O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

26 maja 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (12)

Czy to normalne, że przychodzi mi się cieszyć z perspektywy drugiego  w tym roku wózkowego spaceru, albo z tych ułamków filmów pamiętających czasy mojego dzieciństwa, obejrzanych po latach w internacie spektakli teatralnych, czy też książek - tych pierwszy raz wziętych do ręki i tych czytanych już raz, dwa razy, a może  więcej? Na obronę tego ostatniego Sokratesa powiem, że chyba nie ma nic dziwnego, gdy wraca się do pięknych, dawno poznanych krajobrazów, do ludzi, z którymi prowadziło się przepiękne rozmowy, do sytuacji wymownych i wpływających, do tego wszystkiego, co stanowiło niezaprzeczalną treść, sól ziemi czarnej, piaszczystej, całego Mazowsza. Niech mi będzie wolno zabrać na swoją wyspę bezludną (kto pamięta taki program w dawnej publicznej telewizji polskiej?) ludzi, myśli, naturę i rekwizyty... oj nie byłaby to wyspa bezludna.
A piszę o tym wszystkim tak jakbym był podekscytowany, pozytywnie nastawiony, a to przecież nieprawda, bo oto wczoraj na dobre straciliśmy wolność, nastały siermiężne czasy Bieruta - padł ostatni bastion niezawisłości.
Ale spokojnie... dla pokrzepienia serc kilka obrazów mojego ulubionego mistrza, Paula Gauguina. Dzisiaj pejzaże.
Na przykład ta "Ścieżka pod palmami"

... albo ten krajobraz z pawiami

...albo taka wioseczka na Tahiti

... lub ta kobieta na tle palm

...jeszcze jeden polinezyjski obrazek

... i ten krajobraz widziany oczami przybysza z Europy
Dlaczego Gauguin? Chyba jasne. W czasach dyktatury każdy ułamek pozytywnych barw jest dla kończącego się powoli życia niezbędny... jak tlen.

[26.05.2020, Toruń]



24 maja 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (11)


1.
 Martwią mnie te obrazki ze stolicy, te zastępy policji wystawione naprzeciwko garstki protestujących, straszne, i pan prezydent Duda, który w Garwolinie na pytanie jednej z pań, dlaczego policja użyła przeciwko protestującym gazu pieprzowego, odparł, że policja zareagowała w ten sposób, aby zapobiec burdom ulicznym, czym udowodnił, że ja i pan prezydent żyjemy w różnych rzeczywistościach, bo jeśli mowa o burdach, to mnie się wydaje, że czynią ją właśnie policjanci dowodzeni przez usłużnych dowódców polityków najgorszej ze zmian. Niedawno pisałem o tym, że po ewentualnym zwycięstwie Dudy możemy się liczyć z represjami, aż do utworzenia obozów pracy dla przeciwników politycznych. Czy ostatnie zachowania policji to uwertura tych prześladowań?

2.
 Miałem już kiedyś o tym napisać, co wiąże się z tekstem powyżej. Zacznę od tego, że obserwując twarze tych zakwefionych policjantów i policjantek, którzy z taką lubością legitymują wszystkich, których spotkają na swej drodze, spostrzegłem, że wielu z nich to ludzie młodzi lub bardzo młodzi, których nauczono znajomości dwóch-trzech przepisów kosztem konstytucji. Próżno oczekiwać od nich odpowiedzi na zadane im pytania, próżno też dowiedzieć się, kim są ci napastujący przechodniów ludzie. Niektórzy z nich mają dość specyficzne poczucie humoru, jak ten młodzian w mundurze, który zapobiegł wrzucenia listu do skrzynki pocztowej zbawiającego Polskę Jarosława, a na pytanie jednego z dziennikarze dotyczące charakteru obowiązków tegoż konkretnego policjanta, wyraził się, że ochrania skrzynkę pocztową wodza, a jest to przy okazji (serio, wypowiedział się w ten sposób) jego hobby.
Wróćmy jednak do głównego wątku. Zastanawiałem się, skąd biorą się "te policjanty szyte na miarę ZOMO". Czy nie wywodzą się oni z tych tak licznie w ostatnich latach wyrosłych w naszych średnich szkołach liceach i klasach mundurowych czy wojskowych, jak zwał tak zwał to dziwactwo nastawione na jakże potrzebne naszej gospodarce strzelanie, dzisiaj do tarcz, jutro do ruchomych celów. Jestem gorącym przeciwnikiem tego typu szkół uczących młodzież przemocy i pseudo-patriotyzmu. Z ogromnym rozczarowaniem przyjąłem do wiadomości, że moje cudowne liceum ogólnokształcące, mające za patrona Adama Mickiewicza również zawiera w sobie klasę wojskową, a też i szkoła, której dyrektorowałem  wypuściła lu wypuści absolwentów tej specjalności. Prawdopodobnie absolwenci o specjalizacji wojskowej zasilają obecnie "terytorialsów" Macierewiczą, "karierzą" w policji, służbach miejskich i więziennych bądź też w zawodach ochroniarskich. Podejrzewam, że służba w tych szkołach oparta jest na wyuczeniu młodzieży: sprawności fizycznej, którą mogą się wykazać przy obezwładnianiu obywateli, strzelania z gumowych pocisków do tłumu, rozpraszania tegoż tłumu i zaciągania co żwawszych jednostek do policyjnych suk oraz wyrabianiu absolutnego posłuszeństwa wobec dowódców - czytaj: pisowskiego patriotyzmu. Prawdopodobnie przesadziłem.

