Horacy

O, CIVES, CIVES, QUERENDA PECÚNIA PRIMUM EST; VTRTUS POST NUMMUM!
rządzącym:
"SURDO FABULAM NARRAS"
do polityków:
НЕТ РЕБЯТА, ВСЕ НЕ ТАК,
ВСЕ НЕ ТАК, РЕБЯТА!

24 maja 2015

TRANSPODRÓŻ (1)

 Na placu przed ratuszem stał stary volkswagen bus. Przedpołudniowe słońce zaglądało jego przez szyby, rozpraszając refleksy rumianych błysków światła.
- W końcu nie trzeba być tak bardzo wymagającym - pomyślał Adam stojąc przy wiekowym aucie wyposażonym w nowe szyby, przez które nie sposób było zobaczyć, co kryje się wewnątrz auta.
Jedynie promienie słoneczne były w stanie przedostać się do środka. parkingowe. Usiadł na ławce zieleńszej niż rodząca się na skwerze wiosenna trawa. Podróżna walizka zdradzała jego plany. Mężczyzna w jego wieku, no, może odrobinę starszy, nie pojawiał się jeszcze w obskurnych, brunatnych drzwiach gospody. Zapewne nie była to obiednia pora i musiał czekać, aż przygotują mu coś ciepłego do jedzenia. Właściwie to przewidywał, że ten człowiek okupuje teraz jedno z miejsc w małomiasteczkowej restauracji, bo gdzież indziej mógłby przebywać. Geometryczne centrum miasteczka ziało nudą i nawet przypadkowi spacerowicze, każdy w zaawansowanym wieku, nie mogli zmienić tego faktu, że znajdował się w niezbyt urokliwej dziurze, gdzie życie nawet przed południem płynie powoli i bezcelowo. Mimo wszystko spodobało mu się tutaj. Bez trudu znalazł pokój na dwie noce z domowym wyżywieniem, do którego dokupił dwie półlitrowe butelki średniej jakości wódki. Kobieta, stara, samotna i niemal bezzębna, okazała się miłym kompanem w opróżnianiu butelek przy czterech posiłkach, jakie mu zaserwowała. Przez dwa dni nie wychodził z mieszkania, wyjąwszy tę wyprawę po alkohol. Jadł, pił, leżał - oto w czym się zatracał. Prawda, czasami czytał, zwłaszcza przed zaśnięciem. Jego myśli przekrzykiwały się wtedy z głośnymi słowami modlitwy, jakie dochodziły z pokoju babci Feli. Bywało, że przerywał czytanie i słuchał litanii albo wierszowanych modlitw powtarzanych dwa lub trzy razy, aż w końcu następowała cisza i wtedy brał buteleczkę, w której jeszcze falował transparentny trunek, szedł do kuchni i wywoływał babcię na uczczenie minionego dnia jednym głębszym. A jakże, przyszła, podstawiła dwa kieliszki i wypili je w największej zgodzie i przyjaźni. Babcia zasypiała niemal natychmiast i jej sen rozpościerał łapska na całe jedenaście godzin. Jego trwał krócej, przerywany wizytami w łazience oraz czytaniem, a czasami też rozmyślaniem, ale wiedział, że myślenie przed sen lub w czasie przerw między jednym a drugim zasypianiem to bardzo niebezpieczna praktyka mogąca prowadzić do niewyspania.
Nie żeby znudziło mu się w miasteczku i w tej uroczej kwaterze wyjętej z przeszłości jak obrazek z kart kalendarza sięgającego daty jego narodzin, lecz w końcu chciał odbyć tę podróż, ostatnią może, a w każdym bądź razie jedną z ostatnich przed ostatecznym rozstaniem. Pożegnał więc tę kobietę niejednoznaczną, w której starości współżyło z sobą umiłowanie słów boskich i ziemskich rozkoszy, dowcipów, wspomnień, czasami rubasznych, przyśpiewek niecnotliwych w czasie konsumowania porcji alkoholu niewspółmiernie licznych do jej wieku. Wyszedł na ulicę, na słoneczne światło przedpołudnia, skierował się na rynek i tam właśnie przykuł jego uwagę pojazd podróżny, nie pierwszej technicznej młodości, choć świetnie utrzymany, z wypolerowanym świeżym lakierem o barwie waniliowego kremu.
Doczekał się wreszcie otwarcia drzwi od gospody. Pojawił się w nich ten człowiek, z wyglądu odrobinę starszy od niego, z brodą, kapeluszem na głowie, żywotny, z gębą rozradowaną, śmiejącą się do siebie. Szedł w stronę auta, kołysząc się na przygrubych, sprężystych nogach, na których dziarsko utrzymywał swoją sylwetkę silnego i, pomimo zauważalnej nadwagi, całkiem przystojną i harmonijnie zbudowaną postać.
- Niech zgadnę, pan artysta - przemówił Adam do przechodzącego obok mężczyzny - powitać, powitać.
Ten, zupełnie nie speszony nieoczekiwanym powitaniem, zbliżył się do wstającego z ławki Adama i wyciągnął ku niemu dłoń na powitanie.
- Pan sobie wyobrazi, że artysta. Profesor Broszek - przestawił się artysta malarz - Mówi to coś panu?
Adam uściskawszy dłoń profesora, zamyślił się przez dłuższą chwilę. A cóż to było za zamyślenie. Potem, kierując swój wzrok na twarz mężczyzny, natężał swoją pamięć tak doskonale, że w końcu odzyskał z niej tę informację, o jaką zabiegał.
- Pana obrazy widziałem w jednej z galerii w stolicy, także w Kazimierzu - przypominał sobie Adam.
- Nie tylko tam, drogi panie, ale rzeczywiście moje płótna krążą po galeriach większych miast, lecz powiem panu szczerze, że nie ma teraz apetytu na sztukę, jaką ja uprawiam.
Stali naprzeciwko siebie, po czym Adam sięgnął po walizkę i wolnym krokiem przemieszczali się w stronę auta.
- Ale przecież coś tam pan sprzedaje - wyraził nadzieję Adam.
- Owszem, lecz powiem panu, że częściej moją sztukę doceniają ci, co kompletnie się na niej nie wyznają. Rozumie pan. Taka nowobogacka moda. Chcieliby czymś ściany wypełnić w salonie, albo nad łożem małżeńskim lub jakim innym, bez błogosławieństwa.
- Tak jakby mecenasi?
- Drogi panie, toż to nic wspólnego nie ma z mecnasowaniem, bo strasznie są niewymagający odnośnie jakości obrazka; wręcz o kiczowata sztukę proszą.
- A pan? Pozwala pan sobie na takie uproszczenia?
- Pozwalam sobie, bo z czegoś żyć trzeba, a w dodatku pozwolić sobie mogę na farby, płótna, na tę podróż, w która się wybrałem, aby móc jeszcze coś sensownego w plenerze namalować.
- Rozumiem teraz - ciągnął Adam - że w pańskim samochodzie pracownia.
- I pracownia, i łóżko do spania, istny bajzel, drogi panie. A pan, że się zapytać raczę, pan zdaje się, też w podróży?
- W podróży, lecz mniej ekskluzywnej niż pana, bo zdanej na łaskę posiadacza środka komunikacji osobistej, którym nie jestem.
Artysta otworzył auto, przychylnie zmierzył wzrokiem Adama i rzekł najzupełniej normalnie, bez wdawania się w problematyczną wymianę myśli:
- Oto więc i zapraszam do siebie. Pomieścimy się.
Pomieścili się, choć kabina nie była tak przestronna jak we współczesnych autach, natomiast siedzenia jak w autobusie - wygodne i nie zniszczone. Adam spojrzał do tyłu: rozkładane łóżko po stronie kierowcy, z wąskim przejście po drugiej stronie; w tyle nagromadzenie bogactw: oprawione płótna, kartony sztaluga i farby. Na leżance z kolei, o czym został poinformowany przez profesora, zapasy żywności w dwóch solidnych, bazarowych torbach oraz walizeczka z odzieżą.
- Pan wie, “dzieci kwiaty” jeździły tym autem. Z Holandii go mam - powiedział artysta zapuszczając pierwszy bieg.
- Dobre auto - pochwalił Adam - widzę, że silniczek pracuje świetnie.
- Drogi panie, odmalowany i po przeróbkach. Syn w branży samochodowej działa i to cacko tak mi przygotował. A przeróbki we wnętrzu konieczne były i specjalnie pod katem moich podróży.
- Syna ma dobry gust i niezły z niego fachowiec - stwierdził Adam.
- On, panie kolego, od wczesnej młodości zdradzał mechaniczne zainteresowania. Nie powiem, artystyczne zdolności posiada; nawet początkowo go zachęcałem do tego, aby poszedł w ojca ślady, ale motywacji nie miał. Czasami rysuneczki węglem porobi, czasem jaką akwarelę z nudów spłodzi, ale żeby miało to być jego zajęcie, co to, to nie.
- Skoro jednak artystyczna dusza ciągnie go do samochodów… to może i lepiej.
- Też tak myślę i nie zabiegam o to, aby branżę zmienił. Nie ma sensu niczego na siłę robić.
- O, tak, nie ma sensu. A pan teraz w plener?
- W plener przyjacielu. Tu i tam czekają na mnie, a zobowiązania mam dziwne czasami; także tym razem… ale co też tam pana może to obchodzić. Będzie panu po drodze ze mną?
- Mnie zawsze po drodze, zwłaszcza w tej ostatniej…
- Jest aż tak źle?
- Aż tak…
- W takim razie zanim dojdzie pan do porozumienia z sobą, spróbuje panu potowarzyszyć.
- Pan mnie, czy ja panu?
- Z tego wynika, że ja panu – profesor roześmiał się serdecznie i docisnął do podłogi pedał gazu – a może spróbujemy coś wynegocjować? Mam nadzieję, że jeszcze jest czas.
- Coraz mniej mi go zostało, profesorze, ale skoro będzie się pan upierał, pomówimy. Całkiem przyjemnie mi się z panem rozmawia.
- Przez grzeczność nie zaprzeczę, że i z panem również, lecz teraz, jeśli pan pozwoli, przyspieszę naszą podróż, bo czeka mnie zadanie, jakiego wcześniej nigdy się nie podejmowałem… a pan mi obieca, że nie zrobi przez ten czas niczego, co mogłoby przerwać naszą dyskusję, która dopiero się zawiązuje.
- Nie są to wymagania przekraczające moje możliwości – stwierdził Adam – ale musi pan wiedzieć, że ze mną nie tak łatwo.
- Spodziewam się solidnej wymiany poglądów.
Wnet zamilkli i jedynie przyjazny, metaliczny warkot silnika starego busa uprzyjemniał im czas podróży do pewnej miejscowości, w której na artystę czekano z ogromnym zniecierpliwieniem.

