Horacy

O, CIVES, CIVES, QUERENDA PECÚNIA PRIMUM EST; VTRTUS POST NUMMUM!
rządzącym:
"SURDO FABULAM NARRAS"
do polityków:
ODI PROFANUM VULGUS ET ÁRCEO




27 listopada 2014

Wieczorek tańcujący

Kiedy przed dwunastą w samo południe słyszy się pukanie do drzwi, a głowa wciąż ciąży po nieprzespanej nocy, to jak się czuć o tej porze; jak, kiedy połowa dnia zdaje się być brzaskiem bez obiecanego słońca, gdyż tym zajęła się mgła bezustanna, późnojesienna.
Wynalazek internetu ma tę słabą stronę, że raz w pajęczynę wpadając, tak dokumentnie czujesz się w niej zaplątany, że noc nie przestaje istnieć, a ty gadasz (jeśli masz kim) i gadasz, a głowa twoja rześką jestwtedy, jakby kąpała się we włoskiej kawie.
Adam przez taką właśnie noc przebrnął do czatowej rozmównicy przywiązany, a jego partnerką po tamtej stronie świata była Maria; nie kto inny jak ona, kelnerka zwabiona na miłość przez studenta, który po daniu dowodu wielkiego uczucia, na wieść o dziecięciu uczelnię zamienił na inną, zagłuszając wszelki ślad po sobie. Na taką losu hardego sprawkę Maria zesłała się do dziadków w białowieskie ostępy, gdzie córkę urodziła i wychowała, aż dziecię biega teraz jak sarenka, celnie zdania składa, przyśpiewuje a i w tańcu jest najpierwsza. Babcia z dziadkiem starusieńcy, w dziecku zakochani, lecz w rzeczy samej to im opieka by się zdała, nie młodej matce, która w pielęgnacji córki przebija wszystkie pozostałe matki świata. 
Adam przez noc całą toczył więc rozmowę z Marią, skłaniając ją ku powrotowi na kawiarenki łono, bo przecież mieszkanie na górze czeka, przyjaciół ma, i to jakich, a i o opiekę nad dzieckiem może być spokojna, bo on pomoże, on znajdzie kogoś, a i dla niego taka śliczna buzia (zdjęcia małej oglądał) to rozkosz do przytulania. W każdym bądź razie kawiarennik byłby w stanie poddać się nowemu wyzwaniu. Z niechęcią więc przed południem wstał, towar jakiś przyjął, salę sprzątnął, lecz z niewyspaniem wciąż walczył, daremnie, gdy naraz to do drzwi kołatanie.
- Kogóż diabli zesłali o tej porze – więcej pomyślał, aniżeli rzekł, lecz zamek odemknął, klamka zaś z tamtej strony drzwi dokończyła dzieło otwarcia sezamu.
- Nareszcie, panie Adamie – głos kobiecy, znajomy, przez szklistą mgłę się przedostał, za czym dwie kobiety do wnętrza wdarły się, jedna przed drugą, rumiane, acz zziębnięte – my tu się do pana dobijamy, a pan…
Któż by nie rozpoznał głosu pani Zofii, nauczycielki, od niedawna doktora Koteńki nosząca nazwisko przeurocze, któremu to w miasteczku żarcików nie szczędzono. Druga dama, w biały, artystyczny szal owinięta, to pani radcy Kracha małżonka, w całej swej dojrzałej, niewieściej krasie.
Zatem spowolniony w ruchach kawiarennik nie mając większego wyboru, obie panie do sali zaprosił, do stoliczka na zapiecku, gdzie już kafelki ciepło rozdawały szczodrze, mocną herbatę zaparzył z dwiema łyżeczkami rumu (ku zdrowotności, rzecz jasna) i usiadł między jedną panią a drugą, oczami zasypanymi jeszcze piaskiem snu, zwilżonymi ciekawością, całą swą marną dzisiaj postać w słuch przemieniając.
- Panie Adamie, toż trzydziesty się zbliża i my do pana w tej sprawie – zaczęła pani Koteńko.
- Niech nie zostawi nas pan na lodzie – rzuciła pana radcy połowica – i niech pan niech mówi, że jakieś andrzejkowe plany już podjęte.
Kawiarennik, aczkolwiek z wyglądu bystrością się dzisiaj nie oznaczał, to prawidłowo skojarzył uwerturę, jaką obie panie zagrały.
- Możecie być panie pewne, że tym razem odstąpiłem od czynienia planów, zdając się ślepemu losowi na bieg czasu – odpowiedział grzecznie.
- Zatem, gospodarzu, umyśliłyśmy sobie tańcujący wieczorek sprawić – rzekła pani Koteńko, a pani Krach z aplauzem dodała:
- Dla naszych mężów, to po pierwsze, ale, jak myślę, młodzieży się zejdzie, jeśli na rynku zawiesimy plakat, który mam już na ukończeniu.
- A jeden chłopiec z gitarą już się zaoferował…
- Płyty z nagraniami gotowe.
- Mistrza ceremonii mamy.
- Inżynier Bek zamówiony, zakład przegrał, więc odrobić honorowo musi.
- Wróżby, panie Adamie, gotowe.
- Wosk się poleje strumieniami.
- Pantofelki czas wystawiać na próg.
Dobrze, że, mimo wszystko, obie panie ograniczały się w wypowiedziach swoich do zdań pojedynczych i równoważników. Rozpasanej rozwlekłości kawiarennik by nie zdzierżył przecie. Głową zatoczył krąg podziwu nad pomysłami niewiast i wtem, nie wiedzieć czemu zapytał, jakby nie był jeszcze dość poinformowany:
- Wróżby będą, drogie panie?
- A widział pan andrzejkową zabawę bez wróżenia? – zaśmiała się pani Koteńko – obowiązkowo będą.
Nie wiedzieć czemu kawiarennik wrócił prędko do nocnych rozmów z Marią. Czyżby wieczorek tańcujący miał być ich uzupełnieniem?

Stanisław Mikulski [+]




Najprzystojniejszy oficer polskiego kina odszedł od nas, choć kto to wie, czy na zawsze. Jeśli nie na tym świecie, to na odleglejszym, J-23 będzie działał. Taki już los postaci, które na zawsze zagnieździły w naszej zbiorowej pamięci.
Stanisław Mikulskiego, oprócz "Stawki" zapamiętałem najbardziej z roli
"Pana Samochodzika" oraz milicjanta w uroczej, staroświeckiej komedii "Ewa chce spać".
Zapamiętałem go również z dosyć osobliwych sytuacji. Pan Stanisław przed wieloma, wieloma laty pojawiał się pierwszego listopada na cmentarzu, gdzie odpoczywają wszyscy moi bliscy. Skromnie ubrany, rzeczywiście przystojny, wzbudzał zainteresowanie właściwie wszystkich odwiedzających groby. Gdyby nie okoliczności, w jakich pojawiał w niewielkim miasteczku na Mazowszu, odtwórca roli Hansa Klossa, prawdopodobnie byłby zarzucony prośbami o autograf - jego sława była i jest nieprzemijająca. Ceniłem w nim nie tylko talent (myślę, że nie do końca wykorzystany), lecz nade wszystko skromność, niechęć do "gwiazdorzenia", co w dzisiejszych czasach często się zdarza.
Odpoczywaj w pokoju.

