Horacy

O, CIVES, CIVES, QUERENDA PECÚNIA PRIMUM EST; VTRTUS POST NUMMUM!
rządzącym:
"SURDO FABULAM NARRAS"
do polityków:
НЕТ РЕБЯТА, ВСЕ НЕ ТАК,
ВСЕ НЕ ТАК, РЕБЯТА!

29 marca 2015

ROZMOWA POD KLUBEM (1/2)

- A ty, co tak po ciemnicy siedzisz? Domu nie masz?
Ceglarz przesunął się na skraj koca, na którym siedział. 
- Siadaj, Stasiu. Ty wiesz, że od lat tu przychodzę – przypomniał koledze - a co mam w domu robić?
Stanisław wszedł na najwyższy stopień schodków i usiadł koło przyjaciela. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął flaszeczkę. Celgarzowi rozbłysły gwiazdeczki w czarnych oczach.
- Toś sobie przypomniał o koledze – powiedział z nagłym przypływem energii w głosie.
Butelka trzy czwarte litra stała już na schodku poniżej pomiędzy parami ich nóg. Zaraz też pojawiły się przy niej dwie szklaneczki z brązowego szkła, z uchwytami.
- Dopiero co mi nakapało. Z żyta. Z kim miałbym nie spróbować, jak nie z tobą?
Ceglarz wyjął z kieszeni marynarki papierosy. Poczęstował. Zapalili.
- Pod papieroska dobrze się pije, Stasiu – skonkludował.
- A dobrze. Dużo palisz, brachu.
Nalał w naczynka. Przepisowo, po połowie.
- Oby nam się!  - wzniósł prastary toast, wlewając do gardła całą zawartość szklaneczki.
Ceglarz dla odmiany zaciągnął nozdrzami aromat prymuchy, po czym powolutku opłukał płynem język, podniebienie, zanim w końcu wtoczył w siebie przepisaną mu działeczkę.
- Dobre bo mocne – stwierdził – i nie zajeżdża siarkowym odorem.
- A kiedy to moje zajeżdżało, chłopie – żachnął się Stanisław.
- Też nic nie mówię. Powiedziałem tylko, że nie zajeżdża.
Przepalili.
- A palę, Stasiu, bo ze mnie stary weteran jest. Ile to już lat w piłeczkę nie gram.
- Nie licz, Antoś, nie licz. Jeszcze ci zaszkodzi. Po co wspominać? Było… minęło.
Zalał jeszcze raz szklaneczki. Tym razem po mniejszej miarce, bo najważniejsze jest zmniejszać dawki, zwłaszcza gdy nie ma czym zakąsić.
- Ale jak dawałeś w piłę, to do kielicha zaglądałeś – przypomniał Stanisław – z fajkami cię nie widziałem, ale z gorzałą …
- Piłem, Stasiu, jak inni, ale się nie upijałem. Co było robić, kiedy przed meczem podchodzili do mnie i zachęcali. Taki na przykład Frankowski, znasz go, Panie świeć nad jego duszą, podchodzi do mnie i mówi: - „Antoś, pięciu okiwasz, stawiam połówkę z czerwoną kartką”. No i co było robić? Kiwałem. Wracałem na własną połowę, aby ustrzelić tego piątego, trener się darł, a ja nic, drybluję. Raz siedmiu przeszedłem, dopóki ten ósmy nie zdzielił mnie korkami od tyłu po achillesie. 
- Ech, czasy, ale mieliśmy ekipę, nie? – westchnął Stanisław – cała dekada do ciebie należała.
- A wspominać nie kazałeś – roześmiał się Ceglarz – widzisz, jak to wciąga?
- Do pierwszej ligi cię brali. Głupio zrobiłeś, żeś się nie zgodził.
- Tam… głupio. Robotę w fabryce dobra miałem, pożeniłem się, dziecko w drodze, a najważniejsze to, że kontuzje kolana podłapałem. Na okręgówkę moja noga wystarczała, ale nie na pierwszą ligę. Zaraz bym się tam zmarnował.
- A ja tam myślę, że dałbyś radę i nie musiał teraz przesiadywać tutaj pod klubem.
- Klubem? – Ceglarz skwitował ironicznie. Jego twarz za chwilę spoważniała. Zaciągnął się mocniej papierosowym dymem, zakasłał i odchrząknął – jeśli chodzi o to, to ciągnie mnie w to miejsce nie tylko dlatego że b y ł tu nasz klub.
- Pewnie, że wiem – twarz Stanisława rozjaśniała – na górze była biblioteka, klubokawiarnia i dwa pokoje do ćwiczeń, gdzie dzieciaki uczyły się grać na pianinie i gitarze. Na dole – pomieszczenia klubowe, łazienki, no i ten magazyn, w którym przechowywano instrumenty dla naszej orkiestry dętej.
- Ty na puzonie grałeś – przypomniał Ceglarz.
- I na klarnecie. Zależy.
- Ja tam od urodzenia nie miałem słuchu, tylko ten dryg do kopania piły – westchnął Antoni
- A przychodziliśmy tutaj pogrywać w szachy, pamiętasz? – Stanisław bez reszty wpadł już w pułapkę wspomnień.
- A jakże, pamiętam. Dochodziło do tego, że trzeba było się zapisywać na godziny, bo w soboty, a szczególnie w niedziele urwanie głowy było z dzieciakami, które przychodziły sobie posłuchać muzyki, obejrzeć telewizję, a potem też potańczyć – wspominał Ceglarz.
- A w niedziele po meczu przychodzili faceci na piwo, a matki na sok pitny z dzieciakami, na ciasteczka – dodał Stanisław.
- W soboty odbierano prasę, kolorowe tygodniki. Jak on się nazywał, co ten interes prowadził. Papież, tak? Chyba przez „rz” pisany.
- Też już wącha korzonki pod ziemią… ech… za nasz zdrowie i tych, o których wspominamy – zakrzyknął Stanisław i przepisowo wychylili szklaneczki.
(…)

