ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

16 stycznia 2017

PAMIĘĆ NIEZWYKŁA

Powiedziałem: otworzyłem oczy i ujrzałem biały nieboskłon sufitu sali i rozedrgane fartuchy kobiet, też w bieli, ręce czyste widziałem, i swoje niezdarne ciało otulone miękkością ręcznika czy prześcieradła; zerkałem na nie zamglonymi oczami i poznawałem zapach bawełnianego płótna, krzyczałem na wspomnienie klapsa a może to jeszcze pozostałość po bólu wywołanym odcięciem pępowiny; a ona czekała na mnie szczęśliwa w zmęczeniu swoim, w uldze i niecierpliwości w oczekiwaniu; odpoczywała pod powleczonym kocem podciągniętym pod samą krawędź podbródka; czekała na zawiniątko, ten becik, z którego wyrastały pulchniutkie rączki, z którego delikatna główka wsparta na ramionku poszukiwała matczynego ciała, a usta domagały się zaspokojenia głodu życia.
Przypomniałem sobie: pierwsze trzy miesiące były jednym wielkim pasmem buntu (czyżbym już wtedy zapowiadał się jako buntownik czystej krwi); nie pozwalałem sobie na sen, nie pozwalałem zasnąć matce, starałem się krzykiem wyjaśnić całemu światu swoją na nim obecność; czasami zasypiałem wczesnym popołudniem, a nocą, w przerwach pomiędzy spazmatycznymi atakami płaczu obserwowałem matkę kołyszącą pustymi ramionami mnie, którego już położono w łóżeczku; przestałem się buntować tego dnia, kiedy skończył się urlop macierzyński… 



[16.01.2017, Dobrzelin]

15 stycznia 2017

MĘTLIK

1. Sobie a muzą z chorobą w tle.
Możliwe, że powinienem przestać pisać na jakiś czas. Choroba w rodzinie stwarza taką ewentualność. Ale może jest tak, że pisanie uspokaja? Zapewne, skoro istnieją uzasadnione podejrzenia, że mamy do czynienia z jeszcze jedną chorobą, przewlekłą i zbyt trudną do wyleczenia, tym razem z piszącym te słowa w roli głównej.
Pisząc sobie a muzą, mimo wszystko odczuwam, że do kogoś ze swoimi słowami trafiam. Czy do wszystkich, do których bym chciał? Nie wiem. I tak sobie piszę. Trudno.

2. Jak stać się prawdziwym Polakiem? 
a. Narzekaj na komunę: było gorzej, a nawet źle. 
b. Uzupełnij punkt pierwszy informacjami o notorycznej obecności na półkach sklepowych octu i musztardy.
c. Dodaj, że byłeś prześladowany, a twoje cierpienia nie miały końca.
d. Domagaj się ukarania winnych.
e. Módl się.

3. Coś pisze także do mnie
Napisało do mnie coś podpisane Tomasz Terlikowski
Napisało między innymi tak:
„Ja, jak co roku, nie wrzucę do puszek WOŚP nic. A powód jest niezmiernie prosty: nie wspieram organizacji i osób, które otwarcie wspierają zabijanie najsłabszych: nienarodzonych i chorych. Wrzucając pięć, dziesięć albo i sto złotych do puszek WOŚP, angażując się w zbiórkę czy przekazując prezenty na licytację w istocie budujesz autorytet Jerzego Owsiaka. A on ten autorytet wykorzystuje [...] do wspierania aborcji i eutanazji. Każda złotówka na wsparcie WOŚP, każdy kolejny sukces Owsiaka to wsparcie nie tylko dla niego, ale także dla promowanych przez niego idei. A te są obrzydliwe”.
W pierwszym odruchu wymiotnym chciałem zaprotestować, ale jaki jest sens wdawać się w polemikę z czymś, co nawet nie jest kamieniem, a jego połową… z „półkamieniami” jest podobnie jak z półgłówkami.

4. Długopis nie zostanie zlicytowany.
Skupiająca się na realizacji zadań rządowych pani wojewodzina świętokrzyska, Agata Wojtyszek (personalia warte zapamiętania) odmówiła Europejskiemu Centrum Bajki im. Koziołka Matołka w Pacanowie wsparcia w/w fundacji fantem, który mógłby zostać zlicytowany na aukcji prowadzonej w związku z kolejnym finałem WOŚP. W gabinecie przedstawicielki rządu nie znalazł się nawet gadżetowy długopis z odciskami palców tej pani.
W moim okolicznym szpitalu podczas grania świątecznej orkiestry oddawana będzie krew. Ci, którzy ją oddadzą, żyją w przeświadczeniu, że nie ma krwi partyjnej i że ta krew cokolwiek więcej znaczy niż wyskrobana na kolanie odmowa podarowania choćby marnego rządowego długopisu .
Dzięki takim szlachetnym wojewodzinom jak pani Agata Wojtyszek długo pis nie porządzi, czego serdecznie życzę… nie dziękować.

5. Truskawki bez smaku.
W samym Krakowie, mieście cokolwiek dla rodzimej kultury  zasłużonym, w czasie obrad rajców tamtejszego magistratu przemówiło coś (lub coś 1 i coś 2, bo są kontrowersje) tymi słowy: „Dzieci z in vitro to eksperymenty genetyczne, jak truskawki bez smaku" oraz „Współczuję córce pana K. (radny PO), że musi bawić się z dziećmi z in vitro.” A zatem coś przepięknie wpisało się w poetykę pewnego kaznodziei, który wynalazł bruzdę dotykową u dziecka poczętego metodą in vitro oraz pewnego zasłużonego w donoszeniu na kolegów po fachu aktora, który miał rzec, iż „ostatnio rodzą się liczne dzieciaki z tego in vitro, koszmarnie chore, połamane”.
I to coś (jedno, czy dwa) z Krakowa, i ten ekspert od bruzd w sukmanie, i ten donoszący aktor, pomijając już fakt, iż każdemu na tym świecie wolno prawić głupoty, wykazali się nadzwyczajnych taktem wobec dzieci i szczęścia ich rodziców, szczęścia, o którym te postaci zielonego pojęcia nie mają.

[15.01.2017, Dobrzelin]