3.
W czasie pisowskiej dyktatury i związanej z nią kwarantanny przerzuciłem się na słuchanie i oglądanie spektakli polskich teatrów w wersji on line; także ściągnąłem sobie parę książek do przeczytania, w tym "Zamku" Kafki i "Siekierezady" Stachury. Denerwują mnie: zbliżające się wybory, chamstwo i naiwność w sieci, niestabilność emocjonalna władz, robienie kasy na pandemii przez klan Szumowskich i wiele, wiele innych spraw i sprawek, wokół których trudno nie przechodzić obojętnie, a żyć trzeba.
Żyć trzeba, więc żyję, i noga mi się poprawia, choć po dłuższym siedzeniu czy chodzeniu lewa stopa mi puchnie, a przy okazji ta prawa, zdrowa noga walczy z lewą o pierwszeństwo do bólu. Ostatnio połamało mnie w ramionach obu rąk (czy od kul?). Zrobię sobie jakiś ruch nieopatrzny i na minutę zastygam w potwornym bólu, tak jakby ktoś usiłował mi wykręcić rękę z barku. Ale pomyślnym zbiegiem okoliczności po tej minucie ból mija i tylko trzeba uważać, aby nie wykonać jakiegoś fałszywego ruchu tą czy drugą kończyną. Czekam z utęsknieniem na kolejny wózkowy spacer, który winien być dostosowany do warunków atmosferycznych, a te zmienne są jak kobieta puch marny.

4.
Najmilsze i najśmieszniejsze rzeczy wiążą się z moimi/naszymi suczkami. Panna Adelka w konkursie na śmieszydełko miesiąca przed zaśnięciem bierze w zęby Żółwika lub Hipka i spaceruje z tą zabawką po pokojach, po kuchni. Na nic tu opis - należałoby to na własne oczy zobaczyć jak Adelka (inne nazwy gadziny - na każdą reaguje: Ada, Adula, Aduśka, Duśka, Dusia) zajmuje się pluszakiem i przypomina w tej troskliwości swojej małą dziewczynkę nie rozstającą się z ukochaną laleczką.
Teraz słów parę o drugim stworzeniu - Maszy. Pisałem już o tym coś w rodzaju tego, że o ile Duśka dysponuje własnym światem i bywa przez to niepokorna (wrodziła się we  mnie, pisz wymaluj Andrzej), Masza jest realistką i mimo młodszego wieku to bardzo dobrze ułożona suczka. A o jej ułożeniu najlepiej świadczy to, że podaje łapę - przysięgam, że nikt tego jej nie uczył, zresztą i yoreczka, i biewerka rozpuszczone są jak bicz stryja z Tarnopola. Ale aby z ochotę podała swą kosmatą łapkę (i to nie raz), należy odbyć pewną ceremonię, czy rytuał, jak kto woli. Otóż panna Masza sadowi się na oparciu kanapy, zbliżamy się do niej, tak na oko, na wyciągnięcie psiej łapy oraz całujemy Maszkarona po kolei: w lewy policzek, potem w prawy (nastawia), następnie w czółko (pochyla łebek) i w końcu prawą ręką dokonujemy przymilnego, szerokiego głasku. Po tych okolicznościach Masza unosi wysoko łapkę (niemal zawsze prawą) i podaje ją nam do uszanowania.
Oprócz opisanej wyżej procedury Masza potrafi posłużyć się łapką w innej, konkretnej sytuacji, a mianowicie kiedy ktoś z nas zbyt długo wpatruje się w smartfona, Maszkaron poczytuje sobie za obowiązek ukrócić naszą czynność poprzez wymuszenie łapką podania jej dłoni, bądź też poprzez bezczelne wyrwanie z naszych łap komórki.
A skierowany ku nam wzrok mówi:
- Zajmij się mną!!!

[24.05.2020, T.] 

22 maja 2020

WYJĄTKI Z ŻYCIA PROFESORA FILOZOFII, W DODATKU ETYKA (2)


