Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

30 grudnia 2015

ANTIDOTUM

Naprawdę nie jest konieczne oglądanie farsy pod tytułem "Dobra zmiana".
Na pocieszenie dwa muzyczno-taneczne kawałeczki:
"La Follia - Antonio Vivaldiego" 


i fragment baletu Siergieja Prokofiewa "Romeo i Julia".


Jakkolwiek w tym drugim przypadku do słuchania wybrałbym Londyńską Orkiestrę Symfoniczna pod dyrekcją jednego z najwspanialszych współcześnie żyjących dyrygentów - Walerija Giergijewa.


PROWINCJA (ostateczny)

PROWINCJA

Rozdział 1. [fragment]

W końcu spotkaliśmy się na tej stacji, niewielkiej, na której pospieszne nie stają i aby się dostać do celu to trzeba bezwzględnie z przesiadką. On włóczył się gdzieś po tym niewielkim świecie, odwiedził kogoś, komu coś też przyobiecał, a ponieważ cały czas był w biegu, zadzwonił do mnie, że o tej a o tej pojawi się na peronie, więc może się ze mną spotkać i pojedziemy do niego, a podczas podróży znajdzie dla mnie czas, i tylko prosi, abym wziął z sobą rękopis, to jeszcze rzuci na niego okiem.
Ucieszyłem się, że znalazł dla mnie trochę czasu, choć może mniej niż za pierwszym razem, kiedy jego telefon odnalazł mnie przy wyrębie lasu.
- Drogi panie - usłyszałem jego głos, wyłączając piłę - postanowiłem zaryzykować i zainwestować w pana swoje pieniądze. Odezwę się niebawem. Daj mi pan tydzień, dwa na pozałatwianie innych spraw, zgoda?
To była moja pierwsza wielka, prawdziwa, choć wciąż jeszcze sceptyczna radość. Na jej cześć z niezwykłą energią przystąpiłem do robienia porządku z tymi wiatrołomami, a pod wieczór posłałem najmłodszego do spółdzielni po trzy butelki zero siedem czystej, muzycznej, zdaje się, że Chopin miały na imię. Panowie z leśnej brygady zaraz poszperali w leśnej pakamerze i znaleźli w niej pęta kiełbasy, kiszone ogórki i cebulę, a kiedy rozpalili ognisko, poczułem się jak Janek Pradera z „Siekierezady”.
Wiedzieli już, że skoro postawiłem, to musiałem mieć do tego powód, bo rzadko stawiałem, a jeżeli już, to tanie piwo w srebrzystych puszkach, cienkie i niesmaczne. Najstarszy odważył się powiedzieć, że pewnie syn mi się urodził i stąd moja szczodrość niepojęta, a ci trzej pozostali już do mnie przystąpili, aby mnie wyściskać, niedźwiedzia zrobić, albo i podrzucać do góry, na pół wysokości świerczków. 
- Nic z tych rzeczy - powiedziałem - taki jeden zgodził się wydać moją książkę, co to opowiadałem wam o niej podczas roboty.
A tak, opowiadałem im podczas przerw na posiłki. Najstarszy zawsze mnie o to prosił; on z tych co czytają, a raczej czytali, więc rad był usłyszeć jak nie tylko opowiadam, ale wręcz recytuję poszczególne wątki, bo akurat do tej powieści to pamięć dobrą miałem i czytałem z pamięci.
Jedliśmy, pili, palili, a moja radość rozrywała mi piersi.
Potem przez cały miesiąc przeważał sceptycyzm i pragnąc go przydusić znów zaczynałem czytać z pamięci, a mróz srogi rozpanoszył się wtedy po lesie, a my co i rusz zmienialiśmy miejsce wyrębu.
Wziąłem więc z sobą przedostatni rękopis, właściwie wydruk i spotkałem się z Hornym na tej małej stacyjce. Podaliśmy sobie dłonie i wskoczyliśmy do jednego z dwóch wagonów spalinówki.
- Widzę, że jest pan jeszcze w sile wieku - powiedział - w moim wieku - dodał i odebrał te spięte rozdziałami kartki.
