Edward Stachura

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym słusznym i zbawiennym jest
żeby człowiek w życiu onym sprawiedliwym był i godnym

28 lipca 2016

NA ROCKOWĄ NUTĘ

Raz jeszcze nie wiem już który umowny i świadomie subiektywny pojedynek muzyczny; dzisiaj z krainy muzyki rockowej. W szranki stają tuzy klasycznej muzyki popularnej w postaci wykonawców dwóch ballad i jednej niezwykle dynamicznej opowieści. Przystąpmy więc do dzieła, pamietąjąc, że kolejność prezentacji ma i nie ma wcale związku preferencjami piszącego te słowa.
Numer pierwszy nominowany został właśnie za dynamizm, za niezwykłe i bardzo ulubione gitary solowej brzmienie, która prawdziwe cuda wyczynia na scenie. Dodatkowym argumentem jest to, że w rodzimych (i nie tylko) radiostacjach próżno wysłuchać tego utworu w całości, a to z uwagi na niekomercyjną rozległość nagrania... a jak się przy jego słuchaniu pożera ciężarówką kilometry, to zaśnięciu mowy byc nie może.
Jest nim "Sultans of Swing" w wykonaniu Dire Straits pod wodzą Marka Knopflera (w całości).


Numer drugi znalazł się w tym zaszczytnym zestawie z powodu osobliwego klimatu muzycznej opowieści, który, gdyby go porównać z literackim słowem, musiałby być napisany zdaniami zakończonymi znakiem zapytania. Ot, takie skojarzenie, albowiem słuchacz zauważy zapewne ów niezwykły, ekspresyjny, wznoszący się ton głosu solisty. W tymże utworze również pierwsze skrzypce gra gitara. Odkryjmy zatem tajemnicy rąbek... jest to 
"Hotel California" zespołu "The Eagles"


Trzeci utwór został zamieszczony za ową niezwykłą melodyjność, za ów rozwijający się aż do bólu wzruszenia motyw, przenoszacy słuchacza w krainę wręcz niedostępną zmysłom. Pieśń ta ma w dodatku całkiem mądre i ważne do zapamiętania słowne przesłanie. I wreszcie - tak sobie zawsze myślę, słuchając tego utworu, że gdyby nawet Metallica jedynie tę jedną pieśń w swoim repertuarze miała, to i tak zasługiwałaby na przymiotnik "wielka".
Zdradzony został wykonawca, pozostał tytuł utworu... "Nothing else matters".


Wiem, wybór jest trudny, ale i ciekawy.

[28.07.2016, Dobrzelin]

27 lipca 2016

KOLEJNY DZIEŃ - OCZEKIWANIE

Czech odjechał ranem, ja zostałem. 
Dopiero po dziesiątej podjeżdża ten sam samochód, którym przetransponowano mnie do Riom. Jadę do Volvic, jeszcze z nadzieją, że wczorajsze plany odnośnie kursu do Poznania via Lyon są aktualne, tymczasem kiedy dzwonię do assistance, okazuje się, że właśnie szukają mi powrotu, pytając mnie, gdzie mieszkam. Znaczy się, zapomnieli o tym, co wczoraj mówili. Na przyszły raz należałoby się chyba ubezpieczyć od tance, działań assistance tak jak od ognia, gradobicia i powodzi. Telefoniczny pracownik assistance, z którym rozmawiam o 10.50, mówi, że zadzwoni za godzinę. Odbieram od niego telefon o 14-tej. Pomyślna wiadomość: wylatuję jutro o dziewiątej, lotem z Lyonu do Warszawy przez Monachium. Do Lyonu jakoś mnie przetransportują. Na ile mam mu wierzyć? Nie wiem. Czekam.
Aż do godziny ósmej nic się nie dzieje, ani mowy o transporcie do Lyonu. Po dwudziestej zamykam auto, zostawiam kluczyki do wozu i dokumenty w warsztacie, gdzie mnie przewieziono, biorę walizkę i wynoszę się na ulicę (warsztat pracuje do dwudziestej). Dzwonię do assistance z podziękowaniem za zorganizowanie mi nocy pod gołym niebem. Widząc mnie siedzącego na ulicy, szef serwisu proponuje, abym jednak został wewnątrz i przespał się w renówce. Odpowiadam, że po ostatnim wykonanym do assistance telefonie, spodziewam się, że ktoś jednak po mnie przyjedzie.
Po dwudziestu minutach nadjeżdża toyota verso, a w niej młody, przed trzydziestką Francuz, arabskiego pochodzenia (później okaże się, że z Algierii). Taki kurs dla niego to nie lada gratka. Za przejechanych 200 kilometrów do Lyonu licznik wystukał ponad 700 euro. Jedziemy autostradą na Moulins, St. Etienne i dalej do Lyonu. Początkowo w samochodzie jest cicho, ale domyślam się, że francuski Algierczyk chciałby posłuchać radia. Nawet zachęcam go do tego i w sumie jest mi obojętne, jaki puści kanał. A słucha głównie arabskiego brzmienia, a po postoju na parkingu przy autostradzie, gdzie raczy mnie stawianą przez siebie kawą, słucha nawet islamskich modlitw, przy czym wcześniej pyta się mnie, czy mi to nie przeszkadza. A w żadnym wypadku mi nie przeszkadzało. Niech sobie słucha, byleby dowiózł mnie szczęśliwie… i dowiózł.
Lotnisko w Lyonie, a właściwie terminal numer 2, skąd o dziewiątej mam ruszyć do Monachium, pusty. Krzątam się po pustym niemal holu i namierzam biuro linii Lufthansa, gdzie mam odebrać bilet. 
Siedzę trochę w internecie, ale jestem zbyt zmęczony próżnym, dwudniowym oczekiwaniem na wyjazd, że chyba jednak zalegnę na którejś z ław i porozmawiam przed lotem z moim Aniołem Stróżem.
Rozmów nigdy dosyć.

[26.07.2016, Volvic - 27.07.2016, Lyon we Francji]

