O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

17 lipca 2018

OCZEKIWANIE

Urlop już się skończył. Dobra pogoda również. Skończył się mundial. Nastało oczekiwanie.
Właściwie to z tym końcem mundialu to trzeba jeszcze poczekać. Media dryblują kopaną piłką aż do znudzenia, choć nasi gracze byli szarym tłem. Francja, która po odpadnięciu Niemiec była moim faworytem, wygrała. Powinienem raczej napisać - drużyna francuska, bo pisząc Francja, wpisuję się w scenariusz, w którym jeśli w kopanej piłce powiedzie się jakiemuś zespołowi, tu np.: czterem półfinalistom to mówimy: my wygraliśmy, my byliśmy super, jeśli natomiast nasza ekipa poniosła klęskę, to przegrali oni - Nawałka z jego wybrańcami.
Co ciekawe, tegoroczne futbolowe mistrzostwa w zgodnej ocenie widzów i uczestników wypadły niemal idealnie, choć powinno być inaczej, bo przecież zorganizowała je Rosja z tym niegrzecznym Putinem. I gdzie tu sprawiedliwość? Oczywiście tu i ówdzie pojawiły się spekulacje, piłkarze rosyjscy byli na dopingu - wszak ograli wyżej notowaną Hiszpanię. Słabe to były tabletki, skoro "zborna" nie doszła po ich zażyciu do finału.
Zaraz po zakończeniu mundialu w Helsinkach spotkali się panowie Trump i Putin. I znowu Putin górą... powiem inaczej: obaj panowie prezydenci stanęli na wysokości zadania, albowiem sądzę, że w sytuacji, gdy stosunki pomiędzy Rosją a USA są od dłuższego czasu napięte (a są), to dialog, jaki obaj panowie zaprezentowali, jest pozytywną próbą wyjścia z dotychczasowego impasu. Śmieszni są natomiast rodzimi komentatorzy, którzy zżymają się nad tą wąską dróżką porozumienia, na jaką wstąpiły głowy dwóch supermocarstw. Faktem jest, że elitom z Zachodu nie w smak prezydentura nieokrzesanego Trumpa, nie mówiąc już o Putinie, którego trzeba nienawidzić i którym co i rusz się straszy. Ale chyba najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że nasze polityczne orliki wszystkich chyba opcji potępiają rzekomy wpływ rosyjskich służb na ostatnie wybory prezydenckie w USA, bo jest to niecna ingerencja w wewnętrzne interesy USA, a z drugiej strony nie dostrzegają kłody w swoich oczach, kiedy z pełną determinacją popierają polityków i ich ugrupowania, które występują przeciwko Putinowi, Łukaszence, a wcześniej przeciwko Janukowiczowi. 
Z obejrzanej w telewizji konferencji zorganizowanej po rozmowie w "cztery oczy", jaką odbyli prezydenci USA i Rosji, wyciągam dosyć oryginalny, jak sądzę, wniosek: całe szczęście, że pan prezydent Rosji nie spotkał się w Helsinkach z naszym panem prezydentem, bo podczas tej konfrontacji pan prezydent duda wypadłby gorzej niż nasi kopacze piłki na mundialu.
Polska to jednak dziwny kraj. Mamy w nim króla Jezusa, pan premier - nałogowy kłamca - powierza losy kraju obrazowi, jakiś śmieszny ksiądz dostrzega w klockach lego szatana, inny ksiądz proboszcz wprowadza podatek dla wiernych plus świadczenie obowiązkowej pracy na rzecz kościoła; jeszcze inny redemptorysta sugeruje emerytom, aby zlecili swojemu bankowi przelewać na konto radyjka stosowną kwotę; ten sam katolik ruga pisowską władzę za zbyt niskie sumy, jakie łoży na fanaberie ojczulka, że już nie wspomnę o tworzeniu kumplowskich sądów, o (w ramach taniego państwa) nagrodach dla najbardziej zapracowanych ministrów (niezwykłym zbiegiem okoliczności wszyscy z nich byli zapracowani, nawet ci, którym wykopnięto spod siedzeń ministerialne stołki w ramach dobrej zmiany w rządzie), o premierze - historyku, którego wiedza historyczna jest na poziomie zerówki.
Przejechałem się na pisowskim reżimie... przejechałem, więc proszę mi pozwolić na ciepnięcie kamieniem w opozycję. Konia z rzędem temu, kto oświeci mnie i powie jaki jeden, jedyniusieńki konkretny postulat trzyma w rękawie pan Schetyna, czyli czego możemy się spodziewać po Platformie, gdyby ta wygrała wybory parlamentarne? Oczywiście poza tym, że należy odkręcić ten słoik z prawami, który zakręcili pisowcy. Jak Boga kocham, nie wiem, jak miałaby wyglądać Polska pod rządami Platformy. Ja już nawet nie wymagam spójnego programu, ale jakiś konkretnie brzmiący projekt ustawy, czy coś w tym stylu.
Się nie doczekam. Kto się założy?

[17.07.2018, Dobrzelin]

14 lipca 2018

URLOPOWE OBRAZKI

Kilka urlopowych obrazków zaczynamy od...
1) Adelki (z lewej) i Maszy...

2) Adelka na uwięzi...

3) Masza na tarasie...

4) Nasz góralski domek...

5) Domek z oddali przytulony do większego domu gospodarzy...

6) A tak nasz domek wygląda od strony tarasu...

7) Widok na zachmurzone o tej porze dnia Tatry...

8) Najbliższa droga na Słowację :-)  ...

[14.07.2018, Witów, Nowy Sącz]

