Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

23 września 2017

GRIEG, CHOPIN I TEN TRZECI

Znów muzycznie się porobiło w kawiarence, przeciwko czemu nie zaprotestowałby pan doktor Koteńko.
Młody, zdolny, przepięknie grający nie tylko Chopina polski pianista Grzegorz Niemczuk w pierwszej odsłonie mierzy się ciekawą interpretacją  Suity 1. "Peer Gynt" Edvarda Griega (którego nota bene w kawiarence jeszcze nie słuchano). Suite 1 

Kolejny utwór Griega w wykonaniu pana Niemczuka, to fortepianowa wersja muzycznej interpretacji dramatu Henryka Ibsena "Peer Gynt" - "W grocie króla gór".
Zrobiło się cokolwiek modernistycznie i skandynawsko...



a zatem pora powrócić do klimatów nadwiślańskich, do artysty grającego romantycznie i z niemałym wdziękiem nokturn cis-mol 


[23.09.2017, Neutchatel-en-Bray, Seine-Maritime we Francji]

NIEZAPALONE ŚWIATEŁKA

Oj, przydarzyło się, już, już panie władzo, światełka niezapalone, rozumiem, jak trzeba to trzeba. Jakie to szczęście, że pan sierżant nie zauważył, że pasów nie zapiąłem. Widział pan? No proszę, to wasze suszarki mają aż takie możliwości podglądania? No, widzę, jedynie trzydzieści siedem ponad normę. Kto by pomyślał, że to teren zabudowany? Gdybym to miał prawo jazdy. Może najpierw dowód rejestracyjny? No, widzi pan, nie musi być po kolei, a że przekroczyłem szybkość, to się do tego przyznaję, ale gdyby pan sierżant zechciał być na moim miejscu, to pewnie też by przekroczył. Bo jak tu nie być zdenerwowanym, skoro przed niecałą godziną rozjechało się staruszkę? To prawda, że przechodziła przez pasy, ale czy musiała to robić właśnie wtedy, gdy rozmawiałem przez komórkę? Czy próbowałem hamować? A jakże. Ale w tym aucie hamulec działa dopiero po trzykrotnym naciśnięciu pedału. Czasu nie starczyło, aby stanąć; pewnie szwagier znów nie dolał płynu, a pan sierżant zapewne domyśla się, że i wtedy miałem ciężką nogę do gazu. 
Lekka była. Przeleciała mi przez maskę i dach. Pan sierżant obserwując to zdarzenie, mógłby sobie pomyśleć: - a cóż to za ptaszysko przeleciało ponad autem? Czy się zatrzymałem? A na cóż, skoro ten co za mną jechał zaraz stanął i zajął się tą babcią. No, wie pan, może była chora, bo że stara to już o tym mówiłem. Tylko gdzie się podziała ta jej laska? Nawet jeśli potracenie było śmiertelne, to w przypadku tej babci - załóżmy, że była bardzo chora - to ja tylko skróciłem jej męki na tym ziemskim padole łez i narzekań. Obeszło mnie, a jakże. Prawdę mówiąc wzruszyłem się i zdenerwowałem jednocześnie. I co by pan zrobił na moim miejscu? Ja podjechałem pod najbliższą knajpę i po dopiero po drugiej setce mi przeszło, nie mówiąc o piwie, które wysączyłem pomiędzy setkami. Mówię panu, moje zdenerwowanie trafił szlag. Mogłem sobie spokojnie jechać dalej.
Kradziony? Ech, też macie informacje. Wiadomo - komputeryzacja, baza danych. Ale przysięgam, że to nie ja zwędziłem tę brykę, musi być szwagier. U mnie jest tylko „dziupla”, pan rozumie, mały warsztacik na dwa, trzy samochody. Szwagier sprowadza, obaj rozkręcamy, co się da, a potem ja rozprowadzam części dalej. A z tym bywa różnie. Nie więcej niż dwa - trzy w tygodniu. Oczywiście, że nie wszystkie idą na części. Niektórym numerki przebijamy. Gdyby pan sierżant reflektował na jakieś sprytne autko z niewielkim przebiegiem, to dam telefonik.
Pan znowu o tych hamulcach, o przeglądzie…. Założę się z panem, że od nowości to autko żadnego przeglądu nie widziało, to jak ma być o tym informacja na papierku? Polisa? O, proszę, tutaj jest… prawda, że na świetnym papierze? Tylko od razu mówię, żeby zaoszczędzić panu sprawdzania… jest trefna, ot tak, aby tylko pokazać… podobnie zresztą jak moje prawo jazdy… o, widzi pan… się znalazło. Jak pan ocenia ten falsyfikat? A, widzi pan, nie do odróżnienia, bo to moja robota. Z tymi trefnymi częściami samochodowymi to ja właściwie jedynie szwagrowi pomagam. Nie powiem rozliczamy się sprawiedliwie, po połowie. Do czego zmierzam? Panie władzo, ja osobiście mam taki własny warsztacik, a w nim…. Chce pan dowód, paszport albo jaki dyplom? Proszę bardzo. Gdyby pan sierżant był zainteresowany, to dostarczę panu takie papiery, po których okazaniu we właściwym miejscu stanie się pan generałem. Jeszcze do tego dostanie pan gratis zdjęcie, na którym pan prezydent wiesza na pańskiej szyi order państwowy (na ten order to musiałby pan trochę poczekać, bo robota w miedzi, srebrze i zlocie to domena mojego znajomego). Mówię panu, fachowa robota. Nie pożałuje pan. Pali pan? To tak jak ja - nerwy i stres. Widzę, że mocne. Gdyby pan palił słabe, to dziesięć kartonów mógłbym panu dostarczyć choćby dziś po cenie hurtowej. Pan się nie pyta skąd, ważne, że wypada o połowę taniej, oczywiście przy dużych partiach - od stu kartonów w górę. Zgadł pan. Też ze szwagrem bawię się w ten biznes. Firmę ma. Taki import-eksport. Słowem, handluje czym się da. Ale na pomysł niepłacenia vatu to ja wpadłem osobiście. Wystarczy, panie sierżancie, mieć te znajomości w skarbówce. No, trochę to mnie kosztuje, trudno, ale czego się nie robi dla rodziny. No niech pan zgadnie, kiedy to mój szwagier po raz ostatni zapłacił vat? Ha, ha… nie, niech już pan nie zgaduje.
Jakie to szczęście, żeśmy się spotkali, prawda?
A wedle tego mandatu, to jak, panie sierżancie, dogadamy się?

[23.09.2017, Neutchatel-en-Bray, Seine-Maritime we Francji]

Z DZIENNICZKA (11)

