Edward Stachura

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym słusznym i zbawiennym jest
żeby człowiek w życiu onym sprawiedliwym był i godnym

11 lutego 2016

MAŁY WIELKI RYCERZ TEATRU

22 lutego miną 24 lata od śmierci Tadeusza Łomnickiego. Aż nie chce się wierzyć, że przeszło juz tyle długich lat. 
To trochę jest tak, że pamięć o znanych, wybitnych aktorach trwa dłużej i wiąże się to z faktem, że albo w kinie, ale najczęściej w telewizji wciąż są obecni w przypominanych filmach, serialach, spektaklach telewizyjnych. Od paru ładnych lat wspomniani aktorzy istnieją życiem internetowym i właśnie uprawiając sztukę poszukiwania wydarzeń kulturalnych w formie ruchomych obrazów czy też audio, napotkałem na trzyczęściowy wywiad z Tadeuszem Łomnickim, wywiad emitowany w roku jego śmierci przez kanał "Kultura". Przyznam szczerze, że wtedy w 1992 roku nie ogladałem tego wywiadu i nie przypominam sobie, czy kiedykolwiek był on powtarzany, a jeżeli miało to miejsce, to również nie byłem obecny podczas jego emisji.
A zatem bardzo pięknie się stało, że w cyfrowej, internetowej wersji mogłem spędzić ponad trzy godziny prawdziwej uczty obcowania z człowiekiem, którego uznaję za (wiem, wiem, że wielka sztuka i jej twórcy to nie plebiscyt) największego aktora powojennych czasów w Polsce, a rzekłym więcej - aktora genialnego, na miarę Laurenca Oliviera ( a może kolejność winna być odwrotna).
W tym długim, niezwykle inetersującym, biograficznym wywiadzie, oprócz tego, że padają w nim niesłychanie ważne, pełne profesjonalizmu, autentyzmu i entuzjazmu słowa, przypominane są niektóre, zwłaszcza teatralne role wielkiego aktora. I to one zaświadczaja o tym, że Tadeusz Łomnicki wielkim aktorem i wielkim człowiekiem był... był i jest, przynajmniej w mojej pamięci.
Szczerze zachęcam do obejrzenia i wysłuchania pana Tadeusza opowieści. Zamieszczam pierwszą część wywiadu. Dwie pozostałe łatwo odnaleźć w kanale You Tube.


[11.02.2016, Dobrzelin] 

ROZMOWA W PŁONĄCEJ MGLE

Mogła to być sobota albo niedziela, albo też inny do tych dwu niepodobny dzień, ale musiało się to stać wcześnie, o poranku, który porankiem jeszcze nie był, bo chociaż biel panowała nad światem, to nie była to jeszcze jasność. Nagle coś w tym jeszcze nie dniu przydarzyło się, coś rozwarło i zatrzepotało purpurowymi skrzydłami. Wstało to coś, jakiś krwisty krąg, do horyzontu przytulony i wtem postał pożar, chciwy, niespożyty i głodny, pożerający w okamgnieniu tę rozpostartą nad światem całym mgłę, co była jak te białe, uchwycone w locie suknie tancerek Degasa. Krąg słoneczny unosił się, żółkniał i coraz to mniejszym się stawał, a kiedy wtoczył się ponad palczaste kikuty drzew broniących dostępu do niewysokich wzgórz po wschodniej stronie widnokręgu nie dość, że nie przygasał, to jeszcze ciepłotę swoja wzmagał, a te baletnic tiule, jedwabie i szyfony unosiły się ogniskami dymów w przestworza, lubo też opadały na traw nieśmiałą zieleń, nasycając ją powodzią miliardów kropli rozlanego mleka.
W takiej właśnie chwili, w tej przemianie nocy w dzień, co światła się domagał, po ciżemkowskich łąkach przechadzali się Piotr z Joanną, co ze zwierzyńcem swoim przylgnęli do tego miejsca przed rokiem; przechadzał się z nimi radca Krach z inżynierem Bekiem za towarzystwo mając Wołodię, który tak jak w sen zapadał szybko, tak prędko się z niego wyzwalał.
A ileż do powiedzenia sobie mieli!
- Zanim dostaniemy się do głębi ziemi, wydostając z niej gorące źródła - rozmyślał głośno Piotr - weterynarz - moglibyśmy tę rzeczkę ująć w karby, tamując jej przedwiosenne wody i uczynić w ten sposób jeziorko, w którym…
- … w którym moglibyśmy pławić konie - dopowiedziała Joanna.
- … które, gdyby połączyć z pobliskim stawem, mogłoby się stać miejscem nie byle jakich połowów - dorzucił pan radca.
- … które mogłoby się stać miejscem, wokół którego zbieraliby się wczasowicze - dodał pan inżynier.
- Ja użie eta wiżu - rozmarzył się Wołodia.
- Tak, tak, proszę koleżeństwa - odezwał się pan radca ponownie. - Zanim, w co wierzyć nie przestaję, wybudujemy tutaj uzdrowiskową lecznicę, zanim źródło wytryśnie, powinniśmy już dzisiaj przygotować okolicę do tego, co ją czeka. Jak pan widzi ten sam początek, inżynierze?
Temu wystarczyło dwa razy przyjrzeć się tej podłużnej niecce wzdłuż rzeki położonej, która w czasie gwałtownych opadów napełniała się wód nadmiarem, wystarczyło technicznym okiem rzucić i mózgiem nieprzeciętnym wymierzyć, a potem wypowiedzieć się gładko i sensownie.
- Należałoby postawić nie tak bardzo kunsztownie wyszukaną tamę. Ta wody powstrzyma i w tej dolince je zgromadzi, a kiedy napełni ją, kiedy naturalnie połączy się ze stawem, można wtedy jej nadmiar oddawać wstrzymanemu nurtowi rzeki. Korzyścią dodatkowa będzie to, że obrzeża miasteczka dzięki temu przedsięwzięciu nie zaznają już przykrych w skutkach podtopień.
- To znaczy - mówił Piotr - że nie potrzebne są tak duże nakłady, których się bałem?
- Na moje oko ten teren tak naturalnie jest położony, że nie ma potrzeby ingerować w naturę ciężkim sprzętem - uspokajał inżynier Bek. - Oczywiście należy dokonać odpowiednich pomiarów, aby postawić tamę ani za niską ani za wysoką, aby woda nie rozlała się na łąki, na których państwo młodzi gospodarują.
- Musimy jednak wiedzieć o tym, że tereny po tamtej stronie powstałego w ten sposób akwenu należeć będą do leśnictwa; te po naszej stronie do was, młodzi przyjaciele i do ciebie, Włodzimierzu. Wypadałoby więc zapoznać z tym przedsięwzięciem pana leśniczego. Myślę, że się zgodzi, bo to także szansa i dla niego, ale co z tym fantem zrobi, to już jego sprawa - powiedział pan radca.
- Myślę, że toń wodna przybliży się do granicy pomiędzy ziemią leśnictwa, choć jej nie przekroczy - zauważył z kolei pan inżynier - a to dobrze, bo gdyby pan leśniczy miał jakieś od swoich zwierzchników zastrzeżenia, to ważne, aby ta inwestycja dotyczyła jednak jedynie prywatnej państwa własności - tu spojrzał na Wołodię i młodą parę. - A ten teren do wykupienie pod odwierty i późniejsze sanatorium to gdzie się znajduje? zapytał.
- Po naszej stronie, przyjacielu - uspokoił pana inżyniera radca Krach. - Spójrz tam, to, co do wykupienia położone jest po tej stronie rzeczki, za leśnym domkiem, gdzie te nieużytkowane pola i ta garść starego drzewostanu, który nie przylega bezpośrednio do lasu, a jest szerszym w tamtym miejscu nurtem rzeki oddzielona.
- A zatem, drodzy państwo, ja nie widzę przeszkód w konstruowaniu sztucznego zbiornika - powiedział inżynier Bek.
- Cieszę się bardzo - wyrzekł Piotr. - Kiedyśmy tę posiadłość kupowali - kontynuował - dowiedziałem się, że ta niska cena jaką zapłaciliśmy, wynikała stąd, że był to właśnie teren zalewowy. 
- Otóż to - poparł Piotra pan radca. - Ja, kupując tę sąsiednią posiadłość z leśnym domkiem, choć znajduje się ona nieco powyżej waszego gospodarstwa, również skorzystałem z tego, że te tereny położone na południowym brzegu rzeczki wykazane zostały w planach przestrzennych gminy za zalewowe… więc my je przepięknie zalejemy - roześmiał się radca Krach.
I poszli na herbatkę do Piotra i Joanny.
A mgła tymczasem spłonęła doszczętnie w radosnym słońcu poranka.

