Edward Stachura

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym słusznym i zbawiennym jest
żeby człowiek w życiu onym sprawiedliwym był i godnym

22 sierpnia 2016

CHAOS

Nie ma to jak w "doła" wpaść. Wtedy je się więcej. Co ja mówię... żre się, żre, na potęgę, a cukier rośnie jak na drożdżach i głowa pęka w szwach. A wypatrzona już olimpiada smakuje jak usmażony na patelni placek posypany cukrem. Znów ten cukier. Szaleństwo kalorii. Jak to przeżyć?

Z zauważonych olimpijskich wieści: inteligentna Joanna Jóźwiak zauważa, że władze olimpijskiego (światowego) sportu powinny jednak mierzyć ten testosteron, bo tych trzech pierwszych "pań" na osiemset metrów wyprzedzić się nie dało, z racji tego testosteronu, że o wyglądzie nie wspomnę. Okazało się, że naturalny doping hormonalny jest dozwolony, w przeciwieństwie do medycznego, który wykluczył z rywalizacji rosyjskich lekkoatletów, i to bez względu na to, czy brali, czy nie... ot tak, dla porządku, bo nam się skoczkini o tyczce Isimbajewa nie podoba, a "pani" Semenya - a jakże.
Czepialski jestem... ale też podziwiam naszą młociarkę - Anitę Włodarczyk, choć ta też się po przyjeździe z Rio czepia tych warunków w jakich trenuje się na warszawskiej Skrze. A Skra w warszawskim, i nie tylko stołecznym sporcie, zawsze dobrze mi się kojarzyła. Ale my to już tak mamy - mamy Narodowy, na którym można wprawdzie rzucać rekordy młotem, ale gdzie trenować...  z tym gorzej. 
Zresztą, czy to tylko o sport chodzi?
Ile jest takich miejsc, zakładów, które jak ta Skra niszczeją, a dawniej... nie wypowiadam się, głowa pęka.

Przestaję oglądać telewizję. Oglądam na zasadzie: włączam - brzęczy mi i błyska. A najgłośniej brzęczą reklamy. Czasami zastanawiam się nad takim faktem: jak to się dzieje, że przebierając paluchami po cyferkach pilota zawsze natrafiam na reklamy? 
A jeśli już się skończą (także zło przemija) uruchamiam TVP info, a w niej mojego ulubionego redaktora prowadzącego satyryczno-polityczne programy... zdaje się, że chodzi mi o pana Michała Rachonia, który jak zwykle świetnie jest przygotowany przez swoją partię do programu, jaki prowadzi.
Obijało mi się o uszy, że jeżeli mamy publiczną telewizję, to znaczy, że należałoby od niej wymagać choćby szczypty obiektywizmu, ale widocznie źle mi się obijało, bo obiektywizm w TVP info jest zakazany, natomiast satyra, jak najbardziej właściwa i pożądana.

Głowa mnie boli i zazdrość pożera przez tego Miśkiewicza, co to za swoje wielkie zasługi dla obronności kraju złoty medal dostał z rąk Macierewicza - ministra od wojny.
Ten ostatni to ci dopiero oryginał o specyficznym poczuciu humoru, a zatem nie należy poważnie traktować tego złotego wyróżnienia, jakim uraczył swojego podwładnego. A czy można z powagą odnieść się do pomysłu ministra od wojny dotyczącego włączenia aeroklubów w szranki oddziałów obrony terytorialnej kraju? Nie można. Natomiast z satyrycznego punktu widzenia cała twórczość pana ministra, ot, choćby od tej rozpylonej mgły nad Smoleńskiem, poprzez serię wybuchów w samolocie i mobilizację do wojny z ruskimi aż po ostatnie doniesienia to... niezwykła i silna konkurencja dla rodzimych satyryków. Oj, pójdą oni na zieloną trawkę, pójdą.
Ale ja już tego nie zobaczę, bo coraz mniej telewizję oglądam w znaczeniu: siadam, patrzę i słucham.

I w sumie, słusznie robię, bo przecież mogę sobie dosiąść "interneta" i w nim przeczytać, jak to jeden posełek z Mazur uprasza panią premier o dokonanie lustracji nauczycieli i pracowników obsługi, albowiem są oni wielce podejrzani o współpracę ze służbami bezpieczeństwa w niesłusznych czasach. Na mój rozum to każdy, ale to każdy obywatel nie posiadający PIS-owskiej legitymacji powinien być porządnie zlustrowany i wyrzucony precz z roboty, a jeśli jej nie posiada - precz z urzędu pracy, tudzież winien być pozbawion emerytury, rent... i tak dalej.
Nauczyciele, sprzątaczki i panowie "złote rączki" miejcie się na baczności, a najlepiej złóżcie samokrytykę.

I cóż z tego, powie ktoś, że napisze to i owo, że zadrwię sobie z kogoś, że wypowiem się o tym czy tamtym nieładnie - cóż to zmieni? 
A nic. Natomiast milczeć mi nie kazano i nie ma takiego rozkazu żeby milczeć, a zatem badając poziom cukru we krwi, piszę to, co mi obolała głowa podpowie... i póki jest ze mną jeszcze (no tak bezczelnie sadzę) w porządku, to piszę, choć nie przepadam za tematyką kloacznych rynsztoków.

Głowa, ta, która jeszcze jest na swoim miejscu, przypomniała mi również inny temat, związany z niedawną podróżą aeroplanem, z przesiadką w Monachium. Otóż byłem bardzo przyjemnie zaskoczony tym, że w tych samolotach Lufthansy napotkałem stewardessy w stosownym wieku... znaczy się nie były to panie o fizjonomii plastykowej modelki. Być może uprzednio nazbyt ulegałem iluzji, że stewardessy koniecznie powinny dominować młodzieńczą urodą nad pasażerami płci obojga. Nic podobnego. Nie muszą. A ponadto, kto powiedział, że uroda młodości musi przewyższać czar wieku stosownego? No cóż, mylił się i tyle.

Pewnie już kiedyś o tym pisałem, ale przypomnieć nie zaszkodzi, że jestem totalnie odporny na reklamę i gdyby udało mi się założyć stowarzyszenie opornych na reklamową indoktrynację mózgów, akcje przemysłów i usług w naszej globalnej wiosce spadłyby na łeb i szyję, bez szans na przeżycie. Jaka byłaby to piękna katastrofa. Póki co niektórzy wierzą w reklamy jak w Chrystusa. Wierzą na przykład, że języka obcego można się porządnie nauczyć w trzy miesiące, a bez Kozery to nawet w dwa. Roją się w mediach ogłoszenia informujące o jakichś nadzwyczajnych metodach nauki języków, dzięki którym słownictwo i gramatyka same wchodzą do głowy, że uczenie się obcych słów przychodzi bezboleśnie, a wręcz bajecznie łatwo i wystarczy tylko przelać na konto szkoły językowej, bądź też wręczyć osobiście stosowną opłatę. Zdaje się, że o to ostatnie najbardziej chodzi, bo cudów (przepraszam wierzących) nie ma. Żadne tam techniki szybkiego czytania, fotograficznego zapamiętywania nie nauczą porozumiewania się w obcym języku, choć zapewne istnieją ludzie, których mózgi są podatne w większym stopniu na tego rodzaju metody nauczania, ale, nie oszukujmy siebie i innych, uczenie się czegoś nowego i nieznanego wymaga czasu, jak i też sam uczący się, jeśli zastanawia się nad własnymi postępami w nauce, sam jest w stanie określić, kiedy osiąga największy przyrost wiedzy i umiejętności.
No i wylazł ze mnie prehistoryczny belfer.

A będąc "w dole" czasami tak jest, że człowiek stwierdza: - boję się - i za chwilę dopytuje: - czego?
I nie zna odpowiedzi.
Innym razem rzuciłby wszystko "w diabły".
I rzucić nie może. Nawet jeśli chce.
Najgorsze jest to, że wszelka racjonalizacja przestaje działać. Zapiekły się styki, a międzykomórkowe połączenia trafił szlag. Przed oczami tunel zasypany z tamtej strony. Bądź tu mądry i pisz wiersze. Wtedy się żre. Wydaje się, że zmysł smaku zastępuje wszystkie pozostałe.
Jest wprawdzie jeszcze sen, ale czy on coś zmieni?
Nie zmieni.
Bo sen nie trwa wiecznie... chyba, że mówimy o takim, ktory jest wiecznością.