23 maja 2015

ŻULIK (fragment)

Żulik stanowczo za dużo pije. Mało powiedziane – alkohol stratował mu życie, przejechał się jak walcem po jego talentach, bystrości i inteligencji. Żulik od lat żyje z dnia na dzień, można powiedzieć: egzystuje bez sensu, trawi czas, którego coraz mniej zostało. Pozostała mu ta fascynująca gościnność, swego rodzaju spontaniczna chęć dzielenia się tym, co ma, a że posiada niewiele, więc tylko i aż swoje serce dzieli na czworo i rozdaje.
Tak jakby przewidział: zakupił dwie zgrzewki najtańszego piwa, dwa kilogramy najtańszej kiełbasy, ogórki kwaszone, prosto z beczki (sam wybierał) i cebulę. Włączył telewizor i rozsiadł się w fotelu, wystrzelił pierwszym puszkowym piwem – łyk na ochłodę, potem drugi, aby nie drżały dłonie. Przegryzł ogórkiem. Dołączył do tego pętko przygrzanej na patelni kiełbasy  z cebulką – żyć nie umierać.
Nie bez trudu odnalazłem miejsce, w którym Żulik tak nędznie przepędza swój czas. Same z tego facecje. Od krańcówki autobusowej droga daleka przez zdziczałe pola i nie mniej skotłowany las. Docieram w końcu do tej przygranicznej wioski oddalonej, i słusznie, od głównego szlaku komunikacji, bo jest to wioska zapyziała, w której pozostali przede wszystkim ci, którzy nie mają ochoty, sił ani zdrowia wynieść się stąd byle gdzie, aby pozwolić ruinom skonać, aby to, co ruiną jeszcze nie jest, doprowadzić samoistnie na skraj rozpaczy. I pomyśleć, że tam dożywa w samotności swoich dni on – światowiec, elegant, dusza towarzystwa, złota rączka, kombinator nad kombinatory, rozpustnik nie byle jaki, rzucający niegdyś nieodparty urok na kobiety. Dzisiaj to pospolity pijaczek żyjący z dorywczej pracy: jakaś glazura, tynki, malowanie, hydraulika – ma do tego smykałkę i do pierwszej butelki piwa, do pierwszej szklanki wódki potrafi ze zmysłem dokonywać cudów. Otrzymane wynagrodzenie zamienia na szalony płyn, papierosy i byle jakie żarcie; w miarę starzenia się jego potrzeby się kurczą. A przecież pod zapadłą już piersią telepie w nim jeszcze serce niesprzedajne; a przecież pół świata uchyliłby temu, kto w potrzebie do drzwi jego zakołacze.
Tak i ja błądzę po rumowisku, wśród rozsypujących się chałup, po drodze z wyżartym przez czas asfaltem; napotykam suchutkie starowinki i zmurszałych wiekiem starców, gromadę dzieciaków i tych, co przy jedynym w wiosce sklepie żłopią specjalnie dla nich produkowane sikacze. Pytam o Żulika. A jakże, każdy zna, każdy wie, że Żulik tuż przy granicy zdobył dla siebie ostatni domek, taką ruinę z cegieł, przez lata szabrowaną, ale odnowił pięknie, najpierw dla kobiety, a gdy ta puściła go kantem (słusznie, bo przepijał, co zarobił), sam pozostał jak ten straceniec. Dziś rzadko do wsi zagląda, tyle że do sklepu zachodzi, sprawunki robi i wraca do swojej pustelni, a jak pieniędzy zabraknie, do miasta piechotą zasuwa i, co ciekawe, zawsze jaką robotę znajdzie.
Tak mówili.
Gdzie ciebie na koniec świata poniosło? Gdzie?
Poznałem ten dom – mizernie niewielki, lecz odnowiony, otynkowany; nawet okna z plastyku, jak nowe. Kołaczę więc, pukam, naciskam na klamkę. Słyszę kroki, zamaszyste przesuwanie stóp ubranych w pantofle. Potem: - Ki diabeł? Wreszcie przekręcił klucz w zamku.
Stajemy twarzą w twarz.
- Ćma? Niech mnie kule biją. To ty?
Jak boga kocham, że dosłownie pozwoliłem sobie wpaść w jego ramiona. Tak mnie ścisnął. Tak ścisnął, aż plecak zwalił się na próg.
- Bracie!!! – rewanżuję się powitaniem – przyjmiesz mnie na dzień, dwa?
- Zostań i na rok cały.
Obejmujemy się, ściskamy. Wprowadza mnie do środka i przymusza do zajęcia miejsca w fotelu tuż obok swojego. Nie czekając podaje mi piwo; coś tam wykrzykuje, co pewnie jest toastem, bo stuka się ze mną. Całujemy się, a głowę podłożyłbym pod topór, że jego oczy szklą się słonymi kroplami łez, a kiedy mężczyzna zaczyna płakać, ech, wiecie jak to jest.
Żulik i Ćma, bracia po siostrzanych matkach. Ileśmy się nie widzieli? Pewnie na dziadka pogrzebie, a wcześniej na jego weselu, gdy jeszcze próbował żyć inaczej, ale szczęście go opuściło. Prawda, sam też nie pomógł szczęściu, ale prawda jest też taka, że po tym krótkim małżeńskim błogostanie zaczął pić; zaczął pić, bo kobieta, którą kochał nagle zmieniła zdanie, nagle uległa presji dobrego domu, z jakiego pochodziła. Wyrzuciła go precz, nie pozwalając nacieszyć się ojcostwem, nienawidziła go nawet wtedy, gdy przychodził pod jej dom z płaczem, z wołaniem, z pragnieniem rozmowy, bo przecież wciąż ją kochał, lecz szlag trafił tę miłość i topił o niej pamięć w alkoholu, a ten o mało co nie doprowadził go zadania sobie śmierci. Minęło. Uciekło. Chroń nas, Boże, od takich doświadczeń.
Ale teraz jesteśmy razem i nie ma sensu złorzeczyć losowi. Już lepiej odzyskać dawno utracone dni, którym daleko było do dzisiejszych niepowodzeń, jakie obu nas spotkały, drwiąc sobie z naszych szlachetnych planów.
Tymczasem rozglądam się po jego mieszkaniu i czerpię z tego radość, widząc, jak wiele włożył w nie pracy, jak dopracował każdy szczegół, aby z rozwalonego domku uczynić wygodne mieszkanko.
- Tak sobie myślę, Ćma… dobrze, ze przyjechałeś, bo może ostatni raz już się widzimy – zebrało mu się na nostalgię.
- Żulik, dopominam się, abyś tak nie mówił. Jestem o cały miesiąc starszy od ciebie, a więc, skoro ty zbierasz się na pożegnanie, to i ja powinienem godzić się ze światem.
- Twoje życie jest szlachetniejsze – mówi nagle, a po mnie jak po zmokłej kurze spływa złość.
- Mylisz się bracie. I mnie dopadło to zniechęcenie. Próbuję się tylko trzymać w garści i tobie to radzę.
- Jeśli nie ma dla kogo żyć, to po co się męczyć. Ćma, przecież ja wiem, że alkohol zmarnował mi życie, że ja już bez niego nie mogę… nie mogę się oszukiwać, zwłaszcza przed tobą nie mogę skrywać tego, co przed innymi staram się kamuflować. Ale przed tobą nie chcę.
- Próbowałeś się leczyć? – pytam naiwnie, wiedząc, co mi odpowie i jak mogłem przypuszczać odpowiada, że nie ma sensu się leczyć dla samego leczenia, dla samego siebie.
- Słuchaj, Ćma, ja wiele nie potrzebuję. Jest okazja – zarabiam; zarobię – idę w tango, teraz już sam ze sobą piję, mniej niż dawniej, bo serce odradza, po prostu w pewnym momencie stwierdzam, że mam dość, że nie mogę wypić tyle co dawniej. Potem wszystko wraca do normy.
Przypomniałem sobie, co mówili mi we wsi przed sklepem. Wszystko się zgadza; nie trzeba wielkiej filozofii na to, aby wytłumaczyć, co Żulika dręczy i dlaczego.
- Żulik, a ty przecież wiesz, że gdybyśmy się tak wzięli obaj do roboty, wzięli, jak to się mówi, w garść, to dokonalibyśmy wiele. Wiesz o tym?
- Wiem, Ćma, ale postaw na mnie kreskę. Nie mam na nic ochoty.
- Nie masz?
- Powiem ci tak: gdyby się nawet tak stało, gdyby się polepszyło i przestałbym żłopać wódę, może wtedy chodziłbym na dziwki, bo ja wiem, zacząłbym z hazardem, karty, no rozumiesz…
- Nie bracie, nie pozwoliłbym ci na to. Odwalamy kawał dobrej roboty i jedziemy na wycieczkę, albo kopiemy ogródek, stawiamy ule, szklarnię, bo ja wiem co jeszcze. Pamiętasz, ile było w tobie energii? Jak zawsze pchałeś mnie do zajęcia się czymś ciekawym? Inspirowałeś mnie.
- Może masz rację, ale ja już dałem sobie luz. Wiesz, ja już nawet nie wspominam dawnych czasów.
- A ja wspominam i cholera mnie bierze, jak mogłeś w tak łatwy sposób zmarnować sobie życie.
- A czy opuściła cię kiedyś kobieta którą kochałeś i dałbyś się za nią pokrajać na kawałki? A czy masz córkę, która widząc ciebie przechodzi na drugą stronę ulicy? Ćma, co ty możesz wiedzieć? 
(...)
(19.04.2015 we Włoszech)

