O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

22 lutego 2018

NIE DO WIARY

Ten przedłużający się czas rozłąki z podróżami po Europie nie należy do najprzyjemniejszych, jest wręcz utrapieniem z różnych, zrozumiałych względów, o których których wypowiadać się nie chcę.
Jednakowoż zabłysło niespodziewanie światełko, rozbawiające mnie do łez, i nie odnoszę tego sformułowania do wypowiedzi naszych dyplomatołków.
Mam na myśli pewno wydarzenie, jakie miało miejsce na odbywających się w Korei Igrzyskach Olimpijskich. A jeśli ktoś myśli, że mam zamiar nawiązać do mistrza Kamila Stocha i dzielnej drużyny skoczków narciarskich, to ciesząc się z tych sukcesów i szanując dokonania naszych reprezentantów, pozwolę sobie na przedstawienie i przypomnienie wydarzenia, które serdecznie mnie rozbawiło.
Otóż na starcie supergiganta kobiet pojawiła się na pożyczonych od jednej z amerykańskich narciarek czeska zawodniczka uprawiająca snowboard, mistrzyni świata w slalomie gigancie równoległym,  - Estera Ledecka. Czeszka założyła narty i... zdobyła złoty medal, pokonując o jedną setną sekundy utytułowaną narciarkę austriacką Annę Veith, wprawiając w osłupienie znawców narciarstwa alpejskiego, bo też trudno w historii nowożytnych igrzysk znaleźć sportsmenkę, która wygrywa ważne zawody w innej konkurencji niż ta, w które zwykle i z sukcesami występuje.
To niedawne zwycięstwo było zaskoczeniem również dla samej pani Estery; przyjrzyjmy się reakcji zawodniczki...
i jeszcze jeden filmik z jakże sugestywnym komentarzem w języku włoskim.

[22.02.2018, "Dobrzelin"]


21 lutego 2018

KRAJOWE ZAPISKI - METODĄ STANISŁAWSKIEGO?

Odstąpiłem, albo przełożyłem na czas nieokreślony kilka moich pomysłów. Do „Gawędy wigilijnej” powrócę, jeśli los pozwoli, w grudniu, do dwóch obmyślonych już dokładnie „Opowieści stangreta” wrócę wcześniej, a z innymi zaległościami jakoś się, jak Bóg pozwoli, uporam, albo i nie; gorzej z kawiarenkowymi opowiadankami, których pisania zaniechałem z premedytacją, albowiem stan umysłowy nie pozwala mi na ich kontynuację.
Natomiast w obecnych okolicznościach przyrody najłatwiej mi skupić się nad „Dnem”, taką zadawnioną opowieścią o kryzysie człowieka w wieku „ponad-średnim”. Problem w tym, że pierwsza, niedokończona wersja tego opowiadana nie do końca mi odpowiada i umyśliłem sobie napocząć swe rozważania w nieco inny sposób, albo też… sam nie wiem, może uczynić z tego tematu jakiś słowny kolaż, czy coś w tym rodzaju.
Od kilku przynajmniej lat nęci mnie przedstawienie mechanizmu ukazującego depresję, jej przyczyny, objawy i skutki. Przeczytałem co nieco na ten temat i próbuję rozgryźć to zagadnienie, zrozumieć i wreszcie ukazać je w „swoim stylu”, to znaczy pisząc o depresji nie wprost, lecz każąc domniemanemu czytelnikowi rozpoznać samemu ten szczególny stan psychiki człowieka cierpiącego na tę chorobę. 
Tak sobie myślę, czy przypadkiem metoda aktorska Stanisławskiego nie będzie najlepszą wskazówką dla wyrażenia tych niepokojących zaburzeń psychicznych, które uniemożliwiają człowiekowi w miarę normalne funkcjonowanie. A jeśli ktoś wie lub przypomina sobie czym jest metoda gry aktorskiej Stanisławskiego, ten pewnie domyśla się, skąd wziął się pomysł na „zagranie” w „Dnie” tą właśnie metodą.
Mój bohater będzie zatem świadom tego, że wpadł w ramiona choroby, z której wyjść nie potrafi, a może nawet nie chce, bo utracił wiarę nie tylko w sens otaczającej go rzeczywistości, ale też w celowość istnienia samego siebie. Będzie jednak zwodził otoczenie, racząc współsiostry i współbraci stateczną rozmową, humorem, okazując im pomoc i zrozumienie, lecz po „zagaszeniu światła” będzie najsamotniejszym z ludzi.
A ta opowieść mogłaby się rozpocząć niewinnie, na przykład w ten sposób…
W pierwszym momencie pomyślałem, że powinienem podziękować za gościnę i wyjść z domu, jak tylko włączą światło. Odtwarzałem w pamięci drogę, jaką przebyłem ze stacji kolejowej, podążając w stronę lasu i wioski rozpościerającej się za południową krawędzią strzelistych sosen, a szedłem nią powoli, nie tyle z powodu zmęczenia, ile zachwycony byłem cieniem rzucanym przez stuletnie drzewa na piaszczysto-iglaste podłoże podbite miękką powłoką mchu, na którym przysiadłem, aby odpocząć i sam już nie wiem kiedy wsunąłem głowę pod pióropusz rzadkich w tym miejscu paproci, tak że ich liście schroniły mnie przed słońcem na tej polanie w chwili, gdy leżąc już na wznak przymknąłem oczy, a moje powieki docisnął sen spokojny, choć niespodziewany.
Przypominam sobie to zamieszanie jakie rozpętało się nade mną, śpiącym przykładnie, niewybudzonym przez narastające podmuchy ciepłego wiatru, przez nagły cień wyrastający nad połacią lasu, nad wioską i pobliskim jeziorem; zamieszanie wywołane najpierw przez głośne ujadanie psa, potem czyjeś hałaśliwe, jak mi się wydawało, nawoływania, aż w końcu nastąpił ten dziwny moment, w którym doświadczyłem zapachu psiego pyska, a moje policzki poczuły mlaśnięcia ciepłego, wilgotnego języka. (…)

[21.02.2018, „Dobrzelin”]

19 lutego 2018

POLITYCZEK

1.
Trzy lata temu popełniłem w kawiarence tekst „Banita i bezpaństwowiec” *i ten temat powrócił po dwóch latach za sprawą matołkowej wypowiedzi pana premiera, który stwierdził, że w roku 1968 nie było Polski, a zatem jeżeli chodzi o moją narodowość to musiałem być reżimowym komunistą, czy jakoś tak. 
Nie udało mi się odnaleźć na mapie świata nazwy państwa, którego terytorium wyznaczały Tatry i Sudety od południu, Bałtyk od północy, Bug od wschodu i Odra od zachodu, a zatem albo jestem wyimaginowanym reżimowcem, albo bezpaństwowcem i… odnalazłem na stronach rządowych w internecie wniosek o przyznanie obywatelstwa polskiego, ale nie ma w nim informacji, czy reżimowcom przysługuje prawo do bycia Polakiem.
2.
Idąc tropem „myśli” pana premiera, można by skorzystać z polityki historycznej prowadzonej na Nowowiejskiej przez pana posła Kaczyńskiego także na innym obszarze. Otóż dlaczego tak bardzo nie lubimy Rosji Putina, dlaczego Rosji i Rosjanom wypominamy Katyń, skoro akurat za Katyń odpowiada państwo o nazwie Związek Radziecki, którego przywódcą był wtedy Gruzin.
A przy okazji Katynia - niedouczony pan premier ostatnio w języku angielskim przypisał zbrodnię katyńską Niemcom.
3.
Nie trzeba było długo czekać na kolejną kompromitację niedouczonego premiera. 
„Podczas jednego z paneli Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium szef polskiego rządu został zapytany przez dziennikarza "New York Times" Ronena Bergmana o nowelizację ustawy o IPN. Dziennikarz przedstawił historię swojej matki, która - jak mówił - urodziła się w Polsce, a w trakcie II wojny światowej wiele członków jej rodziny zginęło, ponieważ zostali zadenuncjowani na Gestapo przez Polaków. - Jeśli dobrze rozumiem, po uchwaleniu tej ustawy byłbym uznany za przestępcę w pańskim kraju ze względu na to, co mówię? - zapytał dziennikarz.”**
Na co pan premier:
„…oczywiście nie będzie to karane, nie będzie to postrzegane, jako działalność przestępcza, jeśli ktoś powie, że Polacy doprowadzali do śmierci Żydów". - Tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy, czy ukraińscy - nie tylko niemieccy”**.
No właśnie, skoro, zdaniem pana premiera, istnieli „żydowscy sprawcy”, to czy można się dziwić temu, że byli Polacy, którzy donosili do Gestapo na Żydów? Oto skutki polityki wybielającej doszczętnie Polaków. Zadawniony mesjanizm, Polska i Polacy w centrum wszechświata. My, Polacy, jesteśmy bez winy… no, jeśli już kto zawinił to komuniści albo PO - proste jak sznurek w kieszeni.