ORKIESTRA, FETA i KOLEJ

Skąd wracali utrudzeni, rozgadani, a w oczach szczęśliwi? Przedostatnią odbyli próbę. Jeszcze tylko piątkowa, ostatnia zostanie, a sobota już do nich będzie należała, na głównym placu miasteczka i dobrze, że w półcieniu kasztanowców, na podeście, na scenie, którą już jutro napoczynają stawiać. W to święto miejskie, co rok za rokiem na przełomie letnich miesięcy wypada, nie zabraknie orkiestry dętej, przez pana Korfantego wskrzeszonej, ku rzeczywistej radości muzykantów, powstałej z popiołów zapomnienia.
Owszem, nie tylko oni wystąpią; rozlegną się popularne pieśni przez amatorskie usta wyśpiewane, będzie ludowa ale i mocniejsza nuta sproszonych na tę okoliczność zespołów. Będzie prezentacja malowideł poczynionych przez akademickich studentów, malowideł przedstawiających najsłynniejsze zakątki miasta. Będzie dwudniowa feta, jarmarkiem letnim zwana, i świateł nocna prezentacja, i tańce, i ulicznych aktorów parada… ale to nastąpi w końcu tygodnia, w sobotnie przedpołudnie się zacznie… dzisiaj kapelmistrz zadecydował, aby ugasić pragnienie po przedostatniej próbie w kawiarence.
Uwijał się jak mógł pan Adam w ukropie, aby muzykom z miejscami dogodzić, boć przecież miał też kilku gości na salach, lecz sprostał zadaniu i zaraz nakazał, wedle życzenia, tyskim piwem ten najazd gości ochłodzić, a że pośród grających były też kobiety, więc one podostawały piwo malinowe, cytrynowe, ciemne i karmelowe.
Znane mu wcześniej twarze kawiarennik rozpoznawał, lecz nigdy dotąd nie pojawiły się one w tak jednolitym skupieniu, jeszcze do tego w większości w mundurkach, granatowych, czystych i wyprasowanych, a panie do tego w nęcących oczy spódniczkach, spod których wyzierały smagłe, w pończochy objęte uda, a te kolana… skończmy na nich tę opowieść.
A przy jednym ze stolików zasiedli: pan spawacz z cukrowni oraz dyrektor tego słodkiego zakładu, jeden ze strażaków oraz pani Marta, urzędniczka z magistratu, ledwie po studiach, a wolnych chwilach grająca na klarnecie.
Pan Adam jak i do innych wcześniej, tak i do tego stolika się przysiadł i ze wspomnianą czwórką się rozgadał o sprawach najbardziej błahych, lecz pogodnych. Widział też w oczach swych rozmówców niemałe podniecenie pierwszym po latach wystąpieniem orkiestry dętej, która z takim mozołem ćwiczyła marsze, walce, polki i polonezy. Ale trzymali ci państwo swe buzie na kłódkę pozamykane, jeśli chodzi o szczegóły… może aby nie zapeszyć… choć prawdę mówiąc próby orkiestry były w mieście słyszane, więc ci, co słyszeli, domyślali się repertuaru, lecz przecież nawet najsolidniejsza próba nie zrówna się z występem przed publicznością, która, o czym marzono, pojawi się gromadnie.
A kiedy poniechano muzycznych tematów (a było to już przy ciasteczkach, lodach, herbacie i kawie), pan dyrektor cukrowni oznajmił niespodzianie, że jego drugim, poza grą na trąbce, marzeniem, jest uruchomienie części trasy kolejki wąskotorowej, która niegdyś prowadząc do cukrowni, okrążała miasto, wciskała się pomiędzy las, łąki i pola, zmierzając ku wioskom skąd surowiec do produkcji cukru brano.
- Mój poprzednik - mówił pan dyrektor - chciał porozkręcać szyny i sprzedać je z podkładami, a ja, panie Adamie, dopuścić do tego nie chcę. To nic, że wąskimi torami transport nieefektywny. Mam w zakładzie kilku speców od kolei, a i dwie porzucone lokomotywy stoją, towarowych wagoników bez liku i jeden taki, co to dawniej służył do przewozu ludzi. Ja, panie Adamie, przyznać się muszę do słabości, która w dzieciństwie była moją pasja i zabawą - uwielbiam pociągi, te wąsko i te szerokotorowe. Stąd pewnie wynika moje knowanie. Z drugiej strony jednak, gdyby nie to, że w zakładzie mam kilku ludzi podobnie jak ja zapalonych, to całe przedsięwzięcie ległoby w gruzach wspomnień, a tak… panie Adamie, uda się odtworzyć prawie dwanaście kilometrów trasy. Szkoda, że mapy przy sobie nie mam. Pokazałbym jej przebieg.
Zadziwił się mową pana dyrektora kawiarennik, choć w głębi serca jej przyklasnął.
- Byłaby to kolejna atrakcja miasteczka - przyznał z podziwem. - Jutro zaczyna się spływ kajakowy, który skończy się pierwszego dnia naszego święta, orkiestra dęta, a teraz… kolej.
- Nie stanie się to tak szybko, panie Adamie. Mniejsza o biurokrację związaną z zezwoleniami - z tą sobie sam poradzę. Chodzi mi teraz o to, aby, jeśli uda nam się w trasę wyruszyć, to parowozik, najsamprzód jeden, musi być i sprawny, i pięknie odrestaurowany, aby zachęcał ludzi do przejażdżek. A myślę też sobie, czy by nie spróbować z przewozem towarów, ale to kwestia przyszłości.
- Początki zawsze bywają trudne - westchnął kawiarennik - ale jeśli się wierzy, że praca, jaką się wykonuje ma sens, to do sukcesu z każdym dniem bliżej niż dalej.
- Tak i ja myślę - potwierdził pan dyrektor. - A komunikuję o tym swoim marzeniu właśnie panu, bo wiem, że to, co w tej kawiarence przemyślano, spełnić się potrafi. Nie sądzi pan, że to takie dziwne miejsce?
Kawiarennik uśmiechnął się serdecznie, bo sam w głębi duszy przyznać musiał, że istotnie, to, co przy kawiarnianych stolikach przy rozmowach zapada, rzeczywistością się staje.
I wtedy Maria podeszła do stolika, przy których rajcował jej mąż, oświadczając, że piwo się skończyło i należałoby odbić kolejną beczkę, a to zadanie Adama.
Kawiarennik wstał więc, podziękował za rozmowę i oświadczył, że na czas występu orkiestry, nie omieszka się stawić w pierwszym szeregu publiczności.

[26.07.2016, Volvic we Francji]

ANDANTE CON MOTO

Bieli tren rozkołysał latawcem
wiotką jej kibić
stąpała niepewnie
we fleszach tysiąca oczu
aż musiał mocniej ująć jej ramię.

Szli w marszu podniosłym
coraz śmielej swobodniej
tłum co przydeptywał krawędzie dywanu
nagle zastąpił im drogę życzeniami.

Gołąbeczki moje
naści garstkę ryżu
naści ziaren pszenicy
monet brzęczących powodzeniem
a potem chleb ziemią solony
przepity źródlaną wodą
kieliszkiem okowity
ciśniętym przez lewe ramię
a niech tam wam wiatry pomyślne
przyniosą dobra nowinę
co nocą rozpoczęta
uśmiecha się do was dniem przezroczystym.

Jeszcze tylko przenieś ją przez próg.

[26.07.2016, Volvic we Francji]

W RIOM

Około dziesiątej przyjechał nietoperz i przeładowaliśmy towar, który wiozłem, na jego auto. Pojechał.
Mija siódma godzina od czasu, kiedy zostałem odholowany do warsztatu serwisowego w Riom. Do tej pory nie zrobiono nic, nie zajrzano pod maskę, nie zdiagnozowano auta. Dostaję telefon od francuskiego assistance. Okazuje się, że przetransportowano mnie do niewłaściwego warsztatu. Ten, który miałby przyjąć moje auto, znajduje się dwieście metrów dalej. Pięć minut miało trwać dowiedzenie się, kto zaholuje mnie pod ten drugi warsztat. Pięć minut zmienia się w godzinę. Jest 16.35, a ja stoję w niewłaściwym miejscu. O osiemnastej zamykają we Francji serwisy i bardzo możliwe, że będę się musiał wynieść z auta na ulicę. Takie są perspektywy na teraz.
17.35. Ten zakład naprawczy, który znajduje się 200 metrów dalej mnie nie przyjmie. Mają mnie przekierować do serwisu odległego o 22  kilometry. Właśnie minęła ósma godzina oczekiwania. Niech żyje assistance!
Podchodzi do mnie Czech z tira. On czeka cztery dni na wyjazd do kraju. Naprawiono jego auto, lecz są problemy z płatnością - przelew nie doszedł, więc nie oddają mu dokumentów i musi czekać.
Rozmawiamy o sprawach związanych z transportem i tak ogólnie, o życiu. Zorientowałem się, że krucho u niego z prowiantem. Daję mu dwa słoiki z czymś mięsnym.
Otrzymuję telefon z polskiego assistance. Laweta podjedzie jutro rano. Zamówili mi samolot z Lyonu do Poznania z jakąś przesiadką, a potem połączenie, prawdopodobnie pociągiem, do Kutna. Informują o tym sąsiada zza południowej granicy i „idziemy w miasto”, do marketu, trzy kilometry. Mogliśmy sobie wyjść z zamkniętego obiektu, bo Czech, jako zadomowiony od czterech dni gość serwisu, dostał kod do otwierania głównej bramy.
Chciałbym się napić piwa - dzisiaj mogę, bo przecież jutro nie siądę za kółko; on zażyczył sobie bagietek. Trzy kilometry zamieniają się w pięć, a w dodatku idziemy skrótami przez ładne, kamienne, wulkaniczno-kamienne, dodajmy, centrum miasta. Ten towarzysz spaceru, sześćdziesięciotrzyletni młodzian, ojciec trojga dzieci i dziadek dla ośmiorga wnucząt ma całkiem nieźle wyrobione oko na francuskie chodnikowe i balkonowe piękności. Rozmawiamy o czeskich filmach i serialach, które uwielbiam, o Kreciku, Żwirku i Muchomorku oraz o Macie i Pacie (chodzi o Sąsiadów - kreskówce niekoniecznie dla dzieci); wspominamy sobie nowele Hrabala, filmy Menzla oraz oczywiście nie mogło zabraknąć w tym zestawie Szwejka. Kiedy wreszcie osiągamy zamierzony cel, okazuje się, że spóźniliśmy się, o dziesięć minut, bo market czynny był do godziny 19.30. Francuzi nie lubią długo pracować. Wracamy więc z nadzieją, że droższy, położony w samym centrum mały market Cassino, przy którym się zatrzymaliśmy, będzie jeszcze otwarty. Niestety, on również miał opuszczone rolety. Proponuję zatem wstąpienie do jednej z restauracyjek na piwo. Zamawiam dwa duże piwa dla siebie i dla Czecha. Nie wiadomo czemu to zmyślne urządzenie do czytania kart nie akceptuje Visy. Próbuję płacić Master Card - również bezskutecznie. Jest mi trochę głupio, bo za zamówione przeze mnie piwo Czech płaci gotówką, której ja jak zwykle nie mam. Piwo jest dobre, zimne, choć po francusku nieco słodkie, raczej dla pań. Drugą kolejkę zamawia Czech i teraz on próbuje zapłacić Visą. Bezskutecznie. Trochę mi ulżyło, że i jego karta nie działa, bo wyglądało na to, jakbym chciał go naciągnąć na kasę. Mój towarzysz płaci więc gotówką i śmieje się wyliczając, że w Czechach wybilibyśmy za tę kasę w sumie dwadzieścia piw.
- Tylko czy wtedy doszlibyśmy o własnych siłach do naszych aut? - wyrażam wątpliwość.
Po powrocie do naszych samochodów rozstajemy się z nadzieją, że rankiem zobaczymy się znów i jeszcze raz pożegnamy.
Tak kończy się ten paradny dzień w Riom, niewielkim mieście wulkanicznej Owerni.

