Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

20 lutego 2017

TAM - Z KOLEJNĄ WIZYTĄ

Uszczęśliwiony po wizycie listonosza. Odłożony pakiecik banknotów (dla babci)  leży na stole. Wciska mi w dłoń piątaka.
- A tu masz pieniądze i torbę. Pójdziesz do spółdzielni i kupisz mi butelkę gronowego wina. Podłych mi nie kupuj. Pamiętaj, gronowego wina. Może być gruzińskie.
- To u ciebie TUTAJ, dziadku, też jest spółdzielnia?
- A jest. Też trzeba się nachodzić, chociaż TUTAJ nogi mnie nie bolą. Nic mnie nie boli, ale skoro przyszedłeś, to skocz po to winko, jak DAWNIEJ. A potem…
- Potem?
- Potem zabiorę cię do ogrodu, popatrzymy, jak pracują pszczoły. Ty pewnie się dziwisz, że przyjęto mnie w TO miejsce, takiego grzesznika - śmieje się. - To sprawka twojej babci. Wymodliła to dla mnie. Dać kartkę, aby ci sprzedali?
- Jeśli TU jest tak samo jak TAM, to mnie znają i sprzedadzą - odpowiadam i wychodzę z pokoju.

- DAWNO cię nie widziałam. NAJDAWNIEJ. No, chodź na kolana. Kakao zrobiłam, ciepłe. Poczytamy?
Ma na sobie tę samą granatową sukienkę w białe groszki.
- Nie boli cię, babciu, wątroba? A woreczek żółciowy, nie rozlany?
- Nie martw się, skarbie, nie boli. Teraz to jesteś dużym chłopcem, ba, mężczyzną jesteś… a u mnie, widzisz, wciąż to samo. Obiadki robię, piekę. Ha, wreszcie dopadłam tego, co to mi z ciast zakalec robi. Wiesz ty, że przyłapałam twojego ojca, jak otwiera piekarnik i pryska ciasto wodą? Bo lubi ciasto z zakalcem, mówi. A ja tyle się nagłowiłam, bo przecież przepisy mam sprawdzone… tyle lat, tyle lat. Po wino idziesz? Dla dziadka? Co ja z tym chłopem mam. TAM miałam i TU mam… ale i TAM i TU się kochamy… no leć!

- No, nareszcie, miałeś być na święta. Czekałem.
Spotykam go nad stawem. Jest jakiś taki rozdrażniony, ale uśmiecha się, jak wtedy, gdy robił wszystkim wokół kawały.
- Tato, pokaż swoją twarz.
Odwraca się do mnie. Oglądam. Dotykam policzków. Szyi.
- Jak ja się cieszę, tato, że nie masz już tej paskudnej choroby.
- TU, mój synu, nie chorujemy. Psu na budę potrzebne w TYM miejscu choroby.
- Markotny jesteś jakiś?
- A bo sobie chodzę wokół tych stawów, chodzę i myślę, kiedy w końcu skończy się ta zima. Patrz, lód jeszcze trzyma, a chciałoby się połowić rybek.
- Myślałem, że TUTAJ znaleziono jakiś sposób na zimę, na lód.
- Nie, synu, TU jest dokładnie tak samo jak TAM, tyle że się nie cierpi.

Melduję się w biurze.
- No wejdź, mama jest, tylko szybko, żeby dyrektor cię nie zobaczył.
Szybciutko. Na paluszkach, na paluszkach.
- Wreszcie jesteś. 
Podbiegam.
- Masz tu kanapkę z szyneczką. Nie ma rozmowy, masz zjeść.
- A pan dyrektor?
- TUTAJ pan dyrektor jest bardziej tolerancyjny. No jedz, jedz.
- Mamo, jak z twoim sercem? Nie dostajesz udaru?
- Spójrz tylko na mnie, jak wyglądam i po wyglądzie osądź.
Piękna ta moja mama. Najpiękniejsza. Uśmiecha się i chyba nie odczuwa chłodu, bo stopy i „skrzydełka” ma ciepłe (dotykam), a przecież wiadomo, że najbardziej człowiek przeziębia się od zimnych „skrzydełek” i nóg.
- Jutro pojedziemy do dziadków, do miasta. Przygotuj się.

Jest już jutro.
- A ty byś w wreszcie skończył z tym glancowaniem butów. Córka przyszła z małym. Kupiłam wam od szynki i kawałek boczku. Wystałam się w jednym i w drugim, ale w tym pierwszym zajęłam sobie kolejkę, więc najpierw poszłam do drugiego i sobie skróciłam. Herbaty się napijecie? Napijecie.
- A ciasteczka będą? - pytam.
- A pewnie, zrobiłam. Podsunęłam piekarzowi dwie blachy. Mam całe wiadro ciastek. Władek, odsunąłbyś się, przejść nie mogę. No patrzcie, a ten teraz nogi moczy. Wszystko jedno, Władek, córka przyjechała a ty tak…
- Wszystko jedno, babciu - uśmiecham się, kalkując jej słynne powiedzenie - wszystko jedno, ale że TUTAJ są kolejki, to się tego nie spodziewałem.
- A są, są… ja bym chyba nie przeżyła bez kolejek. A po obiedzie idę śpiewać w chórze.
- To i TUTAJ jest chór?
- Anielski, dzieciaku.

- Babus jeden, ja przecież muszę wymoczyć te nogi, bo mi paznokcie wrastają.
Wyciera je. Wdziewa pantofle. Wynosi wodę do łazienki. Wraca.
- A tak czekałem! Zagramy w warcaby?
- No, pewnie - odpowiadam. - Nie masz TU dziadku z kim zagrać?
- A nie mam. TU nie mam tak samo, jak i TAM nie miałem nikogo oprócz ciebie. Z babką jedynie w karty, ale ona, jak wiesz, oszukuje…
- Nawet TUTAJ oszukuje?
- A wyobraź sobie, że nawet TUTAJ.
- A jak ze zdrówkiem?
- Nie narzekam. Bardzo się poprawiło. Spacerujemy sobie z Helcią po alei, a pod wieczór przysiadam na ławeczce, a za dnia… za dnia to w telewizor patrzę albo w oknie siedzę i wnuczka wyglądam. No co, ja dzisiaj zaczynam białymi.

Jeden zamek, drugi, trzeci, łańcuch. Otwiera wreszcie, spogląda na mnie tak od spodu.
- Nie poznajesz mnie ciociu?
- Aleś wyrósł. No, wchodź do środka, wchodź. Będziesz spał na tym składanym łóżku. Rozłożymy je pod ścianą. Tylko żebyś nie palił.
- Ja ciociu, tylko na chwilę.
Markotnieje. Widzę.
- To chociaż brzuszek zjesz… i rogaliki. Napiekłam dla ciebie. Miałam sen, że przyjedziesz.
- Ech, te twoje sny, ciociu. A jak ze zdrowiem? Kłopotów nie masz?
- TUTAJ? Żadnych kłopotów. I na pielgrzymkę sobie chodzę. Mam nawet lżejszy chód niż TAM.
- A kluczy od domu nie gubisz?
- No co ty, TUTAJ mam bliżej do świętego Antoniego - uśmiecha się. - Pewnie do Krakowa jedziesz, co? Ale musisz zjeść trochę brzuszka, rogaliki to ci dam jeszcze na drogę.