22 maja 2015

POGARDA Z WZAJEMNOŚCIĄ

Tego wpisu miało nie być. Zdegustowany, zdeprawowany i zniesmaczony tym, co się dzieje w kraju, nie tylko w związku z wyborami, wolałbym nie podążać politycznym, cuchnącym  rynsztokiem, tym Hyde Parkiem stworzonym przy zręcznej manipulacji mediów, aby do reszty ogłupić tych, którzy ogłupiać się dają.
A jednak to wszystko, co ma miejsce podczas kończącej się kampanii wyborczej, ta słowna agresja, ta pogarda prezydenta „wszystkich Polaków”, ta klakierska sitwa wokół niego, ta obłuda i fałsz, ta hipokryzja zmuszają mnie do zabrania głosu po raz kolejny.
Zacznę od „Sowy i przyjaciół”, gdzie w beztroskich rozmowach, uciesznych i swawolnych obecna posłanka do parlamentu Europejskiego z listy Platformy Obywatelskiej, urządza sobie hucpę, odkrywając prawdziwą twarz tej rządzącej od wielu lat formacji politycznej.
Bieńkowska, bo o niej mowa, nieświadoma tego, że jest podsłuchiwana, w rozmowie z Wojtunikiem, szefem CBA pozwala sobie na godną podziwu szczerość, która w konfrontacji z oficjalnymi wypowiedziami tej pani, platformianego rządu i prezydenta przedstawia jedynie potwierdza moje przypuszczenia, że Platforma Obywatelska jest partią zdegenerowaną moralnie, gardzącą ludźmi a wszelkie informacje o tym, że rządy PO służą Polsce, należy pomiędzy bajki włożyć. 
W szczerej, jak wspomniałem powyżej, rozmowie Bieńkowska powiada między innymi: „Zadzwoniłam do Włodka, czy skończyły się sprawy górnicze, przy których szarpią nam, mieszają… Ponieważ nie chcę się nimi zajmować, a chcę, bo mieszkam, i chciałabym, żeby jakoś tam szło, ale było wczoraj spotkanie i Włodek mówi „Skończyliśmy, ale siedzimy jeszcze w ministerstwie”. A ja pomyślałam, kurde, może i pojechałam do tego ministerstwa, a tam normalnie siedzą i piją w ogóle wódkę (śmiech) cztery osoby i skończyłam z nimi ten dzień świąteczny… Mówię ci, żenada z tym całym górnictwem i z tą gospodarką, po prostu takie zaniedbania… Prawda jest taka, że właściciel, czyli Ministerstwo Gospodarki, generalnie w dupie miało całe górnictwo przez całe siedem lat. Były pieniądze, a oni, wiesz, pili, lulki palili, swoich ludzi poobstawiali, sam wiesz, ile zarabiali i nagle pierdyknęło.”
Godna podziwu szczerość. Prawdopodobnie również przy wódzie (nie tej samej, bo ta wychlana) Ministerstwo Gospodarki albo ktoś tam, co przy kielichu siedział decydują, które kopalnie zrestrukturyzować (czytaj: zlikwidować) i potem przedstawić na forum UE nasz, polski wkład w zmniejszanie ilości emitowanych gazów cieplarnianych. Nie przeszkadzało to Bieńkowskiej świetnie się bawić podczas górniczego święta i wygłaszać chwalebne peany na cześć górniczej braci. Ciekawe, czy przy wódzie toczą się dysputy okołobudżetowe, czy używany jest nieskażony spirytus w dyskursach o stanie polskiej edukacji, kulturze, służbie zdrowia czy polityce zagranicznej.
W innym miejscu rozbawiona europosłanka ubolewa nad jedną panią, która jest wykładowcą w szkole wyższej i zarabia marne 6 tysięcy.
„Bieńkowska: Tak, dokładnie tak. Mówi: i wiesz ile mi w zimie zostawało, jak dochodziło za ogrzewanie, tam wiesz tego...
Wojtunik: A dzieci tam jeszcze do jakiejś szkoły...
Bieńkowska: Mówi: ja dostawałam pensji 6 tys. 6 tys. zł! No rozumiesz to?
Wojtunik: Nie, nie...B: No albo złodziej, albo idiota. To jest niemożliwe tak? Żeby ktoś za tyle pracował. Ona mówi, że jej koledzy z uczelni to w ogóle się w głowę pukają, bo nie wierzą. Jak uwierzą, to się w głowę pukają – co ona tu jeszcze robi?!”
Dla Bieńkowskiej, której obecne zarobki to wielokrotność cytowanej sumy, na wynagrodzenie w wysokości sześciu tysięcy może sobie pozwolić głupiec. Aż chciałoby się wiedzieć, kim dla europosłanki jest osoba dostająca na rękę tysiąc trzysta.
Według mnie, z ta szczerością Bieńkowska wylewa pogardę dla ludzi, która spływa po niej jak po foce i pewnie tak samo jak powodziowa fala na Wiśle, prędzej czy później, o czy z kolei przypomina prezydent Komorowski, dotrze do Bałtyku.
Pogarda dla ludzi, ich statusu materialnego, nie przeszkodziła Bińkowskiej uzyskać mandat europosłanki dzięki ludziom, powiedzmy sobie szczerze, dzięki ludziom, którzy afirmują jej poglądy, którzy gardzą człowiekiem. Bo w jaki inny sposób to wytłumaczyć?
Komorowski ubiegający się o reelekcję reprezentuje sobą właśnie tych ludzi, dobrze sytuowanych, którym się powiodło i którzy będą bronić za wszelką cenę swoich praw i przywilejów kosztem, nie ukrywajmy tego, ludzi, którzy na nich pracują. 
Komorowski, podobnie jak Bieńkowska wykazuje się kompletna ignorancją, kiedy na pytanie „postawionego” człowieka o możliwość zakupu mieszkania, gdy zarabia się dwa tysiące złotych, sugeruje, aby taka osoba zmieniła prace i zaciągnęła kredyt. Komorowski zapomina, że siostra „podstawionego” interlokutora nie jest członkiem PO, a więc za wyższą kasę, nie jest jej tak łatwo, jak Bieńkowskiej.
Głuchy i niewidomy w jednym spostrzegłby tę cudowną odmianę Komorowskiego po pierwszej turze wyborów, kiedy to ignorujący dotąd wszelkie inicjatywy referendalne prezydent nagle ogłasza referendum, kiedy składając swój podpis pod ustawą zmieniającą na niekorzyść pracowników czas pracy potrzebny do uzyskania praw emerytalnych, nagle zmienia swoje poglądy na korzystniejsze dla ludzi.
Prezydent, nadzwyczaj agresywny wobec swego konkurenta w drugiej turze, wspina się na Himalaje obłudy, kreując się na polityka porozumienia i zgody, którym nie jest, dysponuje sztabem zawołanych klakierów-politykierów, którzy, podobnie jak on nie chcą żadnych zmian w państwie, bo koryto jest tylko jedno – dla uprzywilejowanych.
Nie wiem, kto zostanie kolejnym prezydentem naszego kraju. Wiem jednak to, że każdy głos oddany na Komorowskiego to głos poparcia dla nieuczciwości, bufonady, fałszu i hipokryzji, to głos afirmujący podmiatane pod dywan afery, poszerzającą się w geometrycznej skali przepaść pomiędzy bogatymi a biednymi, to głos ludzi, którzy aprobują umowy „śmieciowe” i płacę 1-3 złotych za godzinę, to świadomie oddany głos akceptujący pogardę dla ludzi o poglądach innych niż te, prezentowane przez komercyjne, sprzyjające władzy media. 
W pewnych kwestiach niezwykle trudno zachować kompromis, jak i też nie do przyjęcia jest, według mnie, głosowanie na „mniejsze zło”. Albo głosujemy na konkretnego kandydata, świadomi tego, że nie podzielamy w całości jego poglądów, albo też nie głosujemy wcale i pozostając w zgodzie z naszym sumieniem, czekamy na kandydata, który będzie w stanie spełnić nasze marzenia, ambicje, zapatrywania.   