[22.08.2016, Dobrzelin]




19 sierpnia 2016

ULICZNY SLANG

Spotkałem go w pubie przy dworcu w naszym mieście,
podszedł do stolika, stary niedźwiedź, nareszcie
wpadliśmy tak na siebie po latach w ramiona,
myślałem, że po dragach nie podniósł się, skonał,
a on żyje, ma się jak ten pączek w cieście,
biały kołnierzyk, krawat, garnitur sztuczkowy,
czysty i bogaty, dopadła go mamona,
zamawia Dimple, tę piętnastoletnią cizię,
kelner z błyskiem w oku, w rękach z nią idzie,
nalewa, pijemy ten trunek jęczmieniowy
słodki, w smaku delikatny i mam już z głowy
następną porcję cienkiego, słabego piwa
i z podziwem na jego szczodrość głową kiwam,
co sprawiło, że z nizin trafił w wyższe sfery,
skąd wziął kasę, nie zazdroszczę mu, lecz do cholery, 
nie pracował nigdy, stał pod szkołą z dragami,
sprzedawał saszetki, handlował dziewczynami,
a ze mną, co znaczę nic, bo nie jestem prawdziwy,
po drugiej szklance whisky jest nadzwyczaj szczery,
mówi, że pierwszy tysiąc znalazł na ulicy,
a potem poszło już lepiej, bo był cierpliwy,
jakiś wpływowy senator wpadł w jego ręce,
bo lubił dziewczynki, nie stronił od afganu,
kochali go za to celnicy przemytnicy,
senator za działkę amfy z Turkiestanu
w politykę go wprowadził, chciał błogostanu. 
ja już nie mogę, nie chcę i nie chcę pić więcej
nie polewaj mi Dimple’a, chcę mieć czyste ręce
bo ja jestem ten sztuczny, ten dziwny, nieprawdziwy,
stałem po drugiej stronie ulicy gdzie zomo,
mam swoje własne zdanie, jestem niegodziwy,
okrutnie szczery i jak nie Polak fałszywy,
tymczasem przenieś moją duszę umęczoną
w dzieciństwa rozstaje albo za płot cmentarny, 
gdzie jest najlepsze miejsce dla nieuleczalnych,
to wariacje, halucynacje, degradacje
kuracje, aberracje, alkoholizacje,
i odchodzę od stolika na tamtą stronę,
odchodzę zniesmaczony, lecz nie dość pijany,
aby dobrze się poczuć w pubie zafajdanym,
który nie ma niczego na swoją obronę,
nareszcie,
jestem na mieście,
nieprawdziwy,
niepotrzebnie żywy.

[19.08.2016, Dobrzelin]

17 sierpnia 2016

LEON WYCZÓŁKOWSKI

Był jednym z najlepszych i najsławniejszych polskich malarzy Młodej Polski. Impresjonista, pejzażysta, realista, portrecista, autor scen rodzajowych, któremu nie obca była tematyka społeczna, choć nie unikał też martwej natury. Ta tematyczna wielowątkowość zainteresowań sprawia, że Leona Wyczółkowskiego trudno zaszufladkować, skupiając się na jednym, wybranym obszarze sztuki malarskiej.
Artysta próbował także różnych technik. Obok malarstwa sztalugowego, olejnego próbował wyrazistych litografii, ciepłej akwareli, spokojnych gwaszy i wyrazistych akwarelowych pejzaży.
Być może to nader częste "przemieszczanie się" po różnorodnych technikach sprawiło, że nie zdołał wykształcić własnego, niepowtarzalnego stylu malarskiego, po którym byłby rozpoznawalny, jednakowoż ta wielostronność ukazywania świata, opisywania postaci i natury świadczy dobitnie o jego wysokim, warsztatowym kunszcie.
Obrazy Wyczółkowskiego ogląda się wyśmienicie. Emanuje z nich ciepło i intensywna, przejaskrawiona kolorystyka, przedstawiająca świat wręcz piękniejszym, niż jest w rzeczywistości.
Cechą łączącą jego płótna jest gra światła, obecna szczególne w pejzażach i scenach rodzajowych malowanych "z natury". Wyczółkowski robi to znakomicie.
Jednym z najbardziej znanych jego obrazów jest "Rybak", występujący niejako w serii obrazów rodzajowych, przedstawiających wędkarza.

"Fisherman" by Leon Wyczółkowski:

Mnie osobiście urzeka "Siewca", olej na płótnie; choćby ze względu na oryginalne wykorzystanie ciemnego błękitu pola... jest w tym obrazie coś z Cezanne'a


Z nie mniejszą przyjemnością patrzę na poniższego gwasza - "Widok Wawelu z Kaplicą Zygmuntowską w zimie".


Albo na ten przyciemniony pastelowy pejzaż "Morskiego Oka".



A to prześwietna "Wiosna w Gościeradzu" w akwareli, tuszu i kredce. z jakże popularnym w malarstwie motywem otwartego okna.


Z kwiatów wybrałem natomiast te oto skromne "Dziewanny".

 

I w końcu olejna "Gra w krokieta", w którym to obrazie widać  zafascynowanie się Wyczółkowskiego Renoirem.



[17.08.2016, Dobrzelin]

15 sierpnia 2016

KAMYCZKI - NAZYWANIE ŚWIATA (18) OKNO

Zerwał się wiatr, błysnęło, świat spłynął szarą strugą chmur. Otworzył okno, wystawił dłonie; poczuł ciepłe łaskotanie kropel. Dłonie mokły, pejzaż skurczył się na wyciągnięcie ramion. 
- Zamknij - usłyszał - jeszcze wpadnie sopelkowy meteoryt pocisku.
Nie odczuwał lęku. Zgarniał wodospad miękkiej wody, którą przemył twarz. Wcześniej, gdy na tle niepokalanej płaszczyzny błękitu falowały promienie żółtej gwiazdy, pozwalał sobie nakładać na twarz i ręce piekącą warstwę brązu.
Innym znów razem wchłaniał nozdrzami zawiesistą mgłę, a bywało też, że w jego otwartych ustach, na języku, roztapiały się białe kruszynki zmrożonych kryształków.
- Lubię stać przed oknem i lubię, kiedy jest otwarte na świat - powiedział. - Kiedy zbuduję swój dom, będą w nim cztery okna, z każdej strony świata.
A kiedy ukłuła go róża miłości - czuł po raz pierwszy, że kocha - przystanął pod oknem i zbierał w sobie wszystkie siły, aby je otworzyć mocą swoich nieprzejednanych pragnień.
Udało się.
Nie skończył na tym. Zapragnął teraz być wiatrem, pociskiem błyskawicy, szarą strugą chmury, mgłą zawiesistą i falującym w rozedrganym powietrzu jaskrawo żółtym promieniem, i chciał być także kryształkiem zmrożonej bieli… byle tylko stanęła w tym ołtarzu.
- Nie bój się! - wykrzyknął.
Stał pod nim, cierpliwie znosząc jesiennych liści wirowanie i chłód przedwieczoru.
I w końcu, a było to zanim zmrok rozlał flakon z granatową poświatą, zobaczył dziewczynę w czerwonej, spłowiałej sukience, która w dostojnym zamyśleniu szukała wzrokiem jego spojrzenia, a kiedy je odnalazła, pospiesznie zamknęła oba ramiona witraża. 
Bez słowa żalu zniósł rozstanie, a nocą przyśniła mu dziewczyna Rembrandta.

Portret dziewczyny w oknie

(być może ta z "Portretu dziewczyny w oknie")

[15.08.2016, Dobrzelin]

13 sierpnia 2016

Z ARCHIWUM - TEKST BEZ TYTUŁU - 3.

III.

