Horacy

O, CIVES, CIVES, QUERENDA PECÚNIA PRIMUM EST; VTRTUS POST NUMMUM!
rządzącym:
"SURDO FABULAM NARRAS"
do polityków:
НЕТ РЕБЯТА, ВСЕ НЕ ТАК,
ВСЕ НЕ ТАК, РЕБЯТА!

10 kwietnia 2015

PREZYDENT KALI

W którą stronę podąża ten świat, dokąd się spieszy, ku jakim wartościom? Oto zagadka, przy rozwikłaniu której poległoby wiele waz wina spod Akropolu. Być może w innych krajach łatwiej przewidzieć, ku czemu to wszystko zmierza; u nas coraz więcej niewiadomych.
Wydawałoby się, że w kraju tak okrutnie dotkniętym wojną, rozpoczętą o świcie pierwszego września 1939 roku, faszystowska ideologia nigdy nie spotka się z akceptacją, a pogrobowcom faszyzmu nie pozwolimy jako naród, jako społeczeństwo, zaistnieć w przestrzeni publicznej. Okazuje się jednak, że pogrobowcy, dziś nie niemieccy, lecz ci spod znaku tryzuba i ideologii uprawianej przez Stepana Banderę mają tę konieczną akceptację dla śmiałego wyrażania idei, która doprowadziła do zbrodni dokonanych na Polakach na Wołyniu. 
Doprawdy, nigdy bym nie uwierzył, że doczekam takich czasów w których oficjalne "czynniki" rządowe i prezydenckie (także opozycyjne) odbiegną tak daleko od historycznej prawdy, od szacunku dla rodzin pomordowanych rodaków i bez zmrużenia oka, bez refleksji wspierać będą prezydenta i rząd Ukrainy, skąd dochodzą głosy, że uzasadnieniem bytu dzisiejszej Ukrainy jest postać zbrodniczego ideologa, kata Polaków. Ukraina właśnie wokół postaci Stepana Bandery układa scenariusz własnej państwowości, świadomie nie dostrzegając faktu, że ten narodowy "bohater" dla nas, Polaków, jest zwykłym zbrodniarzem. 
Oczywiście pisząc "nas, Polaków", nie mam na myśli prezydenta Komorowskiego, który swoją karierę polityczną buduje na historycznym kłamstwie i ignorancji, która nie przystoi osobie sprawującej najwyższy w państwie urząd. Ileż zakłamania, prostactwa i ohydy jest w wyrażonym przez pana prezydenta zdaniu: "Oby dialogu Polski i Ukrainy nie zakłóciły dawne spory". Należy zatem odczytać te słowa w sposób następujący: zbrodnia wołyńska nie może być przeszkodą w prowadzeniu dialogu między Polska a Ukrainą.
Owszem, jestem zdania, że historia nie powinna zakłócać prowadzenia dialogu między państwami, patrząc w przyszłość nie można żyć samą przeszłością, lecz w tym przypadku mamy do czynienia z "partnerem", który wręcz neguje popełnione przez siebie zbrodnie, nadając im wymiar bohaterstwa, także w stanowionych obecnie aktach prawnych, jak choćby ten, przyjęty w dniu wizyty prezydenta Komorowskiego w Kijowie.
" Stacja TVP Info podaje, że projekt ustawy został wniesiony do Rady Najwyższej Ukrainy przez Jurija Szuchewycza, syna komendanta UPA. Za przyjęciem ustawy oddano 271 głosów (w jednoizbowym parlamencie zasiada 450 deputowanych).
Ustawa uznaje status prawny wszystkich bojowników, którzy walczyli o niepodległość Ukrainy, także tych nienależących do odpowiedzialnej za rzeź wołyńską UPA. Przewiduje przy tym kary za „lekceważenie weteranów i negowanie celowości ich walki”.
Nie da się ukryć, że jednym z celów owych bojowników była czystka etniczna na Wołyniu, nosząca znamiona ludobójstwa, dodajmy ludobójstwa dokonanego na ofiarach ze szczególnym, sadystycznym okrucieństwem. Pojawiając się na terenie Ukrainy i wypowiadając się niepochlebnie o weteranach zbrodni wołyńskiej, mogę być ścigany przez państwo ukraińskie właśnie za „lekceważenie weteranów i negowanie celowości ich walki”. 
Dochodzimy zatem do absurdu. Pan Komorowski z jednej strony czci pamięć ofiar Katynia, bo to jest sprawka Rosjan; zamyka natomiast oczy i uszy, ba, cały mózg na zbrodnię wołyńską dokonaną przez Ukraińców, tylko dlatego, że w sporze pomiędzy Ukrainą a Rosją Polska opowiada się za tą pierwszą. W ten sposób pan prezydent najzwyczajniej w świecie buduje swą karierę polityczną igrając z trupami pomordowanych, naigrywając się z rodzin ofiar zamordowanych i zbezczeszczonych przez bohaterów UPA. 
Ciekawy jestem, czy pan prezydent świadomy jest swojej tragicznej śmieszności, czy może kompromitująco niski poziom inteligencji kandydata na drugą kadencję nie pozwala mu na zrozumienie idiotycznej gry w jakiej uczestniczy.
Najtragiczniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że pomimo tej katastrofalnie niemoralnej, oportunistycznej postawy jaką zajmuje w kreowaniu "polityki wschodniej", pan prezydent Komorowski ma swój, całkiem spory, wspierający go elektorat.
Pomijając już inne zachowania i dokonania pana prezydenta, które są dla mnie osobiście nie do zaakceptowania, jego pełna obłudy i służalczości wobec obcego państwa (państw) polityka, eliminująca, bądź też zafałszowująca historię, napawa mnie przerażeniem,  że można oddać wyborczy głos na kogoś reprezentującego taki właśnie poglądy.
Nie rozumiem, jak trzeźwo myślący Polak może udzielać poparcia człowiekowi, który w sposób tak czytelny uchyla się przed odpowiedzialnością za państwo, który pewnie gotów byłby powiedzieć Ukraińcom: "wybaczcie nam, że tak łatwo daliśmy się wam zabić"... bo do tego w końcu dojdzie, że zaczniemy bić się w nieswoje piersi w imię rusofobistycznej paranoi jaka ogarnęła "elity" i media.
Prawdopodobnie będę poza krajem w dniu wyborów prezydenckich. I w tym cała nadzieja. Nie będę musiał się wstydzić za swoich rodaków, którzy ponownie oddadzą swój głos na prostaka.

09 kwietnia 2015

NAIVE ART - SPECYFICZNY, KOLOROWY I SZCZERY ŚWIAT WYOBRAŹNI

Być może rażą kogoś nazwy "prymitywizm" czy "sztuka naiwna" i bardzo często tego typu świata obrazowanie kojarzy się ze sławnym jeleniem uwidocznionym na tle leśnego krajobrazu (ktoś powie - rykowisku). Tymczasem "naive art", czy "folk art", że posłużę się angielskimi nazwami tego wielce interesującego, kulturowego zjawiska to nurt w sztuce szalenie rozpowszechniony i różnorodny i o ile "jeleń na rykowisku" wielokrotnie powielany przez domorosłych amatorów pędzla i farby to najzwyklejszy kicz, którego cechą jest brak indywidualności w kreowaniu malarskiej i nie tylko malarskiej rzeczywistości, o tyle w "naive art" twórcy zaznaczają swoją odrębność a ich artystyczna wypowiedź jest do bólu szczera.
Trudno jednoznacznie stwierdzić, które cechy wyróżniają ten gatunek sztuki spośród innych, gdyż zależy to od indywidualnej wizji postrzegania świata przez artystów.
Poniżej zamieściłem obraz  Ivan Generalica - chorwackiego prymitywisty. Rzeczywiście obraz przedstawia sławetnego jelenia, lecz w jakże oryginalnej kompozycji, nie przypominającej wiszące nad łóżkiem rodzime "jelenie". W tym przypadku zwróciłbym uwagę na sposób potraktowania drzew z bardzo starannie odwzorowanymi kształtami gałęzi. Jest to jedna z cech prymitywizmu, odnosząca się do pokazywania przyrody. Nieświadome zapewne nawiązanie do prekursora "naive art" Henri Rousseau. 

Hrvatski muzej naivne umjetnosti - Ivan Generalić



Kolejny obrazek jest autorstwa nigeryjskiego artysty, Rogera Djiguemde. Mamy tu do czynienia z całkiem odmiennym obrazowaniem. Scena warzywno-owocowego targu z dominującą, obszerną postacią kobiety handlującej owocami. W tym przypadku wyróżnikiem sztuki naiwnej jest obfity, pełna paleta barw oraz świadome, przesadne uwypuklenie najistotniejszych dla autora części obrazu (w tym przypadku postaci handlarki).