28 marca 2015

PAUKSZTA PISARZ ZAPOMNIANY

Czytywałem i czytuję bardzo, ale to bardzo niesłusznego dzisiaj pisarza jakim jest (był) Eugeniusz Paukszta. Jakkolwiek przedwojenne wychowanie, jakie odebrał, studia na katolickim KUL-u, udział w kampanii wrześniowej, walka w AK, odsiadka w gestapowskim więzieniu, te wszystkie informacje są jak najbardziej do przyjęcia przez „nową, jedynie słuszną wizję postrzegania świata”, a jednak jakaś paskudna rysa „obrzydza” jego twórczość i jej skutki. Otóż w czasach powszechnie uznanych dzisiaj za niesłuszne, był Eugeniusz Paukszta wielokrotnie nagradzany przez władze (wiadomo jakie, pfff) najrozmaitszego szczebla; nagradzany za twórczość literacką kierowaną tak do dorosłych, jak i młodzieży, za swoją pracę społeczną i literacką, w której poruszał problematykę tzw. „ziem odzyskanych”, jakie powróciły do Polski po II wojnie światowej.
Dalszy problem w tym, że pisarz akceptował powojenny porządek świata, w tym ten pomiędzy Bugiem a Odrą, choć „na pociechę” należy przyznać, że nie był w swym zachwycie bezkrytyczny. W swoich powieściach Paukszta opisuje czas odbudowy i przebudowy kraju po spustoszeniu wojennym, koncentrując swoją uwagę na terenach przejętych przez Polskę od Niemiec. Porusza też tak mało dzisiaj znany problem trudnej asymilacji ludności przybyłej na ziemie zachodnie z kresów wschodnich, ale też nie mniejsze problemy z jakimi borykają się „tutejsi”: Polacy i Niemcy, Mazurzy i ludzie o przemieszanych rodowodach. Aczkolwiek autor „Pogranicza” z wielką i zasłużoną niechęcia odnosi do niemieckiego faszyzmu, tym nie mniej daleki jest od kreowania Niemca jako wiecznego i nieprzemijalnego wroga Polaków i polskości: odpowiedzialność zbiorowa za zbrodnie nie wchodzi w grę.
Jest Eugeniusz Paukszta piewcą pracy, społecznikostwa, życia skromnego, w którym bohaterowie, ci pozytywni, kierują się stosunkowo prostymi, acz wyrazistymi wartościami. Takiej prozy dzisiaj się nie uświadczy. Współczesna literatura polska stroni od tematów związanych z pracą, jeśli nie wiąże się z tym obraz człowieka sukcesu, jego kariera, bądź też, dla odmiany, klęska. Literatura porzuciła już tematykę społeczną. Zamiast niej funkcjonuje parapsychologia, jak to nazywam, skupianie się na jednostce poprzez wewnętrzny monolog, poprzez intelektualne uniesienia, filozoficzne dywagacje, które mają sprawiać wrażenie na czytelniku, że oto styka się z osobowością na miarę klasyków literatury filozoficznej – Dostojewskiego czy Sartre’a. Literatura skupiona na jednostce i jej osobistym szczęściu i problemach w gruncie rzeczy odhumanizuje rzeczywistość, pomija jej niepiękną stronę lub, co najwyżej, czyni o niej wzmianki, niby solidaryzuje się z ubogim, gorszym, słabszym, a w rzeczywistości nie potrafi opisywać prawdy.
Zwróćmy uwagę, że chyba od czasów „Nocy i dni” w czasach współczesnych nie postało dzieło o tak rozległych horyzontach obserwacji, dotyczące rodziny, społeczeństwa, narodu uwikłanego w okrutną czasami historię. Gdyby takie powstało, musiałoby uwzględniać nie tylko indywidualne wybory życiowe bohaterów, ale całą ideową, polityczną i historiozoficzną mozaikę ludzkich losów na przestrzeni przynajmniej dwóch epok: tej niesłusznej, minionej, i tej radosnej, jedynej akceptowanej współczesności. W rezultacie, jeśli dzisiaj czytamy w literaturze, publicystyce o czasach „słusznie minionych” to zawsze niemal z zabarwieniem pejoratywnym: a to zniewolenie, ucisk, brak wolności, cenzura, puste półki, słowem – samo zło. Oczywiście nikomu do głowy nie przyjdzie zadanie pytań: jak to się stało, że przetrwaliśmy jako naród, czy, jak kto woli, społeczeństwo, w tych okrutnych czasach? Jak wyżyliśmy karmiąc się octem i musztardą? Jak to się stało, że oto nagle, z dnia na dzień wszyscy jak jeden mąż, pokochaliśmy kapitalizm? Jak to się stało, że odkryliśmy, że od powojnia właściwie wszyscy byliśmy w opozycji?
Paukszta nie idealizuje rzeczywistości. Stara się opisać okres przełomu z pozytywistycznym zacięciem, chociaż nie brak w jego opowieściach romantyzmu, wiary w człowieka, wiary w to, że kraj można odbudować i uczynić go przyjaznym dzięki wspólnej pracy. Być może tkwią w jego twórczości pierwiastki dydaktyzmu, lecz jest i szacunek dla człowieka, dla walki ze złem, niesprawiedliwością, jest też uszanowanie złożone uprzedniemu pokoleniu, które za ojczyznę oddało swoje życie.
Lubię powracać do Paukszty także z tego powodu, że fascynuje mnie literatura, która potrafi poświęcić samą siebie na ołtarzu interesu społecznego. Takim przekazem kierował się przecież Żeromski, u którego „pobierałem nauki” w postrzeganiu świata.
Bardzo to dzisiaj niemodne, zacofane, nie mieszczące się w głównym nurcie nie tylko literackich obrazowań i odwzorowań rzeczywistości.

POD BRONIĄ

Było się w koszarach Legii Cudzoziemskiej w Saint-Christol, gdzie jechałem z ładunkiem poznając się przy okazji z Polakami służącymi w tej wielce osobliwej armii, a tym razem dotarłem do (uff… to ściśle tajne przez poufne) miejsca gdzie pod bronią trzymana jest nuklearna broń.
Ale zanim dano peżocikowi niezbędne wskazówki odnośnie podróży, jużem brzydko się wysłowił na moją dżipieskę, która ani rusz drogi właściwej podać mi nie chciała. Takowoż spedytor był w nie lada kłopocie, tudzież podręczna mapa, która celu podróży nie wskazywała. Ale od czego jest sympatyczna pani na paliwowej stacji Avia. Onaż, o przedmiot zakłopotania zapytana, nie dość, że z problemu wybawiła, to jeszcze niebieskim atramentem na podanej kartce, miejscowości kolejnej, jak Pan Bóg przykazał, napisała, za co serdecznie podziękowałem, bo spieszno mi było z podróżą dalej, poniżej Dijon, w Pireneje, niezbyt wysokie, ale ukochane, gdzie znów obaczę prześliczne rozległe doliny, łąki z pastwiącymi się na nich krówkami, owieczkami, konikami; odwiedzę dziewicze lasy, jeszcze szare, lecz drzewa już w pąkach, co rychłym jest zwiastunem wiosny.
W nuklearnym ośrodku wojskowym, do którego dojazd zabraniał nie tylko robienia zdjęć, ale też postoju, załatwiono mnie sprawnie. Nareszcie mogłem przekąsić śniadanko, nawarzyć kawy i zjechać ze wzgórz ku główniejszym trasom; przespać się na parkingu przy stacji paliw i w sobotę rano ruszyć w dalszą drogę przez Aumont-Aubrac, Lapanouse, Onet-le-Chateau, piękny Rodez i dalej już przez niskie Pireneje do Albi.
Anim nie przypuszczał, że na jednym z parkingów przed Saint-Chely-d’Apcher nawiążę internetową łączność ze światem. Zatem czas jakiś tutaj zostanę; zdałby się jakiś obiadek, singlowa herbatka… niestety także wieści ponure ze świata… 

OSTATNI OKRUCH ŚWIATŁA (fragment)

I.
 (Przedpołudnie. Otwarte od godziny. Restauracja. Centrum miasteczka)
ON –  Co zamawiamy?
ONA – Nie chcę obiadu.
ON -  To nie jest pora obiadowa. Co tutaj mamy
(wertują kartę dań; w pewnym momencie do sali wpada ostry promień słońca)
ON – Wypogadza się. jakby specjalnie dla nas.
ONA – Wezmę herbatę i ciastko francuskie.
ON – To samo dla mnie. Dużo masz czasu?
ONA – Zdecydowanie za dużo. Nie wiem, co z nim zrobić. Możemy posiedzieć.
KELNERKA (podchodzi; wymuszony uśmiech na twarzy; oczy zdradzają zmęczenie) – Co dla państwa?
ON – Dwie herbaty i dwa ciastka francuskie.
KELNERKA – Wszystko?
ON – Tak. Na tę chwilę dziękujemy.
(kelnerka odchodzi)
ONA – Co robisz?
ON – Nic szczególnego. Tracę czas.
ONA – Ze mną?
ON – Nie. Tak ogólnie tracę czas.
ONA – Na tablicy ogłoszeń przy kościele widziałam klepsydrę z twoim nazwiskiem.
ON – Tym razem to nie byłem ja. Nie czytuję tego typu ogłoszeń.
ONA – Boisz się, że naszych biorą?
ON – Chyba już najwyższy czas. Trzeba przywyknąć.
ONA – Nie żal ci?
ON – Trochę. Ale tylko teraz, kiedy rozmawiamy.
ONA – A wspomnienia? Pamiętasz? Przypomnij sobie.
ON – Myślisz, że będzie lżej? Lepiej nie pamiętać.
ONA – Ja mam dobrą pamięć. Czasami wspominam te lata, kiedy budowałeś „szklane domy”. Co wtedy mówiłeś? (przerywa, przymyka oczy, jakby chciała przypomnieć sobie w detalach jakiś szczegół)
„Gdyby przyszło mi zamilknąć z tego powodu, że zdołamy stworzyć świat idealnym, zamilkłbym”. To twoje słowa.
ON – Naiwność buntownika.
ONA – O, nie. Nie pamiętam, abyś się buntował. Ty nie byłeś tym, co chciałby niszczyć. Raczej wspominam cię jako tego, kto mozolnie buduje.
ON – Możliwe. Zazdrościłem swemu ojcu, którego młodość przypadła na lata powojenne.
ONA – To nie były łatwe lata.
ON – Były prostsze. Jednoznaczne.
ONA – Nie tak bardzo jednoznaczne. 
ON – Dla mojego ojca również. Po latach dowiedziałem się, że jako szczeniak chciał wysadzić pomnik.
ONA – Pomnik?
ON – Pamiętasz, stał na tym skwerze przed szkołą.
ONA – Nie kojarzę. Teraz tam stoją ławki i czerwone róże w gazonach.
(KELNERKA podchodzi i bez słowa stawia na stoliku szklanki z herbatą, ciasteczka na talerzykach, łyżeczki; odchodzi szybko, obracając się na pięcie)
ON – Pomnik zburzono znacznie później. Ale wtedy wysadzenie go było zbrodnią. na szczęście ojciec był zbyt mały, aby go posadzić. Dostał parę rózg po grzbiecie i kopniaków i chyba tylko przez wzgląd na jego matkę, nie trafił do kartoteki.
ONA – Słodzisz? (wsypuje cukier z saszetki, następnie delikatnie miesza herbatę)
ON – Nie. Od trzydziestu lat piję gorzką herbatę. (obejmuje szklankę obiema dłońmi, potem w tej nietypowej pozycji unosi ją do ust; pije)
ONA – Twojego ojca nie pamiętam. Bardziej matkę. Przypominam sobie taką sytuację. (przerywa na chwilę, przymyka oczy jak uprzednio; wciągając powietrze nosem, stara się pochłonąć aromat herbaty) Szliśmy ze szkoły z naszymi matkami. Potem park. Matki siedziały na jednej ławce. My na drugiej. Dawałam ci odpisać prace domową …
ON (przerywa, uśmiecha się) – Co ty powiesz? Odpisywałem?
ONA – Tak. Nie zdarzało ci się to często, lecz tym razem ja odrobiłam chemię w szkole. Wyprowadziłam, jak to się mówi, wzór. Wtedy twoja matka powiedziała do mojej, że jej syn, to znaczy ty, weźmiesz sobie biedną dziewczynę, bo jesteś wrażliwy. Nie wiem, z czego wynikała ta wypowiedź i dlaczego twoja mama rozmawiała o tym z moją. Może dlatego to zapamiętałam. Potem w domu zapytałam swojej mamy, czy jesteśmy biedni.
ON – Moja matka pochodziła z biednej rodziny. Może dlatego.
ONA – A ja w końcu doszłam do wniosku, że jestem chyba za bogata dla ciebie.
ON – I dlatego nie zostałaś moją dziewczyną. (mówi to z uśmiechem)
ONA – Pewnie tak. Wczoraj sąsiadka przyszła do mnie ze wspaniałą wiadomością, że jej syn, znalazł sobie wreszcie „majętną partię”. tak się wyraziła: „majętną partię”. Bo, mówiła, chłopak to musi się porządnie wyszumieć, zanim znajdzie właściwą dziewczynę.
ON – Ja tam nie szumiałem.
ONA – Przecież wiem. Podobałeś mi się. Spoglądałam na ciebie, a ty… ty miałeś gdzieś smarkulę z podstawówki.
ON – I ta smarkula zrobiła mi na złość wiążąc się z chłopakiem, którego nie znosiłem.
ONA – I z którym rozwiodła się po dziesięciu latach małżeństwa. Ale to była moja wina. Nie potrafiłam go kochać.
ON – Chyba mi nie powiesz, że myślałaś o mnie?
ONA – Nie powiem ci, bo sam powinieneś się tego domyśleć.
ON – Widzisz, właśnie dlatego wolę nie pamiętać. Zbyt wiele wyrzutów sumienia, a czasu i tak nie odkręcisz.
(...)