[11.02.2016, Dobrzelin]

10 lutego 2016

NOWY ZACNY GOŚĆ KAWIARENKI

Ksiądz Stanisław Kącki już po pierwszym z doktorem Koteńko odwiedzeniu kawiarenki zdecydował o całodziennym stołowaniu się właśnie tutaj.
- Dziecko - mówił do Marii, uzgadniając szczegóły wiktu - gdzie mnie się na stare lata przyzwyczajać do gotowania. Toż to ja zawsze gosposię na plebanii miałem, a nawet teraz, kiedym do rodzinnego gniazda wrócił, to, wstyd się przyznać, mateczka moja, choć na zdrowiu podupadła bardzo, oj bardzo, póki sił jej starczyło, gotowała dla mnie… a potem - ksiądz westchnął cicho - potem byle co jadłem. Przywykłem do tego, ale w końcu skoro Pan Bóg daje mi jeszcze pożyć, nie mogę nie uszanować swojego ciała… a wy karmicie na medal. A słyszałem, słyszałem… serwujecie posiłki dla najbiedniejszych… Pan Bóg was za to pobłogosławi, więc jeśli dałoby się i mnie pod takie posiłki podciągnąć, będę rad i zobowiązany, z tym że oczywiście zapłacę.
- To już załatwione. Otwieramy o ósmej a o dziesiątej wieczorem kończymy pracę - poinformowała Maria. - To teraz, bo piękną wiosna i latem, bawimy się do północy.
- Bawicie się, powiadasz. Mnie tu pani Szydełko i doktor Koteńko opowiadają, że wcale piękna ta zabawa, a właściwie praca, nie zabawa, do tego pożyteczna bardzo. A ksiądz proboszcz zachodzi?
Widać było solidne zmieszanie na twarzy Marii, która lepiej by było, gdyby tego pytania nie usłyszała.
- Nie zagląda do nas, jedynie dwie siostry rodzone zakonne przychodzą i bawią się… to znaczy pracują z nami.
- Rodzone siostry zakonne?
- Tak, proszę księdza, bo też one są rodzonymi siostrami. Jeden rok wieku ich dzieli… no i obie na zakonnice poszły. Bardzo, bardzo szlachetne panie. Udzielają się, a kiedy tylko je poproszę o dopilnowanie małej Róży, to nigdy mi jeszcze nie odmówiły.
- Córeczkę masz? - zachwycił się ksiądz Kącki - wieleż ma lat?
- Półtora roku. Żywe sreberko, mówię księdzu. A jak tatuś ją kocha.
- Mówisz, dziecko, o panu Adamie - dopytywał się ksiądz.
- A jakże, o moim mężu.
Tu Maria zamilkła, nie będąc pewna, czy to wypada nieznajomemu, choć to duchowna osoba, rozpowiadać o sobie, lecz tak jakoś ją naszło, taką dziwną sympatię poczuła do tych patrzących się na nią wyrozumiale oczu, że zabrnęła dalej. 
- Z dzieckiem mnie wziął. Ślub wzięliśmy.
- Porządnie, bardzo porządnie uczynił. Nijakich kazań nie zamierzam tu prawić i pewnie to, co powiem, jak stary przypalony dowcip będzie, ale powiedzieć muszę: dla dziecka to bardzo ważna rzecz mieć matkę i ojca w kupie. A mateczka pani? Rodzice?
- Ojciec nie żyje od lat sześciu a matka… - głos Marii załamał się znacznie. Przypuszczała, że tak będzie. Sama zdecydowała się przecież na tę osobistą rozmowę - matka w ośrodku dla obłąkanych, w miasteczku. Jej świat jest tak bardzo inny. Tam ma najlepszą opiekę. Odwiedzam ją… nie poznaje, to przykre…
- Przykre…. Niezbadane są wyroki Jego. Widocznie taką jaka jest, Pan Bóg ją kocha. To nie na nasz ludzki rozum. A za przypomnienie, przepraszam, bo widzę, dziecko, że wzruszenie zwilżyło twoje źrenice.
- Już przywykłam, proszę księdza, choć każde przypomnienie boli. Ale co robić? Życia nie zatrzymasz. Tak bym chciała księdzu pokazać naszą małą, ale śpi teraz. Może kiedy indziej - ożywiła się. - Nie raz jeszcze będziemy się widywać.
- Nie raz, dziecko, nie raz. A teraz - ksiądz Stanisław pełen był zapału - teraz powiedz mi moja droga, w czym ja mogę wam wszystkim pomóc, w tym przedsięwzięciu, o którym tyle dobrego mi opowiadali?
W tej chwili oboje usłyszeli dźwięczny głos kucharki, która oznajmiała, że obiadek dla księdza gotów. Tedy Maria pomknęła do kuchennych świętości i powróciła z niej z tacą, na której w jednym, głębokim talerzyku puszczał aromat rosołek, a na drugim pyszniła się surówka z rozmaitych warzyw. Mięsko wołowe, gotowane, z rosołu, w sosie chrzanowym z ziemniaczkami czekało, aż miły gość upora się z pierwszym daniem.
- A w tej sprawie, proszę księdza, najlepiej rozmawiać z moim mężem albo z panem radcą Krachem - powiedziała stawiając przed księdzem Stanisławem rosołem i surówkę.
- Jakiż zacny zapach - zachwycił się ksiądz. - Gdzież ich spotkam?
- Obaj, wraz z inżynierem Bekiem wybrali się w podróż po miasteczku. Jak zwykle w interesach. Ale wrócą niebawem.
- A zaczekam, moja droga, zaczekam na nich.
I zabrał się ksiądz Stanisław za wołowy rosołek, co wiadomo, że w dni chłodne i słotne zawsze siły dodaje, i umysł na najwłaściwsze ścieżki kieruje. Jadł ten rosołek ksiądz Stanisław i nie mógł sobie z jedną myślą poradzić: czemu ksiądz proboszcz do kawiarenki nie zagląda? Obraził się, czy co? A siostry zakonne mogą? Już ja tam proboszczowi powiem co o tym myślę.
A kiedy kończył drugie danie, tak jak Maria powiedziała, panowie przyjaciele do kawiarenki powrócili: rozradowany radca Krach, uśmiechnięty Adam - kawiarenki gospodarz przedni i nieco zaskoczony inżynier Bek. 
Cała ta nieświęta trójca wkrótce do kończącego obiad dobrodzieja się przysiadła, aby z nowym gościem kawiarenki zamienić słów parę. 