Zawsze elegancki, dystyngowany, o takim szerokim, przyjaznym uśmiechu, bez cienia złości, dżentelmen w najlepszym wydaniu.
- Jak sobie radzisz w szkole? Z historii? - pyta.
- Z historii dobrze, ale lepiej z…
- No tak, przecież ty humanista. Siadaj, akurat mamy śniadanie. Zjemy i na kopiec. Spogląda w okno. - Będziemy mieli piękne południe - wnioskuje.
- Na kopiec? A twoje serce? Po trzech zawałach na kopiec?
Nie przygasza uśmiechu.
- Tylko ziółka, mój drogi, TUTAJ tylko ziółka. Basia przygotowuje. Lekarstwa odłożyłem. Niepotrzebne. A czuje się tak jak wtedy, gdy taczkami na kopiec Marszałka ziemię wwoziłem. A pod wieczór pójdziemy we troje do Jamy Michalika, na kawę, lody… a dla mnie kieliszek koniaku.
Siada przy stole, rozprostowuje obrus, odkłada na komodę Gazetę Krakowską, którą i TUTAJ wydają.

Ciocia Basia uwija się jak w ukropie. Tu serek biały, tam żółty, pleśniowy, homogenizowany, miękki, a to znów szyneczka, żywiecka obsuszana, miodzik, marmolada, dżemik, jajeczko po wiedeńsku, papryczka, ogórki, pomidory, zabielana kawa, herbatka ziołowa, bawarka, kawałki strucli, bułeczki, chlebek tatrzański, mleczko, masełko od chłopa… wszystko na swoim DAWNYM miejscu, w wielkim wyborze. Kto to wszystko zje? To przecież tylko lekkie śniadanie.
Jakby odmłodniała.
- TU już nie muszę spać na twardym, jeśli miałeś się zapytać, bo kręgosłup mnie nie boli i do Piekar nie muszę jeździć na zabiegi. Ten klimat wyraźnie mi odpowiada… chociaż…. wiesz… powiedz no mamie, aby z tobą w sierpniu przyjechała, to znów wybierzemy się do Zakopanego.
Bo ciocia Basia ma krewnych na Podhalu, i po górach musi TUTAJ skakać jak kozica… TU może, bo z kręgosłupem, jak mówi, kłopotów nie ma, a TAM miała.
- Powiem, powiem.

- Patrz, jak biegnie z tą kawą do warsztatu. Zdążysz przecie. - Janina spogląda przez okno.
- Rozpalić muszę. Zimno takie - krzyczy z oddali.
On tak zawsze. Zaraz pojawi się w warsztacie pierwsze auto. Ludzie nie mają litości. Z samego rana. Rozmawia z jednym, drugim, a potem w tych autach dłubie i dłubie. Aż do wieczora, ba, do nocy.
- Że też i TUTAJ robota ciągle goni. Wydawałoby się, że gdzie jak gdzie, ale TU?
A teść z uśmiechem.
- Ja przecież zawsze muszę coś robić. Jak nie auta, to sobie rzeźbię, albo maluję, jakiś okręcik z zapałek składam… no i akordeon… posłuchasz?
Gra „Chusteczkę” albo „Głęboka studzienkę”.
A teraz nad staw.
- Zobaczysz, jak moja żabcia przychodzi na wołanie.
Podchodzimy. Coś mówi do niej.
Rzeczywiście przychodzi.
- Jak z sercem? - pytam.
- TUTAJ nic mnie nie ruszy. Serce mam jak dzwon.

Przechodzę przez przedpokój. Zerkam w lewą stronę.
- Jak tam się dzisiaj czujesz, mamo?
- A wiesz, że TUTAJ jest mi lepiej. Cukier nie skacze. Oddycham miarowo. Lepiej, znacznie lepiej. Lekarz kazał mi odłożyć insulinę.
- To co dzisiaj robimy na obiad?
- Pomyślimy. Ale ty sobie odpocznij, połóż się, tyle się przecież najeździsz.
- Oj, tam. To może najpierw placuszki z jabłkami. Obiorę.
- Mogą być i placuszki.
Przechodzimy do kuchni.
- Ty pewnie objeżdżasz wszystkich swoich bliskich.
Potakuję.
- Ja TU jestem od niedawna. Dopiero się przyzwyczajam. Ale jak TAM wrócisz i spotkasz moje córki, syna, wnuczkę i wnuka, to im powiedz, żeby się o mnie nie martwili, bo TUTAJ… TUTAJ się wprawdzie tęskni, ale przynajmniej nic nie boli… a i polityka TU inna, i mniej wypadków, katastrof i… da Bóg, że pogodzę się TU z wszystkimi, co to wiesz… a nie zapominajcie dobrze karmić Adelki… no, gdzie są te jajka?

[13.02.2017, Barcelona, Catalunya, w Hiszpanii]