Kenya ~ Roger Djiguemde


Autorką trzeciego obrazka jest białoruska malarka i ilustratorka Anna Slivonchik, a malowidło nosi tytuł "Owce" i jest ilustracją do książki dla dzieci. Jeśli napisano wyżej, że jedną z cech "naive art" jest szczerość wypowiedzi twórcy, to gdzie jej szukać jak nie w pracach skierowanych do pokolenia najmłodszych. Dzieci są wdzięcznymi odbiorcami tego rodzaju sztuki, w której króluje atmosfera baśni. Ważne jest to, że Slivonchik nie wpisuje się swoją twórczością w komiksowy kicz disneylandu, a proponuje własną, osobistą i nie występującą u innych twórców wizję baśniowych postaci. W tym tkwi istota jej oryginalnej sztuki.


Sheep - Anna Silivonchik

08 kwietnia 2015

ROZMOWA POD KLUBEM (2/2)

Opróżnili butelkę i błogie ciepło przeszyło ich ciała, dając solidny odpór chłodnemu, październikowemu wieczorowi, który przychodził jak zwykle nagle i z miejsca przywdziewał brunatnoszary całun. Jedyna naga żarówka zawieszona nad niedomkniętymi drzwiami klubu sączyła nikłe, żółtawe światło i poczynała się chwiać na wzmagającym swą siłę wietrze.
- Oho, idzie zmiana pogody – zauważył Stanisław, chcąc jakby tym stwierdzeniem dać do zrozumienia Ceglarzowi, że na nich pora i niczego więcej nie wysiedzą na najwyższym stopniu schodów.
- Ktoś uszkodził zamek. Zauważyłeś? – Ceglarz odwrócił głowę w stronę drzwi, które przy mocniejszym podmuchu wiatru delikatnie skrzypiały w zawiasach.
- Nie ma czego pilnować. Co mieli rozkraść, rozkradli – odparł filozoficznie Stanisław.
- A nieprawda. Są jeszcze instrumenty. Wprawdzie drzwi do magazynu zamknięte na kłódkę, ale jak się jeden z drugim dostanie do środka przez te niedomknięte, to i kłódce bez pośpiechu dadzą radę – stwierdził Ceglarz.
- Co komu po instrumentach? Kto miałby na nich grać?
- Co tam, grać. Dadzą na złom, albo przehandlują.
- Myślisz? – w głosie Stanisława pobrzmiało sceptycyzmem – a pamiętasz, jak wzięli się za bibliotekę? Klucz im się gdzieś zapodział i wystawili drzwi. Komuś przydały się regały i krzesła, a książki porozrzucali na podłogę. Ile tak leżały? Pewnie z tydzień.
- Przecież byłem tu wtedy i widziałem. Leżały. Prędzej by podpalili, aniżeli wzięli.
- Bo ci powiem, tam Marksy i Leniny były i jakaś starzyzna.
- Starzyzna? – żachnął się Ceglarz – Ile Mickiewiczów i Słowackich się walało? Prusów, Sienkiewiczów, Kraszewskich. Powiem ci, że ludzie na książki nie zważają.
- A makulatura w cenie – uśmiechnął się Stanisław – tyle że trzeba chłopa, aby to przenieść. Nie ma nic darmo. Trzeba się natrudzić.
- Nawet o tym myślałem, aby wziąć to i na makulaturę oddać, ale patrzę sobie, że Prusów pełno, Orzeszkowych, Conradów, więc może w chałupie by się zdały, choćby dla córki, bo ta czytać lubi.
- I wziąłeś?
- Wziąłem. Cały worek. Ledwiem zataszczył do domu.
- Nikt tego nie pilnował?
- Nikt. Potem się dowiedziałem, że mają wszystkie pójść na przemiał. Czekali tylko na transport, więc jak zaszedłem do domu, wszystkim sąsiadom powiedziałem, żeby, jeśli potrzebują, niech pójdą i sobie wezmą, co komu się podoba.
- Brali?
- Niewiele. Wiem, że kryminały poszły wszystkie. Ale za dwa dni rzeczywiście podjechał samochód i władowali resztę na krypę i do Więckowskiego, co ma skup. Powiedz mi, Stasiu, jak to jest? Za naszych czasów to się wiele książek na zapisy pożyczało. A teraz… szlag to trafił. Oj, gdyby nasza bibliotekarka żyła, przypłaciłaby zdrowiem te porządki.
- Ech, Antoś… gdyby żyła… Co to była za kobieta! Inteligentna, uczona. Lepiej, że tego nie widzi. Nic na to nie poradzisz. Czasy się zmieniły. Chodź do domu. Nic tu po nas. 
- Instrumenty rozkradną – tłumaczył Ceglarz – w orkiestrze byłeś i co, nie rusza cię, że twój puzon przepadnie?
- Najważniejsze, Antoś, że my żyjemy. Co mi po puzonie albo klarnecie, skoro orkiestry i tak nie będzie?
Ceglarz zamyślił się i przymrużył oczy, jak gdyby dopiero spod przymkniętych powiek był w stanie powrócić do przeszłości.
- A kiedyście grywali, pamiętasz?
Stanisław bez zająknięcia wyliczył:
- Pierwszego maja zawsze, w pochodzie się szło, to graliśmy, na lipcowe święto, a wcześniej na Zielone Świątki i Noc Kupały. Później w dożynki, na pierwszego września, w święto wojska i jedenastego listopada.
- Jedenastego listopada też graliście?
- A jakże. Na żołnierskim cmentarzu. Ja już nie liczę wyjazdowych koncertów.
- Ta… mieliście nagrody. Sławna była ta nasza fabryczna orkiestra.
- I jeszcze na pogrzebach…
Ceglarz wstał nagle. Stanisław też powstał. Pusta flaszka wraz ze szklankami znalazły swe niedawne miejsce w obszernych kieszeniach kurtki.
- Idziemy – rzekł zdecydowanym głosem – na moim nie zagracie.
Poszli równym, prostym krokiem w stronę osady. Nie wypadało starym przyjaciołom zdradzać niepewnym chodem, że są po wypiciu.
Pożegnali się przed kapliczką, która od wieków pilnowała skrzyżowania dwu głównych ulic fabrycznego osiedla. Ceglarz miał dalej do domu. Musiał przejść jeszcze z pół kilometra drożyną pomiędzy stawami.
Nazajutrz pod klub podjechała ciężarówka, na którą załadowano instrumenty i resztę walających się po pokojach przedmiotów. Nowy właściciel założył zamki do zewnętrznych drzwi, a po południu na teren parku otaczającego boisko zajechała ekipa stawiająca wysoką siatkę. Nie upłynął tydzień, kiedy cały teren został ogrodzony, a boisko potraktowane czteroskibowym pługiem. 

