Horacy

O, CIVES, CIVES, QUERENDA PECÚNIA PRIMUM EST; VTRTUS POST NUMMUM!
rządzącym:
"SURDO FABULAM NARRAS"
do polityków:
НЕТ РЕБЯТА, ВСЕ НЕ ТАК,
ВСЕ НЕ ТАК, РЕБЯТА!

02 sierpnia 2015

KLASZTOR, ARCI I MODIGLIANI

W Nieul-Sur-l’Autise spędzam godzinkę w drodze pomiędzy Le Vennau a La Roche-Sur-Yon, gdzie mam załadunek za Paryż. Do zatrzymania się w tym miejscu zachęca mnie tablica informująca o zlokalizowanym w tym miejscu jedenastowiecznym opactwie. Lubie zaglądać do starych klasztorów także z tego powodu, że są dostępniejsze od zamków, jak i też, o ironio! od kościołów. Absolutnie urzeka mnie architektura starych opactw, dużo kamienia, kamiennych rzeźb, witraży, jakichś tajemnych znaków czy napisów na ścianach, atmosfera ciszy i wielkości, potęgi i upadku. Nie inaczej jest w Nieul-Sur-l’Autise, choć przyznaję, że część komnat zwiedza się z przewodnikiem, a ja niewiele mam czasu. Zwiedzam więc to, co mogę, robię zdjęcia i, swoim zwyczajem, zbieram na pamiątkę rozmaite ulotki i foldery.
Tuż obok opactwa, przy niewielki rynku mieści się galeria i pracownia Jeana Louisa Arci. Oglądam jego prace; głównie akryle i pastele. Przedstawiają głównie pejzaże ale też portrety zwierząt: psów, kotów i zwierząt hodowlanych. Arci nawiązuje do tradycji impresjonistów, zwłaszcza w pejzażach wykonywanych pastelowymi kredkami. Obrazy zwierząt są realistyczne, choć widać w nich tendencję ekspresywną. Ciekawe, że w tych portretach używa głównie akrylowej farby, która rzeczywiście przydaje ekspresji przedstawianym przez niego braciom - zwierzętom.
W pracowni jest też kobieta w średnim wieku. Dobrze mówi po angielsku i w związku z tym mogę sobie z panem Arci porozmawiać na temat jego obrazów, stosowanych przez niego technik, jak i tez moich własnych upodobaniach. Najciekawsze jest jednak to, że malarz pokazuje pani w średnim wieku, w jaki sposób tworzy obrazy. Kobieta próbuje stworzyć pejzaż na podstawie instrukcji, jakie przekazuje jej Jean Louis.
Za zgodą gospodarza wykonuję kilka zdjęć.
Na jednej ze ścian dostrzegam bardzo rozpoznawalne płótna Modiglianiego. Okazuje się, że właściciele obrazów przeznaczyli je na sprzedaż, aby uzyskać środki finansowe dla osób chorych na białaczkę. Wcale szczytny cel i bardzo żałuję, że nie stać mnie choćby na jednego Modiglianiego.
Wychodzę usatysfakcjonowany.

Amadeo Modigliani - "Portret Lunii Czechowskiej"
/https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Modigliani_8.jpg/

/22.07.2015, w Nieul-Sur-l’Autise we Francji/

LE VANNEAU

Le Vanneau to jedna z tych małych wiosek położonych na południe od Nantes, 17 kilometrów od Nior, wiosek, w których istnieje inny czas, i to nie z powodu trudności dotarcia do tego miejsca, co sprawdzałoby się w przypadku jakiegoś prowincjonalnego sioła zatopionego w głuszy Alp, Pirenejów czy Owerni. Do tego trzeba się przyzwyczaić - do inaczej płynącego czasu. To nie tak, że czas zatracił w takich miejscach sens i nie ma znaczenia; z pewnością jednak upływa wolniej, dostosowując się do sędziwego wieku tych, których już przesadzić nie można.
Do Le Vanneau doprowadza mnie droga biegnąca tuż przy wolno płynącej, by nie powiedzieć, stojącej rzeczce, w której wodach „moczą kije” wędkarze. Wzdłuż tej urokliwej, choć pozbawionej jakichś szczególnych atrakcji krainy dostrzegam kampingi i miejsca, gdzie można wynająć pokoje, możliwe że również łodzie z przewodnikiem, nie nazywającym się Charon.
Niewielkie sioła, ciasno położone wzdłuż rzeczki to jedne z najcichszych miejsc na Ziemi i trudno się dziwić, że wczasowicze żyjący i pracujący w stresie, będący drobnymi trybikami w machinie rozchełstanej cywilizacji, wybierają ciszę, spokój i zapomnienie.
Moja dżipieska, choć przesiąknięta elektroniką, nie wie, gdzie mieści się firma o wdzięcznej nazwie Allin. Od czego jest jednak siedemdziesięcioparoletnia kobieta, która po usłyszeniu pytania nakierowuje mnie na właściwy kurs, a potem ten mężczyzna, stary jak świat, zakreśla szeroki okrąg ręką, uściślając cel podróży.
W Le Vanneau nie bawię długo. W oczekiwaniu na wiadomość od spedytora przechadzam się po tej malutkiej wiosce, w której pojawienie się kogoś obcego jest wydarzeniem, które jednak nie zwalnia spotykających się ludzi z serdecznego pozdrawiania się nawzajem.
Los, a raczej wskazówka spedytora, poprowadzi mnie później do Aizenay, skąd późno, bo po osiemnastej, wyruszam za Paryż do Gonesse, gdzie wiozę towar dla nowo budującego się pawilonu Ikei.
A kolejnego dnia dwa załadunki: pierwszy w Cergy-Pontoise a drugi w St. Andre Farivillers; oba na południe w okolice Saint Etienne i Lyonu.

/22.07.2015, w Aizenay, Francja/

01 sierpnia 2015

ANGERA - opowiadanie (1-szy fragment)



1.
Pozwoliłem sobie na odrobinę szaleństwa. Autokarowa wycieczka do Mediolanu, dalej Wenecja, Bolonia, Florencja, Rzym i Neapol. Ale ja chcę tylko do Mediolanu. Pani w biurze mówi mi, że tak nie można, bo to ekskluzywna, dwutygodniowa podróż. Owszem, mają jeszcze dwa wolne miejsca, ale chcieliby na cała trasę. Powiedziałem, że zapłacę dwa kolejne dni, to jest do Wenecji, gratis. Więcej nie mogę. Zastanowią się. W ciągu dwudziestu czterech godzin mam czekać na telefon.
I doczekałem się. Co więcej, nie muszę dopłacać. Firma robi to z sympatii dla mnie.
Pakuję zatem plecak, w nim: żywność, lekkie ubranie na zmianę, coś do czytania i upominek. Gdzie mi tam do tych, którzy nie mieszczą się w jednej walizce. Poczekajcie, jeszcze wezmą was w swoje obroty. Półtora dnia na miasto z ekspresowym przewodnikiem. Oby tylko zdążyli sobie porobić zdjęcia.

