Horacy

O, CIVES, CIVES, QUERENDA PECÚNIA PRIMUM EST; VTRTUS POST NUMMUM!
rządzącym:
"SURDO FABULAM NARRAS"
do polityków:
ODI PROFANUM VULGUS ET ÁRCEO




24 listopada 2014

Samogończyk

To był ten czas, kiedy sprawy na pozór skomplikowane  można było rozwiązać w łatwy, przewidywalny sposób. Przypomniał sobie, że od dzieciństwa przyzwyczajony był do tego, że jeśli znalazł się w impasie, jeśli ubzdurał sobie, że znajduje się w najgorszym z możliwych położeniu, to los zrobi mu tę przyjemność i niespodziankę, uczyni łaskę, wydobędzie go z kłopotu, innymi słowy, nauczył się, ze lepiej zakładać najgorsze, aby zostać obdarowanym przez los pozytywnym rozwiązaniem.
Dopiero później miało się okazać, że czarne scenariusze tez się sprawdzają.
Opuścił sale, na której tańczono, śmiano się i bawiono niestrudzenie. Wychodząc na podwórze, poczuł nagłe i zdecydowane uderzenie chłodu. Kroczył ku nocy, zimnej, gwiaździstej, oszroniałej. Dwie lampy: ta przed wejściem do szkoły i druga, przy boisku sączyły żółte, wyblakłe światło. Na boisku dwie grupki dorosłych (zapewne rodziców) rozmawiały z sobą przyciszonym głosem, choć podczas takiej mroźnej nocy głos rozchodzi się donośnie i jest się w stanie rozszyfrować większe fragmenty rozmów. Zapalił papierosa i przez chwilę pożałował, że nie włożył na siebie kurtki. Rozgrzany ciepłem szkolnych pomieszczeń zwielokrotnionym oddechami ponad setki dzieci, także rodziców i nauczycieli, sądził, krótka wyprawa w styczniową noc nie jest w stanie pozbawić go ciepłoty ciała. Tymczasem, ledwo skończył palić, poczuł przeszywający ramiona chłód, który doprowadził go do małego gospodarczego budynku, takiej polowej kuchni, gdzie przygotowywano ciepłe dania dla uczestników zabawy.
Ledwie otworzył ciężkie, szerokie drzwi, uderzył go podmuch gorącego powietrza. Po prawej stronie ustawiona była czteropaleniskowa kuchnia, oparta o dwie, przylegające do siebie ściany. Żeliwny blat kuch rozgrzany był niemal do czerwoności. Naprzeciwko kuchni, całą długość środkowej części pomieszczenia wypełniał masywny dębowy stół, a dalej, bezpośrednio przy ścianie stał wysoki i pojemny regał. Resztę pomieszczeń dopełniały trzy, cztery krzesła, wieszak, szafa na ubrania i lodówka. Trzy stojące przy stole kobiety przekładały do czterech prostokątnych garnków pocięte na cztery i sześć porcji kurczaki. Porcje mięsa były już uprzednio upieczone a zadaniem „kucharek” polegało teraz na ich dogrzaniu.
- Pan profesor tutaj? Nie bawi się? – powitała go pierwsza z kobiet.
- Mam już chyba dosyć – odparł.
- Taki młody i ma już dosyć – zdziwiła się druga kobieta – Elu, dajmy coś panu na rozgrzewkę.
Ta trzecia szybko otworzyła jedna z szafek i wydobyła z niej butelkę i cztery kieliszki, które napełniła płynem o barwie bursztynu.
- No… najlepszego – powiedziała ta druga.
Spostrzegł, że jego kieliszek jest pojemniejszy i wypełniony większą ilością płynu niż pozostałe.
- To męża samogończyk – powiedziała ta trzecia – mocny, proszę uważać.
Wypił ostrożnie, powolutku; niemal wsysał w siebie alkohol o pomieszanym smaku pomarańczy i śliwek. Zauważył, że kobiety opróżniły swoje kieliszki jednym haustem.
- Pan nie przywykły jeszcze – stwierdziła pierwsza.
- Pan profesor się delektuje smakiem – roześmiała się trzecia – po profesorsku.
Powoli przywykał do określania go mianem „profesor”, choć gdzież mu tam było do tego tytułu. Nawet sam wiek nie upoważniał do tytułowania go w taki sposób.
- Bardzo dobra wódka – stwierdził, czując jak alkohol nie tylko rozgrzewa jego wnętrze, lecz również zdumiewająco szybko „wchodzi w nogi”.
- Głowa po nim nie boli – przyznała druga.
Podszedł bliżej do rozgrzanej kuchni i przytrzymał przez chwilę otwarte dłonie nad emanująca ciepłem żeliwna płytą.
- Kiedyś miałem w domu taka kuchnię – powiedział – po dwóch stronach miała takie obmurowanie z cegieł szamotowych, szerokie na długość cegły. Stawiało się na nim garnki z potrawami, aby zachowały ciepło.
- Teraz nie produkują takich kuchni – powiedziała pierwsza.