[25.07.2016, Riom we Francji]

KAMYCZKI - OPISANIE ŚWIATA (15) SŁONECZNIKI

Widzę, że pan cały czas zerka na ten obraz. O, nie, nie jestem miłośnikiem sztuki. Mało się na niej znam. Prawie w ogóle się nie znam. Ale to, co ten obraz przedstawia, jest mi dobrze znane.
Rosły w moim ogrodzie. Sam siałem. W rzędzie co trzydzieści centymetrów. Właściwie to były dwa rzędy. Siałem tak na przemian. Otaczały ogród z trzech stron. Kiedy wyrosły olbrzymie, chroniły warzywa przed wiatrem i dostarczały im tak potrzebnego cienia w czasie upału. One wschodzą stosunkowo szybko i najlepiej zrobić zasiew wczesną wiosną, kiedy gleba pozbawiona jest pozimowego chłodu. Już po tygodniu, no może po dziesięciu dniach nasiona kiełkują i niemal natychmiast rozrastają się liście, podłużne, soczysto zielone, ciemniejsze od tych jakie mają ogórki. Jak nie zapomni pan ich podlać, rozwijają się pierwszorzędnie. To prawdziwa przyjemność patrzeć, jak z każdym dniem ich łodygi stają się wyższe, a na ich szczycie rozwija się najpierw podobny do piąstki dziecięcej pąk, potem zauważa pan, jak wyrastają z niego kwiaty, podłużne, mocno żółte. Później obserwuje pan jak z tego dynamicznie rozwijającego się pączka tworzy się okrąglutkie słoneczko, a w nim dziesiątki nasion-owoców. I cały czas rosną, długie, strzeliste, z coraz grubszą i twardszym kręgosłupem  łodygi, aż w końcu osiągają wysokość człowieka, a nawet przewyższają go, tworząc razem zwarty szpaler. Wewnątrz tego szpaleru jest cisza i cień. Podlewa pan rośliny otoczone takim roześmianym, słonecznym płotem i ziemia będąca w półcieniu rzucanym przez nie, zachowuje wilgoć na dłużej.
A zanim przyjdzie czas zbioru, nasiona na tej słonecznej tarczy twardnieją, czernieją, aż w końcu próbujesz jedno, drugie, łuskasz zębami i żywisz się tą elementarną próbką sycącej, tłustej miazgi, i jeśli nie wypływa z niej mleko, wtedy wiesz, że już pora pozbawić łodygi szyję ogłowia. Rozcierasz tedy spopielałą, a wcześniej pożółkłą tarczę słoneczną i podajesz swoim najbliższym, niech skubią na zdrowie. Ale pamiętaj o tym, abyś pozostawił słońc kilka ptakom. Niech i one czują się na ucztę zaproszone. 
I pamiętaj o tym, że zimową porą te skrzydlątka któregoś mroźnego poranka, zbudzą cię dzióbkami kującymi twardą, szklistą masę szyby. Tedy sypnij im ziaren.
A ten obraz, szanowny panie, napotkałem przy krakowskim, staromiejskim barbakanie. Rosło tam kilka Van Goghów, także ten, w wazonie. I pomyślałem sobie, że te słoneczniki zawieszę obok kominka, właśnie w tym pokoju, gdzie siadam z gośćmi, gdzie wieczerzam z nimi w styczniową zawieję, taką jak dzisiaj.
Czuje pan, że zapachniało latem? 

[25.07.2016, Enval we Francji]


AMOROSO

Skóry zapach daktylowy
pszenicznych włosów cień
i dotyk malachitowych
dłoni nim jasny dzień
wstanie… niech jeszcze śpi
póki noc z takim zapałem
całuje twoje brwi
i bawi się nagim ciałem
jak pomarańczę otwiera
podskórny czerpiąc miąższ
i pożądanie w nim wzbiera
wpełzając w raju gąszcz.

Noc jest twym skrytym kochankiem 
zasypia na twoim łonie
budzi się  znów ciebie łaknie
i wpływa w ciebie i tonie
wie że jeśli cię zabraknie
rumianym świtu porankiem
zatęskni za zmrokiem nowym
i ciałem twym daktylowym
za ust wstążeczką różaną
pocałunkami skalaną.

za tobą.

[24.07.2016, Enval we Francji]