- Rozwiodłam się - mówi współpasażerka podróży - ale, nie powiem, choć mąż mnie zdradzał, zachował się przyzwoicie. Powiedziałam mu, tak poza sądowym protokołem, że powinien mi zrekompensować finansowo tę głupiutką cizię, która przewróciła mu w głowie. Wie pan, że jest w wieku naszej córki? I zgodził się. Podział majątku, a jakże. I jeszcze sprzedał jakieś udziały, no to dostałam, co chciałam, a nawet więcej. To mieszkanko, co je wynajmowaliśmy, ładne jest i zawsze je lubiłam, jest moje. Bo my, proszę pana, żyliśmy na pewnym poziomie i w sumie to mnie teraz stać nie tylko na te ekskluzywną wycieczkę ale i na całkiem niezłego faceta. A pan? Co dla pana najważniejsze w tej podróży?
- Ja tylko do Mediolanu - odpowiadam rzucając w jej stronę wyreżyserowany uśmiech.
- A niech pana! Przecież to pierwsze włoskie miasto na trasie? Nie wstyd panu?
- Ani trochę.
Klepie mnie po ramieniu.
- Pytać, nie pytam, dlaczego pan to robi, pańska sprawa, ale jestem zdziwiona.
Myślała może, że aż do Neapolu nie tylko będziemy zajmowali obok siebie miejsce w autokarze, ale może na jakimś kempingu lub w hoteliku organizatorzy będą mieli trudności z zakwaterowaniem oficjalnych par i samotników, i może się uda, aby nas połączyli. A cóż jej szkodzi dwuosobowy pokój; przecież jest po rozwodzie, a ta wycieczka po Włoszech to jej marzenie, więc czemu by nie posunąć się o krok dalej.
Jeśli chodzi o to, dlaczego nie; kobieta w pełni wieku, zadbana, atrakcyjna z pewnością warta jest zainteresowania swoją osobą, także w gorące włoskie noce. Ale ja jedynie do Mediolany, gdzie odłączam się od grupy i nic mnie od tego nie powstrzyma, nawet osobisty urok tej pani, która kiedy autokar kołysze podczas jazdy, zasypia na moim ramieniu i czuję wtedy lawendowy zapach jej kasztanowych włosów, ciepło policzków i czysty, rumiankowy oddech, tej kobiety, która pozbyła się męża na całkiem dogodnych warunkach i teraz w upalnej Italii, bądź też byle gdzie, będzie szukać kogoś, kto odwróci ostatecznie lub choć na chwilę bieg wydarzeń jej życia, a ma prawo je zmienić.
Przez całą Austrię i później przez alpejskie Włochy nie jest już tak rozmowna, tak jakbym sprawił jej zawód swą nieprzemyślaną, według niej decyzją. Może spekuluje przez ten czas, że gdyby była o kilkanaście lat młodsza to ten mężczyzna siedzący obok niej zmieniłby swoje plany.
A jednak zatrzymujemy się jeszcze przed Mediolanem, pod Bergamo. Niewielki motel, całkowicie pusty, nastawiony na takie stadne grupy. Późny wieczór, jeszcze horyzont błyszczy czerwoną łuna zmarłego słońca. Wszyscy biorą z sobą podręczny bagaż - nie ma sensu na jedna noc wyprowadzać w bój całego taboru. Ja biorę to, co mam - plecak, który umyślnie wstawiłem do przedziału bagażowego w dolnej części auta jako ostatni, aby mniej było szukania. Teraz wyrywam się do bagażu pierwszy i kiedy już mam go w ręce, kierują mnie do pokoju, który mam dzielić z trzema innymi singlami… że też pomyślano o wszystkim. A były tez pokoje dwuosobowe.
- A mnie się trafiła przemodlona pani, która koniecznie chce zobaczyć Watykan, bo oczywiście jest w planie, jakże mogłoby być inaczej - kobieta uśmiecha się ironicznie - wyszłam, aby jej nie przeszkadzać w odmawianiu różańca.
Kiwam głowa ze zrozumieniem, częstuję ją papierosem i w pewnej chwili niemal równocześnie parskamy śmiechem. 
- Mam nadzieję, że pani współlokatorka nie jest z przydziału na całą podróż.
- Obawiam się, że na całą - odpowiada - muszę cos wymyśleć, aby tak nie było.
- Co takiego?
- Na przykład powiem, że kobieta strasznie chrapie i nie mogę się porządnie wyspać… albo… albo poderwę kogoś z pańskich towarzyszy i zainscenizujemy jakieś zaręczyny i wtedy będę mogła zrezygnować z roli singielki, do której nie jestem przyzwyczajona.
- Zwłaszcza ten drugi pomysł wydaje mi się ciekawy - stwierdzam, wypuszczając papierosowy dym wysoko ponad głowę kobiety.
- No widzi pan, problem sam by się rozwiązał, tymczasem…
- Tymczasem ja wysiadam w Mediolanie.
- Właśnie. Przyniosę panu szklaneczkę napoju z limonek.
Przechodzi do niewielkiego holu. Obserwuję ją przez uchylone drzwi jak zmierza do stolika, na którym urządzenie do schładzania napojów podlega częstym regulacjom przez turystów. Nie zauważyłem, co zrobiła z papierosem. Powraca z dwoma plastykowymi kubkami wypełnionymi lekko żółtawym, krystalicznie przezroczystym napojem. Porusza się zgrabnie na swych silnych, niezbyt długich nogach. Wydaje mi się jednak, że całe jej ciało, niezbyt szczupłe, zbudowane jest w pełnej harmonii z kobieca naturą. Podaje mi napój i wypijamy go solidarnie, po połowie zawartości kubka.
- Powodem pana decyzji o skróceniu podróży jest kobieta? - w zasadzie nie pyta, lecz stwierdza fakt.
- Do pewnego stopnia można tak powiedzieć - odpowiadam.
- Zapewne młodsza ode mnie.
- W tym przypadku wiek nie odgrywa żadnej roli.
- A więc młodsza. 
Kobieta odwraca głowę i wpatruje się w światełko rysującego niebo samolotu.
- Córka dzwoniła do mnie i powiedziała, że już nigdy nie przekroczy progu domu swego ojca, dopóki on nie zerwie z tą smarkulą. Ja mówię, dziecko, tak już w życiu jest i trzeba być w życiu na wszystko przygotowanym. Nie da się wszystkiego przewidzieć, co nas czeka i to jest piękne.
- Córka ma żal do pani byłego męża?
- Pewnie, że ma żal, ale kiedy skończyliśmy z sobą, powiedziała: mamo, teraz jesteś naprawdę wolna. Użyj życia. Jest twoje.
- Zdecydowanie ma pani mądrą córkę.
- Wiem o tym. Kiedy niedawno rozmawiałyśmy przez telefon, wspominałam jej o panu, że spotkałam całkiem przystojnego faceta, nieco skrytego i małomównego, co oczywiście da się przeżyć, ale gorzej, że zajętego.
- Tak pani mówiła? - roześmiałem się.
- Coś nie pasuje do opisu?
- Mniej więcej się zgadza.
- Zapomniałam jej powiedzieć, że pan w rozmowie operuje takimi ogólnymi sformułowaniami, że aż ciężko słuchać.
- A mogłaby pani związać się na dłużej z kimś, kogo zna pani od dwudziestu czterech godzin?
Dopiła resztę napoju.
- Skoro mogłam się związać z kimś na całe życie po długiej i dokładnej, jak mi się wydawało, znajomości, to czy pozostałej części życia nie wolno mi będzie spędzić z kimś, kogo prawie nie znam?
- Wyjaśniła to pani w bardzo praktyczny sposób.
- To kobiecy punkt widzenia. Napiłabym się teraz piwa. Teraz pana kolej.
Wybrałem nieznane mi, niemieckie. Mężczyzna za barem przekonywał mnie, że będę zadowolony. Pociągnęliśmy kilka łyków. Na jej górnej wardze pojawiła się wstążka białej pianki.
- No a ile ma pan lat? - zapytała.
- Przekraczam pięćdziesiątkę - odparłem.
- A ja właśnie dobiegam do pięćdziesiątki. Widzi pan, wszystko się zgadza, pasujemy do siebie wiekiem. I byłoby wspaniale, gdyby nie ona. Jestem Laura.
Zaskoczyła mnie narzucając tak szybkie tempo rozmowy. Zbierałem się do odpowiedzi.
- Z reguły mówią do mnie Adam.
Przechyliła głowę w moja stronę i ucałowaliśmy sobie policzki.
- Jeśli o to ci chodzi, to one nie jest przeszkodą.
- Tylko tak mówisz. Gdyby ci na niej nie zależało, nie rezygnowałbyś z wycieczki.
- Wycieczka jest tylko pretekstem.
- Wciąż mówisz tajemniczo i niezrozumiale. Tak bardzo cię wzięło? Rozumiem, że to coś poważnego, a ja niepotrzebnie mieszam w twoim życiu.
- To nie tak. Jest pani… jesteś bardzo atrakcyjna kobietą, zasługującą na coś więcej niż przygodny romans.
- Jestem nachalną, starzejącą się babą po przejściach, której spodobał się przypadkowo poznany facet, z którym może i chciałaby spróbować nowego życia, zacząć cos od początku, bez składania obietnic, że cię nie opuszczę aż do śmierci.
- Jesteś kobietą zasługującą na prawdziwa miłość.
- Nie, jestem zdziwaczałą kobietą, która sprawia wrażenie niewyżytej erotomanki, skoro zależy jej na pójściu do łózka z przypadkowo spotkanym facetem.
Milczałem
- Nie oszukujmy się. tak właśnie o mnie myślisz. Tak, chciałabym przeżyć cos intymnego podczas tej podróży, nie z byle kimś, ale właśnie z tobą. No i co? ty wybrałeś tamtą i nie jesteś w stanie z niej zrezygnować.
- Zadzwonię do ciebie za dwa dni. Daj mi czterdzieści osiem godzin czasu.
Nazajutrz wysiadłem na parkingu niemal w samym centrum Mediolanu. Pocałowaliśmy się na pożegnanie i poczułem słone strużki łez na jej policzkach.
                                         *        *         *       
- Polacco!!! Nie podwiozę cie do samej Angery, ale nad Maggiore jak najbardziej. Tam znajdzie pan kogoś.
Podziękowałem i było mi strasznie głupio, że niemal całą drogę nad Maggiore przespałem.
Do Angery dostałem cię ciężarówka na tablicach Bolonii.
(...)
/05.07 - 08-07, we Włoszech i Francji/


