O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

13 listopada 2018

MARSZ


I poszli… ale nie… wcześniej zapełniła się trybuna honorowa… organizatorzy marszu… pisiaki, gości zagranicznych brak, w tyle przedstawiciel UE, posłanka PO, jakoś nie dostrzegłem radości na twarzach tych z pierwszego szeregu, a kiedy przechodził Tusk ta scena zawężona oczami wyobraźni do dwóch postaci, przywiodła mi na myśl ważenie bokserów przed walką… ale z tymi sportowcami tak jest, że tuż po gongu, gdy wychodzą na środek ringu, „podają sobie” rękawice, tak też jest przed rundą finałową, a już po walce ci umęczeni bojem wojownicy, na twarzach których szramy, opuchlizna i krew, padają sobie w ramiona, dziękując sobie za walkę, za to, że przetrwali.
Potem prezydent nie wszystkich Polaków krzyczał na temat niepodległości. Brak zaufania do nagłośnienia? Zapamiętałem, że ma nie być czerwonego, robotniczego sztandaru, który powiewał nad manifestującymi robotnikami Europy, na długo przedtem zanim stał się symbolem rewolucji proletariackiej w Rosji.
Faktem jest, że krzyk prezydenta nie wszystkich Polaków był mniej zapalczywy niż oszalałego z nienawiści międlara we Wrocławiu, ale był i drażnił uszy.
Ruszyli. Najpierw pierwszy sort odgrodzony przez żandarmów – nie wszyscy policjanci wyzdrowieli. Potem prawdziwi Polacy – narodowcy i ci z wszechpolskiej młodzieży, wspomagani przez włoskich neofaszystów.
Za nimi w Marszu Niepodległości podążali Polacy, aby uczcić stulecie niepodległej Polski, ci, którzy uznali, że 11 Listopada jest takim świętem, w którym nie powinny się liczyć doczesne spory, w którym element animalny, zdradzieckie mordy, gorszy sort, komuchy, złodzieje i tym podobni w TYM dniu także mogą świętować.
Narodowcy odpalali race. Zakryte twarze polskich neofaszystów to skutek, a raczej ochrona górnych dróg oddechowych przed zapachem spalenizny ziejącym z tych rac.
Oprócz pieśni patriotycznych, część walecznej młodzieży wyśpiewywała piosenki o tym do czego przydaje się w dzisiejszych czasach sierp i młot; także o tym, że w związku z faktem iż mamy już pełną jesień i ogołociły nam się gałęzie z liści, nastał czas, aby zawiesić na drzewach komunistów.
Spalono też unijną flagę, nie dbając o to, że w czasie palenia się szmaty, jak nazywa posłanka pawłowicz flagę Unii Europejskiej, wydziela się szkodliwy dla środowiska dym, który tylko pogłębia zagrożenie smogiem.
Przemarsz zakończył się sukcesem.
Mogło być wprawdzie tak jak w Łodzi, Krakowie, Poznaniu czy Gdańsku i w wielu innych miejscach w kraju, ale było inaczej.
Osobiście wybrałem to inaczej. Polska pisiaków i faszyzujących narodowców, Polska nienawiści, nieuctwa i głupoty to nie jest mój kraj. Nie moim jest zdzierający gardło prezydent, premier kłamca, pierwszy nienawistnik prezes i pozbawione elementarnej kultury pisiaki.
Moja Polska, choć nigdy przede mną i za mojego życia nie była idealną ojczyzną, jest jednak inna. Siedzi przede wszystkim w głowie, ale też w sercu, a czasami odzywa się słowami poety....


Klaskaniem mając obrzękłe prawice,

Znudzony pieśnią, lud wołał o czyny:
Wzdychały jeszcze dorodne wawrzyny,
Konary swymi wietrząc błyskawice.
Było w Ojczyźnie laurowo i ciemno
I już ni miejsca dawano, ni godzin
Dla nie czekanych powić i narodzin,
Gdy Boży-palec zaświtał nade mną;
Nie zdając liczby z rzeczy, które czyni,
Żyć mi rozkazał w żywota pustyni!

 *
Dlatego od was... o! laury, nie wziąłem
Listka jednego, ni ząbeczka w liściu,
Prócz może cieniu chłodnego nad czołem
(Co nie należy wam, lecz - słońca przyściu...).
Nie wziąłem od was nic, o! wielkoludy,
Prócz dróg zarosłych w piołun, mech i szalej,
Prócz ziemi, klątwą spalonej, i nudy...
Samotny wszedłem i sam błądzę dalej.

 *
Po-obracanych w przeszłość nie pojętę -
A uwielbionę - spotkałem niemało!
W ostrogi rdzawe utrafiłem piętę
W ścieżkach, gdzie zbitych kul sporo padało!
Nieraz Obyczaj stary zawadziłem,
Z wyszczérzonymi na jutrznię zębami;
Odziewający się na głowę pyłem,
By noc przedłużył, nie zerwał ze snami.

 *
Niewiast, zaklętych w umarłe formuły,
Spotkałem tysiąc; i było mi smętno,
Że wdzięków tyle widziałem - nieczuły!
Źrenicą na nie patrząc bez-namiętną.
Tej, tamtej rękę tknąwszy marmurowę,
Wzruszyłem fałdy ubrania kamienne,
A motyl nocny wzleciał jej nad głowę,
Zadrżał i upadł... i odeszły - senne...

 *
I nic... nie wziąłem od nich w serca wnętrze,
Stawszy się ku nim - jak one - bezwładny,
Tak samo grzeczny i zarówno żadny,
Że aż mi coraz szczęście niepojętsze!
- Czemu? dlaczego? w przesytu-Niedzielę
Przyszedłem witać i żegnać... tak wiele?
Nic nie uniósłszy na sercu - prócz szaty -
Pytać was - nie chcę i nie raczę: Katy!...

 *
Piszę - ot! czasem... piszę na Babylon
Do Jeruzalem! - i dochodzą listy -
To zaś mi mniejsza, czy bywam omylon
Albo nie?... piszę pamiętnik artysty -
Ogryzmolony i w siebie pochylon -
Obłędny!... ależ - wielce rzeczywisty!

*
Syn - minie pismo, lecz ty spomnisz, wnuku,
Co znika dzisiaj (iż czytane pędem)
Za panowania Panteizmu-druku,
Pod ołowianej litery urzędem;
I jak zdarzało się na rzymskim bruku,
Mając pod stopy katakomb korytarz,
Nad czołem słońce i jaw, ufny w błędzie -
Tak znów odczyta on, co ty dziś czytasz,
Ale on spomni mnie... bo mnie nie będzie!


[Cyprian Kamil Norwid - …Klaskaniem mając obrzękłe prawice…]

[13.11.2018, Dobrzelin]

11 listopada 2018

TAKIE TAM...