KŁOPOT


Nie pamiętam, czy była to surówka z rzodkwi czy rzepy. Obowiązkowo sięgnąłem po ten talerzyk, uchylając witrynę szklanej lady mieszczącej zakąski: śledzie w śmietanie i oleju, sałatki warzywne z majonezem, pomidory z cebulką, twarożki, plasterki żółtego sera, salami i salcesonu z ozorkiem. Wybrałem oczywiście tę surówkę z rzodkwi lub rzepy, do tego chłodnik litewski albo owocową (wiśnie) ze śmietaną i trzy naleśniki z serem na słodko.
W tym barze stołowali się głównie studenci, przyjezdni skoncentrowani na zakupach w domu towarowym w centrum miasta i uboższa warstwa mieszkańców miasta z łódką w herbie.
Było tu tanio, smacznie, nawet schludnie i obsługa na poziomie pozwalająca żakom nawet w czasie obiadowego szczytu przysiadać na schodkach jednego z dwóch wejść po jadalni, a nawet w jej wnętrzu, w rogu obszernej, prostokątnej sali. Studenci zamawiali sobie jakieś jogurty, kefiry, kanapki z szynką lub z serem; spożywali to następnie jeśli nie przy stolikach to usadowiwszy się bezpośrednio na ceramicznej podłodze, pod samymi oknami. Konsumpcja odbywała się przy wtórze rozmów na najrozmaitsze tematy, ale też towarzyszyło jej odpytywanie się z zagadnień jakie spodziewano się na kolokwiach i zaliczeniach.
Po przejściu z wypełnioną wybranymi daniami tacą do wolnego stolika w pamięci obliczałem kasę jaka mi pozostała w portfelu i stwierdziłem, że zostanie mi jej przynajmniej na dwie projekcje filmowe i tygodniki jakie czytałem. W tym tygodniu mogłem sobie też pozwolić na mecz.
Spałaszowałem już zupę i nawet nie zauważyłem, że przysiadła się do mnie. Rozstawiła przed sobą ogórkową i mielonego z kapustą i ziemniakami.
- Widzę, że nie jesteś w humorze. Coś się stało? - odezwałem się do niej, gdy bez satysfakcji nabierała łyżką gorącej, parującej kwaśnym zapachem ogórków zupy.
- Szkoda, że nie mieszkasz w akademiku - wyrzekła zbywając moje pytanie.
- Tak wyszło. Mam nie więcej niż dwieście metrów do auli. To z tego powodu - odpowiedziałem.
- Rozumiem.
Jadła niespiesznie, a ja jakoś nie upierałem się przy konieczności podtrzymania dopiero co zaczętej rozmowy. W końcu jednak usłyszałem:
- Mam zmartwienie i gdybyś mieszkał w akademiku, moglibyśmy pogadać. Nie tylko o tym.
- Mamy jeszcze godzinę do rozpoczęcia zajęć. Możemy porozmawiać.
- Godzinę… tylko godzinę. Mógłbyś wpaść do mnie kiedyś. Wyjeżdżasz do domu na sobotę?
- Nie. Zaoszczędziłem kasy. Nie wyjeżdżam.
- No właśnie, a ja muszę.
W oczach miała smutek, w jej głosie wyczuwało się zniechęcenie, to pewne, że była zmartwiona.
- Gdybyś jechał, pociągiem byłoby nam po drodze - powiedziała.
- Tak, wiem. Zależałoby ci na tym, abyśmy jechali razem?
- W pewnym sensie tak. Wiesz… boję się, strasznie się boję.
- Boisz się podróżować sama?
- Nie w tym rzecz… - zawahała się. - No dobrze, powiem ci. Mój braciszek miał zapalenie opon mózgowych.
- Ten czterolatek?
- Innego nie mam. Zadzwonili do mnie dopiero po tygodniu. Nie chcieli mnie martwić.
Nie pamiętałem, jak miał na imię braciszek Jolki. Wiedziałem tylko, że pomiędzy nimi było chyba siedemnaście lat różnicy i Jolka nie tak dawno zwierzyła mi się z tego, że ma obawy co do zdrowia swego brata, bo urodził się, kiedy ich matka miała 46 lat, a w tym wieku to raczej nie powinno się mieć dzieci.
- Bardzo mi przykro, ale mam nadzieję, że wyjdzie z tego.
- Też mam nadzieję, ale to groźna choroba i możliwe są powikłania. Kiedy byłam w BUL-u wypożyczyłam dwie medyczne książki na ten temat. Adam, ja się martwię…
- Zobaczysz, będzie dobrze. W szpitalu jest?
Skinęła głową.
- Lekarz podobno mówił mamie, że Bartek ma silny organizm, ale to w końcu dziecko. Różnie może być.
- Bądźmy dobrej myśli.
Zabrała się za drugie danie, ja kończyłem surówkę, pozostawiając sobie na deser naleśniki.
- Zobaczysz, wyzdrowieje.
Cóż innego mogłem powiedzieć. Moja wiedza medyczna na temat tej choroby była skąpa, jednakowoż miałem świadomość tego, że zapalenie opon mózgowych w najgorszym wypadku może doprowadzić nawet do śmierci.
- Pocieszasz mnie - stwierdziła i zaraz potem dodała: - Może tego chcę… tak, chcę tego. Adam, ja bezpośrednio po wyjściu z pociągu udam się do szpitala, choć mama mówiła, że mogą mnie nie wpuścić, bo boją się infekcji… ale chciałabym chociaż popatrzeć na Bartka przez szybę, bo gdybym miała go już więcej nie zobaczyć…
- Przestań. On wyzdrowieje, rozumiesz!
Musiałem zareagować ostrzej. Jeszcze by mi się tu rozpłakała. Być może donośny ton mojego głosu przedarł się przez trudny do ogarnięcia słuchem szum jaki zwykle panuje w miejscach, gdzie przebywa tłum ludzi.
- Jeśli chcesz, pojadę z tobą. Podprowadzę cię do samego szpitala.
- Zrobiłbyś to dla mnie?
- To przecież po drodze. Dwa przystanki dalej i jestem u siebie.
Przygryzła wargi, a był to znak świadczący o tym, jak bardzo stara się zahamować zgromadzone pod powiekami łzy.
- No, już dobrze - chwyciłem przegub jej dłoni, w której trzymała widelec - w końcu, było nie było, jesteśmy „ziomalami”, prawda. Musimy sobie pomagać, wspierać się, kiedy trzeba.
Tak jakoś to wyszło, że zdobyłem się bez zbędnych ceregieli na odruch współczucia, ale chyba dlatego to tak wyszło, że szanowałem Jolkę, bo co… bo kiedyś stanęła po mojej stronie? Bo w sumie naprawdę trzymaliśmy się razem? Bo widziałem w niej prawdziwą przyjaciółkę, przyjaciółkę nie dziewczynę do zakochania się w niej, choć nie grzeszyła urodą i była sympatyczniejsza od miejscowych studentek pierwszego roku. Na wykładach siadaliśmy niedaleko siebie; tak się składało, że na większości zajęć przydzielono nas do jednej grupy, a na lektoracie rosyjskiego siedzieliśmy obok siebie z korzyścią dla mnie, bo mój rosyjski był słaby i zmuszony byłem korzystać z jej podpowiedzi. Ona z kolei nie przepadała za staro-cerkiewno-słowiańskim i gramatyką opisową, które to przedmioty były moim „konikiem”, więc ćwiczenia wykonywaliśmy wspólnie.
Chyba po tym obiedzie w barze była właśnie gramatyka opisowa, bo przypominam sobie, że siedzieliśmy razem w pierwszej ławce, a pani docent, która na samym początku ćwiczeń miała zwyczaj przydzielać każdej parze zadania polegające na rozszyfrowywaniu pochodzenia jakichś wyrazów pochodzących z utworów Kochanowskiego, Reja czy średniowiecznych tekstów anonimowych autorów, sprawdzając dociekliwość studentów, pochwaliła nas mówiąc: - Państwo powinni wykonywać moje polecenie wspólnie, gdyż wyciągacie bardzo słuszne wnioski. No i do końca drugiego semestru siedzieliśmy w jednej ławce, aby zadowolić panią docent, która niesłusznie traktowała nas jako parę nie tylko na zajęciach.
Tego dnia mieliśmy też zajęcia z literatury okresu międzywojnia, na których nieźle prowadzący zajęcia i ambitny pan magister zaczynający w owym czasie przewód doktorski, mając za słuchaczy nieopierzonych studentów pierwszego roku korzystał z tej okazji i grzecznie prosił o przepisanie na maszynie potrzebnych materiałów krytycznoliterackich dotyczących poezji i poetów okresu międzywojennego. Przydział tychże materiałów następował ad hoc, nigdy jednak pan magister nie wymuszał na nas ich przyjmowania. Mnie trafił się Przyboś, a że tekst o jego tomiku „Równanie serca” nie był zbyt obfity, wziąłem dla Jolki tekst o futuryzmie.
- Nie martw się - szepnąłem do zaskoczonej Jolki. - Mam w domu maszynę do pisania, a ponieważ zdecydowałem się na wyjazd na ten weekend, przepiszę go dla ciebie.
Jolce oczywiście nie w głowie był wtedy futuryzm ze Sternem i Peiperem, ale wiedziałem, że gdyby nie ten kłopot jaki nosiła w sobie zamartwiając się nad stanem zdrowia chorego braciszka, chętnie wzięłaby to domowe zadanie, po wykonaniu którego miała prawo oczekiwać dobrej cząstkowej oceny od pana magistra.
Zmierzchało już, kiedyśmy siedzieli tego dnia na zajęciach z poezji współczesnej prowadzonych przez panią Dorotę, która była poetką, a jej ćwiczenia nigdy nie miały, jak mi się wydawało, ustalonego planu, ot pojawiał się nagle w jej wykonaniu wiersz, który dosłownie rozdrabnialiśmy na czynniki pierwsze, zastanawiając się nad każdym użytym w nim słowem. Tego późnego popołudnia pani Dorota odczytała własny wiersz. Nie pamiętam jego treści. Przypominam sobie, że siedząca obok mnie Jolka nagle rozpłakała się, wyszła z sali, a kiedy wróciła, powiedziała do mnie, że przed chwilą usłyszała wiersz o sobie. Nasza wykładowczyni-poetka musiała się domyśleć powodów zachowania Jolki. Aż do końca zajęć spoglądała na moją przyjaciółkę, a kiedy wychodziliśmy z sali, poprosiła Jolkę do siebie na katedrę. Rozmawiały chyba kwadrans.
Uprosiliśmy dyżurującą pielęgniarkę, aby zezwoliła nam przynajmniej stanąć za oszkloną ścianą izolatki, w której leżał Bartek.
- Proszę się nie martwić. Według wszystkich znaków na ziemi i na niebie najgorsze już minęło. Gorączka spada powoli. Nabrał apetytu, choć cały czas jest jeszcze osłabiony - tłumaczyła Jolce, która wręcz przykleiła głowę do witryny i śledziła rytmiczne ruchy klatki piersiowej jej brata podłączonego przewodami do aparatury.
Te słowa wypowiedziane po chwili raz jeszcze przez pielęgniarkę musiały uspokoić Jolkę, bo kiedyśmy po wyjściu ze szpitala podążali w stronę przystanku autobusowego, dziewczyna zdawała się oddychać równiej i nie zaobserwowałem drżenia jej rąk, jakie można było dostrzec, gdy jechaliśmy pociągiem.
- Dziękuję ci. Może byś jednak wstąpił do mnie? - zaproponowała, gdy czekaliśmy na autobus, którym miała dojechać pod sam dom.
- Może innym razem. Masz do pomówienia z rodzicami. Uspokoiłaś się?
- Bardzo. Jeszcze raz ci dziękuję.

