Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

25 maja 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI (10)

Najprawdopodobniej nadchodząca noc spędzę na „bujance” przy wjeździe na autostradę M1 prowadzącą w stronę Derby. Ta „bujanka” to taki parking bezpośrednio przy drodze i na nim zwykle buja samochodem od pędu powietrza przejeżdżających aut. Tym razem jednak postawiłem renówkę w takim miejscu, że przejeżdżające obok mnie samochody nie zdążą się jeszcze rozpędzić na tyle, aby „mną” miotało na wszystkie strony. Jest więc dobrze, a i pogoda letnia, bo w najcieplejszym okresie dnia temperatura wynosił 27 stopni. Jest też dobrze, bo wyruszyłem w trasę dobrze przygotowany. W związku z tym, że przyjeżdżałem do Francji i wyjeżdżałem z niej w takich godzinach, że nie mogłem sobie pozwolić na zakup chleba i napojów, musiałem zaplanować specjalny jadłospis na Anglię. Zamiast chłodnych napojów przygotowałem sobie trzy półtoralitrowe butle: mocnej, słodzonej kawy, gorzkiej herbaty i wody z sokiem (plus „kranówka” do mycia, ale też i do wypicia). Zrobiłem sobie coś gotowanego, choć spożywanego na zimno - to taka mieszanka ryżu, kaszy, makaronu, kiełbaski i przypraw. O dziwo, udało mi się wyeliminować powietrze z dwóch słoików, a więc nie ma obawy, że przez dwa dni (na taki okres czasu planuję pobyt w Anglii podczas tego kursu) moje królewskie pożywienie się popsuje. W rezerwie mam jeszcze skomponowany przez siebie twarożek z cebulką, ser żółty w plasterkach (szczelnie pakowany), masłopodobne mazidło do smarowania chleba (no, mam go jeszcze) i miód.
Jest dobrze, bo znacznie ograniczyłem od kilku dni palenie.
Ale to nie koniec dobrego. Udało mi się pojeździć dzisiaj mniej uczęszczanymi drogami, a taka podróż dla mnie to raj: wąskie wiejskie drogi, małe wioski, szpalery krzewów wzdłuż szosy, zielone pola i pastwiska, owieczki, krówki i koniki i tylko ten jeden restaurator, co wyszedł na ulicę popalić, bo jakoś mu się goście do oberży nie garną. Ale tam, przyjdą pod wieczór, taki jest zwyczaj w Anglii, w ogóle na Zachodzie, że knajpki prosperują świetnie tuż przed zachodem słońca i później.
Dochodzi dwudziesta wg. angielskiego czasu. Jeszcze świeci słońce i temperatura 21 stopni, jak nie w Anglii. Przykro tylko, że znów był jakiś zamach w Manchesterze. Scotland Yard ma jakieś podejrzenia (podejrzanych). Niewiele o tym wiem, bo albo radyjko mam wyłączone, albo też słucham BBC Radio3 lub Classic FM, a to radiostacje puszczające muzykę klasyczną. Nadają wprawdzie wiadomości, ale nie zawsze się na nie trafi… cóż praca i jazda.
Dotąd nie mam jeszcze zlecenia podjazdu po towar. Jak znam życie  i spedytora jutro od rana zaczną się załadunki. Jeśli będzie kurs na Zamudio w Hiszpanii, to takich załadunków będzie z pięć i pół dnia zajmą mi te podjazdy. Myślę, że do „domu” powrócę z czwartku na piątek, a może w piątek nad ranem. I w ten sposób szybciej minie mi czas.

[24.05.2017, Markfield, Leicestershire w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (9)

Po 24 godzinach spędzonych w „domu” znów wyruszam do Anglii. Tym razem mam trzy rozładunki: w Dover, w Land Roverze w Salihull pod Birmingham i pod Leicester.
Autko, którym jadę ma jakąś awarię wskaźnika paliwa, który pokazuje cały czas, że zbiornik jest jedynie w połowie wypełniony, tymczasem zatankowałem go do pełna. Awaria zniknie samoistnie po trzecim rozładunku, kiedy to włączyłem przelewanie paliwa ze zbiornika rezerwowego do głównego. W tym miejscu mała uwaga. Otóż w firmie, w której obecnie pracuję renówki mają wmontowany dodatkowy zbiornik na olej napędowy. Tankowane są one niezależnie. Główny mieści około 120 litrów, natomiast zapasowy 170. Kiedy istnieją obawy, że paliwa z głównego zbiornika zabraknie, na postoju uruchamia się wajchą przelew paliwa. Drugi zbiornik szczególnie przydaje się na Wyspach, gdzie paliwo kosztuje średnio od 1,18 do 1,30 funta, natomiast na Kontynencie można zakupić olej napędowy też w podobnej rozpiętości cenowej, tyle że kwota liczona jest w euro, co oczywiście przynosi wymierne oszczędności.
Jeden z ładunków był bardzo pilny i w związku z tym kazano mi jechać tunelem. W porównaniu z czasem spędzanym podczas przeprawy promowej (1,45 - 1,50 h.), przejazd tunelem, gdzie auta wjeżdżają na specjalnie przygotowane do tego celu wagony, zajmuje 35 minut. Osobiście jednak wolę przeprawę promową.
Skończyłem „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” Vargasa Llosy. Powieść świetna, nietuzinkowa z nienagannie zbudowaną, zajmującą fabułą, z wartko prowadzoną narracją. Powieść Llosy jest w gruncie rzeczy romansem dziejącym się na przestrzeni ponad trzydziestu lat pomiędzy bohaterem ujawniającym się w pierwszej osobie, a wymienioną w tytule dziewczynką, później. „Dziewczynka” nie wyobraża sobie, jak można nie żyć w luksusie; mężczyzna zaś, chorobliwie w niej zakochany, stara się ją zdobyć, „oswoić” i ustatkować. Okazuje się, że ten bezlitośnie zakochany altruista i naiwniak, nie chce, a pewnie i nie może wyrwać się ze szponów kobiety, która… ale przecież nie będę opowiadał fabuły.
Tak czy inaczej polecam tę powieść Mario Vargasa Llosy, zwłaszcza tym, których nie gorszą scenki erotyczne, których się na kartach książki trochę nazbierało. Ale w końcu, na co wskazuje tytuł, ta „dziewczynka” jest przecież niegrzeczna.
A teraz… do „Zamieci” Stefana Żeromskiego. 