21 maja 2015

JURGA I JEJ OŻYWIONE POSTACI

Jurga Martin, Litwinka z pochodzenia, zamieszkała i tworząca we Francji to rzeźbiarka niezwykła i fascynująca. W sobie tylko wiadomy sposób potrafi tchnąć życie w tworzone przez siebie postaci - najczęściej dziecięce, dziewczęta. Jej rzeźby nie tylko żyją, ale i odczuwają; mają swoje pragnienia, marzenia, oddychają i poruszają się, są uśmiechnięte, zatroskane i senne. Rozmarzone oczy, wpatrzone w nieokreśloną przestrzeń nad i poniżej zasięgu wzroku, otwarte ze zdumienia zdumienia usta, chropowata, nadrealistyczna skóra, otwarte lub ściągnięte ku sobie ramiona, melancholiczny grymas twarzy to najbardziej charakterystyczne elementy postaci przywoływanych do życia przez Jurgę... ale dość słów.


Jurga Martin - Bambino - sculture

by Jurga I LOVE this!

Jurga sculpture

Więcej zdjęć w zakładce OBRAZY "PIN"

20 maja 2015

PROWINCJA - fragment: ROKOKO SKARŁOWACIAŁE

- A ty, chłopaczku, co tutaj robisz?
- Podanie przyniosłem.
Strzępy rozmowy toczyły się na schodach licealnego budynku.
- A ktoś ty? Jak się nazywasz?
Odpowiedziałem.
- A mama jak się nazywa z domu?
- Kaczmarkowska.
- A, to dobrze. Już ja się tobą zaopiekuję. Harcerz?
Zastanowiłem się. Na koniec języka przypełzło kłamstwo, lecz z niego nie skorzystałem, słysząc jak ktoś z góry przywołuje mojego rozmówcę, tytułując go mianem „profesor”. Przemknęło mi przez myśl, że w obecności profesora nie wypada kłamać.
- Nie jestem harcerzem – odpowiedziałem.
- To źle, chłopcze, to źle, ale my cię tutaj do harcerstwa przysposobimy. Nie będziesz wyglądał jak to rokoko skarłowaciałe.
Tak, to był mój protektor, jeden z tych belfrów, który nauczał jeszcze moja matkę, zapalczywy geograf, korpulentny, niewysoki, zawsze starannie ogolony, z przyjaznym wzrokiem i, jak się później okazało, udawaną złością na twarzy wyrażającą się w jej mimice, grze całego ciała i energicznych gestach, bo pan profesor Popielawski był wielkim afirmantem młodzieży, a w szkole, poza zwykłymi obowiązkami, jakie wykonywał, przyuczał niesforną, a czasami też zalęknioną uczniowską gawiedź do bycia społecznie aktywnym i użytecznym.
Zaraz też po powrocie do domu opowiedziałem matce o tym spotkaniu. Ucieszyło ją, że Popielawski jeszcze ja pamięta i obiecał pomóc w zajęciu się mną, nieokrzesanym prowincjuszem, który odbył nauki w zaściankowej wiejskiej, elementarnej szkole, której gdzie tam było do podstawowych uczelni miasteczka stojącego wszakże w tej prowincjonalnej skali o schodek wyżej.
Protekcja, o której wcześniej była mowa, nie dotyczyła czysto edukacyjnej strony moich starań o podtrzymanie rodzinnych tradycji w przedmiocie nabycia średniego wykształcenia. Moje podstawowe świadectwo, aczkolwiek nie bez matematyczno-chemicznych rys w ocenach, przedstawiało się zgoła sympatycznie, co w końcu poskutkowało przyjęciem mnie do klasy B (A zarezerwowana była dla zaciętych, zagorzałych matematyków). A klas było cztery, co w sumie dawało wcale pokaźną studwudziestoosobową gromadkę nieopierzonych pierwszo-roczniaków.
Protekcja, że jeszcze raz powrócę do tego wieloznacznie brzmiącego słowa, miała zadanie oswoić mnie z przebywaniem w nowym, nieznanym mi otoczeniu, zważywszy na przekonanie moich bliskich i mnie samego, że jestem jednostką cokolwiek skrytą i nieśmiałą.
I takim pozostałem przez spory szmat czasu, i żadna protekcja nie była w stanie mnie zmienić. A jakże, zmieniałem się, oswajałem, dopasowywałem się do rówieśników i wpływ na to miała atmosfera serdeczności, jaka rozpanoszyła się po słynnym prowincjonalnym liceum, która, co ciekawe, obejmowała również, a może przede wszystkim profesorskie grono. Cóż z tego, że matematyk, gdy pojawiał się w klasie w ciemnym garniturze chętniej przepytywał, zapominając o tym, że w skali ocen istnieją czwórki i piątki; cóż z tego, że profesorka z biologii wymagała znajomości materiału, nad którym studenckie oczy pogrążyłyby się w łzach rozpaczy; cóż z tego, że pedantyczny fizyk nie dość, że pilnował absolutnej zgodności naszych wypowiedzi z formułami, którymi okraszał własny wykład, to jeszcze ingerował w każdy przecinek naszych notatkach, a nadto wymagał kaligraficznego odtwarzania definicji i wzorów. Stopniowo dostosowywałem się wraz z innymi do specyficznych wymagań profesorów, bo też innego nie było wyjścia, a prawdę mówiąc nie było czasu na młodzieńczy bunt.
Dzięki Popielawskiemu stałem się, nie bez oporów, harcerzem, przy czym moja społeczna służba ograniczała się do reprezentowania mundurkiem szkoły podczas świąt państwowych, pełnienia warty przy grobach żołnierskich i udziale w nielicznych niestety majówkach, tudzież innych wyjazdach na łono natury. Skaperowany natomiast zostałem przez panią profesor od polskiego na polonistyczne kółko, gdzie między innymi zajmowałem się recytowaniem wierszy oraz wciskano mi do głowy sentencje łacińskie, a mój wychowawca, muzyk z powołania, daremnie namawiał mnie do gimnastyki ciała w szkolnym zespole pieśni i tańca; daremnie, bo przecież ja miałem tenis, uprawiany na trawiastym podwórku rodzimego Wimbledonu i nawet nieźle mi wychodził forhend.
- Chłopaczku, jesteś harcerzem, czy nie? – odezwał się razu pewnego Popielawski.
- Pewnie, że jestem, panie profesorze.
- No to ci powiem, że przez ten tydzień chcę cię widzieć po lekcjach. Wiesz, że budujemy stołówkę.
- Wiem, panie profesorze, ale ja dojeżdżam…
- I co, będziesz gnił w domu, jak jakie rokoko skarłowaciałe, kiedy ważne rzeczy dzieją się w naszej szkole? Załatwię, że przez ten tydzień nie będą cię pytać… no co, zgadzasz się. Wiesz, chłopaczku, że stołówka w szkole to bardzo ważna rzecz. Sam przyjdziesz na obiadek, bo co, mama z tata w pracy, nie jest tak?
Przyznałem mu rację i jeszcze tego samego dnia robiłem za juczne zwierzę rozładowując przyczepę cegieł i rozrabiając cementową zaprawę.
Obiadów na stołówce nie jadłem, ale drugie śniadanie jak najbardziej. Gorące mleko i dwie bułki z masłem i dżemem przypomniały mi szczenięce lata.
Popielawski miał czasami dyżur na stołówce i z jakąś trudną do zrozumienia i opisania pasją przechodził pomiędzy stolikami, kiwał głową i uśmiechał się do uczniaków rozbrajająco.
- A pan, profesorze, dlaczego nie je? Mleko jest świetne, a niektórzy wsypują w nie kakao albo kawę – zapytałem kiedyś.
- Chłopaczku, ja mam swoje lata i nie mogę pić mleka. Trzustka i wątroba odmawiają posłuszeństwa – odpowiedział wzruszając ramionami – ale ty pij, pij jak najwięcej mleka, to zdrowie. Nie będziesz wyglądał jak to rokoko skarłowaciałe. 

19 maja 2015

PROSTE SŁOWA POETY


Po końcu świata
po śmierci
znalazłem się w środku życia
stwarzałem siebie
budowałem życie
ludzi zwierzęta krajobrazy

to jest stół mówiłem
to jest stół 
na stole leży chleb nóż
nóż służy do krajania chleba
chlebem karmią się ludzie

człowieka trzeba kochać
uczyłem się w nocy w dzień
co trzeba kochać
odpowiadałem człowieka

to jest okno mówiłem
to jest okno
za oknem jest ogród
w ogrodzie widzę jabłonkę
jabłonka kwitnie
kwiaty opadają
zawiązują się owoce
dojrzewają

mój ojciec zrywa jabłko
ten człowiek który zrywa jabłko
to mój ojciec
(...)
to jest człowiek
to jest drzewo to jest chleb

ludzie karmią się aby żyć
powtarzałem sobie
życie ludzkie jest ważne
życie ludzkie ma wielką wagę
wartość życia 
przewyższa wartość wszystkich przedmiotów
które stworzył człowiek
człowiek jest wielkim skarbem
powtarzałem uparcie"*
(...)

i jeszcze to...

(...)
"A jak nam się urodzi 
ten chłopiec to mu powiem
tu jest światło tu ciemność
tu jest prawda tu fałsz
tu strona lewa tu prawa

i będzie żył w jasności" **

Esencja człowieczeństwa w poezji Tadeusza Różewicza. Poeta jako człowiek wypowiadający i powtarzający najzwyklejsze prawdy o człowieku, prawdy których nie dostrzegamy. Poeta tworzący na nowo świat zbudowany z podstawowych wartości. Poeta starający się powiedzieć, co jest najważniejsze i ustalić hierarchię wartości. Poeta - skromny drogowskaz, budzik otwierający oczy ludziom zaspane oczy. Poeta, który mówi: "Noc coraz głębsza. Na niebie chmury i czarne, wydłużone topole. Słychać szum. Okna wygasają, ludzie kładą się spać. Nie chcę spać. Boję się snu. Człowiek powinien teraz bez przerwy żyć, siedzieć z otwartymi oczami i myśleć."***
Bardzo... bardzo bliskie mi słowa.

* fragment wiersza Tadeusza Różewicza "W środku życia"
** końcowy fragment wiersza Tadeusza Różewicza "Będzie żył w jasności"
*** fragment prozy Tadeusza Różewicza "Nowa szkoła filozoficzna, cz.II"