Było mu ciepło, bardzo ciepło. Zamyśliwszy się przez chwilę, nie spostrzegł się, jak trzecia kobieta ponownie napełniła kieliszki. jemu wlała trochę mniej niż uprzednio. 
- Za pomyślność i nasze spotkanie – powiedziała – szybciutko, zanim dyrektor wpadnie.
Wypiliśmy, a wtedy druga kobieta z rozbrajającym uśmiechem wtrąciła:
- Jeżeli dyrektor wpadnie, to przecież, ze na jednego. Lubi ten nasz koniaczek.
Dyrektor szkoły lubił dyscyplinę, był wymagający, także względem siebie i, broń boże, nie nadużywał alkoholu, ale przy takich okazjach jaką była zabawa choinkowa, pozwalał sobie i innym na więcej. 
- Jest czas pracy i jest czas zabawy – mawiał – człowiek powinien umieć wszystkiego na tym świecie skosztować, byle z umiarem. 
Miał już wyjść. Powoli zbliżył się do drzwi, lecz odważył się na zadanie tego pytania:
- Czy u was zawsze tak pięknie świętujecie na szkolnych imprezach?
- A co, podoba się panu? – zapytała pierwsza z kobiet – tak, tak, panie profesorze, u nas tak zawsze. Pan wie, że moja matka taj jak i ja kończyłyśmy tę szkołę? Tradycja zobowiązuje. Ech, to były czasy. Pan nowy, młody, nie stad, to skąd ma pan wiedzieć.
- U nas szkoła to coś więcej niż szkoła – dodała druga.
- Ale i pan przywyknie, jeśli zostanie u nas dłużej – wtrąciła trzecia kobieta – bo to, panie profesorze, z tymi młodymi to różnie bywa. Do miasta ciągną, a nie na taką głucha wieś jak nasza.
- Nie wiem, na jak długo tutaj zostanę, ale podoba mi się tutaj.
- A dzieci jak pana lubią – zwróciła uwagę druga – mówią, że pan dobrze tłumaczy, zawsze uśmiechnięty, pożartuje…
- No, staram się – odparł nieco zaskoczony tą oceną – dzieciaki miłe, dobre…
- A pewni – wtrąciła trzecia – nie każde zdolne, panie profesorze. Wielu z nich na wsi zostanie i będzie z nich pożytek. Nie oszukujmy się. Są też i głąby. A boi to każdy rolnik ich dopilnuje? W pole chodzą. Tylko maszynę im daj, traktor, i zaorzą, i obsieją a potem zbiorą i wymłócą. A dziewczyny to takie panu ciasto upieką, przy stole tak obsłużą, że w wielkim mieście byłby z nich pożytek.
- Prawdę mówisz – westchnęła pierwsza – miastowe dziewuch to nakarm i pod gębę podłuż, ciuchów nakup, bo inaczej jedna z drugą obrazi się i izby nie zamiecie, garnków nie pomyje, ino by latały i wzdychały za chłopaczyskami.
- Gdyby tylko to – włączyła się druga z kobiet – ile to razy taka matka i ojca nie uszanuje. Przyjeżdża tu taka jedna do sąsiadów, z samej Warszawy, a jak wystrojona. Stąpa sobie jak ten bociek, z kamienia na kamień przeskakuje, bo tu błocko a gdzie indziej gąsior zobaczywszy takiego cudaka, pogoni, albo pies obszczeka, bo na perfumy wrażliwy.
- Dlatego podziwiam, że jeszcze chce im się uczyć, kiedy tyle pracy w gospodarstwie mają – powiedział – no, może nie wszyscy. pewni nie zdaja sobie sprawy z tego, jak ważna i potrzebna jest nauka… wiedza.
- A bo to, panie profesorze – odezwała się trzecia – czy my byśmy nie chcieli, żeby szkoły pokończyli. Niech nawet te rolnicze. Postęp w rolnictwie jest przecież, nie to jak dawniej bywało, a z takim wyuczonym to inaczej się liczą, szanują inaczej. A te najzdolniejsze, co to do gospodarki się nie garną, niech w świat wylecą jako te jaskółki, późnym latem, a tam, we świecie, bez wykształcenia ani rusz.
- Ważne, co by je wszystkie wychować porządnie, także w domu, abyśmy się za nie nie powstydzili.
Na te słowa otwarły się drzwi i do polowej kuch wszedł spodziewany przybycia dyrektor.
- Pan też, profesorze, na samogończyk przyszedł – rzekł zaraz na wejściu.
Młody nauczyciel zmieszał się, szukając w myślach słów, jakimi mógłby udzielić zręcznej odpowiedzi. Ten jednak, widząc zamęt w oczach nauczyciela, objął go ramieniem, podprowadził do stołu i skinął gł…ową do jednej z pań.
Znalazł się piąty kieliszek.
- Najlepszego, panie młodszy – przemówił.
Wypili.
- A teraz, panie Andrzeju, niech pan szybciutko na salę wraca. Młode damy chcą z panem zatańczyć. To polecenie służbowe.
Wyszedł na miękkich nogach. Pierwsze płatki styczniowego śniegu tej nocy zaczęły wirować mu przed oczami. A może to cała styczniowa noc zawirowała mu w głowie.