Medialna nostalgia

- Panowie, moja żona, po tych ostatnich wydarzeniach, tak powiedziała, po tych ostatnich, oświadczyła, że bezterminowo rezygnuje z telewizora w części dotyczącej informacji.
Doktor Koteńko rozpoczął tym samym kolejny herbaciany wieczór w towarzystwie trzech nieodłącznych kompanów, czym wprawił przyjaciół w spore zakłopotanie, albowiem nie zwykł zabierać głosu jako pierwszy.
- Pani Zofia, o ile sobie dobrze przypominam, nigdy nie była zwolenniczką tej muzy – zauważył radca Krach.
- Owszem, choć dawniejszymi czasy oglądała telewizję częściej, zwłaszcza teatralne poniedziałki oraz, jak się wyraziła, ambitniejsze filmy, których za tych niesłusznych czasów nie brakowało.
W tym miejscu konieczną trzeba poczynić uwagę, że małżeństwem byli oboje zaledwie od roku i wiedzę na temat telewizyjnej oglądalności doktor Koteńko powziął z rozmów i opowieści swojej żony.
- Czy dostrzega pan, panie doktorze jakąś niedogodność dla siebie w związku z tą deklaracją pana żony? – zapytał mecenas Szydełko.
- A, skądże. Ja już odwykłem od telewizora dawniej. Jeśli już, to przyrodnicze programy oglądam. No, czasami opery posłucham jakiej.
- A ja tam pośmiać to się i pośmieję – wtrącił radca Krach – i, panowie, wcale nie mam na myśli komedii, których moja z kolei żona jest miłośniczką. Ot, śmieję się na ten świat nasz cudaczny, na tych do bólu śmiesznych polityków, co to w okienkach różnych stacji występują, sądząc, że mnie, radcę z długoletnim stażem, pod włos wezmą swoją mową trawiastą i będą mnie łaskotać tam, gdzie żonce swojej nie pozwolę.
- Podobnież jest i u mnie – mecenas Szydełko pokiwał głową z aprobatą dla wypowiedzi radcy, choć zaraz dodał, że zdarza mu się oglądać ze swoją żoną seriale, których ta nie opuszcza i na swój sposób przeżywa losy dzielnych bohaterów – poza tym, u mnie panowie, posucha. Jeśli już, to na naszych siatkarzy popatrzę, albo na Kowalczykównę.
- Zatem, panowie – odezwał się stary pisarz – z jednej strony telewizor wydaje się nam niepotrzebny wcale, z drugiej zaś strony, jeśli się obrażamy, to przecież że nie na wszystko, co w tym odbiorniku się mieści.
Zgodnym chórem przytaknęli pozostali.
- A zauważyliście panowie, że obecnie, choć wybór programów bez porównania większym jest i każdy, prawdą mówiąc, znajdzie tam coś dla własnej przyjemności, to my zaczynamy tęsknić do tych czasów, kiedy dwie instytucje programowe wystarczały nam zupełnie? – zapytał retorycznie radca Krach i przezornie zamówił po pięćdziesiątce jarzębiaku dla każdego, aby w ten sposób ukoić żal i nostalgię, które zaczynały panoszyć się po sali.
Kawiarennik, zdając sobie sprawę z nagłej konieczności zapobieżenia nastrojom tak bardzo mglistym i listopadowym, czym prędzej napełnione kieliszeczki przyniósł i przed gośćmi postawił.
Ci w jednej chwili, jak jeden mąż uczynili z zawartości kieliszków właściwy pożytek.
- A ja z kolei, panowie, znajdowałem i znajduję przyjemność w radiofonii – kawiarennik wtrącił swoje trzy grosze, kiedy po konsumpcji jarzębiaku, przyjaciele zdawali się zwalczyć w sobie pierwszą falę nostalgii – te słuchowiska, powieści w odcinkach, strofy dla ciebie, czy pamiętacie?
- Jeszcze raz po pięćdziesiątce dla wszystkich, łącznie z panem, panie Adamie – zażyczył sobie doktor Koteńko, który, jak widać, czuł że zaczęta przezeń rozmowa potoczyła się w stronę dlań nieoczekiwaną, zbyt bliską serdecznych wspomnień.

26 listopada 2014

Z trasy, z okna ....

***

Rzeka powinna służyć ludziom, miastu. Pomińmy już wielce istotny fakt, że w sposób naturalny rzeka może być ważnym szlakiem komunikacyjnym i żeglownym dla towarów i ludzi.
Rzeka przepływająca przez miasto, lub inaczej, miasto zbudowane nad brzegiem rzeki winno być swoją piękniejszą twarzą zwrócone ku rzece właśnie. Aż miło popatrzeć, jak Loara, Ren, Sekwana i dziesiątki innych rzek we Francji odbijają się w miejskich kamieniczkach, zamkach, pałacach i nadbrzeżnych bulwarach.
Podążając prawym brzegiem Loary, w stronę źródeł, począwszy od Tour, widać, że od lat mieszkańcy tego regionu doceniają wartość rzeki, także jako czysto estetycznego elementu urozmaicającego krajobraz. Wzdłuż wiosek i miasteczek, którymi przejeżdżam dominuje więc tarasowy układ  warstw naturalno-kulturowych. Jest więc rzeka, tereny rekreacyjne dla dzieci, sportowców i miłośników aktywnego spędzania wolnego czasu lub drobne posiadłości z sadami; dalej - droga, którą jadę, a po drugiej stronie, położona nieco wyżej warstwa kamieniczek, wilii, pałacyków, zamków, w kilku miejscach tworząca wąską i podłużną strukturę miejską. Nad tym wszystkim, na wzniesieniu wieńczącym dolinę rzeki, zaczynają się winnice. Podobnie jest nad Rodanem.
Żałuję, że tak niewiele podobnych widoków można doświadczyć w Polsce.

***

Pierwsze Święto Zmarłych, Zaduszki poza domem. Mniej więcej w centrum Francji, najpierw gdzieś w okolicach Neures a potem na parkingu przy autostradzie w okolicach Sancerre.
Pierwszy raz jest tak  ciepło. Temperatura przekracza 20 stopni.o wszystkich, którzy odeszli. Tak wielu - niepotrzebnie.

***

W Saint-Etienne jedna ze stref ekonomicznych graniczy z centrum wystawienniczym, położonym w parku. jest tu sporo miejsca do sobotnio-niedzielnego wypoczynku: skype park, infrastruktura przystosowana do dziecięcych zabaw. W niewielkiej odległości od strefy, właściwie po drugiej strony ulicy - muzułmańska świątynia. Z kolei za parkiem, gdzie zatrzymałem się na parkingu, po jego drugiej stronie, znajduje się ogromna koncertowa sala z rozległymi miejscami parkingowymi.
Przyjechałem tutaj po piętnastej i park był pełny dzieciaków jeżdżących na deskorolkach, hulajnogach i rowerkach. Większość miejsc na "moim" parkingu była pusta. Pomyślałem sobie, że dobrze trafiłem. Jak się ściemni, dzieciaki pójdą sobie pozostawiając mi na noc ciszę i spokój.
Tymczasem już o 18 na parkingu przybywa samochodów. Mój ciężarowy, bądź co bądź, peżocik, choć ustawiony w miejscu przeznaczonym dla autokarów, czuje się trochę jak nieproszony gość. Przestawiam go w taki sposób, aby jedna z kobiet, która zjawiła się przed siódmą wieczorem, mogła się zmieścić, jako ostatnia.
Powodem strasznego natłoku aut jest jakiś koncert. Sprawdzam stan parkingu przed koncertowa salą. Nie ma gdzie igły wcisnąć.
Po dwudziestej drugiej powolutku znikają auta. czas na sen.