Kiedy w poniedziałek porannym pociągiem wjeżdżałem na stację, na której wsiadała Jolka, zobaczyłem ją w niewielkiej grupce ludzi jadących do pracy w Łodzi. Dałem jej ręką znać, w którym jestem przedziale. Wsiadła. Jechaliśmy naprzeciwko siebie.
- Nie pogniewasz się, gdy sobie tropche podrzemię? - zapytała.
- Skądże. Ale powiedz mi jak brat?
- Coraz lepiej. Co za ulga….
Zasnęła niemal natychmiast.

[13-14.07.2018, Witów, Nowy Sącz]

W DALSZYM CIĄGU URLOP


Urlop pod znakiem bólu nieubłagalnie się kończy.
W czwartek po ponad czterech latach (nie licząc wizyt w gabinecie specjalisty od medycyny pracy) pojawiłem się w końcu u lekarza. Zakopiańska pani doktor przepisała mi lek, który przynosi mi jak dotąd ulgę. Mam nadzieję, że za parę dni będę zdrów jak słodkowodna ryba.
Pod Zakopanem pogoda właściwie dopisuje. Jedynie środa była z opadami. W pozostałe dni pochmurno ale z przejaśnieniami, wczoraj wietrznie, ale upływająca noc bez krztyny wiatru. Po zapadnięciu zmroku obserwuję na zachodnim horyzoncie tzw. „srebrzyste obłoki”, niestety na krótko, bo od południa wstąpiły na niebo chmury i leciutko z nich popadało.
Mimo optymistycznych akcentów odnośnie poprawy stanu zdrowia, przesiaduję w góralskim domku w Witowie. Czworonożne zwierzątka nadzwyczaj grzeczne, chociaż ich charaktery całkiem odmienne. Mniejsza Masza obszczekuje sąsiadów i kogokolwiek, kto spróbowałby się zbliżyć do domku, Adelka natomiast na widok nieznajomego człowieka „rzuca” się wręcz w jego kierunku, aby go powitać. Masza mogłaby spędzić pół dnia na dworze, biega jak szalona i rozładowuje przy okazji akumulatory, po czym wraca na kanapę i zasypia snem sprawiedliwej suczki. Adelka, która jest zwierzęciem domowym, pobyt na świeżym powietrzu ogranicza głównie do załatwienia potrzeb fizjologicznych, po czym wraca do chałupy, aby się pobawić.
Suczki oczywiście bawią się też razem, przy czym aktywniejsza Masza z reguły napastuje Adelkę. Ta oczywiście podejmuje walkę na kły i pazury, czasami przejmuje inicjatywę i bardziej posłusznie reaguje na komendę zaprzestania walki. Ale generalnie obie suczki zachowują się poprawnie i chociaż trzeba mieć na nie oko, nie przysparzają problemów.
Czytam kolejną powieść Maślanki - „Na imię mam jestem”. Nie jest to tekst wybitny, ale widać, w jak wielkim stopniu na pisarstwo autora
„Bidula” miało wpływ jego dzieciństwo i wczesna młodość. Czytany przeze mnie aktualny tekst nie szokuje tak jak poprzednie, nieco powiela opisywane wcześniej przez Maślankę historie, ale fragmentami czyta się tę książkę doskonale z uwagi na świetną konstrukcję dialogów.
Korzystając z tego, że właściwie „przykuty” jeszcze jestem do przebywania w domku, obejrzałem w internecie parę odcinków serialu „Droga” według scenariusza Mularczyka i w reżyserii Chęcińskiego. Trochę to przykre, że pewnie w słusznej Polsce tego typu filmów się już nie doczekam.
Zamiast tego z niechęcią obserwuję serial - polityczną farsę. Dzisiaj był odcinek, w którym ci, którzy świadomie łamią obowiązującą konstytucję czcili 550-tą rocznicę polskiego parlamentaryzmu. Śmieszne to i niepoważne, ale taką mamy rzeczywistość.
Znów rozpogodziło się i na południowym niebie przepięknie świeci odbitym, słonecznym światłem Mars, który niebawem znajdzie się w odległości najbliższej Ziemi, a przy okazji trzeba wspomnieć o tym, że 27 lipca będziemy mieli najdłużej trwające w XXI wieku całkowite zaćmienie Księżyca, ale z nim spotkam się już podczas kolejnej podróży po Europie.