Tak jakby wiek miał jakiekolwiek znaczenie, pomyślałem sobie, a może i ma, lecz nie wiedziałem, czy to lepiej czy gorzej, że jestem w jego wieku. On się nie zdradzał. Wertował kartki i czytał, czytał, nosem kręcił, okulary poprawiał i czytał. Sprawiał wrażenie, że tekst, który wcześniej wysłałem, jest mu dobrze znany, bo przeskakiwał wzrokiem co kilka stron, a w paru miejscach przystawał i spod luźno spoczywających na nosie okularów przyglądał mi się bacznie, jakby chciał o coś zapytać i w końcu po pół godzinie jazdy zapytał dlaczego zaczynam od rozdziału drugiego i po jasną cholerę dałem taki idiotyczny tytuł, że niby nie przejdzie u niego, bo jeśli czytelnik przeczyta: „Prowincja” to zaraz się zniechęci, to tak jakby podawało mu się pod nos „Komunistę” albo co innego. Pytał mnie o ten tytuł i odpowiadał zaraz sobie, że dla mnie to gotów byłby nawet poświęcić reputację wydawnictwa. Stać go na ekstrawagancję, bo ma trzy konta, a to jedno, najstarsze, zapewni dostatnie życie także jego wnukom, więc może sobie pozwolić na tę wspaniałomyślność bankructwa jednego tytułu.
W końcu dorwałem się do odpowiedzi, tłumacząc, że dwie dekady temu myślałem o tej książce i od samego początku nie wyobrażałem sobie nazwania jej tak, jak to uczyniłem.
- Przecież ta książka jest o tym właśnie - upierałem się, a on przytaknął i odparł, że właściwie to mam rację, ale w dzisiejszych czasach ludzie szukają czegoś, co ich zaskoczy, co będzie „exclusive” i tak dalej.
- Dlaczego jednak tekst zaczyna się od drugiego rozdziału, drogi panie, tego za diabła nie zrozumiem, nawet przyjmując do wiadomości tak bardzo niespójną, wielowątkową fabułę, poszatkowaną w taki sposób, że sam diabeł fotografii z tego nie zdejmie? - zapytał i w tym przypadku liczył na moje wyjaśnienie, lecz zanim to nastąpiło, pociągnął ten wątek dalej. 
- Wie pan, dlaczego poprosiłem pana raz jeszcze o rękopis? Sądziłem, że tym razem dostanę cały materiał, włącznie z tym pierwszym rozdziałem.
A ja na to (zbliżaliśmy się właśnie do stacji przesiadkowej), że w pierwszym rozdziale znajdzie się właśnie to, o czym teraz mówimy i te moje oczekiwanie na jego odpowiedź. Wytłumaczyłem mu, że w pierwszym rozdziale „Prowincji” muszę też opisać tę moją radość na wieść, że zgodził się pan zainwestować we mnie a ja zainwestowałem przed miesiącem w trzy „Chopiny”, które zagrały w lesie przy wiatrołomach. 
Wróciliśmy do tej rozmowy przy kawie w spóźnionym pospiesznym do stolicy.
- Przepięknie pan to zagmatwał - powiedział - nie dość, że umieszcza pan w swojej opowieści tyle przeróżnych wątków, pisze pan w różnych osobach i każe się domyślać, kto jest głównym narratorem, to na dodatek każe mi pan w ciemno zaakceptować pierwszy rozdział, którego pan jeszcze nie napisał.
Pomyślałem sobie, że Horny, choć sprawiał wrażenie biznesmena, który przypadkowo zajął się kolportażem literatury, będącej dla niego towarem, jak każdy inny, był jednak fachowcem w branży jaką się zajmował i wiedział o literaturze znacznie więcej, niż początkowo sądziłem.
- Widzi pan - kontynuował - zaczynam rozumieć pana intencje. Otwiera pan przede mną szufladę, wypełnioną szkatułkami, w których zamyka pan pewne wątki a ja otwieram je po kolei, albo nie po kolei, bo można otwierać je w dowolnej kolejności i zaczytuję się nimi, a w pewnej chwili odkrywam, że i te wątki mają swoje córki i synów… tylko czy czytelnik to zrozumie?
Pozostawił to pytanie bez odpowiedzi a ja zupełnie łatwo oddaliłem się do tego lasu zniszczonego przez huragan, do wiatrołomów, z którymi nasza brygada pilarzy robiła porządek… oddaliłem się do tych rozmów prowadzonych podczas przerw w pracy z silnymi mężczyznami, którym czytałem z pamięci stronę po stronie opowieści.
(…) 
®smoothoperator®

