O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

16 maja 2019

SŁOWO

Uchwyciłem się słów,
jak dziewczynka matczynej podomki,
powiedz, przytul, pocałuj.
Szlifowałem je latami,
jak kamieniarz marmurową posadzkę,
na której ostanie się wieniec.
Moje wyobrażenie o słowie
unosiło myśli na skrzydłach Pegaza,
ponad obłokami dobrej pogody
włóczyło się po mieście jak żebrak
wyciągający dłoń po jałmużnę
na schodach przed świątynią.
Sądziłem, że do końca świata
będzie tak krążyć.
Nic bardziej mylnego.
Słowo bez czynu
nie jest nikomu potrzebne do szczęścia.

[16.05.2019, Poznań]

12 maja 2019

RADOŚĆ Z MAHLERA

Po wysłuchaniu "adagietta" z 5 symfonii Gustawa Mahlera wrażenia są takie, iż poznaje się po tych uporządkowanych w pełnej logice następstw i konieczności dźwiękach próbę wydobycia na świat materii tak doskonałej, że nie sposób jej nie pochwalić; poznaje się przyczynę, dla której człowiek wymyślił muzykę. Dla wykreowania nowej rzeczywistości? Dla uzupełnienia jej takim środkiem wyrazu, z którym sobie nie poradzi słowo, nie sprosta obraz? 
Frazy muzyczne zrodzone z dźwięków adagietta oznajmiają nam początek kolejnego danego na do przeżycia dnia, który budzi się serdecznie uśmiechnięty, słoneczny i bezwietrzny, i to zachwycenie się nad odwieczną naturą stworzenia pogłębia się z każdą następującą po sobie nutą, z każdym pociągnięciem smyczka po najłagodniejszej ze strun, i trwa ten dźwięk, ta harmonia aż do naturalnej potrzeby snu przed następnym w kolejności uśmiechem dnia.
Jeżeli przypominamy sobie takie dni, letnie, choć nie tylko letnie, lecz takie, w których nasze myśli i uczucia, także zawiązki czynów, rodziły się nie w bólach, ale w radości z uczestnictwa w życiu, to Mahler właśnie o takim dniu nam opowiada. Cieszmy się więc z tego i posłuchajmy.



[12.05.2019, Aire des Avionneurs, Indre we Francji]

KASI I TEOSIA ZABAWA W CHOWANEGO (kolejna odsłona)

- Jeśli już, to poproszę szklankę wody.
Przystanęła w drodze do kuchni.
- Szklankę wody? Trzeba było pomyśleć przed, nie teraz.
- Odrobinę gazowaną... jeśli taką masz...
Oczywiście, że był zdekoncentrowany. Jego prędkie myśli falowały na bezwietrzu jak jej różana koszulka, którą niestarannie założyła na siebie i teraz, podczas przemieszczania się pomiędzy sypialnią a kuchnią jej delikatny, przewiewny i uroczo prześwitujący materiał merdał sobie jak gdyby nigdy nic, dopasowując się swym furkotaniem do wcale szybkiego tempa jej kroków.
- A ja sobie zrobię herbaty... takiej normalnej, czarnej, bez udziwnień - słyszał jej słowa dochodzące przez przedpokój z pomieszczenia kuchennego. Odczekał parę minut, aż usłyszał gwizd czajnika. Przez ten czas mierzył się ze szlafrokiem, który nieopatrznie rzucił w kąt i, zdaje się, nieco go przydeptał. Założywszy go na siebie, próbował prawą dłonią zniwelować powstałe pogniecenia... no cóż, w końcu to okrycie zostało mu pożyczone.
Wreszcie wniosła na niewielkiej, okrągłej, posrebrzanej tacy herbatę dla siebie i wodę dla niego. Pochwycił z miejsca szklankę i wypił duszkiem całą jej zawartość.
- Tak się zmęczyłeś, biedaku? - zapytała, starając się nie roześmiać na głos.
- Ja? Broń Boże. Dobra lekko gazowana woda nie jest zła.
- Owszem, ale ja wolę herbatę.
- Kasiu...
- Tak, mój skarbie?
Dopiero po chwili zastanowił się, czy w ogóle słusznie robi podejmując ten temat, jaki przyszedł mu właśnie do głowy... ale skoro już zaczął...
- Kasiu, co miały znaczyć te słowa: "- ciekawe czy ja będę coś z tego miała?"
- Tak cię to interesuje, Teosiu?
- Nawet bardzo.
- Ot, tak sobie powiedziałam. Nie domyślasz się? To chyba nic zdrożnego...
- Oczywiście. Nawet się domyślam. Ale mnie chodzi teraz bardziej o... jak to powiedzieć... skutek... słowem...
- Moje biedactwo znów kręci... nie powie prosto z mostu...
Otrząsnął się i rzucił nadzwyczaj śmiało:
- Miałaś?
- A jak myślisz?
Rzecz jasna pozwoliła sobie na wybieg, otaczając się woalką tajemnicy, a może raczej dostosowała się swym pytaniem do nieporadności siedzącego teraz na brzeżku łóżka Teofila. A jednak przysiadła obok niego, a jej dłoń niespodziewanie powędrowała w okolice jego czoła, już to głaszcąc je, już to rysując na nim paznokciami esy-floresy.
- W sumie było bardzo przyjemnie, nie sądzisz? - zapytała zatrzymując spojrzenie na jego oczach.
- Nie odpowiadasz...
- Biedaczysko... sam powinieneś o tym wiedzieć.
- Kobiety potrafią udawać...
Pacnęła go otwartą ręką w ramię.
- A ty skąd o tym wiesz? Powiem ci tak... potrafię udawać, ale nie do takiego stopnia, a zresztą...
- A zresztą... dokończ - niecierpliwił się.
- W końcu to ja wybrałam sobie ogrodnika, prawda? Wybrałam właśnie ciebie, Teosiu. Pamiętasz, o co cię prosiłam... abyś zrobił wiązankę kwiatów, którą podarowałbyś kobiecie, którą kochasz. Mnie się ona spodobała... to przesądziło. Skoro zatem dobrałeś najodpowiedniejsze według mnie kwiaty, najstosowniejsze dodatki, słowem, postarałeś się, to i w czym innym też dasz z siebie wszystko.
Nie bardzo zrozumiał, ale w końcu co tu jest do zrozumienia, było przyjemnie i to się liczy, ale tak naprawdę liczyło się coś więcej, i jeszcze coś, co napełniało go przerażeniem, ilekroć spojrzał na ten pożyczony szlafrok.
Rozpoznała jego zmieszanie i aby zmienił przedmiot swojego zakłopotania, ba, aby zmienił płytę z piosenką, której nie do końca zrozumiał, nacisnęła mocno kciukiem czubek jego nosa; ten rozpłaszczył się zabawnie, a sam Teoś, konkretnie jego nos wyglądał teraz tak, jakby systematycznie obijano go podczas dziesięciorundowej walki.
- Wiesz, skarbie, o czym wvtej chwili pomyślałam? - nie czekała na odpowiedź. - Powinniśmy MU o tym powiedzieć... o nas...
Znieruchomiał, a jego nos, którego Kasia już nie uciskała kciukiem, zdawał się nie powracać do poprzedniej niezgrabności, był w dalszym ciągu spłaszczony i może z tego też powodu Teofil miał kłopoty z oddychaniem.
- Jak to, chcesz powiedzieć o nas JEMU?
- Tak będzie najuczciwiej. Jestem przekonana, że MU się spodobasz.
- Ależ, Kasiu... czy to konieczne? - dygotał ze zdenerwowania.
- Mówię ci, naprawdę mój STARSZY BRAT zyskuje przy bliższym poznaniu.
- Kasiu...
- Co Kasiu? Przekonasz się.
- Więc ten szlafrok...?
- Oj, ludzie, ludzie... zwykła rzecz - szlafrok brata, zresztą całkiem na ciebie pasuje...
- To ja poproszę o jeszcze jedną szklankę wody - wykrztusił prosto z płuc.
- Koniecznie lekko gazowanej?
I do siebie:
- Nic dziwnego, namordowało się moje biedactwo.

[12.05.2019, Aire des Avionneurs, Indre we Francji]


09 maja 2019

DRÓŻKI DONIKĄD (fragmenty)