[24.05.2017, w tunelu Calais - Folkestone

BLADOLILIOWA SUKIENKA

- Założyła panienka tę bladoliliową sukienkę i teraz jest panience zimno - zauważył.
Rzeczywiście powiało chłodem i jej sukienka drżała na wietrze jak ostatni, pomarszczony i dotknięty mrozem liść.
- Zawsze panienka tak wcześnie wdziewa na siebie te lekkie sukieneczki w czasie, kiedy wiosna dopiero wydaje z siebie pierwszy oddech ciepła, a wszystko, co rodzi się przedwcześnie jest słabe i bywa karcone.
Wypowiadał się z wyszukanym dostojeństwem i dawało się odczuć, że wykorzystuje swą przewagę, na co pozwalał mu sędziwy wiek.
- Zamiast prawienia mi morałów, mógłby pan coś zrobić z tym zimnem - ofuknęła.
- A co mianowicie miałbym zrobić?
- Nastroszyć się, czy jak? Sprawić, aby chłód nie owiewał mnie z pana strony.
- Moja panno, gdybyś pomyślała rozsądniej, wiedziałabyś, że ja ubieram się w nowe szaty dopiero wtedy, gdy wiosna rozgości się na dobre. Gdybyś poprosiła mnie o ochronę przed wiatrem za jakieś trzy tygodnie, proszę bardzo, spełniłbym twój kaprys, ale ty wolałaś już dzisiaj kusić los sukieneczką, która dobra jest na letnie kanikuły, ale nie na obecną, niepewną pogodę.
- Ale musi pan przyznać, że wyglądam w niej ładnie - zrezygnowała z naburmuszonego tonu głosu i puściła do niego zawadiacko oczko.
- Moja droga, aczkolwiek jestem osobnikiem dużo starszym od ciebie i pewnie podejrzewasz, że w tym wieku nie miewa się fascynacji młodziutkimi istotami, ale szczerość i przyzwoitość nakazuje mi oświadczyć, że nie tylko w tej bladoliliowej sukni jest ci do twarzy, ale cała, jak tu stoisz nieopodal mnie, jesteś urodziwa.
- Miło mi słyszeć te słowa - uśmiechnęła się. - Pan również wygląda niczego sobie.
- Niczego sobie, też mi określenie. Owszem, przewyższam panienkę wzrostem, także siłą, ale w tym momencie, kiedy tak gawędzę z panną, jestem świadom swojej pospolitości. Niech panienka przyzna, że swoim wyglądem sprawiam wrażenie zasuszonego starca.
- Nie jest tak źle, niech się pan nie przejmuje swoją łysiną. W zeszłym roku, kiedy po raz pierwszy założyłam o tej porze swoją ulubioną sukienkę, wyglądał pan rzeczywiście na zasuszonego staruszka, a później… później nie mogłam oderwać oczu od pana fizjonomii. Poczułam się taka malutka, stojąc obok pana… i dawał mi pan ochronę przed słońcem.
- A ja zerkałem na panienkę przez całe lato i połowę jesieni.
- A ta druga połowa jesieni, a zima?
- Kiedy słońce taje, a coraz dłuższa noc zaczyna urągać dniowi, kiedy wicher zaczyna grać na moich kościach, wtedy przysypiam, na całą zimę i budzę się kiedy już wszyscy wokół są przebudzeni.
- Czy to wina pana starczego wieku? O przepraszam, nie chciałam pana urazić.
Przyjął jej słowa z dobrotliwym uśmiechem. - Cóż ona winna? - pomyślał - młodość ma swoje prawa.
- I wieku, i obyczaju, moja droga. Wrodziłem się w swoich rodziców, których prochy dawno już temu rozwiał wiatr. Przesypiam prawie pół roku - taki jest mój zwyczaj. A ty w tym miejscu od niedawna, prawda?
- Moi państwo przeprowadzili się w to miejsce przed dwoma laty i podobno wymarzyli sobie mnie. Czy pan myśli, że spełniłam ich oczekiwania?
- Jak najbardziej. Jesteś śliczna. 
Po raz pierwszy tego dnia poczuła w sobie ciepło. Czyżby rozmowa, jaką z sobą prowadzili, miała sama w sobie coś, co ocieplało atmosferę.
- Tyle że twoi państwo nie powinni dopuścić do tego, abyś cierpiała z powodu zimna - dodał.
- To znaczy, że nie powinni mi pozwolić na założenie sukienki.
- Niekoniecznie. Mogliby na przykład zadbać o to, aby otulić cię pelerynką, przezroczysta pelerynką, aby każdy mógł przez nią zobaczyć twoją bladoliliową sukienkę.
- To miłe, co pan mówi… a jeszcze chciałabym się dowiedzieć… - zawahała się.
- Śmiało, moja droga.
- Hm, ja wiem, że trochę nie wypada mi o to pytać, ale skoro nie ma pan nic przeciwko temu… czy był pan kiedyś zakochany? Czy miał pan kogoś…?
Zamyślił się, a w tym zamyśleniu poczuł ciepło w każdym członku swego ciała. Ile to czasu minęło, kiedy wspominał swą młodość.
- To było bardzo dawno temu. Byliśmy sobie bliscy. Czułem na dłoniach jej palce, schylaliśmy się ku sobie; co to były za pieszczoty? Tak, kochałem ją. I któregoś dnia mi ją zabrali, a było to w czasach, gdy wytyczali drogę pomiędzy pałacem a wioską. Zostałem sam, zupełnie sam, aż do tej chwili.
- No, ale chyba teraz nie odczuwa pan już samotności - zagadnęła śmiało podnosząc wzrok w jego stronę.
Pomyślał nad odpowiedzią, ale tylko przez chwilkę.
- Nie jestem już samotny, Magnolio - wyrzekł i koniuszkiem palca musnął jej bladoliliowej sukni.
- I ja się cieszę, że rosnę tuż obok ciebie, panie Dębie.

 [21.05.2017, Crewe, Cheshire w Anglii]
 


KAWIARENKA (88) POWRÓT STAREGO PISARZA

- A czy to tak ładnie, stary pisarzu, zapominać o przyjaciołach? Wszak miesiąc z odkładem minął i nic… cisza.
Pani Janeczka Szydełko ścisnęła mocno wychudłą, opaloną dłoń starego pisarza. Ten nieco się zmieszał i z tego zmieszania wydobyła go uśmiechem pani Zofia Koteńko.
- Przecież wiemy, wiemy doskonale, że przez te pięć tygodni nasz rekonwalescent kurował się w wodach - dodała pani Janeczka. - Zdrowie, mistrzu, najważniejsze.
- To prawda - odparł stary pisarz całkiem już uspokojony - i muszę paniom powiedzieć, że rzeczywiście oddech mi się poprawił, męczę się jakby mniej, a i serce rytmiczniej bije. Tyle, że to tak długo trwało, no i co tu gadać, stęskniłem się za wami.
- Prawdę powiedziawszy - wtrąciła pani Zosia - te dodatkowe dziesięć dni to sprawka mojego męża.
- Toż ja od samego początku wiedziałem o tym. Ten lekarz, który się mną zajmował w sanatorium już podczas pierwszego badania oznajmił, że pobyt mój się przedłuży. Początkowo nawet się przestraszyłem, bo jakże to, aż tak źle jest ze mną? No ale kiedy w końcu padło nazwisko pani męża, zrozumiałem, że to on przyczynił się do moich tortur, znaczy się do kąpieli błotnych, inhalacji, spacerów, masaży i zażywania słonych, smakujących wapnem i siarka płynów.
Mecenas Szydełko, który powrócił właśnie od barku wymieniwszy kilkanaście słów z kawiarennikiem, natrafiając na końcówkę rozmowy, pospiesznie dodał:
- Do końca tego roku a już najpewniej w przyszłym, stary pisarzu, pan doktor Koteńko nie będzie cię odsyłał do dalekich wód, a zapowie cię w naszym sanatorium, które buduje się w iście piorunującym tempie.
- Podejrzewałem, że tak się dzieje - odparł stary pisarz - ale od podejrzewać do zobaczyć daleka droga.
- O, tak - mój drogi - odezwała się pani Janeczka - wiele straciłeś przebywając na tym słusznym wygnaniu. Zaczęło się od naszego przeuroczego wojażu do Grodka na zaproszenie pań Popławskiej i Zgadkiewiczowej, gdzie uczyniono nam iście królewskie przyjęcie, częstując nas wyśmienitymi świątecznymi potrawami.
- To prawda, do dzisiaj czuję smak karpi w galarecie, chrzanu ze śmietaną, który można kroić nożem, makiełek i mazurków - wspominała pani Zofia.
- A te makowce, serniki, jaja pod każdą postacią - dodała zachwycona Janeczka.
- I, co najważniejsze, powymienialiśmy przepisy na okoliczność świąt, a nasza pani Rybotycka i ten młody kawiarenkowy kucharz też zaskoczyli grodkowe panie sałatkami i kaczką a’la zając - wtrąciła pani Zofia.
- I mnie przy tym nie było - westchnął stary pisarz.
- Bo ty, przyjacielu, wciąż przy garnuszku mleka przesiadujesz - roześmiał się pan mecenas. - Pewnie pogardziłbyś tymi frykasami.
- A nic podobnego. Dobrze zjeść lubię, tyle że w skąpych ilościach.
- A potem, drogi pisarzu, mieliśmy chrzciny kawiarenkowego Kubusia i ciżemkowskiej Leny, a zaraz potem wystartowało radio „Weronika” - kontynuowała pani Janeczka.
- Tego trzeba nam było - skwitował pan mecenas Szydełko. - Słyszysz przyjacielu tę muzykę? Pan Adam puszcza to radyjko, o ile w kawiarni nie ma jakiejś muzycznej imprezy albo pan doktor do pianina nie zasiada.
- Ponadto, mój drogi, w zeszła sobotę towarzystwo udało się pierwszy raz na rowerową majówkę nowym szlakiem pana leśniczego - poinformowała starego pisarza pani Zofia. - Ech, gdybyż wtedy pogoda nam dopisała… gdyby nie grochówka, którą w leśniczówce nas poczęstowano, pewnie byśmy się pochorowali, ale co dobrego, to jeszcze przed nami, więc zapowiedzieliśmy kolejną wyprawę za dwa tygodnie, dłuższą, bo pan Gajowniczek nie omieszkał przygotować jakąś edukacyjna niespodziankę związaną z florą i fauną okolicznych lasów.
- Widać, że dużo straciłem i trzeba by nadrobić zaległości. Przynajmniej na tę rowerowa wyprawę się zaproszę.
- A nade wszystko, powinien pan przyjacielu, częściej zachodzić do kawiarenki - poradził pan mecenas. - Tutaj zawsze dowiesz się czegoś ciekawego.
- Powiedział ten, który do kawiarenki chadza często - odezwała się do męża z nutką sarkazmu pani Janeczka.
- Kiedy wiesz, że ja mam mnóstwo spraw wyjazdowych.
- I do tego pracę w stowarzyszeniu, przez co podróżujesz po całym kraju i rzadko kiedy widuję cię w domu.
- Skoro tak trzeba…
- No, jeśli trzeba… nic nie mówię, ale mógłbyś może zachęcić kogoś do współpracy, kogoś, kto wyręczyłby cię w tym czy owym.
- Sama wiesz, jakie to trudne.
- No tak, przede wszystkim liczą się pieniądze, które w adwokackiej profesji nie są do pogardzenia, a pracować za psi grosz, albo żaden bronić klientów nie wypada.
- Otóż to, kochana. A bronić trzeba. Przede wszystkim bronić słabych.
- Idealista.
Rozmowa miłych gości kawiarenki pewnie stoczyłaby się głębiej w stronę zawiłości prawnych, gdyby kawiarennik nie podał do stolika zamówionego przez pana mecenasa koniaczku, któremu towarzyszyły słynne cynamonowe ciasteczka.
- Mam nadzieję, że nasz pisarz, zrobi wyjątek i napije się z nami, odstawiając na chwilę na bok kubek z mlekiem, wszak został był już sanatoryjnie zaleczony.
I stało się tak, jak przewidziała pani Zofia. Czworo przyjaciół na dwa razy opróżniło kieliszek francuskiego koniaczku, po wypiciu którego rozmowa potoczyła się dalej, a stary pisarz co i rusz dowiadywał się, co tam z tegoroczną maturą, jak mają się sprawy z ośrodkiem wypoczynkowym, jak funkcjonuje market, czy pan Pokorski nie narzeka na brak tematów do gazety, co słychać u państwa Gajowniczków, bo słyszał to i owo i jakichś ich osobistych planach, no i w końcu zapytał, dla jakiej to przyczyny nie zobaczył w kawiarence pana radcy Kracha, z którym miał wiele do pomówienia.