06 kwietnia 2015

ZBRODNIA WOŁYŃSKA

Niezwykle rzadko zdarza się, aby w kawiarence przytoczony tekst zabierał tyle miejsca. Widocznie wart był tego, nawet jeśli wielkanocna pora kojarzy się z nastaniem czegoś nowego, pogodnego, a dla wierzących oznacza potwierdzenie i utwierdzenie wyznawanej wiary. A może właśnie jest to jedyna, ostatnia okazja, ostatnia szansa dla opamiętania się.
Poniżej przytaczam obszerne fragmenty wywiadu, jakiego udzielił dla portalu "na temat" polski kosmonauta, Mirosław Hermaszewski. Rzecz dotyczy zbrodni ukraińskiej UPA dokonanej na Polakach, na Wołyniu. Hermaszewski jako bardzo małe dziecko cudem przeżył to ludobójstwo, lecz większość jego rodziny straciła życie na precyzyjny rozkaz kierownictwa UPA, którego "treść można zawrzeć w trzech punktach: wyrżnąć Polaków, domy spalić, dobytek zabrać".
Od długiego czasu obserwuję niezwykłą i nie mającą precedensu postawę polskiej "elity" politycznej, która zaprogramowana na nienawiść do Putina i wszystkiego co rosyjskie, eliminuje ze zbiorowej pamięci narodu polskiego fakt, że obecne władze w Kijowie w sposób jawny i bezpośredni wytyczają perspektywę nowego ukraińskiego państwa nawiązując do ideologii Bandery i krwawej, noszącej znamiona ludobójstwa działalności UPA. Tym sposobem, dla koniunkturalnych korzyści, jakimi, zdaniem polityków różnych maści, jest otwarte występowanie przeciwko Rosji, ludobójstwo na Wołyniu jest pomniejszane, a pamięć o ukraińskich zbrodniach raz na zawsze ma zostać ukryta. Okazuje się, że o ile Polakom wolno czcić ofiary Katynia, o tyle śmierć niewinnych dziesiątek tysięcy ludzi jest dla elit mniejszym złem lub wręcz złem nie jest. Paradoksalnie należy nienawidzić Rosjan za to, że przyznali się do katyńskiej zbrodni i jednocześnie trzeba kochać Ukraińców za to, że do zbrodni na Wołyniu się nie przyznają i demonstracyjnie pielęgnują zbrodnicze tradycje swoich "bohaterów", wśród których zapewne byli ci, którzy z takim powodzeniem eliminowali rodzinę Mirosława Hermaszewskiego.
Przyznam, że w kategoriach zdroworozsądkowych, postawa polskiego rządu, parlamentu, większości partii politycznych jest dla mnie kompletnie niezrozumiała i świadczy o degeneracji tzw. elit politycznych, którym dzielnie sekundują podobno niezależne media. Dlaczego polską racją stanu ma być wspieranie wszelkimi możliwymi sposobami ukraińskiego państwa, które okazuje się być spadkobiercą zbrodniarzy UPA, państwa, którego prawicowe elity żądają rewizji granicy polsko-ukraińskiej. Prawdopodobnie w każdym innym kraju polityk, który opowiadałby się po stronie rządu obcego państwa, które domaga się ustami wpływowych sił politycznych rewizji granic, w najlepszym przypadku unicestwiłby się jako polityk i osoba publiczna. U nas jest jednak inaczej. Dlaczego? Czy władza albo dążenie do władzy zawsze musi pozbawiać rozumu? Dlaczego dla naszych rodzimych "elit" śmierć stu tysięcy niewinnych ludzi jest tak mało znacząca, aby zapomnieć o niej, tłumacząc tę postawę racją stanu? Czy dlatego, że na Wołyniu zginęli zwykli ludzie, nie wielcy politycy, nie sztandarowe postaci życia publicznego, lecz zwykli, powtórzę raz jeszcze, zwykli ludzie? 
W tej niezwykłej niepamięci jaka ogarnęła obecne "elity" rządzące i opozycyjne jest nie tylko ignorancja, nie tylko doraźna, politycznie uwarunkowana konieczność i poprawność; jest w tej postawie pogarda dla zwykłego człowieka, pogarda dla jego bezsensownej, okrutnej, często poprzedzonej wymyślnymi torturami śmierci.
Dlatego też nie pozostaje mi nic innego jak kierowanie się podobnymi uczuciami względem "elit" . Myślę właśnie o pogardzie, o swego rodzaju ostracyzmie, który towarzyszył mi będzie w stosunku do każdego polityka, do każdej osoby publicznej, która nie wyrazi sprzeciwu wobec tych sił politycznych na Ukrainie, które godzą w pamięć zamordowanych z pełną premedytacją Polaków, zamordowanych przez "bohaterów" z UPA.
Wiem, że mój głos w sprawie zbrodni wołyńskiej i stosunku do niej Polaków i Ukraińców stojących dziś na publicznym "świeczniku" niewiele znaczy. Prawdopodobnie spotkać się mogę z komentarzem, że niczego swoim wpisem nie zmienię, że takich głosów wołanych "na puszczy" było w przeszłości w odniesieniu do rozmaitych kwestii wiele, wiem, że gdybym nawet zebrał milion podpisów pod moim sprzeciwem wobec postawy polskich "elit", nic to nie znaczy, bo rządowa i parlamentarna władza panicznie boi się demokracji bezpośredniej i nie ma żadnych szans na to, aby nadać takiemu sprzeciwowi moc prawną. Wiem o tym, ale milczeć nie potrafię; więcej, uważam, że milczeć nam nie wolno, chyba że my wszyscy jako ogłupiane i zniewolone społeczeństwo zadowalamy się naszymi własnymi codziennymi sukcesami, starannie założywszy blindy na oczy jak u konia, aby, broń Boże, nie poznać prawdy... już lepiej obejrzeć sobie w telewizorze jakiś reality show i mieć sprawy poważniejsze w głębokim poważaniu.
Mimo wszystko zachęcam do przeczytania całego tekstu wywiadu, do którego link zamieściłem pod poniższymi fragmentami.

(...) "Napastnicy okrążyli wieś, otworzyli ogień z karabinów maszynowych; używano też zapalających kul. Domy był kryte strzechą lub gontem. Szybko stawały w ogniu. Wtedy banderowcy przystąpili do szturmu i rozpoczęli systematyczną rzeź. 
W pierwszej fali szli uzbrojeni w broń palną, tuż za nimi pospolite ruszenie – z kosami, widłami i siekierami, potem okoliczni mieszkańcy, którzy grabili majątek." (...)

(...) "Jeden z oprawców dogonił mamę i z bliska strzelił w głowę. Kula przeleciała koło skroni, rozerwała ucho. Mama upadła nieprzytomna. Pojawiło się dużo krwi, banderowcy uwierzyli, że zabili. "(...)

(...) "Naliczyli 18 zabitych z całej rodziny – Hermaszewskich i Bielawskich. Szczęśliwie wszyscy z rodzeństwa przeżyli. Zginął dziadek, który ufny w przyjaźń z Ukraińcami nawet nie chciał uciekał, bo nie wierzył, że mu zrobią coś złego. Przypłacił to siedmioma uderzeniami bagnetu w pierś." (...)
(...) "W tej krytycznej sytuacji pomagała nam pewna Ukrainka, która z litości nade mną ofiarowała jedną z dwóch kóz. To był przecież wtedy majątek! Dzięki temu przeżyłem. W tych tragicznych momentach byli także dobrzy Ukraińcy. Potem, już w 1944 roku, mieszkaliśmy na plebani u księdza Rossowskiego w Bereznem." (...)

(...) - Zbrodnia wołyńska pochłonęła ok. 100 tys. polskich ofiar. Dla Pana to jednoznacznie ludobójstwo?
- Absolutnie tak. Na wojnie ludzie giną, ale jeżeli dochodzi do eksterminacji ludności tak, jak stoją – od niemowlęcia do starca – i to w sposób, aby zadać jak najwięcej cierpień, to jak to inaczej nazwać? Tym bardziej, nie robiono tego pod wpływem emocji, ale kierownictwo UPA wydawało precyzyjne rozkazy, jak eliminować polską ludność. Tę treść można zawrzeć w trzech punktach: wyrżnąć Polaków, domy spalić, dobytek zabrać." (...)

(...) "Napastnicy pastwili się nad kobietami, cięli piłami, odrąbywali ręce, wbijali gwoździe w głowy. To się nie mieści w jakichkolwiek kanonach współżycia między ludźmi." (...)

(...) "Nasi politycy co prawda na Ukrainę jeżdżą, wygłaszają tam płomienne przemówienia, ale za ich plecami powiewają banderowskie flagi. Czy oni ich nie widzą?" (...)