1. TRASY
Bodajże dzisiaj zaczyna się jesień (chyba że 21-go, nie pomnę) i ten przełom dwu pór roku jest pogodowo sympatyczny, czy to na Wyspach, we Francji, Beneluksie, czy w Niemczech, a koniec lata obfitował w podróże.
Warto przypomnieć, że poprzedni weekend spędziłem w Sarrebourgu we francuskiej Alzacji, choć już pod wieczór musiałem podjechać (sporo) do Roding w Niemczech, blisko granicy z Czechami. Tam dnia następnego załadowałem się do Desfordu w Anglii, niedaleko Leicester. Ale zanim przebyłem Kanał (tym razem nielubianym przeze mnie tunelem), wycofano mnie do Horselberg-Hainich na doładunek do Rolls-Royce’a w Bogner Regis (tam z kolei już byłem). Po rozładunkach w Cobham czekał na mnie inny kierowca z firmy, abym zabrał od niego ładunek do firmy Eaton w Northausen, ładnego miasteczka na północ od Lipska w byłej NRD. Stamtąd z kolei udałem się do Monachium, a ściślej pod monachijskie lotnisko, aby szybciutko pojechać z ładunkiem z Chin do Rochdale pod Manchesterem. A było to już w piątek. 20 kilometrów od Rochdale czekał mnie w Ashton-under-Lane towar do Mayenne we Francji (niedaleko Nantes), z którym właśnie spędzam kolejny weekend.
Nie powiem, te trasy, około tysiąckilometrowe każda, nadwyrężyły potrzeby mojego snu, a więc noc zapowiada się ciekawie.
2. WSCHODNIE NIEMCY
Muszę powiedzieć, że z regionów Europy jakie odwiedzam i odwiedzałem w przeszłości, wschodnie Niemcy (chodzi mi o byłą NRD) podobają mi się szczególnie. Dlaczego? Chodzi mi głównie o czystość i porządek, tak w miastach, miasteczkach, jak i wioskach. Pomimo tego, że wschodnie Niemcy obfitują w przemysłowe rejony, to wyglądają pod tym względem skromniej niż centralne, okolice wielkich miast czy, może najbardziej - Zagłębie Ruhry. Jeżeli skromniej to przez to więcej naturalnych krajobrazów, lasów przypominających polskie, ale nade wszystko ład i porządek, a wieczorami i w nocy taka jakaś nostalgia wraz ze zmrokiem przykuwa zmysły. A już chyba najładniej jest w Turyngii, gdzie sporo gór i szerokich widoków na pola, na wiejskie drogi ustrojone drzewkami, na niewielkie bryły kościołów, których szczupłe, strzeliste wieże górują nad okolicą tyleż uśpioną, co melancholijnie smutną.
3. WZDŁUŻ AUTOSTRAD
Jadąc podczas obecnej trasy głównie autostradami, przyglądam się temu, co też rozpościera się tuż obok nich. Wprawdzie, jak już kilka razy pisałem, specyfiki kraju z perspektywy autostrady się nie pozna, to jednak autostrada autostradzie nierówna i kiedy wspominam nasze, polskie, coraz piękniejsze drogi, to mimo wszystko zazdroszczę na przykład Anglikom, którzy zadbali i dbają o to, jak się ma przedstawiać najbliższy szerokiej, asfaltowej trasie krajobraz. Kiedy u nas stawia się wysokie, plastykowe, dźwiękochłonne parkany i to hurtem, także tam, gdzie nie ma takiej potrzeby, w Anglii sadzi się drzewka i krzewy (ta uwaga dotyczy również pozostały krajów, jakie odwiedzam, ale w Anglii i Walii wygląda to chyba najpiękniej). Porastające przydrożne skarpy dęby, jesiony, buki, lipy, brzozy, świerczki i krzewy, których nazw nie pomnę, przepięknie dorastają, a że posadzone zostały blisko siebie, tworzą zwarty szpaler przyrody idealnie odgradzający techniczną nowoczesność współczesnego szlaku komunikacyjnego od natury, ludzkich posiadłości często nie tak bardzo odległych trasie. A zatem przyroda sama chroni nas od nadmiaru mechanicznego dźwięku i jednocześnie upiększa cywilizację. Rzecz jasna nie od razu Kraków zbudowano i na te wzrosty drzew i krzewów trzeba poczekać, ale przecież sadzi się teraz nie tylko młode, niziutkie sadzonki, lecz również dorastające drzewka, pomiędzy które można przecież umieścić młodszą młodzież drzewostanu.
4. POD MANCHESTEREM
Jadąc autostradą, bodajże M62 od Leeds w stronę Manchesteru, krajobraz przypomina rozległe, szkockie wyżynno-równinne płaszczyzny, pokryte skąpą, niską trawą i wrzosami. Niedostatek drzew rekompensowany jest szerokimi widokami na niewysokie, bo dochodzące do zaledwie 450 metrów nad poziom morza wzgórza, co w Anglii oznaczane jest jako góry.
Przejeżdżając przez takie siodło pomiędzy wzgórzami, natrafiam na tablicę informującą jadącego, że oto znalazłem się w najwyższym punkcie angielskich autostrad, to znaczy na wysokości 372 m n.p.m. . Troszkę zabrzmiało to humorystycznie, zważywszy na to, że w takich Niemczech, Austrii, Francji, we Włoszech czy w Hiszpanii taka wysokość nie robi na kierowcy najmniejszego wrażenia.
Niedługo przekonam się, czy wyszły mi z ostatnich tras zdjęcia.

[23.09.2017 Saint-Inglevert, Pas-de-Calais we Francji]

22 września 2017

PRZY TAKIEJ MUZYCE

Ponad 5000 kilometrów od niedzielnego do piątkowego wieczoru, a mnie przyjemnie odpoczywać przy takiej muzyce...
Siergiej Rachmaninow -  preludium g-mol z opusu 25 w rewelacyjnym wykonaniu Walentyny Lisieckiej...


[22.09.2017, Dover, Kent w Anglii]

19 września 2017

SCHADZKA

Wstałaś… i do ogrodu nad staw,
strącasz stópką bosą
diamentowe perełki rosy
ze smukłych liścieni traw, 
a twoja koszulka wiotka
ubrana w zapach ciała,
drży w przedrumieniu słońca cała.
Kogo napotka
wzrok twój zamglony?
Jeszcze w nocy popiele 
twoje oczy - wskrzeszone lampiony,
lecz już śmielej
osuwasz z ciała materii tusz,
wstępujesz w toń porannej wody
i jak rzucony w fale bukiet róż
pławasz z lubością dla ochłody.

A tam na grzędach storczykowych,
za szpalerami winorośli
chłopiec - czeladnik ogrodowy
miejsce na schadzkę sobie mości
pośród traw nieskoszonych
w zieleńcu koniczyn, w ramionach bzu,
dotyku twej nagości spragniony,
jak w duszne noce o tobie snów…

…i nagle palce na wargach… nic nie mów…

Niedostrzeżona stanęła za nim
Gorący chłód jej drżeń
oplótł tors chłopca ramionami,
ciii… przyjdź do mnie nocą… teraz dzień.

[17.09.2017 Sarrebourg, Moselle we Francji]

WYPOŻYCZALNIA (18) „JENO WYJMIJ…”

Jeden z najzdolniejszych, a niespełnionych do końca poeta schyłku pierwszej połowy XX wieku, któremu przypadło w udziale nie porzucając wprawdzie pióra zmagać się z okrucieństwami wojny, z tragedią stolicy, z bronią w ręku do chwil swoich ostatnich. A przecież przedstawiony poniżej wiersz bez tytułu Krzysztofa Kamila Baczyńskiego ukazuje nader wyraźnie, że pragnieniem poety, Polaka, młodego człowieka nie jest „obraz dni, które czaszki białe toczy przez płonące łąki krwi”. Pojawia się w tym wierszu-prośbie pragnienie normalności i piękna ze „śpiewem jezior”, „zmierzchu graniem” i „ptasim świtem”. Jest w tej poezji niespełniona niestety nadzieja na zmianę twarde ziemi w „mleczów miękkich płynny lot” i niech zagrają brzóz wiolonczele, a zdrowe, drżące „strugi powietrza” zamienią się w „aleje długie”.
Oto, w poezji Baczyńskiego odzywają się echa całego straconego pokolenia walczącego o wolność ojczyzny, a jest to pokolenie młode, któremu tęskno za zwyczajnym życiem, za miłością, za natura mniej okrutną niż ten „czas kaleki”, w którym i poecie, i tysiącom podobnych mu młodym ludziom przyszło żyć i umierać.
„Jeno wyjmij mi z tych oczu szkło bolesne…” - jakże tragiczna i poetycko doskonała ta fraza, przez którą poeta domaga się niemożliwego, bo obraz wojennego piekła pozostanie pod powiekami, które ktoś nasunie na martwe, marzące o złotym niebie oczy.

Niebo złote ci otworzę,
w którym ciszy biała nić
jak ogromny dźwięków orzech,
który pęknie, aby żyć 
zielonymi listeczkami,
śpiewem jezior, zmierzchu graniem,
aż ukaże jądro mleczne
ptasi świt

Ziemię twardą ci przemienię
w mleczów miękkich płynny lot,
wyprowadzę z rzeczy cienie,
które prężą się jak kot,
futrem iskrząc zwiną wszystko
w barwy burz, w serduszka listków,
w deszczów siwy splot.

I powietrza drżące strugi
jak z anielskiej strzechy dym
zmienię ci w aleje długie,
w brzóz przejrzystych śpiewny płyn,
aż zagrają jak wiolonczel
żal - różowe światła pnącze,
pszczelich skrzydeł hymn.

Jeno wyjmij mi z tych oczu
szkło bolesne - obraz dni,
które czaszki białe toczy 
przez płonące łąki krwi.
jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył.

[17.09.2017 Sarrebourg, Moselle we Francji]

NA DALSZĄ TRASĘ

Wiem, że się powtarzam, ale nie mogłem sobie tego odmówić. Najpierw Ravel, później Bach.
Jako że "Bolero już w kawiarence zaistniało, nie napisze na jego temat wiele, poza tym, że Ravel dokonał rzeczy niezwykłej - dał w tym utworze szansę zabrzmieć w partiach solowych  (niemal wszystkim) około dwudziestu siedmiu instrumentom.

A kto dyryguje - wiadomo.


Koncert Bacha na klawesyn grany jest często w wersji na fortepian. Zarówno wersja oryginalna jak i fortepianowa zasługują na uwagę, tak zresztą jak cała opera omnia Jana Sebastiana Bacha.
Poniżej wersja najbliższa temu, co chciał wydobyć z dźwięków kompozytor. Katalończyk Savall interpretując muzykę dawną i barokową zawsze stara się uzyskać efekt pierwotny, taki, jakiego sobie życzyli twórcy w odległych od współczesności epokach.

[17.09.2017 Sarrebourg, Moselle we Francji]

16 września 2017

PRZEDRUKI (1) TUWIM: CZŁOWIEK ZACZAROWANY?