1.
Znaczy się jest dyspensa od pana prezesa? Zdradzieckie mordy, gorszy sort, element animalny, czyli te wszystkie organizacje, do których należę, będą mogły wyjątkowo uczcić rocznicę uzyskania niepodległości przez Polskę? Nawet maszerować mogę? Dziękuję panu prezesowi, prezydentowi i premierowi za ten ludzki odruch chrześcijańskiego miłosierdzia.
2.
Niestety oberwie się też drugiej stronie. Nie podoba mi się narracja Tuska przedstawiona na niepodległościowym spotkaniu w Łodzi. Już nawet nie chodzi o samą odmianę przez niego słowa „bolszewik”, ale o to, że nie do przyjęcia jest zawężone do symboli myślenie byłego premiera, z którego wynika, że niepodległość Polski załatwił nam w pojedynkę Piłsudski, zaś wolność, podobnie w pojedynkę, przyniósł Wałęsa.
Obecność na tym wiecu pana Balcerowicza wyklucza możliwość oddania przeze mnie głosu na koalicję, której duchowym przywódcą będzie Tusk.
I znów, cholera jasna, nie będę miał na kogo głosować.
3.
Tragikomedia z naszymi policjantami. Ja nawet rozumiem, że walczyli o swoje i mieli słuszne, jak sądzę, postulaty, jak i też poważnym ograniczeniem w tej walce był fakt, iż policjanci to taka grupa zawodowa, która nie może strajkować tak jak pozostali obywatele. Ale każdy z napotkanych przeze mnie wróbelków ćwierkał o tym, że ta epidemia jaka ogarnęła w postępie geometrycznym tych, bądź co bądź, chłopów (i damy) na schwał była, co by nie powiedzieć, oparta na lewych druczkach L-4. Jeden z wróbelków przyglądając się mojej fizjonomii stwierdził nawet, że w porównaniu z policjantami mój wygląd upoważnia mnie do odbycia miesięcznej kuracji sanatoryjnej, a następnie dwumiesięcznej rehabilitacji.
- Aleś ty, Andrzej, głupi, żeś się nie włączył do tej epidemii – wyrzekł wróbelek, puknął się w głowę skrzydełkiem i odleciał.
4.
Ale kiedy jest źle, tragikomicznie i satyrycznie, najlepsze rozwiązanie to sięgnięcie do słów i myśli zapisanych przez ludzi mądrzejszych od polityków i nie tak cwanych jak policjanci i lekarze pierwszego kontaktu.
W tym wypadku chodzi mi o świetnego pisarza Isaaca Bashevisa Singera, którego kolejny zbiór opowiadań akurat czytam (swoją drogą szczerze i dosyć bezczelnie polecam lekturę Singera).
Otóż w opowiadaniu „Praczka” Singer zamieścił taki oto „kawałek” historii związanej właśnie z tytułową bohaterką – chrześcijańską praczką, świadczącą swe usługi Żydom z Krochmalnej w Warszawie. Mam nadzieję, że zacytowany fragment spodoba się gościom kawiarenki.
„Kobieta [praczka] miała bogatego syna. Nie pamiętam już, czym się zajmował. Wstydził się swojej matki-praczki i nigdy do niej nie przychodził. Nigdy też nie dawał jej ani grosza. Stara kobieta mówiła o tym bez urazy. Pewnego dnia syn się ożenił. Podobno małżeństwo było udane. Ślub odbył się w kościele. Syn nie zaprosił starej matki na wesele, ale ona poszła do kościoła, aby zobaczyć, jak syn prowadzi do ołtarza pannę młodą. Nie chciałbym być posądzony o szowinizm, sądzę jednak, że nie postąpiłby tak żaden żydowski syn. A gdyby tak zrobił, nie mam wątpliwości, że jego matka zaczęłaby krzyczeć, zawodzić i posłałaby pomocnika z synagogi, by go wezwał do rabina. Jednym słowem Żydzi to Żydzi a goje to goje.”

I na tym koniec takiego tam…

[11.11.2018, Dobrzelin]

09 listopada 2018

ODWROTNY STAN (z archiwum)

Fragment tekstu zamieszczonego poniżej pochodzi sprzed dwóch lat, choć pomysł na jego napisanie wlókł się za mną przez ponad 20 lat, zresztą poprzednia wersja, obszerniejsza, istniała w wersji papierowej, ulegając bezpowrotnemu zniszczeniu. 
Bardzo rzadko wracam do pomysłów powstałych przed wieloma laty, chyba że świadomie włożyłem tekst do szuflady, aby dojrzał; z "Odwrotnym stanem" jest inaczej - zaprojektowany, jak wspomniałem, przed laty w warstwie formalnej miał nawiązywać do "Procesu" Kafki, być jego swoistą antytezą. U Kafki główny wątek "akcji" zasadza się w podjęciu czynności procesowych wobec Józefa K. przez funkcjonariuszy totalitarnej władzy. Józef K. obiektywnie niewinny, w obliczu władzy staje się podejrzanym i  w końcu skazanym, albowiem totalitaryzm nie zna pojęcia niewinności -  w totalitarnym ustroju każdy jest winien.
Moja propozycja polega na tym, że totalitarna władza pragnie uszczęśliwić  Adama K. i uczyni to wbrew jego woli. Wtrącenie mojego bohatera do więzienia (II część opowieści)  ma go przekonać, że życie jakie dotąd prowadził było bezwartościowe i dopiero w miejscu odosobnienia ma zrozumieć to, że w istocie uwięzienie go jest dla niego szansą na wyzwolenie się z okowów niewoli w jakiej się znajdował.
Trochę to zawiłe - przypomina sytuację w jakiej znalazł się więzień, któremu wmawia się, że to nie jego odgrodzono od reszty społeczeństwa murem, ale to właśnie on uwięził za murem, który go otacza tę resztę.

