O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

12 lutego 2020

CIUT FOTOGRAFICZNYCH WSPOMNIEŃ

Stare zdjęcia mają swój urok. Nie pamiętam okoliczności, w których doszło do zrobienia mi tego zdjęcia. Prawdopodobnie autorem fotografii był przyjaciel rodziny, pan Młochowski, o ile właściwie odtwarzam z pamięci jego nazwisko. Oczywiście zdjęcie zrobione zostało zimą. Za mną widać ceglany parkan oddzielający stawy od cukrowni. Ta ciemna linia to odgradzająca szutrową drogę od stawu szyna szerokotorowa. Ubrany jestem w białego, ciepłego "misia".


Typowy obrazek szczęśliwego dzieciństwa. Scena ze środkowego pokoju. Nasze dobrzelińskie mieszkanie było spore: trzy pokoje, przedpokój, łazienka i kuchnia. Wadą w nim było to, że pokoje były "przechodnie".
Ojciec na na sobie jasny sweter w serek z szetlandzkiej wełny; matka ubrana jest w kremową sukienkę. Za nami choinka. Po prawej stronie radio "Tatry", słoń i lampa - nie zachowały się do dzisiaj, natomiast na ścianie obraz z leśnym widoczkiem podpisany "Wernyhora" wisi dziś na ścianie w naszym pokoju.




Kolejna scena: okres świąteczny, prawdopodobnie kilka godzin przed Wigilią (stół jeszcze nie zastawiony). Od lewej mama, jej ojciec, a mój dziadek Władysław, babcia Marianna - matka ojca, ojciec i ja. Brakuje mi na tym zdjęciu dziadka ze strony ojca i babci ze strony matki, a jestem pewien, że rodzina tego dnia była w komplecie.




[Mieczysławów, 12.02.2020]

11 lutego 2020

"W DOMU"

Właściwie to trzyma mnie przy życiu - przeszłość, ta odległa; lata siedemdziesiąte, a nawet sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Reszta liczy się mniej, a teraźniejszość nie liczy wcale - występuje jako niepotrzebna nadbudowa.
Obejrzałem film Andrzeja Barańskiego "W domu". [miło wspominam jego dwa inne filmy: "Dwa księżyce" i "Kramarz".]
"W domu" to film przedstawiający w ciepły sposób wycinek z życia starszego małżeństwa: 
"Bohaterowie tej opowieści to starsze małżeństwo, które reżyser przedstawia w sposób wyrozumiały i ciepły. Nie szydzi z nich, raczej odnosi się z szacunkiem do rodziców, którzy poświęcają się bezgranicznie jedynakowi. On pracuje w biurze, ona zajmuje się domem. Ich skromne, monotonne życie sprowadza się do pracy, regularnego słuchania audycji radiowej "Wędrówki muzyczne po kraju" i niekończących się starań o zabezpieczenie bytu syna. Rodzice żyją tylko problemami studiującego w Łodzi Rysia. Piszą do niego listy, wysyłają paczki z domowymi ciasteczkami i smalcem, przekazują okazją choćby kilogram cukru, pastę do zębów i mydełko toaletowe, bo przecież jemu wszystko się przyda. Do tego dochodzi, oczywiście, regularna wysyłka ze skromnej pensji przekazów pieniężnych, zwłaszcza że "jedzenie w studenckiej stołówce ostatnio się popsuło". W rodziców wstępują nowe siły, gdy otrzymują list z wiadomością, że Rysio przyjeżdża do domu. Zaczynają się gorączkowe przygotowania do przyjęcia tak ważnego gościa." - źródło recenzja w   http://www.filmpolski.pl/fp/index.php?film=124341
Atmosfera lat sześćdziesiątych, mała stabilizacja, niewygórowane ambicje, miłość,  pracowitość, oszczędność,  wspólne wykonywanie drobnych czynności, kocie łby lub kostka brukowa na placu - uwielbiam ten klimat.
Główny bohater - mąż, grany przez Zygmunta Zintela, bardzo przypomina mi mojego dziadka, także fizycznie.
Szkoda, że nie można cofnąć czasu.

[11.02.2019, Mieczysławów]

02 lutego 2020

SPACER WILHELMINY


Ileś tam tekstów (będzie tego ponad 80) mam już właściwie przygotowanych do druku. Jednym z takich tekstów jest "Spacer Wilhelminy", opowiadanko około trzyletnie, przyznaję, niezbyt klarowne i wymagające uważnego czytania, ale z jakichś tam powodów lubię je. 