(...)
*
Dzisiaj nie posiadał w sobie energii. Był człowiekiem nazbyt doświadczonym niespełnianiem składanych sobie obietnic lub niemożnością ich wykonania, aby próbować ponawiać te wciąż nieskuteczne działania, z których systematycznie rezygnował.
Zaniedbał swój wygląd do tego stopnia, że znać już było na nim starość, która przezwyciężyła jego kalendarzowy wiek, dominując go bez reszty. Niestety kończył się również jako ten, kto próbował poprzez pisanie oszukać rzeczywistość. Niedokończona powieść leżała ugorem jak trzecia część gruntu przeznaczona na odpoczynek przed kolejnym zasiewem. Pozostałe projekty jedynie zaśmiecały jego umysł, w tej chwili nieprzydatny do niczego prócz wspomnień.
**
Staliśmy wtedy na dróżce prowadzącej w stronę Żelaznej Bramy; za nią szło się wzdłuż południowego brzegu stawu przytulonego do zakładu, jednakowoż oddzielonego od wody wąską ścieżyną, jak i też wysokim, ceglanym, nieco zmurszałym i nadwyrężonym przez upływ czasu murem.
Wziął mnie na ręce albo trzymał w ciepłym uścisku moją lewą dłoń. Wtedy zrobiono nam to zdjęcie.
Powinienem był opisać szerzej okoliczności w jakich doszło do uwiecznienia nas na tej fotografii. A jeśli w ogóle nie pamiętam tej sceny? Jeśli projektuję ją właśnie teraz, chcąc nakłonić przeszłość do zmyślonych zwierzeń?
Człowiek ma tendencję do przekłamywania dawnych faktów; konfabułuje, czasami idealizuje swój (i nie tylko swój) wizerunek. W jakom to czyni celu? Aby podkreślić ważkość wspomnień, dezawuując przy okazji teraźniejszość, która wydaje mu się obca i gorsza, niewarta dostrzeżenia w niej istotności?
***
Zbieg okoliczności? 
Wstał i podszedł do drzwi balkonowych, w tej chwili lekko uchylonych. Postąpił dwa, trzy kroki w ich kierunku, aż w końcu znalazł się na balkonie pośród kwitnących na czerwono i pomarańczowo kwiatów, których nazwy nie znał, chociaż kiedy mu je podarowano miały jeszcze przymocowane do łodyżek plakietki z łacińską nazwą tych roślin. Plakietki niestety gdzieś zaginęły.
- Kupić coś panu? - usłyszał znajomy głos sąsiadki z parteru, wychylającej się  przez okno akurat w tej samej chwili, gdy jego postać wydostawała się przez bujną kolorowość kwiecia.
-A, dzień dobry pani. To co zwykle - odparł uprzejmym głosem.
- Gazeta? Tygodnik?
- Nie, dzisiaj nie mam ochoty na czytanie.
- Rozumiem. Za małą godzinkę wrócę - oznajmiła kobieta niknąc za woalką kremowej firanki.
Miał nieodparte wrażenie, że kwiaty na jego balkonie pachniały dziś mocniej i intensywniej.

[09.05.2019, Wodzisław Śląski]

KILKA OSTATNICH DNI

Minęło kilka pracowitych dni. 
Zeszłego piątku byłem jeszcze w Hiszpanii, pod Walencją, skąd miałem trasę do Bremy... bagatelka - 2200 kilometrów, chociaż, na szczęście, na poniedziałek. Po rozładunku w porcie w Bremie podjechałem do Diepholz, aby zabrać stamtąd towar do Ostaszkowa, na północ od Torunia. A zatem znalazłem się w kraju, choć to nie był jeszcze koniec podróży. 
Kolejny załadunek miałem w Inowrocławiu; stamtąd do Arnutowic na Słowacji. Jako że ta "słowacka" trasa prowadziła mnie przez dom, toteż godzinkę spędziłem we własnej chałupie, robiąc wielką niespodziankę suczkom: Adelce i Maszy. Ale trzeba było ruszać w dalszą drogę.
W Arnutowicach pojawiłem się dwie godziny przed czasem, o czwartej rano. Dwie godziny snu i rozładunek. Pogoda w Słowacji dobra, słonecznie ale chłodno. W wysokich Tatrach śnieg. 
Następny załadunek miałem pod Nowym Targiem, a zatem trzeba było wycofać się do kraju przez Tatry. I rzeczywiście, na Jasnej Polanie, na Głodówce sporo śniegu, który powyżej 900 metrów npm. nie zdołał stopnieć.
W Ludźmierzu, skąd miałem zabrać wózki dziecięce do Ostrawy, poczekałem na załadunek parę godzin, pogoda wyśmienita - rześko i słonecznie, ale jeszcze w Słowacji usłyszałem prognozę pogody na kilka kolejnych dni - szykowała się zmiana; cieplej ale deszczowo.
Tymczasem jadąc już z towarem do Czech, nareszcie czuło się słoneczną i ciepłą wiosnę.
Do Ostrawy dojechałem o 17-tej. Był czas na odpoczynek.
Słucham świetnej rozgłośni Radio Vltava. Aż zazdrość mnie bierze, dlaczego w Polsce nie ma takiego programu. Nawet "Dwójka", której przestałem słuchać od kiedy stała się reżimową stacją pisiaków, nie wytrzymuje z Vltavą  konkurencji.
A dzisiaj od samego rana w Ostrawie deszcz...

[09.05.2019, Ostrawa w Czechach]

01 maja 2019

PIERWSZY MAJA

Kończy się Pierwszy Maja, międzynarodowy dzień pracy, święto robotników. W dzisiejszej Polsce święto to jest zapomniane bo niesłuszne i komunistyczne, chociaż nie zostało one wymyślone przez Lenina, komunistów polskich czy radzieckich. Nie będę wyjaśniał z jakiego powodu świętujemy ten pierwszy dzień  bodajże najpiękniejszego z miesięcy w roku - można to odnaleźć w wikipedii (jeszcze chyba niezależna). 
W obecnych czasach (chodzi mi głównie o nasz kraj) rządzące elity (nie tylko ta nieznośna pisowska) dołożyły starań, aby święto to popadło w zapomnienie, bo to, co wiąże się z PRL-em należy koniecznie wykreślić z pamięci. Czy słusznie?
Dla mnie od zawsze 1 Maja był i pozostanie świętem ludzi pracy (moim również, aczkolwiek akurat dzisiaj przejechałem służbowo około 650 kilometrów). Czy to coś złego świętować robotniczy, ale nie tylko robotniczy trud i wysiłek, zwłaszcza że w dawnych czasach płaciło się za to świętowanie najwyższą cenę - cenę życia?
Lubiłem to święto. Traktowałem je jako własne, także chodząc do szkoły (czyż uczenie się nie jest swego rodzaju pracą?). Chodziłem na pierwszomajowe pochody, bez przymusu, bez strachu przed konsekwencjami nieuczestniczenia w manifestacji pierwszomajowej. I chciałem w niej uczestniczyć, i po prostu tak wypadało, bo Pierwszy Maja był również świętem moich rodziców. Może z dzisiejszego punktu widzenia to, co przed momentem napisałem brzmi naiwnie, a już na pewno nie jest politycznie poprawne, ale co mi tam - tak wtedy myślałem i po dziś dzień nie wstydzę się swoich poglądów.
Lubię ten dzień także z innego powodu: a mianowicie 1-szy Maja to chyba jedyne niepatriotyczne i niereligijne święto w kalendarzu. Patriotyczne to  "Święto Narodowe", "Wojska Polskiego", "Konstytucja 3-go Maja"; religijne - wiadomo; natomiast To jest mimo wszystko inne. To prawda, że w PRL-u wykorzystywane było dla celów politycznych, ale ja zawsze traktowałem je zgodnie z jego przesłaniem.
Kiedy spoglądam w przeszłość, widzę odnowione na tę okoliczność ulice, widzę autentyczny zapał ludzi, którzy przygotowywali się, aby właśnie w tym dniu móc pokazać się z innej strony, tej zwykle niezauważanej. Czy to coś złego? Czy biało- czerwone flagi obok tych czerwonych to oznaka doraźnej koniunktury?
Sięgając w przeszłość widzę swojego ojca - społecznika, który czekał na ten dzień także z tego powodu, że pierwszego maja umownie zaczynał się sezon wędkarski; rozpoczynały się prace przy stanicy wędkarskiej, później również kajakowej; także zaczynał się ruch na strzelnicy budowanej przez ojca. A przecież już niebawem startował Wyścig Pokoju, którym pasjonowali się wszyscy Polacy bez względu na przynależność partyjną czy szerzej - polityczne poglądy. Pierwszy Maja był taką cezurą - wtedy budziła się prawdziwa wiosna: kwitły kasztany, potem szumiały w głowie od zapachu akacje, żółciły się łany rzepaku; prócz tego matura, zabawy i potańcówki, majówki na łonie przyrody, ale i nabożeństwa majowe pod kapliczkami - to wszystko trudno zapomnieć, a właściwie należałoby powiedzieć - powinno się o tym pamiętać.
Co zostało z tych lat? Mam świadomość, że tamte "niesłuszne" czasy miały swoje niedostatki; wiatr pełnej wolności słowa i suwerenności nie targał sztandarami, nie wszyscy przyklaskiwali ówczesnej władzy, cenzura robiła swoje, a jednak... tak mi się przynajmniej wydaje, potrafiliśmy się cieszyć inaczej; z własnych, ale i z cudzych sukcesów... i chyba tej zawiści-nienawiści było w nas mniej. Mniej było słów, które ranią niezgorzej niż czyny.
Przykre jest to, że w dzisiejszych czasach nie potrafimy docenić święta, które tak naprawdę jest naszym wspólnym dobrem - tych, którzy sumiennie, czasami z wielkim poświęceniem, pracowali nie tylko dla siebie, ale i dla przyszłych pokoleń, i tych, którzy dzisiaj wykonują swoje obowiązki, aby utrzymać swoje rodziny, jak i też wnieść w nasze wspólne dobro cząstkę własnej pracy.

