Edward Stachura

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym słusznym i zbawiennym jest
żeby człowiek w życiu onym sprawiedliwym był i godnym

24 września 2016

BRETOŃSKA WDOWA

Bretońska wioska niskim słońcem malowana
Przebudza się sinobiałych okiennic trzaskiem,
Kogutów rumianych pieniem i wróbli wrzaskiem,
A na przedprożu chaty niewiasta zaspana,

Bielą rękawa przeciera oczy znużone
Snem niespokojnym, co wkradł się do jej alkowy,
Burząc samotność okradzionej z męża wdowy,
By przed świtem spuścić tajemnicy zasłonę.

Oto przybywam ja - ze snu duch niepokorny,
Co maskę nocy zrzucił i do światła biegnie
Oczu, którym łez nocna mara nie szczędziła.

Przychodzę nieśmiało z bukietem kwiatów polnych.
We śnie hardy byłem; teraz serce mi mięknie.
Proszę przyjmij mnie do siebie jeszcze raz, miła.

ŚWIECKOŚĆ W KOŚCIELE

Mając w miarę przyjazne łącze internetowe na jednym z przystanków, przeczytałem pewien artykuł, w którym autor opisuje, jak to M., jeden z polskich biskupów wypowiada się przeciwko laickim śpiewom w katolickiej świątyni. 
Nie będzie zatem ksiądz lub organista mógł zaśpiewać nowożeńcom „Wielka miłość….”, ani też zanucić „Allelujah” Cohena (pewnie dlatego, że to Żyd, podobnie zresztą jak Chrystus). Nie usłyszymy więc pewnej zakonnicy, o której tak głośno zrobiło się swego czasu w necie z powodu pięknego głosu, jaki z jej płuc się dobywał przed ołtarzem, ani niektórych księży, którzy podobnie intrygujący do śpiewu talent mają.
Biskup M. dość ma treści świeckich w kościele, a ja podążając śladem jego rozumowania, mam ochotę zapytać, czy również nie powinien był zabronić w świątyni wypowiadania się księży na tematy polityczne czy erotyczno-seksualne.
Ja oczywiście rozumiem, że kościół jest przede wszystkim miejscem modlitwy, lecz tak kategoryczne postawienie sprawy przez biskupa, żeby zabronić jakichkolwiek świeckich treści w kościele pozwala mi podzielić się taką oto refleksją: jeżeli tak ma być, to czy dla równowagi, w przestrzeni publicznej świeckich mediów nie należałoby zrezygnować z miejsca dla księży szerzących wiarę, dla telewizyjnych relacji z mszy, dla śpiewania kolęd? Skoro bowiem religijność i świeckość mają pozostawać na dwóch wykluczających się nawzajem płaszczyznach, to może zdecydować się na ten sugerowany przeze mnie krok.
Zachodzę w głowę jak długo jeszcze wysocy urzędnicy Kościoła katolickiego w Polsce zamierzają przestrzeliwać własne stopy. Czy naprawdę te tęgie, dostojne głowy uważają, że do religii i wiary, do uczestnictwa w kościelnych nabożeństwach zdoła przyciągnąć wiernych polityka nakazów i zakazów?
Podejrzewam, że nie ma takiej dziedziny życia, w której taka polityka spotykałaby się z sympatią, akceptacją i pełnym zrozumieniem u ludzi, i nie ma człowieka, który domagałby się tego, aby traktowano go z pozycji władzy wiedzącej lepiej, surowej, nakazującej, bądź też zakazującej konkretnych działań.
Hierarchowie Kościoła katolickiego w Polsce nic a nic nie rozumieją ze słów ich zwierzchnika, papieża Franciszka. Kościół w Polsce tak jak i w niedawnej przeszłości, tak i teraz pozostaje otwarty dla dewotów i dewotek, którzy na katolickich urzędników w sukmanach złego słowa nie powiedzą, choćby jeden z drugim był łajdakiem, pijusem lub pederastą. Kościół w naszym kraju jest otwarty, tyle że drzwi do niego nie ma i nie sposobu jak wejść do środka, nie narażając się na aroganckie słowa, w których każda forma dyskusji spotyka się z odporem w rodzaju: „występujesz przeciwko wierze i religii! Siła nieczysta i szatan przez ciebie przemawia.”
Zapyta ktoś, po co, do jasnego słońca, wypowiadam się w tej sprawie; przecież i tak moje słowa, nawet gdyby były przed całym dostojeństwem biskupów i kardynałów wypowiedziane, niczego nie zmienią, nie zmienią polskiego Kościoła.
I odpowiadam. Są przynajmniej dwa powody, dla których przynoszę do kawiarenki ten tekst.
Pierwszy to ten, że mam świadomość, iż religia, wiara w Boga, sam Bóg… jest wielu ludziom bardzo potrzebny i jest to fakt, który należy przyjąć do wiadomości, nie wnikając w przyczyny tej ludzkiej potrzeby. A skoro Bóg jest potrzebny, to ci, którzy w jego imieniu sprawują duszpasterską opiekę nad wierzącymi, powinni mieć czyste, otwarte serca, uszy, które słyszą, i usta, które głupstw nie plotą… i czyste ręce, których palce przesuwają się po wersetach Pisma Świętego.
Drugi powód jest prozaiczny i wynikający raczej z mojej natury, która rozkazuje mi (ech, ten wewnętrzny nakaz…), abym wypowiadał się tam, gdzie moje uszy i oczy odnajdują słowa niecne i bezrozumne, z którymi nijak pogodzić się nie mogę, bo tak jak piekielnego ognia boję się ludzkiej głupoty…. 
A jeżdżąc po Francji, jakże często przychodzi do mnie myśl taka, że w tym laickim kraju, w jego opustoszałych świątyniach więcej jest Boga niż w naszym, przemodlonym kraju.

[23.09.2016, Neuille w Kraju Loary, Francja]

ZNÓW DO FRANCJI

Środowy, piękny dzień przyniósł jedną zmianę. Postanowiłem sprawdzić osobiście, czy rzeczywiście nie ma możliwości załadowania ośmiu palet. Okazało się, że „na wcisk”, ale da się. Załadowanie zabrało mi wprawdzie, ale w końcu pokazałem Niemcom, że Polak potrafi. 
 No i jazda w stronę Stuttgartu, potem Manheim, obok Saarsbrucken do Luksemburga, a stamtąd autostradą przez Sedan, gdzie po raz pierwszy od czterech dni miałem internetowe łącze i dalej przez Paryż, Wersal w kierunku Rouen, po czym zjazd na południe przez Rennes i dalej do Lagacilly.
Byłem ciekaw jak spisze się to małe lusterko w nocy. Kłopotów nie było, choć komfort widzenia pogarszało to, że małe lustereczko w moim aucie  bardzo oddala jadących za mną i trzeba się było tego przyzwyczaić. Przespałem się pół godziny na 150 kilometrów przed celem podróży, trochę mnie jeszcze sen  mulił, ale obeszło się bez dodatkowego postoju. O ósmej rano byłem na miejscu. Wizłem kosmetyki do firmy, której nazwę musze wymienić: Yves Rocher - Plate Forme Logistique. Dlaczego? Raz, że to spora firma, która i wytwarza jakieś towary i zajmuje się logistyką, a dodatkowo prowadzi piękny ogród botaniczny. Dwa, że obsługa wyśmienita: szybka i sprawna. Oby jak najwięcej transportowych usług prowadzić do takich kontrahentów.
Po rozładunku dosypiam dwie i pół godziny do tych trzydziestu minut drzemki podczas trasy. Budzę się rześki i wyspany. czeka już na mnie kolejny kurs. Oczywiście nie do kraju. Mam jechać po Francji. Załadunek po dwudziestej, dojazd - 267 kilometrów. Wyruszam więc tak, aby być na dziewiętnastą a po drodze znów łapie internet - tym razem nie z McDonalda. Wyruszam z Bretanii i udaje się na północ - do Normandii, a konkretnie do małego miasteczka o cudownie długiej nazwie: Saint-Langis-Les-Mortagne. Poruszam się zatem po zachodniej, przytulonej do Atlantyku i kanału La Manche części Francji.
A trzeba wiedzieć, że geograficzno-historycznie zachód Francji przedstawia się mniej więcej następująco: od północy Region Calaise, poniżej Normandia: górna i nizinna, dalej Kraj Loary, Bretania oraz Akwitania i Gaskonia, które to regiony właściwie dzisiaj wymieniane są przez francuskie mapy jako Akwitania.
To naprawdę bardzo piękna część Francji. Im bardziej na północ, tym wyżej, chłodniej i bardziej deszczowo. Właściwie to nie przepadam za rejonem Calaise, tj. Nord. Najmniej ciekawy i jakiś taki ponury, szary, belgijski, choć trzeba przyznać szczerze, że taka Dunkierka jest pięknym miastem, a na uwagę zwraca też to, że w tym regionie, podobnie zresztą jak w całej Normandii nie brak pomników i cmentarzy alianckich i niemieckich z ostatniej wojny.
W odróżnieniu od krain położonych na południe od Arras, Dunkierki, Calaise i Amiens, region północny, tak jak i sąsiednia Pikardia, czy jeszcze dalej na wschód: Szampania-Ardeny, Lotaryngia i Alzacja, pobudowany jest z cegły. Rozpisywałem się już w którymś z postów, że urok Francji polega także, a dla mnie - przede wszystkim, na tym, że zbudowana jest z kamienia: domy z kamienia, kościoły, szopy, i tak dalej. Jeśli więc ktoś, tak jak ja, przywiązuje dużą wagę do tego detalu, to północne regiony Francji przegrywają wizualnie z południem, wschodem, a także centrum kraju.
Owszem, ta zabudowa kamienna jest we Francji różnoraka. W takiej Owerni, położonej mniej więcej w centrum kraju, kamień ma barwę ciemną, gdyż budulcem jest w tym przypadku materiał wulkaniczny. W Gaskonii w pobliżu Hiszpanii i Kraju Basków stare kamienne domy przeplatają się z młodszymi, których elewacje są już tynkowane. Ponadto są do domki niższe, sprawiające wrażenie lekkości i mają okna sięgające niemal fundamentu. Budynki w Kraju Loary, wokół Nantes charakteryzuje natomiast panosząca się biel elewacji, a na wybrzeżu atlantyckim niemal nie dostrzega się innych domów prócz takie właśnie lekkich, pobielonych „pudełeczek” wytworzonych z kamienia. W Bretanii z kolei uderza zarówno jakość kamienia jak i dająca się zauważyć trwałość cementowego spoiwa, jak i też przepiękne niebieskie i brunatne najczęściej okiennice. Stare, kamienne domy w Normandii są natomiast obszerniejsze, a kolejną ich istotna cechą jest liczność i wysokość kominów. No cóż, wcześniej napisałem o tym, że im dalej na północ, tym chłodniej, a zatem nie się czemu dziwić, że w Normandii postawiono na jakość kominów i, co za tym idzie, ogrzewania.
A kiedy spojrzymy dokładnie na krajobraz zachodniej Francji z tymi poszatkowanymi polami i łąkami, z mnóstwem żywopłotów z taką pewną dzikością i tajemnicą, to podobne wrażenie wzrokowe można odnieść przemierzając wschodnią Anglię i całą niemalże Walię.
Patrząc na krajobrazy zachodniej Francji, można pokusić się o takie porównania:
Pagórki Normandii wyglądają jak obfitokształtna, brzemienna kobieta, niewielkie wypukłości terenu Bretanii są jak  wzgórek łonowy niewiasty, zaś Gaskonia i Kraj Loary są płaską tu i tam nastolatką.