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy od niepamiętnych lat. Możesz to sobie wyobrazić? Wysiadam z pociągu z walizką w ręku (tylko lokomotywa jest inna, spalinowa) i przed dworcem czeka na mnie jednokonny zaprzęg. Chłopak podbiega do mnie, chwyta w ręce mój tobół i zaprasza do sań. Wskakuję na tylne siedzenie, on wspina się na kozła, zacina batem konia i wyruszamy zaśnieżoną drogą w stronę lasu. Obok, na siedzeniu, czekał na mnie pled. Przykrywam nim nogi i walizkę. Spod końskich kopyt rozbryzguje się mokry, zlodowaciały śnieg. Wjeżdżając do lasu, pomiędzy młode zagajniki świerków, płozowy wolant zwalnia, koń kroczy szybkim stępem a chłopak zapala papierosa.
- Zdążymy przed zmrokiem, zapali pan?
- Nawet przyjemniej będzie, gdy drogę do leśniczówki pokonamy powoli - mówię. – Nie teraz, dodaję.
Chłopak zapala, zdejmując wcześniej rękawiczki – skórkowe, ciemnobrązowe.
- Teraz, Kaśka, tak jak lubisz, po swojemu – zwraca się do szpakowatej klaczy, która potrząsa łbem i rzeczywiście zaczyna stąpać własnym rytmem i wydłużając krok płynnie, jakby bez wysiłku ciągnie za sobą sanie, podążając po własnych śladach, jakie pozostawiła jadąc na stację.
- Jesteś bratem Niny? – pytam.
- Stryjecznym. Mówiła panu o mnie? Piotr – przedstawia się patrząc przed siebie i zaciągając papierosowym dymem.
- A mówiła. Mówiła, że świetnie się znasz na koniach i przewidywała, że jeśli wyjedziesz po mnie to saniami.
- Ja, panie Karski, mogę tak? – waha się jakby zawołanie po nazwisku wiązało się z pewną dozą skrępowania – parę miesięcy te sanie remontowałem. Kupiliśmy je we wsi. Stare, z widocznymi pęknięciami, z płozami ze zdartymi listwami stali. Trzeba to było wszystko naprawić, wymienić, co się da. Znam się na tym.
- Słyszałem, że w technikum leśniczym się uczysz? Ostatni rok, prawda?
- Prawda. Z ojcem zostanę, nie to co Nina. Ona już u nas rzadkim jest gościem.
- Każdy wedle swoich umiejętności i zainteresowań życie powinien prowadzić – oświadczam pouczającym tonem – twoja siostra dobrze się zapowiada. Zdolna, pracowita, ambitna.
- I mocna w gębie – dodaje.
- W życiu trzeba walczyć o swoje. Gęba czasami się przydaje.
- Wiem, ojciec nas uczył tej walki, chociaż mnie do ludzi aż tak bardzo nie ciągnie. Co innego las, drzewa, zwierzęta i majsterkowanie.
- Leśniczy ma jednak pod sobą ludzi.
- To prawda. Wycinki, sadzenie lasu, pielęgnacja drzewostanu i zwierząt - do tego są potrzebni ludzie. Albo, dajmy na to pobieranie żywicy.
- To jeszcze to się robi? Myślałem, że chemia załatwiła wszystko.
- Jest taki stary rewir leśny, gdzie jeszcze żywicę się zbiera. Najwięcej pracy z wiatrołomami i dzikami, które wchodzą w szkodę.
- Chciałbyś tu zostać? Nie marzy ci się jakiś inny las?
- Tutaj sporo pracy. Trochę też ziemi mamy. Trzeba uprawiać, bo inaczej zjałowieje, a ojciec i wcześniej dziadek, sami wydarli parę hektarów lasowi. Po wielkim pożarze. Nie pamiętam tego.
Rozmowa jaką toczyliśmy obfitowała w pozytywistyczne monologi i oracje wysupłane jak nic z dydaktycznych powieści Orzeszkowej oraz zasłyszane dawniej dialogi licealistów, które prowokowałem, gdym, ufając słowom wybujałej młodzieńczości, objeżdżał kraj wzdłuż i wszerz, notując, a nierzadko, nagrywając konwersacje ambitnych i zbuntowanych młodych. Piotr z jego zapatrywaniem na świat dorosłości, w który wkraczał, zdawał mi się być jednym z ostatnich, których wydała ziemia nie dla nowoczesności, lękającej się szczerych wyznań, lecz dla pracy, w jakiej widzi się sens. Zastanawiałem się nad tym, jak bardzo nietypowa lub odwrotnie, jak pospolita jest taka postawa młodych i jak wielki na nią wpływ miał ten człowiek, do którego w umówioną gościnę jechałem. Jednocześnie do cna przesiąknięty zwyczajem sporządzania notatek, a z braku możliwości ich prowadzenia, dokładnym archiwizowaniem w pamięci słuchanego tekstu, gromadziłem w mózgu poszczególne słowa i słów powiązania, jakbym zakładał, że będą mi one potrzebne, gdy tylko opatrzność podsunie mi pretekst do wykreowania opowieści, w której mógłbym wykorzystać kontekst zasłyszanych opowiadań. Myślę sobie, że w określonych warunkach obiektywnie niedogodnym jest bycie pisarzem, który miast cieszyć się z innymi, przeżywać, odnosić sukcesy lub cierpieć, uruchamia tę część swego mózgu, która odpowiada za tworzenie własnych opowieści. Słyszysz sobie pewną historię, przekazaną tobie, nie pisarzowi, a człowiekowi i już ją przetrawiasz po swojemu, dokładasz anegdotę, zmieniasz kontekst, rytm, stylizujesz, wprowadzasz nowego narratora, stajesz ponad opowieścią i, co najsmutniejsze, okazujesz się złodziejem myśli i słów, które wykradłeś rozmówcy.
Krok po kroku, a raczej stęp po stępie przybliżaliśmy się do leśniczówki, oddając się przyjemności korzystania z dobrodziejstw uśpionej snem zimowym natury, lasu, który narastał i dziczał za każdym zakosem drogi, wspinał się i potężniał wysokimi ramionami sosen i tu i ówdzie rozsianymi masztami dębów, w pojedynkę chełpiących się swoją starczą potęgą. Już sama podróż odbywana nietypowo uspakajała mnie i odpędzała niepokój, jaki nagromadził się ostatnio, burząc sen i budząc myśli, których nie chciałem nigdy doświadczać. Omdlenie jakiemu uległem w sercu miasta, omdlenie wymazujące z pamięci kilka chwil życia, odchodziło precz. Doprowadzony zostałem do stanu, w którym podświadomie zapominałem o swoich upadkach i powoli zaczynałem odzyskiwać nadzieję.
Piotr pokazywał mi zajęcze i sarnie tropy, jakich nie napotkał jadąc w stronę dworca i głowę bym dał za to, że jego uszy rozpoznawały odległe odgłosy wydawane przez stado saren spieszących do paśnika. Co i rusz uzyskiwałem informacje o najlepszych miejscach na grzybobranie, o pobliskich polanach wypełnionych jagodowym poszyciem, o miejscach, w których buszują dziki i o krzyżu, który wetknięty w kopczyk ubitej i okrytej darnią ziemi, nosi w sobie nieodkrytą tajemnicę.
I znów, kiedy o krzyżu była mowa, nieszczęsna fantazja poruszyła moją wyobraźnię. Gdyby nie bliskość zmroku, gdyby nie grudniowa zmarzlina i śnieg sięgający w tym miejscu kolan, pewnie kazałbym chłopcu stanąć i spenetrowałbym to miejsce zaznaczone krzyżem. Chciałbym się przekonać, czy jakiej tablicy, kamienia, jakiegoś znaku nie umieszczono, aby uchylić rąbek tajemnicy. Nie może tak być, aby bez dania powodu ludzka ręka pozostawiła po sobie ów ślad znaczący.
- Nic ci o tym krzyżu nie wiadomo? – zapytałem, gdyśmy przemierzyli paręset metrów, skręcając na rozwidleniu dróg w alejkę, która miała nas już doprowadzić bezpośrednio do leśniczówki.
- Różnie mówią, ale to najpewniej bajki – odparł beznamiętnie Piotr, jakby moje zapytanie wprawiło go w zakłopotanie.
- Coś jednak wiesz o tym krzyżu – kontynuowałem próbę dowiedzenia się czegokolwiek.
- Jedni mówią, że to krzyż samobójczyni, zniewolonej przez panicza i oddanej na pośmiewisko ubogiej chłopki; inni, że to miejsce śmierci kłusownika, który wpadł we własne sidła w zamieć śnieżną, przez co nie zdołał wezwać pomocy na czas i zginął z ran i zimna. Jeszcze inni mówią o rannym żołnierzu-dezerterze z pierwszej wojny światowej, którego dopadły wilki, gdy siły tracił, umykając pościgowi.
- Ciekawe. I nikt nie dociekał prawdy?
- Nie żyją już ludzie, którzy mogliby znać prawdę. Ojciec mówił mi, że chyba tylko jego dziadek mógłby ją znać. To bardzo stary krzyż.
- Z pewnością stary.
- Pan pewnie sobie pomyślał, że nasza pamięć tutaj nieczuła, że jeśli krzyż, to koniecznie trzeba poznać przyczynę. W lesie nie tylko ludzie giną, nie tylko pamięć o człowieku przepada. Giną drzewa, zwierzęta, wysychają źródła i przepadają cietrzewie, które toczyły w tych lasach przed wojną.
- Ja tylko z ciekawości tak… - usprawiedliwiłem się, choć już odzywała się we mnie druga strona osobowości – ta poddana kreatywnej wyobraźni. Ale lepiej już jedźmy, myślałem, pozwólmy tej i innych niezbadanym historiom trwać. Niech inni zdobędą się na odwagę ich odkrywania.
Znużony byłem, nie podróżą, bo ta wiodła mnie przez krainę dawno nie odwiedzaną przeze mnie lub z rzadka. Prowadziłem dotąd stadne życie wśród ludzi i było mi wśród nich raz gorzej, raz lepiej. Rozmawiałem z nimi językiem prostym, szczerym i uczciwym; czasami prowadziłem dyskusje, debaty; innym razem próbowałem sił w perswazji, albo też grałem rolę szamana nauczającego innych tego, co zdołałem z życia pojąć. Im głębiej dostawałem się w przeszłość własnych myśli, tym bardziej poznawałem ich nikczemny bezład, naiwną wartość i ulotność. Bezpowrotnie minął czas, w którym próbowałem przekonywać  i wierzyć w siłę słów jakimi się posługiwałem, choć nadal wierzę w słowo, aczkolwiek kieruję je teraz do samego siebie, albo czytam słowa innych, nie dbając o to, dla kogo są przeznaczone. No cóż, jestem w wieku, który skłania do refleksji. To trywialne i pewnie dotyka każdego z nas w czasie przesytu życiem, kiedy się wie, że niewiele dróg zostało do przejścia sprawnymi nogami, a tempo marszu zastąpiona zostało niezgrabnym krokiem, coraz wolniejszym, wymagającym odpoczynku po wspięciu się na byle wzniesienie. Banalna jest ta świadomość przemijania, lecz istnieje rzeczywiście tak jak istnieje srebrny, sztampowy i oklepany blask księżyca. Możesz nie wiadomo jakimi słowami opisać tę luminację, zaprząc nocnego gościa do powozu ciągnionego przez metafory, a srebrny księżyc pozostanie w pełni, dopóki nie zgaśnie zasypany spopielałą chmurą, albo zniknie za horyzontem poranka. Lecz inny głos podpowiada mi, że trywialność księżycowego blasku należy wzbogacić własnym spojrzeniem i zdać z niego relację, uruchamiając semantyczne desygnaty tkwiące w każdym słowie, a słowo posiada znaczenie i w określonym kontekście poddawane jest subiektywnemu opisowi za pomocą konglomeratu innych znaczeń. Nie o samo światło księżyca chodzi, lecz o to, czy jest sens zapuszczać się w metaforykę słów, czy nie gubi się przy okazji znaczenia słowa danemu temu, kto odczuwa to, co obiektywnie dane jest każdemu z nas. Ważna jest również szczerość wypowiedzi, a ta korzysta z najprostszych, nierzadko prymitywnych środków.
Dość o tym. Narasta pomrok. Słońce dopala się gdzieś hen za zasłoną lasu, ledwie się żarzy, nie dając ciepła i zmuszony jestem naciągnąć na siebie szczelniej pled. Im bardziej zbliżam się do kresu podróży, tym silniej odczuwam niepokój, choć wiem, że przyjeżdżając na miejsce nie będę sam, a chłopak, roztropny i odnoszący się do mnie przyjaźnie, rozładuje tę nową dla mnie sytuację, w której się znajdę. To trochę dziwne, że w moim wieku mogę jeszcze odczuwać zaniepokojenie z powodu uczestnictwa w czymś nowym - spotkaniem z nieznanymi mi ludźmi, z miejscem, w którym dane mi będzie przeżyć ułamek swojego życia. Tułając się po świecie, powinienem był dorosnąć do zmian, powinienem był być raczej przewodnikiem, aniżeli oczekiwać na poprowadzenie mnie za rękę przez osobistego „cicerone”. Dzisiaj ten chłopak, a jutro…? Kto to wie? Może ona czeka tam na mnie i liczy minuty dzielące nas od spotkania. Czemu nie zdecydowałem się na wspólną z nią podróż? Ach tak, ona jeszcze miała odwiedzić grób ojca, bo matka zbyt słaba tej zimy i nic dobrego nie wyniknęłoby z jej peregrynacji na cmentarz. No cóż, nadejdzie taki dzień, kiedy i ja nie będę w stanie przemieszczać się samodzielnie, kiedy podróż do moich świętych miejsc stanie się ponad moje siły. Ostatnie omdlenie jakiego doświadczyłem może być przecież dla mojego organizmu symptomem zmian na gorsze. Medycyna zna wszakże rozliczne przypadki, w których kondycja psychiczna oddziałuje na konstrukcję somatyczną i w ogóle jakość funkcjonowania człowieka. Czyżbym znajdował się już w takim stanie?
Podczas wizyty u mnie Nina podarowała mi telefon. - „Nie będę dzwonić bez potrzeby, nie martw się. Chciałam tylko przykazać ci, że jeśli będzie coś nie tak z tobą, kiedy poczujesz się źle, masz obowiązek zadzwonić do mnie, rozumiesz?” – tak powiedziała i dotrzymała obietnicy. Nie dzwoniła i nie powiadamia mnie esemesowym tekstem (i tak miałbym trudność z jego odczytaniem). Szanuje moją niezależność i niechęć do rozmów. Ciekawe, że to ja skorzystałem z dobrodziejstwa pozostawania „w zasięgu” i w pociągu zadzwoniłem do sąsiadki, na której kolana osunąłem się podczas omdlenia, powiadamiając ją o tym, że jestem w podróży, nic mi nie dolega i niczego nie potrzebuję. Złożyłem jej życzenia świąteczne, odebrałem jej, i,  tak mi się wydaje, że była wzruszona, bo nigdy wcześniej nie składałem jej życzeń przez telefon, ba, prawdopodobnie nigdy z nią przez telefon nie rozmawiałem. Robię się sentymentalny. Straszne.
Im bliżej celu, tym bardziej jestem zaintrygowany sposobem, w jaki zostanę powitany. Odzywa się nieskromność moja, podłe własne ego, z jakim miałem dawniej do czynienia. Po prostu przyjadę, przywitam się, wymienimy grzeczności, będzie trochę wzruszenia i spróbuję zajrzeć w oczy tej małej i jestem ciekaw, czy coś w nich zobaczę innego, niż wtedy u mnie w domu. Nakarmią mnie i napoją i, jak to bywa w takich sytuacjach, będziemy rozmawiać o wszystkim, jak to się mówi: o życiu, o świętach i pracy (o tym delikatnie, bo pewnie Nina przygotowała stryja na okoliczność moich kłopotów). Potem wskażą mi mój pokój. Zapewne Nina mnie do niego zaprowadzi i otwierając drzwi jej serce zabije mocniej, gdy będzie czekać na moją reakcję. Ale mnie spodoba się ten pokój i spodoba mi się jej stryj, stryjenka i matka Niny, która pomimo dolegliwości wątrobowych tę wczesną kolację spędzi ze wszystkimi i nawet zabawiać mnie będzie rozmową, a jej wzrok będzie kursował pomiędzy mną a jej córką. Matka Niny, ufająca córce, z której zawsze była i jest dumna, będzie miała w swoich oczach niepokój, jaki towarzyszy wszystkim matkom świata. Kiedy powiem sakramentalne: „dziękuję ci, pokój jest taki, jak opowiadałaś”; kiedy dodam: „masz wspaniałą rodzinę”, rzadko wzruszająca się publicznie Nina uśmiechnie się do mnie i żegnając się ze mną, życząc dobrej nocy, zbiegnie na dół, aby odebrać z kolei relację najbliższych w stosunku do mojej osoby.
Dopiero wtedy zasnę