***

Holandia. Jedna z autostrad, którą można się dostać do Utrechtu. Jest przed dziewiątą i ta dwupasmowa szosa zaczyna się korkować. tak, tak, nawet w tym najlepiej komunikacyjnie zorganizowanym kraju Europy na autostradach zdarzają się korki. Jadę prawym pasem i jak inni podążam z prędkością 30-60 kilometrów na godzinę. Na lewym pasie osobówki. Nieskromnie zerkam, co też się dzieje u tych "lewych".
W czarnej, eleganckiej skodzie biznesmen podczas jazdy czyta jakieś dokumenty. Oceniam, że jest ich minimum piętnaście stron. Kobieta z mazdy rozmawia przez telefon, chyba z pół godziny trzyma przy prawym uchem samsunga lub nokię. Inna, z renówki, robi podczas jazdy notatki jakimś piórkiem czy ołóweczkiem. Młody chłopak z zielonego forda bezustannie sms-uje, jeszcze jedna pani w "garbusie" to wydzwania, to znów pisze lub odbiera sms-y. Wszystkich jednak przebija jakiś młodzian, który w jednej ręce trzyma przy uchu komórkę, w drugiej wypisuje wiadomości tekstowe do innej, a w trzeciej ręce trzyma malutką łyżeczkę, którą nabiera owsiankę z miseczki, którą ułożył sobie na kolanach. 
Jedynie pojawiająca się obok mnie i znikająca kobieta w srebrnym volvo, kobieta, dodajmy, o włosach Rity Hayworth, w okularach, podczas jazdy prowadzi jedynie samochód.
A ja... ja posilam się bardzo mocną kawą z kubeczka o nazwie jednej ze znanych kawowych firm, nazwie, której, rzecz jasna, nie zdradzę, bo i tak każdy wie, że chodzi tu o Nestcafe.

***

Na granicznym parkingu między Belgią a Francją spędzam aż dwie noce i to w jakże miłym towarzystwie polskich "ciężarowców" i ... kur i kogutów.
W związku z powyższym... tym drugim, budzi mnie o trzeciej nad ranem przeciągłe i różnobarwne kogucie pianie. 
Banda tych grzebiących stworzeń liczy sobie mniej więcej piętnaście sztuk (w tym czterej dowódcy płci męskiej), co równa się plutonowi żołnierzy. Głównym zadaniem tych gdacząco-piejących stworzeń jest informowanie zgromadzonych na parkingu o zbliżającym się poranku oraz wyłudzanie pokarmu. Otoczony przez tę zgraję, podwójnej narodowości, jak sądzę, zmuszony jestem do podzielenia się swoim posiłkiem. Ponieważ trzykrotnie posiłek ten smakował, dzielni żołnierze pozwolili mi opuścić parking zgodnie z harmonogramem, sami zaś wycofali się na z góry zaplanowane pozycje.


na zdjęciu powyżej - dowódca plutonu


25 listopada 2014

Uzależnienie

- Czy wiecie, co mnie najbardziej dokucza w wieku niezbyt sędziwym jeszcze, lecz świadczącym o tym, że po równi pochyłej się toczy ku ostateczności? - głos starego pisarza domagał się bezapelacyjnej odpowiedzi, tudzież zaspokojenia ciekawości.
- Cóż to takiego? - ozwał się do tablicy wywołany doktor Koteńko.
- Cierpię na nieuleczalną chorobę...
Radca Krach aż oniemiał, zbliżył do swoich ust filiżankę z kawą o zapachu kardamonu i wlawszy w siebie niewiele kropel aromatycznego płynu, omal się tymi kroplami nie zachłysnął; następnie zakasłał, niby z przesadnym żartem, niby zdradzając nagłym kaszlem votum separatum dla stwierdzenia, jakie usłyszał.
- Jakże to? Niech pan to wytłumaczy, albo nie straszy przyjaciół.
Stary pisarz dłonie swe zaparł na śliskiej tafli stołowego blatu i niemal dźwignął na nich swoje ciało, mniej sprężyste niż dawniej i więcej sił do jego uniesienia wymagające.
- To prawda, panowie. Jestem na zabój, jak rzekłby zakochany młodzian, na zabój uzależniony i w coraz to większy popadam nałóg.
Mecenas Szydełko usłyszawszy te słowa, drążył w pamięci skałę zapomnienia, nie mogąc przypomnieć sobie, czy aby kiedykolwiek stary pisarz naruszył alkoholowe prawa grawitacji albo też w nikotynizm popadał lub, zachowaj boże,  w narkotycznym transie gubił dnie i noce.
- Mówże pan, na boga - wykrztusił z siebie Szydełko - na czym problem polega.
I kawiarennik za barem stojący zdawał się krótką a znacząca rozmowę posłyszeć z oddali i słuch swój zbliżył tak mocno, na ile zdołał nim odizolować się od innych szepczących głosów z sali.
- Panowie - zaczął niepewnie stary pisarz - ja już od pisania wyzwolić się nie potrafię. Bóg mi świadkiem, że próbowałem zasnąć bez otwierania zeszytu, bez sięgania po pióro, bez nastawiania światła na przygotowaną, pusta powierzchnię biurka, bez przysuwania doń fotela i wygodnym ułożeniu w nim swego ciała. Nie pomogło. Panowie, to nie pomaga.
Radca Krach roześmiał się szczerze.
- A to dobre - wykrzyknął - rozbawił nas pan serdecznie. Zaiste, nieuleczalna ta choroba. I jak groźna! Doktorze, niechże pan zabierze głos w tej sprawie.
- Nazwałbym to przyzwyczajeniem raczej. Nieszkodliwym, a wręcz zalecanym dla zachowania psychicznej równowagi bodźcem to, co pan nazywa tak brzydkim słowem jako nałóg - odrzekł doktor Koteńko.
- Nie masz, wobec tego, dla mnie ratunku? - upierał się stary pisarz, trwając przy stanowisku swoim.
- A czy pan myśli, literacie - odezwał się mecenas Szydełko - czy pan myśli, że po nocach nie ślęczę nad dokumentami? że mów obronnych nie układam? że wyroków albo uzasadnień wysokiego trybunału nie śledzę? Jakże mnie z tym żyć, no niech pan powie?
- Podobnie ze mną, panowie - wtrącił radca Krach - tyleż u nas majątkowych spraw po uszy w bagnie. Wydostań je z niego, wyprostuj. Doradzaj przy tym magistratowi, jak tu sprawę przeprowadzić, aby na burmistrza opozycja nie rzuciła, krętactwo zarzucając. Mnie łeb od tego puchnie i puchnąć będzie, ot choroba uzależnienia od pracy.
- A ja panu powiem - wzrok doktora Koteńki skupił się na sprawcy zamieszania - że wielokroć moje myśli jak komary natrętne powracają do mnie, kiedy zaaplikowany choremu środek zdaje się zapominać swego działania. Wtedy wertuję wyniki badań, weryfikuję swoje wskazania i podejrzenia, w literaturze fachowej nosem grzebię, po kolegach wydzwaniam (zdarzało się, że w noc ciemną ich budzę), słowem podlegam typowej dla zawodu swojego determinacji, która wyłącza mnie na pewien czas z żywych i obecnych.
- Panowie! - to głos kawiarennika rozległ się po sali, zdawać by się mogło, listopadowo uśpionej i smętnej - w ten oto sposób, mając na podorędziu tematy tak ważkie, jak pana pisarza przyzwyczajenia, przez niego samego nałogiem nazwane, mając - ciągnął składnie - na względzie to, z jakim gromkim odzewem spotkały się pana literata perturbacje z samym sobą, rad będę widywać panów częściej, oddając wasz stolik do dyspozycji waszych dyskusji, sporów i opowieści, których tak bardzo mi brakowało, bom, przyznaję z bólem, lecz teraz i z ulgą, bom uzależnił się niegdyś od rozmów w kawiarence mej toczonych. A na powitanie tej zapowiedzi kieliszeczkiem brendy służę, na koszt firmy, rzecz prosta.
Dłonie panów rozpuściły oklaski po sali.
Nawet stary pisarz, choć wciąż zamyślony, zaklaskał, uznając się najwidoczniej za pokonanego w tym krótkim acz istotnym sporze. 
  