WSPOMNIENIA, WZRUSZENIA, SPOTKANIE

Nie powiedziałbym, że należę do szczęściarzy. Obecna podróż rozpoczęła się od niemiłego zgrzytu w Niemczech, kończy się zaś (ale czy kończy?) awarią, która uniemożliwia dalszą jazdę. Kiedyś w podobny sposób zostałem wykluczony z trasy, ale miało to miejsce jeszcze w kraju, przy wyjeździe, czterdzieści kilometrów od domu. Wówczas w peżocie wysiadła instalacja i autko zostało odholowane do serwisu, ja zaś powróciłem w domowe pielesze. Tym razem  sprawa jest gorsza i trudno mi teraz uruchamiać swoje niezawodne dotąd przeczucie podpowiadające mi, kiedy renówka zostanie naprawiona, co oczywiście będzie miało bezpośredni związek z moim powrotem do kraju.
Ale przecież nie samymi nieszczęściami człowiek się żywi podczas trasy, nie zawsze na pierwszy plan wysuwają się wspomnienia tych nieprzespanych nocy za kółkiem, snu, którego brakuje i senności pojawiającej się wtedy, kiedy nie jest wskazana. Staram się o tym zapomnieć, tak jak zawsze skłonny jestem nie pamiętać z życia tego, co złe. Nie zawsze się udaje, ale trzeba próbować.
Myślę, że mimo wszystko, tak podczas tej podróży, jak i też wszystkich poprzednich, pozytywne akcenty przewyższyły te negatywne, a dodatkową atrakcją było i, jeśli tylko zdrowie pozwoli, będzie, przyjrzenie się Europie zza szyb transportowego auta, a było co oglądać, zwłaszcza we Francji, gdzie drogi poprowadziły mnie w takie zakątki, których nigdy bym pewnie, nawet jako turysta, nie zobaczył.
Ileż to razy przejeżdżałem przez takie miejsca, w których same usta wypowiadały wykrzykniki w rodzaju: ale tu pięknie! Albo spotykanie ludzi, w większości pogodnych, wyrozumiałych, pomocnych i życzliwie nastawionych do człowieka ze „wschodu”. Albo to utrwalone już przeświadczenie, że mam do czynienia z takimi samymi ludźmi jak w kraju, mającymi swoje przymioty i wady, przyzwyczajenia i obyczaje, ludzie dzielący się na przysłowiowych mądrych i głupich, z przewagą tych pierwszych. A wszystko zależy od tego, jak bardzo jest się w stanie być człowiekiem.
Ileż to razy spotkałem się z życzliwą sympatią i zainteresowaniem przygodnie spotkanych osób, jak choćby ten młodzieniec, który przed chwilą zagadnął mnie czy mi w czymś nie pomóc.
A spotykało się też ludzi „przez okamgnienie”, przez ułamek chwili; widziało się ich idących chodnikiem, przechodzących przez pasy, dziękujących za przystanięcie i przepuszczenie przez jezdnię. A choćby taki starszy człowiek, Włoch, w wojskowej czapce, salutujący, gdy zatrzymałem auto, aby pozwolić mu przejść, kobiety z dziećmi, kolumny rowerzystów lub dzieci idące pod troskliwą opieką wychowawców.
Widziało się wioski i miasteczka, żółte pola rzepaku wiosną i w podobnie jaskrawo żółtym odcieniu bezkresne uprawy słoneczników latem, i postrzegało się ciemną, intensywną zieleń kukurydzy, i tę jaśniejszą - winnej latorośli. I widziało się przeczyste gwiaździste niebo na Alpami i Pirenejami, i księżyc, tego przyjaciela podróży, rozświetlającego mrok nocy, wskazującego niczym gwiazda północna cel podróży.
Wie się już, że podczas nocnej podróży wzdłuż lasów gaskońskich, tych nad Loarą, w górnej części Alp i Pirenejów, trzeba uważać na sarny, które spłoszone pracą silnika, nierzadko wybiegają na drogę… a uśmiercić takie stworzenie przez nieuwagę to przecież grzech.
Wiem teraz, że krowy rasy limusiene (nazywam je limoszki) są lepiej zbudowane od akwitańskich i żrą trawę na potęgę. Akwitanki są natomiast bardziej leniwe, mają piękne oczy i są inteligentne, bo podczas upału zawsze chronią się przed słońcem pod byle drzewem. Proszę mi uwierzyć, że mnie, któremu przypadło żyć na rozległej równinie mazowieckiej, imponują na alpejskich i pirenejskich wyżynach dźwięki dzwoneczków przytroczonych do szyi pasących się na halach krów i owiec. Słyszeć te dźwięki, przedzierające się przez szum wiatru, zagłuszane, lecz nie do końca przez warkot silnika, to niebywała przyjemność i satysfakcja - tego nie da się opisać.
A ten ciężki, powolny, głośny i rozdzierający powietrze ton kościelnych dzwonów. Wjeżdżasz w przestrzeń, w której rozlega się to dudnienie i czujesz się jak w domu, i odczuwasz tę prastarą, wieczną melodię upływającego czasu.
Przerywam, bo właśnie w tej chwili podeszła do mnie grupka ludzi z pobliskiego domu i obdarowało mnie paczką, w której znalazłem kawałek pizzy, owoce, chrupki i wodę. W zaistniałej sytuacji wzruszenie jest najwłaściwszym słowem, które ciśnie się na usta i w dodatku nakazuje mi postawić kropkę w tym miejscu opowieści… 
…gdy tymczasem nastoletnia Mylene przynosi mi jeszcze kanapkę z szynką.
Dosyć tego dobrego. Kończę!!!
A ponieważ na tym nie koniec, przeto dopisuję parę słów.
Zostałem zaproszony na koniaczek do państwa Berthand - wymieńmy wszystkich: Lionel - pan domu, jego żona Florence i sympatyczna para dzieci: Mathieu i wspomniana już wyżej Mylene. Porozmawialiśmy sobie po przyjacielsku (Mathieu tłumaczył) o mojej pracy, o podróżach, o Polsce, Francji… i tak dalej. Zaintrygowało mnie, że naprawdę szczerze byli ciekawi tego spotkania, bo rzadko spotykają Polaków. Przyznam, że czułem się niezręcznie. Mimo wszystko zaskoczyła mnie gościnność tych ludzi. Ponieważ zauważyli, że spędzam sporo czasu przy komputerze, dostałem elektryczność na przewodzie przeciągniętym przez ulicę, abym mógł sobie trochę pobazgrać. No i, co bardzo ważne w moim przypadku, miałem sposobność zażycia prawdziwej gorącej kąpieli; słowem w tej kłopotliwej, awaryjnej sytuacji, w jakiej się znalazłem, spotkał mnie całkiem spory kawałeczek raju na ziemi, za co serdecznie dziękuję tym ludziom.

[24.07.2016, Enval we Francji]

AWARIA

Godzina 3 rano, niedziela, Enval, niedaleko Clermont Ferrand Wysiadło sprzęgło. Renówka całkowicie unieruchomiona. Stoję niemal w poprzek wąskiej, spadzistej drogi. Całe szczęście, że pozostało trochę miejsca, aby mogła przejechać osobówka.
Już po załadunku w Mortagne i drugim w St. Georges sur Loire z samochodem było coś nie w porządku. Renówka i nie radziła sobie z ciężarem; krótko mówiąc: byłem przeładowany. Jechałem wolno, bo silnik szarpał i trudno było wyczuć, który wrzucić bieg. Domyślałem się, że ze sprzęgłem coś się dzieje, lecz nie sądziłem, że w ogóle odmówi posłuszeństwa. Tymczasem spora, stroma górka zrobiła swoje.
Zadzwoniłem do spedytora. Powiedziałem co i jak. Oczywiście nic nie pomoże, choć podobno pojazd ma „assistance” na Europę. Spedytor nadmienił, że towar musi być dostarczony. Raczej nie żartował, a więc chyba te dwie tony, które wiozłem, powinienem załadować na swój grzbiet i przenieść do celu. W odróżnieniu od spedytora, żartuję.
Nie wiem, czemu to przypisać, ale po drugim załadunku miałem chęć zadzwonić do spedytora i poprosić, aby dodatkowo ubezpieczył auto, a o mnie się pomodlił, bo przeczuwałem, że coś się stanie. Nie zadzwoniłem, a może modlitwa by pomogła. 
Położyłem się spać, gdy już świtało; w szoferce, nie w „kurniku” na górze. Około siódmej nad ranem ktoś puka do drzwi. Widać, że wkurzony, by nie powiedzieć napastliwy. Tłumaczę, że nie mogę ruszyć autem. Nie pomaga. Spisuje moje numery i mówi coś o żandarmerii. Kładę się jeszcze na godzinkę, przysypiam i budzi mnie słońce. Z pobliskiej posiadłości schodzi jakiś Francuz. Rozmawiamy z sobą koślawym angielskim. Współczuje mi powstałej sytuacji (całkowite przeciwieństwo tego pierwszego) i informuje mnie, że w pobliżu jest hotelik, gdzie mógłbym przenocować. Pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy, że my, busiarze - nietoperze nie nocujemy w hotelach. Pyta, czy mam co do jedzenia i picia. W międzyczasie dzwonię do spedytora a później do assistance. Prawdopodobnie ściągną mnie dopiero w poniedziałek rano i trzeba będzie przeładować towar na inne auto. Dzwonię do szwagra - mechanika, aby po przekazanych mu informacjach mógł podać najbardziej prawdopodobną przyczynę awarii. Stawia na docisk sprzęgła, nie wykluczając tego, że „poszedł” też wyprzęglik. Nic samemu nie zrobię.
Przechodzę się po tej wiosce. Aż przykro, że to nieszczęście z autem przytrafiło mi się w tak pięknym i spokojnym miejscu. Zdarzenie miało miejsce na podjeździe może 8-procentowym, a więc teoretycznie renówka miała prawo sobie poradzić. Zastanawiam się tylko w jakim stopniu na awarii zaważyło przeładowanie auta, a w jakim niewłaściwe jego użytkowanie, zanim zacząłem nim jeździć i czy było właściwie serwisowane (śmiem wątpić). A tak swoją drogą, to tego kierowcę, co przede mną jeździł tym samochodem najchętniej bym udusił. Jeśli za jego „kadencji” autko spalało 14 litrów na setkę, a moje bierze poniżej dziesięciu, to musi to oznaczać, że ten przede mną szarżował, także jadąc z ładunkiem, a zbyt szybka jazda dla czasami przeciążonego pojazdu to morderstwo i o połowę przynajmniej krótsza eksploatacja.
Nie będę ukrywał, że ta awaria znacząco pokrzyżowała mi plany (spedycji również, ale w sumie spedytor doskonale wiedział, że biorąc te ładunki przeciążam auto). We wtorek miną cztery tygodnie jak jestem w trasie. Kurczą się zapasy jedzenia, a Bóg jeden wie, ile czasu potrwa naprawa. W Polsce potraktowano by takie auto priorytetowo, ale we Francji, jak podejrzewam, trzeba będzie poczekać. Assistance załatwia wprawdzie trzydniowy pobyt w hotelu, ale i tak naprawa może się przeciągnąć i co wtedy?
Spaceruję po wiosce. Pięknie położona, wśród dosyć stromych wzgórz; wszak to Owernia - górzysta, wulkaniczna, zielona. Niedaleko stąd dwa większe miasta: Riom i Clermont Ferrand. Podchodząc pod jedno ze wzniesień, słyszę bicie dzwonów, ale we Francji kościelne dzwony niekoniecznie oznaczają porę mszy, uroczystości żałobnej czy ślubu; one wybijają godziny. Jako że jest niedziela, niewielki kościółek ma wrota otwarte; chyba tylko dla mnie. Wchodzę i kilkanaście minut siedzę w chłodnym pomieszczeniu świątyni. Jestem zmęczony. Naprawdę zmęczony. 