18 maja 2015

WYBORCZO

Od pewnego czasu nie biorę udziału we wszelkich wyborach, zdegustowany brakiem klasy polityków ze wszystkich opcji udzielających się parlamentarnie i medialnie. Według mnie obecnie prowadzona polityka, czy to z ław rządowych, parlamentarnych czy opozycyjnych jest w gruncie rzeczy niczym innym jak dążeniem do zdobycia lub zachowania władzy, która w sposób bezpośredni prowadzi do powiększenia stanu posiadania tych, którzy w polityce brylują, ich rodzin, „ciotków”, pociotków, kumpli i znajomych, co musi zniechęcać.
Nie wrzucam kartki do urny wyborczej również z tego powodu, że w ostatnim okresie czasu rzeczywisty wybór zwężony jest do oddania głosu na dwie, zaciekle zwalczające się partie, które w swym zacietrzewieniu przypominają sobie o społeczeństwie w czasie kampanii wyborczej, po czy realizują swoje partykularne interesy partyjne.
Nie głosuję, bo nie znoszę chamstwa i obłudy, a tego od polityków można się nauczyć najszybciej i dopóki wśród potencjalnych kandydatów na posłów i senatorów znajdować się będą tacy ludzie jak Niesiołowski, Szenfeld, Kopacz, Palikot, Macierewicz, Pawłowicz, Balcerowicz, Cimoszewicz i wielu, wielu innych, będę korzystał ze swojego prawa nieuczestniczenia w cyrku jaki proponują.
Nie oddaję swego głosu, bo nigdy nie można mieć pewności, czy kandydat na parlamentarzystę lub radnego nie uczyni nagłej wolty, koniunkturalnie zmieniając swoje poglądy, aby dołączyć się do ugrupowania, które oferuje lepsze warunki i możliwości pełnienia dobrze opłacanej funkcji publicznej.
Nie chodzę na wybory, bo nie interesuje mnie głosowanie przeciw jakiemuś kandydatowi, czyli wybór mniejszego zła. Uczestnictwo w wyborach z taka motywacją pozbawiłoby mnie elementarnej uczciwości w stosunku do siebie. 
Moje poglądy są lewicowe, a więc trudno wymagać abym oddawał z przekonaniem swój głos na kandydatów, których światopogląd jest odmienny, a tak się złożyło, że obecnie nie ma na listach wyborczych klasycznych kandydatów lewicowych, a ci, którzy nazywają się lewicą, są nią w wyborczych hasłach na czas trwania kampanii.
Nie głosuję, bo moje poglądy w kwestii polityki zagranicznej znakomicie różnią się od poglądów zdecydowanej większości polityków bez podziału na orientacje i wyznawane ideologie.
Nie głosuję, albowiem mój głos może się w pewnych okolicznościach przydać kandydatowi, przy którego nazwisku postawię krzyżyk, natomiast nie ma on absolutnie żadnego wpływu na moje osobiste życie, na pracę, na to, czy będę lepszy dostęp do służby zdrowia, słowem na to, czy subiektywnie będę szczęśliwszy.
Wszystko to, co napisałem powyżej, sprowadza się do dwóch stwierdzeń:
a) tak naprawdę to zgodnie z własnym sumieniem nie mam na kogo głosować,
b) jestem do bólu antysystemowy.
Nie brałem udziału w pierwszej turze wyborów prezydenckich (choć miałem ku temu sposobność) i w drugiej turze też nie zagłosuję (tym razem będę fizycznie nieobecny w kraju).
Zapewne gdybym sprzeniewierzył się własnym poglądom i zapadł na amnezję jeśli chodzi o te wszystkie wymienione przyczyny, dla których nie głosuję, oddałbym głos na pana Kukiza, którego poglądów w całości nie podzielam, lecz stał się on dla mnie symbolem walki z systemem, który, najkrócej mówiąc, nie szanuje ludzi. Nie wiem, jakie polityczne losy spotkają tego kandydata na prezydenta RP i czy zdoła swój własny, indywidualny, wyborczy sukces przekształcić w sukces zbiorowy, ale życzę mu powodzenia, choć, jak powiedziałem wcześniej, nie podzielam w całości jego poglądów. Jest jednak nadzieja, że może partia, którą stworzy, utrze nosa niechcianym przeze mnie elitom, które zwykłego człowieka mają za nic, a który jest im potrzebny w momencie oddawania na nie głosu.
Niechodzenie na wybory ma też swoje ujemne konsekwencje. Oczywiście aż prosi się o postawienie mi zarzutu, że nie głosując, pozwalam innym, aby dokonali wyboru za mnie. Rzeczywiście tak jest, ale przeżyję ten zarzut, gdyż nic to w porównaniu z utratą uczciwości względem siebie, która wystąpiłaby, gdybym brał udział w wyborach tylko po to, aby na kogoś zagłosować, bo taki jest mój obywatelski obowiązek. 
Ostatni tydzień następujący po pierwszej turze wyborów prezydenckich aż nadto utwierdził mnie w przekonaniu, że jednak racja jest po mojej stronie. Zaskakująca wolta w wykonaniu prezydenta Komorowskiemu po pokazaniu mu w pierwszej turze głosowania figi przez elektorat Dudy i Kukiza, każe mi się pochylić nad tym nieszczęśnikiem, który w dzień po porażce nagle przypomniał sobie, że warto ludzi słuchać, bo urząd prezydencki to nade wszystko służba społeczeństwu. Już przez ten oportunizm i koniunkturalizm pan prezydent Komorowski nie zasługuje na to, by zachować swoje stanowisku na kolejne pięć lat. Czy Duda na nie zasługuje? Nie wiem. Ta postać również nie jest z mojej bajki. Jedno jest pewne – od jesieni szykują się zmiany i tylko Bóg jeden wie czy na lepsze. 