W Fondettes

W Fondettes, małym miasteczku departamentu Indres, położonym wzdłuż środkowego biegu Loary, miasteczku pozbawionym architektonicznych cudów, ot, takim zwykłym, prowincjonalnym, podszedł do mnie pies i razem postanowiliśmy zwiedzić miasteczko, zwiedzić dla samych kamieniczek z kamienia, poszarzałej zieleni oraz brązów i żółci liści drzew.
Nie po raz pierwszy zauważyłem, że Francuzi ogromna wagę przywiązują do historii. I nie chodzi tu o tę średniowieczną czy renesansową (a mają się czym pochwalić), lecz tę współczesną lub niedawną, sięgającą I wojny światowej.
W Fondettes na sporej wielkości plakatach pojawiają się sylwetki dawnych mieszkańców miasteczka, którzy wsławili się tym, że byli uczestnikami I wojny światowej, której zakończenie jest we Francji uroczyście, acz nie z wielką pompą, świętowane. Podoba mi się ten sposób upamiętniania obywateli miasteczka, choć pewnie większość z prezentowanych na ulicach postaci nie doczekało się oficerskich i generalskich szkiców.



Podoba mi się również to, że w kościołach, architektonicznie przecudnych, w swoich wnętrzach - ubogich, przy samym głównym ołtarzu zawieszono kamienne tablice z listą nazwisk obywateli miast i okolicznych wiosek, którzy polegli za ojczyznę. U nas a kościołach dominują albo bardzo znani powszechnie ludzie, albo dostojnicy kościelni. Ot, subtelna różnica.
Mile zaskoczony jestem z tego powodu, że przejeżdżając przez północną Francję, będąc w Pikardii, Normandii, Alzacji, Lotaryngii i w departamencie północnym widziałem wiele cmentarzy, które są miejscem pochówku żołnierzy obu światowych wojen. Na tych cmentarzach zasnęli nie tylko Francuzi, ale i Brytyjczycy, Amerykanie, Nowozelandczycy, Australijczycy, słowem całkiem spora ilość ludzkich, bohaterskich, acz niepotrzebnych (bo każda wojna zdaje mi się być niepotrzebną) istnień. Dodam tylko, że cmentarze są świetnie utrzymane przez lokalne społeczności.
Jakoś nikt nie wpadł dotąd na pomysł, aby niszczyć groby, usuwać postumenty i pomniki. Żołnierz we Francji, nawet jeśli nie był Francuzem, traktowany jest tutaj z właściwym dla ofiary walk honorem, a jego śmierć na ziemi, gdzie poległ jest wspólna śmierci rodowitych żołnierzy francuskich. Nie będę rozwijał tego tematu, ufając, że ten, kto przeczytał powyższe zdania, wie do czego piję.
Beżowego, sędziwego labradora, który oprowadził mnie po miasteczku, ja z kolei odprowadziłem w miejsce, w którym go spotkałem. Domyśliłem się, że na mojego przewodnika ktoś tam czeka i może niepokoi się zbyt długą z nim rozłąką.
mój przewodnik