[24.07.2016, Enval we Francji]

PO PRACY CZYLI OPALENIZNA

- Panu to się najbardziej dziwię, doktorze. Nie godzi się pianiście swoich paluszków niszczyć, a do tego, bądź co bądź, jest pan przecież lekarzem - pan radca Krach mówił to z nie byle jakim uśmiechem.
- Ale nie chirurgiem - odciął się krótko pan doktor Koteńko. - A powiem panu, przyjacielu, że bardziej niż na te moje palce narzekam na swoje spieczone ramiona. Zresztą nie ja jeden.
- A bo to panom zachciało się wybrać na tę żniwiarską poniewierkę - roześmiał się z udanym współczuciem pan radca, a zwracał się teraz już nie tylko do doktora Koteńki, lecz również do pana redaktora Pokorskiego i starego pisarza, którzy, choć w dostosowanym do wieczornej pory odzieniu, znać było, że  przybrązowili się na twarzach, tudzież ramionach, a ponieważ przybyli do kawiarenki w spodenkach nieprzydługich, ledwie sięgających kolan, jak na letnią porę przystało, widać też było, że kolor brązu przyozdobił także ich łydki.
- To sprawka pana doktora - odezwał się stary pisarz. - Zaprosił się do dwóch rodzin na wsi, które systematycznie kurował, a że dziadkowie nie pierwszej młodości, a tu żniwa za pasem, więc zapowiedział się przyjść im z pomocą.
- To prawda - wtrącił pan redaktor - i obu nas namówił, a że czasami miło jest fizyczną pracą się natrudzić, to i trzy całe dni spędziliśmy przy polowej robocie.
- Mam nadzieję, że panowie tym rolnikom za bardzo nie przeszkodziliście w pracy - wyraził ironiczne przypuszczenie radca Krach, będący tego dnia w podejrzanie dobrym humorze.
- A wręcz przeciwnie - żachnął się pan redaktor. - Powiem panu, że dwie noce przespaliśmy w stodole na sianie, choć zamierzano nas ulokować w izbach z gospodarzami, lecz przez aklamację, zgodnie odrzuciliśmy te propozycje. Wziąłem sobie wolne, podobnie zresztą jak pan doktor, który w ten właśnie sposób, przy żniwiarskiej pracy rozpoczął swój urlop.
- To pani Zofia niepocieszona bardzo - dociął grzecznie pan radca.  - Myślała może o jakiej wakacyjnej kanikule nad morzem, ale przecież sama nie pojedzie.
- I nie ma takiego zamiaru - uspokoił radcę pan Pokorski. - Pan wie, przyjacielu, że pani Zofia Koteńko już spotkała się z tą teatralną divą, która do Ciżemek zawitała.
- A ja nic o tym nie wiem - przyznał się stary pisarz.
- Ja… tyle o ile - dodał pan doktor. - Za moją żoną trudno podążyć.
- A ja z kolei wyśmienicie jestem poinformowany - odezwał się pan radca. - Wiem o tej, jak to był łaskaw pan redaktor nazwać tę kobietę, divie,  z ust mojej córki, Anny. Razu pewnego podjechała ta pani ze swoim mężem pod leśny domek i zaraz zapytała o posiadłość Piotra i Jonanny… niby gdzie się znajduje, a przecież z drogi widać to gospodarstwo; koni i tej pozostałej zwierzyny trudno nie zauważyć. Potem córka dowiedziała się, że ci państwo radzi by byli jakiś letni domek zakupić w okolicy, albo i nawet na stałe tu zamieszkać. Ten człowiek w średnim wieku jest ponoć jakimś biznesmenem w wielkim mieście, a u kogoś z rodziny dwa przedniej maści konie przechowuje. Tak, namiętnym jest jeźdźcem, lecz u tej rodziny niewiele ma miejsca na konne przejażdżki, więc pomyślał sobie, że poszukać czegoś dla nich i dla siebie musi. Żona jego z kolei jest aktorką w teatrze. Coś tam szwankuje jej zdrowie i pobyłaby na wsi, więc, tak mi się wydaje, że oni na poważnie jakiegoś siedliska w naszej okolicy szukają.
Skończył pan radca i zamówił dla wszystkich po kolumbijskiej kawie i kawałku ciasta z truskawkami.
- A jestem ciekaw, skąd ci państwo o Ciżemkach się dowiedzieli - zainteresował się stary pisarz
- Nie wie pan? A toć z naszej gazety. 
Pan radca, gdy wypowiedział tych kilka słów spojrzał w stronę redaktora, który powitał to spojrzenie z nieukrywaną satysfakcją.
- A tak - kontynuował pan radca - nasza gazeta (znów to znaczące spojrzenie w stronę redaktora Pokorskiego) zaczyna być słynna nie tylko w powiecie, odkąd pan redaktor sobie tylko znanym sposobem potrafił rozprzestrzenić po świecie jej zasięg… za co zresztą należą mu się słowa uznania.
Pan redaktor zapłonął teraz rumieńcem, który na jakiś czas przygasił opaleniznę na jego twarzy, lecz nie odezwał się słowem. 
- A cóż miałoby wyniknąć z tego spotkania pani Zofii z tą aktorką? - dopytywał się stary pisarz.
- A to, mój drogi pisarzu, że moja żona, która przy tej rozmowie była, tu w kawiarence właśnie, opowiedziała mi, że obie panie rozmawiały niestrudzenie o amatorskim teatrze, który obie bardzo chętnie by poprowadziły. Pan wie, jak bardzo pani Zofia lubi teatralne przedsięwzięcia, lubi, ale doświadczenia z prawdziwym teatrem nie miała. Te z kolei posiada ta pani i chętnie pomoże. I coś mi się wydaje, panie doktorze - pan radca skierował teraz swój wzrok w stronę pana Koteńki - że znając panią Zofię, znowu pan doktor nie będzie miał swojej kobiety w domu.
Pan doktor westchnął głęboko, przegryzł ciasteczko, potem wstał, z uszanowaniem skłonił się swym przyjaciołom i wyrzekł:
- A zatem będę miał więcej czasu na muzykę - westchnął. Przeszedł po sali i skierował się w stronę, którą panowie bezbłędnie odgadli. Zasiadł do fortepianu, otworzył go i sadowiąc się wygodnie na stołeczku, przepłynął opalonymi palcami rąk po klawiaturze.
Pan radca Krach od razu domyślił się, że gra Schuberta.