23 listopada 2014

Przebaczenie

Sprawa Mieczysława R., dzisiaj mężczyzny w średnim wieku, dobijającego się do drzwi z napisem „starość”, owiana była tajemnicą. Jak to się stało, że Mieczysław R. jako młodzieniec, złożył był ślubowanie, że odszuka, dopadnie i zabije tego zbira, który uśmiercił jego ojca? Czy to możliwe, że ten młodzian (kiedy go poznałem liczył sobie lat dwadzieścia pięć lub nieco mniej), stateczny, poważny i opanowany jak na swój wiek, mógł żywić się nienawiścią (przyznajmy, że uzasadnioną) nienawiścią do zabójcy swego ojca?
Powiedzmy sobie uczciwie: Mieczysław R. ojca swego nie pamiętał. Zbyt małym był wtedy dzieckiem, aby cokolwiek pamiętać z tamtych czasów. Wydawałoby się więc, że pragnienie zemsty na kacie nieznajomego sobie ojca było irracjonalne. Najprawdopodobniej musiano w rodzinie, w jego obecności o ojcu rozmawiać, przywoływać jego pamięć tak skutecznie, że w małym chłopcu do tego stopnia rozbudzono wyobraźnię i poczucie krzywdy, a konsekwencją tego stanu miało się stać owo straszliwe postanowienie.
Z biegiem czasu silne emocje i desperacja zanikły. Mieczysław założył własna rodzinę, a ból po stracie ojca choć pozostał, nie zdołał zrównoważyć szczęścia z posiadania żony i później dwu przecudnych córek – bliźniaczek. Rozmowy o ojcu ustały, choć żyła jeszcze (mniemam, że jeszcze żyje) matka Mieczysława i cieszyła się niezgorszym zdrowiem, podtrzymywanym radością bycia babką, a później także prababką.
Aliści mit zabitego ojca – męża pozostał, mit, do którego dostęp chroniony był tak przez rodzinne tabu, że dla najmłodszych pozostawiono jedynie zdawkową informację o smutnej historii życia dziadka – pradziadka, którego życie zakończyło się tak boleśnie i bezcelowo.
Ciotka Renia była właściwie jedyną osobą, z którą mogłem porozmawiać o Mieczysławie. W każdej rodzinie, jak sądzę, jest ktoś taki, kto wie więcej i pamięta więcej od innych, ktoś, dla kogo historia swego rodu czy miasteczka, w jakim wyrosła, wciąż jest obecna i chociaż na pamięci powstają coraz częściej rysy zapomnienia, to jednak ona jedynie potrafi wskrzesić pamięć, odzyskując historie, które bez niej przepadłyby bez wieści.
Zaskoczona moim pytaniem o zgodność z prawdą postanowienia Mieczysława, zdumiona tym, że dociekam prawdy akurat teraz, bez wytłumaczalnego motywu, tym chętniej gotowa była uzupełnić moją niewiedzę o fakty, o których nie miałem zielonego pojęcia.
Okazało się, że ta historia miała swój początek zgoła nieprzewidywalny dla mnie.
Zaraz po wojnie, która, nikt nie zaprzeczy, była koszmarem, młody podówczas sierżant Remigiusz R., otrzymawszy zasłużony urlop, skorzystał zeń w sposób może nie oryginalny, lecz jakże ważki dla przyszłego, choć tak krótkiego życia Remigiusza.
Na potańcówce będącej wyrazem powszechnej radości z nastania pokoju wyjednał był sobie serce u jednej z mieszkanek miasteczka, w którym oboje żyli, nie wiedząc dotąd niczego o sobie (cóż, Remigiusz podczas okupacji wkroczył na partyzancką ścieżkę a potem do polskiej armii).
Potańcówka zapoczątkowała krótki, acz intensywny związek, który zaowocował ciążą panny, rychłym ślubem, później rozwiązaniem
 i radością małżonków.
Przeszkodą w ich związku była rozłąka , którą próbował z załagodzić zaciągając się do milicji, prosząc uparcie o to, aby powierzono mu posterunek w miasteczku, skąd pochodził i gdzie mieszkała jego żona. Nieoczekiwanie przychylono się do jego prośby i został milicjantem w rodzinnym miasteczku, choć jednocześnie dano mu do zrozumienia, że wojna wprawdzie zakończona, to jednak są takie miejsca, gdzie wciąż trwa i kiedy okaże się niezbędny dla ugaszenia pożaru, to musi się liczyć z tym, że socjalistyczna Polska będzie go może potrzebować na południowo-wschodnich rubieżach kraju, gdzie trwają walki z tymi, co to ludowej władzy nie uznają, a najbardziej z ukraińskimi faszystami z UPA.
Trudno powiedzieć, czy to młodzieńcza porywczość, zapał, czy polityczne zapatrzenie w przełożonych skłoniły Remigiusza do udania się w Bieszczady z wyzwolicielską misją, nie tylko wskutek otrzymania takiego rozkazu, ale też z własnej woli. Wyobrażał to sobie tak: pojedzie, oczyści kraj z wrogów i powróci do żony, której życie z pewnością nie będzie łatwe podczas jego nieobecności, lecz odrobią sobie to z nawiązką, są młodzi i całe życie przed nimi.
Za swoją ideową niezłomność, przekonania i zapał uczyniono go dowódcą oddziału mającego unieszkodliwić jedną z band w ramach zakrojonej na szeroką skalę operacji. Jako zastępcę dano mu równego wiekiem chłopaka pochodzącego z okolic Sanoka czy Jasła, który choć nosił ukraińskie nazwisko, zdaniem przełożonych, sprzyjał polskiej władzy, brzydząc się banderowskim siepaczom, a jednocześnie ukraińskie pochodzenie miało być atutem w poruszaniu się na terenach zamieszkałych przez ludność ukraińską.