[14.07.2018, Witów, Nowy Sącz]

11 lipca 2018

PAMIĘTNIK (fragment „Peryferii”)


 [„Nigdy nie próbowałem pisać pamiętnika, gdyż musiałbym kłamać przedstawiając się w niekorzystnym świetle… a może byłoby odwrotnie” - ja]

Stawiam go, a właściwie sadzam w jego miejscu, na parapecie kuchennego okna, w samym rogu, niech sobie popatrzy na świat, na południowy wschód, na ogród, na staw po lewej i na fabrykę na wprost i po prawej, niech pomacha do mnie, gdy będę wracał z pracy. No tak, ale ja nie mam pracy, ja po prostu piszę, a pisać mogę przy swoim biurku w najmniejszym z pokojów, mogę pisać w ogrodzie i na łące, także nad stawem gdy ryba nie bierze. Wobec tego niech machnie do mnie ręką, gdy mnie zobaczy jak idę do domu, bo zgłodniałem, albo gdy jestem zmęczony ale szczęśliwy, że mam dokąd wrócić.
Robi kwaśną minę. A cóż to za foch? Przyznaję, że postąpiłem z nim nieuczciwie. Po odmalowaniu całego mieszkania umieściłem go w pawlaczu nad wejściowymi drzwiami do kuchni, ale gdy podrosła córka, potrzebowała miejsca dla swoich rzadziej noszonych sukienek, bielizny i tym podobnych ciuchów, wobec czego wyniosłem go do piwnicy. Piwnica czysta, bez kurzu, zawsze wysprzątana. Usadziłem go na fotelu jak króla. Nie spodobało się. Dlaczego?
- Gniewam się na ciebie - tłumaczy. - Czy ty w ogóle pamiętasz, jak się tutaj znalazłem? Jedna z tych cudownych wigilii, kiedy wierzyłeś jeszcze w świętego Mikołaja. Dostałeś mnie w prezencie, pamiętasz? A byłem wtedy niemal twojego wzrostu.
- Dobrze pamiętam. Od samego początku byłeś moim najlepszym przyjacielem.
- To tylko słowa. Kiedy dorosłeś, zapomniałeś o mnie. Wyrzuciłeś jak psa. Pamiętasz, jak wracałeś ze szkoły, zawsze się ze mną witałeś, podchodziłeś do okna i może zabrzmi to dzisiaj naiwnie - przytulałeś mnie. A ileż to razy rozmawialiśmy z sobą?
- To prawda - mówię - ale weź pod uwagę taką oto okoliczność, że kiedy dorosłem, miałem obiekcje co do uprzednich naszych kontaktów. Byłem za stary na zabawę z tobą. Co by pomyśleli o mnie moi koledzy z ogólniaka? Że zadaję się z kimś twojego pokroju?
- A zatem wstydziłeś się mnie, tak?
- Uznałem po prostu, że jestem zbyt dorosły na zabawę z tobą.
- To w jakim celu wydobyłeś mnie teraz z tej ohydnej piwnicy i powróciłeś do życia? Zmieniłeś zdanie?
- Zmieniłem się - odpowiadam. - Czy musimy akurat teraz o tym…
- Nie musimy… czyli co, zostaję? Na tym parapecie?
- Owszem. To przecież twoje miejsce.
Patrzę jak rozsiada się wygodnie i odwraca twarz w stronę tego, co znajduje się za zmatowiałą od kurzu i zacieków powstałych po deszczu szybą okna. Minę ma wciąż naburmuszoną.
- No, nie gniewaj się już, przepraszam - wypowiadam te słowa głośniej niż poprzednie w tej nieskładnej i chyba przykrej dla nas obu rozmowie.
Chwilę później słyszę za plecami głos wchodzącej do kuchni córki:
- Tato, z kim ty tak głośno rozmawiasz o tej porze? Jeszcze nie ma szóstej rano?
- Z kim… z kim? Ze swoim Misiem. Wytrzepałem go i postawiłem tam, gdzie jego miejsce.
- Piłeś tato? - spojrzała na mnie tak okrutnie.
- A co, nie można pić o tej porze? Poczęstowałem twojego ojca winem - odezwał się Miś.
Córka wybiegła z kuchni. Wydała się być przerażona, a ja podszedłem do Misia i stwierdziłem, że tak jak dawniej mogę na niego liczyć.  

[29.06.2018, Aire de Lugon przy autostradzie A63, Gironde, we Francji i 11.0.2018, Witów, Nowy Sącz]

KOLOROWANKI (9) JACEK MALCZEWSKI

Nie będę ukrywał, że Jacek Malczewski to jeden z moich najulubieńszych malarzy i nie dotyczy to jedynie artystów polskich. 
Malczewski to najwybitniejszy polski symbolista tworzący na przełomie XIX i XX wieku, to artysta obdarzony niezwykłą wyobraźnią i posiadający "lekką" rękę do tworzenia kompozycji, w których świat realny miesza się z mistyką, mitologią, religią i ojczystą historią. 
Autor cyklu "Moje życie" upodobał sobie malarstwo portretowe, w którym sam artysta jest często spotykanym modelem. Jego malarstwo cechuje doskonałość kompozycyjna, swoboda w doborze treści, niezwykła sugestywność i, co tu dużo mówić, obrazowe piękno rysowanych postaci, czarowne tło, światłocień i niekłócący się z językiem symbolu realistyczne, niemal akademickie posłużenie się kształtem postaci i kolorem. Na szczególną uwagę zasługuje też fakt, że artysta nadaje swym obrazom oryginalne, nieprzewidywalne nazwy, które wydają się być dopełnieniem symboliki zawartej w niemal całej "opera omnia" twórcy.
Pierwszym z proponowanych do obejrzenia obrazów jest "Niewola", przedstawiona na obrazie w sposób szczególny...  


W taki oto sposób artysta wyobraża sobie Pytię (tytuł obrazu - "Pytia") - kapłankę przepowiadającą przyszłość. Łatwo można odgadnąć jaka przyszłość czeka mężczyznę umieszczonego przez artystę u stóp kapłanki.


"Rusałki" to postaci z mitologii słowiańskiej, jednakowoż w poniższym obrazie odnajdujemy jeszcze jedną cechę malarstwa Malczewskiego, a mianowicie - wprowadzanie do swych prac nie tylko elementów mitologicznych ale też elementów / postaci mających swoje korzenie w tematyce ludowej i rustykalnym obrazowaniu.


Kolejny obraz - "Pożegnanie z pracownią" to przykład dzieła, w którym istotną rolę odgrywa sam autor przedstawiony na płótnie jako ten artysta, który żegna się ze swoją pracownią. Jak zwykle u Malczewskiego jego autoportret nie występuje na płótnie samotnie, a przedstawione tutaj dwie postaci żeńskie, co także charakterystyczne  jest dla twórczości Malczewskiego zestawione są z sobą na zasadzie kontrastu; pożegnanie z pracownią dla kobiety umieszczonej w lewym dolnym rogu obrazu ma zupełnie inną wagę niż dla kobiety stojącej po lewej ręce malarza.