[01.05.2019, Calafell, Catalonia w Hiszpanii]

28 kwietnia 2019

ROZMAITOŚCI

1.
Z Caseres w Hiszpanii pod Paryż, potem z Meaux do Aiguines (na północ od Marsylii), w końcu spod Tulonu znów pod Paryż - oto program kilku ostatnich dni.
W tym Aiguines (a właściwie około 15 km od tego miasteczka) meldowałem się z krzesłami w hotelu Hotel du Grand Canyon du Verdon. Okolica znamienita. Góry w tych prowansalskich Alpach skaliste bardzo, widoki przecudne, drogi wąziutkie pośród skał niezmiernie strome; pod nimi przepaść - głęboki na 500 metrów kanion, dalej jezioro o seledynowej barwie wody. Hotel umiejscowiony niemal tuż nad przepaścią, z terasem widokowym. W tym miejscu nie działają sieci komórkowe i internety. Właściciel ma wprawdzie połączenie ze światem, ale do Polski dodzwonić się noe sposób. Aby potwierdzić, że dowiozłem bezpiecznie towar, musiałem zjechać w dół jakieś 5 kilometrów i zatrzymać się na wąziutkim parkingu, przy którym zlokalizowano taras widokowy.
Stamtąd udaję się aż za Tulon do La Seyne sur Mer (nad samym Morzem Śródziemnym), skąd mam odebrać meble i inny "towar przeprowadzkowy" i zawieź go do Chatou pod Paryż. Załadunek trwa dwie godziny. Zleceniodawca z pietyzmem powtarza, że te wszystkie antyki w postaci stołów, foteli i komód są "fragile" i należy uważać, aby nie przytrafiło się im nic złego podczas transportu. Zauważyłem, że Francuzi mają bzika na punkcie staroci i tak jest właśnie i teraz. Nieśmiało zapytałem mężczyznę (żona, dwie dorosłe córki i piętnastolstka, która pomaga przy załadunku), czy ta przeprowadzka to już na stałe. Odparł, że w La Seyne jest tylko ich domek letniskowy, a na stałe mieszkają właśnie pod Paryżem. Pozazdrościć możliwości. Wyruszyłem zatem w drogę. Umówiony jestem na poniedziałek, na 8 rano... a do tego czasu... za Marsylią zmieniam obie żarówki w aucie. Jadę w stronę Valence i Saint Etienne. Po drodze zatrzymuję się przed La Voulte de Rhones (po zachodniej stronie Rodanu - piękna trasa; na wzgórzach opadających południowo-zachodnimi stokami w stronę rzeki tarasy winorośli). Nastawiam sobie budziķ na półtorej godziny i budzę się po jedenastu. No cóż, organizm poprosił o odpoczynek. Ta dłuższa niezaplanowana przerwa w podróży nie ma jednak przykrych konsekwencji - czasu mam pod dostatkiem. 
W końcu dojeżdżam na parking przy N82 pod Meulise (kilkanaście kilometrów przed Roanne) i tam spędzę noc z soboty na niedzielę.
2.
Z przykrością odczytuję wieści kraju. Wielka smuta trwa. Strajk nauczycieli, który szczerze popierałem (w końcu było się tym nauczycielem) upadł. Wygrała arogancja i buta, dyktatura ciemniaków i kolesi spod ciemnej gwiazdy. Narodowy socjalizm wskrzeszony po ponad 80 latach przez oszołoma rozkwita na naszych oczach. Chyba jednak nie starczyło mi wyobraźni - nie sądziłem, że na starość przyjdzie mi żyć w kraju rządzącym przez dyletantów - ciemniaków. Właściwie sposób w jaki obecny reżim traktuje nauczucieli, był do przewidzenia. Przypomnijcie mi, kto to powiedział, że najłatwiej rządzić niewykształconym tłumem. Lud prosty i nierozumny kupi wszystko. Przełknie każde kłamstwo ubrane w strój natrętnej, ogłupiającej propagandy, a kościół katolicki słowami i gestami większości hierarchów pobłogosławi ten deal rządzących.
Ech, aż mi się nie chce wracać do kraju... zdrajca, niepatriota, swołocz.
Ale przemija nawet najdłuższa żmija - tego należy się (choć ostatkiem sił) trzymać.

[28.04.2019, Meulise, Loire we Francji]

23 kwietnia 2019

Z LUTRA

"Występuje on przeciw świeckiemu przepychowi dworu papieskiego i Kurii Rzymskiej. (...) Nowo wybrany biskup powinien być - tak, jak we wczesnym Kościele - zatwierdzany przez biskupów z sąsiednich diecezji, a nie przez Rzym; należy znieść całowanie papieża w stopę, pielgrzymki do Rzymu, zakony żebracze, celibat kleru (diecezalnego). Klasztory powinny stać się chrześcijańskimi szkołami; kościelne prawodawstwo winno zostać przeanalizowane i silnie ograniczone; należy umikać ekskomuniki, interdyktu, przepisów dotyczących małżeństwa, nakazów postnych, dyspens, przywilejów, itp.; powinny być zredukowane dni świąteczne; należy skończyć z żebraniną, a każde miasto winno się troszczyć o swoich ubogich współobywateli; z herezjami należy walczyć nie ogniem, lecz duchem, to znaczy przez dyskusję i wolne słowo; należy wprowadzić szkoły dla dziewcząt." *
[* Decot, Rolf: "Mała historia reformacji", tł. Zychowicz Juliusz, rozdz. 3, s.43, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007]

[23.04.2019, Cáceres, Extremadura w Hiszpanii"]

KASI I TEOSIA ZABAWA W CHOWANEGO

- Teoś, mój Boże, jak ty wyglądasz?
Owszem, miała rację. Spodnie utytłane w błocie, ręce po łokcie - podobnież. To świństwo przylepiło się też do jego butów; naniósł tego do salonu, gdzie w równym szeregu na półkach wokół komnaty poukładane książki, jak w bibliotece, a szedł przecież przez wyfroterowany korytarz, na którego parkiecie pozostawił niezatarte ślady jego niezdarności.
Słowem - obraz nędzy i rozpaczy.
- A ja tak na ciebie czekałam! O której to miałeś być?
No i cóż miał powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? Że kopał ten dół, w którym miano zainstalować pięciusetlitrową beczkę? Wleje się do niej wody, uzupełni obornikiem, wymiesza i jak raz ta zawiesista, niepachnąca ciecz będzie jak raz pod pomidory i inne warzywa. Sam zresztą, doradził tak dziedziczce.
- Pani Kasiu, ja naprawdę chciałem zdążyć i dlatego tę ostatnią taczkę z gliną popchnąłem na przełaj. Myślałem sobie, nic to, że kałuża, rozpędzę się i jakoś przelecę, gdy tymczasem...
- Utknąłeś w niej, nieboraku.
- Nie wiedziałem, że tak głęboka.
- Padało przecież. Skąd ci do głowy przyszedł, aby przez nią skracać sobie drogę.  Znam dobrze tę kałużę przy ogrodzie. Nigdy bym nie zaryzykowała przeprawić się przez nią.
- Pani Kasia to wszystko wie, przewiduje, we wszystkim się orientuje, nie to co ja. Tak się spieszyłem...
- i widać tego efekty - spóźnienie, a do tego jakiś ty umorusany!
Minę, w przeciwieństwie do niej, miał nietęgą. Zapasowe portki suszą się w drewutni (te, które miał na sobie, były najlepsze), a w tych roboczych butach z wysokimi cholewami przecież że nie będzie się włóczył po parkietach.
- No i co ja teraz z tobą pocznę, nieboraku? Chodź, zaprowadzę cię do łazienki. Marsz za mną!
Co było robić, zdjął buciska i zaczął kroczyć bosymi stopy po wyszlifowanych do połysku parkietowych klapkach, a minę miał niedorajdy-męczennika. Nareszcie otworzyła przed nim łaziekowe drzwi i wepchnęła go do środka.
Kiedy udzielał się w wannie i pod prysznicem, przestępowała z nogi na nogę, to znów pobiegła do salonu i o czymś tam sobie rozmyślała. Powróciła pod drzwi łazienki, a nie słysząc już chluszczenia wody, krzyknęła przez drzwi do ogrodnika.
- A ubierz mi się w ten szlafrok, co wisi na prawo od lustra. ON go nie używa. A te swoje szmatki załaduj do pralki... proszek masz w szafce, znajdziesz.
Zdawało się jej, że coś tam odpowiedział i po minucie - dwu spostrzegła opadającą klamkę, a później otwarły się drzwi.
- No, teraz wyglądasz do rzeczy - uśmiechnęła się, a może nawet roześmiała, widząc jego zmieszanie. - Nawet ci w nim do twarzy - stwierdziła, obrzucając wzrokiem jego nieszczupłą, acz zmizerowa
ną sylwetkę odzianą w JEGO szlafrok.
W Teosiu (któż zdoła odgadnąć skąd) pojawiła się znienagła jakaś nieokrzesana wola pochwycenia jej w ramiona, przyciągnięcia do siebie mocno i nieustępliwie, i dokonania zuchwałej kradzieży pocałunku.
Odstąpiła od niego na krok, choć w gruncie rzeczy jego śmiałość nie bardzo ją przeraziła, bynajmniej, jego zachowanie sprawiłoby jej przyjemność, ale, jak to z kobietami bywa, postanowiła się z nim chwileczkę podroczyć.
- Oj, nie tak prędko, Teosiu... gotowyś pomyśleć, że ja...
- A nie...? - wykrztusił z siebie, powracając do zakłopotania.
- Mamy przecież czas.
- A ON?
- Już moja w tym głowa, skarbie. Tymczasem przejdźmy do salonu, a potem...
- Kiedy?
- Kiedy upierze się twoje ubranko - roześmiała się na głos.
Cóż było robić? Poczłapał na bosaka obok niej. Zgodziła na to, aby objął ją swoim ramieniem... nawet pozwoliła, aby musnął wargami jej prawy policzek... na razie tylko policzek.