W tamtych czasach nad dwuskrzydłowymi oszklonymi drzwiami wejściowymi do tego miejsca widniał szyld z napisem „Klubokawiarnia Miejska” i w każdy piątek i sobotę o godzinie siedemnastej w kawiarni rezerwowano stolik dla czterech mężczyzn: właśnie dziadka Stanisława, pierwszego buchaltera największego zakładu w mieście, pana pułkownika w stanie spoczynku, poruszającego się przy pomocy laski, magistra farmacji urzędującego w jedynej podówczas aptece miejskiej oraz emerytowanego urzędnika magistratu o bardzo znacznej, ciężko zapracowanej przez lata pracy od zakończenia światowej wojny społecznej pozycji. Panowie ci aż do godziny dwudziestej drugiej zaszczycali swoją obecnością znakomite miejsce za jakie uznawano kawiarnię; zamawiali na przemian herbatę i kawę, także niewielkie ilości słodkości, w tym lodów, a zajmowali się rozmowami, od tych błahych, obrazujących świat codziennych obywatelskich, urzędniczych i pracowniczych zmagań w mieście Z. po dysputy zgoła filozoficzne. Niejednokrotnie czytano gazety i tygodniki dostarczane przez właściciela lokalu, a  przytwierdzane do drewnianych uchwytów i czytając popołudniówki, dzienniki i magazyny, wybierano sobie tematy do rozmów właśnie z prasy ogólnokrajowej i lokalnej. Rzadziej grywano w brydża lub szachy i to nie z tej przyczyny, że umiejętności do rozgrywania szlachetnych partii nie starczało czwórce dostojnych panów, ale że na pierwszym miejscu stawiano kulturę słowną, którą starali się zainfekować innych gości kawiarni. Nierzadko rozmowy i dyskusje obejmowały bowiem pozostałych biesiadników, co wszystkim konsumentom naprawdę świetnie zaparzanej kawy marago wychodziło jedynie na dobre.
Pan profesor filozofii, w dodatku etyk, zajmujący najwygodniejszą z możliwych pozycji leżących na łóżku, wiedział już, że tej nocy nie będzie mu dane zasnąć bez bólu bezsenności, a ważnym przyczynkiem do tego stanu rzeczy było owo wspomnienie niegdysiejszej kawiarni i tych czterech mężczyzn, którzy powołani już zostali do zażywania pogody ducha w krainie wieczności. Ważnym był również słodkawy aromat kawy marago, zapach ptysi, eklerek i brzuchatych, pofałdowanych karpatek oraz… oraz ten szczególny dzień, kiedy to dziadek Stanisław zmuszony był zabrać z sobą do uświęconego rozmowami lokalu swojego wnuczka, Adama, dzisiejszego profesora filozofii, w dodatku etyka.
Owszem Adaś zachodził do tej kawiarni, ale tylko w niedziele, do tego z rodzicami; najczęściej bywał tu krótko, konsumując lody lub szarlotkę, popijając ją płynnym owocem o smaku jabłkowym.
- W ten piątek – wspominał pan profesor – miałem przebywać w kawiarni całe pięć godzin, albowiem mój dziadek nie wyobrażał sobie sytuacji, w której pozbawiono by go przyjemności posilania się rozmową w towarzystwie zacnych przyjaciół.
Rzecz jasna trzej interlokutorzy pierwszego w miasteczku buchaltera zapałali zdziwieniem, gdy pan Stanisław pojawił się o wyznaczonej porze dnia w kawiarni z wnukiem, jednakowoż uznali za w pełni uzasadnione wytłumaczenie tej sytuacji przez sprawcę zamieszania. Otóż rodzice małego Adasia wyjechali do chorej ciotki, aby służyć jej wsparciem i opieką, zanim zjawi się jej syn przebywający od miesiąca na zagranicznej delegacji. Syn miał się zjawić w sobotę pod wieczór, a zatem krewni postanowili spędzić jedną noc z ciotunią i w ten sposób Adaś, ich dziesięcioletni syn, został oddany pod opiekę dziadkowi.
Panu profesorowi filozofii kleiły się już oczy i pewnie by zasnął pomimo tego wspomnienia, ale odezwał się teraz i kuszący zapach karpatki, i boski smaczek śmietankowych lodów, i aromat płynnego owocu i pozostałe smaki wszystkich po kolei ciasteczek jakimi dysponowała owego dnia kawiarnia. A wszystko to zadziało się z tego powodu, że panowie: farmaceuta, pułkownik i szanowany urzędnik poczytywali sobie zapewne za zaszczyt zaspokojenie ewidentnie wymarzonych potrzeb chłopca i w stosownych odstępach czasu zamawiali dla niego słodkości i napoje, w tym płynny owoc i lemoniadę najczęściej.
- O, tak, to było najsłodsze popołudnie i wieczór w moim życiu – powiedział do siebie pan profesor kiwając z uszanowaniem dla tego wspomnienia głową. – A przecież zagrałem z trzema przyjaciółmi  dziadka w chińczyka, a kierownik kawiarni podarował mi do przeczytania książkę przyrodniczą, której czytanie zakończyłem w połowie do dziesiątej.
Schodząc myślami ku książce pan profesor filozofii, z zamiłowania etyk popadł w wir błądzenia pośród niezliczonych słów, które krążąc po przymkniętymi powiekami aż prosiły się do odczytania, lecz jego umysł wsparty wypiciem dwóch niepełnych kieliszków nalewki i zwykłą sennością o tej porze nocy począł oddawać się rozleniwieniu, aż w końcu zasnął snem kojącym a sprawiedliwym.
Obudził go poranny dzwonek telefonu. Najmłodsza córka.
- Tatku, trafiła się taka okazja, niesamowita wręcz, na samym końcu świata, żartuję, ale daleko, pod Szczecinem, a nawet za, przy Międzyzdrojach, znasz przecież. Dogadaliśmy się co do ceny tej klaczy. Pani spuściła. Cudownie… tak że z Michałem  wybieramy się jeszcze dzisiaj, musimy jeszcze ten transport załatwić, to znaczy Michał zadbał już o wszystko… więc gdybym cię poprosiła, tatku, abyś na dzisiaj i na jutro mógł przypilnować Mateuszka… to takie dobre dziecka, sam zresztą wiesz. Mogę ci go podrzucić przed południem… mogę, prawda?
W odpowiedzi pan profesor użył tylko jednego zdania, i kiedy najmłodsza córka odłożyła słuchawkę, pan profesor natychmiast zadzwonił do mecenasa Zgierskiego.
- Wacku, ja oczywiście przyjdę na tego brydża… Wojciech i Grzegorz nie wymówili się… to dobrze… ja tylko tak, wiem doskonale, że nie opuszczamy żadnego spotkania, zwłaszcza u ciebie, gdy przyjmujesz nas flaczkami i goloneczką… a dzwonię, bo przywiozę z sobą Mateusza. Córka z zięciem nie ma go z kim zostawić…
Pan profesor filozofii, a w dodatku etyk, pomyślał sobie, że zanim córka zjawi się z chłopcem, powinien się ogolić.

[22.05.2020, T.]

21 maja 2020

WYJĄTKI Z ŻYCIA PROFESORA FILOZOFII, W DODATKU ETYKA (1)