13 stycznia 2017

JA ZŁODZIEJ - RZECZ O NITRASIE

Alem zamieszał z tym tytułem. Mniej lub bardziej przypadkowe oczy czytelników zapewne się spodziewały, że będąc pod wrażeniem nieodpartym komedii pana Jacka Bromskiego, poczynam właśnie recenzję z tegoż. Nic równie mylnego.
„Tytuła” puściłem ze świadomą przekorą, przejaskrawiając zjawisko, jakiego byłem świadkiem, choć kto naprawdę wie, jak tam było, tj. czy jaka podpaska ze skrzydełkami nie dostała się w niepowołane ręce.
Pozwolę sobie uczepić się jak rzep psiego ogona pana posła Nitrasa z PO, ukazanego w sfilmowanym (także przez niego samego) reportażowym dokumencie, w którym to obrazie pokazano, jak pan parlamentarzysta penetruje miejsca, na których zasiadały szlachetne pupy partii rządzącej.
Ale może na tym koniec żartobliwego tonu, jakim się wysługuję, choć w samej rzeczy początkowo wydawało mi się, że bohater tego krótkometrażowego filmiku popił sobie „troszku za wiela” i zapomniawszy gdzie podział kluczyki od auta (a był to akurat czas zmiany warty przy mównicy), poszukiwał ich również w ławach politycznych oponentów, bo w końcu z procentami we w krwi ciepnąć klucze byle gdzie to niewielka sztuka.
I co? Jak widać trudno mi się pozbyć sarkastycznej a uciesznej formy wypowiedzi, ale to pewnie przez tę Muchę, która, jak nic, uwiodła mię swymi kuplecikami i zaraziła poezją swą śpiewaną, i pod jej intelektualnym wrażeniem wypisuję opowieść o takim jednym poszukiwaczu skarbów.
Dość jednak. Żarty się skończyły.
Dziadostwo to pierwsze określenie, które kojarzy mi się z uczynkiem pana posła… zapodam cytatę z Wikipedii… „polityk, politolog, w latach 2005–2009 poseł na Sejm V, VI i VIII kadencji, w latach 2009–2014 poseł do Parlamentu Europejskiego VII kadencji, od 2014 do 2015 główny doradca premier Ewy Kopacz… W wyborach parlamentarnych w 2015 uzyskał mandat posła VIII kadencji”.
No proszę, jakie piękne karty istnieją w życiorysie tego pana z Platformy Obywatelskiej. I choćby z powodu tego życiorysu, spodziewam się od platformianego elektoratu, który, jeśli nawet przypadkiem odczyta niniejszą odę do posła ku czci jego dziadostwa, porządnie po łapach dostać, bo przecież nie uchodzi, ba, nie ma takiego prawa, aby potępiać w tak haniebnych słowach postać wybitnego Polaka, czołowego działacza od przestrzegania wolności słowa, demokraty, doradcy, o mój Boże, pani byłej premierki Kopacz.
Widzę ja oczyma swojej wyobraźni, jak szlachetni wyborcy PO, obejrzawszy dokument skwitują go mniej więcej tymi słowy, że, o mój świecie, to takie niewinne wydarzenie, ot drobniuteńka niezręczność, jakieś nic nie znaczące faux pas, żarcik niepozorny, albo to z nudów, ze zmęczenia walką o budżet. Innymi słowy - nic wielkiego się nie zdarzyło. Być może dostąpię zaszczytu komentarzy takich, że… no faktycznie, było może zabawnie, ale nie do końca, natomiast gryzipiórku jeden, chwalco PIS-u, a pamiętasz ty a mianowicie, co te rządzące stworzenia wyrabiają i wyrabiały - tu pada obszerna lista nazwisk wraz z okolicznościami.
To ja im powiadam i powiadam to wszystkim pozostałym, że jeśli mam do czynienia z dziadostwem, to dla mnie jedno i to samo, czy poczynione jest z lewa, z prawa, czy ze środka; czy popełnił czyn dziadowski wierzący, ateista albo gnostyk - wszystkim na czole jednaki odcisk podkówką wypalę.
Bo ja dziadostwa jako takiego nie znoszę.
Bo wyobraźcie sobie mili państwo, że pan Sławomir Nitras, (a jak, po nazwisku, ku pamięci!) zaprasza sobie dystyngowaną damę na wieczorny posiłek w restauracji. Dama zjawia się w niemal karnawałowej kreacji, suknia długa, zwiewna, dekolt należycie odsłaniający krtań i poniżej położony oddech, cieliste pończoszki na nóżkach wybitnie zgrabnych, zwieńczonych szpilkami o czternastocentymetrowym podbiciu, na odkrytym ramionku niewielkich rozmiarów torebka z zewnętrznej powłoki krokodyla, w ręce drugiej aktóweczka, na niej gazetka, jakiś „Harlekinek” albo rozwarta koperta, z której wychyla się konieczność zapłaty za komórkowy abonament. Aliści urodziwa niewiasta może i torebeczkę nieciężką na ramionku pozostawi, to przecież w prawicy swojej nie będzie przez czas przyjemnie długi trzymać aktóweczki z przyległościami; otóż pozostawi te drobiazgi w pozycji leżącej na krzesełku nie opodal. Zatem jesteśmy już po aperitifie, po złożeniu zamówienia, po pierwszych pląsach sympatycznej rozmowy, kiedy to nasza bohaterka poczuła w sobie tę jakże dla kobiet istotną, przemożną potrzebę upudrowania noska. Cóż tedy robi dama? Z wdziękiem przeprasza kolacyjnego partnera i dyskretnie oddala się ku toalecie, pobierając z sobą jedynie torebeczkę, w której jakaś perfuma, puzderko z pudrem w kolorze policzków, pomadka, tusz, waciki, ewentualnie kawałki nożyczek i pilniczka.
I w tym momencie pora na działanie naszego bohatera… zatem przebiera paluszkami po gazetce, odczytuje jakiej wielkości finansowe zobowiązania posiada wobec operatora dama, „Harlekina” wertuje, a nuż jakaś drobnostka zeń wypadnie… a jakież to „specyjały” aktóweczka zawiera? Warto też nasze przeszukiwania utrwalić filmowym aparatem.
Dla mnie dziadostwo.
Bardzo bym chciał, aby z moim wywodem zapoznali się na ten przykład: kierowca autobusu, pani konduktorka w pociągu, czy też kierownik kinowej albo teatralnej sali, a to z tego powodu, że zmierzając do celu podróży albo do finału kulturalnego przedstawienia, mogliby ci państwo megafonowo ogłosić:
- Proszę państwa, ponieważ jest wśród nas pan poseł Nitras z Platformy Obywatelskiej, upraszam o niepozostawianie w publicznym miejscu swoich osobistych rzeczy, albowiem, jak głosi porzekadło, diabeł ma problemy ze snem.
Już, już, zmierzam do zakończenia.
Się o moje oczy i uszy obiło, że pan poseł Nitras wielce zadziwiony jest tym, że jakaś cholera na niego nadaje w związku z poczynioną przez niego penetracją. Ba, żeby tylko był zdziwiony… on utrzymuje, że niewinną jest owieczką i każdego, „któren” wypomni mu jego ucieszne zachowanie do sądu zapoda, żądając surowej kary (no, może nie od razu kary śmierci, bo ta w naszej ojczyźnie zakazana).
Dla mnie dziadostwo.
I cóż tu mieć więcej do powiedzenia w powyższym temacie?
No może to, że dla mnie, panie Nitras, przedstawia się pan nie inaczej, jak wartość kąta alfa dla cosinusa 90 stopni.

[13.01.2017, Dobrzelin]

12 stycznia 2017

W NOWYM ROKU W STARYM GRONIE - KAWIARENKA (78)