24 listopada 2014

Samogończyk

To był ten czas, kiedy sprawy na pozór skomplikowane  można było rozwiązać w łatwy, przewidywalny sposób. Przypomniał sobie, że od dzieciństwa przyzwyczajony był do tego, że jeśli znalazł się w impasie, jeśli ubzdurał sobie, że znajduje się w najgorszym z możliwych położeniu, to los zrobi mu tę przyjemność i niespodziankę, uczyni łaskę, wydobędzie go z kłopotu, innymi słowy, nauczył się, ze lepiej zakładać najgorsze, aby zostać obdarowanym przez los pozytywnym rozwiązaniem.
Dopiero później miało się okazać, że czarne scenariusze tez się sprawdzają.
Opuścił sale, na której tańczono, śmiano się i bawiono niestrudzenie. Wychodząc na podwórze, poczuł nagłe i zdecydowane uderzenie chłodu. Kroczył ku nocy, zimnej, gwiaździstej, oszroniałej. Dwie lampy: ta przed wejściem do szkoły i druga, przy boisku sączyły żółte, wyblakłe światło. Na boisku dwie grupki dorosłych (zapewne rodziców) rozmawiały z sobą przyciszonym głosem, choć podczas takiej mroźnej nocy głos rozchodzi się donośnie i jest się w stanie rozszyfrować większe fragmenty rozmów. Zapalił papierosa i przez chwilę pożałował, że nie włożył na siebie kurtki. Rozgrzany ciepłem szkolnych pomieszczeń zwielokrotnionym oddechami ponad setki dzieci, także rodziców i nauczycieli, sądził, krótka wyprawa w styczniową noc nie jest w stanie pozbawić go ciepłoty ciała. Tymczasem, ledwo skończył palić, poczuł przeszywający ramiona chłód, który doprowadził go do małego gospodarczego budynku, takiej polowej kuchni, gdzie przygotowywano ciepłe dania dla uczestników zabawy.
Ledwie otworzył ciężkie, szerokie drzwi, uderzył go podmuch gorącego powietrza. Po prawej stronie ustawiona była czteropaleniskowa kuchnia, oparta o dwie, przylegające do siebie ściany. Żeliwny blat kuch rozgrzany był niemal do czerwoności. Naprzeciwko kuchni, całą długość środkowej części pomieszczenia wypełniał masywny dębowy stół, a dalej, bezpośrednio przy ścianie stał wysoki i pojemny regał. Resztę pomieszczeń dopełniały trzy, cztery krzesła, wieszak, szafa na ubrania i lodówka. Trzy stojące przy stole kobiety przekładały do czterech prostokątnych garnków pocięte na cztery i sześć porcji kurczaki. Porcje mięsa były już uprzednio upieczone a zadaniem „kucharek” polegało teraz na ich dogrzaniu.
- Pan profesor tutaj? Nie bawi się? – powitała go pierwsza z kobiet.
- Mam już chyba dosyć – odparł.
- Taki młody i ma już dosyć – zdziwiła się druga kobieta – Elu, dajmy coś panu na rozgrzewkę.
Ta trzecia szybko otworzyła jedna z szafek i wydobyła z niej butelkę i cztery kieliszki, które napełniła płynem o barwie bursztynu.
- No… najlepszego – powiedziała ta druga.
Spostrzegł, że jego kieliszek jest pojemniejszy i wypełniony większą ilością płynu niż pozostałe.
- To męża samogończyk – powiedziała ta trzecia – mocny, proszę uważać.
Wypił ostrożnie, powolutku; niemal wsysał w siebie alkohol o pomieszanym smaku pomarańczy i śliwek. Zauważył, że kobiety opróżniły swoje kieliszki jednym haustem.
- Pan nie przywykły jeszcze – stwierdziła pierwsza.
- Pan profesor się delektuje smakiem – roześmiała się trzecia – po profesorsku.
Powoli przywykał do określania go mianem „profesor”, choć gdzież mu tam było do tego tytułu. Nawet sam wiek nie upoważniał do tytułowania go w taki sposób.
- Bardzo dobra wódka – stwierdził, czując jak alkohol nie tylko rozgrzewa jego wnętrze, lecz również zdumiewająco szybko „wchodzi w nogi”.
- Głowa po nim nie boli – przyznała druga.
Podszedł bliżej do rozgrzanej kuchni i przytrzymał przez chwilę otwarte dłonie nad emanująca ciepłem żeliwna płytą.
- Kiedyś miałem w domu taka kuchnię – powiedział – po dwóch stronach miała takie obmurowanie z cegieł szamotowych, szerokie na długość cegły. Stawiało się na nim garnki z potrawami, aby zachowały ciepło.
- Teraz nie produkują takich kuchni – powiedziała pierwsza.
Było mu ciepło, bardzo ciepło. Zamyśliwszy się przez chwilę, nie spostrzegł się, jak trzecia kobieta ponownie napełniła kieliszki. jemu wlała trochę mniej niż uprzednio. 
- Za pomyślność i nasze spotkanie – powiedziała – szybciutko, zanim dyrektor wpadnie.
Wypiliśmy, a wtedy druga kobieta z rozbrajającym uśmiechem wtrąciła:
- Jeżeli dyrektor wpadnie, to przecież, ze na jednego. Lubi ten nasz koniaczek.
Dyrektor szkoły lubił dyscyplinę, był wymagający, także względem siebie i, broń boże, nie nadużywał alkoholu, ale przy takich okazjach jaką była zabawa choinkowa, pozwalał sobie i innym na więcej. 
- Jest czas pracy i jest czas zabawy – mawiał – człowiek powinien umieć wszystkiego na tym świecie skosztować, byle z umiarem. 
Miał już wyjść. Powoli zbliżył się do drzwi, lecz odważył się na zadanie tego pytania:
- Czy u was zawsze tak pięknie świętujecie na szkolnych imprezach?
- A co, podoba się panu? – zapytała pierwsza z kobiet – tak, tak, panie profesorze, u nas tak zawsze. Pan wie, że moja matka taj jak i ja kończyłyśmy tę szkołę? Tradycja zobowiązuje. Ech, to były czasy. Pan nowy, młody, nie stad, to skąd ma pan wiedzieć.
- U nas szkoła to coś więcej niż szkoła – dodała druga.
- Ale i pan przywyknie, jeśli zostanie u nas dłużej – wtrąciła trzecia kobieta – bo to, panie profesorze, z tymi młodymi to różnie bywa. Do miasta ciągną, a nie na taką głucha wieś jak nasza.
- Nie wiem, na jak długo tutaj zostanę, ale podoba mi się tutaj.
- A dzieci jak pana lubią – zwróciła uwagę druga – mówią, że pan dobrze tłumaczy, zawsze uśmiechnięty, pożartuje…
- No, staram się – odparł nieco zaskoczony tą oceną – dzieciaki miłe, dobre…
- A pewni – wtrąciła trzecia – nie każde zdolne, panie profesorze. Wielu z nich na wsi zostanie i będzie z nich pożytek. Nie oszukujmy się. Są też i głąby. A boi to każdy rolnik ich dopilnuje? W pole chodzą. Tylko maszynę im daj, traktor, i zaorzą, i obsieją a potem zbiorą i wymłócą. A dziewczyny to takie panu ciasto upieką, przy stole tak obsłużą, że w wielkim mieście byłby z nich pożytek.
- Prawdę mówisz – westchnęła pierwsza – miastowe dziewuch to nakarm i pod gębę podłuż, ciuchów nakup, bo inaczej jedna z drugą obrazi się i izby nie zamiecie, garnków nie pomyje, ino by latały i wzdychały za chłopaczyskami.
- Gdyby tylko to – włączyła się druga z kobiet – ile to razy taka matka i ojca nie uszanuje. Przyjeżdża tu taka jedna do sąsiadów, z samej Warszawy, a jak wystrojona. Stąpa sobie jak ten bociek, z kamienia na kamień przeskakuje, bo tu błocko a gdzie indziej gąsior zobaczywszy takiego cudaka, pogoni, albo pies obszczeka, bo na perfumy wrażliwy.
- Dlatego podziwiam, że jeszcze chce im się uczyć, kiedy tyle pracy w gospodarstwie mają – powiedział – no, może nie wszyscy. pewni nie zdaja sobie sprawy z tego, jak ważna i potrzebna jest nauka… wiedza.
- A bo to, panie profesorze – odezwała się trzecia – czy my byśmy nie chcieli, żeby szkoły pokończyli. Niech nawet te rolnicze. Postęp w rolnictwie jest przecież, nie to jak dawniej bywało, a z takim wyuczonym to inaczej się liczą, szanują inaczej. A te najzdolniejsze, co to do gospodarki się nie garną, niech w świat wylecą jako te jaskółki, późnym latem, a tam, we świecie, bez wykształcenia ani rusz.
- Ważne, co by je wszystkie wychować porządnie, także w domu, abyśmy się za nie nie powstydzili.
Na te słowa otwarły się drzwi i do polowej kuch wszedł spodziewany przybycia dyrektor.
- Pan też, profesorze, na samogończyk przyszedł – rzekł zaraz na wejściu.
Młody nauczyciel zmieszał się, szukając w myślach słów, jakimi mógłby udzielić zręcznej odpowiedzi. Ten jednak, widząc zamęt w oczach nauczyciela, objął go ramieniem, podprowadził do stołu i skinął gł…ową do jednej z pań.
Znalazł się piąty kieliszek.
- Najlepszego, panie młodszy – przemówił.
Wypili.
- A teraz, panie Andrzeju, niech pan szybciutko na salę wraca. Młode damy chcą z panem zatańczyć. To polecenie służbowe.
Wyszedł na miękkich nogach. Pierwsze płatki styczniowego śniegu tej nocy zaczęły wirować mu przed oczami. A może to cała styczniowa noc zawirowała mu w głowie.