MOTYWY

Nie wiem jak kto, ale ja otoczony jestem skojarzeniami.
Inaczej: ten, kto cokolwiek rozumie (co za słowo - rozumie) intencje kompozytora, pisarza, malarza - słowem artysty, ten wie, że aby stworzyć na ten przykład symfonię, koncert, sonatę świetnemu artyście nie potrzeba wiele - wystarcza jakiś motyw, jakiś zasłyszany układ dźwięków, które później poddaje twórczej wyobraźni, rozwija, mnoży wersje, kompiluje, dokłada nowe instrumenty, osłabia lub wzmacnia tempo, oddala się od zasadniczego tematu, aby powrócić doń z wirtuozyjną pasją, po czym następuje uspokojenie, aż w końcu, jak w rondzie, wraca do wątku, którym napoczął swe dzieło.
Do czego zmierzam? W życiu, nie tylko tym twórczym, artystycznie ukształtowanym, ważne są motywy, które niejako życie to nakręcają, implikują. Coś tam nam siedzi głęboko w głowie i nie pozwala nie myśleć o sobie. Ja to nazywam motywem i powracam do niego jak do rodzinnego domu, choć nie zawsze dostarcza on pozytywnych emocji.
Chleb jako ucieleśnienie zaspokajania głodu, przyjemności niepolegającej na radości wynikającej z konsumowania wykwintnej potrawy, lecz takiej, która wiąże się ściśle z owym fizjologicznym imperatywem odczuwania sytości i przez to możliwości do dalszego życia. Tak jest w przypadku syndromu obozowego chleba czy jego braku, tego chowania po kieszeniach kawałków, okruchów, skórek w sytuacji, gdy nieobecne są już okoliczności, w których chleba brakowało. Chleb i u mnie zajmuje poczesne miejsce pośród rządzących mną motywów, bo przecież i ja… był taki czas, wojskowy, kiedy w kieszeniach spodni, bez jakiegokolwiek dbania o higienę chowałem kromkę chleba, która w trakcie marszruty traciła konsystencję jedności, obracając się w okruchy i proszek. Wiem, porównanie z chlebem obozowym nie jest w tym przypadku na miejscu.
Pragnienie ciepła, ogrzanie dłoni o kafle dostojnego pieca, nad rozgrzanym do czerwoności żeliwnym blatem piecyka, przy kominku, kaloryferze, pod pierzyną, derką, narzuconym na głowę kożuchem; także ciepło czyjejś dłoni, kąpiel gorąca, moczenie nóg w parującej wodzie… prawda, że jest to motyw niepodlegający dyskusji… a ileż z niego może wyniknąć życiowych i artystycznych konsekwencji.
Jest też motyw pracy postrzeganej wielorako: jako tej przynoszącej środki do życia; pracy dla pokoleń, twórczej, której skutki nie są widziane tu i teraz; wreszcie pracy gromadnej, zbiorowej, wspólnej, pożytecznej, przynoszącej natychmiastowy zysk nie w kontekście dochodów, lecz radości wykonania czegoś z innymi.
Kolejna melodia to sprawiedliwość, wyczulenie na krzywdę innych, współczuwanie z pokrzywdzonymi przez los, naturę, przez ich własne słabości; i jednocześnie sprzeciw, protest i bunt przeciwko niedostatkowi tejże. To jedna z najdokuczliwszych konsonansowych melodii, przy słuchaniu których aż się prosi o zatkanie uszu watą, lecz tego akurat robić, coś mi podpowiada, nie wolno.
Motyw etycznego postępowania ściśle jest z poprzednim powiązany i jak wszystkie pozostałe trudny do realizacji, zwłaszcza w świecie opanowanym przez nikczemność. Coś mi podpowiada, że pomimo przewidywalnej porażki w walce z nikczemnością, etyczna tarcza pozwoli zachować człowieczeństwo, choć marną stanowi to pociechę dla kogoś, kto poniósł klęskę.
Motyw piękna i estetyki. U mnie przestawia się on zgoła inaczej. Nie to jest piękne, co obiektywnie jest postrzegane, lecz subiektywna siła odbioru. Inaczej mówiąc, piękniejszą bywa dla mnie kobieta stara, z pomarszczoną twarzą, drepcząca powoli, zgarbiona, o lasce, z krótkim oddechem, wysuszona lub rozdęta chorobą, piękniejsza bywa od modelek na wybiegu, w kolorowych pismach czy na ekranie. W każdym człowieku dojrzyj najpierw piękno, popróbuj następnie odjąć jej wyobraźnią lat kilkadziesiąt - otrzymasz odpowiedź, czym piękno jest na tym świecie.
Motyw ojca i matki - nie do przecenienia. Parafrazując łacińską sentencję: o ojcu i matce dobrze, albo wcale. I tak właśnie będzie, i tak jest. Jeżeli nawet kłamstwo wciśnie się pomiędzy słowa opisujące tych, co nam życie dali, to Ten, co cały porządek świata oddał nam w swoje władanie, wybaczy i zmiłuje się nad nami.
Motyw miłości, jakże modny, jak bezgranicznie wykorzystany też jest zestawem dźwięków pożądanych, co we wdzięczną melodie się układają. Lecz miłość jest tak rozciągliwa, tak niejednoznaczna, tak wieloraka, tak nieodporna na wiek, w jakim jest przeżywana, że pewnie dla jej opisywania słów nie zabraknie, i oby więcej ich było niż tych, którymi komentujemy wielką miłości nieprzyjaciółkę - nienawiść.
W końcu, choć to zaledwie część większej całości, dochodzimy do pragnienia spokoju, wyciszenia, izolacji, samotności, skupienia, myślenia o sprawach, w których sam rozum niewiele ma do powiedzenia, a zastępuje go metafizyka, pożądanie niezrozumiałej, a rządzącej naturą siły; potrzeba wieczności, a może i nieśmiertelności właśnie w metafizycznym wymiarze. Te materie również głęboko penetrują moją świadomość i z sobą współgrają, tworząc symfonię podsumowującą całe życie.
I nie pozostaje teraz nic innego, jak uruchomić sieć powiązań między tymi motywami. Jeśli tego nie dokonasz, zmarnowałeś życie. 

[13.02.2017, Barcelona, Catalunya, w Hiszpanii]

19 lutego 2017

POKÓJ BUCHALTERA - niby wiersz

Wydobyłem z pamięci 
ciemny pokój buchaltera,
sosnowe biurko, na którym papiery,
kałamarz z atramentem, wieczne pióra,
ołówki zwykłe i kopiowe,
przyciski, dociski, pieczęcie,
lak, pinezki i spinacze,
maszynka na korbkę
do liczenia zysków i strat,
fajka jak wygięta trąba słonia,
kalendarz ze wschodami i zachodami słońca,
gumki do kasowania ludzkich błędów,
linijki i karafka z zimną wodą, 
szklaneczka, łyżeczka, popielniczka.
Nad dostojnym buchaltera miejscem pracy
słoneczna żarówka
z kloszem jak chiński kapelusz
rzuca nieznaczny cień,
oświetla dłoń,
w palcach której
czarne piórko na tłoczek
kaligrafuje na pożółkłym papierze
raport wydatków z ostatniego miesiąca.
Dostrzegam soczystą biel
tekturowych rękawów,
na których buchalter
zapisuje ołówkiem dla pamięci
sumę wystukaną przez maszynkę na korbkę;
czasami podaje sobie do wiadomości,
że po pracy ma się udać do cyrulika, 
aby zgolić dwudniowy zarost, 
oraz że nie może zapomnieć
o kupnie bukietu fiołków
dla żony buchaltera.
Za uchylonymi drzwiami rozmowa:
zajęty, nie przeszkadzać, ma gościa,
ale ja muszę koniecznie sprawdzić, 
czy wystarczy środków
na zakup surowca w tym miesiącu, 
wejdź bez pukania,
to tylko wnuk.
To aż wnuk, mówi buchalter,
tamten wchodzi nieśmiało,
podaje mi rękę,
głaszcze po głowie,
podoba ci się u dziadka?
Zanim przejdziemy do sprawy
przynieś mi tu syfon z gazowaną wodą, 
napijesz się?
Oczy wnuka zapłonęły mocniejszym światłem
od tego słońca
zawieszonego nad głową buchaltera.
Powiem twojej mamie, 
że dzisiaj wrócimy do domu ty i ja,
jak dwaj mężczyźni,
pójdziemy do cyrulika, 
tobie też trzeba zrobić porządek z włosami.
Przypomnij mi o bukiecie fiołków.
Naciskaj powoli, 
o, tak, właśnie. 
Bąbelki łaskoczą podniebienie.
Pokój buchaltera unosi się 
jak marzenie o podróży balonem,
aromat fajczanego dymu
trafia z uśmiechem do nozdrzy.
Pozostała jeszcze godzina,
a chciałoby się doczekać wieczności. 

[12.02.2017, Barcelona, Catalunya, w Hiszpanii]