Z kolei wszędzie we Francji, nie tylko tu, na zachodzie, kwiaty rosnące naturalnie obok domów w ogródkach, i te w obszernych gazonach, te w donicach ustawionych przed domami zabudowaniami gospodarczymi, te zdobiące balustrady mostów, latarnie uliczne, wnętrza rond, jak i też drogowe znaki, słowem - kwiaty wszelkiej maści są specjalnością tego kraju. Ileż to razy doświadczyłem takiego widoku: dom stary, solidny ale od lat nie remontowany a przed nim feeria kwiatów. Połączenie starości, często już nie tak pięknej z żywotną, wybujałą, fantazyjną młodością.
Ale w końcu to, dzisiaj młode i prześliczne, osiągnie swój kres, nabierze dojrzałości i szczycić się będzie doświadczeniem i (oby) dumą z przeżytych lat.

[22.09.2016, Neuille w Kraju Loary, Francja]

TRZY RAZY PECH

Póki co wracamy do rzeczywistość.
A jednak zakład wygrałem. Wczoraj nie było kursu na kraj. Więcej, zaproponowano mi inny - na Francję, do Bretanii, poniżej Rennes do - 1260 kilometrów.
Wyjechałem zatem z Norymbergii na autostradę, a tam zatrzymałem się na parkingu, zostawiając sobie 20 kilometrów podjazdu na rano. Obudziłem się o 6.50 i, ku swemu zaskoczeniu, zobaczyłem, że ktoś podwędził mi lewe lusterko. Świetna robota, niczego w nocy nie słyszałem. Całe szczęście, że to boczne lusterko jest dwudzielne i poniżej tej większej tafli u góry, znajduje się również mniejsze. Znacznie utrudnia to obserwację drogi z tyłu za mną, ale jakoś da się jechać z tym małym. Gorzej będzie, gdyby zatrzymała mnie policja. Nie jestem pewien, czy zdołam się wytłumaczyć z tego braku.
Podjeżdżam zatem do punktu załadunku w Heroldsbergu, a tam czeka mnie jeszcze jedna niespodzianka. Nie chcą mnie załadować, bo dysponuję zbyt małym autem. Z ośmiu palet jakie mam do wzięcia, dwie są na tyle duże, że nie starczy miejsca w na krypie. I znów ktoś zawinił. Mój spedytor? Inna spedycja, która dała zlecenie mojemu spedytorowi? A może kontrahent, który zamieścił w ogłoszeniu niewłaściwe dane odnośnie wielkości ładunku. Jak by tam nie było stoję i czekam na rozstrzygnięcie.
Kolejny pech, w dodatku potrójny: miał być kurs na Polskę - nie ma, lusterko - dobrzy ludzie wzięli, no i brak możliwości załadunku.
Tak sobie myślę, że gdyby zadziało się tak, jak być powinno, to znaczy dostałbym kurs na kraj, nie byłoby tych kłopotów. Ale stało się i nie ma co gdybać. Potrzebna cierpliwość i ta odrobina szczęścia gdy chodzi o policję drogową, że mnie nie zatrzyma w czasie pokonywania kolejnej trasy, dokądkolwiek by nie prowadziła. Ale czy należy wierzyć w szczęście. Dotąd jakoś mnie nie opuszczało, choć problemów podczas obecnego kursu nie brakowało.
Jedynym pocieszeniem jest pogoda. Zrobiło się pięknie, słonecznie, choć nad ranem temperatura nie przekraczała trzech stopni powyżej zera.
Co ten piękny, słoneczny dzień z sobą przyniesie?

[21.09.2016, Heroldsberg w Niemczech]

TO CO NAJWAŻNIEJSZE

Co jest mało istotne? Co jest ważne, a co jeszcze ważniejsze?
Oto pytania, które bezustannie wiercą dziurę w mojej głowie. Oczywiście rodzina, praca, zadowolenie z życia, miłość, przyjaźń, chęć spędzania czasu z tymi, których się kocha, lubi i szanuje, zdrowie, sukcesy osobiste - to wszystko prawda i można do tego zestawu dokładać wciąż kolejne dania.
Czy jednym z nich, tą przystawką, jest pisanie?
Dlaczegóżby nie. A gdyby nie było to pisanie, to może podróże, malowanie, składanie modeli samolotów, uprawianie sportu, gra w dżezowej kapeli na kontrabasie, haftowanie, uprawa ziemi, ogrodnictwo, grzybobranie, robótki na drucie, rzeźbiarstwo, robienie przetworów na zimę, dokarmianie ptaków, fotografia… czy wymieniać dalej?
Podziwiam ludzi z pasją, którzy potrafią odnaleźć dodatkowe źródło pracy, fantazji i zabawy, i nie czynią tego dla sławy, poklasku, pieniędzy - ot żyją w mądrym przeświadczeniu, że życie jest zbyt krótkie, aby pozbawiać się przyjemności dawania z siebie czegoś więcej, co wynika tylko i jedynie z wykonywanych przez siebie obowiązków.
Kiedy byłem nauczycielem moją dewizą było: nie musisz umieć wszystkiego, nie musisz lubić wszystkich przedmiotów, ale tam, w obszarze, gdzie czujesz najwartościowszy, dokładaj wszelkich starań, aby zabłysnąć swoją twórczą inwencją. Wychodzę bowiem z założenia, że nie ma ludzi nieutalentowanych i każdego z nas los, a może Bóg, obdarował jakimś uzdolnieniem, które należałoby wykorzystać i ćwiczyć aż do bólu. Wykorzystajmy drzemiące w nas możliwości, choć może się tak zdarzyć, że nie spodoba się to ogółowi, że nie zwrócą się na nasze dokonania oczy innych ludzi. Nawet jeśli nasze pasje nie przedostaną się do publicznej wiadomości, nie rezygnujmy z nich. Nie wolno tego robić.
Chyba od zawsze pragnąłem być nauczycielem. Szczęśliwy, acz przekorny los sprawił, że nim się stałem. Zaangażowałem się w swoją pracę z powołania, włożyłem w nią tyle serca ile potrzeba zakochanym, aby pozyskać tych, którym serce swoje się ofiarowało. Podnosiłem, kolokwialnie mówiąc, swoje kwalifikacje, zainwestowałem w siebie, doszedłem do kierowniczego stanowiska, sprawowałem je niemal osiem lat, wierząc, że jeśli oddam z siebie to, co jestem w stanie udźwignąć na swoich barkach, w konsekwencji przysporzy mi ta praca radość życia, bezpieczeństwo i szacunek.
A jednak na całym froncie poniosłem klęskę.
Paradoksalnie nie żałuję niczego, swoich decyzji życiowych. 
Owszem, popełniałem błędy, do których nie tylko dzisiaj, po latach się przyznaję, ale i przyznawałem się wtedy przed samym sobą i publicznie. Z drugiej strony tak bardzo „znielubiłem” swój zawód, że aż nawet trudno mi przed samym sobą przyznać się do tego… ale to prawda. Moje wyobrażenia o merytorycznym, fachowym nauczycielstwie trafił najjaśniejszy szlag. I może dobrze, że tak naprawdę wyrzucono mnie na zbity pysk. Nie potrafiłbym chyba zbyt długo żyć ze świadomością obcowania z ludźmi, których moralna degrengolada upoważnia jedynie do pasania świń (wszystkie świnie przepraszam za te słowa). A może wymagam od ludzi i od siebie czegoś więcej, czegoś zbyt wiele? Nie wiem.
Przyznam szczerze, że to moje pisanie jest ratunkowym kołem, które rzucam samemu sobie, chwytam je silnie i nie wypuszczam z rąk. A ciekawe jest również to, że pisałem przecież przedtem…i co? Czemu zatem dopiero teraz przychodzą takie refleksje? Może kto nie uwierzy w moje słowa, ale ja podczas swojej pracy w szkole w „nowej Polsce” schamiałem. Zwłaszcza na stanowisku dyrektorskim. Schamiałem pomimo tego, że nigdy nie wyzbyłem się wrażliwości na tych młodszych ode mnie ludzi, których powierzono mojej opiece. Schamiałem, bo musiałem wiernie służyć ludziom, którzy pojęcia nie mieli o tym, gdzie zło a gdzie dobro, gdzie moralna wartość, a gdzie bezrozumne podporządkowanie się bezmyślnym przepisom, gdzie dobro dziecka, a gdzie pazerna żądza pieniądza. Jestem przekonany, iż gdyby tak się zdarzyło, że ktoś, z kim miałem wątpliwą przyjemność wtedy współpracować, albo ktoś, kto z racji pełnionej przez siebie funkcji był wobec mnie zwierzchnikiem… jestem pewien, że ci ludzie nie zrozumieliby żadnego słowa z tych, które piszę i które napisałem. Zatrważająca jest bezrefleksyjność ludzi związanych z oświatą, a bezrefleksyjność to chyba najłagodniejsze z twierdzeń.
Piszę. Piszę dla siebie. Piszę z pełną przekorą. Niemal każdy mój tekst bez względu na jego formalne i tematyczne uszeregowanie, przedstawia rzeczywistość w zdeformowanych barwach, takich, jakich żądam od świata. Wychodzę z założenia, że nie trzeba tyle zachodu, jak mówią niektórzy, aby świat zmienić na lepsze. To naprawdę nie jest slogan. To prawda. To nie jest idealizm. Czy odnoszenie się do człowieka z szacunkiem, na jaki zasługuje jest idealizmem? Czy radca Krach i mecenas Szydełko starający się pomóc bezrobotnym w znalezieniu pracy… czy kawiarennik Adam serwujący najuboższym darmowe obiady… czy doktor Koteńko troszczący się o pacjentów jak o swoje dziecko, którego, nota bene, nie posiada… czy pani Zofia pragnąca między innymi poprzez sztukę aktorską wyzwolić u młodych ludzi tę konieczną wrażliwość na piękno słowa i człowieka… czy ksiądz Kącki, który pewnie wolałby jeździć na krowie niż „majbachem” przedkładający najzwyklejszą, chrześcijańską miłość do człowieka nad odrzucanie tych wszystkich, co potracili wiarę… czy oni razem wzięci są idiotami?
Przyjrzyjmy się tym wszystkim, którzy żyją obok nas… rodzinie, znajomym, tym, którzy są dla nas bezimienni, gorzej sytuowani i często niemile widziani jako ci inni, obcy, a przez to od nas gorsi, bo tylko my jesteśmy na pewnym poziomie. Czy ponad siły jest zmiana naszego względem nich nastawienia? Czy w naszym stosunku do innych ludzi musimy posługiwać się zdartym jak stara płyta schematem, że od nas samych nic nie zależy i każdy przykład zaangażowania się w sprawy, które nas bezpośrednio nie dotyczą, w rzeczy samej jest bezsensem?
Kawiarenka, zwłaszcza w tej części - nazwijmy ją serialowo-odcinkowej, ma właśnie pokazać najpierw autorowi, a potem może kilku przynajmniej czytelnikom, że inna forma życia jest również możliwa. Nie tylko możliwa, ale i warta naśladowania. 
No cóż, jako piszący dla siebie i dla bardzo wąskiego kręgu odbiorców ufam, że póki zaangażowani jesteśmy w życie, które trwa, jesteśmy w stanie je uszlachetnić.