23 listopada 2014

Przebaczenie

Sprawa Mieczysława R., dzisiaj mężczyzny w średnim wieku, dobijającego się do drzwi z napisem „starość”, owiana była tajemnicą. Jak to się stało, że Mieczysław R. jako młodzieniec, złożył był ślubowanie, że odszuka, dopadnie i zabije tego zbira, który uśmiercił jego ojca? Czy to możliwe, że ten młodzian (kiedy go poznałem liczył sobie lat dwadzieścia pięć lub nieco mniej), stateczny, poważny i opanowany jak na swój wiek, mógł żywić się nienawiścią (przyznajmy, że uzasadnioną) nienawiścią do zabójcy swego ojca?
Powiedzmy sobie uczciwie: Mieczysław R. ojca swego nie pamiętał. Zbyt małym był wtedy dzieckiem, aby cokolwiek pamiętać z tamtych czasów. Wydawałoby się więc, że pragnienie zemsty na kacie nieznajomego sobie ojca było irracjonalne. Najprawdopodobniej musiano w rodzinie, w jego obecności o ojcu rozmawiać, przywoływać jego pamięć tak skutecznie, że w małym chłopcu do tego stopnia rozbudzono wyobraźnię i poczucie krzywdy, a konsekwencją tego stanu miało się stać owo straszliwe postanowienie.
Z biegiem czasu silne emocje i desperacja zanikły. Mieczysław założył własna rodzinę, a ból po stracie ojca choć pozostał, nie zdołał zrównoważyć szczęścia z posiadania żony i później dwu przecudnych córek – bliźniaczek. Rozmowy o ojcu ustały, choć żyła jeszcze (mniemam, że jeszcze żyje) matka Mieczysława i cieszyła się niezgorszym zdrowiem, podtrzymywanym radością bycia babką, a później także prababką.
Aliści mit zabitego ojca – męża pozostał, mit, do którego dostęp chroniony był tak przez rodzinne tabu, że dla najmłodszych pozostawiono jedynie zdawkową informację o smutnej historii życia dziadka – pradziadka, którego życie zakończyło się tak boleśnie i bezcelowo.
Ciotka Renia była właściwie jedyną osobą, z którą mogłem porozmawiać o Mieczysławie. W każdej rodzinie, jak sądzę, jest ktoś taki, kto wie więcej i pamięta więcej od innych, ktoś, dla kogo historia swego rodu czy miasteczka, w jakim wyrosła, wciąż jest obecna i chociaż na pamięci powstają coraz częściej rysy zapomnienia, to jednak ona jedynie potrafi wskrzesić pamięć, odzyskując historie, które bez niej przepadłyby bez wieści.
Zaskoczona moim pytaniem o zgodność z prawdą postanowienia Mieczysława, zdumiona tym, że dociekam prawdy akurat teraz, bez wytłumaczalnego motywu, tym chętniej gotowa była uzupełnić moją niewiedzę o fakty, o których nie miałem zielonego pojęcia.
Okazało się, że ta historia miała swój początek zgoła nieprzewidywalny dla mnie.
Zaraz po wojnie, która, nikt nie zaprzeczy, była koszmarem, młody podówczas sierżant Remigiusz R., otrzymawszy zasłużony urlop, skorzystał zeń w sposób może nie oryginalny, lecz jakże ważki dla przyszłego, choć tak krótkiego życia Remigiusza.
Na potańcówce będącej wyrazem powszechnej radości z nastania pokoju wyjednał był sobie serce u jednej z mieszkanek miasteczka, w którym oboje żyli, nie wiedząc dotąd niczego o sobie (cóż, Remigiusz podczas okupacji wkroczył na partyzancką ścieżkę a potem do polskiej armii).
Potańcówka zapoczątkowała krótki, acz intensywny związek, który zaowocował ciążą panny, rychłym ślubem, później rozwiązaniem
 i radością małżonków.
Przeszkodą w ich związku była rozłąka , którą próbował z załagodzić zaciągając się do milicji, prosząc uparcie o to, aby powierzono mu posterunek w miasteczku, skąd pochodził i gdzie mieszkała jego żona. Nieoczekiwanie przychylono się do jego prośby i został milicjantem w rodzinnym miasteczku, choć jednocześnie dano mu do zrozumienia, że wojna wprawdzie zakończona, to jednak są takie miejsca, gdzie wciąż trwa i kiedy okaże się niezbędny dla ugaszenia pożaru, to musi się liczyć z tym, że socjalistyczna Polska będzie go może potrzebować na południowo-wschodnich rubieżach kraju, gdzie trwają walki z tymi, co to ludowej władzy nie uznają, a najbardziej z ukraińskimi faszystami z UPA.
Trudno powiedzieć, czy to młodzieńcza porywczość, zapał, czy polityczne zapatrzenie w przełożonych skłoniły Remigiusza do udania się w Bieszczady z wyzwolicielską misją, nie tylko wskutek otrzymania takiego rozkazu, ale też z własnej woli. Wyobrażał to sobie tak: pojedzie, oczyści kraj z wrogów i powróci do żony, której życie z pewnością nie będzie łatwe podczas jego nieobecności, lecz odrobią sobie to z nawiązką, są młodzi i całe życie przed nimi.
Za swoją ideową niezłomność, przekonania i zapał uczyniono go dowódcą oddziału mającego unieszkodliwić jedną z band w ramach zakrojonej na szeroką skalę operacji. Jako zastępcę dano mu równego wiekiem chłopaka pochodzącego z okolic Sanoka czy Jasła, który choć nosił ukraińskie nazwisko, zdaniem przełożonych, sprzyjał polskiej władzy, brzydząc się banderowskim siepaczom, a jednocześnie ukraińskie pochodzenie miało być atutem w poruszaniu się na terenach zamieszkałych przez ludność ukraińską.
Podczas jednej z wypraw w górne partie Bieszczad, podążając za wyłuskanymi od mieszkańców okolicznych wiosek informacjami, oddział Remigiusza wpadł w zasadzkę. Ostrzelano ich. Z dwunastu ludzi ocalało trzech, w tym Remigiusz. Ocalenie nie równało się wolności. Trzech milicjantów wzięto w niewolę. Jakież było zdziwienie Remigiusza, że jego zastępca pojawił się w celi w banderowskich barwach, oświadczając swemu dowódcy z dumą, że to on sam sprokurował tę zasadzkę.
Nie silono się na przesłuchiwania Remigiusza, gdyż jego podkomendny, Roman Sameńczuk dostarczył ukraińskiej bandzie wystarczających informacji na temat rozlokowania polskich jednostek i planów operacyjnych. Na Remigiusza zapadł wyrok śmierci i nawet logicznym w tym kontekście wnioskiem było powierzenie Sameńczukowi wykonanie tego wyroku, co uczynił niezbyt chętnie i bez zbędnych okrucieństw, do jakich Ukraińcy zdążyli przyzwyczaić swych wrogów. W końcu Remigiusz był jego dowódcą, więc i przed śmiercią należał mu się szacunek. Poczęstowanego szklaneczką bimbru Remigiusza Sameńczuk wyprowadził z namiotu i pod najbliższym drzewem oddał celny strzał w potylicę. Milicjant zginął na miejscu, bez cierpień.
Oczywiście pewnie nigdy nie poznano by okoliczności śmierci Remigiusza, gdyby w końcu zdradzieckiego oddziału Romana nie wytropiono, a on sam nie znalazł się w polskiej niewoli. Ważny był również fakt, iż jeden z milicjantów porwanych uprzednio przez Ukraińców, choć ciężko ranny, przeżył i swoimi zeznaniami pogrążył Sameńczuka.
Sprawa Romana Sameńczuka, zdrajcy i mordercy znalazła się na wokandzie i, prawdę mówiąc, proces pomyślano jako pokazowy, aby wszem i wobec ogłosić, że młode, socjalistyczne państwo traktuje zdrajców surowo, lecz prawomyślnie.
Wśród publiczności była również żona Remigiusza. Zadbano także o to, aby na procesie obecna była żona Sameńczuka z dwójką dzieci, na szczęście zbyt małych, aby zrozumieć dlaczego ich ojca przytroczono kajdankami do rąk siedzących po bokach milicjantów.
Kiedy już świadkowie powiedzieli wszystko to, co do powiedzenia mieli, kiedy prokurator i obrońca wygłosili swoje mowy, odstąpiono od  żelaznych reguł procesowych i poproszono, aby głos zabrała żona Remigiusza. To posunięcie, istotne propagandowo, miało dodatkowo i ostatecznie wpłynąć na opinię nie tyle sędziów, lecz publiczności i prasy. Wydawało się bowiem, że poproszona o zabranie głosu kobieta ze łzami w oczach, wbije gwóźdź do trumny, w której miano pochować zdrajcę i mordercę. Ta jednak oświadczyła, że żaden sąd nie zwróci jej męża a synowi ojca.
- Przed majestatem sądu – mówiła – siedzi po tamtej stronie sali kobieta z dwójką małych dzieci, które podobnie jak mój syn, z woli sądu, mogą na zawsze utracić ojca. Ja, wysoki sądzie – kontynuowała kobieta – urazę do śmierci będę w swoim sercu nosić, lecz mordercy mojego męża wybaczam, prosząc wysoki sąd o to, aby mając na względzie moje przebaczenie i te dzieci niczemu nie winne, nie pozbawiał ich swoim wyrokiem ojca.
Powiedziawszy to, o ile pamięć ciotki Reni nie zawiodła tym razem, żona Remigiusza opuściła sądową salę i udała się wprost na dworzec kolejowy, a stamtąd do rodzinnego miasteczka, gdzie oczekiwał na nią dwuletni chłopiec, powierzony na czas procesu swojej babci.
Ciotka Renia nie wie jak dalej potoczyła się sprawa zabójcy Remigiusza. Jaki zapadł wyrok i czy zabójca zapłacił życiem za zbrodnię, tego żona Remigiusza dowiedzieć się nie chciała. Nie interesowała się już losem skazanego. Ciotka Renia przypuszcza, że była to jednak oficjalna wersja, jaka zapanowała w rodzinnym domu samotnej matki, a tę prawdziwą żona Remigiusza otoczyła wielką tajemnicą, nie dopuszczając do niej najbliższych. Zwykle taka niedostępność prawdy wywołuje spekulacje, spekulacje których efektem było przypuszczenie, że w sprawie zabójstwa Remigiusza nie zapadł jednak najcięższy wyrok i jego morderca pozostał na wolności.
Kiedy malutki Miecio stał się Mieczysławem, poznawszy okruchy prawdy o swym ojcu, pragnął dowiedzieć się czegoś więcej na temat człowieka, który zabrał mu ojca. I tak, ulegając podszeptom plotek i fantazji, nie mogąc zrozumieć dlaczego jego własna matka wybaczyła zabójcy tak łatwo, Mieczysław podjął próbę odszukania Romana Sameńczuka. Na pół roku zniknął z domu, jak raz po ostrej kłótni z matką. Napisał jednak kartkę z Bieszczad, później drugą i trzecią, z Mazur i Koszalińskiego. Matka czytała, wypłakiwała oczy i nie mogąc odpowiedzieć adresatowi, obiecała sobie, że kiedy syn wróci, powie mu całą prawdę.
Mieczysław powrócił, strudzony i rozgoryczony. Matka szczęśliwa, że nie spełnił danego sobie przyrzeczenia i w końcu odbyła z synem rozmowę, której nie usłyszały niczyje uszy, także ciotki Reni.
Ciotka Renia nigdy nie dowiedziała się całej prawdy i chociaż wielokrotnie korciło ją usłyszeć ją z ust Mieczysława lub jego matki, nie miała odwagi ich o nią zapytać.