WYPOŻYCZALNIA (8) KRONIKI TYGODNIOWE - ANTONI SŁONIMSKI

W swoim zadufaniu nad tym, że to, co obecne jest bez porównania wartościowsze od tego, co było, próbuje nam się… próbują wcisnąć nam do głów obecne, a i poprzednie władze i ich medialni poplecznicy, że epokę PRL-u należałoby wymazać z pamięci, a najlepiej, aby jej nigdy nie było. Następuje swoisty przeskok od II RP, przedwojennej, do obecnej, targanej partyjnymi sporami. Po obu stronach dzisiejszej barykady istnieje wspólne przekonanie co do jednego: dzisiejsza Polska jest spadkobierczynią tej przedwojennej, o ironio, nie przegranej w zawierusze wojennej, zbankrutowanej, a bohaterskiej, zdradzonej, walczącej do ostatniego pocisku. Znaczy się w pojęciu partyjnego, postsolidarnościowego establishmentu, zwłaszcza tego, który obecnie sprawuje władzę, jedyną słuszność w politycznym sporze mieli ci, co z ludową władzą od jej zarania walczyli. I nie ma w tym nic dziwnego, że gloryfikowana jest pamięć żołnierzy wyklętych, walczących z władzą ludową jeszcze podczas toczącej się wojny; pomijana jest natomiast pamięć o tych, którzy dobijali faszystowskich katów, idąc na zachód, aż do Berlina; pomijana jest pamięć o tych setkach tysięcy i milionach bezimiennych, którzy zdewastowany przez wojnę kraj budowali od podstaw, przeprowadzali reformę agrarną, społeczną i kulturową, bądź też byli podmiotem tych przemian.
Jedynie głupcowi przypisać można pogląd, iż PRL był porażką, by nie powiedzieć klęską cywilizacyjną. Jedynie głupiec uwierzy, że powojenna Polska powinna wyglądać z drobnymi poprawkami jak ta sprzed września 1939 roku.
Pozwoliłem sobie zaczerpnąć ze źródeł, bynajmniej nie PRL-owskich, nie komunistycznych, bałwochwalczo odnoszących się do powojennych czasów; zapragnąłem przytoczyć obszerny fragment „Kroniki” nr 3 z dn. 19 stycznia, 1936 roku autorstwa Antoniego Słonimskiego, „Kroniki” publikowanej w latach 1927-1939 w „Wiadomościach Literackich.”
Czy rzeczywiście odwoływanie się wprost do tradycji przedwojennej, nie jest li świadectwem braku znajomości najnowszej historii, a może ignorancją właściwą cynicznym hipokrytom?
Kronika nr 3 z dn. 19 stycznia, 1936 r.
„Bilans roku minionego przedstawia się dość niewesoło. Polska staje się jednym z najbiedniejszych krajów świata. Gdyby policzyć w Polsce ludzi nie wegetujących, ale żyjących na normalnym poziomie, okazałoby się, że całe państwo skurczyło się do rozmiarów jednego niewielkiego miasta europejskiego.
Jest w Polsce nie więcej niż paręset tysięcy ludzi korzystających z kolei, gazety, książki, teatru. Polska konsumuje cukru, tłuszczy, tytoniu, owoców mniej niż trzymilionowa Dania. W dziedzinie wynalazków możemy poszczycić się przyrządem nieznanym dotąd na świecie. Wprowadziliśmy do dorobku ludzkości maszynkę służącą do rozdzielania zapałki na cztery części. Dzieci wiejskie, aby zdobyć zeszyt za pięć groszy, zbierają kasztany. Za trzydzieści kilo kasztanów, dostarczonych do miasteczka, pięć groszy. Rośnie jak lawina analfabetyzm. Półtora miliona dzieci nieobjętych szkołą powszechną. Analfabetyzm powrotny jak powrotny tyfus szerzy się
epidemicznie. Nauczyciel ludowy, który uczy przeciętnie około siedemdziesięciu dzieci, ma do rozporządzenia zaledwie parę elementarzy. Twarde życie tych nauczycieli, pracujących w zaduchu i zimnie, obarczonych dodatkowymi funkcjami prowadzenia „Strzelca" i robotą polityczną, jest przecież upragnionym celem dla wielkich mas bezrobotnej inteligencji. Młodzi ludzie ze skończonymi studiami wyższymi godzą się tak pracować w charakterze praktykantów bezpłatnych bez żadnej gwarancji, że po roku otrzymają wynagrodzenie. „Mocarstwo" skurczyło się do małej urzędniczo-wojskowej wysepki, otoczonej wielkim morzem nędzy i beznadziejności. Coraz więcej jest obywateli niekorzystających ze zdobyczy cywilizacji współczesnej. Przeciętny Poleszuk pali łuczywo. Ma on na sobie baranicę, łapcie, kożuch, koszulę, spodnie z samodziału. Jedyną rzeczą, której sam nie wyprodukował, to z carskim jeszcze orzełkiem guzik metalowy, na którym trzymają się portki. Tak wygląda polski konsument. Prócz tej nędzy panuje jeszcze bardziej może od biedy upadlający strach. Strach jednych przed wojną czy rewolucją, strach innych przed utratą posady, przed nędzą jeszcze dotkliwszą, strach przed nową redukcją uposażeń, strach przed niezabezpieczoną starością. Obraz ten nie jest przesadny, a pociecha, że gdzie indziej nie jest lepiej, stała się już pociechą kłamliwą. Przejedźcie się pustynią polską. Zobaczycie wśród nędzy wsi i miasteczek dwie tylko siły nienaruszone. Wigwamy wojenne i świątynie. Czerwone cegły koszar i wieżyce kościołów na ruinach przymierających głodem wsi i miasteczek. Sierżant zawodowy ma uposażenie dwa razy większe od uposażenia nauczyciela ludowego. Fortecą naszą stały się błota i złe drogi, bo nie przebędzie ich ponoć zmotoryzowana armia niemiecka. Amnestia dla więźniów w tym obrazie staje się przekleństwem dla tysięcy przestępców, wypuszczonych na zimę z więzień. Czy ta błotnista droga, po której dzieci ciągną ciężkie worki z kasztanami, to naprawdę droga do wielkości i potęgi państwa?(…)”

[12.02.2017, Barcelona, Catalunya, w Hiszpanii]