17 maja 2015

PROWINCJA - fragment: ODRA

(…)
O, tak, w tej mgle gorącej, w tym drżeniu rąk, w tej malignie, chropowatym oddechu, przytłoczony bezmiarem uciążliwej,  plastycznej kopuły pierzyny widziałem z bliska wyolbrzymioną, rozdygotaną, owalną twarz doktora. Moje ciało stało się nieprzyzwoicie podatne na każdy dotyk, na każde nim poruszenie, uniesienie rąk, przekręcenie głowy, otarcie z czoła perlistych kropli słonego potu, zwilżenie spęczniałych ust gąbczastym tamponem dostarczającym wilgoć i zaspokajającym pragnienie. Moje myśli i odczucia pozostawały bierne, nie wykraczając ani na chwilę poza to, co działo się z moim ciałem. Myśli, jakiekolwiek by nie były, nie przekraczały granicy bezwładnej cielesności, były nieme, niemal nieobecne, lecz w końcu uspokajał je jakiś szmerliwy, szeleszczący głos, unoszący się nade mną, głos, który mówił, że mój stan jest wprawdzie ciężki, ale normalny i typowy dla dzieci przechodzących odrę i nie można się temu przeciwstawiać. Należy mi podawać zaaplikowane leki, uzbroić się w cierpliwość i zadbać o to, aby w pokoju było ciepło. Potem ten głos ucichł i roztopił się we mgle. Poczułem jeszcze dłoń dotykającą moje czoło i skroń, aby po upływie bardzo nieokreślonej chwili czasu ujrzeć ciemność i śnić sny, których na szczęście się nie pamięta.
Podobno każdy dzień, każda noc, niosły z sobą poprawę, choć nie potrafiłem tego odczuć, gdyż całym moim jestestwem zawładnęła senność, do tego stopnia, że nie rozpoznawałem pory dnia, myliłem się co do posiłków, przyjmując je niechętnie, bezskutecznie namawiany i zachęcany do spróbowania kolejnej łyżeczki słodkiej kaszy manny lub ryżowego kleiku na wodzie.
Z biegiem czasu (choć mówienie o tym, że czas podczas choroby podążał szybciej aniżeli przeciętnie wytrenowany ślimak byłoby przesadą) zacząłem dostrzegać pokój, w którym przebywałem w jego właściwych konturach, świetle i barwach. Nieznaczny spadek gorączki sprawiał, że coraz wyraźniej słyszałem i odróżniałem dźwięki, łatwiej rozumiałem, co do mnie mówiono i nauczyłem się logicznie odpowiadać na zadawane mi pytania. Mówiłem, że czuję się lepiej, choć wtedy oszukiwałem, gdyż w istocie byłem osłabiony i ociężały w ruchach, a przejście do toalety wytrącało moje ciało z równowagi. A jednak rozpoznawałem, widziałem przebłyski radości w oczach babci, która spędzała ze mnę te senne, nieporadne dni, dzieląc się opieką z ciotką, która zostawała przy mnie, kiedy babcia musiała „wyskoczyć” do sklepu, a czasami też kiedy pichciła obiad dla naszej czwórki, bo trzeba wiedzieć, że w malutkim mieszkanku dziadków nocowała też mama. Później zastanawiałem się nad tym, jak można się było w czworo pomieścić w mieszkanku składającym się z pokoju, przedpokoju, kuchni i toalety. Ponieważ mnie odstąpiono główne i największe łóżko w pokoju, na mniejszym, jednoosobowym musieli się spędzać noc naznaczoną chorobą wnuczka dziadkowie, a mama… cóż… ona kładła się przy mnie i skulona, balansująca na krawędzi łóżka zasypiała coraz spokojniejszym, choć niewygodnym snem.
Czułem się lepiej. Siadywałem częściej na łóżku, wciąż z pierzyną dociśniętą do podbródka, rozkładałem na niej gazety i dziecięce czasopisma. Czytałem, próbując zagłuszyć nudę, a kiedy nie starczało mi cierpliwości, kiedy dążenie do zrobienia czegokolwiek poza śledzeniem wzrokiem rzędów wyrazów i zdań stawało się silniejsze od ciągłej niemocy własnego ciała, wstawałem i podchodziłem do okna. Spotykała mnie za to reprymenda ze strony babci.
- Jeszcze za wcześnie. Jeszcze się przeziębisz i znów będziesz chory.
Prawdopodobnie i ona wzięła sobie do serca słowa lekarza, nakazującego, abym przebywał w cieple. Ale ileż można? Jak można przeziębić się w pokoju, w którym panują afrykańskie upały?
Na szczęście doktor pojawił się raz jeszcze, zbadał mnie, a ja, zmieszany i zadziwiony stwierdziłem, że twarz doktora wcale nie jest owalna i nabrzmiała, jak mi się wydawało, gdy był u mnie ostatnim razem.
- Leczenie przebiega pomyślnie. Chłopak wraca do zdrowia. Proszę jeszcze przez cztery dni podawać mu przepisane lekarstwa, a na dwór może wyjść najwcześniej za tydzień. I proszę, żeby unikał przez pewien czas słońca, zwłaszcza w godzinach południowych.
Ta diagnoza uspokoiła mnie. Uspokoiła też mamę, która kolejną noc spędziła już u nas w domu, aby powrócić do mnie nazajutrz z ojcem.
- No, ma ci się na życie, chłopie – powiedział do ojciec wsuwając mi pod pierzynę czekoladę – kiedy byłem tu ostatnio, nie wyglądałeś najlepiej. Musisz po męsku wytrzymać ten tydzień.
Widać było zadowolenie w jego oczach.
W ten sposób dowiedziałem się przypadkiem, że w czasie, kiedy przeprawiałem się przez odrę, ojciec odwiedził mnie, lecz wtedy nie byłem tego świadomy.