[15.05.2017, Dover, Kent w Anglii

PRZYDROŻNE MONOLOGI (8)

Chociaż po ostatnim powrocie z Anglii spedytor powiadomił mnie o tym, że kolejny będę miał w niedzielę z „domu” wyruszyłem w piątek (zmiana planów).
W Marck, gdzie przesiadamy się na vany prowadzone z Europy przez Ukraińców, spotykam swego imiennika, Andrieja.
Tym razem mam 3 miejsca rozładunku: dwa pod Coventry (firmy - Bruse i Jaguar) oraz trzeci do montowni Benlteya w Crewe, niedaleko Manchesteru. Rozładunek w „Bruse” mam zaplanowany na ósma rano w sobotę, a pozostałe dwa na poniedziałek od samego rana, a zatem pewne jest, że w Anglii pozostanę do poniedziałku, względnie do wtorku. No cóż, będzie może mniej komfortowo, ale za to czas nie będzie się tak dłużył.
Andriej natomiast skorzysta na tej zmianie, bo może się mnie spodziewać najwcześniej w nocy z poniedziałku na wtorek, a zatem cały weekend spędzi w „domu”.
Niestety z powodu prac drogowych na autostradzie M25 (Anglicy naprawiają autostrady zwykle nocą) nawigacja prowadzi mnie niemal przez drogowe centrum Londynu, tak że muszę przejechać tunelem Blackwall pod Tamizą, no i oczywiście włączyć się w spowolniony ruch miejski. Ponieważ Londyn mijam przed północą, nie jest tak tłoczno, choć to piątek, a piątki obfitują w korki.
W firmie „Bruse” pod Coventry (byłem w niej zaraz na początku pracy w obecnej firmie) melduję się około drugiej w nocy, a ze jest gdzie zaparkować, pitraszę sobie kolację i kładę się spać (chłodno, zaledwie plus siedem stopni).
Tuż po ósmej rano w sobotę uwalniam się z pierwszego ładunku i jadę pod drugi rozładunek, po drugiej stronie Coventry. Wprawdzie miałem być w „Jaguarze” w poniedziałek rano, ale jaki problem spróbować… może rozładują mnie w sobotę. Nie przeliczyłem się. Pozbyłem się kolejnego towaru i mogę sobie spokojnie podjechać pod Manchester do „Bentleya”, ale bez przesady, stawie się tam w poniedziałek z samego rana.
Pogoda typowo angielska - zmienna. Krótkie okresy ze słońcem przeplatają się z trwającym dłużej zachmurzeniem, wzbogaconym ponadto o przelotny deszcz. Jeśli budząc się o szóstej rano widzi się bezchmurne niebo, można być przekonanym, że o dziewiątej to samo niebo przykryte zostanie chmurami, z których spadnie deszcz. Kiedy piszę te słowa w niedzielę przed południem świeci wprawdzie słońce, ale i chmur nie brak, tych niskich szaroburych, i tych wysokich, wyglądających tak, jakby kto rozpostarł na nieboskłonie wąską, rozczesaną warstwę waty. Południowo-wschodni wiatr wskazywałby na zmianę pogody na lepsze (tak zwykle bywa w Polsce), ale tutaj, na Wyspach, wszystko jest na odwrót i wszystko może się zdarzyć.
Andriej pozostawił w aucie biblię w języku rosyjskim. Ciekawe, dlaczego nie wziął jej z sobą do „domu”; może zapomniał, a może…?
Biblia otwarta jest na rozdziale: „Wtoraja Kniga Carstw”
Zaznaczona jest 18-tka; tam czytam: „I osmotrieł Dawid ljudiej, bywszich s nim, i postawił nad nimi tysiaczjenaczalnikow i sotnikow…”.

[19.05.2017, na promie Calais - Dover i 21.05.2017, Meriden, West Midlands w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (7)

Wypijam dwie cappuccino, które mocno słodzę. Wszystkie gorące napoje, które zawierają w sobie mleko lub śmietankę wymagają w moim wypadku słodzenia, natomiast czarną kawę, czy jakąkolwiek herbatę wypijam gorzkie.
Dla uzupełnienia płynów dobrałem sobie colę. Wszystko na słodko, wzięte za free z barku w części promu przeznaczonego dla kierowców, gdzie można się dostać dzięki wręczonemu na odprawie biletowi. Czasami pokonuję Kanał przebywając właśnie w restauracyjno-wypoczynkowych salach, gdzie gromadzą się kierowcy wielkich ciężarówek, mniejszych trucków i autobusów. Posiadanie „biletu kierowców” pozwala na skorzystanie z darmowych napojów gazowanych i niegazowanych, mleka, herbaty i kawy; jest tez możliwość wzięcia prysznicu. Można też coś zjeść po niższej cenie, ale wyboru wielkiego nie ma, a tez i nie jadam, bo w trasę ruszam zwykle syty. Co innego z napojami - kawą nie pogardzę. Częściej korzystam z sekcji dla kierowców zmierzając do Anglii, bo wtedy ma się w perspektywie dłuższą trasę i zazwyczaj jedzie się na noc lub bardzo późnym popołudniem. Wracając z kolei do Francji, mam świadomość, że niebawem znajdę się w „domu”, gdzie mogę sobie zafundować posiłek, wziąć kąpiel i przytulić się do poduchy. W końcu od portu w Calais, dzieli mnie od „domu” 85 kilometrów, czyli godzina jazdy. Bywa jednak, że jestem zmęczony po przejechaniu trasy w Anglii, a może bardziej długim oczekiwaniem na prom w Dover i w takim przypadku rozpatruję dwie możliwości: albo zdrzemnąć się byle gdzie na promie, albo też oszukać zmęczenie i senność kawą.
Zaletą przebywania w części promu udostępnionej kierowcom jest cisza, przerywana czasami, ale nieszkodliwie, przez zaciekłych opowiadaczy (zawsze się taki trafi) albo na ten przykład Węgrów, których dynamiczny, twardy język wyróżnia się siła i ostrością spośród pozostałych języków obecnych na promie, chociaż nie można powiedzieć, aby Węgrzy mówili głośniej niż inni.
Kursując promem dostrzegam dobitnie monotonność swojej pracy za kółkiem. Jeździ się nawet do tych samych firm, tymi samymi trasami, co z jednej strony wyklucza możliwość pobłądzenia, lecz z drugiej ta jednostajność i automatyzm nuży. Czasami trafia się jednak na korki i aby je ominąć, trzeba trochę pokombinować i przejechać się nieuczęszczanymi dotąd drogami. Ma się też swoje ulubione trasy, jak i te, którymi z różnych względów lepiej nie jechać. Na przykład wolę objeżdżać Londyn od południa (czasami się nie da), bo wtedy większa pewność, że nie zaliczy się spowolnień w ruchu i pomimo krótszej trasy, przejeżdża się nią dłużej.
Mam też swoje ulubione trasy: w stronę Bristolu, albo drogi wokół Derby czy Stoke.
Monotonia bierze jednak górę i nie ma mowy, aby, przynajmniej w Anglii, traktować podróży jako quasi turystyczne. Nic z tego. Ale cóż - to moja praca - jeżdżę busem dla pieniędzy.