[Dobrzelin 29.12.2015]

28 grudnia 2015

CEROWANIE SKARPETEK

Aby wykazać wyższość zacznijmy od skarpetek… tych przetartych na piętach albo gdzieś w miejscu kontaktu paznokcia wielkiego palucha z materiałem… nazwijmy rzecz po imieniu - chodzi o skarpetki z dziurami.
Tedy brało się filiżankę lub szklankę (może być musztardówka), naciągało na nią koniecznie wypraną skarpetkę, przygotowywało się miękką bawełniczkę o zbliżonym kolorze i tańcującą igłę,  i… wzdłuż a potem w poprzek nicowało się, nicowało… ech… nawet w szkole tego uczyli. Niwelowało się też rozprucia, przyszywało guziki. Oczywiście było też wyszywanie, robienie na drutach, cierpliwe prace z szydełkowym orężem w dłoni, ale mnie nie o sztukę chodzi, lecz o to rzemieślnicze cerowanie.
Kto by dzisiaj skarpetki cerował? Kto? Po to jest kosz, aby podkolanówkę taką w nim porzucić. Jakiż to problem za cztery złote zakupić na ryneczku pół tuzina skarpeteczek, a za zgubionym guziczkiem też przecież nie będziemy penetrować szuflad pasmanteryjnych marketów. Się nową koszulkę kupi: chińską, wietnamską albo ekstra hinduską.
No i kto powie, że drzewiej lepiej bywało… a nic podobnego!
A ileż to, jeden z drugim, programów w swoim telewizorze miałeś? A czy w ogóle telewizor miałeś? A jeśli miałeś, to czy kolorowy? Teraz masz coś około setki programów i każdy z nich ciekawszy od poprzedniego na liście. Kiedyś to nawet w poniedziałki filmu nie uświadczyłeś, bo teatr dawali, a w czwartki - kryminały; w środy jakaś idiotyczna „Filmoteka Arcydzieł”; dopiero w soboty i niedziele coś ekstra, po amerykańsku, włosku, szwedzku, francusku lub rosyjsku. A jak w porciętach chodziłeś to dręczyli cię jakimś Zwierzyńcem, Ekranem z Bratkiem, Telesforem albo Telerankiem, nie mówiąc już o Dobranocce. 
A dzisiaj telewizja uczy cię oglądania filmów na pamięć. W końcu, jeśli obejrzysz po raz czterysta dwunasty  „Czterech Pancernych” to nie ma siły, abyś nie zapamiętał dialogów.
Zdarzyło mi się tak, że przed ostatnim wyjazdem na trzy tygodnie włączyłem jeden z ulubionych kanałów, na którym szedł dostojnie film X. Wracam więc po tych dwudziestu jeden dniach, włączam ulubiony kanał i… proszę bardzo… film X powrócił ze mną.
W jakim to kraju filmowe media tak o ciebie dbają? 
Oj tak, w dawnych, niesłusznych czasach było tylko gorzej. Nie było tej wolności, nie było. Religii nie było, nie było Kościoła, kościołów nie budowano… no po prostu nie można się było modlić, a matka i dwie babki do kościoła chodziły… co tydzień, a czasami częściej. Zachodzę w głowę, jak im się udało uniknąć spotkania z plutonem egzekucyjnym, bo były to czasy, kiedy komuniści chodzili po ulicach i strzelali. A jeden dziadek to komunistą nie był i Wolnej Europy słuchał, ale do kościoła nie chodził, bo kościół miał w swoim ogrodzie. Ojciec trochę się w swego ojca wdał z tym „niechodzeniem”, ale na religię złego słowa nie powiedział. Matce swojej zaprenumerował nawet dwa katolickie tygodniki. Oj złe to były czasy, złe. Także dlatego, że gorzej się jadło, a w piątki to już tragicznie, bo w piątki karmiono mnie rybami albo dawano coś bez mięsa, kluchy jakieś czy co. No, źle było, źle. Nie powiem, sześć dni w tygodniu jadło się jakieś mięso, ale wstrętne było bo z naturalnie karmionych wieprzków i bydlątek, kur i kaczek łażących po podwórkach albo gęsi i indyczek. A po mleko to szło się do chłopa z bańką… ale jakieś tłuste było, łąką pachniało, a jak się je „dało na zsiadłe” to nożem można było kroić… paskudne. Na święta to szynka obowiązkowa była, ale taka z paskami tłuszczu, po staremu, a wiadomo, że tłuszcz to największa trucizna i zaraza, a jadło się to albo sklepowe, albo przez ojca uwędzone. A ryby to nie od święta były, zwłaszcza te lubiące się pluskać w słodkiej wodzie, ale to nie dziwota, skoro ojciec często wędziska w stawach maczał.
A już z tymi ciastami to istna rozpusta była. Ojca matka jak piekła na bożonarodzeniowe święta, to do połowy lutego ze spiżarni można było brać i paskudnie słodyczą zaprawiać żołądkowe soki, a przecież żadnych chemicznych utrwalaczy nie stosowała. Matka matki z kolei, mniej wytrawna w kucharskiej profesji piekła na każdą niedzielę smakowitą, wilgotną babkę; formowała też oszczędne, kruche ciasteczka, które podsyłała do zaprzyjaźnionego kucharza - zwykle dwie porządne blachy z tego wychodziły czyli cały kubełeczek. 
No, po prostu było tragicznie. Do jakiegoś głupiego kina się chodziło na niemądre filmy, do paskudnego teatru, jeździło się na pożal się Boże, bałtyckie albo jeziorowe wczasy, czytało się idiotyczne książki, prasę codzienną i tygodniową i chodził człowiek cały w tych nerwach, że komuna nie pozwala korzystać z internetu.