Spacer Wilhelminy
Wilhelmina z dzieckiem w wózku przechadza się parkową aleją. Przyjmuje uszanowania. Ach, jakie piękne! Czysta mama. Do mamy podobne. Wózek sprezentował stryj. Miękkie wyścielenie. Spore kółka. Pcha się lekko. Stryj zawsze był za. A do tego taka niewdzięczność spotkała Wilhelminę.
Na świeżym powietrzu pojawiła się po raz pierwszy od miesiąca. Połóg, potem ta choroba.
Myślę, że brwi i oczy ma po ojcu, mówi i kończy szybko, jakby ktoś położył otwartą dłoń na jej ustach. W parku nie wspomina się o ojcu.
Aleja parkowa, jedna z wielu, obsypana liśćmi. Ktoś w oddali je uprząta. Tworzy pryzmy. Przygotowuje do wywózki.
Doprawdy piękne dziecko.
Dziękuję, odpowiada, tak mówią, że ładne. Cztery miesiące prawie, a dzisiaj taki słoneczny dzień. Trzeba wykorzystać.
Słusznie, potwierdza pan w kapeluszu i dwoma palcami, wskazującym i kciukiem, uchyla ronda. Uszanowania dla pani rodziców.
Już dobrze, stryj do Wilhelminy, przede wszystkim postąpił niegodnie, jak niemężczyzna. Mówiłem to twojej matce. Biedaczka. Najpierw powie, potem pomyśli. Z każdą sprawą, z każda sprawą do mnie, pamiętaj Wilhelmino.
Na jednej z pryzm zawirowało. Wzleciały ku górze liście. To rude wiewióreczki wszczęły walkę lub bawią się. Pokazałabym ci te zabawne stworzenia, mówi Wilhelmina, a ty śpisz, ech, a nocą będę kilka razy wstawała.
Późny październik a słońce praży lipcowe. Wilhelmina uśmiecha się, przechodząc zamiecioną aleją, która ponownie przysypywana jest klonowymi i grabowymi liśćmi. Sprzątający nie zwraca na to uwagi. Kontynuuje wygrabianie liści z pasa zgniłej zieleni przylegającego do alejki, operując najzwyklejszą miotłą.
Teodorze, nie powiedziałbym, że sprokurowała ujmę na twoim honorze. Ot, zapragnęła raz czułości, doznała olśnienia, zauroczenia. My sami w tym wieku nie byliśmy wolni od przygód, a wiesz, że nam było łatwiej. Przecież jej z domu nie wyrzucisz. Ach, ten stryj, dobry i wyrozumiały, przepił z ojcem Wilhelminy całą butelkę szkockiej jednorodnej whisky.
Usiadła na jednej z ławek, twarzą do słońca. Przymknęła oczy. Dziecko śpi. To z powodu zdrowego powietrza. Ono działa jak nasenny narkotyk. A jeden klonowy liść opadł na daszek wózka, opadł, pobył chwilę i zsunął się na chodnik.
Jest blada, zdenerwowana, pierwsza ciąża w wieku 25 lat. Wcale nie tak wcześnie. Zapewnimy jej jak najlepszą opiekę. Może być pani spokojna o córkę. To nawet lepiej, że zdecydowaliście państwo oddać  córkę na oddział na dwa tygodnie przed rozwiązaniem. Teraz córce potrzebny jest spokój. Matka przebolała to niesłychane w rodzinie wydarzenie. Przychodziła każdego dnia, obserwując powiększający się brzuch Wilhelminy.
Przysnęłam na chwilę, a ono wciąż śpi. Jak jej dać na imię? Serafina?, Weronika? Kordelia? Jak pięknie oddycha. A wiewiórek już nie ma. Pobiegły gdzieś. Ile ja jestem na dworze? Godzinę?
Stryj powiedział, że z ojcem sprawa załatwiona. Możesz sobie spokojnie leżeć. Czytasz coś? Słuchasz czegoś? Pielęgniarki, widzę, skaczą tu wokół ciebie. Poprosiłem jedną, że kiedy to nastąpi, mają do mnie koniecznie zadzwonić. Będę uciekał. Nie chcę się spotkać z twoja matką.
Kochanie ty moje. Odchyliła czapeczkę i ucałowała główkę dziewczynki. Ależ delikatną masz skórę. I te łapki. Kosteczki mięciuchne. Będziesz Weroniką, wiesz. Stryja dam ci na chrzestnego ojca. Posunięty w wieku, ale to nic. Weroniko, powiemy mu? Powiemy?
Ojciec, Wilhelmino, nie mógł przyjechać. Wiesz, prowadzi nader skomplikowaną sprawę, i, nie ukrywam, wielce intratną finansowo. A prestiż? Rozumiesz, córeczko? Ale ten bukiet kwiatów to od niego. sam zamówił. Ja tylko odebrałam z kwiaciarni. Pojutrze masz termin, słyszałam.
I znowu ktoś w miejskim parku. Przechadza się. Starsi państwo.
Jakże miło panią spotkać. Zaglądają. jedno przez drugie. Śliczności! Ciszej, bo śpi, nie widzisz? A pani, Wilhelmino, jakże z pani zdrowiem? Kryzys minął. Wiemy, wiemy. Mąż telefonował do pani ojca. Prosimy przekazać ukłony od nas panu Teodorowi.
Widzisz, przyjechałem pierwszy. Tylko trzy minuty dano stryjowi, aby mógł się nacieszyć widokiem dziecka. Patrzył na nie. leżało w łóżeczku obok. Spało. Wilhelmina była słaba. Poród nie bardzo ciężki, ale zawsze to wysiłek dla kobiety, zwłaszcza pierwszy. Stryj uśmiechnięty, spocony, nie pierwszego wieku i urody, siwiutki lecz sprężysty, nawet wysportowany, wystarczy zobaczyć jak prezentuje się podczas konnej przejażdżki.
Los poskąpił mi potomka, Wilhelmino, więc ja trochę tak sentymentalnie się odnoszę. Głos wyraźnie mu się załamywał, choć przez całe życie zachowywał męską twarz. Musisz mi pozwolić na to, aby twoja dziewczynka była moim oczkiem w głowie. Będę ją wspierał, pamiętaj.
Dosyć siedzenia. Jeszcze tylko tą alejką do końca a potem na skróty do domku. Mówiła to niby do siebie, a przecież do dziecka. Nie można kosztem spaceru zmieniać pory karmienia.
Podjechał traktor z przyczepą i pracownik służb porządkowych miasta zaczął od tej najodleglejszej pryzmy. Automatycznie i monotonnie wsuwał widły pod stertę liści, unosił je i napełniał nimi przyczepę. Wilhelmina przechodziła obok. Zrobił pauzę i przyglądał się jej nieskromnie. Figura Wilhelminy nie dawała po sobie poznać, że należy do młodej matki.
Wybrałam ciebie właśnie dlatego, że mieszkasz bardzo daleko stąd. Nawet nie skupiam się na twoim wyglądzie, nie oceniam, czy jesteś przystojny. Jesteś, więc tym lepiej. Tylko bez takich numerów, że będziesz mnie szukał, że przypomni ci się, że jesteś ojcem. Ach tak, więc jesteś żonaty. Tym lepiej. Nie chcesz komplikacji. Ja też nie chcę. Chce mieć po prostu dziecko. Tylko proszę cię, zachowujmy się tak, jakbyśmy się kochali. Bądź czuły. Dziecko powinno być poczęte z miłości. A teraz mnie rozbierz, kochany.
Wilhelmino, już się martwiłam. Dwie godziny spaceru wystarczy. Jeszcze się nie obudziła? Matka pomogła Wilhelminie wnieść wózek na taras, a potem przejechały nim przez hol i zatrzymały się dopiero w salonie. Wujostwo zapowiedzieli wizytę jak im powiedziałam, że czujesz się lepiej. A wiesz, że twój ojciec powoli oswaja się z myślą, że dzisiaj rano, kiedy spałaś, tak pięknie gaworzył ze ślicznotką. Wyobraź sobie, że kazał klientowi na siebie czekać. On, który zawsze jest taki punktualny. Jakie imię jej wybrałaś? Weronika? Piękne. Nie zmieniłaś zdania względem wyboru chrzestnego ojca? Upierasz się przy stryju. Wiekowy, lecz twój ojciec na pewno go zaakceptuje. Co byś powiedziała na to, aby matką chrzestną dziecinki była nasza kuzyneczka Florentyna?
Wilhelmina przy kolacji powiedziała rodzicom, że dnia następnego udaje się z wizyta do stryja, oznajmiając mu o swoim wyborze. Każdy by się domyślił, że chodziło jej też o coś innego. Chciała zdradzić stryjowi tajemnicę poczęcia Weroniki.
To była spokojna noc. Weronika nie zapłakała ani razu. Także z tego powodu spacer Wilhelminy okazał się niezwykle ważnym wydarzeniem.