[04.02.2016, Vern-sur-Seiche we Francji]

09 lutego 2016

KSIĘŻYC, SOWA i KSIĄŻKA NA DOBRANOC [fragment „Prowincji”]

- A dlaczego on cały czas idzie z nami? - zapytał.
- To chyba lepiej, że nam towarzyszy, prawda? Oświetla nam drogę.
Szli szybko, aby nie czuć przenikliwego zimna, jakie od popołudnia przywiewał północny wiatr. Przymrozek już chwycił i podłużne kałuże rozpościerające się to tu to tam wzdłuż kamienistej drogi pokrywały szkliste tafle skuwanej mrozem wody. Całe szczęście, pomyślała, a może pomyśleli oboje, że wiatr późnym wieczorem ucichł, bo wtedy musieliby przyspieszyć kroku, aby się rozgrzać. W ogóle to zapanowała cisza i słychać było tylko pod podeszwami chrzęszczenie zastygłego błota lub chrupanie cienkiego lodu, jaki pojawił się na nierównych płytach chodnikowych. Księżyc spoglądał na nich z wysoka, srebrzysty, z taką obwódką wokół swojej twarzy jaką mają święci na obrazach w kościele, no i towarzyszył im w tej spóźnionej przechadzce do domu.
- A czy to prawda, że na księżycu żyją ludzie? - zapytał. Był na etapie zadawania pytań.
- Chyba nie - odparła. - Tam nie ma powietrza i człowiek nie miałby czym oddychać.
- A Twardowski?
- To legenda, bajka kochanie. W bajce wszystko jest możliwe.
- Mamusiu, bo mnie się wydaje, że ten księżyc to ma twarz całkiem podobną do ludzkich twarzy. No, zobacz mamo - przystanęli a chłopczyk utkwił wzrok w okrągłej srebrzystej tarczy tego, co im towarzyszy w drodze. - Spójrz, tam ma oczy, nos, policzki, jakieś zmarszczki. Znacznie lepiej to wszystko widać, kiedy wstaje taki ogromny, rudy i jest całkiem blisko, tuż nad drzewami. Lubię go właśnie takim… potem kiedy - zawahał się - kiedy się starzeje, robi się mniejszy i mniejszy, jak piłka.
Ścisnęła mocniej jego lewą dłoń i ruszyli dalej.
- Włóż drugą rękę do kieszeni, bo ci zmarznie. Powinieneś pamiętać o rękawiczkach. Mam nadzieję, że zostawiłeś je u mnie w pracy, a nie zgubiłeś ich.
- Na pewno zostawiłem je na krześle, na którym siedziałem. Nie zginą?
- Nie zginą. Pani sprzątaczka z pewnością położy je na wieszaku. Będzie wiedziała, że są twoje. U mnie w pracy nikt nie ma takich małych rączek. Nie jest ci zimno?
- Nie. Myślę o tym księżycu.
- Wiesz. Kiedy księżyc, jak to mówisz, starzeje się, robi się mniejszy. To całkiem podobnie jak z ludźmi. Z wiekiem kurczą się, garbią. Dziadek powiedziałby, że się wdeptują.
- To ja kiedy się postarzeję, będę niższy niż teraz?
- Nic podobnego. Ty musisz najpierw dorosnąć. Musisz uróść i dopiero za bardzo, bardzo dużo lat skurczysz się tak jak ja.
- Ale ty, mamusiu, nie jesteś jeszcze stara.
- To prawda, nie jestem stara, ale niedługo będę.
Znów przystanęli. Malec wyrwał się matce z ręki, aby przejść się po skutej lodem kałuży. Lód uginał się jak plastelina, gdy ją lekko pocisnąć palcami. Matka pozwoliła mu na ten moment niesubordynacji i kiedy przemierzał taflę świeżego, jeszcze niedostatecznie twardego ludu, przytrzymywała go za ramię.
- Szkoda, że nie jesteśmy drzewami - powiedział nagle, kiedy z powrotem matka chwyciła go za rękę i przymusiła do dalszej drogi.
- Dlaczego? - zapytała.
- Bo drzewa tylko rosną… rosną.
Szli dalej. Przeszli przez tory kolejowe i znaleźli się w parku. Tu było ciemniej niż na otwartej przestrzeni pomiędzy miasteczkiem a osadą. Wysokie drzewa, dęby, lipy i klony przesłaniały srebrzysty blask bijący od księżyca. Matka nie lubiła tędy chodzić wieczorami, choć przesadnie nie bała się ciemności. W tym starym parku, który otaczał ze wszystkich stron dworek, pełniący dziś funkcję siedziby gminnej rady narodowej, gnieździły się sowy i akurat idąc główną alejką, usłyszeli ich pohukiwania. Malec nie przestraszył się tych przytłumionych, gardłowych skowytów-pogwizdów. Możliwe dlatego, że szedł za rękę z matką, a może z tego powodu, że pamiętał radę ojca: „Pamiętaj chłopcze, jeśli już masz się kogoś bać, to bój się człowieka, nie zwierzęcia.”
- Mamusiu, będziesz jeszcze miała bilans? - zapytał, kiedy wyszli już z parku i przed nimi świeciła jasno dziesiątkiem żarówek „choinka” - tak nazywali dwa sąsiadujące z sobą, wysokie piece do palenia wapna w cukrowni.
- Nie, kochanie. Dzisiaj miałam ostatni dzień bilansu. Wiesz, kochanie, zmieniam niedługo pracę. Będę pracowała w biurze cukrowni.
- Tam gdzie tata?
- Tak, tylko w biurze. Cieszysz się?
- Bardzo… ale, mamusiu, czy to oznacza, że nie będziemy już wracać z miasta o tej porze?
- Dlaczego nie? Będziemy od czasu do czasu jeździć do miasta autobusem, do babci, a jak nie będzie zimno i nie będzie padało, przejdziemy się tak jak dzisiaj.
Chłopiec był bardzo zadowolony. Im bardziej zbliżali się do domu stojącego za stawami, tym mniej myślał o księżycu, a kiedy doszli do stawu, w którym prawie nigdy nie zamarzała woda, dojrzał parę łabędzi, które umyśliły sobie spędzić tutaj zimę. Z prawej kieszeni kurtki wysupłał przepołowione ciastko, które przezornie wziął od babci. Wziął rozmach i rzucił dwie połówki ciastka w miejsce, gdzie pływały łabędzie. Zobaczył jak ptaki lokalizują długimi dziobami zdobycz. Matka z uśmiechem spojrzała na syna.
Tato poszedł do cukrowni na nocną zmianę. W domu oprócz nich zostali jeszcze babcia z dziadkiem ze strony ojca. Po kolacji, późniejszej niż zwykle, matka wsunęła się pod kołdrę, a za nią malec. Matka przywykła do czytania przed snem. Nie inaczej było i tym razem. Czytała w pozycji półsiedzącej, trzymając w otwartych dłoniach książkę. Chłopiec wsunął się pod jej ramię i zerkał na drukowany tekst. Co jakiś czas matka przewracała kartki.
- Mamusiu, możesz trochę wolniej….
Uśmiechnęła się do niego z pobłażaniem. Wiedziała, że syn lubi towarzyszyć jej podczas czytania.
- A czy ty rozumiesz to, co czytasz? - zapytała.
- Pewnie, że rozumiem - odparł z dumą.
Od tej chwili matka obracała kartki wolniej. Czekała na znak dany jej przez syna. Było to takie „uhm”, taki odgłos przypominający pohukiwanie sowy.