[21.04.2019, Badajoz, Extremadura w Hiszpanii]

21 kwietnia 2019

OPOWIASTKA WIELKANOCNA

Zagłębiałem się w pościel podróżną, pachnącą jeszcze domem.
Zapukał w okno. Odryglowałem zamek. To takie łatwe.
- I czemu się nie odzywasz, mój druhu - zapytał zamiast powitania. A może przywitał się ze mną; tak mocno skupiłem swój wzrok na jego zmarszczkach, na posiwiałej brodzie i włosach.
- Ot, jak widzisz i wiesz zapewne, wybrałem się w kolejną podróż.
- Wiem. A pomyślałeś o mnie?
Skinąłem głową, a blady uśmiech wczołgał się na moją twarz.
- Sprawdzam cię - powiedział. - Wiem, że o mnie myślisz, a mnie martwią twoje troski i zmartwienia.
- Ale jednak nie powstrzymujesz moich znartwień - odpowiedziałem hardo.
- Zanim człowiek nauczy się pływać, wypije pół wiadra wody. Byle się nie nią nie zachłysnął.
- Ja się niemal utopiłem, nie zauważyłeś tego?
- Ale w końcu dopłynąłeś bezpiecznie do brzegu - przekonywał mnie.
- Myślisz, że do właściwego?
- Ja jestem zawsze po obu stronach rzeki. Jak byś nie płynął, zacumujesz w moim porcie.
Ucieszyłem się z tego stwierdzenia.
- I ja myślę, że dobrze wybrałem - pochwaliłem się.
- I ja to rozumiem - odparł. - A, tak przy okazji, przysięgam ci, że akurat na tę decyzję nie miałem wpływu.
- Ty przysięgasz? Nie miałeś wpływu?
Niemal się roześmiał.
- Znasz mnie już tyle lat i nie wiesz, że podarowałem ludziom jedną z najcenniejszych rzeczy: wolę decydowania o sobie, czynienia dobra, ale też i zła, co w każdym przypadku mnie zasmuca.
Wyczułem, że zbiera się do wyjścia. Nie miałem mu tego za złe. Nie jestem przecież sam na tym świecie, choć może mógł się napić wody z sokiem jaką mu zaproponowałem. Dotknął jedynie otwartą dłonią swego gardła. No tak, kiedy ma się tych parę tysięcy lat...
Już żegnał się ze mną:
- Pokój z tobą - powiedział. - Ty też będziesz miał swój Trzeci Dzień.
Odszedł.
Wyjątkowo spokojnie spałem tej nocy.

[21.04.2019, Merida, Extremadura w Hiszpanii]

20 kwietnia 2019

Wszystkim gościom kawiarenki życzę zdrowych, pogodnych i jak najradośniejszych 
Świąt Wielkanocnych!!!


[20.04.2019, pod Saragossą w Hiszpanii]

15 kwietnia 2019

ZMIANY...ZMIANY

Pierwsza wymuszona niejako przez okoliczności, bardzo nieprzychylne i stresujące, innymi słowy - zmiana firmy, z którą współpracuję, stała się koniecznością.
Druga zmiana nie ma nic wspólnego z przypadkowością; została przeze mnie przemyślana i wydaje się być logiczna, a ponadto u jej podłoża tkwi fakt, iż dokonując jej, pozostanę w zgodzie z własnym sumieniem, co akurat dla mnie ma znaczenie. I jeszcze jedno – jestem niemal pewien, że skutkiem tej zmiany będzie to niezbędne mi uspokojenie, nabranie dystansu do niepokojących wydarzeń, które mnie przytłaczały. Może jest w tym szczypta egoizmu? Nie wiem. W każdym bądź razie straciłem już wiarę w to, że w obecnej, nazwijmy to, konfiguracji wspólnotowej nie ma dla mnie miejsca i nadeszła pora na to, aby ostatecznie się z niej wyrwać.
Mam dość bombardowania mnie nienawiścią płynącą z ust polityków, którzy wystawili mi cenzurkę tego podlejszego, gorszego sortu i zawracają mi głowę tym, że nie jestem rzekomo godny należeć do wspólnoty narodowej. Oczywiście można przyjąć „na ciało” tę ostatnią, jak i też wiele innych obelg kierowanych także na mój adres.
Oczywiście mógłbym dla świętego spokoju przejść nad tym do porządku dziennego, wiedząc, że takie słowa pochodzą przecież od ludzi obłąkanych, a ci za swe zachowania i czyny nie odpowiadają… ale nie potrafię. Postanowiłem zatem opuścić tę wspólnotę, nie chcąc firmować jej własnym (wiem, że mało znaczącym) nazwiskiem. Nie potrafię i nie chcę zaakceptować słów wypowiedzianych przez jednego z arcybiskupów, który jako przykład prześladowania chrześcijan (chodzi rzecz jasna o katolików) podaje skazanie przez sąd biskupa pedofila. Jako miłośnik czytania i domorosły konstruktor budowli ze słów nie mogę zaakceptować palenia książek – zbyt dużo brzydkich skojarzeń. Z kolei jako były długoletni belfer nie pozwolę, aby nauczycieli nazywano swołoczą. Zwróćmy uwagę na to, kto jest sprawcą tych trzech przytoczonych przeze mnie w ogromnym skrócie faktów (a były dziesiątki innych, do których nie chcę już nawiązywać).
Chrześcijanie – katolicy.
Ponieważ nie znoszę uogólnień, muszę w tym miejscu napisać, że są też inni katolicy (w obecnych okolicznościach przyrody to katolicy gorszego sortu), z którymi byłoby mi po drodze, i których szanować będę, ale niestety jest to mniejszość.
I między innymi dlatego wybrałem inną drogę, długą, pewnie mozolną i wyboistą, ale własną, przemierzaną z pomocą kogoś, kto jeżeli przeczyta ten mój tekst, będzie wiedział, o kim mówię.

[15.04.2019, Dobrzelin]

12 kwietnia 2019

SZCZĘŚCIE (3)