24 marca 2015

DO CIŻEMEK

Tedy do Ciżemek cała ludzkość w poniedziałek przed dziesiątą się wybrała. Z tą ludzkością radca Krach, rzecz jasna, przesadził. Auta były dwa. W pierwszym oczywiście pan radca po lewicy kawiarennika kierownicę w dłoniach trzymał; z tyłu Maria z ukochaną Różą; jeszcze dalej przepięknie złożony wózek. W drugim aucie mecenas Szydełko z redaktorem Pokorskim; obaj na przedzie.
Zapomniano powiedzieć, że był poniedziałek, a więc ów dzień, w którym kawiarenkę później niż zwykle otwierano, lecz słynny on będzie z prawdziwie wiosennej pogody, jaką przyniósł z sobą nie wiadomo skąd po deszczowej niedzieli. Byłby paskudny wstyd, gdyby zdrowiutką jednak, jak Bóg przykazał, Różyczkę pozbawić widoku i atmosfery ciżemkowskiej natury.
Nieprzypadkowy był też zestaw płci męskiej na wycieczce, albowiem raz jeszcze sprawę redaktora Pokorskiego rozważyć miano. Pan Krach poświęcał na to strzęp zaległego, zeszłorocznego urlopu, a mecenas Szydełko akurat w ten poniedziałek wolnym był ptaszęciem, co zdarzało się niezwykle rzadko.
Ledwie wsiedli, radca Krach jął się droczyć z właścicielem kawiarenki w materii nieposiadania przezeń własnego auta.
- Panie Adamie – rzekł inicjator wycieczki subtelnie – nie próbuj pan, przyjacielu myśleć, że piję do tego, gdyż nie chcę dla młodego państwa być wdzięcznym szoferem. Już to z panią Marysią i jej córeczką na koniec świata bym wyjechał, lecz zważ, przyjacielu, żeś teraz ostoją i rodziny głową, a bez samochodu głowa rodziny, to głowa bez głowy.
Z zawiłości słownych pan radca znany był w całym powiecie, zwłaszcza w swoim fachowym żargonie, kawiarennik jednak w lot pojął te słowa.
- Wiem o tym, panie radco, ale na tej mojej, odpowiedzialnej za rodzinę głowie wydatki są niemałe ostatnio.
Ruszyli powoli, przepisowo, z marszu, jak na spacer.
- Zamówiłem drewniane płyty, deseczki, filarki… a drzewo kosztuje – uzupełnił.
- To prawda – przyznał Krach – zadowól się wobec tego, przyjacielu, nietęgo zjeżdżonym dieselkiem. Mam takiego na oku. Gość dla pana na raty sprzeda, bez zdzierania. 
- Zastanowię się – odparł kawiarennik, który myślami był już przy tej śmiało przez rozmówce niedawno podjętej deklaracji odnośnie utworzenia pisma.
- Poważnie pan myśli o założeniu gazety? – z niedowierzaniem w głosie zadał to pytanie.
- Jak najbardziej poważnie. Nigdy nie żartuje, kiedy tylko myślę poważnie – odparł pan radca – rozważ przyjacielu. Na moją pełną pomysłów starą głowę nasze pisemko będzie czysto obywatelskim przedsięwzięciem z domieszką przyjacielskiego partnerstwa i ma nieść dobrą i pozytywna nowinę w tym świecie zepsutym zawiścią i waśnią. Któż inny, jak nie my, skupieni wokół kawiarenki i twojej, nie oponuj, czcigodnej postaci, ma większe prawo do powiedzenia światu o naszych pasjach i humorach. Zważ na obsadę redakcyjną: pani Zosia z nauczycielskim i polonistycznym fachem obeznana, ukulturalni nasze łamy, jej szacowny mąż będzie miał miejsce na lekarskie porady, tak jak mecenas Szydełko, który skupi się na prawie. Doktor Koteńko ponadto wielce zasłużonym jest muzyki klasycznej słuchaczem, a my wszyscy nawet nie przypuszczamy, jak się ten talent konesera marnieje; może więc coś na temat muzyki nam spłodzi. Pani Zofia z kolei ma czeredę przecudnej młodzieży, swoich wychowanków, którzy w ogień pójdą za nią. Zamiast iść w ogień, niech piszą, niech piszą od siebie, o swoich problemach i radościach. A stary pisarz, panie Adamie, toż to dla niego zasłużona sposobność dostania się na literackie ołtarze. Pewnie spostrzegłeś, przyjacielu, jaki ma ostatnio przy piciu mleka melancholijny wystrój twarzy. Pan inżynier Bek wraz z tobą, Adamie, kulinarną kolumnę poprowadzi; ja zaś zajmę się rubryka ogłoszeniową, a pani Maria z przyjaciółkami o wychowaniu najmłodszych piskląt napisze, trudną sztukę psychologii (co ja, na własny użytek nazywam socjotechniką) uprawi. Chcemy siły ducha? Tylko powiedz to naszym dwóm siostrom rodzonym-zakonnym – znajdzie się dla nich metafizyczny zakątek. A pani: Szydelkowa, Bekowa i, za przeproszeniem, moja lśniąca intelektem połowica, same obmyślą miejsce dla siebie. Na sztukę też będzie kolumna, na teatr. Pani Zofia inwencji ma co niemiara, a doktor Koteńko odetchnie na moment od tej opieki, którą go otacza. Dla pana Pokorskiego, który będzie redaktorem naczelnym, pozostawimy swobodę w działaniu, choć wiem, że zadba o aktualności, a ciętym językiem tak ubarwi nasze pismo, że zdruzgocze konkurencję. A teraz, niech pan mi powie, panie Adamie, czy w tym, o czym opowiedziałem, popełniłem jakiś logistyczny i merytoryczny błąd?
Dalibóg, rzadko radca Krach przemawiał tak długo i treściwie, a jednocześnie poważnie. Kawiarennik za nic nie potrafił nadziać entuzjazmu pana radcy na przysłowiowego haka.
- Jest jedna rzecz, którą rozważyć trzeba – odezwał się Adam, nie chcąc, aby radca widział w nim tę bierną postawę, która tyle złego w przeszłości, a i obecnie, światu wyrządziła – role zostały rozdane, lecz czy aktorzy zechcą się nimi zająć?
- Aktorzy, powiadasz pan, Adamie. A ja powiem: przyjaciele, bo trzeba pamiętać, że u źródeł moich przemyśliwań jest niesprawiedliwość, jaka spotkała pana Pokorskiego. Dlatego też moja prośba do pana…
Tu radca Krach przerwać musiał, oddając prawo użycia broni jako pierwszemu – kawiarennikowi.
- O to proszę być spokojny. Pan Pokorski do czasu otwarcia na oścież pisma, pracuje u mnie  i pracy będzie miał sporo.
- Szczerze ci dziękuję przyjacielu – radca Krach nie próbował nawet ukryć satysfakcji.
Tak rozmawiając, nareszcie do Ciżemek dojechali. Oswobodzono wózek i Maria natychmiast w słoneczną okolicę z Różą się udała. Kawiarennnik musiał natomiast poświęcić chwilę na rozmowę z redaktorem, choć w pierwszym rzędzie wszyscy panowie udali się do domostwa Joanny i Piotra, gdzie całkiem spory tłum męskiej czeladzi dokonywał remontu. Otóż, jak się okazało, zarówno młoda instruktorka jazdy konnej, jak i też zdolny weterynarz dysponowali braćmi (w sumie chłopów sztuk cztery), którzy zdecydowali się młodym pomóc w zagospodarowaniu. Zdaje się, że cała szóstka pracujących (młodzi nie próżnowali) wykańczała doszczętnie remontem budyneczek, którego ściany lśniły w marcowym słońcu kremową barwą budyniu o smaku waniliowym, zaś dach purpurowiał świeżą soczystą, matową barwą jednorodnej, blaszanej mozaiki. Kiedy przygarnięto zaskoczonych przyjaciół do środka, zobaczyli i poczuli świeżość gładkich ścian w radosnych kolorach pasteli; stwierdzili, że przybyli na ostatnie pociągnięcia pędzlem, na stonowane ruchy mioteł, na siarczysty, basowy dźwięk odkurzacza, na polerowanie szyb i woskowanie podłóg. Radca Krach, najbardziej zaskoczony, nie mógł się wydostać z podziwu nad efektem poczynionych prac.
- Oto, jak wielką kategorią w dziejach ludzkości jest wzajemna pomoc – wyrzekł spoglądając na redaktora Pokorskiego, który pewnie w innych niż obecne okolicznościach zasłynąłby reportażem z miejsca renowacji, godnym umieszczenia go na pierwszej stronie pisma.
Podczas godzinnej przerwy zarządzonej przez Joannę i Piotra padały przemiłe słowa kierowane do restauratorów, a jednocześnie solenne zapewnienia, że do dalszych renowacyjnych prac młodzi powinni koniecznie zawezwać pana radcę, który przyjaciół dziarskie grono zbierze i tak jak obiecał z nastaniem nowego roku, tak dopomoże młodym, aby czym prędzej uruchomili swój biznes.
Pośród rozmów nie słychać było, jak kawiarennik konferował z redaktorem, a przecież ich rozmowa stała się kamieniem węgielnym przyszłych działań, które już niedługo nastąpią. W końcu sam pan Adam porzucił miłe towarzystwo dla swojej młodej żony i dziecięcia, które, choć drożdżami nie karmione, rosło śmiało jak ten pączek róży, kiedy zachciewa mu się przemiany w pachnące kwiecie.
Młodzi wędrowali pośród olch i brzózek, jeszcze bezlistnych, lecz przygotowanych do zapuszczenia jasnozielonych oczek, z których niebawem wyłonią się listeczki.
Ciżemkowska łąka budziła się z zimowego snu, jeszcze poszarzała, jakby wysuszona oczekiwaniem na ciepłe noce, ale budziła się z każdym dniem i zaczynała pachnieć dalekim, atlantyckim powiewem wiatru. Półśpiącą Różę z wszystkimi obywatelami nowonarodzonych Ciżemek zapoznano, a pan Adam, być może za względu na entuzjazm, z którym jego córuchna została przyjęta, zaprosił wszystkich, co do jednego braci na godzinę dwudziestą do kawiarenki, aby mogli swoje dzielne i ofiarne życie osłodzić.
A na różowym, niewielkim nosku Różyczki usiadła przelotna biedronka. Dziewczynka odruchowo podrapała się w nosek walcząc z łaskotkami; to zaś stworzenie wybiło się nóżkami w górę, pomachało skrzydełkami i rozpuściło po bożym świecie. Po upływie godziny, nie więcej męsko-damskie towarzystwo powróciło do aut, udając się najpierw do kawiarenki, później zaś do swoich domostw, aby zażyć jeszcze odpoczynku przed poniedziałkowo-wtorkowym snem.