MAŁGORZATA SZOTEK-OSTROWSKA
Jednym ze źródeł dramatu Tuwima było poczucie odmienności. Ogromne znamię na lewym policzku oraz żydowskie pochodzenie czyniły z niego odmieńca. Stopniowo prowadziły do głębokiego wyobcowania.
W jednej z gablot w warszawskim Muzeum Literatury podczas rocznicowej wystawy, poświęconej życiu i twórczości Juliana Tuwima (1894-1953), leżał niewielki porcelanowy krzyż z głową Chrystusa w cierniowej koronie. Jest to jedna z niewielu pamiątek z domu rodzinnego poety, która towarzyszyła mu przez całe życie. Na odwrotnej stronie owego krzyża napisał młody Tuwim niebieskim atramentem: „Kto raz się zgodził nieść swój krzyż, tego nań wiecznie wbijać będą”. Irena Tuwim, siostra poety, wspominała, że ten cytat z Ewangelii powtarzał jej brat wielokrotnie na przestrzeni swego życia i czuło się w tym jego cierpienie.
Jednym ze źródeł dramatu Tuwima było poczucie odmienności, wynikające z powodu ogromnego znamienia na lewym policzku oraz żydowskiego pochodzenia. Te dwa fakty – wygląd i pochodzenie – czyniły z niego odmieńca, stopniowo prowadziły do zamknięcia się w sobie i poczucia głębokiego wyobcowania. A to z kolei pogłębiało stan wyczerpania nerwowego i – przy dziedzicznych skłonnościach – powodowało chorobę psychiczną zwaną agorafobią.
W znamieniu, zwanym niewinnie myszką, nawet matka poety widziała piętno i przekleństwo. W szkole nazywano go diabłem o fizjonomii Żyda, czarciogębym lub czarnuchem. Tej presji delikatna psychika nie wytrzymała i już w młodości Tuwim popadł w kompleks demoniczny, którego owocem były szkice z dziedziny demonologii.
Do końca życia poeta nie pogodził się ze swym wyglądem, zawsze starannie ukrywając znamię przed obiektywem aparatu fotograficznego – czy to poprzez ukazywanie prawego profilu, czy to chowanie się za wystudiowaną pozą intelektualisty. Zadziwiające, że nawet w paszporcie w miejscu „znaki szczególne” – jest puste miejsce.
Razem  w wiosennych burzach
Innego rodzaju problemem, z którym zmagał się przez całe życie, był kompleks żydowskiego pochodzenia. Kim był? Polakiem żydowskiego pochodzenia czy Żydem pochodzenia polskiego? Sam Tuwim wielokrotnie pisał o tym wprost:
"Największa ma tragedia – to że Żydem jestem,
A ukochałem Ariów duszę Chrystusową!"
Zdaniem Józefa Ratajczaka, żydostwo Tuwima „rodziło (…) bolesny dramat. Nie był nigdy w pełni akceptowany przez żadną ze stron. Dla Polaków był Żydem, dla Żydów odszczepieńcem i zdrajcą”. A przecież był czas, kiedy poeta nie czuł się wyobcowany, chciał i potrafił włączyć się w nurt życia artystyczno-literackiego Warszawy. Jako student Uniwersytetu Warszawskiego związał się z gronem rówieśników, skupionych wokół pisma „Pro Arte et Studio”. Była to grupa najbardziej aktywnych i utalentowanych poetów, debiutujących w okresie niepodległej Polski. Wraz z serdecznym przyjacielem, Leszkiem Serafinowiczem – czyli Janem Lechoniem – Tuwim szybko nadał pismu bojowy charakter. To na jego łamach po raz pierwszy pokazał lwi pazur i rozdrażnił opinię publiczną, drukując wiersz „Wiosna”. Atmosfera skandalu będzie mu od tej pory towarzyszyć przez całe życie.
Przyjaźń stanowiła najtrwalsze spoiwo skamandrytów
Publikacja „Wiosny”, będącej prowokacją obyczajową i estetyczną, rozpętała wokół młodego poety prawdziwą burzę. Wprowadzając elementy drastycznej brzydoty, wulgarne słownictwo (pysk, hołota, bachor), z jednej strony wzbudzała najwyższy podziw, z drugiej narażała autora na inwektywy i potępienie. Na łamach „Gońca” pisano z oburzeniem: „Zdegenerowany pan Tuwim, odsłaniający w najwyuzdańszych wyrazach ohydę brudów miasta i roztaczający przed nimi woń miejskiej kloaki, oddziaływa na młode dusze jak najzjadliwsza trucizna”. Zespół redakcyjny „Pro Arte et Studio”, w którym byli prawie wszyscy przyszli skamandryci, stanął w większości w obronie kolegi. Jan Lechoń, odpierając ataki prasy, pisał: „Wiosna Tuwima po raz pierwszy w naszej literaturze mówi prawdę o sobie, wypełzającej z wilgotnych piwnic i dusznych facjatek. (…) Protestujemy stanowczo przeciwko usiłowaniu narzucenia nam cenzury”.
W owych, chyba najszczęśliwszych dla siebie czasach Tuwim nie był osamotniony. Stała za nim grupa rówieśników, która szybko przeradzała się w grono przyjaciół. I to właśnie przyjaźń stanowiła najtrwalsze spoiwo skamandrytów, a najlepszym antidotum na pojawiające się napięcia  była atmosfera zabawy i dowcipu. Grupa scementowała się podczas wspólnych występów w kabarecie „Pikador”. Tu takie indywidualności jak Tuwim, Lechoń, Słonimski, Iwaszkiewicz, Wierzyński były postrzegane przez opinię publiczną jako zespół.
W atmosferze radości z powodu odzyskanej niepodległości młodzi poeci szybko nawiązywali kontakt z publicznością. Szturmem podbili serca warszawiaków. Już samo otwarcie „Pikadora”, w rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego, stało się olbrzymim sukcesem Tuwima. „Jeden ten wieczór – wspominał Tadeusz Raabe – przyniósł mu ogólnokrajowy rozgłos, mnóstwo propozycji wydawniczych, a przede wszystkim oszałamiającą poczytność, nie mającą chyba precedensu od blisko stu lat, od wileńskiego debiutu Mickiewicza”.
Teksty Tuwima, w umiarkowany sposób nowatorskie, poprzez swą komunikatywność zacierały dystans między twórcą a czytelnikiem lub słuchaczem. Dotyczyły bieżących wydarzeń i znanych postaci. Charakteryzowały się celnym i ciętym dowcipem, zgrabną pointą. Poeta zszedł z piedestału, stał się jednym z wielu zwykłych ludzi. Czuł się jednym z nich, był członkiem gromady, „piewcą ulicy”, i to go uskrzydlało. Ponadto otoczony był serdecznymi przyjaciółmi, ożeniony z ukochaną kobietą i świetnie ustawiony materialnie. Debiutancki tomik „Czyhanie na Boga” miał aż cztery wydania, „Sokrates tańczący” i „Siódma jesień” po trzy. Sława poety szybko krzepła i wzrastał jego autorytet wśród pisarzy.
Nieoceniony jest wkład Tuwima w rozwój kabaretu. Stał się filarem słynnego „Qui pro Quo”, dla którego pisał skecze, piosenki i nierzadko konferansjerkę. „Kabaret był właśnie dzięki Tuwimowi przez parę dziesiątek lat z górą chlubą i radością Warszawy – twierdzi Józef Ratajczak – jednym z najlepszych, najbardziej europejskich objawów życia kulturalnego stolicy”.
Rodzącej się grupie poetyckiej potrzebna była nowa platforma, która dawałaby możliwość szerszego zasięgu oddziaływania. I tak w 1919 r. dzięki poparciu finansowemu Jerzego Grycendlera – późniejszego Mieczysława Grydzewskiego – pikadorczycy rozpoczęli wydawanie własnego pisma „Skamander”. Zostało ono oczywiście całkowicie podporządkowane interesom grupy, której naczelnym celem było zdobycie dominacji na rynku wydawniczym i czytelniczym. Skamandrytom Grydzewski oddał także „Wiadomości Literackie” – nowe pismo, założone przez siebie w 1924 r. Ten świetnie prowadzony artystycznie i komercyjnie tygodnik promował ich twórczość kosztem innych ugrupowań i twórców. „Skamander! – pisał Gombrowicz  – Ci chłopcy urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą”. Znaleźli świetnego impresaria w redaktorze Grydzewskim. Uzyskali z miejsca popularność, wpływ, nawet sławę. On – Grydzewski, zawsze w tle choć zawsze obecny, nigdy nie występował publicznie.