- O, silny jest, z takim workiem daje sobie radę; jak to zarzucił go sobie na plecy, jakby nie kartofle dźwigał, a gęsine pierze.
Patrzyła na niego z podziwem, gdy rączym krokiem zmierzał do auta; jej mąż ledwie zdążył go dobiec, otworzył bagażnik, a pięćdziesięciokilowy worek już leżał w komorze jak padłe zwierzę.
- On z roku na rok silniejszym mi się wydaje, a miałam ja z nim, oj miałam, kiedy był dzieckiem.
- Co pani powie, teraz taki chłop na schwał – pochwaliła ponownie.
Ktoś podszedł do wozu.
- Ma gospodyni jeszcze taki worek jak ten tam? – mężczyzna w dżinsowej kurtce przed chwilą utkwił wzrok w Janie.
- Ostatnie dziesięć kilo, patrz pan, ostatnie. Za miesiąc, półtora będą młode – wytłumaczyła Barbara.
- Ostatnie dziesięć kilo, pani mówi. A czy dobre, nie przemarznięte w zimie, bo widzę, że bez pędów?
- W takiej piwnicy, jaką mamy, żaden kartofel nie przemarznie. Te już są ostatnie, nawet ledwie co dla siebie mamy. Resztęśmy na sadzeniaki zostawili, już nam ziemia rodzi nowe bulwy.
- Pani da, jeśli dobre. Białe?
- Białe i puszyste po ugotowaniu.
Dobili targu.
- A pewno, że mężczyzna z niego wyrósł nie od parady – kontynuowała Barbara. – Ale co ja przeżyłam! Zapalenia opon mózgowych dostał, gorączkował, ledwo śmierci umknął. Sześciu lat nie miał. Jużeśmy myśleli, że siódmego roku nie doczeka, ale przeżył, choć dwa lata potem słabował, mizerniał w oczach, na mowę mu padło, na rozum…
- Co pani powie! Takie zapalenie to przed wojną… lekarstwa nie było.
- Prawda. Do ilu to doktorów ja z nim jeździłam? Ale cudem ocalał. A mówili mi, że długo nie pożyje, że kaleką zostanie, bo po takiej chorobie mózg będzie obciążony.
- Tak… na szczęście pomylili się doktorzy – podsumowała tamta.
- Pomylili, ale nie bardzo. W rzeczy samej rozum miał po tej chorobie spowolniony, uczył się przez to kiepsko, z trudem przechodził z klasy do klasy. Dopiero jak był w zawodówce, stopniowo odżywał, a to może i dlatego, że ucząc się na stolarza, ukochał tę pracę, nawet rzeźbić w drzewie zaczął, malować potrafił i tak miesiąc za miesiącem, rok za rokiem mężniał.
Tamta nieraz widywała Barbarę i jej męża na targu, zawsze w czwartek. Kupowała jajka, kapustę, twaróg i masło domowej roboty, i ziemniaki. A skusiło ją to, że Medyńscy jako chyba ostatni z gospodarzy przyjeżdżali na targowisko wozem ciągnionym przez konia, podczas gdy inni albo traktorem z przyczepą, albo blaszanym lub z plandeką autem. Czy jej żal się zrobiło gospodyni handlującej z wozu, że biedna, czy też sądziła, że skoro w konia przyjeżdża, to pewnie ten towar, który sprzedaje, nie może być szprycowany chemią. Dość powiedzieć, że ilekroć pojawiała się na targu, zawsze szukała gospodarzy z wozem. Dzisiaj wyjątkowo oprócz Barbary i jej męża na targowisku pojawił się Jan, stąd tamtej zainteresowanie jego osobą.
- Ale już chyba nic mu nie dolega. Mężczyzna co się zowie i nie wygląda na ułomnego w żadnym calu – w dalszym ciągu kobieta z miasta chwaliła Jana.
- Tak właśnie jest, dziękować Bogu, wykaraskał się z choroby, a robotny bardzo, choć czasem zamyślony, inny niż pozostali, ale, wie pani, i to zamyślenie mu przechodzi, odkąd znalazł sobie żonę.
- No, widzi pani, czas zrobił swoje, a że znalazł sobie kobietę, to dziwić się nie ma czemu, bo przystojny bardzo, a tej jego przypadłości nie widać wcale.
- To prawda. Śladu nie zostało po chorobie, ale ja, pamiętająca matka, wciąż mam przed oczami tamto nieszczęście, które mu się przytrafiło. Bardzo rzadko przyjeżdża z nami, na gospodarstwie zostaje; dzisiaj umyślił okupić żonę, sukienki, jakiejś lekkiej bluzeczki szuka jej na lato.
- Widać z tego, że żonę kocha – westchnęła tamta.
- Chwalić Boga, małżeństwo jest udane. Ona za nim do rzeki by wskoczyła. Zgrzeszyłabym, gdybym powiedziała co złego na Ludmiłę. A to dziecina uboga, sześć lat młodsza od niego; nastoletnią będąc rodziców straciła, lecz na szczęście zaopiekowało się nią wujostwo; przygarnęli sierotę, wykształcenie jej dali, choć na studia nie poszła, lękliwa taka, co tłumaczę sobie tym, że choć wujostwo w porę podało jej ręce, to jednak dusiła w sobie przykre wspomnienia o stracie rodziców; ci w wypadku samochodowym zginęli, czego synowa zapomnieć nie może.
- Tak, widać byli sobie pisani.
- Ludka pracowała na poczcie i tam naszli na siebie, i jakoś tak od razu do gustu sobie przypadli. W trzy niedziele dali na zapowiedzi. Ślub mieli skromny, bo z jej strony rodziny niewiele, a i nasza nieliczna, tyle że kilkoro z przyjaciół z obu stron odmłodziło weselników.
- Daj Boże, pani Barbaro, niech im się wiedzie.
Jeszcze ktoś do wozu się zbliżył, a to po jajka, to po kiszoną kapustę czy twaróg. Zajętą rozmową Barbarę wyręczał w handlu jej mąż; on targowania się nie lubił. Zawsze podkreślał, że do tej roboty jest nieskory.
Przeminął jeszcze kwadrans na rozmowie z miastową kobietą, kiedy powrócił Jan z zawiniątkiem pod pachą. Dostąpiwszy matki, rozwinął przed nią sukienkę kupioną dla Ludmiły, potem rozpostarł na sobie bluzkę.
- Będzie się jej podobać, mamo? – zapytał, a głos zadrżał mu jak osikowe gałązki na słabym wietrze.
- Mnie się podoba, a czy Ludmile? Młodzi jesteście, więc cóż mnie pytać o radę?
- A mnie się wydaje, że ma pan dobry gust – odezwała się tamta. – Byle tylko na pana żonę pasowało.
- Jakżeż ma nie pasować, skoro ja – tu utworzył z obu ramion okrąg – kiedy moją Ludkę obejmę, to ręce moje powiedzą mi o jej sylwetce tyle, jakbym miarę do piersi, do bioder, centymetrem zmierzył.
- Zatem się na pewno ucieszy – podsumowała tamta, a Jan pozostawiwszy w dłoniach Barbary pakunek, wsunął rękę do wewnętrznej kieszeni kurtki; następnie wyjął z niej owinięty w szary papier niestabilny przedmiot, a były to korale. Zaraz je zawiesił na matczynej szyi, tak jakby do sprawdzenia przez kobietę z miasta, czy Barbarze w nich do twarzy. Kobieta zachłysnęła się widokiem tego odpustowego wianka, lecz nie dała po sobie poznać, że ten sznur kolorowych paciorków wyraźnie nie jest w jej guście.
- Kocha pana, to i z tego prezentu się ucieszy – powiedziała.
Czas był na nią. Pożegnała się serdecznie, a kiedy podeszła do auta, w którym niecierpliwił się jej mąż, obejrzała się.
Medyńscy szykowali się do wyjazdu z targowicy.

[12.04.2019, Dobrzelin]

11 kwietnia 2019

SZCZĘŚCIE (2)


Tymczasem dzień zatoczył koło, nastała noc rozgwieżdżona i chłodna, a potem brzask wskrzesił z ponocnych mgieł dzień kolejny, i jeszcze zanim wytoczył się słoneczny lampion zza wschodniego wzgórza, zanim ten wspiął się po ciemnych i smukłych olszynowych pniach na drzew korony, zanim pomarańczowa, podłużna kula skąpała się w uciszonych, wciąż śpiących wodach stawu, w domu za ogrodem rozbłysły jęzorki ognia w palenisku; potem ciepło z węglowej kuchni płynące rozlało się po komnacie jadalnej, w której można było dostrzec poprzez rozchylone w kształcie trójkąta zasłony cztery postaci skupione wokół stołu.
Chciałbym, abyś zaufawszy moim słowom podeszła cichymi stopy pod samo okno. Zobaczysz Jana i Ludmiłę, o których ci opowiadałem; także rodziców mężczyzny, niepięknych, w latach doświadczonych, lecz o twarzach pogodnych i myślących. Usłyszałabyś ich rozmowy, może pierwej modlitwę, niedługą, skąpą w słowa, lecz radosną, tak jakby ich czworo ucieszyło się z nastania kolejnego poranka, że przywitał ich zdrowiem i obdarzył nadzieją doczekania pogodnego wieczoru.
Teraz spożywają posiłek, ciepły, dla sił nabrania przed pracą na czas uprzedniego dnia, tej niedzieli beztroskiej, odpoczywającej wstrzymany. Najstarszy z nich oporządzi zwierzęta, poprowadzi je na łąkę, potem przemierzy pole kwitnącego rzepaku i pszenicy, sprawdzając, czy plon tego lata będzie obfity. Jego żona zajmie się ogrodem, warzywnymi grzędami; młoda włoszczyzna hodowana pod folią trafi na stół obiadowy wraz połową kurczaka, który poległ, aby zaspokoić głód mieszkańców domu. Ludmiła zakręci ciasto na chleb, na drożdżowiec – nieciężka to praca, lecz dłonie młodej kobiety jeszcze do niej nieprzywykłe; wszak od niedawna dzieli małżeńskie łoże z Janem. Ten do drewutni się uda, gdzie pszczele mieszkania czekają na wykończenie; podobnież stelaż ogrodowej altany, który z końcem czerwcowego miesiąca stanie w kwiatowej części ogrodu, gdzie już po drzewcach palików pnie się po zachodniej stronie dzikie wino, a i pnący groszek zapuszcza kiełki, więc z tym stelażem, a następnie sosnowym dachem trzeba zdążyć na czas.
Przed obiadem Ludmiła zaniesie Janowi do drewutni mleka, zaspokajając jego pragnienie. Dłonie Jana nie mają dzisiaj tej gładkości, co w niedzielne popołudnie; są szorstkie i zgrubiałe, także z drzazgą wbitą w kciuk prawej z nich; drzazgę usunie Ludmiła.
Potem obiad, o którym jeszcze ci opowiem; po nim pomarańczowe popołudnie, podczas którego niedługi sen starszej kobiety, podlewanie warzyw przez jej męża, zaczytanie się Ludmiły w Beniowskim i tajemnicze pobrudzenie rąk w akrylowej farbie Jana.
A później sprowadzenie krów do obory; tam udój wieczorny, posiłek dla ludzi i zwierząt, rozmowy, muzyka i sen, i coraz cieplejsza noc.

[11.04.2019, Dobrzelin]

09 kwietnia 2019

SZCZĘŚCIE (1)