23 marca 2015

MODLITWA

Ty wiesz że przychodzę do ciebie inaczej
w ostatniej chwili
kiedy nie czuję ciepłych oddechów
nie słyszę chrząknięć
ani głuchych dźwięków stąpania
po kamiennej posadzce podłogi
kiedy wchodzę skrzypią drzwi
wkładam sporo siły podczas otwierania
a kiedy puszczam klamkę
będąc już u ciebie
wrota pomiędzy dniem a nieskończonością
zamykają się z trzaskiem
siadam
zamieniam myśli w rozmowę
bezbłędnie odczytujesz mój monolog
siedząc bokiem do mnie w sąsiednim rzędzie
dotykasz mojej rozpalonej głowy
życie mniej boli.

Barwa, kompozycja, subtelność - kolejny raz Paul Gauguin

Nie mogłem sobie odmówić umieszczenia w kawiarence kolejnych obrazów Paula Gauguina. Tytuł pierwszego obrazu to "Macierzyństwo" ukazane w postaci siedzącej w pozycji klęczącej kobiety, karmiącej dziecinę. Śniadej, czarnowłosej matce towarzyszą dwie kobiece postaci trzymające w dłoniach i na przedramieniu owoce i kwiaty - atrybuty życia i nieskalanej cywilizacją natury. Jak zwykle u Gauguina przedstawione postaci zdają się nie pozować artyście. Każda z nich istnieje we własnym świecie myśli; w ich postawie, naturalnych pozach nie ma egzaltacji, jest powaga i skupienie. Malarz zatrzymuje ich sylwetki w kadrze codziennych, najzwyklejszych czynności.
Genialna jest kompozycja obrazu. Kobiety wypełniają większość powierzchni płótna, choć dla równowagi pojawia się w lewym, górnym rogu obrazu motyw kwiatowy, tak istotny w twórczości Gauguina.
I oczywiście ten kolor, pełne, oddzielone wyrazistą kreską barwy, nadrzeczywiste, pastelowe. Ton barwy przechodzi od optymistycznej, cytrynowo-żółtej jasności po brunatną, zgniłozieloną i ciężki, niebieski kolor tuniki jednej z kobiet.


Maternite II - Paul Gauguin

Na drugim obrazie "Piti Teina" -  "Two Sisters" rozłożenie i ton barw jest odmienny. Radosna żółć, róż i pomarańcz zdominowały dolną część obrazu. Zachwycająca jest ta intensywność i jasność kolorów dziewczęcych sukienek kontrastująca ze śniadą cerą ich twarzy i lśniącymi, ciemnymi włosami postaci. A wszystko na tle zdominowanej przez aż rażący wzrok żółcień łąki. 
Również w tym przypadku bohaterki obrazu nie pozują artyście, co byłoby typowe dla malarstwa akademickiego. Zamyślone, skupione, nieco frasobliwe, istnieją własnym życiem, które utrwalił na wieki Gauguin.