[04.02.2016, Vern-sur-Seiche we Francji]

INNY WYMIAR

Czytając „Telefrenię” Redlińskiego, tego od „Konopielki” i „Awansu” wiem, dlaczego tak niewiele mówiono o tej książce, w której autor w niezwykle oryginalny sposób rozlicza się z cywilizacją obrazkową, pustą, bezduszną i piekielnie uzależniającą. „Telefrenia jest powieścią i „na poważnie” i groteską o uzależnieniu od mediów, ale też dotyka, co tymże mediom podobać się nie ma prawa, dotyka problemu, który dzisiaj nazwalibyśmy polityczną poprawnością. Jest w niej bowiem także nutka całkiem na serio potraktowanego żalu za minionym światem, który wcale nie był tak bezlitośnie głupszy od tego, w którym autorowi przychodzi spędzać lata jesieni życia.
W „Telefrenii” odnajduję jednak również coś innego - to filozoficzna refleksja odnosząca się do przemijania czasu i względności przestrzeni, a jest to fragment, jak sądzę, w sam raz do zacytowania.
„A ta myślosfera, gdzie jest? Wtedy powiedziałeś, że otacza Ziemię jak atmosfera.
To było tylko takie porównanie, sprostowałem. Ona działa w innym wymiarze. Nielokalnie. Natychmiastowo. Z nieograniczoną prędkością.
Ty: Szybciej od światła? To niemożliwe!
Ja: Możliwe. Błysk światła leci ze Słońca pięćset sekund. A myślą mogę być na Słońcu natychmiast.
Ty: Jak to się dzieje?
Wziąłem kartkę A-4. Narysowałem przekątną pod linijkę.
Wyobraź sobie wiruska, że idzie z rogu kartki do rogu. Ma do przebycia trzydzieści sześć i pół centymetra. Wirusek jest mały - mierzy ze sto nanometrów. Dla niego 365 milimetrów to tak jak dla nas 4 tysiące kilometrów.
Powiedzmy.
Narysowałem drugą przekątną - ale linia falistą, zawijaną: 
A teraz wirusek idzie tą drogą. Wydaje ona mu się prosta tak samo, jak nam Ziemia wydaje się płaska. Ile kilometrów przejdzie?
Ty, pop namyśle: trzy razy, dziesięć razy tyle. Zależy, ile tych zawijasów.
Podałem mu kartkę i poprosiłem, żeby ją zgniótł. W kulkę. Mocniej. Jeszcze mocniej.
Zgniotłem, powiedziałeś. I co?
Ja cierpliwie, po korepetytorsku:
Właśnie wprowadziłeś wiruska w wyższy wymiar. Przedtem kartka była dwuwymiarowa. Płaska. Teraz jest trójwymiarowa. Co się stało z drogą? Jak daleko teraz od rogu do rogu kartki? Średnica tej kulki, na moje oko, wynosi około trzech centymetrów. Zastanów się.
Ty: Nie wiem. Zależy, jak się te rogi ułożyły. Może są blisko siebie.
Ja: W najgorszym razie są nie dalej niż trzy centymetry. tak?
Ty: Rozumiem.
Ja: A gdybyś zgniótł tę kartkę maszyną - do średnicy jednego milimetra?
Ty: Wtedy byłyby nie dalej niż jeden milimetr.
Ja: Wirusek, który dreptałby cierpliwie, naiwnie, po linii, wciąż miałby do pokonania 365 milimetrów. Ale inny wirusek, który potrafiłby przenikać na wskroś przez papier - miałby do przebycia nie więcej niż jeden milimetr. Nadążasz?
Ty: Tak. Rozumiem.
Ja: A gdyby ścisnąć kulkę bardziej, do rozmiarów - punktu? Jak daleko byłoby wtedy z rogu do rogu?
Ty: Zero.
Ja: Brawo, magistrze. Piątka. Aha, umówmy się, że ten kierunek - ściskanie przestrzeni ku punktowi - nazywamy czwartym wymiarem przestrzeni.. Czyli ścisnąwszy tę kulkę do rozmiarów punktu, wprowadziłeś wiruska do czwartego wymiaru. Odległości są tu zerowe albo: prawie zerowe. Dlatego oddziaływanie znajdujących się w nim wirusków jest natychmiastowe. Tak właśnie porozumiewają się z sobą w czwartym wymiarze - elektrony wszechświata”
I dalej…
„Ile czasu idzi się od rogu do rogu?
Ty: Właśnie. Ile?
Ja: Zero.
Ty: Czyli nie ma tam czasu?
Ja: Nie ma.
Ty: Jak to „nie ma”?
Ja: Bezczasowość. W katechizmach nazywają to wieczność. Wiekuistość.
Ty: Czyli w tej myślosferze okres między mną i, powiedzmy, Chrystusem wynosi zero?
Ja: Zero.
Ty, rozglądając się po moim pokoju: Czyli -- On jest -- tu?
Ja: Tak. W tym specjalnym wymiarze nie ma przecież odległości ni przestrzennej, ni czasowej.”

[04.02.2016, Carvin we Francji]

PRZYMUSOWY POSTÓJ

W Paryżu przyszło mi pozostać do wtorku. Renówka ma awarię układu hamulcowego, a zatem dzwonie do assistance. Przyjeżdżają na tyle późno, że w poniedziałek, w autoryzowanym serwisie Renault Pantin autka mi nie naprawią. Firma ubezpieczeniowa wysyła więc po mnie taksówkę, a wcześniej zamawia pokój w hotelu. Trochę to trwa, ale w końcu po 18-tej melduję się w hotelu, w którym teoretycznie mogę przebywać przez okres trzech nocy. Liczę jednak na to, że we wtorek ruszę w dalszą drogę.
Hotelik należy do sieci małych apartamentowców i zwie się Appart’s City. Znajduje się gdzieś w okolicach Pont Vincente, bliżej jednak Pont Pantin. Hotelik niezły z dostępen do Wi-Fi, z telewizorem, kompleksem kuchennym i łazienką.
Po obejrzeniu jakiegoś filmu na Arte o strzelaninie w liceum (modny temat i na czasie), po kąpieli, kładę się grzecznie spać przed północą. Śpię spokojnie i długo w wygodnym łóżku i rezygnuję z porannego śniadania, po prostu nie chce mi się włazić z łóżka. Jem własne śniadanko, popijam kawą i przed jedenastą opuszczam pokój. Najpierw proszę recepcjonistkę, aby zadzwoniła do serwisu i zapytała, jak tam z moim autkiem. Dowiaduję się, że w serwisie nic nie wiedzą o mojej renówce, więc dzwonię do Polski na assistance. Mają dać znać, co się dzieje. Nie dają.
Nie dzwonię już w sprawie taksówki, lecz biorę bagaż i dla zdrowia pokonuję nieco ponad dwa kilometry dzielące hotel od serwisu pieszo (zapamiętałem drogę ). 
W serwisie dowiaduje się, że:
1) autko ma czekać do naprawy do piątku,
2) w zasadzie do renówka jest sprawna, a że się kontrolka świeci, to trudno… pewnie okładziny hamulcowe się zdarły,
3) jeżeli chcę je wymienić, to bardzo proszę, wymienią za około 130 euro minimum (nie wiem, czy cena dotyczy jednego koła… pewnie taki). Oczywiście muszę zapłacić, bo podobno usługa gwarantowana przez assistance nie obejmuje hamulców.
Dzwonię do szefa i niepotrzebnie go wkurzam, bo jego zdaniem, skoro płaci ubezpieczenie, to układ hamulcowy, jako jeden z najważniejszych w aucie, winien ubezpieczeniu podlegać.
Ponieważ nie zamierzam czekać do piątku, aby mi zmienili klocki na nowe (no… może okazałoby się jeszcze co innego), odbieram autko, a spedytorowi mówię, że jestem do dyspozycji… tylko proszę o kurs  nie w góry (a szkoda, bo uwielbiam jeździć po górach).
Francja to piękny kraj i bardzo mili ludzie… tylko czasami trzeba się do ich zwyczajów przyzwyczaić.