Nareszcie dokonano istotnych zmian w moim przemieszkiwaniu na drugim piętrze narożnej kamienicy, mającej swoje okna-oczy zwrócone na zachód i południe. Zająłem teraz mniejsze łóżko, usytuowane tuż pod oknem (z bezwzględnym zakazem otwierania lufcika), natomiast babcia z dziadkiem odzyskali swoje małżeńskie łoże. W międzyczasie babcia zrobiła porządne pranie, a ja pamiętam, że od tego momentu choroba oddawała mi zmysły węchu i smaku. Czułem intensywny, gorący swąd mydlin, buchające opary z kotła, w którym gotowała się pościel, poznawałem zapach wody kolońskiej, którą opryskiwał sobie twarz dziadek po ogoleniu zarostu brzytwą, wchłaniałem nozdrzami pachnącą lawendą parę powstałą podczas prasowania bielizny. Przede wszystkim jednak budził mnie do życia aromat piaskowej babki obsypanej pudrowym cukrem i kwaśna, soczysta woń zakupionych przez babcię lub przywiezionych ze wsi papierówek oraz pożądliwy zapach malinowego soku.
Zapachy, także ten poranny składający się z intensywnej woni świeżego chleba, masła i mleka, pobudzały wrażenia smakowe i wręcz przymuszały mnie do jedzenia, które przestało być skutkiem głodu a stawało się przemożną chęcią zrobienia sobie hedonistycznej przyjemności korzystania z najcudowniejszych smaków świata.
Mój małoletni organizm wiedział, jak sobie poradzić z okruchami pozostałymi po chorobie, jak zniweczyć choćby najmniejszą próbę jej nawrotu, jak upokorzyć wspomnienie o niej.
Nabierałem apetytu na życie. Posilony, bez oznak wcześniejszych dolegliwości, pozwalałem sobie na coraz częstsze wydobywanie się z pościeli, na pomoc babci w jej przygotowaniu obiadu, na grę w warcaby z dziadkiem, na czytanie książki pozostawionej przez mamę i oczywiście na obserwacje tego, co można było zobaczyć z okna wychodzącego na ulicę; a był to widok wielce zaspokajający dziecięca wyobraźnię.
Okno pokoju, w którym przebywałem, jako się rzekło, wychodziło na ulicę, tę główną, bezsprzecznie najdłuższą i, wydawało się, nie mającą końca, bezkresną, wyłożoną granitowymi kamieniami (dopóki nie zalano ich asfaltem), ulicę szykowną, wokół której organizowało się życie miasta. Poza nią, z nielicznymi wyjątkami, jakimi były nieporównywalnie krótsze kikuty przecznic, istniało przez wiele lat przedmieście, przechodzące łagodnie w wiejskie ostępy. Naprzeciwko kamienicy dziadków rozpościerała się ogromna fabryka, żywicielka mieszkańców miasteczka, elektromechaniczny kompleks hal, w których szumiały obrabiarki, zgrzytały suwnice, terkotały aparaty spawalnicze, gdzie panował w dni robocze poświęcony ruch fabrycznych i przyjezdnych pojazdów, wózków i kolejowych wagonów, gdzie hałaśliwie skowycząca syrena wyznaczała początek i koniec dnia pracy, i wtedy przez okno usytuowane nad łóżkiem mogłem obserwować, jak przez portiernię głównej bramy zakładu pielgrzymowały niezliczone rzesze pracowników, aby już przy ulicy rozdzielić się na dwie równomiernie rozłożone i podobnie liczne grupy ludzi: tych zmierzających na północ, do starszej części miasteczka i tych obierających kierunek południowy. Jakże miłym dla oka był ten tłum przekraczający progi stróżówki, każdego dnia ponawiający swą odwieczną, celową czynność przemieszczania się tam i z powrotem w dobowym i tygodniowym rytmie, przywodzącym na myśl powtarzalną nieuchronność pór roku.
(…) 

16 maja 2015

MUZYCZNIE - RACHMANINOW - INTERPRETACJE

Słynne preludium z opusu 23 nr 5, skomponowane w tonacji g-moll Siergieja Rachmaninowa to jedno z tych arcydzieł muzycznych na fortepian, które mieli w swym repertuarze najwybitniejsi pianiści minionego i obecnego stulecia. Początek niezwykle dynamiczny w tempie marsza, który to motyw powraca na zakończenie utworu po łagodnym, lirycznym, przyciszonym fragmencie, w którym pobrzmiewa motyw romantycznej ballady. Preludium wymaga od wykonawcy nienagannej techniki oraz umiejętności połączenia energii i dynamizmu z liryczną nostalgią i delikatnością.
Poniżej kilka interpretacji tego dzieła i, jak można usłyszeć, poszczególne wykonania różnią się od siebie stopniem dynamiki, szybkością gry, zamierzonym gubieniem rytmu (rubato), bądź też harmonijnym połączeniem dwóch, a w zasadzie trzech części utworu, bo motyw marsza powraca na zakończenie.
Oto wykonanie pierwsze - Nikołaja Ługańskiego, nie pozbawione siły wyrazu.


Zestaw drugi to dla porównania nagrania: Benno Moiseiwicza, Simona Barere, Wladymira Horowitza, Światosława Rychtera i Emila Gilelsa.


Poniżej, pełne rozmachu i romantyzmu wykonanie Jewgienija Kissina.


Następne jest dziełem niezwykle dynamicznej i niemal doskonałej technicznie Walentiny Lisicy.


I wreszcie interpretacja Władymira Aszkenaziego, która osobiście podoba mi się najbardziej, z uwagi na najbardziej harmoniczne spośród przedstawionych rozłożenie akcentów epicznych i lirycznych. To gra bez nadmiernego patosu, a część liryczna bezwzględnie najmilsza uszom. Ponadto doskonała korelacja gry: szybko-wolno, głośno-cicho.
Ale to tylko moje zdanie i moja zabawa.
Rachmaninow broni się swą zwięzłą, niezwykle sugestywną i wymagającą od wykonawców świetnej techniki formą preludium nr 5. Przyjemnie się słucha.