SPOTKANIE

Przez Alzację przeciskam się Wogezami do Lotaryngii, a później dalej do nie tak dalekiej Szampanii. Peżocik III podąża niespiesznie i na jednym z zakrętów napotyka parę młodych ludzi z plecakami. Przystaję. Wypowiadają jakąś nieznaną mi miejscowość oraz Strassburg. Szukam tej pierwszej na mapie - jakieś 40 kilometrów i niemal po drodze. 
Dziewczyna z chłopakiem, oboje w studenckim wieku wsiadają do auta a z nimi plecaki, które każę im umieścić w „kurniku” nad kabiną - to dla wygodniejszej jazdy. Dowiaduję się, że są Szwajcarami i podróżują autostopem po Francji. Rozmawiamy o tym i o owym. Zawsze to przyjemnie mieć do kogo gębę otworzyć, a pewnie i dla nich to frajda znaleźć podwózkę przez malownicze Wogezy.
Wysiadają w miejscu, gdzie zalesione wzgórza przechodzą w płaską, słoneczną równinę. Robię parze zdjęcia, a jakże, a oni chcą się podzielić ze mną szwajcarskim chlebem, ale przecież lepiej będzie, aby go sobie schrupali za mnie i za nasze spotkanie. 

/21.07.2015, Verdun we Francji/

TRZEJ BOHATEROWIE BOGACĄ SIĘ

Nie po raz pierwszy spotykam człowieka, który wybrał samotność rozumianą w szczególny sposób, jako prawo cieszenia się własnym powodzeniem, pozbawione krztyny idei, dla której czasami warto żyć, a bywało w przeszłości, że również umierać.
Podaje tenże człowiek przykład jakiegoś niemieckiego milionera, który przez całe życie gromadził bogactwo, aby przed śmiercią, kiedy stracił już motywację, a może i możliwości do dalszego bogacenia się, wpadł na pomysł, aby pomóc innym, choć wcześniej nigdy tego nie robił, zaprzężony w kierat własnych interesów. Ten bogacz stał się wzorem dla mego interlokutora. Prawdopodobnie biorąc z niego przykład, mój rozmówca spędza swoje życie na budowaniu własnej potęgi materialnej i skrupulatnie wylicza, czy jego ewentualna pomoc innym nie będzie przypadkiem ekstrawagancją i nie odłoży jej na czas przyszły nieokreślony.
Innemu mojemu rozmówcy wcale nie przeszkadza pokaźna ilość rodzących się jak grzyby po deszczu biznesmenów, którzy dochodzili do swoich majątków nieuczciwa drogą, nierzadko przez kumoterstwo, płatną protekcję, oszustwa, nadużycia władzy i inne niegodziwości.
- Skoro mnie wiedzie się niezgorzej - tłumaczy - to niewiele obchodzą mnie sprawy i okoliczności towarzyszące bogaceniu się innych. Ja nie mam na to wpływu - dodaje - a zatem jaki jest sens zaprzątać sobie głowę sprawami, które mnie bezpośrednio nie dotyczą?
Znam też człowieka, który nie wiem czy rok, dwa zhańbił swoje dłonie pracą. Historyk z wykształcenia, zaczął prace w szkole, lecz w okresie bardzo istotnych przemian i przewartościowań postanowił przesiąść się do pociągu zwanego styropianem. zajął się nie na żarty polityką; najpierw przed ołtarzem, a że publicznie i na głos za ojczyznę modlić się potrafił, tedy zyskał posłuch wśród ludzi, co ufali, że zmiany i im na lepsze coś od losu przyniosą. Mój bohater kolportował ulotki, cierpiał serdecznie i odważnie w krwawe ojczyzny rocznice i za nowych, brzemiennych w sprawiedliwą wolność czasów, sprawować zaczął, ze styropianowego nadanie ważne publiczne funkcje. Tym sposobem dochrapał się stanowisk i majątku na krytyce minionych nie tak dawno czasów, na martyrologii, na płomiennych przemowach i pieśni narodowych śpiewaniu.
Dla pierwszego z moich bohaterów sensem życia stało się bogacenie się, bo wolność człowieka wyraża się również w tym odwiecznym prawie posiadania dóbr przed innymi i dóbr tych pomnażanie.
Drugi człowiek, również motywowany ideą posiadania, skłonny jest przymykać oczy na wszelkiej postaci zło, które nie przeszkadza jego bogaceniu się.
Trzeci dokłada do chęci posiadania władzę, z której korzysta dla osiągnięcia materialnych celów… a władza nad innymi to również możliwość sięgania po najbardziej dorodne owoce z jabłoni.
Rozmawiałem też z ludźmi, którzy do majątku dochodzili ciężką pracą, lecz ta opowieść nie jest im poświęcona.