Siarczysty mróz na naszej szerokości geograficznej, obecnie, w tej chwili, to prawie niemożliwe, a jednak powiew mrozu, kilkunocny zaledwie, przypomniał mu dawne czasy, tak bardzo dawne, że nie pamiętały żeliwnych żeberek kaloryferów; były tylko piece, o tak, piece lśniące bielą, wysokie niemal po sam sufit, ciepłe, przytulne, ale wymagające opieki, systematycznego doglądania, uzupełniania stałym, czarnym jak smoła paliwem, także polanami drewna, gdy przychodziło wzniecić ogień w podbrzuszu tej machiny dostarczającej ciepło otoczeniu.
Ogolił się, a po nasączeniu skóry twarzy i szyi wodą kolońską przeszedł do swego pokoju, przytknął nos do wysokich drzwi balkonowych, a że wewnątrz panował mrok pospolity, dostrzegł ten mróz za oknem. Czy można dostrzec mróz? Oczywiście, chociaż lepiej spostrzega się go wraz z idącą po śniegu postacią mężczyzny wracającego z pracy po skończeniu drugiej zmiany; wtedy śnieg chrzęści pod stopami, a z nozdrzy i ust nawet z tej odległości skąd się patrzy, chmurka skroplonego oddechu rozprzestrzenia się po świecie jak para buchająca z lokomotywy stojącej na stacji, gdy dyszący miarowo pojazd czeka na uniesienie semafora.
Nareszcie skończył zaokienną obserwację i przeszedł do biurka; przysiadł na krześle z wysokim oparciem, chociaż mógł przecież od razu położyć się na rozścielonym łóżku i zamknąć nad sobą kołdrę do snu. Chciał jednak skosztować, jak co noc przed zaśnięciem, mocnej ziołowej nalewki na spirytusie wytwarzanym pokątnie przez teścia sąsiada z pierwszego piętra. Nalewka pozwalała mu zasnąć, a tuż przed zaśnięciem uruchamiała wspomnienia, dzięki którym mógł jeszcze żyć. Należał do ludzi, którzy dożywali solidnego wieku wskutek pielęgnacji przeszłości; żył nią bezustannie, aczkolwiek potrafił stawiać czoła współczesności, którą jednak lekceważył, nawet potępiał, pewnie z powodu jej niezrozumienia lub generalnie – niechęci do niej. A przecież powinien był akceptować dzisiejsze czasy i będąc człowiekiem inteligentnym winien potrafić zasymilować się z otaczającą go zewsząd rzeczywistością – tytuł profesora, nadto filozofii, a ponad wszystkim zawołanego etyka, znanego z rozlicznych prac, wystąpień i wykładów zobowiązywał go do tego, aby kultywując przeszłość widzieć także najróżnorodniejsze zakamarki teraźniejszości, zakamarki, z których należy być dumnym.
Wypił kieliszek nalewki. Nalał niepełen, wskutek czego uzupełnił go ciemnozłotym płynem i jeszcze raz wsączył w siebie alkohol o tablicy Mendelejewa smaków ziół, które to pomieścił w nalewce ów teść, niegdyś organista i ogrodnik jednego z klasztorów; tam zresztą nauczył się właściwie dobierać zioła dla uzyskania boskiego smaku napoju. Pomyślał ciepło o tym kompozytorze nalewki, ale i ciepło zrobiło mu się w okolicach serca po wypiciu dwóch niepełnych kieliszków. Dopiero teraz mógł przetransportować swoje stare, nieco zwiotczałe ciało na łóżko i ułożyć je w taki sposób, aby kładąc głowę na poduszce móc patrzeć ma zamrożony krajobraz za oknem leżąc na lewym boku.

Doprawdy musiało to być bardzo dawno temu, skoro do kawiarni po schodkach przechodziło się od kiosku na drugą stronę ulicy po kocich łbach. Dzisiaj nie ma już ani tej kawiarni, ani też kiosku, w którym codziennie jego dziadek zaopatrywał się w gazety, a raz w tygodniu w tygodniki. Leżąc w najwygodniejszej z możliwych pozycji po wypiciu dwóch niepełnych kieliszków nalewki, pan profesor filozof etyk zaczął wspominać swojego dziadka, a zwłaszcza ten jeden, dla odmiany letni dzień, kiedy to okoliczności związane z nagłym wyjazdem matki spowodowały, że dziadek Stanisław zabrał go z sobą do tejże kawiarni. (...)
cdn.
[21.05.2020, T.]

19 maja 2020

PIESKI TO LUBIĄ

to takie moje powiedzenie, którym uprzedzam moje suczki mizianie palcami po główce, uszach, pod brodą. Rozszerzając znaczenie tych kilku prostych słów wytłumaczyłem sobie, że w niniejszym poście zamieszczam takie kulturowe byty, jakie lubię. Nie może być inaczej.
Zatem rozpoczynamy od francuskiego kompozytora Emmanuela Charbriera i jego "Hiszpanii". Tu nagranie filharmoników berlińskich pod dyrekcją Placido Domingo.

A teraz fragment świetnej opery Aleksandra Borodina "Kniaź Igor", tu: " Polovtsian Dances". Przedstawienie Teatru Mariańskiego (Kirowa) z Petersburga; dyryguje Walerij Giergiew

Kolejna pozycja  to kompozycja Manuela de Falli "Dance Espagnole" w wykonaniu Dawida Ojstracha


Skoro jesteśmy przy Hiszpanii, to warto przypomnieć sobie flamenco i kompozytora tego kraju Isaaca Albeniza i jego "Asturias" - "Legendę"


Muzyczne wspominki zakończę dwoma popularnymi dziełami Luigi Boccheriniego, włoskiego kompozytora, prekursora utworów na kwartet smyczkowy, tworzący przez znaczną część swojego życia w Hiszpanii. Posłuchamy "Fandango" i jego słynny "Menuet" 




Będąc przy temacie hiszpańskim wybrałem "Baile andaluz" i "Pożegnanie" hiszpańskiego malarza José Villegasa Cordero (1844-1921)


Hiszpańskie malarstwo z Ermitażu – galeria | artdone

I na zakończenie, zanim dojdzie do wskrzeszenia kawiarnianych opowieści o Radcy Krachu i jego przyjaciołach, przeczytajmy opowiadanie Jerzego Szaniawskiego "Przeczucie Profesora Tutki".

A jeśli woli ktoś wysłuchać tej osobliwej opowieści pana profesora, pod tekstem zamieszczam nagranie, w którym aktorka Teatru Nowego w Zabrzu, Joanna Romaniak z przyjemnością odczyta nam tę opowiastkę.