[23.07.2016, Les Chauleries  we Francji]

23 lipca 2016

PANI Z PIESKIEM

Pani Makomaska poruszała się dostojnie ze spokojnym, dobrze ułożonym pieskiem na smyczy. Był to długowieczny jamnik, pierwszorzędnie zadbany, może nawet przesadnie, bo nie miał w sobie tej lekkiej nóżki podczas codziennych, przedwieczornych spacerów, a jego brzuszek ledwie co, a byłby dotykał ścieżki, po której stąpały cztery koślawe nogi staruteńkiego psiny.
Pani Makomaska dobiegała dziewiątego krzyżyka i była niską, wątłą i zasuszoną niewiastą, z trudem zachowującą prostą postawę swego chylącego się ku wieczności kręgosłupa, a jednak codziennie wychodziła z psem na spacer, dostosowując tempo swego chodu do ślamazarnego dreptania jamnika, który przystawał przy byle krzewinie, kamieniu, czy wyższej kępie trawy. Wychodząc ze swojego mieszkania, które mieściło się w schludnej kamienicy zwanej Pałacem, podążała w stronę głównej drogi osady, skręcała w stronę parku, szła jedną z jego alejek tam i z powrotem i w końcu okrążała zakładowe bloki mieszkalne, dochodziła do lecznicy, przechodziła obok hotelu i wracała do siebie. Spacer z psem zajmował jej półtorej godziny, choć zdrowy, młody człowiek mógł ją przejść w dwadzieścia minut. Jamnik spowalniał jej tę pieszą podróż przez dobrze znane jej uliczki i skwery, lecz i z własnej woli przystawała na dłużej przy kapliczce usytuowanej przy skrzyżowaniu drogi wiodącej od kolei żelaznej po zakład pracy z tą główną, prowadzącą do miasta. Czasami napotykała znajomych, a właściwie dzieci i wnuki jej dawnych znajomych. Nie ma się temu co dziwić, gdyż panie i panowie w jej wieku już poumierali, a ona w ich potomkach odnajdywała jakiś odziedziczony po przodkach rys twarzy, sposób chodzenia; rozpoznawała brzmienie dawno nie słyszanego głosu, znajomy gest, a nawet spojrzenie.
Ludzie pozdrawiali ją serdecznie. Przystawała, odkłaniała się, wznosząc wzrok ku mówiącego do niej; odpowiadała twierdząco na skierowane do niej pytania „jak się czuje” i kiedy miała ochotę na kontynuowanie rozmowy, przypatrywała się tej twarzy zwróconej w jej stronę, patrzyła w nią starannie i długo, by w końcu przemówić:
- Pan jest zapewne wnukiem pana Izdebskiego… ten orli nos, podobne uczesanie… włosy płowe… i ten głos… jakbym go słyszała.
I dowiadywała się, że Izdebski już pięć lat temu zamieszkał na cmentarzu, a on, jego wnuk,  nie przypuszczał, że jest podobny do swego dziadka.
- A tak. Dzieci bardzo często dziedziczą cechy po swoich dziadkach i babkach.
Czasami zamieniała więcej słów ze spotykanymi na trasie spaceru ludźmi. Zatrzymywała się dłużej, jako się rzekło, przy kapliczce otoczonej drewnianym, pomalowanym na zielono płotkiem. Podziwiała to, że u stóp Matki Boskiej wciąż są świeże kwiaty, że płonie znicz, że niewielki skrawek kwietnego ogródeczka zawsze był starannie pielęgnowany i odchwaszczony. Stojąc przy niewielkiej furcie, jedną dłonią czepiała się strzeliście uformowanej sztachety; jamnik z kolei, zapewne przywykły do tego, że kobieta w tym miejscu spędza więcej czasu, rozciągnął się wygodnie na trawie i czekał zanim jego pani odkłoni się świętej dziewicy i powie:
- Chodźmy, piesku.
I szli. I wracali do swojego cichego, skromnego mieszkania, w którym żaden mebel ani o centymetr nie został przestawiony od czasu śmierci jej męża, a było to przed czterdziestu niemal laty.
Jego podobizna, człowieka w sile wieku, o twarzy roześmianej, zawadiackiej, wisiała sobie w kąciku nad nocną szafką. Co wieczór i o poranku patrzyła w jego kochane, choć nie pozbawione iskry szaleństwa oczy. Kiwała głową, przypominając sobie swoją niewesołą młodość. Wspominała ten piękny czas, kiedy była do szaleństwa kochana, lecz również pamiętała o tym, jak blisko jest miłości do rozpusty, do kart, do hazardu, wreszcie do przetrwonionego majątku i niemal nędzy.
Musiała sobie jakoś dawać radę, ona, nieprzywykła od dzieciństwa do ciężkiej pracy, szlachcianka z najlepszego domu, nauczyła się buchalterii w fabryce i pracowała jak pozostałe kobiety, młodsze od niej, wyemancypowane, wywodzące się ze środowisk cokolwiek w uprzedniej epoce lekceważonych. Początkowo bała się rozmów z nimi, czując na sobie ich zastanawiające spojrzenia, może nie zawsze życzliwe. Z biegiem czasu (pracowała krótko) przestała zadręczać się tymi spojrzeniami. Było ich mniej; podobnie komentarzy. Opuszczając raz na zawsze fabryczne biuro, spostrzegła, że jej obawy odnośnie współpracownic były jednak przez te lata nieuzasadnione. Z wiekiem doświadczała coraz więcej przypadków szacunku, z jakim się spotykała. Być może na sposobie w jaki ją traktowano zaważył fakt, że żyła sama, nie miała serdecznych przyjaciółek, a z każdym rokiem coraz mniej znajomych. Nie posiadając dzieci, przerzuciła swoją miłość na książki, zachodziła do biblioteki, czytała… i w końcu te psy; ten z powykręcanymi nóżkami jest już jej trzecim jamnikiem.
Mówiła sobie, że to jej ostatnie stworzenie, jakie trzyma w domu, bo bała się, że odejdzie wcześniej niż jej pupil. Być może myśl o tym, że mogłaby pozostawić na tym świecie starego, zniedołężniałego już psa, którego Bóg wie co mogłoby spotkać po jej śmierci, ta myśl nie pozwalała jej jeszcze umrzeć.
I tak, skazani na siebie żyli pogodnie, potrzebne jedno drugiemu, w przyjaźni głębokiej i w tym porannym oczekiwaniu na kolejny spacer.

[16.07.2016, Westkerke w Belgii i 23.07.2016, Les Chauleries  we Francji]

KAMYCZKI - OPISANIE ŚWIATA (14) ŚMIERĆ

- A co się stanie ze światem, kiedy mnie nie będzie? - spytał. - Czy świat sobie beze mnie poradzi?
I to jak sobie poradzi. Nie będzie cię prosił o zdanie. Ale za młody jeszcze jesteś, aby myśleć o śmierci. Ona mnie najpierw zabierze. I tak być powinno, aby starzy usuwali się z tego świata przed młodymi. Ale rozumiem cię, gdy pytasz o tę śmierć, i o to, co po niej z człowieka zostanie… a zostanie niewiele: proch, popiół, nawóz. Niektórzy mówią, że z człowieka zostaje coś więcej. Mówią o pamięci, o jakimś śladzie, który po sobie pozostawili. Ale pewnie dotyczy to jakichś ważnych dla świata postaci. A po mnie? Po mnie tyle tej pamięci będzie, że do stu policzysz i wygaśnie. Natomiast moje ciało może się okazać przydatne. Właśnie na ten nawóz, nic więcej. Najważniejsze, bracie, abyś umiał się na swą śmierć przygotować i nie odchodził na tamtą stronę z jakimś żalem w sercu, z nierozważnym buntem, ze świadomością  tego, że czegoś tam nie zdążyłeś przed swoim zejściem zrobić. Na nic ci się zdają takie rozważania. Miałeś swoje pięć minut, wykorzystałeś je i kwita.
Mnie tam odchodzić nie będzie żal.