[20.09.2016, Norymberga w Niemczech]

PERSONEL [KAWIARENKA 68]


Z nieodłącznym mlekiem, dzisiaj zabarwionym najprawdziwszą kolumbijską kawą, stary pisarz siedząc przy swoim stoliku, notatki prowadził, a kiedy to robił, cała kawiarenka z pokorą przeczekiwała to pisanie i dopiero wtedy, gdy piszący kajet swój zamknął, podchodzono do niego i zajmowano ciekawą rozmową.
Jedyny wyjątek stanowiła pani Zofia. Ona to mogła w każdej chwili przysiąść się do starego pisarza i towarzyszyć mu w jego twórczej pasji opowiadania tego wszystkiego, co działo się w kawiarence, w miasteczku i okolicach.
Dzisiaj pani Zofia zapowiedziała się na bardzo późne popołudnie, dzień cały przepędzając z panią Majewską i jej mężem, z którymi… wiadomo, że o teatrze rozprawiała. Stary pisarz pozostał więc sam przy swym stoliku, lecz zanim piórem pierwszego kleksa postawił, długo i intensywnie myślał. A myślał o kawiarence, lecz pod innym kątem niż dotychczas. Spostrzegł bowiem, że nigdy dotąd nawet kilku kart swojej opowieści nie poświęcił jeszcze personelowi kawiarni, a jeśli już, to przy okazji innych wydarzeń. Rzeczą niegodną pamiętnikarza jest pominąć ten fakt istotny, zwłaszcza, że tyle się swojego cennego czasu właśnie w kawiarence pozostawia.
Zatem pióro do ręki i do dzieła.
W kolejności zajmiemy się kawiarennikiem Adamem. Ten przybywszy do miasteczka przed dziesięcioma bodajże laty, imał się różnych zawodów. W szkole nauczał niezbyt rosłych uczniaków w zastępstwie za kogoś tam, dotknął się biurowej pracy, agencje ubezpieczeniową prowadził a nawet u pana Adamczyka, najpierwszego w powiecie piekarza, pieczywo rozwoził. Nareszcie szczęśliwym spadkobiercą został i to wcale niemałym, a zdziwienie jego było tym większe, że darczyńcy swojego na oczy nie widział, ba, o jego istnieniu wiedział bardzo niewiele. A był nim stryj, który z wojny do kraju nie powrócił, i osiedliwszy się w dalekiej Szkocji do niewielkiego, ale jednak, majątku doszedł, a nie mając nikogo, komu mógłby przekazać trud swojej pracy, wybrał właśnie Adama, który aż do dnia, w którym powiadomiono go o spadku, pewien był śmierci swego stryja, bo ten przez lata całe (czyż to nie dziwne?) żadnego znaku do macierzystego kraju nie dawał.
Tak więc przypadkiem z niezamożnego, pracującego głównie fizycznie, inteligenta, pan Adam stał się człowiekiem na tyle zamożnym, aby zakupić wcale nie zniszczoną kamieniczkę, na której parterze mieściła się od zamierzchłej przeszłości oberża. Wyremontował więc pan Adam całą oficynę razem z pokojami na górze, zrobił należyty porządek w przylegającym do kamienicy ogrodzie i postanowił spróbować kawiarenkowego biznesu.
Wielką pomocą służyła mu od samego początku pani Rybotycka, kucharka numer jeden w całym mieście, której zasługi dla jakości potraw serwowanych w kawiarni są wręcz nie do przecenienia. To ona podtrzymywała pana Adama na duchu, kiedy w dni pierwsze przedsięwzięcia interes nie szedł tak sprawnie jak obecnie. Kawiarennik zatrudniał pomocników do kuchni i na salę, lecz nie bardzo garnęli się do ciężkiej pracy. Przychodzili inni i znów to samo.
Razu pewnego do kawiarenki zawitał pan radca Krach ze swoją załogą złożoną z panów: mecenasa, doktora i inżyniera. Musiało się panu radcy spodobać w tej kawiarni, skoro zapraszał się do niej coraz częściej, a jego śladem podążali inni zacni obywatele miasteczka. I tak z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień klientela rosła i potężniała, a z najpierwszymi gośćmi pan Adam zżył się na tyle, że nawzajem przyjaciółmi się nazwali.
A kiedy bezdomnego pana Edwarda, mającego smykałkę do ogrodnictwa pan Adam przygarnął, to wyśmienitego miał z niego pomocnika, tyle że upomniała się o niego daleka rodzina i Edward, wdzięczny za dotychczasową troskliwą opiekę i pracę, rad nie rad kawiarennika porzucił.
W tym samym mniej więcej czasie do kawiarni przybyła nowa, młoda dusza - Maria, która okazała się wyśmienitą pracownicą na sali, zdobywając sobie zasłużony poklask wśród bywalców kawiarenki. Pogodna, zwinna i niezwykle uczynna dzieliła pracę w kawiarni z odwiedzaniem nieuleczalnie chorej psychicznie matki, która nie rozpoznawała już córki, bożego świata nie rozumiała i żyła we własnym tak bardzo odmiennym, że dostęp do niego był wszystkim, którzy wokół niej żyli, surowo wzbroniony. 
I zapomniała się Maria z pewnym studentem, co najpierw obiecywał jej złote góry, by potem rzucić precz składane obietnice, wyjechać i pozostawić pannę z dzieckiem - ot banał żywota ludzkiego. Tedy Maria do kuzynki w dalekim mieście z niemowlęciem się udała, przepięknie dziękując panu Adamowi za gościnę, lecz przerażona była wychowawczym trudem jaki spadł na jej wiotkie barki, a przecież rodzinie chcącej jej pomóc w tym trudnym dla niej położeniu, odmówić nie mogła.
W końcu jednak do kawiarenki pana Adama wróciła, po listach, po telefonicznych rozmowach, po zapewnieniach kawiarennika, że będzie przyjęta z dzieckiem jak długo oczekiwana córka, że pan radca Krach wprost doczekać się nie może podanej przez nią kawy. A kiedy wróciła, prawdziwy grom spadł na jej młodą, a już tak nieznośnie przez los doświadczoną głowę. Pan Adam zaproponował jej małżeństwo, mówiąc, że pragnąłby wespół z Marią pokierować życiem małej Róży, które to dziecko ukochał natychmiast, kiedy je zobaczył. No i stało się to, co pewnie stać się musiało. Maria będąc już matką, została żoną i współwłaścicielką interesu, który rozwijał się więcej niż wspaniale.
Miało być o panu Adamie, a okazało się, że do opowieści należało też włączyć jego żonę, bez której wdzięku i zaradności, przejdźmy krok dalej, bez jej miłości żywej, tkliwej i oddanej, kawiarennik nie radziłby sobie tak świetnie.
Jako że, jak przysłowie głosi: mąż głową domu jest, zaś żona tej głowy szyją, Maria wystarała się mężowi o pomocników. Pierwszą była jej bliska przyjaciółka, Natalia, która pomagając Marii na sali, zajmowała się także Różą. Dopiero sama doświadczywszy małżeństwa Natalia przestała pracować w kawiarni, aczkolwiek wierną przyjaźni przyjaciółki została, jak i też w najgorętszych chwilach, kiedy kawiarnia wypełniona gośćmi do ostatniego krzesełka w szwach pękała, wpadała z cenną pomocą.
Zasługą Marii było też pozyskanie dla zakładu dwóch młodych absolwentek liceum, Edyty i Karoliny, które ostały się w kawiarence na dłużej. Aż pan Adam był zdziwiony, dlaczego młode panny, na ten przykład, na studia się nie wybiorą i czas na fizycznej w końcu pracy trwonią. Wtedy one zgodnie stwierdziły, że drugiej takiej pracy to pewno i po studiach nie znajdą; do tego w tak wybornej atmosferze, a najbliższe życiu nauki pobierają przecież od zacnych gości kawiarenki. Kawiarennik wszelako domyślał się także tego, że dla takiej Edyty inna była również przyczyna, dla której w kawiarence pozostawała. Był nią Michał, technik gastronomii, wydobyty zmysłami smaku przez panią Rybotycką. Najlepsza kucharka w mieście utrzymywała, że dwudziestopięcioletni Michał jest talentem czystej wody i wróżyła mu wielkie powodzenie w wybranym przez niego fachu. Michał zdobył też uznanie u Edyty i chyba nie bez przyczyny mówi się, że wkrótce poważne zmiany zajdą w życiu tych obojga. 
Karolina z kolei wdzięcznym wzrokiem - i to z wzajemnością - coraz częściej przyglądała się pana radcy oryginalnemu pomocnikowi, panu adwokatowi Brożynie, który pannę Karolinę namiętnie zapraszał na późnowieczorne spacery po mieście, już po zamknięciu kawiarenki.
- Tak to z młodymi bywa - stary pisarz skreśliwszy kilka ostatnich słów w swoim kajecie aż roześmiał się do siebie. - Młodość ku młodości podąża. Czy mamy się temu dziwić? Jak tu się dziwić - ciągnął swój wewnętrzny monolog pan pisarz - skoro pan Gajowniczek, człek w lata uzbrojony, z panią Teresą, bibliotekarką - też nie podlotkiem, dowiedli, że jeśli kogo miłowanie dosięże, to z tej przyczyny lgną do siebie jako te ptaki na wiosnę.
I jeszcze jedna postać z personelu wydała się staremu pisarzowi warta opisania. Była nią Aneta, dzisiaj w maturalnej klasie, która bawiła kawiarnianych gości swoim śpiewem. A dziewczę to posiadło dar nie byle jaki, albowiem nie było dla niej problemem a capella zaśpiewać, a to znów czyniła to ze szkolnym, dżezującym zespołem; podobnież potrafiła przepięknie zanucić mając za akompaniatora samego doktora Koteńkę. I ją sowicie pan Adam wynagradzał, jak również goście, którzy pozostawiając na jej stoliku brzęczące monety, doceniali głos młodej damy, której wróżono nie byle jaką przyszłość.
Tak oto ci wszyscy, którzy kawiarenkę utrzymywali na odpowiednim poziomie, z biegiem dni stworzyli grupę tak zwartą i oddaną powierzonym jej zajęciom, że kawiarennik mógł się o przyszłość swojego biznesu nie martwić. Współpracownicy z kolei nie wyobrażali sobie, aby mogli kiedykolwiek pana Adama zostawić z jego problemami. A przecież od roku kawiarnia serwowała również restauracyjne dania i były też darmowe posiłki dla ubogich, zatem pracy przybywało. Czym wobec tego wytłumaczyć to zjawisko, że pomimo tylu dodatkowych zadań nie było mowy o narzekaniach?
Zapewne sam kawiarennik dawał pozostałym przykład własnym zaangażowaniem, a miewał tłumaczyć tę kwestię w taki sposób, że jeśli widzi się sens w wykonywanej przez siebie pracy, nie liczy się godzin i zarabianych pieniędzy tak dokładnie… a liczy się coś zupełnie innego.
Stary pisarz zamknął swój kajet i chociaż wypił już swoją podwójną porcję mocno zabielonej mlekiem kawy, poprosił Edytę o dwie lampki koniaku. Dlaczego dwie? A to z tej przyczyny, że do jego stolika zbliżała się pani Zofia, która zechciała w kawiarence spożyć kolację, której sama, z racji licznych obowiązków, jakie na siebie narzuciła, nie była w stanie zrobić… dodajmy z wielką szkodą dla męża, który w tym samym czasie zapewne przeszukiwał wnętrze lodówki w ich wspólnym mieszkaniu.

