wymiaru. Potem będzie łatwiej. A jeszcze później nostalgia rozwinie skrzydła.
Najważniejsze, że zapominam. Zapominam stopniowo, majestatycznie i bezwolnie, odruchowo, o tym, o czym chciałbym zapomnieć, jak i też o tym zapomnieniu, do którego mnie przymuszono. 
Ktoś powie, że próżno i niepotrzebnie rozdrapuję rany, ale musi wiedzieć, że niektórym trudno jest natychmiastowo pozbyć się nałogu. Mnie to dotyczy. Nie potrafię tak od razu, na zew odpowiedzieć.
Dzisiaj, nocą, kolejny raz zwijam w rulon księgę napoczętą, która może i życie ratuje takim, jakim jest, jakim się stało i przy pomocy niewielu przyjaciół tli się jeszcze, czasem płomieniem rozbłyśnie czystym, zdrowym. I jeśli będzie mi dane, rozwinę, bo jeszcze coś do zrobienia mam, niewielkiego i niepozornego, lecz własnego.
Przyjaciół pozostawiam na ten moment, błysk krótki w długiej wieczności; przyjaciół rzeczywistych i tych w tej krainie pozostawionych, mniemam w dobrym zdrowiu i kondycji, niech im się szczęści i niech czekają, niech odpoczną, niech sobie pomyślą, że dobry gość to ten, który się nie naprzykrza i potrafi odejść na bok, jednocześnie zostając.
Chciałbym też sobie z Nim porozmawiać, bo dawno nie rozmawiałem, a wiem, że ilekroć zapraszam Go, przychodzi, nie czyniąc mi złośliwości, że tak rzadko jest zapraszany. I porozmawiam. Siądziemy naprzeciw siebie i pogadamy, bo czasami samo milczenie nie wystarcza.
Upuściłem też wspomnienie o ojcu i pewnie kontynuować będę, gdyż akurat w tym wypadku pamięć wciąż odżywa, i dobrze, bo coś tam pamiętać trzeba, a najlepiej wspominać dobre, złe zapominając.
A teraz choć odrobinę snu. Już czuję się zmęczony.

05 stycznia 2015

Sadze (szkic...fragment)

Z komina płynęły sadze. Drobniutkie okruszki niedopalonego węglowego miału krążyły w powietrzu z wiatrem. Czasami wpadały do oczu. Ich ostre, mikroskopijne krawędzie sprawiały ból.
W zależności od kierunku wiatru śnieg był czarny i płozy sanek hamowały nawet podczas zjazdów z niewielkich wzniesień na pochyłościach terenu. Aby zjeżdżać z górek należało więc przysypać trasę śniegiem podebranym spod spodu, a potem zalać tak spreparowany szlak wodą, aby powstał lód. 
Im dalej od zakładu, tym śnieg był bielszy, a oczy można było otwierać szeroko. 
Śniegu było dużo, bo zima przychodziła wtedy, gdy trzeba i najczęściej święta bieliły się śnieżnym puchem, a to zawsze przyjemniej niż po zmarzniętych grudach błota chodzić lub wręcz taplać się w ziemio-gliniastej mazi.
Na święta przynosiliśmy choinkę ze szkółki, w której dorastały świerki. Ojciec wybierał największe drzewko, sam je spiłowywał albo pozbawiał życia siekierą. Holowaliśmy drzewko na saniach, przedostając się przez zaspy. 
Nasza choinka nie miała szklanego czuba; miała gwiazdę, której jedno z ramion dotykało sufitu. Była przystrojona dziesiątkami bombek, srebrzystym anielski włosiem, nanizanymi na nici błyskotkami, soplami landrynkowych cukierków i łańcuchami.
Za oknem paliła się inna choinka - wielopiętrowy piec, który trawił kamień wapienny, aby w dalszym procesie defekacji rozdrobnione wapno dodane do cukrowego soku wytrącało kwas fosforowy i inne niecukry. Piec był oświetlony i właśnie z powodu licznie osadzonych na jego zewnętrznej powłoce lamp, nazywany był choinką. Do zasypnika pieca w wózkach poruszających się na szynach i wciąganych na górę przy pomocy mechanizmu wykorzystującego metalowe oblinowanie, dostarczane było wapno i węgiel. Co dwie minuty rozlegał się metaliczny, głuchy odgłos upadających węglowych i wapiennych kamieni.
Ojciec spędzał święta w domu przy choince oraz w zakładzie wytwarzającym cukier. Było mi go żal, że nie spędza z nami całych świąt, a trzeba dodać, że czasami pracował parę tygodni pod rząd po 12 godzin na zmianę. Ojciec wypoczywał w ostatnim z "przechodnich" pokojów. Nie spał jednak zbyt długo, nawet wtedy, kiedy był zmęczony i potrzebował więcej snu. Nigdy nie spóźniał się do pracy; wychodził wcześnie, po cichu, nie budząc nikogo.

Całe szczęście, że umarł i dzięki temu nie usłyszał z ust jednego z polityków, że organizacja, do której należał, była grupą przestępczą. 

Przymknięte oczy i głowa zwrócona ku ziemi zapobiegały przedostawaniu się do oczu niewielkich grudek sadzy. Trzeba się było nauczyć chodzić z opuszczoną głową, choć ilekroć wspominam ojca, nie opuszczam głowy; ignoruję sadzę oraz tego człowieka, który nazwał mojego ojca przestępcą.
(...)

