Horacy

O, CIVES, CIVES, QUERENDA PECÚNIA PRIMUM EST; VTRTUS POST NUMMUM!


27 lipca 2014

Ukraine Crisis: Death and destruction continues in Eastern Ukraine / Хун...

Jutro, pojutrze Frankfurt, potem Francja, może Belgia, Holandia. 

Pozostawiam ten film (dopóki ktoś nie powie panu You Tube, aby skasował go z sieci. Pozostawiam go dla tych, którzy zacierają ręce i kombinują o jakie to jeszcze świństwo oskarżyć Putina, którzy nie potrafią się przebić przez schemat własnych fobii.
Jedynym komentarzem do filmu, który warto obejrzeć, mimo swej drastyczności, niech będzie stwierdzenie: TO, CO DZIEJE SIĘ NA RUCHOMYCH OBRAZKACH, DZIEJE SIĘ Z PEŁNYM POPARCIEM NASZEGO RZĄDU, OPOZYCJI, WIĘKSZOŚCI PARTII POLITYCZNYCH I, NAD CZYM UBOLEWAM NAJBARDZIEJ, CZĘŚCI POLAKÓW. 




23 lipca 2014

System edukacji a propaganda i manipulacja

W wielkim skrócie postaram się omówić wpływ obowiązującego systemu edukacji na indoktrynację społeczeństwa w ramach panoszącej się propagandy. Oczywiście nie będzie to, broń Boże, opracowanie naukowe - jeszcze by tego brakowało, aby w kawiarence o tej porze do głosu dopuszczać naukowe dywagacje. Chodzi mi jedynie o podzielenie się z czytelnikami i samym sobą pewną refleksją, która uzasadnia, jak sądzę, podjęty temat.
Zatem do rzeczy.
Nie będę odkrywczy, jeśli powiem, że ta składowa systemu edukacyjnego funkcjonującego w naszym kraju, która odpowiada za sprawdzanie i ocenę przyswojonej wiedzy i umiejętności opiera się na ich weryfikacji metodą testową. W niej to poddany egzaminowi delikwent zdany jest na wybór jednej z, najczęściej czterech, słusznej odpowiedzi, która zaspokaja wymagania sprawdzającego. 
System testowy w nieco zmodyfikowanej formie istnieje również w humanistyce, znaczy się wiedzy o literaturze, czy, trywializując, w języku polskim. Każde zadanie do pisemnego wykonania, o czym wie egzaminator gimnazjalny czy maturalny, wymaga odpowiedzi, która musi zawierać określone sformułowania, potwierdzające, zdaniem systemu, opanowanie materiału programowego. Oczywiście od zaprogramowanej i oczekiwanej odpowiedzi istnieje pewien zakres dowolności sformułowań, z którego poddany egzaminowi może skorzystać, byleby odpowiedź mieściła się w przyjętym kanonie regulowanej programem poprawności. Dlatego też np. nie jest możliwe, aby zdający ośmielił się pochwalić w pisemnej wypowiedzi okres PRL-u, gdyż w założeniu słusznym jest negatywna ocena tego okresu czasu. Wprawdzie co ambitniejszy zdający może pokusić się o daleko posunięte uzasadnienie swojej wypowiedzi, za co uzyska "punkty dodatnie", nie mniej jednak całość wypowiedzi może być uznana za niezgodną z założeniami programowymi lub też będzie świadczyć o niezrozumieniu tematu przez delikwenta.
W efekcie takiego właśnie sprawdzania wiedzy i umiejętności absolwent polskiej szkoły, który pomyślnie przejdzie przez proces egzaminacyjny musi mieć świadomość tego, że jego wiedza i umiejętności zostały pozytywnie ocenione dlatego, że jego wypowiedź mieściła się w określonych, oczekiwanych przez egzaminatorów, autorów programów nauczania, ba, społeczeństwo i obowiązującą doktrynę polityczną ramach.
Kształtujemy w ten sposób osobę posłuszną, spolegliwą wobec oczekiwań "społeczeństwa" i podatną na informacje i sugestie płynące ze strony tych, którzy z uprzywilejowanej pozycji władzy rzeczywistej i medialnej mają nam coś do powiedzenia. 
Jeżeli więc młody człowiek nie ma w sobie krztyny buntu i niepokory, traktował będzie emitowaną do niego informacyjną papkę jako ten rodzaj wiedzy, która obowiązuje i tylko dlatego, że okres edukacyjny delikwenta uległ zakończeniu, nie będzie przez "wyższe czynniki" sprawdzana. 
Poglądy polityczne, jakie kształtują się z wiekiem u większości młodych ludzi (trzeba przyznać, że w bardzo różnym stopniu) nie mają większego znaczenia dla jakości odbioru informacji. Na przykład: zwolennik Platformy Obywatelskiej przyjmował będzie za pewnik informacje przekazywane z tamtej strony; adorator PIS-u będzie z kolei ślepo wierzył temu, co przekazują politycy i sympatyzujące z nimi media. 
W każdym przypadku wykształcony młody człowiek jest przekonany, że chcąc zdać egzamin życiowy (wszak całe życie uczymy się, nie brak nam ambicji i chcemy być pozytywnie postrzegani w środowisku, w jakim żyjemy) musi postępować w taki sposób, aby mieścił się w granicach oczekiwań, jakie ma wobec niego społeczeństwo, czy grupa społeczna, do której przynależy. Wyjście poza ustalone ramy zachowań oznacza porażkę. Z tego też powodu tak mało jesteśmy skłonni do zaakceptowania nawet obiektywnie pozytywnych działań osób, które działają poza naszym kręgiem. Jeżeli nawet prywatnie (u Sowy i przyjaciół !!!) myślimy inaczej, to oficjalnie trzymamy się wyuczonej ścieżki edukacyjnej.
System edukacyjny oparty na zawężonym polu manewru testowej odpowiedzi sprzyja manipulacji. Przekazywane nam medialne wiadomości z reguły posiadają tezę, z którą należy się zgodzić, gdyż próba podważenia tezy uznana będzie za zachowanie nieodpowiedzialne i sprzeczne z duchem czasu, racja stanu, itp. 
W obecnej sytuacji społecznej, gospodarczej i politycznej istnieje grupa tematów, których medialny przekaz nacechowany jest określoną tezą i przesłaniem. W systemie gospodarki rynkowej priorytetem jest zysk i przedsiębiorczość, klasa średnia i możliwość bogacenia się. Zanikają pojęcia sprawiedliwości społecznej, klasy robotniczej, nieuzasadnionego zysku i rozwarstwienia społecznego (tematy te, owszem, występują, lecz jedynie podczas kampanii wyborczej, gdy opozycja próbuje wymienić władzę). W polityce wielce nierozsądne jest głoszenie, że sojusz z USA niewiele nam daje, że UE tak, ale bez wyprzedania do cna majątku wypracowanego przez pokolenia, że z Rosją należy poprawić stosunki i wziąć się za porządny handel. Zagadnienia te nie mieszczą się w granicach uznanych za dobrą odpowiedź.
Osoba poddana i łatwo poddająca się manipulacji nie dostrzeże niczego szczególnego w informacji wskazującej na sprawców zamachu na samolot malezyjski, choć jeszcze nie przeprowadzono śledztwa w tej sprawie, przejdzie obok innej informacji, która każe nam się mieć na baczności, gdy separatyści strzelają, zabijają, niszczą i mordują a armia ukraińska jedynie prowadzi akcje antyterrorystyczną i odzyskuje kontrolę nad danym terenem, tak jakby czyniła to przeprowadzając akcje ulotkowe, nie zaś zbrojne. 
Tak oto w społeczeństwie informacyjnym XXI wieku odbywa się proces miękkiej manipulacji i propagandy, tym łatwiejszy, że pada na podatny grunt człowieka urobionego na zapotrzebowanie systemu, który, wdrażany za młodu, wytycza granicę lojalności wobec władzy, granicę, której przekroczenie oznacza klęskę.  

22 lipca 2014

Muzyka

Muzyka towarzyszem podróży.
Miałem szczęście. Akurat trwał Festival de Radio France et Montpellier, a w nim sporo muzyki dawnej, Bacha, także jego drugiego syna. Na przykład takie suity na wiolonczelę (szczególnie ta nr 2  D-mol, BWV 1008). Bach zawsze uspokaja jak przyjaciel i nie tylko w podróży.


Czasami pora na zmianę i wtedy warto posłuchać jednej z najpiękniejszych, wzruszających i bardzo tanecznych piosenek Dolores O'Riordan 
(The Cranberries)



20 lipca 2014

Zamknięte świątynie

Od razu zaznaczam, że w poniższej notce nie jest moim zamiarem ani walka z religią czy klerem, ani też zgoła coś wręcz odmiennego. Chodzi mi raczej o przedstawienie pewnego problemu społecznego spostrzeżonego (nie tylko w związku z moim ostatnim wojażem) we Francji.
Podnoszę kwestię pustych i na klucz zamkniętych setek kościołów nie tylko na głuchej prowincji, lecz również w całkiem sporych miasteczkach.
Jeżdżąc po Francji trudno nie zauważyć, że chyba w co drugiej wiosce poczesne miejsce obok merostwa zajmuje kościół. Częstokroć są to budowle, jak na nasze rodzime warunki, wręcz starożytne, gdyż pochodzące z XIV, XII a nawet XI wieku. Gotyckie lub późnoromańskie miejsca kultu górują nad miasteczkiem lub wioską wysokimi, spadzistymi wieżami, zwieńczonymi krzyżem. Budowane głównie z kamienia wypełniają centralną przestrzeń miejscowości. Niejednokrotnie poniżej kościelnej wież późniejsi budowniczowie i restauratorzy umieszczali zegary, odmierzające czas. Do dzisiejszego dnia zegary te, a w innych miejscach kościelne dzwony wybijają godziny zmierzchu i porannego świtania.
Budowle te utrzymane są zwykle w nienagannym stanie, jedynie drzwi i wrota kościelne, klamki, zdradzają swym stanem nieobecność osób wchodzących i wychodzących z kościoła.
Francuzi zamknęli Boga we wnętrzu świątyni. Msze zdarzają się tutaj raz na tydzień albo rzadziej. Księża objeżdżają autami parafie. Kto zresztą wie, przy jakiej funkcjonują na stałe.
Odwrót od religii i kleru zaczął się w czasie rewolucji, choć wtedy zmiany dotyczyły głównie klasztorów, a raczej ich wielkich posiadłości ziemskich. Dzisiejsza świeckość obyczajów eliminująca kult religijny to kwestia ostatnich 50-60 lat. Tematy religijne właściwie nie są poruszane publicznie. Religia stała się prywatnością i przedostaje się do przestrzeni publicznej jedynie podczas świąt związanych z patronem kościoła czy wioski. Zamknięte drzwi nie pozwalają na poznanie wnętrza starych świątyni, chyba że kościoły znajdują się w bezpośredniej bliskości zamków i zameczków przejętych przez państwo/władze lokalne szczególnie dbające o turystów.
Architektoniczne piękno tych budowli kłóci się z ich obecnym przeznaczeniem. Kościoły umierają tak jak umarły świątynie greckie i rzymskie. Dotyczy to również zamkniętych na kłódkę przykościelnych cmentarzy, świetnie utrzymanych, lecz cichych i niedostępnych. To przykry widok, zgoła nieobecny w Polsce, gdzie z kolei, czy nam się to podoba, czy nie, kościół wciąż żyje.