[20.09.2016, Norymberga w Niemczech]

22 września 2016

LECĄ PTAKI

1.
Poranne słońce podniosło jej powieki i zaglądając do oczu osuszyło je z nocnej mgły. Uniosła się z łóżka i na bosaka podbiegła do okna; otworzyła je, a wtedy lekki, chłodny podmuch wiatru zakołysał jej brzoskwiniową koszulką. Oparła przedramiona o parapet i w takiej delikatnie schylonej pozycji obserwowała przebudzenie się wiosny. Gdyby tak ktoś w tym momencie zobaczył ją z ogrodu, jak stoi w oknie i wystawia pulchne policzki na pokusę żółcieni słonecznego wiatru, powiedziałby, że oto napotkał młodą damę na obrazku bardzo znanego malarza.
Patrzyła w świat niedaleki: ten bliższy - gaj ogrodowy i ten za nim - parkowy, jeszcze bezlistny lub dopiero kiełkujący seledynową zielenią pękających pączków.
- Hop, hop, gdzie jesteś? - poniosło jej dźwięcznym głosem.
- Hop , hop - powtórzyło echo.
- Nic nie poradzę - westchnęła. - Poszedł beze mnie.
Wytrwale rysowała swą postać w otwartych ramionach okna, cierpliwie szukając w zaokiennej przestrzeni znajomej postaci, co pewnie jeszcze przed świtem wychynęła z pościeli, podsunęła różaną kołdrę pod sam jej podbródek, a może nawet musnęła wargami czoło.
- Tak, to do niego podobne - pomyślała i chwilę później powtórzyła zawołanie. I w końcu odpowiedział jej gromkim „hej!”, i wiedziała, że za chwilę wypełznie zza martwej jeszcze gęstwiny niskich, przemoczonych dżdżem malin albo będzie biegł piaszczystą dróżką prowadzącą z parku.
Nagle uniosła ramiona, jakby chciała ich wątłą siłą rozeprzeć okienną futrynę, jeszcze bardziej otwierając cały dom dla świata i właśnie wtedy pojawił się on; skąd się wziął, nie wiadomo, a był tak blisko, że wystarczyło mu sięgnąć ręką, by dotknąć jej piersi uniesionej wskutek wzniesionych ponad głowę ramion, piersi dzielnie walczących z brzoskwiniową powłoką koszulki broniącej ich nieskutecznie przed wzrokiem kochanka.
Zobaczyła go przed sobą i w odruchu skrępowania opuściła ręce, dotykając dłońmi jego głowy, wplatając ciepłe palce w jego włosy; te bawiły się nimi, chwytały je, figlarnie przyciągały za nie całą głowę do jej szczupłej kobiecości pod piersią.
- I ośmieliłeś się wybiec z domu przede mną, nie obudziwszy mnie nawet? Sam chciałeś powitać ten pierwszy, wiosenny dzień? - wyszeptała te zarzuty z uśmiechniętymi oczami.
Wniósł wzrok i zanurzył spojrzenie w jej oczy, a patrzył w nie tak, jak chyba nigdy przedtem - niepokornie i szalenie, i w końcu przemówił:
- Ty wiesz, o czy pomyślałem, o czym?.
Pozwolił swojemu głosowi zamilknąć, choć słów nieprzebranych moc więził łańcuchami krtani, słów, które dopraszały się zgody na ich wypowiedzenie.
- No mów, mów. Nie skrywaj przede mną tajemnicy - ośmieliła go, ujmując w dłonie jego twarz radosną i podnieconą.
- Zbuduję to, zbuduję, jak mi Bóg miły, zbuduję… pamiętasz tę powaloną wiatrem, kościstą gałąź osiki w parku? Jej kikut zawsze cię przerażał o zmroku, bo w świetle księżyca cień obumarłego ramienia potrafił cię wiele razy zastraszyć…
- Mów, mów, przecież pamiętam.
- Wspiąłem się na nią dziś o świcie i wiem, że tam właśnie tego dokonam. Zrobię to dla ciebie, dla nas, dla nich, co wkrótce tu przybędą…
- Myślisz, że spodoba im się nasze miejsce? Myślisz, że zostaną?
- A jakże mogłoby być inaczej? Czy ty wiesz, najdroższa, że nasz świat równie piękny jest z wysoka? Byłem tam i widziałem.
- Piękny jest… ale wiesz, najmilszy, że czegoś… - spuściła wzrok, jakby ze wstydu, lecz nie był to wstyd, lecz pragnienie, które on, stojący po tamtej stronie okna, spróbował unieść i podać jej jak jabłko do ust, jak kielich czerwonego wina - że czegoś - powtórzyła - brakuje w nim?
- Wiem, słodyczy moje, i wiem też to, że otrzymamy to wraz z ich przybyciem. Musimy zdążyć.
- Musimy! - powtórzyła z naciskiem.
- I wiem jak to zrobimy. Najpierw przerzucę przez sąsiednią gałąź sznur, potem uwiążę do jednego końca koło, wiesz o jakim mówię. Przeciągnę je potem wysoko, wysoko… i będziesz mi wtedy potrzebna, uważasz… kiedy ponownie będę się wspinał, ty musisz trzymać mocno w dłoni drugi koniec sznura… potrafisz?
- Muszę. Wytrwam. Sam mówiłeś, że jestem silną kobietą. Zrobię to dla ciebie, dla nas, dla tych, co wkrótce tu przybędą. Co zrobisz potem?
- Umocuję je, a później przeciągniemy w podobny sposób wiklinowe gałązki. Zaplotę je jak warkocz… pamiętasz, jak zaplatałem ci warkocze? Tak samo to zrobię… tak somo.
- Mów, mów, co będzie dalej.
- Dalej? No cóż… będziemy ich wypatrywali. Weźmiemy koce, bo trawy jeszcze chłodne, jeszcze przymrozki pamiętają. Zaszyjemy się na polanie w gęstwinie krzewów, na uboczu, aby ich nie spłoszyć. A kiedy się pojawią, bezgłośnie poprosimy ich, aby zostały z nami.
- Czy aby przybędą?
- Wierzę, że tak się stanie.

2.
- Może zatrzymalibyśmy się tutaj? Skrzydła mnie bolą.
- Przecież cały czas lecisz za mną. Biorę na siebie te wszystkie mocniejsze powiewy wiatru.
- Mimo wszystko jestem zmęczona. W końcu mamy za sobą porę tysięcy mil podróży. Zobacz jak ja wyglądam.
- Szczuplutka.
- Szczuplutka i głodna. Zwolnij… co robisz?
- Zataczam krąg. Jeśli chcesz, siądź na chwilę na wierzchołku tego najwyższego drzewa. Ja sprawdzę teren.
- A to potrzebne?
- Wiesz przecież, że ilekroć się zatrzymujemy, zawsze sprawdzam. Ludzie są różni. Nie mówiłem ci tego przedtem, ale raz spotkałem takiego małego z procą, a innym razem usłyszałem huk i od razu wiedziałem, że to miejsce nie jest dla nas.
- A w jaki sposób poznasz, że miejsce jest właściwe?
- Kiedy spojrzę w dół i zobaczę, że ktoś przystaje i tak długo, długo spogląda w górę, wskazuje na nas ręką, a kiedy zniżając lot jestem w stanie dostrzec uśmiech na tej paradnie w niebo zapatrzonej twarzy, wtedy mówię sobie: ho, ho, może warto by spróbować osiedlić się koło takiego jegomościa, który z podziwem i uśmiechem obserwuje nasz lot… a może nawet dopatruje się w nim swojego szczęścia.
- No, przestań. Wierzysz w takie zabobony? W jaki sposób nasz lot może komu przynieść szczęście?
- Uwierz, że przynosi… no, co, siadasz? Zrobię jeszcze dwa kręgi.