[19.02.2018, "Dobrzelin"]

17 lutego 2018

ZYGFRYD

Doprawdy nie rozumiem, jak ona może. Wczoraj zjadła pół tabliczki gorzkiej czekolady, której nie lubię, a dzisiaj, ledwie wstała, chwyciła małosolnego ogórka, potem jeszcze jednego, aż mnie odrzuciło.
On z kolei otworzył na całą szerokość okno.
- Kochanie, zaczynamy. Ty nawet nie wiesz, ile przyjemności daje twojemu ciału gimnastyka.
I staje w otwartym oknie w samej halce, unosi wysoko ramiona, tak wysoko, jakby chciała zadrapać sufit pokoju swymi ostrymi pomalowanymi na niebiesko szponami. Potem skłony, przysiady, skrętoskłony, przebieżki w miejscu, głębokie oddechy. Chyba się do tego nigdy nie przyzwyczaję. W końcu gdy ktoś otwiera okno po nocy spędzonej pod ciepłą, bawełnianą, wypełnioną kaczym puchem kołdrą, można poczuć chłód, bo poranki pod koniec sierpnia nie należą do najcieplejszych, więc cierpię wybudzony ze snu a ciężkie, nasączone mgłą powietrze mnie zatyka.
Potem czuję dotyk jego dłoni.
- Ciekawe jak to odczuwa Zyś… - mówi on.
Znów bagatelizuje moje imię. Człowieku, przecież mam na imię Zygfryd, mniejsza o to, czy mi się ono podoba czy nie. Na pewno nie lubię tego zdrobnienia. Ja imienia sobie nie wybrałem, nie spodobało mi się, ale zdążyłem się do jego brzmienia przyzwyczaić, a teraz ten Zyś.
Po kąpieli (nareszcie odpowiadała mi temperatura wody) siadamy do śniadania. Jajeczko na miękko po wiedeńsku z masełkiem - może być, naturalny kefirek (znów będzie mi się odbijało), rogalik z konfiturą i sałatka z porów (oj, będzie się działo). Nie do zaakceptowania niesłodzona bawarka… fee.
Staram się nie wykonywać zbędnych ruchów… wiecie dlaczego.
Zaniepokoiłem się tym, co powiedział on:
- Kochanie, twoje koleżanki odwiedzają cię w samo południe, tak? Zanim zabiorę się do koszenia trawnika, mogę coś wam przygotować na szybko.
- Ależ skarbie, damy sobie radę, nie niepokój się.
- Ale pamiętaj, że będę w pobliżu i w razie czego….
- Tak, skarbie, będę pamiętała.
Rozprostowałem ręce, bo, zdaje mi się, po całym moim ciele przebiegły dreszcze. Jeszcze pytacie się dlaczego? Podsłuchałem, że te koleżanki, co mają przyjść w samo południe to Helenka, Lucynka i Klara. Przychodzą oczywiście na babskie pogaduchy, ale rzadko zjawiały się w tak obszernym gronie. Tym razem stwierdziły, że koniecznie muszą, że jest to najodpowiedniejszy czas na złożenie wizyty, bo później…. Nie ma co, będę zmuszony to przeżyć, a że nie będzie łatwo to pewne. Z tej trójki każda wygadana, a jeśli połączą swe siły, to chyba mnie zemdli.
Helenka zaraz powie, że jest najwyższy czas na zrobienie przemeblowania, ba, należałoby ściany pomalować na różowo, względnie beżowo, udekorować pokój jakimiś świecidełkami, łóżko przestawić w większej odległości od okna i w ogóle urządzić pokój tak, aby wszystko było pod ręką.
Lucynka zacznie opowiadać o Mariuszku, jaki jest zdolny, jak się szybko uczy i ile ona czasu poświęciła na to, aby stał się takim, jaki jest… oczywiście udzieli wielu wskazówek i zapyta czy jest w domu tablica magnetyczna?
- A dlaczego tablica? Dlaczego magnetyczna?
- Powinnaś, moja droga, sporządzać notatki, które najlepiej wypisywać na karteczkach i przyciskać je magnesikami do tablicy… ku pamięci.
Klara z kolei zapewni, że w przypadku, nie daj Boże, jakiego przeziębienia, katarku, wysypki, kolki, niedowładu, dysponuje lekami na każdą, ale to każdą przypadłość, bo z zamiłowania jest zielarką, nie mówiąc o tym, że ma w jednym palcu encyklopedię zdrowia, a obecnie jest na etapie wkuwania łacińskich słówek związanych z medycyną.
Wyobraźcie sobie, że przyszły punkt dwunasta; musiały się zmówić, bo jak inaczej ten fakt wytłumaczyć. On zdążył przywitać je w drzwiach, a jakże, ucałował rączki pań, zaoferował pomoc przy zrobieniu zielonej herbatki i w przyniesieniu ciasteczek.
- Skarbie, przecież ci mówiłam, że damy sobie radę - mówi ona.
On:
- No już dobrze, pójdę kosić. Uważaj na Zygfryda.
Znaczy się na mnie.
Zaczęło się. Tak jak myślałem. Wielogodzinny spektakl teatralny. Dialogi i monologi. Podnoszą głos wtedy, gdy mam zamiar przysnąć na chwilę. Nie wytrzymuję, wiercę się, daję znaki. Ona nic nie rozumie, słucha przyjaciółek. On obszedł z kosiarką cały dom. Żal mi go. Krąży teraz pomiędzy kuchnią, łazienką i salonem, próbuje przedostać się przez ich słowa i nie wie, że kiedy tylko zabiorą swoje manatki i opuszczą nasz dom, on będzie najbardziej potrzebny… już zdecydowałem… tuż po dziewiątej wieczorem (zwróciliście uwagę na jak długo zostały?) wykonam pierwszy ruch, pierwszy poważny ruch.
- Skarbie to już - tak powiedziała.
Ręce mu się trzęsą, szuka kluczyków, są, potem koc, ręcznik, mydło… nie wszystko naraz, daj sobie luz… bierze ją w pół, transportuje do auta…, ach, co za jazda!!!

- No, teraz, mocniej… przyj kochana… mam już główkę… jeszcze troszeczkę, juuuuż, no, widzisz, jaka jesteś dzielna…

- Ty, ta w białym… czemu mi dajesz klapsa?
Owijają mnie w jakiś różowy kocyk.
Ona wyciąga do mnie ręce, a na jej czole perli się pot, oddycha ciężko, a na jej wargach kołysze łódeczka uśmiechu.
- Mój ty kochany Zygfrydzie - mówi do mnie.
No i rozbeczałem się.

