O "kawiarence"


Informuję, że kawiarenka nie jest przystosowana do odbioru przez elektorat pisu, solidarnej, porozumienia, konfederacji, dudy, wyznawców ojca rydzyka czy biskupa jędraszewskiego.
Zapewniam, że w internecie nie brak miejsca także dla lepszego sortu, który jeśli zrezygnuje z odwiedzania kawiarenki, świat się z tego powodu nie zawali

15 stycznia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (222-225) MAREK HŁASKO. BAZA LUDZI UMARŁYCH. SENS PRACY. KADRY Z FILMU.

 222.

Właśnie skończyłem czytać dwa krótkie opowiadania Marka Hłaski: „Robotnicy” i „Brat czeka na końcu drogi” co w towarzystwie czytanego w międzyczasie zbioru esejów Olgi Tokarczuk „Moment niedźwiedzia” stanowi mieszankę wybuchową.


Marek Hłasko był wielkim buntownikiem czasów PRL-u. Nie kochała go szkoła, harcerstwo, w końcu socjalistyczna ojczyzna przestała go kochać, umieszczając go w szeregu zajadłych wrogów komunizmu. Ale na dobrą sprawę Hłasko bardziej był buntownikiem aniżeli antykomunistą. Gdyby wyrósł w Zachodnich Niemczech, we Francji czy Stanach, pewnie też miałby na pieńku z tamtejszym establishmentem, by nie powiedzieć władzą. Zarabiał na życie ciężką robotniczą pracą; także w Niemczech Zachodnich, gdzie przebywał na banicji. W kraju przestano go drukować, a za granicą było różnie, choć udzielał się jako scenarzysta, to wynagrodzenie za tego typu pracę miało dopiero przyjść, gdyby udały mu się projekty z Romanem Polańskim czy Nicholasem Rayem. Projekty te przepadły, ten drugi z winy autora „Ósmego dnia tygodnia”; fatalnie zakończyła się też jego przyjaźń z Krzysztofem Komedą, którego po sprzeczce Marek zrzucił ze skarpy, co doprowadziło do krwiaka mózgu u tego kultowego kompozytora i w konsekwencji przyczyniło się do jego śmierci, śmierci, której Hłasko nigdy sobie nie wybaczył.

Hłasko, który praktycznie nie odebrał wykształcenia, które pozwoliłoby stać się pełną gębą pisarzem, był jednak świetnym prozaikiem, kultowym, czerpiącym tematy do swoich opowiadań i powieści z własnych doświadczeń życiowych, czego najznakomitszym pisarzem jest powieść „Następny do raju”.

Styl Marka Hłaski jest dynamiczny; pisarz świetnie konstruuje dialogi, unika psychologicznych dywagacji, podążając drogą behawioryzmu Hemingwaya. Czyta się go świetnie, a ponadto podejmuje tematy, które w latach 50-tych ubiegłego wieku, także z uwagi na prezentowany język, należały do społecznego tabu.

223.

Niedługo po opublikowaniu powieści Czesław Petelski zdecydował się nakręcić na podstawie tekstu „Następny do raju” wspaniałego filmu „Baza ludzi umarłych” * z genialną rolą Emila Karewicza. Hłasko był jednym z jego scenarzystów, ale powodem, dla którego nie pozwolił umieścić się w czołówce filmu był m.in. konflikt z reżyserem, który postanowił optymistycznie zakończyć tę opowieść, podczas gdy pisarz optował za swoim książkowym, pesymistycznym zakończeniem. Niezależnie od tego konfliktu film jest naprawdę świetny, bezwzględnie konieczny do obejrzenia, i można go oglądać poprzez zacienione okulary Hłaski, jak i też trudny socjalistyczny optymizm reżysera.

* film do swobodnego obejrzenia w "Ninatece", cyfrowo zrekonstruowany, polecam na długie, mroźne, zimowe wieczory.

224.

Pigułki stawiają mnie na nogi, a już myślałem, że w trakcie pisania tekstu o Hłasce, pochwyci mnie w swoje szpony sen i będę kontynuował pisanie po przebudzeniu, gdzieś około piątej rano. Przetrwałem jednak.

Mimowolnie niedawne obejrzenie „Bazy ludzi umarłych” oraz przeczytanie zwłaszcza „Robotników” przywodzi mi na myśl domorosłe stwierdzenie, że praca pełni ogromną rolę w życiu człowieka, nawet wtedy, gdy towarzyszy jej ból, zniechęcenie, wręcz nienawiść do wykonywania pewnych najtrudniejszych do ogarnięcia czynności. Praca kształtuje jej przedmiot, ale i rozwija nas wewnętrznie, więc utrata jej musi automatycznie doprowadzić do frustracji – po prostu nie rozwijamy się, nikniemy w oczach. Jeszcze gorsza sytuacja jest wtedy, gdy ktoś złym słowem lub uczynkiem niweczy nasz trud, niszczy zasadność naszej pracy, dezawuuje na przykład wysiłek setek tysięcy i milionów ludzi, którzy odbudowali nasz kraj ze zniszczeń wojennych.

225.

Na zakończenie dwa kadry z "Bazy ludzi umarłych"

  • Leon Niemczyk - "Dziewiątka"


  • Emil Karewicz, który świetnie wcielił się w rolę "Warszawiaka"

[15.01.2021, Toruń]

14 stycznia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (219–221) KIEDY ZEGAR PRZYSTAJE. JADŹKA NA STOKU. CIERPIENIE ZWIERZĄT.

 

219.

Są takie chwile w życiu, jest taki czas, kiedy zegar historii naszej własnej nagle przystaje; czas wprawdzie biegnie dalej, ale my tkwimy w jakimś odrętwieniu. Przykładem takiej sytuacji bywają dni i noce szczególnie srogiej zimy, jak ta przed laty zima stulecia, bądź też krótkie najczęściej i na szczęście okresy z piekielnie niską temperaturą. Tak dzieje się, gdy w rodzinie jest jakaś choroba (akurat teraz) lub, jeszcze gorzej, śmierć albo jakiekolwiek inne wydarzenie o znaczeniu przełomowym. Nie lubię takich „zatrzymań” czasu.