Podczas jednej z wypraw w górne partie Bieszczad, podążając za wyłuskanymi od mieszkańców okolicznych wiosek informacjami, oddział Remigiusza wpadł w zasadzkę. Ostrzelano ich. Z dwunastu ludzi ocalało trzech, w tym Remigiusz. Ocalenie nie równało się wolności. Trzech milicjantów wzięto w niewolę. Jakież było zdziwienie Remigiusza, że jego zastępca pojawił się w celi w banderowskich barwach, oświadczając swemu dowódcy z dumą, że to on sam sprokurował tę zasadzkę.
Nie silono się na przesłuchiwania Remigiusza, gdyż jego podkomendny, Roman Sameńczuk dostarczył ukraińskiej bandzie wystarczających informacji na temat rozlokowania polskich jednostek i planów operacyjnych. Na Remigiusza zapadł wyrok śmierci i nawet logicznym w tym kontekście wnioskiem było powierzenie Sameńczukowi wykonanie tego wyroku, co uczynił niezbyt chętnie i bez zbędnych okrucieństw, do jakich Ukraińcy zdążyli przyzwyczaić swych wrogów. W końcu Remigiusz był jego dowódcą, więc i przed śmiercią należał mu się szacunek. Poczęstowanego szklaneczką bimbru Remigiusza Sameńczuk wyprowadził z namiotu i pod najbliższym drzewem oddał celny strzał w potylicę. Milicjant zginął na miejscu, bez cierpień.
Oczywiście pewnie nigdy nie poznano by okoliczności śmierci Remigiusza, gdyby w końcu zdradzieckiego oddziału Romana nie wytropiono, a on sam nie znalazł się w polskiej niewoli. Ważny był również fakt, iż jeden z milicjantów porwanych uprzednio przez Ukraińców, choć ciężko ranny, przeżył i swoimi zeznaniami pogrążył Sameńczuka.
Sprawa Romana Sameńczuka, zdrajcy i mordercy znalazła się na wokandzie i, prawdę mówiąc, proces pomyślano jako pokazowy, aby wszem i wobec ogłosić, że młode, socjalistyczne państwo traktuje zdrajców surowo, lecz prawomyślnie.
Wśród publiczności była również żona Remigiusza. Zadbano także o to, aby na procesie obecna była żona Sameńczuka z dwójką dzieci, na szczęście zbyt małych, aby zrozumieć dlaczego ich ojca przytroczono kajdankami do rąk siedzących po bokach milicjantów.
Kiedy już świadkowie powiedzieli wszystko to, co do powiedzenia mieli, kiedy prokurator i obrońca wygłosili swoje mowy, odstąpiono od  żelaznych reguł procesowych i poproszono, aby głos zabrała żona Remigiusza. To posunięcie, istotne propagandowo, miało dodatkowo i ostatecznie wpłynąć na opinię nie tyle sędziów, lecz publiczności i prasy. Wydawało się bowiem, że poproszona o zabranie głosu kobieta ze łzami w oczach, wbije gwóźdź do trumny, w której miano pochować zdrajcę i mordercę. Ta jednak oświadczyła, że żaden sąd nie zwróci jej męża a synowi ojca.
- Przed majestatem sądu – mówiła – siedzi po tamtej stronie sali kobieta z dwójką małych dzieci, które podobnie jak mój syn, z woli sądu, mogą na zawsze utracić ojca. Ja, wysoki sądzie – kontynuowała kobieta – urazę do śmierci będę w swoim sercu nosić, lecz mordercy mojego męża wybaczam, prosząc wysoki sąd o to, aby mając na względzie moje przebaczenie i te dzieci niczemu nie winne, nie pozbawiał ich swoim wyrokiem ojca.
Powiedziawszy to, o ile pamięć ciotki Reni nie zawiodła tym razem, żona Remigiusza opuściła sądową salę i udała się wprost na dworzec kolejowy, a stamtąd do rodzinnego miasteczka, gdzie oczekiwał na nią dwuletni chłopiec, powierzony na czas procesu swojej babci.
Ciotka Renia nie wie jak dalej potoczyła się sprawa zabójcy Remigiusza. Jaki zapadł wyrok i czy zabójca zapłacił życiem za zbrodnię, tego żona Remigiusza dowiedzieć się nie chciała. Nie interesowała się już losem skazanego. Ciotka Renia przypuszcza, że była to jednak oficjalna wersja, jaka zapanowała w rodzinnym domu samotnej matki, a tę prawdziwą żona Remigiusza otoczyła wielką tajemnicą, nie dopuszczając do niej najbliższych. Zwykle taka niedostępność prawdy wywołuje spekulacje, spekulacje których efektem było przypuszczenie, że w sprawie zabójstwa Remigiusza nie zapadł jednak najcięższy wyrok i jego morderca pozostał na wolności.
Kiedy malutki Miecio stał się Mieczysławem, poznawszy okruchy prawdy o swym ojcu, pragnął dowiedzieć się czegoś więcej na temat człowieka, który zabrał mu ojca. I tak, ulegając podszeptom plotek i fantazji, nie mogąc zrozumieć dlaczego jego własna matka wybaczyła zabójcy tak łatwo, Mieczysław podjął próbę odszukania Romana Sameńczuka. Na pół roku zniknął z domu, jak raz po ostrej kłótni z matką. Napisał jednak kartkę z Bieszczad, później drugą i trzecią, z Mazur i Koszalińskiego. Matka czytała, wypłakiwała oczy i nie mogąc odpowiedzieć adresatowi, obiecała sobie, że kiedy syn wróci, powie mu całą prawdę.
Mieczysław powrócił, strudzony i rozgoryczony. Matka szczęśliwa, że nie spełnił danego sobie przyrzeczenia i w końcu odbyła z synem rozmowę, której nie usłyszały niczyje uszy, także ciotki Reni.
Ciotka Renia nigdy nie dowiedziała się całej prawdy i chociaż wielokrotnie korciło ją usłyszeć ją z ust Mieczysława lub jego matki, nie miała odwagi ich o nią zapytać.