05 kwietnia 2015

Na ratunek historii materialnej

Nie będę przekonywać, że jako miłośnik francuskich, małomiasteczkowych, prowincjonalnych i "dzikich" pejzaży w całym mnóstwie obiektów sakralnych rozlokowanych w większości wiosek dopatruję się niezwykle cennego architektonicznego elementu, który świetnie wpisuje się w krajobraz okolicy, nierzadko bywa jego największą ozdobą.
Kościoły są zwykle opustoszałe, zamknięte na klucz, strzeliste, z kamienia, stare, górujące nad miastem czy wioską. Bardzo różnie jest z ich kondycją techniczną. Elewacje jednych pokryte są nowym tynkiem lub kamienna ich struktura nosi znamiona zastosowania prac konserwatorskich; inne z kolei niszczeją, umierają stojąc, a jedyną oznaką ich nadwątlonego upływem czasu życia są wybijające kolejne godziny dzwony. Myślę, że nadejdzie taki czas, kiedy bardzo wiele francuskich kościołów będzie funkcjonować na takich samych zasadach jak dzisiaj traktujemy pozostałości budowli starożytne Grecji czy Rzymu. Będzie tak, jeżeli nic się nie zmieni w polityce państwa francuskiego, które obecnie, jak sądzę, nie przeznacza dostatecznie wysokich środków na renowację tych zabytkowych, bądź co bądź, obiektów. Na wiernych, parafian nie ma co liczyć. Francja jest coraz bardziej laicka, księży niewielu, a zrzucenie odpowiedzialności za stan świątyń na samorządy (nie orientuję się we francuskim prawie, lecz sądzę, że istnieje jakaś forma dofinansowania remontów) raczej nie wchodzi w grę. 
Prawdopodobnie gdyby znaleźli się stali fizyczni właściciele, nadzorcy tych  obiektów (myślę o księżach) sytuacja mogłaby się poprawić. Ba, ale skąd ich wziąć? 
I w tym miejscu pozwolę sobie na zasugerowanie dość radykalnego i ekstrawaganckiego rozwiązania, które pozostanie zapewne jedynie jako "idea fix". 
A gdyby tak do tych pozostawionych na pastwę mijającego czasu parafii zaprosić księży misjonarzy z Polski? Nie piszę tego złośliwie, choć przyznaję, że gdyby tak potraktować niniejszą propozycję poważnie, naszych duchownych czekałby na gościnnej, francuskiej ziemi los nieciekawy. Ale przecież "Polak potrafi", a polski ksiądz - tym bardziej. Niech by się wykazał starannością i pomysłowością w gromadzeniu funduszy na remont przeciekającego dachu, odnowę ścian, renowację obrazów, fresków... i tak dalej. 
Być może jednak ktoś poczytuje sobie moje słowa za złośliwość, lecz moje intencje odnoszą się do czego innego. Chodzi mi głównie o zatrzymanie procesu niszczenia przez czas obiektów sakralnych, bo nawet jeśli w danej wiosce nie uświadczy się wierzącego, to wspólnym, obywatelskim obowiązkiem współczesności jest uszanowanie przeszłości, szacunek dla wytworów ludzkiej pracy; także dla wiary przodków, nawet gdy kolejna generacja wiarę utraciła. Po prostu nie chciałbym, aby zabytki średniowiecza i późniejszych epok spotkał los materialnych pamiątek starożytności. 
Każdy przedmiot, budowla czy dzieło sztuki mają swoją historię i powinny być, jeśli to tylko możliwe, powierzone opiece kolejnym pokoleniom. Nie znoszę barbarzyńskiego niszczenia; także niszczenia dziejącego na naszych oczach przez zaniechanie działań, które należałoby podjąć. Nie jestem w stanie zaakceptować niszczenia przedmiotów kultury materialnej z powodów politycznych, religijnych. Nie do przyjęcia jest też burzenie "nie naszych" cmentarzy. Miejsca powinno starczyć dla wszystkich.
W moim rodzinnym miasteczku, w jednej trzeciej zamieszkałym przez żydów; wśród nich chasydów, historia bezlitośnie rozprawiła się nie tylko z ludźmi, lecz również z żydowskimi domami, świątynią, która podczas II wojny światowej zamieniona została na magazyn, aby już w czasach pokojowych nigdy nie odzyskać swego pierwotnego przeznaczenia. Cmentarz żydowski dzisiaj zionie pustką i zaniedbaniem, a tego co pozostało z synagogi lepiej nie fotografować, bo najzwyczajniej w  świecie wstyd. Oczywiście najbardziej szkoda ludzi. Ci, izolowani najpierw w miejskim getcie, a później, bodajże od 1942 roku, w znakomitej większości zostali wywiezieni do Chełmna nad Nerem, do obozu Kulmhof, gdzie zostali zagazowani. 
Być może wśród tych, którzy zginęli byli żydowscy rzeźnicy i wędliniarze, którzy przed wojną chętniej niż polscy przedsiębiorcy dawali na kreskę i dzięki temu miejska biedota mogła łatwiej przeżyć w czasach, gdy o pracę było ciężko. Być może w Kulmhof zagazowano rodzinę (a w niej dwie małe dziewczynki), której moja babcia przerzucała przez płot chleb i kiełbasę, a kierownik poczty, przybyły z Bawarii, choć wiedział o tym procederze, przymykał oczy, bo i w niejednym niemieckim okupancie pod piersią kołatało serce. 
Ludzkiego życia się nie zwróci, ale coś przecież materialnego po naszych współbraciach pozostało... i wypadałoby przez pamięć dla tych, których istnienia skończyły się niesłusznie i przedwcześnie... wypadałoby coś zachować... pozostawić.


04 kwietnia 2015

Życzenia Świąteczne

Od wszystkich biesiadników kawiarenki, którzy dzisiaj we własnych komorach mieszkalnych pozamykani, odpoczywają od marnej codzienności, już cieszą się z nadejścia Nowego i Lepszego, jajami się racząc, tudzież wymyślnymi wielkanocnymi smakołyki, przekazuję niniejszym świąteczne życzenia.
Wraz z nimi słynny urywek geniuszu Haendla oraz odkryty niedawno piękny obrazek anonimowego czeskiego malarza zwanego Mistrzem z Trzeboni, a tytuł pracy: "Zmrtvýchvstání Krista"




"Zmrtvýchvstání Krista", 132 × 92 cm, Národní galerie v Praze, okolo 1380

KONSZACHTY

Dni postępowały pospiesznie, ku wiośnie prowadząc swój bieg niestrudzony. Naprzód rozpuściły harcowników-zwiadowców ze słońcem i ciepłym atlantyckim powietrzem w plecaku; ci jednak, wiosny wysłannicy szybko z sił opadli, pozwalając się doścignąć dniom słotnym i ponurym. Kotłowało się na ziemi w marcowym garncu i trudno było dociec, czy na święto Wielkiej Nocy nastąpi z zimą ostateczne pożegnanie, czy też ta niechciana, w srebrną biel ubrana pani pokaże jeszcze na co ją stać i rozsiadłszy się na jakim wzgórzu, rozpuści swą suknię śnieżną, a oddechem chłodu zgani nieśmiałą zieleń pól, pastwisk i łąk.
Kawiarnia czuła te narastające wiosny oczekiwanie. Niby wiodła swoje własne życie: raz obfite, innym razem kameralnie skromne. Coraz częściej też otwierała drzwi wychodzące ku ogrodowi, gdzie korzystając z krótkich i niepewnych chwil zbratanych ze słońcem trwała zabudowa wolnej przestrzeni.
Pod czułym okiem inżyniera Beka, który uprzednio poczynił był stosowne plany, stawiano podłużne zadaszenie. Powstawało w ten sposób miejsce, w którym podczas dni ciepłych i upalnych pokaźna część smakoszy kawiarenkowych dań mogła będzie spędzać dłuższe chwile pośród natury. Paździerzowo-drewniany dach miał chronić przez słońca żarem i ulewą, a ażurowa konstrukcja ścian, z deseczek, sztachet, słupków i pręcików pomyślana była, aby posadzone dzikie wino pięło się dodając uroku surowemu drewnu. Aż żal, że w chwili stawiania budowli do ogrodu nie zdołała jeszcze wtargnąć zieleń drzew, że nie zabieliły się kwiaty wiśni, że nie spurpurowiało kwiecie jabłoni, że nie puszczały pęków róże i piwonie, że winorośl jeszcze nie odbijała, nie wczepiała się mackami w drewniane rusztowanie ścian.
Kiedy to nastąpi, kawiarenkowi goście poczują się, jakby byli roślinami tej samej natury, która ich otacza. Więcej, za ową budowlą tworzoną właśnie na bazie prostokąta znajdowała się dalsza ogrodowa przestrzeń, do której dostęp gościom będzie zezwolony. Kawiarennik cieszył się także z tego powodu, że pośrodku miasteczka, tuż przy głównym placu, na zapleczu, za kamiennym parkanem rozbudowana, wchodząca w ogród kawiarenka będzie mogła cieszyć klientelę widokiem prawdziwie sielski i wolnym od zgrzytów i hałasów miasta.
Wynajęty majster od ciesiołki z pomocnikiem, redaktor Pokorski i sam pan Adam przy rozbudowie pracowali, niespiesznie lecz wytrwale, w zależności od kaprysów pani aury. Niby najtrudniejsze za nimi: ów dach z paździerzowych płyt, zabezpieczonych przed przemakaniem był już gotów, lecz kto wie, czy nie trudniejsza praca przed nimi nie została, a mianowicie – podłoga, w planach zamocowana na podwyższeniu, położona na podporach, te zaś ustawione na poczynionej betonowej wylewce (ot, trudność w starannym uchwyceniu poziomu). Inżynier Bek, który robotę doglądał, ręczył za to, że jeśli porządnie pilnować się jego planów, na takiej podłodze nie tylko stoliki i krzesła stawiać będzie można, ale też niestworzone w tańcu wyczyniać hołubce.  
W Ciżemkach natomiast remont obory, sporej, w kamieniu i cegle, z przyzwoitym (na szczęście) dachem posuwał się naprzód swoim własnym tempem. Bracia robotnicy najpierw odnawiali tynki, a na jednej ze ścian, tej ceglanej, od nowości nieotynkowanej czyszczono cegły, i artystycznie uzupełniano między nimi fugi; następnie zabezpieczano ceglaną powierzchnię lakierem.
Przed nimi jeszcze moc herkulesowej pracy pozostało: a to boksy dla koni przysposobić (myślano naprzód o sześciu), wrota naprawić, drzwi i okna wymienić. Cieszono się, że budynek mieszkalny był już wykończony i można było braciom-robotnikom zagwarantować kwaterunek. Przyjeżdżali bowiem w każdy weekend, a bywało, że ten czy ów pozostawał na dłużej.
Radca Krach, choć w mularskich rzemiosłach nie obeznany, przyjeżdżał, kiedy mógł, z mecenasem Szydełko i inżynierem Bekiem do pomocy. Dawano im pomniejsze, lecz, jak zapewniano, newralgicznie ważkie prace. Nadto inżynier Bek tak jak doradzał panu Adamowi przy zabudowie ogrodowej części kawiarenkowej posiadłości, tak Piotrowi i Joannie fachową służył pomocą. Mało tego: sobie tylko wiadomymi szlaki załatwił za bezcen metalowe rury, które jak nic pasują do wytyczenia nimi granic między komnatami, w których zamieszkają ciżemkowskie rumaki.
Kalendarzowa wiosna, jak widać, pochłonięta była tu i tam pracą, lecz dwa razy w tygodniu cała pracująca gromadka zjawiała się w kawiarence, gdzie, przy obiadowo-kolacyjnej strawie wspomożonej deserem i płynnymi napojami, prowadzono więcej niż interesujące rozmowy. Ciekawe w tym wszystkim jest to, że do tych konwersacji włączone zostały małżonki: radcy, mecenasa, inżyniera, doktora i redaktora. Babiniec ten dzielnie wspomagał płeć męską, zabierając głos (czasami w nadmiarze) w dyskusjach nieprzebranych, które razu pewnego nie zakończyły się przed północą.
(Niestety, doktor Koteńko nie zawsze służył przyjaciołom swoją obecnością, albowiem miasteczko i przyległe wioski nieszczęśliwie „zagrypiały”, stąd pan doktor chorowitków przyjmował do późnego wieczora, tudzież doglądał obłożnie cierpiących w ich własnych domostwach).
Zdarzyło się, że podczas takiej gromadnej dysputy do kawiarenki przywędrowały rodzone siostry zakonne. Wpadły niby małą Różę zobaczyć i nacieszyć oczy jej widokiem, ale kto wie, czy w tej wizycie nie brała udziału herbatka z rumem, którą tak przepięknie Maria przyrządzała.
- Widzę, że gości dziś mrowie i zajęci rozmową jak nigdy – przemówiła jedna z sióstr, rozglądając się po sali i roznosząc uśmiech serdeczny i znajomy.
- Oj, tak – potwierdziła Maria – akurat siostrzyczki trafiły na konszachty.
- Konszachty? – zaniepokoiła się druga z sióstr – czy moje uszy się przesłyszały?
Nie dziwmy się tej reakcji, gdyż najwyraźniej siostrze słowo „konszachty” skojarzyło się z czymś dalekim od boskiej niewinności.
- Proszę się nie niepokoić – zapewniła Maria, widząc w oczach sióstr słynne w całym mieście zakłopotanie – właśnie siostrzyczek nam brakowało. Zapraszamy.
I tym sposobem rodzone siostry zakonne włączone zostały do „spiskującej” wspólnoty, która radziła… radziła, a stary pisarz, choć również w „spisek” zamieszany, z pewnej odległości przysłuchiwał się zjawiskowym mowom, popijał mleko i… pisał.