[02.02.2020 - Mieczysławów]

30 stycznia 2020

BEZE MNIE

"Tysiąc" czy "66" to gry może i nie bardzo szlachetne, choć wywodzące się z "mariasza" tak popularnego i dzisiaj u naszych południowych sąsiadów. Co innego "brydż" - ten towarzyski i sportowy.
Grywałem w przeszłości w brydża, ale bez przesady - nie zarywałem ciężkich, spowitych tytoniowym dymem nocy. Grywałem też w pospolitego, mieszczańskiego tysiąca.
W brydżu gdy karta nie szła, licytowało się szlachetne "pas".
W tysiącu gdy również nie dopisywało szczęście, mówiłem: " beze mnie".
No i jest "beze mnie". 

(w styczniu, Mieczysławów)

19 stycznia 2020

WŚRÓD ANIOŁÓW (całość)


Wódz wszystkich Skrzydlatych musiał być poinformowany przez Naczelnego, że zdarzyło się / zdarzy to i to i trzeba być w gotowości.
Trudno powiedzieć, czy Naczelny sam sprokurował to wydarzenie, czy też dysponując dziesiątkami milionów par oczu po prostu dostrzegł, że szykuje się coś niezwykłego i konieczna będzie szybka i zdecydowana reakcja.
I stało się – rozległ się huk i tuman kurzu wzniósł się ponad wiecznie zielone pogłowie świerków i sosen.
Żelazny ptak przypominający ważkę wchłonął Go w swoje pojemne i nowoczesne cielsko i dostarczył szybko i bezpiecznie do jednego z budynków, w którym czekali na niego Skrzydlaci pierwszego i drugiego rzędu. Ci ważniejsi ubrani byli w błękitne i seledynowe, doskonale wyprasowane okrycia; mniej ważni ubrani byli w biel nieskazitelną, jaka zwykle towarzyszy wszystkim Aniołom na świecie. Wybrańcy pierwszego i drugiego rzędu zajęli się NIM fachowo i troskliwie. Wtedy właśnie czas odgrywał bardzo ważną rolę. Udało się. Wódz wszystkich Skrzydlatych – Archaniołów i Aniołów dowiedział się w końcu o sukcesie jego podwładnych i natychmiast przekazał tę miłą wiadomość Naczelnemu. Właściwie to Naczelny nie musiał być informowany. On wiedział o wszystkim.
A co z NIM? ON znalazł się w obszernej sali i odpoczywał w pozycji horyzontalnej. Nad NIM i wokół NIEGO fruwały Anioły, cierpliwe, niekrzykliwe, mówiące, że jest dobrze, że jest coraz lepiej. Były przy nim kiedy płakał, śmiał się, śpiewał i żartował. Najgorsze były noce.
Otóż pewnej nocy…
… pewnej nocy poczuł ogromne pragnienie przypominające błagalne modlitwy saharyjskich Tuaregów o wodę choćby w jednej z libijskich oaz. Utkwiwszy wzrok w pustej, półlitrowej, plastykowej butelce spoczywającej bezcelowo na orzechowym blacie prostokątnego stolika ustawionego obok łóżka, ON zapamiętawszy nazwę mineralnej wody wydrukowanej na elipsoidalnej etykiecie przyklejonej do walcowatej powierzchni butelki, ON zdecydowany był wyruszyć w długą, a może też niebezpieczną drogę do samego źródła, skąd mógłby zaczerpnąć płynu ratującego mu życie. Odpłynął więc, odjechał, pokonał czasoprzestrzeń, nie wiedząc przy tym, jak bardzo naruszył prawa fizyki, a ponadto ta wyprawa po wodę, choć chwalebna i niezbędna dla jego organizmu, należało traktować jako ucieczkę z krainy Aniołów. W końcu znalazł się w miejscu, w którym spodziewał się otrzymać upragnioną butelkę wody. Zatrzymał swój niewidzialny pojazd przed magazynem, na którego frontowych ścianach, nad podłużnymi taflami okien iskrzył się na czerwono ten sam napis, który dostrzegł uprzednio na plastykowej butelce pozostawionej na przyłóżkowym stoliku.
- Co pan tu robi? – zapytała kobieta w bieli, która wszakże nie była Aniołem. – Jak się pan tutaj znalazł – zapytała w jego języku.
- Chcę pić – odparł słabym głosem – a jak tutaj się znalazłem, nie wiem.
Wielkie serce kobiety spowodowało, że wkrótce półlitrowa szklanka dobrze schłodzonej wody znalazła się w JEGO dłoniach. Patrzyła na niego z podziwem, jak szybko opróżnił podane mu naczynie, z niedowierzaniem usłyszała jego głos proszący o więcej wody, o kolejną jej porcję.
- Nie mogę panu przynieść kolejne szklanki. Pan rozumie, przepisy… i nie wolno panu pić więcej.
Najpierw prosił, potem błagał i wreszcie wykrzyczał na cały głos, że jest spragniony, i jeżeli nie dadzą mu się napić, stanie się coś strasznego.
JEGO głos był tak skrzekliwy, tak donośny, że wszyscy pracownicy znajdujący się w magazynie (każdy z nich ubrany był w biały, wyprasowany kitel) zamilkli. W końcu jeden z nich, barczysty mężczyzna z brodą zajmującą trzy czwarte powierzchni jego twarzy, podszedł do niego w menzurką wypełnioną bezbarwnym płynem. Przysunął krawędź naczynia do jego spęczniałych ust.
- Tylko powoli – powiedział do NIEGO brodacz.

Kiedy otworzył oczy ujrzał jak jeden z Aniołów pociera jego usta zwilżonym tamponem bawełnianej waty. Wysysał z niej niewidoczne kropelki wilgoci.
- Jeszcze trochę – poprosił Anioła.
Anielica nasączyła bawełniany tamponik mocniej. Ssał go powoli, delektując się bezsmakiem płynu.
- Jutro pozwolę panu wypić ze szklanki – powiedziała.
Z uśmiechem na twarzy zasnął po raz drugi.

[19.01.2019, Mieczysławów

13 stycznia 2020

KILKA OBRAZKÓW I ZASKAKUJĄCA MUZYKA

Dla odmiany trochę obrazków, dawno nie widzianych w kawiarence.
Od kogo miałbym nie zacząć, jeśli nie od Paula Gauguina.

1. Śliczny, przesadzony wielkością kot przy strumyczku.
Czyżby obserwująca kociaka Thaitanka miała zażyć kąpieli, o czym świadczy biel namydlonej twarzy?



2.  To fragment obrazu. Twarze zamyślonych dziewcząt. 


3. Kobieta i kwiaty - to typowy motyw twórczości Gauguina. Zwracam uwagę, że kształt ciał kobiet, które fascynowały Gauguina nie jest doskonały - typowa postać Gauguina.