[16/17.02.2018, "Dobrzelin"]

Fiodor Dostojewski: "Jak Pan Bóg chce kogo ukarać, to mu najpierw rozum odbiera"

"W 1968 r. nie było w ogóle Polski. Był reżim komunistyczny, który tak naprawdę paskudnie traktował Żydów. To wszystko to karygodny i błędny atak na dobre imię Polski. Musimy na to reagować, a ustawa którą podpisał prezydent, trafiła teraz do Trybunału Konstytucyjnego" - powiedział Dyzma, obywatelstwo reżimowe, urodzony 20 czerwca 1968 roku 

[17.02.2017, "Dobrzelin"]

15 lutego 2018

KRAJOWE ZAPISKI - BYWA I TAK

…smutek…
Ja naprawdę chciałem ją przeczytać. Zacząłem jak Pan Bóg przykazał, od początku, normalnie, potem na głos, następnie spowalniając tempo, zdanie po zdaniu, od końca strony, od prawej do lewej; otworzyłem na dowolnie, losowo wybranej stronie. Czytam i nie rozumiem, o co chodzi, wracam do początku, strona po stronie, i nic, nie wiem, o czym to jest, a przecież czytałem Prousta, Joyce’a, Cortazara, i proszę mi wierzyć, że te lektury nie są łatwe, nawet taki Kafka, nawet czytając jego genialny „Zamek”, trzeba się wgryźć w myśli autora, albo taki Faulkner, też nie jest łatwy w odbiorze, a z naszych Gombrowicz czy Witkacy, nie mówiąc już o Ionesco; ale przyznać trzeba, że niektórych wielkich czyta się bez trudu, choć ich słowa wiele znaczą; weźmy na ten przykład Gogola, Czechowa, Dostojewskiego, Hemingwaya, Iwaszkiewicza czy Marqueza.
…przygnębienie…
Niestety w wielu przypadkach należy się skupić na samym początku i czytać z niesamowitą uwagą - wtedy dotrze się do sensu, do istoty myśli wyrażonej pisanym słowem.
„Ku słońcu” Ingi Iwasiów czytać się nie da.
Tak sobie myślę, że osoba pisząca powinna liczyć się z tym, że ktoś kiedyś przypadkiem może spróbować odczytać jej wydrukowane słowa i byłoby świetnie, gdyby podarowała czytelnikowi jeżeli nie klucz, to wytrych do swojej opowieści.
Pani Inga Iwasiów nie dysponuje takim kluczem.
…niska samoocena…
Dla mnie jest to o tyle przykre, że bardzo szanuję książki. Nie wiem, czy komuś, kto ma w zwyczaju wypożyczać książki z biblioteki zdarzyło się coś takiego: przeglądając zgromadzone na półkach książki, natrafia na umieszczoną w „saszetce” na wewnętrznej stronie okładki kartę książki, z obserwacji której wynika, że nikt tej książki jeszcze nie czytał, a mieszka sobie ona w bibliotece dwadzieścia - trzydzieści lat… należę do tych, którzy nie bacząc na „zerowe zaczytanie” tej akurat pozycji, właśnie ją wypożyczają. Z „Ku słońcu” Ingi Iwasiów jest zupełnie inaczej.
…mała wiara w siebie…
Pytasz mnie, dlaczego oglądam stare filmy, w dodatku polskie, nie przedwojenne ale te trochę nowsze. Mówisz, że widziałem je już wiele razy, znam je doskonale. A ja odpowiadam, że lubię ten klimat, kocie łby, odrapane tynki kamieniczek, pospolitość krajobrazów, zwyczajność, naturalność, nawet naiwność, proste a wielkie uczucia, język bez nienawiści, bez wulgaryzmów. W tych filmach z niesłusznych czasów jest coś bliskiego, jest człowiek, jest prawdziwy ksiądz i najnormalniejszy w świecie milicjant, jest praca, radość, miłość, marzenia; są radosne poranki i kochające noce.
…poczucie winy…
Co to jest, że nie lubię wielkich marketów? Chciałbym kupować chleb w sklepiku przy małej piekarni, odwiedzać szewca, zegarmistrza, stołować się w razie potrzeby w barze mlecznym, cieszyć się z tego, że co sobotę przyjeżdża objazdowe kino; chciałbym chodzić na mecze piłkarskie naszego zespołu, którego piłkarze pracują w największym zakładzie naszego miasteczka; chciałbym chodzić do cukierni Kowalskiego, do kiosku prowadzonego przez Nowickiego, chciałbym sobie przysiąść na ławeczce z księdzem i wdać się z nim w rozmowę o życiu; chciałbym co czwartek o szóstej rano kupować na targu jajka, mleko, śmietanę i masło od gospodarza…
…pesymizm…
Czy ktoś pamięta film Tadeusza Chmieleckiego „Profesor na drodze” z Nalberczakiem w roli głównej? Czytał ktoś „Uciekła mi przepióreczka” czy „Ludzi bezdomnych” Żeromskiego… albo widział taki serial „Daleko od szosy”? Kto wie, czy doświadczając przygód z wymienionymi powyżej zjawiskami, zdecydowałem się kiedyś zostać nauczycielem…
… niezdolność do przeżywania przyjemności…
Muszę przyznać, że z wiekiem zacieśnia się horyzont przyjemności. Przyjemność czerpie się z możliwości zaspokajania podstawowych czynności życiowych, ze snu, który odkłada problemy na później, z przebudzenia, które świadczy o tym, że jeszcze żyjemy.
…zaburzenie rytmu dobowego - bezsenność lub nadmierna senność…
Niejednokrotnie pojawia się owa przyjemność: przyjemność z obrazów, muzyki, słów. Jeżeli dowiadujemy się od Haliny Poświatowskiej* Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej czym jest miłość…
„Nie widziałam cię już od miesiąca. 
I nic. Jestem może bledsza, 
trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca, 
lecz można żyć bez powietrza!”
… to trudno nie odczuwać przyjemności z odczytywania tych słów.
Natomiast ta przyjemność jest krótkotrwała… niestety.
…zmniejszenie apetytu lub gwałtowne jego wzmożenie…
Zetknięcie się z depresją nie jest przyjemne….
* byk
[15.02.2018, „Dobrzelin”]