Symbolika kolejnego obrazu Jacka Malczewskiego wydaje się być tym razem oczywista i zrozumiała i chociaż wędrujące konno postaci nie przemierzają pustyni, a podążają wybrzeżem morskim, to tytuł dzieła "Don Kichot" ma swoje uzasadnienie.


I wreszcie ostatnie dzieło Jacka Malczewskiego umieszczone w kawiarnianej wystawce. Przedstawia ono w sposób aż nadto oryginalny "Śmierć artysty". Jest w tym obrazie przemycona przez artystę wiara w wielkość i nieśmiertelność swojej twórczości... chyba słusznie.




[11.07.2018, Witów, Nowy Sącz]

10 lipca 2018

KIEPSKO TO WIDZĘ


Podczas ostatniej podróży na bieżąco śledziłem strzępy wiadomości, jakie otrzymywałem drogą internetową (choć oczywiście dominowała kopana piłka) i, prawdę powiedziawszy, strach mnie ogarniał przed tym, co zastanę w kraju. Ale co innego mieć dostęp do nagłówków wiadomości, a co innego zetknąć się z nimi „na żywo” słuchając czy oglądając fakty przedstawiane w rodzimych mediach. I tu wyniknął problem, albowiem publicznego radia czy telewizji słuchać się po prostu nie da. Faktem jest, że przeżyłem w bardzo młodym wieku propagandę czasów Gierka, ale to, co wyczynia z rzeczywistością pis w takiej telewizyjnej trójce, przechodzi ludzkie pojęcie. A zatem żeby dowiedzieć się jak jest, przełączam na komercyjne stacje, też nie wolne od subiektywizmu, ale mimo wszystko bardziej obiektywne od tych, które obiektywnymi być powinny.
To co uderza najbardziej, to tragiczny poziom sprawowania funkcji premiera i prezydenta i to nie tylko w odniesieniu do ich haniebnej roli w pogrzebie kruchej i niedoskonałej demokracji, ale i ich braku świadomości, iż niezależnie od tego, że wywodzą się z otchłani pisu, to jednak winni reprezentować na zewnątrz interesy wszystkich Polaków, także tych (a jest ich większość), którzy na pis nie głosowali. O ile jeszcze pan prezydent od czasu do czasu trzyma język za zębami, aby nie wypuścić z ust jakiegoś pawiego dziwoląga, o tyle premier morawiecki co i rusz coś palnie, nakłamie, na czarne powie białe, a te dyrdymały jakie opowiada spływają po nim jak woda po kaczce. Wygląda to tak, jakby młodszy morawiecki cytował Mrożka czy Gombrowicza, którzy jednak mieli świadomość tego, że opisują rzeczywistość językiem satyry, kpiny, a nierzadko i szyderstwa, pan premier zdaje się nie wiedzieć tego, że te bajki, które opowiada, docierają do uszu ludzi znacznie inteligentniejszych od niego, a zatem wypadałoby się postarać, aby swoje przemowy uczynić sensowniejszymi lub też nie zabierać głosu na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia, choć mieć je powinien.
Po pacyfikacji parlamentu, państwowych spółek, publicznego radia i telewizji, po skoku na Trybunał Konstytucyjny i KRS, przyszła kolej na Sąd Najwyższy. Aby ciemny lud uwierzył, że w sądownictwie sprawy idą ku lepszemu, bo jedynie pis i działający w jego imieniu ziobro wiedzą jedynie i najlepiej, którzy sędziowie są dobrzy, a którzy źli, wymyślono ustawę, która przeniesie w stan spoczynku sędziego, który skończył lat 65. Ciemny elektorat pisowski dostrzeże zapewne słuszność w rozumowaniu pisowskich grabarzy prawa, gdyż łatwo połączyć 65 lat z osiągnięciem wieku emerytalnego. Mądrzejszego ta decyzja nie zadowoli, bo jeśli będziemy się trzymać tej liczby jak tonący brzytwy, to niby z jakiej przyczyny na zieloną trawkę z racji tego magicznego wieku nie odesłać parlamentarzystów, lekarzy, profesorów akademickich, aktorów, dziennikarzy… i tak dalej. Czy ktoś sobie wyobraża naszego ukochanego prezesunia poza sejmem???
Niechże pis powie to głupszemu od siebie, że jego pragnieniem jest naprawa polskiego sądownictwa - widać przecież jak na dłoni, że jedną i jedyną przyczyną odsyłania na emeryturę sędziów jest postawienie na ich miejsce własnych pupilków, wiernych kaczyzmowi, sekcie rydzyka i religii smoleńskiej.
Oczywiście ten jak i też wiele innych problemów jakie przysparza krajowi obecny reżim można stosunkowo łatwo rozwiązać podczas zbliżającej się serii wyborów, tyle że do tego czasu koleżanki i kolesie kaczyńskiego narobią jeszcze sporo szkód. A po drugie - czy     
naprawdę problem zostanie rozwiązany wraz z klęską wyborczą pisu? Przecież najbardziej fanatyczny jego elektorat zostanie przy pisie i żadne tam przekręty, żadne „nagrody za nic” nie będą w stanie związać tym klakierom rąk.
Jestem zdania… tak na poważnie…, że jeśli ma się dokonać prawdziwa, pozytywna zmiana w sposobie rządzenia, to musi się ona dokonać zarówno u rządzących jak i też u tych, którzy dzisiaj rządzących do sprawowania władzy wybrali. Na nienawiści i żądzy zemsty nikt bowiem daleko nie zajedzie, podobnie zresztą jak na kłamstwie czy obłudzie.
Automatycznie to powyższe, może niezbyt lotne, nieoryginalne stanowisko jakie zająłem, przywodzi mi na myśl kondycję kościoła katolickiego w Polsce.
Jeśli bowiem kościół katolicki w naszym kraju pragnie się znaleźć w sytuacji bratniego kościoła katolickiego we Francji, gdzie fizycznie świątynie katolickie (piękne zresztą) stoją, lecz puste, zaledwie duchem zaprzeszłych czasów wypełnione, to bardzo proszę, aby nasi biskupi wzorowali się na rydzyku, aby rozsiewali nienawiść do myślących inaczej niż oni, aby postępowali odwrotnie niż pierwsi chrześcijanie, aby włazili w lakierkach w życie każdego świeckiego człowieka, każdej pary, aby straszyli boży lud szatanem, aby zakazami wymuszali podległość i lojalność do katolickiej władzy, aby zignorowali do końca wskazania papieża Franciszka, aby zamknęli się w gronie tych wszystkich, którzy po amputacji rozumu, nie nauczyli się zadawać pytań rozpoczynających się od „dlaczego”, którzy nie posiedli własnego zdania… inaczej rzecz ujmując - jeśli kościół katolicki w Polsce nie zmieni się - wieszczę, że nie pomogą te miliony, jakie rydzyk dostaje od obecnego reżimu - kościół ten raczej prędzej niż później ulegnie marginalizacji.
Tylko bardzo proszę nie zawracać mi potem głowy w piekle (jako obywatel drugiego sortu albo gorzej, moje pośmiertne miejsce jest w piekle), że miałem rację.