03 stycznia 2015

Teatr jednego aktora

- Sprzątałam sobie, zamiatałam, od sceny paliłam światło; przechodzę dalej, między rzędami krzeseł i tam, pomiędzy czwartym a piątym, w samiuśkim środku, aż się przestraszyłam, zobaczyłam go; leży i drzemie, jakoś tak niechrapiąco, a czuć od niego alkohol, ale nie za bardzo, chyba jakiś smakowy; trącam go, a ten jak na nogi stanie; przestraszyłam się i to jak, zbladłam zaraz, a on dopiero co wstał i tłumaczy, że mu się coś śniło straszliwego i do rąk mi pada, i całuje, bo wziął mnie za wybawczynię od tego snu, co go tak poruszył; jak wstał, to wyglądał nawet przystojnie; chciał pomóc, więc mu szczotkę na mokro dałam, takiego mopa, niech po moim suchym pojedzie, kiedy do roboty skory.
Powiedzieć skąd jest, nie powiedział; tylko że z daleka, usłyszałam, a na przedstawienie przybył nie żeby się wyspać, ale że teatr lubi, nawet w takim miasteczku jak to, gdzie objazdowy przyjeżdża, a tak, to zwykle amatorzy grywają.
Dawniej, za moich czasów i córki, co teraz błąka się po świecie, za cyrkówkę-treserkę robi, to teatry pełne aktorów przyjeżdżały, nie jak teraz, jeden aktor przez całą godzinę deklamował; mówią, że dlatego, aby było taniej.
Wnuczka w mamę nie poszła. Domatorka. Jakby łańcuchem do tej pipidówy przywiązana; oświatą w mieście się zajmuje, bo skończyła studia i się zna. To ona tego aktora zamówiła. Raz dwa przyjechał, bo teraz aktory za pieniędzmi gonią zupełnie tak samo jak ludzie i choćby na zasraną prowincję, a przyjadą, zrobią ten występ i grzecznie pokwitują odbiór gotówki.
Wnuczka to aktorów, śpiewaków, zespoły rozmaite co tańczą, grają i śpiewają zaprasza, także literatów, choć do nich to trzeba prowadzić nabór ze szkół. Zaprasza, bo mówi, że chce, aby się coś we wsi działo, we wsi i miasteczku, bo u nas to niby jest miasto, ale takie mocno podupadłe, wsiowe. 
Sprzątnęliśmy, nie powiem, pół godziny nadrobiłam, więc pytam się jego, czy może głodny, bo jeśli głodny, na pewno głodny, to wnuczka w domu jest, to coś nawarzy, a ciasto to ma upieczone i jeszcze jej zostało, bo upiekła dla tego aktora. Grzeczny był, pochwalił, pojadł, ale taki małomówny był, jakby żałował słów i szykował je na spektakl.
Chciałam, żeby sobie wnuczka życie ułożyła, ale jak ma sobie ułożyć, gdy towarzystwa nijakiego nie ma, dom i praca, bez żadnej zabawy, a jak przyjaciółka przyjdzie jaka, to o tej robocie rozmawiają w kółko. Dawniej przychodził jeden, ale taki jakiś spryciarz był, wiele o sobie mówiący i dobrze, że sobie poszedł i nie przychodził potem wcale. Ale mnie wnuczki żal, taka zaradna, ładna i mądra... i nic. Powiedziała mi, że ona nadałaby się do Czechowa, a ja głupia nie zrozumiałam, bo zaraz zapytałam, czy ja go znam i czy go już zaprosiła, a ona wtedy, babciu, to taki pisarz, co pisał o takich jak ja. Już więcej się nie rozpytywałam, bo nie czytałam tego Czechowa, a że o wnuczce napisał, to bardzo miło z jego strony. 
Odmawiał, odmawiał, ale jakoś tak bez przekonania, bo głodny był, wiedziałam, a że z daleka, to pewnie strudzony. Jak można, będąc strudzonym, wyspać się na trzech twardych krzesłach bez obicia?
Dlatego poszedł za mną, poszedł jak ten owczarek sąsiadki, co to za każdym razem pod sklep mnie podprowadza i czeka aż wyjdę. A wychodzę późno, bo ze sprzedawczynią od dziecka się znamy, razem w jednym miesiącu żeśmy ślubowały i obie w jednym roku mężów swoich pochowały, to i mamy o czym gadać. A owczarek, choćby nie wiem co się działo, siedzi i czeka, to mu daję kawałek kaszanki, albo serdelka rzucę za tę jego wierność.
Jak ten owczarek za mną szedł; do domu go wprowadziłam; Agnieszka zdziwiona patrzy na niego, rada by nie wpuszczać za próg nieznajomego, ale mrugnęłam do niej, więc wpuściła; ten znów się wziął za rąk całowanie, dobrze wychowany, a ona przecież nie przywykła do tego i z tego zaskoczenia to się nawet do niego uśmiechnęła i gadali potem przy odgrzanym bigosie, co go ze świeżym chlebem podała, a potem przy cieście i kawie, a ja sobie odpoczęłam we własnym pokoju, lecz nawet nie zmrużyłam oka, bo myślałam.
Potem wnuczka puściła taka muzykę, co jej słucha często; nawet ja ja polubiłam, kiedy mi powiedziała, że takie smętne pieśni śpiewali gondolierzy w tej Wenecji, mieście na wodzie położonym, kiedy turystom zakochanym pokazywali pałace i kościoły. Pomyślałam sobie, że to pewnie muzyka o zakochanych jest, więc może i dobrze, że wnuczka z nim słucha, choć on pochodzi z daleka i nic a nic nie wiemy o nim, a napił się może tylko ze zmęczenia, z pragnienia, a może z samotności, bo z tej samotności to czasami się pije, bo nie ma z kim porozmawiać.
Potem zasnęłam, choć nie chciałam, a chyba późną nocą to wnuczka przyszła do mnie, aby mnie przykryć, tak myślałam, a ona wyrwała mnie ze snu, że niby chce ze mną porozmawiać, no i musiałam się odsunąć, bo Agnieszka powiedziała, że tej nocy nie może spać w swoim łóżku, bo temu nieznajomemu pościeliła, więc co miała robić; przyszła do mnie i rozmawialiśmy do rana, i ucieszyłam się z tej rozmowy, odetchnęłam z ulgą i tak mocno, tak mocno zacisnęłam kciuki.

A moje nazwisko "Waga"

Czy to jest z tego powodu, że w horoskopie dano mi na imię Waga, tego nie wiem; więcej, nie zważam na astrologiczne przepowiednie, mrugając na nie lewym okiem (prawym nie potrafię). Jednakowoż ta waga kojarzy mi się zawsze z szalami, na których umieszcza się odważniki (jedna) i towar - na drugiej. Zatem typowa "starożytna" waga pracuje poprzez uchylanie się podszalowych siodełek, to w jedną, to w drugą stronę i aby dojść do tego złotego środka równowagi, dziobki obu stron winny się zetknąć w namiętnym pocałunku. Zanim jednak w tę rozkosz popadną, pracująca waga uchyla się w strony obie, tak jak w życiu: raz jest się na dole, raz na górze.
Inni niektórzy prawią, że posiadacze imienia Waga cennie potrafią odmierzać ludzkie uczynki i sprawiedliwie je oceniają. Posiadają jakże ważną a pozytywną cechę wyważania dobra i zła w człowieku, takoż i wszelkie stany i sytuacje rozgrywające się wokół człowieczej jednostki pięknie mierzą. Nie wiem, czy im dowierzać, choć gdyby tak istotnie było, to pyszniłbym się z tej niezwykle budującej cechy posiadania.
Bliżej mi jednak do takiego wyjaśnienia losów zodiakalnej wagi, że potrafi być zmienną, że jej szale szaleją, to unosząc się na przypływu falach, to znów opadając wraz z zanikającym pływem.
Takoż i ja balansuję na uczuciach całkiem do siebie niepodobnych, jak te różnoimienne bieguny magnesu, co odpychają metal jedną swoją stroną, aby przyciągać drugą. Ten, kto mnie zna doskonale dowiedział się przecie, że mogę raz bratem-łatą być uśmiechniętym z kpiarskim spojrzeniem, humorem niespożytym, pomocnym i odpowiedzialnym. Z drugiej zaś strony bywam zgorzkniały, zamknięty dla innych, ponury jak chmura gradowa, okopujący się we własnym ciasnym i nieprzystępnym dla turystów świecie, przekornym jak mało które stworzenie.
Czasami jedno z drugim się miesza, próbując złapać równowagę, lecz tylko próbując, bo święty, niepokalany środek, stoicki, horacjański, zdaje się zbyt trudnym do zdobycia.
Z wiekiem, na przekór teoriom o przewadze doświadczenia nad młodzieńczą ulotnością, owym słomianym ogniem wysokopłonnym; z wiekiem głupieję, stając się przy tym hardym i ubogim w kompromisy z każdym, z którym mi nie po drodze. Bo też uznaję, że wiek mój w lata przebogaty dozwala mi na pozostanie nieco na uboczu głównej drogi i oną zaciekłość obrony poglądów swoich, i na zajęcie stanowiska wbrew innym, co masą nad urwisko lezą, co w stadnym pędzie akceptują wszystko, co im powiedziano za garść judaszowych sreber. Tak uważam siebie i stać mnie na to, abym zbliżając się do kresu wędrówki swojej, pozbył się tego, czego wcześniej mnie pozbawiano. Gotów więc jestem zrezygnować raz na zawsze (o czym tak pięknie pisałem) z przeszłości swojej nędznej i nietrafionej i tych wszystkich jej namiastek śmiesznie dzisiaj brzmiących. Stać mnie na to, abym pożegnał się z obywatelstwem swoim sparszywiałym, bo niczego już na ziemi, na tej ziemi nie osiągnę, bo usunięto mi spod tyłka ten mój kawałek podłogi i obracam się w krainie amoralnych dziwolągów, kłamstw łapanych jak motyle, durniów zasiadających na stołkach i durniów usiłujących tym pierwszym stołki spod ich rzyci odkopnąć. Takowoż dorosłem do wystawienia na przetarg publiczny swoich dyplomów wartych tyle, że (jako wyrzekał mój ojciec płynący już charonową łodzią) można je o kant pewnej części ciała potłuc, bo  mnie i innym nic po nich, no chyba że za muzealnym szkłem pochowane zostaną, ku przestrodze potomności. Co zresztą chcecie ze mną zrobić, zróbcie i nie chowajcie mnie zacnie, a za cmentarnym murem, bo wielce zgrzeszyłem i wobec mnie grzeszono srodze.
Takie to myśli obłąkane, lecz do bólu trzewi prawdziwe jedną z szal Wagi, nazwiska mego, dociskają do dna, a odważników równoważących ciężar przeogromny brakuje i deficytowo nie wystarczy, jak emerytur dla pospólstwa.
A że żyć mi jeszcze los kapryśny dozwala, to wielką jest tajemnicą niezgłębioną, a sensu tej tajemnicy wyszukać nie da się.   