220.

Głucha jadźka czyli pani była rządowa emilewicz znów dała znać o sobie. W ramach kampanii „moja rodzina jest lepsza niż twoja”, jadźka podciągnęła swoje dzieciaki pod sportowców i zjeżdżają sobie jej pociechy z jednego z tatrzańskich stoków. Nagle znalazły się licencje narciarskie dla brzdąców, coś tam po znajomości dopisano i jest ok.

Żeby nie było, że się czepiam tych zamkniętych stoków, uważam, że ich zamknięcie, podobnie jak w czasie wiosny lasów za jeden z najgłupszych postępków rządu, bo w końcu gdzie te dzieciaki mają się podziać podczas ferii; nadto czy spędzania czasu wolnego na świeżym powietrzu nie hartuje naszych pociech bardziej niż oglądanie wiadomości w pistelewizji?

Z drugiej stronie na jakie badania powołuje się dzisiejszy minister od upadku służby zdrowia, które dowodzą, że młodych narciarzy z licencją wirus się nie ima, w odróżnieniu od tych, którzy mają mniej od głuchej jadźki możliwości wpisywania się na listę czynnych zawodników.


Widocznie w naszym kraju musi być nienormalnie.

Jeszcze raz szczególne gratulacje dla Kazika Staszewskiego za precyzyjne nazwanie sytuacji panującej w kraju w reżimach pisideologii i pandemii – chodzi o tę piosenkę o gorszym i lepszym bólu.

Powielona w tej piosence fraza nadaje się do wykorzystania w rozmaitych sytuacjach:

Twój/Twoja/Twoje tu podkładamy jakąś okoliczność Jest Lepszy/Lepsza/Lepsze Niż Mój/Moja/Moje.

221.

Oto co znalazłem na samym początku opowiadania – eseju „Maski zwierząt” pani Olgi Tokarczuk. Słowa te wydają mi się warte przytoczenia.

Cierpienie człowieka łatwiej jest mi znieść niż cierpienie zwierzęcia. Człowiek ma własny, rozbudowany, rozgłoszony wszem i wobec ontologiczny status, co czyni go gatunkiem uprzywilejowanym. Ma kulturę i religię, żeby wspierały go w cierpieniu. Ma swoje racjonalizacji i sublimacje. Ma Boga, który go w końcu zbawi. Ludzkie cierpienia ma sens. Dla zwierzęcia nie ma ani pociechy, ani ulgi, bo nie czeka go żadne zbawienie. Nie ma też sensu. Ciało zwierzęcia nie należy do niego. Duszy nie ma. Cierpienie zwierzęcia jest absolutne, totalne.”


[14.01.2021 Toruń]

13 stycznia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (218 ) FILMY WCZORAJ I DZIŚ.


218.

Za czasów PRL-u często mówiło się, że literatura i kino tamtych lat obfituje w tak zwane produkcyjniaki czyli utwory o wątpliwej wartości artystycznej, przypominające obecne w tamtejszej telewizji spusty surówki, uruchamianie kolejnych bloków energetycznych czy wodowanie statków pełnomorskich. Oczywiście jakiś tam procent słuszności jest w tym poglądzie – faktycznie kultura popularna czasów PRL-u nie unikała tematów związanych z pracą, często w ujęciu tendencyjnym, propagandowym, ale nigdy kwestia człowieka pracy nie była traktowana po macoszemu, człowiek zawsze był na pierwszym miejscu, a jakość prezentacji, jak sądzę, zależała od talentu twórcy.

Jeżeli jednak mamy pretensje do dawniejszej literatury i filmów (zaznaczam, że chodzi mi o kulturę nastawioną na masowego odbiorcę), to co powiedzieć o współczesnych produkcjach. Pozostawiając na chwilę na uboczu literaturę, która jest jednak bardziej wielokierunkowa niż filmy i seriale telewizyjne, powstaje pytanie, co twórcy filmowi proponują dzisiejszym widzom:

- seriale, w których ich bohaterowie żyją życiem nieprzystającym do rzeczywistości. Prawda ekranu rozmija się zatem z życiem; bohaterowie najczęściej nie pracują lub udają, że pracują, żyją ponad stan, autorzy scenariuszy wikłają ich w sytuacje nieprawdopodobne, sztuczne i udziwnione,

- przerażająca jest długość serialowych opowieści, a wymyślanie nowych wątków po to jedynie, aby je kontynuować mija się z celem, zakłóca percepcję widzów; z kolei urywanie innych historii w obrębie „dzieła” spowodowane jest najczęściej tym, że aktorzy z różnych względów odchodzą do innego serialu lub skończył im się kontrakt, a nie podpisują nowego.

zadziwiająca jest przy tej okazji łatwość tworzenia fabuły przez scenarzystów, przeważa bylejakość daleko bardziej zaawansowana niż w przypadku dawnych seriali. Jak to możliwe, że te najbardziej popularne (wybór mój) w PRL-u serie, takie jak:

Czterej pancerni i pies” – 21


Czterdziestolatek” - 21


Wojna domowa” - 15


Dom” - 25



Polskie drogi” - 11



Stawka większa niż życie” - 18


Droga” - 6


Klub Profesora Tutki” - 14


Najdłuższa wojna współczesnej Europy” - 13



.... liczą sobie tyle odcinków, ile zostało powyżej podane, podczas gdy seriale współczesne przekraczają niejednokrotnie 2000 części? Przecież nie chodzi chyba o to, że producentów w czasach PRL-u nie stać było na dłuższe projekty. Wydaje się, że w dzisiejszych czasach marność i miałkość wygrała z ambicją i przyzwoitością;

- rozpowszechniły się obecnie „sitcomy”, wieloodcinkowe filmy komediowe mniej lub bardziej głupawej treści, choć akurat te produkcje, jeśli obfitują w miarę sensowne dowcipy sytuacyjne, można jakoś przeboleć, natomiast daleko im do humoru filmów Chęcińskiego, Chmielewskiego czy Barei;