"Piti Teina. (Two Sisters)" by Paul Gauguin  love the brightness of the colors

22 marca 2015

PIESEK


Ubierzemy go w te rybaczki, a pod spód włożymy mu tę żółtą koszulę tego pana co do mamusi przychodził, ale jej nigdy nie chciał nosić. To nic, że rękawy za długie; podciągnie się, podwinie. Czy zielone, no tak, seledynowe rybaczki, albo lepiej – ogrodniczki pasują do żółtego, Rozalko? Pilnuj go, aby się umył porządnie, bo taki z niego brudasek, że strach pomyśleć, co powiedziałaby mamusia, gdyby go takim zobaczyła. To odwróć się, bo się biedactwo rumieni ze wstydu i przymknij drzwi od łazienki; mamusia jeszcze usłyszy i pomyśli, że woda leci na górze, przyjdzie do nas i zobaczy naszego cudaka. Z przodu jest trochę inny niż my, ale mamusia opowiadała, że to nic, że tak być musi. Tylko go nie dotykaj w to miejsce, jak będziesz go wycierała i nie zapomnij o majtkach dla niego. No wiem, że w kuferku nie ma, bo tam są tylko wierzchnie okrycia. Daj mu swoje, tylko bez koronek, bo śmiesznie by w nich wyglądał i toto będzie mu wystawało.
Ja wysypię teraz ziarno gorczycy i słonecznika na koc. O… tak. Pomieszam. A teraz garść ryżu. Rozalko, pobawimy się z nim w Kopciuszka.
O, jesteście. Jakiś ty śliczny teraz, głuptasie! I wciąż nie wiesz, jak masz na imię, więc nazwiemy go Jasiem. Widzisz, Rozalka się zgadza. Teraz, Jasiu, jesteś Kopciuszkiem i twoje zadanie to oddzielenie od siebie tych ziarenek i rozłożenie na trzy kupki, rozumiesz? A my z Rozalką szykujemy się na bal, tańczymy sobie.
Jaka niezguła z niego. Tym sposobem doczekamy tu świtu. Pospiesz się, bo jeszcze mamusia przyjdzie i każe nam iść spać przez ciebie. Nie, Rozalko, on nie dostanie kanapki, dopóki nie rozdzieli ziarenek. Chlebek dla ciebie to nagroda za pracę, brudasku.
O, widzisz Rozalko, jak się uwija. On rozumie. Zupełnie jak człowiek, a ty mówiłaś, że to takie niczyje zwierzątko z sąsiedztwa.
A my tańczmy. Ja jestem księżniczka a ty książę. Nie, to ty musisz prowadzić, Rozalko. Jesteś przecież mężczyzną. To co, że mamusia prowadzi panów za rękę. Och, żebyś ty wiedziała, jacy niegrzeczni są ci panowie. Ale jesteś moja młodszą siostrzyczką, więc nie mogę ci tego powiedzieć. Mamusia mi zresztą zabroniła. Powiedziała, żebym zapomniała, co widziałam, bo jestem za mała, aby to zrozumieć. A ty, Rozalko, jesteś jeszcze mniejsza ode mnie, więc jak ty mogłabyś zrozumieć?
Uwijaj się, brudasku, bo nie dostaniesz papu. Marnie ci to idzie.
Wiesz, Rozalko, że mamusia obiecała nam kupić pieska. Takiego żeby pasował do smyczy, którą zabijamy muchy.
Rozalko, on się już tego chyba nie nauczy. Popatrz, jak niestarannie oddziela gorczycę od ryżu. Jeszcze ten słonecznik mu jakoś wychodzi. Nie bawimy się w Kopciuszka, Rozalko. Przyniesiesz mi tę smycz? Jest w kuchni. Tylko po cichutku i pod żadnym pozorem do pokoju nie zaglądaj. Mamusia by się gniewała.
Brudasku, już dość. Zostaw te nasiona! Jeśli jesteś głodny, pogryź sobie słonecznik. Ale ty jesteś! Wypluwaj skorupki! Dobre, co? Ja nie mogę, bo słonecznik w gardle mi staje. Teraz zabawimy się w pieska, chcesz? Zanim mamusia kupi nam prawdziwego, będziesz pieskiem.
O, już Rozalka wróciła. Piękna smycz, prawda? Nie mamy kagańca, ale przecież i tak byś nie założył go na swoją buzię. Prawdziwe pieski mają podłużne pyszczki.
Co ty tak drżysz, Rozalko? Gdzie skomle? Na dole? Mamusia patrzy na jakiś film, albo… gdybyś była większa, powiedziałabym ci, w co się mamusia teraz bawi. Brudasek będzie naszym pieskiem. Pomóż mu się rozebrać. Później założy tę żółtą koszulę.
Brudasku, nie wydziwiaj! Kto to widział, aby piesek chodził w ogrodniczkach? Ja wiem, że są panie, które ubierają malusie pieski w serdaczki, spodenki, albo chociaż skarpetki, ale ty, brudasku, jesteś dużym pieskiem. Założymy teraz obróżkę z paska. Mam go tu. O, tak, zaciśniemy ją. Co, boli? Niemożliwe. Mój paluszek wchodzi pomiędzy twoją szyjkę a paseczek. Przyczep teraz smycz, Rozalko. Kto pierwszy będzie prowadzał naszego pieska? Co ci tam skowyczy, Rozalko? Mówiłam już, że mamusia dobrze się bawi. E, tam, upadło. Pewnie znów ułamała się nóżka od stolika.
No, to ja pierwsza. Zobacz, jak go prowadzę. Brudasku, głowa do góry! Świetnie. Widzisz, Rozalko, wystarczy pociągnąć mocniej smycz i jak pięknie głowę unosi, a poluzujesz – drepcze. Szukaj, piesku, szukaj! No, wąchaj, Brudasku, noskiem po podłodze. Teraz lepiej. Jak ślicznie wącha, jak rasowy. A jak chcesz, żeby szybciej biegł, kopniaka mu dajesz… widzisz… działa. O, tak, jeszcze szybciej, jeszcze. Teraz ty mu przyłóż. Dociśnij mu głowę do podłogi, aby poczuł trop. Widzisz, to łatwe.
Co tam się dzieje? Mamusia? Rozalko, trzymaj pieska, żeby mamusi nie pogryzł, mocno trzymaj, powiedz: „do nogi!”. Zbiegnę na dół.
Co jesteś taka rozpalona, mamusiu? Mokra… cała drżysz… co się stało? Mamusia da, ja wcisnę ten numer. Sto dwanaście, tak? Ach, mamusia też miała swojego pieska? 
Rozalko, trzymaj naszego i za żadne skarby nie schodź na dół. Ojej, się tylko pytasz i pytasz. Mamusia też miała swojego pieska, ale jej zdechł.
On się nie rusza mamusiu, naprawdę, i ma krew na ustach. Mamusiu, mówisz, że to pierwszy raz tak się stało… a tyle piesków mamusia szkoliła. Ten chyba był felerny, czy jak?
Już dobrze, mamusiu, biegnę do Rozalki i nic a nic jej więcej  nie powiem. Dopilnuję, aby nasz piesek nie zdechł tak jak twój.