[marzec, 2013]

12 sierpnia 2016

"MIŁOŚĆ W CZASACH ZARAZY" MARQUEZA

To prawdziwa przyjemność sięgnąć ponownie do tekstu kolumbijskiego geniusza pisanego słowa Gabriela Garcii Marqueza „Miłość w czasach zarazy”; sięgnąć w imię zasady, że do pewnych książek powraca się z takim sentymentem jak do krainy szczęśliwego dzieciństwa. Trzeba w tym miejscu dodać, że od poprzedniego czytania upłynęło sporo czasu, a zatem powrót przysłonięty jest mgiełką zapomnienia, co tylko wzmaga apetyt na prawdziwą literaturę, z którą w tej postaci nie tak często ma się do czynienia. Tak więc, czytając powtórnie, czytam po raz pierwszy i urzeka mnie styl, i narracja, i sama opowieść i język mistrzowsko wykorzystany, wzbogacony świetnym tłumaczeniem Carlosa Marrodana Casasa, a należy o tym wspomnieć, bo często niesłusznie  pomijamy rolę tłumacza.
U Marqueza każde słowo ma swoje znaczenie i użyte jest z ogromną precyzją; każde słowo buduje akcję opowieści, która przy całej realności przedstawionego świata mieści w sobie jakże istotną szczyptę magii, tajemniczości i dyskrecji.
Autor bezsprzecznie panuje nad każdym wątkiem opowiadania, zagłębia się w przeszłość, burząc rzeczywisty porządek fabuły, aby znów przybliżyć się do autentycznego czasu.
Tak w „Miłości w czasach zarazy” jak i w innych powieściach i opowiadaniach emanuje głęboki humanizm, bystrość obserwacji i delikatny dystans do stworzonych przez autora „Stu lat samotności” postaci; dystans, który zapewnia swoisty obiektywizm, choć nie pozbawiony emocji.
Marqueza należy czytać powoli, uważnie, bo tylko wtedy można zrozumieć precyzyjnie i logicznie skonstruowaną narrację, która tej uwagi wymaga, a wtedy coraz bardziej wciąga czytelnika w świat zaproponowany przez tego niezwykłego artystę: pisarza, malarza i czarownika.
Chociaż „Miłość w czasach zarazy” jest w gruncie rzeczy wielkim, klasycznym romansem opisanym w niezwykle ciepłych, mądrych słowach, to nie brak w niej znakomitych opisów, jak ten - miasta, a właściwie jego ubogiej dzielnicy…
Poniżej kunsztowny fragment.
(…)
„Słowa te prześladowały doktora Juvenala Urbino przez całą drogę powrotną do domu: „W tej umieralni nędzarzy”. Określenie nie było pozbawione podstaw. Miasto, jego miasto, pozostawało bowiem wciąż, niezmienione, na obrzeżach czasu: skwarne i wyschnięte miasto jego nocnych koszmarów i samotnych rozkoszy wieku dojrzewania, gdzie rdzewiały kwiaty i pleśniała sól, miasto, któremu przez ostatnie cztery wieki nie zdarzyło się nic, oprócz powolnego starzenia się pośród zwiędniętych drzew laurowych i zgniłych mokradeł. W zimie gwałtowne i niszczycielskie ulewy rozsadzały latryny zamieniając ulice w przyprawiające o mdłości bagniska. Latem niewidoczny pył, piekący jak rozżarzona kreda, przenikał do najbardziej strzeżonych zakamarków wyobraźni, gnany przez szaleńcze wiatry zrywające dachy i unoszące dzieci w powietrzu. W soboty biedota mulacka tłumnie opuszczała swoje chaty sklecone z tektury i blachy nad brzegiem trzęsawisk, taszcząc ze sobą cały zwierzęcy przychówek i bambetle kuchenne do gotowania i picia, by radosnym szturmem opanować kamieniste plaże kolonialnej dzielnicy. Jeszcze parę lat temu u najstarszych spośród nich można było dojrzeć królewskie piętno niewolników wypalone na piersi rozżarzonym żelazem.
W końcu tygodnia tańczyli do upadłego, zapijali się na śmierć alkoholami z domowych retort, kochali się w krzakach z kim popadło, a w niedzielę o północy rozgramiali swe własne tabuny w krwawych bijatykach wszystkich ze wszystkimi. Był to ten sam porywczy tłum, który przez resztę tygodnia zalewał place i uliczki starego miasta dźwigając swoje przenośne kramiki z wszystkim, co dawało się sprzedać i kupić, zarażając martwe miasto szaleństwem jarmarcznych tłumów pachnących smażoną rybą: tchnąć nowe życie.” (...)