13 lutego 2018

KRAJOWE ZAPISKI - ADELA

Może należałoby zacząć od tego, że od zawsze uważałem, iż prawdziwy pies powinien mieć wielkość plus minus owczarka alzackiego, a mniejsze egzemplarze to „podróbki”.
O tym, w jak głębokim tkwiłem błędzie przekonuję się od ponad dwóch lat współposiadając biewera a’la pom pon (co za nazwa!) płci żeńskiej, o czym zaświadcza jego imię  Adela.
Przyjmuję tę okoliczność z niemałym zdziwieniem, albowiem nie sądziłem, że ten mały piesek, ważący w przypadku Adeli niespełna cztery kilogramy, dysponujący niewielkim i niepoddawanym tresurze mózgiem, może spełniać wszelkie wymogi psa poprzedzonego przymiotnikiem „mądry”.
Po jakimś czasie, pewnie przed rokiem, doszedłem do przekonania, że jedynego, czego biewerka nie potrafi, to ludzka mowa, natomiast, że rozumie, co się do niej mówi to pewne, o czym świadczy taki oto, często powtarzający się dialog miedzy nami:
ja: Czy to prawda, że ty wszystko rozumiesz?
Adela: (wbija wzrok w moje oczy)
ja: Jeśli mnie rozumiesz, to porusz uszami.
Adela?: (stosuje się, a jakże, do mojej prośby)
Najdobitniej Adela wyraża się poprzez uczestnictwo w zabawie. Między innymi w tym celu zakupiono jej pluszowe zabawki, spośród których największą estymą darzy ośmiorniczkę, krówkę, małego misia i dużego misia - inwalidę z wyłupionymi przez naszą bohaterkę oczami (buzia dużego misia, w tym nosek, usta i wspomniane wyżej oczy zostały narysowane po to, aby pluszak mimo wszystko misia przypominał).
Ulubioną zabawą Adelki, kiedy bawi się ze mną, jest walka quasi zapaśnicza polegająca na tym, że wydzieramy sobie rzeczone pluszaki, czemu towarzyszy przemiłe i siejące przestrach i grozę warczenie suczki.
Niekorzystną dla mnie stroną tej zabawy jest fakt, iż Adelka wstaje zwykle wcześniej ode mnie i pochwyciwszy w zębiska takiego misia wdrapuje się na mnie i upuszcza mi zabaweczkę na nos, rzucając mi w ten sposób rękawicę, abym stanął do boju. Jako nocny Marek mam kłopoty ze wstawaniem, a takie nagłe pobudki, ma się rozumieć, do najprzyjemniejszych nie należą. Cóż robić, podejmuję tę rękawicę i walczę. Przeciągamy więc nieszczęsne stworzonko, czasami udaje mi się wyrwać miśka lub ośmiorniczkę z pyszczka suczki, odrzucam zabaweczki byle dalej i już po paru sekundach Adelka jest już przy mnie. Nauczyła się mnie podpuszczać do tej zabawy. Otóż, gdy wykazuję niechęć do dalszej swawoli, modyfikuje zabawę, zmieniając nieco jej reguły. Nazywa to się „kto pierwszy” a polega na tym, że psinka niepostrzeżenie upuszcza pluszaka tuż przed moją dłonią i kiedy próbuję chwycić go, ona uprzedza mnie wbijając w zabaweczkę całkiem ostre zębiska.
Teraz z kolei ja wymyślam inną zabawę. Bawimy się w „zgaduj zgadula, w którym ręku złota kula?”. Zwykle wykorzystuję w tym celu mniejsze pluszaczki. Zaciskam w jednej z dłoni, dajmy na to, krówkę (oczywiście robię to za plecami, aby Adelka nie widziała) i podaję gadzinie do odgadnięcia, czy zdobycz jest w prawej, czy w lewej dłoni. Wyniki tej zabawy są zazwyczaj remisowe, ale kiedy Adelka zwycięża, modyfikuję tę zabawę w taki sposób, że… no cóż… oszukuję swoją pupilkę, która po obwąchaniu obu dłoni, po ich otwarciu, stwierdza, że krówka najwidoczniej poszła się paść na łące, bo ani w prawej, ani w lewej dłoni jej nie ma.
Kolejny kłopot z Adelką jest całkiem innego rodzaju. Otóż ilekroć zasiadam w swoim królestwie - kuchni, a przesiaduję w niej do późnej nocy, każde, ale to każde wypowiedzenie przebywającej w pokoju żony słowa „Andrzej”, traktowane jest przez Adelkę jako polecenie przywołania mnie do pokoju.
Następuje zatem gromki galop Adelki z towarzyszącym temu galopowi szczekaniem.
- Mam iść? - pytam i w tej chwili następuje długa i nieustępliwa ze strony zwierzęcia rozmowa, w której miejsce szczekania zajmuje skomlenie przypominające przekomarzanie się dwóch postaci, mających zgoła odmienne zdanie na temat swojej najbliższej przyszłości.
Ciekawe, że wypowiedzenie przeze mnie imienia żony lub córki nie jest powodem dla wszczynania szczekająco-skomlącej awantury, jaka występuje zawsze, gdy wypowiadane jest moje imię.
Adelka jest niejadkiem. Niejednokrotnie woli spożyć liść sałaty, kapusty, podkraść rzodkiewkę albo konserwowego ogórka, aniżeli zająć się przygotowaną tylko dla niej porcją kurczaka lub indyka. W skrajnych przypadkach niechęci do konsumpcji posiłku, dziewczynka potrafi przykryć szmatką miseczkę z pokarmem, udowadniając, że czego oczy nie widzą….
Czasami jednak apetyt jej dopisuje i wtedy albo pogryza sobie zakupione na bazarze pałeczki, „kości”, psie „ciasteczka” (podejrzewam, że w tym przypadku chodzi jej o trening ostrości zębów), albo też daje się namówić na przegryzanie również psich „chrupek”. Pewną niedogodnością dla mnie jest to, że zmuszony jestem do karmienia biewerki, poddając jej na rozłożonej swojej dłoni po jednym „chrupku”.
Z piciem nie jest już tak źle. Adelka pija wodę z własnej miseczki stojącej w kuchni przy lodówce. To picie jest dosyć zabawne - nie tak dystyngowane jak u kotów, które nabierają sprawnie i dostojnie kropelka po kropelce wody z miseczki; Adela po prostu tę wodę gryzie i połyka.
Oczywiście jak każde żyjące stworzenie nasza biewerka korzysta z toalety. Najprostszym rozwiązaniem jest wyjście z nią na spacer (tzw. „ajciu” i oczywiście w psim ubranku) za czym oczywiście przepada, aczkolwiek nie odnosi się to do „wyjść zimowych”. Pierwszy, codzienny kontakt z dworem następuje jakiś czas po pobudce w otwartych drzwiach balkonowych. Suczka sama ocenia, czy na dworze jest ciepło, czy zimno; jeżeli zimno, powiadamia współmieszkańców gromkich ujadaniem i wtedy wiadomo, że wyprawa na dwór ograniczy się jedynie do toaletowych czynności.
W domu oczywiście ma przygotowaną psią kuwetę w łazience, a drzwi do niej zwykle są uchylone, zwłaszcza nocą. Jeśli są zamknięte, Adelka potrafi wszcząć raban, ogłaszając tym samym, że jest w ogromnej potrzebie.
Czasami wizyta w toalecie następuje bezpośrednio po przegryzieniu wody, ale bywa też i tak, że należy jej przypomnieć, aby z kuwety skorzystała.
Taka scena - późna noc, ślęczę w kuchni przed laptopem, telewizorem albo coś czytam. Nagle słyszę szybkie „drep, drep, drep” - to Adelka cichaczem wbiega do kuchni, podchodzi do miseczki z wodą i zaczyna chrupać wodę. Mija minuta. Adelka ugasiła pragnienie. Znów „drep, drep, drep” i znika za węgłem kuchni i przedpokoju.
Nie podnosząc się z krzesła rzucam za nią:
- A siusiu???
Patrzę. W otwartych drzwiach kuchni ukazuje się kudłaty łebek suczki, a jej oczy patrzą na mnie z wyraźną niechęcią. Adelka przedreptuje do łazienki i po minucie zjawia się w kuchni, podbiega do mnie a jej oczy zdają się mówić:
- No, sprawdź, byle szybko, bo chce mi się spać.
Przechodzę do łazienki. Istotnie, zrobiła swoje. Tarmoszę kosmatą główkę Adelki. Drep, drep i po chwili sadowi się na jednej z dwóch wersalek, po czym zasypia.


[13.082.2018, „Dobrzelin”]

12 lutego 2018

ZIARENKA - MIASTECZKOWE PEJZAŻE

I
Powiedziała nie trać nadziei
jeszcze nie wszystko skończone
a ja
widzisz przecież że kamienny bruk
porósł asfaltem
i końskie kopyta
nie krzeszą iskier
zresztą nie ma już koni
latem przyklejały się podkowy
do grafitowej jezdni miasta.

Siedzimy sobie na Narutowicza
około setnego numeru
wtulam plecy
w drewniane oparcie ławki
na którym odciśnięto
setki kręgosłupów
myślę jakby tu zasnąć
i sprowadzić pod powieki
furmankę ciągniętą przez gniadego konia.


II
Współczesny Rycerz Smętnego Oblicza
pozostawiwszy błędnego wierzchowca przy oberży
przemierzył pół miasta
aby dostać się do posiadłości oblubienicy.

Drugie piętro
drugi balkon od zachodu
akurat wieszała bluzeczkę
kropelki pachnącej jaśminem wody
uderzały w betonową taflę podłogi
odbijały się od niej
opadały rosząc kawalera oczy.

Jak w takich warunkach wyśpiewywać arie
moja gołąbko
już chyba pochwycę wróbla
i zatrzymam go w garści.