/21.07.2015, Verdun we Francji/

PRELEKCJA

Jak to pięknie, gdy wydarzenia rozchodzą echem szerokim, wieścią gminną się niosą, z ust do ust płyną słów ciekawych łodzie bukowe. Jedna z niewiast młodych a urodziwych, co szatę graficzną kawiarenkowemu pismu użyczyła, w studenckim będąc stanie, a ten, wiadomo, rządzi się prawami wolności i ekstrawagancji, napomknęła o scenerii, w jakiej prowincjonalne pismo spojrzało przyjaznymi oczami na świat akademickiemu profesorowi, który sam był malarzem i posiadał tę specyficzną otwartość artystycznej duszy na intelektualne nowości, co z kolei pociągnęło za sobą niespodziewane konsekwencje.
Dowiedziawszy się, że inspiracja „Naszego Głosu” poczęta została w komnatach kawiarni, pan profesor czym prędzej wykręcił do kawiarennika jego numer niezastrzeżony.
Stanęło na tym, że urodziwy w wieku pan profesor wprawdzie do komponowania tekstów o sztuce niezbyt skory, to z prelekcją zdobioną graficznie (aż w nadmiarze) przyjechać gotów, bo lubi kawiarenkowe klimaty; poza tym chętnie się zgodzi na to, aby jego pasję artystyczną szczerze opisano.
Bez cienia przesady pomysł pana profesora przypadł Adamowi do gustu. Poczuł on się tak jakby nadzwyczajnym sposobem i sprytem pochwycił w dłonie rogi byka, który na arenie ma zwyczaj zabawiać się z torreadorem.
Obrał sobie pan profesor temat z wdzięcznych najwdzięczniejszy, a mianowicie życie i twórczość Paula Gauguine’a, którego malarstwa był pierwszorzędnym miłośnikiem i znawcą. Prelekcja, rzecz jasna, wspomagana będzie informatyczną prezentacją; ponadto ów na świat otwarty admirator postimpresjonistycznej sztuki francuskiego malarza przywiezie z sobą kilkanaście płócien - kopii jakie swego czasu kazał wiernie odtworzyć grupie młodych, szlifujących pod jego cierpliwym okiem talent akademickich artystów.
Pan profesor odnajdując we właścicielu kawiarenki pokrewną, artystyczną duszę, pewnie by już dnia następnego, po wspomnianej telefonicznej rozmowie, do kawiarni przybył, gdyby nie dwie, całkiem poważnie brzmiące okoliczności.
Pierwsze to konieczność rozreklamowania (cóż za prostackie słowo!) prelekcji; nie tylko w piśmie, lecz również, jak się niepięknie wyraził: „poprzez akcję plakatową na mieście”; po drugie, dopatrzył się problemu w tym, że istotnym tłem jego gawęd i prezentacji winna być odpowiednia muzyka, która przyda blasku słowom i obrazom, a tej przygotowanej nie posiada. 
Zaraz też kawiarennik przyłapał siedzącego przy kawie doktora Koteńkę, bo któż inny spośród przyjaciół dysponuje wrażliwszym uchem i niezrównanym instynktem muzycznym.
Doktor Koteńko począł rozmyślać przez niezbyt rozwlekłą chwilę i bez wahania oświadczył:
- Panie Adamie kochany, jeśli, jak podejrzewam, pana profesora opowieści skupią się na późnej twórczości autora „Arearei”, przeto muzyczne pieśni Cesarii Evory jak najbardziej się wkomponują się w atmosferę egzotycznych baśni Gauguine’a. Powiem więcej, moja żona chętnie namówi jedną ze swych niedawnych uczennic, aby spróbowała odśpiewać kilka piosenek w rytmie morny, gdyż głos jakim dzierlatka, o przepraszam, już niewiasta zamężna dysponuje, całkiem przystaje do atmosfery, jaką chcemy wywołać na tych, którzy z opowieści pana profesora skorzystają.
I tak, słowo od słowa i do słowa słowo stawało się ciałem. W trzech istotnych miejscach miasteczka, tudzież na chodniku prowadzącym przebiegle do kawiarni pewnego dnia stanęły nadesłane przez pana profesora kurierską pocztą plakaty, a redaktor Pokorski poczynił starania, aby w kawiarenkowym piśmie pojawiła się solidna notatka o tym nowym, intrygującym wydarzeniu. 
W dzień poprzedzający prelekcję, a był to piątek rano, pan profesor umyślnym transportem przemycił nie tylko własną szlachetną osobę, lecz również wspomniane powyżej kopie obrazów, zainstalował się w ogródkowej części kawiarnianej domeny i zgodnie z podaną w ogłoszeniach obietnicą w sobotę o godzinie osiemnastej rozpoczął się pokaz, z muzycznymi przerwami trwający do sędziwej, dwudziestej trzeciej godziny.
Czynność swą powtórzył nazajutrz, w piękne upalne, popołudnie, albowiem dziatwy rozmaitej po niedzielnym obiedzie naszło się tyle, że trzeba było po raz kolejny uprosić pieśniarkę, aby dodała blasku obrazom i słowom, zaś kawiarennik zmuszony był sobie tylko znanym sposobem wydobyć z podziemi dodatkowe litry napojów chłodzących, gdyż upał trwał niezmienny, a obie sale pękały w szwach… i któżby mógł przypuszczać, że sztuka piękna i muzyka, której w rozgłośniach radiowych nie uświadczysz, tak do gustu kawiarenkowych gości przypadnie.



Parau api (Paul Gauguin - 1892)    The Athenaeum






/w Belfort we Francji 19.07.2015/


31 lipca 2015

POMYŚLNE CZASY

Z przybyciem lata dla kawiarenki nastały pełne pozytywnych zmian czasy. Coraz to większa ilość gości pojawiała się w czterech ścianach lokalu oraz w ogródku, gdzie już na stałe zagościł projekcyjny ekran, a także podest, na którym uprawiano taneczną sztukę.
Trzeba było aż do północy (a bywało, że i dłużej) przedłużyć żywotność przybytku, gdyż akurat późnym wieczorem przybysze miejscowi i okoliczni, jak i też przypadkowi podróżni przejeżdżający przez miasto, wpadali do kawiarenki i zostawali w niej do ciemnej nocy, a bywało, że i do świtu.
Kawiarennik chcąc nie chcąc, zatrudnił dwoje młodych ludzi: chłopaka po gastronomicznych szkołach, który wielce pożyteczną rolę odgrywał w kuchni i przy barze (nawiasem mówiąc kawiarenka przestała być jadłodajnią łakoci, używek i napojów; serwowano w niej również obiady i rozmaite niesłodkie dania, przez co zyskała radcy Kracha nazwanie „kawiarenkowej oberży”)  i, za protekcją Marii, dziewczynę po liceum, która świetnie w kelnerskim fachu się odnajdywała.
Nadto, co nie wydaje się być dziwnym, owa para szczególnie do gustu przypadła młodej, Adamowej żonie i od pewnego czasu wraz z kawiarennikiem, Marią i rosnącą jak na drożdżach Różą ta para sympatycznych zaskrońców, w sobotnie i niedzielne przedpołudnia na wycieczki za miasto się wybierała, już to oddechu zaczerpnąć świeżego, bądź też zakosztować chłodnej, rzecznej kąpieli. 
A gdzie miały miejsce te eskapady? Juści, że w ciżemkowskich dobrach przepędzano czas najmilszy z miłych, gdzie Joanna z Piotrem gospodarowali wśród koni, paru kózek i krów mlecznych zachwycającej urody.
A dostawali się do Ciżemek nowo zakupionym, niezbyt starym kawiarennika autem. Radca Krach aż przyklasnął Adamowi, gratulując wyboru pojazdu, który sześć osób zabierał, pozostawiając jeszcze sporo miejsca na bagaże. Słowem - wymarzony wehikuł na przejażdżki rodzinne, a jeśli chciałby się po towar pojechać, to proszę bardzo, dlaczego nie, pakowny i, co najważniejsze, bez zarzutu sprawny. 
Stary pisarz, co sumiennie i gorączkowo losy kawiarenki opisuje, pełen był podziwu dla łaskawego losu, który przypadł kawiarence. Zawszeć to milej jest opisywać czasy urodzajne, niż grzebać się w tych niebogatych, targających nerwy, skąpych w uśmiech i monotonnych jak pań niektórych ręczne robótki, choć i z tego niejedna pociecha wyrasta.
Starego pisarza, tak jak i pozostałych redaktorów „Naszego Głosu”, cieszyło to, że pismo rozchodzi się przepięknie i z numeru na numer lepiej, a on sam był nareszcie kontent z tego, że jest w tym sukcesie także i jego okruch pracy, że listy od czytelników dostaje, a tak w ogóle to „latoś” obrodziło piszącymi, którzy szukają u starego pisarza pociechy w komentarzach do swoich tekstów, które gdyby nie pismo, pewnie nigdy nie zawędrowałyby pod strzechy, lecz okupowały ciężkie, oporne szuflady.
Przyszedł był tez list tradycyjnie napisany od pewnego wydawnictwa, które zapraszało starego pisarza do współpracy.
- Czyliż zatem „Nasz Głos” pobrzmiewa poza lokalna prowincję - zapytywał pisarz sam siebie i zaraz odpowiadał - na to wychodzi. Być może i w tej kwestii nastąpią pozytywne zmiany - konkludował.
Z pewnością jedna sytuacja nie uległa zmianie. Przebywając w kawiarence i zasiadając przy swoim stoliku, stary pisarz uporczywie zamawiał mleko. Od pewnego czasu ów napój bogów stał się jeszcze znaczniejszym rarytasem, albowiem kawiarennik pozyskiwał je prosto od wymion sympatycznej, ciżemkowskiej krówki.
Nic tez dziwnego, że stary pisarz zachwycony był bardziej niż niezmiennie i dotychczas z podawanego mu napoju i po cichutku sączył do uszu Adama słowa o rzekomym nadzwyczaj pozytywnym wpływie „nowego” mleka na jasność umysłu,  płodność myśli i sztukę pisania.
Roześmiał się Adam na te słowa i wyrzekł do miłośnika mlecznego płynu te słowa:
- Mój drogi, jeśli sobie życzysz tej jakości mleka, proszę bardzo, twój kubek będzie po brzegi nim napełniony, lecz czy nie uważasz, że najwyższa pora, abyś się wreszcie pojawił w Ciżemkach i osobiście zapoznał z tą, która jasność umysłu i twórczą płodność w swoim pokarmie ci przekazuje?
/w Niemczech pod Karlsruhe, 18.07.2015/