01 stycznia 2015

Przedzimowe wieczory

W przedzzimowe wieczory i te zimowe, choć przesunięte w czasie albo zgoła nieobecne, do dawniejszych nie podobne, w te wieczory senne, mgliste; innym razem wietrzne, pierwszym śniegiem sypiące, siadam przy kominku, piecyku z symfoniczną, do czerwoności pomalowaną żarem rurą, przy piecu kaflowym, do którego przytulam policzek nieogolony; siedzę kołem z innymi na rozpostartej płachcie płótna, na folii, fasolę łuskam, obieram cebulę, dziadkiem orzechy łamię, drę gęsinie pierze albo... 
albo świeczki palę, aby rozpoznać rzędy wyrazów, aby starożytnymi rycinami, obrazami, malunkami nasycić wzrok własny, coraz słabszy, uzbrojony w szkło oprawne; słucham też, nie tylko kominowego wiatru i tego, co w niedomkniętych oknach świszczy; słucham tej muzyki skrzypiącej, dawnej, taneczne ronda i faranadole, pavany i gawoty albo słów opowiadanych w radioodbiorniku, a tam historie niezwykłe, czasami wręcz poetycko wzniosłe i tajemnicze i....
i rozmyślam przy tej pitnej czekoladzie, przy herbacie z rumem, rozgrzewając każdy atom swego ciała, a elektrony pędzące aż mrowią, dreszczy przydają ciału; rozmyślam i ołówki strugam, całą garść ołówków, cały ich kubek gliniany po promocyjnej kawie, po czym zapisuję, ach jak ja zapisuję te myśli słonymi smużkami ze skroni płynące, i niczego mi nie brak, niczego a ...
a jeśli zasypiam to wtedy, gdy oczy pijane, gdy nogi bezwładnie toczą się po wypastowanych podłogowych deskach, gdy głowa ciąży, kołysze się sztormowo; zatem przedostaję się przez te ciężkie powietrze, cięższe od mgły, jakby ścianą wody było; zatem płynę, dopływam, odpływam w sen boski, cudownie natychmiastowy i niczego mi więcej nie potrzeba, niczego... 

Noworoczne plany

Radca Krach małżonkę swoją ucałował i natychmiast po godzinie pierwszej trzydzieści udał się na posesję mecenasa Szydełki, który uczyniwszy podobnie względem swojej żony, telefonicznie przywołał inżyniera Beka, który z kolei już podążał śladem radcy, więc we trójkę niebawem się spotkali. Natomiast doktor Koteńko niespodziankę zrobił wszystkim, pojawiając się w charakterze pasażera pojazdu prowadzonego przez swoją żonę, która, jak się okazało, sama przez się zadeklarowała czterech panów bezpiecznie do kawiarenki dowieźć, choć przecie miasto niewielkie, aby koniecznie się w nim gubić chciano. Po drodze zatem pani Zofia Koteńkowa, spiskujących w noc pierwszostyczniową panów, do auta swego zabrała i bezpiecznie pod samą kawiarenkową posiadłość odstawiła, a pożegnawszy się z małżonkiem oświadczyła, że pobudkę ma na dziesiątą, więc jeśli dostojni panowie zechcą autem powrócić, to jedynie po tej godzinie, kiedy ona  pedagogiczne swoje oczy zamierza otworzyć.
W kawiarence był już stary pisarz, co z innej strony miasta pochodził, więc na podwózkę liczyć nie miał prawa oraz redaktor Pokorski, który ostatnimi czasy rzadko w kawiarence bywał, lecz czule przez radcę Kracha przekonywany, poprawną podjął decyzję o uczestnictwie swoim w szampańskim pasjansie, przez pana Adama, znanego w mieście kawiarennika, układanym.
Dziatwa zebrała się zatem przy złożonym z dwóch stole, wedle pieca i w pobliżu okna, skąd widok piękny się rozpościerał na one girlandy świecące nad miastem jak gwiezdnych komet pióropusze.
Oni tu na dole, a w komnacie na górze przepędzała tę noc wyjątkową, Maria z dziewczęcym dzieckiem swoim, tak przez wszystkich polubionym, a najbardziej przez kawiarennika, który prawił, że maluchne dzieciątko, jedynie do niego tak pięknie bezzębną swoją buźkę do uśmiechu składa, jakby to jego z całego miasta najbardziej polubiło. Litowano się tedy nad panem Adamem, gdyż każdy kto dziewczynkę niewielką postrzegł, ta do wszystkich się uśmiechała najpiękniej, bo też dzieckiem pogodnym była i płaczów niepotrzebnych nie wyczyniała. Z Marii z kolei, pierwsze zadziwienie ustępowało, zamieniając się w sporego rozmiaru radość, której jakoś ukryć nie ukrywała. Jakaś taka bardziej kobieca się stała, a też i mówiono, że nadmiar kobiecości w niej rozkwita i nie jest już tym dziewczątkiem podlotnym, smukłym a ulotnym; ot, macierzyństwo, na szczęście, krągłości jej ciału przyniosło, co też pan kawiarennik Adam docenił najbardziej. Czy aby nie zanadto?
Dośćże o piękniejszym świecie gadania; przełóżmy je na potem, bo dzisiejszym celem wizytacji miała być noc pierwsza, styczniowa, w ściśle męskim towarzystwie przepędzona, przy koniakowym alkoholu z samego miasta Cognac pochodzącym, przeto wytrawnie wyborowym, od którego głowa, jeśli się zakręci, to zakręci cudownie wokół osi ciała i też na właściwą orbitę się wznosząc, samymi najlepszymi pomysłami błyska.
Któż nie zna tych cudownych, słynnych mocy koniaku.
Pierwsza butelka służyła wspomnieniom o minionym roku, nostalgicznym, z rzadka uśmiechniętym, a to względem świata, który co i rusz swoje niecne oblicze pokazywał, nie chcąc, aby się nim cieszono. Stanęło jednak na tym, że w przyjaźni siła, więc i raźniej w zgranej komitywie odbierać kopniaki od życia, bo mniej bolą, a w razie potrzeby oddać można i skutecznie odpowiedzieć mądrością wspólną na ogłupiałe knowania tych, co światem rządzą jak chcą i jak chcą rządzą. W ten sposób butelka pierwsza zakończyła się może nawet nie na świętach całych, lecz na Marii powrocie, co wspólnie uznano za wydarzenie minionego roku i przyczynek do otwarcia nowej flaszki.
Druga butelczyna, a z nią, ku zazdrości nieobecnych, trzecia,  wiodły swój żywot pośród planów i noworocznych postanowień. Ponieważ w kawiarence odbyło się ono planowanie, to nie trudno zgadnąć, że dotyczyło ono w znacznej mierze kawiarenkowych treści. Podczas gdy rozochocony kulinarnym sukcesem inżynier Bek obmyślił sobie urządzić kiedyś kulinarne zawody, pan doktor Koteńko napomknął coś o fortepianie, który warto by w sali postawić i wykorzystać godnie (a wywiedział się, gdzie takowy mebel niesłusznie niszczeje). Panowie Krach i Szydełko umyślili sobie na wiosnę jakowyś plener na obrzeżach kawiarni zainstalować, aby później ściany kawiarenki ucieszyć malarskimi widoczkami. Pan redaktor Pokorski tym pomysłem zachłannie się zachwycił, albowiem sam para się rzemiosłem bazgrania po płótnie, lecz on głównie w portretach gustuje, więc z chęcią na pierwszy ogień obrałby panią Marię z dzieciątkiem. Zadziwił tym wyznaniem kawiarennika Adama, który w pierwszym geście zaskoczonych oczu pokazał nie byle jaką zazdrość, lecz prędko zważył w sumieniu swoim to niegrzeczne uczucie, dochodząc do wniosku, że taki portret nad wspólnym z Marią łożem, widzianym byłby przez niego więcej niż uprzejmie. W tym miejscu, po zajrzeniu do myśli pana Adama, myśli o tym wspólnym łożu okazało się, że tajemnica dzielenia wspólnej nie tylko komnaty z niewiasta młodą a w macierzyństwie zwłaszcza, urodziwą, warta się stała funta kłaków. Aby przepędzić na chwilę znaczącą przyjaciół swoich myśli o sekretach alkowy, które sekretami być przestawały, kawiarennik oświadczył, że skoro tak rozległe szykują się plany, to on raz a porządnie pod plenerową imprezę ogród na zapleczu będący uporządkuje, aby zaświecił przykładem zachęty dla artystów.
Natenczas milczący w kącie podokiennym, ze sławnym kajetem w ręce stary pisarz, z wysiłkiem dwóch butelek koniaku głos zabrał z cicha.
- Panie Adamie, a czy mieszkanko, jakie onegdaj zajmował pan Edward, przed wyjazdem na wieś (dla niewtajemniczonych, pan Edward, postać bezrobotna, przez kawiarennika czas jakiś temu pod dach przyjęta, gdzie mu mieszkanko niewielkie zapewniono, aż do czasu, kiedy na łono rodziny swojej odległej, do wsi równie odległej wyjechał, aby tam miało się okazać, że uczynnym i zgodnym współdomownikiem został, o czym zresztą rodzina Edwarda w korespondencji do kawiarennika skierowanej donosiła), czy to mieszkanko na jakiś czas wolnym pozostanie?
- Wolnym będzie - potwierdził Adam - czyżby spotkała pana jakaś przykrość związana z mieszkaniem- zapytał.
- Nie, nie - zaprzeczył stanowczo stary pisarz - tak się stało, że zaprosiłem jedną kobietę do siebie, to znaczy nie do siebie dosłownie, lecz do naszego miasteczka i tak się zastanawiam, czy zamiast w hotelu, nie spróbować tutaj pomieścić ją na czas niedługi.
- Serdecznie zapraszam pańską przyjaciółkę - odparł Adam - a przy okazji pozna się z Marią, więc, jak sądzę, warto i tę pieczeń upiec.
- No to Alena się ucieszy - wyszeptał stary pisarz.
Skończono trzecią butelkę; zaczęto... o nie, trop fałszywy... zaczęto przed piątą rano od kawy...