Kościół w La Flèche (strzelista wieża... zegar)
To w La Flèche David Hume napisał "Traktat o naturze ludzkiej". Tutaj też w szkole jezuickiej wychowywał się René Descartes (Kartezjusz). Na placu pomnik króla Henryka IV Burbona

Ekonomiczne porównania

Na zachodzie średnio zarabia się cztery razy więcej niż w naszym kraju. Sprzątaczka biurowa, osoba zajmująca się pakowaniem w magazynach oraz podobne mało skomplikowane prace dają zarobek około 1400 euro, co przy 1 euro = 4 złote daje kwotę 5.600 złotych. Z pewnością polska sprzątaczka z pocałowaniem ręki zgodziłaby się na takie warunki pracy i, w szczególności, wynagrodzenie.
Sama kwota 1400 euro nie daje jednak wystarczającej odpowiedzi na to, jak poziom życia w takiej Holandii, Francji, Belgii czy Luksemburgu rożni się od tego, jakim dysponuje pracownik w Polsce, gdyż interesować powinno nas to porównanie cen w kontekście zarobków.
Generalnie pogląd dotyczący cen na zachód od naszych granic opiera się na przekonaniu, że za naszą zachodnia granicą jest drożej. Czy jednak na pewno?
Przyjmijmy, że porównujemy właśnie takie niewysoko opłacane zawody, jakim jest zawód sprzątaczki: polska pani sprząta w biurze za 1400 złotych (co, niejednokrotnie jest kwotą zawyżoną, gdyż z reguły panie pracują za najniższą krajową, co daje niecałe 1300 złotych netto miesięcznie); jej francuska/holenderska odpowiedniczka zarabia 1400 euro. Przyjmijmy, że obie panie dysponują samochodem z silnikiem diesla i dojeżdżają nim do pracy. Za te uśrednione pieniądze polska sprzątaczka kupi sobie olej napędowy w cenie 5,50 za jeden litr a jej francuska odpowiedniczka za 1,35 - 1,40. 
Kilka innych przykładów (na pierwszym miejscu ceny w Polsce):
kilo cukru: 2,50 - 1,10
najtańsze piwo: 1,40 - 0,50
średnio tanie wino: 9,00-12.00  -  1,50-4,00
papierosy: 12,00 - 6,50 - 7,00 (Francja, gdzie papierosy są bodajże najdroższe w Europie - nie wiem jakie ceny są w Skandynawii) - 4,00 - dotyczy Luksemburga
chleb: 2,00 - 1,10 (przyjmuję ceny do: 1 chleb polski = 2 bagietki francuskie
skorzystanie z toalety: 1,00-2,00  -  0,50 (dotyczy Niemiec)
mięso i wędliny - w tym asortymencie (dotyczy Francja i Belgia występuje równowaga, np. 28,00  -  28,00
woda mineralna: 0,59 - 1,80  -  0,70 - 1,60
najtańsza filiżanka kawy: 2,00 - 0,50
hamburger na stacji benzynowej: 5,00 - 6,00  -  4,00
mleko: 2,00 - 2,60  -   1,20 -1,40
Powyższe wybiórcze zestawienia wskazują jednoznacznie na to, że za określoną kwotę zarobionych pieniędzy, koszty konsumpcji podstawowych dóbr (głównie spożywczych) są na tzw. Zachodzie niższe od tych, które występują w Polsce. W wielu przypadkach jest to znaczna różnica na niekorzyść Polski; w innych mniej znacząca (także w asortymencie serów, paczkowanej kawy, ryb, nabiału, etc.)
Jeszcze jedna kwestia. Jest w takiej Francji bardzo wiele sklepów oraz urzędów pocztowych, gdzie rozkład godzin pracy wynosi: 9.00 - 12.00, przerwa na lancz: 12.00-14.00 i później od 14.00 do 17.00.
Jak by nie liczyć część Francuzów pracuje krócej od nas za czterokrotnie wyższą pensję.
Oto dlaczego tak wielu ludzi wyjeżdża z kraju. 
Aby nie denerwować czytelników nie będę przytaczać opinii na temat polskiej ekonomii spotkanych głównie we Francji i Holandii Polaków, których spotkałem na swojej drodze. Jest miażdżąca, tyle.

Kredka do oczu

Oczy miały swoją głębię i ten szczególny błysk, w którego lustrzanym odbiciu postać tego, kto w te oczy zagląda, zdaje się być szlachetniejsza niż w rzeczywistości.
W jej oczach odbijały się proste, u końców lekko wygięte w morską falę szatynowe włosy i smagła cera pociągłej choć nie chudej, z delikatnie wypukłymi policzkami twarzy. 
Oczy mówiły prostym, nieco dziewczęcym językiem, pozbawionym lubieżności, nie frywolnym i zalotnym, lecz stonowanym, niewinnym i cokolwiek sprawiającym wrażenie zaskoczenia. Patrząc w nie, docierałeś do samej głębi uczuć, jakie płonęły pod powłoką aksamitnego ciała.
Jakkolwiek cała postać dziewczyny stanowiła kwintesencję młodzieńczo-dojrzałej  kobiecości, to tylko widok tych oczu wystarczał, aby przekonać się, że istnieje ktoś, kogo natura umyśliła sobie uczynić wzorcem piękna.
- Złamał mi pan kredkę, którą zaznaczałam kąciki oczu, aby sprawiały wrażenie, że moje oczy nie są tak okrągłe jak księżyc w pełni - powiedziała.
- Co też pani mówi? Pani oczy mają doskonały kształt.
- Mimo wszystko chciałam mieć zarysowaną tę cieniutką linię uwypuklającą krawędź dolnej powieki, lecz nie mogę tego zrobić, gdyż rysik kredki po złamaniu jest zbyt gruby. Dlaczego pan ją złamał?
Była niepocieszona.
- Pewnie zrobiłem to niechcący. Musiała mi upaść. Jestem tak niezdarny. Przepraszam.
- Ja nie potrafię jej naostrzyć. Mam nożyk i próbowałam nim zatemperować kredkę, lecz cały czas łamię rysik. Może pan potrafi?
- Chętnie spróbuję. Bardzo chciałbym pani w czymś pomóc.
- Dziękuję. Tylko niech pan nie myśli, że jestem taka malowana lala, która nadmierną uwagę przywiązuje do swojego wyglądu. Chodzi mi jedynie o tę kreskę.
- Doskonale panią rozumiem. Niech ta kreska będzie uwieńczeniem piękna pani oczu, choć nawet bez niej nie znajduję słów, aby opisać to, co czuję, patrząc pani w oczy. 
- Jest w nich coś szczególnego?
- Jest w nich cała pani. Kiedy w nie patrzę, dostrzegam w nich oprócz piękna również urodę duszy. Może to zaskakujące wyznanie, lecz jestem bliski oświadczenia się pani.
- Chce pan powiedzieć, że się mu spodobałam? - nie ukrywała zaskoczenia.
- To mało. Chciałbym, abyśmy byli razem. W pani oczach zapisane jest, że będziemy szczęśliwi. 
- Czy to także można odczytać z moich oczu?
- Z pani oczu jak najbardziej.
- Proszę więc mi pomóc z tą kredką.
Podaje mi kredkę i nożyk. Biorę kredkę w lewą rękę, w w prawą chwytam nożyk, którego ostrzem próbuję delikatnymi posunięciami zeskrobać nadmiar tłustego grafitu . Obserwuję powolne, acz widoczne postępy.
- Swoją drogą, dlaczego nie używa pani tuszu i takiego cieniutkiego pędzelka? - pytam doprowadzając temperowanie kredki do końca.
- Nie wiem, czy potrafiłabym zmienić swoich przyzwyczajeń.
Podaję jej kredkę. Ponownie widzę błysk w jej oczach zdradzający zadowolenie.
- Czy pani kogoś ma? - zadaję to banalne pytanie, nie mogąc się powstrzymać?
- W jakim sensie? - odpowiada pytaniem.
Trudno mi uwierzyć w to, że nie zrozumiała logicznego sensu mojego zapytania. Mimo wszystko doprecyzowuje szczegóły.
- Czy ma pani chłopaka, mężczyznę, z którym chciałaby pani  spędzić swoje życie?
- Choćby takiego, który potrafi ostrzyć kredki do oczu?
- Choćby takiego...
- Rozczaruję pana, lecz nie mam - odpowiada naiwnie.
- Wręcz przeciwnie. Nie czuję się rozczarowany. Odczuwam teraz większą śmiałość w zaproponowaniu wspólnego z panią życia.
- I wszystko przez te moje oczy?
- Przez nie. 
Przez chwilę zastanawiam się, czy w głosie dziewczyny nie pobrzmiewa ironia. Ale nie. Pierwszy raz w jej oczach odnajduję zadowolenie, które nie wynika z faktu naprawy przeze ze mnie narzędzie do podkreślania piękna kobiecych oczu.
- Moglibyśmy się spotkać jutro w kawiarni w centrum miasta na rynku, abym mógł tam się pani oświadczyć? Rozumie pani: kwiaty, świece, pierścionek zaręczynowy. Chciałbym uroczyście...