I.
Fotel, w którym zanurzył swoje ciało, przykryty był materiałem przypominającym atłas. Pierwsze z nim zetknięcie było doświadczeniem chłodu dla nagich ramion i ud, jednak po kilku minutach ciało oddawało materiałowi ciepło i mógł  wtedy poczuć swobodę, wtulając się w głębię siedliska ofiarującą mu wygodę, tak różną od tej, w której ziarnko grochu uniemożliwiało sen. Tym razem pokój był niedogrzany i pozwolił sobie narzucić na siebie ciepły szlafrok, a siedząc w fotelu dodatkowo przykrył nogi kocem. W najbliższym sąsiedztwie Adama, w zasięgu jego rąk stał stolik z nieodłącznymi atrybutami na jego lśniącym, ciemnoorzechowym blacie – książką rozpołowioną i porzuconą wierzchem do góry oraz szklanką ciemnej gorącej herbaty. Leżał też na nim pilot od telewizora. Telewizor ustawiony był na jakiś kanał sportowy. Ściszony do niemal szeptu komentarz meczu siatkówki nie przeszkadzał Adamowi w półśnie, w jakim lubił przebywać właśnie wtedy, gdy na świecie toczyły się sportowe igrzyska. Przysypiając wydawało mu się, że jest najszczęśliwszym człowiekiem, któremu podarowano samotność. Szczególnie upodobał sobie ten stan łagodnego pogrążania się w nieświadomości, kiedy całe ciało po chwili postępującego przeciążenia zaczyna nagle łagodnie niby unosić się, kołysać i pozbywać napięcia mięśni. Będąc w takim stanie nie myślał nad tym, że ta wolność, której doświadczał, była przyzwoleniem na poddanie się losowi, na brak alternatywy w odczuwaniu przyjemności trwania w tym letargu. 
Szczęśliwe życie Adama K. nie składało się jedynie z owych chwil uspokojenia jakich zażywał w samotnej egzystencji w swoim mieszkaniu na drugim piętrze standardowego osiedlowego bloku. Odczuwał też spokój ilekroć przekraczał progi archiwum, a więc miejsca gdzie pracował w odosobnieniu, w izolacji od bieżących spraw, od rozmów z koleżankami, od rzadko organizowanych przez kierownictwo zebrań i narad. Jeżeli już wyznaczono mu pracę poza budynkiem archiwum, zawsze przemieszczał się pomiędzy czterema ścianami piwnicy lub strychu, gdzie czekały na niego sterty papierzysk, ksiąg i wszelkiego rodzaju papierowego rupiecia, które musiał przejrzeć, uporządkować i opisać. Jego świat otoczony był powłoką kurzu i stęchlizny. Z rzadka wydobywał się na powierzchnię rzeczywistości, którą było spożycie drugiego śniadania, zawsze pomiędzy dziesiątą a dziesiątą piętnaście. Przechodził wtedy do pokoju biurowego, w którym przebywały dwie archiwistki, przygotowujące mu systematycznie herbatę. Siadał w zacisznym kątku pomiędzy szafą a oknem z łokciami wspartymi na parapecie, sącząc gorącą herbatę i konsumując przyniesione z domu kanapki. Zdawkowo odpowiadał na pytania kobiet, które nie mogły paść kiedy indziej, jak właśnie wtedy, podczas posiłku. Możliwe, że Adam był zbyt nieśmiały na prowadzenie swobodnych, by nie powiedzieć czasem swawolnych pogaduszek, lecz w rzeczy samej pozostając fizycznie w teatrze toczącej się rozmowy, jego myśli drążyły już kolejną teczkę z aktami, które miał po śniadaniu przejrzeć, uporządkować, skatalogować i odłożyć na półkę.  Czasami jednak współpracownicom udawało się go namówić do czegoś szalonego, jak na przykład na wspólną wyprawę do teatru lub na kolację w sympatycznym lokalu w centrum miasta. Koleżanki Adama musiały wtedy przyznać, że w takich sytuacjach ich partner chował do niepamięci wszystkie dokumenty świata i na ich oczach zmieniał swoją osobowość tak znacząco, że gotowe były pomyśleć, że jest całkiem do rzeczy jako mężczyzna, mężczyzna nie pozbawiony uroku, a w dodatku, tryskający humorem, o co go nigdy wcześniej nie podejrzewały.  
Zawsze jednak powrót do domu po takich późnowieczornych i nocnych eskapadach przywracał go do stanu, w jakim chciał się znajdować. Szybka kąpiel zmywała z niego resztki niedawnej ekscytacji, mocna herbata poprawiała nastrój, a książka, którą brał do czytania pozwalała mu zakończyć dzień tak, jak to sobie zamarzył. Nigdy nie związał się z żadną kobietą na stałe, choć miewał romanse, wynikające bardziej z nagłego zauroczenia albo zbyt mocnego trunku użytego w nieodpowiednim czasie (a może właśnie w odpowiednim, trudno to orzec), lecz nigdy, co poczytywał sobie za osiągnięcie, następujące po tych romansach rozstania nie niszczyły życia ani jego, ani też jego partnerki. Więcej, gdy zachodziła taka możliwość, ów romans mógł być kontynuowany bez stawiania względem siebie warunków, co do dalszego ciągu tej bliższej znajomości. Z pewnością bardziej niż tę bliską znajomość z kobietami Adam cenił sobie przyjaźń. Swoim zachowaniem zaprzeczał teorii głoszącej, że pomiędzy kobietą a mężczyzną tak naprawdę istnieć mogą dwa silne uczucia: miłość i nienawiść. Być może bezwiednie, ale doszedł do wniosku, że w przyjaźni liczy się dobry słuch, a konkretniej – umiejętność wsłuchiwania się w to, o czym mówi kobieta. Ponieważ był z reguły małomówny i mniej skory do osobistych wynurzeń, prowadząca swój monolog kobieta mogła być pewna, że to, co ma do przekazania Adamowi podczas rozmowy nie wyjdzie poza cztery ściany pomieszczenia, w jakim ją prowadzono. Ktoś powiedział mu, że mając tak świetne przyjacielskie relacje z kobietami, będzie miał kłopot w wybraniu tej jednej, z którą chciałby spędzić resztę swego życia. Chyba miał rację. 
Powracając ze stanu uśpienia, z którego wyrwał go dźwięk reklamy sączący się z telewizyjnego głośnika, wyciągnął prawą rękę w stronę szklanki z herbatą. Chwycił ją dłonią i uniósł do ust. Pijąc powoli ciemną cierpką herbatę, do której nigdy nie używał cukru, pomyślał, że jednak musiał spać długie minuty, gdyż herbata była już zimna. Był zdziwiony, bo wydawało mu się, że kontrolował to, co się z nim działo od chwili, gdy ułożył swoje ciało wygodnie w fotelu. Gotów był się założyć, że słyszał głos komentatora i odgłosy z hali sportowej podczas toczącego się meczu. A może, pomyślał sobie, można jednocześnie być w dwóch miejscach naraz, można współistnieć na dwóch płaszczyznach rzeczywistości, lecz nie pamiętać obu stanów,  w jakich się znajdujemy w identyczny sposób. Przypomniał sobie, że do pewnego stopnia czuł się podobnie wertując stare szpargały dokumentów, odczytując ich treść, próbując ogarnąć zmysłami czas, w którym powstały. W zależności od rodzaju dokumentu widział wtedy oczami wyobraźni a to kreślącego zamaszyste kształty liter pisarza miejskiego, notariusza, bądź podrzędnego urzędnika wypełniającego służbowe obowiązki polegające na spisywaniu rzeczy z natury, to znów obserwował kobietę pochyloną nad blatem kuchennego stołu piszącą niezgrabnie list do urzędu z prośbą o anulowanie kary. Innym razem uczestniczył w sakramencie chrztu świętego, patrząc jak wybrani zastępczy rodzice składają najpiękniej jak umieją swoje podpisy. W takich przypadkach bywał nieobecny w rzeczywistości, która sprowadziła go w miejsce odkrywanej po latach, zakurzonej historii.
Z odrętwienia i tych podprogowych myśli o czasie przeszłym wyrwało go donośne stukanie do drzwi. Policzył, że były to cztery stuknięcia, może pięć, równo odmierzone, niezbyt silne, lecz dostatecznie głośne, aby mógł je usłyszeć z miejsca, w którym się znajdował. Odruchowo spojrzał na ścienny zegar i jednocześnie starał się odszukać w pamięci przyczynę, dla której ktoś mógł zastukać w jego drzwi. Dochodziła dziewiąta wieczór. Adam nie zwykł o tej porze przyjmować gości, nie potrafił też racjonalnie wytłumaczyć sobie tego, kto o tej porze chciałby się z nim widzieć. Owszem, mógł to być ktoś z jego sąsiadów znajdujący się w nagłej potrzebie niezapowiedzianego z nim kontaktu. Mogła też to być zwyczajna pomyłka, ot przypadkowy przechodzień wkracza do budynku w poszukiwaniu osoby, do której ma jakiś interes, lecz zapomniał numeru mieszkania i chce uzyskać informację o tym, kogo szuka. Adam przypuszczał, że te dwie możliwości są bardzo prawdopodobne. Kiedy leniwie podnosił się z fotela usłyszał kolejne stuknięcia do wejściowych drzwi, równie donośne jak uprzednio i tak samo brzmiące w regularnych odstępach czasu. Nie miał jednak ochoty przyspieszać biegu wydarzeń, to jest opuszczenia pokoju, w którym przebywał i przedostania się do wąskiego przedpokoju, którym przechodzi się aż do drzwi wejściowych, aby je otworzyć i przekonać się, kto niepokoi go o tej porze. Wdział więc domowe pantofle i ciasno związał na biodrach szlafrok. Będąc w wąskiej szyi przedpokoju postąpił kilka kroków ku wejściu do mieszkania, lecz jednocześnie zawahał się na myśl, że może w tym niewyjściowym stroju ujrzeć za drzwiami, jeśli je otworzy, kobietę. Jeżeli jeszcze byłaby nią sąsiadka z góry, zawsze roztargniona i ustawicznie mająca problemy z wyposażeniem kuchennej szafy w cukier, pieprz czy też zapach do pieczenia, z Bogiem sprawa. Jeżeli jednak osobą stojącą za drzwiami będzie nieznajoma, atrakcyjna kobieta, która nie dość, że zapukała, to jeszcze gotowa jest wejść do środka, domowy strój Adama w jakim by go ujrzała, mógłby się stać pretekstem do przyszłych drwin i anegdot. A jednak nie zdecydował się na zmianę ubrania, myśląc że w sumie nie musi odczuwać we własnym mieszkaniu dyskomfortu wobec kogoś, kto zjawia się z wizytą bez zapowiedzi o tak późnej porze. Zastukano po raz trzeci.   
Przemierzył w końcu dystans dzielący go od drzwi wejściowych. Będąc już przy klamce, nacisnął włącznik światła, gdyż wąski przedpokój ginął w półmroku, co sprawiało przygnębiające wrażenie. Zamiast klamki ujął w palce krótki łańcuch, który dodatkowo zabezpieczał drzwi przed otwarciem i jako tako chronił go przed wścibskimi domokrążcami. Pochylił też głowę i przystawił oko do wmontowanego w drzwi „judasza”, ów cudowny wynalazek dający możliwość obserwacji części klatki schodowej, jeśli, rzecz jasna, była wystarczająco oświetlona. 
Zobaczył za drzwiami stojącego naprzeciwko wziernika jegomościa słusznego wzrostu, w czarnym płaszczu z rozchylonymi połami, z kapeluszem wciśniętym na owalny i zdeformowany kontur głowy. Mężczyzna spoglądał przed siebie, to jest kierował swój wzrok ku drzwiom na wysokości ich szczytu. Nie wykonywał żadnych zbędnych ruchów ciała, tkwiąc w oczekującej postawie niemal na baczność, jak gdyby będąc pewnym, że w mieszkaniu, do którego drzwi stukał jest osoba, z jaką chce się spotkać. Pomimo tego, że Adam zachowywał się niezwykle cicho podchodząc do drzwi, pomimo tego, że odgłosy dobywające się z telewizora nie mogły być na zewnątrz słyszalne, ten gość od samego początku wiedział, że Adam jest obecny w domu. Prawdopodobnie po zastukaniu po raz trzeci zauważył też, że „judasz” nagle rozjaśnił się, gdy zostało zapalone światło. Adam pomyślał więc, że nie na sensu udawać, że nie ma go w mieszkaniu i cicho, nie czekając na kolejne stuknięcia zapytał przez drzwi:
- Słucham, kto tam?
- Myślę, że trafiłem pod właściwy adres – usłyszał po chwili – czy pan Adam Karski?