11 lutego 2018

PRZEDRUKI (5) DEKOMUNIZACJA

Zaczęło się od takiej oto informacji:
"Strażnik graniczny, którego dotyczy pismo, rozpoczął służbę w 1988 roku w Wojskach Ochrony Pogranicza. W 1991 roku kontynuował ją w nowo utworzonej Straży Granicznej. Na emeryturę przeszedł w 2007 roku. MSWiA informuje, że zapoznało się z aktami osobowymi funkcjonariusza, przekazanymi przez Komendanta Głównego Straży Granicznej. Podkreśla, że wynikało z nich, iż strażnik rzetelnie wykonywał zadania i obowiązki oraz był wielokrotnie wyróżniany odznaczeniami. Mimo to, w ramach tzw. ustawy dezubekizacyjnej odebrano mu emeryturę."
Więcej na ten temat w poniższym linku
Zanim jednak przejdę do meritum niniejszego wpisu, a mianowicie do zapożyczonej z "Przeglądu Tygodniowego" treści wywiadu przeprowadzonego z profesorem Mirosławem Karwatem, kilka zdań wstępu bezpośrednio lub pośrednio wiążących się z zagadnieniem, do którego chciałbym się odnieść. Będzie to:
1) Ustawa z dnia 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki
2) Ustawa z dnia 22 czerwca 2017 r. o zmianie ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej
3) Ustawa z dnia 14 grudnia 2017 r. o zmianie ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy jednostek organizacyjnych, jednostek pomocniczych gminy, budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej oraz pomniki oraz ustawy o zmianie ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej
4) Ustawa z dnia 16 grudnia 2016 r. o zmianie ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy Policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Państwowej Straży Pożarnej i Służby Więziennej oraz ich rodzin

Wydaje się prapoczątkiem tej konkretnej informacji jaką podałem na samym początku niniejszego tekstu jest fakt, iż postsolidarnościowe elity (nie tylko ta obecna "dobra zmiana") negują istnienie polskiego państwa przed rokiem 1989. Innymi słowy po zakończeniu II wojny światowej dla dzisiejszych elit PRL, choć uznawany przez znakomitą większość krajów de facto nie istniała jako państwo niepodległe.
Obecne elity, zwłaszcza ta PIS-owska, nie przyjmują do wiadomości geopolitycznych zmian jakie zaistniały po zakończeniu działań wojennych. PIS nie przyjmuje do wiadomości faktu, iż Polska, która nastała w nowym terytorialnym i ideologicznym kształcie to efekt zakończonych pomyślnie działań wojennych i klęski faszystowskich Niemiec, i w konsekwencji do podziału świata na komunistyczny, europejski Wschód oraz wolnorynkowy Zachód. Można oczywiście krytycznie odnosić się do tych faktów, lecz historia światowych wojen i konfliktów powinna nas uczyć, że to zwycięzcy określają warunki pokoju i buntowanie się przeciwko tej prawdzie nie ma większego sensu.
Można oczywiście hołubić dokonania tzw. żołnierzy wyklętych, przeciwstawiających się powojennemu porządkowi politycznemu, lecz jednocześnie trzeba sobie zdać sprawę z tego, że działania partyzanckie skierowane przeciwko jednemu z dwóch największych zwycięzców II wojny światowej skazane były na porażkę.
Ale my, Polacy, zwykliśmy czcić przelewaną krew "bohaterów", nawet wtedy, gdy przelana została bezzasadnie.
W narracji PIS-u, ale też dzisiejszej opozycji, oddaje się cześć "wyklętym", nie ma natomiast mowy o ludziach, którzy odbudowywali nasz kraj ze zniszczeń wojennych. Nie wspomina się o tym, że to za tej podłej komuny zlikwidowano analfabetyzm, że postawiono na nogi przemysł, że chłopi dostali ziemię, że z kraju zacofanego staliśmy się (zwłaszcza w epoce Gierka) jednym z najszybciej rozwijających się krajów na świecie.
Każde państwo, także te o długiej tradycjach demokratycznych, posiada służby, które chronią je przed ingerencją zewnętrzną. Każde państwo posiada swoją armię, policję, straż, służbę więzienną i służby specjalne. Może nam się nie podobać to, po jakiej ideologicznej stronie się znajdowaliśmy, ale nie jest powód, aby za fakt przynależności do minionego systemu karać tych, którzy w gruncie rzeczy wykonywali swoje obowiązki, nierzadko pod przysięgą. O ile można się zgodzić z tym, że funkcjonariusze, którzy przy okazji pełnienia swoich funkcji dopuszczali się przestępstw przeciwko społeczeństwu, wykazują nadgorliwość, złą wolę lub też działali wbrew prawu, powinni być pociągnięci do odpowiedzialności za swoje czyny, to w żadnym wypadku nie można stosować wobec nich zasady odpowiedzialności zbiorowej. 
To tylko rządy totalitarne stosują zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Ci z nas, którzy pamiętają niemiecką okupację, przypominają sobie zapewne treści obwieszczeń, stanowiące o tym, że za śmierć jednego Niemca rozstrzelanych zostanie tylu a tylu Polaków.
Oczywiście byłoby wielkim nadużyciem z mojej strony porównywanie obecnych szykan jakie stosuje PIS wobec byłych funkcjonariuszy PRL-u z tym, co wyprawiali z moimi rodakami okupanci, nie mniej jednak ogólny scenariusz jest podobny i, jak się okazuje, dotyczy nie tylko konkretnych ludzi, ale i nazw ulic, placów, pomników, słowem wszystkiego, co w jakikolwiek sposób przypomina o PRL-u.
Narracja środowisk postsolidarnościowych jest prosta: wszystko, co jest związane z byłą PRL należy bezpowrotnie zniszczyć; należy zniszczyć pamięć o minionych czasach.
W całym tym zamieszaniu jest jednak pewien wyjątek. Otóż gardząc PRL-em elity za dobrą monetę przyjmują fakt, iż całkiem spora liczba dzisiejszych szyderców i opluwaczy niesłusznej Polski Ludowej zdobyła niesłuszne wykształcenie, tytuły, także nagrody... więc jeśli niszczymy PRL, niszczymy o niej pamięć, wyrzućmy do kosza to wszystko, co uzyskaliśmy w tych strasznych czasach niewoli.
Już widzę tabuny chętnych.... 

Poniżej "przedruk" tekstu z "Przeglądu Tygodniowego". Myślę, że warto go przeczytać, dopóki jeszcze można publikować tego typu artykuły

Krzysztof Pilawski - Przegląd Tygodniowy - Wywiad z profesorem Mirosławem Karwatem