- zdecydowanie najwięcej zastrzeżeń mam do produkcyjniaków typu: „trudne sprawy”, „dlaczego ja”, „sanatorium”, jakieś tam kryminalne opowieści, o rozwodach i innych patologicznych sytuacjach. Produkcje te mają kilka cech wspólnych, takich jak:

- przypadkowa i nieprofesjonalna obsada „aktorska”,

- język daleki od tego, który chcielibyśmy słyszeć z ust naszych dzieci,

- najczęściej bardzo nieudana imitacja rzeczywistości,

- drażniący sposób komentowania zachowań i czynów przez ich wykonawców,

- oglądając te seriale ma się wrażenie, że cały czas znajdujemy się w krainie patologii albo w rodzimym parlamencie i w ławach rządowych

Oczywiście nie każda współczesna produkcja jest nie do oglądania, co jednak nie zmienia mojej opinii, że współczesne filmy ukazujące się w godzinach największej oglądalności prezentują poziom poniżej dolnego stanu wód w trzech największych rzek naszego kraju,

[13.01.2021, Toruń]

12 stycznia 2021

TO SZŁA MŁODOŚĆ – ODSŁONA PIERWSZA

 

Szła ulicami młodość, młodość w dojrzewającym tempie; szła w zasadzie jedną ulicą, najważniejszą i najdłuższą, bo też nie ma się czemu dziwić, że ta właśnie ulica, kasztanowa zwana Aleją Kasztanową była najsolidniejsza w mieście, reprezentatywna; zatem młodość szła i doszła do kiosku na rogu. Tam kilka czasopism z teczki młodość odebrała i poniosło ją, wygnało na miasteczka polne peryferie.

Młodość, jako się rzecze, była już na wylocie z miasteczka; udawała się na studia do dużego miasta, udawała się po zdaniu egzaminów i małomiasteczkowa duma ją rozbierała, bo też lipiec tego roku był ciepły okrutnie. Młodość nie dostrzegła jednak wszystkiego.

Zanim jednak przestąpiła uczelniane progi wypoczywała po tych zmaganiach maturalnych, po potyczkach uniwersyteckich, wypoczywała na łąkach szerokich, nad wodami rozciągnionych, wypoczywała nie sama, koc w koc z inną młodością, piękniejszą i jeszcze młodszą…

Tak… znajdowałem się w stanie upojenia młodością swoją, miałem w sobie tyle sił, że mogłem tę moją, piękniejszą ode mnie ją chwycić w ramiona, przerzucić przez plecy i pobiec na mostek, bo wiecie, z tego mostka skakaliśmy od pędraka do wody, wybijaliśmy się wysoko i szuuuus do wody; tak właśnie z nią zrobiłem, właściwie to skoczyliśmy oboje.

- Co robisz? Utopisz mnie! - wrzeszczała, ale tak jakoś radośnie, ponieważ o skrzywdzeniu jej nie mogło być mowy, więc pływaliśmy sobie i na plecach i kraulem, i żabką, i dotykałem jej ramion, a ona kolanami moich ud, tak jakoś obracaliśmy się oboje wokół własnych kręgosłupów.

- Dopłyńmy na tamtą stronę – zaproponowałem. - Jeść mi się zachciało, baaardzo.

- To mi dopiero romantyczny chłopak… przy mnie o jedzeniu myśli.

- Bo chcę cię pożreć.

Wysportowana była i miała ten „ciąg na boję” w pływaniu; ledwo ja dopadłem przy samym brzegu.

Wytarliśmy się ręcznikami. Przygotowała kanapki z żółtym serem i herbatę w termosie. Spożywaliśmy te delicje, opowiadali sobie, jak pięknie będzie, gdy wreszcie będziemy coś robić na rzecz… po ukończeniu uniwersytetów naszych. Czy zostaniemy w krainie naszego dzieciństwa, czy powędrujemy dalej?

O, święta naiwności, modlę się do ciebie, ale nie nie wstydzę się tamtych marzeń, naprawdę chcieliśmy dać z siebie wszystko, może jeszcze na uczelni?

- A zaczekasz na mnie? Dwa lata jesteś starszy ode mnie – przerywała mi, nie całkiem mi ufając, i na te jej zwątpienia przytulałem ją mocno, nawet całowałem, a każdy pocałunek był protestem przeciwko jej wątpliwościom.

My naprawdę chcieliśmy przynajmniej tyle dla świata, co dla nas. Tańczyło w nas umiłowanie dobrej sprawy, gotowi byliśmy jak tam staliśmy, zaprząc się do roboty, zebrać plony z pola, postawić dom, zaopiekować się całą zgrają dzieci z sierocińca, napisać wiersz, poemat, stworzyć film. I wierzyliśmy niezbicie, bardziej niż w samego Boga, chociaż i jego kochaliśmy po swojemu, że uda nam się to dokonać. Na pohybel drobnomieszczaństwu, sobiepaństwu, wstecznictwu, oto ja, robotnicze dziecię pragnę oddać światu to, co ten zrobił dla mnie.

(...)

Posłowie:

Nie jest prawdą, że przedstawiona powyżej pierwsza odsłona opowiadania nosi w sobie znamiona biografii. Jeżeli doszukiwać się związków autora ze światem przedstawionym w tej opowieści, to niewątpliwie okoliczności przyrody są rzeczywiste.


Istnieje naprawdę Aleja Kasztanowa stanowiąca fragment najdłuższej ulicy Żychlina, miasteczka w powiecie kutnowskim. Zdjęcie zrobiono w maju, o czym świadczą kwitnące kasztanowce. Prowadząc wzrok prawą stroną ulicy za znakiem drogi z pierwszeństwem przejazdu znajduje się skrzyżowanie z ulicą, o ile dobrze pamiętam, Waryńskiego, a na samym roku istniał jeszcze kilka lat temu kiosk wymieniony w opowiadanku. Dalej, po prawej stronie widzimy dwudzielny budynek, gdzie onegdaj na dole znajdował się ośrodek zdrowia (choć mogę się mylić). Natomiast szczytowe okna na samej górze budynku, na drugim piętrze, to okna moich "dziadków" ze strony ze strony. Jedno z tych okiem patrzało na ulicę i po drugiej jej stronie na żywiciela mieszkańców Żychlina - Zakłady Wytwórcze Maszyn Elektrycznych i Transformatorów, w skrócie EMIT. Po zmianie ustroju polityczno-gospodarczego EMIT-owi udało się przetrwać, ale w szczątkowej formie, ponieważ solidarnościowe władze zastopowały kierunek wschodni dostaw produkowanych w fabryce urządzeń - czyli dawny ZSRR, oraz południowy - Irak, Syria, Libia. 