Rozmawiano o różnych dziwach, z których człowiek nie może zdać sobie
dokładnie sprawy i dobrze tego wytłumaczyć: o snach proroczych, o tajemniczych znakach ostrzegawczych, o przeczuciach. Dawano wiele przykładów. Sędzia, człowiek trzeźwy, jak sam o sobie mówił, twierdził, że miał przeczucie, aby nie jechać nocnym pociągiem. Nie pojechał i zrobił dobrze: pociąg ten się wykoleił. Mecenas miał raz sen, że chce go zamordować klient: i rano przegrał sprawę. Doktor twierdził,że w ogóle nie wierzy w przeczucia i nie dawał przykładów. Ale rejent opowiedział
o swej babce, że kiedy miała dziewięćdziesiąt siedem lat i była najzupełniej zdrowa, powiedziała do otoczenia, że wkrótce umrze. Żyła jeszcze dwa lata, ale umarła. Rodzina wtedy zaczęła przypominać, co babka sobie przepowiedziała.
Profesor Tutka słuchał, a potem opowiedział wypadek ze swego życia.
— Miałem niegdyś po raz pierwszy lecieć samolotem, żeby znaleźć się w mieście portowym nad Adriatykiem i stamtąd udać się statkiem w dalszą podróż. Tego dnia, w którym miałem wsiąść do samolotu, czułem się nieswojo: nie mogę i teraz określić dlaczego, ale czułem, najwyraźniej czułem, że spotka mnie jakieś nieszczęście. Jednak postanowiłem nie ulegać nerwom, karciłem się w myśli, odrzuciłem wahania — jechać czy nie jechać. Wreszcie samolot ze mną odleciał. Gdy maszyna spadała jak w przepaść, myślałem sobie: «Przepadłem! To już mój koniec». Ale sąsiad, stary wilk powietrzny, śmiał się z nowicjusza i mówił mi, że to są zwykłe przyjemności jazdy samolotem. Gdy uspokojony spytałem go, czy dawno lata, odpowiedział mi, że leci już po raz drugi w życiu. Dolecieliśmy bez wypadku na lotnisko w mieście portowym. Byłem naprawdę zadowolony. Wykąpałem się w hotelu i wyszedłem na miasto. Kpiłem ze wszelkich przeczuć, ośmieszałem się przed sobą samym. Wesoły, radosny, przechadzałem się po ulicach miasta, zachwycałem domami oplecionymi
glicynią, a wszystkie młode dziewczęta wydawały mi się pociągające. Pamiętam jeszcze, iż rzuciłem do skrzynki pocztowej kartkę dla ukochanej w kraju, do której. napisałem: «wszystkie me myśli są tylko przy tobie», i wstąpiłem do jakiegoś sklepu, gdyż zobaczyłem na wystawie drobiazg, potrzebny mi do dalszej podróży. Sięgnąłem do kieszeni, aby kupcowi zapłacić — nie ma pugilaresu... Szukam jeszcze po innych kieszeniach — nie ma. Okradziono mnie!
Proszę sobie wyobrazić — mówił Profesor Tutka — co to znaczy znaleźć się w obcym kraju, w obcym mieście, bez pieniędzy, bez dokumentów, bez biletu na statek, który miał mnie zawieźć dalej. To trzeba nazwać katastrofą. Byłem tym, kim byłby sędzia, gdyby pojechał tym nocnym pociągiem, którym nie pojechał: to jest, stałem się człowiekiem wykolejonym. Powiem więcej: byłem zdruzgotany!
Profesor Tutka przestał mówić i siedział zamyślony, jakby przeżywał wypadek, który spotkał go niegdyś nad Adriatykiem.
Wreszcie sędzia spytał, jak sobie Profesor Tutka dał radę, będąc w takiej sytuacji, w obcym kraju, w obcym mieście, bez pugilaresu?
— Ano cóż miałem robić?... — odpowiedział Profesor Tutka. — Wróciłem zgnębiony do hotelu.
— Czy był w tym mieście nasz konsulat, który panu pomógł? — spytał mecenas.
— Nawet nie wiem. Gdy wszedłem do swego pokoju, zobaczyłem pugilares na stole. Wychodząc na miasto, po prostu zapomniałem go zabrać.
— Czy pan zakpił w tej chwili z nas, czy z przeczucia? — spytał jeden z panów.
— W każdym razie nie z przeczucia. Przeczucie mówiło prawdę: spotkała mnie katastrofa. Tylko, że wyszedłem z niej cało.



[19.05.2020, T.]

17 maja 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (10)

1.
Coś ty Kaczyńskiemu zrobił panie Staszewski? Że wyśpiewałeś prawdę? Że trafiłeś do jego bezuczuć? Zostałeś ukarany. Odebrano ci miejsce na liście przebojów Trójki. Dzisiaj, w czasach dyktatury za prawdę można zostać zdzielony pałką przez policyjnych żołdaków, ginie się w czeluści bylejakości, albowiem to, co wódz powiedział, co zrobił, jest święte.
Sprawdzają się jak dotąd moje najokrutniejsze przypuszczenia: w czasie dyktatury każdy z nas może liczyć na to, że zaopiekuje się nim policjant i państwo tworzone na wzór faszystowski. W czasie dyktatury czynne będą więzienia, może nawet obozy. To wszystko przed nami. Korzystajmy póki co z okruszków wolności słowa.


2.
 W literaturze było już o tym, jak hartowała się stal. Opisany też został proces przeistaczania się zwykłego, typowego bohatera w kreaturę, potwora, któremu otaczająca go rzeczywistość umożliwiła to przepoczwarzenie.
Książka Ladislava Fuksa "Palacz zwłok" jest dla mnie arcydziełem literackim i kompendium wiedzy o tym, w jak łatwy sposób możemy stać się kanalią. Tę książkę po prostu trzeba przeczytać choćby z tego powodu, aby nie dawać wiary pozorom  pozorom delikatności i uczciwości. Gdzieś przeczytałem krótką, ale treściwą opinię na temat tej książki, bodajże Mariusza Szczygła, który ośmielił się zauważyć: "Bo każdy człowiek będzie potworem, tylko trzeba mu dać szansę".
Szczególnie polecam na uwadze wyznawcom Szymona Hołowni.