[10.07.2018, Witów, Nowy Sącz]


MUZYCZNE POCZTÓWKI (14) KUBAŃSKIE RYTMY

Jako że zaczęła się pora wakacyjna, warto poświęcić w kawiarence kilka nut muzyce, która dla wielu z nas może się kojarzyć z wakacjami.
Gdzieś na Karaibach istnieje wyspa Kuba z przepięknymi plażami, rzeczywistością zamkniętą w czasie na latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, z pamięcią o bohaterach rewolucji (Fidelu i Che Guevarze), która odsunęła od władzy Fulgencio Bautistę, z kobietami formującymi na swoich udach najlepsze na świecie cygara, wreszcie z muzyką i piosenką, w których mieszają się tradycje dawnych mieszkańców wyspy, hiszpańskich konkwistadorów oraz ludności napływowej z Afryki.
Pora na muzykę. Pierwszą i jakże znaną pieśnią będzie  "Guantanamera" w wykonaniu Compay'a Segundo i jego zespołu.


Compay Segundo jest dla Kuby takim kompozytorem i piosenkarzem, jakim dla naszego kraju są Fogg, Połomski, Wodecki, Grechuta w zależności od naszych upodobań. W kolejnej uroczej piosence "Veinte años" towarzyszy mu nie mniej sławna na Wyspie Omara Portuondo. Proszę zwrócić uwagę na tę niezwykłą serdeczność, jaką prezentuje wobec siebie tych dwoje wykonawców... aż serce się raduje.




Niewątpliwie zasłużona sława Compay'a Segundo i jego muzycznych kubańskich przyjaciół wiąże się z powstaniem zespołu - projektu "Buena Vista Social Club" utworzonego przez muzyków w roku 1996. Właściwie klub muzyczny o takiej nazwie istniał już wcześniej, lecz dla światowego audytorium przywrócił jego świetność niemiecki reżyser i producent filmowy, który o kubańskich muzykach nakręcił w 1999 roku film zatytułowany właśnie "Buena Vista Social Club". Chyba najpopularniejszą piosenką w tej produkcji okazała się kompozycja Segundo "Chan chan".


Jeszcze jedna piosenka jaka znalazła sie w projekcie "Buena Vista Social Club" - "Candela" dynamiczne kubańskie rytmy, a pośród wykonawców na pierwszy plan wysuwa się głos Ibrahima Ferrera 



I na koniec "Czarne łzy" czyli "Lagrimas negras" sławny utwór kubańskiego kompozytora Miguela Matamoros w wykonaniu zespołu "Buena Vista Social Club".



[10.07.2018, Witów, Nowy Sącz]

09 lipca 2018

POCZĄTEK URLOPU


A jednak udało mi się przyjechać na czas i wyjechać na urlop, nie wiem, czy zasłużony, w polskie góry, tym razem na zachód od Zakopanego do Witowa.
Trasa przebiegła właściwie bez przeszkód, choć przedłużała się, a to z tej racji, że dwie czworonożne pasażerki musiały mieć trochę wolnego czasu na wodę i załatwienie niezbędnych potrzeb podczas tej długiej podróży.
Okazało się, że młodsza Masza, choć wyjechała z nami po raz pierwszy na tak daleką wycieczkę, zachowywała się należycie, dzieląc czas podróży pomiędzy obserwowanie przejeżdżających za oknem samochodów a sen. Starsza i wydawałoby się doświadczona w tego typu wojażach Adelka, co i rusz skomlała, chcąc koniecznie zasiąść na kolanach żony.
Z punktu widzenia siedzącego za kierownicą droga w stronę Zakopanego uświadomiła mi, że naszym rodzimym kierowcom (zdaje się, że niedzielnym) daleko do sprawności tych z zachodu. Kilka przynajmniej stłuczek w dobrych warunkach atmosferycznych źle świadczy o kulturze ich jazdy oraz jest efektem nieprzestrzegania przepisów.
Do Witowa dotarliśmy jeszcze przed zachodem słońca. Mamy do dyspozycji cały drewniany, znakomicie wyposażony domek. Tylko podziwiać kunszt góralskich cieśli, którzy z drzewa (głównie świerkowego) potrafią stworzyć budowlę nie dość, że praktyczną, to w dodatku oddającą w pełni estetykę tworzywa z jakiego powstała.
Wokół Zakopanego pochmurnie, ale ciepło, spadł nawet niewielki deszcz, ale też wyjrzało słońce. Noc z kolei chłodna jak to w górach. Pieski biegają po trawniku: Masza zaciekle gania za piłką; spokojniejsza Adelka preferuje zabawy w „przeciąganie się” pluszową zabawką, apetyt nam dopisuje, oby tylko zdrowie dopisało nam wszystkim.  

[09.07.2018, Witów, Nowy Sącz]


05 lipca 2018

MUZYCZNE POCZTÓWKI (13) PRZED POWROTEM - BEETHOVEN i FAURE

Zanosi się na powrót do kraju. W zanadrzu trochę tekstów, kilka pomysłów. Wrócę do nich. A teraz bardzo rzadko obecny w kawiarence Beethven i chyba najbardziej rozpoznawalna jego symfonia (5). Dyryguje w mistrzowskim, szbbszym niż w partyturze napisano tempie Seiji Ozawa.


I na dodatek jeden najpiękniejszych, moim zdaniem, fragmentów muzyki klasycznej - III część suity "Pelleas i Melisanda" Gabriela Faure, obecnej już w kawiarence, ale nie szkodzi...

I Tyle na teraz.