Mieszkanko naprzeciwko zakładu pozostało w mojej pamięci chyba jako pierwszy świadomie odbierany obraz mojego dzieciństwa - tutaj przechodziłem dosyć ciężko odrę.

Za wczesnego Gierka dziadek z babcią przenieśli się do nowocześniejszego i wygodniejszego mieszkania znajdującego się przy ulicy Hanki Sawickiej. Nie wiem, czy jeszcze istnieje nazwa tej ulicy.

[Aha, nie ma już ulicy Hanki Sawickiej, nazwa była niesłuszna, obecnie nosi miano Inżyniera Zygmunta Okoniewskiego - pewnie jakiś zasłużony dla miasta, ale nie wiem kto to. Przy okazji - źle pamiętałem - ulica Waryńskiego jest bliżej, a ta, na rogu której znajduje się ów kiosk jest pod patronem Marii Konopnickiej - za mojej młodości chyba inaczej ta ulica się nazywała. Jestem ciekaw, czy w ramach walki z ludźmi LGBT Maria Konopnicka się ostanie].


Aleja Kasztanowa to właściwie wydzielony obszar ulicy Gabriela Narutowicza, obszar właściwie zastrzeżony dla szerokiego chodnika z licznymi ławeczkami. Ta Aleja była przeznaczona zarówno dla plotkujących pań w sile wieku (taki ówczesny fejsbuk połączony z messengerem) oraz dla zakochanych. Jeśli para zakochanych życzyła sobie, aby ją widziano i podziwiano "na mieście" spacerowała Aleją Kasztanową; jeśli sobie tego nie życzyła... no, może inna razą odpowiem.


[12.01.2021, Toruń]

11 stycznia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (216 – 217) JAK SIĘ ROBI KASĘ. WALCZMY Z HEJTERAMI.

 216.

Jak się robi szmal na pandemii pokazał już minister szumowski i przyjaciele; jak się nie szanuje wspólnego grosza – wykazał to sasin z kumplami; jak się chce przejąć kasę w bankach, wie o tym Leszek Czarnecki, któremu odcięto prąd od Idei; jak się odbiera ludziom rozum – naszą, podatników kasę daje się kurskiemu na propagandę, który potem rozdaje ją podług pisowskiego widzimisię na byle chłam. Mówi się już bardzo głośno o tym, że morawieckie po to zamykają stoki, hotele, restauracje czy siłownie, aby skłonić ich właścicieli do sprzedaży interesu, który wobec powtarzających się restrykcji zdaje się już być nie do uratowania.

Tadeusz Gołębiewski to ani mój brat ani swat i w normalnych warunkach prawdopodobnie nie stać by mnie było na pomieszkiwanie w jego luksusowych hotelach, ale przecież nie o to chodzi, na tę sprawę należy spojrzeć z pewnej perspektywy, a ta upoważnia mnie do twierdzenia, że pisiory, którzy sami z siebie niczego pożytecznego zrobić nie potrafią, wyciągać pieniądze po nieswoje umieją, och jak umieją. Jeśli więc jeden pisior z drugim kasy na wykup jednego z hotelików Gołębiewskiego nie ma, to poprzez Polski Holding Hotelowy dlaczego nie. Holding to potrafi, a jak nie starczy, to obajtek z orlenu kasę dorzuci, a potem w zarządzie tego czy innych skradzionych pandemicznie biznesów rozgoszczą się pisiory, że hej. Tak coś mi się wydaje, że w interesie dyktatorskiej władzy jest to, aby pandemia trwała w Polsce jak najdłużej, bo wtedy każdy przekręt się wybroni; znów wyjdzie jeden z drugim od sasina i powie, że mamy wszak sytuację nadzwyczajną, więc… kraść można. Nie miejmy więc pretensji do władz, że ze wyszczepianiem nie jest najlepiej. Nie jest, bo im dłużej trwa pandemia, wodzowi wszystkich wodzów się to opłaca – nic marowieckie na tym nie stracą, bo… jakoś nie chce mi się wierzyć w to, że Unia, pomimo łamania prawa przez pisiorów, pieniędzy nie da.

A na koniec… jakże brutalna i sarkastyczna zarazem uwaga… im dłużej trwa pandemia, tym lepiej będzie się wiodło ZUS-owi, albowiem ofiar wirusa oraz tych, którzy odeszli od nas z powodu innych chorób, w tym tych, którzy niejako przez obecność wirusa nie doczekali się skutecznego wyleczenia, bądź też przedłużenia życia (zauważmy, że umierają w głównej mierze ludzie w wieku „poprodukcyjnym”), tych ofiar im więcej, tym mniej kasy do wypłaty jeśli nie na dziś, to za rok dwa – bardziej idealna sytuacja byłaby tylko wtedy, gdy człowiek przechodzący na emeryturę raz dwa odchodzi od nas na zawsze.

I jeszcze jedno. Słyszeliście, co kombinują pisiory wodza i zera? Że odmawiać płacenia mandatu policjantom nie będzie wolno. Co ich tak przypiliło? Otóż sądy, póki co, nie zostały w całości spacyfikowane i umarzają wnioski o ukaranie ludzi pispolicyjnymi i sanepidowskimi mandatami, stąd kochana nasza pispolicja spodziewanych zysków nie posiada. U pisiorów, jak to u pisiorów, absurd goni absurd, a za kasę rodzona matkę by sprzedali.

217.