Skamandryci byli, jak to określił Michał Głowiński, typową grupą sytuacyjną, czyli taką, w której genezie i strukturze decydującą rolę odegrało dążenie do zdobycia popularności i dominacji na rynku wydawniczym, a nie realizowanie określonych celów estetycznych. Do tego wiodły publikacje w „Wiadomościach Literackich”, organizowanie wspólnych wieczorów literackich i publicznych manifestacji oraz nawiązywanie kontaktów ze światem artystycznym i politycznym. Szczególne związki łączyły skamandrytów z uczestnikami walk legionowych, zajmującymi później eksponowane stanowiska w administracji państwowej. W sporze między sanacją a endecją skamandryci opowiedzieli się jednogłośnie za sanacją. W czasie wypadków majowych byli całym sercem po stronie Piłsudskiego. Dopiero sprawa brzeska, uwięzienie i skazanie posłów opozycji rzuciły cień na te stosunki.
Szczególnie serdeczna przyjaźń łączyła Tuwima z byłym adiutantem Piłsudskiego, generałem Bolesławem Długoszowskim-Wieniawą. Ten birbant i hulaka, wielki przyjaciel skamandrytów i współtwórca życia literackiego Warszawy, w latach 1928-1930 piastował funkcję komendanta stołecznego miasta. To on ratował skórę Tuwima, gdy ten wywołał kolejny skandal, publikując „Wiersz do generałów” (1927 r.), w którym wołał:
"Więc przestańcie udawać lwy,
Śmieszni ludzie, obwieszeni gwiazdami.
Pamiętajcie, że tutaj – My,
Zamyśleni przechodnie,
My jesteśmy tu generałami."
Utworem tym poeta wywołał wielkie poruszenie w sferach wojskowych i na łamach prasy. „Wielkie było z powodu tego wiersza – wspominał Mieczysław Lepecki – larum w Ministerstwie Spraw Wojskowych. Nie brakowało gorliwych, którzy chcieli poetę nauczyć rozumu, ale podnieść rękę na Tuwima nie było łatwo nawet wówczas. Wszystko załagodził Wieniawa Długoszowski”. Jednak niezupełnie. Między innymi za sprawą artykułu Adolfa Nowaczyńskiego, Tuwim został spostrzeżony przez opinię publiczną jako ten, który obraża polskich wojskowych. W kraju, w którym wojsko było symbolem i gwarantem z trudem odzyskanej niepodległości, uznano ten utwór za bluźnierczy. Spowodowało to bojkot wieczorów literackich, w których poeta brał udział. Słonimski wspominał, że podczas wieczoru w Drohobyczu Tuwim został obrzucony zgniłymi jajami i jabłkami. Uciekł ze sceny przy akompaniamencie okrzyków: „Za polskich generałów! Precz! Do Rosji w zaplombowanych wagonach! Za Zbrucz!”.
Opublikowanie „Do prostego człowieka” bardzo mu zaszkodziło
Ponownie stał się Tuwim celem ataków w 1929 r. po opublikowaniu wiersza „Do prostego człowieka”. Pacyfizm wiersza, upatrywanie w każdej wojnie interesów klasowych, były nie do pogodzenia z kultem militarnej gotowości, panującym w kraju. Utwór został odczytany jako wysoce antypatriotyczny, a autor, który ponownie wywołał skandal, tym razem pozostał osamotniony. Nawet najbliższy przyjaciel Tuwima, Jan Lechoń, był całkowicie zaskoczony jego postawą. W liście do przyjaciółki, Anny Jackowskiej, Lechoń pisał: „Ten bezwzględny, zaborczy, najniezręczniejszy pod słońcem wiersz, był dla mnie niespodzianką, która pozwala mi dzisiaj po Tuwimie spodziewać się wszystkiego. Nie rozum tego źle. Jeżeli Tuwim będzie szczerze głosił, że żaden naród go nie obchodzi – nie będę go przez to uważał za człowieka niemoralnego i zachowam dla niego tę samą ludzką przyjaźń, która nas tak głęboko łączy. Ale była między nami pewna harmonia odczuć – jak się okazuje pozorna, która moim zdaniem wykluczała takie, jak ten wiersz niespodzianki”.
 „Pojawił się – pisze Ratajczak – zarzut zdrady narodowej, wiersz został określony jako «plugawy», a od władz domagano się wydalenia z kraju tego obcego poety i wycofania z rynku jego poezji”. Tuwim był zaskoczony i przerażony rezonansem swego utworu. W jego intencji i rozumieniu wiersz ten nie był ani antypatriotyczny, ani antypolski. Wyrażał ducha europejskiego pacyfizmu, mającego korzenie w tragedii I wojny światowej.
Coraz bardziej samotnie i obco
W latach trzydziestych w niektórych kołach i grupach szerzył się antysemityzm. Pomawianie o to całego społeczeństwa polskiego jest niesprawiedliwe, jednak Tuwim spotykał się coraz częściej z atakami w związku ze swym pochodzeniem. Na krytykę odpowiadał ostro, ale boleśnie raniła go postawa grupy sfaszyzowanej młodzieży. „Nic wam nie pomoże! – wołał do pikietujących oenerowców – dzieci wasze będą uczyły się o mnie w szkołach”. I miał rację – od drugiej połowy lat trzydziestych jego utwory znalazły się w polskich podręcznikach szkolnych i są w nich po dzień dzisiejszy.
W latach tych Tuwim zamykał się w sobie. Nasilające się ataki, konieczność leczenia psychicznie chorej matki w zakładzie zamkniętym w Otwocku (1935 r.) oraz ciężka operacja wrzodu żołądka, wyzwoliły nerwicę lękową zwaną agorafobią, polegającą na paraliżującym lęku przed wolną przestrzenią. W okresie tym poeta prawie nie opuszczał mieszkania. A jednak właśnie wtedy wydał poezję najwyższych lotów – tomiki: „Rzecz czarnoleska” (1929), „Biblia cygańska” (1932), „Treść gorejąca” (1936), zawierające utwory o pogłębionej tematyce i ściszonej tonacji. Wyraźnie zwiększył się dystans między bohaterem lirycznym a resztą świata. W latach trzydziestych pojawił się ponadto w twórczości poety nowy element – przerażenie światem, którego odzwierciedleniem jest napisany w 1936 r. poemat „Bal w operze”, jeden z najsilniejszych protestów przeciw współczesności.
Jednocześnie od 1935 roku następuje coraz wyraźniejsza dezintegracja grupy Skamander. Stabilizacja życiowa poetów, obowiązki wobec pracodawców i rodzin nie sprzyjały cygańskiemu trybowi życia i wpływały znacząco na rozluźnienie więzi towarzyskich. Skamandryci rezygnowali ze zbiorowych wieczorów literackich, coraz częściej wypowiadali się we własnym imieniu. Jako pierwszy zaczął odczuwać potrzebę wyodrębnienia się z grupy Jan Lechoń. Już w 1925 r. pisał: „Po entuzjazmie młodości jest najwyższy czas, aby każdy z nas stał się sobą (…) i na to trzeba wyjść z tej atmosfery, w której wszystko jest duchową komuną”.
Sam Tuwim po 1936 r., nękany rozwijającą się chorobą, zamilkł jako poeta. Zaszyty w domu, tworzył ukochaną bibliotekę i oddawał się działalności translatorskiej. Z chwilą wybuchu II wojny światowej opuścił wraz z żoną Warszawę, a wkrótce i Polskę. Poprzez Rumunię dotarł do Paryża, gdzie spotkał grono starych przyjaciół: Lechonia, Grydzewskiego, Słonimskiego, Wierzyńskiego, Wittlina. Od razu aktywnie włączył się w proces formowania polskiej emigracji. Znów stał się członkiem grupy, którą tym razem łączyła przede wszystkim nostalgia za utraconą ojczyzną. Nastąpiło krótkie scalenie skamandrytów, skupionych wokół założonego przez Grydzewskiego w Paryżu pisma „Wiadomości Polskie Polityczne i Literackie”. Niestety, klęska Francji rozproszyła to środowisko. Grydzewski ze Słonimskim i Pawlikowską-Jasnorzewską ewakuowali się do Anglii, Lechoń, Tuwim, Wierzyński i Wittlin – przez Portugalię do Brazylii.
Początkowo stosunki między przyjaciółmi układały się bardzo dobrze. Tuwimowie wraz z Lechoniem prowadzili nawet wspólne gospodarstwo, które żartobliwie nazywali Trio de Janeiro. Obaj poeci zostali serdecznie przyjęci w Brazylii, pisano o ich przybyciu w prasie, ich wiersze tłumaczono na portugalski. Tuwima gnębiły jednak od początku wyrzuty sumienia. Odczuwał głębokie poczucie winy wobec tych, którzy zostali w kraju – matka poety została zamordowana w 1942 r. przez Niemców, w czasie likwidacji zakładu psychiatrycznego w Otwocku. Do siostry, przeżywającej naloty w Londynie, pisał pełen niepokoju i rozterek listy.