W związku z tym i ja nie poznałem w całości zakończenia tej historii i podobnie jak ciotka Renia nie śmiem się dopytywać ani żony Remigiusza, ani też samego Mieczysława, nawet przy wódce.

22 listopada 2014

Fraszęta niegrzeczne


Na rozumnego
Poszedł po rozum do głowy
pewnej księżycowej nocy.
Nie zajrzał do jej alkowy,
choć wciąż krzyczała: pomocy!!!

Na heterę
Krzykliwa była jak mewa
i darła się wniebogłosy.
Dziś w klatce jak słowik śpiewa.
Tak kończą się heter losy.

Na zazdrośnika
Zazdrosny o każde słowo,
o każdy uśmiech swej żony.
Chytrość swą opłacił słono,
wpadając w kochanka szpony.

Na żmiję
Żmija ta zdradliwa
skrywała się za jego plecami.
Tak to w życiu bywa.
Przyszedł drugi  jego też omami.

Na posła
Panie pośle, w wielkim poście
Fałszujesz jak z nut.
My serdecznie mamy dość cię,
odpowiedział lud.

Na Danutę
Do władzy się przepychała
pewna Danuta, szpetna przekupka.
Od kiedy stolec dostała,
puchnie jej przyklejona doń dupka.

Na awansowanego
Zerwał się jak pies z łańcucha,
gdy tylko wskoczył na stołek.
Kto by takiego posłuchał,
dowie się, że to matołek.

Na księdza
Złożył śluby i poszedł na księdza.
Do świętej modli się Mamony.
Tak mocno umysł swój nadwyrężał…
ostały się z niego hormony.

Na feministkę
Historyczka się nazwała.
Historyk – zbyt po męsku brzmi.
Gdyby rzecz się nie udała,
zawsze w grę wchodzi zmiana płci.

Na Asię
Asi zadanie proste – w tym sposobie,
że tylko dom i praca na jej głowie.
Lecz nocą, we dnie i poranki
nie masz piękniejszej nad nią kochanki.

Na Anetę
Aneta na nosie pogrywa losowi.
Inna by łez uroniła morze.
Być może inna, ona nie może.
Ta – optymizmem tryska – każdy to powie.

Na Elenę
Eleny życie tak jest ułożone,
że szuka wciąż bratniej duszy.
Szczęściarzem ten, kto weźmie ją za żonę.
W końcu niepewność jej skruszy.

Na Jankę
Janka – buntownicza szczerze,
chciałaby świat zmienić – wierzę.
Sprawiedliwości szuka bezustannie,
czy w dzień, czy w nocy, a choćby i w wannie.

Na wierszokletę
Zachciało mu się rymowanek.
Paszkwile pisze na współbraci.
Dopóki wodę nosi dzbanek,
dopóty weny swej nie straci.


Dalibóg, dosyć tego rymowania,
lecz jeśli komu z uśmiechem po drodze,
niech mi odpuści hardych słów knowania.
Więcej fraszątek na ten czas nie spłodzę.