KOREPETYTOR

I prosi mnie pani, abym nauczał tę małą? Ileż to dziecko ma lat? Siedemnaście? I pisze? Historii też? Moja droga… może jeszcze  kawki?… panie Henryku, dwie kawy, dla pani z mleczkiem, a dla mnie wie pan jaką. Toż historii już nie ma, jest polityka. Pani nie zdaje sobie z tego sprawy, o co prosi. Historia współczesna jest niczym innym jak interpretacją politycznych racji, zatem, wybaczy pani, w tym przypadku rezygnuję, a dziecko niech się uczy pisać życiorysy przydatne w każdej sytuacji. Już teraz, bo wykształcenie wykształceniem, a trzeba się umieć znaleźć i dostosować. Historia nie jest tak bardzo potrzebna, o ile myśli się poprawnie, czyli w sposób, którego wymaga epoka wielkich, niespożytych możliwości. 
Pani Halinko, przecenia pani moje możliwości, bo ja nawet tych życiorysów pisać nie potrafię i nie pomogę; nie mogę tak po prostu łgać, choć zasadę znam: pisze pani o sobie to, co chce przeczytać ten, do kogo się pisze. Język obcy zna? To dobrze… niech napisze, że biegle, może sprawdzą, a może nie, biorąc pod uwagę urodę. A zgrabna być musi, jeśli to pani córka, więc językowe niedostatki nie przeważą. Ale żeby wiersze pisała? Prawo młodości, choć z tego nie wyżyje. Owszem, teoretycznie z literatury… tak, tak, mógłbym pomóc i bardzo dobrze, że czyta, bo bez tego, rozumie pani… o kawkę mamy… jedną łyżeczkę brązowego… służę, ja jak zwykle normalną, parzoną, gorzką.
A jaką pani dla niej przyszłość, że tak powiem, widzi, wyjąwszy te pisanie wierszy? O, tak, spora, międzynarodowa korporacja… przebijać się trzeba, dlatego o tym cv pomyślałem. Nie, no oczywiście to bardzo dobrze, że chciałaby pani, aby córka zdobyła solidne podstawy wiedzy ogólnej. Waha się pomiędzy socjologią a psychologią w kontekście marketingu? Świetnie to pani wyraziła, bo skoro córka nie ma nadzwyczajnych zdolności do przedmiotów ścisłych, to do marketingu psychologia i socjologia się przydadzą, chociaż… wie pani, zdaje się, że chodzi tu bardziej o poznanie zasad stosowania socjotechnik, które przy sprzedaży towarów są nie do zastąpienia, i nie mam na myśli jedynie prostych relacji pomiędzy sprzedającym a klientem. Zatem sądzi pani, że ta wiedza ogólna sprzyjająca rozwojowi osobowości będzie cennym walorem przy rozpoczynaniu kariery zawodowej? Ja oczywiście jestem tego samego zdania, choć znam pewną zagraniczną firmę, która wymagała od zatrudnionych znajomości konkretnych poleceń związanych z