- A teraz pobiegniemy do ogrodu.
Rój pszczół nad rabatami bratków polnych, ponad białymi różami, co wspinają się po sztachetowym płocie, kaleczą go, o tak, lecz i stroją girlandami zapachów; pszczoły przysiadają na ławeczkach różanych płatków, ledwo rozwartych w porannym cieple słońca; a wyżej późne renety, jeszcze kwieciem ozdobione, choć rozwiniętym, rzadkim, kuszą słodką wonią kosmatych pręcików. Akacje na przedmurzu pobliskiego parku odurzają miodnym aromatem, ważki ślizgają się nad sadzawką, umykając prędkim jęzorom żab… wiosna ku latu zmierza; tylko patrzeć, jak zakwitną lipy i w ich koronach zabrzmią owadzie symfonie.
Tymczasem jest niedzielny poranek. Truskawek zatrzęsienie – winny ich nektar zwraca uwagę os i ślimaków.
- Biegnijmy! – odrzekła, pozwalając uchwycić swoje palce jego silną dłonią.
Schylają się teraz do tych pióropuszy karbowanych truskawkowych listków, przysiadają w redlinach, rwą przyrumienione owoce, podają sobie do ust; drobne ziarenka piasku trzeszczą w kleszczach zębów, nic to, smakują doskonale, a osy mają im za złe, że odgonione, że przyjdzie im przemieścić się na kolejny krzaczek, i kolejny, aby uszczknąć choć kropelkę nektaru. Siedzą tak przez chwil najpiękniejszych kwadrans, po czym udają się na ten wąski skrawek trawnika, gdzie stokrotki jak feniks z popiołów odradzają się do ponownego życia, a swoje główki-słoneczka ku naszej gwieździe najmilszej obracają, aż skąpane w cieniu wieczoru zamkną koszyczek kwiecia.
Na tym trawniku zażywają beztroskiego odpoczynku – pisałem, że to niedziela – a zatem ta niefrasobliwość wskazana, przynajmniej do południa.
- Mówię ci, miałem sen i coś się wydarzy. Spróbuję przymknąć oczy, może wróci do mnie, pomarzę…
- Janku, to ja z tobą.
I marzą, i przysypiają, łaskoczą ich mrówcze stopy i musze macki; czasem motyl siądzie na jej rozpuszczonych na miałkim wietrze włosach, a wygląda wtedy jakby wpięła w nie spinkę kupioną na targu od wędrownego kramarza.
Ona i on, jak para ludzieńków, choć nie niedorosłych: on trzydzieści parę takich wiosen ścigających lato przeżył; ona o kilka jesieni młodsza, wciąż piękna, a może dopiero teraz piękniejąca przy nim, zbudowanym poprawnie, lecz nie tak znowu silnym, nie tak prędkim w ruchach, raczej powolnym, acz w myślach biegłym i fantazyjnym.
Leżą teraz na tej wyspie zieloności pomiędzy grzędami, pośród drzew ogrodowych, lecz nie w ich cieniu; ten po zachodniej stronie jabłonkowych i czereśniowych czupryn kładzie się podłużną ciemnicą.
Gdybyś ich w tej chwili zobaczyła w tej gorejącej trawie nakropionej uśmiechami stokrocich słoneczek, rzekłabyś, że obejmując ramionami siebie nawzajem, pochwycili szczęście, które zajrzało im w oczy i przyciągnięte w nie magnesową siłą, pozostało pod powiekami, a rozgościwszy się w węglowych źrenicach spojrzeń, ani myśli ich opuścić.
- Myślę, że wydarzy się coś pięknego… dla nas – tkał myśli z wyobraźni, czując na policzkach jej oddech. – Będziemy mieli gości, którzy z nami pozostaną czas jakiś, aby najeść się do syta i tego ogrodu, i sadu, i naszego domu, i zaznać czegoś niezwykłego…
- A my, Janku? Cóż dla nas wydarzy się pięknego? – zapytała.
- Nie śmiem tego wypowiedzieć, ale zaufaj mi, że coś takiego się przydarzy, co pomnoży nasze szczęście – odparł z nadzieją równą pewności.
- A czy możemy być szczęśliwsi niż jesteśmy nimi w tej chwili?

[09.04.2019, Dobrzelin]

08 kwietnia 2019

KOLAŻ


I nie śni mi się nic
nawet te motyle ulotne
lewa strona nigdy się nie budzi
ciemno wszędzie i głucho
kiedyś tyle miałem w głowie
na tak na nie odpowiedź
czemu kwiaty zwiędły dziś
tam w lustrze to niestety ja
serce miałem kiedyś młode
tak tak
kto nie doznał goryczy ni razu
na głowie ma kraśny wianek
nic naprawdę nic nie pomoże
się ściemnia
się ściemnia.

[07.04.2019, Dobrzelin]

04 kwietnia 2019

WESELNA

Poprosiła go do siebie. Był przekonany, że chodzi jej o pracę, jakiej się podjął w ośrodkowej pralni, że może nie za bardzo męska, stąd problem, ale nie odczuwał dyskomfortu, bo prać lubił od dziecka i rozwieszał potem to pranie z babką lub matką na strychu kamienicy, w której podówczas mieszkał. Później te wyprawy do magla, zapach bawełny i lnu zmieszany z wonią krochmalu i lekko perfumowanej wody.
Przygotowywał się na rozmowę właśnie o tym, że nie porzuci tej pracy, niepłatnej, to fakt, ale zabijającej czas grający na strunach monotonii. Tymczasem nie o pracę tutaj szło.
Zasiadając przed nią, przeraziło go na począdku jej zmęczenie widoczne nie tylko w oczach, ale i w samej postawie jaką zajmowała na krześle siedząc naprzeciwko niego. W ośrodku mówiono, że to z przepracowania, z bojów staczanych z miejską radą, z naczelnikiem wydziału, o każdy grosz, bo wciąż się czegoś domagała; wyposażenie, nowe zasłony, ale też podwyżki dla personelu, którym zawiadowała silną ręką, lecz dbała o niego i złościło ją to, że nie jest w stanie wystarać się o podwyżkę dla pracownic. Z dostawami żywności było lepiej, ale to dzięki ofiarności przedsiębiorców i społecznym zbiórkom - Opieka nie wtrącała się zbytnio, widząc jej zaangażowanie i sukcesy - nie musiała nazbyt wiele dokładać.
Zaczęła z nim rozmowę rzeczywiście od jego pracy. Pochwaliła go, zwracając uwagę na to, że odciąża tym samym salowe i sprzątaczki, które muszą utrzymywać porządek także w obejściu, na podwórzu i skwerku z ławkami wciśniętymi pod parasole klonów i lip, teraz ogołoconych z liści, bo to nadeszła późna i niepiękna jesień.
Wytrwał te pochwały. Oczekiwał zmiany tematu. I stało się.
- Mam dla pana wiadomość, która go zapewne ucieszy.
Utrudzone zmęczenie spłynęło z jej twarzy.
- Wczoraj zjawił się u mnie pewien pan. Mówił, że siebie znacie... byłabym go panu przedstawiła, ale to było jeszcze przed śniadaniem, a on spieszył się do pracy, obiecał, że kiedyś zajrzy... ale do rzeczy... przyniósł z sobą pewien niezmiernie ciężki przedmiot, który, jak powiedział, należy do pana. 
- Walizka! - wymknęło mu się z ust, a wypowiadając to słowo, poczuł się jak triumfator sportowego pojedynku w chwili,  gdy w głośniku posłyszał swoje nazwisko, po czym poproszono go aby zajął miejsce na podium.
- Proszę spojrzeć na lewo, przy komodzie... pana?
Zachwyt, szczęście, euforia.
- Tak, rzeczywiście, moja. Dziękuję pani.
- Nie mnie, nie mnie, temu panu. No, proszę ją wziąć, przysunąć bliżej.
Zrobił to, uniósł ją nie bez wysiłku i powrócił na swoje miejsce przy stole.
- Ja, proszę pana, wiem jak cenna to rzecz dla pana, lecz nie ukrywam, że jest mi przykro z tego powodu, że nie powiedział mi pan o niej wcześniej. Dołożylibyśmy wszelkich starań, aby ponownie znalazła się w pańskich rękach.
Tłumaczył się, że po tym bólu jaki go dopadł i doprowadził do szpitala wręcz o niej zapomniał. Potem sądził, że przepadła, chociaż oczywiście powinien był wspomnieć o niej już podczas pierwszej rozmowy.
- W sumie dobre to, co kończy się niezgorzej - powiedziała i mogło to być podsumowanie historii z walizką, lecz kierowniczka na tym nie poprzestała.
- Wie pan, nie byłabym sobą, gdybym nie rozpytała o pana naszego wczorajszego gościa. Powie pan, że w buciorach wchodzę w pana życie, to prawda, ale czasami tak trzeba. Nasz ośrodek, proszę pana, nie jest przechowalnią anonimowych imion i nazwisk, numerów Peeselu; dopóki ja nim kieruję, tak nigdy nie będzie. Dowiedziałam się o panu trochę więcej, aniżeli zdołałam to usłyszeć z pańskich ust... a to wciąż za mało. Nie... teraz jeszcze pan nie musì, jestem uzbrojona w cierpliwość i wiem, że nadejdzie taka chwila, kiedy się pan otworzy.
Skinął głową.
Wstała, co znaczyło, że ich rozmowa została natenczas skończona. Powstał również.
- A, tak na marginesie, ten pana przyjaciel to bardzo porządny człowiek.
Podziękowawszy kobiecie raz jeszcze, wyszedł z jej pokoju dziarskim krokiem, taszcząc swą walizę, ciężką, jakże niedogodną do niesienia.
Jego towarzysze z sali jak zwykle zajęci grą w warcaby, zwrócili uwagę na wniesiony przedmiot; aż pokiwali głowami, spodziewając się Bóg wie czego... może wyjaśnień?
Był tak podekscytowany, że szarpnął za suwak walizki spoczywającej na samym środku sali. Konsternacja. Na samym wierzchu zakołysała się ochoczo butelka opatrzona czerwoną wstążką i napisem na naklejce: "Weselna". Pod nim - odręcznym chatakterem pisma - "od córki".
Aż przysiadł na podłodze. W jednym ułamku sekundy przypomniał sobie przestrogę w sprawie alkoholu daną mu swego czasu przez kierowniczkę.
- I co ja mam teraz począć? - pomyślał na głos.
Panowie w okamgnieniu schowali warcabowe pionki do pudełka.
- Pomożemy panu - powiedział ten starszy.

[02.04.2019, Genewa, Szwajcaria]

01 kwietnia 2019

SCENKA Z MĘŻCZYZNĄ I CHŁOPCEM

Taka scena. Parking, na którym w piątek zacumowałem swoje auto. Zorientowany gdzie indziej, to znaczy zajęty czymś, co w samochodzie, powracam wzrokiem do prozaicznych obserwacji tego, co dzieje się obok i przede mną. Odnajduję po prawej stronie parkingu autobus wycieczkowy, pusty, z którego dzieciaki w wieku 12-14 lat wybiegły na trawnik.
Na wprost mnie, nieco po lewej, dobrze utrzymana toaleta. Pomiędzy nią a grupą rozradowanych dzieciaków dostrzegam mężczyznę po trzydziestce i chłopca. Mężczyzna (nauczyciel, pomyślałem) otacza ramieniem tego młodszego, trzymając go jednocześnie za przegub prawej dłoni, która drży, mocno drży, konwulsyjnie miota się w nieskoordynowanych ruchach. Atak epilepsji? Inna przypadłość? Mężczyzna cierpliwie podtrzymuje chłopca, daje mu oparcie ze swego ciała, jest spokojny, ani śladu nerwowości czy paniki. Obserwuję, jak powoli wycisza się drżenie rąk dziecka. Jeszcze chwila, a mężczyzna zwolni ucisk swego ramienia, pozostawiając chłopcu swobodę ruchów. Tak też się dzieje. Po niedługiej chwili obaj przechodzą w stronę dzieciaków grasujących na trawniku. Już jest dobrze. Chłopiec bez śladów niedawnej niedyspozycji porusza się lekkim krokiem i niknie w tłumie rówieśników, stając się jednym z nich... choć przecież był nim i wtedy, gdy dostał ataku.