Niezastąpiony Grydzewski w dalszym ciągu spełniał rolę opiekuna i mecenasa. Pomagał materialnie, doradzał, a przede wszystkim wydawał w swych londyńskich „Wiadomościach” wiersze przyjaciół emigrantów. To Grydz, jak go nazywali najbliżsi, zainspirował powstanie „Kwiatów polskich”, zwracając się do Tuwima z prośbą o napisanie kilkunastu stron wspomnień do powstającej antologii „Kraj lat dziecinnych”. Było to, jak sam poeta określił, „piorunem szczęścia”, nagle odkrytym źródłem poezji. Po pięciu latach niemocy twórczej poeta donosił siostrze: „Piszę jak wariat całymi dniami, rzecz rośnie jak na drożdżach. Myślę, że będzie to najważniejsza rzecz, jaką napisałem w życiu”. Tak się rzeczywiście stało. Powstał wspaniały poemat, odzwierciedlający panoramę kilkudziesięciu lat. Czytelnik odnajduje tu wszystko to, co było bliskie poecie: piękno inowłodzkich letnisk, środowiska proletariackiej Łodzi, fabrykanckie enklawy, czasy dwudziestolecia i emigracyjną tułaczkę.
Po drugiej stronie
Emigracja od razu zachwyciła się poematem, umieszczając go obok „Pana Tadeusza” i „Beniowskiego”. Po dziewięciu miesiącach spędzonych w Rio de Janeiro Tuwimowie przenieśli się do Stanów Zjednoczonych. Początkowo poeta kontynuował pracę nad „Kwiatami”, ale jednocześnie prowadził coraz bardziej ożywioną działalność polityczną. Brał udział w licznych spotkaniach z Polonią amerykańską w Detroit i Chicago, współpracował z grupą komunistów, skupionych wokół Oskara Langego. Po podpisaniu w 1941 r. układu Sikorski-Majski jednoznacznie opowiedział się po stronie sowietystów. W komunistycznej prasie i podczas licznych akademii nawoływał do ścisłej współpracy i prawdziwej przyjaźni z ZSRR. Poezja stopniowo ustępowała miejsca działalności politycznej. W końcu Tuwim ostatecznie jako poeta zamilkł.
Pomimo dużej aktywności, w Stanach Zjednoczonych poeta czuł się bardzo źle. W liście do kuzynki Ewy Drozdowskiej pisał: „Gdybym musiał tu zostać, popełniłbym raczej samobójstwo, nie dlatego, że Ameryka taka straszna, ale dlatego, że straszna jest moja tęsknota za krajem”. Do tego dochodzi ostry konflikt z przyjaciółmi. Lechoń ostatecznie zerwał stosunki z Tuwimem w maju 1942 r., z powodu – jak powiadał – „jego ślepej miłości do bolszewików”. Sam, pozostając w obozie „antysowietystów”, publikował w „Wiadomościach Polskich” do 1944 r., aż do zlikwidowania ich przez władze brytyjskie za rzekomą działalność na szkodę wysiłku aliantów. Tuwim natomiast, pod pretekstem zabiegów cenzuralnych, dokonywanych na fragmentach „Kwiatów” przez Grydzewskiego, zerwał wszelkie stosunki z redaktorem i jego pismem już w 1942 r. Od tego momentu drukował swój poemat w „Nowej Polsce”. Grydzewski, który dotychczas z wielką intuicją publikował fragmenty „Kwiatów”, tak tłumaczył się poecie: „Podziwiam żywość twoich reakcji, masz czas dzisiaj i humor pamiętać o endekach, Ozonie, o tym, że Mackiewicz nie uważa cię za polskiego poetę. O tym, że w Polsce był antysemityzm (…). Na sanację dzisiaj wymyślać nie sztuka, trzeba to było robić 15 lat temu”.
Ostateczne rozbicie skamandrytów nastąpiło w roku 1942
Jak ciężko musiało być poecie, uznanemu przez dużą część emigracji za zdrajcę i bolszewika, niech świadczy fragment jego listu do Antoniego Słonimskiego z 1942 roku: „Wierz mi, że na gruncie amerykańskim jestem równie samotny jak ty w Londynie (jeżeli o dawne przyjaźnie chodzi) Leszek [Lechoń – przyp. aut.] jak chyba wiesz już o tym, w ogóle zerwał ze mną. Z Kaziem [Wierzyński – przyp. aut.] ledwo-ledwo utrzymuję naciągane stosunki, Józio [Wittlin – przyp. aut.] albo choruje, albo nadal uprawia franciszkański sposób bycia. Z resztą emigracji kontakty moje są żadne”.
To był prawdziwy koniec skamandrytów, których ostateczne rozbicie nastąpiło właśnie w 1942 r., na tle różnic ideowych. Tuwim atakowany był za swe poglądy przez emigracyjne organizacje i dyskryminowany towarzysko. Dopiero jednak w 1944 r. został pozbawiony zapomogi, wypłacanej mu przez cztery lata przez rząd londyński. Samotny i wyobcowany, czuł tym większą potrzebę powrotu do kraju oraz wielką chęć współtworzenia nowej ojczyzny. Wiązał z tym duże nadzieje, planował pisać dalszy ciąg „Kwiatów polskich”.
Po powrocie do Polski w 1946 r. od razu otrzymał eleganckie mieszkanie przy Wiejskiej, samochód z kierowcą oraz sekretarkę. W 1949 r. przyznano mu piękną, świeżo wyremontowaną willę w Aninie, którą sam nazywał żartobliwie Château d’Anin. Traktowany był niczym wysokiej rangi dygnitarz. Jednak pomimo takich deklaracji jak: „Zadaniem poetów, niechaj będzie przepalanie ludzkich serc ogniem ideału i nadziei, wiary, miłości dla nowego, lepszego świata, który wasze ręce z ruin podniosą”, jako poeta zamilkł definitywnie. Nie powrócił także do ukochanego kabaretu, szopek noworocznych. Zaszył się ponownie w swym gabinecie i tworzył nową bibliotekę, w miejsce tamtej, utraconej w czasie wojny oraz oddawał się działalności przekładowej. „Zapycham życie podrzędnymi pasjami – pisał w 1947 r. do Leopolda Staffa, swojego mistrza i nauczyciela – które grają we mnie tak samo silnie jak dawniej, zbieractwo, szperactwo, teatr”.
Szorstko i ironicznie, ale przecież prawdziwie brzmią słowa Gombrowicza, który w swoich „Dziennikach” tak scharakteryzował poetę: „Koniec Tuwima, te jego ostatnie lata w Polsce Ludowej, jakież to zasłużone. Ta słowiczość musiała się źle skończyć, musiała doprowadzić go tam, gdzie się jest już oficjalnie Poetą, dostawcą Piękna, funkcjonariuszem od szlachetności. (…) To nie był przypadek, że tralala zawiodły go do pałacowatej wilii w Aninie”.
Pomiędzy nim a zwykłymi ludźmi, kiedyś bohaterami jego utworów, wytworzyła się przepaść
Tuwim nie wrócił do gromady, nie był już „piewcą ulicy”. Pomiędzy nim a zwykłymi ludźmi, kiedyś bohaterami jego utworów, wytworzyła się przepaść. Przez młodych, wchodzących w życie literackie kraju twórców, został uznany za epigona i przeżytek. A jako emigrant nie uczestniczył w koszmarze wydarzeń wojennych i przez to nie miał moralnego prawa wypowiadania się w imieniu tych, którzy to piekło przeżyli.
Czarę goryczy dopełniało chłodne przyjęcie w kraju „Kwiatów polskich”. Tego braku zainteresowania nie mógł zrekompensować poecie ogromny entuzjazm emigracji, z jakim w dalszym ciągu przyjmowany był poemat. Nie interesowało go to, że Lechoń i Grydzewski pomimo różnic politycznych, do końca życia uważali go za największego współczesnego poetę.
„Tuwima – pisał Kazimierz Wierzyński – Pan Bóg stworzył jakby lewą ręką. Dał mu geniusz poetycki i zapomniał o reszcie. Ten czarujący i trochę zaczarowany człowiek znał się przede wszystkim na poezji i póki krążył po niej był w swoim żywiole (…). Książek czytywał mało, same słowniki i encyklopedie dziwactw ludzkich, o wielu rzeczach, o polityce plótł smalone duby”. Jan Lechoń zaś, dawny przyjaciel Tuwima, napisał: „Za sto lat będą darowane Tuwimowi adoracje Moskali, pozostaną zaś jego liczne utwory, które są arcydziełem języka i poezji”. I chyba miał rację.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź”, nr 12/2005 pod tytułem „Człowiek zaczarowany?”.