KAMYCZKI / SIÓDME NIEBO

- Kiedy ich dotknąłem, czułem się jak w siódmym niebie - powiedział jego kolega z ławki - nie chcesz spróbować?
Speszył się, choć być może i on chciał wsunąć dłoń pod biustonosz dorastających koleżanek. Coś jednak mówiło mu, że jeszcze nie czas, że nazbyt wiele odwagi nie posiada, aby ot tak ulec pokusie zobaczenia i dotknięcia zapewne intrygujących części ciała dziewczynek. Najtrudniej by mu było później spojrzeć tej, którą pozbawia choćby na chwilę intymności.
Jednakowoż zostawał na przerwach w klasie i obserwował jak wirus dojrzewania niewiele sobie robi z powściągliwości, i lekceważy wstyd, jak i też wszelkie wyniesione z domu zakazy.
Kiedy tylko nauczycielka opuściła klasę, zaczynało się ustawiczne polowanie na dziewczęce wdzięki kryjące się pod wiotkimi bluzkami i krótkimi, granatowymi spódniczkami.
Dziewczęta w popłochu uciekały przed napastnikami; w ruch poszły stoliki i krzesła, którymi się zastawiały, gdy jednak ta sfora bezwzględnych, szukających przygód piesków zagoniła je w róg sali, gdzie stał biały, kaflowy piec, a tuż obok przy ścianie naprzeciwko tablicy znajdował się rząd szaf z pomocami naukowymi, słabsza płeć znalazła się w matni. Coraz to inny chłopiec blokował drzwi na korytarz, a pozostali z rozkoszą dotykali dziewczęcych, ledwie ukształtowanych piersi, po czym wsuwali swe szybkie dłonie pod spódniczki, przedostając się nimi pod majteczki.
Dziewczęta w większości protestowały, piszczały zalotnie, próbowały się bronić chwytaniem chłopięcych rąk, czasami odpychały od siebie te żądne podniety chłopięce torsy, targały za włosy na rozpalonych głowach paskudników, lecz nie wszystkie czyniły to z zaciekłością; powiedzmy, że nie były w swych obronnych działaniach nazbyt gorliwe i prędko ulegały przemocy, godząc się na odgrywanie roli „eksponatu”, który pewnie musi być zobaczony i dotykany, aby mógł pełnić swoją edukacyjną rolę.
Kiedy przyszła kolej na Elę, ta usiadła przy nim i przysunęła się z krzesłem tak blisko, ze poczuł na policzku jej rozedrgany oddech. Potem chwyciła mocno szczupłymi palcami lewej dłoni przegub jego prawej ręki - aż zabolał go ten uścisk. Nie wypowiedzieli do siebie żadnego słowa, lecz stało się jasne, że dziewczynka oczekiwała od niego pomocy, nie godząc się na bycie edukacyjnym eksponatem. Po chwili to on wplótł w jej dłoń palce swojej prawej dłoni i przyciągnął do siebie tak silnie, że niemal przysiadła na jego krześle.
Chłopcy w lot zrozumieli, że dziewczynka nie jest do „ruszenia”  i z niejakim niedowierzaniem odpuszczali sobie sposobność porównania wdzięków Eli z przymiotami pozostałych dziewczynek.
Dzwonek na lekcję przerwał tę spontaniczną chłopięcą zabawę. Dziewczynki poprawiały swoje szkolne wdzianka i włosy, a chłopcy doprowadzali do lekcyjnego porządku stoliki i krzesła.
Jakkolwiek jeszcze przez tydzień trwały prowadzone przez chłopców swawolne lekcje anatomii, nikt nie odważył się tknąć nastoletniego ciała Eli.  
/w Niemczech pod Karlsruhe, 18.07.2015/
[epizod „Prowincji”]


KAMYCZKI /NOTESIK/

Przypominał sobie, że wtedy, gdy kolejny wrzesień przywoływał go do porządku i zasiadł jak zwykle przy trzecim stoliku przy oknie, z którego rozpościerał się mizerny widok na równiutkie, niby nożyczkami przecięte wstążki pól, wtedy rozłożył na zielonym blacie ławki niewielki notesik, w którym naszkicował swoje wspomnienia znad morza. Zaczynały się apostrofą: „Ach, jaki piękny jest H…!” To „ach” stało się wkrótce nadzwyczajnym pretekstem do niewybrednych żartów, jakie mu zafundowano. Oczywiście niemal natychmiast notes ze wspomnieniami znalazł się w niepowołanych do odczytywania jego myśli rękach kolegów i zaczął krążyć po klasie przy wtórze kpiących uśmieszków i rechotu rozbawionej publiczności, którą zdawało się bawić każde z odczytywanym na głos słów.
Przypomina sobie swoją purpurową twarz i nie zmieniła jej koleżanka, która w pewnym momencie przechwyciła notes i wbrew nieokiełznanej zabawie z odczytywania jego osobistych wynurzeń, jaką mieli pozostali uczniowie w klasie, przekazała mu jego notes w nieco już nadwyrężonym stanie.
Zapamiętał to jej poświęcenie i odtąd te dwa warkocze dziewczynki z zawsze starannie przypiętymi, wyprasowanymi, białymi kokardami przestały go razić pretensjonalnością.
Nigdy już potem nie przynosił do szkoły swoich zapisków.

/w Niemczech, 18.07.2015/
[epizod „Prowincji”]


13 lipca 2015

SEN

Wybudził mnie sen, twardy sen, ten z tych, co o sobie zapomnieć nie pozwalają. 
Gdzież w nim byłem? Dokąd mnie zaprowadził? A jakże - znalazłem się na dachu swego rodzinnego domu. Zabawna podróż w przeszłość.
Uściślijmy: ten rodzinny dom to wielorodzinna przyfabryczna kamienica, z dachu której horyzont powiększał swój zasięg, wychodząc poza przylegającą doń krainę ogródków, poza stawy, pola i łąki. Na tym dachu spędzałem swoje dzieciństwo niezwykle rzadko i zawsze z towarzyszącym mi lękiem wysokości. Właśnie ten lęk pozostał, kiedy we śnie ucinałem gałęzie starego jesionu, którego gałęzie dotykały perfekcyjnie położonej, nasączonej lepikiem papy. Zszedłem po tej robocie na strych, zawierający między innymi żywnościowe zapasy (czemu nie w piwnicy?), podzielone według zamieszkujących kamienicę lokatorów. Włożyłem do torby jakieś łakocie, konserwy, słoiki, ryż w kartonach, Bóg wie, co jeszcze. Już miałem zejść niżej, kiedy wykonując jakiś niezdarny ruch, narobiłem hałasu. Metaliczny dźwięk obudził śpiącego na materacu nieznanego mi mężczyznę. Spał pośród tych nieprzebranych ilości specjałów odłożonych widocznie na czarną godzinę. Zwróciłem wzrok w jego stronę z miną wyrażającą przeprosiny. Wstawał szybko z posłania, jakie sobie zgotował.
- Którego dziś mamy? Która godzina? Muszę iść do pracy - pospiesznie formułował swoje myśli
- Jest 28 czerwca. Wieczór - powiedziałem i w tej chwili rzeczywiście obudziłem się o tej porze.
To zabawne jak sny potrafią łączyć z sobą czas realny i z tym nierzeczywistym.
W tym dniu, przed sześcioma chyba godzinami, albo jeszcze wcześniej, śniłem po raz pierwszy, ale sen ten nie wart jest opowieści, bo ukazała mi się w nim postać, jak najbardziej realna, lecz nie warta garści słów. Nie mam ochoty na rozmowę z tą kanalią, szmatławcem i obłudnikiem.
Całą niedzielę spędzam na strefie przemysłowej w Nantes. Jakieś 8 kilometrów na zachód wody Loary kąpią się w falach Atlantyku. Dusząca cisza zakłócana jest przez spontaniczne okrzyki zgłodniałych mew. Niebo bezchmurne. Gorąco. O dwudziestej notuje temperaturę 27 stopni, a w najcieplejszym okresie dnia temperatura przekracza trzydzieści trzy stopnie, choć to blisko oceanu. Całe szczęście, że dmucha stamtąd wiatr, który schładza ciało wysmarowane wcześniej olejkiem kokosowym, aby skóra przeżyła napastliwy atak słońca. Dzielę czas między opalanie, spanie, jedzenie, czytanie i pisanie. Odrabiam zaległości snu, jem świetną zupę ogórkową, czytam „Profesora Tutkę”, piszę bo muszę.
Jutro nareszcie jest poniedziałek.
/28.06.2015, w Nantes, Francja/