[01.04.2019, Yffiniac, Còtes d' Armor w Bretanii, Francja]

31 marca 2019

CHIRURDZY (15)

Dwa czy trzy dni przeszły. Minęły. Od z górą dwóch tygodni zajmował miejsce w szpitalu. Zajmował je leżąc, spacerując; widywał się z Nataszą - zajęta bardzo, ale mimo to raczyła go rozmowami, krótkimi, lecz przyjaznymi zawsze, a podczas każdej z nich, kiedy wpatrywał się w jej oczy, kiedy próbował wniknąć w sens jej niedomówień, podejrzewał, że jest w tej kobiecie coś z tajemnicy, która pewnego dnia rozleje się przed nim, ale jak dotąd, rozszyfrować tych domyśleń swoich nie potrafił.
Można powiedzieć, że w tym czasie zakolegował się z trzena pacjentami, których położenie było pidobne do jego - czekali na ostre cięcie. Jakieś drobnostki: woreczek żółciowy, przepuklina i też żołądek. Drobnostki dlatego, że w przeciwieństwie do niego, zdaniem morfologii i roentgena, byli całkowicie zdrowi dla potrzeb operacji. I to było najgorsze, albowiem każdy z tych trzech panów skłonny był do podejmowania rozważań natury medycznej, opisując przed pozostałymi historię swojej dolegliwości, następnie precyzując szczegółowo istotę zabiegu jaki ich czeka oraz prognozując konieczność zmian jakie z pewnością zajdą w ich życiu po opuszczeniu szpitala.
Zdarzyło się tak, że każdy z tych mężczyzn (młodsi od niego) miał różnych lekarzy prowadzących. Ten z woreczkiem do usunięcia - Ordyńskiego, tego, który zajmował się Adamem; doktor Jezierski prowadził pana "żołądkowca", Ślusarski zaś miał się zająć przepukliną najmłodszego z panów.
Adamowi, któremu wszelkie dywagacje na temat chorób i ich zwalczania zawsze wydawały się zbyteczne, w rozmowach z towarzyszami szpitalnej niedoli pełnił funkcję przysłuchującego się laika. Podziwiał tych trzech za ich ogromną wiedzę medyczną jaką nabyli, nie przebywając w szpitalu dłużej niż tydzień, ba, potrafili się też wypowiedzieć o umiejętnościach poszczególnych chirurgów (każdy przyznawał palmę pierwszeństwa swojemu), dostarczając dla potrzeb owej charakterystyki rozlicznych zasłyszanych, acz całkowicie wiarygodnych przykładów znaczących, nadzwyczajnych zdolności, jakimi dysponowali ich lekarze.
I tak "człowiek" Ordyńskiego upierał się przy tym, że tenże lekarz, najbardziej w latach posunięty, czerpie swą doskonałość z ogromnego doświadczenia, którego nie sposób nie docenić przy operacyjnym stole.
Dwaj pozostali panowie ripostowali: - Owszem, doświadczenie w pracy chirurga to kwestia godna zauważenia, jednakowoż z wiekiem sprawność ręki trzymającej skalpel się osłabia, a i skłonność do nienajnowoczesnuejszych metod leczenia przeważa.
Drugi z panów z kolei docenił Jezierskiego, który obszernie informuje pacjenta o czekającym go zabiegu, rozrysowuje wręcz na karcie papieru poszczególne operacje, mówi śmiało o zagrożeniach i o tym, jak sobie z nimi będzie radził.
Na to ten z przepukliną oświadczył, że przy tak bezczelnie szczerym podejściu do chorego, w jego przypadku to oczywiste, pogrążyłby się w takim stresie, że nieprzespana noc przed zabiegiem to jedynie najfrywolniejszy ze skutków takiej "nadbezpośredniej" narracji.
"Przepuklinowiec" z kolei radował się z tego, że nim zajął się najmłodszy z chirurgów - Ślusarski.
- To, panowie, prawdziwy lekarz z powołania i jakże wrażliwy na ludzkie nieszczęście. Ledwie mnie co zaboli, przybiega na zawołanie, ordynuje zastrzyk lub przynajmniej uspokaja, że wszystko będzie w należytym porządku i zabieg się powiedzie.
A "żołądkowiec" na to:
- No tak, ale przemiłemu w rozmowie Ślusarskiemu brak doświadczenia, a jego wiedza to podręczniki. Ileż to cięć zaliczył nasz młody pan doktor, proszę pana?
Na takich i podobnych rozmowach upływały godziny. W końcu jednak i one ustały, albowiem każdemu z tych panów ustalono już dzień i godzinę zabiegu i w ten sposób prozaiczna rzeczywistość szpitalna stłamsiła ich inwencję twórczą.

Przed obiadem to było. Doktor Ordyński pofatygował się do jego łóżka. Adam leżał w półśnie, ale był wyspany. Na widok Ordyńskiego przysiadł na baczność, a tamten:
- Oj, ma pan tu swoich zaciekłych orędowników, co to wypytują się o jego zdrowie - zaczął, zerkając to na Adama, to znów na przytroczoną do łóżka kartę temperatur.
- Miło słyszeć, aczkolwiek nikogo nie upoważniałem aż do takiej troski o moją osobę.
- No tak, ale ja nie o tym. Pan wpadnie do mnie, do zabiegowego zaraz po obiadku, porozmawiamy. Myślę, że nadchodzi czas na pana. Wyniki badań zbliżyły się do normy... aha, jeszcze jedno... ma pan gości... na świetlicy na pana czekają. Biedni, nie wiedzą, że to nie pora na odwiedziny.

[31.03.2019, Yffiniac, Còtes d' Armor w Bretanii, Francja]

PIERWSZY NIEPOKÓJ

Ni stąd, ni zowąd uruchamiał wspomnienia. Stało to się po kolacji, tej pierwszej, smacznej, spożywanej w zbiorowej rozkoszy kilkunastu podniebień. Cztery kobiety pośród nich, mężczyzn w straszliwej sile wieku i po prostu dojrzałych, a wszyscy jak jeden mąż - po przejściach. Kobiety nieco na uboczu, po lewej stronie kierowniczki; całość jak podczas Ostatniej Wieczerzy.
Zastanowiło go, że kierowniczka, ta starsza, szczupła kobieta o przystojnym, pomimo siwizny we włosach obliczu, zasiadła do kolacji razem z innymi. Nie brzydzi się jeść z nimi, nie krępują jej rubaszne komentarze rzucane co i rusz przez niektórych panów. Czy spożywa posiłek jedynie asystując, bo tak wypada? Niekoniecznie. Okazuje się, że przełożona ich wszystkich, pomimo niewielkiej wagi i szczupłości nabytej zapewne w genach, apetyt ma doskonały. Pałaszuje jak pozostali gryczaną kaszę okraszoną siekanym boczkiem i kiełbasą, do tego konserwowy ogórek, kawałek drożdżowego placka i herbatę.

Pani Krysia jak co rano weszła do niego z tacą, na której stała filiżanka z kawą oraz mały talerzyk z ciastem. Poczta dochodziła po dziewiątej, a więc nie mógł liczyć na bieżącą korespondencję. Musiała mu wystarczyć wczorajsza, którą właśnie przeglądał bez specjalnego zainteresowania - rachunki, ulotki reklamowe, jakieś podziękowanie i poparta życiorysem prośba o zatrudnienie.
- Dziękuję - rzucił przyjaźnie w stronę sekretarki, która znalazła pośród szpargałów jakie zaśmiecały jego biurko, miejsce do postawienia tacy.
Nastąpiła teraz chwila wymiany codziennych uprzejmości, wzajemnych pytań o zdrowie i samopoczucie; na nowinki może by i czasu nie brakło, ale pani Krysia z jakąś obcą jej nieśmiałością, może tremą, stanęła nad nim w półotwartym słowie, milczeniu, któremu nie potrafiła się przeciwstawić.
Zdawał sobie sprawę, że jest jeszcze coś, co sekretarka ma mu do przekazania, ale z jakichś powodów milczy, oczekując pewnie na to, aby on zapytał. Ale o co, skoro nie miał pojęcia o powodach jej milczenia.
Nareszcie jednak przełamała się, odsunęła się od niego o krok, wyprostowała, a kiedy zerknął w jej oczy, wyrzekła:
- Panie Adamie, proszę pomyśleć o swojej przyszłości - zakomunikowała mu. - Niech mi pan uwierzy, coś się szykuje, a tyle lat tutaj pracuję, że potrafię odróżnić banalną plotkę od przypuszczeń opartych na solidnych przesłankach. Ja bym na pana miejscu poszukała wsparcia. Udałabym się do samego prezydenta albo przynajmniej do przewodniczącego miejskiej rady; ten drugi był panu zawsze przychylny. Coś się kroi, panie dyrektorze.
Próbowała przestrzec przed ruchem jaki wobec niego zanosił się ze strony rady miejskiej, która ledwo co uzyskała minimalną większość przy ostatnich głosowaniach, a mówiło się o tym, że aby utrzymać władzę w mieście, rządzący muszą pozyskać nowego koalicjanta, a ten stawia pewne wymogi i liczy na stanowiska. Zdaniem pani Krysi w związku z tą przykrą atmosferą, fotel dyrektora miejskiego domu kultury począł się niebezpiecznie bujać.
- Dlaczego sekretarka wie więcej ode mnie? Dlaczego ja dowiaduję się o wszystkim ostatni? - zadawał sobie nie od dzisiaj te pytania.
- Pani Krysiu, niczego nie będę robił. Niczego - odparł, pozostawiając swoją sekretarkę w głębokim rozczarowaniu, które niespiesznie wyniosła do swego pokoiku.