W związku z tym i ja nie poznałem w całości zakończenia tej historii i podobnie jak ciotka Renia nie śmiem się dopytywać ani żony Remigiusza, ani też samego Mieczysława, nawet przy wódce.

22 listopada 2014

Fraszęta niegrzeczne


Na rozumnego
Poszedł po rozum do głowy
pewnej księżycowej nocy.
Nie zajrzał do jej alkowy,
choć wciąż krzyczała: pomocy!!!

Na heterę
Krzykliwa była jak mewa
i darła się wniebogłosy.
Dziś w klatce jak słowik śpiewa.
Tak kończą się heter losy.

Na zazdrośnika
Zazdrosny o każde słowo,
o każdy uśmiech swej żony.
Chytrość swą opłacił słono,
wpadając w kochanka szpony.

Na żmiję
Żmija ta zdradliwa
skrywała się za jego plecami.
Tak to w życiu bywa.
Przyszedł drugi  jego też omami.

Na posła
Panie pośle, w wielkim poście
Fałszujesz jak z nut.
My serdecznie mamy dość cię,
odpowiedział lud.

Na Danutę
Do władzy się przepychała
pewna Danuta, szpetna przekupka.
Od kiedy stolec dostała,
puchnie jej przyklejona doń dupka.

Na awansowanego
Zerwał się jak pies z łańcucha,
gdy tylko wskoczył na stołek.
Kto by takiego posłuchał,
dowie się, że to matołek.

Na księdza
Złożył śluby i poszedł na księdza.
Do świętej modli się Mamony.
Tak mocno umysł swój nadwyrężał…
ostały się z niego hormony.

Na feministkę
Historyczka się nazwała.
Historyk – zbyt po męsku brzmi.
Gdyby rzecz się nie udała,
zawsze w grę wchodzi zmiana płci.

Na Asię
Asi zadanie proste – w tym sposobie,
że tylko dom i praca na jej głowie.
Lecz nocą, we dnie i poranki
nie masz piękniejszej nad nią kochanki.

Na Anetę
Aneta na nosie pogrywa losowi.
Inna by łez uroniła morze.
Być może inna, ona nie może.
Ta – optymizmem tryska – każdy to powie.

Na Elenę
Eleny życie tak jest ułożone,
że szuka wciąż bratniej duszy.
Szczęściarzem ten, kto weźmie ją za żonę.
W końcu niepewność jej skruszy.

Na Jankę
Janka – buntownicza szczerze,
chciałaby świat zmienić – wierzę.
Sprawiedliwości szuka bezustannie,
czy w dzień, czy w nocy, a choćby i w wannie.

Na wierszokletę
Zachciało mu się rymowanek.
Paszkwile pisze na współbraci.
Dopóki wodę nosi dzbanek,
dopóty weny swej nie straci.


Dalibóg, dosyć tego rymowania,
lecz jeśli komu z uśmiechem po drodze,
niech mi odpuści hardych słów knowania.
Więcej fraszątek na ten czas nie spłodzę.

Wędrówka (2)