[19.05.2017, na promie Calais - Dover] 

19 maja 2017

SIOSTRA

Lękam się światła, nie ciemności. 
Natychmiast pod wsunięciu skórzanych kapci poza próg proszę siostrę, aby nacisnęła dolną część klawisza, włącznika-wyłącznika. Któż to włączył światło podczas mojej nieobecności? Prawdopodobnie w tym samym czasie  kiedy puszczałem na siebie naprzemiennie strumień ukropu i zimnego tuszu, sprzątaczka przejechała odkurzaczem po dywanie, i chcąc dokładnie wessać kurz elektroluksem, zapaliła sufitową lampę. Nie zgasiła jej, sądząc, że wróci podlać różyczkę stojącą w doniczce na parapecie, lecz przechodząc do kuchni, aby z beczułki z wodą wzbogaconą nawozem do kwiatów w płynie zaczerpnąć do dzbanka wody, przypomniała sobie, że podlała mój kwiatek wczesnym rankiem, kiedy zszedłem na śniadanie.
Siostra oczywiście posłusznie spełniła moją prośbę, lecz przestępując próg pokoju tuż za mną, nacisnęła czerwony guziczek solarowej lampki, którą codziennie wystawiała na balkon wychodzący z jej służbowego pokoju. Srebrzysty poblask rozświetlił pomieszczenie, pozwalając mi na dotoczenie się do łóżka, odkrycie kołdry, wsunięcie pod nią parującego jeszcze ciała i przykrycie się po samą szyję.
Postawiła lampkę na stoliku, umieszczając ją dokładnie na przecięciu się dwóch przekątnych kwadratowego blatu stolika. Wykonała tę pozornie błahą czynność z pedantycznym pietyzmem; zresztą siostra zawsze wykazywała się starannością nawet przy wykonywaniu prac, które nie należały do jej obowiązków. Dwie panie sprzątaczki to nawet miały jej za złe tę detaliczną małostkowość; wyobrażały sobie, nie bez racji, że siostra lustruje i ocenia ich pracę, a przecież wiadomo, że ręce potrafią zadrżeć, kiedy jest się metodycznie obserwowanym. Z kolei pan Leon - złota rączka - tu dokręć coś, tam napraw, gdzie indziej wymień zamek albo wstaw nowy kontakt - choć wiekowy i jak to mężczyzna, nie zawsze dbający o swój wygląd, w tym przypadku przychodził do pracy nie tylko w czystym, wyprasowanym kombinezonie, ale codziennie z rana pachniał lawendą, a jego zarost na twarzy mógł sobie liczyć co najwyżej dobę.
Siostra miała wprawdzie zmienniczkę (pracowały po dwanaście godzin na dobę, z dwoma wolnymi od pracy dniami w tygodniu; wtedy zastępowała je pielęgniarka środowiskowa, co właściwie powodowało, że pacjenci mieli do dyspozycji trzy opiekunki), młodszą od niej, zaraz po egzaminach, ale ta młoda panna cały czas była jakaś taka rozkojarzona i na przykład nie potrafiła dawać zastrzyków. Może i potrafiła, ale bała się zadawać ból szpikulcem strzykawki, a zwykle w takich razach, kiedy myśli się zbytnio o tym, aby pacjenta nie bolało ukłucie, wbijanie igły i wstrzykiwanie lekarstwa trwa dłużej, a pensjonariusze myślą wtedy tylko o tym, kiedy wreszcie będzie po wszystkim i odbierają to dawanie zastrzyków jako torturę. Siostra natomiast dobrze wiedziała, że niektóre medykamenty podawane domięśniowo lub dożylnie wymagają powolnego wprowadzania lekarstwa, przy innych zaś można sobie pozwolić na energiczniejsze ukąszenie igłą i bardziej dynamiczne naciśnięcie tłoczka. Bywało, że pacjent był szczerze zdziwiony, że jest już po zastrzyku, ba, nawet nie spostrzegł, że w jego ciele nie ma już igły. Ta młoda pielęgniarka i ta starsza, środowiskowa, mogłyby się wiele od siostry nauczyć.
Albo z tymi lekarstwami… to już zupełnie inna historia. Ja zażywam tabletki trzy razy dziennie, przy czym rano i wieczorem po cztery, a w środku dnia dwie, częściej niż zastrzyki, i trochę nawet tego żałuję, ale trzymajmy się tych tabletek. Dwie są białe, jedna z nich w kształcie fasolki; trzecia w postaci żelka - brązowa i ta ostatnia - niebieska. Biorę je zawsze po posiłkach. Kiedyś, na samym początku, to nawet pytałem się siostry, na co która pomaga, ale już zapomniałem, co mówiła i czy w ogóle mi wyjaśniała. W każdym bądź razie po śniadaniu my, pacjenci, ustawiamy się w rządek i wchodzimy po kolei do sali zabiegowej, czy jak ją tam zwać. Na wielkiej okrągłej tacy poustawiane są szklane pojemniczki z lekarstwami, a do każdego pojemnika przyklejony jest plaster z nazwiskiem chorego. Przychodzimy do tej sali ze szklankami wypełnionymi najczęściej zwykłą, mineralną wodą, która służy nam do popicia łykanych tabletek, siostra podaje nam pojemniczek i każe łykać pastylki po jednej, i trzeba potem wystawić język, aby przekonała się, że nic w buzi nie mamy. Ale niektórzy oszukują, najczęściej chowają tabletki pod językiem, zupełnie jak dzieci. A raz ten co jest z nas najkrócej, choć wcale nie najmłodszy, to podczas niby-łykania udał, że się zakrztusił i obryzgał kitel siostry, i jej twarz… no jak tak można. A miałem ochotę mu przyłożyć pięścią, już nawet zacisnąłem palce, ale siostra mnie pohamowała, powiedziała, że każdemu może to się zdarzyć, wytarła się ręcznikiem, ale mógłbym przysiąc, że nie wierzyła w przypadek, a tamten najpierw wybuchnął śmiechem, licząc na to, że wszyscy się przyłączą, kiedy wyjdzie roześmiany na korytarz, ale nikt się nie roześmiał, bośmy przez na oścież otwarte drzwi widzieli to zdarzenie, a on, no co, no co, zdarzyło się, lecz nikt mu nie wierzył… w końcu i tak musiał połknąć.
Ja to zawsze sumiennie połykam swoje tabletki. Siostra o tym wie, że nie musiałbym nawet pokazywać języka po przełknięciu, ale to robię, bo po co mam się wyróżniać. Ale pewnego razu zdarzyło się, że przez nieuwagę przechyliłem pojemniczek i wszystkie cztery poranne tabletki wysypały się na otwartą dłoń siostry; popatrzcie, że nie wypuściła… no i ja - nie wiem, co we mnie strzeliło - zbliżyłem usta do tej dłoni, na której leżały tabletki, zbliżyłem usta i językiem, dosłownie jak kot, uniosłem jedną, popiłem wodą, i kolejną, i jeszcze. Siostra była zaskoczona, bo wyglądało to tak, jakbym jadł z jej dłoni, ale nie odezwała się ani słowem, tylko patrzyła na mnie. A dłoń siostry tak bardzo pachniała mlekiem i powiedziałem to jej. Patrzyła się na mnie tak jakoś dziwnie i kiedy ponownie schyliłem usta do jej dłoni, która teraz była już pusta, wyszarpnęła ją i pogłaskała mnie po głowie, a ja czułem intensywny zapach mleka. Kiedyś później już sam wsypałem tabletki na jej dłoń; ona, że nie powinienem, że nie można, a ja tym języczkiem nabierałem tabletkę po tabletce i znów czułem zapach mleka.
Siostra stanęła pomiędzy mną, leżącym w łóżku a solarową lampką dającą tak niewiele światła, że cień kobiety był niemal przezroczysty. Stała tak przez dłuższą chwilę, jakby nie wiedziała, co z sobą począć, a przecież miała zwyczaj udawać się o tej porze do każdego z pokojów, sprawdzając, czy komuś coś nie dolega. Patrzyłem się na jej podświetloną srebrem sylwetkę, szarobiałą, zastygłą w bezruchu, milczącą, a ja czułem zapach mleka, który mógł pochodzić tylko od niej.
Zdarzyło się raz z tymi tabletkami tak, że kiedyś nie wziąłem ich ani z rana, ani w południe. Nie, nie oszukałem siostry. Powiedziałem jej, że nie wezmę, bo chcę sprawdzić, jak będę się czuł, gdy ich nie połknę. Siostra oczywiście najpierw zaprotestowała, podejrzewając, że stanie się ze mną coś złego, a ona nie chce brać za to odpowiedzialności. Ale uprosiłem ją. Powiedziałem, że to tylko jeden, jedyny raz, to znaczy tylko przez jeden dzień nie wezmę zaordynowanych mi leków, lecz wytrzymałem tylko do wieczora.
To był koszmar. Do mojej głowy przychodziły lęki, nie tylko te wywołane przez nadmierne oświetlenie; bałem się ludzkiego głosu, hałasu, odczuwałem niepokój, czułem fizyczny ból całego ciała, drżały mi ręce, a na widok zmierzającej ku mnie osoby odwracałem twarz i byłem gotów do ucieczki i ukrycia się w łóżku pod kołdrą narzuconą na głowę. Pocąc się i chwiejąc na nogach przyjąłem wieczorną porcję lekarstw z dłoni siostry. Była przerażona. Nigdy jej takiej nie widziałem. Serce kołatało mi tak bardzo, jakby chciało wyskoczyć z mego ciała i udać się Bóg jeden wie gdzie. Siostra dotykała mojego czoła, gładziła włosy, szeptała, że będzie lepiej, będzie dobrze, abym zasnął, a ona zostanie przy mnie po ciemku i nie muszę się niepokoić, bo nie włączy światła, a nawet zasunie okno kotarą. Nazajutrz wypytała lekarza o szczegóły mojej choroby. Była przejęta tym, co stało się ze mną i na co pozwoliła, ulegając moim prośbom. Opowiedziała mi później o tej rozmowie, kiedy doszedłem do siebie i lękałem się już tylko światła. Chyba jednak nie powiedziała mi wszystkiego, tak czułem, bo z wymuszonym uśmiechem przekonywała mnie do tego, że było wiele takich przypadków, w których chorobę, na jaką cierpiałem, można było zaleczyć, aby nie rozwijała się dalej, a nawet spowodować cofnięcie niektórych jej objawów; słowem można mnie było przywrócić normalności, ale potrzeba na to czasu… no i konieczne są leki, które powinienem zażywać, kto wie, czy nie do samej… nie powiedziała „śmierci”, to ja dopowiadam to słowo. Powiedziała, że to uspokojenie, jakiego doświadczam po połknięciu pastylek, z jednej strony przynosi mi ulgę; z drugiej zaś zachowuję się przesadnie spokojnie i bywam w tym swoim zachowaniu podobny do ugrzecznionego dziecka - rozumuję jak inteligentne, dobrze wychowane dziecko. Dowiedziałem się, że wszystko zaczęło się od depresji, w jaką popadłem po intensywnym życiu, po natłoku zmartwień i problemów, jakich doświadczyłem, problemów, z którymi nie potrafiłem sobie poradzić. Ta jednostka chorobowa miała swoją łacińską nazwę, ale jej zapomniałem.
Kiedy leżałem w łóżku przykryty kołdrą aż po sam podbródek, a siostra stała jak anioł w srebrzystej aureoli pomiędzy solarową lampką a mną, próbowałem sobie właśnie przypomnieć tę nazwę jednostki chorobowej, usiłowałem odnaleźć w pomięci to, co mówiła do mnie w tamtym dniu po rozmowie z lekarzem i poczułem innego rodzaju niepokój, jakiego nigdy przedtem nie zaznałem. Nagle moje myśli wybiegły w przyszłość jak marzenia dziecka, które zaczyna dostrzegać siebie w przyszłości, gdy stanie się osobą dorosłą. Od czasu, gdy zostałem stałym pacjentem tego oddziału, pierwszy raz otworzyło się we mnie okno na jakąkolwiek przyszłość. Źle się wyraziłem - nie na jakąkolwiek, a na konkretną, niepowtarzalnie moją i właśnie dlatego, że przebywałem w miejscu odosobnienia, w którym nie mogłem o sobie decydować, właśnie stąd pochodził ten mój niepokój. Na chwilę przymknąłem oczy, a kiedy je otworzyłem ponownie, spostrzegłem jakiś ruch wykonany przez siostrę w moją stronę, jakiś gest; cień jej sylwetki przybliżał się, poszerzał, rozpraszał, obejmował mnie. Uniosłem się z łóżka i usiadłem na nim. Siostra zrobiła krok w moją stronę, a oczy siostry i moje spotkały się na przecięciu naszych spojrzeń.
- Co z nami będzie, siostrzyczko? - zapytałem, a nie był to głos, w którego tonie usłyszano by pewność.
Wykonała jeszcze jeden krok w moim kierunku, a znalazła się na odległości mojego oddechu, objęła dłońmi moją głowę i przycisnęła ją mocno do swoich piersi.
Jakże wtedy zapachniała mlekiem! 