- Aniśmy się obejrzeli, a tu już zima zachwyciła nas mrozem w śnieg bogatym - wyrzekł filozoficznie pan radca Krach do przyjaciół zgromadzonych przy dwu połączonych stolikach w kawiarnianej sali.
Przecież że przy jednym nie pomieściłaby się stara gwardia kawiarenki, a więc panowie: inżynier, radca, doktor, mecenas, stary pisarz, redaktor, burmistrz, do których prędziutko dołączył pan Adam.
A kobiety, no cóż, w to czwartkowe późne popołudnie wybrały dom kultury, gdzie z panem Korfantym omawiały program inaugurujący pierwsze spotkanie w tworzącym się w pośpiechu uniwersytecie trzeciego wieku, którą to uczelnię pan dyrektor domu kultury jak obiecał, tak i zasłużonym w wieku obywatelom miasteczka sprawił. Pierwsze spotkanie miało się odbyć w niedzielę, w samej połowie stycznia i zamierzało dotyczyć spraw organizacyjnych, jak na ten przykład wybór uczelnianych władz i określenie ogólnego programu wykładów, na pierwszy kwartał tego roku przewidzianych. Pan Korfanty nie omieszkał jednak na tę najbliższą niedzielę zaprosić pana profesora zajmującego się kwestiami edukacji ustawicznej, a przy tym socjologa. Onże miał przy tej okazji wygłosić premierowy wykład dotyczący zagadnień tematycznie związanych z instytucją o nazwie „uniwersytet trzeciego wieku”.
Czy z tego wynika, że panowie zaludniając swą obecnością kawiarnianą salę, stanowili opozycję wobec śmiałych planów pana Korfantego? Nic podobnego! Postanowili jednak oddać w tej materii władzę kobietom, ufając bezgranicznie swoim paniom i tym, które zgromadziły się wokół nich, że świetnie sobie wraz z panem Korfantym z tworzeniem nowej w miasteczku instytucji poradzą.
Tutaj przynajmniej, w kawiarence, można się było uraczyć lampką koniaku, który, jak powszechnie wiadomo, w ilościach przepisowych, potrafi skruszyć styczniowe lody i jest nieodzownym dla polepszenia humoru lekarstwem, o czym zresztą zwykł mówić pan doktor Koteńko, zwłaszcza wtedy, gdy w kawiarence brakowało jego żony.
Po takim filozoficznym odezwaniu się pana radcy panowie, po raz pierwszy zgromadzeni w tym gronie w nowym roku, poczęli wspominać okres świąteczno-sylwestrowy, a czynili to z niejaką nostalgią i w mowie i w oczach.
Pan inżynier z sentymentem zauważył, że takiego kolęd śpiewania, jakie odbyło się w kościele i w domu kultury to jeszcze w życiu swoim nie doświadczył i wyraził zdanie, że siostrze Rozalii za przygotowanie chóru nie byle jaka nagroda się należy.
Pan mecenas Szydełko z kolei, zapalony społecznik, wrażliwy na krzywdę obywateli, jakąkolwiek by nie była, uścisnął kawiarennikowi dłoń za to, że tak przepięknie wieczerzę wigilijną ubogim mieszkańcom miasteczka wyprawił, na co z kolei odpowiedział pan Adam, że pochwały należy kierować raczej pod adresem księdza Kąckiego i proboszcza Andrzeja, tudzież siostry Gabrieli, które to postaci oprócz włączenia się w przygotowanie wigilijnego stołu, zajęły się również dystrybucją świątecznych paczek dla najbardziej potrzebujących.
Pan doktor Koteńko docenił natomiast występ orkiestry kameralnej przybyłej do miasteczka z koncertem Correliego, w czym zasługa, rzecz jasna księdza Andrzeja.
Pan redaktor Pokorski oświadczył, że pierwszy noworoczny numer „Naszego głosu” właśnie się drukuje i powiększony będzie o całe cztery strony, albowiem nie dało się na dotychczas obowiązujących szpaltach pomieścić wszystkich tematów świąteczno-noworocznych.
Pan burmistrz nie omieszkał dodać, że w najnowszym wydaniu tegoż pisma czytelnicy odnajdą bezpłatne bilety, uprawniające czytelników do zajęcia miejsc na teatralno-kinowej sali, gdzie dnia 29 stycznia odbędzie się premiera „Zemsty” Fredry w wykonaniu aktorów miejskiego teatru, a oznajmił o tym na życzenie pani Weroniki, która w tym samym czasie kooperowała z innymi niewiastami w domu kultury. Zatem to właśnie przedstawienie będzie jednocześnie debiutem miejskiego teatru.
Stary pisarz miał z kolei powiedzieć, że w imieniu pana Majewskiego przeprasza za jego dzisiejszą nieobecność, albowiem mężowi pani Weroniki przyszło tego dnia w samej stolicy odbywać negocjacje odnośnie przyznania „Radiu Weronika” częstotliwości, o co od paru miesięcy zabiegał.
- A tak, moi panowie. To, co wydawało się być niemożliwe, wkrótce realnym się stanie. Będziemy mieć to radio.
Nie wiedziano o tym przedsięwzięciu wiele, to prawda. Pan Wiesław Majewski oszczędnie dysponował słowami względem swojego wymarzonego pomysłu, lecz jak przystało na przedsiębiorczego menadżera, wymienił już uszanowania z pewnymi korporacjami, z których kapitału zamierzał skorzystać, kapitału niezbędnego do uruchomienia radiowego kanału; pośredniczył również w rozmowach pomiędzy lokalną rozgłośnią, która zechciała odsprzedać swoje udziały nowej radiostacji, dając tym samym możliwość do łatwiejszego sposobu uzyskania radiowej częstotliwości.
Po zamówieniu drugiej lampki koniaczku, filiżanki kawy oraz rogalików z francuskiego ciasta z wnętrzem różanym przyjaciele usilnie starego pisarza rozpytywali o szczegóły w kwestii tegoż radia, nazwanego imieniem pana Majewskiego żony.
Stary pisarz nie miał zatem większego wyboru, jak podzielić się informacjami w tej materii z jakie posiadał.
Otóż umyślił sobie pan Majewski utworzyć tu na prowincji, w miasteczku rozgłośnię radiową, której celem byłoby ukulturalnianie obywateli metodami, cokolwiek odmiennymi od tych, które dominują w radiostacjach współczesnych.
- Bo wiecie panowie, jak to się obecnie odbywa? W trzech czwartych w radiowych kanałach pojawia się popularna muzyczka, przeplatana co godzinę, czy co dwa kwadranse wiadomościami, po których i przed którymi następują reklamy. Pan Majewski doszedł do wniosku, że wprawdzie z reklam zrezygnować dzisiaj nie sposób, bo główni sponsorzy w końcu bezpłatnie pieniędzy nie rozdają, nie te czasy, to jednak charakter audycji ma być zgoła inny, nastawiony na szerzej obserwującego życie słuchacza. 
Opowiadał więc stary pisarz o tym, że „Radio Weronika” zajmie się między innymi tematami regionalnymi. W tym celu pan Majewski odbył stosowne rozmowy z panem Olesińskim, który pracując długimi latami w miejskiej bibliotece zajmował się utrwalaniem na taśmach, potem na płytach głosów ludzi, którzy stanowili (nie wszyscy doczekali naszych czasów) o sile kultury miasta i okolic. Nagrywał pan Olesiński wywiady z ludźmi, reportaże; gromadził wspomnienia, muzyczne projekty, sportowe wydarzenia; zbierał głosy najzacniejszych obywateli miasteczka i sąsiednich wiosek… jednym słowem pielęgnował pamięć o tych, którzy dzisiaj albo w wieku zasiedziali, albo też przepłynęli łodzią charonową do wieczności. Oprócz tego w rozgłośni pojawi się w pokaźnych rozmiarach literatura: powieści w odcinkach, radiowe przedstawienia, poezja, autorzy czytający własne utwory, jak i też sporo miejsca wyznaczono przy tej okazji na dyskusje. Znajdzie się w „Wiktorii” miejsce na koncert życzeń, lokalne wiadomości i ogłoszenia. Będzie też pan Majewski promował muzykę młodych lokalnych gwiazd i gwiazdeczek, co też dotąd stanowi jedno z jego zawodowych zajęć, lecz również znajdzie się w radyjku miejsce na muzykę klasyczną, jazz i rzecz jasna nieco mocniejszą, popularną, choć nie w nadmiarze. Zdaje się, że przy okazji powstania uczelni dla osób starszych projektodawca dostrzega konieczność retransmisji uczelnianych wykładów oraz zamierza ściśle współdziałać z „Naszym głosem” na przykład w dziedzinie reportaży.
Wypowiedź starego pisarza przyjęto z zainteresowaniem tak wielkim, że trzeba było uczcić ten wywód ostatnim (niestety lub na szczęście) kieliszkiem koniaku, po czym przyjaciele zwartą grupą opuścili kawiarniane progi i udali do przybytku pana Korfantego, gdzie zażyczyli sobie dowiedzieć się czegoś więcej o uniwersytecie.

[12.01.2017, Dobrzelin]

TANGO

Ponieważ jest karnawał, ale również z tego powodu, że w telewizorni panoszy się buractwo pospolite, w kawiarence musi być inaczej, musi być alternatywnie, albowiem kawiarenka przysięgała, że rynsztokiem przechadzać się nie zamierza.
Zacznijmy więc argentyńskie tango (wybór całkowicie subiektywny) i na początek nietypowo, ale jakże urodziwie... lekcja poglądowa dla płci prześlicznej...


... prawda? nieźle wyszło.

A teraz, co za akompaniament? co za gibkość niewiasty? co za ekstrawagancja tancerza? co za bliskość ciał niebieskich? co za tych ciał zharmonizowanie? 


Zasłużone brawa...


Zaczyna się jakby z francuska, a wychodzi z tego prawdziwy spektakl. Co za dynamika! I nie ma się czemu dziwić, bo Roberta i Pablo uchodzą za jednych z najdoskonalszych tanga tancerzy




To co uwielbiam - uliczne tango, gdzie może scena nie La Scala, lecz ileż swobody, jakie tancerzy absolutne ruchów zgranie. Oj, chyba w przy kawiarence wyznaczę miejsce, w którym królował będzie taniec.




I jeszcze jeden uliczny show, kto wie, czy nie najbardziej oryginalny. Jakież urocze kroczki tańczącej pary? A ten uchwyt prawej dłoni partnerki? A ten fragment bez uchwytu? Tu akurat zwróciłbym uwagę na swobodę ruchów partnera i w ogóle ogromny plus za choreografię. Prawdziwa przyjemność patrzenia.