NIETOPERZE

Mówią na nas nietoperze. Od tych nocnych lotów, jazd w ciemności do celu, na ósmą, aby zdążyć na rozładunek, a potem śmigiem do kolejnej firmy po kolejny towar, albo obejść się niczym i czekać, i utknąć gdzieś na parkingu, przy stacji paliwowej, utknąć i czekać na telefon, na sms.
Nietoperze krążą, gdy kierowcy-tirowcy, stłoczeni wóz przy wozie, okupują pompy przy stacjach lub, jak we Francji, przystają na krajówkach wzdłuż wiosek, gdzie przygotowano dla nich trochę wolnego miejsca, a czasami także przydrożną restauracyjkę.
Nietoperze przekraczają prędkość na przymkniętych ze zmęczenia powiekach; czasami przystają, aby napić się kawy, zaliczyć toaletę na parkingu albo przy byle krzaku… i w drogę, w drogę po szmal, aby wrócić do domu po trzytygodniowym lub miesięcznym harcowaniu po Europie, wrócić do domu, do dziewczyn, do żon, ucałować dzieci i przekonać się, czy jeszcze pamiętają tatusia, zabawić się, odłożyć trochę kasy albo zapłacić rachunki i po tygodniu – dziesięciu dniach znów w drogę, w Europę, bo w kraju pracy nie starcza, albo jeśli jest, robisz góra za dwa tysiące, albo i mniej, a to nie wystarcza.  Pewnie nietoperze polubiły tę włóczęgę, polubiły z przymusu, dla pieniędzy, choć zapewne tęsknią i czasami myślą sobie, że to już ostatni raz i rzucają w cholerę tę robotę.
W weekendy nietoperze gromadzą się w stada i okupują parkingi przy trasach. Tego gatunku jest najwięcej. Przylatują też nietoperze z Czech, Rumunii, Węgier i Słowacji, ale te są w mniejszości, i jakby bardziej cisi, spokojni. Polskie nietoperze są towarzyskie, aż za bardzo, roześmiane, gotowe dzielić się wszystkim i chętnie nawiązujące kontakty z tubylcami, bez względu na kolor skóry i okoliczną narodowość; są hałaśliwe i zionie od nich alkoholem, bo następnego dnia jest sobota albo niedziela i maja wolne. Jestem nietoperzem nieco na uboczu, takim specyficznym gatunkiem szukającym czegoś innego.
Na Vignoble Aire w rejonie Sancerre jestem po raz drugi, na dokładnie tym samym miejscu parkingowym. Przede mną 290 kilometrów do Lyonu, a potem ponad setka w dół, aż na skraj niskich Pirenejów. Wcześniej, nad łąkami koło Gien w dolinie Loary potężne gromady ptaków zdawały się sygnalizować nadejście wiosny, ale w nocy, zanim powieje wiatr z południowego zachodu, na parkingu jest zimno i trzeba zeskrobywać lód z szyb.
Obok bawią się młode nietoperze (większość poniżej trzydziestki). W sercu Francji brzmi disco polo, ale ja słucham France Musique a "Melodia węgierska" Schuberta wydaje się być dla mnie odkryciem trasy, trochę czytam i piszę. Cholernie boli mnie grzbiet i jest to właściwie jedyny powód, który popycha mnie do zajęcia leżącego miejsca na gnieździe nad kabiną… jedyny, bo kompletnie nie chce mi się spać, jak przystało na nietoperza.
Kolejna noc, deszczowa, choć ciepła już na parkingu oddalonym o 50 kilometrów na wschód. Wybrałem samotność. Ranek wita mnie deszczem i silniejszym południowo-zachodnim wiatrem. Czyżby te ptaszyska spod Gien miały rację? Nadchodzi wiosna?

PŁACZ


Na opuchnięte oczodoły
nad łagodnymi wzgórzami policzków
gdzie odkryto kości zwierząt co wyginęły
zaordynowano sześcioprocentowy ocet
okład ten balsamiczny przyniósł ulgę
a w powietrze uniósł się kwaśny opar
który podrażnił bliźniacze morskie stawy
dwa kąpiące się w nich księżyce
oblekła mgła rodząca chmury
spadł deszcz spod rzęs
i potoczył się cienką bystrą strużką
napełniając dolinę słonym ciekiem wód
wkrótce nastała powódź
nie szczędząca wzgórz
rozlała się po gorącej krainie
rozmyła krwawą purpurę ust
ciężkimi kroplami uderzając w kolana
przyszedł człowiek
i nazwał to rozlewisko płaczem.

21 marca 2015

OGROMNA ODROBINA POLSKI W SERCU FRANCJI


Dojeżdża kawowy peżocik Partner. W otwartym oknie głowa starszego mężczyzny z siwą, rzadka bródka, w kapeluszu.
- Parlez-vous français? …. Italiano?
- English, only English – odpowiadam.
- Ja tak zawsze pytam, kiedy zobaczę tu Polaka – sympatyczna twarz mężczyzny tonie w uśmiechu.
Rozmawiamy przez otwarte boczne szyby obu aut.
- To pan Polak? – pytam.
- Tak, pochodzę spod Wieliczki, ale urodziłem się we Francji, przed wojną. Rodzina tutaj przyjechała. A pan skąd?
- Z samego centrum kraju, spod Kutna – odpowiadam.
Stoimy na wielkim parkingu w centrum wioski.
Rozpytuję o podłużny budynek, przed którym się znajdujemy.
- A była tu rudera, ale pięknie odnowili. Wiecie tu była ogromna odlewnia, w której pracowało 1400 osób. Teraz i dwieście nie pracuje. jakiś Włoch wykupił, ale marnie mu idzie.
Teraz ja w ogromnym skrócie o tym, co robię, o przeszłości, o rodzinie.
- I tak dobrze, że dziecko masz duże. Spotykałem takich, którzy mieli trzy i pięcioletnie. One ojca prawie nie znają. To źle. Narzeka na Unię, na bezrobocie, lecz po usłyszeniu ile z takiego miesięcznego kursu dostaję, dodaje, że dużo więcej zarobiłbym jako kierowca zatrudniając się tutaj u Francuza – Ja zrobiłem maturę w polskiej szkole w Paryżu, którą Francuzi honorują, bo ojciec chciał wrócić do Polski – opowiada (to reakcja na moje zaskoczenie, że tak dobrze mówi po polsku). Ciężkie były te trzy lata na pensji dla chłopaka z prowincji, na jakiej się wychowywałem, ale opłaciło się. Pracowałem między innymi szesnaście lat w fabryce produkującej jogurt i dwadzieścia w firmie kosmetycznej.
Opowiada też o tym, że tu, w Lunery mają polski chór, do którego należą Polacy oraz żony lub mężowie Polaków i Polek. Dwa lata temu byli z występem w Koszalinie. Żałuje, ze mało zwiedził, bo występowali wiele. Śpiewają tradycyjne polskie pieśni. Mają ich 98 w repertuarze,  ale to chór staruszków – średnia wieku to 72 lata. Był trzy razy w Polsce; dwa w latach sześćdziesiątych. Przypomina sobie biedę w rodzinnych stronach jego przodków. Po roku 1989 też był w Polsce. Poprawiło się, ale przytacza dobrze znane powiedzenie: „za komuny były pieniądze, nie było towarów; teraz odwrotnie. Nazywa się Świderski.
- Tak jak ten siatkarz. To mój syn – żartuje.
Wybiera się na cmentarz na grób rodzinny.
- Masz trochę czasu? – pyta – zawiózłbym cię na nasz cmentarz – proponuje.
- Do jutra rana mam czas – odpowiadam.
Wsiadam do jego auta. Nie więcej niż kilometr, na skraj wioski, gdzie przy rozwidleniu dróg, na delikatnie opadającym ku południu stoku znajduje się cmentarz. Wchodzimy. Mężczyzna podchodzi do hydrantu i nabiera wody do „przenośnej” butelki po płynie do płukania tkanin. Przechodzimy do jego grobu, mijając nagrobki, na których aż roi się od polskich nazwisk. Nie przesadzę jeśli powiem, że połowa cmentarza ma polskie korzenie. Robię zdjęcia. Dokumentuję.
- Czy ci wszyscy Polacy znaleźli się tutaj „za pracą”? – pytam.
- W 1929 roku mieszkał tutaj Polak, który świetnie mówił po francusku. On ściągał ludzi z Polski do pracy w odlewni. Dawali wtedy mieszkania. Praca była ciężka ale popłatna. Dostawało się pieniądze od sztuki wykonywanych części, więc Polacy chcąc zarobić szli do fabryki o szóstej zamiast na ósmą. Potem Francuzi o świcie tłukli butelki i rozsypywali szkło przed zakładem, aby robotni Polacy nie przychodzili tak wcześnie. Gdybyś widział fotografie rodaków robione w tamtych czasach! Wyglądali na nich jak jaśnie państwo. Stać ich było na wiele.
Obchodzimy wszystkie groby na niewielkim cmentarzu. Mamy czas. Pogoda cudowna – temperatura dochodzi do dwudziestu pięciu kresek. Zdumiewa mnie tak wiele tak wiele polskich nazwisk wyrytych na płytach nagrobnych.
Wracamy na parking. Żegnając się dziękuję temu 78-letniemu mężczyźnie za tak ogromną odrobinę Polski w samym sercu Francji.
- A jak będziesz przejeżdżał przez polska granicę, pozdrów ode mnie Polskę – mówi na pożegnanie.
… I w tym miejscu początkowo postawiłem kropkę, kończąc zaskakujące i tak miłe dla mnie spotkanie, które próbowałem ująć rzetelnym słowem.
Tuż przed 19 kawowy peżocik ponownie przystaje obok mojego. Mężczyzna zjawia się po raz wtóry, aby obdarować mnie bananami i pomarańczami oraz rybkami w puszce. Jest mi trochę głupio, ale przyjmuję ten dar, wręczając panu Świderskiemu płytkę z piosenkami biesiadnymi, jaką zabrałem z sobą w drogę. Rozmowa schodzi teraz na temat „ polskiego chóru osób starszych”.
- Jutro o szesnastej mamy próbę, ale ciebie chyba już nie będzie.
- Zdarza się tak, że w poniedziałki nie mam zlecenia na kurs. Wszystko możliwe. Czekam na sms i dopiero wtedy w drogę – odpowiadam.
- W takim razie przyjadę po ciebie i jeśli będziesz, zabiorę cię z sobą, a instruktorce powiem, żeby cię zapisała do naszego chóru – uśmiecha się – ja zaraz jadę do domu pośpiewać. Przygotuję gardło.
- Rozumiem. A do Polski na występy kiedy?
- Widzisz… jesteśmy już starzy. Nie ten zapał, a ponadto z każdym rokiem nas mniej. W ubiegłym dwóch z nas odeszło. Wiesz jakie to uczucie, kiedy stoisz w chórze obok wolnego miejsca, które zajmował ten, którego już nie ma z nami?
Widzę nieumiejętnie tłumione wzruszenie na twarzy mężczyzny.
- Rozumiem. A wydaliście płytę? – pytam, aby zboczyć z tego trudnego dla niego tematu.
- Robiliśmy, ale nieprofesjonalnie. Potem dowiedzieliśmy się, że trzeba nagrywać oddzielnie basy, tenory, soprany i alty i potem to połączyć.
- Amatorzy dzisiaj zaczynają od nagrywania na YouTube, a i na facebooku trzeba spróbować. Warto to utrwalić – sugeruję.
Nie dopowiedziałem tego, że są już w takim wieku, że najwyższa pora na archiwizację ich pracy.
I jeszcze raz pożegnanie (z małym znakiem zapytania, bo pojawiła się fraza: „do jutra”).
To była najpiękniejsza niedziela od bardzo,. bardzo wielu miesięcy. W dodatku przypadła na dzień 8 marca.
A nazajutrz… kolejny kurs… i nie zdążyłem się zapisać do chóru.
Pan Świderski z Lunery