Ze snu wybudził mnie sen. Ale jaki? Transparentny, wyostrzony, alabastrowy. Mógłbym powiedzieć rzeczywisty, gdyby pomiędzy jawą a snem nie istniała zasadnicza sprzeczność. Coraz bliższy byłem odpowiedzi na pytania: dlaczego teraz? dlaczego tak wyraźnie?
Jej głowa wtulona w moje ramię. Tak to się mówi? Wtulona? Jej twarz zadawała mi się być znajoma, nawet jeśli nie spostrzegłem kryształków jej oczu. Zastanowiłem się przez chwilę nad tym, dlaczego podczas snu powieki są przymknięte jak wieko kufra chroniącego kosztowności przed światem, przed wzrokiem pożądliwym, chciwym, zazdrosnym, przed grzechem kradzieży.
Rozpoznawałem ją stopniowo, detal po detalu. Drążyłem swoją pamięć, dziwiąc się temu dlaczego mając do czynienia z tysiącami obrazów, zapamiętujemy kilka, a być może jeden, bezcenny, taka naszą prywatną damę z gronostajem, dziewczynę z perłą, szał i krzyk.
Lecz zanim rozpoznałem ją, leżącą przy moim boku, jeszcze ciepłą, wilgotną, choć zamieniona już w rytmiczny, ukołysany jak łódź wieczorną bryzą oddech, zanim mogłem zawołać ją jej imieniem, odnalazła się w moim śnie. A sen miałem wyostrzony, niemal rzeczywisty, co przeczy naturze snu, więc ona, chcąc nie chcąc, ale zapewne bardziej chcąc, bo była wytworem mojego umysłu, ale również starannie obmyślonego planu, ona podeszła do mnie. O, tak, podeszła do mnie, przypominając że obiecaliśmy sobie jeden taniec. Rozpoznałem ja nie po oczach, nie po włosach; nie rozpoznałem jej po żadnej osobnej części ciała, nawet nie po geście, nie po słowach i uśmiechu. rozpoznałem ja całą, w całej wytworności jej postaci, tak jakbym ją wyrzeźbił, jakbym był autorem rzeźby, jaką po latach spotkałem w jednym z zaułków, w rynku, na placu, ustawiona na postumencie, przez ten postument wywyższoną; spotykam ją i obchodzę z każdej strony, dotykam wzrokiem, przypominając sobie pod jakim kątem uderzałem młotem w dłuto, aby oddać najpiękniej owal jej twarzy, uchwycić ruch dłoni, zarysować charakterystycznie wzniesiony ku górze podbródek, kiedy jej usta rozchylają kąciki warg do uśmiechu. Tak się czułem.
Obnażyłem swoje wspomnienia. Dotarłem do niej nie tylko jak do wytworu moich własnych rąk, lecz również jak do modelki pozującej wytrwale, nie oswojonej jeszcze ze swoja nagością, ukazywaną przed kimś, kto mienił się nazywać artystą a był jedynie niedoskonałym odtwórcą piękna, od którego nie mógł oderwać wzroku.
A jakże, podeszła do mnie i przypomniała o tańcu. Z cała premedytacją wspomniała taniec. Miała bowiem swoja własną pamięć, którą przemawiała do mnie.
Nigdyśmy nie tańczyli, powiedziała.
Pamiętasz? Uciekłam wtedy. Może nie uciekłam. Zostałam porwana. On ubiegł ciebie. A potem? potem rozlała się rzeka, zmieniając koryto. Popłynęliśmy oddzielnie i tak płyniemy obok siebie. Jedno starorzeczem, drugie nowym nurtem. W pewnym momencie straciliśmy z sobą kontakt. Wiem, ty pewnego razu przypomniałeś się, wołałeś: hop! hop! Może słyszałam, może nie. Może nie chciałam słyszeć. Daj mi to naprawić. Naprawmy to. Ty też nie jesteś bez winy. Trzeba ci było chwycić mnie za rękę, mocno mnie objąć, przyciągnąć, unieść; nie odważyłeś się, kochany, brakło ci odwagi. Czyżbyś jeszcze wtedy bał się ciemności? Rozjaśniłabym twoje pokoje. Zresztą nie wiem. Może czas nadinterpretuje moją pamięć. A co z twoja pamięcią? Czy jest wieczna? Dlaczego oglądasz mnie z każdej strony i dotykasz mego ciała? Jeśli to robisz, to przecież widzisz, co zrobił z nim czas. Zdeformował je, zniszczył. Moja skóra należy dziś do kogoś innego. Postarzałam się, sprawdź. I tutaj, i tam, niedostatecznie nawilżona. Trzeba ją wspomagać, aby nie wyschła na proch. Dlaczego mi nie wierzysz? Patrzysz tak opętanie. Czyżbyś mnie jeszcze kochał? Czyżbyś, jak wtedy, podstępnie wykorzystał wiersz dla wyznania miłości.
Nie odpowiadam.
Obchodzę ją ze wszystkich możliwych stron świata.
Krążę wokół niej jak ziemia wokół słońca.
Milczę.
Milczący zachwyt.
Wspomnienie radosne, jak dzieło archeologa odkrywcy.
Widzę Cię taką jaką byłaś, jesteś i będziesz. Twoja sucha skóra jest skórą wilgotną. Jednym przesunięcie dłonią po twojej szyi na zawsze pozbywa ją zmarszczek a moje spojrzenie nadaje jędrność twym pośladkom i udom.
Dość.
Jeżeli będziesz stara, nie przestane kochać twego ciała. Twoje zmarszczki będą piękne nawet wtedy się zestarzeją. Precz zmysły, które doszukują się brzydoty w ludzkim ciele. jest zmysł rzucający na łopatki wszystkie pozostałe.
O, tak, mój sen był transparentny, zbyt rzeczywisty jak na sen.
Potem tańczyliśmy, przebiegle, zuchwale, wydając ze swoich ciał ostatnie poty pożądania.
Kochaliśmy się.
Wiedziałem, od samego początku wiedziałem, że taniec był kamuflażem. Nie można samym tańcem wyrwać z gardła życia, które się rozpłynęło, podzieliło na główny nurt rzeki i starorzecze.
Płynęliśmy do morza. Cały czas taką cię pamiętałem i nie zapomnę.
A teraz obudź się przy tej, która chce ci urodzić dziewczynkę. Obudź się przy mnie. Teraz już wiesz?
Wiedziałem.
To dobrze. Proszę cię tylko o to, aby już więcej nie mówił, że jestem znikąd.
Dobrze. Nie wiem, czy usłyszała.
Sprawdź czy nasz chłopiec nie śpi odkryty.
Sprawdziłem. Wszystko w porządku.
A teraz dotknij mnie tutaj. Tak, właśnie tu. Ja to już czuję. Czuje naszą dziewczynkę. Dlaczego tak patrzysz na mnie? Mam się odwrócić? Dlaczego? Uśmiechnęła się a właściwie roześmiała, tłumiąc śmiech zbliżeniem otwartej dłoni do ust. Nie musisz sprawdzać. To ja.
A ty, to ty.
Pięknie tańczysz, powiedziała.
Pięknie tańczymy oboje, uzupełniłem.
Potwierdziła energicznie potakując głową.
Spojrzała na mnie, to znów dotknęła wzrokiem naszego śpiącego synka.
Gdzie jutro idziemy, zapytała.
Poprowadzi nas droga.

Droga.