A na koniec to, co pojawiło się na początku, aczkolwiek nieco inaczej.
Nie wiem jak komu, ale mnie ta solowa wersja tanga bardzo się podoba.


[12.01.2017, Dobrzelin]

10 stycznia 2017

PAVANA

Albowiem cała nadzieja w sztuce, czy szerzej - w kulturze, czy jeszcze inaczej - w pięknie, w człowieku - konieczna alternatywa, zwłaszcza teraz, gdy w okienku telewizora bezecne błaznowanie.
Pavana - taniec dworski, późnorenesansowy, pochodzenia prawdopodobnie hiszpańskiego, dostojny... nie będę wyręczał wikipedii, kto zechce, odczyta. 
Najlepiej bowiem choć kilka taktów usłyszeć, a w zakończeniu także zapoznać oczy z krokami tancerzy.
Najpierw z wdzięcznym polski akcentem  "Pavana", Op. 50 Gabriela Fauré. 


Następnie, wielce relaksująca, impresywna "Pavana na śmierć infantki" Maurice'a Ravela, jeden z piękniejszych utworów, jakie skomponowano.


A teraz jeszcze bardziej współczesna "Pavane couleur du temps" szwajcarskiego kompozytora Franka Martina - nowoczesne, acz klasycznie usposobiony kwintet smyczkowy.


I na koniec powrót do przeszłości do tańca. W nagraniu "pavana" występuje jako pierwsza; towarzyszą jej dwa renesansowe tańce: "galliard" i "vento del tempo". Zaiste ten sposób odtwarzania przeszłości, daleko bardziej mi odpowiada niż rekonstrukcje historycznych bitew.


[10.01.2017, Dobrzelin] 

SŁODKO, GORZKO (fragment)

Dziewczynki już jedzą. Mógłbyś zobaczyć. Kaszę mannę z konfiturą. Jagódka lubi, a Natalka, nie wiesz, ona jest wciąż na etapie powtarzania wszystkiego, co robi Jagódka… albo ja, jak odkurzam, to ona też chce. I nie boi się tak jak ja w jej wieku, bo ja bałam się odkurzacza od czasu, gdy zassał moją gumkę do włosów z misiem. Oczywiście, że trzeba po niej poprawiać, ale robię to, kiedy nie widzi. Niech ma przyjemność, że to ona posprzątała. A teraz to nawet buźkę ubrudziła konfiturą zupełnie tak samo jak Jagódka. Mówię ci - dużo tracisz. A kołnierzyk od koszuli to tak ci wykrochmaliłam, że chyba go nic nie ruszy.
A ciotka była wczoraj i jak to ona, postękała. Z samego rana przyszła, zaraz po mszy. Że też chce jej się tak wcześnie wstawać. Herbaty sobie kazała zrobić, bo oczywiście uważa, że nasza herbata smakuje jej najbardziej. Ale cztery drożdżówki zdążyła kupić. Dziewczynkom i dla nas obu. Całe szczęście, że masło miałam wystawione z lodówki. Posmarowała sobie i zjadła z apetytem. Ona tak mało je, więc dobrze, że się posiliła.
Oczywiście powiedziała: - Marta, ty pieniędzy jak zwykle nie masz i pewnie się nie doczekam, ale wiem, ty płacisz i światło, i gaz, telefon, śmieci, i tak dalej. Myślałam, że trochę sobie ulżę, że przynajmniej co jakiś czas dasz mi jakiś grosz, ale jak nie masz, to ja mi możesz dać, prawda?
Wyjątkowo więcej nie marudziła. Ona taka już jest: pomarudzi, a potem jest jej wszystko jedno. Ty powiedz mi, dlaczego ona wynajęła nam to większe mieszkanie? Przecież na dobrą sprawę, mogła powiedzieć: - kochani, ja wiem, że wam potrzebny ten metraż, ale w końcu i ja na stare lata chciałabym zaznać odrobinę luksusu, a w tej garsonierze to co za warunki: pokoik mały, przedpokój wąski, tyle że kuchnia dużą.
No przecież mogła zostać tu, na swoim. Pomieścilibyśmy się, zwłaszcza że ciebie nigdy nie ma. 
No, nie chciałam, przepraszam. Nie gniewaj się. Ja wiem, jak wiele od ciebie zależy, tyle że dziewczynki jeszcze tego nie rozumieją i są takie chwile, kiedy muszę je zajmować byle czym, aby ciebie nie wspominały. Bo jaki Jagódka zacznie, to zaraz Natalka zaczyna to samo. Nie, nie sprawiają mi kłopotów i myślę, że w przedszkolu świetnie by sobie poradziły, ale czekam, aż Natalka podrośnie. Ona jest mimo wszystko za mała. No bo powiedz, oddać jedną, a drugą zostawić? Przeczekamy ten rok. Gdyby cioteczka się zgodziła, to mogłaby na dzień z nimi zostawać, a wtedy ja… wiem, co powiesz. Nie chcesz, abym szła do pracy, zresztą może masz rację, bo gdzie ja teraz robotę znajdę. Nie daj Boże, jak któraś z dziewczynek zachoruje, to co? Wiesz jakie jest teraz podejście do tych spraw. le cioteczki nie chce prosić o pomoc. I tak nam pomaga wiele. Oprócz tego ona cały czas w ruchu. Jak to mówią: i do tańca i różańca kobieta. Tu kościół, a tam jakieś babskie historie, wycieczki, chóry nie chóry, tańce. Nie, nie jest dewotką, choć kwiaty do kościoła kupuje, nawet ołtarz przystraja, a u proboszcza to przynajmniej raz w tygodniu siedzi. O czy oni tam nie rozmawiają… nie myśl, że o nas to nie.
- To co, dwie dziewczynki mają - mówi ten proboszcz, tak cwano się dopytuje, za język ciągnie.
- Ano mają, mają.
- A nie dałoby rady chłopca do porządku? - pyta tamten. 
- Oj, księże proboszczu, toż oni swój obowiązek wypełnili.
- Ale parki nie mają.
I broni nas po swojemu, bo wiesz, ciotunia jest delikatna w słowach, ale jak razu pewnego przyszła, to do mnie mówi, że czasami to chciałaby tamtemu przemówić do rozumu.
- Parki mu się zachciało! Niech o sobie pomyśli, to może Pan Bóg i jemu z chłopcem poszczęści. Bo to wiesz, Martuniu, mówi, że nasz ksiądz proboszcz….
I zamilkła, bo , bo plotka rzadko kiedy przez jej usta przechodzi, ale przecież od dawna nie jest tajemnicą, że nasz kapłan po bożemu stał się ojcem.
No to teraz, jak tatuś wyjdzie z łazienki, umyjcie buzie i rączki, dobrze? I do kolorowanek, tak?
Aha, już wyszedłeś. Ubierz się. Kanapki na ciebie czekają. I kawa. Widzisz jakie grzeczne i zgodne?
Musze ci powiedzieć, że to ze względu na ciebie. A tak. Może nie powinnam tego robić, ale zawsze im przypominam: - córeczki, tatusia tak rzadko widujecie w domu, więc kiedy już się pojawi, bądźcie grzeczne, tatuś się ucieszy… a ze mną to możecie sobie pobrykać, bo macie mnie na co dzień.
I patrz, jak zrozumiały. Ale nie powinnam im w taki sposób zwracać uwagę, bo w końcu okaże się, że w przyszłości będą się zachowywać pod moje dyktando, a tu chodzi o to, aby myślały samodzielnie i same wiedziały, że kiedy zabawa to zabawa, a kiedy na ten przykład przyjeżdżasz zmęczony, to niech same odgadną, że do twojego pokoju zaglądać nie trzeba.
A tak przy okazji… nie miałeś ich wczoraj dość? No, bo cały czas były z tobą. Baw się i baw. Stęsknione bardzo. A to jeszcze ci powiem, że ty masz coś w sobie, tak jakoś umiesz bawić się z dziewczynkami, że do ciebie lgną. Nie to co ja. Ja może bardziej im tłumaczę, opowiadam, czytam… i słuchają. A ty wymyślasz na poczekaniu te różne zabawy: a to w pociąg się z nimi bawisz a to w sklep, księgarnie, ba, nawet w pokoju łowią z tobą ryby.
Zobacz, jaka cisza. Popluskały się w wodzie, wytarły i pobiegły grzecznie do kuchni, do kolorowanek. Moje wy kochane! Jak pomalujecie, to koniecznie pokażcie swoje dzieła tatusiowi i mamusi. 
(…)