UŁOMNA 4

- To pan naucza nauczycieli? Jest pan od nich ważniejszy wobec tego. Ja pracuję w szkole jako sprzątaczka - przypomniała. - Jestem jeszcze mniej ważna. Co mi każą, to robię. Nie ociągam się, a i tak niektórzy są niemili. Zrób to, zrób tamto, chociaż już zrobiłam i nie mogę zrozumieć, że niektórzy mogą tak bałaganić. Część z nich to chyba robi tak specjalnie. Trzeba się było uczyć, to byś pracowała tak jak ja, powiedziała jedna pani, a ja się uczyłam, tylko mniej z tej nauki zapamiętałam. A pan wcale nie nakrzyczał na mnie, że przesoliłam dzisiaj rosół. Tak mi wstyd. Zamyśliłam się nad tym wczorajszym wieczorem, kiedy przetarł mi pan oczy, gdy płakałam, a nie mogłam się uspokoić. To dziwne, bo ja od dawna nie płaczę. O, matko, ja panu zrobię inną zupę, bo pan się przecież nie najadł. Widziałam, że panu nie smakuje ten przesolony rosół, a pan jadł i nawet dosypał sobie pieprzu. Pobiegnę. Raz dwa coś zrobię.
- Siedź tu ze mną, Moniko. Mieliśmy sobie mówić po imieniu, pamiętasz?
- Nie mogę tak. Pan rozmawia ze mną, jakbym Bóg wie kim była… a ja jestem zwykłą sprzątaczką.
Siedzieliśmy już trzeci wieczór w tym samym pokoju, przy tym samym stole. Piliśmy herbatę i jedli kruche ciasteczka. Znów sama je zrobiła, dla mnie.
- Nie możesz się tak nie doceniać, Moniko. Przede wszystkim jesteś kobietą, a dopiero później sprzątaczką.
- No tak… ale pan ma przecież wokół siebie tyle kobiet. Wiem, bo u nasz w szkole pracują przeważnie nauczycielki, a do tego teraz na tych wykładach jest tyle nauczycielek, że może pan w nich przebierać…
Patrzyłem jej prosto w oczy.
- Zdejmij na chwilę okulary, proszę.
Z pewną obawą wykonała moją prośbę.
- Umalowałaś oczy. Nasączyłaś tuszem rzęsy, przeczesałaś brwi, nałożyłaś krem pod oczy, przypudrowałaś nos i policzki.
- Peszy mnie pan.
Włożyła okulary tak szybko, że nie zdążyłem zauważyć, czy jej oczy są tak samo modre jak wczoraj.
- Ale zrobiłaś to. Nie malujesz się często?
- Prawie nigdy. Babcia jest tego zdania, że ładna kobieta nie musi się malować, tyle że ja nie jestem ładna, więc powinnam chyba…
- Muszę ci powiedzieć, Moniko, że wczoraj dostałem niedwuznaczną propozycję spotkania się z jedną z kursantek.
- Dlaczego mi pan to mówi? - spochmurniała.
- Koniecznie chciałem ci o tym powiedzieć.
- I… skorzysta pan? Pójdzie na to spotkanie?
- Nie. Dzisiaj kategorycznie jej odmówiłem.
- Płakała?
- Nie, była niezadowolona. Dałem jej do zrozumienia, że nie interesują mnie takie przygody.
- O, matko, po co mi pan to mówi, a ja słucham?
A jednak jej modre oczy uśmiechały się za szybkami okularów. Dostrzegłem również to, jak kąciki jej ust rozchylają się, tak jakby miały urodzić na twarzy uśmiech. Spostrzegłem też drżenie jej palców chwytających szklankę z herbatą, którą starała się zbliżyć do swoich ust, aby uszczknąć z niej łyk ciepłego, rozjaśnionego cytryną napoju.
- Wczoraj czegoś mi nie powiedziałaś. Rozpłakałaś się…
- Wycierał mi pan oczy, nos… pamiętam.
- Może dzisiaj?
- Wie pan, rozmawia pan ze mną w taki sposób, że może i bym się odważyła… ale nie mogłabym znieść śmiechu.
- Myślisz, że dałabyś mi powód do śmiania się z ciebie?
Zawahała się. Wiedziałem, że powie, że wydostanie z siebie te słowa, które wczoraj nie mogły przejść przez jej gardło. Nie próbowałem nalegać, choć, co tu gadać, chciałem poznać przyczynę jej wczorajszego płaczu.
- Wie pan, dlaczego nie znoszę śmiechu, śmiechu mężczyzn, wie pan?
Milczałem.
- Umówiłam się kiedyś na randkę. Przystojny, wysoki, rok młodszy ode mnie, nalegał. Wie pan, ja też miałam ochotę, bo sobie pomyślałam, Moniko, jeżeli nie teraz, to kto cię weźmie, taką ułomną, co to do niczego się nie nadaje, bo prawdziwą kobietą być nie może. Kto mnie tam zechce, o matko, no i poszłam, spotkałam się, serce mi zadrżało, jak go zobaczyłam, takie coś poczułam na całym ciele, w podbrzuszu i w ogóle. To było w parku. Doprowadza mnie do ławeczki, a tu zza drzew wychodzą trzej jego kumple, a on do nich, że wygrał zakład, i miał rację, że jestem łatwa… oni w śmiech. 
- Rozumiem cię. Podły szczeniak.
- Ale to nie wszystko. Minął rok… miałam o tym nie mówić, babcia mi zakazała, ale pan nie śmieje się ze mnie, pan słucha, pan powiedział mi o tej nauczycielce z kursu, choć nie musiał mi tego mówić… może jestem naiwna, na pewno jestem, ale pan wzbudza zaufanie… choć może lepiej byłoby się wyspowiadać o tym, co się stało przed kobietą…. tak łatwiej. O, matko, tak chciałam być kobietą. To moja wina, że chciałam i poszłam do niego. Znaliśmy się z widzenia, kilka lat starszy ode mnie, więcej niż kilka lat, rozwodnik. Ale, pomyślałam sobie, że nawet jeśli rozwodnik, to przecież nie musiało tak być, że to on jedynie zawinił, bo mogło być równie dobrze tak, że żona go zdradzała, więc nie przeszkadzało mi to, a tak bardzo chciałam być kobietą… ale nie tak na pierwszym spotkaniu, o nie, babcia powtarzała mi zawsze, że pomimo namiętności, tak powiedziała: namiętności, kobieta powinna się cenić i nie pozwalać zrobić z siebie dziwki, o, matko, ja do pana takie słowa mówię, co też sobie teraz pan o mnie pomyśli… ale pan nie wie, nie może wiedzieć, jak to jest chcieć być kobietą. Co ja sobie wtedy myślałam? Myślałam, że to już ostatni raz, tak, ostatni raz. Z tą swoją ułomnością to ja sobie mogę czekać Bóg wie ile i się nie doczekam. Nie był może bardzo przystojny, taki męski był, szarmancki. Nie odmówiłam kieliszka. To na apetyt, mówił, bo przygotował kolację. Ale co to była za kolacja… ciasto podał… i potem drugi kieliszek, trzeci… może jeszcze dwa. Nie, nie wlewał mi do ust. Piłam sama. Przyjemnie odpływałam. Straciłam kontrolę nad swoja ułomnością, nad swoim ciałem. Objął mnie tak mocno, tak mocno przyciągnął do siebie, że zaczęłam krzyczeć, że nie chce być kobietę… a to go tylko rozjuszyło… opadałam z sił, czułam, jak je tracę, jak staję się powolna jego ciału. O, matko, jak mnie bolało, a ja nie miałam sił, aby wyswobodzić się spod niego. Ostatkiem nadziei próbowałam sobie przetłumaczyć, że może nie potrafię być kobietą, że on, mimo iż taki brutalny, sprawi mi przyjemność. To dziwne, nienawidziłam go za to, co ze mną robi, ale wciąż łudziłam się nadzieją, że może tak właśnie być powinno, tak jest między kobietą a mężczyzną, że w końcu, rozumie pan, stanie się to, czego oczekuje każda kobieta… i nic się nie stało, kompletnie nic. Nawet nie pozwolił mi się umyć. Otworzył tylko drzwi i wcisnął mi w dłoń okulary, które przepadły gdzieś w pościeli. Jeszcze w progu podciągałam rajstopy i sukienkę. Potem długośmy płakały z babcią.
Wstałem i chwytając jej prawą dłoń również pomogłem jej wstać. Pocałowałem obie jej dłonie. Drżały, były lekko wilgotne. Potem pozwoliła zdjąć okulary. Ucałowałem jej oczy. Odruchowo musiała je przymknąć, więc w chwili, gdy je całowałem, nie mogłem widzieć, czy pozostały modre.
Sama podarowała mi swoje usta, abym złożył na nich pocałunek.
(cdn…) 

[12.02.2017, Barcelona, Catalunya, w Hiszpanii]

MACHINA CZASU (5) - (fragment "Prowincji")

