Edward Stachura

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym słusznym i zbawiennym jest
żeby człowiek w życiu onym sprawiedliwym był i godnym

05 maja 2016

POCZĄTEK NOWYCH PRZYGÓD SZWEJKA

Cieszmy się i bądźmy dumni z tego, że kategorię A dostałem, co ni mniej, ni więcej oznacza, że mogę mięskiem armatnim być.
Ale zanim przyszło "coś" do "czegoś" to pracowałem, jak najbardziej fizycznie w fabryce przy produkcji wojskowej. Takie tam części do silników, nie do bombek, wyrabiałem, a tu w tak zwanym międzyczasie rozpoczęła się w kraju rewolucja. Przyhamowano ją, to prawda, lecz jednocześnie przypomniano sobie o tej mojej kategorii nie do odrzucenia.
Pojawiam się tedy, szczęśliwy jak nieboskie stworzenie, na komisji. A tam przystojny pan major rzucił na mnie cennym okiem, czym przypadkiem nie jaki chuligan i czy z oczu patrzy mi niezgorzej.
- Znaczy się studiów nie ukończyłeś - prawi.
Skrucha. Kolosalna skrucha w mym wejrzeniu. Odpowiedź nie wydobywa się z gardła.
- Pracujesz "na produkcji wojskowej"? - pyta, a właściwie stwierdza, bo, co z kolei ja stwierdzam, pan major jest bardzo dobrze poinformowany. - No to pójdziesz do wojska - dodaje z uśmiechem.
No, na każdego ta kostucha z kosą prędzej czy później przyjdzie, więc i na mnie teraz kolej. Może to nawet lepiej teraz, niż później, bo jakby później, to chyba dostałbym się do jakiegoś oddziału weteranów.
Kwitek stosowny dostaję, z miejscem przeznaczenia.
- Ciesz się, bo do podoficerskiej szkoły cię kierujemy - mówi na odchodnym pan major, a ja już zeskakuję ze schodków ze szczęścia.
Bilecik do Torunia dostałem, a jakże, niezbyt daleko. Cały w skowronkach myślę już, jakim to alkoholem na kartki uczcić tę rewelacyjną nowinę, kiedy dostaję poleconą przesyłkę, w której stoi jak byk, że w Toruniu dla mnie munduru zabrakło, więc mam się stawić ponownie przed panem majorem, który lokalizację służby mi zmieni.
- Będziesz, kolego działonowym operatorem na szkółce w Bartoszycach - oznajmia mi pan major. - Niestety - tłumaczy się - tam dajemy głównie po zawodówce, ale i po policealnej ojczyzna potrzebuje.
- Dobra - mówię - przyjmuję na ciało... i nagle coś we mnie wstąpiło, jakaś zwierzęca siła... - Obywatelu majorze - mówię - w środę (powiedzmy, że to była środa) rozpoczynają się mistrzostwa świata w kopanej piłce. Upraszam więc o bilecik na czwartek, abym sobie inaugurujący mistrzostwa mecz obejrzał.
Rzecz jasna nie spodziewałem się pozytywnej odpowiedzi... a tu masz, pan major pochylił się nad moją prośbą ze zrozumieniem i obejrzałem ten mecz otwarcia mistrzostw świata.
Zatem zeskrobałem z niecnej swojej twarzy zarost (oj, nosiło się brodę wtedy, nosiło), pozostawiając pod nosem wąs, który od urodzenia miałem (no, może trochę przesadziłem) i przysposobiono mnie do drogi. Potem nastąpiło to radosne pożegnanie na dworcu kolejowym i... jazda...
Ale tylko do Olsztyna, bo dalej z przesiadką. Wagon czyściutki, pusty, piętrowy. Zszedłem sobie na dół, papieroska przypaliłem, a konduktor o psim węchu, który pewnie nie palił, wręczył mi za to zapomnienie się mandat. A jakże, zapłaciłem połowę tego, co w portfelu miałem, ale przecież w armii, myślałem sobie, za darmochę mnie pożywią i napoją, a nawet przydział popularnych dostanę, więc po cóż mi pieniądze.
Kiedym odszukał swoją jednostkę, okazało się, że tego dnia byłem jedynym poborowym. To i dobrze, bo fryzjera nie mieli na dyżurze, więc mój krewki wąs pozostał pod nosem, dodając mi tak istotnej powagi.
Zatem zachodzę do budynku i witam się z dyżurującym kapralem. Młodszy ode mnie (w sumie to gdzie mnie później w armii nie przekierowali, zawsze byłem najstarszy), powiada, żebym się nie martwił, bo idzie w wojsku wytrzymać, więc czekam na palarni, aż pojawi się dowódca kompanii, który bawił akurat w poborowymi na poligonie przy jednostce.
Mijają minuty, potem godziny i wreszcie... następuje coś, czegom mógł się spodziewać jedynie w sennych koszmarach. 
Do budynku wpada wojsko... tam wpada... wdziera się, rozbryzguje po korytarzach, pędzi na wysokości lamperii, wypełnia toaletę i łazienkę, wyskakuje z nich jak sparzone wrzątkiem kury, wreszcie staje w dwuszeregu, pręży się, wyrównuje, a towarzyszy temu radosny krzyk owego sympatycznego kaprala, krzyk ten porusza solidne ściany obiektu, trzeszczą szyby w oknach, sufit to opada, to znów unosi się w przestworza, ziemia drży, cały budynek chwieje się w posadach. Jeszcze donośne słowogrzmoty dowodcy kompanii - dwugwiazdkowego porucznika i równie potężny głos szefa kompanii, sierżana: - Można palić!
A ja jeszcze w cywilnym ubraniu, szczęśliwy, przecudnie zdumiony.
- Jaki przepiękny dom wariatów - pomyślałem sobie, podpalając papieroska.

[05.05.2016, Dobrzelin]

04 maja 2016

"DESZCZ ZMYŁ BUTÓW TWYCH ŚLAD"

Trzydzieści pięć lat minęło od śmierci Krzysztofa Klenczona, czołowej postaci polskiej muzyki bitowej, polskiego Lennona, jak o nim mówiono, współtwórcy niezapomnianych Czerwonych Gitar.
I tak to jest z ludźmi, którzy całkiem od nas nie odchodzą - od czasu do czasu do nas zaglądają, a pan Krzysztof to przychodzi ze swoją gitarą, chwyta jakiś akord i śpiewa, a w tym śpiewie to swoją duszę odkrywa w najpiekniejszej postaci.
Dla mnie, choć to maj ciepły i pachnący, śpiewa o jesieni, które spaceruje przez park.
Sam nie wiem, ile w tej wzuszającej opowieści słów Marka Gaszyńskieo, ile Bogdana Loebla. Ale najwięcej jest wzruszającego głosu Klenczona, który pewnie po drugiej stronie księżyca śpiewa jeszcze, akompaniując sobie gitarą przewieszona porzez ramię.

Jesień idzie przez park
Jesień ... Liść ostatni już spadł.
Jesień ... Deszcz zmył butów Twych ślad.
Jesień idzie ku mnie przez park.

Wczoraj minął miesiąc, jak list
Przyniósł mi listonosz, a dziś
Tylko nosi liście tu wiatr.

To, to radosny był dzień,
Gdy zapewniałaś mnie, że
Nic nie rozdzieli nas już,
Że co dzień list będziesz słać do mnie.

Jesień ... Liść ostatni już spadł.
Popatrz - plaża jak biały kwiat.
Zima idzie ku mnie przez park.

Szybko przyjdzie wiosna i żar ,
Lato, i wakacje, i park,
W którym znajdę cienie wśród drzew.

Znów szybko miną nam dni,
Znów będziesz powtarzać mi,
Że nie rozdzieli nas nic,
Że co dzień list będziesz słać do mnie.

Jesień ... Znowu czekam na list.
Jesień ... Zamiast listu mam liść.
Jesień ... Z inną idę przez park ...

Z inną idę przez park ...  