12 lipca 2015

W POSZUKIWANIU MIEJSCA DLA SIEBIE

Kiedy dzień jest taki: pogodnie czysty, przejrzysty, upalny w jego połowie, chłodniejszy ku zachodowi ale wciąż ciepły, bezwietrzny, z niechęcia oddający jasność nocy, napominany wschodzącym księżycem, kiedy dzień jest właśnie taki, a noc już się skrada jak kobiece usta do pocałunku, wtedy moje myśli podróżują po świecie, wracając do kraju, którego dla mnie już nie ma, lecz tylko jego wspomnienie mgliste, choć przebijają przez nią kontury pozostawione przez młodość.
Ja tutaj u koleżanki Francji, a ta, która matka być powinna, macochą się stała niewierną, opryskliwą, w każdym bądź razie inną niż matka.
Gdzieżbym tu, we Francji, miał znaleźć dla siebie przytułek na ostatnie lata? Gdzie?
Może gdzieś na równinach Orleanu nad Loarą, gdzie rozpłomienione słonecznym blaskiem pola przypominają mazowieckie płaszczyzny sięgające bezkresnego horyzontu? Zostając tutaj, podjeżdżałbym pod cukrownię, aby nasycić nozdrza zapachem dzieciństwa. 
A może zamieszkałbym niedaleko od Orleanu, w Blois, Gien, Briarre, gdzieś wśród lasów nad Loarą, mając w sąsiedztwie dziesiątki uroczych zamków, zameczków, pałaców, kwiecistych, kamiennych wiosek, miasteczek, z kawiarenkami na głównym, bądź jedynym placu, z zamkniętymi kościołami wybijającymi dawno już miniony czas.
A może zacumowałbym nieco dalej na wschód i południe, do przystani w Bourges, do portu w Sancerre, gdzie przednie białe i różowe wino mają lub też znalazłbym się na szlaku George Sand, w Nohant, gdzie ta renesansowa pani usidliła Chopina.
A może skierowałbym się jeszcze bardziej na południe, w średnie Pireneje przyciągające dziewiczym lasem, zielonymi wzgórzami, pastwiskami, na których żrą trawę krowy o wiecznie uśmiechniętych pyskach*, gdzie owce bieleją na rozłożystych stokach, a przydrożne konie podchodzą na odległość wyciągniętej ręki, aby nawiązać najbliższą z możliwych znajomość. 
Tak, osiąść gdzieś na starość w małoludnych Pirenejach, w tych niewielu jakże pięknych miastach - bajkach, albo w gęstych lasach, gdzie aż roi się od straszydeł, wiedźm, dziadów, wilkołaków i rusałek.
Pewnie, że szkoda by było zostawić za sobą swój kraj, bo paru jeszcze mądrych ludzi w nim mieszka i mieszkało, paru pisało wiersze, malowało, komponowało muzykę, odbudowywało kraj ze zniszczeń, miało jakieś idee, marzenia.
Ale to już minęło i nie wróci.
Cóż z tego, że ojczyzna dzisiaj na pocztówkach piękniej się przedstawia? Ani ona dla mnie, ani ja dla niej nie jestem.
Tak wyszło.
/27.06.2015, w drodze do Nantes, Francja/

*

Prawda, jak pięknie się uśmiecha... krowa rasy Blonde d'Aquitaine, przepiękna blondynka.

11 lipca 2015

CHABRIER i SEGUNDO - MUZYCZNE PRZEBOJE I FASCYNACJE

W kolejnej "liście przebojów" z ostatniej podróży - dwie pozycje.
Pierwsza posłyszana w France Musique to kompozycja Emmanuela Chabriera, francuskiego, mniej może znanego kompozytora, natomiast utwór, o którym mowa jest najbardziej znanym i popularnym jego dziełem. "Rapsodia hiszpańska na orkiestrę" to utwór, który powstał w 1883 roku po podróży, jaką odbył Chabrier do Hiszpanii. Naprawdę - Hiszpanię słychać w tym utworze, jej melodyjność, taneczność i dynamikę. Osobiście bardzo lubię powracać do tej muzyki, radosnej i łatwo wpadającej w ucho także tym, którzy z klasyką są na bakier. 


Drugi przebojowy utwór, usłyszany pod Wenecją w stacji radiowej sympatyzującej z szeroko rozumianą muzyką folk ("muzyką świata") ma zupełnie inny charakter. To kompozycja zmarłego w 2003 roku kubańskiego kompozytora i gitarzysty Compay'a Segundo (13 lipca jest orocznica jego śmierci). Utwór powinien być dobrze znany, nosi tytuł "Chan chan" i popularność swą zawdzięcza filmowi Wima Wendersa "Buena Vista Social Club". "Chan chan" wykonywana jest właśnie przez zespół kubańskich muzyków, którzy przyjęli miano "Buena Vista Social Club" od nazwy klubu muzycznego działającego w Santiago de Cuba. Specyficzny, nostalgiczny charakter utworu doskonale współgra z uważnym okiem kamerzysty, który przenosi nas w uroczy, nieco baśniowy, archaiczny świat malowniczej, spokojnej, pełnej pogodnych ludzi Kuby. Warto popatrzeć i posłuchać.



W CHWILI PRZERWY

Ot, taki obrazek z kamperowego postoju. Samochód rodzinny przystaje. Wysiada mężczyzna przed trzydziestką, szczupły, w krótkich spodenkach. Obchodzi auto z drugiej strony i powraca w towarzystwie chłopca, mniej niż dwulatka, ubranego w zabawne spodenki w poprzeczne niebiesko-białe pasy i trykotową koszulkę, również w pasy, beżowo-białe.
Chłopiec radośnie biega na boso po krótko przystrzyżonej trawie. Młody tatuś podąża za nim; ucieka przed dzieciaczkiem, to znów goni za nim lub chowa się za pnie drzew.
W samochodzie została kobieta. Zajmuje się jakimiś zaopatrzeniowo-konsumpcyjnymi sprawami. Szykuje posiłek, bo obaj panowie na jakiś czas powracają do autka, gdzie objadają się przygotowanymi przez kobietę posiłkami. Później ukazuje się i ona. Chłopiec biega z nią po ciepłym asfalcie na placu.
Nadchodzi pora zmiany pampersa. Ojciec wyjmuje z auta kocyk, rozkłada go na trawie, kładzie na nim chłopca i przystępuje do dzieła. Matka tymczasem podłącza wąż do zbiornika z wodą, jaki znajduje się w kamperze i za chwilę chłopiec użyje ciepłej kąpieli, po czym jego ciało zostanie wysuszone przez matkę ręcznikiem. Wtedy ojciec zakłada nowego pampersa i w końcu ta trzyosobowa gromadka znika w aucie.
Pora w dalsza drogę.
/27.06.2015 we Francji/