31 grudnia 2014

Dzień ostatni

Najwierniejsze sikorki przylatywały wcześniej, zanim nastała zima prawdziwa, a teraz to już codziennymi są gośćmi, z wróblową bracią żywią się zaokiennym ziarnem słonecznika. Jedyna szkoda, że to jedyny w całym domu publicznym parapet, gdzie żywić się mogą, bo ponoć nieestetycznie jedzą.
Otóż i ostatni dzień roku nadchodzi, choć dla mnie ten przełom nic a nic nie znaczy. Zaprawdę większy zamęt czyni zmiana czasu ze słonecznego na zimowy, i na odwrót, bo ową zmianę widać aż nadto przy porannym wstawaniu lub popołudniami, i człowiek rad byłby, gdyby tego słońca więcej i więcej przybywało, bo słońce, jak by nie patrzeć, to zawołany człowieka i wszelkiej natury przyjaciel.
Tak też się składa, że z roczną zmianą daty życzenia się piękne składa, do siego roku, oby się w nim wiodło niezgorzej, a najlepiej lepiej, niż w minionym. Przyłączyć się zatem wypada, choć wiara, że lepszym ten rok będzie płonną jest, lecz czego to dla społeczności się nie robi i dla przyjaciół, rodzinki całej, niewielkiej wprawdzie, ale jednak. 
Skoro więc tradycja taka, świecka, choć starożytna, tedy i ja składam pomyślne życzenia, oby rok nowy lepszym był od poprzedniego, lecz ciuteńkę choć gorszy od tego, co po nowym nastanie. W takim przypadku będziemy mieć postęp z roku na rok i oby ten postęp zawsze inflację niepowodzeń przewyższał, żeby żyć się chciało i miało z czego.
A czasami z czego nie bardzo jest żyć, bo pomimo szumiących jak jodły na gór szczycie zapowiedzi, jak kto biednym był, tak i biednym pozostanie, a bogaty, bogatszym będzie; jak były śmieciowe umowy, tak i zostaną; jak się zarabiało 3-4 złote za godzinę ochroniarskiej pracy, tak też i zostanie, o czym rządowe i parlamentarne gremia wolą nie myśleć, bo i po co. Zawsze wyjechać można z pięknego kraju i nająć się do roboty jakiej, aby nie popaść na zdrowiu i umyśle. W tym miejscu niech zadam głupawe pytanie, czy taki jeden z drugim posłem senatorem czy ministrem zadał sobie pytanie, dlaczego w Polszcze, aby wyrobić się na najniższą pensję ogólnokrajową, to za te 4 złote na godzinę, trzeba w miesiącu przepracować godzin trzysta i to na śmietnikowej umowie. Się pytam, gdzie są PIP-y i NIK-i. Żartowałem... nie pytam się, bo i po co. Kolejne głupie pytanie, które zadawałem już sobie a muzom dotyczy się tego, czemu to w Polszcze, kraju tego obywatele, zarabiają mniej niż w prozachodniej Europie, a tyle co kot napłakał. A wytłumaczenie od lat jest proste. Stanowczo zbyt mała wydajność pracy - tak prawił niedawno Mordasewicz Jeremi z Lewiatana i Enei doradca w jednym (zresztą to nie jedna uczona głowa tak prawi).
Gdybym więc tak chciałbym być złośliwym, jako jestem, to zapytałbym Jeremiego M (ądrali), czy zatem takie ochroniarskie ciało gdyby zechciało zarabiać trzy razy więcej, jak na zachodzie, musiałoby swą  pracę uwydajnić, pracując miesięcznie godzin dziewięćset? Czy niżej podpisany, jako kierowniczy auta rozwożący po świecie towary ma trzykrotnie szybciej jeździć, trzykrotnie mniej paliwa kupować, trzykrotnie cięższe towary wozić? Oczywiście, że pan Mordasewicz, jak i wielu innych speców od ekonomii, kolokwialnym językiem mówiąc, "głupa pali" i całkiem do twarzy mu z tym nałogiem, bo to wcale nie o wydajność idzie, lecz o to, że tak ma być i kwita, bo tenże pan nigdy nie wczuje się w potrzeby pracownika opłacanego jak za słynnych, niewolniczych czasów, bo jemu starczy na wszystko. Tak to już we wszechświecie się porobiło, że zdrowy chorego nie zrozumie, bo jego nie boli.
Weźmy teraz inny przykład, jakże wyraźnie znaczący, choć z innej beczki piwa. Owóż w kulturalnym, telewizyjnym programie, szedł był wieczór z panem reżyserem Wajdą (w tym miejscu rzecz chciałbym wyrzec taką, że pana Wajdy, zwłaszcza wcześniejszą twórczość cenię bardzo i nie jest moim zamiarem w jakikolwiek sposób przystawiać mu rogów; chodzi mi jeno o pewien przykład demaskujący jedną z moich teorii). W tymże wieczorze, filmy różne wspominano, a wśród nich ten o człowieku z marmuru, z żelaza i o panu elektryku Wałęsie. Raptownie pani wieczorek wspomnień prowadząca ośmieliła się zauważyć (co niemal krytyką zabrzmiało), że pan reżyser jakoś tak urywa polityczną swą filmową opowieść w momencie wielkiego sukcesu - rzecz odnosiła się do filmu o panu Wałęsie. Czyżby to oznaczało - och, jakaż odważna ta pani - że po onym sukcesie głównego bohatera, trudniej opowiadać o świecie Rzeczpospolitej, z czego to pan reżyser zrezygnował?
Odezwał się pan Wajda na te słowa, udowadniając, że jakie tam trudniej teraz, gdy jest łatwiej, że w studio siedzieć teraz możemy (znaczy się on z przyjaciółmi aktory i panią prowadzącą) i nikt im rozmowy nie wytnie, scenariusza nie podrze na kawałki, nie powie, jaki film na robić, a jaki politycznie nie uchodzi.
Otóż i do sedna dochodzimy tarczy. Odpowiadam za pana reżysera nie pytany. A juści, prawda panie reżyserze. Któż tam pochwalałby dzisiaj scenariuszy obcinanie, wkładanie do szuflad filmów niesłusznie zrobionych, kto byłby przeciw wolności słowa, kto godziłby się dzisiaj robić film pod dyktando. Pan Wajda inteligentnym człekiem jest, więc wie doskonale, że te piękne wolności udały się po przełamaniu zaprzeszłej władzy, a on sam przepięknie skorzystał na tej zmianie, lecz w tej swojej radości do ojczyzny powróconej, zapomniał był o tym, że nie dla wszystkich Rzeczpospolita numer rzymski trzeci jest tak łaskawa. Albowiem nie dla każdego obywatela priorytetem jest scenariusza obcinanie przez złych ludzi. Dla co niektórych większym problemem jest zdobywanie z miesiąca na miesiąc czegoś więcej niż kromki chleba posmarowanej margaryną albo ten hamletowski wybór pomiędzy opłatą za mieszkanie a lekarstwem. Są tacy, co aby żyć godnie, zbiesili się chyba i za granicę pouciekali, ale też są tacy, co swoje żywoty samobójczą śmiercią zakończyli, wpadłszy uprzednio w zastawione nań bankowe sidła. Czy kontynuować? Mógłbym, lecz nie widzę powodu, gdyż, jako się rzekło wyżej, zdrowy nie pojmie chorego obaw o zdrowie.
Punkty widzenia są różne, bo z różnej perspektywy dostrzegane.
Nie czynię panu Wajdzie jako obywatelowi zarzutu z tego, że świat z innego miejsca postrzega, lecz jako artyście nie byle jakiemu zarzucam wąską perspektywę obserwacji świata, bo człek wrażliwością obdarzony, nie może ot tak sobie, na swoich laurach zasiąść i nie popatrzeć, co się wokół niego dzieje.
A dzieje się sporo i w nowym roku też będzie się działo, bo to wybory cenne się odbędą, więc pora kulturalnie pałkami po łbach sobie dawać.
Kto by tam myślał teraz o tym, że chyba najważniejszą sprawą jest, żeby ludzie mogli sobie względnie udanie pożyć i mieć pożyć za co, bo z samej wyborczej kampanii człowiek nie przeżyje... a u nas trzeba.
I wreszcie tak na samym skraju marginesu... wyczytałem, że od nowego roku niemiecka minimalna płaca za godzinę roboty osiem i pół euro wyniesie, co daje w przeliczeniu na polskie złote pieniądze jakieś 35 złotych, co oznacza z kolei, że za dzień pracy można zarobić 280 PLN-ów. Marzenie u nas samolotu bez głowy, a pamiętajmy, że wciąż mówimy o uposażeniu minimalnym.
Nie wiem, jak ja to robię, ale przez miesiąc wojaży jestem w stanie przeżyć za jeden dzień pracy "minimalnego Niemca". Czy zechciałby kto z zaodrzańskich braci zamienić się ze mną i przystać na ojczyzny mojej ukochanej warunki?