[22.07.2016 Brissac-Quince we Francji]



Z NIEMIEC PRZEZ FRANCJĘ DO KATALONII

Czas podróży przyspieszył jeszcze w północno-zachodnich Niemczech, niedaleko Bremy. I, przyznać muszę, urzekła mnie ta obfita w płodną zieleń ziemia pracowitych, spokojnych i pogodnie do świata nastawionych ludzi. Cieszę się, że czasami, choć rzadko, zdarza mi się zjechać w Niemczech z autostrady, bo autostrada to nie kraj, to ledwie pas transmisyjny, po którym gnają auta. Prawdziwe życie toczy się gdzie indziej, z dala od szosy.
Napotkałem kilka polskich akcentów. Na jednym rozładunku i załadunku zarazem odczytuję na szyldzie znajome nazwisko: Bandorski. On Polak, pożeniony z Niemka ze wschodnich landów pod Bremą założył własną firmę. Gdzie indziej spotykam 35-letniego Polaka, który w wieku pięciu lat przyjechał z matka do Niemiec i już tu został. Narzekana Unię. Więcej było pracy. Pracodawcy sami przychodzili do barów i nakłaniali do pracy. Dzisiaj jest inaczej. Trudniej znaleźć popłatne zajęcie, a w barach zamiast dawnych uśmiechów i beztroskich rozmów, dyskutuje się teraz o polityce, o zarobkach, o socjalu. 
Z kolei w Darmstadt, gdzie ładują mnie do hiszpańskiej Katalonii, rozmawiam z Polakiem z południa kraju, który „uciekł od Jaruzelskiego”. Ciekawe, że mówi już z wyraźnie twardym, niemieckim akcentem.
Przez całą Francję jadę najpierw ciepłą nocą a później dniem, nieznośnie upalnym. Droga wlecze się niemiłosiernie. Znów moje ulubione Dole w Jurze mijam nocą. Po Jurze Burgundia, Owernia, przepyszna autostrada z Clermont Ferrand aż po Millau i dalej w stronę Beziers. Przepiękne widoki wschodnich Pirenejów, potem gorące i suche wybrzeże Morza Śródziemnego aż do Perpignan Przysypiam to tu, to tam, nabieram sobie wody na dobrze znanych już parkingach. Wreszcie wspinam się na Pireneje, aby dostać się do Hiszpanii, do Ripoll. Niby nie jest tak wysoko jak w Alpach, ale drogi wąskie i kręte. Uwielbiam takimi jeździć, choć traci się na nich sporo czasu. Granicę z Hiszpanią, po 25-kilometrowym podjeździe przekraczam na Col d’Ares - 1508 metrów. Potem zjazd do Katalonii, mniej stromy, a i drogi po południowej stronie Pirenejów nieco lepsze i szersze, mniej pozakręcane.
W Ripoll  zjawiam się wczesnym wieczorem po 26 godzinach jazdy, licząc z parogodzinnym snem podczas trasy. Parkuję pod zakładem, tyle że po drugiej stronie ulicy. Po kolacji wychodzi z zakładu popołudniowa zmiana - głównie ludzie młodzi. To dobrze, myślę sobie, bo w Hiszpanii z miejscami pracy dla młodych krucho. Jeden z Katalończyków podchodzi do mnie i tłumaczy, że rozładować się mogę dopiero następnego dnia po siódmej. 
Pod gorącym Katalońskim niebem budzi się ciepła, księżycowa noc.

[22.07.2016 Brissac-Quince we Francji]


KAMYCZKI - OPISANIE ŚWIATA (13) LIPA


- Tam sobie odpoczni, gdzie zwykle siadamy, przy tym sosnowym stole, w cieniu. Nie dojdzie cię tam słońce.
Podszedł tam i zaraz wiatru dech objął go swoim ramieniem, a cień taki rozpostarł się nad nim, jakby miesiąc słoneczną tarczę przesłonił. W górze natomiast muzyka grała swoje.
- Poda dzisiaj kartofelki, zeszłoroczne, z kopca, ale zachowałe; do tego trzy jaja zasadzone, młode ogóreczki spod szklarenki ze śmietanką, na ostro zrobione, jak na mizerię przystało i zsiadłe mleko z przedwczoraj, a zimne, że zaraz się humor poprawi.
Oparł się o grzbiet ławki. Ocenił, że deseczki niejednym plecom służyły za podporę, tak doskonale się uformowały, że czuł swego ciała lekkość, choć słusznej był postury.
Tamten wrócił z dwoma kuflami wypełnionymi napojem o ciemno-miodowym kolorze.
- W spółdzielni w takich piwo pijałem - powiedział, spostrzegłszy wzrok gościa w pękate szklanice utkwiony. - Dzisiaj sam robię podpiwek. Popróbuj na dobry apetyt przed obiadem.
Usiadł naprzeciwko na podobnej ławie.
- W piwnicy trzymam, głęboko pod ziemią, bo wyniesiesz choćby do spiżarki, to korki strzelają, taki gorąc. Popróbuj.
Zamoczyli usta. Już po pierwszym łyku poczuł ten trudny do zmierzenia smak palonych ziaren jęczmienia, cykorii, słodu, drożdży… czegóż w nim nie było jeszcze; cała natura wlewała się w jego gardło, chłodząc je i sycąc jednym z tych niezwykłych smaków świata.
Gość wydobył z podróżnej torby mapę zwiniętą na pół, położył na stole i aby wiatr nie rozniósł jej po ogrodzie, dobył też książkę, którą docisnął tę wrażliwą na przeciągi kartę.
- Powiem ci, że  ileż to pod tym drzewem książek przeczytano - zaczął znów gospodarz - a był taki jeden, co i wiersze pisał, na wzór tamtego… - zamyślił się i chłodnego podpiwku dwa łyki pociągnął. - My to zza Buga tu przyszli. Dziad z ojcem to miejsce wybrali…, że to drzewo ogromne tak ich zauroczyło i nigdzie indziej osiąść nie chcieli. Później sąsiedzi z wielu wiosek nam jej zazdrościli, że prastare takie, pamiętające dawne czasy. Przyjechali tacy jedni, co przybili do kory tabliczkę. Mówili, że czterysta lat albo i więcej żyje na tym świecie. Nazwali je po swojemu, a ja tam mówię na nie 
Sobótka. A pewnie, że wszystko to przez Kochanowskiego Jana. Dziadek i ojciec czytali pod tą lipą. I ja czytałem ze swoją… a kiedy poczęła, tośmy córkę Urszulą nazwali. W mieście siedzi, architektem jest, ale, nie powiem, zajeżdża do nas czasem i teraz ona nam czytuje: 
„Patrzaj, jako płodnych pszczół niesłychane roje
Okładły, zacny panie, miodem ściany twoje.
Dobry to znak, jeśli Bóg dał wieszczą myśl komu,
Że dostatek i wieczne potomstwo w twym domu.”
A to o pszczołach, to na pamięć znam, bo muszę ci wyznać, że takiego miodu jak z tej lipy to na całym świecie nie znajdziesz, choćbyś miał szukać latami. Gdybyś autem nie był, to dałbym ci do poczęstowania nalewki na miodzie z tego drzewa. Wleję ci w buteleczkę na odjezdnym, abyś sobie popamiętał nasze spotkanie, choć kiedyś musisz to bez samochodu do nas zajrzeć i przekonasz się sam, jak taka miodowa nalewka na spirytusie smakuje. Moja kobieta z kolei poczęstuje cię lipową herbatką - podobno uspokaja, choć chyba nie do końca to prawda, bo ona nie usiedzi na miejscu i zawsze swoje zdanie wypowie.
Nie przestałby opowiadać, gdyby jego żona nie pojawiła się z półmiskami.
- Oj, widzę panie, że mój stary zdążył już panu naopowiadać o lipie.
A kiedy podała wszystko, co na obiad zrychtowała, przysiadła do nich, a pszczeli koncert trwał nad ich głowami, aż do czasu, kiedy słońce zsunęło po gałęziach Sobótki, zrumieniało i w końcu wyblakło.