HISZPAŃSKI AKCENT

Jak zwykle każdy odcinek trasy z jakiej udaje mi się wracać "żywcem" ma swoje podsłuchane, muzyczne tło, które staje się niejako przebojem. 
Tym razem podsłuchane zostały utwory: francuskiego kompozytora Emmanuela Chabriera i jednego z najsłynniejszych hiszpańskich -  Isaaca Albéniza. Ponieważ trudno mi było się zdecydować, który z wątków zauroczył mnie bardziej, krakowskim targiem zamieszczam oba utwory, a łączy je klimat wybitnie... hiszpański.
[to tak w opozycji do panującej w kraju pogody]










29 marca 2015

ROZMOWA POD KLUBEM (1/2)

- A ty, co tak po ciemnicy siedzisz? Domu nie masz?
Ceglarz przesunął się na skraj koca, na którym siedział. 
- Siadaj, Stasiu. Ty wiesz, że od lat tu przychodzę – przypomniał koledze - a co mam w domu robić?
Stanisław wszedł na najwyższy stopień schodków i usiadł koło przyjaciela. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął flaszeczkę. Celgarzowi rozbłysły gwiazdeczki w czarnych oczach.
- Toś sobie przypomniał o koledze – powiedział z nagłym przypływem energii w głosie.
Butelka trzy czwarte litra stała już na schodku poniżej pomiędzy parami ich nóg. Zaraz też pojawiły się przy niej dwie szklaneczki z brązowego szkła, z uchwytami.
- Dopiero co mi nakapało. Z żyta. Z kim miałbym nie spróbować, jak nie z tobą?
Ceglarz wyjął z kieszeni marynarki papierosy. Poczęstował. Zapalili.
- Pod papieroska dobrze się pije, Stasiu – skonkludował.
- A dobrze. Dużo palisz, brachu.
Nalał w naczynka. Przepisowo, po połowie.
- Oby nam się!  - wzniósł prastary toast, wlewając do gardła całą zawartość szklaneczki.
Ceglarz dla odmiany zaciągnął nozdrzami aromat prymuchy, po czym powolutku opłukał płynem język, podniebienie, zanim w końcu wtoczył w siebie przepisaną mu działeczkę.
- Dobre bo mocne – stwierdził – i nie zajeżdża siarkowym odorem.
- A kiedy to moje zajeżdżało, chłopie – żachnął się Stanisław.
- Też nic nie mówię. Powiedziałem tylko, że nie zajeżdża.
Przepalili.
- A palę, Stasiu, bo ze mnie stary weteran jest. Ile to już lat w piłeczkę nie gram.
- Nie licz, Antoś, nie licz. Jeszcze ci zaszkodzi. Po co wspominać? Było… minęło.
Zalał jeszcze raz szklaneczki. Tym razem po mniejszej miarce, bo najważniejsze jest zmniejszać dawki, zwłaszcza gdy nie ma czym zakąsić.
- Ale jak dawałeś w piłę, to do kielicha zaglądałeś – przypomniał Stanisław – z fajkami cię nie widziałem, ale z gorzałą …
- Piłem, Stasiu, jak inni, ale się nie upijałem. Co było robić, kiedy przed meczem podchodzili do mnie i zachęcali. Taki na przykład Frankowski, znasz go, Panie świeć nad jego duszą, podchodzi do mnie i mówi: - „Antoś, pięciu okiwasz, stawiam połówkę z czerwoną kartką”. No i co było robić? Kiwałem. Wracałem na własną połowę, aby ustrzelić tego piątego, trener się darł, a ja nic, drybluję. Raz siedmiu przeszedłem, dopóki ten ósmy nie zdzielił mnie korkami od tyłu po achillesie. 
- Ech, czasy, ale mieliśmy ekipę, nie? – westchnął Stanisław – cała dekada do ciebie należała.
- A wspominać nie kazałeś – roześmiał się Ceglarz – widzisz, jak to wciąga?
- Do pierwszej ligi cię brali. Głupio zrobiłeś, żeś się nie zgodził.
- Tam… głupio. Robotę w fabryce dobra miałem, pożeniłem się, dziecko w drodze, a najważniejsze to, że kontuzje kolana podłapałem. Na okręgówkę moja noga wystarczała, ale nie na pierwszą ligę. Zaraz bym się tam zmarnował.
- A ja tam myślę, że dałbyś radę i nie musiał teraz przesiadywać tutaj pod klubem.
- Klubem? – Ceglarz skwitował ironicznie. Jego twarz za chwilę spoważniała. Zaciągnął się mocniej papierosowym dymem, zakasłał i odchrząknął – jeśli chodzi o to, to ciągnie mnie w to miejsce nie tylko dlatego że b y ł tu nasz klub.
- Pewnie, że wiem – twarz Stanisława rozjaśniała – na górze była biblioteka, klubokawiarnia i dwa pokoje do ćwiczeń, gdzie dzieciaki uczyły się grać na pianinie i gitarze. Na dole – pomieszczenia klubowe, łazienki, no i ten magazyn, w którym przechowywano instrumenty dla naszej orkiestry dętej.
- Ty na puzonie grałeś – przypomniał Ceglarz.
- I na klarnecie. Zależy.
- Ja tam od urodzenia nie miałem słuchu, tylko ten dryg do kopania piły – westchnął Antoni
- A przychodziliśmy tutaj pogrywać w szachy, pamiętasz? – Stanisław bez reszty wpadł już w pułapkę wspomnień.
- A jakże, pamiętam. Dochodziło do tego, że trzeba było się zapisywać na godziny, bo w soboty, a szczególnie w niedziele urwanie głowy było z dzieciakami, które przychodziły sobie posłuchać muzyki, obejrzeć telewizję, a potem też potańczyć – wspominał Ceglarz.
- A w niedziele po meczu przychodzili faceci na piwo, a matki na sok pitny z dzieciakami, na ciasteczka – dodał Stanisław.
- W soboty odbierano prasę, kolorowe tygodniki. Jak on się nazywał, co ten interes prowadził. Papież, tak? Chyba przez „rz” pisany.
- Też już wącha korzonki pod ziemią… ech… za nasz zdrowie i tych, o których wspominamy – zakrzyknął Stanisław i przepisowo wychylili szklaneczki.
(…)