30 grudnia 2014

Tu pisać bezpieczniej

Mnie tam i tak nikt nie słucha, bo pedagogicznego podejścia nie mam. Mogę sobie pisać i mówić "A", a usłyszą "B". Dziesiątki, a może setki przypadków takich, porozrzucanych po życiu nie mającym sensu było; i prawda, że powinienem przywyknąć, przyzwyczaić się, że biorą cię za pastowaną świnię udającą dzika, podczas gdy jedynie różowiutką, rodzimą  świnią jestem. 
Dlatego szczęśliwym, żem zlazł z pedagogicznego piedestału i mogę sobie gadać, co chcę, bo tyleż to gadanie moje komu potrzebne, co gołoledź na drodze. 
Prawdę powiedziawszy, to chociaż z sobą samym najlepiej się dogaduję, to przecież sam z sobą się wykłócam, lecz takimi sporami przynajmniej nikomu krzywdy nie zrobię i vice versa. A wyleź tu do ludzi ze swoją mową, rozgadaj się, poopowiadaj, a oni wpuszczą cię jednym a wypuszczą drugim uchem i tyle ci przyjdzie z tego, że ozorem powywijasz. Basta!
Tu przynajmniej jesteś paniskiem. Możesz się rozpisać do woli, pokreślić możesz, powycierać, wreszcie, puścić to wszystko w diabły, jeśli ci się nie spodoba, bo robisz to dla siebie i własnej potomności; nie żeby ktoś cię usłuchał, bo tych do usłuchania to całe mrowisko jest na świecie i zawsze do nich zajrzeć możesz. 

Coraz bliższy jestem zapakowania do worka zbiorowiska opowieści pod wielce mówiącą nastrojem nazwą "Barcarolle". Takiż ma być również tytuł jednej z opowieści. Już, już mam bliski temat, prowincjonalny, nostalgiczny, lecz z zakończeniem przemiłym dla bohaterki oczekującej ponownego przyjścia na świat. To będzie najtrudniejszy mój tekst,  gdyż koniecznie winien współgrać z muzyką Czajkowskiego, "Pory roku" - Czerwiec - Barcarolle, z opusu 37 bis, nr 6. Muzyka nastrojowa, genialna, więc potrzeba się wspiąć na znaczną ponad poziom morza wysokość.
A gdyby ktoś nie wierzył, jeszcze raz mi nie uwierzył, z jak doskonałą muzyką ma do czynienia, niech tych pięć minut poświęci na posłuchanie wersji, którą dla siebie wybrałem.