4. To co fascynuje mnie u Gauguina. Ileż w tym tym malowidle poziomów - stref kompozycyjnych. Policzmy od najdalszych gór (ale tak naprawdę za górami jest zachmurzone delikatnie niebo) ile płaszczyzn występuje w tym obrazie. 


Na koniec niech ta piosenka w wykonaniu szwedzkiej artystki Lykke Li będzie pewnym zaskoczeniem....


[13.01.2020, Mieczysławów]




08 stycznia 2020

TRUSKAWKI


 [Zanim zdrowie pozwoli napisać coś bieżącego, tekst z 2016 roku]

A chociaż odjechał już od rampy ostatni pachnący samochód, to pracy trochę zostało. Choćby te stojące na podeście skrzynki trzeba przewieźć na wózku do magazynu i ustawić na półkach i jeszcze raz ostatnią dostawę policzyć, zanotować, i do tych kończących pracę skrzynek przykleić karty. A przed zasunięciem bramy nie zapomnieć uchylić okien, ot, za sznurki chwycić, w dół pociągnąć - owoc w przewiewie musi nocować i powinien być zdrowy, bo jutro z samego rana kolejny wóz podstawią - ten pomknie z truskawką do wielkich sklepów, a może na kolej i dalej, w świat szeroki.
Zakręciła się z innymi po magazynie, skrzynki ustawione, policzone, oznakowane - można wychodzić. Zbiegła schodkami, już bez fartucha, w luźnej, bawełnianej, zdobionej niewielkimi kwiatami polnego maku sukience. W ręku trzymała łubiankę z truskawkami - każda pracownica mogła sobie jedną wziąć do domu po pracy. Ale komu by się teraz chciało jeść truskawki, skoro od ich zapachu aż nos zatyka, a w ustach słodycz, którą chciałoby się złagodzić garnuszkiem zimnego, kwaśnego mleka. Młodsi bracia zjedzą, nie ma się czym martwić. Matuchna kompot albo pierogi zrobi, a może zje się ze śmietaną i cukrem, albo z kluskami chłodnik będzie na upały.
Oj, czerwiec tegoroczny powiał gorącym powietrzem aż z Sahary, a maj taki był nieznośnie mokry.
Widział ją schodzącą ze schodków i dalej, aż na ulicę, jak przechodziła obok jego domu. Jak każde chłopaczysko ubrany był w krótkie, znoszone portki, trykotową bluzkę i sandały. Spojrzał na nią i na tę łubiankę, co ją w lewym ręku trzymała.
- Jakież wielkie! - zachwycił się na głos. - Da pani jedną?
Spojrzała na niego. Dotknęła otwartą dłonią jego włosów, jasnych, rozczochranych.
- Jaka ze mnie pani… Maryśka jestem. A pewnie, że dam. Przynieś torebkę, podzielimy się.
Odwrócił się na pięcie. Pobiegł.
- Ej, ty, mały, poczekaj no! - rzuciła w jego stronę. - Nie ma nic za darmo.
Wrócił trochę zmieszany.
- Wiesz, mały, chciałabym pójść nad staw. Wykąpałabym się. Tam, przy rzeczce, gdzie ludzi nie ma.
- O, tam woda najcieplejsza. W sam raz na kąpanie - odparł.
- A przyniósłbyś mi z domu ręcznik i kawałek mydła za te truskawki. Jedną trzecią łubianki dostaniesz.
- Nie połowę?
- Nie, bo jedna część dla matuchny będzie a druga dla młodszych braci - takie urwipołcie jak ty, tylko że bliźniaki… no i tobie dam trzecią część, zgoda?
W te pędy do domu pobiegł i wrócił z torebką po cukrze, mydłem i ręcznikiem. To wszystko podał dziewczynie. Stał chwilę jak ten piesek żebrzący przy pańskim stole.
- Tutaj ci nie dam, nad staw pójdziemy - śmiała się szczerze, otwarcie - a ta będzie ode mnie.
Wybrała największą, chwyciła za szypułkę i wetknęła mu ją do otwartej buzi.
- Chodźmy, zanim słońce spać się położy.
Po tej truskawce, którą niemal połknął i nawet nie poczuł jej smaku, jeszcze bardziej ją polubił, jeszcze bardziej mu się spodobała. A kiedy tak biegli, a ona za rękę go trzymała, to najpierw poczuł się jej bratem, a potem… potem chyba chłopakiem… dobre… on miał lat dziesięć, a ona… no dałby jej siedemnaście… osiemnaście.
Kiedy doszli do mostku na rzeczce, która wpływała do stawu, najpierw sprawiedliwie podzieliła truskawki a potem zdjęła z siebie bawełnianą sukienkę w maki.
- Pomożesz mi, mały? - zapytała.
- Tylko nie mały!  Do podbródka ci sięgam, albo wyżej. Może być „chłopak”, dobra?
- Dobra, chłopak. Odwrócę się tyłem do wody i wtedy namydlisz mi plecy, zwłaszcza łopatki i szyję. Jestem spalona słońcem, widzisz?  - Widzę. Opaliłaś się.
- No. Teraz uważaj. Zdejmę stanik, ale ty tylko namydlaj mi plecy, jasne? I ani się waż podchodzić z przodu, rozumiesz?
- Czemu?
- Ej, chłopak - westchnęła. - Gdybyś ty był mój chłopak, chłopaku, to bym ci pozwoliła… ale nie jesteś mój.
- Szkoda.
Odpięła stanik i rzuciła go na sukienkę. Chłopak najpierw nabierał złożonymi w miseczkę dłońmi wody i zmaczał jej ciało. Potem wcierał w jej mokrą skórę owocowo pachnące mydło. Starannie, tak jak go o to prosiła, wmasowywał jej mydło w łopatki i szyję. Na koniec przesunął namydlonymi dłońmi po jej nogach.
Zakończył i stanął za nią.
- A  tam?
Nie musiał uzupełniać. Wiedziała o czym pomyślał.
- Niech cię Pan Bóg broni od tego, abyś mógł jeszcze „tam”. Dała bym ci, dała.
- Tam pewnie jest też tylko dla twojego chłopaka - wymądrzył się.
Zamyśliła się i odwróciła głowę.
- Jakbym go miała, to pewnie byłoby dla niego - odparła cichuteńko. - A teraz, chłopak, dziesięć kroków do tyłu marsz i zamknij oczy. Kiedy usłyszysz plusk, możesz patrzeć.
Całe wieki to trwało, zanim usłyszał plusk. Spojrzał tam. Nad lustrem wody wystawała jej głowa, szyja i ramiona. Pluskała się, kryła pod wodę, wynurzała, a woda wcale nie była taka ciepła, bo rzeczka, choć płyciutka, niosła z sobą chłód źródełka.
- No jedz te truskawki, jedz - krzyczała, a on siedział przy jej ubraniu, patrzył na nią, no i w końcu zaczął skubał te truskaweczki mięsiste, słodkie i pachnące.
W pewnej chwili zawołała:
- Rzuć mi ręcznik!
Już sięgał po niego, gdy nagle zapytała:
- A umiesz mieć oczy zamknięte, gdy będę liczyć do stu?
- Pewnie, że umiem.
- A przysięgniesz mi, że nie otworzysz oczu, zanim powiem „sto”?
- Przysięgam.
- A więc uważaj… jeden, dwa… - liczyła, wychodząc z wody.
Oczy miał przymknięte tak bardzo, że aż go powieki bolały.
- No… teraz, chłopak, możesz mnie wytrzeć… ale delikatnie.
I wycierał, czując pod dłońmi miękkość dziewczęcego ciała. I czuł jeszcze, że ręcznik nabiera wilgoci. Całe jej ciało dotykał ręcznikiem, najpierw suchym, a później lekko zmoczonym.
- Siedemdziesiąt osiem, siedemdziesiąt dziewięć - słyszał odliczanie.
- A możesz liczyć wolniej? - zapytał.
- Ech, ty, spryciarzu! - krzyknęła i wtedy nagle poczuł, że wyrwała się z dotyku jego dłoni, a kiedy usłyszał „sto”, stała przed nim rozśmiana z mokrą gęstwiną długich włosów, opadających jej na oczy.
Siedli na trawie.
- Szkoda, że nie jesteś starszy - powiedziała.
- Szkoda. A ile jeszcze czasu potrwa praca z tymi truskawkami?
- Tydzień, no może dziesięć dni - odparła zamyślona. - Sezon na truskawki się kończy.
- Szkoda.
- A szkoda… miły z ciebie chłopak, wiesz. Moi młodsi bracia, to nic a nic mnie nie słuchają.
Śmiała się, gdy to powiedziała, więc nie wiedział, czy mówi prawdę.
- Pojedzmy teraz truskawek. Z każdej części wezmę po dwie. Dasz mi dwie swoje?
- Pewnie, że dam.
Patrzyli na przymarszczoną toń wody na stawie, w której zatapiało się czerwcowe słońce.