Nie przyszła ani jutro, ani nigdy potem. W zajeździe "Pod zerwanym kapturem", gdzie spotkaliśmy się po raz pierwszy i ostatni także jej nie widziano, choć przed rozmową ze mną miała zawieszony na szyi skórzany rzemień z kluczem od pokoju numer osiem. Portier nie potwierdził obecności smukłej szatynki o pięknych, głębokich oczach w zajeździe.
- Widzi pan, mamy jedynie siedem numerowanych pokoi, wszystkie na piętrze. Nie mógł więc pan widzieć klucza z tabliczką z numerem ósmym na szyi dziewczyny.
- Ale ja naprawdę widziałem ten klucz z takim właśnie numerem - sięgnąłem do kieszeni marynarki i wyjąłem z niej niewielki nożyk z ostrym ostrzem, którego zapomniałem oddać dziewczynie. 
- Widzi pan, ten dostałem ten nożyk od niej. Ostrzyłem nim jej kredkę do oczu...
- Kredkę do oczu? Żartuje pan? Dzisiaj dziewczyny używają tuszu, pędzelków, ewentualnie takich spiralek, którymi zaczerniają, unoszą i wydłużają rzęsy...
Moja dziewczyna używała jednak kredki do oczu.
Mam nadzieję, że kiedyś upuści ją i złamie się rysik, a wtedy znów będę mógł jej pomóc.

19 lipca 2014

Okolice George Sand

Trasa Châteauroux - Lille liczy około 560 km. 
Jadę blisko posiadłości George Sand. Uroczy region. W ogóle wydaje się, że im bardziej na południe, prowincjonalna Francja jest piękniejsza. Nohant-Vic położone jest w rozległej dolinie otoczonej niewysokimi nieznacznie zalesionymi wzgórzami. Klimat specyficzny, ciepły. Wyraźnie zaznaczona trasa turystyczna związana z nazwiskiem tej bliskiej Szopenowi pisarki.
Nie dla kierowcy jest Nohant i pamiątki po tej ekscentrycznej artystce-feministce. Przejeżdżam ugodzony historią.
Poniżej posiadłość George Sand w Nohant-Vic.



Mucha

Mucha bezdźwięcznie i niepozornie dostała się przez otwarte okno kabiny. Skusiło ją jej ciepłe wnętrze i ruszyła na rekonesans. Oswajała się, latając to tu, to tam, pełna energii i nieprzyzwoitych zamiarów dotarcia do resztek pokarmu.
Dla much taka resztka pokarmu bywa niezauważalna dla człowieka. Wystarczy okruch chleba albo kropla soku upuszczona podczas otwierania kartonowego pojemnika, aby czułe zmysły owada wyczuły obecność pożywienia.
Najwidoczniej nasza mucha wleciała fałszywym śladem, gdyż nie mogła trafić na pokarm. Być może jedynie ciepło było powodem jej wizyty i kiedy już pozostała w środku auta skupiła uwagę na moich nogach, a zwłaszcza stopach pozbawionych sandałów, świeżo umytych i jeszcze cieplejszych od otocznia.  
Mucha sądziła, że jej łaskocząca obecność na moim częściowo nagim ciele jest w jej mniemaniu oznaką chęci zaprzyjaźnienia się ze mną..
Widziałem, jak jej czarne, szkliste ślepia gapią się na mnie i gotów byłem przysiąc, że robi do mnie tak zwane oko, bawi się w chowanego, cały czas zmieniając miejsce pobytu na moich nogach, rękach i szyi. Widać było, że ta zabawa sprawia jej przyjemność. Co chwila próbowałem ją odpędzić i skłonić do opuszczenia pomieszczenia tą samą drogą, którą się do niego dostała. Mucha była jednak zawsze szybsza o ten ułamek sekundy, który decydował o tym, czy znajdzie się w przymkniętej garści dłoni, czy też zostanie uderzona jak piłeczka tenisową rakietą i znajdzie się poza oknem.
Wyglądało na to, że ignorując grożące jej niebezpieczeństwo, mucha chciała się koniecznie ze mną zaprzyjaźnić, błędnie sądząc , że możliwa jest przyjaźń pomiędzy muszym stanem a gatunkiem ludzkim.
W moim kraju muchy traktowane są jako stworzenia, jeżeli nie wrogie, to z pewnością nie pożądane. Nie znam przypadku, w którym człowiek obdarzałby te owady szczególnym poważaniem, więcej, człowiek wymyślił rozmaitą broń do walki z muchami. Śmiercionośna broń chemiczna nie daje muchom szans na przeżycie kilku minut, w zależności od stężenia środka i   odległości aplikowania rażenia. Potraktowane trującym środkiem stworzenia w kontakcie z silnym strumieniem środka doznają natychmiastowego szoku i paraliżu, tracą orientację, względnie od razu padają trafione mocną szprycą, uderzając o podłoże kręcą się, wirują wrzeszcząc wniebogłosy i wreszcie konają, nieruchomiejąc częstokroć w pozycji nóżkami do góry.
Innym sposobem walki człowieka z muchami jest rozwijanie papierowego lub foliowego paska nasączonego mazistą, lepką substancją, której zapach ma ponoć właściwości zapachowe nęcące muchy. Stworzenia, które ulegną pokusie tego zapachu przysiadają na takim "lepie" swymi odnóżami i najzwyczajniej w świecie, przyklejają się. Próbując za wszelką cenę wydostać się z matni, przyklejają się również odwłokiem lub skrzydełkami. Trudno jednoznacznie określić ile czasu zabiera musze przywartej do kleistej mazi konanie. prawdopodobnie przed śmiercią  opada kompletnie z sił i jeśli nawet porusza nóżkami, aby się wyswobodzić, to dzieje się to wskutek tego, że unerwienie organizmu muchy umiera ostatnie.
Najszybszym i, być może, najmniej sprawiającym ból cierpień owadowi jest użycie przeciwko niemu klapki do zabijania much, rozwiniętej dłoni,zwiniętego w rulon papieru, ot choćby gazety, lub też jakiegokolwiek innego, w miarę płaskiego przedmiotu, którym daną muchę można zdzielić raz a porządnie po grzbiecie, doprowadzając ją do natychmiastowej śmierci. Swego czasu używałem też innej metody polowania na muchy, polegającej na strzelaniu w zdobycz napiętą gumką. W przypadku "dobrego oka" myśliwego ugodzenie popuszczonego końca gumki korpusu muchy kończy się jej całkowitą destrukcją, oznaczającą ni mniej, ni więcej zgonem.
Nie wiem, czy moja mucha znała te wszystkie metody walki człowieka z jej gatunkiem. Pewnie nie, bo gdyby znała, nigdy nie próbowałaby się ze mną zaprzyjaźnić, wlatując przez otwarte okno auta. Moja mucha, jak przytłaczająca większość członków jej rodziny, nie kończyła szkół i nie mogła wiedzieć, że choćby nie wiem jak się starała, nie znajdzie wśród ludzi przyjaciół, a jej los praktycznie jest był i jest przesądzony.
Jej zalotny taniec sprawiał mi coraz mniej przyjemności i w końcu podczas któregoś tam machnięcia moja dłoń odnalazła drogę do precyzyjnego uderzenia i nieszczęsne stworzenie  szukające mojej przyjaźni poległo od skutecznie wymierzonego mu ciosu.
Mucha zginęła, nie wiedząc, czemu spotkał ją tak niezasłużony, bolesny i okrutny los.
Mogłem teraz zamknąć okno i pogrążyć się w lekturze.

Powrót

I już po podróży, przeciągniętej o tydzień. Ponad 10 tysięcy kilometrów na kołach. Głównie Francja. Nie było tylko gradobicia, śnieżyc i gołoledzi. Temperatura w dzień od 11 do 36. 
Lekkie zmęczenie i chandra

22 czerwca 2014

Résumé

Przewietrzenie kawiarni następuje mniej więcej w czasie, kiedy dzień dominuje nad nocą. Ale trzeba było przewietrzyć, a przy okazji zajrzeć do zapisków, nie wszystkich, bom sporą ilość wygonił na poniewierkę nieobecności i teraz trochę żałuję, choć tylko trochę.
Wciąż obecna jest myśl o sensie pisania tutaj i w takiej formie. Jest to o tyle istotne, że tych czterysta pozostałych po mnie postów wcale mnie nie zadowala. Nie może być inaczej, skoro ogromna większość z nich powstała spontanicznie, bez specjalnej dbałości o ostateczny kształt, formę, także treść. Dotyczy to zwłaszcza notatek pisanych o bieżących sprawach, do których nie nabrałem jeszcze dystansu. Z kolei niektóre wpisy, po niezbędnych korektach pojawią się, jeśli sił starczy, w jakimś wydrukowanym zbiorku. Dotyczy to głównie pomieszczonych w kawiarence fragmentów większych całości, które już istnieją i czekają na korektorskie zmiłowanie, albo też kilkunastu "paciorków", świadomie ograniczonych do niewielu słów, jakimi opisuję obrazki z życia z domieszką fantazji.
Pakując to wszystko do jednego wora, trudno doszukać się w moich tekstach wartości nieprzemijających. Jeśli dziesięć procent z tego wyciągnę, będę kontent.
Życie, jak mi się zdaje, postawi niebawem przede mną zadanie takie, że moja obecność w kawiarence nie będzie tak bezczelnie częsta. Znając siebie jak zły szeląg, będę tutaj powracał jak ten syn marnotrawny, niepewny swego losu. Jak by nie było, pisać nie przestanę, bo to nałóg przeokropny, a wola moja słaba, więc na kawę, a raczej mocną herbatę będę wpadał jak do siebie.
Czas się zbliża i pokaże.
  