[02.0.2016, Paryż]

CHŁOPIEC I DZIEWCZYNA

I.
Chłopiec jechał autokarem. Siedział sam w wygodnym siedzeniu. Przyklejał nos do szyby, aby móc zobaczyć jak najwięcej świata, choć ten świat za oknem przysypiał, był najpierw szary, potem granatowy i wreszcie czarny. Jedynie kiedy przejeżdżali przez miasta i miasteczka, rumiane lub srebrzyste światło ulicznych latarni, sklepowych neonów, czy też ludzkich siedzib, urągało nocnej zaćmie.
Przed nim siedziała para: dziewczyna i chłopak - oboje ze starszej klasy. Gdy jeszcze dzień nie przeistoczył się w noc ciemną i głuchą, rozmawiali. Później przestali rozmawiać. Dziewczyna siedząca przy oknie początkowo tak jak on spoglądała przez gładką, chłodną taflę szyby autokaru, aż w końcu pozwoliła swojej głowie upaść na ramię chłopaka, który przez cały czas podróży nie przymykał oczu i pozwolił dziewczęcej głowie swobodnie korzystać z oparcia, jakim było jego ramię.
Chłopiec pomyślał sobie, że to bardzo miło, kiedy jest się podporą czyjegoś snu. Zapamiętał też nagietkowy zapach włosów dziewczyny.

II.
To było wtedy, kiedy wchodzili do jaskini Raj, albo do groty Łokietka, albo do muzealnej części kopalni w Wieliczce. 
Chłopiec był zbyt nieśmiały, aby przedstawić się dziewczynie, a już broń Boże, porozmawiać z nią. Od samego początku wycieczki miał ją na oku, podobała mu się. Szczególnie podobały się mu jej włosy, ciemny blond, opadające swobodnie na ramiona. Była zgrabna, nie pamięta jak była ubrana, pewnie w dżinsowe spodnie i bluzkę z krótkim rękawem w czerwone kwiaty.
Pamięta, że znaleźli się w tłumie. Cała grupa szła wąską ścieżką. Pamięta, że było to podziemie. Wątłe światło nie pozwalało na odczytanie rysów twarzy. Każdy w tym półcieniu był anonimowy. Przedostał się jak najbliżej dziewczyny i uczynił to, czego zapragnął. W wielkiej skrytości dotknął jej pleców tuż obok miejsca, w którym znajdowała się sprzączka od biustonosza. To był tylko jeden niewinny dotyk. Dziewczyna obejrzała się, lecz w takiej ciżbie nie zdołała rozszyfrować, czyja dłoń pocisnęła jej wiotkie a jednocześnie miękkie ciało. A może wyjaśniła sobie, że ten dotyk był niczym innym jak przypadkowym dotknięciem czyichś rąk torujących sobie drogę… ?

III.
Właściwie dziewczyny były dwie, serdeczne przyjaciółki, starsze od niego o dwa lata, przy czym jedną z nich tylko znał, z wczasów we Władysławowie. Grali w siatkówkę i po jednym z odbić tej pierwszej dziewczynie niewyobrażalnie spuchł kciuk. Próbował go „nastawić”, nie pomogło i dziewczyna do końca turnusu chodziła z obandażowaną lewą dłonią.
W Świeradowie, na koloniach zimowych zainteresował się tą drugą. Nie znał jej jeszcze. Starsza. Półtora roku przed maturą, a już się do niej przygotowywała. Obie wzięły z sobą na turnus podręczniki i było wiadomo, że nie skorzystają z wszystkich kolonijnych atrakcji, bo w głowie mają maturę i przyszłe studia medyczne. Ta pierwsza zresztą jest dzisiaj lekarką.
Obie, jako najstarsze w grupie zastały umieszczone w pokoju na najwyższym piętrze schroniska. Można powiedzieć, że były w ten sposób odizolowane od reszty grupy. Już pierwszej nocy zaszedł do nich. Zaprosiły go na karty. Czort jeden wie, w co grali i o czym rozmawiali. Dość powiedzieć, że gra i rozmowa przeciągnęły się długo po północy.  Chłopiec spoglądał cały czas na tę nieznajomą dziewczynę, a takie spoglądanie musiało oznaczać jedno - podobała mu się ta krótkowłosa szatynka z miłym uśmiechem i wielkimi oczami w kolorze kasztanów. 
O pierwszej w nocy wpadł wychowawca - jego szkolny i kolonijny wychowawca.
- Szukaliśmy cię wszędzie. Nie rób nam tego. To ostatnie miejsce, w którym przyszło nam do głowy zastać ciebie.
Wychowawca poczuł ulgę, dziewczyny przepraszały, a chłopiec był nieco speszony, bo pomyślał, że wychowawca na pewno nie przypuszczał, że tak nieśmiały chłopiec jak on, może biesiadować w towarzystwie starszych dziewczyn, które mają bardzo dobrze ułożone w głowie, są pilne i szykują się do zdawania egzaminów na medycynę.

IV.
Chłopiec nie wyobrażał sobie sobotniego popołudnia bez możliwości zaglądnięcia w jej okno. Przemierzał tych kilka kilometrów tylko po to, aby ją zobaczyć w oknie, z koleżankami na spacerze, w drodze do szkoły, byle gdzie, aby tylko móc nasycić swój wzrok jej wyglądem, jej sylwetką, dziewczęcą, niezbyt wielką, wręcz skromną, nie pasującą do atrakcyjnej, modnej postaci kobiet pojawiających się w kolorowych czasopismach śledzących najnowsze trendy światowej mody. Być może właśnie dlatego, na przekór obowiązującej modzie, zauroczony był właśnie jej wyglądem, który tak bardzo harmonizował, jak mu się wydawało, z niezwykle głębokim wnętrzem, jakie reprezentowała sobą dziewczyna z jego snów i marzeń. Być może, myślał po latach, była to jedyna osoba, którą bez pamięci pokochał?