[08.01.2019, Mieczysławów]

01 stycznia 2020

WŚRÓD ANIOŁÓW


1.
Wódz wszystkich Skrzydlatych musiał być poinformowany przez Naczelnego, że zdarzyło się / zdarzy to i to i trzeba być w gotowości.
Trudno powiedzieć, czy Naczelny sam sprokurował to wydarzenie, czy też dysponując dziesiątkami milionów par oczu po prostu dostrzegł, że szykuje się coś niezwykłego i konieczna będzie szybka i zdecydowana reakcja.
I stało się – rozległ się huk i tuman kurzu wzniósł się ponad wiecznie zielone pogłowie świerków i sosen.
Żelazny ptak przypominający ważkę wchłonął Go w swoje pojemne i nowoczesne cielsko i dostarczył szybko i bezpiecznie do jednego z budynków, w którym czekali na niego Skrzydlaci pierwszego i drugiego rzędu. Ci ważniejsi ubrani byli w błękitne i seledynowe, doskonale wyprasowane okrycia; mniej ważni ubrani byli w biel nieskazitelną, jaka zwykle towarzyszy wszystkim Aniołom na świecie. Wybrańcy pierwszego i drugiego rzędu zajęli się NIM fachowo i troskliwie. Wtedy właśnie czas odgrywał bardzo ważną rolę. Udało się. Wódz wszystkich Skrzydlatych – Archaniołów i Aniołów dowiedział się w końcu o sukcesie jego podwładnych i natychmiast przekazał tę miłą wiadomość Naczelnemu. Właściwie to Naczelny nie musiał być informowany. On wiedział o wszystkim.
A co z NIM? ON znalazł się w obszernej sali i odpoczywał w pozycji horyzontalnej. Nad NIM i wokół NIEGO fruwały Anioły, cierpliwe, niekrzykliwe, mówiące, że jest dobrze, że jest coraz lepiej. Były przy nim kiedy płakał, śmiał się, śpiewał i żartował. Najgorsze były noce.
Otóż pewnej nocy…

[01.01.2020] Mieczysławów

30 grudnia 2019

KONIEC ROKU

Pora zakończyć ten nieszczęsny 2019 rok. Chyba był to najgorszy rok w moim życiu, ale nie skazuję go na dożywocie, mając nadzieję, że jeśli sięgnęło się dna, to wypada się od tego dna odbić.
Moje życie zmieniło się 25 października: ciężki wypadek, operacje, zawał i w końcu rekonwalescencja w norweskim szpitalu akademickim w Oslo i teraz u siebie w domu.
Jest ciężko, ale zdaję sobie sprawę z tego, że mogło być gorzej i to gorzej ostatni raz....  Ktoś tam nade mną czuwał. Między innymi Pani Edyta, która jakże często odwiedzała mnie w szpitalu w Oslo. Dziwne, ale nie posiadam jej zdjęcia. Mam za to inne.


1. Oj, nie czułem się wtedy najlepiej. Wprawdzie czysty, ale zarośnięty potwornie.


2. Ponieważ początkowo nie miałem zamiaru się golić, postanowiłem zażartować sobie w poniższy sposób. Ta karteczka dawała do zrozumienia personelowi medycznemu, że nie chcę golić zarostu.


3. Zrezygnowałem z zamiaru stania się Świętym Mikołajem. Pozostawiłem sobie wąsy. Stan zdrowia uległ polepszeniu.

4. Pizza z kanapkami z szynką i żółtym serem to przykład śniadanka.

5. Wariantów szpitalnego obiadu było około piętnastu. Oto jeden z nich - smakowity jak pozostałe.




6. Norbert pielęgniarz - Polak. Wiele mu zawdzięczam. Pośredniczył w rozmowach z domem, informując o bieżącym stanie zdrowia.




7. Na tym zdjęciu Lina, jedna z dziesiątek pielęgniarek, bardzo sympatyczna. Była "ze mną" aż od momentu przywiezienia mnie na salę po pierwszej operacji nogi. Tutaj dla potrzeb zdjęcia rozpuściła sobie włosy :-) Jej postać, oczywiście po pewnym kamuflażu, pojawi się w moim opowiadanku, które w tej chwili przygotowuję.


8. No i w końcu ja w wersji bieżącej, bez wąsów - pierwszy raz w życiu zgoliłem wąsy. Zdjęcie zrobione w domu.



WSZYSTKIM BEZ WYJĄTKU MOIM PRZYJACIOŁOM I PRZYJACIÓŁKOM Z BLOGOSFERY I FB, W TYM OSOBOM, KTÓRE WYDATNIE MI POMOGŁY ŻYCZĘ POMYŚLNOŚCI W NOWYM 2020 ROKU. OBY BYŁ LEPSZY OD MIJAJĄCEGO.