Odwrócił głowę od wspomnień.
- Może partyjka? - zaproponował mu gierkę w warcaby starszy z mężczyzn.
- Dlaczego nie. Spróbuję.

[31.03.2019, Yffiniac, Còtes-d' Armor w Bretanii, Francja]

30 marca 2019

WE MGLE I PODCZAS PISANIA

1.
A kiedy budzisz się we mgle (Yffiniac leży w takiej niecce, poniżej średniej wysokości półwyspu), kiedy budzisz się w tej mgle, a pomimo tego zerkając na termometr, widzisz, że jest jednak o cztery stopnie cieplej, niż było wczoraj, kiedy wreszcie włączasz radio (rzecz jasna France Musique), w którym wita cię David Frey grający "Melodię węgierską" Schuberta, ten jeden z hitów muzyki klasycznej (Schubert, prekursor romantyzmu w muzyce, zauroczony folklorem tak jak Chopin, czerpie z tradycji ludowej tematy do swych kompozycji, a że nuta ludowa jakże często bywa śpiewną, nostalgiczną, bywa też taneczną i melodyjną, przeto nie dziwota, że Franz z tego źródła korzystał do woli. A muzyka Schuberta, fortepianowa jest inna: dźwięki krótsze niż szopenowskie, dynamiczne, jakby "blisko siebie" usytuowane, z częstym stacatto, podczas gdy u Chopina inaczej, rzewniej, bardziej rozwlekle; nie dziwmy się, że interpretacje geniusza z Żelazowej Woli nader często obfitują w zmianę tempa, owo rubbato, które niektórym nie odpowiada; ale zostańmy przy Schubercie i dosłuchajmy "Melodii węgierskiej" do końca, gdy przy fortepianie Frey...), kiedy wreszcie zespolimy te atrakcje w jedność, to żyć zachciewa się ponownie, pomimo wcześniejszego zniechęcenia.
2.
Pisze mi się opowieść, której absolutnie nie planowałem, ot tak, zacząłem ją pisać niemal bez powodu, choć gdyby zanurzyć się w to źródło, w przyczynę zaistnienia czegoś spontanicznie, to mam na to odpowiedź... ale skoro nikt nie pyta, nie odpowiadam.
W tej opowieści chronologia wydarzeń jest umyślnie odwrócona. Bohater o imieniu Adam (często korzystam z tego imienia w zmyślonych fabułach) istnieje w czasie rzeczywistym, obecnym, kiedy jest w szpitalu, oczekując na operację. Kolejna płaszczyzna czasu jest tą wcześniejszą; mój bohater przedstawiony jest w niej od chwili, gdy jako osoba bezrobotna i bezdomna spędza noce w tenderze wagonu towarowego i w końcu po perypetiach zdrowotnych trafia pierwszy raz do szpitala, a stamtąd do ośrodka dla bezdomnych.
Ale to nie koniec kompozycyjnej zawiłości. Następna płaszczyzna czasu, w której umieszczę główną postać opowieści to okres czasu, w którym bohater przeistacza się z "bycia kimś" do roli wykluczonego poza nawias społeczeństwa, czyli osoby bezdomnej, bez pracy i perspektyw na dalsze funkcjonowanie w świecie, który nie znosi nieudaczników.
Będzie też kolejna płaszczyzna (płaszczyzny) czasu, wnikające głębiej w czas miniony.
Jak to się zakończy? Czy zdołam przedstawić życie człowieka w taki sposób, aby wykazać, że wbrew obiegowym opiniom, nie wszystko zależy od jednostki, która jest przecież uwikłana w dziesiątki problemów, z których nie zawsze jest się w stanie wydostać siłą swej woli i chatakteru?
Mam już zakończenie dla tej opowieści... rzecz jasna, że nie zdradzę. Póki co jedynie piszę, kontynuuję.

[30.03.2019, Yffiniac, Còtes - d' Armor w Bretanii, Francja]

PONIEDZIAŁEK (13)

Poniedziałek. Podeszła do niego, kiedy siedział na końcu korytarza (świetlica?), gdzie stał telewizor. Nie był włączony.
Przedwczorajszy spacer po szpitalnym parku wzmocnił go. Nie czuł już zmęczenia pokonując wydeptaną ścieżkę korytarza i jej odnogę - drożynkę do łóżka w swojej sali.
Zaraz po porannym obchodzie do jego sali przywieziono towarzysza. Cierpiący. Blady. Senny. Żadnych rozmów. Może i by porozmawiali o byle czym, ale nie miał ochoty narzucać się; zdawał sobie sprawę, że tamten w swoim cierpieniu może nie mieć na to ochoty. Rozumiał go.
- Przepraszam za moją mamę. Obserwowałam was z daleka. Była obcesowa - powiedziała przysiadając na sąsiednim fotelu, przysiadając, a nie zanurzając całego swojego kształtnego ciała w aksamitne objęcia fotelowego siedliska i oparcia.
- Przyznaję, że na początku nie wiedziałem, jak się zachować... ale to minęło - uspokoił ją.
- Proszę mi wierzyć, że dla nas, mnie i matki, takue spotkanie z człowiekiem, który... to niemal cud, to coś nierealnego.
- Rozumiem panią doskonale.
- Ale niech pan nie myśli, że to tylko dlatego jestem tutaj z panem, że z powodu pana podobieństwa do mego ojca zainteresowałam się pana osobą. Coś mnie do pana ciągnęło. Może to, że leżał pan zawsze na lewym boku odwrócony tyłem do środka sali, do wchodzących. Widziałam wciąż pana plecy, a po nich trudno rozpoznać człowieka.
- Proszę się nie tłumaczyć. Doceniam pani pracę i ten szczególny rodzaj empatii, jaki posiada pani w kontaktach z chorymi - to rzuca się w oczy. A nawiasem mówiąc, gdybym się postawił w pani sytuacji, postępowałbym podobnie. Śliczną ma pani córeczkę - zmienił temat.
- Dziękuję. Jest śliczba i kochana. Tęsknię za nią, choć wiem, że kiedy pracuję, jest pod dobrą opieką.
- Ojciec? - wyrwało mu się. Pożałował tego słowa.
Nie przeraziła się. Podeszła do tego zwięzłego pytania racjonalnie.
- Majka jest ze mną. Tylko ze mną... i z babcią oczywiście.
- Przepraszam.
- Ależ nie musi pan. Widzi pan, tak jakoś ułożyło się w naszej rodzinie, że odczuwalny jest w niej chroniczny brak ojców - uśmiechnęła się. - Rozmawiałam z mamą i wiem o czym panu opowiadała.
- Tak... pani mama opowiedziała mi wiele. Byłem tym zaskoczony.
- Ona w ogóle lubi dużo mówić. Zwłaszcza jeżeli jest czymś lub kimś poruszona. Ona jeszcze przeżywa  j e g o  śmierć, tak nagłą.
- Pani... też...
Przytaknęła bezsłownie.
Dłuższa chwila milczenia.
- Chciałam panu powiedzieć, że dzisiaj rano, jeszcze przed obchodem, rozpytałam szczegółowo lekarza prowadzącego o stan pańskiego zdrowia.
- Tak?
- Proszę się nie obawiać. Nie przynoszę złych wieści. Jest tak: ma pan... nazwijmy to prostym językiem... ma pan guza na żołądku. Wyniki badań wycinka tej narośli wykluczają na ten moment, że mamy do czynienia ze złośliwym nowotworem, co oczywiście nie znaczy, że w przyszłości... - zawahała się, złapała świeży oddech.
- Dlatego należy usunąć tę poczwarę i to jak najszybciej, choćby dlatego, że narasta w dynamicznym tempie. Umiejscowienie guza, jak mi objaśnił Ordyński, wskazuje na to, że konieczna będzie częściowa resekcja żołądka, co oznacza, że może pan stracić nawet jedną trzecią tego organu. Ale z tym można żyć, zapewniam pana.
Nic nie odpowiedział, ale w głębi duszy czuł się uspokojony, tym bardziej, że przewidywał coś gorszego, zważywszy na szybkie tempo w jakim rozwijała się jego niedyspozycja.
A jeśli Natasza chciała go tylko pocieszyć? Jeśli ukrywała przed nim prawdę? To odwieczne pytania, z jakimi borykają się ludzie żyjący na krawędzi nadziei, że ich choroba nie jest tą ostatnią z jaką przychodzi im się zmierzyć w ich życiu.
Musiała odejść do swoich obowiązków.
Nie włączył telewizora. Sięgnął ze stolika po jakąś gazetę sprzed tygodnia.

[30.03.2019, Yffiniac, Còtes - d' Armor w Bretanii, Francja]