- Nie myli się pan, ale obawiam się, że nie skorzystam z pana usług – uprzedził szczerze jegomościa zza drzwi.
- Ależ panie Adamie. Zapewne myli się pan sądząc, że mam coś panu do sprzedania. Nic podobnego. Niczym nie handluję.
- W takim razie byłby pan łaskaw powiedzieć mi, co pana do mnie sprowadza o tak późnej porze?
- O, tak, jak najchętniej. Przynoszę panu dobre wieści.
- Lubię dobre wiadomości – Adam uśmiechnął się.
- A kto ich nie lubi, prawda? Ale chyba nie będziemy o tym rozmawiali z sobą przez drzwi?
- Cóż, to byłby dyskomfort dla nas obu.
Nie było innego wyjścia, jak otworzyć drzwi. Adam uwolnił je najpierw od pęt łańcucha, później przekręcił zamek i otworzył drzwi na całą szerokość. 
- Proszę, niech pan wejdzie – poinformował gościa i odruchowo sięgnął wzrokiem poza sylwetkę nieznajomego. W pewnym oddaleniu, na drugim czy trzecim schodku prowadzącym w dół klatki schodowej stał drugi jegomość z wieku, wyglądu i ubrania przypominający tego pierwszego. – Och, to panowie są razem … razem panowie przyszli.
Pierwszy, nie przekraczając jeszcze progu, zareagował uprzejmym wyjaśnieniem.
- Tak, jesteśmy razem, ale niech pan się nie kłopocze o mojego przyjaciela. On zostanie na zewnątrz.
- Ależ gdzieżbym tam śmiał pozostawić go na korytarzu, kiedy panowie są razem. Proszę niech i ten pan skorzysta z mojego zaproszenia.
- Widzi pan, on  nie może wejść do środka. Jego zadanie to towarzyszenie mi w sprawie, którą mam do załatwienia. Jego obowiązki wykluczają rozmowę z panem wewnątrz pomieszczenia.
- Rozumiem, ale gdyby nasza rozmowa przeciągnęła się nieco, to przecież nie wypada, aby ten pan czekał tak długo przed drzwiami. 
Adam spojrzał w stronę drugiego jegomościa, chcąc jakby zyskać jego przychylność dla swoich sądów. Ten jednak trwał nieruchomo opierając głowę na ręce, której łokieć wspierał się o metalową listwę balustrady.
- Proszę pana, mój przyjaciel jest przygotowany i na to. Gdybym nawet miał przepędzić z panem i całą noc, mój przyjaciel pozostanie na korytarzu. To jego obowiązek.
- Cóż, trudno z tym dyskutować, skoro to obowiązek – Adam zdał sobie sprawę z tego, że jego negocjacje w sprawie zaproszenia do mieszkania drugiego gościa spełzły na niczym.
- O tak, drogi panie Karski. Tam gdzie obowiązek, dyskusja nie ma sensu. Dobrze, że podziela pan moje zdanie.
I nastąpił moment wkroczenia gościa do mieszkania. Adam pomógł mężczyźnie zdjąć płaszcz, i powiesił go na wieszaku usytuowanym po prawej stronie obok lustra. Mężczyzna trzymał już w ręce kapelusz, zerknął jeszcze w lustro, sprawdzając czy nienagannie skrojony czarny garnitur ze stuprocentowej wełny spoczywa należycie na jego figurze i czy przypadkiem lśniący żywą bielą kołnierzyk koszuli nie przesunął się w prawo bądź też w lewo, zakłócając centralne położenie stonowanego w szarości krawata. Zawiesił więc swój kapelusz nad płaszczem i, kierowany wyciągniętą przed siebie dłonią gospodarza, przeszedł do pokoju, w którym cichutko pobrzękiwał włączony jeszcze telewizor.  
Usiadł na wskazanym mu miejscu, w fotelu usytuowanym naprzeciwko tego, w którym odpoczywał niedawno Adam. 
- Może zanim zaczniemy rozmowę, napije się pan czegoś? – zaproponował Karski.
- Proszę się tym nie kłopotać. Zwykle podczas wykonywania swoich obowiązków nie korzystam z takich ofert. Zresztą jest już późno, więc kawa raczej nie wchodzi w grę a, wybaczy pan – tu spojrzał na pozostawioną na stoliku szklankę – nie jestem smakoszem herbaty.
Adam powoli przesunął wzrokiem po całej sylwetce nieznajomego, zwracając uwagę nie tylko na nienagannie skrojoną marynarkę garnituru, w który ubrany był mężczyzna, ale też na smukłość i delikatność jego dłoni ułożonych prosto na blacie stolika, dłoni, które, jak mu się wydawało, poddawane były systematycznej pielęgnacji. 
- Przepraszam, że pana niepokoję, ale gdyby pan zechciał powiedzieć mi z kim mam przyjemność … - zaczął niepewnie Adam, starając się w żadnej mierze nie uchybić roli gospodarza natrętnie domagającego się wyjaśnień.
- Słusznie, że pan chce się tego dowiedzieć – odparł mężczyzna. – Przewidywałem, że będzie to pana ciekawiło. Byłem nawet zaskoczony tym, że nie zadał mi pan tego pytania wcześniej. A należało przecież. Otwiera pan drzwi przed nieznajomym, nie bacząc na to, że może nim być pospolity złodziej, przestępca, ktoś, kto zamierza pana skrzywdzić.
- No tak, nie pomyślałem o tym – wtrącił przygnębiająco Adam.
- A jednak ma pan szczęście. Nie przyszedłem tu w złych zamiarach. Jestem funkcjonariuszem państwowym, z czego jasno wynika, że moje intencje są czyste.
Źrenice Adama rozwarły się szerzej, jakby zwykły w taki sposób reagować na zaskoczenie, jakiemu ulega czasami zmysł słuchu.
- Spodziewałem się raczej widzieć w pana osobie przedstawiciela jakiejś firmy, poważnej firmy, która właśnie wchodzi na rynek i prowadzi kampanię reklamową, taki marketing bezpośredni.
- Nic podobnego. Moja wizyta u pana ma charakter zupełnie inny i jest związana z przekazaniem panu nie byle jakiej wiedzy na temat towaru, bo w rzeczy samej wolność towarem nie jest.
- Wolność? – Adam spojrzał na gościa z jeszcze większym zakłopotaniem, by nie powiedzieć całkowitym niezrozumieniem dla jego ostatniej wypowiedzi.
- Tak, drogi panie, tu chodzi o wolność. Ażeby jednak nie przedłużać w nieskończoność tej chwili niepewności jaka rysuje się na pana twarzy – mówiąc to wstał nagle, wyprostował się i zatrzymując swój wzrok na oczach gospodarza, beznamiętnie zakomunikował: - Panie Karski, od dzisiaj jest pan wolnym człowiekiem. W imieniu majestatu państwa przybyłem tutaj, aby zwrócić panu wolność. 
Adam odruchowo uniósł się z fotela, aby po chwili w ślad za przysiadającym automatycznie funkcjonariuszem ponownie zagłębić się w miękkości siedliska. O czym można myśleć w takiej sytuacji, która wydaje się być pierwszą, gdyż nie doświadczaną uprzednio i zgoła trudną do wytłumaczenia. Adam sądził początkowo, że całe to zdarzenie znajduje swój początek we śnie, w którym się pogrążył i z którego nie zdołał się jeszcze wydobyć. Dodatkowo niezwykłość tej sytuacji pozostawała w jaskrawej sprzeczności z monotonnym życiem jakie dotąd prowadził. Potrząsnął głową i zacisnął mocno powieki, potem rozwarł je szeroko, by stwierdzić, że jednak nie ulega halucynacjom. To nie był sen. Jeśli to nie sen, to po raz pierwszy doświadcza zdarzenia polegającego na tym, że samo Państwo w osobie siedzącego teraz naprzeciw niego funkcjonariusza w nienagannie uszytym garniturze przychodzi do niego, mniejsza już o to, w jakim celu. Sam fakt pojawienia się państwowego urzędnika w jego domu jest wystarczającym dowodem na niezwykłość sytuacji. Postanowił jednak stawić czoła wypowiedzianym przed chwilą słowom gościa.
- Nie bardzo rozumiem, o co panu chodzi – powiedział do urzędnika. – Czy aby trafił pan pod wskazany mu adres? Nie przypominam sobie, aby mnie kiedykolwiek skazano na utratę wolności. Żyję sobie …. – przerwał widząc, jak mężczyzna rozszerza powoli kąciki ust, wydobywając z nich ledwie dostrzegalny uśmiech. Jego oczy zdradzały z kolei pozwolenie na to, aby Adam kontynuował zaczęte zdanie. On jednak zaniechał dalszego ciągu, wydobywając z siebie proste stwierdzenie.
- Proszę pana, to pomyłka. Bierze mnie pan za kogoś innego.
- W żadnym wypadku pomyłka nie wchodzi w grę – wytłumaczył mężczyzna, przytaczając zwięźle dane personalne Adama poszerzone o informację na temat jego miejsca pracy – Jest pan przecież świadomy tego, że wiele rzeczy zmieniło się w naszej ojczyźnie i ulega stałym, systematycznym zmianom.
- O tak, wiem o tym.
- Dlatego powinno być  miłym przeżyciem to, czego jest pan świadkiem, ba, podmiotem w dzisiejszej sprawie, że oto samo Państwo się nim zainteresowało, i do tego z jakich szlachetnych pobudek. Ale, prawdę powiedziawszy, pańska reakcja nie odbiega o wielu podobnych reakcji innych obywateli, którym składałem już wizytę, więc nie dziwię się jej.
- Czy ma to oznaczać, że nie jestem jedynym, z którym rozmawia pan w taki sposób o sprawach niezrozumiałych dla mnie?
- Tak, drogi panie. Nie jest pan pierwszym i nie będzie ostatnim. Nasze Państwo znajduje wiele współczucia i troski wobec tych, którzy w przeszłości poddani byli umysłowym torturom. 
- Wdzięczny jestem za troskę jaką Państwo mnie otacza, lecz w dalszym ciągu nie rozumiem, co jest tego przyczyną – w głosie Adama wyczuwało się wciąż zakłopotanie graniczące z narastającą pustką jaka wypełniała jego umysł. Zaraz potem zupełnie nieoczekiwanie jego oczy, grymas twarzy i drżenie rąk zasygnalizowały pierwsze objawy buntu. 
- A skądże pan może wiedzieć o poddawaniu mnie jakimkolwiek torturom umysłowym. Zawsze byłem wolnym człowiekiem.
- Oczywiście, że był pan zniewolony. To nie ulega żadnej wątpliwości, natomiast pana reakcja jest jak najbardziej zrozumiała. Nikomu nie jest łatwo żyć z tak wielkim brzemieniem niewoli i stąd nie dziwi mnie pana reakcja polegająca na wyparciu ze świadomości faktu, iż stał się pan zakładnikiem swoich czasów. Przy mojej pomocy będzie pan mógł już wkrótce nie tylko spojrzeć prawdzie w oczy, ale i samemu sobie.
- Pan się myli. Byłem i jestem wolnym człowiekiem. Nie wstydzę się swojego życia, które, zaręczam panu, było szczęśliwe.
- Czy szczęśliwą być może przechadzka po spacerniaku, nawet jeśli dzień jest czysty, niebo kryształowe?
- To co dla pana jest spacerniakiem, dla mnie było alejką w parku. Pan jest zbyt młody, aby to zrozumieć.
- Obserwuję pana bunt, niewymuszony bunt. Dlaczego nie buntował się pan wtedy, gdy miał pan do tego prawo, wręcz obowiązek?
- Moje życie i to, w jaki sposób je odbierałem, nie powinno być przedmiotem pana zainteresowania …
- Bynajmniej …
- Bynajmniej? Nie wiem kim pan jest ale, choć przykro mi to mówić jako gospodarz tego miejsca, wzbudza pan we mnie niepokój. Mógłbym pokazać panu drzwi....
- Jeśli dzisiaj nie zrozumie pan, panie Adamie, swojego położenia, przyjdę po raz kolejny. Moim zadaniem jest przywrócić panu życie i nic mnie przed tym nie powstrzyma. Wierzę w pana rozsądek i będę cierpliwie czekał na to, aby się pan raz na zawsze wyrzekł przeszłości i przyłączył się do świata ludzi o wolnych umysłach.
- Czego mam się wyrzec? Wolne żarty.
- Tego, że tkwił pan w błędzie i żyjąc w podłych czasach, postanowił w nich trwać, nie walcząc o swoją przyszłość, niepodległość myśli i czynów. Niechże pan zrozumie, że nie ma sensu egzystować niepotrzebnie, być zbędnym balastem nowych czasów. Upierając się w ten sposób, nie odcinając pępowiny od prostytuowanego łona, będzie pan nikim dla nas. Jeśli jednak zdecydowałby się pan na wyparcie się swojej niecnej przeszłości zła tkwiącego w zniewoleniu, pomożemy wymazać z pańskiej świadomości te złoża fałszu, jakie zalegają pana półkule mózgowe. 