Z PIKARDII W „RODZINNE STRONY”

Trafia się niezbyt długi kurs spod Senlis w Pikardii aż za Bourges w departamencie Cher.
Na początek jednak ciekawostka.
Panie trudniące się szanowanym przez mężczyzn, bardzo starym zawodem świata najczęściej szukają pociechy przy drogach, najczęściej w ustronnych zalesionych ostępach. Tak rzecz się ma wzdłuż śródziemnomorskiego wybrzeża Francji, w królewskich lasach Fontainebleau, wokół Rzymu, Turynu czy też niedaleko Paryża w Lasku Bulońskim. Prawdziwy urodzaj ślicznych panienek napotkałem tez w Genui, ale to miasto portowe, więc nie dziwota, natomiast leśne rusałki spod Senlis nie wystają przy drogach na swych zgrabnych nóżkach i nie reklamują przemysłu tekstylnego w dziale pończoszniczym. One po prostu siedzą sobie w małych busach (krótkie, trochę śmieszne renówki – blaszaki, do jednej tony ładowności) i z perspektywy „zakierowniczej” wypatrują chętnych a spragnionych. Jest wielce prawdopodobne, że późniejsze łaskotki odbywają się w tylnej części auta, gdzie miejsca sporo, a więc wygodnie i blisko, i człek od kaprysów aury nieuzależniony.
Ale jedźmy na południe.
Sobota. Przepiękne słońce. Temperatura coraz wyższa i w samym departamencie Cher dochodzi do 17 stopni. Słowem, śliczne przedwiośnie. Traf chciał, że trasa prowadzi mnie w strony znane mi z tego powodu, że jako pedagogiczny cielec, w dyrektorskim, odmiennym stanie parałem się podróżami z młodzieżą do zaprzyjaźnionych szkół rolniczych: najpierw do Vailly sur Sauldre a później do Bourges.
W Vailly sur Sauldre przystaję, a jakże, przed sama szkoła. Niestety, o czym wiedziałem, szkoła nie wytrzymała próby czasu, nie zniosła demografii i pochłonęło ją wielkie i nowoczesne liceum rolnicze w Bourges. Ostała się wiejska biblioteka. Nie ma też pani dyrektorowej, która prowadziła sklepik z gazetami, pamiątkami i wszelkiej maści galanterią. Wyjechała z mężem bodajże do La Rochelle, na południe od Nantes, do podobnej rolniczej szkoły, gdzie mąż dostał posadę dyrektora.
Przystaję też w innym miejscu, gdzie uprzednio byłem. jest nim urocza wioska La Borne – centrum ceramiki francuskiej (nie tylko francuskiej, bo tam wypalają z gliny śliczności także obcokrajowcy). Zjawiam się tutaj z początkiem marca, a wiec nie w sezonie. Wałęsam się po wąskich, opustoszałych uliczkach, nie znajdując jednak bardzo wielu otwartych ekspozycji. Niemal wszystkie warsztaty, domki, sklepiki i punkty wystawiennicze są zamknięte, co przecież jest tak ważne dla klimatu tej miejscowości. Żal, że nie zobaczyłem tych niepowtarzalnych ceramicznych zestawów obiadowych, talerzy, doniczek, kubków, dzbanów, figurek, abstrakcyjnych surowych, bądź tez nakrapianych farbą form, przykuwającym wzrok nawet tych, co na garncarstwie i ceramice się nie wyznają. Żal braku tych tłumów spacerowiczów, przygodnych turystów, miłośników osobliwości i znawców, którzy z kolei wdawali się w fachowe pogawędki z twórcami, nierzadko będącymi dosłownie w pracy przy jakimś „obiekcie”. No cóż, La Borne jest turystyczną atrakcją od kwietnia do października; później zamiera i staje się niemal wymarłą wioską.
Pomimo tego, warto tu było znaleźć się ponownie. 
Stąd już niedaleko do celu – Lunery na południe od Bourges, gdzie przyjdzie mi przespać dwie noce. Jest coraz cieplej. Rozglądam się za jakimś workiem, aby włożyć doń pogodę i zabrać ją do kraju.

Z SAINT ETIENNE, PRZEZ OWERNIĘ POD BORDEAUX I DO BELGII

Wydawać by się mogło, że skoro pokonało się Alpy, to żadne góry przeszkodą być nie mogą. Nic bardziej mylnego.
Na południe od St. Etienne, na granicy Owernii jest miejscowość Le Heylard, do której wprawdzie można się dostać normalnie, „po płaskim”, nie jednak od tej strony, skąd przyjechałem. Jakieś 5-7 kilometrów przed Le Heylard stanęła mi na przeszkodzie spora, wulkaniczna górka, przez którą dżipieska koniecznie kazała mi się przedostać, pokonując serpentyny  wąziutkimi i kostropatymi dróżkami, wijąc się po 180-ciostopniowych zakrętach (a dałbym sobie byle co uciąć, że w 2 – 3 miejscach kąt agrafki jest jeszcze większy), co nawet dla osobówek jest nie lada wyzwaniem. Tam, gdzie stromizna największa, jak mówią znaki, kąt zjazdu/podjazdu na odcinku niemal 5 kilometrów waha się pomiędzy 14 a 15 stopni. Dwukrotnie zjeżdżając i raz podczas wspinaczki (tak, tak, w obie strony przyszło mi jechać) brałem zakręty „na raty”, tak było wąsko.
Potem Owernia z mnóstwem zakrętów, stoków, lasów. Drogi niczego sobie, lecz jest już wieczór i siąpi deszcz. Owernia to przede wszystkim łąki, pastwiska, lasy, stare kamienne domki w wioskach, bardzo mało ludzi. Widać że w styczniu mocno sypnęło śniegiem, bo na wzgórzach (zwłaszcza na północnych stokach), ale też w lasach i na poboczach rozłożyste łachy śniegu.
I dalej, do Saint Laurent Des Vignes około 80 kilometrów od Bordeaux, całkiem blisko Bergerac (też piękne winnice i dobre wino). Dojeżdżam do centrum wioski o pierwszej w nocy, gdzie odpoczywam. Wokół rozległe plantacje winorośli, o tej porze roku szare, lecz szczególnie przez winiarzy pielęgnowane.
Ciekawa rzecz, że niemal każda wioska, w której się zagnieżdżam dysponuje oprócz kościoła, budynku merostwa i szkoły terenami rekreacyjnymi. Raz jest to park z miejscem zabaw dla dzieci i boisko, a innym razem odnajduję sportową halę i lokalne pole kempingowe, bo chociaż nie zawsze w pobliżu znajduje się atrakcyjna turystycznie historyczna budowla, to przecież zawsze jest jakaś rzeczka, strumyczek, strzęp lasu lub alejka, po której można sobie pobiegać. Najbardziej jednak urzeka mnie nadzwyczajna czystość tych wiosek i wioseczek.
Po rozładunku krążę u podnóża niskich Pirenejów, gdzie czuje się oceaniczny powiew wilgotnego ciepła, wstępuję do kościółka po drodze (rzecz raczej niezwykła, że w dzień powszedni otwarty), napotykam, niestety, wypadek (renówka Espace przeleciała przez mostek na zakręcie); już ktoś się zajął kierowcą, wyciągnęli go z auta, leży okryty, czekają na pogotowie, które właśnie daje sygnałem znak, że nadjeżdża. Dojeżdżam pod załadunek i… długi kurs do niekochanej zbytnio Belgii. Całe szczęście, że Paryż pokonuję w nocy, a więc tym razem obeszło się bez stania w korku.
Zmęczenie, jak zwykle, przychodzi tuż przed metą. 