Jako że jestem stałym bywalcem serwisu spłecznościowego, to obserwuję jakże często to, że i ja sam, i bardzo wielu fejsbukowiczów i innych narażonych jest ja hejt i tak zwane trollowanie. Zauważyłem to już bardzo dawno temu, kiedy jeszcze żyła znana i lubiana przeze mnie blogerka MariaDora. Marii poglądy były lewicowe, więc każdemu opublikowanemu przez nią postowi towarzyszył zajadły hejt z prawej strony, szczególnie od zwolenników korwina-mikkego. W normalnej sytuacji, kiedy ścierają się różne poglądy gospodarcze, społeczne i polityczne, następuje dyskusja w parlamencie, na łamach prasy, w innych mediach i tam obcy naszemu postrzeganiu rzeczywistości pogląd powinien być szanowany. Owszem, czasami należy dać mu odpowiedni odpór, ale w sposób kulturalny, a i merytoryczny. Na kwestie poruszane przez MarięDorę merytorycznych odpowiedzi nie było. Wyzywano ją na różne sposoby (zdaje się, że była jedną z pierwszych „lewaczek” w Polsce), a było tak, że w komentarzach puszczano jakiś bezsensowny jazgot – zlepek kilku liter, bez ładu i składu, oby tylko dokuczyć. Pisałem do Marii wtedy, żeby, jeśli może, usuwała ten chłam, a przynajmniej nie odnosiła się do nich jakimkolwiek wpisem – nie warto.

Minęły lata i znaleźliśmy się w fejsbukowym szaleństwie, a problem hejtowania, trollowania wypowiedzi adwersarzy jedynie narasta. Dominuje sfera polityczna. Znana są przykłady opłacania w poprzedniej kampanii prezydenckiej i parlamentarnej ludzi, którzy mieli zdominować sieć wpisami przeciwnymi rywalom, ba Trampowi udało się nawet w ten sposób zaistnieć jako prezydent USA. Dzisiaj każda, nawet najbardziej neutralna nasza wypowiedź może się spotkać z hejtem. Powstaje pytanie: kim jest taki hejter i jak go rozpoznać.

- hejter, o czym wspomniałem powyżej, jest osobą której zleceniodawca płaci za konkretny wpis, za własny wątek w dyskusji, bądź też włączenie się do dyskusji,

- hejtera takiego bardzo łatwo poznać po tym, że albo nie ma własnej osobowości, zdjęcia czy innych elementów zdradzających jego tożsamość, bądź też pojawił się w sieci zupełnie niedawno – widać, że podjął się roboty trolla za kasę,

- sprytny hejter wkrada się do tworzonych licznie grup pod pozorem chęci uczestniczenia w niej, aż tu nagle wypluwa z siebie jad nienawiści do współuczestników grupy, czyniąc wśród nich zamęt,

- wśród osób trollujących zdarzają się też hejterzy hobbyści, którzy negują wszystko, co popadnie. W tak zwanym realu mamy również do czynienia z takimi ludźmi, którzy zawsze mają swoje zdanie na „nie” - strasznie ciężcy do współżycia,

- hejter zwykle atakuje raz, a porządnie, po czym nie wdaje się w dyskusję; narobił wrzasku i ucieka gdzie pieprz rośnie. Powód? Posługuje się wyuczonym sloganem i nie stać go na podejmowanie dyskusji na argumenty, do której nie jest przygotowany,

- hejter bardzo często korzysta z informacji pobranych od innych hejterów i umieszcza stosowny link, który ma służyć uwiarygodnieniu własnych bzdur. Niejednokrotnie taka niewiarygodna informacja zatacza zatem krąg,

- kolejny typ hejtera ja osobiście wiązałbym z powstaniem ruchu (oj, narażę się, wiem) pana Hołowni – tego rodzaju hejt nazwałbym hejtem w dobrej wierze. O co chodzi? Chodzi o to, że jeśli jesteśmy zwolennikami jakiejś partii, to zależy nam, aby informacja o niej dotarła do jak najszerszego kręgu odbiorców – niby nic strasznego, ale problem ujawnia się wtedy, gdy w odpowiedzi na przekazaną nam informację zadajemy jakieś pytania lub każemy się odnieść do jakiejś wypowiedzi guru owej formacji i… nie znajdujemy oczywiście odpowiedzi. Zamiast tego podsyłane nam są jakieś linki do stron, do dokumentów, które musimy koniecznie przeczytać, bo bez tego nie da rady posiąść mądrości wodza,

- i wreszcie na koniec zostawiłem sobie hejterów, którzy zdają się nie mieć krztyny empatii dla drugiego człowieka, potrafią usprawiedliwiać zbrodnie, gloryfikować faszyzm czy holocaust, kpić sobie z czyjejś choroby lub śmierci, przy czym nie posługują się angielskim czarnym humorem, ale zdają się być takimi ludźmi. Ci są chyba najbardziej niebezpieczni i w normalnych warunkach funkcjonowania państwa demokratycznego ich działanie w pierwszej kolejności winno być ścigane z urzędu.

Jak sobie radzić z trollowaniem, z hejterami?

Z własnego doświadczenia wiem, że jest to trudne. Początkowo próbowałem walczyć poprzez składanie zawiadomień do administratorów fejsbuka. Ze skutkiem 10% to się skończyło, a odpowiedzi administratorów typu, że doceniają zgłoszenie, ale nie widzą nic złego są momentami tak żenujące, jakby rozmawiało się z przedszkolakiem, więc zaniechałem tych prób.

Jedyną, moim zdaniem, skuteczną odpowiedzią na trollowanie i hejt jest blokowanie hejtera bez wdawania się z nim w jakąkolwiek dyskusję. Pamiętajmy, że na takim fejsbuku mamy taką możliwość. Dlaczego jest ona skuteczna, no może nie w 100% ale jednak? Wyobraźmy sobie, że taki hejter wtrąca swoje trzy grosze do dyskusji, sieje zamęt i sto różnych osób wdaje się z nim w dyskusję, upomina go, nierzadko brzydkie słowa kieruje pod jego adresem. Odpowiadając hejterowi, owszem, odreagujemy, ale nie dajemy trollowi nic do myślenia. On, co najwyżej, może co jakiś czas włączyć laptop na konkretnej stronie i pośmiać się z naszych mądrości; on osiągnął cel – totalnie nas wkurzył.