NOC GWIAŹDZISTA I BAŚNIOWA

Radca Krach rozlokowywał gości i w międzyczasie odbierał gratulacje, choć te należały się głównie redaktorowi Pokorskiemu, który dopilnował, aby pierwszy numer pisma ukazał się w określonym terminie. Prawdę powiedziawszy, pan redaktor siedzący z małżonka przy tym samym stoliku co państwo Koteńkowie, co i rusz narażony był na wymianę pogodnych zdań z tymi, którzy zechcieli złożyć naczelnemu wdzięczne wyrazy uszanowania. Pośród nich byli tacy, co redaktora lepiej albo gorzej, ale jednak znali i skorzystali z okazji, aby tę znajomość sobie przypomnieć; byli to także goście, którzy do kawiarenki po raz pierwszy zawitali skuszeni informacją, że w najkrótszą na tym świecie nocy podwoje kawiarni za polowe ceny się otwierają, a nadto atrakcją kupałowego święta mają być puszczane w plenerze filmy o prastarych słowiańskich i chrześcijańskich obyczajach. Ci właśnie przybyli tłumnie, aż miejsc siedzących brakło i trzeba było skąd nie bądź krzesełka dostawiać. Pośród słów, jakie do redaktora Pokorskiego kierowano, były takie:
- Bardzo dobrze pan zrobił, żeś odszedł od tego dziennika…
- Przeczytałam cały numer, panie Pokorski i jestem zbudowana szerokim spojrzeniem. Oby tak dalej…
- Czy dwutygodnik, to nie za rzadko? Tylu ma pan świetnych redaktorów przecież…
- Jak się panu udało naszego wspaniałego doktora namówić na pisanie?...
- Popieram umieszczanie faktów politycznych a nie zajadłe ich komentowanie, a z drugiej strony to miłe, że proponuje pan zamieszczanie wypowiedzi zrównoważonych czytelników…
- Dziękuję, że o religii pan nie zapomniał…
- gdzie jak gdzie, ale w kawiarni to pismo zawsze powinno być dostępne, łącznie z archiwum numerów poprzednich…
- To mówi pan, że już od lipca hipoterapia w Ciżemkach?
- Nareszcie gazeta jakiej nam trzeba. Do tego najtańsze ogłoszenia. Życzę sukcesów…
Dawno już nie widziano tak osobliwie pogodnego oblicza pana redaktora, który jeszcze parę miesięcy temu przedstawiał się w opłakanym stanie. Cóż, wyrzucenie z pracy do przyjemności nie należy, zwłaszcza ze żona, skromna księgowa, nie zarabiała wiele, a kiedy ma się dzieci w wieku gimnazjalnym… co tu więcej mówić.
Pani Pokorska początkowo nie wierzyła w powodzenie przedsięwzięcia, choć wdzięczna była panu radcy za projekt, a panu Adamowi za doraźne wsparcie finansowe. Kiedy jednak na biurku męża pojawiła się prawdziwa sterta wydrukowanych tekstów, uwierzyła w moc odmiany życia, stojąc odtąd na straży „Naszego Głosu” finansów, obliczając koszty i szacunkowo spodziewane wpływy. Ze zdumieniem doszła do wniosku, że premierowy numer pisma, wobec rezygnacji z tantiem dla piszących, specjalnej zniżki za wydruk, może być opłacalny, zwłaszcza że, jak się okazało, nie doszacowała wielkości sprzedaży, sądząc, że należy się liczyć z tym, że około 30 % nakładu pójdzie na przemiał. Tymczasem w punktach, które podjęły się kolportażu, zostały pojedyncze egzemplarze pisma. A jeśli przyjdzie doliczyć wpływy za ogłoszenia, które zawsze motorem są dobrej kondycji pisma (tych w pierwszym numerze, nie ma się czemu dziwić, było jak na lekarstwo), „Nasz Głos” może przynosić zyski.
Na zebraniu redakcyjnym zorganizowanym jeszcze przed wydaniem pierwszego numeru wszyscy piszący, jak jeden mąż, zrzekli się z wynagrodzeń autorskich na rzecz pomyślności przedsięwzięcia.
- To całkiem normalne - wypowiedziała się pani Koteńkowa - albowiem każdy z nas, oprócz młodzieży, posiada stały dochód.
Natenczas przedstawiciel młodzieży zapewnił, że:
- Traktujemy nasz udział w redagowaniu pisma jako zaszczyt i możliwość wypowiedzenia się z innymi, a też, trudno nie wspomnieć o tym, nasz udział w piśmie to także promowanie nas i naszej sprawy.
Kawiarennik z kolei dodał, ze gdyby ktoś z piszących znalazł się w finansowej potrzebie, wtedy uzasadnione się wydaje za artykuł zapłacić według zwyczajowo przyjętej stawki.
Redaktor Pokorski z kolei podziękował wszystkim piszącym, którzy potraktowali swoją pracę na tyle poważnie, że korekt redaktorskich było zdecydowanie mniej niż mógłby się spodziewać. Dodał również, że aby postąpić krok naprzód z rozpropagowaniem pisma on, jako naczelny, będzie do okazyjnej współpracy zapraszał do pisania artykułów przez innych dziennikarzy, bądź też specjalistów z innych profesji, i tym godzi się za swą dziennikarską twórczość zapłacić.
Radca Krach, którego powszechnie uznano za ojca chrzestnego przedsięwzięcia (zabierając głos, powitano go oklaskami na stojąco), w podsumowaniu dyskusji, podczas której nie tylko wiele jeszcze innych słów padło, ale i kawy a herbaty wypito, powiedział, że „Nasz Głos” nie jest jedynie kawiarenkowiczów pismem, lecz nade wszystko staje się naszym sposobem myślenia, filozofia, stanem umysłu, który niech się pomyślnie rozwija pod wodzą naczelnego redaktora , któremu, jak i pozostałym „niech zapału do pracy nigdy nie zabraknie”.
I w końcu pani Zofia Koteńko odczytała z wdziękiem listę autorów pierwszego numeru pisma. Przy okazji każdego z redaktorów ośmieliła się obdarzyć wymieniony artykuł zwięzłym komentarzem, gdyż prócz naczelnego i jej samej pełnego zestawu autorów dziewiczego wydania nikt nie znał. Wymieniła zatem:
- wstępniak naczelnego, w którym redaktor Pokorski objaśnia motywy powstania pisma wraz z planami na przyszłość;
- starego pisarza opowiadanie wraz z kącikiem literackim, do którego będzie zapraszał chętnych i zmotywowanych do uprawy własnego literackiego ogródka; 
- radcy Kracha artykuł o nowych gościach Ciżemek i tego konsekwencjach;
- inżyniera Beka pomysły kulinarne;
- mecenasa Szydełki prawne podpowiedzi - wstępnie cenne rozróżnienie o kodeksach i o tym w jaki sposób pozew napisać, względnie o poradę adwokata prosić;
- kawiarenkowej pani Marii wyznania o trudzie wychowania najmłodszych szkrabów z konkretnymi poradami jakich jej udzielono;
- zbiorowy artykuł młodych a gniewnych licealistów, którzy na pierwszy ogień postanowili poddać rzeczowej krytyce nowy film rodzimej produkcji oraz cenne uwagi na temat paru najnowszych płyt muzycznych umieścić;
- doktora Koteńki dwa artykuły: jeden o nokturnach Chopina, a drugi - zwiastujący cykl medyczny pod wspólnym tytułem: „jak nie dać się chorobie?”;
- pani Koteńkowej artykuł o polskiej mowie zaśmiecanej przez język plugawy;
- zbiorowy artykuł pań: Szydełko, Krach, Bek, Adamiec i Rosolskiej (dwie ostatnie to pierwszych trzech serdeczne przyjaciółki) o modzie, fotografii, rodzinie i zwierzątkach domowych;
- sióstr zakonnych zaproszenie do cyklu pod wielce znaczącym tytułem: „Wierzysz, nie wierzysz, przeczytaj”
- i wreszcie po raz kolejny pani Koteńkowa wraz z Adamem, kawiarenki właścicielem - felietony: pierwszy o świecie kupały; drugi: zaangażowany społecznie
Oprócz wymienionych pani Koteńkowa nie omieszkała dodać, że redaktor naczelny dokonał zbioru najświeższych lokalnych informacji, opracował regulamin zamieszczania ogłoszeń i reklam, tudzież zachęcił wszystkich czytających do współpracy. Ponadto pani Zosia kazała towarzystwu zwrócić uwagę na graficzny kształt pisma oraz dwa rysunkowe szkice: jeden umieszczony w kontekście Ciżemkowych atrakcji a drugi będący ilustracją do opowiadania starego pisarza.
- To dzieło mojej niedawnej uczennicy, dziś studentki akademii sztuk pięknych - wyjaśniła pani Zosia - jestem bardzo wdzięczna, że przyjęła zaproszenie do współpracy z pismem, gdyż, przyznaję, to mój upór to sprawił, zdecydowałam, aby nasze pisemko w dużej części operowało rysunkiem, rzeczywistym obrazem, nie tylko typowym zdjęciem.
Tak było na słynnym redakcyjnym zebraniu.
A dzisiaj, kiedy redaktor Pokorski odbierał uszanowania i zbliżała się północ najkrótszej na tej długości świata nocy, puszczono zebranym gościom filmy.
A noc była piękna, chłodna, gwiaździsta i baśniowa. 
/25.06.2015, we Francji/