wykonywaną pracą w języku właściciela zakładu. Tak… oczywiście, córka mierzy wyżej… należy temu przyklasnąć. Od kiedy więc? Też sądzę, że im wcześniej, tym lepiej. Całkowicie podzielam pani zdanie, że dwa lata porządnej nauki przed matura powinno wystarczyć. Szkoda tylko, że trzeba korzystać z takiej dodatkowej motywacji, … bo wie pani, szkoła sama z siebie powinna przygotowywać.
Tak… i ja słyszałem o tym. W tym sławnym liceum dziewięćdziesiąt pięć procent maturzystów korzysta z pomocy korepetytorów, a szkoła wysoko w rankingach stoi. Takie czasy. Może ciasteczko? No… ja sobie pozwolę, panie Henryku… jasne, że ptysia… pani tym razem nie skorzysta.
Tylko od razu pani powiem, że jeśli zgodzę się na tę literaturę, to poczytamy sobie znacznie więcej niż to, czego dzisiaj wymagają od córki… musi być na to przygotowana. Nie interesuje mnie te trzydzieści procent, niech tak pani córce powie. 
Świetnie… proszę bardzo… na skwerze czeka? Niechże ją pani poprosi. Nie można tak. Zaczekam na ciasteczko i na nią…
Jakże ty urosłaś! Od takiej cię znam. No cóż… wydaje mi się, że uzgodniliśmy najważniejsze z mamą… teraz chodzi o to, abyś ty chciała. Naprawdę wiążesz swoją przyszłość z jakąś znaną korporacją? Ale od tej chwili nie myślisz o tym, rozumiesz? Przyjdziesz do mnie i najpierw sobie porozmawiamy szczerze, co zamierzasz w życiu osiągnąć. Na pewno nie jest za późno. 

[28.12.2015, Dobrzelin]

26 grudnia 2015

ONE TEŻ ODCHODZĄ

Podobno lekarz powiedział, że jak przeżyje do świąt, to będzie cud. 
I stał się ten cud. Margolcia nazywana przeze mnie po prostu Małgosią odeszła w drugi dzień świąt. Cierpiała na raka; była po operacji. Ostatni tydzień zadecydował. Nocą jakimś sobie znanym sposobem wcisnęła się za wersalkę, tak jakby chciała odejść w samotności. Odeszła jednak przed dziesiątą na własnym posłaniu, unosząc główkę, rozglądając się i wydając z siebie ostatnie kocie krzyki.
Miała ponad 11 lat i była wyjątkowo miłą i nie sprawiajacą kłopotów kotką. Po kociemu mądrzejsza była od niektórych ludzi, których znam, a z całą pewnością oznaczała się wiernością i miała ten szczególny dar wyczuwania atmosfery panującej w domu.
Ci wszyscy, którzy mieli lub mają jakieś stworzonko, które towarzyszyło im w dobrych i niekoniecznie najpiękniejszych chwilach zapewne zrozumieją, że taka strata znaczy bardzo wiele i trudno sie z nią pogodzić, choć to tylko i aż zwierzę.
One, niestety, też odchodzą.