28 marca 2015

PAUKSZTA PISARZ ZAPOMNIANY

Czytywałem i czytuję bardzo, ale to bardzo niesłusznego dzisiaj pisarza jakim jest (był) Eugeniusz Paukszta. Jakkolwiek przedwojenne wychowanie, jakie odebrał, studia na katolickim KUL-u, udział w kampanii wrześniowej, walka w AK, odsiadka w gestapowskim więzieniu, te wszystkie informacje są jak najbardziej do przyjęcia przez „nową, jedynie słuszną wizję postrzegania świata”, a jednak jakaś paskudna rysa „obrzydza” jego twórczość i jej skutki. Otóż w czasach powszechnie uznanych dzisiaj za niesłuszne, był Eugeniusz Paukszta wielokrotnie nagradzany przez władze (wiadomo jakie, pfff) najrozmaitszego szczebla; nagradzany za twórczość literacką kierowaną tak do dorosłych, jak i młodzieży, za swoją pracę społeczną i literacką, w której poruszał problematykę tzw. „ziem odzyskanych”, jakie powróciły do Polski po II wojnie światowej.
Dalszy problem w tym, że pisarz akceptował powojenny porządek świata, w tym ten pomiędzy Bugiem a Odrą, choć „na pociechę” należy przyznać, że nie był w swym zachwycie bezkrytyczny. W swoich powieściach Paukszta opisuje czas odbudowy i przebudowy kraju po spustoszeniu wojennym, koncentrując swoją uwagę na terenach przejętych przez Polskę od Niemiec. Porusza też tak mało dzisiaj znany problem trudnej asymilacji ludności przybyłej na ziemie zachodnie z kresów wschodnich, ale też nie mniejsze problemy z jakimi borykają się „tutejsi”: Polacy i Niemcy, Mazurzy i ludzie o przemieszanych rodowodach. Aczkolwiek autor „Pogranicza” z wielką i zasłużoną niechęcia odnosi do niemieckiego faszyzmu, tym nie mniej daleki jest od kreowania Niemca jako wiecznego i nieprzemijalnego wroga Polaków i polskości: odpowiedzialność zbiorowa za zbrodnie nie wchodzi w grę.
Jest Eugeniusz Paukszta piewcą pracy, społecznikostwa, życia skromnego, w którym bohaterowie, ci pozytywni, kierują się stosunkowo prostymi, acz wyrazistymi wartościami. Takiej prozy dzisiaj się nie uświadczy. Współczesna literatura polska stroni od tematów związanych z pracą, jeśli nie wiąże się z tym obraz człowieka sukcesu, jego kariera, bądź też, dla odmiany, klęska. Literatura porzuciła już tematykę społeczną. Zamiast niej funkcjonuje parapsychologia, jak to nazywam, skupianie się na jednostce poprzez wewnętrzny monolog, poprzez intelektualne uniesienia, filozoficzne dywagacje, które mają sprawiać wrażenie na czytelniku, że oto styka się z osobowością na miarę klasyków literatury filozoficznej – Dostojewskiego czy Sartre’a. Literatura skupiona na jednostce i jej osobistym szczęściu i problemach w gruncie rzeczy odhumanizuje rzeczywistość, pomija jej niepiękną stronę lub, co najwyżej, czyni o niej wzmianki, niby solidaryzuje się z ubogim, gorszym, słabszym, a w rzeczywistości nie potrafi opisywać prawdy.
Zwróćmy uwagę, że chyba od czasów „Nocy i dni” w czasach współczesnych nie postało dzieło o tak rozległych horyzontach obserwacji, dotyczące rodziny, społeczeństwa, narodu uwikłanego w okrutną czasami historię. Gdyby takie powstało, musiałoby uwzględniać nie tylko indywidualne wybory życiowe bohaterów, ale całą ideową, polityczną i historiozoficzną mozaikę ludzkich losów na przestrzeni przynajmniej dwóch epok: tej niesłusznej, minionej, i tej radosnej, jedynej akceptowanej współczesności. W rezultacie, jeśli dzisiaj czytamy w literaturze, publicystyce o czasach „słusznie minionych” to zawsze niemal z zabarwieniem pejoratywnym: a to zniewolenie, ucisk, brak wolności, cenzura, puste półki, słowem – samo zło. Oczywiście nikomu do głowy nie przyjdzie zadanie pytań: jak to się stało, że przetrwaliśmy jako naród, czy, jak kto woli, społeczeństwo, w tych okrutnych czasach? Jak wyżyliśmy karmiąc się octem i musztardą? Jak to się stało, że oto nagle, z dnia na dzień wszyscy jak jeden mąż, pokochaliśmy kapitalizm? Jak to się stało, że odkryliśmy, że od powojnia właściwie wszyscy byliśmy w opozycji?
Paukszta nie idealizuje rzeczywistości. Stara się opisać okres przełomu z pozytywistycznym zacięciem, chociaż nie brak w jego opowieściach romantyzmu, wiary w człowieka, wiary w to, że kraj można odbudować i uczynić go przyjaznym dzięki wspólnej pracy. Być może tkwią w jego twórczości pierwiastki dydaktyzmu, lecz jest i szacunek dla człowieka, dla walki ze złem, niesprawiedliwością, jest też uszanowanie złożone uprzedniemu pokoleniu, które za ojczyznę oddało swoje życie.
Lubię powracać do Paukszty także z tego powodu, że fascynuje mnie literatura, która potrafi poświęcić samą siebie na ołtarzu interesu społecznego. Takim przekazem kierował się przecież Żeromski, u którego „pobierałem nauki” w postrzeganiu świata.
Bardzo to dzisiaj niemodne, zacofane, nie mieszczące się w głównym nurcie nie tylko literackich obrazowań i odwzorowań rzeczywistości.

POD BRONIĄ

Było się w koszarach Legii Cudzoziemskiej w Saint-Christol, gdzie jechałem z ładunkiem poznając się przy okazji z Polakami służącymi w tej wielce osobliwej armii, a tym razem dotarłem do (uff… to ściśle tajne przez poufne) miejsca gdzie pod bronią trzymana jest nuklearna broń.
Ale zanim dano peżocikowi niezbędne wskazówki odnośnie podróży, jużem brzydko się wysłowił na moją dżipieskę, która ani rusz drogi właściwej podać mi nie chciała. Takowoż spedytor był w nie lada kłopocie, tudzież podręczna mapa, która celu podróży nie wskazywała. Ale od czego jest sympatyczna pani na paliwowej stacji Avia. Onaż, o przedmiot zakłopotania zapytana, nie dość, że z problemu wybawiła, to jeszcze niebieskim atramentem na podanej kartce, miejscowości kolejnej, jak Pan Bóg przykazał, napisała, za co serdecznie podziękowałem, bo spieszno mi było z podróżą dalej, poniżej Dijon, w Pireneje, niezbyt wysokie, ale ukochane, gdzie znów obaczę prześliczne rozległe doliny, łąki z pastwiącymi się na nich krówkami, owieczkami, konikami; odwiedzę dziewicze lasy, jeszcze szare, lecz drzewa już w pąkach, co rychłym jest zwiastunem wiosny.
W nuklearnym ośrodku wojskowym, do którego dojazd zabraniał nie tylko robienia zdjęć, ale też postoju, załatwiono mnie sprawnie. Nareszcie mogłem przekąsić śniadanko, nawarzyć kawy i zjechać ze wzgórz ku główniejszym trasom; przespać się na parkingu przy stacji paliw i w sobotę rano ruszyć w dalszą drogę przez Aumont-Aubrac, Lapanouse, Onet-le-Chateau, piękny Rodez i dalej już przez niskie Pireneje do Albi.
Anim nie przypuszczał, że na jednym z parkingów przed Saint-Chely-d’Apcher nawiążę internetową łączność ze światem. Zatem czas jakiś tutaj zostanę; zdałby się jakiś obiadek, singlowa herbatka… niestety także wieści ponure ze świata… 