21 czerwca 2014

Domek letniskowy - fragment

1.
Powoli gaśnie, gaśnie w oczach. Odór alkoholu. Nie, to tylko nieświeże powietrze dostające się przez uchylone okno. Powietrze nie może być świeże w miejscu zbiorowej zagłady kurczaków, a do tego podczas tak suchego lata. Ledwie wyczuwalny powiew roznosi ten smród, który potem pastwi się nad niespokojnym jego snem. Bardzo trudno nie zwariować słysząc lub czytając wieści ze świata. Czyha kryzys, cierpienia ofiar trzęsienia ziemi i globalne ocieplenie; scenariusz wojenny i bezrobocie; nadmierny przyrost ludności nie tam, gdzie przydałoby się zwiększenie liczby urodzeń. Musi się przełamać, nawet wtedy, gdy opuszczą go wszyscy, bo że odeszli od niego, nie ma wątpliwości. W tym swoim domku drewnianym, letniskowym,  jedynym jaki mu został, przepędza dzień za dniem. Noce przeciekają mu przez palce i nawet nie zastanawia się nad tym, co będzie zimą, bo upalne lato na odludziu można przeżyć, ale zima zaskoczy go, przypominając o tym, że należało wcześniej pomyśleć o zainstalowaniu jakiejś z form ogrzewania. O tym pomyśli później, jeśli w ogóle pomyśli.
A jednak kierunek wiatru się zmienia i nagle przez okno wpada rześki, choć pozbawiony nieprzyjemnego zapachu oddech powietrza. Jest przedświt i zaczynają się budzić ptaki. Nie rozpoznaje ich śpiewnych nawoływań, co nie przeszkadza mu cieszyć się z tego, że przełamują senną ciszę nocy. Wychodzi wreszcie na zewnątrz, do ogrodu i banalne ptasie zaśpiewy, towarzyszące mu podczas przechadzki sprawiają, że mniej dokuczliwa staje się samotność. W pewnym momencie zaczyna odczuwać bliskość czasu przeszłego, tych wszystkich nocy i świtów jakich doświadczył, gdy nie myślał o przyszłości, kiedy życie kusiło go niewiadomą. Podczas tej przechadzki nabiera tlenu do płuc, jest niemal odurzony słodkim zapachem rozwiniętych płatków dzikich róż. Wróci niebawem do domku i w okamgnieniu wsunie swoje chłodne i zroszone ciało pod wypraną, przesuszoną na słońcu pościel. Zaśnie natychmiast i prześpi tych kilka godzin, zanim promienie słoneczne nie zaczną łaskotać jego powiek.  
Budzik jazgocze i drży nastawiony na dziesiątą. Duchota. Przez niedomknięte okno dostaje się suche powietrze, inne niż w porze przedświtu. Zwleka się z pościeli przypominając sobie, że niebawem wejdzie do jego ogarniętego rewolucją królestwa kobieta, która codziennie przynosi mu zakupy. W torbie są zwykle bułki, mleko, dżem i masło, jeśli spostrzeże, że już się skończyło. Są też gazety, a w sobotę tygodniki, choć zrezygnował z większości tytułów i doszło do tego, że zamawiał w końcu jeden dziennik i dwa tygodniki. Prasa ląduje na dużym stole, przy którym pracuje nocami. Jest już sterta, w miarę uporządkowana, jeden tytuł na drugim, numerami. Po pięciu kolejnych tygodniowych, papierzyska trafiają do kosza. Nie, nie jest to kosz na śmieci, lecz taki wiklinowy, na bieliznę, z również wiklinowym zamknięciem. Wypełniony po brzegi kosz przesuwany jest później do drewutni, a jego zawartość przydaje się na zimę, jako podpałka.
Kobiety jeszcze nie ma. Przypomniał sobie, ze dzisiaj jest dzień targowy i udała się na rynek po jajka i domowego wyciskania ser. Przechodzi do łazienki i bierze zimny prysznic, ogarnia się, wdziewa krótkie spodenki i cienką czerwoną bawełnianą koszulę w czarne kraty. Wyjmuje z lodówki piwo, podpala gaz pod czajnik z wodą, wraca do swego pokoju, otwiera puszkę z piwem, pije, powoli, bo zimne, zapala papierosa, przysiada za stołem, wertuje pozostawione w bezładzie i przyciśnięte Balzakiem, konkretnie panią Bovary, karty papieru i na głos odczytuje to, co udało mu się napisać minionej nocy. Ten szepczący odgłos czytanego tekstu to rytuał ponawiany każdego poranka lub przedpołudnia. Kiedyś powiedział sobie, że jeśli po przeczytaniu nocnego fragmentu pisanej książki przestanie mu się podobać to, co skreślił ołówkiem na gładkim papierze do drukarki, ma obowiązek zniszczyć popełnione zdania; jeśli natomiast zaakceptuje swoja pisaninę, jego powinnością będzie kontynuowanie wątku. Zdarzyło się, że zaakceptował kiedyś nocną treść, na która składały się słowa w następującej kolejności napisane: „Hubert zamknął za nią drzwi”. Tyle właśnie udało mu się popełnić w poprzedzającą dzień noc. Czasami słowa wymykają się przez uchylone okno, myśli gubią się w półmroku, a sen wraz ze zniechęceniem dopełniają nieszczęścia jałowości. Jeśli jednak w takim anty-twórczym stanie zdoła się napisać choćby najmniej rozwiniętą myśl, oznacza to, że jest ona ważna i może posłużyć jako uwertura do większej całości.
Mija czas i podczas tego trwania, podczas wybudzania się do przeżycia kolejnego dnia, pogrąża się w myślach nie posiadających idei, jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Zastanawia się nad „tematyką” myślenia, jeżeli w ogóle można mówić o tym, że myśli są na temat. Jego umysł raczej koncentruje się na skojarzeniach, napływających w sposób nieuporządkowany, jakby przypominały one rzekę rozlewającą rwące wody po pradolinie w czasie wezbrania spowodowanego nadmiernymi i intensywnymi opadami. Niektóre ze skojarzeń pochodzą w prostej linii od zapisanego nocą kolejnego fragmentu tekstu i sugerują różne wersje rozwinięcia fabuły; inne mają związek z oczekiwaniem na kobietę, z odczuwalnym głodem; są też i takie, które oddają się przyjemności oddychania pięknym letnim dniem i bliskim spotkaniem z naturą.
- Jestem ciekaw - zastanawia się - czy wielu ludzi posiada podobny do mojego styl myślenia, który nazwałbym chaotycznym i nieuporządkowanym. Czy rozpoczynając dzień większość ludzi myśli w sposób zorganizowany, jakby odczytywali z kartki zapisany rozkład dnia. Wstajesz, idziesz do łazienki, jesz, ubierasz się, wychodzisz do pracy, po drodze zostawiasz dziecko w szkole... Pomiędzy głównym szlakiem myśli można wyróżnić podpunkty, bo może przy śniadaniu zdarzyć się kłótnia, albo trzeba będzie wrócić po pozostawioną na krześle aktówkę, albo też okaże się, że dzisiaj przyda się parasol. Czy można zmusić mózg do takiego zaplanowania dnia, aby wtedy, gdy życie się toczy, rola mózgu sprowadzała się do kontroli i ewentualnego uzupełnienia listy czynności? Mój mózg działa w sposób odmienny, zwłaszcza rankiem lub w nocy, kiedy to w głowie aż szumi od różnorodności podpowiedzi. Skąd się one biorą? Doprawdy nie wiem. (...)