V.
Kiedy otrzymał pierwszy od niej list był zaskoczony. Wydawało mu się, że jedynie chłopcy mogą pisać takie listy, kryjąc się jednocześnie za kotarą anonimowości. Tak… on byłby w stanie  napisać taki list, ale dziewczyna? Już w tym pierwszym liście od niej można było rozpoznać uczucie, jakim go darzy, uczucie nieodwzajemnione, lecz gorące i szczere, chociaż nie wyrażone wprost. W drugim liście zamieściła swoje zdjęcie. Patrzył na nie i… o zgrozo, nie przypominał sobie tej twarzy… nie znał jej, zgubiła się pośród dziesiątek innych. Natężył pamięć i próbował sobie przypomnieć… bezskutecznie. W jego pamięci ta, która skreśliła do niego te piękne i tajemnicze słowa, nie istniała. Dlaczego był aż tak ślepy, że nie zdołał jej zauważyć, nie potrafił wydobyć jej spośród innych? Czyżby tak jak on nie zauważał nadawczyni listu, tak mógł być niezauważony przez inną dziewczynę, w której się podkochiwał? Oto wielka niesprawiedliwość świata, galimatias uczuć…  Czy w ogóle możliwym jest niezauważanie czyjegoś uczucia? Żyjesz sobie i funkcjonujesz tuż obok osoby, która darzy cię czymś, co wykracza poza utarte schematy przelotnej znajomości i nie dostrzegasz w jej spojrzeniu czegoś więcej.  Jak bardzo trzeba być okrutnym, aby nie dostrzec czyichś uczuć…
Potem było spotkanie… prozaiczne… przy kiosku z gazetami. Chłopiec poznawał - nie poznawał jej, ale nie podszedł do niej, nie porozmawiał, może to nie ona, myślał… ta jego totalna, nie dająca się objąć w karby nieśmiałość zaważyła… i w końcu przestała do niego pisać, słusznie podejrzewając, że ją lekceważy… a przecież nie lekceważył jej… panicznie bał się… uczucia? Bóg jeden wie czego się obawiał. Najpewniej pomimo zdania egzaminu maturalnego, nie zdał egzaminu dojrzałości.
A dzisiaj, po tylu latach, dawny chłopiec chciałby się stać po raz pierwszy mężczyzną, chciałby odnaleźć nadawczynie tych listów i powiedzieć jej „przepraszam”, choć to niewiele zmieni, choć może jedynie doprowadzi do tego, że ciężki kamień spadnie mu z serca…ale chyba musi, po prostu musi ukłonić się uczuciu, którym może nie wzgardził, lecz nie był w stanie zapanować, bo w nie nie wierzył???
Dawny chłopiec doskonale wie, że nie zawróci biegu rzeki życia, nie zamierza też przypominaniem siebie niszczyć rzeczywistości, w jakiej porusza się osoba, która adorowała go i tak bardzo się na nim zawiodła. Dawny chłopiec a dzisiejszy mężczyzna wie jednak, że powinien… musi ją przeprosić.

[03.02.2016, Bourg des Comptes we Francji]

08 lutego 2016

PRZYTUL

- Przytul się.
- Teraz nie.
- Nie? Dlaczego?
- Zapukam do jego pokoju.
- Sam nie zejdzie?
- On lubi, jak się puka do jego drzwi.
- Dlaczego?
- Jest sam. Nie ma tutaj znajomych. Po prostu lubi, jak wchodzę do niego i przypominam mu o posiłku. Patrzy na mnie długo. Uśmiecha się do mnie.
- A jak będę zazdrosny?
- To starszy pan… ale możesz. Możesz być zazdrosny.
- Jesteś okrutna. Nie przytulisz się?
- Nie. Mówiłam ci. Idę do niego na górę.
- Możesz się przytulić, a potem iść do niego.
- Nie mogę, bo on pozna.
- Jak to pozna?
- A tak. Przytulę się do ciebie, a potem będziesz chciał czegoś więcej. Wiem, że pozna.
- Nie będę chciał niczego więcej.
- Nie kłam. Ty zawsze chcesz czegoś więcej.
- Bo cię kocham.
- Ja też cię kocham, ale nie tutaj.
- Ja kocham cię wszędzie.
- Nie powinieneś mnie kochać w miejscu, gdzie pracuję.
- Miłość nie ma granic.
- Gdzie to wyczytałeś?
- W twoich oczach. Jeżeli mnie kochasz…
- Wiesz o tym. Ile razy mam ci powtarzać, że teraz nie mogę, bo idę do niego, a on zobaczy, że mam zaczerwienione policzki i nabrzmiałe od pocałunków wargi.
- Powiedziałem ci, że chcę tylko tego, abyś się do mnie przytuliła.
- Nie kłam. Pocałujesz mnie.
- Tylko jeden raz i bardzo delikatnie.
- No widzisz, jaka z tobą rozmowa? A on to zobaczy na mojej twarzy i będzie mu przykro.
- Dlaczego miałoby mu być przykro?
- To starszy pan.
- Myślisz, że zrobi mu się przykro z tego powodu, że to nie on a ja cię pocałuję?
- Właśnie tak myślę.
- Sądzisz, że jest o mnie zazdrosny?
- Nie o to chodzi. On ma swój wiek i powinien unikać wzruszeń.
- Czy chcesz przez to powiedzieć, że podobasz mu się… że jest tobą zafascynowany?
- Tego nie wykluczam. W każdym bądź razie patrzy na mnie w taki sposób, jakby żałował, że nie jest młodszy.
- A gdyby tak on chciał się do ciebie przytulić?
- Przestań!
- No, załóżmy… gdyby chciał… pozwoliłabyś mu na to?
- Nie wiem.
- Nie wiesz?
- Nie dręcz mnie. Już powiedziałam. Nie wiem tego.
- Mógłby być twoim dziadkiem.
- Mógłby.
- Nie jesteś ciekawa, w jaki sposób chciałby cię przytulić, gdyby miał taki zamiar?
- Jestem tego ciekawa, ale wcale to nie oznacza, że tak się stanie.
- Nie pozwolisz mu?
- On się chyba na to nie zdecyduje. Co najwyżej pocałuje mnie w dłoń?
- Całował cię po rękach?
- Powiedziałam, że pocałuje mnie w dłoń. To co innego niż całowanie po rękach.
- Robił to?
- Tak.
- Szarmancko?
- Trudno mi to określić, ale było to przyjemne.
- Od tego się wszystko zaczyna.
- Przestań!
- Nie kokietuj. Przecież dobrze wiesz o tym, że podobasz się mężczyznom, także w starszym wieku. To chyba nic strasznego?
- Oczywiście, że mam tego świadomość. Ale to bardzo dobrze wychowany pan i na pewno nie posunąłby się o krok za daleko.
- A gdyby, przyjmijmy taką wersję, złamałby swoje dżentelmeńskie zasady?
- Do czego zmierzasz?
- Gdyby chciał się do ciebie przytulić, pocałować cię… a może nawet liczyć na coś więcej?
- Jesteś wstrętny.
- To tylko teoretyczne rozważania.
- W takim razie, jeżeli rozmawiamy teoretycznie, to powiem ci, że ten pan pomimo swego wieku, wcale nie wygląda na takiego, który nie chciałby być jeszcze z kobietą.
- Jesteś szczera.
- Szczera do bólu, bo mnie zadręczasz pytaniami, rozważaniami, gdy tymczasem zbliża się pora śniadania, a starszy pan na mnie czeka.

- A co ty tutaj robisz, dziecko?
- Idę, siostrzyczko do pana Stanisława. Jak zwykle informuję go o zbliżającym się posiłku.
- To ty, dziecko… nic jeszcze nie wiesz? Nie powiedziano ci? Hm… Pan Stanisław odszedł od nas tej nocy. Odszedł we śnie, bez bólu, dyskretnie. Wszyscy pensjonariusze spali w najlepsze, kiedyśmy go znosili do kaplicy.
- Siostro Henryko… to niemożliwe?
- Dziecko… ja wiem, że byłaś do tego pana przywiązana bardzo. A jak cię wychwalał! Przypominałaś mu córkę, kiedy była taka młoda jak ty. Ale na śmierć, dziecko, jeszcze nikt nie wynalazł lekarstwa. I z tą śmiercią musimy się pogodzić.