Poniżej film czeskiego reżysera Juraja Herza z fenomenalną rolą Rudolfa Hrusinskiego powstały na podstawie powieści Fuksa.


[17.05.2020, T.]

14 maja 2020

PIĘĆ NIESPEŁNIEŃ (1)


1. CHŁOPCZYK I DZIEWCZYNKA

- Usiądź tutaj. W tym miejscu jest najbardziej miękko.
- Tu będzie nasze łóżko?
- No, coś ty, nie jesteśmy jeszcze małżeństwem. Nie możemy spać razem.
Zdziwił się. Spojrzał na nią z niedowierzaniem spod swoich kędzierzawych włosów opadających mu na oczy.
- Przecież mieliśmy się bawić w męża i żonę – przypomniał jej.
- Na razie połóż się tutaj, a ja z drugiej strony.
Ich mieszkaniem była trawiasta przestrzeń otoczona kamieniami. Kamieni było sporo i były duże. Wyznaczały nie tylko miejsce do spania, ale i kuchnię, stół taborety, a także lodówkę przypominającą grotę uwięzioną w ziemi.
- Wyjdziesz za mnie? – zapytał.
- Nie tak od razu, kochany. Najpierw obrączki i na głowę taką koronkę z kwiatów, wianuszek taki. Jak ty zrobisz obrączki, to ja mogę uwić wianuszek.
Pobiegł za blaszkami, a właściwie za szpulą z nawiniętymi na nią miedzianym drutem, którą znalazł przed paroma dniami na poboczu drogi prowadzącej w stronę stawu i schował w swoim sezamie ukrytym pod stertą wapiennych kamieni. Z tego drucików zrobi dla siebie i przyszłej żony obrączki. Ela z kolei przeszła na łąkę pełną wysokopiennych stokrotek. Trochę żal jej było tych tak roześmianych słonecznych twarzyczek kwiatków, ale co robić – bez wianka ślub będzie nieważny. Cierpliwie zrywała stokrotki urywając łodyżki tuż przy nasączonej wilgocią ziemi. Cieszyła się, że łodyżki są długie, co pomoże przy splataniu wianka.
Chłopiec podobnie ucieszył się, że miedziany drut przyda się tym razem na coś poważnego, bo czy może być coś poważniejszego nad własny ślub. Najpierw odwinął ze szpulki metr drutu, potem drugi i trzeci i zaczął wyplatać z tych trzech części obrączkę na jeden, później na drugi palec.
Zawołano ich, zanim skończyli pracę. Akurat ich ojcowie wrócili z pracy, potem matki i trzeba było wracać do domu, bo babciny obiad był już gotowy i nie wolno było się spóźnić.
- Adaś! Adaś, obiad! – zagrzmiał wydobywający się z okna i śmiało rozchodzący się w rozedrganym letnim powietrzu głos matki chłopca.
- Już idę – odkrzyknął, a kiedy matka ponowiła polecenie dokrzyknął: - No już, już.
Na Elę przed wejściem do kamienicy czekał dziadek; machał do wnuczki laską.
Co było robić. Robota nieukończona, ślubu nie będzie, a pobiec do domu trzeba.
- Poczekaj, schowamy to do mojego sezamu.
Oboje szybciutko podeszli do miejsca zwanego sezamem, Adaś odsunął głaz, po czym wsunął do otwartej, chłodnej piwniczki sezamu swoje dwie niedokończone obrączki i podobnie nieskończony jeszcze wianuszek ze stokrotek.
Na kolejne zawołanie matki chłopca zerwali się na równe nogi i pobiegli do domu.
- To może jutro, co? – zapytał jej wspinając się na pierwsze stopnie schodków.
- Dobrze… jutro weźmiemy… - zamilkła, mając przed sobą na wyciągnięcie ręki dziadka.

Jutro nie było łaskawe. Jeszcze w nocy nad osadą, stawem i laskiem przeszła ogromna burza, po której znacznie się ochłodziło i przez kilka następnych dni siąpał deszcz. Kiedy dnia czwartego podążył w stronę polanki, gdzie było ich małżeńskie mieszkanie, z przykrością zauważył, że sprzątnięto z niej wszystkie kamienie, przewożąc je zapewne na teren fabryki. Nie odnalazł więc ich mieszkanka, a i po sezamie nie zostało śladu. Ślub musiał poczekać.

[14.05.2020, T.]

12 maja 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (9)