[16.09.2017 Sarrebourg, Moselle we Francji]

OKRUSZKI… NOGA (2/2)

Przez zmatowiałą szybę wysokiego okna stodoły dochodziło z zewnątrz jedyne, nieostre światło z latarenki zawieszonej nad spiczastym daszkiem ganku. 
Wreszcie poczuła się uwolniona od ucisku jego pleców. Położył się teraz na swoim materacu na wznak i rozprostował zgięte w kolanach nogi. Leżała obok niego z otwartymi oczami dostatecznie długo, aby jej wzrok przyzwyczaił się do narastającej ciemności.
- Zdrzemnąłem się - stwierdził, choć sposób w jaki się wyraził można było przyjąć za skierowane do niej zapytanie. - Boli cię jeszcze?
- Kiedy leżę, nie boli. Chyba ten okład z octu pomógł.
- To dlaczego go zdjęłaś. Trzeba było nie zdejmować bandaża na całą noc.
- Wtedy moja prawa noga byłaby cięższa.
Nie przekonała go. Wolałby, aby jej dolegliwość ustąpiła wraz z porankiem. W końcu powinni iść dalej, aby dotrzeć do celu przed niedzielą. Ofiarują bratu to, z czym przyszli, zostaną na noc, a potem nad jezioro, na cały przedmałżeński tydzień. Jeśli jednak noga boleć nie przestanie, zostaną tutaj jeszcze całą dobę, a potem będą zmuszeni złapać jakąś podwózkę do samego klasztoru.
- Nie martw się, do jutra rana z moją kostką będzie wszystko w porządku.
Grymas uśmiechu pojawił się na jego twarzy, ale nie mogła tego dostrzec w ciemności. Wyciągnęła ku niemu rękę i położyła dłoń na jego czole, a potem palcami zaplatała jego gęste, czarne włosy.
- Czy ty mówisz przez sen? - zapytała.
- A niby skąd mam o tym wiedzieć? Mówiłem coś? Słyszałaś? Nie spałem chyba dłużej niż pół godziny.
- Krócej. Mniej niż kwadrans. Śniło ci się coś?
- Chyba tak.
- Nie opowiesz mi?
- A powiesz mi, co wygadywałem przez sen?
- Nie wygadywałeś. Trzykrotnie powtórzyłeś „nie zdążyłem”.
Milczenie.
- No, teraz ty, opowiadaj.
- Wiesz, ze snów się nie pamięta.
- Ale obiecałeś.
- Niech ci będzie - spasował, uniósł się i niemal na siedząco, opierając plecy nie tylko o poduszkę, lecz także o swój plecak, powiedział: - Przypomniała mi się pewna historia…
- Tak…
- Banalna historia. Wracałem właśnie tramwajem do akademika po zdanym egzaminie wstępnym na studia. Na którymś z przystanków weszła do wagonu piękna dziewczyna, chyba również studentka, bo ten przystanek znajdował się naprzeciwko biblioteki pedagogicznej.
- Znałeś ją wcześniej? Widziałeś ją?
- Tak jakbym ją znał z widzenia, ale jeśli to była ta, o której wtedy myślałem, musiała to być studentka pierwszego albo drugiego roku, a ja dopiero dostawałem się na studia.
- I co cię w niej zauroczyło? Powiedziałeś, że była piękna.
- Owszem, ale zwróciłem uwagę na inny szczegół. Ona miała protezę lewej nogi sięgającą powyżej kolana i, jak mi się wydaje, nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić do chodzenia w niej bez większego wysiłku. Chodziła z trudem, bardzo niezgrabnie, powłóczą tą nogą, której nie miała.
- Przypatrywałeś się, jak się porusza? Nieładnie.
- Nie, patrzyłem w jej oczy, a na jej kalectwo zwróciłem uwagę przy okazji.
- I to wszystko śniło ci się przez ten kwadrans drzemki?
- Wyobraź sobie, że tak. Przyśniło mi się to spotkanie minuta po minucie, sekunda po sekundzie.
- To rzeczywiście dziwne. Ale dlaczego podczas snu powiedziałeś „nie zdążyłem” i to nie raz.
- Patrząc jej w oczy, obiecałem sobie, że pojadę z nią tam, gdzie będzie wysiadać i pomogę jej w opuszczeniu wagonu, a może nawet podprowadzę do jej domu… dokądkolwiek by poszła.
- A wiesz, że osoby kalekie nie zawsze rade są z takiej pomocy. Pragną być samodzielne, a ponadto wspomagane czyimś ramieniem, stają się bardziej widoczne, wyróżniają się z tłumu?
- Nie pomyślałem o tym, a w dodatku wyczytałem w jej oczach, że chce, abym jej pomógł, że nie odmówi mi udzielenia jej pomocy.
- I jak to się skończyło?
Jego uśmiech, którego nie mogła dostrzec w pełni, był teraz raczej szyderczym śmiechem z samego siebie.
- Tak zanurzyłem spojrzenie w jej oczach, że nie zauważyłem, jak wysiada na jej przystanku. Zahipnotyzowała mnie. Miałem przed sobą jej oczy, całą jej postać, gdy tymczasem jakiś starszy pan sprowadzał ją po schodkach wagonu. Nie zdążyłem jej pomóc i nawet nie wysiadłem za nią. Pojechałem dalej. Zniknęła mi w tłumie pieszych przechodzących na drugą stronę ulicy.
- I ten banalny epizod poruszył cię do tego stopnia, abyś musiał przypomnieć go sobie podczas snu?
- Może w to trudno uwierzyć, ale tak. Będę to pamiętał do końca życia.
- Aż tak… 
Uniosła się również i po chwili siedzieli zwróceni do siebie tyłem, oparci o swoje plecy i dalej rozmawiali.
- Nie przejmuj się, jest wiele banalnych, ale niezwykłych sytuacji na tym świecie, które nie wiadomo dlaczego gnieżdżą się w naszej pamięci. Jest w tym odrobina szaleństwa, na jakie dajemy sobie pozwolenie.
- Tak myślisz?
- A pewnie.
Wsparła podbródek na zaciśniętych piąstkach.
- No popatrz, za niecałe dwa tygodnie nasz ślub, a my kompletnie nie jesteśmy przygotowani poza tym, że ja mam sukienkę a ty garnitur. Nawet obrączki zamówiłeś na dwa dni przed ślubem. A my, co? Wybraliśmy się na pielgrzymkę do klasztoru, w którym postanowiłeś, zgodnie z ostatnią wolą swojej matki, zostawić naszyjnik jako wotum. Więcej, śpimy teraz w stodole dzięki życzliwości dobrych ludzi, wskutek kontuzji jakiej się nabawiłam brnąc z tobą przez lasy. Mało tego, mamy się udać nad jezioro pod namiot, aby powrócić do siebie na dwa dni przed ślubem, abyś zdążył kupić obrączki. Całe szczęście, że wcześniej wybraliśmy już świadków, restaurację na pięć stolików, no i oczywiście dogadaliśmy się w urzędzie na odpowiedni dzień i godzinę…
Milczał, a milczenia tak czy owak nie można zobaczyć.
… Piotr, ty jesteś nauczycielem, ja kasjerką w banku i mamy po trzydzieści pięć lat… pora by spoważnieć, co?
- No dobra, pokaż mi tę swoją nogę. Wymasuję.
- Ech, ty, przecież wiesz, że do wesela i tak się zagoi.
Usłyszeli drapanie pazurów w drewniane wrota stodoły.
Azor domagał się kolejnej kolacji.

[16.09.2017 Sarrebourg, Moselle we Francji]

OKRUSZKI… NOGA (1)