[przy fortepianie Miloš Mihajlović ]

29 grudnia 2014

Belgia podpadła

Zaiste, czymś tam Królestwo Belgijskie Stwórcy podpadło, że ilekroć pojawiam się w owym, tedy pada, mży, albo leje bezustannie, bez względu na porę roku, a już w Ardenach napotkać deszcz, albo śnieg grudniowy, nieśmiały to pewne.
Ardeńskich gór akurat nie lubię i nie wiem czemu. Możliwe, że jest to wynik niemiłego doświadczenia z samej francusko-belgijskiej granicy, gdzie dawny budyneczek celny w niespotykanie kloaczną ruinę przemieniono, a może dlatego, że to "niby góry" są, bezkształtne, bez zarysowanych szczytów, jedynie "ciągnące" się nie wiedzieć po co.
Dość o tym. W grudniowej porze miałem sposobność parę razy skosztować belgijskiej wilgoci, więcej - lokalnej powodzi, gdy wiedziony koniecznością zboczenia z głównej drogi, zjechałem w nieznane ścieżyny i musiałem się salwować ucieczką przed wodami rzeczki niewielkiej, która rozlała się po drodze. Wycofałem zatem peżocika, a nie było to całkiem łatwe przedsięwzięcie, bo pobocze żadne, dróżka wąska i niezwykle szybko wody nabierająca.
Innym znów razem belgijska kraina powitała mnie mgłą paskudną, śnieżycą, a rankiem wiatrem z całych sił wiejącym.
Ale zdarzały się też milsze spotkania. Gdzieś tam pojawił się na mojej drodze tubylczy okoliczny Belg, który przywitał się ze mną "dżen dobry" i pożegnał "do widżenia" i "na dżdrowie", gdym pytał o benzynową stację.
Podjeżdżam też razu pewnego do firmy pod załadunek, podjeżdżam w ostatniej chwili (przez te deszcze i wiatry), do biura wpadam jak po ogień, przedstawiam się z nazwy firmy jaką reprezentuję. Pani za okienkiem szybciutko znajduje stosowne "dokumenta" i po wykonaniu telefonicznej rozmowy przekazuje mnie innej kobiecie, która zjawia się jak na zew krwi ostatniej.
Odwracam się. Podchodzi ku mnie.
- Polak? - mówi po polsku z akcentem nie krajowym.
- Polak - mówię, a ona na to:
- Magyar - i ramiona do mnie wyciąga , po czym tak pięknie zwija je, jak do dziecięcia kołysania i kołysze nimi - Lengyel-magyar két jó barát, együtt harcol és issza borát - dodaje tę zgrabną formułkę o braterstwie polsko-węgierskim. Jeszcze chwila, a zrobilibyśmy niedźwiedzia pospolitego, wpadając sobie w ramiona
Zatem ja, aby się bratanków jęzorem pochwalić, powiadam:  
- Jó napot kívánok!
Odpowiada tymże samym "dzień dobry", uśmiechnięta, próbując wydobyć ze mnie jakieś ugrofińskie słowa. Odpowiadam jak nakręcona papuga, a ona coś do mnie, polszczyzna połamaną, że parę lat w Belgii siedzi i pracuje, i Polaków sporo zna, i ich ceni, bo jakże można nie cenić bratanków.
A odesłała mnie do Mustafy, żeby mnie załadował porządnie i wkrótce to zrobił, choć wcale na Mustafę nie wyglądał. I pojechałem sobie do Francji, znów przez Ardeny, ponure, deszczowe i dzikie.

Człowiek z tamtej strony [4/4]

[4]
Wstał tym razem z porannym słońcem i pierwsze jego spojrzenie dosięgnęło kurtki i spodni wiszących na oparciu krzesła. Jego spojrzenie miało charakter wyjątkowy, tak samo jak wyjątkowy był fakt starannego złożenia ubrań. Ubierał się powoli, przeżuwając ćwiartkę pomarańczy, którą pozostawił sobie na poranny posiłek. Odruchowo wsunął dłoń w wewnętrzną kieszeń kurtki. Wyczuł płaski papierowy przedmiot - kopertę, którą natychmiast wyjął, a z niej kartkę, w którą zawinięto banknot.
Odczytał to, co było napisane na kartce:
"Przepraszam, że w ten sposób. Obawiałam się, że nie przyjąłby pan pieniędzy".
Nie przyjąłby, ale też trudno mu było w tej chwili zdecydować się na powrót do domu, w którym był po pańsku ugoszczony. Wsunął banknot do kieszeni spodni, włożył kurtkę i wyszedł z domku.
Był chłodny majowy poranek i aby się rozgrzać chodził długo uliczkami miasteczka, przystając w tych wszystkich miejscach, w których zatrzymywał się choćby na kilka minut. Cały czas myślał o tym, że miał szczęście i dostał od losu tę chwilę niezasłużonego powodzenia, z którym nie wiedział co począć. Banknot ciążył mu bardzo, a nowe ubranie na tyle zmieniły jego obecne położenie, że nie krepowały go spojrzenia przechodniów, których spotykał. Myślał nawet, że wielu z nich nie rozpoznaje go, uznając że jest takim samym mieszkańcem miasteczka jak oni.
Postanowił zajść do kawiarni, gdzie chciał zamówić kawę i lody. Było jednak wciąż zbyt wcześnie. Musiał czekać przynajmniej do dziesiątej, wiec przeszedł się do parku, w którym przemierzył wszystkie alejki, aż w końcu usiadł na "swojej" ławce, która była szczęśliwie wolna i niezacieniona. Pierwszy raz od wielu dni odczuwał niepokój i zniecierpliwienie. Dotąd nie znane mu były tego rodzaju uczucia. Przyjmował istniejący bieg wydarzeń instynktownie, bez pretensji do świata, do kogokolwiek. Siedząc na ławce myślał o zbyt wielu rzeczach naraz i stracił poczucie czasu. Pachnący farbą drukarska banknot cały czas mu ciążył.
Z parku przeszedł na rynek, aby sprawdzić godzinę na wieży kościelnej, choć przecież zwykle z wysokości słońca potrafił niemal precyzyjnie określić właściwy czas. Uznając, że nadeszła już pora, skierował się do kawiarni, w której o tej porze, zwłaszcza w soboty, niewielu bywało gości, gdyż w soboty o tej porze najczęściej robi się zakupy, czasami na cały tydzień. W sobotnie przedpołudnia kawiarnia przeznaczona była dla przyjezdnych, którzy chcąc zrobić większe zakupy, przyjeżdżali do miasta wczesnym rankiem, a potem, przed powrotem do domu, wpadali zjeść coś słodkiego, i wypijali kawę czy herbatę, gdyż często przyjeżdżali do miasta bez śniadania.
Zajął jedno z miejsc przy oknie. Zamówił dużą kawę oraz spora porcję czekoladowo-owocowych lodów podawanych w pucharkach na smukłych karbowanych nóżkach.
Właśnie wtedy zobaczył ją, kiedy wchodziła do kawiarni, trzymając pod pachą torebkę, a raczej teczkę, podłużną, w której wiele rzeczy można było zmieścić prócz kosmetyków. Szybko podszedł do niej i niemal zmusił do podejścia do jego stolika.
- To pan? - usłyszał to pytanie po raz drugi w ciągu krótkiego czasu .
Usiadła naprzeciwko, ogarniając go przenikliwym spojrzeniem, jakby jedynym jej zamiarem było rozszyfrowanie całej o nim prawdy.
Zamówił dla niej dużą porcję lodów o smaku, który sama wybrała  i zabielaną kawę> Przez cały czas, kiedy siedzieli naprzeciwko siebie i wymieniali krótkie, zdawkowe słowne hasła dotyczące zamówienia, kobieta starała się panować na emocjami. Była zbyt ambitna, aby o tym nie pamiętać; także wtedy, gdy powoli nabierała mała łyżeczką lody, zbliżała je do ust, w których pozwoliła się im rozpuszczać. Starała się też patrzeć mu prosto w oczy i wytrzymywać jego spojrzenie skupione na jej oczach.
- Oszukał nas pan - powiedziała w pewnej chwili.
Rozluźnił się. Na jego twarzy pojawił się nawet uśmiech, niewielki, niezauważalny.
- Pani myśli, że wtedy udawałem... wtedy w gabinecie. Udawałem, że jestem inny i w znacznie gorszym położeniu?
Skinęła niewyraźnie głową, nie dając do końca poznać swoich myśli.
- A ja naprawdę chciałam panu pomóc - powiedziała z żalem, którego nie chciała ukryć.
- Czy pani naprawdę myśli, że można pomóc drugiemu człowiekowi, nie likwidując przyczyn jego niepowodzenia? Pani stara się wmówić zającowi, że poradzi sobie z wilkiem, gdy go spotka na drodze do wodopoju, tymczasem powinna pani raczej trenować jego szybkość, aby zdołał wilkowi uciec.
Zapłacił i wyszedł, nie kończąc swojej porcji lodów. Pomyślał, że nadszedł czas, aby wynieść się z miasteczka i znaleźć inne, w którym nie ma kolejowego dworca.