[06.12.2016, Charleroi w Belgii]

08 stycznia 2017

PRYWATNIE I POLITYCZNIE

1. 
Skończyłem wreszcie to zmaganie z "Jak było naprawdę", ale oczywiście  przed kolejnym wyjazdem nie będę miał czasu na korektę, podobnie zresztą z tymi dwoma opowiadaniami, których nie dokończyłem i wałęsają się w moim dyżurnym kajecie, a że nie mam na nie czasu to z tego powodu, że zająłem się "Dnem" (tytuł oczywiście do zmiany), bo w końcu muszę wreszcie napisać coś dłuższego z wszystkimi tego konsekwencjami. A zanosi się na to, że nie będę miał samochodowej ładowarki do laptopa i znów trzeba będzie pisać w kajecie, co znacznie wydłuży czas do ewentualnej publikacji.
2. 
Mniejsza z tym. Napiszę - dobrze, nie napiszę - świat się nie zawali, byleby tylko trochę się ociepliło, bo z punktu widzenia kierującego takie mrozy nie są mile widziane, a że mogę nie mieć kontaktu ze światem przez internet podczas podróży, to może i lepiej, bo przynajmniej nie będę sie tak denerwował jak teraz, słuchając i patrząc, co w tej mojej ojczyźnie ukochanej się dzieje.
3.
Widocznie nie może być inaczej. Jeszcze podczas ostatniej podróży, przed świętami, słuchałem radia i, choć mój niemiecki jest kiepski, wiadomości z polskiego parlamentu były europejskim newsem przez kilka przynajmniej dni. Potem przeczytałem, że dzieją się rzeczy straszne, demokracja w rozsypce (jakby była :-) ), no i ten protest okupacyjny. Bardzo poważna sprawa, myślę sobie, no i oglądam te selfie-focie, te kupleciki pani Muchy, tego pana Petru, co sobie po prostu nie wyobraża, jak można brać urlop, gdy ojczyzna w tak głębokiej potrzebie. No i po tej pani Muchy kołysance następuje kolejny akt, którego preludium stanowi zdjęcie pana Petru z sympatyczną, nowoczesną panią, porobione w samolocie relacji Warszawa - Lizbona chyba. Scenka na tej foci raczej familiarno-romantyczna i trochę zdziwiłem się zastępczyni pana Pana Petru o takim trudnym do wymówienia nazwisku opowiedziała obywatelstwu, że a jakże, portugalska podróż wodza była wcześniej zaplanowana i ma charakter jak najbardziej służbowo-partyjny. Pan Petru powróciwszy z sylwestrowej zabawy, którą spędził tanecznie z nowoczesną koleżanką zdementował pogłoski o służbowym wyjeździe ze swoja damą, przychylając się do podejrzeń, że chyba mieliśmy do czynienia z wyjazdem prywatnym. Jakie na ten temat posiada osobista małżonka pana Petru, tego nie wiem, ale w nowoczesnym małżeństwie podróż taka jest jak najbardziej do pomyślenia, zwłaszcza że pan Petru odwiedzał "selfujących" parlamentarzystów w Wigilię, więc spełnił już swój obowiązek ratowania ojczyzny przed zakusami wiadomych sił.
A tu znowu dowiadujemy się, że biedny miś Kijowski, co to nie ma na wypłatę alimentów, powystawiał sobie faktury za obsługę internetów i sprawa się rypła, bo wyszło na to, że pieniąchy za kodowanie to on jednak bierze, a mówił, że nie bierze, choć na tę chwilę to w ogóle tyle wiadomo, że jakaś firma biednego misia pieniądze jakieś dostawała, ale on sam ich nie widział, bo kasjerem nie jest. W tej sprawie to nawet sam były prezydent z Gdańska wypowiedział na temat biednego misia tymi słowy : "Atak na Pana Kijowskiego jest niemądry i nieuczciwy bez znajomości spraw i rzeczy. Nie da się zaczynać podobnej działalności w podobnej sytuacji od intercyzy. Na początku każdy oddany działacz stawia wszystko w tym cały swój prywatny majątek. Uporządkowanie i rozdział następuje później. Nie znam nikogo w Polsce i na świecie, kto by inaczej zaczynał i postępował". Myślę sobie, że pewnie pan L.W. w świecie bywały, ma znajomość tych "spraw i rzeczy" i świetniej ode mnie orientuje się w tym, jak się kogel mogel kręci, co jednak mnie do uczciwości biednego misia nie przekonuje.
Ale, gwoli równowagi, która winna istnieć we wszechświecie, bardzo się ucieszyłem, że pan Bartek Miśkiewicz w dalszym ciągu posługę swą wykonuje, bo przecież wiadomo, że wykształcenie jest rzeczą nabytą, a najbardziej liczy się uczciwość, spolegliwość i patriotyzm, a tych cech pan Bartek ma aż w nadmiarze. I tak sobie myślę, że może pan Macierewicz zachce kiedyś i na mnie spojrzeć okiem przychylnym, albowiem swego czasu też byłem harcerzem.
W ramach bezwizowego ruchu transkontynentalnego będziemy już niedługo gościć na naszej ziemi amerykańskich turystów w mundurach, co się bardzo chwali, zwłaszcza  po ostatnich rewelacjach Johna Kerrego, który przyznaje, że administracja Obamy aby pozbyć się Baszszar al-Asada wspierała finansowo ISIS., Taki sojusznik jest nam po prostu niezbędny :-) .
Broń Boże, abym miał wymienionym w tekście postaciom, np. panu Petru , pani Musze czy też tym nowoczesnym paniom (zwłaszcza tej, która tak przepięknie rozminęła się z prawdą na temat powodów zagranicznej podróży swego szefa) cokolwiek do zarzucenia.
Pan Petru jest przecie przystojnym facetem i na amanta się nadaje, a że tyle ma spraw na swojej głowie, to i nie dziwota, że od czasu do czasu słowem byle jakim chlapnie.
Pani Mucha natomiast nie dość, że przystojną jest kobietą, to i przemiło śpiewa, wierszyki składnie rymuje, po aktorsku je deklamuje. 
A pani Katarzyna Lubnauer z miasta Łodzi, znaczy się ziomalka, rozmijając się z prawdą, czyni to tak uroczo, że ręce opadają.
Tylko mam pewne zastrzeżenia do tej pani z obrazka w samolocie... o to, że trójkę swoich pociech do Portugalii nie zabrała.
Nic a nic do zarzucenia nie mam panu KOD - Kijowskiemu, albowiem samo spojrzenie na biednego misia serdeczny żal i współczucie z serca łzy wyciska.
Podobnież obstaję za panem Mśkiewiczem, specjalistą od gwiezdnych wojen.
Panu Macierewiczowi też przyklasnę, w nadziei zatrudnienia mnie w terytorialnych służbach zbrojnych - może przydam się jako mięsko armatnie do haubic.
Natomiast wiele do zarzucenia mam swoim rodakom, którzy miast kierować się w swych egzystencjach rozumem, zakochani w swoich ideologiach, księciach, męczennikach, nie dostrzegają tego, że owi wybrańcy robią tenże elektorat (was, moi kochani) w (chciałem w tym miejscu napisać "konia", ale ubliżyłbym temu pięknemu stworzeniu, przeto pozostawię w tym miejscu wypowiedzi  wielokropek, suponując, że znajdziecie odpowiednie, a niezbyt przystojne do zakończenia tej wypowiedzi słowo).....
No cóż, moja teoria jest taka, że nawet jeśli jesteśmy wielkimi przyjaciółmi pewnej ideologii, doktryny, poglądu, zapatrywania, za które to materie jesteśmy gotowi zacne swoje głowy katowi na pieniek pod topór położyć, to jeśli nasi mistrzowie od tychże ideologii, doktryn, poglądów i zapatrywań czynią głupstwa nad głupstwami, to winniśmy ich w te pędy rozgonić, nie czekając na to, aż nasi antagoniści się za to zabiorą... 
A zatem - klapki z oczu! 