- Siadam…. 
- Czekaj na mnie.
- Hej, ty, żeglarzu podniebnych wód… przybywaj!
- Wołałaś mnie, o smukłodzioba?
- Owszem. Włóczysz się pod chmurami, obserwujesz, a ja znalazłam już miejsce.
- Gdzie je masz?
- A toż tutaj, na sąsiedniej gałęzi, na drżącolistnej osice.
- A widzę, widzę.
- A czy widzisz ten zaczątek gniazda na wielkim kole utkany? Nie ptasi dziób i szpony tego dokonały.
- Tak mówisz?
- Splot przypomina ludzki warkocz, nie ptasie łoże podobne do kosza.
- Musi być, że ktoś celowo uplótł ten warkocz.
- Tak myślisz?
- A jakże. Zapewne chciał nas zaprosić do siebie, zadając sobie trud budowania gniazda.
- Żeglarzu!
- Słucham i zniżam się do ciebie zagłębiając się w znaczenie  twoich słów.
- To zniż się tak, abyś mógł zobaczyć tych dwoje na polanie.
- Są ludzie w pobliżu?
- Są. Leżeli najpierw, tak po ludzku przytuleni do siebie, a teraz wstali.
- Wstali? Co robią?
- Wlepiają ślepia we mnie. Oho… i ciebie dostrzegli.
- Jacy są?
- Malutcy z wysoka.
- Ptaszyno, powiedz mi czy pogodni na twarzy, radośni, weseli?
- Ten jeden… samiec chyba, nie dość, że się śmieje, to wziął tę drugą - samicę chyba - w ramiona. Ech, żeglarzu, gdybyś tak ty mnie… choć raz…
- A co z tą drugą? Co ona?
- Tej drugiej błyszczą oczy jak kropelki deszczu we wczesnym słońcu.
- Już sam widzę… przysiadam.
- Nareszcie! Aż miło mi na nich patrzeć, wiesz, żeglarzu. Zostajemy tutaj?
- Nie gdzie indziej, tylko tutaj.

3.
Oswobodzili się z uścisku swych ramion po tym nocnym rozkołysaniu, kiedy to przypominali jeden organizm wijący się w spełnianiu pragnień, a pełna twarz księżyca rozświetlała ich mgliste, żarliwie pragnące wzajemnego widoku oczy. Spełniali się nawzajem nie odczuwając niepokoju i wiosennego chłodu, co jeszcze zionął od zeszłorocznej, ciemnozielonej trawy, od liści brunatnych, zmiętych i pomarszczonych, które jednak pod rozpostartym kocem dodawały puszystej miękkości posłaniu, a to przyjazne było ich ciałom nagim, gorącym i chętnym wygody.
Stygli ze splecionymi palcami rąk, z ustami pozostawiającymi ślad pocałunku na szyi, skroni i policzku, z udami wciskającymi się pomiędzy uda; przeglądali się w lustrach swoich oczu i przemawiali do siebie szeptem, tak jakby w tej jedynej i niepowtarzalnej chwili usiłowali zaoszczędzić słów na kolejną noc.
Potem schronili swoje ciała pod przyjazną otuliną koca i byliby tak zasnęli, gdyby nie ten poszum łagodnego wiatru nad nimi.
On powstał pierwszy, uniósł głowę wysoko ponad poszarzałe konary lip i wiązów. Jego wzrok coraz to wyżej wspinał się po gałęziach, z których przeskakiwał na wierzchołki drzew. Podbiegł kilka kroków i znalazł się w samym środku oka polany i kiedy stamtąd śledził, chciałoby się rzec, śnieżnobiałe żagielki chmur, zobaczył ptaka, co siadł na prawym, nie zniszczonym przez wichurę ramieniu osiki.
- Chodź tu do mnie! - krzyknął - jest, jest, wiedziałem, że przybędzie!
Ona powstała i w swej nagości podbiegła do niego, wcale nie zdumiona.
Ukazywał jej wielkiego ptaka wyciągniętą ku górze ręką.
- Tu jest, tu jest. Popatrz!
I ona uniosła swoje oba ramiona, jak wtedy, w oknie, w pierwszym dniu wiosny o poranku, a jej oczy błyszczały uśmiechem to ku niemu, to znów puszczała wdzięczne, śmiejące się spojrzenie w stronę ptaka.
- Popatrz, tam jest jeszcze jeden. Krąży nad nami. Ta para bocianów uwije sobie gniazdo, zostanie tutaj z nami, zobaczysz.
- Wiem, kochany, ja już wiem.
Porwał ją w ramiona i obracał się z nią jak na karuzeli, a ramiona miał silne, a ona poddawała się bezwiednie temu wirowaniu. Wreszcie uniósł ją wysoko nad głowę.
- Ptaku! - krzyknął. - Czy ty widzisz moją kobietę? Czy widzisz nas? Nasze oczekiwanie? Zostaniesz z nami?
Postawił ją na kępce wyższej trawy. Przytulił dłonią jej brzuch, wiotki i napięty.
- Najmilszy, ja już wszystko wiem. Ja wiem to, czego ty pragniesz dowiedzieć się ode mnie… ja…
- Naprawdę?
Drugi ptak łagodnie sfrunął, kończąc ostatni krąg podróży i przysiadł na gałęzi nie opodal swojej damy.
- Naprawdę - wyrzekła, a on oniemiał całym swoim ciałem, całym jestestwem swoim.
A ona… ona naraz poczuła wielką, nieogarniętą dumę i naraz spoważniała.
- Czy ja dobrze widzę? Te ptaki się z nas śmieją. Czym prędzej się ubierzmy.

[19 - 20.09.2016, Norymberga w Niemczech]

PRZYSTANEK W NORYMBERDZE

Nareszcie po czterech dniach deszczu, zapłonęło słońce nad niebem Norymbergii. I po raz kolejny słońce dodaje otuchy w oczekiwaniu na kurs, ten ostatni, prowadzący do kraju, bo minęły już cztery tygodnie podróży.
Obudziłem się o ósmej, zgodnie z budzikiem, lecz dosypiałem jeszcze przez godzinę, wiedząc, że tak wcześnie kursu na kraj nie dostanę i ze w ogóle trudno mi będzie stąd wyjechać (odpukuję).
Jeszcze przed śniadaniem czyszczę kabinę auta. Wcześniej przez te ulewy albo nie miałem ochoty na sprzątanie, albo też nie było sposobności.
Na śniadanie robię sobie kanapki z mięskiem, ogórkiem i pomidorowa pastą. Piję do tego kawę Inkę z zimnym mlekiem (o wiele smaczniejsza niż z gazowaną wodą). Spokojnie, mój żołądek wytrzyma wiele innych, mniej lub bardziej podobnych kolaży. Aha, wcześniej, zaraz po zejściu z grzędy spożyłem pojemniczek z kremowym puddingiem - waniliowo-czekoladowym. Podobny, tyle że bez wanilii, jadłem we Francji i smakował mi nieco lepiej, ale nie ma co wybrzydzać.
Zagadując czas, spędzam go na czytaniu opowiadań Fuentesa. Nierówne są. Przeszkadza mi trochę nadmiar europejskiej formy, mniej magicznego latynizmu, ale taką „Moralność dawnych czasów” napisana z perspektywy czternastoletniego chłopca danego po śmierci pod opiekę liberalnego antyklerykała - dziadka, a później młodej jeszcze, trzydziestoczteroletniej ciotki, dla odmiany zatraconej w dewotyźmie, ta opowieść bardzo mi się spodobała.
Trochę też piszę, zwłaszcza w nocy, przy świetle ulicznych i parkingowych latarni, i znowu zgromadziłem parę tekstów do bloga. Cóż z tego, skoro w Niemczech internet przy Donaldach działa tragicznie, a siła sygnału, nawet wtedy, gdy wewnątrz jadłodajni pustki, jest tak słaba, że nawet o połączeniu mowy być nie może. Ostatnie dobre łącze miałem we Francji… w piątek to było czy w sobotę, już zapomniałem, a dzisiaj wtorek.
W piątek bardzo późnym popołudniem trafił mi się kurs z Le Neubourg w Normandii do Schesslitz niedaleko Bambergu już w Bawarii w Niemczech. Dało to około 950 kilometrów podroży, ale że z piątku na poniedziałek to drobnostka dla mnie mojego autka. Tyle, że poza mijana Belgią źle się jechało, w deszczu, w szarości dnia i chłodzie nocy.
Na poniedziałek z kolei wyznaczono mi trasę po Niemczech: dwa załadunki - w Wunsiedel i Kulmbach dowiozłem do Norymbergii jeszcze przed szesnastą. I odtąd cisza, a chciałoby jak najprędzej do domu wrócić, bo czwarty tydzień zawsze jest najgorszy.
Nie będę się zakładał, ale pewnie czeka mnie jeszcze jedna noc w Norymberdze. Mój nowy spedytor niestety nie jest bystry, a do tego powroty do kraju organizowane przez firmę, w której obecnie pracuję obfitują w doładunki, a zatem zanim tak naprawdę wyruszę do Polski, czeka mnie zapewne parę przystanków co znacznie wydłuży czas powrotu. Więc jak, mam się założyć z samym sobą?

[20.09.2016, Norymberga w Niemczech]