28 grudnia 2014

Nie warto


Nareszcie. Skończyło się.
Przestaniesz mnie lubić. Ty... i jeszcze ty, i ty też.
Pomyślałeś sobie, że taki ułożony jestem, więc nie ma sensu obawiać się tego, co mam do powiedzenia. A tu wychodzi szydło z worka i bezczelnie snuje się za nim niepokorna myśl.
Nie chciałem w święta, bo to tak jakoś mniej wypada brać wtedy tabletki wykrztuśne, porządek niszczyć, urągać tradycji i uczucia obrażać. Dzisiaj można.
Nie lubię świąt, żadnych świąt, absolutnie żadnych, żadnych niedziel i sobót wolnych jak ptak. Lubię mieć wolne ale świąt nie lubię. Być może wynika to z niedostatków organizacyjnych. Być może zbyt miłe są te moje dawne o świętach wspomnienia, abym teraz mógł zaakceptować ich podrobione, tombakowe oszustwo. Z braku tej koniecznej umiejętności oddzielenia pracy od wypoczynku, z tego, że zawsze miałem problemy z sacrum. Dzisiaj nie ma takich problemów. Chcesz się pomodlić, idziesz do marketu.  Jakiś głos podpowiada mi, że nie zawsze tak było. Jeśli ten głos jest dobrze poinformowany, to wypada przyznać mu rację. 
Nie będziesz mnie lubił ty... i jeszcze ty i ty też. 
Głos się mnie zapytuje, czy było warto te życie tak sobie przeżyć nieodświętnie, w ogóle, czy było warto je przeżyć tak, jak mi się to udało. - W takim ogólnym sensie? - niegrzecznie odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Właśnie w takim.
Wręcz znienawidzisz mnie, znając moja odpowiedź, podejrzewając, co odpowiem. Pewnie sobie myślisz, że skoro humanista ze mnie wyłazi, jak szczur, któremu zatopiono legowisko, to powinienem odpowiedzieć bez wahania, że warto. Naczytałem się przecież mądrych ksiąg bez liku, preferując w nich otwartość i zamiłowanie do ludzi, idei pozytywnych, ukierunkowanych na dobro, więc niby czemu miałbym dzisiaj zaprzeczyć. Przypominam sobie takie zagadnienie, akademickie zapytanie. Przypomnę.
Założenie jest takie, iż jestem pisarzem, jak to się mówi, z powołania, pisarzem, który pragnie wrzucić kamyczek niewielki do ogródka zwanego dumnie ogrodem szczęśliwości, co oznacza, że jego pisarstwo dotyka spraw społecznych, trudnych, w które zamierza ingerować, pokazując jedno z możliwych pozytywnych rozwiązań. I teraz rzucone zostaje pytanie: czy gdyby z dnia na dzień miało się okazać, że wszelkie ludzkie sprawy, jak za dotknięciem czarodziejskiej, sławnej różdżki, będą rozwiązane, to czy ty (pytanie do mnie skierowane), zrezygnowałbyś ze swojej pasji, przestałbyś pisać, mając rozwiązane wszystkie problemy świata? Czy poniechałbyś swego talentu, pragnień, marzeń niedokończonych?
Owszem, zrobiłbym to. Poświęciłbym swój talent dla dobra ludzkości.
Wróćmy do rzeki. Znasz moją przeszłość, znasz moje zaangażowanie, wiesz, że byłem gotów zaprzepaścić siebie dla zbożnego celu. Wiesz doskonale, że moje życie opierało się w znacznej mierze na poświęceniu się idei, w którą wierzyłem i której zostałem nauczony. Pytasz mnie dzisiaj, czy było warto i oczekujesz potwierdzenia, nie łudźmy się, chcesz usłyszeć, że chociaż niewiele mi się w życiu udało, to jednak starałem się być wierny idei skierowanej ku człowiekowi.
Odpowiadam jednym, krótkim, pojedynczym zdaniem: - Nie warto było.
Ucinam gałąź, na której siedzę, narażam się, zaprzeczam sobie, staję się poprzez zlepek tych trzech słów banitą idei, której uczyłem się przez lata. 
Mówię ci, nie było warto. Przykładu ze mnie brać nie musisz. Ja tylko o sobie prawię i wiem co mówię, choć jestem szalony i będę potępiony ze swe słowa. Nie było warto podawać ręki w postaci otwartej dłoni, bo odpowiedzią była zaciśnięta pięść. Nie było warto być pomocnym, bo pamiętano o pomocy jedynie w trakcie jej udzielania, po czym przepięknie i słynnie o niej zapominano. Żałuję tych swoich uśmiechów, tych rad udzielanych, gestów poparcia i gestów obrony; czynów śmiałych nie liczących się z możliwą przegraną; żałuję tej idiotycznej odwagi swojej, gdy pierś nadstawiałem; tych myśli i pomysłów, co okrążały mnie wpadając w sieci tych, dla których były przeznaczone; żałuję, że mówiłem prawdę i nie kradłem, że w swojej naiwności przestrzegałem przykazań bożych. Potępiam się dzisiaj za to, że nie czyniłem ofiary z innych, że nie dosypiałem, że byłem lojalny i ogół przedkładałem nad mój szczególny a odosobniony ludzki przypadek.
Gdybym zaniechał tego, o czym się rozpisuję, byłbym szczęśliwym człowiekiem.
Przestałeś mnie lubić, czy jesteś już na etapie nienawiści do mnie? Odpowiedz. Nie ukrywaj się za pniem drzewa poznania dobra i zła. Rozumiem, że nie czujesz do mnie sympatii nie za to, jakim byłem, lecz z tego powodu, że swojego życia się wyparłem, że swojego życia żałuję, że zeświniłem się, uruchamiając machinę egoizmu w sobie. Nie zaprzeczaj. Tak jest.
Przejrzałem na oczy i widzę teraz wszystko wyraźniej, bez tej mglistej wiary w ludzi, wiary w siebie samego, wiary w to, że żyje się po to, aby następującym po nas życie ułatwić. Spłynęło na mnie uczucie zrozumienia, że należy złem odpowiadać zarówno na dobro, jak i na zło, jeśli nie chcesz się utopić w rynsztoku własnej rzeki.
Ta moje zagubienie wiary ma wiele wspólnego z utratą identyfikacji. Coraz luźniejsze łączą mnie więzy z krajem, w którym egzystuję. jeszcze i tylko język mi pozostał i kultury część i przywiązania do pewnych spraw. To niewiele i wiele zarazem, bo mogę sobie w zastępczych tematach pofolgować do woli. 
Kiedyś jeździłem po kraju, spacerowałem po ulicach miast, przemierzałem miedze, lasy, górskie szlaki, czując, że przynależę do tych krajobrazów, do ludzi, których spotykam, do miejsce szczególnych i tych najzwyczajniejszych, i czułem, że to wszystko jest także moim, nie w dosłownym sensie, że posiadam, władam nad czymkolwiek, ale że czuję się drobną cząstką całości. Dzisiaj pozostał język i potyczki słowne, którymi tworzę świat inny zgoła, pomieszczony w mojej wyobraźni.
Dzisiaj nic ode mnie nie zależy, nic nie jest moje, do niczego się nie przyznaję; trwam jedynie.
Przestałeś mnie lubić. Ty... i jeszcze ty. I ty też.
Nie można lubić kogoś, kto wyprzedał pozytywne myślenie i nie przyznaje się, że łączą go więzi, miedzy innymi z Tobą, i jeszcze z tobą, i z tobą też.
Ale też nie można nie zauważyć tego, że skoro wyproszono mnie z sali, gdzie grają, że skoro nie chcą mnie widzieć, to odszedłem sobie i już pozostałem po tamtej stronie. Bez żalu. Wróć. Żal pozostał, lecz coraz mniejszy, bo gdyby był i się utrwalał, musiałbym żałować, że nie uprawiałem kumoterstwa, że nie byłem korupcjogenny, że nie byłem zwyczajną świnią. A może jednak powinienem był być właśnie taki, aby móc sprostać wyzwaniom epoki, o której nawet politycy przy wódzie rozmawiają, że ta epoka, ten kraj, ta Polska to byt umowny i niepoważny.
Zatem... nie warto było, nie warto i mógłbym tak przesiedzieć nie noc a parę nocy, aby wdać się w dyskusję z oponentami, którzy uważają, że warto i starają się mnie przekonać o ważności każdej jednostki w świecie, o wielkości człowieka, o tym, że istnieje honor, przyzwoitość, sprawiedliwość, a to przecież tylko słowa nieznane i przywoływane, aby otumanić człowieka.
Stopniowo zaczynam się przyzwyczajać do słów "nie warto", bo tak po ludzku to trudno przejść do porządku z nimi, bo to tak wygląda, jakbyś lat kilkadziesiąt pałac budował, a kiedy masz już prawo zasiąść przy kominku w fotelu, aby odpocząć, wtedy dowiadujesz się o trotylu, który ci pod budowlę podłożono. Uciekasz więc czym prędzej w zastępczy świat złudzeń, aby nie zwariować, nie zwariować do reszty.