19 czerwca 2014

Posiadanie

Właściwie to wszyscy jesteśmy odpowiedzialni. Daliśmy się zwieść i sprzedać za judaszowe srebrniki. Bezkrytycznie przyjmujemy twierdzenie, że jeśli dociera do nas nowe, do tego w pięknym opakowaniu, to bezgranicznie ufamy, że ma się ku lepszemu. Od dwudziestu pięciu lat wybraliśmy kurs na posiadanie rzeczy, dzięki którym jesteśmy szczęśliwi. Urzekła nas własność: dom, samochód, biznes służący pomnażaniu dochodów i stwarzający możliwość dominacji nad tymi, którzy, jesli nawet posiadają, to w znacznie mniejszym stopniu od nas.
Urzekła nas wolność decydowania o sobie bez roztkliwiania się nad tymi, których wolność ograniczamy. Ograniczenie tej wolności wynika z ze społecznej, gospodarczej i majątkowej nierówności. Pieniądz, zamożność decyduje o naszym życia. Godność człowieka wynika z jego statusu społecznego. Ten, kto posiada mniej z reguły traktowany jest jako gorszy, leniwy, mniej inteligentny. 
We Francji przeprowadzono eksperyment. "Aktora" ubrano w liche ubranie i kazano odegrać rolę człowieka, który z niewiadomych przyczyn padł na ulicy. Eksperyment miał wykazać ilu przypadkowych przechodniów zainteresuje się losem leżącego. 
Kolejnego dnia powtórzono zainscenizowaną sytuacje, przy czym na naszego bohatera włożono ubranie charakerystyczne dla dobrze zarabiających urzędników. Wynik eksperymentu nioe zaskoczył badaczy. Znakomicie większa liczba przechodniów ofiarowała swoją pomoc mężczyźnie, któremu powiodło się w życiu.
Nie lubimy biedaków. Czasami nawet nimi gardzimy. Biedak zawsze jest podejrzany o to, że nie uczynił wszystkiego, aby nie być biednym. W każdym bądź razie dosłownie odgradzamy się od nich. Taka postawa nie występuje jedynie na linii: bogaty-biedny, lecz również można ją łatwo dostrzec w perspektywie: pracodawca/szef - pracownik/podwładny. 
Pomimo upływu tysięcy lat człowiekowi nie udało się (albo nie chciał) zrezygnować z piramidy podległości człowieka względem innego. Tłumaczenia, że ta nierówność wynika z różnicy w zaangażowaniu, pracowitości, umiejętności jest do pewnego stopnia demagogią, gdyż zarówno bogactwo jak i bieda są dziedziczone. Nie sądzę też, aby różnica w umiejętnościach i inteligencji pomiedzy ludźmi wynosiła jak jeden do stu lub więcej, a przecież na takim poziomie występują różnice miedzy najbogatszymi a najbiedniejszymi. Nie biorę już pod uwagę skrajnej biedy występującej masowo w krajach o najmniejszym dochodzie na jednego mieszkańca.
Tę sytuację trudno zmienić przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszy odzwierciedla tak zwaną "mądrość ludową", która mówi, że nigdy bogaty nie zrozumie biednego. Drugi powód jest poważniejszy. W rozczłonkowanym społeczeństwie, w tej piramidzie podległości każdy z nas znajduje się pomiędzy X, który jest usytuowany od nas wyżej, a Y, który zajmuje niższą pozycję od nas. Dlatego też buntując się przeciwko X, jednocześnie tłamsimy bunt Y.
Zwolennicy utrzymania "piramidy" w obecnym stanie uważają, że anachronizmem i naiwnością jest żądanie równości, kiedy wiadomo, że równość pomiędzy ludźmi, jeśli istnieje, to może w podczas śmierci, natomiast w życiu równość jest utopią, komunistyczną fantasmagorią i funta kłaków nie wartym populizmem. Zapominają oni o tym, że równość rozumiana jako sprawiedliwość społeczna nie oznacza idealnej równości, która rzeczywiście jest utopią, co jednak nie zmienia postaci rzeczy, że należy dążyć do jak największego spłaszczania różnic, a dzieje się obecnie akurat coś całkowicie przeciwnego.
To nasza wina, że nie przecistawiamy się temu zjawisku, że ciesząc się ze swego materialnego dobrobytu, nie myślimy o innych, chyba że w jakimś odruchu sympatii dla kogoś szczególnie ugodzonego przez los, wzruszeni dajemy okazyjny datek, aby wesprzeć kogoś w słusznej sprawie, po czym powracamy do wygodnego fotela.
Najistotniejsze jest na końcu. Wybierając "mieć" z reguły odrzucamy "być". Rzadko jest inaczej. Nie tak dawno amerykański milioner, aby przekazać światu, że oprócz wyznawanej przez siebie filozofii "mieć", wierzy także w swoje "być" zapragnął oddać część swojego majątku tym, którzy mniej posiadają. W tym celu ogłosił, że podzielił pewną sumę własnych pieniędzy i ukrył je w rozlicznych miejscach, otwierając w ten sposób szczególnego rodzaju grę - pogoń za dolarami.
Bycie kimś skonfrontowane z posiadaniem czegoś w dzisiejszych czasach ponosi druzgocącą klęskę. To jest religia systemu, a skoro wierzymy w ten system, płacimy utratą człowieczeństwa opierającego się na niematerialnych podstawach bytu. 

18 czerwca 2014

Kiedy boli głowa

Ból głowy czasami paraliżuje. 
Całe szczęście, że chwyciłem się zbioru opowiadań Stasiuka "Nie ma ekspresów przy żółtych drogach". Nie każdy obrazek koi moje zmęczenie. Słabszym: "816", "Licheń. Zesłanie", "Terzani" towarzyszą ciekawsze: "Dzikie", "Wrzesień" czy "Letnia podróż z córką do krainy dzieciństwa". Tak jak w życiu. Są momenty lepsze i gorsze. Stasiuk podróżuje tam, gdzie sam bym popodróżował.
Nie mogę się doczekać kolejnego odczytania "Pana A.G. w X" Dérego. Chyba wkrótce zrobię sobie tę przyjemność.
Pewne rzeczy giną, oby nie bezpowrotnie. Pozostała jeszcze piwnica, bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć, abym miał przełożyć z rękopisu na twardy dysk pewnej opowieści, która zakończyła swój żywot, nie podając powodu. Opowieść ta, napisana pod wpływem lektury Dérego, kończy się katastrofą pewnej wyimaginowanej cywilizacji, która przyszła po innej, z którą ta pierwsza walczyła. Autorytarne miasto zostało zastąpione miastem wolności, lecz wkrótce po zwycięstwie okazuje się, że Nowe staje się Starym; ludzie którzy podejmują walkę za starym porządkiem przejmują wszystkie wady uprzedniego systemu. Konstatacja jest taka, że walka nie miała najmniejszego sensu, gdyż w gruncie rzeczy zmieniły się postaci, nie ich myślenie. Pisałem o tym zanim jeszcze niesłuszny ustrój ewaluował, zamieniając się w jedynie słuszny.
Zawsze miałem inklinację do uczuć pesymistycznych jako dobrze poinformowany optymista (wiem, że narażam się wielu, którzy zerkają przez różowe okulary). Potrafię nawet dokładnie umiejscowić w swoim życiorysie ten moment, w którym coś się stłukło. Sporo lat upłynęło od tego momentu.
W opowieści zagubionej prawdopodobnie w piwnicy, bohater ucieka z wolnego miasta, które stało się miastem bezprawia. Powraca na prowincję, gdzie wyrósł i dorósł do buntu, którego zasadność została bezceremonialnie zachwiana.
Bardzo źle żyje się w miejscu, które ubliża twoim poglądom na świat.
Jeszcze gorzej jest, kiedy ma się przekonanie o niezmienności świata ludzkich ułomności. Ktoś inny mógłby w tym kontekście powiedzieć, że historia niczego nas nie nauczyła. Naiwny z kolei powie, że taki pogląd nie ma racji bytu, bo świat idzie naprzód a to co przed laty istniało w marzeniach, stalo się rzeczywistością. A ja, pesymista, jako dobrze poinformowany optymista powiem, że ani odrzutowiec, ani komputer, ani cała Dolina Krzemowa nie uczyniły człowieka lepszym.
To jeden z paradoksów naszych czasów.

17 czerwca 2014

Panu premierowi skradziono bezpowrotnie etykę

Bo to jest tak: zakreślasz i rzucasz tę kartkę do kontenera w formie prostopadłościanu... i odtąd stajesz się ubezwłasnowolniony. W telewizorze otrzymujesz podziekowania, jeśliś dobrze trafił i godzisz się na robienie z siebie pociagowego konia. Kiedy już cię mają, zapomnij o składanych obietnicach. Jeżeli nawet z przymrużeniem oka traktowałeś te obietnice, bo chciałeś tylko, aby było porządnie i sprawiedliwie, masz to z głowy. Otrzymujesz informację, że skoro już wybrałeś, to musisz te cztery lata przecierpieć w milczeniu. Nie licz na to, że jeśli zbierzesz milion podpisów pod jakimś istotnym zagadnieniem, ci, którzy rządzą, potraktują twój poodpis poważnie. Nie po to ich wybierałeś, abyś teraz miał im przeszkadzać. Pogonią cię sprzed sejmu, a nie daj Boże wchodzić do środka, bo stojąc w miejscu przeznaczonym do robienia "setek" przez reporterów, przeszkadzasz parlamentarzystom w pracy. Z rządem jeszcze gorzej. O ile w sejmie są posłowie lepsi - z koalicji rządzącej i gorsi - z opozycji, o tyle w rządzie są sami najlepsi. W rządzie są najwięksi patrioci, którzy dla dobra ojczyzny gotowi są pracować za darmo. Ministrowie poświęcają życie swoje i swoich rodzin dla dobra wspólnego. Niektórzy nawet nie jadają w swoich domach i są skazani na spożywanie posiłków w drogich restauracjach. Myli się ten, który myśli, że taki obiad dla ministra czy innego urzędnika państwowego jest relaksem. Nic podobnego. Taki urzędnik niby poświęca swój czas na zaspokajaniu głodu, gdy tymczasem wciąż jest w pracy. Podczas rozmowy z innym urzędnikiem prowadzone są negocjacje na temat usunięcia jednego z ministrów, który nie podoba się jednemu z rozmówców, dodrukowania pieniędzy albo przeznaczenie bankowej superaty dla rządu przed wyborami, gdyby Polaczkowie zechcieli w kolejnych wyborach oddać swój głos na niewłasciwych ludzi. Czasami takie rozmowy dotyczą otoczenia szczególną opieką osób, którym nie powiodło się w biznesie albo czegoś tam zaniedbali w płaceniu podatków.
Ciężkie jest życie urzędnika państwowego, oj ciężkie.
A teraz poważnie. Nie wspomnę już o prawie, które zostało w aferze pana ministra "skrót myślowy", nie będę się rozwodził nad plugawym językiem obu panów, lecz, jak to najczęściej u mnie, skupię się nad etyczną stroną całej historii. Oto dwaj panowie (w drugiej historii też jest dwóch bohaterów) w zakulisowych rozmowach decydują o budżecie, o odwołaniu członka rządu, o podsypaniu pieniędzy przed wyborami, bo w przypadku problemów z deficytem, kolesie z rządzącej formacji mogliby przegrać w kolejnym glosowaniu. Inny koleś, robiący za zegarmistrza, odpowiedzialny za grubą unijną kasę, zarzekający się o niepokalanym poczęciu swojego majątku, kumpel premiera, trzęsie portkami przed urzędasem robiącym w fiskusie o aktywa swojej żony, która "jedzie" na stratach. Tamten, wzruszony opowieścią o problemach finansowych byłego ministra tłumaczy, że zablokował kontrolę. Najgorsze, najśmieszniejsze i najohydniejsze jest jednak to, że do mikrofonu podchodzi pan premier i tłumaczy, że aferą jest to, że kolesie z jego piaskownicy dali się nagrać, a przecież w tym całym rozgardiaszu, tym państwie, które istnieje teoretycznie ci dwaj pierwsi to patrioci oddający się bez reszty służbie ojczyzny.
Premier mówi o tym z uśmiechem na twarzy, cynicznie, z całym majestatem swego wyrachowania. Mówi to do kamer, do swoich wyborców, do tych, którzy bez względu na to, czy pan premier kłamie, czy nie, i tak gotowi są go wspierać. Mówi także do tych, którzy oddali na niego głos, aby było w kraju narmalnie, porządnie i sprawiedliwie. Mówi, traktując ludzi jak idiotów.
Pan premier, na którego nie głosowałem, choć z racji zajmowanego przezeń urzędu powinienem był go szanować, nie jest człowiekiem zasługującym na mój szacunek. Nie będę się nad panem premierem znęcał, nie bedę go nazywał w taki sposób, w jaki nazywa go niechętna mu ulica i najbardziej zaciekła opozycja. Mam jednak prawo nazwać go osobą, która na szacunek nie zasługuje i wolałbym stracić z menelem pod budka z piwem, niż z panem premierem zyskać. Gdybym miał zyskać, musiałbym przyjąć do wiadomości, że będę narażony na nieuchronność kontaktu tak z panem premierem, jak i z jego kumplami o wątpliwej reputacji.
Zawsze starałem się w życiu kierować zasadami etycznymi. Dla jednych etyczne postępowanie wynika głównie z dekalogu, dla innych jest to pewien zbiór zasad nauczonych i odziedziczonych, które wskazują człowiekowi właściwą i godną drogę postępowania, bez względu na to, jaką pełni sie funkcje w życiu, bez względu na okoliczności. Wyznawanie przeze mnie tych zasad nie oznaczało, rzecz jasna, tego, że moje postępowanie było bez skazy, że czasami zdarzało mi się pomylić drogę przez nieuwagę, albo też błędną, zbyt pośpiesznie podjętą decyzję. Nigdy jednak nie pozwoliłem sobie na trwanie w błędzie i umiałem się do niego publicznie przyznać, nie potrafiąc żyć w obłudzie. Potrafiłem przeprosić, choć wiem, że nie zdołałem przeprosić wszystkich za swoje błędy i tego najbardziej żałuję.
Myślę jednak, że swojego niedawnego publicznego życia nie muszę się wstydzić. Mam też świadomość, że zostało ono zniszczone przez takich właśnie ludzi jak kolesie pana premiera, których wypowiedzi zostały bezczelnie nagrane przez "aferzystów" i w związku z tym, proszę się nie dziwić, że całą tę aferę podsłuchową traktuję w pewnej mierze osobiście. 
Utajnione metody inwigilacji jakimi posłużono się w aferze podsłuchowej tej i w wielu innych nie są tymi, które cenię najbardziej. A jednak uważam, że w naszym, skorumpowanym, kolesiowskim kraju, gdzie ważne funkcje są wyznaczane przez układy partyjno-koalicyjne, konkursy reżyserowane, stanowiska obejmowane po protekcji, przetargi ustawiane... w naszym kraju czasami jedyną skuteczną obroną przed degeneracją władzy jest właśnie stosowanie specjalnych metod inwigilacyjnych. To przykre, ale to prawda i na jej poparcie mógłbym przytoczyć całkiem sporo przykładów.
I bardzo proszę, zwłaszcza ewentualnych zwolenników PO i pana premiera Tuska, nie mówić o tym, że Polska nie jest szczególną wyspą, gdzie takie rzeczy się zdarzają, że w Europie, w świecie, korupcja, płatna protekcja, oszustwa występują również i tam. To żadne dla mnie pocieszenie. To tylko znak, że system w jakim funkcjonujemy jest zły, a ci wszyscy, którzy tak jak pan premier, pobłażają złu, sami ten system utrwalają, choćby głosując na tych, którzy obchodzą się z etyką jak z jeżem.