Jest wystarczająco ciepło, aby brały ryby. Przechodzimy ścieżką wzdłuż najobszerniejszego stawu, mijamy stanowiska wędkarzy, kije wciśnięte w gliniaste podłoże niskiej skarpy, sekretnie poukrywane w szuwarach metalowe pojemniki z kiełbiami - najdoskonalszą przynętą dla połowu na żywca, przy brzegu pluszczą się w siatkach złowione karpie i karasie, wiotka fala wywoływana dostojnie poruszającymi się na wodzie kaczkami i kurkami wodnymi co i rusz przetacza się wzdłuż, to znów w poprzek akwenu. W oddali, bliżej przeciwległego brzegu pojawia się i znika pod wodą perkoz, środkiem stawu płynie nieprzyjaciel wędkarzy - dwuosobowy kajak, którego wolny pływ na chwilę wzmacnia fale. Dochodząc do krańca stawu, po prawej stronie, tuż przy mostku nad niewielką rzeczką mijamy sportowo-wędkarską stanicę. Mój ojciec sprowadził w to miejsce stary, poniemiecki autobus, który teraz pełni rolę schronienia przed deszczem, magazynu, miejsca, gdzie można usmażyć złowione ryby.
Mostek nad rzeczką. Tu jest płyciej i zawsze widać dokładnie ciemne grzbiety nierzadkich w tym miejscu linów i szczupaków. Na mostku można postać dłużej.
- Byłaś tutaj?
- Przypominam sobie to bujanie. Każdy krok poczyniony w tym miejscu ugina stalowa konstrukcję mostka. Bałam się wody. Zawsze się bałam.
Idziemy dalej. Kolejny staw. Wysoka skarpa, zwłaszcza ta od południowej strony.
- A wiesz, że pamiętam, jak ten staw budowano? Koparki i spychacze ryły przez wiele tygodni piaszczysto-gliniane podłoże. Tam na środku głębokość może dochodzić do siedmiu metrów. Nie pamiętam już ile dni i nocy zajęło wypełnianie go wodą. Pompy wciąż pracowały, kasłały z wycieńczenia, przystawały, aby zaczerpnąć tchu, a potem znów zasysały nieskazitelnie przejrzysta wodę ze źródła i przepompowywały ją do zbiornika. Kiedy staw był już wypełniony wodą, od strony drogi wbito tuż przy skarpie szynę, do której przymocowano tablicę przestrzegającą przed kąpielą. Którejś nocy zniknęła ta tablica wraz z szyną. Ktoś wyrwał ją z ziemi i wrzucił do wody; wbiła się na sztorc i od tej pory kąpiąc się, należało uważać, aby skacząc do wody, bądź też nurkując, nie natknąć się na tę szynę. Wielu o tej szynie, ukrytej pod powierzchnią wody zapominało. Nie był to przyjazny staw. Przyciągał topielców.
- Spójrz dokoła… te drzewa, pamiętasz?
- Tak jakbym je sobie przypominała. Musiałam być w tym miejscu z klasą.
- Bardzo możliwe. Najpierw sadziłem te drzewa z ojcem, potem przyjeżdżali uczniowie ze szkół. Może i ty je sadziłaś?
- Może…
- Stanowczo za dużo sadziliśmy topól i osik. W czasie rzeczywistym jest w tym miejscu las.
- To dobrze, jeśli sadzi się las.
- Dobrze. Za mało wierzb i brzóz. Dzisiaj sadziłbym brzozy.
Wchodzimy na drogę, drogę kasztanową. Jest w miasteczku aleja kasztanowa, a tutaj droga, ciągnąca się do pobliskiej wioski i dalej, na zachód do kolejnej, i wszędzie kasztany.
- Masz kasztanowe włosy - mówię.
- Mam dużo siwych włosów.
- Nie masz lusterka? One są kasztanowe dzięki machinie czasu.
- Naprawdę? Czuję się młodo, młodziej. Nie bolą mnie nogi, choć przeszliśmy chyba z sześć kilometrów… to też machina czasu?
- Zaczyna działać. Nie tylko przenosi nas do przeszłości, ale i modyfikuje nasz sylwetki, nasze ciała.
- A jeśli nie zdołamy powrócić do rzeczywistego czasu?
- Niestety, wrócimy.
- Niestety?
- Wolałbym zostać… a ty nie?
- Moje córki. Chciałabym się z nimi spotkać.
- A nie chciałabyś ponownie je urodzić?
- I cierpieć połowę życia z mężem pijakiem?
- A jeśli byłyby to nasze dzieci?
Zatrzymujemy się przy drodze prowadzącej do…
W silnym blasku żółtego słońca twoje włosy opalają się na kasztanowo. Obserwuję jak z każdą chwilą ubywa ci lat, a twoja dojrzała, kobieca sylwetka zaczyna coraz bardziej przypominać dziewczęcą. Moje ciało również pozbywa się zmarszczek i kilogramów. Nie wiadomo dlaczego rodzą się włosy na mojej głowie a skóra ramion i dłoni staje się delikatna. Ruchy twego ciała są teraz zwinne, stąpasz lżej po szutrowej nawierzchni drogi, uśmiechasz się pogodniej, a w twoich oczach dostrzegam filuterne przebłyski dziewczęcości.
- Dokąd ta droga prowadzi? - pytasz. - Nie pójdziemy w trę stronę?
- Nie…
- Dlaczego?
- Tam jest mój dom. Nie chce go odwiedzić. Nie teraz. Nie jestem gotów na to spotkanie.
(cdn…)

[12.02.2017, Barcelona, Catalunya, w Hiszpanii]

KAWIARENKA (81) PASJA

- Sobota, godzina siedemnasta, a naszego dobrego pana Adama w kawiarence nie ma, czy to możliwe? - zapytał się pan radca siedzący przy stoliku wraz z doktorem Koteńko, kiedy na salę wchodził właśnie kawiarennik w towarzystwie zdrowego już mecenasa Szydełki i redaktora Pokorskiego z małżonką.
Ciż przysiedli się do panów radcy i doktora, przystawiwszy rzecz jasna drugi stolik.
- A cóż to - odezwał się kawiarennik Adam - czyżby młode panie Edyta i Karolina nie radziły sobie z obsługą na sali?
- A wręcz przeciwnie - zaprzeczył pan radca. - Panna Karolina zwłaszcza świetnie radę sobie daje i to nie tylko na sali, albowiem zaobserwowałem, że opanowała bez reszty moją prawą rękę, znanego z osobliwego zachowania pana Brożynę. Ten zaś spokorniał przy niej, z mniejszą ekstrawagancją się ubiera, widać, że po uszy zakochany. Oj, coś mi się wydaje, że obaj, panie Adamie, mamy nadzwyczajną umiejętność w kojarzeniu par, a co z tego wyniknie? Pewnie, że w konsekwencji doprowadzi do powiększenia stanu liczbowego naszej społeczności, prawda, panno Karolino?
Zwrócił się pan radca w swym zapytaniu do omawianej właśnie przez niego Karoliny, kawiarnianej kelnerki, która akurat pomiędzy stolikami przemykała, a że uszy miała młode i na wypowiedzi pana Kracha uczulone, tedy możliwe, że i tę wypowiedź pana radcy dosłyszała.
- A gdyby nawet tak się stało, to co? Niech pan uważa, bo jeszcze Sławek na ojca chrzestnego pana poprosi - zripostowała dzielnie i z uśmiechem panna Karolina.
- Ot, młodzi, jakież to teraz dla siwiejącej głowy uszanowanie - zażartował pan radca.
- Szanują pana, panie radco, skoro widzą w nim ojca chrzestnego - odezwała się pani Emilia, żona redaktora Pokorskiego.
- Nie inaczej - przytaknął pan Adam. - A tak a’propos tej powiększającej się liczby mieszkańców. Czy pani Joanna Kosmowska z Ciżemek już na świat wydała dzieciątko, panie doktorze?
- Wanat, pan ginekolog, który ją prowadzi, zabrał Joannę do szpitala - odparł doktor Koteńko. - Ale proszę się nie niepokoić. Wszystko pod kontrolą, choć bardzo możliwe, że poród odbędzie się o dzień wcześniej, ale dzień w tę, czy w tamtą stronę nie jest niczym w medycynie nieznanym.
- Rozumiem.
- I ja pana rozumiem, przyjacielu - odezwał się ponownie pan doktor - albowiem za miesiąc ty i pani Marysia znajdziecie się w podobnych opałach.
- W opałach?
- W nowej roli - poprawił pan doktor - w której pani Maria już raz zagrała, natomiast dla pana, o ile mi wiadomo, ta rola będzie debiutem.
Westchnienie kawiarennika przetoczyło się szerokim echem po całej sali, a może i dostało się do sąsiedniej, gdzie pani Zofia Koteńko puściła młodej i tej wiekowo zasłużonej publiczności pierwszą część „Nocy i dni”… ale czy zakłóciło obecnie słuchanego w muzycznym podkładzie walca? Tego nie sposób jednoznacznie stwierdzić.
- A myśmy byli akurat na zaproszenie w osiedlu przy cukrowni. Pan dyrektor cukrowni nas zaprosił… i ten drugi człowiek, mam gdzieś zapisane jego nazwisko. Oglądaliśmy lokomotywę i te dwa wagony.
- To ciekawe, proszę opowiedzieć więcej - domagał się pan radca.
- Rozmawialiśmy onegdaj, przyjaciele, o tym, jak to pan dyrektor umyślił sobie odtworzyć część wąskotorowej trasy, prawda? I że on, sam fanatyk kolei, ma w zakładzie paru zdolnych ludzi, którzy za punkt honoru obrali sobie wyremontować starą ciuchcię, parę wagonów towarowych i dwa pasażerskie. No i, panowie, zimę wprawdzie mamy, a oni tam we trzech, mówię o tych zdolnych ludziach, cały czas przy pracy, której efekty właśnie poznaliśmy. Emilko, prawda, że zaszokowana byłaś? Ciuchcia puszcza już parę na całego, a jaka umalowana, jak na obrazku… no i te dwa pasażerskie wagony. Ja doprawdy nie wiem, skąd w tych ludziach tyle zapału… no i środki na to potrzebne nie byle jakie.
- A ja słyszałem - wtrącił pan radca Krach - że ci panowie to już dwa lata dłubią przy tych eksponatach.
- To prawda. Cały wolny czas poświęcają tej pracy, a pan dyrektor, sam zapaleniec, też czasem zagląda do nich i pomaga im w robocie, i znajduje im jakieś smary, farbę, śruby i nakrętki, jakieś części wyposażenia.
- To ja sobie myślę, przyjacielu - ciągnął pan radca - że dla tych ludzi największym sukcesem i nagrodą za ich pracę będzie ten dzień, kiedy kolejka wreszcie ruszy w trasę.
- Ot co, dobrze powiedziane. Już tam pana dyrektora cukrowni w tym głowa. I szczęście dopisuje w tym, że torowisko na trasie, na której zamierza się puścić pociąg w całkiem dobrym stanie się znajduje.
- Jakiż wdzięczny będzie pan miał temat do artykułu - zauważył pan doktor. - Toż to niezwyczajna wiadomość takie ponowne uruchomienie kolei. Mniemam, że zamierza pan o tym napisać.
Pan redaktor Pokorski nie zaprzeczył, lecz wzrok swój skierował ku oczom swojej małżonki, albowiem, jak się za chwilę miało okazać, pani Emilia podsunęła mężowi pomysł na artykuł. 
- Zamierzam, drodzy przyjaciele, ale Emilka mnie namówiła, abym potraktował go inaczej. Otóż, moi mili, spróbuję napisać o tej lokomotywie, o pracy nad przywróceniem do stanu używalności wagonów i tej starej ciuchci z punktu widzenia kobiet, które zgodziły się, nie bez sprzeciwu, jak myślę, na tę dręczącą nieobecność w domu swych mężów, których prawdziwa pasja wyprowadziła na torowisko przy cukrowni. Albowiem, kochani, w życiu bywa tak, że doceniamy wielkich twórców i ich dzieła, natomiast zapominamy o całym kontekście spraw, jakie doprowadziły do sukcesu w ich pracy.
- Wyjął mi pan z ust to podsumowanie - powiedział milczący dotąd mecenas Szydełko. - Jak wielu ludzi nie docenia się na tym świecie. Z przyjemnością o tym przeczytam.
A tymczasem z drugiej sali pobrzmiewał niezapomniany walc z „Nocy i dni”. 