[kompozycja: Krzysztof Klenczon, słowa: Marek Gaszyński i Bogdan Loebl]


[04.05.2016, Dobrzelin]

03 maja 2016

WSZYSTKIE ZWIERZĘTA ŚWIATA

Najbardziej zapamiętałem potrawkę z kurczaka - warzywny wywar, lekka zasmażka, śmietana, sok cytryny… no i ten kurczak, najlepiej pierś, chociaż ja lubiłem najbardziej udko. Jakie dodatki? Dla mnie oczywiście drobniutko na tarce skrojone, przysmażane buraczki, ewentualnie młoda marchewka, również w polewce, tym razem z prawdziwego… powtarzam, z prawdziwego masełka.
Ale żeby ta potrawka w ogóle smakowała, to potrzebny był kurczak, kurczak „własnoręcznie” hodowany, nie jakiś tam „pędzony” na sztucznej karmie.
Dzielili się pracą. On zajmował się zwierzętami - kury, gołębie, gęsi, indyki i kaczki… że to ptaki? Prawda, ale ptaki to też zwierzęta. Dochodziły do tego króliki i ryby (ojciec dokładał do tych ostatnich swoją szczęśliwą rękę), no i warzywa (wspólna działka dla mężczyzn plus moja połowa)… a owoce? Szare, późne renety, wczesne papierówki i najsłodsze pod słońcem planety kosztele.
Ona przetwarzała to wszystko w wyśmienicie jadalne porcje. Kiedyś jeszcze, jak będę bardzo głodny, opiszę jej specjały. Niby nie pracowała, a cały boży dzień była zajęta; on z kolei, buchalter w cukrowni, ten mój dziadek od brukwi, krowich talerzy i miodu, jak on dawał sobie z tym wszystkim radę po pracy? - za Boga nie wiem. Aha… jeszcze wtedy telewizora nie było, choć było radio, któregośmy słuchali.
Cały ten „ptasiniec” mieścił się w sporym, wysokim kurniku. Od góry gołębie, niżej na grzędach kury i kurczaki, jeszcze niżej kaczki niskoloty, podobnież gęsi i indyki. I jakimś sposobem panował tam porządek - do czasu, kiedy do wspólnego koryta dołączały się co jakiś czas szczury.
Na szczury najlepszym lekarstwem była brązowa, wielorasowa, całkiem spora suczka Leda. Pamiętam taką scenę. Babcia wraca z kurnika - nakarmiła ptactwo i woła Józefa, że szczur grasuje, a dostał się pewnie z góry, od strony gołębnika. Dziadek woła Ledę. Zbiegam z nim na podwórze. Uchyla suce drzwi od kurnika. Zamyka.
- Zobaczysz, co będzie - mówi do mnie.
Po chwili słyszymy rumor przeplatany intensywnym piskiem. Ile to trwało? Niepełną minutę? Rumor i jakieś uderzenia w ścianę z cegły.
Dziadek otwiera drzwi. Leda wącha leżącego pod ścianą, zakrwawionego gryzonia. Próbuje go chwycić za grzbiet.
- Zostaw - rozkazuje dziadek. 
Leda unosi głowę i posłusznie wychodzi z kurnika.
- Dobra Leda, dobra - chwali sukę dziadek i tarmosi jej uszy.
A te wszystkie skrzydlate stworzenia to jakby makiem zasiał, milczały, aż wreszcie na sam środek kurnika wkroczył dumnym krokiem kogut, jakby to za jego przyczyną bohaterską śmiercią poległ szczur.
Z kurami, kaczkami, indyczkami a nawet z tym kogutem byłem za pan brat. Można powiedzieć, że nawet się przyjaźniliśmy. Gorzej było z gęsiami. Te potrafiły mnie przepędzić z podwórka na cztery wiatry, sycząc gwałtownie i zbliżając do moich porciąt swoje płaskie dzioby osadzone na przydługich szyjach. Już nie powiem jaki cel w porciętach obierały sobie te hałaśliwie gęgające stworzenia. Dość powiedzieć, że osiągałem wtedy całkiem niezły czas na sto metrów.
Skoro wspomniałem o suczce Ledzie (był też jej syn - Azor, mniej rozgarnięty, choć z czarnym podniebieniem, więc ostry), muszę parę słów opowiedzieć o kotach. 
O tym pierwszym, na literę „M” nie powiem wiele, albowiem los pamięci zetknął mnie z nim, kiedy przebywał na emeryturze, spędzając czas przy kuchni, śpiąc, budząc się, jedząc i znów zasypiając. Był to już staruszek - kombatant, uczestnik wojen, walk i potyczek z kotami i psami z sąsiedztwa, z których najczęściej wychodził obronnym pazurem, lecz nie bez licznych ran jakie mu zadano. 
Następcą kota na literę „M” był przystojny, dobrze zbudowany bury kot rasy środkowoeuropejskiej, od swej przepięknej maści nazywany Burasem. 
To wielce udatne stworzenie miało tę właściwość, iż najczęściej opuszczało domowe pielesze późnym wieczorem, a powracało nad ranem. Ale co to były za powroty!
Kot Buras po zadrapaniu w drzwi i ich otwarciu przez domownika, który najbliżej wejściowej klamki się znajdował, ten kot Buras przed progiem ustawiał… pora wymienić… a to myszkę, a to młodego zajączka, kuropatwę, a innym razem szpaka, wróbelka, młode gawroniątko, ryjówkę bądź też pana kreta. Zdarzało się też, że przed progiem pozostawiał jakiego karasia lub wzdręgę, a przecież nikt z domowników nie widział, aby pan kot brał z sobą ojca wędzisko; nie posiadał też, o ile mi wiadomo karty pływackiej.
Kot Buras, kiedy mu drzwi otwarto zerkał to na domowego klucznika, to znów na swą umartwioną ofiarę, po czym rozdziawiał pyszczek w szerokim, jak na kota, uśmiechu.
O, nie, kot Buras nie spożywał surowego mięsa swoich zdobyczy. Oczekiwał nagrody w postaci miseczki mleka, tudzież gotowanego lub smażonego kurczaczka…  a najlepiej lubił kotlety mielone i zrazy.
I tak właśnie to było z tymi zwierzętami, wszystkimi zwierzętami świata, świata, który zaginął.

Po lewej ta od wyśmienicie jadalnych porcji; po prawej... no cóż....

[03.05.2016, Dobrzelin]

01 maja 2016

OPOWIASTKA PIERWSZOMAJOWA

Właściwie powinien dzisiaj powstać tekst o 1-szym maja, jedynym chyba święcie oznaczonym w kalendarzu na czerwono, które nie ma konotacji religijno-narodowych i czasami dziwię się, że jeszcze tego dnia precz nie przepędzono w ramach likwidacji przeszłości. Póki co, na szczęście, na to się jeszcze nie zanosi, bo kolejnym posunięciem mogłoby być na ten przykład likwidacja wszystkiego, co się wiąże z PRL-em, od budynków i ulic, zakładów pracy (tutaj są pewne sukcesy) aż po wykształcenie i tytuły naukowe przyznawane w niesłusznych czasach, bo skoro niczego dobrego nie zrobiono w Polsce po wojnie światowej, to niby czemu do pozytywów zaliczać akurat wyższe wykształcenie, jakie ten czy ów uzyskał z brudnych rąk komunistów.
Ale postęp w likwidacji przeszłości widać. Ot, choćby w ukazie likwidującym niesłuszne nazwy istniejących jeszcze zakładów pracy czy ulic. Obecnie miłościwie nam panujący w ramach dobrej zmiany zapewne uszczęśliwią rodaków, gdyż zmiana nazwy ulicy z „Nowotki” na „Ojca Rydzyka” wymiernie wpłynie na rozwój naszej gospodarki i podniesie poziom życia obywateli.
Czekam więc z utęsknieniem na to, kiedy przyduszony do ziemi nakazem samorząd mojego rodzinnego miasteczka zmieni nazwę ulicy, przy której lat trzydzieści mieszkali moi dziadkowie z „Hanki Sawickiej” na „Poległych w zamachu pod Smoleńskiem”.
Podobno nie będzie też ulicy „Armii Ludowej” w stolicy, czy gdzieś tam jeszcze, bo przymiotnik „ludowa” podpadł obecnej władzy. Gdzieś tam w niesłusznej przeszłości uczyłem się, że  Armia Ludowa to mimo obecności tego fatalnego przymiotnika walczyła z Niemcami, więc jeśli podpadła w całości rządzącym, to może by zamienić jej nazwę na, dajmy na to, „Aleję Wehrmachtu”, ulicę „Hermanna Goeringa” albo pierwszego dowódcy tej słusznej siły zbrojnej „Wernera von Blomberga”.
Rząd ma także inne sukcesy na swoim koncie. Ostatnio udaremnił najazd na Polskę rosyjskich, motocyklowych „Nocnych Wilków”, którą tą decyzją przyczynił się do zdecydowanej poprawy bezpieczeństwa na naszych drogach, ba, udaremnił terrorystyczny zamach (zamachy!!!), bo wiadomo, że „Nocnym Wilkom” chodziło ni mniej ni więcej jak o unicestwienie państwa polskiego. I nie pomagają te ordynarne komentarze ludzi drugiego czy trzeciego sortu, że polscy motocykliści wybierający się do Rosji, aby uczcić pamięć ofiar Katynia, otrzymują od tamtejszych władz zielone światło na wjazd, co więcej, są przez zwykłych mieszkańców serdecznie witani.
Z tą Rosją to każdy kolejny rząd i obiektywne niezależne polskie media mają cały czas kłopoty. Ostatnio mnożą się przypadki niebezpiecznego przelatywania rosyjskich samolotów nad okrętami US Navy na Morzu Bałtyckim. Czy Rosjanie tego nie wiedzą, że wody bałtyckiego morza oblewają wybrzeża Stanów Zjednoczonych? Dlaczego cały czas prowokują bogu ducha winnych i jak najbardziej pokojowo nastawionych Amerykanów, którzy chcieli sobie zwyczajnie w świecie po Bałtyku popływać, a w czasie wolnym połowić flądry albo śledzie?
A te nasze niezależne media to nie mniejszy od polityków z Rosjanami problem mają. Już chyba lat dwadzieścia szukają, co by tu pozytywnego o Rosjanach napisać… o Rosji. A tu masz… niczego nie znajdują. Na żadnym poziomie. Polityka - fe, gospodarka - podobnie, kultura, sport, rodzina, obyczaje - bida nędzę pogania. Taki wielki kraj i nic… niczego dobrego, ba, niczego neutralnego nie znajdują.
Ale dajmy temu pokój. Cieszmy się z mijającego, majowego święta, póki jeszcze je mamy.