A teraz wyobraźmy sobie, że cała nasza setka rozsądnych osób na dzień dobry blokuje tego pana lub tą panią (to zajmuje góra 5 sekund). Co z celem hejtera? Przepadł. Co więcej – tenże hejter ze swego konta już nam nie zagrozi, bo blokada ma to do siebie, że dotyczy nie tylko jedne trollowskiej wypowiedzi, ale wszystkich. Faktem jest, że hejter może sobie założyć nowe konto, ale to raczej on traci czas, nie my – nam wystarczy 5 sekund, przypominam.

Ludzie dobrej woli, jest nas więcej, spróbujmy!

[11.01.2021, Toruń]

09 stycznia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (211 - 215) IMPULS. BIEL CUKRU. CUKROWY KONIK. SZADŹ. FILM MUZYCZNY ZABIELANY.

 

211.

Impulsem do napisania kolejnych zapisków jest tak mile przyjęty przez ogół obywateli czwartej RP podatek… wróć, bo podatków pis nie podnosi… opłata cukrowa. Ale nie zamierzam pisać współczesne peany na rzecz dzisiejszej władzy „klaskaniem mając obrzękłe prawice” - ta opłata cukrowa, dzięki której amatorzy słodkości radują się, bo mogą od początku nowego roku ubogacać skarb państwa, ta opłata była jedynie impulsem czyli taka malutką iskierką wzniecającą tu pożar wspomnień. Uchylę zatem rąbka tajemnicy – zapiski dotyczyć będą bieli, tej bieli, jaką pamiętają moje oczy.

212.

Całe swoje dzieciństwo i młodość przeżyłem w PRL-u, uwiązanym będąc do cukrowej bieli. Już kiedyś w kawiarence napomknąłem o tym fakcie, ale tym razem opowiem o tym szerzej. A uwiązanie owo wiąże się z tym, że moja rodzina licząc od dziadka ze strony ojca, ojca – mojego imiennika i matki związana była z przemysłem cukrowniczym; najbardziej z ostatnią cukrownią w Dobrzelinie – osadzie, w której się wychowałem, a samej cukrowni udało się liberalnej władzy nie zniszczyć i trwa do dzisiaj.

Tak więc biel cukru towarzyszyła mi od dzieciństwa. Pamiętam przynoszone przez ojca, a wcześniej przez dziadka rozmaite cukrowe grzybki, bałwanki, zwierzątka wszelakie robione przez jakiś pracowników ku uciesze dzieciarni. Zawieszało się te precjoza na choince, a najczęściej były one starannie, acz w ukryciu przed oczami matki wylizywane i odkładane na swoje miejsce na półkę. Miałem też dostęp do gruboziarnistego kryształu, który przydawał się babci do wypieków rogalików z różanym, śliwkowym lub truskawkowym nadzieniem.

Pracujący w cukrowni dostawali też cukrowy deputat, a skoro w za moich najmłodszych czasów pracowali w naszym zakładzie rodzice plus emeryt dziadek, to cukru praktycznie się nie kupowało. Wiele razy – traf chciał, że akurat podczas białej zimy – podjeżdżałem z dziadkiem pod magazyn cukru i zwykle ładowano tam na moje sanki przynajmniej jeden pełny, pięćdziesięciokilogramowy worek cukru.

Gwoli sprawiedliwości cukrownia to nie tylko biel cukru ale i nieco omszała biel mokrych buraczanych wysłodków, szarość suchych i zupełnie pozbawiona bieli melasa – kolejny uboczny produkt cukrowniczy. W tym miejscu mała dygresja – otóż podczas okupacji robiono z tej melasy cukierki; także w stanie wojennym przypomniałem sobie smak melasy w produkowanych podówczas cukierkach. Melasa, ten produkt koloru silnie brązowego o dosyć specyficznym zapachu wykorzystywany był głównie jako składnik pasz treściwych; stosuje się go również do produkcji alkoholu, drożdży spożywczych oraz gliceryny. I jeszcze jedno: na pracowników cukrowni, ich rodziny i dzieci wołano „melasiarze”.

213.

Jak to ja napisałem? „(…) rozmaite cukrowe grzybki, bałwanki, zwierzątka (...)”. Tak mi się skojarzyły te cukrowe przedziwności, że otworzyła się przede mną komórka z pamięcią o utworze śpiewanym przez Marka Grechutę do muzyki skomponowanej przez Jana Kantego Pawluśkiewicza i tekstu Liliany Wiśniowskiej i Andrzeja Nowickiego. Chodzi o utwór „Serce”, a będzie w nim o cukrowym koniku.

Swoją drogą mało jest tak pięknie skonstruowanych w polskiej poezji słów:

Za smutek mój, a pani wdzięk

ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii.

I lekkomyślnie dałem słowo,

że kwiat kwitnie księżycowo, a liście mrą srebrzyście.

Pani zdziwiona mówi: "Cóż, to przecież bukiet zwykłych róż."

Tak, rzeczywiście. Więc cóż Ci dam?

Dam Ci serce szczerozłote.

Dam konika cukrowego.

Weź to serce, wyjdź na drogę.

I nie pytaj się "Dlaczego?"

214.

Jest jeszcze jedna cukrownicza biel, o której chciałem opowiedzieć. Wiąże się ona ze zwaną zimą (zwana zima zapożyczam tę zlepkę słów od Stachury), wodą, śniegiem i mrozem.