16 czerwca 2014

Mañana

Szukam ostatnich tematów. Teoretycznie mógłbym polecieć na Kubę. Stara knajpka. Muzykanci. Salsa. Na ogródeczek, gdzie kilka stolików pod osłoną wyblakłych kapeluszy parasoli pada zmasowany atak słonecznych promieni. Siedzę przy drinku daiquiri i palę cygaro. Jakaś młoda para na przy sąsiednim stoliku. Dwóch staruszków w spłowiałych wiklinowych kapeluszach przy innym. Po drugiej stronie uliczki, na frontonie budynku napis czerwoną farbą "Patria o muerte". 
Muzykanci grają właściwie dla siebie, choć przechodzień o rysach aryjskich rzuca monetę pod nogi gitarzysty. Ten, nie przestając grać, odprowadza wzrokiem przechodzącego. Inny, też z gitarą, zaczyna śpiewać "Hasta siempre Comandante". Uliczką przebiegają wyrostki kopiąc puszkę po czarnej fasoli. Jeden z chłopców ma na sobie podkoszulek z drukowaną na czarno podobizną Che Guevary. Gdyby żył, mógłby mieć 86 lat, gdyby dane mu było dożyć...
Zerkam w dwa okna, w których dwie staruszki, podlewając kwiaty doniczkowe wymieniają z sobą oszczędnie niezrozumiałe dla mnie słowa. Pewnie robią to codziennie. Ich twarze są wyschnięte, z widocznymi bruzdami zmarszczek, lecz uśmiechnięte. Pomyślałem sobie, że chciałbym doczekać takich zmarszczek na twarzy. Przelotnym wzrokiem daję znać tym kobietom, że akceptuje je tutaj, w tej scenerii zaułku. Ani jednego metra na sekundę wiatru. Upał. Klimat mañany.
Patrzę teraz na młodą parę, sprawiającą wrażenie zakochanych. Kolejne dźwięki gitary, mocniejsze akordy, tym razem bez canto.
Nigdy nie pojadę na Kubę. Nie poznam smaku daiquiri. Co najwyżej wcisnę parę kropel limonki do czarnej cejlońskiej herbaty.
Nie wychodzę z domu do tych miejsc, w których przebywałem przez wiele lat. Pomiędzy miejscem, gdzie żyję a tymi, dokąd już nie chodzę wyrosła Linia Maginota. Nawet staram się nie kierować w tamtą stronę wzroku. Moje oczy źle znoszą widok drutu kolczastego. 
Moja mañana nie jest tak beztroska jak na Kubie. Moja mañana nie oznacza jutra, nie oznacza przyszłości, choć siedząc nocą przy herbacie, nocnej, oszczędnie sączącej światło lampce, tematy zlatują się jak ćmy. 
Jest tak dużo, że trudno mi znaleźć dla nich miejsce w głowie i w przeciwieństwie do ciem, są nieśmiertelne.  

15 czerwca 2014

Aż do stanu obojętności

Najpierw jest niezrozumienie połączone z zaskoczeniem. Siedzisz w tym zastygłym stuporze jak przyduszona ryba w półmetrowym lodzie, oczy masz otwarte, lecz nie widzisz niczego poza równie niemym wzrokiem obserwatorów, którzy, podobnie jak ty, nie są w stanie uwierzyć. Dziwisz się, że mogło to się właśnie tobie przydarzyć i odnajdujesz niesprawiedliwość w tym, co cię spotkało. Próbujesz więc walczyć o swoje, o dobre imię, które ci ukradziono, przy czym starasz się postępować rozsądnie i logicznie. Oczywiście nie przynosi to skutku, jakiego byś oczekiwał i dlatego też poddajesz tę sytuację analizie i cofając się, próbujesz szukać przyczyn w swoim i innych zachowaniu. - Coś nie zagrało, ale co? - zadajesz pytania, na które nie znajdujesz odpowiedzi. Wobec ich braku zaczynasz się buntować. Szykujesz swoje wojska do beznadziejnej, bezpardonowej walki, wyznaczając główne i pomniejsze cele. Wreszcie atakujesz. Podejmujesz słuszną obronę własnego człowieczeństwa. Oskarżasz, rzucasz w twarz rękawiczką. Nie otrzymujesz satysfakcji, gdyż tamta strona z premedytacją unika szlachetnych reguł walki. Po takim szturmie opadasz z sił, lecz po pewnym czasie ponawiasz atak i znów z sił opadasz. W końcu rezygnujesz, lecz nie ustajesz w wymyślaniu nowych planów walki. Nie realizujesz ich jednak, a twój duch walki nagle traci moc. Wtedy próbujesz poinformować świat o swojej przegranej sprawie. Ponieważ nie domagasz się litości, albo też nie chcesz się przyznać do tego, że wywiesiłeś białą flagę twoja próba zwrócenia uwagi świata na sprawę, która cię przerosła, okazuje się nieskuteczna. Wtedy zostajesz sam, bardzo sam, nawet jeśli fizycznie nie jesteś sam, a masz przy sobie wiernych towarzyszy i giermków. Ta samotność zaczyna powoli zacierać twarze twoich sojuszników i w końcu ich nie dostrzegasz. Nie słyszysz też słów jakimi do ciebie krzyczą. Nie wiesz, czy im wierzyć, czy nie - po prostu nie słyszysz. Ich obecność przeraża cię. Zaczynasz postępować irracjonalnie. To irracjonalne postępowanie wpływa niekorzystnie na twoją fizyczność. Twoje ciało buntuje się przeciwko tobie i po raz pierwszy spostrzegasz, że twoje ciało potrafi w równym stopniu cierpieć jak dusza. Ponieważ nie jesteś już w stanie zatrzymać tego procesu, nie mówiąc już o jego cofnięciu, obojętniejesz. Obojętniejesz wobec siebie - co da się racjionalnie wytłumaczyć - gorsze jednak jest to, że obojętniejesz wobec innych. Skoro tobie jest źle, dlaczego innym ma być lepiej? Lecz nie obojętniejesz cały. Zdarza się, że przeprowadzasz staruszkę przez ulicę, lecz biorąc ją za rękę, nienawidzisz innego człowieka.
W końcu po takich zmaganiach z samym sobą, uspokajasz się, myśląc o nieuchronności losu. Oswajasz się z myślą, że nie jesteś wieczny i nie masz prawa myśleć o sobie jako o kimś wyjątkowym. Twój ból wcale nie jest większy od bólu pomnożonego przez miliony istnień ludzkich, a nawet wydaje się być mniej odczuwalny. Ale boli... i naturalnym pragnieniem człowieka jest to, aby boleć przestało. Patrzysz wtedy na zegarek, potem w okno, lecz nie chcesz spojrzeć wstecz, bo bardziej boli.
W pewnym momencie spostrzegasz, że cała twoja sprawa, o którą walczyłeś, straciła sens. Nikt już nie przywiązuje do niej wagi. Ty również chcesz dać sobie z nią spokój, lecz nie potrafisz przestać o niej myśleć, choć zdajesz sobie sprawę z tego, że bezsensem jest o nią walczyć. Wtedy pragniesz zasnąć. Przykrywasz się kocem po sam czubek głowy, zamykasz oczy i śnisz o potędze. Oddech coraz wolniejszy, chłód powleka coraz to bardziej woskowe ciało. Nie czekasz już na nic.
- Panie starszy, wstawaj pan! Piąta. Tabletki. Porządnie popić proszę!