Elity postsolidarnościowe od początku transformacji miały wielki kompleks „komuny”
Prof. Mirosław Karwat – kierownik Zakładu Filozofii i Teorii Polityki w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, członek Komitetu Nauk Politycznych PAN
Panie profesorze, ustawę o „dekomunizacji” ulic i obiektów użyteczności publicznej z 1 kwietnia 2016 r. poparło 438 posłów, natomiast przyjętą w czerwcu ustawę o „dekomunizacji” pomników i tablic – 408. Najwidoczniej suweren tego oczekuje, czy w ogóle jest o co kruszyć kopie?
– Liczne protesty mieszkańców, oddolne akcje w obronie poszczególnych ulic, burzliwe dyskusje w czasie posiedzeń organów samorządowych pokazują, że opinia społeczna nie jest tak jednoznaczna w ocenie „dekomunizacji” jak parlament. Politycy nie uzyskali upoważnienia wyborców do rozstrzygania podobnych kwestii ideologicznych – one w zasadzie nie zaistniały w czasie kampanii wyborczej. Prawo i Sprawiedliwość uwiodło elektorat nie zapowiedziami zmiany nazw ulic, obalenia pomników, obniżenia emerytur mundurowych, lecz hojną ofertą socjalną.
Strażnicy antykomunizmu
„Dekomunizację” przestrzeni publicznej poparła gremialnie Platforma Obywatelska. Nikt z tej partii nie głosował przeciw. Za głosowała m.in. była premier Ewa Kopacz, która wychowywała się w Radomiu – mieście zawdzięczającym swój rozwój PRL.
– I tu jest pies pogrzebany. Dekomunizacja nie zaczęła się ani dziś, ani wczoraj. Jarosław Kaczyński jej nie wymyślił, choć faktycznie jego środowisko polityczne – od czasów Porozumienia Centrum po dzisiejsze PiS – cierpi na obsesję dekomunizacji. Elity postsolidarnościowe od początku transformacji miały wielki kompleks „komuny”, w Polsce Ludowej chcą widzieć tylko dyktaturę, dominację radziecką, przerwę w historii – i nic więcej. Już w 1990 r. radni wybrani z list Komitetów Obywatelskich Solidarność masowo „dekomunizowali” ulice, usuwali pomniki i tablice. Pierwszą „dezubekizację” polegającą na pozbawieniu uprawnień kombatanckich funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, a wśród nich było wielu partyzantów, przeprowadził rząd liberała Jana Krzysztofa Bieleckiego, znanego z opinii, że rak komunizmu zniszczył Polskę bardziej niż II wojna światowa. Antagonistów z obozów Adama Michnika i Jarosława Kaczyńskiego do dziś łączy przekonanie, że PRL nie była państwem polskim, lecz jakimś protektoratem, z totalitarnym reżimem, który zniewolił naród i walczył przeciw własnemu społeczeństwu. Obiektywne przejawy ciągłości politycznej, prawnej, kulturowej – choćby takie jak stosunki dyplomatyczne, traktaty międzynarodowe, dyplomy naukowe i zawodowe – wyraźnie uwierają „pogromców komunizmu” i zakłócają ich marzenie o starcie od zera oraz genetycznym dziewictwie nowego porządku. Wspólny wysiłek elit solidarnościowych doprowadził do wejścia w życie blankietowego, gumowego pojęcia zbrodni komunistycznych, zrównanych ze zbrodniami nazistowskimi. Spadkobiercy Solidarności tylko niuansami różnią się w rozliczaniu PRL.
Jakie to niuanse?
– Konserwatywna i skrajna prawica dyszy nienawiścią i żądzą hurtowego odwetu przy zastosowaniu mścicielskiego i dyskryminacyjnego prawa, natomiast liberalni demokraci zadowalają się moralizatorskim i estetycznym wstrętem oraz selektywną polityką dekomunizacji w białych rękawiczkach. Gdy słucham dziś Władysława Frasyniuka, odnoszę wrażenie, że wciąż wyznaje on doktrynę moralnej wyższości nad spadkobiercami PRL, obowiązującą przez lata w Unii Demokratycznej, a potem w Unii Wolności, wraz z przekonaniem o własnej doskonałości, bezgrzeszności, nieomylności, prawie do wystawiania świadectw moralności. Pisał o tym swego czasu Andrzej Wasilewski.
Wstydliwy rodowód
Nie tylko partie postsolidarnościowe poparły ustawy o „dekomunizacji” przestrzeni publicznej. Z Polskiego Stronnictwa Ludowego tylko poseł Marek Sawicki głosował przeciwko usuwaniu pomników. Władysław Kosiniak-Kamysz głosował dwa razy za zmianami. Trochę to dziwne, bo PRL mimo wszystko traktowała wieś i chłopów znacznie lepiej niż Polska przedwojenna.
– Ruch ludowy ma szczytne tradycje walki z konserwatyzmem i klerykalizmem. Walcząc o upodmiotowienie chłopów, musiał toczyć trudną walkę z ziemiaństwem i dostojnikami Kościoła. PSL ma także świeższe wspomnienia – strajków chłopskich w okresie sanacji, w których zginęło kilkadziesiąt osób. Ale nade wszystko ludowcy mają kompleks wspomnień najświeższych – wasalizacji i udziału w budowie PRL. Ten okres jest dla nich bardzo wstydliwy, chcą być kojarzeni z Wincentym Witosem i Stanisławem Mikołajczykiem, a nie z Czesławem Wycechem i Stanisławem Gucwą. Owszem, grunty z reformy i osadnictwo na Ziemiach Odzyskanych zmniejszyły głód ziemi, a industrializacja połączona z gwałtownym rozwojem miast zlikwidowała przeludnienie wsi, problem milionów zbędnych ludzi. Ale większość osób, które doświadczyły powojennego awansu społecznego, i ich potomków, niechętnie przyznaje się do swego rodowodu. Nieprzypadkowo już w PRL tak wielkie było zapotrzebowanie na herbarze i stare zdjęcia z dworkami „dziadków”. A i dziś trwa moda na ziemiańskich protoplastów. Mamy tu do czynienia – myślę także o PSL – z opisanym przez Zygmunta Freuda i Ericha Fromma mechanizmem wyparcia – zacierania niemiłych wspomnień i kłopotliwych koligacji.
Teraz szlachectwo można uzyskać, umieszczając na samochodzie nalepkę z kotwicą lub zakładając koszulkę z „wyklętymi”.
– To aktualne surogaty sygnetu. Mój ród nie z kolaborantów, ale z bohaterów i męczenników. Ja nie z tych chłopów pańszczyźnianych, lecz od Janosika. Przy podobnych skojarzeniach prezes Jarosław Kaczyński wyrasta na Harnasia.
Mamy zatem nie tylko antykomunizm elit, ale także antykomunizm popkulturowy, stadionowy, plebejski, wręcz ludowy.
– On jest podobny do katolicyzmu ludowego: powierzchowny, oparty nie na wiedzy, lecz na emocjach, symbolach i rytuałach.
Przed rokiem posłowie Nowoczesnej gremialnie poparli dekomunizację ulic. W czerwcu większość z nich wstrzymała się od głosu lub była przeciwko dekomunizacji pomników. Jak to rozumieć?
– Pierwsze głosowanie odbywało się w czasie wzlotu Nowoczesnej, gdy wydawało się, że partia Ryszarda Petru zepchnie PO do narożnika i zastąpi ją w roli najpoważniejszego rywala PiS. Od stycznia Nowoczesna przeżywa kryzys, który zapewne sprzyja trzeźwej analizie sytuacji – także w sprawie „dekomunizacji”. Widać, jak duży opór społeczny – motywowany wcale nie względami ideologicznymi czy sentymentem wobec PRL – wywołuje „dekomunizacja” przestrzeni publicznej w środowiskach samorządowych, wśród wyborców. Nazwy ulic, placów, szkół, kin, kawiarni, pomniki stają się częścią lokalnego krajobrazu, tradycji, wpisują się w naszą biografię i tożsamość. Na spotkaniach kolegów z liceum mówimy wciąż plac Leńskiego, a nie Hallera, bo naszą młodość przeżyliśmy na placu Leńskiego. I tego nikt nie wykreśli z naszej pamięci.
Państwo decyduje o adresie
Przykład socrealistycznego placu Hallera w Warszawie, którego układ urbanistyczny kilka lat temu uznano za zabytek, potwierdza, że „dekomunizacja” zaczęła się dawno temu. Tyle że od przyjęcia ustawy o ulicach jest ona polityką państwową. Jaki jest cel tej polityki, czy chodzi tylko o zmianę nazwy, zastąpienie jednego pomnika innym?
– Oczywiście o coś więcej. W istocie jesteśmy świadkami pełzającej legalizacji państwa autorytarnego w warunkach, gdy partia rządząca nie ma wystarczającej większości do uchwalenia swojego projektu konstytucji, czerpiącego inspirację z sanacyjnej konstytucji kwietniowej. „Dekomunizacja” odgórna, centralnie sterowana, polegająca na tym, że wola wojewody i ideologiczna „ekspertyza” Instytutu Pamięci Narodowej jest ważniejsza niż opinia mieszkańców i stanowisko organów samorządowych, ma przyzwyczaić obywateli do tego, że nawet o sprawach dotyczących ich najbliższej okolicy, ich adresu, decyduje centrala, rząd. W obu ustawach zapisano, że o tym, jakie nazwy i obiekty podlegają „dekomunizacji”, rozstrzyga IPN, przedziwna policja historyczna z uprawnieniami prokuratorskimi i machina prania mózgów, której akuszerami byli… dzisiejsi obrońcy demokracji liberalnej.