[Dobrzelin, 26.12.2015]

WIECZERZA W KAWIARENCE

Dni mijały jeden po drugim pospiesznie i przedświątecznie, a każdy miasteczka obywatel porządki nad własną domową substancją roztaczał, zakupów dokonywał i o tym wyjątkowym rodzinnym święcie myślał, aby je spędzić w jak najpiękniejszym gronie.
Doktor Koteńko z domowych przygotowań przez panią Zofię był zwolniony, albowiem wraz z rodzonymi siostrami zakonnymi najstarszych w mieście i okolicach pacjentów doglądał; przy okazji ta trójca opłatki w ich domach zostawiała i zachęcała do odwiedzenia kawiarenki w dni świąteczne tych wszystkich, którzy na samotność przez los skazani chcieliby się, pomimo albo na przekór tej samotności, dobrym podzielić słowem.
W kawiarence, która w grudniu otworzyła swoje dźwierza dla najuboższych, ruchome święto ciepłego tego roku grudnia trwało niestrudzenie, a nowi goście tak bardzo do tego miejsca przywykli, jakby od lat w nim przebywali. Zdarzały się też przypadki takie, że co niektóre starsze panie do naczelnej kucharki kawiarenki, pani Rybotyckiej się zgłaszali, pomoc swą w przygotowywaniu jadła oferując. Stary pisarz z estymą przysłuchiwał się takim oto deklaracjom:
- Pani Weroniko (tak pani Rybotycka na imię miała), na tę wigilijną wieczerzę to może w czym pomogę… mazurka jakiego albo makowca upiekę…
- Pozwoli mi pani sobie pomóc? Już ja tam dla siebie samej na święta niczego w domu nie robię, ale przecież tyle tu gości przychodzi, więc z serca pomogę…
- A ja pierożków ulepię, jeśli pani tak łaskawa będzie i pozwoli..
- A czy ja mogę tutaj od czasu do czasu zachodzić i w kuchennych pracach panią wyręczyć?...
- Ja już się pana Adama pytałam, czy mogę być w przygotowywaniu posiłków użyteczna… pozwolił… jutro przed dziewiątą się stawię…
Tak oto w niektórych przypadkach goszczony goszczącym się stawiał, a dla pani Rybotyckiej i dla tej młodej pary pomocników w kucharskim rzemiośle oferowana pomoc nieoceniona była, gdyż cała trójka również własne domowe ogniska posiadała a w nich także miała obowiązki. 
Maria z Adamem nad całością dobytku sprawowali pieczę, aby nikomu ani miejsca ani posiłku nie zabrakło, a trzeba też było kawiarenkę świątecznie przystroić, w okolicznościowe filmy się zaopatrzyć  i właściwą muzykę nastroić. 
A przecież, co wiadomym było wszystkim najdawniejszym kawiarenki przyjaciołom, Maria z panem Adamem obchodzili właśnie w te święta pierwszą rocznicę ich wspólnego z małą Różą bytowania. Tak, tak… czasie nieubłagany… to przed rokiem Maria z Różyczką zostały pod dach kawiarenki z miłością przyjęte, a później ta prędka i szalona miłość przez związek małżeński przypieczętowana została…
Ech… z tej okazji podczas wigilijnej wieczerzy sam pan radca Krach okolicznościową przemowę w imieniu przyjaciół wygłosił, a pan doktor Koteńko z babcią Leonią (taż to pani kawiarence pianino podarowała, przypomniał stary pisarz) unisono kolędy na pianinie zagrali.
Przecudnie poczynały się te święta, a każdy z gości, jeśli tylko pozostawał w miasteczku na ten czas, to choćby na niewielką chwilkę do kawiarenki zachodził, aby podzielić się opłatkiem, grzybowej spożyć zupki, pierożka podgryźć sobie, kapustą z grochem się nasycić i karpia popróbować.
Całkiem spory tłum gości aż do północy wieczerzał; potem rozdzielił się na dwa podzespoły, z których jeden na pasterkę wyruszył; drugi zaś transmisję tejże oglądać sobie zażyczył - ci ostatni dopiero przed godziną drugą, w tę noc jasną, oświetloną księżyca pełnią wyruszyli do swoich domów, aby we własnym łóżku zakosztować pięknego snu.  