Temu kto nie jest w temat cukrowniczy zagłębiony wytłumaczę, że cukrownie mają wiele wspólnego z wodą, gdyż zużywają je podczas kampanii cukrowniczej. Woda niezbędna jest do mycia buraków, transportowania ich na krajalnice, a potem już w samym procesie produkcji cukru, przy czym owa woda to także ciecz niemile pachnąca pochodząca z odparowania wody z samych buraków. Cukrowni potrzebna jest zatem woda i dlatego wokół tych obiektów przemysłowych kopano stawy czy baseny, skąd później wodę tę czerpano. Potrzebne też były zbiorniki na wodę, którą odprowadzano z cukrowni. Ta po myciu buraków trafiała do jednych zbiorników, ta pochodząca z procesów technologicznych przesyłana była kanałami, w których ulegała naturalnemu chłodzeniu, lecz również trafiała do wielkiej chłodni, skąd zasilała zbiorniki. Oczywiście woda stawowa była czysta w odróżnieniu od poprodukcyjnej. Stawy zarybiano i były one przeznaczone wraz z okolicznymi terenami na cele rekreacyjne; zasadowa, o nieprzyjemnym zapachu woda poprodukcyjna stopniowo wyparowywała, zaś z nastaniem wiosny zasadowy, wapienny osad wybierano i wywożono na rolnicze pola o odczynie kwaśnym.

Odbiegłem trochę od bieli… zatem powracam.

Otóż przedzimowy i zimowy krajobraz terenów sąsiadujących z cukrownią (mieszkałem w bezpośrednim sąsiedztwie zakładu) charakteryzował się bielą. Biała była para wodna nad ostojnikami, nad kanałami prowadzącymi ciepłą wodę z zakładu, biała tworząca się z tej pary wodnej mgła, a najpiękniejsza była szadź powstała na nagich, bezlistnych ramionach drzew i krzewów, na szaroburych trawach z powodu zamarzania malutkich kropelek wszędobylskiej mgły.

Każdy z nas widział zapewne taki fenomen zimy, jak przedstawia to zdjęcie poniżej,

ale trzeba wiedzieć, że taki akurat wygląd drzew dla ludzi mieszkających przy cukrowni nie był czymś niezwykłym, by nie powiedzieć był typowym i jakże częstym zjawiskiem, uwielbianym przeze mnie nawet wtedy, gdy zima poskąpiła śniegu.

Oczywiście nie byłoby tych wzrokowych doznań, gdyby zbiorniki wodne, w których sączyła się ciepła woda nie były otoczone krzewami, tudzież wierzbami, olchami, akacjami, leszczyną i innym drzewozbiorem - miała gdzie szadź osiadać, i osiadałaby do dzisiaj, gdyby pewien dyrektor, który z pewnością bieli naturalnej nie znosił, a i estetycznie podupadł na rozumie i zdrowiu, i polecił był w pnie solidne i krucha pniaczki wyciąć tę boską naturę. Poczułem się wtedy jak ci, którzy obserwują wycinkę pięknych drzew w okolicy, na osiedlu mieszkalnym, w parku czy w lesie - poczułem się odłączony od możliwości korzystania z piękna... z bieli.

215.

Może dlatego, na pohybel durniowi z piłą, na pohybel wszystkim plądrownikom przyrody, ja, miłośnik natury i bieli, puszczam sobie ten oto film - niech przynajmniej muzycznie i filmowo się w sercu zabieli.


[09.01.2021, Toruń]

08 stycznia 2021

DWOJE W NOWY ROK

 

Patrzył jak płatki śniegu pokrywają wczorajszą szarość chodnika i nierówność fabrycznej drogi prowadzącej pod same hale i w bok do budynku administracji. Ucieszył się, że może na chwilę przysnąć, a obudzi się tuż przed północą, bo przecież niepodobna, aby nie wystrzeliły w niebo fajerwerki. Pomyślał, że akurat teraz nie ma potrzeby wychodzić na zewnątrz – i tak nikt nie przyjedzie, nie przyjdzie, nie sprawdzi, bo nie od tego jest Sylwester, aby wałęsać się po zakładzie; trzeba iść na jakiś bal lub przynajmniej do rodziny, znajomych, otworzyć tego szampana, potańczyć sobie, a jak kto umie, to i zaśpiewać. Tyle że on do tańca ani śpiewu się nie nadaje: za stary i zniedołężniały, akurat nadający się na stróża pilnującego zakładu produkującego elementy metalowe do budownictwa. Sam poprosił o dwudziestoczterogodzinny dyżur, który zaczął się o siódmej wieczorem i potrwa chyba dłużej, bo jego zmiennik prosił, żeby został jeszcze parę godzin; przyniesie mu za to wyborową – syn przyjechał na święta i nowy rok, przywiózł parę flaszek. Tak sobie myślał o tej butelce dla niego i o śniegu, który zasypywał wszystko wokół, a padał mocno, jednostajnie i prosto na ziemię, bo wiatru nie było wcale.

Zanim zaległ na kanapie, wrzucił dwie szufelki gryzu na ruszt paleniska, nasunął fajerki, postawił na nich wodę na herbatę - niech się zagotuje- potem się położył, ale baranicę zarzucił jedynie na nogi, bo w pakamerze było wystarczająco ciepło. Czuł się wyśmienicie w ramionach snu, w pejzażu zaokiennych igraszek płatków śniegu i potęgującego się ciepła wewnątrz stróżówki; rumieniła się nie tylko płyta żeliwna kuchenki, ale i kwasowa rura łącząca wydech paleniska z kominem. Stosunkowo szybko zasnął, choć nie kontrolował tego; jego piersi falowały łagodnie jak miech wprowadzany wytrwałe w ruch silnymi dłońmi pomocnika kowala. Pomiędzy dwoma oknami pakamery, w samym rogu odmierzał nieubłagany czas zegar z kukułką. Ruski ale dokładny, jeśli nakręcało się go systematycznie o stałej godzinie. Stary nie pozwalał młodszemu zmiennikowi ciągać mechanizmu za szyszki, nie ufał mu do tego stopnia, że będzie w stanie wykonywać tę niezbędną czynność na czas.

Nagle mroczne, acz rozgwieżdżone śnieżynkami opadu niebo przecięła srebrzysta, niemal biała i hałaśliwa jak postrzał z nagana kłusownika pręga wystrzału, która otarłszy się o zenit nieboskłonu przemieniła się w kolorowy pióropusz pawia. Stary zerwał się na równe nogi, spojrzał w okno znajdujące się za biurkiem z widokiem na niezamkniętą na klucz bramkę wejściową i na blokujący wjazd na teren zakładu szlaban, i wtedy dojrzał gasnące tuż nad połacią lasu kiście płomyków. Automatycznie przeniósł wzrok na zegar.