Unia Wolności wykazała wielką determinację w jej powołaniu.
– Politycy UW, potem Platformy, sądzili, że IPN będzie młotem na komunę. Nie przewidzieli, że to broń obosieczna, może stać się orężem skierowanym także przeciwko nim. W ostatnich miesiącach PO okazała się bardzo niekonsekwentna: najpierw ogłosiła, poniewczasie, że zlikwiduje IPN, po czym poparła jednomyślnie drugą ustawę „dekomunizacyjną”, która – podobnie jak pierwsza – toruje drogę praktykom autorytarnym.
Czas janczarów
IPN już za czasów PO ułożył listę ulic do „dekomunizacji”, naciskał na samorządy, by dokonały zmiany nazw, przeprowadził akcję mającą na celu likwidację warszawskiego Pomnika Polsko-Radzieckiego Braterstwa Broni. W okresie rządów Donalda Tuska powstał projekt ustawy o „dekomunizacji” przestrzeni publicznej, który wykorzystało PiS, parlament uchwalił wtedy ustawę o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Wbrew opinii PiS to prezydent Komorowski pierwszy nadał państwową oprawę obchodom tego święta.
– PO, podobnie jak PiS, w 2005 r. szła do wyborów z hasłami budowy IV RP i „dekomunizacji”. Obecnie, choć straszy grożącym Polsce autorytaryzmem, sama przykłada do niego rękę. Jarosław Kaczyński nie mówi już o IV RP, za to wprowadza ją krok po kroku. Służy temu m.in. „dekomunizacja” przestrzeni publicznej, która pomoże w janczarskiej indoktrynacji kolejnych pokoleń – mają gardzić życiorysami własnych rodziców i dziadków, którzy w PRL wyrośli, pracowali, mieli osiągnięcia i powody do dumy, zrównane teraz ze zdradą.
1 czerwca na Wiejskiej tradycyjnie zebrał się Sejm Dzieci i Młodzieży, warunkiem udziału w nim było wskazanie w swojej okolicy miejsc do zdekomunizowania.
– To właśnie jest janczarstwo, „dobra zmiana” pokoleniowa, jaką szykuje PiS na gruncie przygotowanym przez kolejne rządy i samorządy. W Sandomierzu, Częstochowie czy Krakowie wyrosło pokolenie, które nie wie i nie ma prawa wiedzieć, że gdyby nie decyzje radzieckich dowódców, te miasta wyglądałyby po wojnie jak poniemieckie Wrocław, Gorzów czy Legnica.
Po reformie oświaty „dekomunizacja” zapewne trafi do szkół.
– Ona jest obecna w nich od dawna, jedynie przekaz zostanie wzmocniony. W szkole mamy już mitologię historyczną zamiast wiedzy historycznej i nauki myślenia oraz katechezę, która nie jest żadną katechezą, lecz indoktrynacją w duchu klerykalno-nacjonalistycznym. Sprzyjają jej obowiązkowe uroczystości religijne organizowane w szkołach, rekolekcje, konkursy wiedzy religijnej, pielgrzymki.
Kiedyś mieliśmy ponad tysiąc szkół na tysiąclecie, teraz mamy ponad tysiąc szkół im. Jana Pawła II. Wśród nich jest tysiąclatka, która wcześniej miała za patrona żołnierza poległego w walkach o Wał Pomorski.
– Trudno mnie zdziwić, choć udało się to krakowskiemu radnemu, który chciał zdekomunizować ulicę Dworcową obok stacji Kraków-Płaszów, bo jego dociekliwość naprowadziła go na nazwisko radzieckiego pisarza. Ale już w latach 90. w jednym z miast zdekomunizowano ulicę Czerwonych Wierchów.
W Warszawie pomnik partyzantów Gwardii Ludowej przy ul. Smolnej za sprawą zmiany napisu na cokole od kilku lat jest uważany za monument partyzantów AK. Dzięki temu ocaleje.
– Turcy nie zburzyli soboru św. Sofii, pozostawili nawet nazwę, niemniej jednak dokonała się wielka zmiana tożsamościowa – Hagia Sophia służyła im przez stulecia jako meczet. I świadectwo, że „nasze jest na wierzchu”.
Uniform IV RP
„Dekomunizacja” przestrzeni publicznej mieści się w ramach postulowanego przez Jarosława Kaczyńskiego porządku aksjologicznego. Zgodnie z nim ul. płk. Kuklińskiego nie może się znajdować na osiedlu XXX-lecia PRL. Ze zdziwieniem odebrałem uznanie dla nazwy kongresu PiS „Jedna Polska”. Przecież nie chodziło w niej o Polskę jedną w różnorodności, lecz Polskę skrojoną przez PiS.
– Powiedziałbym: Polskę ujednoliconą politycznie, społecznie, kulturowo, ideologicznie. Pojęcie ujednolicenia, niemieckie Gleichschaltung, doskonale opisał Franciszek Ryszka w „Państwie stanu wyjątkowego”. Jeśli PiS mówi o wspólnocie, to ma na myśli nie wszystkich mieszkańców Polski, lecz jedynie tych obywateli, którzy mieszczą się w przestrzeni wyznaczonej przez rządzącą partię: wielbiących „żołnierzy wyklętych”, nienawidzących „komuny”, żarliwych wyznawców religii smoleńskiej. Cechą autorytaryzmu jest dążenie do uniformizacji społeczeństwa: mamy używać tych samych zwrotów i pojęć, mamy mieć tych samych patronów, te same autorytety i świętości, tak samo patrzeć na historię. Jednym słowem powinniśmy poruszać się po szlaku wyraźnie oznakowanym i wyznaczonym, prowadzącym do jednego celu. Jeśli z niego zboczymy, jeśli mamy jakiekolwiek wątpliwości, stajemy się elementem podejrzanym, niepewnym. To właśnie autorytaryzm.
Tego najwyraźniej nie dostrzegli głosujący za ustawami posłowie PO, dawniej związani z lewicą: były sekretarz KC PZPR Marcin Święcicki i jeden z byłych polityków SLD Bartosz Arłukowicz. Kandydatka Leszka Millera na prezydenta, Magdalena Ogórek, fotografuje się ze szczątkami „żołnierzy wyklętych”.
– Trudno o lepszą karykaturę. Ta pani nie symbolizuje wierności i niezłomności.
Na „dekomunizacji” przestrzeni publicznej się nie skończy. Zakaz propagowania komunizmu został użyty w staraniach Ministerstwa Sprawiedliwości o delegalizację Komunistycznej Partii Polski, podstawą do niej stały się teksty opublikowane w piśmie „Brzask”.
– PiS działa zgodnie z taktyką salami. Zaczęło od „dekomunizacji” ulic, pomniki celowo zostawiło na drugie danie. KPP nie zagraża obecnemu ustrojowi, bo liczy 300-400 członków, na ogół w mocno dojrzałym wieku, nie są to uzbrojeni ekstremiści i spiskowcy. Nikt o nich się nie upomni, łącznie z SLD, które boi się posądzeń o jakichkolwiek związki z komunizmem. PiS najpierw załatwi sprawy drobniejsze, uciszy małych, potem przyjdzie czas na większych. Jeśli Sojusz za jakiś czas znów ośmieli się powiedzieć, że PRL dźwignęła Polskę z ruin, zagospodarowała Ziemie Odzyskane, zlikwidowała przedwojenne nierówności społeczne, zwalczyła głód, bezrobocie, analfabetyzm, dokonała rewolucji kulturalnej i godnościowej, to może mieć podobne kłopoty jak dziś KPP. I w tej dziedzinie grunt został już przygotowany. W 2013 r. Sojusz wydał „Niezbędnik historyczny lewicy”, niewielką broszurkę o znikomym nakładzie i zasięgu, ukazującą osiągnięcia PRL. Do tego wróbelka wystrzelono z armat, także „Gazety Wyborczej”.
Były europoseł PiS Marek Migalski parę miesięcy temu napisał, że „dekomunizacja” jest świetną okazją szybkiej odbudowy wpływów przez SLD – wystarczy ustawić się po drugiej stronie barykady.
– Zgodnie z sondażami spora część społeczeństwa nadal dobrze ocenia okres Polski Ludowej. Co więcej – jak potwierdziło badanie wykonane w grudniu ub.r. przez CBOS – osób uważających decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego za słuszną jest wciąż więcej niż tych, którzy sądzą inaczej. Odnoszę jednak wrażenie, że polityka historyczna wielu działaczom SLD kojarzy się z jakimiś muzealiami, podczas gdy „trzeba z żywymi naprzód iść”. A tymczasem PiS udowadnia, że rację miał Orwell, twierdząc, że kto kontroluje przeszłość, ten ma władzę nad przyszłością.
Komunizm, który w naszych warunkach sprowadza się do oceny Polski Ludowej, ma być zakazany. Ale, odwołując się choćby do Starego Testamentu, nic tak bardzo nie smakuje, jak owoc zakazany…
– PiS jest przekonane – jak niegdyś PZPR, a potem Unia Wolności i Platforma – o nieodwracalności dokonanych zmian ustrojowych. Jednak nic nie jest nieodwracalne, za to wszystko jest historyczne: rodzi się, rozwija i zanika. Epopeja PiS też przejdzie do historii.