[30.12.2019, Mieczysławów]


28 grudnia 2019

CIASTECZKA

Z wielkim trudem przychodzi mi pisanie i w związku z tym, choć mam parę pomysłów na kilka krótkich opowiadań, zacznę kontynuowanie pisania od przypomnienia krótkiego tekstu publikowanego już w kawiarence.

CIASTECZKA

Chłopiec z utęsknieniem oczekiwał na powrót dziadka z miasta. Siadał przy stole w dużym pokoju i rozkładał na nim fizyczną mapę Europy. Odnajdywał miasta i linie kolejowe. Przygotował sobie linijkę i nitkę z kłębka babcinych rozmaitości do szycia oraz zeszyt – notesik formatu A5. W zeszycie wpisywał nazwy miast, które czynił etapami podróży. Dajmy na to wpisywał: Warszawa – Bratysława – Wiedeń – Belgrad. To jedna z tras. Korzystając z podziałki znajdującej się w lewym dolnym rogu mapy, zaznaczał długopisem punkty na nitce przedstawiające dwadzieścia, pięćdziesiąt i sto kilometrów. Następnie przykładając nitkę do czarnych linii kolejowych połączeń wyznaczał odległość pomiędzy poszczególnymi głównymi etapami podróży, jak i też mniejszymi miejscowościami znajdującymi się na trasie podróży. W pionowych kolumnach zapisywał szczegółowy rozkład trasy. Pozostawało jeszcze umieścić przy każdej miejscowości czas przyjazdu pociągu oraz minuty przeznaczone na postój pociągu. Czas postoju uzależniony był od wielkości miasta. Czas przejazdu pociągu ustalił na 60 kilometrów na godzinę. W ten sposób uzyskiwał dokładny czas wyjazdu i przyjazdu pociągu do stacji docelowej. Na koniec wybierał kilka miejscowości i odszukiwał w encyklopedii podstawowych informacji, które potem zapisywał w zeszyciku.
Czekanie na dziadka wypełniał między innymi takimi zabawami. Czasami grał w chińczyka z babcią, choć ona była zwykle zajęta przed południem szykując obiad. Biegał też do ogródka, zwłaszcza latem. Zbierał truskawki, maliny i włoszczyznę do obiadu. Kiedy się pobawił, pograł sobie lub wracał z ogródka, czekało na niego gorące kakao, jajecznica z dwóch jajek na maśle i kromka chleba. Babcia prowadziła świetną kuchnię i nawet taki niejadek jak on konsumował z ochotą całe drugie śniadanie.
A jednak bywały takie dni, kiedy czekał na dziadka, powracającego z krótkiej delegacji w mieście. Pojawiał się zgodnie z rozkładem autobusu, pomiędzy czternastą a czternastą trzydzieści. W starej, pamiętającej przedwojenne czasy, nosił dokumenty i stawiał ją na stole; w lewej ręce, trzymanej z tyłu, za plecami miał siatkę, a w niej zawinięte w biały, pergaminowy papier bezy i ptysie.
Babcia kiwała dobrotliwie głową, patrząc na te przysmaki i myślała sobie, że i tak nie dorównują jej domowym wypiekom, ale szykowała herbatę dla ich trojga, rozdzieliła ciasteczka i w milczeniu zjadali swoje porcje, po kawałeczku dla ojca i matki, którzy za pół godziny wracali z pracy.
Chłopiec bardzo chciał poznać miejsce, w którym dziadek kupował te słodkości i któregoś dnia rzeczywiście pojechali razem w delegację.
Na starym rynku, na rogu, nie opodal urzędu miasta mieściła się mała skromna restauracja. W niej to, oprócz codziennych dań obiadowych, przekąsek i trunków, serwowano ciasteczka; zawsze świeże, przechowywane w niewielkiej ladzie chłodniczej. Dziadek wypijał setkę pod śledzika i ogórka; jemu kelnerka przyniosła bezę i ptysia, a do picia lemoniadę o smaku cytrynowym.
Chłopiec poczuł się kimś bardzo ważnym, kiedy po powrocie do domu mógł położyć na stole siatkę z kupionymi w restauracji ciasteczkami, kiedy mógł opowiedzieć o swoich wrażeniach z wizyty w mieście.
Nie powiedział jedynie o setce czystej wódki jaką wypił dziadek, odczuwał wielką solidarność w stosunku do niego, a może to ten słodki krem spowodował, że zapomniał o tym kieliszku wódki. 


  

26 grudnia 2019

ŚWIĄTECZNE REFLEKSJE

1.
Minęła wigilia i przemknął niepostrzeżenie pierwszy dzień świąt. Nie dla wszystkich tegoroczne Boże Narodzenie to czas radości i zadowolenia. Nie, nie mam na myśli siebie. Zdążyłem się przyzwyczaić do tego odmiennego stanu, w jakim znalazłem się po wypadku. Oto moja znajoma i ceniona przyjaciółka - blogerka JOTKA straciła w wigilię ojca. To bardzo przykra dla mnie wiadomość, bo my wszyscy znajomi z blogosfery czy fejsbuka jakże często darzymy się niewymuszoną sympatią i ból jednego/jednej z nas przechodzi na tego, kto dowiaduje się o przykrym wydarzeniu jakie zaszło u wirtualnego przyjaciela. Oczywiście bólu "z daleka" nie da się porównać do tego rzeczywistego, po śmierci najbliższej osoby.
2.
Cofnę się o kilka dni, aby przedstawić reakcję na mój powrót naszych ukochanych zwierzątek, Adelki i Maszy. Radości nie było końca. Aż bałem się, że suczki przy tym powitaniu zrobią sobie krzywdę. Gdy z kolei minął czas  spontanicznej radości, Adelka dumnie chodziła po pokoju, merdając swoją "palemką", znaczy się ogonkiem, tak jakby chciała wzorem Sienkiewiczowskiego Zagłoby oświadczyć: - "Jam to uczyniła, że Andrzej powrócił do domu".
Pewien problem pojawił się wtedy, gdy zwłaszcza Adelka  nie mogła zrozumieć, że nie może ot tak sobie gadać po mojej lewej nodze. W chwili obecnej, jak mi się wydaje, Adelka zrozumiała, że ta moja lewa noga jest dla niej swoistym tabu. Przyzwyczaiła się też do tego, że poruszam się o kulach i nie traktuje już tych moich niezręcznych ruchów jako próba straszenia jej.
Zdumiało mnie to, że Adelka w sposób bezceremonialny zaczyna mnie lizać po rękach, co dotąd czyniła sporadycznie i nie tak długo jak obecnie. Co mojej sycące strzeliło nagle do głowy? Wygląda to tak, jakby po moim głaskaniu psiny, następowało natychmiastowe lizanie mojej ręki.
A co na to Masza? Owszem częstokroć śpi ze mną, pomimo tego, że obie suczki mają swoje domki. Zasada jest taka: jeśli jedna z suczek śpi ze mną, druga wbiera wersję, gdzie śpi żona albo swój domek i na odwrót. Bywa tak, że zasypiam z Adelką, a budzę się z Maszą.
Masza ma nadzwyczajny słuch i nie ma takiej możliwości, aby ktokolwiek za oknem nie został obsztorcowany szczekaniem za to, że miał czelność pojawić się w zasięgu wzroku Maszy.  Zresztą yoreczka obszczekuje też zwierzęta występujące w programach telewizyjnych.
3.
Cieszy mnie to, że w te Święta zaczęły się prostować pewne sprawy rodzinne i jest ogromna szansa na to, aby nikomu niepotrzebne waśnie przeszły do lamusa spraw bezpowrotnie zakończonych. 
Może ten mój wypadek stał się impulsem nie tylko do rzucenia na zawsze palenia, ale też do pomyślnego zakończenia spraw, które bezwarunkowo zakończyć trzeba. 