- Jeszcze nie północ, za wcześnie, tak myślałem – powiedział do siebie na głos. - Szczeniaki nie mogą się doczekać.

Do nowego roku brakowało kilku minut.

Józef ogarnął się szybko jak na niego. Poprawił posłanie, zalał wrzątkiem porcelitowy garnuszek z okruchami herbaty madras, włączył radio – grali muzykę taneczną. Przeszedł z herbatą od kuchni do stołu – biurka i zajął miejsce na jednym z dwu krzeseł. Po raz kolejny spojrzał przez okno, tym razem bardziej w dół, ku bramce wejściowej. Zastanowił się widząc wyraźne tropy ludzkich butów na śniegu, który w dalszym ciągu padał i to z większą intensywnością.. Odciski ludzkich stóp odzianych w buty kierowały się w stronę stróżówki, zachodząc ją szerokim łukiem z lewej strony.

- A to ci dopiero – wyszeptał do siebie z pewną dozą niepokoju w głosie.

Wtem otwarły się drzwi, szeroko, głośno, przekrzykując jakąś piosenkarkę, która w międzyczasie pojawiła się w radiowych falach.

- Zdążyłam, sąsiedzie – usłyszał głos wtaczającej się rześko do pakamery kobiety, która natychmiast po przekroczeniu progu otrzepała buty na wycieraczce, po czym zrobiła parę kroków w stronę Józefa i wręczyła mu torbę zawierającą jakieś produkty. - A już myślałam, że będzie kiepsko, ślisko bardzo, Józiu, ale przecież nie mogłam nie przyjść, nie odwiedzić cię.

- Helcia? Nie może być. Nie spodziewałem się. Daj, pomogę ci się rozebrać, jak miło, jak miło.

Córka mówiła: - mamo, weźmiemy cię na Sylwestra, nie będziesz sama, a ja jej, że przyjaciółki do mnie przyjdą, więc niech się nie martwi, ale postanowiłam się udać do ciebie, sąsiedzie, bo tak naprawdę to ty sam i ja sama, a że sam, mówiłeś i jeszcze składałeś mi życzenia noworoczne, to ja sobie pomyślałam, że się odwdzięczę i wpadnę do ciebie i… no mój Boże, wyjmij tę nalewkę z torby, ten placek i pomarańcze, bo niedługo północ… - zerknęła na zegar.

Hela była nie do przegadania, szybka w mowie i ruchach. Już zdjęła z siebie przy pomocy starego palto, zawiesiła je na wieszaku wyjętym z szafy, zaczepiając go o krawędź tejże i razem z Józefem opróżniała przyniesiona torbę. Ten wyjął szklanki, talerze, nóż i łyżeczkę, Hela zrobiła herbaty dla siebie, pokroiła drożdżowy placek, siadła naprzeciwko Józefa, stary odkorkował butelkę z wiśniową nalewką, zalał do musztardówek.

- Nie za wiele, Józiu, toć to na spirytusie, mocne, mnie do posmakowania pod ten nowy roczek – instruowała go podczas napełniania szklaneczek nalewką.

Piosenka pierwszej damy naszej estrady dobiegła końca.

- Ojojoj, jak miło, jak miło, nie spodziewałem się – słownik starego zdawał się być w tych emocjach ograniczony – naprawdę mi miło…

Wzruszył się ten twardy mężczyzna, a jego spojrzenie, którym nieśmiało dotykał oczu Heli było jakieś miękkie i wilgotne.

- Co tam, Józiu? Jest co wspominać! A pamiętasz te nasze pierwsze powojenne spotkanie… na dworcu to było, czekaliśmy na pociąg, który z dziesięć godzin się wtedy spóźnił….

W radiu kobiecy głos. Dosłyszeli go. Odczekali jeszcze dwanaście uderzeń zegara, chwycili w dłonie musztardówki z nalewką…. „- Oby ten nasz nowy, tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty…”

Trzasnęła kanonada, rwąc na strzępy zabielone śniegiem niebo. Race wzbiły się wysoko, wysoko i opadały jedna po drugiej pióropuszem pawim.

Wypili do siebie, wycałowali się w swe szpetne, wyschnięte ale piękne policzki, w bruzdy zmarszczek na szyi i czole. I było naprawdę miło, przytulnie, ciepło i rozmownie, a że rozmowa dotyczyła przeszłości raczej i głównie, to dziwić się temu nie sposób, bo starzy ludzie we wspomnieniach odnajdują siłę, aby z bieżącą doczesnością się mierzyć. I można by sportretować to ich noworoczne spotkanie przy stole, przed oknem na świat w najcudowniejszej barwie niewinności.

- Jak się jeszcze trochę rozgrzeję – powiedziała oddzielając tym samym krainy wspomnień, po których podróżowali – przejdziemy się po tym twoim, Józiu, zakładzie. Zrobimy sobie obchód, dobrze?

Jak miał nie przystać na to; prawda, że co dwie godziny miał obchodzić teraz zakładu i miał to na uwadze, ale żeby razem z nią?

Tymczasem piosenkarz śpiewał o tym, jak to cała sala z nim tańczy.

Nagle telefon. Siedziała bliżej. Podała mu słuchawkę.

Halo?

- Szczęśliwego nowego roku, panie Barańczyk. Co tam u pana? W porządku? Nie dzieje się nic złego?

Poznał po głosie, kto mówi. Odpowiadał rzeczowo, ale tak jakoś jak … zauroczony. Na koniec wymienił się życzeniami. Oddał jej słuchawkę. Położyła na widełkach,

- Sam dyrektor do mnie dzwonił, sam dyrektor, Helciu.

- Szanowany jesteś, Józefie – zauważyła.

W jej ustach zabrzmiało to jak miłosne wyznanie.


... być może to ten piosenkarz śpiewał o tańczącej sali...



[08.01.2021, Toruń]