21 września 2016

JESION I PIES

Stary człowiek mieszkał sam w drewnianym, przyniszczonym domu, którego frontowe, wychodzące na zachód drzwi, kiedy się je otworzyło, zapraszały do ganku zbitego ze starannie zheblowanych desek pociągniętych brunatną farbą zabezpieczoną przezroczystym, choć zmatowiałym już lakierem; ganku, w którym zamontowano dwa patrzące na siebie okna, z lewej i z prawej strony mieszkalnego traktu. 
Po lewej stronie patrząc ku wyjściu, stał niewielki wiklinowy stolik z towarzyszącymi mu, również zrobionymi z wikliny krzesłami. Po prawej zaś, pod oknem, usadowiła się długa, wąska i niewysoka komoda, której przeznaczeniem było gromadzenie butów, kaloszy, rękawic oraz zwiniętych w kostkę roboczych ubrań i płaszczy. Z ganku kolejne drzwi wyprowadzały mieszkańca domu bezpośrednio na drogę, siną, kamienistą, wiodącą z jednej strony do pobliskiego lasu, z drugiej natomiast biegnącą w kierunku wioski. Pomiędzy drogą a zabudowaniem wyrastał drewniany, zwichrowany w wielu miejscach płotek, układający się w literę „u”, otaczając w ten sposób i sam dom, i dwa zabudowania gospodarcze: od południa - drewutnię, od północy zaś komórkę, w której stary człowiek trzymał kury i obecnie dwa prosiaki. Przy tej komórce postawiony był wcale obszerny, ogrodzony siatką kojec przeznaczony dla psa, który z wierną starannością pełnił dniami i nocami rolę stróża gospodarstwa, rzadko wchodząc do zrobionej dla niego wygodnej, jak wydawało się staremu człowiekowi, budy zmajstrowanej z całkiem nowych, sosnowych deseczek, pachnących jeszcze żywicą. Przed domem, na wąskiej wstążce przestrzeni ograniczonej sztachetowym, na niebiesko pomalowanym płotem, rosły w pozornym nieładzie wybujałe kłącza nasturcji, a przed nimi bardziej stateczny pas maciejki, przegrodzony wysokimi, przerastającymi płot malwami i ozdobnymi tarczami słoneczników.
Aby dostać się z drogi do domku, należało sforsować dwuskrzydłową, drewnianą bramę, choć mówiąc o jej forsowaniu, należałoby się odnieść do przeszłości, do czasów, kiedy stary człowiek nie mieszkał sam, dzieląc swój pogodny los z kobietą, która była jego żoną. Od śmierci żony nie zamykał tej bramy, a ona dostojnie niszczała, pochylała się nad swoim losem, niepotrzebna nikomu.
Ozdobą posiadłości był wielki, rozłożysty, prastary jesion, rosnący tuż przed bramą, po prawej stronie wspomnianego wcześniej traktu. Jego bujne, rozległe gałęzie ramiona, przewyższające o kilka metrów szczyt drewnianego domku, dotykające mackami zielonych palców dachu ganku, rzucały na zabudowanie długi, pogodny, a momentami wręcz mroczny zachodni cień, zwiastujący rychły koniec dnia i prędkie nadejście zmierzchu.
Stary człowiek bardzo rzadko opuszczał swoją posiadłość od czasu kiedy sprzedał dwuhektarowe pole opadające ku pradolinie rzeki toczącej swoje powolne wody po drugiej stronie domu. Zostawił sobie stary sad, w którym dominowały wiśnie, czereśnie, śliwy, jabłonie koszteli i szarej renety, a bliżej - ogród warzywny, niezwykle starannie uprawiony i cieszący starego człowieka daleko bardziej, aniżeli te kwiaty przed frontowym wejściem.
Raz na tydzień, zwłaszcza w niedzielę, wybierał się do wioski, do kościoła i na cmentarz, gdzie odwiedzał grób żony, porządkował go i ozdabiał kwiatami z ogródka, a czasami zerwanymi na łące. Umieszczał je w glinianym wazonie, w którym za każdym razem podczas tych odwiedzin zmieniał wodę. Do kościoła wchodził, gdy było już po mszy. Siadał w pierwszej ławie i ze skupieniem właściwym starcom wpatrywał się w postać stojącą na wielkim obrazie w głównym ołtarzu. Poruszał bezdźwięcznie wargami, a potem chował twarz w nabrzmiałych, zdeformowanych przez czas dłoniach i niemal zasypiał, czując jakąś niewysłowioną ulgę przetaczającą się wraz z krwią po każdym zakamarku swego ciała.   
Czasami proboszcz schodził do niego, już przebrany w „cywilne” ubranie (była to obiadowa pora) i rozmawiali przez chwilę, a każda z tych rozmów była podobna do siebie, nieistotna, ale chyba potrzebna obojgu. Ksiądz już dawno temu pogodził się z tym, że stary człowiek nie chodzi na msze, nie spowiada się z grzechów i nie uczestniczy w kościelnych świętach, i nie miał mu tego za złe.
Wracając do domu stary człowiek zachodził do kobiety, która raz na tydzień, na sobotę, piekła domowy chleb. Brał od niej dwa bochenki i pięć litrów schłodzonego mleka, bo trzymała też krowę i zawsze zostawiała mu mleko w dużej, aluminiowej bańce, którą odbierała sama ilekroć przejeżdżała obok zabudowań starego człowieka, albo też stary człowiek przekazywał ją komuś innemu, kto pojawił się przed jego gospodarstwem; prosił go wtedy, aby oddał ją we wskazane miejsce.
Powrotna droga dłużyła się i stary człowiek obarczony ciężarem torby z chlebem i bańką pełną mleka (kobieta zwykle przepełniała ją i on podejrzewał, że jest w bańce więcej niż te pięć litrów mleka) częściej przystawał, przysiadywał przy rowie, wpatrując się w rozległe przestrzenie łąk i węższe, poprzecinane miedzami pasma zbóż, a kiedy było już po zbiorach - wstęgi zaoranej, wilgotnej ziemi.
Stary człowiek nie rozmawiał z nikim oprócz psa. Owszem, wypowiadał parę słów do drobiu, a teraz również do prosiaków; zagadywał wróble, szpaki i sroki, a nawet zaprzyjaźnionego zająca, któremu rzucał na pożarcie marchew. Ale taka prawdziwa rozmowa odbywała się jedynie z psem, który miał mądre oczy rasowego wilczura, lecz nie był czystej rasy, choć potrafił wytrwale słuchać, a czasami też odzywał się do niego w swoim oswojonym, wilczym języku, łasząc się przy tym do jego nóg, gdy siedział tak na wiklinowym fotelu na ganku, pijąc zabieloną mlekiem zbożową kawę lub powoli czytając jakąś podniszczoną od częstego używania książkę. 
Przymiotnikami jakimi najczęściej posługiwał się rozmawiając z psem były: „dobry” i „mądry”. Stary człowiek cenił swego pupila za wierność i tę niesłychaną gotowość wystąpienia w jego obronie, nawet wówczas, gdy, mówiąc obiektywnie, nie było powodu do niepokoju. Przed wieczorem stary człowiek wprowadzał psa za ogrodzenie kojca, lecz nigdy nie uwiązywał go przy budzie; w ogóle pies nie doświadczył na szyi łańcucha. Trzymanie psa w ogrodzonym siatką kojcu stary człowiek tłumaczył sobie tym, że wilczur mógłby nader poważnie potraktować obronę posiadłości, atakując przed świtem podchodzące często niemal pod samo obejście sarny.
Oprócz rozmów z psem jego wielką radością życia było czytanie i pisanie listów. Otrzymywał je raz na dwa miesiące i z tą samą częstotliwością pisał własne, do syna, który wyjechał kiedyś na tyle daleko, aby móc odwiedzić swojego ojca zaledwie raz na rok. Czytał listy od syna psu, który zdawał się wtedy być rozdrażniony, a w jego mądrych, bystrych ślepiach pojawiały się ogniki buntu i wściekłości. Zdarzało mu się zawarczeć podczas tego słuchania. Taki był.

Zmierzchało. Upalny sierpień, suchy i bezwietrzny, królował niepodzielnie nad okolicą bezskutecznie domagającą się odżywczej wilgoci. Krąg słońca tego późnego dnia wpadł nagle w odległe, wysychające, oślousze gęstwie kukurydzy, a nad purpurowym w tym miejscu horyzontem pojawiła się przybrudzona rudawo-sina chmura, potężniejąca z każdą chwilą. Stary człowiek zjadł na kolację jajecznice z pięciu jaj, którą podzielił się z psem. Dorzucił mu do niej okraszonej skwarkami smalcu kaszy. Pies już czekał na niego w ogrodzeniu, a kiedy stary człowiek wniósł mu zmieszaną karmę w garnku, którego zawartość przesypał do psiej miski, pies spojrzał mu pokornie w oczy i podziękował za strawę merdaniem ogona. Przez jakąś chwilę stary człowiek patrzył na psa pożerającego łapczywie przyniesione mu jedzenie, a potem jak chlipie z innej miski wodę.
Mocno poszarzało, kiedy stary człowiek przeszedł do sypialni i siedząc już na łóżku, po krótkiej, bezszelestnej rozmowie z kimś nieobecnym położył się i niemal natychmiast zasnął.
Obudziły go trzaski otwieranego i zamykanego okna. Do wnętrza sypialni dostawał się gromki powiew wiatru, potęgujący się z każdą chwilą. Usłyszał przeciągły szum, a właściwie złowieszczy ryk powietrza, uderzającego z pasją w ściany drewnianego domu, w drzwi i okno, które ledwie potrafił zamknąć, zmagając się z naporem wichury. Przeszedł prędkim krokiem do drzwi sypialni oddzielającej je od sieni. Nacisnął klawisz włącznika światła. Elektryczność wysiadła. Miast tego poprzez tafle szyb dostrzegł eksplozję jasności, a potem nagły grzmot rozdzielił huczące powietrze na pół. Potężne krople deszczu cisnęły kamienistą strugą w okno. Stary człowiek, tak jak stał, w domowych kapciach, w piżamie, nie wdziewając na siebie wierzchniego ubrania, wybiegł przed dom i w złowieszczej fontannie deszczu dobiegł do kojca, a kiedy ponownie rozwidniło się niebo, kiedy po raz kolejny rozległ się artyleryjski huk wspomożony ostrym cięciem błyskawicy, odryglował zamek u drzwi kojca.
- Piesku, szybko do domu! Szybko!
Wilczur nie od razu usłuchał. Ogłuszony grzmotem, pokornie czekał u nóg starego człowieka, zanim ten, jako pierwszy nie skieruje się w stronę ganku. Wtedy, gdy mężczyzna, ociekający już ciepłym strumieniem wody, energicznie trzymał za klamkę uchylone drzwi od ganku, pies posłusznie i szybko wbiegł do domostwa, i przysiadł przy komodzie.
- Zaczekaj tu, przyniosę ręcznik. Osuszę cię, bo jeszcze mi się rozchorujesz - powiedział do psa, który potrząsał głową, pozbawiając swą ją najbardziej dokuczliwych kropli deszczu.
Stary człowiek po omacku przeszedł do kuchni, wyjął z szuflady stołu zapałki i świeczkę, skrzesał ogień i przebiegł szybkim truchtem do sypialni. Otworzył szafę i wyjął z niej pierwszy z brzegu ręcznik z tych, które, starannie złożone, leżały na jednej z półek.
Zmierzał już w stronę ganku, już był w wąskiej sionce pomiędzy kuchnią a sypialnią, kiedy posłyszał dziki, niesłyszany dotąd huk i towarzyszące mu piekielne uderzenie krwawej jasności, które wdarło się do mieszkania wraz z niebywałym gorącem, suchym i odbierającym dech. Zaraz potem usłyszał kolejny huk i miażdżący uszy odgłos padającego na zawsze drzewa, rozpoławiającego ganek. Widział to w świetle bezustannych, nachodzących na siebie błyskawic; widział jak ogromna gałąź wdziera się do sieni poprzez wypchnięte nieludzką mocą drzwi. Zrozumiał, że wiekowy jesion tej nocy zakończył swoje życie.
Raptem nastała cisza. Niewyobrażalna cisza.
Stary człowiek przedostał się przez połamane, pozbawione oparcia drzwi. O obu dłoniach trzymał zapałki i świeczkę, której płomień zdmuchnął przed chwilą powiew gorąca. Ponownie skrzesał ogień i trzymając przed sobą zapaloną świeczkę, podążał w stronę psa, którego na chwilę pozostawił w ganku.
Pośrodku leżał zwalony pień jesionu, pień, który zniszczył wszystko, co stało i żyło na drodze jego upadku.
Pies miał niezniszczony pysk, z którego ciekła jeszcze krwawa posoka.
- Taki mądry i dobry pies - stary człowiek przyklęknął przy psiej głowie i spokojnym ruchem dłoni prawej ręki przymknął rozwarte powieki martwego zwierzęcia. - Ja przecież tego nie chciałem… nie chciałem - zaszlochał, a po jego policzkach stoczyły się najgorętsze z gorących łzy.