[Dobrzelin, 26.12.2015]

25 grudnia 2015

JÓZEF, SYN JAKUBA

Ja Józef, syn Jakuba, który stawiał drewniane domy, uczyłem się od ojca jego rzemiosła, lecz niedostatecznie byłem w tym pilny. Wolałem podkuwać konie a potem naprawiałem rolnicze maszyny i w końcu samochody. Ojciec mój początkowo sprzeciwiał się temu, że marnuję swój talent; mówił, że pośród tych, co pracują w drzewie, nie spotkał takiego, który by tak wyśmienicie potrafił zmajstrować kołyski albo łóżka, zwłaszcza że strugałem w dębinie i w szlachetnym drzewie mahoniowym. 
Mocowałem się z sobą i własnymi myślami, bo tak naprawdę marzyło mi się inne życie niż to, jakie szykował mi mój ojciec. Było mi go żal Koniecznie chciał, abym został cieślą. Zdałem nawet egzamin mistrzowski. Patrzcie, oto mój dyplom. 
Kiedy zostałem mistrzem w ciesielskim rzemiośle, mój ojciec Jakub opowiadał wszystkim, których spotykał, że ja, Józef, jego syn zastał cieślą i odtąd będzie znany jako Józef - cieśla.
Jakub, mój ojciec, kiedy iskra jego żywota ledwie się tliła, pogodził się z tym, że zająłem się naprawianiem przedmiotów i maszyn. Dał mi wolny wybór własnej drogi, a kiedy zagasło jego serce, wyruszyłem w świat.
To była jedna z moich podróży, nie kłamię. Jeździłem od wioski do wioski, od miasteczka do miasteczka swoim furgonem wypełnionym narzędziami, jakich używałem do napraw. Spałem pośród tych narzędzi na drewnianym łożu podobnym do koryta, wyścielonym sianem, a okrywałem się starą derką.
Podczas jednej z takich podróży zobaczyłem ją wychodzącą z półmroków podcieni dziewiętnastowiecznej kamieniczki małego miasteczka. Widziałem ją pochyloną, zgarbioną, objuczoną brezentowym plecakiem i wyglądała jak jednogarbny wielbłąd, a jej głowa owinięta była szarą płócienną chustą.
Wyruszałem właśnie do sąsiedniego miasteczka i zapuszczałem silnik, kiedy przystanęła przy mnie przeszywając mnie wzrokiem. Wtedy otworzyłem drzwi auta i zapytałem, czy czego jej nie potrzeba, gdyż w jej spojrzeniu dostrzegłem jakąś błagalną aczkolwiek pełną godności prośbę o pomoc. Nie mogę wytłumaczyć tego spojrzenia. Była w nim duma, upór, jakaś niespożyta siła, zadziorność i sprzeciw. Kiedy tak analizowałem jej spojrzenie, mój wzrok przemieścił się w stronę jej nabrzmiałego łona. Zrozumiałem, że nie ma zbyt wiele czasu, a moje pytanie, w którym odniosłem się do jej potrzeb w jednej chwili stało się trywialne, by nie powiedzieć bezsensowne.
Nie znałem jej, naczelniku, nigdy wcześniej jej nie widziałem.
Zapytałem jej:
- Dlaczego w tym stanie nie jesteś w domu z najbliższymi?
Odpowiedziała, że jej ojciec przed chwilą pokazał jej drzwi, bo nie chce być dziadkiem bękarta.
Jechaliśmy.
Poprosiła mnie, abym zatrzymał się przed jednym z domów w wiosce położonej w niewielkiej odległości od miasteczka B. Nie powiedziała mi, kto mieszka w tym domu. Wysiadła z szoferki i podążyła w stronę furty. Nacisnęła klamkę. Furta była zamknięta a ja zauważyłem, że światło palące się w jednym z okien zgasło nagle. Ona stała jeszcze i ściskała w dłoni klamkę. W końcu zrezygnowała. Podjechaliśmy potem do miasteczka B. 