RÓŻOWA ŻYRAFA

Widziano różową żyrafę
w Alejach
w wagoniku zakrwawionego tramwaju
relacji dwadzieścia cztery

nikt nie ustąpił miejsca
rozwichrzona czupryna żyrafy
trzepotała na wietrze
w przeciągu okna na świat

stało się to w momencie
nie uiszczenia opłaty
za przejazd gondolą
na drugi brzeg Styksu

anonimowy łapacz gapowiczów
w mundurze generała 
wojsk sprzymierzonych
poprosił grzecznie kułakiem
o opuszczenie wehikułu czasu
nałożył kajdanki
na przeguby dłoni 
różowej żyrafy

wybiegła rozdrażniona
niepoprawnością polityczną kanara
to co z tego że różowa żyrafa ma skrzydła
ona też jest człowiekiem

uprasza się spostrzegawczych przechodniów
o niezbliżanie się do zwierzęcia
które jest uzbrojone
po zęby

10 lipca 2015

POLACY SĄ WSZĘDZIE POD KAŻDĄ POSTACIĄ

Jak to miło napotkać na obczyźnie Polaków. W małej mieścinie Ratigny, na południe od Orleanu przepędziłem po długiej podróży noc ze sprawiedliwie długim snem. Kiedym się zbudził i byłem już po śniadaniu (a słońce przygrzewało mile), podjeżdża ku mnie (na zakładowym parkingu stałem) samochód, z którego dwie obupłciowe, pięćdziesięciokilkuletnie postaci wysiadają. I ja wysiadłem, bonjour wycedziłem przez zęby z francuskim akcentem znad Wisły.
- Bonjour i dzień dobry - usłyszałem na powitanie od kobiety elegancko ubranej, pogodnej i uśmiechniętej.
Dalej rozmowa potoczyła się w polskiej mowie, bo oboje, jak się okazało, byli Polakami, a we Francji zamieszkują od lat trzydziestu z hakiem.
Zatem rozpoczęło się rozpytywanie, jak tam rodakom w ojczyźnie się wiedzie, jak z naszym kościołem i tak dalej.
Odpowiedziałem, że różnie się wiedzie i nawet przytoczyłem dwa przykłady, że „różnie” może w pewnych sytuacjach nazywać się „źle”. Zdradziłem więc tajemnicę państwową, że w kraju nad Wisłą niebywale wzrosła rozpiętość zarobków i tej tendencji, według podpowiedzi mojego nosa, nic już nie zatrzyma, a to, co wkurza mnie ponadto - w tym miejscu pomyślałem, bo wkurza mnie tak wiele - że Polska jest takim krajem, w którym zwraca się spadkobiercom kamienice wraz z lokatorami. W najlepszym wypadku nowi właściciele podnoszą niemożebnie a zgodnie z prawem czynsz, aby tym sposobem pozbyć się niewygodnych gości; w najgorszym posyłają tychże na zielona trawkę, bo wiadomo, że u nas własność to świętość nad świętościami. Wprawdzie władze lokalne zobowiązane są zapewnić kłopotliwym mieszkańcom lokum zastępcze, ale przecież lokali takich brak, także z tego powodu, że ci z kwaterunkowych nie chcą gremialnie pożegnać się z naszym pięknym światem, pozostawiając po sobie pustostan.
Moi rozmówcy słuchali z zaciekawieniem.
Wtedy, aby urozmaicić krótki wykład, podałem wysokość godzinowej stawki za pracę, jaką częstokroć oferuje polski biznes. Podczas gdy mężczyzna zastosował w pamięci przelicznik na euro i pokiwał z niedowierzaniem głową, jego życiowa partnerka otworzyła szeroko usta, aby zaczerpnąć świeżego, porannego, czerwcowego powietrza i w tym dziwacznym a nadmiernym ust rozchyleniu, w tym stuporze prześlicznym na długi czas pozostała. Jużem myślał, że bez cucenia się nie obejdzie.
- Co na to kościół? - zapytał wreszcie mężczyzna po tym niepokojącym zadumaniu.
Odpowiedziałem, że kościół nic na to nie powiada, albo grzmi tak cichutko, że usłyszeć tych dzwonów niepodobna. Bo kościół od początku jaśnie wielmożnej transformacji ustrojowej dbał przede wszystkim o to, aby odzyskać swoje, a kiedy już odzyskał, co było do odzyskania, zaczął zajmować się seksem.
- Seksem? - nie wiadomo czemu przeraziła się kobieta.
- Tak, seksem, droga pani. Nie dalej jak przed miesiącem, w jedną z podróży wyruszając, nastawiło mi się najgłośniejsze radio w aucie (jak chcą to potrafią), czyli Radio Maryja. Nocna rozmowa ze słuchaczami dotyczyła kwestii wychowania młodego pokolenia i już w pierwszym zasłyszanym wątku rozmowy dotknięto seksu, i tak już przez bite dwie godziny pozostało. Nie powiem, nie przełączałem stacji, bo ja tam o seksie lubię sobie posłuchać, zwłaszcza gdy słowa płyną z ust fachowców.
No i zaczęło się.
Teraz do rozmowy włączył się mężczyzna, który jak kawa na ławę wyłożył, że oboje są Świadkami Jehowy, przez co niezbyt łaskawi nie tylko wspomnianemu przeze mnie radiu, ale też samemu katolickiemu kościołowi.
No proszę, jak zręcznie przynętę na mnie zarzucono, ale przecież dziwić się nie powinienem, bo właśnie w taki sposób Świadkowie Jehowy, grzecznie, bez nachalności, rozmowy swe napoczynają.
Zeszło, rzecz jasna, na temat Biblii i nazwy samego Boga, który nazywa się, w świetle wypowiedzi mężczyzny - Jehowa właśnie, do czego dorzucił kilka biblijnych odnośników.
- Święć się imię twoje - podkreślił kilkukrotnie mężczyzna - ważne jest, jakiego Boga święcimy.
- A jaki jest twój Bóg? - to pytanie miał na końcu języka.
Ech, gdybyś ty wiedział, człowiecze, jakie jest mojego Boga nazwanie, gdybyś wiedział…
Ale ja skrywam to imię przed innymi, to taki Personal Identification Number, kod niepowtarzalny, dzięki któremu docieram do Niego.
Kiedy przychodzi do mnie na kawę, a czasem, nie powiem, na kieliszek żołądkowej gorzkiej, to rozmawiamy sobie od serca, ot tak: ja - młody, świętojański robaczek i on - staruteńki, na zdrowiu podupadły, choć wciąż mocarny. Nic komu do tej rozmowy naszej, która we mnie tylko siedzi, mnie boli i mnie buntuje, i przez nią nienawidzę i przebaczam, kocham i żałuję, tracę wiarę i ją odzyskuję.
I tak już do tej  ś m i e r c i   o c z e k i w a n e j  zostanie.
/26.06.2015, w Ratingny we Francji/