[Nowa wersja napisanego przed kilkunastu laty opowiadania. zachowałem główny, dynamiczny wątek, zmieniając tło na bardziej ascetyczne]

[18.09.2016, Mainaschaff w Niemczech]

KAMYCZKI - NAZYWANIE ŚWIATA (23) KSIĘGA

W tym zamęcie myśli krążących po gabinecie, gdzie czuć było nade wszystko zapach papieru i druku, i wyczuwalny był swąd pleśni, może jeszcze innej wszechobecnej woni, w tym zamęcie zapomniał o filiżance kawy postawionej na biurku tuż przed siedemnastą, a była to godzina, o której powracał do świata rzeczy realnych, do rzeczywistego zmysłu smaku, co rozpoznawał właśnie zaparzoną kawę i rogalik z francuskiego ciasta wypełniony różaną konfiturą.
Ona przez uchylone drzwi spoglądała na niego; podsłuchiwała go oczami i kiedy wskazówki zegara ściennego zawieszonego w gabinecie, zegara, który z tego miejsca przy drzwiach był widoczny, wskazały piątą dziesięć po południu, ośmieliła się wejść do miejsca jego pracy, choć przecież wiedziała, że on podwieczorki jada w samotności, w odróżnieniu od śniadań, obiadów i kolacji spożywanych zawsze we dwoje.
Podeszła do niego sunąc po wyfroterowanej podłodze w miękkich skórzanych, obitych króliczym futerkiem łapciach. Stanęła nad nim, wsłuchanym w słowa jakie wypowiadał w milczeniu, wodząc wskazującym palcem po linijkach tekstu otwartej Księgi. Ocknął się po zakończeniu akapitu nie patrząc na nią, tak jakby instynktownie wyczuł jej cichą obecność. Odwrócił się i wtedy ich spojrzenia spotkały się na ułamek chwili, po czym ona przeniosła swój wzrok w stronę filiżanki wypełnionej czarnym napojem i porcelanowego talerzyka, na którym spoczywał rumiany rogalik. Westchnął głęboko, a jego szare oczy, w których odbijał się promyk świetlny gabinetowej lampki, zdawały się zdradzać i zaniepokojenie, i chęć przeproszenia jej za to, że zapomniał o skromnym posiłku, jaki dla niego przygotowała; zapomniał też przez niedomknięte drzwi wyrazić na głos zachwyt nad aromatem kawy i przepysznym chrupkim ciasteczkiem nasyconym bajecznym nadzieniem o silnym posmaku płatków róży.
Miała już odejść, gdy powiedział „zostań”, przesuwając swój fotel w stronę drugiego, stojącego równolegle do węższego boku biurka; na nim zwykle siadali ci, którzy go odwiedzali.
Kobieta zagłębiła się w atlasowe siedlisko. Fotel zaskrzypiał. Nie był tak wygodny jak piękny, z mahoniowego drzewa - stara francuska robota z drugiej połowy XIX wieku.
Zanim pochwycił w palce filiżankę, przesunął w jej stronę otwartą Księgę. Wskazującym palcem zaznaczył właściwe miejsce.
„Któż może wiedzieć, co jest dla człowieka dobre w tym życiu, dopóki trwają znikome dni jego istnienia, które mijają jak cień? Kto oznajmi człowiekowi, co po nim dziać się będzie pod słońcem?”
Przeczytała.
- Chciałbym wiedzieć, co po mnie zostanie, wiesz? - powiedział. - Czy byłem dobrym człowiekiem i czy to, co robiłem, było dobre?
Spojrzał na nią, a ona wytrzymała ten wzrok dotykający jej siwych skroni.
- Gdyby tak się stało, choć niewykluczone, że ja odejdę pierwsza… gdybym ci mogła to w jakiś sposób przekazać, kiedy będziesz już tam… - spojrzała ponad cyferblat zegara - powiedziałabym, że zgromadziłeś w tym gabinecie i przylegających do niego komnatach mądrość, która marnością nie jest - zawahała się - a czy byłeś dobry? Dla mnie tak, byłeś dobry, ale najlepszy dla tych wszystkich ksiąg. Szczególnie dla tej jednej.
- „Zaiste, nie ma na ziemi człowieka sprawiedliwego, który by tylko dobrze czynił i nie grzeszył.” - zacytował
- Wiem o tym - odparła - ale to niczego nie zmienia. Choćbyś nawet więcej grzeszył…
Uniósł filiżankę do ust i zaczerpnął z niej dwa niewielkie łyki kawy. Przegryzł francuskie ciasteczko.
- Zrobiłaś wspaniałą kawę, a ten rogalik aż rozpływa się w ustach - pochwalił ją na głos, po czym zorientował się, że nie musiał powiedzieć tego tak głośno, bo żona siedziała dziś tuż obok niego.
- Cieszę się, kochanie, że ci smakuje - odpowiedziała równie głośno i aż uśmiechnęła się, dostrzegając w tym podziękowaniu niepotrzebne wzmocnienie tonu wypowiadanych słów.
Dotknął swoją kościstą szorstką dłonią przegubu jej ręki.
- A kiedy antykwariusz z Królewskiej zadzwoni, powiedz mu, że Księga nie jest do sprzedania. Nie chcę już z nim o tym rozmawiać.
- Dobrze, kochanie. Powiem, że takie jest nasze wspólne życzenie. Pozwolisz, że zostanę z tobą, aż zjesz całego rogalika i wypijesz kawę?
Nie odpowiedział, lecz zamiast tego chrupał francuskie ciasteczko bardzo powoli, a jeszcze wolniej sączył z filiżanki kawę.

[18.09.2016, Mainaschaff w Niemczech]

17 września 2016

ŚPIEWAĆ KAŻDY MOŻE (1) - [kolaż]