[08.01.2017, Dobrzelin]


07 stycznia 2017

РОЖДЕСТВО

Chyba wiem, dlaczego podoba mi się ten film.  Widziałem już go, więc może dlatego nie wypada go nie lubić, ale możliwe, że przyczyna tkwi gdzie indziej.  Nie jest tak bardzo długi, akurat pasuje do kawiarenki, polecam...
...."Рождество" w reżyserii Михаила Алдашина.



[07.01.2017, Dobrzelin]

JAK BYŁO NAPRAWDĘ? - opowiadanie w pięciu odsłonach. ODSŁONA 5. - zakończenie

W głowie szum wodospadu; wylewam z siebie wodę, kwaśny oddech niweczę nieudolnie musującymi tabletkami, nie pomagają na ból; dopiero zimny prysznic prostuje mój kręgosłup, na przemian zimna i gorąca woda zwracają mi ułamek przytomności, odzyskuję pamięć, lecz nie otwieram oczu, bo wstyd jest zbyt wielki; odczuwam go również pod ciepłą szorstkością darowanego mi szlafroku i wtedy jak sączę gorzką herbatę z cytryną, i dopiero leżąc pod naciągniętym pod sam podbródek kocem odnajduję spokój, choć moje ciało wciąż płynie, kołysze się jednostajnie, a wzrok mam niewyraźny, płaski i przymglony.
Zasypiam na wznak z dłońmi podtrzymującymi kark; wtedy moja łajba mniej buja. Dosięga mnie sen, lecz jest to sen niespokojny, przerywany, zaśmiecony wątpliwościami… przypominam sobie, teraz sobie wszystko przypominam i znów jest mi wstyd. W pokoju świeci się nocna lampka na stoliku, a przy nim w fotelu z przyciągniętymi do piersi kolanami ukrytymi pod przydługim swetrem siedzi ona i kiedy zamykam oczy, ona wstaje, podchodzi do mnie i przysłuchuje się czy oddycham.
Ranek.
Przez chwilę czuję świeży oddech powietrza. To Magda otworzyła okno i rzuciła na parapet garść ziaren słonecznika dla ptaków. Kiedy otwieram oczy, ona jest już przy mnie.
- Wstaniesz? - pyta.
Kiwam głową. 
Nogi zaprowadzają mnie do toalety. Na koniec piję zimną wodę z kranu, a kiedy powracam do pokoju, spostrzegam, że stolik jest już zastawiony. Ser, jajka, dżem i wędlina do wyboru. Widzę też swój rękopis, otwarty na ostatniej zapisanej stronie.
- Przepraszam, ale walizka otworzyła się sama, kiedy wieszałeś palto… upadła - Magda usprawiedliwia się.
Wiem, że chodzi jej o mój rękopis, który w obecnej sytuacji stał się zbędnym przedmiotem zaklinającym czas przeszły.
- To ja cię przepraszam - mówię.
- Nic wielkiego się nie stało. Wypiłeś o jeden kieliszek za dużo - usprawiedliwia mnie.
A mnie przecież chodzi o coś innego. Podejrzewam, że przeczytała każdy z czterech rozdziałów i wie o mnie wszystko.
- Przepraszam cię za to, co napisałem - mówię i wypijam kilka łyków gorącej, niesłodkiej kawy.
- Nie masz zamiaru zakończyć tej opowieści?
- Nie. Powiem ci więcej. Trzeba zniszczyć ten tekst.
Magda przysuwa swą dłoń do mojej, tak jak wtedy. O Boże, przecież ja to wymyśliłem. To nieprawda.
- Kochałeś ją bardzo, nie zaprzeczaj. Powinieneś to zrobić dla niej - skończyć tę opowieść. 
A jednak dotyka mojej dłoni, otacza ją ciepłem, pociera opuszkami palców.
- Nie chcę tego. Nie będzie dalszego ciągu.
- Dlaczego?
Teraz ja nakładam drugą swoją dłoń na jej rękę.
- Odszukałem ją, Magdo. Chciałem się spotkać, ale pomyślałem sobie, że najpierw zadzwonię…

- Tak, słucham?
- Ewa?
- Ewa, a kto mówi?
- Adam, przypominasz sobie?
- Co proszę? Jaki Adam?
- Z liceum, trzecia BE. Nie pamiętasz?
- Przepraszam, ale czy mógłby pan podać jakiś szczegół? Tak nagle… nie kojarzę….
- Chodziłaś do liceum w Z. dwa oddziały niżej.
- Chodziłam, ale jakie to ma znaczenie, skoro nie wiem, kim pan jest.
- Powiedziałem już… Adam.
- Pan wybaczy, ale nie przypominam sobie.
[głos w słuchawce z oddali: - Kto dzwoni?
ona odpowiada: - Jakaś pomyłka.]
Odkładam słuchawkę.

… dlatego.
Magda milczy. Być może również dlatego, że pozostała najlepszą przyjaciółką Ewy, nawet teraz, gdy ich domów nie dzieli już jedynie jedno skrzyżowanie. Nie chce mi sprawić przykrości, mówiąc mi, że przewidywała taki rozwój wypadków. Powie mi o tym później, a teraz widzę w jej oczach jak zmaga się z rzeczywistością, porównując ją do fabuły mojej opowieści.
- Adamie, przecież ty prawie w ogóle przez te lata z nią nie rozmawiałeś… nawet ze mną wymieniłeś więcej słów… nie było tych spacerów, choroby Ewy, plaży, karnawałowego balu, a kiedy chciałeś zaprosić ją na swoją studniówkę i dowiedziałeś się, że ona już z kimś idzie, zrezygnowałeś z tej zabawy… mnie zresztą też nikt nie zaprosił. Powiedz mi, co skłoniło cię do napisania…
- Dlaczego skłamałem?
- Tu nie chodzi o kłamstwo… to twoje prawo jako pisarza, komponować fikcję, ale istniała też rzeczywistość, w której byłeś realnym człowiekiem, jednym z licealistów naszej szkoły, chłopakiem, potem mężczyzną…
Milczałem.
- … nie odpowiadaj, ja wiem, dlaczego… tak bardzo kochałeś tę dziewczynę, że byłeś gotów poświęcić dla niej prawdę. Napisałeś prawdę o naszej szkole, o tym mieście, choć bardzo oszczędnie, ale nie zdobyłeś sią na to, aby powiedzieć o sobie wszystko. To nie zarzut, zrozum, nie obwiniam cię o to, bo sama wiem, jakie spustoszenie w głowie potrafi zrobić miłość.
Wypiłem resztę kawy. Magda wlała mi z porcelanowego czajniczka kolejną porcję.
- Napisałem jeszcze kilka prawdziwych zdań - powiedziałem. - Znałaś moją matkę, prawda? Była w radzie rodziców tak jak twoja i kiedyś razem z innymi rodzicami z rady, przygotowywały jakąś imprezę w szkole. Byłem z nią wtedy, i ty byłaś. Nie pamiętam, czy rozmawialiśmy z sobą, ale pamiętam, co powiedział mi moja matka, kiedy jechaliśmy autobusem do osiedla. Zapamiętałem to, co powiedziała wtedy do mnie i w opowiadaniu przedstawiłem te zdania niemal słowo w słowo….
Sięgnąłem do leżących na stoliku kartek rękopisu i odnalazłem ten tekst. Przeczytałem go:
„- Synu, czy ty zwróciłeś uwagę na tę dziewczynę, na Magdę? Czy zaobserwowałeś jej spojrzenie? Czy widziałeś, jak na ciebie patrzy? Synu, ja wszystko widziałam….”
- Twoja matka była bardzo mądrą kobietą… przewidującą.

Aleja kasztanowa przysypana zmrożonym śniegiem iskrzyła się igiełkami gwiazdek, w których odbijały się złociste promienie południowego słońca. Szedłem nią z Magdą, kobietą starszą od najlepszej jej przyjaciółki - Ewy o lat trzydzieści. Mnie też przybyło tych lat, lecz w przeciwieństwie do tamtego Adama, nie przygotowałem się jakoś specjalnie do tego spaceru. Wystarczyło mi, że trzymam za rękę najpiękniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek znałem, kobietę, która trzydzieści lat cierpliwie czekała na to, abym zmądrzał.
- Wiesz, Magdo, że oboje piszemy właśnie ostatni rozdział mojej opowieści? 
- I ten nasz dzisiejszy spacer w nim będzie? - zapytała.
- Oczywiście.
Przyspieszyliśmy, bo zakład jubilerski znajdował się na drugim krańcu miasteczka, a chcieliśmy zajrzeć do niego jeszcze przed obiadową przerwą.