[12.08.2016, Dobrzelin]

Z ARCHIWUM - TEKST BEZ TYTUŁU - 2.

II

Trzeba wyjść i popatrzeć na świat z perspektywy skopanego psa. Wychodzę więc w pełni dnia. Czternasta. Jasno jeszcze i śnieżnie. Dzień ten dzięki śniegowi zdaje się być jaśniejszy. Wiotkie, drobniutkie jak kasza manna płatki śniegu zasypują oczy, łaskoczą powieki, kiedy moja noga wstępuje na biały, szklisty chodnik przed frontowym wejściem do kamienicy. Sąsiadka z parteru macha do mnie dłońmi na powitanie. Że też zawsze rozpozna mnie po krokach. Słyszę niewyraźnie: "jak pan wróci, bierzemy się za odśnieżanie”. Potwierdzam skinieniem głowy. Wychodzę na miasto. Stąpam powoli po zaśnieżonej zmarzlinie chodnika, idąc w kierunku głównego placu miasta. Mijam przechodniów z torbami w rękach, polujących na mięso, wędliny i świąteczne podarunki. Już czuć święta. Witryny sklepowe, niewielkich rozmiarów w tej części miasta. W tej części miasta witryny sklepowe rozbłyskują ledowymi pulsarami, żarzą się choinkami upstrzonymi wielobarwnymi światełkami, skrzą się tandetą zabawek, pluszowymi bałwankami, aniołkami i nakrapianymi złotą farbą bombkami. Mają zadanie przyciągać klientów blichtrem pomady, pod którą zalega prostacki, nieociosany plastyk.  
Idąc powoli, dla bezpieczeństwa przed upadkiem na śliskim zimowym podłożu, zerkam w stronę tych witryn, obserwując wyszukany tłok wewnątrz pomieszczeń handlowych. Drzwi otwierają się i zamykają i przez moment czuję powiew ciepłego powietrza dobywającego się z wnętrza zabudowanych kramów. Na zabawkowe cuda nie spoglądam długo. Przechodzę dalej, omijając kafejki i sklepy z promocyjnymi cenami odkurzaczy i telewizorów. Zaglądam do cukierni, wchodzę po schodkach i otwieram drzwi, lecz nie dostaję się do środka. Patrzę jedynie na półki i szerokie łoża oszklonych chłodni i stwierdziwszy, że słodkości starczy dla mnie, kiedy będę szedł tędy w drodze powrotnej, schodzę powoli na chodnik i znów staje się jednym z przechodniów. Idąc w kierunku centrum, zbaczam wąską uliczką, biegnącą łagodnym zakosem w dół. Wkraczam na targowisko z ponad setką straganów, gdzie handel odbywa się pod zadaszeniem, choć i tutaj wiatr czyni spustoszenie, podwiewając wystawioną dla klientów ciepłą odzież i całe mnóstwo rozmaitości mniej lub bardziej związanych ze świętami. Prawdę mówiąc na targowisku można kupić wszystko i tego dnia interes kwitnie, i trwał będzie do piątej po południu. Przedzierając się przez tłum, spostrzegam znajome twarze wśród sprzedających, jak i tych, którzy za wszelką cenę postanowili z premedytacją własnoręcznie ograbić swoje portfele. Stanowczo za mało mamy czasu na zagajenie rozmowy, ot, wypowiadamy sakramentalne powitania i pożegnania, czasami bezsensownie pytając się „jak tam leci” lub wyrażając ubolewanie nad faktem, że nie widzieliśmy się tak długo. Szybkie życzenia zawsze zdrowych i wesołych świąt kończą rozmowę, po czym uśmiech na ustach znika, a oczy biegną już w stronę kolejnej postaci, jaka wyłania się zza wiszących kożuchów i kurtek, postaci, która przypomina nam kogoś. Słyszę słowne zachęty do kupna właśnie tych towarów i widzę cierpliwość handlowców, którzy godzą się na przymierzanie kolejnych par butów, koszul, kurtek i spodni przez wybrednych klientów. Tu i ówdzie ustawiają się kolejki do psiego i kociego żarcia; gdzie indziej zmarznięte dłonie kupujących przebierają wśród jabłek i cebuli. Powodzeniem cieszą się przymulone karpie i surowy morski śledź. W innym miejscu sprawdza się sprawność światełek na choinkę i harmonijny układ gałązek na żywym drzewku świerku. Gdzieś obok głównego szlaku handlu rozsiadają się dostarczyciele jemioły, siana i wymyślnych stroików. Ktoś przystaje popatrzeć tylko; inny po parominutowych targach odchodzi uszczęśliwiony z zakupem pod pachą.
Mnie interesowały śledzie i słodycze. Zaopatrzony, wyszedłem z targowiska, niosąc w jednej torbie starannie oddzielone od siebie zakupy i wkroczyłem na ulicę wiodącą bezpośrednio do głównego placu miasta.
Na tym placu, w feerii lampionów, jakimi udekorowano drzewa wokół placu i frontony budynków publicznych, trwały przygotowania do wigilii w mieście przeznaczonej dla najuboższych. Niebawem miała się rozpocząć msza, której intencją było podzielenie się opłatkiem z biednymi. Przed pomnikiem bojownika o niepodległość wystawiono kuchnię polową, serwującą biały barszcz z kiełbasianą wkładką, co miało ukoić ból i zaspokoić na tę chwilę głód potrzebujących. Modlitwa miała natomiast sprawić rychłą poprawę stanu ducha u tych, którzy najbardziej potrzebują poratowania swoich żołądków i ocieplenia mieszkań, którym za długi odłączono ogrzewanie. Powoli na placu gęstniał tłum. Pod zadaszoną sceną kręcili się już pierwsi oficjele i specjaliści od nagłośnienia. Czekano jeszcze na tych najważniejszych, na burmistrza, przewodniczącego rady i kapłana. Zamiast nich rozpętała się prawdziwa śnieżna zamieć, aż przymknięto kotły z zupą. Rychło wystartował telebim z kolędą „Bóg się rodzi”. Śpiewał chór dzieciaków z podstawówki. Potem jeszcze jedna kolęda, i jeszcze jedna, aż wreszcie przed proscenium ukazał się biały nissan, z którego wysiedli oczekiwani goście. Po kilku minutach gospodarz miasta przemówił. A mówił składnie, dziękując mieszkańcom za przybycie, za docenienie tego faktu, że wigilijna msza, która nastąpi za chwilę, poświęcona będzie biednym. Mówiący po burmistrzu kapłan poinformował, że dzisiejsza taca przeznaczona będzie na paczki dla najuboższych i ma nadzieję, że się zapełni, bo wprawdzie święta tuż, tuż, to jednak czas jeszcze na zakup najpotrzebniejszych darów serca na najbardziej potrzebujących. Tłum gęstniał. Poczułem się źle. Ktoś z tłumu mnie wyniósł. Zastrzyk. Kategoryczny brak pozwolenia na odwóz do szpitala. Wróciłem o własnych siłach, choć pod opieką. To nie do wiary, ale opiekunką moją była sąsiadka z parteru, która umawiała się ze mną na odśnieżanie.
Krząta się teraz przy mnie. Wzdycha. Bada puls i przez cały czas rozmawia ze mną, milczącym, wyciągniętym na łóżku, w szlafroku, którego nie lubię i nie wiem, jak to się stało, że znalazł się na mnie. Taki ze mnie chojrak, a tymczasem powinienem odpocząć – mówi. Ona zna moją sprawę, bo cała kamienica o tym gada. To pewnie z tamtego powodu i z przemęczenia zemdlałem. Żebym sobie wybił z głowy raz na zawsze sprzątanie klatki schodowej. A z tym odśnieżaniem to ona przeprasza. Ładnie by wyglądała, gdybym, na ten przykład, wyłożył się podczas robienia łopatą. Niech się nie martwię, bo ona jest już gotowa do świąt i może ze mną zostać tak długo, ile trzeba. Takie omdlenie w moim wieku to niepokojący sygnał, ona wie o tym doskonale. Teraz mam odpoczywać i żadnej kawy. Wie, że piję zbyt dużo kawy. Niech się nie pytam skąd wie. Ale ja nie zamierzałem nawet pytać, bo jej monolog, pomimo tego, że puszczany mimo uszu, uniemożliwia mi zabranie głosu. Puls mam dobry i na twarz powróciły mi „kolory”. Jest więc lepiej, ale ona zostanie tak długo, aż przyjdzie Nina. Skąd ona wie o Ninie? Pewnie musiałem coś powiedzieć. Jak umiejscowić pod względem medycznym tę nagłą utratę pamięci? - zastanawiam się. - Czy to nie dziwne, że niemal w tym samym czasie, w tym samym dniu stałem się przedmiotem opieki dwu kobiet?