27 grudnia 2014

Człowiek z tamtej strony [3/4]

[3]
To był ostatni z jednorodzinnych domków przy ulicy dochodzącej wprost do parku. Zdążył się wyspać w dzień i udawał się  na codzienną wędrówkę po mieście i wokół niego. Dom był solidny, piętrowy, z obszernym ogrodem kwiatowym od frontu. W ogrodzie prócz róż, które zaczynały właśnie pierwsze białe i czerwone puszczać pąki, rosły tuje, cyprysiki groszkowe, bośniackie sosenki i serbskie świerki razem i obok płożących się jałowców i cisów pospolitych, które już żywopłot zaczynały tworzyć. Zobaczył nagle jak przez niedomkniętą bramę do wnętrza rajskiego ogrodu dostaje się wędrowny zając. Podążył więc za nim, aby prześwietlić zamiary zwierzęcia. Podszedł zapewne zbyt blisko okratowania i nieopatrznie sam stał się obiektem obserwacji. W dyskretnym świetle zachodzącego słońca, odbijającego się od szyb okien piętrowego domu ujrzał młodą kobietę, której twarz wydała mu się znajoma, aczkolwiek zaglądając do pamięci, nie rozpoznał jej imienia i sytuacji, w jakiej ujrzał ją kiedyś po raz pierwszy. Dopiero usłyszawszy jej głos, stwierdził, że pewnie jest to jedna z jego dawnych uczennic, lecz do dalszych szczegółów dotrzeć nie zdołał.
- To pan? - tak właśnie go przywitała, a jemu zdawało się, ze to powitanie kilka razy powtórzono głosem, który coraz bardziej rozpoznawał. Zdziwił się temu rozpoznaniu, gdyż w tym akurat mieście nie liczył się z możliwością spotkania się z kimś, kto go znał, ale widać świat okazał się mniejszy, aniżeli to mu się zdawało.
- Prawdopodobnie to ja - odparł i jedynym jego zamiarem było w tej chwili obrócić się na pięcie i odejść tak szybko, jak się tutaj stawił.
- Niech pan wejdzie, zapraszam - powiedziała kobieta uchylając szerzej bramę.
- I nie przeraża panią to... - spojrzał na siebie, na swoje włóczęgowskie ubranie, sfatygowane, zaplamione, przetarte. Jedynie te buty, stare, wojskowe, nieprzystające do ciepłego majowego wieczora, lśniły czystym blaskiem. Dbał o nie, bo wiedział, że lepszych nie znajdzie.
- Proszę wejść - ponowiła zaproszenie.
I wszedł, wprowadzony do salonu w tych butach lśniących, na których promień południowego słońca pozostawił ciepły błysk, w tym skarbie najcenniejszym, który był jego własnością.
Ona gadała, gadała cały czas, szykując posiłek i szykując dla niego miejsce przy stole. Gadała wlewając mu coś mocniejszego do picia, zanim postawi odgrzany bigos z golonką, co go dla męża zrobiła, lecz na cały dzień wyjechał i dopiero jutro wróci i zje z apetytem, bo lubi.
On też lubił i miał w żołądku sporo jeszcze miejsca, więc jadł, słuchał i cierpkim uśmiechem odpowiadał na wspominane przez nią odleglejsze czasy, na każdy przypomniany fakt, na każdą historię z pamięci wymazaną, jak się okazało, nie na zawsze. Uśmiechała się przy tym, także i do niego.
Potem mówiła o sobie, o małżeństwie całkiem udanym, nawet o tym, że w trzecim miesiącu jest, choć jeszcze tego nie widać po niej, że nosi w sobie ten skarb i myślał sobie, że bardzo przyjemnie mu słuchać, jak opowiada o swoim szczęściu, i mógłby tak słuchać godzinami, lecz pora na niego.
A ona zmieniła raptem temat. zapytała o niego, nie pytając; tylko tymi oczami, jeszcze przed chwilą roześmianymi, lecz teraz jedynie pogodnymi, i zrozumiała, że nie chce zadręczać go pytaniami; nie powinna tego robić.
I zamiast tego, skierowała go do łazienki, i powiedziała:
- Zmienimy wszystko.
Nie zrozumiał. Wszedł do łazienki i napełnił wannę, rozebrał się i wlał do wody jakiś płyn zapachowy, z lawendą. Po kąpieli przeszedł do prysznicowej kabiny, opłukał ciało.
Zapukała. Weszła do środka. Całkiem naturalnie przyjęła jego nagość, zawiesiła ręcznik i pokazała, której maszynki do golenia może użyć, położyła bieliznę na stołku i wyszła.
Był rześki, najedzony, nieprzyzwoicie czysty i pachnący. W salonie czekała na niego bielizna na wymianę, spodnie, koszula, sweter i kurtka.
- Proszę nic nie mówić i wziąć wszystko, co panu przygotowałam - powiedziała.
Ubierał się powoli, z jakimś wyszukanym szacunkiem dla miejsca, w którym się znajdował. Kobieta, cały czas obecna, otworzyła szufladę regału i rozpoczęła spokojne miejsca, w którym przechowywała obrusy.
- Co na to pani mąż? - zapytał po chwili, prezentując się więcej niż okazale w zupełnie nowej, bordowej, bawełnianej koszuli w kratę, spodniach, jakby na niego szytych i swetrze, który wciągnął na siebie pomimo tego, że w pomieszczeniu było majowo i ciepło. 
Kobieta podniosła kurtkę, wyrównała kieszenie i spróbowała przypasować ją z pewnej odległości do torsu mężczyzny, aby upewnić się, czy nie będzie zbyt obszerna. 
- Jeżeli pan chce, mąż nie musi się o tym dowiedzieć - powiedziała - to ja zajmuję się domem. Nie spodziewam się jednak, aby mógł potępić moje zachowanie.
- Jeśli mógłbym mieć prawo wyboru, to wolałbym, aby to, co pani uczyniła dla mnie, pozostało naszą tajemnicą - odparł - no, chyba, że nie może być inaczej.
Podał kobiecie rękę i spojrzał jej w oczy, przesadnie długo, tak sądził. Odprowadziła go do drzwi, a kiedy wróciła do salonu, zobaczyła pozostawioną na stole jedną kartę - treflowego waleta.
(...)