Wędrówka (1)



Powinieneś wyjść naprzeciw. Odwagi. Ściskam jego dłoń. mała, niepozorna, chłodna. Spogląda w moje oczy. W jego oczach dostrzegam postępujące bezpieczeństwo, jakie poczuł w mojej dłoni zaciśniętej na jego.
Wiesz w jaki sposób odważyłem się poruszać w ciemności? Opowiadałem to wielu osobom. Teraz tobie. Moje mieszkanie składało się z pięciu pomieszczeń ułożonych w jednej linii. Mówiło się, że ten przedpokój i trzy pokoje były przechodnie.
Jaki piękny chłopiec! Ma pan chłopca?
Przybłąkał się. Wziąłem go za rękę i tak go prowadzę.
Skąd jesteś, mały? Pochyliła się nad nim. Pogłaskała czule.
Nie wiem. Przechodziłem tylko.
Ach tak. Mogłabym panu urodzić takiego samego chłopca, gdyby pan chciał. Albo dziewczynkę. tak, dziewczynkę.
Nie wiem, czy chciałbym. Jeden chłopiec zupełnie mi wystarczy.
Czy mogę przynajmniej potowarzyszyć w spacerze? Chwyciła jego druga dłoń. Nie była zainteresowana moja odpowiedzią. Ależ ma zimne dłonie.
Najpierw zapaliłem światła we wszystkich pomieszczeniach. Następnie, przechodząc od kuchni przez przedpokój i tak dalej, wygaszałem kolejno światła, aż w końcu znalazłem się w ostatnim pokoju. Wracałem do kuchni w ciemności, po omacku. Nie paliło się żadne światło, rozumiesz? Od tej pory przestałem się bać ciemności.
To straszne, powiedziała. Jak można tak się samemu straszyć. Dziecko wymaga opieki. Jak będzie ciemno, chwyć mnie za rękę. Mamusia cię przytuli. Pocałowała go w czoło. Widzi pan, jak radośnie kroczy?
Skoro tak, to idźmy.
Dokąd?
Zaraz zapadnie zmrok, wstanie księżyc. Pójdziemy jego śladem.
Chłopiec rzeczywiście był zadowolony. Trzymał się mocno naszych dłoni, wspinał się na palce, podskakiwał, a nawet zwisał swobodnie, podkurczając nogi. A my, boże drogi, w naszych oczach odbijały się płomyki zachodzącego dnia.
Ja dam mu odwagę, a ty?
Myślała chwilę. Potem jeszcze jedną i jeszcze. Obdarzę go ciepłem, zaopiekuję się nim. Jestem kobietą.
Jesteś.
I urodzę ci dziewczynkę. Będziesz ją ochraniał, synku. Odchyliła włosy z jego czoła. Pewnie, że będziesz. Starszy brat powinien opiekować się młodszą siostrzyczką, taką małą, nie potrafiącą jeszcze mówić, lecz przepięknie uśmiechniętą albo rozbeczaną, bo takie małe istotki dają światu świadectwo swojej obecności także poprzez płacz. Jak cudownie iść z wami. Pokochałam was.
Szliśmy.
W takim razie posadzimy drzewo, chłopcze. To nasz obowiązek. Drzewo może rosnąć pod naszym domem albo gdziekolwiek indziej, tyle że wtedy należy do dołka włożyć butelkę, a w niej ukryć kartkę z napisem wyjaśniającym kto i dlaczego zasadził to drzewo.
Powiedziała, że drzewo sadzi się z wielkiej miłości, przyjaźni, nie inaczej.
Ach tak, westchnął mały.
Można tez przyczepić do pnia albo do gałązki taką etykietę. Może nawet nazwiemy to drzewo.
Potwierdziłem, że można je nazwać, ale nazwiemy je wspólnie.
Szliśmy. Zstąpił na ziemię mrok, zaczernił się nieboskłon, spurpurowiały na zachodzie. Nieśmiało zabłyszczały najodważniejsze źrenice gwiazd. Pomyślałem, że albo wzięliśmy się z przypadku, albo też jesteśmy przedmiotami starannie przygotowanego planu, w którym przypadek nie istnieje. Pojawiłem się w pewnym miejscu i określonym czasie sam, nie wiedząc, skąd przyszedłem, choć byłem świadomy własnej przeszłości, urzekającego dzieciństwa i  zagmatwanej młodości. Miałem ojca swego i matkę swoją, i miałem w pamięci dobro, jakim mnie nakarmiono, i zło, którego nie mogłem uniknąć. Jedno i drugie pomieściłem w swojej głowie, tak jak niezbędne przedmioty targa się w walizce czy plecaku. Aby nie tkwić w jednym miejscu przemieszczałem się, odnajdując nowe krainy istniejące dotąd w wyobraźni; odwiedzałem też te miejsca, w które już odwiedzałem, w których byłem nieczęstym gościem. Życie wokół mnie toczyło swoje wody, lecz nie stałem na brzegu, obserwując bystry lub leniwy prąd, niosący kamienie i kłody powalonych drzew, a innym razem jedynie lepki, śliski muł. Płynąłem wraz z wodami rzeki: raz pod prąd, kiedy indziej w stronę źródeł rzeki, a czasami przedostawałem się z brzegu na brzeg mostem, z przewodnikiem łodzi, promu, albo też przechodząc wpław, brodząc po kolana w wodzie, płynąc, przeskakując z kamienia na kamień.
Życie to ruch.
Az wreszcie przybłąkał się chłopiec. Nie wiadomo skąd i dlaczego przylgnął do mnie, przypadkiem, na mocy zaplanowanej intrygi. Podszedł do mnie i ja podszedłem do niego. Przypasowaliśmy się do siebie jak równoważące się oczka w klockach do gry w domino, jak dwa sprzęgnięte z sobą koła zębate w mechanizmie zegara czasu. Spojrzał na mnie i ja na niego spojrzałem. Nie musiał nic mówić, lecz powitał mnie dobrym słowem. Odpowiedziałem dobrym słowem. Nauczono mnie tak właśnie odpowiadać na każde słowo, choćby raniło. Ten chłopiec był jeszcze zbyt mały, aby móc kogokolwiek zranić.
Jeśli już spotkaliśmy się, przyjrzeli sobie, powitali, to pozostało nam chwycić się za dłonie i iść razem.
Ludzie powinni szukać wspólnych dróg.
Dlaczego tak oczywiste i łatwe do zrozumienia prawdy najtrudniej przedostają się przez skorupę naszego ciała?
Iść w jednym kierunku, tak jak ja z tym chłopcem, który się przybłąkał. Niewiele piękniejszych uczuć.
Szliśmy więc we dwójkę, dopóki nie dołączyła do nas ona. Pojawiła się nieproszona, nie oczekiwana. Skąd jesteś? Myślałem o tobie? Wywróżyłem? A może tak jak ja i ten chłopiec, który się przybłąkał do mnie, jesteś owocem połączeniem przypadku i zmyślnego planu.
Nie dość, że przybyła znikąd, nie znam jej, albo ją znam, poprzez dłonie dziecka połączyła się ze mną w bratnim uścisku, ale także w uścisku innym, nie mniej trwałym węzłem. W jednej chwili stała się chłopcu matką, a skoro tak, to mnie żoną, obiecującą córkę. Skoro tak miało być, skoro i ona się przybłąkała, powitaliśmy się spojrzeniami, skoro dziecko zyskało matkę, to dlaczego nie odbyć tej wędrówki wspólnie. Jeśli idzie się we troje to mamy trzy pary rąk, sześć nóg i trzy głowy.
Łatwiej.
Trzeba przystanąć. Rzeka w pewnym momencie zatacza krąg, tworzy zakola, meandry, jakby szukała dla swych wód odpoczynku.
I nogi nasze poczuły znużenie, a nasze żołądki dopominały się pożywienia. Zarzuciliśmy więc sieć. Przystanęliśmy. I znalazł się dla nas pokój, twórco niezwykłych przypadków. uczyniłeś to dla nas. Nie pogardziliśmy. Nie dlatego, że poczuliśmy się znużeni. Nie odmawia się przyjmowania podarunków, nie odmawia się dobra. Jakże trudniej jest nauczyć się tego, że istnieją podarunki nieszczere, napiętnowane złem. Należy odróżniać jedne od drugich, przez całe życie.
Dlatego ja nauczam chłopca odwagi, męskości; ona zaś ochrania go miłością, bo wie, że tylko ten, kto w miłości chowany, rozniesie ją po świecie jak ziarno albo pokruszony chleb pomnoży, rzucając go rybom.
Posililiśmy się.
Nasze żołądki trawią.
Płuczemy nasze strudzone ciała.
Ścielimy posłania.
Śpij spokojnie, synku, mówi do niego, przykrywa, całuje w czoło, opowiada jedna z tych historii, która zapamiętała, którą przeżyła, którą widzi jako zapowiedź przyszłych dni, przycisza głos. W pokoju ciemno. Chłopiec uśmiecha się. Nie boję się ciemności, stwierdza. Mów, mamo, mów. Matka kontynuuje opowieść , aż w końcu powieki chłopca opadają pod ciężarem snu.
Ciała odkrywają swoje tajemnice. Urodzę ci, słyszę jej słowa. A teraz bądź przy mnie, we mnie, niech poczuję ciepło, twój smak i zapach, twoja bierną przyjemność i zuchwałą rozkosz, jesteśmy tak niestrudzenie połączeni. Potem jest spełnienie, uspokojenie, fale, falujące wody ledwo dotykające brzegów, łaskotliwe, drżące, lękliwe, fal pocałunki, spojrzenia, uśmiechy, twoja twarz odbijająca się w wodzie jak gwiazda, moja twarz księżycowa, jak owoc pomarańczy, i snopy iskier krzesane, ledwie pociśniesz opuszkami palców skórę, pierś, ramię; zwarcie, kiedy smakujesz ustami szyję; piorun, kiedy głowa spoczęła na podbrzuszu.
A teraz sen.
Zasługujemy na sen.
Potwierdziła.
Zasługujemy na siebie.
Przytaknąłem.