[12.02.2017, Barcelona, Catalunya, w Hiszpanii]

PAWANA, RAVEL, VELAZQUEZ

A skoro jeszcze raz jesteśmy przy muzyce proponuję w kawiarence "Pavane pour une Infante défunte" czyli "Pawanę na śmierć Infantk"i, jeden z piękniejszych tematów muzycznych, jakie kiedykolwiek skomponowano.
Autorem tego utworu jest Maurycy Ravel.
Wokół tytułu tego arcydzieła narosły różne legendy. Podobno sam Ravel nie traktował "Pawany" jako utworu żałobnego i chciał, aby interpretowano go jako taniec dziewczynki - infantki z obrazu Diego Velázqueza, słynnego hiszpańskiego malarza, głównie portrecisty, żyjącego w epoce baroku.
Czyżby więc Ravela zainspirowała ta młoda dama?


Spośród wielu słuchanych interpretacji "Pawany" wybrałem wersję na fortepian, oryginalną, w ciekawym, klimatycznym, chciałoby się powiedzieć, wykonaniu młodego jeszcze francuskiego pianisty Bertranda Chamayou.


A'propos Diego Velázqueza... nie odmówię sobie przedstawienia niezbyt może znanego, lecz moim skromnym zdaniem pięknego i inspirującego obrazu tego artysty, zatytułowanego "Niewidoma", obrazu znajdującego się w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu. Bardzo podoba mi się ten portret.


[19.02.2017, Dobrzelin]



ERIK SATIE / ALESSIO NANNI - GNOSSIENNE 3

Kolejny raz Erik Satie i tym razem Gnossience 3. Muzyka tajemna, hipnotyczna, trafiająca do podświadomości, w genialnym wykonaniu Alessio Nanniego. 
Jakże ważna jest lewa ręka oddająca z niebywałym pietyzmem nastrój tajemniczości. Lewa ręka Nanniego, doskonalsza od metronomu, ustala nienaganny rytm; prawa zaś oprowadza nas po nierzeczywistym świecie marzeń i fantazji, ożywia atmosferę przygnębiającej rozterki, którą rządzi niskimi tonami ręka lewa.
Interpretacja Alessia nie mając sobie równych, domaga się przyznania, że Satie znalazł nareszcie wykonawcę, dla którego komponował  serię krótkich utworów tak niezwykłych i zmuszających słuchacza do refleksji nad światem wnętrza ludzkich przeżyć, a Nanni... on na chwilę zatrzymuje bieg Zielonej Planety wokół Słońca.




[19.02.2017, Dobrzelin]