-  Ale ładny nieporządek pan ma – słyszę wyraźnie jej głos, który nie jest wyrzutem, lecz raczej politowaniem.
Przez cały ten czas sprząta mieszkanie - kuchnię, pokój i sypialnię. Do gabinetu nawet nie zagląda, tak jakby brała pod uwagę to, że gabinet jest dla mnie miejscem bardziej intymnym niż sypialnia. Słyszę puszczaną wodę w kuchni i typowe dźwięki towarzyszące myciu naczyń. Szybko wraca do mnie. Lepiej? Jak się czuję. Ale mam mówić prawdę. Coraz lepiej się czuję, lecz walczę z sennością. Mówię jej o tym. Pytam o godzinę. Dopiero piąta. Szybko analizuję, że Nina nie pojawi się wcześniej, niż o ósmej. Do tego czasu, ho, ho, będę zdrów jak ryba. Oddycham spokojnie, z kocem podciągniętym pod samą szyję. Moja głowa spoczywająca na poduszce jest w najlepszej pozycji do odpoczynku, nie odczuwam bólu kręgów szyjnych i pewnie z tego powodu, zrelaksowany, być może będący jeszcze pod wpływem zastrzyku, łagodnie odchodzę w sen. Nie zdołałem jednak uchwycić tego momentu przejścia. Czuję jedynie, jak moje ciało staje się lekkie i bezwładne.

- Niestety wskutek koniecznych działań oszczędnościowych, urząd postanowił o zawieszeniu dotacji do prowadzonego przez pana projektu na czas nieokreślony. O ewentualnych zmianach decyzji, zostanie pan poinformowany.
Patrzyłem uważnie na te trzy sylwetki siedzące naprzeciwko mnie, na podwyższeniu, za biurkiem. Środkowa, należąca do kobiety, referująca decyzję rady, skupiona była wzrokiem na czytanym tekście. Tembr jej głosu nie zdradzał jakichkolwiek uczuć. Sąsiednie sylwetki, należące tym razem do mężczyzn nie wyrażały niczego innego poza zniecierpliwieniem. Kiedy kobieta skończyła czytać, głowy mężczyzn uniosły się, a ich wzrok z dawał się potwierdzać konieczną decyzję, jaka zapadła w mojej sprawie. Byłem przekonany, że tym wzrokiem starano się wybadać mój stosunek do przedstawionych mi na piśmie i odczytanych racji. Siedziałem w milczeniu, nie chcąc ustosunkować się do decyzji, jaką usłyszałem i na propozycję zabrania głosu odpowiedziałem kręcąc odmownie głową.
- W takim razie dziękujemy panu – przemówiła referująca – i zapewniamy, że o każdej zmianie stanu rzeczy zostanie pan pisemnie poinformowany.
Pożegnawszy tych trojga podając swoją ciepłą dłoń, wyszedłem z gabinetu.
- Wie pan doskonale, że nasze wydawnictwo działa korzystając z pomocy finansowej darczyńców z fundacji i naszych przemysłowych sponsorów. W obecnej sytuacji nie zdołaliśmy pozyskać dodatkowych środków na tę publikację, choć mieliśmy względem niej zaawansowane plany. Jest nam przykro z tego powodu, tym bardziej, że rekomendacje, jaki pan uzyskał, wróżyły sukces pana książce. W obecnej sytuacji, nie znajdując wystarczającego wsparcia ze strony naszych przyjaciół, zmuszeni jesteśmy wstrzymać pańską publikację, aż do chwili, kiedy uzyskamy środki, przynajmniej takie, które zabezpiecza koszty wydruku.

- Mariusz Mikuć – 42 głosy; Adam Karski – głosów 27; głosów nieważnych oddano 14.
Oklaski. Mikuć wstaje, obraca się na pięcie, kłania się tym z tyłu, zerka na mnie i przeciska się pomiędzy wstającymi a oparciami krzeseł w rzędzie poprzedzającym ten, w którym obaj zasiedliśmy.
- Tym samym, prezesem regionalnego stowarzyszenia kulturalnego został pan Mariusz Mikuć.
Oklaski potężnieją. Mikuć podchodzi do mnie. Wymieniamy uściski dłoni. Wypowiadam szeptem kilka słów do zwycięskiego rywala i trzymając go mocno, unoszę jego rękę. Potem wyciągam go na zewnątrz, doprowadzam do przejścia między rzędami. Dalej podąża sam, kierując się do mównicy, wchodzi za nią i wykonuje gest zmuszający stojących do zajęcia miejsca na kinowych fotelach. Siadam i ja, odtwarzając z pamięci zakończenie swojego wystąpienia.
„Przed nowym zarządem stowarzyszenia stoją teraz niezmiernie trudne zadania polegające na odwróceniu negatywnych tendencji, jakich wyrazem był znaczący spadek autorytetu twórców kultury. Padają głosy, że poprzedni zarząd niedostatecznie zabiegał u władz samorządowych o środki przeznaczane na kulturę. Młodzi artyści, muzycy i pisarze mieli ogromne trudności w dostępie ich prac do odbiorców. Przewodniczący stowarzyszenia, pan Mariusz Mikuć zapewnia, że strategią nowo wybranego zarządu będzie ściślejsze powiązanie twórczości młodych z mecenatem, za jaki uważa środowiska biznesowe w naszym województwie.” W dalszej części artykułu przedstawiono po krótce plan powiązania wyżej wymienionych środowisk. Po przeczytaniu artykułu w całości, odłożyłem gazetę, zostawiłem na stoliku banknot za podaną mi kawę i wyszedłem z kafejki.

- Proszę mnie zrozumieć. Byłabym przedłużyła z panem umowę, ale mam kłopoty z zapewnieniem pełnego etatu naszym nauczycielom.  Dlatego też z tą maturalną klasą nie może pan mieć w tym roku dodatkowych zajęć. Okropnie mi przykro z tego powodu, ale niewiele mogę panu pomóc.
- Proszę się nie martwić. To tylko trzy godziny zajęć i przecież, jak to już mówiłem, traktowałem je jako moje hobby, poważne wprawdzie, lecz jednak coś, czym uzupełniałem swoje zainteresowania, z korzyścią dla obu stron, mam nadzieję.
- O tak, będzie nam brakować pana doświadczenia.

- Ależ się pan rozgadał – poczułem jej dłoń na swoim czole – ma pan w zwyczaju mówić przez sen?
- Pierwsze słyszę – otworzyłem oczy i powoli zmieniłem pozycje na łóżku na siedzącą – nie podejrzewałem siebie o rozmowę przez sen. Cóż takiego mówiłem?
- Nie chciałbym pana urazić, ale skoro chce pan wiedzieć, to mówił pan niewyraźnie i do tego bez sensu. Ledwie co dziesiąte słowo zrozumiałam.
- Może to i lepiej, bo nie pamiętam snu.
- Jak się pan czuje?
- Świetnie. Pamiętam, że upadłem. Potem karetka i pani się mną zajęła, czy tak?
- Mniej więcej tak było – uśmiechnęła się do mnie – z jednego tylko muszę się panu zwierzyć…
- Proszę mówić śmiało. Jestem, bądź co bądź, pani dłużnikiem.
- Ech, niech pan nie żartuje. No dobrze, to już powiem. Kiedy zobaczyłam pana w oknie, idącego na miasto w tę zamieć, postanowiłam pójść za panem.
- Śledziła mnie pani?
- Można tak powiedzieć. Niech pan się nie pyta, dlaczego. Poszłam za panem i już, ale nie od razu pana znalazłam, bo chyba zboczył pan na targowisko. W końcu domyśliłam się, że znajdzie się pan na placu, tam gdzie odbywać się będzie to widowisko.
- Widowisko? – roześmiałem się.
- Mniejsza o słowa. Miałam szczęście, bo stałam akurat za panem, kiedy osunął się pan na ziemię, znaczy się na śnieg. Niestety, nie zdążyłam zapobiec upadkowi, lecz, na szczęście, nie uderzył pan głową o bruk. Pana głowa zatrzymała się na moich kolanach. Próbowałam pana ocucić, a ktoś ze stojących w pobliżu wezwał pogotowie. Nie czekaliśmy długo, bo karetka znajdowała się już na placu.
- No cóż – westchnąłem – dziękuję pani.
- Nie ma o czym mówić. Teraz proponowałabym, aby się pan umył i ubrał w coś, co nie jest szlafrokiem. Za pół godziny będzie pan miał gościa.
- Wie pani o tym?
- Kiedy chcieli zabrać pana do szpitala, zaprotestował pan, mówiąc, że oczekuje gościa, swoją studentkę Ninę, czy jak jej tam.
- No tak, to wszystko wyjaśnia. Niestety nie przypominam sobie tego faktu.
- Jak snu – skojarzyła poprawnie.
- Jak snu.

[marzec 2013, Dobrzelin]

11 sierpnia 2016

Z ARCHIWUM - TEKST BEZ TYTUŁU - 1.