[05.07.2018, Darmstadt w Niemczech

04 lipca 2018

SPOTKANIE SZESNASTE - PRZYJACIÓŁKI


- Wciąż nie mogą ci darować? - Dominika obserwowała Natalię, śledząc nerwowe ruchy jej obu dłoni - przebierała palcami po blacie stolika, to znów poprawiała nimi włosy, biały kołnierzy zielonej sukienki zasypanej deseniem słonecznych stokrotek i bladożółtych żonkili.
- Myślę, że nie mogą, choć nie jest tak źle jak dawniej. Zresztą, wiesz sama, jak było. Jesteś ze mną od samego początku.
- A i tak niewiele ci pomogłam, choć chciałam, ale ty…
- Powiedziałam ci, że nie chcę od niego niczego i tego się trzymajmy.
- Nie będę ci przypominała, że źle robisz. Ja bym go po prostu zgnoiła, tak ci powiem, ale nie chciałaś mnie słuchać.
- Dominiko, mówiłam ci, że sobie poradzę… i poradziłam sobie.
- Faktycznie poradziłaś, a do tego masz nieocenioną babcię.
Oczy Natalii uśmiechnęły się i była to pierwsza oznaka uspokojenia, która spłynęła spod powiek po jej twarzy, aby rozlać się skąpym jeszcze uśmiechem wydłużającym jej lekko zgrubiałe, ciemnoróżowe wargi, na których nie było śladu pomadki.
- Cieszę się, że się do niej przeprowadziłam - powiedziała z dumą i nareszcie pozbawionymi drgań palcami prawej dłoni chwyciła uszko filiżanki, po czym zaczerpnęła z niej niesłodzonej, czarnej kawy.
Dominika mogła oczywiście dodać, że podziwia upór, wytrwałość i dzielność przyjaciółki, ale że mówiła to jej tyle razy, nie uważała za stosowne powtarzać jej tego po raz kolejny, tym bardziej, że umówiła się z Natalią w kawiarni w konkretnej sprawie, sądząc, że przystanie na jej propozycję. Bardzo chciała, aby pojechały razem, choćby z tego względu, że znają się od dziecka, przyjaźnią się, a i też nigdy nie było zgrzytów w ich przyjaźni, z drobnym, acz istotnym dla Natalii okresem, w którym chodziła z tamtym łajdakiem. Dominika być może zbyt natarczywie nalegała, aby Natalia przerwała tę znajomość, podobnie myśleli jej rodzice. Jej przyjaciółka postawiła jednak na swoim, ulegając przedwczesnemu zauroczeniu, zakochaniu, które jakże często doprowadza do efektów takich, jakie stały się udziałem Natalii. Można powiedzieć, że los najserdeczniejszej przyjaciółki Dominiki przypominał setki a może i tysiące podobnych losów młodych mam z dziećmi, porzuconych przez amantów, którzy nie dorośli do roli ojców, opiekunów, czy wręcz małżonków. I jak często bywa w takich przypadkach, panny z dziećmi zmagając się z losem, który je skrzywdził, nie znajdują zrozumienia u swoich rodziców, których „a tłumaczyliśmy ci wiele razy” ciągnie się za ich życiem jak bezsensownie powtarzana mantra. Owszem, czas jest najlepszym lekarstwem na obolałe miejsca, a pojawiająca się na świecie niewinna istotka - wieczna pamiątka po związku, którego prawie nie było, ta istotka nie może przecież nie cieszyć oczu zaaferowanych dziadków i babć, ale skaza na pamięci pozostaje, skaza tym głębsza, im mocniej wierzyło się w szczęśliwą przyszłość córki, inwestowało w nią całą swoją miłość i opiekuńczość.
Rodzicom Natalii nie udało się wybaczyć córce, przygarnęła ją babka, a  Dominika nie odstąpiła od niej.  
- Natalko, wyjedźmy obie, oczywiście zabierzesz swego brzdąca - powiedziała Dominika po tym, jak przedstawiła propozycję osiedlenia się w Jaroszowie, gdzie jest dla nich praca, będzie mieszkanie i najważniejsza w tym wszystkim - samodzielność.
Dominice łatwo tak mówić, bo jest sama, nie ma matczynych obowiązków i przynajmniej przez parę lat nie zamierza się z nikim wiązać. Jest rozsądniejsza od niej, a może też świadoma błędu swojej przyjaciółki, nie chce powielić jej losu. Jeśli nawet propozycja Dominiki jest do przyjęcia, bo pracy się nie boi, a mieszkanie dla panny z dzieckiem to prawdziwy skarb, to kto zajmie się chłopcem? Tutaj mogła sobie pozwolić na byle jaką i mało płatną pracę sprzątaczki, bo Norbertem zajmowała się babcia, a i rodzice zdawali się powoli oswajać z nową sytuacją, pomagali finansowo, aczkolwiek nie było w tym spontanicznej radości zwykle okazywanej przez dziadków dla wnuka. Co zrobi z małym, niespełna dwuletnim chłopcem, skoro będzie musiała iść do pracy?
- Wiesz co, możemy przecież w taki sposób ustalić rozkład dnia, że kiedy ty będziesz pracować na pierwszej zmianie, ja wezmę drugą. Norbert cały czas będzie miał opiekę - przekonywała przyjaciółkę Dominika.
- I będziesz poświęcać się dla mnie? A twoje życie? Nie chcę takich poświęceń.
- Do czasu, moja droga. Ja już dzwoniłam do samego dyrektora w naszej sprawie. Mówił, że budują żłobek… i przedszkole.
- Co ty mówisz? Naprawdę? - była zaintrygowana, ale zaraz potem stłumiła swoje podniecenie. - Wiesz jak to jest ze żłobkami. Dzieci często chorują. To nie taka opieka jak u babci.
- Nie będzie tak źle. Skoro zaczynają od początku… tak jak my, zadbają o twoje dziecko i w końcu obiecałam, że ci pomogę. Jestem chrzestną matką Norberta czy nie?
- Jesteś, ale chrzestna matka też jest kobietą i zapewne będzie chciała ułożyć sobie życie.
- A ty w kółko to samo. Powiedz sama, dużo masz do stracenia? A do zyskania - wszystko. Bądź jak dotychczas dzielną dziewczynką. I wcale nie jest powiedziane, że to ja a nie ty pierwsza znajdziesz sobie kogoś, z kim przebrniesz przez życie suchą stopą.
- Nie wiem, czy tego chcę, powinnaś mnie zrozumieć. A do tego panny z dzieckiem nie są tak atrakcyjne jak singielki.
- Pożyjemy, zobaczymy.
- Powiedz mi, Dominiko, dlaczego właściwie to robisz? Dlaczego tak nalegasz, abym wyjechała z tobą? Ze współczucia? Z litości?
- Nie bądź niemądra. Sąsiadkami jesteśmy od czasów, których nie pamiętamy. Wspólna ławka w szkole, w średniej również. Szłyśmy dotąd przez życie niemal prowadząc się za rączkę. Nawet obie oblałyśmy egzaminy na studia. Była rozpacz przy butelce taniego wina, ale w końcu wzięłyśmy się w garść. I to ty byłaś odważniejsza, pamiętasz? Wciągnęłaś mnie do tej pracy w sadzie, potem spróbowałyśmy w sklepie, już oddzielnie, bo nie można było razem…
- I w końcu ja wykonałam ten najgłupszy krok w swoim życiu. Zakochałam się bez pamięci i już niedługo potem pożałowałam tej swojej odwagi i nieroztropności… jaka ja wtedy byłam tak głupia, że cię nie posłuchałam?
- Nie ma co rozdrapywać ran, Natalio. Jeśli nawet zbłądziłaś, to w końcu masz dziecko, masz dla kogo żyć.
- Mówisz tak, jakbyś ty nie mogła mieć…
- Kto to wie…
- Czy o czymś nie wiem? Nic mi nie mówiłaś?
- Bo tak naprawdę jeszcze nie wiem. Nie miał kto sprawdzić, czy mogę mieć swoje własne - uśmiechnęła się.
- W takim razie pozwolisz mi sobie pomóc?
- Ty mnie? Niby w jaki sposób?
- Chrzestna matka powinna mieć męża.