[16.05.2017, na promie Dover-Calais, 18.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 


PRZYDROŻNE MONOLOGI (6)

Przeczytałem świetna powieść Karela Houby „Łoże z baldachimem” (znów autor czeski). Rzeczywista akcja powieści odbywa się w ciągu jednej zaledwie nocy, podczas której główny bohater wspomina swoje pełne zawirowań życie przypadające na lata przedwojenne i powojenne do połowy lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Powieść dotyka więc jeszcze okresu światowego kryzysu obecnego również w Czechach (ojciec głównej postaci książki był kupcem prowadzącym sklep kolonialny i hurtownię), okresu wojny (m.in. wyjazdu „na roboty” do Austrii oraz trudnych czasów powojennych w których bohater - Paweł, z drobnomieszczańskim pochodzeniem, z trudem przyswaja sobie realia nowej, rewolucyjnej epoki. Jest w tej powieści również wątek męsko-damski, miłość bez egzaltacji zakończona rozwodem, gdyż zaangażowana w utwierdzanie socjalistycznego porządku żona - Helena (redaktorka i działaczka kultury, zwolenniczka zaangażowanego teatru nowych czasów) nagle dostaje szansę wyjazdu za granicę, gdzie reprezentuje czeską sztukę filmową i przy okazji wiąże się krytykiem filmowym, z którym decyduje się pozostać na stałe na Zachodzie.
Książka Houby naprawdę świetna. Odnajduje w niej całkiem sporo własnych pomysłów, które wprowadzam i pragnę wprowadzić do kart moich „Peryferii”.
A tak przy okazji chcę wyrazić pogląd, że niestety zdominowani obecnie przez literaturę zachodnią, bardzo często zapominamy o tym, że na naszych długościach i szerokościach geograficznych, na tym słowiańskim obszarze kulturowym istnieje całkiem sporo autorów, którzy nie są wcale gorsi od ich kolegów i koleżanek z Europy Zachodniej.
Czytam obecnie „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” Mario Vargasa Llosy. Zapowiada się świetna lektura. 

[18.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (5)

Z Tiverton w Anglii wróciłem do „domu” około piątej rano 16 maja, myśląc sobie, że odpocznę sobie przynajmniej cały dzień. Ranek piękny i ciepły. Przygotowuję sobie śniadanie, robię przepierkę i siadam do komputera; przed siódmą zasypiam, nie kąpiąc się - kąpiel zostawiam sobie na „po przebudzeniu”. O dziewiątej telefon: za dwie godziny mam wyjazd do Anglii. Rad nie rad wstaję, biorę odwleczoną kąpiel, jem śniadanie i w ściągam powieszone na zewnątrz pranie. Słońce tak mocno świeci, że kurtka, dres i T-shirt są już niemal suche - dosuszę je podczas jazdy.
Mam kurs do Loughborough pod Leicester, dziesięć kilometrów dalej do Shepshed i dalej do „CEVY” pod Derby. Zaczyna się coś źle dziać z promami, bo ten mój ma półtorej godziny opóźnienia, nie licząc czekania na „rajce” przed wjazdem. Pozytywem jest to, że wreszcie udało mi się „złapać” internet w porcie Calais, a negatywem - ogromny upał, który w pewnej chwili doprowadził do tego, że mój szczeniaczek laptop wyłączył się pod wpływem wysokiej temperatury. Uruchomiłem więc klimatyzację, schłodziłem go i uzyskałem ponownie połączenie, choć tym razem nie było jakościowo najlepsze.
Spedytor polecił mi rozładować towar w trzech miejscach jeszcze tego samego dnia, tj. 16-go, tymczasem w Dover byłem o 19.30 czasu Greenwich, a do pierwszego rozładunku mam około 370 kilometrów i wiadomo było, że nie zdążę.
Kolejna niespodzianka czekała mnie w Loughborough w firmie Preci Spark. Okazało się, że przejęty przeze mnie od Ukraińca ładunek nie zawiera towaru do tej firmy. Ciekawe, że odbierający ode mnie towar najpierw rozpoznali „swój towar”, który później okazał się być ładunkiem do Rolls Royce’a w Derby. Skończyło się na tym, że najpierw, chcąc dostać się do tej niby ich firmy rozładowali 2/3 auta, a później trzeba było wszystko załadować ponownie. Straciłem więc sporo czasu i o 3.30 podjechałem pod drugi rozładunek do Shepshed.
Cała środa 17-go maja to dzień przeznaczony na rozładunki i załadunki, a załadowałem się w czterech miejscach: u Rolls Rojce’a w Derby, również u Rolls Royce’s w Nottingham, ponownie pojechałem do Loughborough i w końcu zawitałem do Royston.
O ile wtorek był jak dotąd najcieplejszym dniem roku (przynajmniej na zachodzie Europy), to środa obfitowała w solidny deszcz i temperatura spadła w Anglii z 20 stopni do 10.
W Dover melduje się o 21-ej, a z powodu kolejnego opóźnienia wyruszam do Calais o 0.50; w „domu” w Campigneulles Les Grandes pojawiam się o 5 rano.

[18.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

16 maja 2017

WIERSZ PIJANY

I co na to powiesz,
ujrzałem ją w pachnącej sukience,
dzwoneczki nasturcji
krzesały na bawełnianym suknie
iskierki popołudniowej pomarańczy
kłaniającego się ku zachodowi dnia,
a bzu świecidełka w jej oczach
wypełnione całą połacią nieba
odbierały mi śmiałość
przejścia na drugą stronę 
kasztanowej alei,
w tym przymrużeniu powiek,
pomarańcza wyciskała wszak
coraz niższy rozblask słońca
skierowany prosto w jej oczy,
spostrzegłem uśmiech,
subtelnie rozchylone kąciki warg
kusiły rozkoszą młodzieńczych pocałunków,
obiecywały wiarę
w dozgonną miłość.

Wiem co chcesz powiedzieć,
przetarłem wilgotną dłonią spojrzenie,
jeszcze tylko uniosłem prawe ramię
ponad łożysko tętniącej gwarem ulicy,
ponad sunące auta i sylwetki przechodniów,
aby moje palce mogły przypomnieć sobie
alabastrową powłokę jej skóry,
aby niczym wiosła spacerowej łodzi
mogły skąpać się 
w falującej powodzi włosów,
aby poczuły dreszcz
przyprawiający o konwulsje 
całe moje ciało
w którym zagotowała się krew.