[01.05.2016, Dobrzelin]

CO SIĘ DZIEJE W SHEFFIELD

No i O'Sullivan nie będzie mistrzem świata w snookerze.  Poległ w 1/16 turnieju w Sheffield z Barrym Hawkinsem w najlepszym (do finału) meczu turnieju. Obaj panowie grali przepysznie. Ronnie, jak zwykle ofensywnie i dynamicznie, Barry natomiast do dobrych, defensywnych "odstawnych" dołączył tym razem skuteczne długi bile i niezwykłą odpowrność psychiczną. O'Sullivan nie był w stanie "dogonić" wyniku, lecz kiedy wreszcie wygrał 22. , 23. i 24. frejm, wydawało się, że Hawkins nie będzie w stanie obronić się przed porażką w ostatniej rozgrywce. Tymczasem Hawkins wspiął się na wyzyny swoich umiejętności i wytrzymał nerwowa końcówkę, eliminując z walki o tytuł wielokrotnego mistrza świata.
Nawiasem mówiąc Hawkinsowi, niezwykle sympatycznemu angielskiemu snookerzyście, można by śmiało przyznać nagrodę fair play za przyznanie się do faulu, którego nie zauważył sędzia.
Kiedy wydawało się, że ten, kto pokonał O'Sullivana musi być mistrzem świata, w ćwierćfinale Hawkins przegrywa z reprezentantem Honghongu Marco Fu i ten ostatni spotyka się w walce o finał z Markiem Selby, byłym mistrzem świata.
Na innych szczeblach turniejowej drabinki świetnie prezentuje się Chińczyk Ding Junhui, który pokonuje  świetnego Judda Trampa, gromio Marka Williamsa i wreszcie wygrywa z rewelacją turnieju, Szkotem Alanem McManusem. Mcmanus, najstarszy w stawce, w ćwierćfinale pokonał jednego z faworytów - również Szkota - Higginsa.
Kiedy pisze ten tekst znamy już jednego z finalistów. Jest nim Ding Junhui. Selby walczy z Marco Fu w przerażająco długim, defensywnym meczu na odstawne.
Niewykluczone, że w finale spotkają się dwaj Azjaci, bo Selby nie gra rewelacyjnie i widać, że się denerwuje.
Mimo wszystko stawiam na Marka Selby, ale w finale zdecydowanym faworytem będzie Ding Junhui.
No... zobaczymy.

[01.05.2016, Dobrzelin]


30 kwietnia 2016

Z DZIADKIEM PO ŚWIECIE - WOREK TRZECI

- Oprócz tego worka włóż do wózka szypę i grabie - powiedział dziadek i zakurzył papieroska wciśniętego w nieodłączną fifkę.
- Gdzie idziemy? - zapytałem.
- Zobaczysz - oświadczył tajemniczo i powolutku, krok za krokiem, udaliśmy się w stronę bezpańskich łąk położonych po zachodniej stronie stawów. Za tymi stawami torowisko oddzielało łąki od pól.
Szliśmy powoli, bo dziadka nogi musiały być starsze od niego. Oj, nachodził się po tym świecie, nachodził.
Na świecie zielono było od trawy, biało od stokrotek i żółto od mniszka.
Wreszcie doszliśmy. Dziadek chwycił szypę i z wielką starannością podbierał zasuszone krowie talerze. Wypełniał nimi worek a mnie kazał grabiami zbierać resztki. Talerzy na łące było sporo, bo też i pasły się na niej krowy z całej, sąsiedniej wioski.
Bywały takie dni, kiedy wracaliśmy jeszcze raz na tę łąkę, aby zebrać kolejny worek.
W ogrodzie pod drewnianym płotem stały wkopane głęboko w ziemię dwie kadzie: pięciuset i dwustu litrowa. To do nich wszyscy mężczyźni w rodzinie, czyli dwóch i moja połowa, wlewaliśmy wodę przyniesioną w wiadrach z pobliskiego stawu. Kadzie zawsze w trzech czwartych były wypełnione wodą.
To właśnie do tej wody wsypywaliśmy z dziadkiem krowie talerze przyniesione z łąki. Dziadek rozbijał je metalowym prętem i wszyscyśmy czekali tydzień lub dwa na to, aby krowi nawóz porządnie się rozłożył. Kiedy już ten roztwór uzyskał pożądaną gęstość, pobieraliśmy go konewkami i używaliśmy do podlewania rozsad truskawek przed kwitnięciem, sadzonek kapusty i kalafiorów, a później raczyliśmy tym napojem korzenie ogórków i pomidorów. 
Darowaliśmy sobie podlewanie, z wiadomych powodów, warzyw korzennych. Te rosły na najlepszej glebie i wystarczyła im woda ze stawu.
Mieliśmy najpiękniejsze pomidory i ogórki, bez względu na gatunek. Nie imały się choroby, a mszyce i inne niszczące rośliny paskudztwo skrapiane były wywarem ze skrzypu i pokrzywy.
A tych wycieczek na łąkę i nad staw po wodę nie brakowało.
Należało tylko uważać, aby nie pomylić worków.

 [29.04.2016, Dobrzelin]

29 kwietnia 2016

Z DZIADKIEM PO ŚWIECIE - WOREK DRUGI

Nie powiem, abym był wiernym pszczół przyjacielem; jeżeli już to ich miodu. Ani szczególnego talentu do pracy przy ulach nie miałem, ani „wrodzić” się w dziadka nie potrafiłem, który z pszczołami był po imieniu, lecz owszem, braliśmy z sobą drugi worek, wózek i wyjeżdżaliśmy na skraj horyzontu, gdzie  umierały wierzby. 
Z ich przepastnych gardzieli wydobywaliśmy siekierką próchniczą miazgę, która potem umieszczona w paszczęce „podkurzaczki” i podpalona, wzniecała pokaźny dym służący otumanianiu robotnic i trutni, co jak najbardziej przydawało się przy podbieraniu miodu pszczołom.
Dziadek w pszczelarską maskę ubrany wyjmował z uli ramki, te zaś przenosił do poruszanej siłą mięśni wirówki, korbą wprawiał w ruch to urządzenie w kształcie walca i na gładkich, metalowych ściankach bębna pojawiały się smużki ciepłego jeszcze miodu. Palce lizać, a takim miodem smarować pajdę wiejskiego chleba, do gorącego mleka dodać, gdy gardło w czerwieni.
A przecież tego wierzbowego próchna zostawało, więc można było połączyć je z glebą, przekopać ze słomą, łodygami chwastów i liśćmi.
Tymczasem w komórce na swoją kolej oczekiwał  worek trzeci.