OSTATNI OKRUCH ŚWIATŁA (fragment)

I.
 (Przedpołudnie. Otwarte od godziny. Restauracja. Centrum miasteczka)
ON –  Co zamawiamy?
ONA – Nie chcę obiadu.
ON -  To nie jest pora obiadowa. Co tutaj mamy
(wertują kartę dań; w pewnym momencie do sali wpada ostry promień słońca)
ON – Wypogadza się. jakby specjalnie dla nas.
ONA – Wezmę herbatę i ciastko francuskie.
ON – To samo dla mnie. Dużo masz czasu?
ONA – Zdecydowanie za dużo. Nie wiem, co z nim zrobić. Możemy posiedzieć.
KELNERKA (podchodzi; wymuszony uśmiech na twarzy; oczy zdradzają zmęczenie) – Co dla państwa?
ON – Dwie herbaty i dwa ciastka francuskie.
KELNERKA – Wszystko?
ON – Tak. Na tę chwilę dziękujemy.
(kelnerka odchodzi)
ONA – Co robisz?
ON – Nic szczególnego. Tracę czas.
ONA – Ze mną?
ON – Nie. Tak ogólnie tracę czas.
ONA – Na tablicy ogłoszeń przy kościele widziałam klepsydrę z twoim nazwiskiem.
ON – Tym razem to nie byłem ja. Nie czytuję tego typu ogłoszeń.
ONA – Boisz się, że naszych biorą?
ON – Chyba już najwyższy czas. Trzeba przywyknąć.
ONA – Nie żal ci?
ON – Trochę. Ale tylko teraz, kiedy rozmawiamy.
ONA – A wspomnienia? Pamiętasz? Przypomnij sobie.
ON – Myślisz, że będzie lżej? Lepiej nie pamiętać.
ONA – Ja mam dobrą pamięć. Czasami wspominam te lata, kiedy budowałeś „szklane domy”. Co wtedy mówiłeś? (przerywa, przymyka oczy, jakby chciała przypomnieć sobie w detalach jakiś szczegół)
„Gdyby przyszło mi zamilknąć z tego powodu, że zdołamy stworzyć świat idealnym, zamilkłbym”. To twoje słowa.
ON – Naiwność buntownika.
ONA – O, nie. Nie pamiętam, abyś się buntował. Ty nie byłeś tym, co chciałby niszczyć. Raczej wspominam cię jako tego, kto mozolnie buduje.
ON – Możliwe. Zazdrościłem swemu ojcu, którego młodość przypadła na lata powojenne.
ONA – To nie były łatwe lata.
ON – Były prostsze. Jednoznaczne.
ONA – Nie tak bardzo jednoznaczne. 
ON – Dla mojego ojca również. Po latach dowiedziałem się, że jako szczeniak chciał wysadzić pomnik.
ONA – Pomnik?
ON – Pamiętasz, stał na tym skwerze przed szkołą.
ONA – Nie kojarzę. Teraz tam stoją ławki i czerwone róże w gazonach.
(KELNERKA podchodzi i bez słowa stawia na stoliku szklanki z herbatą, ciasteczka na talerzykach, łyżeczki; odchodzi szybko, obracając się na pięcie)
ON – Pomnik zburzono znacznie później. Ale wtedy wysadzenie go było zbrodnią. na szczęście ojciec był zbyt mały, aby go posadzić. Dostał parę rózg po grzbiecie i kopniaków i chyba tylko przez wzgląd na jego matkę, nie trafił do kartoteki.
ONA – Słodzisz? (wsypuje cukier z saszetki, następnie delikatnie miesza herbatę)
ON – Nie. Od trzydziestu lat piję gorzką herbatę. (obejmuje szklankę obiema dłońmi, potem w tej nietypowej pozycji unosi ją do ust; pije)
ONA – Twojego ojca nie pamiętam. Bardziej matkę. Przypominam sobie taką sytuację. (przerywa na chwilę, przymyka oczy jak uprzednio; wciągając powietrze nosem, stara się pochłonąć aromat herbaty) Szliśmy ze szkoły z naszymi matkami. Potem park. Matki siedziały na jednej ławce. My na drugiej. Dawałam ci odpisać prace domową …
ON (przerywa, uśmiecha się) – Co ty powiesz? Odpisywałem?
ONA – Tak. Nie zdarzało ci się to często, lecz tym razem ja odrobiłam chemię w szkole. Wyprowadziłam, jak to się mówi, wzór. Wtedy twoja matka powiedziała do mojej, że jej syn, to znaczy ty, weźmiesz sobie biedną dziewczynę, bo jesteś wrażliwy. Nie wiem, z czego wynikała ta wypowiedź i dlaczego twoja mama rozmawiała o tym z moją. Może dlatego to zapamiętałam. Potem w domu zapytałam swojej mamy, czy jesteśmy biedni.
ON – Moja matka pochodziła z biednej rodziny. Może dlatego.
ONA – A ja w końcu doszłam do wniosku, że jestem chyba za bogata dla ciebie.
ON – I dlatego nie zostałaś moją dziewczyną. (mówi to z uśmiechem)
ONA – Pewnie tak. Wczoraj sąsiadka przyszła do mnie ze wspaniałą wiadomością, że jej syn, znalazł sobie wreszcie „majętną partię”. tak się wyraziła: „majętną partię”. Bo, mówiła, chłopak to musi się porządnie wyszumieć, zanim znajdzie właściwą dziewczynę.
ON – Ja tam nie szumiałem.
ONA – Przecież wiem. Podobałeś mi się. Spoglądałam na ciebie, a ty… ty miałeś gdzieś smarkulę z podstawówki.
ON – I ta smarkula zrobiła mi na złość wiążąc się z chłopakiem, którego nie znosiłem.
ONA – I z którym rozwiodła się po dziesięciu latach małżeństwa. Ale to była moja wina. Nie potrafiłam go kochać.
ON – Chyba mi nie powiesz, że myślałaś o mnie?
ONA – Nie powiem ci, bo sam powinieneś się tego domyśleć.
ON – Widzisz, właśnie dlatego wolę nie pamiętać. Zbyt wiele wyrzutów sumienia, a czasu i tak nie odkręcisz.
(...)