Powiadasz że wypiłem
o jeden kieliszek za dużo?

Zamówię całą skrzynkę.

[14.05.2017, Tadworth, Surrey, w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (4)

Wielokrotnie we Francji i w Niemczech zdarzało mi się nocować blisko cmentarza lub kościoła. Tym razem przyszła kolej na Anglię. Nie żebym upatrzył sobie to miejsce na nocleg, ale, prawdę mówiąc, nie miałem wyboru, bo w Anglii najgorszą rzeczą jest znalezienie miejsca na odpoczynek na dłużej, na noc czy dwie. Chodzi mi o takie miejsca parkingowe, za które nie trzeba płacić. We Francji, Hiszpanii czy we Włoszech podjeżdża się na byle jaką strefę ekonomiczną, gdzie można znaleźć takie miejsce. W Anglii takich miejsc jest niewiele. Dlatego też, kiedy zobaczyłem stary kościół z cmentarzem przy trasie, w Kingswood, zjechałem na pobocze, na niewielki parking, pusty, w miarę cichy i tajemniczy. Tam spędziłem noc z soboty na niedzielę, zastanawiając się, czy nad ranem ktoś mnie stamtąd nie przegoni. I owszem, w niedzielę pojawiły się na parkingu osobowe auta. Jakiś starszy pan zwrócił mi uwagę, że pozostając na parkingu mogę mieć kłopoty z policją. Pewnie dlatego, że „jestem” ciężarówką i mógłbym zablokować nią dostęp dla „normalnych” aut. Zapewne we Francji czy w Niemczech, parkując auto na uboczu i zostawiając swobodny dostęp dla innych aut, żadna policja nie zwróciłaby na mnie uwagę. W Anglii jest, jak widać, inaczej. Przejeżdżam zatem kilka kilometrów dalej i udaje mi się zająć miejsce na przydrożnym parkingu tuz przed wjazdem na autostradę M25 - to taka obwodnica Londynu. Nie jest to tak komfortowo, jak w poprzednim miejscu, bo tuż przy ruchliwej trasie, ale co robić - należy się dostosować do warunków, jakie stwarza prawodawstwo i obyczaje kraju, w którym jest się gościem. Noc z niedzieli na poniedziałek spędzę właśnie tutaj. 

[14.05.2017, Tadworth, Surrey, w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (3)

Przyjechałem do „domu” w sobotę około czwartej nad ranem. Szybki posiłek, kąpiel, niewielkie pranie, a potem od 5.30 sen.
Budzę się o 10-tej. Spedytor jeszcze nie zadzwonił. Pije kawę. Jem śniadanie - ostatni hit, mało skomplikowane danie, które przygotowuje się mniej więcej tak:
jedna cebulka pokrojona w kostkę, 5-10 dag kiełbaski - też pokroić, dwie-trzy kromki chleba (najlepiej lekko czerstwego) - mam; jedno jajko, troszkę soli, olej. Rzuca się toto na patelnię i przysmaża (powinno się jeszcze dorzucić trochę ugotowanego makaronu - nie było czasu ugotować). Jajko występuje w tym daniu jako czynnik wiążący pozostałe. Końcowym efektem jest quasi jajecznica, pożywna i smaczna, jednakowoż wypadałoby popijać ten posiłek herbatą, a nie kawą - mniejsza o detale.
W trakcie spożywania telefon od spedytora, a zatem zapakowuję swoje rzeczy na „berlingo” i jadę do Marck, aby zmienić kierowcę - Ukraińca, którym jest, jak się okaże, Roman, ten, z którym zaczynałem pracę w firmie.
Roman załadował się w Warszawie. Wiezie części do samolotu na Gatwick. Po drodze chwyciła go francuska żandarmeria; sprawdzali ładunek, rozcięli kilka paczek, ale na szczęście postawili pieczątkę na CMR-ce - to dla wiadomości odbiorcy, że towar został naruszony nie przez kierowcę.
Prom.
W weekendy mniej na nim ciężarówek, więcej aut osobowych i autobusów. Jak zwykle w takich okolicznościach gwarno. Znajduję jakieś miejsce przy oknie. Układam się do drzemki. Obok przy jednym ze stolików angielska rodzinka: cztery kobiety, dwóch mężczyzn, trójka dzieci. Hałasują nie z tej ziemi, spożywając zakupione w promowym sklepie łakocie i kawę. Głowa rodziny (około czterdziestki) jako żywo przypomina mi jaskiniowca z jednej z kreskówek. Głęboko osadzone oczy, grzywka z przodu, boczne i tylne sfery głowy krótko przycięte (syn - młodsza kalka ojca), dobrze umięśniony z solidnym brzuszkiem. Odgaduję, że tymi mięśniami to pan Anglik najpewniej pracuje. Kobiety prowadzą z sobą zaciekła rozmowę, której sensu nie pojmuję, a to przez nadzwyczaj rechotliwie donośny śmiech jednej z pań. Język angielski nie jest w stanie przedostać się przez ten śmiech. Niemal na każde słowo, no - dwa słowa, owa pani wybucha takim rechotem, że najpewniej płoszy nim ryby w Kanale, a mimo tego ja przysypiam, ot, przywykło się do niepospolitego hałasu. 
Na północnym terminalu lotniska w Gatwick dokonuje cudów, aby odnaleźć firmę, do której zmierzam. Szukam pomocy u kilku osób, które, jak sądziłem, mogłyby skierować mnie pod właściwy adres. Wreszcie udaje mi się podjechać pod Security Approach, skąd miła pracownica ochrony powiadamia firmę „Storm Aviation Ltd.” o moim przybyciu. Podjeżdża ochroniarz i kieruję się za nim na rozładunek.
Mała dygresja.
W odleglejszych czasach trzymano pilną straż nad zamkami królów i książąt, nad granicami ziem przynależących do rodów, do narodów i państw. Dzisiaj, przynajmniej w Europie, podróżuje się swobodnie nie zważając na granice, ba, czasami tych granic nawet się nie zauważa. Obecnie takimi publicznymi obiektami, do których wstępu bronią straże, stały się lotniska (w mniejszym stopniu porty, choć port w Calais jest niezaprzeczalnym wyjątkiem). Oprócz straży napotkasz przy lotniskach druty kolczaste, skomplikowany system „bramek” wjazdu i wyjazdu, wytyczone drogi, z których zjechać dowolnie nie sposób. Rzecz jasna te wszystkie zabezpieczenia mają swoje uzasadnienie: bezpieczeństwo przede wszystkim. A jednak to trochę przykre, że w dzisiejszych czasach specjalnemu obostrzeniu musi podlegać publiczny transport.

[14.05.2017, Tadworth, Surrey, w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (2)

W czwartek 11-go przed północą wyjeżdżam z Campigneulles Les Grandes - „domu” na miejsce zmiany kierowców do Marck pod Calaise, a stamtąd promem i autostradami do Tiverton za Bristolem, na półwyspie Devon. Firmę „Heatcoat” już znam, byłem w niej podczas poprzedniego kursu, a zatem trasa jest mi znana, bo zwykle dobrze zapamiętuje miejsca, które chociaż raz było mi dane odwiedzić.
Złożyło się tak, że na pięć minut przed telefonicznym powiadomieniem mnie przez spedytora o kursie zacząłem sobie narzekać, że od późnego popołudnia w poniedziałek siedzę w „domu” i bąki zbijam zamiast jeździć.
- Co się przejmujesz? - zauważa „mały” Jacek. - I na ciebie przyjdzie czas.
- Niby masz rację - odpowiadam - ale wolałbym, aby płacono mi za jeżdżenie, a nie za wylegiwanie się w naszej chałupie.
A spedytor pewnie podsłuchał te naszą rozmowę i pięć minut później zadzwonił.
Takie długie oczekiwanie na kurs powoduje, że podczas jazdy ogarnia człowieka senność i chociaż do celu mam niespełna 400 kilometrów (nie licząc tych pięćdziesięciu- parę przez kanał), musiałem się zatrzymać i zdrzemnąć dziesięć minut.
W firmie w Tiverton dowiaduję się zaraz po wjeździe, że po rozładunku towaru, jaki przywiozłem (z Niemiec), załadują mnie do Wenecji we Włoszech.
Po godzinie kieruję się już z powrotem do Dover. Tym razem, wiedząc, że mój zmiennik swobodnie zdąży z ładunkiem do Włoch na poniedziałek, zatrzymuje się na przydrożnym parkingu, gdzie przesypiam półtorej godziny; jadę na prom, a na nim robię sobie kolejną drzemkę.
Kiedy wydawało mi się, że weekend spędzę w „domu”, spedytor dzwoni do mnie, oznajmiając, że w sobotę rano ma już dla mnie nowy kurs na Anglię, niedaleko, na lotnisko Gatwick pod Londynem, z rozładunkiem w sobotę.
Nici, jak to mówią, z weekendu w „domu”, ale bez przesady, nie narzekam, w końcu jestem wypoczęty i spragniony jazdy. Cieszę się, że trafiłem w dziesiątkę z tymi drzemkami i jeśli uda mi się zaczerpnąć po powrocie do „domu” dwugodzinnego snu, to powinien mi on wystarczyć na kolejną podróż do Anglii. 