18 lutego 2017

UŁOMNA 3

3.
- Nie musiał pan, nie musiał…
Te drobne kwiatki o błękitnych płatkach ściśnięte w bukiecik zaledwie wystający poza jej zaciśnięte dłonie od razu kiedy go kupiłem, wydawał mi się nazbyt skromny, ale pożałowałem tej babinki wysiadującej na ulicy z plastykową miską na wpół zalaną wodą, przystanąłem więc i poprosiłem o ten jeden; podziękowała dobrym słowem; te drobne kwiatki zdawały mi się zbyt niepozorne, aby nadawać im tyle znaczenia, aby przykładać je do nosa, przebierać w szklanych naczyniach, które z nich pasuje najbardziej, aby przemawiać do nich czule, jak to robiła moja młoda gospodyni.
- O, matko, ja przecież nigdy od nikogo nie dostałam kwiatów… a jeszcze od pana, którego nie znam wcale. Śliczniutkie moje, na stoliku nocnym was postawię, będziecie mi całą noc pachniały, och, jak pachniały.
- Przyczepiłbym do nich karteczkę z życzeniami, ale nawet nie znam pani imienia.
Uległem jej wzruszeniu. To niepozorne i nieoczekiwane zdarzenie kazało mi zapomnieć o kolejnym, jakże długim dniu spędzonym na szkoleniu w tym gwarze, zamieszaniu, na rozmowach wypełniających przerwy między zajęciami, kiedy to chce się raczej odpocząć, aniżeli udzielać się w rozmowach, odpowiadać na pytania, potwierdzać oczywiste kwestie, to znów dopowiadać coś, czego podczas prelekcji się nie powiedziało.
- Na imię mam Monika - powiedziała. - Bo ja to pana imię znam… na teczce pisało Adam Karski, czy tak?
Potwierdziłem skinieniem głowy.
Ależ się postarała. I to nie tylko z obiadem. Dzisiaj przyszedłem godzinę wcześniej.
- Bo ja cały dzień myślałam o tym, co też taki człowiek jak pan, taki mężczyzna, miałby ochotę zjeść po dniu ciężkiej pracy - mówiła w trakcie jedzenia - i pomyślałam sobie, że zrobię coś, co każdy mężczyzna jada, prawda? Żurek, a na drugie schabowy z młodą kapustką i ziemniaczkami… pan się śmieje… panu nie smakuje… pan tylko tak, aby mi przyjemność zrobić…
- Nic podobnego, pani Moniko. Ja z pani słów, z dzisiejszego zachowania z przyjemnością wnioskuję, że oprócz szczerości zdobywa się pani na coraz to większą swobodę w wyrażaniu myśli. Nie wyczuwam u pani takiego skrępowania jak wczoraj.
- A pan mówi do mnie takimi mądrymi słowami, że czasami się nad nimi zastanawiam. Naprawdę panu smakuje?
- Naprawdę. Świetnie pani gotuje.
- To dobrze. Pan wie, dzwoniłam dzisiaj do babci i wszystko jej opowiedziałam. O tych pieniądzach specjalnie dla mnie, co to pan je mi dał także.
- Nie trzeba było.
- Ale ja tak nie mogę. Gdybym nie powiedziała, to czułabym jakiś ból w środku, o tu - dotknęła miejsca pod lewą piersią. - Pan się pewnie śmieje, ale ja jak się wzruszę bardzo, to odczuwam tam ból, naprawdę. I kiedy dał mi pan te kwiaty, to też go poczułam. Przewietrzyłam pana pokój, bo pan pali. Nie, mnie nie przeszkadza. Tam w pokoju ma pan przecież popielniczkę, ale pomyślałam sobie, że pokój musi być przewietrzony, pościel również.
Przerwała i czas jakiś siedziała przy stole z głową wspartą na dłoni, i obserwowała jak jem, a jej modre oczy za szkiełkami okularów przemawiały troskliwie. Przypomniałem sobie te oczy, kiedy przez moment zdjęła wczoraj okulary.
- Pięknie zrobiła sobie pani włosy i w tej letniej sukience też jest pani do twarzy - powiedziałem kończąc obiad ostatnim kęsem mięsa. 
- O matko, pan tak zawsze musi mnie krępować? Byłam u fryzjera. Nie ruszyłam jeszcze pana pieniędzy, swoje miałam. Byłam u fryzjera, bo nie chciałam, aby się pan mnie przestraszył, bo wczoraj, o matko, jak ja pana przyjęłam… a ta sukienka… sama kupiłam na bazarze. Tania, za grosze, bo proszę pana, ja na ubranie dla siebie niewiele wydaję… i tak mi nie pomoże… - przerwała.
- Ubiór nie jest najważniejszy, ale w tej sukience wygląda pani prześlicznie, jakby szyta była dla pani.
Czy przesadziłem? A jeśli tak, to niewiele. Ta bawełniana sukienka w drobne niebieskie i pomarańczowe kwiaty, przylegając do ciała, podkreślała jej kobiece kształty. Nawet jeśli znać było ich obfitość, to dla męskiego wzroku płynęła z nich przyjemność… cóż w końcu jest się mężczyzną.
- Napijemy się herbaty? Zrobię.
- Z przyjemnością.
Nie od razu wstała od stołu. Poczułem, że chce powiedzieć coś więcej. Nie omyliłem się.
- Wie pan… mężczyzna do obiadu to lubi się napić, tak? Ja… nie dlatego, że znam mężczyzn. Niech pan nie pomyśli sobie czego złego o mnie, ale babcia mi opowiadała, że do obiadu podaje się… ale ja mam tylko babci nalewkę na miodzie  z ziołami, a mężczyźni przecież…
- … wolą czystą, tak? - roześmiałem się.
- Pan znów się śmieje, a ja na poważnie.
- Uśmiecham się do pani.
- A ja nie wiem, czy panu podać, bo jak podam, to pewnie nie zechce jej wypić sam.
- To prawda, pani Moniko. W towarzystwie, zwłaszcza w tak miłym, nie można pić samemu. Nie wypada.
- Kiedy ja nie mogę pić… babcia mówiła mi, abym nie piła.
- Widzę, że pani bardzo liczy się z tym, co mówi pani babcia.
Chwila milczenia i znów obserwuję jak Monika zdejmuje na chwilę okulary i przeciera szkiełka, tym razem chusteczką ze stołu. Przez moment zerkam w jej oczy. Tak samo modre, tak samo niezwykłe w swym niepospolitym kolorze.
- Wie pan… ja ojca i matki nie miałam. To znaczy miałam, ale ten wypadek… byłam bardzo maleńka… trzy lata miałam. Babcia mnie wychowała.
- Bardzo mi przykro.
- Minęło, choć tutaj jeszcze pobolewa. Babcia mówiła mi, że chyba rok po wypadku się nie odzywałam. Wie pan, ja po prostu nic nie mówiłam, a potem, jak już zaczęłam mówić, to stało się ze mną coś takiego, że… no ja nie jestem zupełnie normalna, wiem o tym… ale i pan powinien o tym wiedzieć… przyniosę jednak tej nalewki i napije się razem z panem, choć wiem, ze nie powinnam.
- Obędzie się bez alkoholu.
- Przyniosę, przyniosę. O, matko, przecież miałam zrobić herbatę. Znów bym zapomniała. 
Spoglądałem za nią, kiedy szła, a właściwie pobiegła do kuchni. Było w niej coś nieokreślonego, i w postawie, i w zachowaniu, i w mowie, coś, co mnie zauroczyło. Próbowałem uporządkować dotychczasową wiedzę o Monice, umieszczając ją w kartotece raz osobowości, a innym razem charakteru. Wszelako byłem specjalistą, psychologiem, dla którego rozszyfrowanie wnętrza osoby, z którą się przebywa, rozmawia z nią i obserwuje, nie powinno nastręczać większych trudności. Dzisiaj podczas kursu i przy jego zakończeniu pojąłem przecież intencje tej młodej kursantki, która po zakończeniu prelekcji, wręczając mi ankietę ewaluacyjną, spojrzała mi w oczy swoimi, które mówiły: „niech pan dzisiaj odczyta, co napisałam”… a napisała… no cóż... coś w rodzaju miłosnego liścika, w którym napomknęła o spotkaniu. Odważne, bardzo odważne słowa. Zaimponowała mi, naprawdę, zmieniając się z dnia na dzień z pilnej uczestniczki szkolenia w kobietę o rozbudzonej ambicji erotycznej. I trochę zrobiło mi się jej żal, że nie zdoła mnie wciągnąć w tę grę z oczywistym podtekstem. Być może gdybym nie przebywał teraz z Moniką, znacznie trudniejszą w rozpracowaniu jej uczuć… co ja mówię… nie powinienem korzystać ze swej psychologicznej wiedzy podczas rozmowy z nią… być może skorzystałbym z okazji i poddał się bezwiednie przygodnemu romansowi… może….
Monika wróciła z kawą, ciastem i miodową nalewką.
- Ale tylko jeden kieliszek, bo ja… ja… proszę się nie śmiać, ja nie mogę, bo gdyby pan wiedział, dlaczego… - rozpłakała się.

[11.02.2017, Barcelona, Catalunya, w Hiszpanii]