[29.04.2016, Dobrzelin]

Z DZIADKIEM PO ŚWIECIE - WOREK PIERWSZY

Chodziło się z dziadkiem, chodziło…

Brało się brunatny worek jutowy pod pachę i szło się, szło. Worek jutowy w tej opowieści pełni rolę potrójną, a ściślej mówiąc, trzy były worki. Ten pierwszy był na brukiew.

Szliśmy z dziadkiem na plac buraczany przy cukrowni, gdzie usypywano hałdy surowca do produkcji cukru, tudzież wsypywano go wprost z furmanek i traktorowych przyczep do spławów, skąd potraktowane silnym strumieniem wody przebywały podziemną drogę do zakładu. Nie łowiliśmy jednak buraków lecz okrągłe, zielone, żółtawe bądź też fioletowe korzenie brukwi, którą w procencie liczącym się w promilach zdarzało się wypatrzeć w kilkumetrowej wysokości stertach białych, cukrowych buraków. Dziadek trzymał króliki, które surową brukwią tak się zajadały, że trzęsły porządnie uszami. Dodawał jej również do karmy przeznaczonej dla kur, gęsi, kaczek i indyków. A przecież z tą brukwią to było tak, że żywiła ludzi i to zdrowo podczas okupacji, a szczególnie ta oczyszczająca organizm zupa brukwiowa. 
Potrawy z brukwi ani teraz, ani wtedy, przed laty, nie były popularne. Być może dlatego, że nazbyt kojarzyły się z okresem powszechnej biedy, jaką przyniosła z sobą Wielka Wojna. A szkoda, bo to warzywo ma wybitne właściwości oczyszczające organizm, a mówi się też, że także antyrakowe.
Dziadek nauczył mnie wypatrywać tych elipsoidalnych kul w potężnej buraczanej masie. A kiedy taka kula znajdowała się u szczytu hałdy, trafiałem ją rzucając w nią burakiem. Brukiew, która dla produkcji cukru była zbędna, umieszczaliśmy w worku, a ten wędrował na wózek, który onegdaj mnie, niewielkiemu pacholęciu służył do podróży po świecie.

Wracaliśmy do domu uszczęśliwieni, wiedząc, że świat zwierzęcy mojego dziadka i babki będzie miał czym wypełnić żołądki.

[28.04.2016, Dobrzelin]

28 kwietnia 2016

PODPATRZONE, PODSŁUCHANE

Weźmy na ten przykład blondynki. Co te dziewczynki sobie myślą, kierując w twoją stronę znaczące spojrzenia. Ich oczy zdają się wyrażać absolutnie doskonałe zdziwienie, choć niektórzy dopatrują się w tych oczach czegoś zgoła innego. Otóż zalotne blondynki powróciły właśnie z suto zakrapianej solidnym alkoholem libacji. Powróciły i oto ich przepastne, nieco w mgle podtopione oczy roztaczają powłóczyste, nieostre spojrzenia. Założę się, że te ich oczy widzą podwójnie.
Po chwili trwania w takim stuporze odrętwienia, blondynki odwracają głowy i zaczynają poruszać szczękami, powoli, rytmicznie. Widać, że sprawia im to zasłużoną przyjemność. Ktoś powie, że przeżuwają gumę, która zapewne - tak sądzą - przywiera im do podniebienia, wypełnia policzki i ubytki w uzębieniu.
Ale cóż to za guma, której nie można przestać żuć? Czyżby nie traciła smaku?
Wreszcie blondynki kładą się na miękkim. Zwykle w promieniach wysokiego słońca, które zniechęca do spacerów, a zachęca do podejścia w stronę byle jakich krzewin, dających odrobinę cienia. Leżą zatem w półcieniu roznegliżowane, w bezustannym mieleniu ozorem, jak przystało na dobrze wychowane i towarzyskie panie.
- Wiesz, dla mnie to sama przyjemność tak leżeć, korzystając z zielonej, pozbawionej już wilgoci pościeli - mówi jedna.
- To prawda - przytakuje druga. - I jeszcze ten chłodzący ciało wiatr.
- I ta rozkosz, kiedy możesz sobie do woli poruszać szczęką - dopowiada pierwsza.
- A w takich chwilach - zauważa druga - nawet nie myślę o tym, że w końcu będę kiedyś wykorzystana i zrobią ze mną, co zechcą.
- Masz rację - mówi pierwsza - liczy się tylko tu i teraz.
- A tamten, co się nam tak przygląda. Popatrz, bezczelnie się na nas gapi.
- A niech się gapi - tłumaczy pierwsza drugiej. - Widocznie podobamy mu się - uśmiecha się i na chwilę odwraca głowę w stronę tego, kto patrzy, wysyłając mu kolejne zalotne spojrzenie.
Po chwili obie zauważają, że tamten odchodzi. Przymykają oczy, wystawiając głowy do coraz bardziej piekącego słońca.

A mnie chyba na zawsze pozostanie w pamięci ten wdzięczny obraz dwóch przesympatycznych białogłowych krówek rasy blonde d'Aquitaine prowadzących z sobą przemiłą rozmowę podczas przeżuwania soczystej kwietniowej trawy.

bydło mięsne blonde

[27.04.2016, Dobrzelin]