Czy mógł przypuszczać, że w taki sposób zakończy się dla niego ten dzień, na początku podobny do innych, grzeszący bezbarwnością ale i mijający w spokoju, jakiego można tylko pozazdrościć w czasach bezwzględnej walki o wyrwanie upływającemu czasowi choćby odrobiny ważności przynależnej jednostce. Na jego oczach rozgrywała się w zdumiewającym tempie historia niepodobna do innych. Został poinformowany o fałszywości jego życia, które dotąd uznawał za własny i niepodważalny skarb, które sobie ułożył w sposób adekwatny do tego, czego od niego oczekiwał, a oczekiwał niewiele. Przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że to, co odczuwał podczas rozmowy z funkcjonariuszem przypomina sytuację, jaka powstałaby wskutek zaistnienia nagłego wypadku. Znał z opowieści tych, którzy wymknęli się śmierci, że w takich razach wspomnienia przeszłych dni bombardują świadomość z niezwykłą szybkością i siłą, chcąc jakby po raz ostatni i ostateczny utrwalić się pod opadającymi na zawsze powiekami, kiedy przed oddaniem ostatniego tchnienia słyszy się słowa „nie odchodź, nie zasypiaj, patrz na mnie”. Czasami towarzyszy temu uderzenie w policzki, przyłożenie mokrego ręcznika do czoła, szarpnięcie ramion. 
Wymiana zdań pomiędzy Adamem a funkcjonariuszem publicznego bezpieczeństwa trwała jeszcze długo, przerwana kilkuminutową chwilą czasu, jaką poświęcili jednak na wypicie kawy, na którą ważny gość w końcu się zdecydował. W antrakcie tym nie uczestniczył jednak ten drugi, którego zadanie wymagało jego obecności na korytarzu. Adam mając w pamięci wyłuszczone mu oryginalne przyczyny, dla których funkcjonariusze złożyli mu wizytę, nie starał nawet namówić pierwszego, aby ten zrezygnował odrobinę z przestrzegania przepisów i poprosił drugiego na kawę.
Końcowa część rozmowy trwająca niemal do północy przebiegała w atmosferze zrozumienia ze strony funkcjonariusza i pogodzenia się gospodarza z tym, co zostało mu zakomunikowane. Sympatycznie w wypowiedziach ważnego gościa wyglądała przyszłość Adama. Nieskrępowana wolność przy podejmowaniu życiowych decyzji, możliwość ułożenia sobie zawodowego życia w sposób najbardziej odpowiadający jego wyobrażeniom, jak również sugerowana pozytywna przemiana jakiej ulegnie jego życie osobiste, to wszystko sprawiało, że Adam pogrążył się w ckliwym, melancholicznym stanie uśpienia i obojętności, zapominając o tym stonowanym wprawdzie, ale jednak ataku wściekłości i niezrozumienia, jakiemu uległ w początkowym stadium rozmowy z nieznajomym.
(...)   
[2017, styczeń... 09.11.2018, Dobrzelin]