I.
Ustalmy jedno: jestem jednostką, która w żadnym przypadku nie może być stawiana jako wzór do naśladowania. Nic równie głupiego nie można by wymyśleć. Jedyne, co mi się nasuwa (rozsuń wreszcie te zasłony, niech trochę światła wpadnie), to porównanie, na jakie wpadłem tuż przed zaśnięciem pewnej nocy. Otóż czuję się jak zdewaluowany pieniądz, którego nie można już wymienić na taki z mniejszą liczbą zer na końcu.
Aha, przypomniałem sobie. Wczoraj wieczorem rozdeptałem z premedytacją swój telefon komórkowy. To żadne osiągnięcie, bo uczyniłem to w indywidualnym akcie niewidocznej dla nikogo desperacji. Gdybym postarał się o nagłośnienie tego haniebnego wydarzenia, z pewnością przybrałoby ono kształt symbolu z całą wielobarwną paletą jego wieloznaczności.
Rozsuwam zasłony. Polecenie rozsunięcia zasłon wydałem przecież samemu sobie, bo jestem sam i nieład jaki po sobie pozostawiam wyczołgując się z pościeli może trwać cały boży dzień i nawet nie próbuję tego zmienić, bo po co. Dobrze mi z tym bałaganem, a odrobina światła staje się luksusem, lecz z drugiej strony obnaża moją bezczynność i przejaskrawia nieporządek, jaki sobie zgotowałem.
Wdziewam na siebie stary szlafrok, w którym wyglądam zabawnie: taki długi, po kostki, granatowy jak zmrok, atłasowy w dotyku, lejący w formie, chłodny przy włożeniu na siebie, a jednak chroniący przed zewnętrznym zimnem.
Ryzykuję. Otwieram okno i cała ta miękka, galaretowata, poranna mgła wpełza do pokoju, uderza w nie do końca zakryty tors i czołgając się po dywanie chłodzi moje stopy i łydki. Łapią mnie dreszcze, ale wytrzymuję. Zaciągam się stojącym, rześkim powietrzem i automatycznie wzrasta pragnienie wypicia porannej kawy.
Jak to ona powiedziała? „Nadajesz się na czasy, które wyznaczają przemianę. Takie czasy jak po wojnie, po katastrofie, kiedy nadchodzi czas wielkiej przebudowy. W tych obecnych, gdy życie jest już uporządkowane, kiedy nikt nie żąda od ciebie poświęceń dla  s p r a w y, giniesz w tłumie.” Młoda, uparta, przeraźliwie inteligentna i przenikliwa wypowiada się jak doświadczona interpretatorka karcianych pasjansów. Nie wiem, czy dla mężczyzny takie rozszyfrowanie jego osobowości to powód do dobrego samopoczucia. Chciałoby się wymagać więcej tajemniczości, niedopowiedzeń, tymczasem ta uderza cię jak obuchem siekiery w głowę. Ale tak zastanówmy się poważnie, czy w moim wieku wypada jeszcze marzyć o życiu w czasach przełomu. Komu mógłbym być potrzebny?
Wczoraj z kolei sąsiadka z parteru aż wybiegła za mną na ulicę, nie mogąc się nadziwić, że po zamieceniu całego pionu od trzeciego piętra, zszedłem przed dom i zacząłem obmiatać chodnik przed frontowym wejściem.
- Co pan, na litość boską, robi? Od tego jest gospodarz domu.
- Do diabła z gospodarzem domu – odparłem poruszony – gdyby tak każdy z lokatorów choć raz w miesiącu … - przerwałem w pół słowa, bo znów odezwał się we mnie ten człowiek, który, przesiąknięty dydaktyzmem, zmierza prostą drogą do ratowania świata.
W gruncie rzeczy sąsiadka nie była mi nieprzychylna i jeszcze tego samego popołudnia umyła trzy okna na klatce schodowej, bo, jak powiedziała, „nie może ścierpieć tego brudu przylepionego do szyb, spoza których świata nie widać.”
Jest więc poranna kawa, pita przy uchylonym oknie, lecz, dla równowagi, ubrana w ciepły wełniany sweter, trzymana w dłoni, a całość postaci zagłębiona w miękkość fotela. Kilka łyków i już lepiej, i można sięgnąć po papierosa (to z kolei dla równowagi ze świeżym, wilgotnym powietrzem, dostającym się do środka pomieszczenia przez uchylone okno). Kilka zaciągnięć się dymem i błogość rozlewa się po całym ciele. Gdzieś w rogu pokoju, między oknem a biblioteczką, na podłodze, rozczłonkowane fragmenty telefonu komórkowego szpecą atmosferę wnętrza.
- Jest mi dobrze – mówię do siebie i puszczając wodze fantazji wyobrażam sobie, że takie chwile towarzyszyć mi będą już do końca.
I nagle ten błogostan brutalnie przerywa dzwonek telefonu. (uświadomiłem sobie, że do zniszczenia pozostał jeszcze ten stacjonarny). Muszę więc przejść do przedpokoju, podnieść słuchawkę i wrócić na fotel (telefon stacjonarny jest przenośny i w gruncie rzeczy tak bardzo podobny do komórki). Ileż to trwa. A ten dzwoni i dzwoni. Tracę rachubę czasu. W chwili gdy naciskam właściwy klawisz, ręce zaczynają mi drżeć. Opadam w fotel. Przykra konieczność.
- Nareszcie… dlaczego się nie odzywasz? – słyszę i pozwalam na dalszy ciąg. W rozmowie z nią zwykle bywam słuchaczem, a ona potrafi to doskonale wykorzystać. Swoją drogą zastanawiam się, skąd ona bierze pieniądze na rozmowy. – Wiesz, że miałam bardzo przykre myśli? Martwiłam się o ciebie. Po tym, co cię spotkało, to chyba zrozumiałe, nie sądzisz? Tylko proszę cię, nie oponuj, szczerze mówię, że jest to sytuacja przygnębiająca. Zaprosiłabym cię do siebie, a właściwie do leśniczówki mojego stryja. Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie, gdzie mógłbyś lepiej wypocząć.
Przecież nie odezwałem się ani słowem i na dobrą sprawę powinna się zastanowić do kogo kieruje te słowa. Czyżby czuła mój oddech?
- A powiesz mi, jak się czujesz?
- Było mi zimno, gdy wstałem, ale teraz, po wypiciu paru łyków kawy, czuję się znacznie lepiej.
- Właściwie chodziło mi bardziej o to, jak sobie dajesz radę po  tym  wszystkim.
- Śpię dłużej, co tylko poprawia moje samopoczucie.
- Zbywasz mnie, jak zwykle.
- Nie mam chęci o tym rozmawiać, jeszcze nie teraz – odpieram zarzut, utrzymując pozycję jeśli nie napastnika, to kogoś, kto tylko czeka na ostrzał z drugiej strony, aby później móc dać odpór atakowi.
- Wiem, że to jeszcze za wcześnie na analizę wydarzeń (co za akademicki, pompatyczny ton), lecz zlituj się nade mną i pozwól mi przynajmniej interesować się twoimi sprawami.
- Chciałaś powiedzieć: współczuć.
- Czy to coś złego?
- Nie jestem przygotowany na współczucie.
- Czy także na skorzystanie z propozycji wyjazdu do leśniczówki?
- Akurat nad tym mógłbym się zastanowić.
- Okres świąteczny byłby znakomitą okazją, aby wypocząć i porozmawiać.
- Rozumiem, że wybierasz się do stryja na święta.
- Masz coś przeciwko temu?
- Skądże. Mówiłaś, że często spędzałaś tam święta. Skojarzyłem.
- Mogłabym ci obiecać, że nie będę cię zanudzać rozmowami. Miałbyś innych, ciekawszych ode mnie, świeżych rozmówców.
- Jakoś trudno mi uwierzyć, abyś mogła zrezygnować z rozmów ze mną.
- Nie z rozmów, a z zanudzania rozmowami. To dwie różne sprawy.
- Już lepiej.
- Musisz być taki?
- Jaki?
- Musisz udawać? Przecież wiem, że myślisz inaczej i nierozsądnym byłoby zamykanie się przed światem.
- Wczoraj rozbiłem telefon komórkowy.
- Co ty mówisz? Jaki telefon?
- Mój telefon. Rzuciłem go o ścianę i rozdeptałem. Nie wyobrażasz sobie ile numerów i połączeń pozbawiłem życia, a jak wiesz, nie mam pamięci do numerów.
- Jeśli już chciałeś się odizolować, wystarczyło wyjąć baterię…co ci zawinił telefon?
- Czasami trzeba podejmować radykalne środki.
- Możliwe. Ale wracając do tematu, w leśniczówce miałbyś swój własny pokój, na poddaszu, z widokiem na las, na brzozowy zagajnik. Masz pojęcie, jak drzewa uspokajają?
- Coś wiem o tym. Kusisz mnie. Jestem ciekaw, czy ta propozycja to kwestia przypadku, czy też dowiedziałaś się od kogoś o tej mojej słabości.
- Wyczytałam to z twoich tekstów.
- Prawda, byłaś najlepszą na roku eseistką i interpretatorką prozy Faulknera i Fitzgeralda.
- Staram się czytać uważnie. No dobrze, pogadamy o tym wieczorem. Wpadnę do ciebie. Nie wstawiłeś jeszcze krat do drzwi.
- Zastanawiam się nad tym. Jeszcze tym razem pewnie zdążysz wejść bez przeszkód.
- I bez przeszkód chciałabym wyjść.
- Masz to jak w banku.
- Roztkliwia mnie twoja szczerość. Bywaj więc i czekaj niespokojnie.
- Czekam.
Odłożyłem słuchawkę i dopiero po tym fakcie uświadomiłem sobie, że zapomniałem powiedzieć jej, aby spodziewała się zastać u mnie nieporządek, z którym z pewnością sobie nie poradzę, więcej, nie zamierzam sobie poradzić.