[21.07.2016, Ripoll w Hiszpanii, i 22.07.2016 Brissac-Quince we Francji]

22 lipca 2016

KAMYCZKI - OPISANIE ŚWIATA (12) TRUSKAWKI

A chociaż odjechał już od rampy ostatni pachnący samochód, to pracy trochę zostało. Choćby te stojące na podeście skrzynki trzeba przewieźć na wózku do magazynu i ustawić na półkach i jeszcze raz ostatnią dostawę policzyć, zanotować, i do tych kończących pracę skrzynek przykleić karty. A przed zasunięciem bramy nie zapomnieć uchylić okien, ot, za sznurki chwycić, w dół pociągnąć - owoc w przewiewie musi nocować i powinien być zdrowy, bo jutro z samego rana kolejny wóz podstawią - ten pomknie z truskawką do wielkich sklepów, a może na kolej i dalej, w świat szeroki.
Zakręciła się z innymi po magazynie, skrzynki ustawione, policzone, oznakowane - można wychodzić. Zbiegła schodkami, już bez fartucha, w luźnej, bawełnianej, zdobionej niewielkimi kwiatami polnego maku sukience. W ręku trzymała łubiankę z truskawkami - każda pracownica mogła sobie jedną wziąć do domu po pracy. Ale komu by się teraz chciało jeść truskawki, skoro od ich zapachu aż nos zatyka, a w ustach słodycz, którą chciałoby się złagodzić garnuszkiem zimnego, kwaśnego mleka. Młodsi bracia zjedzą, nie ma się czym martwić. Matuchna kompot albo pierogi zrobi, a może zje się ze śmietaną i cukrem, albo z kluskami chłodnik będzie na upały.
Oj, czerwiec tegoroczny powiał gorącym powietrzem aż z Sahary, a maj taki był nieznośnie mokry.
Widział ją schodzącą ze schodków i dalej, aż na ulicę, jak przechodziła obok jego domu. Jak każde chłopaczysko ubrany był w krótkie, znoszone portki, trykotową bluzkę i sandały. Spojrzał na nią i na tę łubiankę, co ją w lewym ręku trzymała.
- Jakież wielkie! - zachwycił się na głos. - Da pani jedną?
Spojrzała na niego. Dotknęła otwartą dłonią jego włosów, jasnych, rozczochranych.
- Jaka ze mnie pani… Maryśka jestem. A pewnie, że dam. Przynieś torebkę, podzielimy się.
Odwrócił się na pięcie. Pobiegł.
- Ej, ty, mały, poczekaj no! - rzuciła w jego stronę. - Nie ma nic za darmo.
Wrócił trochę zmieszany.
- Wiesz, mały, chciałabym pójść nad staw. Wykąpałabym się. Tam, przy rzeczce, gdzie ludzi nie ma.
- O, tam woda najcieplejsza. W sam raz na kąpanie - odparł.
- A przyniósłbyś mi z domu ręcznik i kawałek mydła za te truskawki. Jedną trzecią łubianki dostaniesz.
- Nie połowę? 
- Nie, bo jedna część dla matuchny będzie a druga dla młodszych braci - takie urwipołcie jak ty, tylko że bliźniaki… no i tobie dam trzecią część, zgoda?
W te pędy do domu pobiegł i wrócił z torebką po cukrze, mydłem i ręcznikiem. To wszystko podał dziewczynie. Stał chwilę jak ten piesek żebrzący przy pańskim stole.
- Tutaj ci nie dam, nad staw pójdziemy - śmiała się szczerze, otwarcie - a ta będzie ode mnie.
Wybrała największą, chwyciła za szypułkę i wetknęła mu ją do otwartej buzi.
- Chodźmy, zanim słońce spać się położy.
Po tej truskawce, którą niemal połknął i nawet nie poczuł jej smaku, jeszcze bardziej ją polubił, jeszcze bardziej mu się spodobała. A kiedy tak biegli, a ona za rękę go trzymała, to najpierw poczuł się jej bratem, a potem… potem chyba chłopakiem… dobre… on miał lat dziesięć, a ona… no dałby jej siedemnaście… osiemnaście.
Kiedy doszli do mostku na rzeczce, która wpływała do stawu, najpierw sprawiedliwie podzieliła truskawki a potem zdjęła z siebie bawełnianą sukienkę w maki.
- Pomożesz mi, mały? - zapytała.
- Tylko nie mały!  Do podbródka ci sięgam, albo wyżej. Może być „chłopak”, dobra?
- Dobra, chłopak. Odwrócę się tyłem do wody i wtedy namydlisz mi plecy, zwłaszcza łopatki i szyję. Jestem spalona słońcem, widzisz?  - Widzę. Opaliłaś się.
- No. Teraz uważaj. Zdejmę stanik, ale ty tylko namydlaj mi plecy, jasne? I ani się waż podchodzić z przodu, rozumiesz?
- Czemu?
- Ej, chłopak - westchnęła. - Gdybyś ty był mój chłopak, chłopaku, to bym ci pozwoliła… ale nie jesteś mój.
- Szkoda.
Odpięła stanik i rzuciła go na sukienkę. Chłopak najpierw nabierał złożonymi w miseczkę dłońmi wody i zmaczał jej ciało. Potem wcierał w jej mokrą skórę owocowo pachnące mydło. Starannie, tak jak go o to prosiła, wmasowywał jej mydło w łopatki i szyję. Na koniec przesunął namydlonymi dłońmi po jej nogach.
Zakończył i stanął za nią.
- A  tam?
Nie musiał uzupełniać. Wiedziała o czym pomyślał.
- Niech cię Pan Bóg broni od tego, abyś mógł jeszcze „tam”. Dała bym ci, dała.
- Tam pewnie jest też tylko dla twojego chłopaka - wymądrzył się.
Zamyśliła się i odwróciła głowę.
- Jakbym go miała, to pewnie byłoby dla niego - odparła cichuteńko. - A teraz, chłopak, dziesięć kroków do tyłu marsz i zamknij oczy. Kiedy usłyszysz plusk, możesz patrzeć. 
Całe wieki to trwało, zanim usłyszał plusk. Spojrzał tam. Nad lustrem wody wystawała jej głowa, szyja i ramiona. Pluskała się, kryła pod wodę, wynurzała, a woda wcale nie była taka ciepła, bo rzeczka, choć płyciutka, niosła z sobą chłód źródełka.
- No jedz te truskawki, jedz - krzyczała, a on siedział przy jej ubraniu, patrzył na nią, no i w końcu zaczął skubał te truskaweczki mięsiste, słodkie i pachnące.
W pewnej chwili zawołała:
- Rzuć mi ręcznik!
Już sięgał po niego, gdy nagle zapytała:
- A umiesz mieć oczy zamknięte, gdy będę liczyć do stu?
- Pewnie, że umiem.
- A przysięgniesz mi, że nie otworzysz oczu, zanim powiem „sto”?
- Przysięgam.
- A więc uważaj… jeden, dwa… - liczyła, wychodząc z wody.
Oczy miał przymknięte tak bardzo, że aż go powieki bolały.
- No… teraz, chłopak, możesz mnie wytrzeć… ale delikatnie.
I wycierał, czując pod dłońmi miękkość dziewczęcego ciała. I czuł jeszcze, że ręcznik nabiera wilgoci. Całe jej ciało dotykał ręcznikiem, najpierw suchym, a później lekko zmoczonym.
- Siedemdziesiąt osiem, siedemdziesiąt dziewięć - słyszał odliczanie.
- A możesz liczyć wolniej? - zapytał.
- Ech, ty, spryciarzu! - krzyknęła i wtedy nagle poczuł, że wyrwała się z dotyku jego dłoni, a kiedy usłyszał „sto”, stała przed nim rozśmiana z mokrą gęstwiną długich włosów, opadających jej na oczy.
Siedli na trawie.
- Szkoda, że nie jesteś starszy - powiedziała.
- Szkoda. A ile jeszcze czasu potrwa praca z tymi truskawkami?
- Tydzień, no może dziesięć dni - odparła zamyślona. - Sezon na truskawki się kończy.
- Szkoda.
- A szkoda… miły z ciebie chłopak, wiesz. Moi młodsi bracia, to nic a nic mnie nie słuchają.
Śmiała się, gdy to powiedziała, więc nie wiedział, czy mówi prawdę.
- Pojedzmy teraz truskawek. Z każdej części wezmę po dwie. Dasz mi dwie swoje?
- Pewnie, że dam.
Patrzyli na przymarszczoną toń wody na stawie, w której zatapiało się czerwcowe słońce.

[19.07.2016, Adernach w Niemczech - 20.07.2016, Ripoll w Hiszpanii]