- Teraz ty mnie przytul. Przytul mocno.

[31.01.2016, Paryż]

PARYŻ

Po raz nie wiadomo już który jestem w Paryżu. Tym razem na cały weekend. Oczywiście nie ma czasu na zwiedzanie, zresztą, nie ma ku temu pogody: wiatr na przemian z ulewami i mżawką. Cóż zrobić - mamy zimę.
Do Paryża zjeżdżam z przepięknej Bretanii, z półwyspu Bretońskiego - krainy łąk, pastwisk, lasów i koni.
Wcześniej z Melle w Belgii biorę jakieś paczki ciuchów do Les Fougerets właśnie w Bretanii. Mniej więcej na setnym kilometrze od granicy we Francji policja zatrzymuje mnie do kontroli. Szukają albo niebezpiecznych migrantów, albo niekoniecznie świątecznych bombek. Policjant gramoli się po spiętych kartonach i wyrywkowo rozcina niektóre z nich. Na szczęście nie przewoziłem ładunku trotylopodobnego, więc dano mi spokój i w dokumentach przewozowych odnotowano, że autko poddane zostało kontroli. To ważne, bo nigdzie nie praktykuje się otwierania zawartości paczek przez kierowców i mógłbym mieć spore przez to kłopoty na rozładunku.
Szczęśliwie dojeżdżam do celu podróży, choć przed Rennes czeka mnie objazd (w drodze powrotnej, do Paryża będzie podobnie) z powodu blokady autostrady przez rolników. Rolnicy protestują we Francji głównie z powodu niskich cen skupu mięsa wołowego, które napotyka silną konkurencję z importu. Tym razem na autostradzie płonęły opony. Sam tego nie widziałem, ale jeden „nietoperz”, gdy go spotkałem na parkingu pokazywał mi uroczy film z tego zdarzenia.
Zatem zjawiam się w tym Les Fougerets  nieco później niż przewidywałem. Strajki odebrały mi dobrą godzinę snu, ale nic to, mówię. Na miejscu cisza przecudna, ciemność, bezwietrzność, delikatny przymrozek, ale nade wszystko gwiazdy jakich w mieście byle jakim się nie zobaczy.
Po porannym rozładunku jadę do jeszcze głębszej prowincji, nazywającej się Scaer. Ku zaskoczeniu załadowany będę dziesięcioma świerkowymi choinkami. Żartuję nawet, że szykują się chyba kolejne święta.
Jadę więc z tymi drzewkami wprost do Paryża, a konkretnie do takiego uroczego miejsca - Parc Floral de Paris. Domyślam się, że droga zaprowadzi mnie w miejsce mniej ludne - jakiś park, jakiś ogród botaniczny, coś w tym rodzaju.
Mam pewien dylemat, z którym mierzą się zapewne wszyscy kierowcy ciężarówek podążający do Paryża: jechać bezpośrednio do celu, czy też zatrzymać się gdzieś na autostradzie, jakieś 60-80 kilometrów przed celem.  Powód jest prosty: w stolicy Francji znalezienie porządnego parkingu graniczy z cudem. A jednak ryzykuję, „Parc” w adresie sugeruje, że może jednak znajdzie się miejsce dla mojej renówki. I miałem rację. Podjeżdżam pod prywatna posiadłość, która charakteryzuje się tym, że, jak się później okaże, odbywają się na niej liczne wystawy i ekspozycje, a choinki (pozbawione korzeni) będą elementem dekoracji takiego właśnie wydarzenia.
Przesypiam zatem noc przed wjazdem do posiadłości a już przed dziewiątą rano dnia następnego jestem rozładowany. Odjeżdżam nie daleko. Jakieś 200 metrów od Parc Floral de Paris znajduje się obszerne rondo, wokół którego są miejsca do parkowania. Wprawdzie są one przeznaczone dla osobówek, ale ryzykuję. Zakazu nie ma, a zatem żaden Francuz mnie stamtąd nie wygoni.
Wokoło rozciąga się teren parkowy. Spotykam miłośników kolarstwa, bieganie, szybkich spacerów z kijkami; są też tacy, którzy podążają wytyczonymi ścieżkami konno.
Późne popołudnie przesypiam i budzę się po 22-iej. I proszę, kolejna niespodzianka. W sąsiedztwie Parc Floral de Paris znajduje się olbrzymia sala widowiskowo-taneczna. To tam właśnie wczesną nocą zmierzają tysiące (nie przesadzam), tysiące ludzi w wieku przedprodukcyjnym. Ćwierć Paryża zawzięło się i pomimo deszczu przyszło i przyjechało na dyskotekę, która, o zgrozo, skończyła się dnia następnego przed siódmą rano. No i noc z głowy… nie z powodu muzyki, ale tych ciągnących tłumów, ocierających się niemal o moje autko. Rzecz jasna w Polsce w takiej sytuacji miałbym się na baczności, bo taka masa ludzi idzie na imprezę lub z niej wraca podchmielona i w bardzo wojowniczych nastrojach. Tutaj w Paryżu, choć uważać trzeba, nic podobnego nie miało miejsca, żadnej agresji, pijaństwa, nic z niebezpiecznych klimatów. Przeżyłem ten najazd młodych Paryżan i Paryżanek w spokoju i bezpiecznie, aczkolwiek po raz kolejny przestawił mi się biologiczny zegar czasu.

Jeden z bloków na osiedlu w Pantin

Conservatoire National Superieuue de Musique et de Dans de Paris

Przy Avenue Jean Jaures

Autostradą przez Paryż

[31.01.2016, Paryż]

07 lutego 2016

GRIEG, VIVALDI i RAVEL NOMINOWANI

Jak zwykle w podróży po Europie towarzyszyła mi muzyka. Tym razem moje słuchanie zdominowała rozgłośnia France Musique, mając do zaproponowania całą gamę konpozycji, nie tylko zresztą muzyki klasycznej. Pora zatem dokonać niezwykle trudnego wyboru przeboju podróży. 
Oczywiście z ogromnym przymrużeniem oka należy tę rywalizację, albowiem slagon mówiący o tym, że sztuki wszelkie, a więc i muzyka to kwestia gustu jak najbardziej pasuje do tego, co w kawiarence mam do przekazania.
Pierwszy utwór najmniej znany; także jego kompozytor w zestawieniu z Bachem, Mozartem czy choćby Bhramsem wydaje się być mniej medialnym. Tym twórcą jest norweski kompozytor Edvard Grieg, którego dwie suity "Peer Gynt" napisane jako podkład muzyczny do dramatu Ibsena pod tym samym tytułem zagrane są u mnie przez hiszpańską orkiestrę symfoniczna radia i telewizji. Trudno ukryć, że trzecia i czwarta część suity nr jeden zdają się być szczególnie interesujące. Charakteryzują się niezwykłym dynamizmem i siłą ekspresji.