Czeka mnie jeszcze jedna kawa i jakaś słodka, przyschnięta bułka z serem, wydobyta z chlebaka. Tym razem zamykam okno i odnajduję za nim znamienną zmianę aury. Mgła ustaje, a jej miejsce zajmuje pierwszy tej zimy śnieg, a właściwie pierwsze śnieżynki wirujące w powietrzu bezładnie, szukające jakby miejsca, gdzie mogłyby spocząć i nie być zwiewane przez lada mocniejszy podmuch wiatru. W trakcie parzenia kawy przykrywam legowisko i przenoszę się do gabinetu. Gabinet mieści w sobie kozetkę, ławę, fotel i biurko, a otoczony jest półkami wypełnionymi książkami z „przerwami” na otwór okienny i drzwiowy. Na kozetce zwykłem przyjmować gości i nie jest to kozetka do wykonywania ćwiczeń z psychoanalizy (być może stanie się nią dzisiejszego wieczora – pomyślałem). Siedzi się na niej w pewnym od siebie oddaleniu, dla zachowania obopólnego bezpieczeństwa – mówimy o spotkaniu dwojga ludzi, nie więcej; obok równolegle ustawiona ława, wystarczająco niewygodna do spożywania posiłków, z wyjątkiem picia kawy lub napojów z zawartością alkoholu; rozmawia się tam, czasami pali papierosy, ale rzadko. Przy biurku się siada, ilekroć chce się coś napisać albo przeczytać. Fotel to najwygodniejszy mebel w całym mieszkaniu. Niejednokrotnie bywa on zastępczym łóżkiem, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma się sił przejść do sypialni lub, zdarzyło się to parę razy, gdy wypadało użyczyć własnego łoża, samemu korzystając z fotela zwróconego frontem do kozetki, aby pokusić się o przespanie nocy. O półkach z książkami można napisać tyle, że przytłaczają i pomniejszają powierzchnię pomieszczenia, wymuszając przytulność i wyciszając je, jakby służyło do dokonywania nagrań. O książkach na półkach można z kolei powiedzieć tyle, że na tle ogólnego bezładu i nieporządku pozostają w wojskowym, zwartym szyku, chociaż wielokroć zmieniałem ten szyk, wymieniając poszczególne jego elementy, jakbym wciąż szukał właściwej reprezentacji do przemarszu na defiladzie.
Wszedłem więc do gabinetu ze słodką bułka w ręce i konsumując wysuszoną konsystencję nieświeżego produktu podążałem wzrokiem za pyszniącymi się złotymi i posrebrzanymi napisami grzbietami wolumenów, aby pod wpływem impulsu pochwycić wolną ręką księgę, przejść z nią do biurka i zagłębić w nią wzrok, tak jak zagłębiałem swoje kły w czerstwą bułkę.
Ech, pożarłbym te księgi; pożerałem je dawniej, zaspokajając głód i teraz mam na nie ochotę, zwłaszcza teraz, kiedy tylko one mi zostały.
Zasiadłem więc przy biurku. Jem i czytam, czytam i piję kawę, piję kawę i zerkam w niewielkie okno, za którym prawdziwa już zamieć. Niewiele mi zostało poza książkami. W nich są moi przyjaciele – roztkliwiam się nad sobą – to efekt rozmowy z Niną. Im bardziej moja z nią rozmowa staje się oschła, cyniczna nawet, tym bardziej opadam z sił, wracając do swoich przyjaciół, z którymi taki jest problem, że nie ożywają do końca; jedynie wypełniają wyobraźnię. Różnica pomiędzy mną a Niną jest taka, że ona, choć niebezpiecznie młodsza ode mnie, mieni się (jest nią w istocie) znakomicie zapowiadającym naukowcem, krytykiem literackim i recenzentem, podczas gdy ja, choć w literackiej branży tkwię po uszy od wielu lat, ja nie potrafię się wypowiadać na temat klasyki literackiej i obecnej „konkurencji” inaczej, niźli tylko emocjonalnie. Dlatego też wypowiadam się o książkach personifikując ich byt, już sam w sobie doskonały, rozmawiam z nimi, czasami się kłócę, a czasem wręcz odrzucam precz, każąc im cierpieć w kącie katusze obojętności.
Czytam więc i niepostrzeżenie na biurku znajduje się flaszeczka szkockiej mieszanki whisky, z której toczę miodowo-ziołowy w wyglądzie płyn do pękatej szklaneczki, a z niej bezpośrednio płuczę nim gardło. To prawda, że nieodpowiednia to pora na whisky, ale piję ją przecież z jednym z przyjaciół z półki, którym popsułem szyk wojska gotującego się do defilady. Ta szklaneczka, co parę akapitów opróżniana, przynosi mi ulgę, lecz tylko do pewnego momentu, do chwili, kiedy przypomniałem sobie o ojcu Jacku.
To z całą pewnością nie było dziełem przypadku, że akurat w chwili opróżniania szklaneczki pomyślałem o ojcu Jacku, przypominając sobie, że umawialiśmy się na spotkanie przy okazji wizyty w miasteczku, jaką złożył i czas jakiś jeszcze pozostanie, niemal do świąt. Adwentowe sprawy go rzuciły w te strony i miał się udzielać w konfesjonale, jak i też przygotować bożonarodzeniową szopkę, przynajmniej w fazie luźnego projektu. Cóż, brat Jacek jest franciszkaninem, a to zobowiązuje. Nigdym nie przypuszczał, że sama myśl o nim sprokuruje pukanie do drzwi i, a po ich otwarciu, stanę oko w oko z zakonnikiem, jego rubaszną posturą, hemingwayowskim zarostem i uśmiechem tak szerokim, że w ościeżach się nie mieścił.
- Szczęść Boże!  - wykrzykuje na powitanie i zamaszystym krokiem przestępuje próg mojego nieuprzątniętego domostwa – przyjmiesz mnie? – pyta zuchwale, wiedząc, że nie ma takich sił, aby go wyrzucić. Robimy niedźwiedzia, bo znamy się od lat, jeszcze wtedy, gdy strój zakonny mógł być dla niego zamgloną wizją, a dzisiaj ten habit powleczony jest tumanem śnieżynek, które otrzepuję zeń w trakcie powitania. Nawet nie wiem, jakimi słowy go powitałem, lecz zaciągam go do gabinetu, a jakże, na to miejsce naczelne na kozetce. Zaraz też robię kawę, dla niego delikatną, z mleczkiem. On tymczasem, jak to ma w zwyczaju, rozgląda się po pokoju, coś tam mówi do mnie, czego nie słyszę i koniecznie zagląda mi do papierzysk na biurku pozostawionych w bezładzie. On, jako jeden z bardzo niewielu, ma do tego prawo. Czas mija, mija, powracam z tacą; na tacy i kawa dla nas dwóch i wypełnione w dwóch trzecich kieliszki koniaku.
- Co piszesz? – pyta.
Siadamy obok siebie, lecz w pewnej odległości potrzebnej na swobodne korzystanie z ławy.
- Załamało mi się pisanie – odpowiadam szczerze – muszę znów iść na miasto, aby pobudzić apetyt na kolejne słowa.
- Jak zwykle Bóg będzie z tobą, więc martwić się nie musisz. Bóg widzi, jak cię urządzili.
- I ty, Brutusie, przeciwko mnie? Nie znoszę litości.
- Ja nie litość przynoszę, lecz otuchę.
- A ja pokrzepiam cię koniakiem, więc wypijmy – roześmiałem się – tylko bez toastów, proszę.
- Niech tak będzie. Wiedz, przyjacielu, że tylko dzięki tobie nie stałem się abstynentem.
Wypiliśmy więc.
- A cóż tam u ciebie, Jacku?
- Zaprosili mnie parafianie, a może to ja się wprosiłem na przedświąteczne rekolekcje, więc jestem i teraz przyszedłem do ciebie. A ty nic mi nie napisałeś. Musieli mi donieść obcy ludzie. Ładnie to tak?
- Zbierałem się, zbierałem i … wiesz jak to jest ze mną. Nie na telefon to rozmowa, a gdybyś częściej korzystał z elektronicznej poczty, pewnie napisałbym parę słów więcej. Ale chyba nie jest na to czas. Jeszcze nie chcę. Chce teraz nacieszyć się tobą.
Nie wiem, skąd taka spontaniczność we mnie się odezwała. Pewnie whisky zmieszane z koniakiem, kawy, telefon od Niny. Wszystko to powracało mnie do życia zbyt szybko, aż się tego bałem. A z bratem Jackiem, który dla mnie tylko Jackiem pozostawał, rozmawialiśmy ekumenicznie i po świecku, ciągnąc dysputy na tematy publicznie dostępne i te konfesyjne, zamknięte przed innymi, a czasami przed samymi sobą (a dotyczyło to nas obu).
Dzisiejsza wizyta, z konieczności skrócona do minimum słów, w dodatku prędkich, pozostawiła nas niezaspokojonych rozmową. Brat Jacek zrezygnował z dotarcia do szczegółów „mojej sprawy”, pozwalając mi dojrzeć do opowieści; ja z kolei zarzuciłem dociekania powodów i planów rocznego wyjazdu zakonnika do Afryki, do którego był już niemal spakowany i z pewnym roztargnieniem oczekiwał stycznia. Na koniec dostałem zaproszenie na dzień poprzedzający Wigilię na plebanię. Dzień ten proboszcz wyznaczył z tego powodu, że po przedwigilijnej nocy ojciec Jacek powracał do klasztoru, aby spędzić tam święta, ostatnie święta przed wyjazdem.
Pożegnaliśmy się niespełnieni, bez przesadnej satysfakcji, choć z nadzieją na skonsumowanie kolejnego spotkania w milszej atmosferze.

[19.03.2013, Dobrzelin]