26 kwietnia 2016

W UROCZYM MIASTECZKU

Urocze miasteczko, ciepły deszcz, wczesne przedpołudnie. Pora dnia jest na tyle wczesna, aby w samym centrum miasteczka móc zaparkować auto. Pozostawiam je na włączonych awaryjnych, gdyż miejsce, jakie zająłem, przeznaczone jest właściwie tylko dla osobówek. 
Wyszedłem załatwić pewna sprawę.
Nieopodal kościół i, co niezwykłe, drzwi do niego otwarte. Po załatwieniu sprawy wchodzę do środka.
Ciemno. Jedynie cienkie, wysokie świeczki płoną pod dwoma bocznymi ołtarzami; jedynie przez wąskie acz wysokie okna obwiedzione solidnym kamieniem przez czyjąś gotycką, artystyczna rękę, wpuszczają do świątyni pochmurne promienie deszczowego dnia.
Siadam w prawej nawie blisko głównego ołtarza. Mija czas.
- No, wreszcie się spotkaliśmy - odzywa się do mnie. - Nie poznajesz mnie?
- Oczywiście, że poznaję. Dobrze zapamiętałem twój głos - mówię.
Podchodzi do mnie z prawej strony, wyłaniając się zza kolumny.
- Widziałem cię, jak jechałeś - mówi, siadając przy mnie. Jest stary, ale nie zmienił się od naszego ostatniego spotkania. - Byłem ciekaw, czy zajrzysz do mnie.
- Przyjechałem na pocztę, aby wysłać list. Zobaczyłem otwarte drzwi kościoła i pomyślałem, że wejdę.
- Otwarte drzwi - powtarza po mnie - to takie ważne? - uśmiecha się. - Czy mam ci tłumaczyć, dlaczego są otwarte? 
- Sam je otworzyłeś? - zgaduję.
- Powiedzmy, że sprawiłem, aby były otwarte, aby ten, kto ma do nich klucze, otworzył je dla ciebie - patrzy na mnie kpiarskim wzrokiem.
- Cuda?
- Zaraz tam cuda. Podpowiedziałem tylko, aby otworzyła - bo to była kobieta - i zrobiła to dla mnie. Napijesz się czego?
Dlaczego nie, myślę sobie, napiłbym się herbaty albo kawy. Potwierdzam ruchem głowy.
- Herbaty ci nie zaproponuję, bo Francuzi nie mają pojęcia o przyrządzaniu dobrej herbaty, ale dobra kawa by się znalazła. W sam raz na taki pochmurny dzień.
- Z przyjemnością napiję się kawy - stwierdzam i po chwili obaj pojawiamy się przy wejściu do świątyni, gdzie znajdują się dwa połączone z sobą stoliki, na których ktoś ułożył książki, czasopisma, ulotki reklamowe, pojedyncze kartki papieru i zaadresowane koperty, zachęcające do napisania listu. Na jednym z tych stolików stoją już dwa spore kubki z kawą, a ja wcale nie jestem zdziwiony tą nagłą zmiana miejsc i tą kawą.
- Sądziłeś pewnie, że poczęstuję cię jakim naparsteczkiem tego napoju? W takich właśnie niewielkich naczynkach podają kawę w kafejkach na mieście. Patrzysz na taką filiżaneczkę i zastanawiasz się, czy ta czarna, gęstawa ciecz, wypełniająca zaledwie w jednej trzeciej porcelitowy pojemniczek, jest do wypicia, czy do powąchania, a może kocim zwyczajem, masz w niej zanurzyć język. Dziwisz się nad wielkością tej porcji napoju i w końcu z obawy, aby ci kawusia przypadkiem nie wyparowała, unosisz filiżankę, przechylasz ja i zalewasz gardło jednym łykiem. Ja ci kawy nie pożałowałem - mówiąc to, uśmiecha się serdecznie.
Rzeczywiście kawa jaką przyniósł (?), wlana jest do prawie półlitrowych kubków i lśni brunatną czernią jak lakierowane półbuty księdza. Można ją powolutku sączyć, delektując się jej i smakiem, i aromatem.
- Zanim przyszedłem do ciebie, rozmawiałeś sobie ze mną - mówi.
- A rozmawiałem - odpowiadam. - Zawsze z tobą rozmawiam. Zwłaszcza w takim miejscu jak to.
- To dobrze, że rozmawiasz. Zawsze zaczynasz od zdrowia da swoich bliskich, których znasz; potem przechodzisz do siebie. Następnie opowiadasz o życzeniach, jakie chcesz, abym spełnił.
- Nie jestem oryginalny. O to ci chodzi?
- Nie. Ja tylko przedstawiam to, jak się rzeczy mają. Zauważyłem, że lubisz rozmawiać ze mną w samotności. Sądzisz, że w tłumie nie usłyszę tego, co masz mi do powiedzenia? - pyta i zasypuje swoją kawę łyżeczka cukru, miesza i robi pierwszy łyk.
- Myślę, że i tak byś usłyszał, ale wolę być sam na sam z tobą. Nikt nam wtedy nie przeszkadza.
- To prawda. Ja też nie lubię tłumów.
- Ty nie lubisz tłumów? - kręcę z niedowierzaniem głową. - Zobacz tylko, co w kraju się wyprawia. Tam dopiero masz powodzenie. Niemal każdy cię chwali.
- Jeśli chodzi ci o statystykę, to masz rację, ale wiesz doskonale, że jakość wiary nie wynika z pochwały dla dobrych statystycznych wyników.
- Domyślałem się, że odpowiesz mi w ten sposób, ale nie mów mi, że tutaj, we Francji, jesteś zadowolony z ilości owieczek, jakie prowadzasz.
- Nie jestem zadowolony, ale wiesz, nie lubię też prowadzać za sobą baranów.
- Ostro…
- Ale szczerze. Nie myśl sobie, że tylko ludzie się zmieniają.
- Chcesz przez to powiedzieć, że i ty zmieniasz poglądy? - pytam niby z niedowierzaniem, lecz jednocześnie wyczuwam, że znam jego odpowiedź.
- Zmieniam. Nawet ja się zmieniam. Zmieniam się tak jak zmieniła się Francja. Miałeś szczęście, że zauważyłem cię jak wjeżdżasz do miasteczka i poprosiłem, aby otwarto drzwi. Ale nie mogę być wszędzie.
- Nie możesz i twoje świątynie pustoszeją - stwierdzam.
- To prawda - mówi i nagle wstaje, chwyta moją rękę i prowadzi mnie wzdłuż nawy pomiędzy dwoma rzędami ław do prezbiterium. - Nie zawsze tak było, popatrz.
Powierzchnia kamiennej posadzki świątyni nie jest równa i gładka. Widoczne gołym okiem zagłębienia w twardej strukturze skały wiele mówią o historii tego miejsca. Na te wyżłobienia zapracowały setki tysięcy stóp.
Wracamy tą samą drogą do kawy i tych naszych rozmów, podczas których każdy z nas ma wiele powiedzenia.  

23 kwietnia 2016

WSTYDZĘ SIĘ

Czy jest coś takiego w naszym życiu, co nas zawstydza? Inaczej: czego się wstydzimy? Jeszcze inaczej: czy wstydzimy się za siebie?
- „Ideały” są wolne. Przerwa. Można palić.
Być może są na naszym łez padole tacy, którzy kiedykolwiek, zawsze i wszędzie, zaprogramowani na własną nieomylność, za swojego życia święci byli i tylko przykrym zbiegiem okoliczności nie wystawiono im jeszcze pomników, aby uczcić nimi ich cnotę i nieskazitelność. Ci właśnie mają przerwę i mogą zapalić. Nie ja. Ja do nich nie należę, a do świętości mi nie po drodze.
Ja swego czasu… ja… jakże trudno to wyrazić… ja uderzyłem kobietę.
Czas na konkretyzację.
Szkoła to była. Ogólniak. Koleżanka z klasy. Jakieś śmichy-chichy. Jakieś głupawe spojrzenia. Jakaś chęć dołożenia mi słowem i … stało się, obróciłem się i w tym obrocie lewa dłoń (lewą mam mocniejszą) wyprzedziła myśli, przeistoczyła się w surowe ramię sprawiedliwości dziejowej, plasnęła, trzasnęła, walnęła, sympatyczną skądinąd koleżankę w twarz, w policzek, prawy policzek - policzek to też twarz, prawda? Uderzyła więc, górna jedynka aż wypadła przez okno, szczęka wyłamana, zmiażdżona czaszka, potylica uśmiercona, rozpłatany mózg przykleił się do sufitu… nie… no chyba troszeczkę przesadziłem.
Ale uderzyłem i wstydzę się tego.
Chociaż ona, ta bardzo ładna i sympatyczna skądinąd koleżanka tak mnie prosiła, tak mnie błagała, abym jej dołożył.
- Zrób to, proszę cię - słyszałem jej głos - bądź mężczyzną i przywal mi mocno, abym zapamiętała na całe życie, daj mi rozkosz cierpienia.
To słyszałem w tych jej chichotach, głupawych spojrzeniach, w okładaniu mnie słowami… i uderzyłem, ale wtedy, teraz i potem wstydzę się tego, że plasnąłem ją otwartą dłonią; a gdybym nawet zrobił to pięścią, to też bym się wstydził.
Wstydzę się, choć wtedy ją przeprosiłem, odnalazłem ten ząb, poskładałem jej szczękę, odtworzyłem czaszkę, przywróciłem do życia jej potylicę, zebrałem srebrną łyżeczką jej mózg z sufitu, umieściłem go tam gdzie trzeba, posklejałem wszystko, pocerowałem.
I tak się wstydzę. Chociaż ją przeprosiłem, wręcz błagałem o przyjęcie przeprosin. Wstydzę się, chociaż nastąpił między nami rozejm, zapanował pokój, który trwa do dnia dzisiejszego i nie jest zrywany przez żadną ze stron. Wstydzę się, choć może i nawet się dzisiaj lubimy, przyjaźnimy się… och, po co te wielkie słowa. Jest już dobrze. Od dawna jest dobrze. Zapomnieliśmy o tamtym wydarzeniu. Ona nie pamięta tego bólu, a ja… a ja mimo to się wstydzę, a ten obraz, w którym dłoń uprzedziła mózg, pojawia się czasami w moich snach. I boję się tego obrazu. No nie… niech ktoś nie myśli sobie, że obawiam się tego, że mi odda. Przeciwnie, pragnę tego, aby mi oddała.
- Zrób to, proszę cię - mówię do niej - pokaż, że jesteś kobietą  i przywal mi mocno, abym zapamiętał na resztę życia jakie mi pozostało, daj mi rozkosz cierpienia.
A ona, ta inteligentna, bardzo ładna i skądinąd sympatyczna kobieta reaguje na moją prośbę z uśmiechem:
- A po jaką cholerę mam to robić, skoro mnie przeprosiłeś i od tylu lat mamy rozejm, panuje między nami pokój, którego żadna ze stron nie ma nawet zamiaru zrywać, skoro się lubimy, nawet przyjaźnimy, och… po co te wielkie słowa…
A i tak się wstydzę.