[26.12.2019, Mieczysławów]


24 grudnia 2019

ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA

Wszystkim moim blogowym i fejsbukowym znajomym, także tym, którzy okazyjnie pojawili się w mojej wirtualnej przestrzeni, wszystkim wierzącym, wątpiącym i niewierzącym, bez względu na wyznanie, płeć, kolor i długość włosów, słowem wszystkim ludziom dobrej woli życzę zdrowych, pogodnych, smacznych i spędzonych wśród najbliższych i kochających ludzi Świąt Bożego Narodzenia.
Dedykuję Wam wszystkim kolędę, którą dawniej, kiedym próbował nauczać młode pokolenie w szkole, śpiewaliśmy sobie obok tych popularniejszych i częściej goszczących przy wigilijnym stole.
Wszystkiego dobrego.


[24.12.2019 Mieczysławów]

23 grudnia 2019

LEPSZYCH I WESELSZYCH

Chodzi oczywiście o nadchodzące święta, które, ufam, dojdą do Was, tych wszystkich, którzy zachodzą z wizytą do kawiarenki. Mnie te bliskie święta ominą - nie mam choinki i nie będę miał bożonarodzeniowych, konsumpcyjnych rarytasów. Ot, wigilia będzie jednym z wielu dni. Pewnie pojawi się tego dnia moja niezwykła szwagierka... i sobie pogadamy o życiu, rodzinie, itp.
Z góry przepraszam za wyjątkowy nieporządek w pisanym tekście. Mam trudności ze skupieniem uwagi na danym temacie przez więcej niż 15 - 20 minut.
Pragnę podziękować wszystkim, którzy w ostatnim czasie komentowali  moje posty. Cieszę się bardzo, że wśród komentatorek odnalazłem Anabell i to z bardzo ciekawymi i ważnymi uwagami. Przepraszam, że nie odpowiadam na te wszystkie komentarze, ale, jak wspomniałem, mam kłopot z koncentracją, a nie chciałbym odpowiadać komentatorom byle jakim słowem. Nie odpowiadam, ale czytam.
Moja rekonwalescencja jest ciężkim orzechem do zgryzienia. Najgorsze jest chyba to, że w związku z zawałem jaki przeszedłem, nie mogę zażywać tabletek przeciwbólowych takich, jakbym chciał. Odczuwam też ból złamanego w wypadku mostka oraz (ciut mniejszy) ból 8 połamanych żeber. Ból nogi złamanej w trzech miejscach zdaje się bardzo powoli ustępować. Gorzej, że bardzo szybko się męcze. Nie tylko chodząc o kulach, ale nawet podczas jedzenia.
Ale to nic... To można i trzeba wytrzymać. Najgorsze są te sprawy "okołochorobowe", które zdecydowanie spowalniają rekonwalescencję.
To one zabierają mi nadzieję, wytaczają z oczu łzy, dołują i wprowadzają w depresję.
Tak, to prawda (żona z córką pewnie mnie ochrzanią za te słowa, ale chyba jest mi to potrzebne...) cierpię tyleż samo na te wszystkie skutki połamań, jak i na depresję.
A depresja to taka choroba, która pozwala spojrzeć na otaczający świat inaczej, popłakać się nad tym światem. Człowiek dowiaduje się przy okazji, w jaki sposób oceniany jest przez najbliższą rodzinę, dowiaduje się ile kosztuje, bo ludzkie cierpienie jakże często wyrażane jest w pieniądzach. To dziwne, że ktoś mieszkający bardzo daleko jest w stanie człowieka zrozumieć i, nie bójmy się tego słowa, realnie pomóc mu, bo tak podpowiada serce... bo ja wiem co jeszcze.
W każdym bądź razie moja rodzina w  ostatnim czasie pomniejszyła się. Trzeba to przeboleć i szukać innych rozwiązań. Szkoda tylko, że te przemyślenia kolidują z procesem leczenia.
Wychodzi na to, że powinno się wszem i wobec z nazwiska wielkimi literami pisać tych, którzy przychodzą z bezinteresowną pomocą, a tych, którzy okazali się papierowymi przyjaciółmi... tych pominąć milczeniem.

Ps. Będę miał sprawę do Jotki.  Jeśli mi nie odmówi, porozmawiałbym z Nią... Ale to już po świętach... ten mój brak koncentracji...
Jeszcze raz LEPSZYCH, pogodnych i wesołych świąt.

[23.12.2019. Mieczysławów]