Po krótszej tego dnia marszrucie stan jej kostki się nie poprawił. Postanowił zatem, że miedzą podleśnych pól skierują się w stronę najbliższego gospodarstwa i tam, gdzieś na podwórzu albo w ogrodzie rozbiją namiot. Noc zapowiadała się chłodna, księżycowa, ale zimna się nie bali, przywykli do niewygody rosistych poranków, mgieł gęstych i kleistych, dreszczy szczękających zębami i oczekiwań na podpłomyk witającego nowy dzień słońca.
Idąc miedzą pomiędzy wyprężonymi ramionami kukurydzy i płożącymi się kłączami ziemniaków, ona, uzbrojona w kijek podróżny, poruszała się wolniutkim stępem, on zaś, targając na grzbiecie dwa plecaki (jedynie namiot jej zostawił), przygarbiony, ale szczęśliwy dostrzegając coraz bliższe budynki gospodarcze też stawiał nogę za nogą, a oddychał nie lżej niż ona. Przystawali czasem, nawet wtedy, gdy posłyszeli niedaleką, gdaczącą rozmowę kur i poszczekiwanie podwórkowego burka. Nareszcie dotarli na miejsce, stanęli za drewnianym, zużytym starością płotem.
Rozejrzał się dokoła. Za tym historycznym ogrodzeniem skleconym ze zmurszałych desek obejście wyglądało całkiem przyjaźnie i nowocześnie: ceglana komórka, długa na trzydzieści kroków, nad nią gołębnik, a na wprost podmurowane gmaszysko stodoły pokrytej szarym, blaszanym gontem. Z prawej strony piętrowy, obszerny dom, lecz z zamieszkałym jedynie parterem. Obecność ponad powałą dolnej kondygnacji rusztowania tłumaczyła, że właśnie trwają na piętrze ostatnie prace wykończeniowe, bo nowe okna już były wstawione, choć jeszcze w folii. Pomiędzy stodołą a domem mieszkalnym rosły trzy lub cztery jabłonie, pośród nich ujrzał  szeroką, szutrową aleję prowadzącą do ogrodu.
Pomyślał sobie, że jest akurat tak, jak to sobie wymarzył: ogród, sad, bliskość toalety, jeśli pozwolą z niej skorzystać, wreszcie teren ogrodzony, tyle że psa trzeba będzie jakoś oswoić, bo, o czym się przekonali, nie był to burek łańcuchowy.
Z tego pierwszego, odnawianego piętra ich dojrzano.
Mężczyzna przed trzydziestką w ciemnoniebieskim, roboczym kombinezonie zszedł po rusztowaniu na dół, gdzie przywitał go pies ujadający może nie zawzięcie ale głośno.
- Państwo do nas? - zapytał po zdawkowymi przywitaniu się z obu stron.
- Noclegu szukamy, na jedną przynajmniej noc - wyjaśnił podróżny.
Z wyrazu twarzy mężczyzny w kombinezonie widać było, że zafrasowało go zdanie jakie usłyszał.
- Ciężko będzie - stwierdził podchodząc do zamkniętej bramy, za którą podróżnicy stali. - Rozumiecie państwo, całą górę odnawiamy, a u nas - wyciągnął przed siebie dłoń i wyliczał na palcach - matka z ojcem, żona, dwie dziewuszki i ja. 
Zabrakło palców jednej dłoni.
- Mamy z sobą namiot - tłumaczył podróżny. - Chcieliśmy go tylko rozbić gdzieś w obejściu albo w sadzie.
- A, to inna sprawa - zabrał się do otwarcia furtki. - Azor, spokój, to swoi. Niech się państwo nie boją, nie gryzie, obwącha tylko i pójdzie precz.
Weszli. Istotnie, Azor obwąchał ich należycie i nawet pozwolił sobie na polizanie dłoni podróżników. Kury i kaczki wałęsające się po szerokim podwórzu, skierowały mętny wzrok w ich stronę.
- W takim razie miejsce się znajdzie, tylko wybierać.
Mężczyzna bacznie się im przyglądał, zauważając zapewne ich zmęczenie.
- A pani co jest? - zapytał podróżniczki. - W pierwszej chwili myślałem, że pani tak dla wygody z tym kijem.
- Skręciłam nogę w kostce. Już nastawiona, ale spuchła. Muszę przeczekać dzień albo dwa, zanim będę mogła swobodnie chodzić.
- A, to tak się sprawa przedstawia - wywnioskował. - Matka, państwo w gości przyszli, zmęczeni! - zawołał w stronę domu. - Z obiadu jeszcze co zostało?
W drzwiach wejściowych prowadzących na niewielki ganek ukazała się starsza kobieta, do której to mężczyzna skierował zapytanie.
Dopiero teraz zauważył ten ganek przed domem, niezbyt obszerny, ale ze stolikiem i ławką po prawej stronie.
- Proszę, państwo wejdą na ganeczek - wyrzekła kobieta. - Zaraz coś wam przyszykuję. Zjedzą sobie państwo na ganku?
Nie śmiał, ani nie chciał odmówić. W towarzystwie Azora zmierzali ku rzeczonemu gankowi. Kobieta jeszcze stała w drzwiach i obserwowała jak podróżniczka kulejąc, wspina się po trzech schodkach na platformę podłogi ganku.
- Skręciłam nogę w kostce - podróżniczka ponownie wyjaśniła.
- Słyszałam, słyszałam. A nie obędzie się bez doktora?
- Nastawiona, zabandażowana - podróżniczka podciągnęła nogawkę dżinsowych spodni.
- A jakąś maścią pani smarowała?
- Nie, ale ten dżentelmen - wskazała z uśmiechem na twarzy w stronę kompana - nastawił ją znakomicie i boli tylko przy chodzeniu.
- Maści żadnej nie mam, ale jeśli pani pozwoli, przemyjemy nogę octem. Przynajmniej na opuchliznę pomoże. A trzeba będzie to syn do apteki podjedzie, tyle że dzisiaj już zamknięta.
Syn powoli się oddalił i wrócił na piętro po rusztowaniu, na którego szczycie pojawiła się teraz postać drugiego, starszego mężczyzny.
Przyniosła im takie resztki z obiadu, które zadowoliłyby podniebienia największych głodomorów: pieczony kurczak, kapusta, surówka z porów, ziemniaki; te ostatnie przysmażone na patelni z cebulką. A kiedy jedli, na ganeczku pojawiły się dwie pięcioletnie może ślicznotki z kręconymi włosami, a tak podobne do siebie, że gdyby nie różnego koloru bluzeczki w jakie były ubrane, to nie do odróżnienia.
- Wnuczki - bliźniaczki - poinformowała kobieta stając w progu.- Prawda, że podobne. Imionami się tylko różnią, bo jednojajowe. Synowej się trafiło.
- To prawda, śliczne - potwierdziła podróżniczka.
- To Krysia - wyjaśniła kobieta. - Krysiu przywitaj się z państwem.
Ale kiedy Krysia z ochotą podchodziła do jedzących, jej śladem podążyła Zosia. I każdą z nich trzeba było choć na chwilę posadzić na kolanach i ucałować w pucołowate policzki.
- Teraz tak sobie pomyślałam, że może by państwu przygotować miejsce do spania w stodole. Pokazałabym, gdzie najczyściej, a dwa materace by się znalazły… i koce.
- Tyle fatygi… w namiocie się prześpimy - powiedział podróżnik, ale propozycja złożona przez kobietę przypadła mu do gustu.
- Co tam fatyga. Ja bym państwu pościeliła i na dole, ale część mebli znieśliśmy na dół, a piętro akurat bielone, więc zapach na dzisiejszą noc nie do zniesienia.
Porozumieli się wzrokiem co do tej stodoły, a kiedy skończyli posiłek, Azor nie omieszkał upomnieć się o swoje kości, targając w pysku własną miskę.
- Mądre i zmyślne psisko - zareagował takim stwierdzeniem podróżnik, zgarniając resztki z obiadu do psiej miski, z którą potem w towarzystwie radosnego psa przeniósł pod Azorową budę. 
- To teraz się państwo wykapią, a jak synowa przyjedzie z miasta, rozlokujemy państwa w tej stodole - wytłumaczyła kobieta. - A dla pani jeszcze okład z octu, najlepiej przed samym snem.

[16.09.2017 Sarrebourg, Moselle we Francji]

Z DZIENNICZKA (10) KIEDY ODPOCZYWA SIĘ ZBYT DŁUGO

W Sarrebourgu w Alzacji doczekałem się długiego postoju, który potrwa zapewne do poniedziałku. Pisząc, że doczekałem się, nie oznacza, że tęskniłem do takiego długiego odpoczynku. Mimo wszelkich niewygód lubię jednak jeździć, a takie dłuższe „nicnierobienie” wcale nie jest korzystne dla organizmu. Niewątpliwym plusem jest to, że więcej czasu spędzam na czytaniu i pisaniu oraz, że mam półtora kilometra do McDonalda, gdzie łapię internetowe łącze.
W dalszym ciągu zaczytuję się w felietonach Iwaszkiewicza, śledząc jego spostrzeżenia i uwagi koncentrujące się nad życiem kulturalnym kraju, teraz w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Wspomina Gałczyńskiego, Tuwima, Dąbrowską, Gajcego, Piętaka, ale też korzystając z upływających rocznic, przypomina Słowackiego, Mickiewicza, Żeromskiego i Prusa. Dla Warszawiaków zapewne interesujące jest to, że sporo miejsca w swych tekstach poświęca odbudowującej się jeszcze stolicy. Pewnym zaskoczeniem dla mnie jest to, że felietonowe dokonania autora „Panien z Wilka” niewiele przypominają jego powieści i opowiadania. Felietony są inne, bardziej społecznie zaangażowane, na wskroś optymistyczne z dużą koncentracją ciepłych słów na temat młodzieży, nie tylko tej piszącej czy związanej bezpośrednio z literaturą. Może jeszcze dzisiaj sięgnę po „Późną miłość” Singera i będę w ten sposób czytał dwie książki jednocześnie. No cóż, warto nadrobić dany przez los i spedytorów czas błogiego lenistwa.
Dzisiaj wieczorem i, mam nadzieje także jutro, podjadę pod Donalda, aby nadrobić zaległości w czytaniu zaprzyjaźnionych blogów. Mógłbym podjechać wcześniej, ale nie lubię czynić wokół tej jadłodajni tłoku - niech się Francuzi rozerwą konsumując amerykańskie „junk food”, wybierając je zamiast całkiem dobrej i smacznej kuchni francuskiej.
Korzystając z internetowego łącza, przy okazji dostaję się na YouTuba i słucham muzyki jakiej lubię, choć z drugiej strony mam pod dostatkiem France Musique na radyjku, ale przecież nie można słuchać muzyki dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Kiedy mam łącze internetowe, wchodzę czasami na stronę Onetu lub Wirtualnej Polski, aby przynajmniej rzucić okiem na to, jak się w kraju sprawy mają, a że mają się nie najlepiej, więc otwieram trzy do pięciu wiadomości i to mi wystarczy dla oglądu całego rodzimego krajobrazu. Nie chcę się nadmiernie złościć, a tabletki na uspokojenie zostawiam sobie na inne okazje (zawsze może być gorzej).
No cóż, wiadomo, że PIS przegina, ale mimo tego na popularności, jak widzę, zyskuje. Ale jak ma PIS-owi nie rosnąć, skoro opozycji pełną gębą nie ma i nie wydaje się, aby skłóceni frustraci z PO wymyślili coś mądrego do wyborów municypalnych czy późniejszych parlamentarnych.
Czasami jest śmiesznie. Przeczytałem bowiem, że pan minister Waszczykowski proponuje światu pomoc w rozwiązaniu problemu północnokoreańskiego. Zdaje się będzie miał sojusznika w rządach odkrytego przez siebie państewka San Cristobal, czy jak tam mu na imię. Ale niedawna posłanka pani Nowacka, dziś rasowa opozycjonistka (to taka przystojna pani, która nic a nic na polityce się nie zna… ba, ale szyfr zastosowałem… na naszej cyrkowej arenie pełno takich), także zajęła się koreańskimi rakietami i zaapelowała do Phenianu, aby ten cokolwiek z tymi wystrzałami przyhamował. Chciałoby się powiedzieć w przypadku tych dwu okoliczności: gdzie Rzym, gdzie Krym, a gdzie Szklarska Poręba, ale przynajmniej pośmiać się jest z czego.
Gorzej z tymi stosunkami z Francją i Niemcami. Pełne przegięcie. Ja nawet rozumiem, że łuk to takie stworzenie, co lubi się wyginać, a czasami wręcz jest to dla oddania strzału potrzebne, ale bez przesady - nadużyjesz siły, łóczysko pęknie i pędź potem do leszczynowego gaju, aby urwać jakąś sprężysta gałąź.
Wiadomo, że pan prezydent Francji, Macron też przesadza i wcale w tym co mówi i zamierza nie jest wiele tej europejskiej solidarności, natomiast obecny jest nadmiar troski o, za przeproszeniem, stan francuskiego, gospodarczego tyłka, ale też opowiadanie ze strony polskiej, że polska ekonomia ma się znacznie lepiej od francuskiej to przykład na to, jakie to żartobliwe pomysły krążą po głowach naszym rządzącym.
Z Niemcami (jestem ciekaw, czy nasza PIS-owska gospodarka już przegoniła niemiecką) to, mimo wszystko, radziłbym nie zaczynać, ale kto tam zechce moich rad wysłuchać. Trzeba było o tej kwestii rozmawiać na samym początku ustrojowej transformacji, nie zaś teraz, kiedy na Niemcy jesteśmy skazani, tak jak onegdaj na współpracę z ZSRR. 
Ale dość na temat polityki. Wrócę do kraju, to i tak się nią nasycę, by nie powiedzieć, obeżrę.
W Sarrebourgu za dnia pogoda nawet znośna, i słonecznie, i chmury; około 16 stopni w cieniu, ale kiedy noc zapada gwiaździsta a Celestynka chudziutka jak tasiemka, temperatura w sposób nieunikniony zmierza do zaledwie pięciu stopni w tej granatowej, roziskrzonej poświacie. Cóż, za pasem jesień.