[20.04.2016, Falaise we Francji]

21 kwietnia 2016

PRZEZWISKA

Różnie na siebie mówiono, oj różnie. W końcu to człowiek nadawał nazwy przedmiotom, roślinom i stworzeniom; podobno imionami ochrzcił też bogów… czemu nie miałby postąpić podobnie z człowiekiem?
Z niektórymi nazwami przychodzimy na ten świat do ponownego nazwania gotowi. Najpierw jesteśmy nazwiskami, których brzmienie nic a nic od nas nie zależy, o ile w przyszłości nie uznamy, że w jakiś sposób prastare miano przedstawia nas w nader niekorzystnym albo groteskowo-humorystycznym świetle.
W naszej kulturze istnieje też zwyczaj, aby po zamążpójściu kobieta przemianowała swoje oblicze na żeńską postać nazwiska swego ślubnego wybranka. Nie mniej jednak niektóre panie o artystycznej najczęściej aparycji, pozostają przy swoim, historią i rodzinną tradycją utrwalonym nazwisku.
Zdecydowanie więcej od nas zależy własne imię. No, może nie od nas samych, lecz tych, którzy nam je nadają (przyjdzie czas, że i my pójdziemy tym torem). Bywa, że nie zostaliśmy nazwani jednym imieniem. Czasami obdarowano nas dwoma, a po chrześcijańskim bierzmowaniu mamy prawo do wyboru trzeciego. Piszący te słowa posiada właśnie trzy imiona, z których używa to pierwsze, choć drzewiej bywało inaczej. Wytłumaczenie tego jest proste. Swoje pierwsze imię otrzymałem po ojcu Andrzeju i takie samo imię nosi brat mojej mamy. Wobec tego uradzono tak: aby przypadkiem najmłodszy Andrzej nie podebrał spod choinki wszystkich paczek od Mikołaja opatrzonych tymże imieniem, należy małego pisać i wołać z drugiego imienia jakie posiada, a mianowicie „Maciek”.
No i wytworzył się nie lada problem. O ile samo „Maciek” nie brzmi tak zabójczo, to miłośnicy dawnych disco-ludowych przebojów zapewne przypominają sobie zaśpiew: „umarł Maciej, umarł i leży na desce” (w niektórych wersjach zamiast „Macieja” jest „Maciek”, więc jeszcze gorzej). A ja, czy jako Maciek, czy Maciej na desce leżeć nie chciałem.
Jeszcze gorzej przedstawiała się sytuacja ze zdrobnieniem. No jak zawołacie małego chłopca, do którego, jako osoby dorosłej powiecie „Maciej”? A pewnie, że krzykniecie: „Maciuś”! Problem w tym, że w czasach, gdy rozstrzygało się, kim z imienia zostanę, w naszym domu wygrzewał się przy piecu przez całe noce i poranki kot rasy środkowoeuropejskiej - Maciuś. 
Każde czworonożne stworzenie, no może poza myszą i szczurem bliskie jest mojemu sercu, ale żeby przybierać jego imię?
Ten „Maciek” ciągnął się za mną przez całe lata, a bywają krainy, w których w dalszym ciągu, o zgrozo, jestem tak nazywany.
Ale ja jestem przecież Andrzej Andrzejewicz P. - tak śmiesznie, z rosyjska.
Oprócz typowych imion i nazwisk są też nazwiska przybrane (czasami wraz z imionami). Różne okoliczności o tym decydowały. Zapewne Apolonia Chałupiec miała inny powód do zmiany nazwiska na Pola Negri, a inne miał pan Aleksander Głowacki, nazywając siebie Bolesławem Prusem.
Oprócz tego ludzie nadają innym przydomki. Najczęściej odnoszą się one do osób i postaci znanych, szczególnie zasłużonych. Te dodatkowe określniki najczęściej odnoszą się do: albo cech charakteru, albo też wyglądu zewnętrznego, i tak w królu Kazimierzu zwanym Wielkiem nie dopatrujmy się imponującego wzrostu tej postaci, czego na przykład nie można powiedzieć o powodach nazwania innego polskiego króla Władysława - Łokietkiem. Na nieco innych zasadach wyróżniono Józefa Piłsudskiego mianem „dziadek” a kardynała Stefana Wyszyńskiego „prymasem tysiąclecia”.
Ale dość na tym.
Zgodnie z tematem miało być o trywialnym, pospolitym wyróżnianiu ludzi przy pomocy przezwiska (mniej wykwintne określenie przydomku).
Sięgnę zatem do swojej posiwiałej, łysiejącej pamięci. 
Kim byli moi dawni mali i nieco więksi znajomi i przyjaciele? Był „Łysy”, „Filut”, „Panienka”, „Małpa”, „Serce”, „Kanar”, „Lutek” i „Cygan”. Byli też „dwuprzezwiskowi”: „Michał” - „Gruby”, „Słoń - „Uszol”, i „Gapa” - „Gapiol”. Zaiste, całkiem interesujący zestaw oryginałów. Kto by tam dzisiaj spamiętał tych, którzy spłodzili te przezwiska jako pierwsi? Ale najważniejsze jest chyba to, że każde nowe nazwanie miało swoje uzasadnienie. W kilku przypadkach można się domyśleć, o co tak naprawdę chodziło autorom, którzy wpadli na pomysł nadania nowego imienia dla swojego kolegi.
Piszący te niecne słowa również miał zaszczyt być przezywany. Powiedzieć jak na niego mówiono? No, dobra. Szczerość za szczerość. Szczerość za polewaną czekoladą kreolkę, za napoleonkę, za karpatkę, za ptysia, za kawałek (ale spory!) drożdżowego ciasta… albo serniczka… albo jabłecznika.
A moje imię - „Dziuła”. Ha… nikt się nie domyślił. Wyjaśnić, jak doszło do tej słowotwórczej gratyfikacji ze mną w roli głównej? No, dobra. Szczerość za szczerość. Szczerość za ….
Zadecydował przypadek, ubogie nazewnictwo i zadawniona trudność w wymowie „r”. 
Otóż razu pewnego, a była to tęga zima, wyraziłem się, iż jacyś panowie, aby zapobiec „śnięciu” ryb wskutek nadzwyczaj długiego tego roku zalegania na jednym ze stawów grubej pokrywy lodowej, ci panowie „wykuli ogromną ‘dziułę’ w lodzie”.
Z tych pór wywodzi się to moje przepiękne nazwanie, którego mi jednak do osobistego dowodu, a szkoda, nie wpisano. Cóż, wraz z postępem cywilizacji - lub bardziej prozaicznie - wraz z wiekiem wymienione przezwiska, także i moje, zatraciły moc znaczeniową i jedynie w encyklopedii pamięci każdego z nas, przezywanych, istnieją.
Na koniec rzecz osobliwa.
Otóż nie znam ze swojego podwórka przypadku, aby ktokolwiek z nas, czy to „Cygan”, czy „Serce” czy „Gapiol” obdarzył przezwiskiem młodziutką, jak na owe czasy, kobietę. Izabela bywała co najwyżej Izą lub Izką, Ewa Ewką a Anna Anią lub Anką.
Czyżby w tym brzemiennym fakcie miał się wyrażać nas, oprychów nie z tej ziemi, szacunek dla płci wielokroć piękniejszej od naszej? dla tych ślicznych imion, jakie im nadano?