Właściwie to nie miałem zamiaru pisać. Coraz mniej warto.
Przypominam sobie ten moment, w którym postanowiłem zrezygnować z pisania opowieści o fikcyjnym miasteczku - Różanowie i kawiarence, w której oprócz kawiarennika dominował między innymi radca Krach, inżynier Bek i mecenas Szydełko. Właściwie ta historyjka jeśli nie w całości, to w znacznej mierze miała zdominować mój blog. Wzorując się poniekąd na "Klubie Profesora Tutki" Szaniawskiego zapragnąłem przedstawić okoliczny świat w wielce pozytywnym, aż przesadnie pozytywnym świetle, gdyż znudzony byłem rzeczywistością pełną szkaradnych treści. Snując opowieści (było ich 134), starałem się przekonać, także a może głównie samego siebie, że ludziom do poczucia tego, że są szczęśliwi, nie potrzeba znów tak wiele, jeżeli tylko jednostki będą dbać o siebie nawzajem, albo inaczej: spoglądać będą dalej niż na koniuszek własnego nosa. Cały czas utrzymuję, że taka utopia jest możliwa, chociaż...
... pamiętam, że zaniechałem pisania o "kawiarence" tuż przed samorządowymi wyborami, albowiem realna sytuacja jaka podówczas panowała w kraju była tak odległa od pisanych przede mną historii, że tej presji środowiska wytrzymać nie potrafiłem. Kontynuowanie opowieści byłoby jak radosny taniec wiosny na cmentarzu podczas pogrzebu.
No dobrze, a jak jest dzisiaj? Tamte wybory przynajmniej dla mnie zapamiętane będą z powodu powiedzenia: ześwinić się jak Kałuża. Kto pamięta tego pana, ten pewnie przyzna mi rację.
No dobrze, a w jakim stanie dzisiaj jesteśmy? Ile takich Kałuż? 
To co zgotowała nam pisowska władza jest jakimś abstrakcyjnym snem, który dotknął każdego z Polaków. 
Nie rozgrzebując wyborczych ran, zajmę się inną kwestią. Podejrzewam, że wielu z nas, przeciwników obecnej dyktatorskiej władzy, a jednocześnie ludzi chcących wypełnić swoje obywatelskie prawo do wyboru prezydenta kraju, rozważa przy którym nazwisku postawić krzyżyk. Wydaje się, że bardzo dynamiczna kampania pana Szymona sprawiła, iż zyskał on w ostatnich tygodniach tylu zwolenników, ilu nie znaleźli dla siebie wszyscy pozostali oponenci prezydenta Dudy. Co by nie powiedzieć Pan Hołownia jest fenomenem, z którym w paru istotnych miejscach się nie zgadzam; nie przekonał mnie co do konieczności brania udziału w sprzecznych z prawem głosowaniu i to w warunkach zagrażających zdrowiu wyborców. Zaciekawiło mnie w tym kontekście, kim są adoratorzy i sympatycy pana Szymona, do którego, poza wspomnianymi uwagami, nijakiej awersji nie mam.
No i nadeszły dni, kiedy próbowałem delikatnym podstępem dowiedzieć się czegoś więcej o tych ludziach: w jaki sposób traktują niezdecydowanych czy też oponentów, czy możliwy jest merytoryczny dialog z nimi, jakim językiem się posługują. Co wynikło z tego "badania" nastrojów? Niestety uwidacznia się prastara cecha Polaków: brak tolerancji, niechęć wobec "obcych", inaczej myślących, słownictwo pełne epitetów i, co uważam również za potężną wadę - brak poczucia humoru. Nie powiem, przykro mi się zrobiło konstatując takie właśnie wnioski  z licznej wymiany zdań. Zrozumiałbym, gdyby chodziło o elektorat pisowski, który generalnie oporny jest na argumenty, ale to są zwolennicy niezależnego kandydata na prezydenta.
Trochę się załamałem, bo myślałem, że właściwie każdy inny niż Duda  prezydent kraju będzie lepszy.
Zdaje się, że i tym razem zrezygnuję z wyborów.

[12.05.2020, T.] 

10 maja 2020

SPACEREK PO PÓŁROCZNEJ PRZERWIE


Tyle czasu minęło, abym mógł się wybrać na kołowy spacerek po mieście. 
Od razu przekonałem się, że ulica w kierunku centrum to jednak co innego niż balkon, nawet jeśli jest całkiem sporych rozmiarów. 
Pierwsze słowa, jakie zdarzyło mi się wypowiedzieć na zewnątrz to:
- Ale tutaj fajnie...
Cóż, do Torunia przyjechałem dwa miesiące temu i była wtedy szarówka, a wczoraj, w sobotę, piękna wiosenna pogoda.
Początkowo mieliśmy z żoną zamiar przejść się na stare miasto - w końcu nie tak bardzo daleko, tymczasem przygarnęła nas po drodze małżeńska para ludzi w wieku emerytalnym: kobieta, o której nie dowiedziałem się zbyt wiele i mężczyzna, jej mąż, pan profesor muzyki objeżdżający z chórem cały niemal świat. Dzisiaj na emeryturze ogarnięty pasją ozdobienia swojej miejskiej posiadłości rzeźbami, obrazami, narzędziami rolniczymi, powozami i saniami i mnóstwem innych rzeczy rozproszonych po niezbyt obszernym terenie przepięknie położonym w starannie utrzymanym ogrodzie. A że mili państwo pozwolili żonie wejść, a mnie wjechać do środka, przeto w trakcie przemiłej rozmowy poczyniłem stosowne fotograficzne obserwacje.

1. Bardzo starannie wykonana rzeźba grajka stojącego tuż przy mocarnej ławie. Na oparciu ławy nuty, podobno autentycznej ludowej muzyczki.


2. Widoczek na ogród. U dołu po lewej stronie niewidoczne niestety z tego ujęcia oczko wodne ze złocącymi się rybkami.
3. Jedna z bocznych ścian budynku. Na szczupaczku nazwa posiadłości - Gruczewo.

4. Bardzo oryginalny krzyż. Dwie bardzo podobne w formie rzeźby znajdują się na frontowej i bocznej ścianie budynku.


5. Wewnątrz budynku zbiór współczesnych ikon



6. Jeden z powozów. Niestety warunki świetlne uniemożliwiły zrobienie wyraźniejszego zdjęcia.



7. Drzwi wejściowe do budynku to prawdziwa stolarska perełka - kunsztowna robota.



8. Pani gospodyni i alejka prowadząca do domu "wyłożona" rzeźbami z drzewa. Po drugiej stronie tej alei widok jest podobny.



9. Pana profesora zastaliśmy w czasie pracy. Buduje on kamienną grotę, w której chce pomieścić rzeźby.


10. No i w końcu piszący te słowa na tle potężnych rzeźb. Widok od ulicy.



Ruszyliśmy w dalszą drogę, dochodząc do pomnika artylerzystów. Stamtąd do domku, gdzie czekały na nas suczki Jak na pierwszy raz, ten daleki w sumie spacer, nie zmęczył mnie zanadto. I dobrze.

[10.05.2020, T.]

KAMYCZKI - SZKATUŁKA


Zanim upuszczę najnowszy kamyk, kamyczek z lata 2017 roku, z archiwum, dla przypomnienia, przede wszystkim sobie, który czasami z pamięcią bywa na bakier.