[12-18.12.2016, Cadauiac pod Bordeaux, Gennevilliers pod Paryżem, Hamburg i 05.01.2017, Dobrzelin]]

05 stycznia 2017

JAK BYŁO NAPRAWDĘ? - opowiadanie w pięciu odsłonach. ODSŁONA 5.

Oto ja: pisarz, poeta, literat - do wyboru. Dwa tomy opowiadań, dwie powieści, dwa tomiki poezji (tak się złożyło, że po dwa), zbiór krytycznoliterackich szkiców (bez znaczenia) i niedokończone dłuższe opowiadanie - w tej małej walizeczce, co leży na sąsiednim krześle.
Jestem w Z. (Z. nie zmieniło się tak wiele). Tak jak dawniej przy głównej ulicy miasteczka, bliżej rynku i kościoła stoi restauracja, knajpa, do której prowadzą cztery strome schodki. Niektórzy powiedzą na nią „speluna”; dla mnie nią nie jest. Jedzenie smaczne, obfite, alkohole do wyboru, ale bez przesady, głównie krajowe, dawniej żubrówka i jarzębiaki; dzisiaj żołądkowa gorzka w paru wersjach. Zamówiłem jednak „soplicę” - dwie setki od razu, flaki i golonkę z chrzanem.
Przyjechałem do Z. na wieczór autorski. Raczej nie z powodu ogólnopolskiej sławy, lecz głównie dlatego, że w tym miasteczku przepędziłem młode lata i są tacy, co mnie jeszcze pamiętają, jak przez mgłę, ale pamiętają. Zgodziłem się przyjechać, bo dawno w Z. nie byłem, a przecież wyjeżdżać stąd nie chciałem. Pokutuję więc za złamanie danej sobie obietnicy.
Prowadząca ze mną spotkanie podkreślała, że jestem stąd, choć osobiście mnie nie znała. Czytelnia miejskiej biblioteki zaludniła się w połowie. Ogromna przewaga nieznanych mi twarzy. Nie miałem oczywiście wpływu na wybór miejsca, w którym wyznaczono spotkanie z czytelnikami. Pewnie, że nie odmówiłbym wizyty w mojej dawnej uczelni, ale może to i lepiej, że właśnie biblioteka zażyczyła sobie, abym w jej wnętrzach się pojawił.
Umówiono mnie na ten wieczór autorski przed dwoma miesiącami i miałem nadzieję, że do tego czasu skończę to swoje dłuższe opowiadanie, którego akcja toczy się właśnie w Z., bo do uzupełnienia miałem tylko jeden rozdział. Niestety, nie udało mi się zakończyć tej opowieści. Wziąłem wprawdzie z sobą rękopis niedokończonego opowiadania, ale nawet nie wyjąłem go z walizki.
W knajpie po schodkach jest kilka, no może kilkanaście stolików, ciasno wypełniających powierzchnię sali. Rozglądam się. Dwie starsze panie przy najdalszym ode mnie stoliku, jacyś dwaj panowie przy innym, inni dwaj przy wódeczce i skromnej zakąsce, bardzo już nieświeży, rodzinka pałaszująca kotlety schabowe z ziemniakami i kapustą, jakaś samotna kobieta dwa stoliki ode mnie przy kawie i w końcu ja, zamawiający trzecią setkę.
Oczywiście, że nie powinienem pić. Alkohol zawsze mi szkodził a w dodatku osobisty lekarz kategorycznie mi zabrania pić.
- Jeden kieliszek koniaku przed snem, proszę bardzo, dla poprawy krążenia, ale więcej, niech cię pan Bóg broni - powiada.
A ja czułem tę przeogromną potrzebę wypicia czegoś więcej. O nie, nie w kontrreakcji na wieczór autorski. Nie różnił się on od dziesiątków innych. Nie różnił się niczym negatywnym. Przywykłem do tych samych pytań zadawanych każdorazowo na podobnych spotkaniach i te same sformułowania kreśliłem niebieskim atramentem obok sygnatury podpisu przy dedykacjach.
Na zakończenie kilka rozmów natury bardziej osobistej z najwytrwalszymi słuchaczami i później spacerkiem przez miasteczko zasypane śniegiem do restauracji, spacerkiem, dodajmy, w samotności.
Delektuję się ostatnimi kęsami golonki i zamawiam tym razem setkę żubrówki z trawką. Czuję nadmierne ciepło w sobie i spoglądając na zegarek, zastanawiam się ile jeszcze takich setek zostało mi do autobusu, który zawiezie mnie na kolejowy dworzec.
Do knajpy wchodzą teraz trzej panowie i pani; wychodzi rodzinka oraz te dwie starsze panie z końca sali. Najbliżej mi do tej samotnej kobiety. Niestety zajmuje stolik pogrążony w cieniu i jej nie rozpoznaję, widzę jedynie, że siedzi przy pustej już filiżance kawy, wyjęła notatnik, w którym kreśli jakieś słowa. W chwili, gdy zamawiam piątą sektę, prosząc też o rachunek, kobieta wychodzi. Niebezpiecznie zakręciło mi się w głowie. Łykam trunek na dwa razy. Przymykam oczy. Otwieram je akurat w chwili, gdy podchodzi do mnie kelner z rachunkiem i jeszcze z czymś….
- Proszę pana - słyszę słowa kelnera - ta pani, która wyszła przed paroma minutami, prosiła, abym to panu przekazał.
Podaje mi starannie na pół złożoną kartkę. Najpierw płacę. Potem otwieram kartkę. Czytam:
„Myślę, że mnie nie poznałeś. Cóż, lata zrobiły swoje. Ty też się zmieniłeś, chociaż w zachowaniu, w gestach, w oczach… rozpoznałam cię. Gdybyś życzył sobie mnie odwiedzić, choćby dzisiaj… zapraszam. Wiesz, gdzie mieszkam. Czekam… zawsze czekałam, Magda”.
Przynieście mi kubeł zimnej wody i wylejcie na mą głowę, pijacką dzisiejszego wieczoru, bezmyślną, nieodpowiedzialną, szaloną. Chwytam się za nią, zakleszczam na niej palce, wyciskam z niej pot, wskrzeszam wspomnienia. Dlaczego o niej nie pomyślałem? Wiedziałem, że ona, jako jedna z niewielu, wypełniła obietnicę pozostania w miasteczku, gdy wielu innych, w tym ja… przepadło, ulotniło się, poszło z dymem.
Magdo, przyjaciółko moja, której uśmiech tak niedoceniany… i nagle przed szklącymi się oczami stoi moja zmarła matka, stoi młoda, frasobliwa i mówi do mnie:
- Synu, czy ty zwróciłeś uwagę na tę drugą dziewczynę, na Magdę? Czy zaobserwowałeś jej spojrzenie? Czy widziałeś, jak na ciebie patrzy? Synu, ja wszystko widziałam….
Biorę do ręki walizkę, chowam liścik w wewnętrznej kieszeni zimowego palta i na miękkich nogach podchodzę do kontuaru, za którym stoi kelner.
- Czy mógłby pan zamówić dla mnie taksówkę?.
Dzwoni. Biała renówka podjeżdża po dziesięciu minutach. Wsiadam i podaję adres. Odjeżdżam.
Taksówkarz jest uprzejmy do tego stopnia, że pomaga mi wysiąść z auta i taszczy za mną moja walizkę. Naciska nawet właściwy przycisk domofonu, podczas gdy ja mruczę coś, że przejechaliśmy jedną przecznicę dalej. Skąd on wie, że powinien akurat wcisnąć czternastkę? 
Domofon nie odpowiada, lecz szofer nie odjeżdża. Proponuje, abym wrócił do taksówki.
- Jej nie ma w domu - mówi do mnie, spoglądając w górę. - Światło się  nie pali.
Częstuje mnie papierosem. Zaciągam się. Czuje teraz jak moje miękkie nogi kamienieją. Trwam przy wejściu aż do przygaszenia papierosa i wtedy… wtedy ktoś dotyka mojego ramienia, dziękuje za mnie kierowcy, otwiera kluczem drzwi do klatki schodowej, wpycha do środka, a kiedy prowadzi mnie po schodach, kiedy wspinam się po nich jak taternik po skałkach, ostrożnie, z pokorą, nie potrafię wypowiedzieć żadnego słowa, nie mówię nic, jedynie słyszę za sobą oddech, słyszę:
- Jesteś, jesteś nareszcie… jeszcze kilka schodków, postaraj się.
Docieram w końcu do drzwi. Otwiera je i zapala w przedpokoju światło.
- Magda? Ja… ja bardzo cię przepraszam… nie powinienem tyle pić - jakimś sposobem udało mi się wydrzeć płucom swój głos.
- Nie mów tyle… już dobrze… już.
Pochylam się, zzuwam buty i opadam na kolana. Dalibóg, ja klęczę przed Magdą, klęczę przed nią, kajam się.
- Połóż się, zrobię ci herbaty - słyszę.