- I ty mi go wybierzesz?
- Wyobraź sobie, że wybiorę i zapewniam cię, że tym razem nie popełnię błędu.
- No tak, masz doświadczenie. Ale skoro sprawy mają zajść tak daleko, musisz wyjechać ze mną, bo na odległość nie dam się wyswatać.
- Mam rozumieć, że jesteś już zdecydowana na ten wyjazd, Dominiko i pojechałabyś do tego Jaroszowa nawet wtedy, gdybym ja została?
Dominika dała sobie chwilę czasu do namysłu, ale musiała w końcu zdobyć się na odwagę i powiedzieć, że tak, jest zdecydowana zacząć nowe życie, że chce wykorzystać szansę, która może już nigdy się nie pojawi.
***
Co by nie mówić, Rozwadowski to facet z klasą, wspomina Natalia. Jechały niemal w ciemno, choć Dominika zapewniała, że uzgodniony jest wspólny pokój w hotelu robotniczym, ale co innego wierzyć na słowo po telefonie, a co innego tego doświadczyć.
Już w recepcji były zaskoczone.
- Panie Natalia i Dominika, prawda? Dwunastka, pokój zwrócony twarzą na południe, na parterze, z pięknym widokiem na łąki i las, z łazienką i aneksem kuchennym. Nie wszystkie pokoje mają własną łazienkę, ale pani Natalia z uwagi na dziecko… jaki śliczny chłopiec! Śpi. Pewnie zmęczony podróżą - to usłyszały od recepcjonistki, która, jak się później okazało, nie była tak miła dla wszystkich, lubiła porządek nie tylko w papierach. - To pierwsze dziecko w hotelu - dorzuciła z niejaką dumą, że niby sama miała zaszczyt przyjmować kobietę z dzieckiem. - Gdyby panie czegoś potrzebowały, nie daj Boże lekarza, proszę śmiało do mnie albo do mojej zmienniczki, zadzwonimy gdzie trzeba.
Pokój, a właściwie dwa pokoje, nie były może w standardzie wielogwiazdkowego hotelu, ale przypadły im do gustu. Poczuły się jak we własnym domu. Teraz po dobrze przespanej nocy należało się udać do kadr. Stawiły się obie. Natalia z dzieckiem na ręku wyglądała na lekko przestraszoną, zakłopotaną.
Rozwadowski był już w zakładzie. Przyjął je w gabinecie.
- Drogie panie, dla mnie produkcja jest ważna na równi z zadowoleniem załogi. My tu chcemy dokonać rzeczy wielkich. Nie po to partia wyznaczyła mi zadanie, abym miał mu nie sprostać. Będzie produkcja, będą mieszkania, a dla pani synka żłobek, potem przedszkole - już moja w tym głowa, aby stało się to, co zaplanowałem. Teraz najważniejsze są szkolenia - spojrzał na nie poważnym wzrokiem. - Proszę mi nie mówić, że macie doświadczenie jako krawcowe. Owszem, pani Dominika w rozmowie ze mną mówiła, że mając maszynę w domu, szyła coś dla siebie, rodziny i znajomych, a pani Natalia… no cóż, młoda kobieta, ambitna i pragnąca urządzić sobie życie po nieudanym związku (dopiero teraz Natalia zorientowała się, jak dalece Rozwadowski został przez Dominikę poinformowany o jej prywatnym życiu) da sobie radę, zwłaszcza że umyśliłem sobie, że popracuje w sekcji dziecięcej, korespondującej poniekąd z jej obecnym doświadczeniem. A te szkolenia zorganizujemy dla pani Natalii w taki sposób, aby jej koleżanka mogła pozostać wtedy z małym… ale na dniach otworzymy żłobek i dziecko naszej pani Natalii będzie jednym z pierwszych, które zazna błogosławieństwa opieki nad dziećmi naszych pracownic.
Kiedy Natalia przypomina sobie tamtą rozmowę, z trudem przychodzi jej wytłumaczyć Norbertowi, który przed kilkoma dniami obchodził czterdzieste urodziny, że w tamtym okresie mimo wszystko traktowano ludzi inaczej. Fakt, że w czasach prosperity zakładu Rozwadowskiego brakowało rąk do pracy, a może inaczej - rodziły się jak po deszczu zakłady, których kierownictwo działając zgodnie ze wskazówkami władz, uciekało się wręcz do podstępów, aby wypełnić je pracownikami, a jeśli przedsiębiorstwo miało ze sprzedanej produkcji dostarczać krajowi dewiz, to tym bardziej dbano o załogę. Kuszące były mieszkania, ale też wysokość wynagrodzenia.
Natalii udało się przejść przez szkolenia, chociaż nigdy wcześniej nie miała do czynienia z krawiectwem. Wdzięczna jest Dominice, jej pomocy przy małym Norbercie, wdzięczna jest Rozwadowskiemu za żłobek i przedszkole, za to, że dostała pracę, o której wprawdzie nie marzyła, ale która dawała jej satysfakcję, pieniądze, za które mogła z powodzeniem przeżyć, za to, że nie posiadając własnych, odłożonych środków, mogła pewnego dnia zapisać się na listę oczekujących na mieszkanie.
Natalia rada była z tego powodu, że, tak jak obiecywała, „postarała się” Dominice o chłopca, który po roku chodzenia z nią został jej mężem, a bezpłodność jej najserdeczniejszej przyjaciółki wcale nie przeszkodziła temu związkowi, wręcz przeciwnie, umocniła go i zaowocowała adopcją dziewczynki, którą pokochali oboje tak bardzo, że nikomu nie sposób było odgadnąć, iż Dominika z Mateuszem sami nie spłodzili tego dziecka.
Sama nie związała się na poważnie z nikim, choć była w paru luźnych związkach, których nie stara się dzisiaj umniejszać. Widocznie los skazał ją na samotność, dopraszając się tego, aby czas poświęcony jej dziecku nie został zaprzepaszczony. Norbert - syn, kiedy osiągnął wiek, w którym ma się świadomość czynienia dobra i zła, był nie tylko najukochańszą osobą w jej życiu, ale też z biegiem czasu podporą, synem - mężczyzną, na którego zawsze mogła liczyć.
Norbert wyjechał z Jaroszowa, usamodzielnił się, ożenił, ma dwójkę dzieci - Natalia została sama, a z Dominiką, którą los rzucił z mężem i przybraną córką na drugi koniec kraju, widuje się rzadko, choć ich przyjaźń nie wygasła i bywają u siebie dwa, trzy razy do roku, zadręczając się miłymi wspomnieniami.
Natalia pozostaje w jak najlepszych kontaktach z Rozwadowskimi. Po byłym dyrektorze upadłego zakładu odzieżowego widać ząb okrutnego czasu - postarzał się, zmarkotniał, lecz jeśli spotykają się „na mieście”, czy rzadziej - Natalia bywa gościem u Rozwadowskich, zmarszczki na czole dyrektora zdają się zanikać, a na twarzy pojawia się nieczęsty u niego uśmiech. Szkoda tylko, że zaraz po opuszczeniu mieszkania dyrektorstwa uśmiech ten zanika.
Dzisiaj przypadła któraś tam z kolei rocznica urodzin Rozwadowskiego. Natalia wprawdzie nie zawsze o tym jego święcie pamiętała, ale w ostatnich latach stara się nie zapominać o złożeniu wizyty byłemu pracodawcy.
Kiedy zbliżała się do jego parterowego domku wtłoczonego w zieloność nieco zaniedbanego już ogrodu, frontową furtką wybiegł na ulicę młody, nie więcej niż trzydziestoletni mężczyzna. Minął ją w pośpiechu, a jego podejrzanie szczęśliwa twarz zdradzała niebywałe zadowolenie ozdobione pełnym sarkazmu i ironii uśmiechem.

[17.06.2018, Dachau, Bawaria, w Niemczech i [01.07.2018, Aire de la Briande, Angliers, Vienne we Francji]