[15.09.2017 Sarrebourg, Moselle we Francji]

Z DZIENNICZKA (9) O KAWIARENCE

Nie żebym jakąś szczególną estymą darzył liczby, lubował się w rocznicach, czy zmierzał do podsumowań wplecionych w magiczne uporządkowania myśli, lecz było nie było, mój cykl kawiarenkowy wkrótce figurował będzie pod setnym numerem.
Początkowo, znudziwszy się nieco pisaniem o tym i o owym, kawiarenkowy serial miał być jedynym tworzywem tego bloga, a moim zamiarem było stworzenie przed sobą i domniemanym, acz z konieczności nielicznym czytelnikiem świata cokolwiek różnego od tego, jaki mamy na co dzień. 
Główną przesłanką kierującą moje myśli ku temu wyimaginowanemu światu miasteczka o nazwie Różanów, tudzież okolicznej prowincji, było przeciwstawienie go panoszącemu się tu i ówdzie zepsuciu, nasyceniu rzeczywistości językiem plugawym, zazdrością, nienawiścią, hipokryzją, bezczelnością i, skończmy na epitetach, głupotą. Podobnież i w naszej współczesnej literaturze, i w mediach, nie mówiąc już o politycznych salonach, dzisiejsza rzeczywistość krwawi poroniona i przedstawia się jako cykl następujących po sobie moralnych kataklizmów. Upraszczając tę kwestię: nie dość, że świat jaki realnie się przedstawia, staje się nie do zniesienia, to jeszcze opisywany jest przez fakty, które li tylko tę nieznośność potwierdzają.
Miałem zatem do wyboru przynajmniej dwie wyboiste drogi: albo wpisać się w scenariusz rynsztokowej prozy życia i zajadle tępić zło rodzące się jak kamienie w polu, albo też przedstawić rzeczywistość tyleż urojoną, co służącą sobie i ewentualnej niszy czytelniczej, wprowadzając na miejsce tej podłej i nie do zniesienia dla piszącego alternatywną, utopijną ludzką osadę, w której motorem żywotnych sił napędowych przedstawionej społeczności jest solidarność, wspólność interesów, przyjaźń, bezinteresowność aż po miłość, nie bójmy się tego słowa, do ludzi.
Wybrałem to drugie, mając przy okazji na uwadze to, że będę się w tych opowiastkach starał udowodnić, że ta moja, alternatywna wizja świata wcale nie jest niemożliwa do spełnienia. Wystarczy bowiem zrezygnować na chwilę z własnego ego, zauważyć drugiego człowieka lub, co obserwujemy w kolarstwie, zaczekać na kolegę z drużyny, który miał defekt i „dociągnąć” go do peletonu. Ale czy taka postawa naprawdę wystarczy? Owszem, jeśli nie będziemy w tej roli osamotnieni, bo nawet najsolidniejsza, z rodu Prometeusza wywodząca się jednostka, nie jest w stanie przeciwstawić się rzeczywistości, z jaką staje do walki. Tu do zwycięstwa potrzebny jest jeśli nie tłum, to solidna garstka ludzi, którzy pozostawią na noc otwarte bramy swych domostw, otwierając tym samym siebie dla ludzi.
O święta naiwności, konstatuję ja i moi niszowi czytelnicy, domagasz się ode mnie baśni, pożytecznej wprawdzie, ale tylko baśni, niczego więcej. I cóż ja, mój Boże, mam odpowiedzieć na to, że pisuję baśnie? A nic nie odpowiem, robię swoje, jak nieodżałowanej pamięci Andrzej Kondratiuk, co poszedł był pod prąd współczesnym filmowym opowieściom.
Jest też w tej mojej kawiarenkowej postawie wielki na cały świat egoizm. Zaprawdę, powiadam wam, to ja mam rację w sporze pomiędzy światami. To mój kawiarenkowy świat jest słuszny i możecie nawet „wycelić” we mnie kolumbrynę, i tak odpowiem, że słuszność opowiedziała się po mojej stronie.
Nie zamierzam ukrywać tego, że ta baśń, którą popełniłem już 98 razy, nie licząc wcześniejszych, niezliczonych fragmentów, jest dla mnie osobiście bardzo ważna, gdyż kieruje moje quasi literackie zapędy ku innym opowieściom, odrębnym, rozproszonym, ku muzyce, sztuce, ku temu, czym zajmuje się mój umysł w podróży, ku poezji jaką przedstawiam, ku książkom jakie czytam, ku wierszom jakie rodzą się zwykle nocą, ku spostrzeżeniom i przeżyciom.
I choćbym się ostał jedynym czytelnikiem kawiarenkowego cyklu, nie zaniecham opowieści o panu radcy Krachu, o kawiarenniku, państwie Koteńkach czy Szydełkach, o wielu pozostałych bohaterach baśniowych opowieści, bohaterach, których wciąż przybywa, bo moją dewizą życiową jest to, że dobre, zdrowe jabłonie rodzą dobre jabłka i niech już tak zostanie.
Nie ukrywam też tego, że to moje kawiarenkowe pisanie (a nie chodzi mi w tym miejscu jedynie o kawiarenkowy serial), jeśli bywa czytanym nie tylko przez piszącego, podnosi na duchu.
Jakże miło mi było, kiedy nieżyjąca już MariaDora (od niej uczyłem się blogowego rzemiosła) skojarzyła w komentarzu moje pierwsze kawiarenkowe pasaże z „Klubem Pickwicka”, a inna z blogerek (wybacz, panie Boże, że na tę chwilę nie pomnę która… może przypomni mi o tym w komentarzu) miała na uwadze niejakie podobieństwo kawiarenki do „Profesora Tutki” Szaniawskiego. Urastam w pióropusze pawich piór czytając takie skojarzenia i pławię się w wodach niezasłużonej sławy.
Jako się rzekło moi czytelnicy (winienem rzec: czytelniczki) to najwytrwalsi z wytrwałych przedstawicieli niszowej gromady ludzkiej, bo proszę sobie wyobrazić, czy w ogóle jest do pomyślenia przeczytanie w całości tego, co w kawiarence produkuję? Sam bym tego nie potrafił i nie potrafię, a szczerze powiem, że czasu nie mam w nadmiarze na czytanie innych blogów poza tymi, z którymi zawarłem niepisaną umowę barterową na czytanie siebie nawzajem. Tym zaś, którzy goszczą u mnie, za tę poufałość i niewytłumaczalną dla mnie cierpliwość względem wszystkiego, co w kawiarence napisane, z całego, zbolałego serca dziękuję. Wszystkim innym, przypadkowo zaglądającym i tym, którzy odeszli i nie wracają, dziękuję równie subtelnie, jak na pana w sile opadającego z liści kasztanowca wieku przystało.
Jednocześnie uroczyście komunikuję, że jeśli setny numer kawiarenkowego cyklu zostanie opublikowany, nie będzie z tego tytułu nijakiej w kawiarence uroczystości. Ot, czas popłynie sobie spokojnie, jak woda w rzece, do której ponoć nigdy nie wchodzi się więcej niż raz w życiu.

[15.09.2017 Sarrebourg, Moselle we Francji]