24 marca 2015

DO CIŻEMEK

Tedy do Ciżemek cała ludzkość w poniedziałek przed dziesiątą się wybrała. Z tą ludzkością radca Krach, rzecz jasna, przesadził. Auta były dwa. W pierwszym oczywiście pan radca po lewicy kawiarennika kierownicę w dłoniach trzymał; z tyłu Maria z ukochaną Różą; jeszcze dalej przepięknie złożony wózek. W drugim aucie mecenas Szydełko z redaktorem Pokorskim; obaj na przedzie.
Zapomniano powiedzieć, że był poniedziałek, a więc ów dzień, w którym kawiarenkę później niż zwykle otwierano, lecz słynny on będzie z prawdziwie wiosennej pogody, jaką przyniósł z sobą nie wiadomo skąd po deszczowej niedzieli. Byłby paskudny wstyd, gdyby zdrowiutką jednak, jak Bóg przykazał, Różyczkę pozbawić widoku i atmosfery ciżemkowskiej natury.
Nieprzypadkowy był też zestaw płci męskiej na wycieczce, albowiem raz jeszcze sprawę redaktora Pokorskiego rozważyć miano. Pan Krach poświęcał na to strzęp zaległego, zeszłorocznego urlopu, a mecenas Szydełko akurat w ten poniedziałek wolnym był ptaszęciem, co zdarzało się niezwykle rzadko.
Ledwie wsiedli, radca Krach jął się droczyć z właścicielem kawiarenki w materii nieposiadania przezeń własnego auta.
- Panie Adamie – rzekł inicjator wycieczki subtelnie – nie próbuj pan, przyjacielu myśleć, że piję do tego, gdyż nie chcę dla młodego państwa być wdzięcznym szoferem. Już to z panią Marysią i jej córeczką na koniec świata bym wyjechał, lecz zważ, przyjacielu, żeś teraz ostoją i rodziny głową, a bez samochodu głowa rodziny, to głowa bez głowy.
Z zawiłości słownych pan radca znany był w całym powiecie, zwłaszcza w swoim fachowym żargonie, kawiarennik jednak w lot pojął te słowa.
- Wiem o tym, panie radco, ale na tej mojej, odpowiedzialnej za rodzinę głowie wydatki są niemałe ostatnio.
Ruszyli powoli, przepisowo, z marszu, jak na spacer.
- Zamówiłem drewniane płyty, deseczki, filarki… a drzewo kosztuje – uzupełnił.
- To prawda – przyznał Krach – zadowól się wobec tego, przyjacielu, nietęgo zjeżdżonym dieselkiem. Mam takiego na oku. Gość dla pana na raty sprzeda, bez zdzierania. 
- Zastanowię się – odparł kawiarennik, który myślami był już przy tej śmiało przez rozmówce niedawno podjętej deklaracji odnośnie utworzenia pisma.
- Poważnie pan myśli o założeniu gazety? – z niedowierzaniem w głosie zadał to pytanie.
- Jak najbardziej poważnie. Nigdy nie żartuje, kiedy tylko myślę poważnie – odparł pan radca – rozważ przyjacielu. Na moją pełną pomysłów starą głowę nasze pisemko będzie czysto obywatelskim przedsięwzięciem z domieszką przyjacielskiego partnerstwa i ma nieść dobrą i pozytywna nowinę w tym świecie zepsutym zawiścią i waśnią. Któż inny, jak nie my, skupieni wokół kawiarenki i twojej, nie oponuj, czcigodnej postaci, ma większe prawo do powiedzenia światu o naszych pasjach i humorach. Zważ na obsadę redakcyjną: pani Zosia z nauczycielskim i polonistycznym fachem obeznana, ukulturalni nasze łamy, jej szacowny mąż będzie miał miejsce na lekarskie porady, tak jak mecenas Szydełko, który skupi się na prawie. Doktor Koteńko ponadto wielce zasłużonym jest muzyki klasycznej słuchaczem, a my wszyscy nawet nie przypuszczamy, jak się ten talent konesera marnieje; może więc coś na temat muzyki nam spłodzi. Pani Zofia z kolei ma czeredę przecudnej młodzieży, swoich wychowanków, którzy w ogień pójdą za nią. Zamiast iść w ogień, niech piszą, niech piszą od siebie, o swoich problemach i radościach. A stary pisarz, panie Adamie, toż to dla niego zasłużona sposobność dostania się na literackie ołtarze. Pewnie spostrzegłeś, przyjacielu, jaki ma ostatnio przy piciu mleka melancholijny wystrój twarzy. Pan inżynier Bek wraz z tobą, Adamie, kulinarną kolumnę poprowadzi; ja zaś zajmę się rubryka ogłoszeniową, a pani Maria z przyjaciółkami o wychowaniu najmłodszych piskląt napisze, trudną sztukę psychologii (co ja, na własny użytek nazywam socjotechniką) uprawi. Chcemy siły ducha? Tylko powiedz to naszym dwóm siostrom rodzonym-zakonnym – znajdzie się dla nich metafizyczny zakątek. A pani: Szydelkowa, Bekowa i, za przeproszeniem, moja lśniąca intelektem połowica, same obmyślą miejsce dla siebie. Na sztukę też będzie kolumna, na teatr. Pani Zofia inwencji ma co niemiara, a doktor Koteńko odetchnie na moment od tej opieki, którą go otacza. Dla pana Pokorskiego, który będzie redaktorem naczelnym, pozostawimy swobodę w działaniu, choć wiem, że zadba o aktualności, a ciętym językiem tak ubarwi nasze pismo, że zdruzgocze konkurencję. A teraz, niech pan mi powie, panie Adamie, czy w tym, o czym opowiedziałem, popełniłem jakiś logistyczny i merytoryczny błąd?
Dalibóg, rzadko radca Krach przemawiał tak długo i treściwie, a jednocześnie poważnie. Kawiarennik za nic nie potrafił nadziać entuzjazmu pana radcy na przysłowiowego haka.
- Jest jedna rzecz, którą rozważyć trzeba – odezwał się Adam, nie chcąc, aby radca widział w nim tę bierną postawę, która tyle złego w przeszłości, a i obecnie, światu wyrządziła – role zostały rozdane, lecz czy aktorzy zechcą się nimi zająć?
- Aktorzy, powiadasz pan, Adamie. A ja powiem: przyjaciele, bo trzeba pamiętać, że u źródeł moich przemyśliwań jest niesprawiedliwość, jaka spotkała pana Pokorskiego. Dlatego też moja prośba do pana…
Tu radca Krach przerwać musiał, oddając prawo użycia broni jako pierwszemu – kawiarennikowi.
- O to proszę być spokojny. Pan Pokorski do czasu otwarcia na oścież pisma, pracuje u mnie  i pracy będzie miał sporo.
- Szczerze ci dziękuję przyjacielu – radca Krach nie próbował nawet ukryć satysfakcji.
Tak rozmawiając, nareszcie do Ciżemek dojechali. Oswobodzono wózek i Maria natychmiast w słoneczną okolicę z Różą się udała. Kawiarennnik musiał natomiast poświęcić chwilę na rozmowę z redaktorem, choć w pierwszym rzędzie wszyscy panowie udali się do domostwa Joanny i Piotra, gdzie całkiem spory tłum męskiej czeladzi dokonywał remontu. Otóż, jak się okazało, zarówno młoda instruktorka jazdy konnej, jak i też zdolny weterynarz dysponowali braćmi (w sumie chłopów sztuk cztery), którzy zdecydowali się młodym pomóc w zagospodarowaniu. Zdaje się, że cała szóstka pracujących (młodzi nie próżnowali) wykańczała doszczętnie remontem budyneczek, którego ściany lśniły w marcowym słońcu kremową barwą budyniu o smaku waniliowym, zaś dach purpurowiał świeżą soczystą, matową barwą jednorodnej, blaszanej mozaiki. Kiedy przygarnięto zaskoczonych przyjaciół do środka, zobaczyli i poczuli świeżość gładkich ścian w radosnych kolorach pasteli; stwierdzili, że przybyli na ostatnie pociągnięcia pędzlem, na stonowane ruchy mioteł, na siarczysty, basowy dźwięk odkurzacza, na polerowanie szyb i woskowanie podłóg. Radca Krach, najbardziej zaskoczony, nie mógł się wydostać z podziwu nad efektem poczynionych prac.
- Oto, jak wielką kategorią w dziejach ludzkości jest wzajemna pomoc – wyrzekł spoglądając na redaktora Pokorskiego, który pewnie w innych niż obecne okolicznościach zasłynąłby reportażem z miejsca renowacji, godnym umieszczenia go na pierwszej stronie pisma.
Podczas godzinnej przerwy zarządzonej przez Joannę i Piotra padały przemiłe słowa kierowane do restauratorów, a jednocześnie solenne zapewnienia, że do dalszych renowacyjnych prac młodzi powinni koniecznie zawezwać pana radcę, który przyjaciół dziarskie grono zbierze i tak jak obiecał z nastaniem nowego roku, tak dopomoże młodym, aby czym prędzej uruchomili swój biznes.
Pośród rozmów nie słychać było, jak kawiarennik konferował z redaktorem, a przecież ich rozmowa stała się kamieniem węgielnym przyszłych działań, które już niedługo nastąpią. W końcu sam pan Adam porzucił miłe towarzystwo dla swojej młodej żony i dziecięcia, które, choć drożdżami nie karmione, rosło śmiało jak ten pączek róży, kiedy zachciewa mu się przemiany w pachnące kwiecie.
Młodzi wędrowali pośród olch i brzózek, jeszcze bezlistnych, lecz przygotowanych do zapuszczenia jasnozielonych oczek, z których niebawem wyłonią się listeczki.
Ciżemkowska łąka budziła się z zimowego snu, jeszcze poszarzała, jakby wysuszona oczekiwaniem na ciepłe noce, ale budziła się z każdym dniem i zaczynała pachnieć dalekim, atlantyckim powiewem wiatru. Półśpiącą Różę z wszystkimi obywatelami nowonarodzonych Ciżemek zapoznano, a pan Adam, być może za względu na entuzjazm, z którym jego córuchna została przyjęta, zaprosił wszystkich, co do jednego braci na godzinę dwudziestą do kawiarenki, aby mogli swoje dzielne i ofiarne życie osłodzić.
A na różowym, niewielkim nosku Różyczki usiadła przelotna biedronka. Dziewczynka odruchowo podrapała się w nosek walcząc z łaskotkami; to zaś stworzenie wybiło się nóżkami w górę, pomachało skrzydełkami i rozpuściło po bożym świecie. Po upływie godziny, nie więcej męsko-damskie towarzystwo powróciło do aut, udając się najpierw do kawiarenki, później zaś do swoich domostw, aby zażyć jeszcze odpoczynku przed poniedziałkowo-wtorkowym snem.