[13.05.2017, Kingswood, Surrey, w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (1)

Trzeba w Coś wierzyć, usłyszałem. Trzeba.
Ktoś powiedział albo gdzieś przeczytałem, że nasze dusze; inaczej - nasza świadomość z chwilą śmierci ciała wędruje w kosmos. Prawda to?
Jeśli człowiek zostawia po sobie materialne i niematerialne wytwory swojej pracy, w których uczestniczyła jego świadomość, to czemu ona jedna, oprócz ciała, miałaby bezpowrotnie zginąć?
A nawet ciało: to wydane na pastwę gnicia i to przemienione w proch po spaleniu nie przeistacza się w nicość.
Po człowieku zawsze pozostaje jakiś ślad i nie odciska się on jedynie w pamięci tych, którym kazano jeszcze nie odchodzić i tych, którzy po nas pozostaną.

[13.05.2017, Kingswood, Surrey, w Anglii] 

RÓŻE, MALWY, ŚWIERKI I CYPRYSY

Poszedłem pod wskazany adres.
Przemknęła w otwartych drzwiach do salonu, zatrzymując na mnie na ułamek chwili powłóczyste spojrzenie. Minutę później w progu drzwi stanęła inna kobieta trzymająca w ręce wachlarz odkurzaczki.
- Pan zrobi sobie kawę z maszyny - przemówiła do mnie. - Potrafi pan?
Skinąłem głową, ale nie miałem ochoty na kawę. Ćwiczyłem cierpliwość, siedząc w kącie gabinetu człowieka, któremu mnie polecono. Przebywałem w tym miejscu ponad pół godziny wodząc wzrokiem po ścianach zaścielonych reprodukcjami awangardowych obrazów, fotografiami i dyplomami oprawionymi w ramki.
Syn lojalnie uprzedził mnie, że powinienem być przygotowany na długie czekanie, bo pan Albin jest zwykle zajęty i to odwiedzający go goście z reguły dostosowują swój czas do jego napiętego rozkładu dnia, nie odwrotnie.
Kiedy zakończyłem topograficzny remanent własnych obserwacji, ta pierwsza kobieta ponownie pojawiła się na krótko w progu gabinetu i zatrzymała na mnie ukradkowe spojrzenie ozdobione dziwnym uśmiechem. Odkłoniłem się instynktownie.
Przypomniałem sobie, co mówił syn. Pan Albin przy podejmowaniu wielu decyzji zdaje się na niezawodny instynkt żony. W tym konkretnym przypadku jedno, dwa spojrzenia wystarczą, aby potrafiła bezbłędnie rozszyfrować człowieka, który pojawił się w wiadomym celu; tu - aby otrzymać pracę. Po dokonaniu takiej szybkiej lustracji żona pana Albina wykonuje zwykle ruch głową oznaczający zgodę, lub też przeciwnie - dezaprobatę. Reszta jest formalnością.
Prawdopodobnie poza moimi oczami dokonała się już ta procedura, o której wspomniał mój syn i po pół godzinie pan Albin wszedł do gabinetu, zamykając za sobą drzwi. Zasiadł w wysokim fotelu naprzeciwko mnie i zaczął przeglądać z zaciekawieniem dokumenty, jakie pozostawiłem na biurku. Podejrzewałem, że ta ceremonia była właściwie zbędna, gdyż decyzja w mojej sprawie zapewne już zapadła, tym nie mniej doceniłem jego zainteresowanie moją karierą zawodową i życiorysem.
- Widzę, że pana cv obfituje w dokonania, których nie powstydziłby się mężczyzna w pana wieku - przemówił pan Albin. - W dodatku te liczne kursy, szkolenia i certyfikaty świadczą o pana nadzwyczajnej mobilności.
Przyjąłem te słowa z pewną dozą satysfakcji, lecz kolejne wypowiedziane przez mojego przyszłego, potencjalnego pracodawcę sprowadziły mnie na ziemię.
- Pięknie się czyta te pana wycinki z życiorysu i te załączone do nich dokumenty, co jednak daje mi podstawę do sądzenia, że właściwie to umie pan niewiele, przynajmniej niewiele z tych umiejętności, których oczekiwałbym po panu w pracy, jaką zaproponuję, jeżeli oczywiście pana przyjmę. A tak szczerze mówiąc, jest pan przecież w wieku emerytalnym i wobec tego jaki jest sens w kontynuowaniu kariery zawodowej, skoro pobiera pan świadczenia emerytalne?
Moje milczenie wyrażało właściwie wszystko, co miałbym do powiedzenia.
- Rozumiem, że wysokość emerytury nie satysfakcjonuje pana do tego stopnia, aby poprzestać na niej. Prawda, to dziwne, że w dzisiejszych czasach człowiek po gruntownym, wyższym wykształceniu, otrzymuje na starość tak niewielką zapomogę.
Przytaknąłem skinieniem głowy.
- Ponieważ dobrze znam pana syna - świetnie sobie radzi w mojej firmie jako marketingowiec - pomyślałem sobie, że mógłbym panu pomóc w tej makabrycznie trudnej sytuacji, w jakiej się pan znalazł. No cóż, dobrzy fachowcy zarabiają u mnie w trzy dni tyle, ile wynosi pana emerytura i swoją drogą dziwię się temu, w jaki sposób jest pan w stanie związać koniec z końcem. Ale przejdźmy do rzeczy… potrzebuję w tej chwili ogrodnika, który by zajął się naszą posiadłością oraz nocnego stróża do firmy. Pan wie, że poprzedni stróż odszedł był na posterunku… ot przyszło mu umrzeć podczas pełnienia swoich obowiązków. No cóż, wiek, panie Adamie, zrobił swoje. A pan, jak widzę, całe swoje zawodowe życie spędził wśród ludzi, więc posada nocnego stróża, który na bieżąco ma kontakt z ludźmi, nie przysparzałaby panu problemów.
Ponownie potwierdziłem skinięciem głowy.
- Tyle że moja żona optuje za stanowiskiem ogrodnika dla pana. Pan wie, ona uwielbia kwiaty. Całe dnie spędza w ogrodzie; tam przyjmuje przyjaciół i cieszy ich rozmową wśród kwitnących róż, malw i tchnących romantyką srebrzystych świerków i cyprysów. Pan wprawdzie nie miał do czynienia z ogrodnictwem, ale żona, pan wie, ta kobieca intuicja podpowiada jej, że będzie pan w stanie utrzymać ogród w takiej kondycji, która zagwarantuje jego estetykę na poziomie, jakiego spodziewa się moja małżonka.
Odparłem, że i owszem, posiadam ogródek wokół własnego domu i doglądam go na miarę możliwości, choć nie uważałem się nigdy za fachowca w tej dziedzinie.
- Cenną wskazówkę w tym względzie przekazał mi pański syn. A jakże, opowiadał mi o pańskim ogrodzie i mając na względzie również jego sugestie, postanowiliśmy z żoną zatrudnić do ogrodu właśnie pana.
Powstałem i on powstał z fotela. Podaliśmy sobie dłonie.
Nagle otwarły się drzwi łączące salon z gabinetem i pojawiła się w nich znana już mi kobieta, żona Albina. Jej spojrzenie skierowane w moją stronę było teraz dłuższe i śmielsze.
Byłem szczerze zdziwiony tym, że pani Laura, mając przecież tak wiele możliwości wyboru, uczyniła mnie swoim kochankiem. Najwidoczniej miała sentyment do ludzi w wieku, który nie nazwałbym płodnym, lecz wciąż dającym jej sporo łóżkowych satysfakcji, zwłaszcza że Albin od dłuższego czasu obracał się w kręgu młódek, z którymi przepędzał gorące noce za wiedzą i milczącą aprobatą swojej żony.
Podejrzewam, że mój syn, kierując mnie pod adres swojego pracodawcy, był znakomicie poinformowany o zamysłach żony szefa. Być może przeprowadziła z nim stosowną rozmowę po tym, jak kilkukrotnie widziała mnie z nim w jego aucie, którym, niby przypadkowo, zajeżdżał pod posiadłość pana Albina i ośmieliło ją to, że przed trzema laty pochowałem swoją żonę, i żyłem odtąd sam jak palec w swoim nędznym domku na przedmieściu wielkiego miasta.
Byłem nieprzytomnie, stary osioł, w niej zakochany, aż w końcu po półrocznym szczęściu Albin wraz z Laurą doszli do wniosku, że do pracy w ogrodzie zdałby się jakiś inny fachowiec.
A ja, no cóż, spędzałem teraz noce w stróżówce usytuowanej przy wjeździe do firmy, a pani Laura widząc mnie od czasu do czasu, kiedy unosiłem lub zamykałem zaporę przed jej samochodem, machała do mnie ręką i spoglądała w moją stronę, jakby nie łączyło nas nic poza miłością do róż, malw, srebrzystych świerków i cyprysów.   