Na wieczorze autorskim w mieście M. … a mogło to być miasto K., P. lub Z; równie dobrze mogłoby się to zdarzyć w niewielkiej wiosce, tak bardzo odległej od świata, że wręcz niedostrzegalnej, tak bardzo odległej, iż można by pomyśleć, że nie istnieje…; na wieczorze autorskim w mieście M. … choć prawdę mówiąc nikt nie zna autora, a co dopiero powiedzieć, że przeczytał jakąkolwiek z jego książek… jeśli w ogóle je pisywał…; na wieczorze autorskim w mieście M. w czytelnianej sali biblioteki, niewielkiej i niepozornej, choć wypełnionej ludźmi, jeżeli oczywiście mieli ochotę przyjść i spotkać się z autorem; w tym mieście M., w tej niewielkiej sali, w czytelni, jeden ze stolików przeznaczono dla prelegenta - celowo nie użyto słowa „autor”, bo kto wie, czy w ogóle ktoś taki istniał - właśnie tam, w tej niepozornej sali, prelegent postawił na blacie niewielkiego stolika przedmiot do złudzenia przypominający drewnianą skrzynię, skrzynię prostej budowy, bez ozdób, bez ornamentów na gładkiej powierzchni jej ścianek.
W pewnej chwili prelegent otworzył wieko tej skrzyni i wyjął z jej wnętrza kolejną; rozumie się samo przez się, że mniejszą, i jak ta pierwsza, pozbawioną ozdób. Otworzył również wieko tej drugiej skrzynki, wyjął z niej następną, mniejszą i pozbawioną ozdób; i postąpił tak jeszcze trzy, a może cztery razy, aż w końcu  dotarł do ostatniej… nie, nie była to skrzynia; nawet nie była to skrzynka czy skrzyneczka. Położył sobie na prawej dłoni drewniane, pozbawione niepotrzebnych ozdób puzderko; i temu otworzył wieko, a we wnętrzu… we wnętrzu puzderka spoczywał uśpiony koralik; może był to okruch metalu, może szklana kuleczka, bursztynowe serduszko; kto to wie, co znajdowało się w najmniejszym drewnianym opakowaniu. Coś w nim błyszczało; było takie malutkie, że trudne do odgadnięcia, choć prelegent przechadzał się po tej niepozornej sali, przechadzał się i pozwalał każdemu z obecnych zerknąć do środka.
Czy można się temu dziwić, że każdy z siedzących przy małych stolikach czytelnianej sali, każdy z nich był szczerze zaciekawiony, czym jest to coś, co błyszczy?
Następnie autor, zwany dalej prelegentem, wrócił na swoje niepozorne miejsce i powiedział, że każdy pisarz w gruncie rzeczy zaczyna od takiego małego puzderka; w nim rodzi się jego słowo, myśl się rodzi. Słowo to rozrasta się w kolejnym drewnianym pudełku, większym od poprzedniego, a w jeszcze następnym i w kolejnych przychodzą na świat wciąż nowe słowa i myśli.
- Każdy pisarz pisze w swoim życiu jedną książkę - mówił - i chociaż za każdym razem, w każdym pudełku, skrzyneczce czy skrzyni słowa rozrastają się, tworząc nowe zdania i coraz świeższe pomysły, to książka jest tylko jedna, tyle że wciąż uzupełniana, przewrotną treścią.
Tak oto to, co stanowiło istotę zagadnienia, mieściło się w najmniejszym pojemniku; reszta wspierała bądź też wypierała kolejne.
Zapanowała cisza i zdumienie. Z tej ciszy powstał nagle pewien człowiek i przemówił niepokojącym głosem:
- Mam rozumieć, że jest pan autorem jednej tylko książki?
- Nie inaczej - odparł prelegent.
Gdyby nie to przewrotne pytanie, jakie zadał prelegentowi jeden z mężczyzn, wszyscy obecni na spotkaniu aktorskim mogliby pomyśleć, że w tej czytelnianej sali biblioteki nie było ani ich, ani prelegenta.
- Jeżeli tak właśnie jest - kontynuował mężczyzna - to proszę mi wytłumaczyć, dlaczego ja przeczytałem cztery pana książki i pewnie przeczytam tę najnowszą, o której już się mówi.
- Książka jest jedna, drogi czytelniku - zapewniał rozmówcę prelegent. - Nie zauważył pan, że to, co nazywa pan książkami nie jest niczym innym jak tytułami kolejnych akapitów.
- Mam rozumieć - powtarzał mężczyzna - że to, co zabłyszczało w tej ostatnim, najmniejszym pudełeczku tej szkatułki funkcjonuje w kolejnych i decyduje o następujących po sobie, jak to pan był łaskaw powiedzieć, akapitach?
- Owszem. Z książką tak już jest, drogi czytelniku, ma jedno życie, tak jak pan i ja i państwo zgromadzeni na sali.
Wszyscy siedzący w tej niepozornej, czytelnianej sali w bibliotece zdobyli się na refleksję milczenia, bo kiedy mówi się o życiu, które jest jedno i, wydaje się, że jest bezcenne, to należy milczeć.
.
- Matko Boska, ty jeszcze nie śpisz? Piąta dochodzi, widno już, a ty wciąż piszesz te swoje bazgroły.
Taki głos może wybudzić zmarłego, a jemu zwrócił jedynie świadomość istnienia, przypomniał o realności miejsca, w jakim się znajduje, oddał mu czas.
- I pozamykaj te pudła! Kto to widział, aby do białego rana bawić się w otwieranie i zamykanie drewnianych pudełek?
Posłusznie zamknął wszystkie, a kiedy zrobił to z ostatnim, najobszerniejszym, pomyślał, że musi obstalować u stolarza kolejne, większe od wszystkich pozostałych.

[10.05.2020, T] (tekst z lipca 2016)