Zasypiamy.
(cdn.)

21 listopada 2014

Spacer Wilhelminy


Wilhelmina z dzieckiem w wózku przechadza się parkową aleją. Przyjmuje uszanowania. Ach, jakie piękne! Czysta mama. Do mamy podobne. Wózek sprezentował stryj. Miękkie wyścielenie. Spore kółka. Pcha się lekko. Stryj zawsze był za. A do tego taka niewdzięczność spotkała Wilhelminę.
Na świeżym powietrzu pojawiła się po raz pierwszy od miesiąca. Połóg a potem ta choroba.
Myślę, że brwi i oczy ma po ojcu, mówi i kończy szybko, jakby ktoś położył otwarta dłoń na jej ustach. W parku nie wspomina się o ojcu.
Aleja parkowa, jedna z wielu, obsypana liśćmi. Ktoś w oddali je uprząta. Tworzy pryzmy. Przygotowuje do wywózki.
Doprawdy piękne dziecko.
Dziękuję, odpowiada, tak mówią, że ładne. Cztery miesiące prawie, a dzisiaj taki słoneczny dzień. Trzeba wykorzystać.
Słusznie, potwierdza pan w kapeluszu i dwoma palcami, wskazującym i kciukiem, uchyla ronda. Uszanowania dla pani rodziców.
Już dobrze, stryj do Wilhelminy, przede wszystkim postąpił niegodnie, jak niemężczyzna. Mówiłem to twojej matce. Biedaczka. Najpierw powie, potem pomyśli. Z każdą sprawą, z każda sprawą do mnie, pamiętaj Wilhelmino.
Na jednej z pryzm zawirowało. Wzleciały ku górze liście. To rude wiewióreczki wszczęły walkę lub bawią się. Pokazałabym ci te zabawne stworzenia, mówi Wilhelmina, a ty spisz, ech, a nocą będę kilka razy wstawała.
Późny październik a słońce praży lipcowe. Wilhelmina uśmiecha się, przechodząc zamiecioną aleją, która ponownie przysypywana jest klonowymi i grabowymi liśćmi. Sprzątający nie zwraca na to uwagi. Kontynuuje wygrabianie liści z pasa zgniłej zieleni przylegającego do alejki, operując najzwyklejszą miotłą.
Teodorze, nie powiedziałbym, że sprokurowała ujmę na twoim honorze. Ot, zapragnęła raz czułości, doznała olśnienia, zauroczenia. My sami w tym wieku nie byliśmy wolni od przygód, a wiesz, że nam było łatwiej. Przecież jej z domu nie wyrzucisz. Ach, ten stryj, dobry i wyrozumiały, przepił z ojcem Wilhelminy całą butelkę szkockiej jednorodnej whisky.
Usiadła na jednej z ławek, twarzą do słońca. Przymknęła oczy. Dziecko śpi. To z powodu zdrowego powietrza. Ono działa jak nasenny narkotyk. A jeden klonowy liść opadł na daszek wózka, opadł, pobył chwilę i zsunął się na chodnik.
Jest blada, zdenerwowana, pierwsza ciąża w wieku 25 lat. Wcale nie tak wcześnie. Zapewnimy jej jak najlepszą opiekę. Może być pani spokojna o córkę. To nawet lepiej, że zdecydowaliście państwo oddać  córkę na oddział na dwa tygodnie przed rozwiązaniem. Teraz córce potrzebny jest spokój. Matka przebolała to niesłychane w rodzinie wydarzenie. Przychodziła każdego dnia, obserwując powiększający się brzuch Wilhelminy.
Przysnęłam na chwilę, a ono wciąż śpi. Jak jej dać na imię? Serafina?, Weronika? Kordelia? Jak pięknie oddycha. A wiewiórek już nie ma. Pobiegły gdzieś. Ile ja jestem na dworze? Godzinę?
Stryj powiedział, że z ojcem sprawa załatwiona. Możesz sobie spokojnie leżeć. Czytasz coś? Słuchasz czegoś? Pielęgniarki, widzę, skaczą tu wokół ciebie. Poprosiłem jedną, że kiedy to nastąpi, mają do mnie koniecznie zadzwonić. Będę uciekał. Nie chcę się spotkać z twoja matką.
Kochanie ty moje. Odchyliła czapeczkę i ucałowała główkę dziewczynki. Ależ delikatną masz skórę. I te łapki. Kosteczki mięciuchne. Będziesz Weroniką, wiesz. Stryja dam ci na chrzestnego ojca. Posunięty w wieku, ale to nic. Weroniko, powiemy mu? Powiemy?
Ojciec, Wilhelmino, nie mógł przyjechać. Wiesz, prowadzi nader skomplikowaną sprawę, i, nie ukrywam, wielce intratną finansowo. A prestiż? Rozumiesz, córeczko? Ale ten bukiet kwiatów to od niego. Sam zamówił. Ja tylko odebrałam z kwiaciarni. Pojutrze masz termin, słyszałam.
I znowu ktoś w miejskim parku. Przechadza się. Starsi państwo.
Jakże miło panią spotkać. Zaglądają. jedno przez drugie. Śliczności! Ciszej, bo śpi, nie widzisz? A pani, Wilhelmino, jakże z pani zdrowiem? Kryzys minął. Wiemy, wiemy. Mąż telefonował do pani ojca. Prosimy przekazać ukłony od nas panu Teodorowi.
Widzisz, przyjechałem pierwszy. Tylko trzy minuty dano stryjowi, aby mógł się nacieszyć widokiem dziecka. Patrzył na nie. Leżało w łóżeczku obok. Spało. Wilhelmina była słaba. Poród nie bardzo ciężki, ale zawsze to wysiłek dla kobiety, zwłaszcza pierwszy. Stryj uśmiechnięty, spocony, nie pierwszego wieku i urody, siwiutki lecz sprężysty, nawet wysportowany, wystarczy zobaczyć jak prezentuje się podczas konnej przejażdżki.
Los poskąpił mi potomka, Wilhelmino, więc ja trochę tak sentymentalnie się odnoszę. Głos wyraźnie mu się załamywał, choć przez całe życie zachowywał męską twarz. Musisz mi pozwolić na to, aby twoja dziewczynka była moim oczkiem w głowie. Będę ją wspierał, pamiętaj.
Dosyć siedzenia. Jeszcze tylko tą alejką do końca a potem na skróty do domku. Mówiła to niby do siebie, a przecież do dziecka. Nie można kosztem spaceru zmieniać pory karmienia.
Podjechał traktor z przyczepą i pracownik służb porządkowych miasta zaczął od tej najodleglejszej pryzmy. Automatycznie i monotonnie wsuwał widły pod stertę liści, unosił je i napełniał nimi przyczepę. Wilhelmina przechodziła obok. Zrobił pauzę i przyglądał się jej nieskromnie. Figura Wilhelminy nie dawała po sobie poznać, że należy do młodej matki.
Wybrałam ciebie właśnie dlatego, że mieszkasz bardzo daleko stąd. Nawet nie skupiam się na twoim wyglądzie, nie oceniam, czy jesteś przystojny. Jesteś, więc tym lepiej. Tylko bez takich numerów, że będziesz mnie szukał, że przypomni ci się, że jesteś ojcem. Ach tak, więc jesteś żonaty. Tym lepiej. Nie chcesz komplikacji. Ja też nie chcę. Chce mieć po prostu dziecko. Tylko proszę cię, zachowujmy się tak, jakbyśmy się kochali. Bądź czuły. Dziecko powinno być poczęte z miłości. A teraz mnie rozbierz, kochany.
Wilhelmino, już się martwiłam. Dwie godziny spaceru wystarczy. Jeszcze się nie obudziła? Matka pomogła Wilhelminie wnieść wózek na taras, a potem przejechały nim przez hol i zatrzymały się dopiero w salonie. Wujostwo zapowiedzieli wizytę jak im powiedziałam, że czujesz się lepiej. A wiesz, że twój ojciec powoli oswaja się z myślą, że jest dziadkiem. Dzisiaj rano, kiedy spałaś, tak pięknie gaworzył ze ślicznotką. Wyobraź sobie, że kazał klientowi na siebie czekać. On, który zawsze jest taki punktualny. Jakie imię jej wybrałaś? Weronika? Piękne. Nie zmieniłaś zdania względem wyboru chrzestnego ojca? Upierasz się przy stryju. Wiekowy, lecz twój ojciec na pewno go zaakceptuje. Co byś powiedziała na to, aby matką chrzestną dziecinki była nasza kuzyneczka Florentyna?
Wilhelmina przy kolacji powiedziała rodzicom, że dnia następnego udaje się z wizyta do stryja, oznajmiając mu o swoim wyborze. Każdy by się domyślił, że chodziło jej też o coś innego. Chciała zdradzić stryjowi tajemnicę poczęcia Weroniki.
To była spokojna noc. Weronika nie zapłakała ani razu. Także z tego powodu spacer Wilhelminy okazał się niezwykle ważnym wydarzeniem.


20 października 2014

Limeryków niecnych trójca nieświęta

*
Pewną kobietę spod Namysłowa
we dnie paskudnie bolała głowa.
Aż musiał czart przyjść nocą
z czartowską swą pomocą.
od tego czasu niewiasta zdrowa

**
Pewną niewiastą z miasta Milicza
kierowca furgonu się zachwycał.
Raz przed domem jej stanął
i nazwał swą wybraną.
Omdlał, gdy zdjęła maskę łotrzyca.

***
Pewna kobieta, zresztą Mielczanka
usiadła raz chłopcu na kolankach,
a chłopiec duży, niebożę,
pomyślał, że wciąż może.
a nie mógł – nie dla chłopca hulanka.