[19.04.2016, La Fleche i Falaise we Francji]

19 kwietnia 2016

PROJEKCJE W STANIE PODGORĄCZKOWYM (fragment „Prowincji”)

Chciałoby się przymknąć oczy. Słońce wpada przez okno pokoju akurat pod takim kątem, że łaskocze powieki i trzeba by je mocno zacisnąć, aby zamknąć na klucz ten strumień promieni i dać choć na chwile odpocząć źrenicom.
Łóżko jest wielkie, dwuosobowe, dzielone, lecz z powodzeniem zmieszczą się na nim cztery osoby. On zajmuje więc jedną czwartą tego ogromnego łoża, pokrytego kremową narzutą, którą musiał częściowo odkryć, aby dostać się do pościeli, a potem wsunąć rozpalone ciało pod kołdrę, lekką i jeszcze chłodną.
Dzisiaj wybrała go choroba - nic poważnego - infekcja, ale z gorączką, aby więc nie wdało się jakieś inne paskudztwo, musi poleżeć, przeczekać ten pierwszy atak wirusa, przetrwać nieznośny ból głowy i wstręt do światła jaki pojawił się wraz z tym bólem. Nie ma zamiaru chorować długo - zbyt piękna, wczesna wiosna jest tego roku i wolałby spędzić te późnomarcowe dni na powietrzu, a i w szkole nie miał nic trudnego, co mogłoby go odwieść od konieczności pojawienia się w niej w tym tygodniu. Zresztą, nie lubił mieć zaległości, nie lubił też dopytywać się, co mają zadane, a zatem postanowił od samego rana przespać chorobę po zażyciu tabletek, jakie przepisał mu lekarz.
Najgorsze było to, że, jak przeczuwał, pomimo osłabienia nie zaśnie prędko, a może w ogóle - dzień stawał się coraz jaśniejszy, kontrastując z pokojem, w którym panował zaduch pomimo otwartego lufcika.
Przypomniał sobie, że już raz leżał w tym pokoju w podobnym stanie i też było przedwiośnie. Był wtedy małym chłopcem, chodził do pierwszej lub drugiej klasy i tak jak dzisiaj wolałby wyjść przed dom, do ogródka, w którym kwitły żonkile i tulipany. Wyszedłby też pobawić się z dziewczynką z sąsiedztwa, pięcioletnią Anką. W pewnej chwili nie mogąc znieść bezczynnego leżenia w gorącej pościeli, wstał, podszedł do okna i zobaczył ją na podwórku pod domem. Szarpiąc się z klamką, udało mu się otworzyć okno - miał jej coś do powiedzenia. Ale kiedy wychylił się, dziewczynki już nie było. Wpadł na szaleńczy pomysł, aby napisać do niej kartkę i wyrzucić ją przez okno. Skoro jest na dworze, myślał, pewnie podejdzie pod jego okno jeszcze raz, zobaczy napisany do niej liścik i już będzie wszystko wiedziała.
Napisał na kartce: „Jestem chory. Nie mogę wyjść”, złożył ją na pół i cisnął przez otwarte okno. Potem oczywiście zamknął okno i wrócił do łóżka, bo babcia co jakiś czas wchodziła do pokoju i sprawdzała czy leży.
Finał tej korespondencji był zgoła nieoczekiwany. Anka istotnie znalazła kartkę i dała ją swojej mamie do przeczytania. Jak mógł o tym zapomnieć, że Anka nie umie jeszcze czytać!? Jakimś sposobem o jego korespondencji dowiedzieli się koledzy i wyszło na to, że napisał wtedy pierwszy list miłosny do dziewczyny.
Uśmiechnął się do siebie, wspominając to wydarzenie.
Ponieważ przymknięcie powiek nie pomagało - widział spod nich (albo mu się wydawało) słoneczne światło - nasunął kołdrę na głowę, zostawiając sobie niewielką szparę, przez którą oddychał. Wreszcie zrobiło się ciemno, jak na sali kinowej bezpośrednio przed puszczeniem filmu. I w pewnej chwili projektor wyemitował jego koleżankę z klasy, pierwszej klasy liceum - Ewę S. 
Należała do najsympatyczniejszych dziewcząt w jego zespole. Podobała mu się, to prawda, ale przede wszystkim była sympatyczna, towarzyska i zgodna, a porozmawiać można było z nią o wszystkim. Niedawno poprosiła go o pomoc w napisaniu wypracowania z polskiego, chociaż była całkiem dobra z tego przedmiotu. Pomoc przerodziła się w napisanie tekstu w całości. Może to dziwne, ale ucieszył się, gdy go o to poprosiła, choć poświęcił na tę pracę sporo czasu, chyba nawet więcej niż nad swoją wersją tego samego tematu. Niestety, wieść o tym, że pomógł Ewie w wypracowaniu rozniosła się po klasie i od czasu do czasu dostawał nowe zamówienia, tym razem od innych. Niektórym wystarczyło napisać kilka zdań, pozostawiając miejsce na własne rozwinięcie tematu; inni prosili o cały tekst. Nie odmawiał, bo przecież była jeszcze matematyka i domowe zadania, które dawali mu odpisać tuż przed lekcją także ci, którym pisał wypracowania. To była transakcja wiązana, na którą nie dał się jednak nabierać matematyk, bo jeśli nawet udawało się wykuć na pamięć rozwiązanie całego przykładu i przenieść je kredą na tablicę, zawsze padały pytania: skąd się to wzięło? dlaczego? z jakiego korzystałeś wzoru i czy jesteś pewien, że rozwiązałeś dobrze?... i w końcu: od kogo zerżnąłeś?
Matematyk był jednak wyrozumiały i wiedział, że z niego nic nie wyrośnie, jeśli chodzi o ten najważniejszy z przedmiotów.
Kiedy tak leżał przykryty po uszy kołdrą oglądając film najpierw z Ewą S. w roli głównej, a potem z matematykiem, pomyślał sobie, że kiedy dojdzie do siebie po chorobie, będzie musiał ponownie „wykuć na blachę” wzory, definicje i aksjomaty, bo jeśli w przyszłym tygodniu, w poniedziałek, matematyk pojawi się w szkole w ciemnym garniturze, sprawdzian za dwa dni murowany. Wszyscy w klasie woleli, aby ubierał się w ten siwy, w delikatną jodełkę - był wtedy na ranę przyłóż. Niektóre dziewczyny z klasy przymilnie wychwalały jego jasny garnitur, a on był szczerze temu zdziwiony, bo widocznie jego precyzyjny jak szwajcarski zegarek matematyczny umysł nie opanował jeszcze twierdzenia, iż  „pan Tokarski zapowiada sprawdzian wtedy i tylko wtedy, gdy jest ubrany w ciemnogranatowy garnitur bez jakichkolwiek rozjaśniających wzroków”.
I wreszcie zstąpiła ta ciemność, której tak się domagał z chwilą zanurzenia się w pościeli. Rozedrgany obraz sączący się jak wesoły strumyk w ciemnym lesie przygasał, a on zapadał się coraz głębiej i głębiej w miękką biel, zwilgotniałą od oddechu.

[18.04.2016, Amiens, 19.04.2016, La Fleche we Francji]

18 kwietnia 2016

PROŚBA

Kiedy przeprowadzisz mnie na tamtą stronę
nie daj moim uszom słyszeć
zabierz oczom kształty i barwy
pozbaw wrażliwości na dotyk
wyczyść pamięć
chcę odpocząć.

Niech ciało stanie się prochem.

Gdybyś jednak widział jakieś miejsce dla mnie
w kolejnym dziele stworzenia
mógłbym być kwiatem do zerwania
kiedy zakwitnie
byłby ze mnie pożytek
albo zielonym mchem
na którym wypocznie ciało
mógłbyś uczynić ze mnie bochen chleba
dla tych którzy go potrzebują.

Jak widzisz nie mam wygórowanych żądań.

[18.04.2016, La Fleche we Francji]


17 kwietnia 2016

CHLEBA NASZEGO POWSZEDNIEGO

Obejrzałem właśnie ten film. Ot, zwyczajny, prosty, przepełniony liryką i codziennością obrazek z czasów minionych, film o elementarnej uczciwości, prawdomówności, pracy, rodzącej się miłości, zwykłej, powszedniej, nieskomplikowanej; film o specyficznym klimacie, bez nonszalancji, bez upiększania życia, luksusów, kołtuństwa, bez zerkania na statystyki oglądalności; film odnoszący odnoszący się do podstawowych prawd, do hierarchii ważności tego, co w życiu liczy się najbardziej, skromny, pogodny i radosny.
Bolesław Płotnicki, świetny aktor -  niezwykle wiarygodny w roli mądrego, wymagającego ojca, który dyskretnie kieruje życiem swego syna, aż do czasu, gdy stwierdzi, że wypełnił już swoją ojcowską rolę względem syna i oddaje go światu.
Tak mi się wydaje, że podobny filmowy obrazek nie miałby prawa powstać w dzisiejszych czasach, no, być może jeszcze w dokumentalistyce, gdzie mamy jeszcze do czynienia ze szczerością wypowiedzi.
Chyba żaden sponsor nie wyłożyłby swoich pieniędzy na podobną twórczość, która daleka jest od tzw.  oczekiwań widowni.
Świat przedstawiony w filmie nie jest doskonały, lecz prezentuje wartości, które dzisiaj są "w kompletnym rozsypaniu" i pewnie w najbliższej przyszłości nie da się go odbudować, a szkoda. 