[10.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

  

12 maja 2017

PERYFERIE (rozdział 13. - fragment)

Wtedy Maksymowicz nagle zmienia temat i przypomina mi Piotrka Kowalskiego (młodszego ode mnie o trzy lata) piłkarza naszej żytowskiej drużyny.
- Pamiętasz - mówi - ten mecz pucharowy z liderem ekstraklasy, kiedy to po pierwszej połowie prowadziliśmy jeden zero. Piotrek już w pierwszej minucie ustrzelił słupek a przed końcem pierwszej części meczu puścił bombę z połowy boisko w samo okienko i wyszliśmy na prowadzenie? 
- Oczywiście, że pamiętam - odpowiadam - połowa miasteczka była na tym meczu. Ostatecznie przegraliśmy cztery do jednego, tracąc wszystkie bramki w ostatnich dziesięciu minutach meczu.
- Chłopaki byli zmęczeni - dodaje Maksymowicz - ale tego się spodziewaliśmy, bo nasi to amatorzy; każdy pracował w zakładzie, a piłka była dla nich hobby i mimo tego, że amatorzy, udało im się pokonać w pucharze dwie ekipy z trzeciej ligi i drugoligowca z Pomorza. Zatrzymał ich dopiero lider pierwszej ligi.
Pamiętałem ten mecz, chociaż na mecze naszej Sparty chodziłem niezwykle rzadko, ale obecność na tym meczu była naszym obowiązkiem. Nie wiedziałem jednak do czego Maksymowicz zmierza, wspominając dawne czasy.
- Widzisz, ten mecz, ten uwielbiany przez nas Piotrek był przed ładnych parę lat chlubą Żytowa - tłumaczy mój sąsiad - i żal, że nie zrobił kariery, a przecież po tym meczu, po tym golu i w ogóle po grze miał sporo propozycji grania w pierwszej lidze. Nie skorzystał z nich… bo to praca i żona z jednej strony; z drugiej przyjaciele, z którymi zakładał się ilu naraz przedrybluje przeciwników w meczu klasy A… zmarnował się nam… zmarnował.
- I co z tego? - pytam cynicznie, nie dostrzegając żadnego związku z moją osobą, którą przed chwilą zaszczycił epitetem sławy.
- To bardzo dobrze, że w tak małym miasteczku jak nasze żyją ludzie, których z różnych względów można podziwiać. Takie samorodne talenty są nam po prostu potrzebne; promują naszą prowincję i to dzięki takim ludziom…
Maksymowicz tak ja nagle zaczął swój wywód, tak i go przerwał, bo jamniczka zniknęła niepostrzeżenie z pola widzenia goniąc za jakimś kundelkiem, więc Maksymowicz w te pędy pobiegł za nią, zaniepokojony niespodziewanym romansem swojej suczki, romansem, który mógł się skończyć dla niej jak najgorzej.
Kiedy powrócił, zadowolony z tego, że i tym razem udało mu się w porę przerwać psie zaloty, kończymy piwo, a ja zerkam na zegarek i dochodzę do wniosku, że na mnie pora, a że Zawadzki z Maksymowiczem są podobnego zdania wobec siebie, powracamy w domowe pielesze; ja cichuteńko otwieram drzwi, podejrzewając, że Katarzyna jeszcze w pościeli, tymczasem będąc już w przedpokoju, słyszę strzępy rozmowy dochodzącej z kuchni.
Pani Marta Zawadzka wykorzystując poranną nieobecność męża w domu zaszła do Katarzyny z zaproszeniem dla nas obojga do swojej daczy nad wodę. Zjawiłem się akurat w trakcie ustalania szczegółów tej dwudniowej eskapady. Katarzyna, choć jeszcze w obłokach snu w oczach, częstując sąsiadkę kawą, nie ukrywała radości z zaproszenia i kiedy przestąpiłem próg kuchni, oznajmiła mi dobrą nowinę, ufając, że nie będę miał nic przeciwko krótkiemu wspólnemu wyjazdowi w miejsce, w którym spędziłem swoje szczenięce lata. Powiadomiła mnie o tych planach (plan wyprawy był już przez obie kobiety uzgodniony) w sposób, który już nawet nie zachęcał, a nakazywał mi wyrażenie zgody.
- Nareszcie będziesz mógł z panem Zbyszkiem połowić ryby, o czym zawsze marzyłeś - przekonywała mnie nakreślając wizję wypoczynku współgrającą z moimi oczekiwaniami - a my w tym czasie zajmiemy się sobą… i pogoda zapowiada się znakomita, więc pewnie przy rozmowie, na leżaczkach uda nam się złapać pierwszych promieni słonecznych.
W końcu jest majówka, pomyślałem sobie, i nie ma powodu, aby nie chcieć skorzystać z propozycji Marty, zwłaszcza że ostatnimi czasy zasiedzieliśmy się w swoich czterech ścianach; Katarzyna całe dnie spędza w butiku, ja przemieszczam się pomiędzy biblioteką, archiwum i profesorem, robię notatki, piszę i w sumie widujemy się z żoną o takich porach, które w naszym wielu nazywają się zmęczeniem, a do tego ten rozsądny i przytłumiony, ale jednak niepokój o Agnieszkę, jej maturę, i ten dalszy o Tomasza, a nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o rodzącym się na naszych oczach uczuciu pomiędzy Agniesią a Jarkiem… jakże oni spędzają teraz czas w Zakopanem?
- To bardzo miło z pani strony, sąsiadko - wypowiadam się w kwestii jaj propozycji - tym bardziej, że…
Marta doskonale rozumie, co miałem na myśli. Zawadzcy mają swoją daczę w miejscu, w którym mieściła się stanica wędkarska powołana do istnienia przez mojego ojca. To mój ojciec wymógł na zakładzie ten skrawek ziemi, a właściwie łąki przylegającej do największego stawu, wystarał się skądś o powojenny autobus z demobilu, który wraz z przyjaciółmi przysposobił do potrzeb wędkarzy; wstawił piec, polowe łóżka, stoliki i krzesła; wybudował werandę, ogrodził teren siatką, mało tego: pozyskał kajaki, z których korzystali miłośnicy wodnych sportów i połowów ryb w miejscach niedostępnych w inny sposób, jak ten wprost z łodzi.
Zakład wprawdzie nie upadł, jak wiele podobnych w ostatnich czasach, ale nie łożył już na cele socjalne. Wysprzedano domki kampingowe nad morzem i w lesie nad jeziorem; tym bardziej przestano się bawić w zakładowe wędkarstwo, w uroczyste witanie pierwszego dnia lata, w fajerwerki z okazji narodowego święta, w zabawy, wycieczki rowerowe, czy zawody pływackie. Stanica wędkarska przeszła w ręce jednego z najpierwszych wędkarzy - Zawadzkiego, który dokładał wszelkich starań, aby zachować jej dawną funkcję, zapraszając do siebie nad wodę najzagorzalszych miłośników „moczenia kija”, lecz nie były to już dawniejsze czasy: stara wędkarska wiara wykruszała się z każdym sezonem, a młodzi? Tych było coraz mniej. Porozjeżdżali się po świecie, albo też znajdowali sobie inne sposoby na spędzanie wolnego czasu.
Marta dobrze wiedziała, że nie odmówię, a nawet gdyby Katarzyna nie miała ochoty pojechać na daczę, to znajdę sposób na to, aby ją zachęcić.
- Ile to już lat tam nie byłem - mówię. - Owszem, przejeżdżałem tamtędy wiele razy i nawet spoglądałem w stronę tego autobusu. Ciekawe, czy stoi jeszcze, zastanawiałem się… i jest… czy taki sam, jak dawniej?
- Trzeba by się o tym naocznie przekonać - skwitowała Marta.
A tak, trzeba koniecznie.

- A gdzie te drzewa, tato? - zapytałem.
- Nie martw się, są. Kazałem je rozwieźć. Weźmiemy dwa wiadra i dwa szpadle. Obawiam się tylko, czy dasz sobie radę z wykopaniem dołków.
- Dlaczego miałbym sobie nie dać rady? - zapytałem.
- Pod darnią zalega gruba warstwa gliny, a dopiero pod ta gliną zmieszany z ciemną ziemią piasek. Na tych łąkach nic innego prócz traw i topól nie urośnie - tłumaczył mi ojciec.
Przekonałem się, że ojciec miał rację. Najpierw należało usunąć warstwę darni i aby dostać się głębiej trzeba było najpierw podziabać twardą skorupę gliny, a następnie wlać w to wyżłobienie przynajmniej pół wiadra wody ze stawu, a woda nie wsiąkała od razu - nie pozwalała na to glina. W końcu jednak ta nieurodzajna gleba wessała wlaną weń wodę i można było przystąpić do dalszego i głębszego dłubania w wykopanej niecce.
- Jeszcze pół sztychu, aby korzenie mogły swobodnie ułożyć się na spodzie dołka - instruował mnie ojciec. - Trzymaj drzewko prosto, w powietrzu, prosto, będę podsypywał, lekko ugniataj, przyniosę wody. 
Posadziliśmy tego dnia dwadzieścia drzewek w dwóch równych rzędach; w kolejnych dniach jeszcze czterdzieści. Wczesna wiosna była tego roku wyjątkowo mokra; topole przyjęły się świetnie i z roku na rok rosły coraz wyżej, a ich twarde, zielone liście furkotały na wietrze, rzucając rozedrgany cień na wysokie łodyżki traw, zdziczałego kminku, szczawiu i podbiału. 
(...)

[10.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]