08 listopada 2018

W STANIE HIBERNACJI


1.
Wracając do kraju uderzająca jest tegoroczna jesień, fakt, że aż do ostatnich dni października właściwie w całej Europie dominowało słońce i stosunkowo wysoka temperatura. Dopiero ostatnia francuska trasa spod Montpelier do Belgii zdominowana była przez deszcz, a w Wogezach także przez śnieżycę. Z kolei powrót do kraju spod Paryża to ponownie piękna jesień. Piękna jesień to osobliwy kontrast pomiędzy ciemną zielenią sosen i świerków a bladą żółcią liści brzóz i ciemniejszą, pomarańczową barwą listowia klonów.
2.
Ostatni towar wiozłem pod Garwolin. Czekał na niego Białorusin, który zabierał go do Sankt Petersburga.
Jadąc do Garwolina przejeżdżałem koło Kołbieli. Nazwa tej miejscowości jest mi znana. Kiedy jeszcze dyrektorowałem szkołą rolniczą, organizując jedną z wielu imprez (ta była związana przed Wielkanocą), udało mi się ściągnąć do szkoły grupę dzieciaków z Kołbieli, które, oczywiście pod okiem opiekunki, prezentowały naszej młodzieży proces powstawania regionalnych, oryginalnych wycinanek. Uszło mi z pamięci w jaki sposób dotarłem tej grupy reprezentującej dom kultury w Kołbieli… chyba jednak skontaktowałem się z opiekunką przez internet, potem telefonicznie i w końcu któregoś pięknego wiosennego dnia pojawił się przed szkołą autobusik… odległe czasy.
3.
Przeprawa mostowa przez Wisłę pod Górą Kalwarią dostarcza podobnych wrażeń jak przejeżdżanie mostem nad Loarą. W ogóle Wisła i Loara są do siebie podobne – na znacznej swej długości nieuregulowane, sporo w nich zakoli, płycizn i starych łożysk, piaszczystych łach, które znikają dopiero podczas „wysokiej wody”.
4.
Właściwie to moja trasa skończyła się dopiero w poniedziałek, kiedy zdałem swoją renówkę, no i oczywiście rozliczyłem się z kursu. Niestety na S8 korki po dwóch wypadkach spowodowały dwugodzinne opóźnienie w dojeździe do domu. Tu zapadłem w typową po odbytej trasie hibernację. Owszem, zaliczyłem pranie, wcześniej wysprzątałem auto, ale jakoś trudno mi było (i jeszcze jest) zapanować nad wolnym czasem, którego mam w nadmiarze. W każdym bądź razie niekoniecznie z nudów, obejrzałem sobie w internecie finałowy mecz naszych siatkarzy na mistrzostwach świata. Wieczorami i nocą zerkam też na rozgrywki snookera z O’Sulivanem w roli głównej.
5.
Polska to mimo wszystko piękny kraj, myślę sobie, ale o ile byłaby piękniejsza bez wyznawców religii rydzyka, bez pisiaków, kaczyńskiego, prezydenta i premiera, bez tarczyńskiego, piotrowicza i Pawłowicz, ale to już temat do innego wypracowania.