17 grudnia 2019

NASZA RZECZYWISTOŚĆ

1. Lotnisko
Już w kraju po podróży, pomimo zachowania maksimum udogodnień męczące. 
Pierwsza refleksja pozytywna. Do samolotu dostałem się w Norwegii windą (trochę się naczekałem, a w dodatku ten lotniskowy pojazd zaopatrzony w windę nie posiadał zadaszenia, przez co trochę zmarzłem zanim dostałem się na pokład 240-osobowego Antonowa należącego do węgierskiej linii Wizzair. Po wylądowaniu w Warszawie przepuściliśmy z przydzieloną mi ratowniczką medyczną pozostałych pasażerów i natychmiast podjechał pod władz wyjściowy specjalny pojazd z windą i środkami transportu dla niepełnosprawnych. Do tegoż pojazdu przetransportowano mnie na wózku, a cała operacja trwała chyba dziesięć razy szybciej niż w Norwegii, bo kapitan Antonowa poinformował dostatecznie wcześnie o tym , że ma na pokładzie "ofiarę nie potrafiącą jeszcze swobodnie chodzić na obu nogach - czyli mnie.
2. Szpital
O ile podróż samolotem oraz podjazdy karetkami na lotnisko w Norwegii i potem z Okęcia do Kutno uznaję za zadowalające, to dopiero kontakt z polską służbą zdrowia, ze szpitalem okazał się niemiłym przeżyciem. O tym że jeszcze tej nocy znajdę się w domu, podejrzewałem, ale mój dwuosobowy zespół ratowniczy zadecydował o podjeździe do szpitala w Kutnie. Według mnie słusznie, choćby z tego powodu, że kończyły mi się tabletki przeciwbólowe, no i w ogóle wydaje się, że lekarz powinien chociaż rzucić okiem na stan mojego zdrowia, a szczególnie moją lewą nogę. 
Przyjęto mnie bardzo niechętnie, ale w końcu udało nam się przekonać lekarzy aby przeprowadzili jakieś badanie. Zrobiono mi w końcu EKG i tu zaczął się problem, bo wypadło dobrze, po czym wręcz dostałem opieprz  od jednego z lekarzy, że niby po co przyjechałem o tak późne porze na SOR, skoro badanie czynności serca po tym niedawnym zawale wypadło dobrze. O spojrzeniu na nogę, czy też możliwości przepisania mi choćby jakiegoś przeciwbólowego leku mowy być nie mogło. 
Przed południem w rozmowie telefonicznej okazało się, że moja rodzinna Pani doktor może mnie przyjąć dopiero w czwartek. Skierowania do ortopedy wobec tego na razie mieć nie będę, podobnie z lekami.
Po południu moja żona udała się z kartami informacyjnymi z norweskiego szpitala do ośrodka zdrowia, gdzie z niemałym trudem udało się jej przekonać lekarza, aby dał mi zwolnienie i przepisał leki na podstawie składu chemicznego tych medykamentów jakie dawano mi w szpitalu.
Po odpowiedniku pochodnych tramalu ból nogi nie jest już tak dokuczliwy.

[17.12.2019, Mieczysławów]

14 grudnia 2019

TUŻ PRZED POWROTEM

Wracam do świata żywych. Jutro o 16-tej wyjeżdżam ze szpitala na lotmisko, skąd kurs na Warszawę.
Nie wiem ile czasu upłynie, zanim kawiarenka zapełni się tekstami, bo chyba nie rezygnuję z pisania.

[14.12.2019, Oslo]

12 grudnia 2019

CIĘŻKO Z MIŁYM ZASKOCZENIEM

Ciężko, bo już tyle czasu czekam na powrót do kraju; ciężko mi też pisać na smartfonie palcami (przydałby mi się taki "patyczek"); ciężko, bo noga boli, bo od leżenia w łóżku boli pewna część ciała, której zobaczyć nie sposób... i tak w ogóle jest ciężko, choć się poprawia, ale i tak nie mogę się skupić przez dłuższy okres czasu na rozmowie telefonicznej, na pisaniu i czytaniu, czy nawet na zamieszczeniu w kawiarence choćby zbiorowych podziękowań tym wszystkim, którym los kawiarennika nie jest tak całkiem obojętny.
Mam nadzieję, że ci, o których myślę, nie wezmą mi za złe, gdy nie odpowiem od razu na komentarz - uwierzcie, nie jest to wyrazem braku szacunku z mojej strony, lecz takiego stanu, który nie pozwala mi się skupić na pisaniu kilku linijek tekstu (czwarty raz uzupełniam myśli w niniejszym poście), a wykład Pani Olgi Tokarczuk( prawdziwa uczta intelektualna) czytałem w kilkunastu odcinkach.
Zanim pochłonie mnie niepewny sen, zanim przestaną działać "pain killers" - tak tu się mówi na tabletki uśmierzające ból, napiszę króciutko o wielkiej pozytywnie ukierunkowanej rozmowie telefonicznej, jaką odbyłem z panem Dominikiem - spedytorem ostatniej firmy z jaką współpracowałem. 
Streszczając się bardzo, powiem tak: firma ta ********** należy do bardzo nielicznego (5-10% rynku transportowego), dla której na pierwszym miejscu stoi PRACOWNIK, nie zaś wszechwładnie odnoszący się zysk. Niestety dopiero za 9-tym razem mogłem się o tym przekonać. ***&&&€S to apetyczna truskaweczka na zatęchłym torcie naszego rodzimego transportu międzynarodowego. Mam czas... opiszę zapewne cechy tegoż, a w tym momencie składam najserdeczniejsze podziękowanie za..." bycie nade wszystko człowiekiem" panom: Dominikowi, mojemu spedytorowi oraz panu Jackowi - szefowi firmy




[12.12.2019, Oslo, Norwegia]

10 grudnia 2019

OBIADEK

Powiedzmy, że w celach terapeutycznych i aby zabić oczekiwanie, wzmóc cierpliwość, popiszę sobie, niedużo, bo jeszcze się męczę.
Tematem na teraz będzie zjedzony przed chwilą obiad.
Dzisiaj zamówiłem niewyszukany - nie łosoś, nie makrelę z warzywami, ziemniaczkami gotowanymi, duszonymi, podwędzonymi; nie kotlety i tym podobme... wziąłem sobie makaron z mielonym mięsem, a to mięsko o smaku idealnie dopasowanym do moich smakowych wyobrażeń.
 Do tego zupa marchewkowa, gęsta (są w niej też inne warzywa). W Polsce nigdy nie jadłem takiej zupy - zadanie dla żony.
No i woda. A tak to wygląda.
Miało być teraz zdjęcie ale coś nawala. A zatem na ten obiad zapraszam na fb.

[10.12.2019, Oslo]














08 grudnia 2019

I CO TERAZ?

Zostałem pokonany
przez dwieście albo i więcej
mechanicznych koni,
grubą sztywną blachę,
obute w gumiane radiatory koła,
które szły naprzód pancerną dywizją
wprost na mnie.

Nie zostałem pokonany całkowicie.
Kiedy byłem blisko tamtej strony,
nie usłyszałem...
"Chodź, czas na ciebie!"
Jedna babcia nie zaprosiła mnie
na jajecznicę i kakao,
druga nie poczęstowała mlekiem
i posmarowaną masłem i dżemem bułką.
Nie poszedłem z dziadkiem Józefem do ogrodu.
Dziadek Władek nie zagrał ze mną w tysiąca.
Ojciec nie chciał mnie wziąć na ryby,
a mama nawet się nie obudziła
po ciężkim dniu księgowej.

No i co ja mam zrobić?
Nikt stamtąd mnie nie chce...

(Chyba 7 grudnia 2019 roku... Oslo)