A kiedy tak się długo, długo jedzie, to czym zająć zmysły, gdy sen niepostrzeżenie zaczyna opuszczać powieki? Włączone radio, przystanki, jakieś przekąski po drodze, a innym razem wybujałe myśli albo monotonne wpatrywanie się w licznik pokazujący przejechane kilometry i wskaźnik upływającego czasu.
Można jednak i tak - pośpiewać sobie można z tą niepowtarzalną zaletą, że nikt nie usłyszy fałszywo brzmiącej nuty, a skoro śpiewać każdy może, to mogę i ja.
Zaczynamy.
„Bo to się zwykle tak zaczyna
Sam nie wiesz o tym jak i gdzie
Po prostu wzięła Cię dziewczyna
A to jest znak, że już jest źle”
Bo trzeba było zacząć. Ruszyłem z kopyta za Łazuką. Tak to jest: wzięła cię dziewczyna i zaczęło się… a z tymi dziewczynami…
„Bo z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie się,
Czy bardzo dobrze jest, czy może jest już źle”.
Różnie z nimi bywa i trzeba wiedzieć, że są takie, które potrafią w ten sposób zanucić:
„Choćbyś był jedynym
Moich snów autorem,
Choćbyś absolutną władzę miał,
Choćbyś wiedział znacznie
Wcześniej już, co teraz wolę,
Będziesz tylko cząstkę prawdy znał.
Całej nie dostaniesz mnie i tak.
Całej nie dostaniesz mnie i tak.”
Uparta, przewrotna, dominująca. Jak tu się przed taką obronić? Może Grechutą?
„Nie dokazuj, miła nie dokazuj,
Przecież nie jest z ciebie znowu taki cud,
Nie od razu, miła nie od razu,
Nie od razu stopisz serca mego lód!”
Choć z drugiej strony czy bez dziewczyny / chłopca jest lepiej? Zdaje się, że Krzysztof Krawczyk i Edyta Bartosiewicz są innego zdania.
„Trudno tak razem być nam ze sobą 
bez Ciebie nie jest lżej 
lecz trzeba nam 
trzeba dbać o tę miłość 
nie wolno stracić jej 
nam nie wolno stracić jej”
Cóż byłby wart świat bez miłości? Czy byłby tak kolorowy? Oj, chyba nie.
„Świat ma tyle barw, 
Są tuż obok mnie. 
Weź ten piękny dar 
I przez życie nieś! 
A wtedy ... 
Za każdy uśmiech Twój 
Stubarwny lata strój 
Znów Ci dam. 
Za wszystko to, co wiem, 
Błękitnej nocy cień 
Zabierz sam. 
Za kilka miłych słów 
Sto kwiatów z mego snu 
Dam Ci też.”
Mój Boże, już tyle lat nie ma Jej z nami, choć pozostał ten głos niepowtarzalny, rozpoznawalny, silny i delikatny zarazem. Ania Jantar była talentem czystej wody.
Śmiało wkraczamy we wspomnienia. Dawne, najintymniejsze, o których śpiewa pani Iga:
„A ja mam swój intymny mały świat
Hen za morzem smutków, za górami marzeń tam.
Wiedzie doń zagubionych ścieżek ślad
Senne półksiężyce mogą wskazać drogę wam,
Idę więc z mojego świata do was tu
Niosę wam z mojego świata barwę kwiatów
Bo ja mam swój intymny mały świat
Senne półksiężyce mogą wskazać drogę wam.”
A zwrócił kto uwagę na to, jak niezwykłą dykcją dysponuje pani Iga Cembrzyńska? Hm… „senne półksiężyce” - prawda, że piękne?
Ech, to były piosenki. A w jakich czasach były pisane i wykonywane? Tego żaden PISmak nie doceni. Oni mają swój inny, zupełnie niepodobny do mojego świat wspomnień.
„Podaruj mi trochę słońca,
Podaruj mi trochę słońca”
Podarowałbym, choć zbliża się jesień (a może właśnie dlatego) i lato ma się ku końcowi. Atmosfera pełna dynamizmu. Na granicy lata i jesieni może się tak zdarzyć:
„Uderzył deszcz, wybuchła noc,
Przy drodze pusty dwór,
W katedrach drzew, w przyłbicach gór,
Wagnerowski ton.”
Lecz martwić się nie należy, bo przecież…
„A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien
A po nocy przychodzi dzień,
A po burzy spokój,
Nagle ptaki budzą mnie
Tłukąc się do okien”.
Słuchało się, słuchało. A ktoś powiedział, niemądry ktoś, że tylko piosenki zagraniczne - czytaj anglojęzyczne - warte są słuchania. Nieprawda. Daremnie bowiem odnaleźć w nich takie słowa:
„Za smutek mój, a pani wdzięk 
ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii. 
I lekkomyślnie dałem słowo, 
że kwiat kwitnie księżycowo, a liście mrą srebrzyście. (…)
A pani? Cóż, nie chce tych róż. 
Że takie brzydkie, że czerwone i że z kolcami 
Więc cóż Ci dam?”
I Jego nie ma już z nami - śpiewanej poezji romantycznego geniusza, który w tej piosence daje i cukrowego konika i serce szczerozłote.
Serce. Oczywiście. - W serce patrz. Kto to mówi? 
Gdzie jesteś, Mały Książę, 
Gdzie odszedłeś z mej książeczki kart?
Czy po pustyni błądzisz?
Znów rozmawiasz z echem pośród skał? 
Czy tam, gdzie świeci złoty wóz 
Oglądasz Ziemię w swoich snach, 
Gdzie pozostała z dawnych dni 
Niby wspomnienie bajka ta.
 i wreszcie wszystko się wydało…
Na Ziemi zwątpił w miłość swą, 
Tę najpiękniejszą z wszystkich snów, 
Bo jak miał w jednej kochać się, 
Gdy ujrzał park z tysiącem róż? 
Nie wierz swym oczom - szepnął wiatr, 
Jeżeli kochasz, sercem patrz.
To wiatr każe patrzeć sercem. Pani Kasia Sobczyk śpiewała na niezapomnianych prywatkach. Kto to jeszcze pamięta? Na pewno nie PISmaki, bo oni mają wolną Polskę od roku.
Tymczasem o sercu pani Irena Santor śpiewała tak:
„Dlaczego miłość otuliła świat
Ptak piosnki nuci, pachnie kwiat?
Jest jedno małe słowo
Co zmieniło w baśń tęczową świat:
Znasz słowo to?...
Serce to najpiękniejsze słowo świata
Serce to w życiu najcudniejszy skarb
Serce - miłości hymn, co w słońce wzlata
To baśń skrzydlata, to szczęście i zaklęty czar.”
Równie pięknie ta melodia Dunajewskiego brzmi w oryginalnym wykonaniu:
„Как много девушек хороших
Как много ласковых имен
Но лишь одно из них тревожит
Унося покой и сон, когда влюблен
Любовь нечаянно нагрянет
Когда ее совсем не ждешь
И каждый вечер сразу станет
Так удивительно хорош, и ты поешь:
Сердце, тебе не хочется покоя
Сердце, как хорошо на свете жить
Сердце, как хорошо, что ты такое
Спасибо, сердце, что ты умеешь так любить!”
A kysz, a kysz! Język rosyjski? Zabroniony! A nuż Putin nuci tę melodię. Czy prawdziwy Polak miałby czelność zaśpiewać po rosyjsku?
Niektórzy śpiewali, albo śpiewali tekst przetłumaczony na język polski. A jeśli przekład był tak doskonały (Witolda Dąbrowskiego) jak w tej pieśni Bulata Okudżawy, to co?
„Co było - nie wróci... Wychodzę wieczorem na spacer
i nagle spojrzałem na Arbat i - ach, co za gość! -
rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś!
Rżą konie u sań, Aleksander Siergiejewicz przechadza się,
ach, głowę bym dał, że już jutro wydarzy się coś!”
To Poezja!
Skończmy jednak z sercem. Na pohybel tym, którzy drwią z tkliwości, z sentymentalizmu. Czasami wypada i tak. Mnie tam na przykład serce kojarzy się z matką. Kto pamięta laurki z sercem przebitym strzałą? Te pierwsze skierowane były do matki.
„Mamo, smutno tu i obco.
Drzewa inne rosną,
I ciszy nikt nie zna tu.
Mamo, nie myśl, że się skarżę.
Żal mi tylko marzeń
Dziecięcych dni, moich dni.”
Facet… a łzy spływają po policzku…. Momencik…
Bezsprzecznie największy, niewykorzystany… pójdźmy dalej - zmarnowany talent polskiej piosenki - Violetta Villas. Jej głos w tej piosence dosłownie druzgotał serca słuchaczy.
Powracamy do jesieni, tej za progiem.
„Lato, lato, lato, echże ty
Od gorąca twych promieni zapłonęły liście drzew 
Od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew 
Mała chmurka nad jej czołem, mała łezka - słony smak 
Pociemniało, poszarzało - jesień jak to tak?
Jesień, jesień - jak to tak? 
Jesień, jesień, jesień - jak to tak?
Jesień, jesień, jesień - jak to tak?”
A tak to. Już za chwilę, za momencik łuskanie grochu i fasoli, darcie pierza do poduch na srogą zimę, do pierzyn. Jeszcze tylko ziemniaki zebrać, buraki, i można sobie zaśpiewać na głosy przy świeczkach, przy kominku, wedle kaflowego pieca. Za chwilę skurczy się dzień, a wiatr północny postrąca liście z drzew, choć zanim to nastąpi, w żółtych płomieniach liści dopalać się będzie lato.
„W żółtych płomieniach liści brzoza dopala się ślicznie 
Grudzień ucieka za grudniem, styczeń mi stuka za styczniem 
Wśród ptaków wielkie poruszenie, ci odlatują, ci zostają 
Na łące stoją jak na scenie, czy też przeżyją, czy dotrwają 
I ja żegnałam nieraz kogo i powracałam już nie taka 
Choć na mej ręce lśniła srogo obrączka srebrna jak u ptaka 
I ja żegnałam nieraz kogo, za chmurą, za górą, za drogą 
I ja żegnałam nieraz kogo, i ja żegnałam nieraz”
A niektórzy to od tej jesieni uciekają, bo bywa nostalgiczna, w kolorze blue:
„Światem zaczęła rządzić jesień, 
Topi go w żółci i czerwieni, 
A ja tak pragnę czemu nie wiem, 
Uciec pociągiem od jesieni. 
Uciec pociągiem od przyjaciół, 
Wrogów, rachunków, telefonów. 
Nie trzeba długo się namyślać, 
Wystarczy tylko wybiec z domu. 
I wsiąść do pociągu byle jakiego, 
Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, 
Ściskając w ręku kamyk zielony, 
Patrzeć jak wszystko zostaje w tyle”
Pozostaje w tyle i miga za oknami. I w tym miejscu powrót do niedawnej przeszłości… do lata.
„Gra wesoły pociąg swą piosenkę,
Że aż lecą skry,
miasta, rzeki szybko suną przed oczami.
Kiedy wspólnie wyruszamy
na spotkanie pięknych chwil,
ta piosenka jak przyjaciel jedzie z nami.
Bo piosenka już po chwili
z każdym za pan brat
czas podroży nam umili,
gdy jedziemy w świat,
a zielony sygnał wolną drogę już otwiera nam.
Hej, na wczasy wiezie nas wesoły pociąg!”
Jeździło się, bo się samochodów nie miało. Jeździło się autostopem z plecakiem na grzbiecie, a spało się w namiocie. - Posuńcie się mrówki. Co to wielkiego dla harcerza? Szósta rano - pobudka, kąpiel w jeziorze, owsianka na śniadanie i wyruszamy…
„Jak dobrze nam zdobywać góry
I młodą piersią chłonąć wiatr.
Prężnymi stopy deptać chmury
I palce ranić ostrzem Tatr.
Mieć w uszach szum,
strumieni śpiew,
a w żyłach roztętnioną krew.
Hejże hej, hejże ha
Żyjmy więc póki czas,
Bo kto wie, bo kto wie,
Kiedy znowu ujrzę was”
A wieczorami, gdy nóg nie czujesz, ale przecież nie wypada słabością swą się chwalić; wieczorami przy ognisku kartofelki z żaru posypane solą, parzą ręce i swojska kiełbasa przyrumieniona nad płomieniem, i gitara, i pieśń kolejna… aż płoche sarny na baczność przed nią stają…
„Czy pamiętasz miła jak przy ognisku,
W ciemnym lesie na polanie
Spotkaliśmy się.
Las nam szumiał cicho,
Byłaś tak blisko.
Serca nasze z żarem iskier
Połączyły się.”
Tak, tak. W noc ciemną, bezksiężycową, z robaczkami świętojańskimi udającymi gwiazdy spadające, rodziła się pierwsza miłość, obozowa przyjaźń…
„I choć nas dzieli
Może tysiące wiosek i mil,
Nie zapominaj razem spędzonych chwil.
Tę leśną serenadę śpiewam dla ciebie,
Obozowe tango, które znów połączy nas.”
Harcerz powinien służyć ojczyźnie, ale, dla Boga, nie chcę więcej „Szarych Szeregów”. Służyć ojczyźnie nie oznacza ginąć dla niej. Zaprawdę, są inne sposoby. A wódz? A wodzowie? Najpierwsi z PISmaków? Giń, abyśmy mieli po kim płakać! Niedoczekanie!. Nie tak, panowie, nie tak. Źle się bawicie. Dosyć przelanej krwi! A wodzowi powiem jedno: - nie dziel nad grobami! Łącz! I pamiętaj, że nie ty pierwszy wymyśliłeś patriotyzm. Posłuchaj:
„Wraca dziś
Pamięć o tych, których nie ma.
Bo nie wszystkim pomógł los
Wrócić z leśnych dróg,
Gdy kwitły bzy.
W szczerym polu biały krzyż
Nie pamięta już,
Kto pod nim śpi
W szczerym polu biały krzyż
Nie pamięta już,
Kto pod nim śpi ...”
A dla wodza, taka oto piosneczka, frywolnie przemieniona. Hej, szable w dłoń i siekać, i iść na Moskala!
„Jedzie ułan na chabecie
A siodło go w d… gniecie
A szkapina sk……a
Nie chce dalej nieść”
Jak się jechało? Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie. Wypróbuj sam, jeden z drugim.
Uff… to jedynie pierwsza długa trasa. To tylko część wyśpiewywanych w kabinie renówki songów. Gdzie reszta? „Następną razą”, przy okazji kolejnego kursu. A teraz…
„To już jest koniec, nie ma już nic,
Jesteśmy wolni, możemy iść 
To już jest koniec, możemy iść,
Jesteśmy wolni, bo nie ma już nic, nic, nic, nic, nic”

[16.09.2016, Le Neubourg w Normandii i 17.09.2016 Iwuy w dep. Nord, Francja]