[11.02.2018,"Dobrzelin"]

10 lutego 2018

***

Dotarłem do tego tekstu, aby odizolować się od obecnych wydarzeń.
Pod tym wierszem była jeszcze dedykacja…

***
Meteorowa nocy
czekana
nieogarnięta rozumem
uwierz że kocham
opadające na twoje ramiona
włosy przyprószone
kryształkami perseidów
Wzdragam się przed ich dotknięciem
Moje dłonie wyciągnięte ku tobie
niezmiennie drżą
wypowiadam życzenie
zawsze niespełnione
światło wyprzedza myśli
już sam nie wiem
czy kiedykolwiek zdołam powiedzieć
jak bardzo…

[26.03.1979, Łódź]

09 lutego 2018

KRAJOWE ZAPISKI - ALTERNATYWA

A gdyby tak popuścić wodze fantazji i poprzestawiać meble swojej historii? Znaczy się napisać alternatywny scenariusz swojego życia.
Czy ktoś pamięta „Przypadek” Kieślowskiego? Tam główny bohater grany przez Bogusława Lindę w początkowej scenie filmu ściga uciekający mu pociąg. W jednym przypadku zdoła go doścignąć, w dwóch pozostałych pozostaje na peronie. Los oferuje mu trzy alternatywne ścieżki życia. Dościgając pociąg, przy pomocy podstarzałego działacza partyjnego osiąga zawodowy sukces; kiedy nie zdąża na pociąg i jest zatrzymany przez służbę ochrony kolei, jego przyszłość związana będzie z opozycją; w trzecim wariancie również nie zdąży na pociąg, lecz tym razem spotka na peronie koleżankę, ożeni się z nią, a jego życie wolne będzie od politycznych wyborów.
Oczywiście mam świadomość tego, że tworzenie alternatywnego życiorysu w trybie przypuszczającym (w języku angielskim byłby to III tryb warunkowy) nie ma głębszego sensu, albowiem rzadko się zdarza, abyśmy byli totalnie niezadowoleni ze swojego życia. Tymczasem komponując zupełnie inne, lepsze życie, pozbawilibyśmy się tych dobrych, pozytywnych składników naszej rzeczywistej egzystencji, szkodzilibyśmy sobie, naszej pamięci, ale też uczynilibyśmy wielką krzywdę tym, którzy obecnie są z nami i przy nas.
Z tego też powodu, jeśli już zdecydowałem sobie pomajstrować w swoim życiorysie, to należy tę czynność potraktować jako zabawę, choć niepozbawioną elementów racjonalnych.
Decydując się na wymyślenie scenariusza życia innego niż ten, który jest realizowany, konieczny był pewien impuls, istniejąca w podświadomości podpowiedź, co do słuszności obranej przed laty drogi. Niewątpliwie w moim przypadku tym impulsem jest świadomość życiowej, zawodowej porażki.
Z perspektywy minionych lat mam świadomość tego, że nietrafnym okazał się mój wybór zawodowy, tj. niepotrzebnie po roku 1989 pozostałem w zawodzie nauczycielskim, tkwiąc  w nim aż do roku 2010 i straciłem przez to całkiem sporo lat swojego życia, a przecież wcale nie musiałem „zdążyć na ten pociąg”. Było, minęło i się nie wróci, lecz marna to pociecha. Stąd pewnie pragnienie pobuszowania w swoim życiorysie i wskazanie na to, czym mógłbym się zajmować, gdybym w porę zorientował się, że popełniłem błąd.
Widzę siebie kończącego polonistykę i biorącego się za kulturoznawstwo, potem może za historię sztuki lub filologię klasyczną. Już podczas studiów współtworzę jakąś krytyczno-literacką grupę młodych, nieopierzonych jeszcze twórców, wrogo nastawionych wobec rzeczywistości zdominowanej przez konsumpcjonizm. Pochłania nas niezależna, lewicująca twórczość, aczkolwiek nie ubliżamy tradycji; pragniemy jednak wnieść coś nowego do chylącej się ku upadkowi spuściźnie rewolucyjnych, anarchistycznych i futurystycznych trendów; stajemy się swoistą cyganerią, przestrzegającą przed bezideowością Zachodu, przed  postmodernizmem, przed neoliberalizmem, dla którego człowiek tyle znaczy, ile można na nim zarobić.
Powiedzmy, że funkcjonuję w podwawelskim grodzie; może to być tez inne miasto, w którym miałbym oparcie w małej ale prężnej grupie szaleńców, nie przywiązujących zbyt wielkiej wagi do wszechwładnej władzy pieniądza. 
Powiedzmy, że wespół z innymi tworzymy coś w rodzaju cyganerii, skupiającej się na dyskusjach o sztuce, literaturze, muzyce, czy szerzej, o kulturze, o kulturze i społeczeństwie. Żyjemy biednie w tej artystycznej komunie zdani jedynie na własny talent i pasje. Oprócz dyskusji, toczonych czasami w oparach nikotynowego dymu i zapachu taniego alkoholu, każdy z nas pochłonięty jest twórczością, niezależną ale szczerą, po trosze rewolucyjną, ale nie wojującą na oślep. Ja osobiście angażuję się w pisanie rymowanych kuplecików do songów, piszę jednoaktówki do studenckiego teatru, a nocą w zaciszu dzielonego z przyjaciółmi pokoju, opłacanego z resztek tego, co nam zostało po jedzeniu i alkoholu, piszę coś poważniejszego, co, jak sądzę, przetrwa dłużej, aniżeli komercyjna śpiewogra o miłości, która sprowadziła do teatru rzesze młodych i nowocześnie myślących ludzi.
Zdajemy sobie sprawę z tego, że zaistnieć w kulturze w pojedynkę trudniej, zakładamy nieformalną grupę, tworzymy zgrany, acz niejednorodny zespół przyjaciół, których ambicją jest dotarcie z naszymi poglądami do jak najszerszego kręgu odbiorców. Udaje nam się wystartować z własną gazetą, bierzemy w posiadanie teatr, próbujemy odnaleźć dla siebie miejsce we wszechświecie nowej kultury. I jeśli mamy świadomość tego, że nadejdzie czas na to, że kiedyś nasze się rozejdą, to pozostaniemy do końca naszych dni braćmi w wierze w kulturę, jaką udało nam się wskrzesić.
Tak mogłoby wyglądać moje życie, które oczywiście uzupełniłbym prywatnością. Ta sprowadziłaby mnie na ziemię, bo nawet największy artysta potrzebuje miejsca, w którym poczułby się zwykłym, normalnym człowiekiem, którego pragnienia sprowadzają się do założenia rodziny, spłodzenia i wychowania dzieci, do miłości realnej, trudnej, ale możliwej do spełnienia, do bycia szczęśliwym pomimo tego, że, jak się okazuje, otaczająca go rzeczywistość nie przedstawia żadnej wartości i sensu.
Tymczasem dożywam swych lat w dyskomforcie, utraciwszy wiarę w to, że będzie mi dane przynajmniej umrzeć w spokoju.

[06/07.02.2017, „Dobrzelin”]