Wędrówka (2)

Ze snu wybudził mnie sen. Ale jaki? Transparentny, wyostrzony, alabastrowy. Mógłbym powiedzieć rzeczywisty, gdyby pomiędzy jawą a snem nie istniała zasadnicza sprzeczność. Coraz bliższy byłem odpowiedzi na pytania: dlaczego teraz? dlaczego tak wyraźnie?
Jej głowa wtulona w moje ramię. Tak to się mówi? Wtulona? Jej twarz zadawała mi się być znajoma, nawet jeśli nie spostrzegłem kryształków jej oczu. Zastanowiłem się przez chwilę nad tym, dlaczego podczas snu powieki są przymknięte jak wieko kufra chroniącego kosztowności przed światem, przed wzrokiem pożądliwym, chciwym, zazdrosnym, przed grzechem kradzieży.
Rozpoznawałem ją stopniowo, detal po detalu. Drążyłem swoją pamięć, dziwiąc się temu dlaczego mając do czynienia z tysiącami obrazów, zapamiętujemy kilka, a być może jeden, bezcenny, taka naszą prywatną damę z gronostajem, dziewczynę z perłą, szał i krzyk.
Lecz zanim rozpoznałem ją, leżącą przy moim boku, jeszcze ciepłą, wilgotną, choć zamieniona już w rytmiczny, ukołysany jak łódź wieczorną bryzą oddech, zanim mogłem zawołać ją jej imieniem, odnalazła się w moim śnie. A sen miałem wyostrzony, niemal rzeczywisty, co przeczy naturze snu, więc ona, chcąc nie chcąc, ale zapewne bardziej chcąc, bo była wytworem mojego umysłu, ale również starannie obmyślonego planu, ona podeszła do mnie. O, tak, podeszła do mnie, przypominając że obiecaliśmy sobie jeden taniec. Rozpoznałem ją nie po oczach, nie po włosach; nie rozpoznałem jej po żadnej osobnej części ciała, nawet nie po geście, nie po słowach i uśmiechu. rozpoznałem ja całą, w całej wytworności jej postaci, tak jakbym ją wyrzeźbił, jakbym był autorem rzeźby, jaką po latach spotkałem w jednym z zaułków, w rynku, na placu, ustawiona na postumencie, przez ten postument wywyższoną; spotykam ją i obchodzę z każdej strony, dotykam wzrokiem, przypominając sobie pod jakim kątem uderzałem młotem w dłuto, aby oddać najpiękniej owal jej twarzy, uchwycić ruch dłoni, zarysować charakterystycznie wzniesiony ku górze podbródek, kiedy jej usta rozchylają kąciki warg do uśmiechu. Tak się czułem.
Obnażyłem swoje wspomnienia. Dotarłem do niej nie tylko jak do wytworu moich własnych rąk, lecz również jak do modelki pozującej wytrwale, nie oswojonej jeszcze ze swoja nagością, ukazywaną przed kimś, kto mienił się nazywać artystą a był jedynie niedoskonałym odtwórcą piękna, od którego nie mógł oderwać wzroku.
A jakże, podeszła do mnie i przypomniała o tańcu. Z cała premedytacją wspomniała taniec. Miała bowiem swoja własną pamięć, którą przemawiała do mnie.
Nigdyśmy nie tańczyli, powiedziała.
Pamiętasz? Uciekłam wtedy. Może nie uciekłam. Zostałam porwana. On ubiegł ciebie. A potem? potem rozlała się rzeka, zmieniając koryto. Popłynęliśmy oddzielnie i tak płyniemy obok siebie. Jedno starorzeczem, drugie nowym nurtem. W pewnym momencie straciliśmy z sobą kontakt. Wiem, ty pewnego razu przypomniałeś się, wołałeś: hop! hop! Może słyszałam, może nie. Może nie chciałam słyszeć. Daj mi to naprawić. Naprawmy to. Ty też nie jesteś bez winy. Trzeba ci było chwycić mnie za rękę, mocno mnie objąć, przyciągnąć, unieść; nie odważyłeś się, kochany, brakło ci odwagi. Czyżbyś jeszcze wtedy bał się ciemności? Rozjaśniłabym twoje pokoje. Zresztą nie wiem. Może czas nadinterpretuje moją pamięć. A co z twoja pamięcią? Czy jest wieczna? Dlaczego oglądasz mnie z każdej strony i dotykasz mego ciała? Jeśli to robisz, to przecież widzisz, co zrobił z nim czas. Zdeformował je, zniszczył. Moja skóra należy dziś do kogoś innego. Postarzałam się, sprawdź. I tutaj, i tam, niedostatecznie nawilżona. Trzeba ją wspomagać, aby nie wyschła na proch. Dlaczego mi nie wierzysz? Patrzysz tak opętanie. Czyżbyś mnie jeszcze kochał? Czyżbyś, jak wtedy, podstępnie wykorzystał wiersz dla wyznania miłości.
Nie odpowiadam.
Obchodzę ją ze wszystkich możliwych stron świata.
Krążę wokół niej jak ziemia wokół słońca.
Milczę.
Milczący zachwyt.
Wspomnienie radosne, jak dzieło archeologa odkrywcy.
Widzę Cię taką jaką byłaś, jesteś i będziesz. Twoja sucha skóra jest skórą wilgotną. Jednym przesunięcie dłonią po twojej szyi na zawsze pozbywa ją zmarszczek a moje spojrzenie nadaje jędrność twym pośladkom i udom.
Dość.
Jeżeli będziesz stara, nie przestane kochać twego ciała. Twoje zmarszczki będą piękne nawet wtedy się zestarzeją. Precz zmysły, które doszukują się brzydoty w ludzkim ciele. jest zmysł rzucający na łopatki wszystkie pozostałe.
O, tak, mój sen był transparentny, zbyt rzeczywisty jak na sen.
Potem tańczyliśmy, przebiegle, zuchwale, wydając ze swoich ciał ostatnie poty pożądania.
Kochaliśmy się.
Wiedziałem, od samego początku wiedziałem, że taniec był kamuflażem. Nie można samym tańcem wyrwać z gardła życia, które się rozpłynęło, podzieliło na główny nurt rzeki i starorzecze.
Płynęliśmy do morza. Cały czas taką cię pamiętałem i nie zapomnę.
A teraz obudź się przy tej, która chce ci urodzić dziewczynkę. Obudź się przy mnie. Teraz już wiesz?
Wiedziałem.
To dobrze. Proszę cię tylko o to, aby już więcej nie mówił, że jestem znikąd.
Dobrze. Nie wiem, czy usłyszała.
Sprawdź czy nasz chłopiec nie śpi odkryty.
Sprawdziłem. Wszystko w porządku.
A teraz dotknij mnie tutaj. Tak, właśnie tu. Ja to już czuję. Czuje naszą dziewczynkę. Dlaczego tak patrzysz na mnie? Mam się odwrócić? Dlaczego? Uśmiechnęła się a właściwie roześmiała, tłumiąc śmiech zbliżeniem otwartej dłoni do ust. Nie musisz sprawdzać. To ja.
A ty, to ty.
Pięknie tańczysz, powiedziała.
Pięknie tańczymy oboje, uzupełniłem.
Potwierdziła energicznie potakując głową.
Spojrzała na mnie, to znów dotknęła wzrokiem naszego śpiącego synka.
Gdzie jutro idziemy, zapytała.
Poprowadzi nas droga.

Droga.