WZBURZENIE RADCY KRACHA


- Słyszeli panowie – radca Krach zajął miejsce przy stoliku niezwykle podekscytowany – redaktora Pokorskiego wywalili na zbity pysk.
- Co też pan powie!? – inżyniera Beka jakby ścięło z nóg.
- Przepraszam za wyrażenie, ale ścierpieć tego nie mogę – grzmiał pan radca.
- To niepodobna – odezwał się doktor Koteńko – o ile się nie mylę, to właśnie pan Pokorski naszą lokalną gazetę zakładał i wielkie dla niej położył zasługi.
- Wiem teraz – rozległ się przyciszony, matowy głos mecenasa Szydełki – wiem teraz, dlaczego redaktor tak rzadko z nami bywał. Słyszałem i ja, że miewał nieprzyjemności w redakcji.
- I to nie raz – dopowiedział radca Krach – źle się dzieje, kiedy ci każą pisać pod dyktando. Pokorski źle to znosił.
- Nie ma gorszej rzeczy w tym fachu – przyznał inżynier Bek – czy aby na pewno zwolniony?
- Bezapelacyjnie. Dzwonił do mnie. Tłumaczył rozżalony. Ale bym coś zjadł, panowie. Kiedy jestem wzburzony, muszę żołądek uspokoić czymś konkretnym.
- Jakieś ciasteczko? – zasugerował nieśmiało doktor Koteńko.
- Ależ doktorze.
- Coś konkretnego, powiedziałem – obruszył się pan radca.
- W kawiarni? – nie ustępował pan doktor.
- Zobaczy się.
Radca Krach tak jak siedział ciężko i boleśnie, tak wstał ociężale i cierpiąco, lecz zaraz nabrał wigoru i sprężystym krokiem odległość pomiędzy stolikiem a ladą pokonał. Tam wdał się w emocjonalną rozmowę z kawiarennikiem, gestykulując przy tym i głos unosząc na tyle, aby nie uszło to uwadze bogu ducha winnych pozostałych gości.
Po kilku minutach powrócił do przyjaciół, oznajmiając, że zamówił dla wszystkich po befsztyku w sosie jak najbardziej własnym, z surówką, ziemniaczkami i kompocikiem. Tu spojrzał na doktora Koteńkę, który zdawał się rwać do wygłoszenia opozycyjnego głosu.
- Niech nie słyszę sprzeciwu. W tym stanie, wie to pan najlepiej, panie doktorze, nie dość, że nie zwykłem zmieniać zdania, ale z przyczyn zdrowotnych, informuję pana, że każda próba odmowy, skończyć się może tym, że najjaśniejszy szlag mnie trafi.
- Ja tylko… - westchnął pan doktor.
- Wiem, wiem, panie doktorze. Pani Zofia, jak sądzę, wyznaczyła panu limit kalorii do spalenia. Trudno. Przyjaciołom się nie odmawia.
- Toteż nie odmawiam – doktor Koteńko wyrzekł te słowa śmielej, po czym zamilknął, jakby nakryto go grobową płytą.
Radca Krach odetchnął głębiej, niż się spodziewał.
- Z całego serca cię przepraszam, panie doktorze, za brak delikatności w słowach. Rozumie pan… wzburzenie. Nie chowaj pan urazy, proszę.
Te słowa, przepięknie świadczące o nadzwyczajnie słusznym pana radcy wychowaniu, w gruncie rzeczy były zbędne, albowiem w całym powiecie pan doktor znany był z tego, że do nikogo nijakiej urazy nie zachowywał, więcej, był jako ta gojąca ranę maść, okład, po którym chromy a obolały nie czuje piekącego bólu, ot uosobienie niewymuszonej dobroci i wyrozumiałości dla ułomności ludzkich.
- Panowie – zaczął teraz mecenas Szydełko – wypadałoby się poważnie zastanowić, co tu począć w sprawie pana Pokorskiego. Znam go dobrze i wiem doskonale, jak wiele ta gazeta dla niego znaczyła.
- Otóż to – przyznał radca Krach – Sprawa wygląda paskudnie. Redaktor raz wreszcie nie ustąpił i napisał prawdę o pewnym szemranym przedsiębiorcy. Właściciel pisma z jego tylko znanych powodów wpadł we wściekłość, tekst wrzucił do kosza i potraktował Pokorskiego jak byle pismaka. To nie uchodzi. Radzić trzeba, panowie.
- Może bym mu czego poszukał w swojej firmie – zastanowił się pan inżynier.
- Ja się zapytam Zosi – wtrącił doktor Koteńko – zawsze to pokrewna branża.
- Pewnie by i nasz pan Adam przygarnął redaktora na jakiś czas – napomknął mecenas Szydełko – a może poszukam w tym naszym stowarzyszeniu.
Kawiarennik wydawszy wcześniej polecenie odnośnie obiadu dla gości, z pewnej odległości przysłuchiwał się przyjaciół rozmowie i kiedy padło w niej jego imię, przyznał w duchu, że w związku z mającym się odbyć rozwojem działalności kawiarni, związanej z uruchomieniem przykawiarnianego ogródka tudzież realizacją pomysłów, jakie mu podsunęli panowie, mógłby mu się pan Pokorski do czego przydać, choć oczywiście nie w roli, do której był ponoć stworzony jako mistrz dziennikarskiej werwy i epitetu.
- Panowie, te wszystkie rozwiązania może są i dobre i warte zachodu, ale grzeszą one krótkowzrocznością i tymczasowością – zagrzmiał radca Krach, a kiedy pan radca grzmi, oznacza to ni mniej ni więcej, że nad czymś głęboko przemyśliwa.
Tedy radca Krach rozmyślał, gdy tymczasem w jego obecności zacni towarzysze brali pana redaktora w obronę, narzekali na podłe czasy, w których niby zdjęto cenzurę, a ona jak ta hydra nadziewa na szyję kolejny łeb, kombinowali jak tu pełne przychylności słowa zamienić w realną pomoc.
Adam sam przyniósł godne męskich żołądków porcje, aż oniemieli, a zapach złośliwie wobec pozostałych gości i niebezpiecznie się rozpanoszył, krążył jak jaki zbój po sali, lecz ci nie mieli, o dziwo, nic przeciwko niezwykłym jak na kawiarnię, kuszącym nozdrza zapachom; raczej kiwali głowami z podziwem i niejaką niegroźną zazdrością.
- Po posiłku, doktorze, niech pan zajrzy do Róży, bo zdaje się, że gorączkuje – szepnął kawiarennik do ucha panu Koteńce.
Ten już gotów był wstać i w swoim zwyczaju natychmiastowe podjąć kroki, lecz Adam przydusił go do stołu silnym uściskiem obu dłoni.
- To zapewne nic poważnego. Może to nawet nie gorączka a nasze przewrażliwienie, ale lepiej dmuchać na zimne.
Podniebienia biesiadników delektowały się przednim smakiem mięsa i dodatków, a ich twarze wypogodziły się momentalnie, kiedy wychylili po kieliszku wyborowej, przemyślnie schłodzonej, którą pan radca zamówił do posiłku. Naraz radca Krach odłożył sztućce i energicznie przetarł chusteczką usta.
- Już wiem, panowie, co począć z tym fantem. Wiem i niech mi kaktus na pewnej części ciała wyrośnie, jeśli nie wiem, co mówię.
Trzy pary oczu, a także ta czwarta, kawiarennika, z oddali, skupiły się na twarzy pana radcy Kracha. Ten zwlekał z wyjaśnieniem, czym jedynie potęgował upiorną chwilę zgrozy.
- Założymy własne pismo, panowie.