13 czerwca 2014

Głos w słuchawce

Wyniki miał fatalne. Wziął tabletki i położył się nie rozbierając łóżka. Przykryłam go kocem i puściłam partitę Bacha, po cichu, lubi skrzypce. Dla mnie zbyt smutne, melancholijne, ale on mówi, że lubi zasypiać przy takiej muzyce, szczególnie przy Bachu.
Mówię ci, fatalnie dzisiaj wyglądał, nieogolony, nieodcedzony, śliski jakiś. Poruszał się też dziwnie i bez uśmiechu. Narzekał na ból głowy, ale jak sobie zbadał krew to miał sporo ponad dwieście, więc jak miał się czuć dobrze. Co robić, kochana, kiedy mnie nie słucha. Jak każdy facet. Przypominam ci, że i ty nie potrafiłaś swojego wychować. Dopiero kiedy krzykniesz, rusza go.
Spokojnie, zostanę z nim jeszcze. Zaczekam aż skończy się płyta. Będzie długo spał. Wziął też na sen. Obudzi się później niz zwykle. Bardzo późno.

Zdzisław Beksiński - "Pełzająca śmierć"

Miejsce dobre na ryby

Spotykam go w tym samym miejscu co przed laty. Moczy dwa kije. Jeden z myślą o szczupaku; drugi na karpia. Jest stanowczo za gorąco, aby ryby chciały się łapać.
- Nie zależy mi na tych rybach - mówi nie odwracając głowy - złowiłem swoje. Teraz potrzeba mi pobyć w tym miejscu, gdzie można jeszcze zaczerpnąć odrobinę chłodnego powietrza w cieniu tej wierzby.
Później daje się wciągnąć w rozmowę, acz niechętnie. Kartkuje jakąś książkę, pije gorącą herbatę z termosu. Przysiadam obok niego na kępce wysuszonej słońcem trawy.
- Poddałeś się? - pytam zupełnie bez sensu, bo przecież widzę, że się poddał i unika ludzi. To miejsce, w którym udaje, że łowi ryby, jest również oddalone od innych miejsc zajmowanych od czasu do czasu przez wędkarzy.
- Można tak powiedzieć - odpowiada bez cienia emocji - ile można słuchać wymówek, że nie nadajesz się do niczego?
- Nie przesadzaj. Kiedyś przecież trafisz na swoją rybę - mówię bez przekonania, pomny pewnego opowiadania o rybaku imieniem Santiago.
- Daj spokój, ile można czekać? Przyszło tych siedem lat chudych, a jestem w ich połowie, więc trudno mi uwierzyć, że jeszcze doczekam się czegoś lepszego. Widzisz, tu nie chodzi o rybę a o życie.
- Domyślam się, że nie jest ci łatwo - nie zabrzmiało to jak pocieszenie - ja też spakowałem swoje walizki.
Roześmiał się.
- Tak... dwóch starych kumpli skazanych na pamięć o lepszych czasach.
Całkiem rozsądnie mówi - pomyślałem. 
- Masz kłopoty z zasypianiem? - pytam.
- Raczej z budzeniem się. Albo inaczej... wkurzam się, że przychodzi mi się budzić rankiem, choć wcale tego nie chcę - tłumaczy - ale co robić, biorę swoje kije i przychodzę tutaj odpocząć i pofilozofować w skupieniu, z dala od ludzi.
Zawsze mówiłem, że bardzo wiele nas łączy. Nie ma się czemu dziwić, bo sporo czasu spędziliśmy z sobą. Całkiem dobry był ten czas.
- Ty sobie chodzisz nad wodę, a ja piszę.
- Cały czas piszesz - stwierdza - a o czym?
- O tym, że to cholernie niesprawiedliwe budzić się o poranku ze świadomością, że sen byłby lepszym rozwiązaniem... a tu trzeba wstać i uśmiechać się do świata, który ma cię za skończonego idiotę...
- Każdy nowy dzień jest coraz bardziej bezsensowny - dodaje X.
- Właśnie.
- I nie przyniosłeś nawet jakiejś buteleczki dla uczynienia naszego spotkania sensowniejszym?
- A i owszem, przyniosłem - odpowiadam i wyjmuję z podręcznej torby półlitrówkę żołądkowej gorzkiej wraz z dwiema szklaneczkami, które "przypadkiem" zabrałem z sobą.
Polałem. Stuknęliśmy się a X zanucił prędki toast:
- Za piękny, długi sen!
- Za najdłuższy - dodałem.
Wypiliśmy.
- Pamiętasz, że ten staw odgrodzony był od południa wysokim ceglanym murem? - zaczął X.
- Jakże mam nie pamiętać. Pomiędzy murem a stawem była wąziutka ścieżka, a na jej końcu żelazna furta otwierana na zewnątrz, przez którą trafiało się nad mostek i dalej nad kolejny staw.
- Kiedyś część tego muru zawaliło się bezpośrednio po tym, jak mój dziadek przechadzał się tą ścieżką - powiedział.
- Przypominam sobie.
- Wiesz, że mój dziadek miał problemy z chodzeniem. Stąpał powoli i to prawdziwy cud, że wtedy zdołał uciec - przekonywał X.
- Tak. Wtedy zastanawiano się w ogóle nad tym, co było przyczyną samoistnego zawalenia się tego muru. Twój dziadek miał cholerne szczęście. Opatrzność boska, czy jak...?
- Mój dziadek był niewierzący - stwierdził X.
- To tym bardziej zaskakujące.
Wypiliśmy jeszcze po jednej szklaneczce, wyobrażając sobie, że ten ceglany mur stoi jeszcze; nagle zaczyna się chwiać, raptownie pochyla się nad nami, aby runąć i przygnieść nasze niepotrzebne ciała. I kiedy leżymy w bezruchu a krew z naszych zmarnowanych ciał zaczyna parować, na hak wędki zarzuconej na drapieżnika nadziewa się czterokilowy szczupak i odpływa na środek stawu z wędziskiem.

12 czerwca 2014

Niezdrowa żywność

Cicerone, teraz ja. Czy ty piłaś kiedyś prawdziwe mleko? To niezdrowe, tłuste, prosto od krowy, przecedzone przez sztywną lnianą chustę, jeszcze ciepłe, pite duszkiem ze szklanki, metalowego kubka, czy też z bańki. Cicerone, ty spożywasz doskonałe mleczko, wyjałowione, pozbawione stworów widocznych tylko przez źrenice mikroskopu, pozbawione tłuszczu (te pięć procent tłuszczu w dawnym mleku to zabójstwo, dlatego, aby wyglądać jak aktorka z Hollywood, pijesz to o zawartości 0,5%), mleczko z absolutnie czystych kartonów, których wnętrze pokryte jest aluminiową folią.
Czy smarowałaś chleb albo bułkę prawdziwym, bardzo niezdrowych, wręcz zabójczo niezdrowym masłem kupionym na targu, uformowanym w ćwierć lub półkilową kulę, zawiniątą w niezwykle niehigieniczny liść łopianu?
Czy jadłaś te jaja beżowych skorupkach, zawierających wewnątrz krwiste żółtka, jaja niezdarnie umyte roztworem wody i dziesięcioprocentowego octu, który wcale nie zabijał zarazków, tysiącami gromadzącymi się na skorupkach, przez co ten, kto spróbowałby sporządzić jajecznicę, narazony był na śmiertelne niebezpieczeństwo?
Czy jadłaś dżem truskawkowy pozbawiony zagęszczacza, stabilizatorów i barwnika; dżem zawierający całkiem spore kawałki owoców, lub wręcz owoce w całości, do którego dodano, o zgrozo, białą truciznę - cukier -zamiast ulepszaczy smaku?
Cicerone, dziwię się, jak można było jeść te i inne trucizny, zostając przy życiu. 

11 czerwca 2014

Koniecznie spalić

Powodując się czasem traconym każdego dnia niezależnie od siebie stary pisarz czytuje sobie zamierzchłe notatki. Nic nie poprawia, jeno kartki przewraca, wspominając ten dzień, kiedy zaczął pisać o miasteczku. A było to przed świtem, więc czy można się dziwić, że kazał się budzić prowincji o brzasku. 
Kiedy piszesz o mieście, nie chcąc siebie samego zanudzić, lecz jednak pragniesz skupić się na kilku charakterystycznych detalach, musisz mieć konkretną perspektywę. Dla starego pisarza było to okno na poddaszu starej kamienicy, patrzące na głównę ulicę miasta pokrytą "kocimi łbami"; zerkające na główną bramę fabryki. Nie, stary pisarz nie pisał siedząc lub stojąc przy oknie. On niegdyś przepędził w tym miejscu podłą dziecięcą chorobę i to, co widział, weszło bezczelnie w jego pamięć.
Tedy staremu pisarzowi na czytanie zaprzeszłych opowieści padło. Pomyślał sobie, że przed ostatecznym kart rozdaniem należy sobie sprawić dyspensę, odkurzyć, co zakurzone, związać jutowym sznurkiem, dokleić karteluszkę z napisem "koniecznie spalić" i zamknąć w szufladzie.  Niech oczekuje na swój los nieuchronny. 
Rozdział o przebudzeniu przebiegł oczami po raz wtóry. Podobnież uczynił z dwoma następnymi. Wreszcie skupił się nad niedzielnym, również zaczynającym swój żywot o poranku; podzielił go na dwie równe części i czwartego rozdziału połowicę odczytał na głos:

"Niedzielne poranki różnią się znacznie od tych wewnątrztygodniowych. Różnią się przede wszystkim natężeniem hałasu, są bardziej senne i zaczynają się nie w czasie trwania krwawiącego świtu, lecz znacznie później, gdy intensywna żółta barwa słonecznych promieni rozświetla pomieszczenie snu w sposób niemal doskonały. Jednocześnie ów ciepły, żółty kolor sprzyja lenistwu i wywołuje wyrzuty sumienia, bo jakże można  godzić się na późne wstawanie utraciwszy dziewiczą rześkość brzasku.
Większość moich obecnych niedziel otwiera okno około ósmej (co dla notorycznych śpiochów wydaje się pewnie porą niebezpiecznie wczesną). Robię śniadanie, czytam coś, gazetę, kilka stron książki zostawionej nocą u wezgłowia, spędzam pół godziny w łazience zanurzony w przesadnie ciepłej wodzie, golę się doskonaląc gładkość podbródka i policzków i wykonuję jeszcze kilka typowych, higienicznych procedur kończących się wcieraniem  w naskórek pachnącego płynu. Potem dojadam kanapkę lub, częściej, wypijam mocną kawę  i wychodzę do pracy. W "Jesieni życia" to moje stałe pojawianie się przed południem nazywane bywa obchodem, co w zasadzie odpowiada znaczeniu tego słowa. Rzeczywiście w niedziele staram się więcej niż zwykle czasu poświęcać na spotkania i pogawędki z moimi podopiecznymi. Rozmawiam ze wszystkimi, towarzysząc im w spacerach po parku i w rzeczy samej nie chodzi mi o to, abym był postrzegany jako ten dobry, wyrozumiały i obligatoryjnie pomocny dyrektor, który korzysta z każdej okazji, aby przypodobać się podopiecznym i stara się zabiegać u nich o popularność. Wydaje mi się, że te rozmowy i spotkania niedzielne w znaczący sposób są potrzebne właśnie mnie. Oczyszczają mnie z niepewności     i obawy o to, czy to co robię ma sens. Nie ukrywam więc, że moje niedzielne "zajęcia" w pensjonacie mają swe źródła w egoistycznej potrzebie własnej wartości. Rzeczywiście czuje się znacznie lepiej, gdy to ja sam wybieram drogę i sposób wchodzenia w bliższe stosunki z ludźmi, którzy, nawiasem mówiąc, są ode mnie w jakiś sposób zależni. Mierzi mnie bezosobowy, nadęt i sprawowany znad biurka nadzór nad losem ludzi. Zdecydowanie bardziej wolę ryzyko bezpośrednich kontaktów, choćby wypełniały się one często słowami nie zawsze odpowiadającymi prawdzie, a nawet krążyły jak stada spłoszonych gawronów niepewnych czy dane im będzie po raz wtóry zasiąść dumnie na najwyższych ramionach kasztanowców, z których je odegnano. Mniemam, że owe niedzielne spotkania, spacery, rozmowy z biegiem czasu zaczęły być potrzebne również moim podopiecznym. Możliwe, że chęć rozmowy z drugim człowiekiem rośnie wraz ze świadomością, że jest się słuchanym i akceptowanym przez tego drugiego i po pewnym czasie owa nieodparta chęć przemienia się w narkotyczną potrzebę towarzystwa. 
W gruncie rzeczy nasze rozmowy traktowały o sprawach bezlitośnie błahych, niepoważnych, typowych i tak bardzo pozbawionych głębszej refleksji, że paradoksalnie miały one wartość same w sobie. Kiedy ktoś z pensjonariuszy ustawicznie napomykał o pogodzie, o klimacie, który się zmienił w porównaniu z tym jaki dominował tu  przed trzydziestu jeszcze laty miałem wrażenie, że rozmawiam z człowiekiem o niezwykłej dociekliwości i analitycznym umyśle, którego przepowiedniom na kolejne trzydzieści lat można zaufać. Kiedy jeden z moich interlokutorów dyskutował ze mną na temat lekkiej atletyki wykazując niemałą znajomość nazwisk i wyników, musiałem przyznać, że uświadamiał mi przy okazji jakże bolesną prawdę, że mamy obecnie do czynienia ze sportem jako widowiskiem opartym przede wszystkim na sile pieniądza, natomiast idea szlachetnej rywalizacji odpłynęła wraz z powiewem nowobogackiego wiatru reklam, mediów i presji rekordów za wszelką cenę. Doszedłem do wniosku, że w wielu tematach rozmów byłem niepoprawnym laikiem, by nie powiedzieć ostrzej - ignorantem, co niejako powodowało, że w jakimś stopniu próbowałem przygotowywać się merytorycznie do kolejnej rozmowy.
Najbardziej niestrudzonym moim rozmówcą był Marczak. Ten siedemdziesięcioparoletni, o żywym usposobieniu, ledwie siwiejący brunet traktował rozmowy ze mną jako swoiste misje, które miały służyć oczyszczeniu nas obojga. Marczak był komunistą. Proszę o dosłowne potraktowanie tego słowa. To że ktoś należał do komunistycznej partii niekoniecznie musi oznaczać, że był komunistą z krwi i kości. W jego przypadku bycie "czerwonym" zapisane było w każdym słowie jakie upuścił podczas rozmowy ze mną. Marczak przeszedł wszelkie szczeble w hierarchii zadań jakie wyznaczyła mu partia – od odgruzowującego stolicę z wojennej pożogi wyrobnika, poprzez kierownika zakładu komunikacji miejskiej, działacza powiatowego szczebla, potem wojewódzkiego i wreszcie przewodniczącego rady miejskiej, by wreszcie zanurzyć się w papierzyskach archiwum, zejść bezboleśnie na emeryturę bez fanfar, cicho i spokojnie, niezauważenie jak ginący o zmierzchu motyl. Marczak nie miał rodziny, nie miał żony i dzieci, co stawiało go w tym dobrym położeniu, że swój umysł mógł bez niepokoju faszerować ideą. Idea nie pozwalała mu mieć rodzinnego szczęścia, zakazywała mu mieć coś więcej niż mieszkano na poddaszu, bez wygód, malutkie i nadgryzione wilgocią. Przyjaciele wielokroć odżegnywali go od czci i wiary za ten jego nieuzasadniony i pożałowania godny ascetyzm połączony ze szorstkością wobec samego siebie. Czy było rozsądnym odmawianie sobie prawa do odrobiny choćby luksusu skoro okazji ku zmianie na lepsze tej siermiężnej egzystencji nie brakowało? Jakże śmiesznie wygląda partyjny dygnitarz nie posiadający niczego prócz zakurzonym pokoikiem z ciemną kuchnią i przedpokojem wąskim jak rozstaw osi wąskotorowych wagonów. Przecież szacunek do człowieka rośnie wprost proporcjonalnie do jego zasobów własnych i możliwości. To pierwsze, owe zasoby, nie przedstawiały większej wartości. Kolejnym szczytem głupoty było nieposiadanie w swoim otoczeniu osób bliskich. Co gorsza, Marczak celowo i z premedytacją decydował się na ten celibat tłumacząc, że ma zbyt wiele obowiązków na głowie i zbyt wiele czasu poświęca innym, aby mógł z całą odpowiedzialnością wprowadzić w swoje życie kobietę, dawczynię życia i dzielić z nią niewygody prymitywnego życia. Niemal heroicznie brzmiały jego słowa: „zbyt szanuję sobie kobietę, zbyt cenię sobie miłość i instytucję małżeństwa, aby narażać mą wybrankę na niepewny los, niedostatek i ciągłe nieobecności w domu.”. Taki to już był ten obecnie stary, spracowany, choć wciąż rześki i intelektualnie sprawny staruszek. Historię jego życia poznawałem stopniowo w rozmowach jakimi mnie raczył, choć owa niezwykłość charakteru najstarszego pensjonariusza Jesieni życia znana mi była z opowieści wielu postronnych osób, którzy albo znali go osobiście, albo też słyszeli od innych, od rodziny, znajomych lub wręcz osób, które przypadkiem znalazły się w zasięgu, że tak powiem, bezpośredniego oddziaływania działacza partyjnego. Wśród wszystkich tych opowieści dominuje jedna cecha Marczaka. Otóż jakiekolwiek stanowisko by nie zajmował, zawsze pomagał ludziom, nie zostawiając nikogo samemu z ważną lub pomniejszą sprawą. Nie potrafił nie załatwić jakiejś sprawy a nawet jeżeli zlecał takową podwładnemu, pilnował jej dalszych losów, aż do pomyślnego zakończenia. Wielu towarzyszy, którym zawracał głowę w związku z kolejnym „przypadkiem” kręciło nosem i próbowało wykręcić się sianem, tym nie mniej wiedziano, że jeśli nie uczynią wszystkiego co możliwe nie uciekną przed telefonami i natrętnymi wizytami opiekuna, stąd rzadko kiedy odmawiano mu pomocy.
Kolejną słabością i jednocześnie rozrywką Marczaka były szachy. Grał od najmłodszych lat z niezmienną pasja i chęcią wygrywania. Zawsze miewał stałych partnerów i z reguły ogrywał ich niemiłosiernie, choć miał też na swoim koncie kilka nazwisk, które kojarzyły mu się z porażkami. Najbardziej ubolewał nad tym, że z kilkoma rywalami,  z którymi przegrał, spotkał się przy szachownicy tylko raz i bezpowrotnie stracił okazję do rewanżu z nimi.
W Jesieni życia byłem jednym z jego partnerów do gry. Pojedynki odbywaliśmy regularnie w sobotnie popołudnia, bądź też właśnie w niedziele. Czasami odbywały się one na otwartym powietrzu, w pensjonackim parku, przy stole, którego blat w całości pokryty był polem szachowym, czasami zaś grałem z nim w jego pokoju, w ciszy przerywanej rozmowami, które dotykały i przeszłości i spraw dzisiejszych. Wtedy właśnie poznawałem go najbardziej(...)"