[zakończenie w innym miejscu kawiarenki]

[12-18.12.2016, Cadauiac pod Bordeaux, Gennevilliers pod Paryżem, Hamburg]

JAK BYŁO NAPRAWDĘ? - opowiadanie w pięciu odsłonach. ODSŁONA 4.

Wiosna przychodziła i zawracała z wielką nieśmiałością, aby pod koniec kwietnia zauroczyć wysypem fiołków i stokrotek w parku, zazielenić na dobre ramiona drzew i wreszcie otworzyć wrota słonecznym promieniom oraz przygnać do miasteczka ciepłą, atlantycką bryzę. 
I podobnie jak wczesna jesień, także i wiosna wybierała się z nami na spacery, czasami z Magdą, która dochowywała wciąż wierności postanowieniu bycia samą na tym świecie, choć przecież tak być nie musiało, gdyż jej uroda miała bardzo wiele do powiedzenia.
Jednakowoż nasze wiosenne spacery odbywały się co najwyżej dwa razy w tygodniu, bo już z nastaniem lutego szanowne grono profesorskie postawiło na zajęcia dodatkowe, urozmaicające monotonię pobierania nauk w systemie klasowo-lekcyjnym. Mówiło się ponoć w miejskiej pralni, w maglu, u fryzjerów i w kolejkach, że to potworzenie w naszej uczelni rozmaitych zajęć, kółek i mniej lub bardziej sformalizowanych organizacji miało być receptą tak na szerzącą wśród młodzieży prowincjonalna nudę, jak i też przyczynkiem do zapobieżenia właściwym dla niepoważnego wieku szkolniaków pomysłów rodem z samego piekła.
Uprawiano tedy sporty wszelakie, szlifowano języki obce, zajmowano się redakcją i powielaniem gazetki młodzieżowej, tańczono i śpiewano ludowo i pop-artystycznie, dokształcano się w poszczególnych przedmiotach nadobowiązkowo.
Ja na ten przykład wstąpiłem do reaktywowanego kółka języka łacińskiego, zostawałem na zajęciach z literatury oraz uczestniczyłem, dodajmy - z przyjemnością,  w spotkaniach MKD.
(Upraszam o cierpliwość, drogi czytelniku. Za chwilę wyjaśnię, czym było owo stworzenie pisane wielkimi literami.)
Ewa wybrała z kolei kółko biologiczno-chemiczne, wyśpiewywała sopranem w uczelnianym chórze oraz za moją namową wstąpiła do MKD.
Magda - wybitny talent matematyczny, zasiliła szeregi spadkobierców Pitagorasa, podśpiewywała altem w chórze oraz za moją namową została członkinią MKD.
Otóż pomysł powstania MKD, czyli Młodzieżowego Klubu Dyskusyjnego zaistniał w mózgowiu żaków naszej słynnej uczelni, tudzież pobrał tę ideę z szlachetnych umysłów dwóch polonistek, bibliotekarki, starszego pana - emeryta od klasycznej łaciny oraz młodego profesora prowadzącego na co dzień lekcje muzyki i sztuki (byłyż takie przedmioty w naszej akademii).
Początkowo MKD miał być powiązany ściśle z oglądaniem produkcji filmowych plus dyskusjami na ich temat, lecz wkrótce przekształcił się w swoisty Hyde Park czy Agorę, gdzie poczynały się debaty na tematy wzięte tyleż z życia, jak i też z szeroko rozumianej kultury. Zajmowano się tedy Fellinim, Bunuelem, Bergmanem, Menzlem, Antonionim i Wajdą. ale też czytano i omawiano Gombrowicza, Bułhakowa, Różewicza, Camusa, Dostojewskiego i Stachurę, oglądano przezrocza z obrazami Boscha, Breugla, Gauguina, Van Gogha i Malczewskiego, słuchano Bacha, Vivaldiego, Mozarta, Brahmsa i Szopena. Co odważniejsi pisywali wiersze i opowiadania, i trwały zaciekłe dyskusje na tematy współczesne, częstokroć podsuwane studentom przez profesorskie ciała.
Mam tego świadomość, drogi czytelniku, że pewnie nie po twojej myśli zlazłem na pobocze romansowych ścieżek, ale sam przyznać musisz, że nie samą miłością człowiek się karmi, a przynajmniej nie żyło się nią jedynie dawnymi, opisywanymi w tej anegdocie, czasy.
Bo proszę sobie wyobrazić, że w tych młodych, nieopierzonych głowach, gromadziły się Judymy i Siłaczki, Macbety i Balladyny, Raskolnikowie i Antygony; projektowały się szklane domy i puszczano w obieg obietnice, że po skończonych studiach obowiązkiem będzie powrócić do miasteczka, w którym wyrośli i upiększyć je pozyskaną w wielkim świecie wiedzą.
O tak, nie dopuścimy do tego, aby Z. się zestarzało, zmarniało, przeminęło z wiatrem. Będziemy walczyć w nim i w ogóle o sprawiedliwość; zmierzymy się z podłością, nikczemnością i obłudą. Postanawiamy kochać swój kraj miłością mądrą i odpowiedzialną. Żądając większych swobód godzimy się na odpowiedzialność za nasze czyny i słowa.
A cóż to za czasy, w których odzywały się się hasła mickiewiczowskiej ody!
Chcesz to wierz, nie chcesz - nie wierz, drogi czytelniku, ale takie oto myśli kwitły jak pąki czerwonych róż na ugorze naszej zapalnej naiwności.
Od tego czasu także i te tematy, zgoła nie romansowo-miłosne, zajmowały czas podczas naszych spacerów po kasztanowej alei, po parku, i dalej u wód stałych, i nad rzeką. Ileśmy się wtedy z Ewą i Magdą o te materie wykłócali! Ileż to słów wziętych prosto z lektur i akademickich dyskusji towarzyszyło wtedy naszym romantycznym westchnieniom!
I nadszedł taki dzień, mocno wiosenny, majowy, kwitły kasztany, a ja z Ewą na mostku łączącym dwa płaskie brzegi niewielkiej rzeczki wydobywam nagle z torby szkolnej, na pół zwiniętą kartę… czytam:

Pół roku temu
ukłuła mnie róża
zabolało
ale nie tak
jak boli dotknięcie kolców
poczułem tę rozkosz głębiej
pod torsem
po lewej stronie
z dnia na dzień
stałem się  księciem - księżycem
dla którego zapłonęła gwiazda
pojaśniałem odbitym światłem
i usychałem z tęsknoty za różą
której płatki
opadały powoli powoli
robiąc miejsce dla owocu
spłodzonego pewnej nocy
gdy posnął cały świat
aby pokłonić się
zbliżeniu naszej miłości.

- Ale ja nie jestem jeszcze do tego przygotowana - powiedziała Ewa. - Nie jestem.
- Ale do tego już tak….
Objąłem ją (…)

[dokończenie odsłony 4. w innym miejscu kawiarenki]

[12-18.12.2016, Cadauiac pod Bordeaux, Gennevilliers pod Paryżem, Hamburg]