[17.04.2016, Beauvais we Francji]



POGADUSZKI

Niemiłosiernie lunęło, choć dotąd popołudnie skrzyło się ciętym ostrzem słońca na tle soczystego błękitu nieba. Jedynie pani Krach miała parasolkę, pod której baldachim próbowały się dostać trzy pozostałe panie - byle tylko przez ryneczek przeskoczyć suchą stópką, byle przebiec uliczkę i już, już dostać się w końcu do kawiarenki.
Najpierwsza w drzwiach znalazła się pani Teresa Trojanowska - bibliotekarka, z tak szerokim uśmiechem na twarzy, jakby jakieś przymierze z deszczyskiem zawarła. Następnie próg kawiarenki przekroczyła pani Janeczka Szydełko, a tuż po niej pani Zofia Koteńko. Ta uchylone drzwi wejściowe podtrzymywała, albowiem żona pana radcy, Jadwiga, nic a nic nie mgła sobie poradzić ze złożeniem parasolki. W końcu jednak złośliwy przedmiot ustąpił niewieściej konsekwencji i wszystkie cztery panie do kawiarnianej sali gęsim truchtem i obyczajem weszły i pierwszy z brzegu stolik dla siebie zaanektowały.
Tutaj panie, otrzepały wierzchnią odzież z deszczowej powodzi i zamówiły natychmiast kawę (z wyjątkiem pani Teresy, która zażyczyła dla siebie zieloną herbatkę), a kawiarennik czym prędzej zaspokoił pań żądania, wnosząc na tacy gorące, buchające parą napoje.
- A może tak po jakim ciasteczku? - nieśmiało zaproponował.
Nastąpiła ta przecudna, właściwa niewieściej nacji, przedłużająca się w nieskończoność chwila milczenia, refleksją zwana. I wreszcie…
- No co, kobiety, weźmiemy po napoleonce? - z takim zapytaniem zwróciła się do sąsiadek pani Janeczka, a te, tym razem w przykładnej zgodzie zgodziły się na tę identycznie smakującą odrobinę słodkiego szaleństwa. 
Zatem pan Adam za znacznie krótszą chwilę z napoleońskimi wypiekami się pojawił, a wzrok jego natrafił na spojrzenie pani Zofii, która zdradzała nim chęć przekazania kawiarennikowi pewnego komunikatu. Ten jednak panią Zofię uprzedził.
- A tak, oczywiście, wiem już o tym. Pan profesor w samo południe zadzwonił do mnie, informując o tym, że pan Korfanty konkurs wygrał.
- Jak to się wieści po mieście szybko rozchodzą - zmartwiła się uśmiechnięta całym swym obliczem pani Zofia. - Znaczy się prysła bańka tajemnicy i niepokoju.
Pan Adam pokłonił się paniom, albowiem w tej samej chwili do kawiarenki weszły dwie, w stosownym wieku, pary, a on przecie, pełnił dzisiaj kelnerską służbę na sali, próbując ze wszystkim nadążyć, co tego popołudnia nie było sprawą łatwą.
- Cieszę się bardzo, moje panie, że pan Korfanty konkurs na dyrektora domu kultury wygrał, ponoć w cuglach - przemówiła pani Zofia. - A moja radość wynika z tego powodu, że z panem Korfantym wcześniej rozmawiałam i poznałam dokumentnie jego koncepcję. To bardzo oryginalny człowiek i jego pomysły oceniam pozytywnie.
- Mówisz, Zosieńko, że jest ci ten wybór na rękę. Ja wiem o nim niewiele - westchnęła pani Janeczka - ale skoro tak mówisz, to znaczy, że masz rację względem niego.
- Ale że też zrezygnowałaś z zasiadania w komisji podczas konkursu - zdziwiła się pani Jadwiga, żona pana radcy.
- Nie mogłam, kochana, mówię ci, że nie mogłam. Przecież prywatnie optowałam za tą kandydaturą i mogłabym być nieobiektywna, ale cieszy mnie to, że pomimo tych przedkonkursowych zawirowań, pan Korfanty wygrał.
- Ja koleżankom powiem tyle - wtrąciła się do rozmowy pani Teresa - że pan burmistrz miał ciężki orzech do zgryzienia, bo podsuwano mu z różnych stron wielu kandydatów i w końcu, czy to nie mógł, czy to nie chciał zawieść poszczególnych popleczników, zdecydował się nie popierać nikogo z nich. Podobno na dzień przed konkursem zebrał całą komisję i powiedział im, żeby na nikogo się nie oglądali, a sądzili każdego kandydata według kryteriów merytorycznych.
- Przecież tak być powinno zawsze - stwierdziła pani Jadwiga.
- Ty wiesz, ja wiem, wszystkie wiemy - odmieniła przez osoby pani Zofia - ale nie bądźmy naiwne. Takie sprawy zwykle załatwia się zgoła inaczej.
- I takim oto sposobem - zauważyła pani Janeczka Szydełko - nadmiar kandydatów poprawił szanse na zwycięstwo panu Korfantemu. Jak też on się ubiera, moje kochane. Artysta w każdym calu - dodała skwapliwie.
- No cóż - westchnęła pani Zofia - i tacy się zdarzają. A teraz, moje panie, zajmijmy się merytorycznie napoleonkami.
A jakże, pojadły sobie i nawet o kolejną porcję poprosiły, dzióbnęły sobie też po kieliszeczku likierku, rzecz jasna dla poprawy trawienia, a przy tej słodkiej uczcie rozmawiały.
Pani Zofia zdała relację z pana Korfantego planów, z których bardzo do serca sobie wzięła to, że nowy dyrektor postawił na teatr a także na kurs tańca towarzyskiego. Pani Janeczka Szydełko ucieszyła się, że pod patronatem domu kultury rozwinie się idea plenerowych atrakcji. Pani Jadwiga Krach z kolei wdzięczna była temu, że pan Korfanty całkiem poważnie o otwarciu uniwersytetu trzeciego wieku myśli, natomiast pani Teresa, bibliotekarka, pozytywnie wyraziła się na temat planów goszczenia w mieście poczytnych pisarzy i poetów, tudzież organizowania cennych wycieczek kulturoznawczych.
Na zakończenie tej przemiłej i merytorycznej rozmowy, jaką raczyły się panie, głos zabrała pani Zofia, stwierdzając, że …
- Powinnyśmy kibicować panu Korfantemu w jego planach, a także zaciągnąć go czym prędzej do naszego towarzystwa, które zasiada w kawiarence, bo będzie to z pożytkiem dla stron obu.
A po kolejnym kieliszeczku ziołowego likieru przemiłe panie nie debatowały już na temat pana Korfantego śmiałych planów, lecz skupiły się nad wdzięczną postacią pani Teresy Trojanowskiej.
- Powiedzże nam, kochana, kiedyż zaprosisz do kawiarni pana leśniczego? - zapytała pani Zofia.
- O, to… to właśnie. Kiedy ujrzymy tego, co uległ wreszcie kobiecie? - dodała pani Janeczka.
- Czy to poważne uczucie? - uzupełniła ankietę pytań pani Jadwiga.
Biedna pani Teresa, choć tak nie do końca, bo wzmocniona siłą damskiego alkoholu, musiała wreszcie przyznać, że sprawy z panem leśniczym wyglądają bardzo poważnie, czego by się po sobie, a także po nim, nigdy nie spodziewała, ba, nadto przebiegają w arcyszybkim tempie, co jest już wręcz niewytłumaczalne, aby w takim wieku… w takim wieku…
- Moja droga - spostponowała pani Zofia - toż ja z panem doktorem, co dzisiaj użycza mi swego nazwiska, o całe wieki starsza jestem od ciebie…
- No właśnie, pani Zosieńko - weszła w słowo pani Zofii Teresa - no właśnie… jak u państwa te małżeńskie sprawy się przedstawiają… znaczy się nie mam na myśli, no wie pani… tak ogólnie…
- Tak ogólnie, pani Teresko, to narzekać nie mam prawa. Pasujemy do siebie, to człowiek ze złota… ale… licho nie śpi, w pewnych ryzach trzymać trzeba. Myślicie o małżeństwie?
Pani Teresa przeciągle westchnęła, a co takie westchnienie oznacza… trzy siedzące przy stoliku z panią Trojanowską panie odgadły w mig.
I chyba każdy rozpoznałby znaczenie tego westchnienia.

[17.04.2016, Beauvais we Francji]