[08.11.2018, Dobrzelin]

07 listopada 2018

W DRODZE (III) 23-26

23.
Sen. Dziwolągi. Nieznane postaci. Zrywam się, bełkocząc: he made me turn back of my way. Zawrócić z drogi? Kto to był?
- Zmęczony, och jak zmęczony. Książka spadła. Podniosłam.
Antonina jednym ciągiem wypowiada poszczególne słowa i frazy.
Uśmiecham się do niej.
24.
Przyzwyczaiłem się do uśmiechu na swojej twarzy. Nawet jeśli nie mam do kogo i do czego się uśmiechać. Ostatnio to już naprawdę nie miałem. Mogłem się jedynie śmiać.
25.
Przeprasza mnie, że musiałem czekać.
- Grabowski – przedstawia się, a kobieta, która mu towarzyszy (żona?) odkłania się, ale nie zmierza w stronę werandy, lecz przechodzi szybko wysypaną żółtym piaskiem ścieżką w prawo; domyślam się, że obchodząc od frontu stary dom kieruje się do nowego, do domu „młodych”.
Podałem swoje nazwisko. Siada obok mnie przy stole w werandzie. W tym samym czasie Antonina, jego matka chwyta „Lalkę” i wycofuje się do swojego domu.
- Pan z ogłoszenia? – pyta i nie czekając na odpowiedź, dodaje: - dobrze, że z autem, choć sądziłem, że będzie to zwykła osobówka, a nie bus.
Próbuję ukryć zdziwienie i odpowiadam rzeczowo:
- Nie jestem z ogłoszenia, po prostu przejeżdżałem tędy….
Konsternacja. Przeprasza.
- A ja cały czas myślałem, że każę panu czekać na siebie i byłem z tego powodu niepocieszony, ale niestety musiałem odwieźć krewną na pociąg. A zmyliła mnie też informacja, jaką dostałem na komórkę, że pan, to znaczy osoba, która się ze mną umawiała, zjawi się tutaj na pewno pomiędzy siódmą a ósmą rano, a tu tymczasem zbliża się dziesiąta… więc pan nie szuka pracy?
- Nie szukam. Jestem w drodze.
- Szkoda, bo poszukuję pracownika do chlewni i w ogóle do pracy w gospodarstwie, takiego na stałe pan rozumie, bo nawet maszyny, które posiadam, wymagają ludzkiej obsługi.
Uśmiechnął się i odruchowo rzucił okiem na dwie zamknięte książki, które leżały przede mną na stole.
- Teraz rozumiem – kontynuował – że pan jest jednak z innej branży. „Mieć czy być” czytałem – wziął do ręki mojego Fromma. – Pan pewnie się dziwi, że znam, ja, zwykły rolnik, któremu do szczęścia w oborze nie jest potrzebna psychologia, ale studiowało się przecież, dawne czasy, nie tylko fachową literaturę.
Rozmowny, pomyślałem sobie, jego matka zresztą też.
- Dlaczego? Nie jestem zdziwiony. Myślę nawet, że szersze horyzonty… - przerwałem, w porę zorientowawszy, że jeśli będę ciągnął rozmowę w ten sposób, odezwie się we mnie duch nauczyciela akademickiego, a w końcu na własne życzenie przestałem nim być wybierając się w tę podróż.
- Rozumiem, że ten, z którym się pan umówił w sprawie pracy nie przyjechał?
- Nie przyjechał, a przecież proponowałem mu godziwą pensję, mało tego, własny pokój w naszym domu i wyżywienie – Grabowski zdradzał rozczarowanie.
26.
Nie podejrzewałem siebie o to, że to ja zasugeruję Grabowskiemu na ten próbny miesiąc pracy. Moim celem była wszakże podróż, trasa; w baku pozostało sporo paliwa, a moja strzała z pewnością poleciała dalej. To był impuls, nie było w tej nagłej decyzji przemyślenia, bo gdybym zaczął rozważać plusy i minusy mojego postanowienia, pewne zreflektowałbym się, że do pracy w gospodarstwie zupełnie się nie nadaję, co, jak przypuszczałem, prędzej czy później wyjdzie na jaw z niekorzyścią tak dla mnie, jak i dla mojego pracodawcy.
Spojrzałem na swoje dłonie – czyste, nawet wypielęgnowane, bez stygmatów ciężkiej, fizycznej pracy. Skonfrontowałem je z dłońmi Grabowskiego. Porażka.
[07.11.2018, Dobrzelin]

04 listopada 2018

POJEDYNEK

Z dopiskiem "z przymrużeniem oka" ten pojedynek pomiędzy dwoma artystami, których obecność w kawiarence jest dla niej zaszczytem.
Leonard Cohan - nieżyjący już niestety kanadyjski poeta i pieśniarz, a po drugiej stronie aktywny buntownik i antykonformista, niespodziewany laureat Nagrody Nobla - Bob Dylan.
Obaj muzycznie i tekstowo różni; poezja pierwszego skupiona głównie na relacjach zachodzących pomiędzy mężczyzną a kobietą; istotą twórczości drugiego artysty jest swoista refleksja i bunt przeciwko złu świata, w którym żyje.
Obaj zapisali się złotymi zgłoskami i nutami na artystyczny drogach pogranicza kultury masowej i tej pisanej przez duże K, przy czym Cohan do swych dni ostatnich pozostał wierny własnej poezji, Dylan zaś z kręgu muzyki folk zszedł na tory zdobywającego coraz większą popularność rocka.
Istotne jest to, że miłośnicy twórczości Cohana i Dylana pozostali wiernymi słuchaczami pieśni obu artystów, które chyba nigdy się nie zestarzeją i nie stracą na znaczeniu na jakie zasługują.
Oto sugerowane przeze mnie piosenki z krótkimi spolszczonymi fragmentami tych utworów: 
1. Leonard Cohan - "Lover,lover,lover"
"Lover lover lover
Prosiłem ojca: 
- Ojcze daj mi nowe imię, 
Bo stare już splamiło się 
Strachem i wstydem (...)"

2. Bob Dylan - "Mr Tambourine Man"
"Hej! Panie z tamburynem, zagraj mi piosenkę
Nie jestem śpiący i donikąd nie idę
Hej! Panie z tamburynem, zagraj mi piosenkę
W dzwoniący, brzęczący poranek pójdę za tobą (...)"

3. Leonard Cohan - "Everybody knows"
"Każdy wie, że kochasz mnie maleńka 
Każdy wie że tak naprawdę jest 
Każdy wie że zawsze byłaś wierna 
Może oprócz nocy dwóch lub trzech 
Każdy wie, że byłaś dyskretna 
Ale musiałaś się spotykać nago
Z wieloma mężczyznami
I o tym też każdy wie (...)"