Drugim wyborem jest genialne dzieło Antonio Vivaldiego, a mianowicie koncert skrzypcowy nr 4 f-mol, wchodzący w skład większej, czteroczęściowej kompozycji, doskonale znanej pod mianem "Cztery pory roku". W kawiarence część solowa grana jest przez znakomitego polskiego skrzypka Henryka Szerynga. W warstwie muzycznej "Zima" w tonacji molowej urzeka nastrojem, obrazowością, delikatnością i precyzyjnym prowadzeniem głównego motywu utworu oraz genialnym przenikaniem się poszczególnych części kompozycji. Vivaldi już niemal na dwieście lat przed nastaniem impresjonizmu w muzyce zdołał zaczarować wyobraźnię słuchacza wrażeniem o ponadmuzycznym pięknie świata.


Trzecia nominacja to "Bolero" Maurice'a Ravela w wykonaniu Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej pod dyrekcją niezwykle ekspresywnego Walerego Giergiewa. Ten niezwykły utwór pomyślany początkowo jako "podkład" to widowiska baletowego charakteryzuje się coraz to intensywniej potęgującą się amplitudą dźwięku powtarzającego się tematu, odtwarzanego przez poszczególne instrumenty, przy czym, po solowym "odegraniu" przez dany instrument dominującego motywu, instrument ten przejmuję rolę akompaniatora. Z każdą powtarzającą sie frazą narasta dynamizm, aż do finału, w którym brzmią dooniosłym chórem wszystkie instrumenty.


[07.02.2016, Dobrzelin]

SZWECJA

W porównaniu z Hiszpania Szwecja to kraj z innego świata, pomijając nawet te pogodowe dysproporcje. Byłem do nich przygotowany, do minusowej temperatury, do tego, że drogi, choć jakościowo świetne, niekoniecznie do końca będą odśnieżone, zwłaszcza na północy.
Uderzająca różnicą na korzyść Szwecji jest krajobraz. Jeśli kto lubi rodzime Mazury, to tam, na północ od Bałtyku napotka takie właśnie powiększone, majestatyczne Mazury - kraj jezior większych i małych, krainę wspaniałych, w niektórych miejscach nieco dziewiczych lasów. Przeważają lasy iglaste; świerków najwięcej, ale są też i brzozy, a pokażcie mi takiego, co tych ślicznych naszych braci i sióstr nie lubi, jeśli, rzecz jasna, w leśnym krajobrazie ma upodobanie. 
Jedzie się przez tą Szwecję jedzie, na północ, wzdłuż bałtyckiego wybrzeża, wzdłuż zatoki, coraz wyżej na północ autostradami lub krajówkami, które prowadzą raz jednym pasem, raz dwoma, a ten prawy zwykle odśnieżony lub dokładniej: wyjeżdżony przez auta. Z tym lewym, służącym do wyprzedzania jest już gorzej - śliskość pośniegowa i trzeba uważać. Szwedzi przyzwyczaili się do takich dróg, jeżdżą szybko lecz bezpiecznie. 
Przy drogach prócz lasów i jezior rozsiedliły się niewielkie wioski i sioła. Domki urocze, drewniane lub drewnopodobne, w szwedzkim stylu; ściany w kolorze ciemnego brązu przechodzącego w mahoń. Mógłbym nazwać ten kolor szwedzkim brązem. Ciekawostką jest to, że framugi okien i wykończenia ścian i spadzistych dachów są zwykle w kolorze białym, a jeśli weźmie się pod uwagę porę roku, w której zalegający na dachach śnieg biel tę powiększa, nierzadko taki domek wygląda jak wyjęty z obrazkowej książeczki dla dzieci. Inną ciekawostka jest to, że niemal we wszystkich szwedzkich domach w jednym przynajmniej oknie, ściślej, za oknem, pozostawia się zapalone światło. Konia z rzędem temu, kto pomógłby mi rozwikłać tę zagadkę - skąd się wziął pomysł na takie oświetlenie domu. Gdyby taki zwyczaj panował w Polsce, pewnie to zaokienne światełko mogłoby być wskazówka dla męża, który nie wrócił na noc i w stanie nieważkości do domu by nie trafił. Problem w tym, że tych światełek we wsi wiele i mogłoby się tak wydarzyć, że przemęczony nocną biesiadą pan domu zawitałby do mieszkanka sąsiadki.
W Szwecji na nadmiar słońca nie narzekałem, mróz zaledwie do minus trzynastu, była mżawka, mgła, deszcz ulewny, śnieżek, wiatr potężny i śnieżyca - co kto lubi. Światła mało, bo to północ kontynentu. Miłą niespodzianką były niewielkie acz ogrzewane i z ciepłą wodą toalety na parkingach.
Do spotykanych Szwedów zastrzeżeń nie mam żadnych, wręcz przeciwnie - obsługa w firmach rzeczowa, w dodatku w języku angielskim, a więc dało się rozmawiać.
Rad byłbym tu wrócić dnia pewnego, może przyszłym kursem, może w lecie… na los szczęścia Baltazarze.

Zdjęcie:
Kościół przy drodze

Zdjęcie:
Renóweczka na parkingu

Zdjęcie:
Piękne zimowe południe na północy

Zdjęcie:
Zamarznięte jezioro

[31.01.2016, Paryż]

PRZEZ HISZPANIĘ

Tym razem „robię” szerokości geograficzne od Degonzo de Arriba pod Madrytem aż po Hudiksvall w Szwecji, a jak ma się okazać, przejadę jeszcze ponad 300 kilometrów dalej na północ Szwecji, do Umea nad Zatoką Botnicką.
Hiszpania zdobywana od strony San Sebastian, w miejscu, gdzie niskie jeszcze Pireneje sąsiadują z oceanem, przemierzana w stronę Saragossy aż po Madryt, z okien renówki nie wygląda imponująco. Wprawdzie gdy odwróci się w tył głowę widać przepięknie bielące się i błyszczące w słońcu, odległe szczyty Pirenejów, które wieńczą cały północny horyzont, to przez większość trasy napotykam na szorstki, niemal pustynny, wyludniony krajobraz, pozbawiony niemal w zupełności drzew, brunatny i szary. Zima czyni swoje i w Hiszpanii. Temperatura ledwo przekracza zero stopni, gdyż droga wije się na wysokości 500 - 800 metrów nad poziomem morza, a na takiej wyżynie jest zawsze chłodniej.
Widoki za oknami znacznie uboższe od tych, które podziwiałem we Francji, jadąc przez Owernię w stronę Limoges i dalej przez Bordeaux aż po granicę z Hiszpania i ocean. W Bordeaux odnotowuję najwyższą temperaturę - jest plus dziewięć stopni, a już pod samym Madrytem, także w nocy, termometr pokazuje minus dwa stopnie.
Niestety nie mam ani czasu ani sposobności na to, aby przyjrzeć się Hiszpanii „od wewnątrz”. Mijam niewiele miasteczek a w drodze powrotnej wprawdzie przejeżdżam przez Madryt, ale widok tego  wielkiego miasta widzianego zza szyb auta to jednak nie to samo, co obserwacja tegoż z perspektywy piechura.
Spod Madrytu wracam nieco inna, bardziej interesująca drogą przez sławny wąwóz Somosierra. Czeka mnie Neuland w Niemczech, a mam do przejechania prawie 1800 kilometrów. Dystans ten pokonuję jadąc non stop w 22 godziny. To niezły wynik.
A w Niemczech prawdziwa zima.  

Zdjęcie:
Byczek Fernando przy trasie

Zdjęcie:
To także Hiszpania


[24.01.2016, Hudiksvall w Szwecji]