15 maja 2015

KAMPERY ZACZĘŁY WĘDRÓWKĘ

Co roku o tej porze, jak Francja długa i szeroka na drogach zamrowiło się od aut kampingowych i przyczep holowanych przez dzielne mechaniczne rumaki. Zabieliło się, bo plastykowa biel nadwozi tych wakacyjnych wehikułów dominuje. W takim kamperze (czytaj również: przyczepie kampingowej) jest wszystko  czego potrzeba do życia: wygodne łoża, półeczki szafki, lodówka, stoły, stołeczki i telewizja, a przecież i na zewnątrz auta można przytroczyć pojazdy dwukołowe i zdarza się, że za takim pojazdem podąża na przyczepce własna osobówka.
W co czwartej francuskiej wiosce na południe od Paryża są pola kampingowe dla takich aut, specjalne parkingi z dostępem do elektryczności, bieżącej wody, toalet, czasami też do internetu. Nie musi się człek martwić o pokoje, w których przepędzenie nocy z posiłkiem przetrzebi portfele. Zatem nie ma piękniejszego sposobu na spędzenie wakacji nad te kamperowe.
Całkiem sporo Francuzów na wakacyjna eskapadę udaje się w czasie trwania Tour de France. Wtedy jeździ się z etapu na etap, przystaje na poboczu i kibicuje z nadzieją, że może w końcu jakiś rodak wygra wreszcie w tym roku wielką pętlę.
Są i tacy, którym szefostwo firm nie gwarantuje urlopu w lipcowo-sierpniowej wakacyjnej porze. Ci z kolei, najczęściej starsi wiekiem, z odchowanymi już, dorosłymi dziećmi wyjeżdżają na chybił-trafił już w kwietniu, albo też czekają aż do października. Ci są najwytrwalsi. Żaden rodzaj pogody im nie doskwiera. Z uśmiechem pokonują w deszczu setki kilometrów, przystając na parkingach przy stacjach paliwowych. Tam jedzą, korzystają z toalety, prostują kości, wyprowadzają na spacer pieski, a czasami nocują, ufni, że kolejny dzień nie będzie następnym apokaliptycznym dniem potopu i ruszają rankiem w dalszą podróż w strugach deszczu, prowadząc ciekawe konwersacje.

- Powiedz mi, Jean, czy my naprawdę jedziemy we właściwym kierunku?
- Oczywiście, Matyldo. Cały miesiąc spędziłem nad opracowaniem trasy. Dlaczego pytasz?
- Widzisz, Jean, mnie wakacje zawsze kojarzyły się z ciepłem, słoneczną pogodą, takie tam, wiesz…
- To logiczne, Matyldo, nie tylko tobie wakacje kojarzą się z czymś podobnym.
- To dlaczego im dłużej jedziemy, im bliżej jesteśmy celu podróży, tym bardziej pada? Sprawdzałeś prognozę pogody?
- Kochanie, w maju pogoda zawsze jest świetna. Pamiętasz tę pogodę sprzed czterdziestu lat, kiedyśmy się pobierali? Była wprost cudowna. Ciepło jak w lecie.
- Ależ, Jean, to było strasznie dawno temu. Trzeba było sprawdzić.
- Oj, oglądałem w telewizji: przejściowo zachmurzone niebo, przelotne opady i rozpogodzenia.
- Jean, przecież od czterech dni leje non stop. Zaczęło padać na dzień przed wyjazdem. Może wtedy trzeba się było rozmyśleć.
- Matyldo, przecież wiesz, jak u mnie z urlopem. Wybrałem maj, bo w lipcu Patrick i Joanna podrzuciliby nam wnuków, a co to za wypoczynek z takimi rozpuszczonymi bachorami.
- Jean, ja cię bardzo proszę, nie wyrażaj się.
- Ale to prawda, Matyldo. Tobie łatwo mówić, ale czy pamiętasz jak dwa lata temu przez całe trzy tygodnie służyłem naszym kochanym wnukom za wierzchowca?
- Kochanie, chłopcy zmądrzeli przez ten czas, wydorośleli, a jak wyrośli…
- Właśnie, Matyldo, wyrośli. Wolałbym, aby nie przypomnieli sobie o tamtej zabawie akurat teraz.
- Jean, przecież nie ma ich z nami, więc o czy my mówimy. Jak miło będzie spędzić czterdziestą rocznicę ślubu we dwoje.
- Moja jak zawsze romantyczna Matylda.
- Wiesz, Jean, miałabym ochotę na przejażdżkę rowerową zanim jeszcze dojedziemy do celu. Przypominam ci, że pierwszy raz spotkaliśmy się na trasie rowerowej pod Grenoble. Tylko niech przestanie padać.
- Matyldo, przecież nie wzięliśmy z sobą rowerów. Miałaś je opatulić folią, zanim przytroczę je do auta, zrobiłaś to?
- Miałam to zrobić, ale tak strasznie lało i przez chwilę pomyślałam sobie, że tak czy owak pordzewieją.
- Matyldo, te nasze nowoczesne rowery nie rdzewieją. To plastyk, duraluminium, jakieś nierdzewne stopy.
- Ech, myślałam, że sprawdzisz, Jean. To ja po to nie zabrałam telewizora, aby mieć więcej czasu na rowerowe przejażdżki…
- Nie wzięłaś telewizora, Matyldo?
- Jean, przecież mamy wakacje. W dodatku to nasza rocznica. Czterdzieści lat temu miałeś co innego w głowie niż telewizja.
- Byłaś wtedy… byliśmy młodsi, Matyldo.
- No wiesz, Jean, jak możesz tak mówić. O, popatrz, dwa kampery jadą z przeciwka. Gdzie oni jadą? Czy nie widzą, że w naszych stronach leje. Doprawdy, trzeba nie mieć wyobraźni, aby poruszać się w takim deszczu.
- No i nie obejrzę meczu Paris Saint Germain, a to końcówka sezonu. Ale niewypał.
- Nie nudź, Jean. Ja też nie obejrzę pani Le Pen, a imponuje mi ta kobieta.
- Nie wiem, czym może ci imponować ta zręczna intrygantka i populistka.
- Jean, nie wyrażaj się w ten sposób o kobiecie, której nie rozumiesz.
- A niby co, Matyldo, ma mnie w niej urzekać?
- A choćby sposób w jaki mówi i.. jak się ubiera. Poprosiłam Paulinę, aby kupiła mi taki długi sweterek samodziałowy i granatowe spodnium, dokładnie takie samo, w jakim widziałam panią Marię Le Pen. To prezent rocznicowy dla mnie od naszej córki.
- Mnie kupiła ten drogi zegarek, który mogę sobie nosić w wewnętrznej kieszeni kamizelki. Nie widziałem cię w tych nowych ciuchach od Pauliny.
- Nic straconego, Jean. Zobaczysz mnie w nich jak dojedziemy i jak się rozpogodzi. Są równiutko złożone w czerwonym neseserku.
- Matyldo, chyba nie masz na myśli tej czerwonej walizeczki, którą przed wyjazdem ostatni raz widziałem w szafie?
- I ona też nie zabrana?
- Matyldo, nigdy jej nie brałaś w podróż. Mówiłaś o niej, że jest pretensjonalna, choć zawsze mnie to bolało, bo w końcu ja ci ja kupiłem.
- A ja pomyślałam sobie, że tym razem zrobię ci przyjemność zabierając ja z sobą, bo jest właśnie od ciebie i w dodatku umieściłam w niej prezenty od Pauliny. Ech, Jean, nie dość, że leje jak z cebra, musimy znosić kolejne rozczarowania.
- Nic już na to nie poradzimy, Matyldo. To jakiś potężny, dokuczliwy niż. Jedyna nadzieja w tym, że podczas deszczu lepiej biorą ryby.
- Ciekawe, Jean, jak ty sobie wyobrażasz łowienie ryb mopem?
- Nabijasz się ze mnie Matyldo.
- Ależ skąd. Zapomniałam ci powiedzieć, że kiedy lakierowałeś wędkę i wystawiłeś ją do komórki, aby wyschła, zapakowałam do pokrowca nowiusieńki mop z długim uchwytem. Myślałam, że pokrowiec nie będzie ci potrzebny, bo pozostawiłeś wędkę w komórce, obok tych starych, no wiesz, tych, których dawno już nie używasz.
- A ja biorąc do ręki pokrowiec z czymś twardym i podłużnym w środku, sądziłem, że to moje wędzisko.
- Biedny, Jean. Przepraszam.
- Matyldo, przystaniemy na tym parkingu przy stacji. Strasznie zgłodniałem, a podejrzewam, że o kanapkach też zapomnieliśmy.
- Nic podobnego, Jean. Mam tu z sobą z pasztetem, takie jakie lubisz. Zresztą, jak tu wysiąść z auta, kiedy cały czas leje.

(03.05.2015 w Normandii)