4. Bob Dylan - "Blowing in the wind"
"Jak wiele dróg poznać muszę byś mógł
Mężczyzną nazywać mnie?
Jak wiele ptak musi przeciąć dróg
Nim spocznie na piasku we śnie?
No i jak wiele kul musi trafić w swój cel
Nim skończą się wojny złe? 
Odpowiedź w nas, unosi z wiatrem czas,
Odpowiedź unosi z wiatrem czas (...)"

5. Leonard Cohen - "A thousand kisses deep"
"A czasem kiedy noc się dłuży
Podnosimy się na duchu - nieszczęśliwi
Bezwolni - i zanurzamy się
Na głębokość tysiąca pocałunków (...)"

6. Bob Dylan - "One more cup of coffee"
"Twój oddech jest słodki
Niczym nieba skarb twoje oczy,
Twoje plecy proste, gładkie twoje włosy,
Gdy leżysz na swojej poduszce,
Lecz nie wyczuwam w tobie czułości,
Ani przywiązania czy miłości
Twoje serce jest nie dla mnie
Tylko dla gwiazd na wysokości (...)"



7. Leonard Cohan - "Famous blue raincoat"
"Ostatnim razem, gdy Cię widzieliśmy, bardzo się postarzałeś
Twój słynny niebieski prochowiec był rozerwany na ramieniu.
Wychodziłeś na stację, na każdy pociąg
Wróciłeś do domu bez Lili Marlene (...)"

8. Bob Dylan - "Knockin' on heaven's door"
"Mamo, zakop te pistolety
Nie mogę już z nich strzelać 
Zimne czarne chmury zbierają się nisko
Czuję się tak, jakbym pukał do bram (...)" 


[04.11.2018, Dobrzelin]

03 listopada 2018

W DRODZE (III) 19-22


III
19.
Miałem już podziękować za gościnę. Droga czekała. Na mnie. Nic o tym nie wiecie, ale zatankowałem auto do pełna, obiecując sobie, że zatrzymam się na stałe dopiero wtedy, gdy skończy się paliwo. Wskaźnik pokazywał, że zostało mi cztery piąte oleju napędowego w baku.
Przypomniałem sobie pewną sytuację. Żona kolegi musiała pójść z rana do sklepu - takie tam babskie zakupy, rozumiecie? Mąż w pracy, sąsiad, a więc ja, pod ręką.
- Zostanie pan z małą pół godzinki? Bardzo pana proszę.
Ogarnąłem się w progu przed nią, związałem ściślej szlafrok. Patrzyła na mnie.
- Mnie to nie przeszkadza, nie musi pan przecież ubierać garnituru. Córka nakarmiona, nie sprawi panu kłopotu.
Zgodziłem się, a ponieważ nie miałem żadnego oryginalnego pomysłu na zabawę z dzieckiem, opowiedziałem dziewczynce bajkę o tym, jak trzej synowie króla poszukiwali dla siebie żon. Król ojciec dał każdemu z nich łuk; mieli wypuścić strzały i tam, gdzie upadną, mieli sobie znaleźć żonę. Strzała najmłodszego trafiła w bagno tuż obok przestraszonej żabki. W tej bajce oczywiście ten niepiękny płaz okazał się być piękną księżniczką zamienioną przez czarownicę w żabę. Najmłodszy książę przekonał się o tym, składając na wilgotnych ustach żabki pocałunek. Potem żyli długo i szczęśliwie.
Tam gdzie skończy się paliwo w moim aucie ugrzęźnie grot mojej strzały.
20.
- Pan zostanie, Kaźmirz przyjdzie, to panowie pogadają. My luldzie prości, cięgiem ziemia, panie, robota w polu, spółdzielnia, kościół, gmina i tak w kółko. Świata niewieleśmy widzieli, tyle co w telewizorze, no i w sanatorium, do którego syn wysłał nas dwa razy. Syna mam dobrego, panie, a synową znalazł sobie zaraz po szkole. Dwadzieścia lat miał kiedy ślubowali. Zaraz im się Joasia urodziła. Myśmy z Kaźmirzem zrazu pomyśleli, że skoro tak prędko zaczynają, to żeby tacy do roboty byli, bo trzeba przecież w końcu gospodarstwo przekazać, a miłość miłością, to gęby się nią nie nakarmi, ale przekonali my się, że i syn, i synowa głowy mają nie od parady, a robotne oboje jak pszczółki. Że my syna dobrze wychowali, to ja wiem o tym najlepiej i jestem z niego dumna, ale że z Jagodą będzie podobnie, to się zdziwiłam, bo, panie, ona z domu dziecka, sierota, biedna i skromna; kto tam ją miał do porządnej pracy przysposobić, a że chowana w mieście, to nie mieliśmy pewności, czy się do chłopskiej pracy nada… i nadała się. Minęły lata, postarzeliśmy się i gospodarstwo przeszło w młode ręce.
21.
Kartkuję „Patologię normalności” Fromma i „Socjologię kultury” Wendy Grinswold.
Poprosiłem o kawę. Antonina przyniosła mi też parę kawałków drożdżowca z kruszonką.
Zerka przez moje ramię na otwartego Fromma.
- Czyta? Jakaś mądra książka. To ja też sobie przyniosę, „Lalkę”, Joasia pożyczyła z biblioteki. Mamy swoją, ale ta pożyczona napisana jest większymi literami.
Uśmiecham się. Słownictwo gospodyni jest bardzo dosadne - trochę w nim wiejskiego żywiołu ale też indywidualności.
Przypominam sobie, że przydzielono mi grupę do ćwiczeń z socjologii kultury i z tego tez powodu sięgnąłem po Wendy Grinswold. Teraz to właściwie nie jest mi już ona potrzebna.
Antonina wodzi wskazującym palce po linijkach tekstu. Widzę, jak podczas czytania porusza ustami. Tak oto weranda zamieniła się w czytelnię.
Kot staje na tylnych łapach, przednie opiera o uda kobiety. Dopomina się o swoją porcję mleka, myślę. Antonina odkłada na chwile czytanie, wstaje od stołu, przechodzi do sieni, wraca z miska wypełnioną mlekiem, stawiając ja na brzeżku schodka werandy, wraca do czytania.
Kot chlipie dostojnie, wzbudzając w mleku łagodne fale.
Mleko, znów to mleko, pomyślałem.
22.
Kazimierz nazywany przez Antoninę Kaźmierzem nie wracał.
- Już tam, panie, spotkał się z Wilczyńskim i Antkiem, co księżą łąkę dzierżawi. Oni tak zawsze jak się zejdą na pastwisku, to pół dnia gadanie i gadanie, a przy tym dużą flaszkę gronowego wina wypijają. Ciekawam, na którego dzisiaj wypadło, aby iść do spółdzielni. Pan powie, krowy pasają, a to pierwsi gospodarze we wsi byli, i Wilczyński i Antek. Tak jak my ziemię młodym przepisali, ale tylko my z Kaźmirzem mamy jedną krówkę, Antek ma cztery a Wilczyński sześć - obaj europejskie, znakowane - wyjaśnia Antonina, odrywając się na chwile od czytania.
Wsunąłem się w oparcie wiklinowego fotela, przymknąłem oczy i nawet nie poczułem, jak Fromm zsunął się z blatu stołu, odbił o moje kolano i zamknąwszy się uderzył z hukiem o drewnianą, pociągniętą bejcą podłogę werandy.  

[30.10.2018, Roissy en France, we Francji]