Na głównym placu stał budynek publiczny, a czerwona, z białym napisami, metalowa tablica informowała, że znaleźliśmy się w miejscu, w którym obywatele ze specjalnymi potrzebami mogą szukać pomocy. Wychodząca z tego budynku kobieta oznajmiła nam, że ośrodek czynny jest w pewnych godzinach i jeżeli mamy taką potrzebę, aby załatwić jakąś sprawę i uruchomić jej bieg, powinniśmy stawić się rankiem dnia następnego, kiedy ośrodek rozpocznie codzienną, żmudną pracę. 
Nie mogliśmy czekać do jutra… ona nie mogła, więc, panie naczelniku, udaliśmy się do schroniska w nowo wybudowanej części miasteczka. Ona nie mogła w nim zostać, gdyż była tutaj obca i dodatkowo nie miała skierowania.
W przychodni nie zastaliśmy właściwego lekarza a pani recepcjonistka powiedziała, że skoro nie ma jeszcze bólów to jeszcze za wcześnie na rozwiązanie.
Ksiądz z kolei nie mógł przyjąć na plebanię ciężarnej kobiety, bo ludzie pomyśleliby Bóg jeden wie co.
I w ten sposób dotarliśmy do wioski, a właściwie poza nią, na pastwisko, gdzie stała obora, do której spędzano krowy na wieczorny udój. Tam właśnie się zaczęło. Chwyciłem ją i przeniosłem do wnętrza obory, położyłem na sianie i pewnie wpadłbym w panikę, gdyby nie to, że dwie dojarki zajmowały się swoją codzienną pracą. Początkowo nie usłyszały nas. Strużki mleka uderzały w ocynkowane blachy wiader, lecz w końcu ona wydała z siebie niespokojny krzyk rodzącej matki. Kobiety poderwały się, podbiegły do leżącej na sianie i kazały mi odejść, abym nie przeszkadzał. Od jednej z nich usłyszałem, że jako ojciec, to chyba sumienia nie mam, skoro pozwoliłem na to, aby ona rodziła w takim miejscu, bez fachowej opieki. Chciałem zaprotestować ale w tym czasie druga rozkazała, abym nabrał wody ze studni i przyniósł gąsiorek z alkoholem, którym posilał się pasterz zostający na noc z krowami.
Byłem przerażony, panie naczelniku i dopiero kiedy usłyszałem głośny skowyt dziecięcia powróciłem z wygnania, podczas którego wypaliłem pod rząd trzy papierosy.
- Ma pan syna - powiedziała jedna z nich.
Przyglądałem się maleństwu i nie mogłem uchwycić podobieństwa do siebie, Józefa - cieśli, syna Jakuba.
Podczas gdy jedna z kobiet ułożyła dziecię obok matki, okrywając je tą szarą płócienną chustą, druga pobiegła do wsi. 
Matka była z pewnością wyczerpana porodem, lecz nie okazywała zmęczenia. Podszedłem bliżej. Położyłem dłoń na mięciutkiej, pokrytej delikatnym puszystym meszkiem włosków główce dziecka. Może nawet pocałowałem tę główkę.
Zbiegli się ludzie i każdy chciał zobaczyć ten owoc miłości. Ktoś przyniósł pieluszkę, inny niemowlęcy kubraczek czy utkane z bawełnianej nici buciki.
Panie naczelniku, kiedy ona odzyskała siły, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Usynowiłem tego malca, a ona, choć przecież dobrze wiedziała, że nie jestem ojcem dziecka, zgodziła się na to, abym był jej mężem. Aż do chwili obecnej tułamy się po świecie, a malec stał się przez te lata rozsądnym i mądrym młodzieńcem, z którego jesteśmy oboje z żoną dumni.
Nie rozumiem, panie naczelniku, dlaczego muszę teraz odejść, dlaczego chcecie mnie uwięzić, dlaczego odbieracie dziecku ojca.
- On ma swojego ojca, Józefie - odparł naczelnik - a matki nie potrafisz mu zastąpić… zresztą… ty jeszcze nie wiesz, jaki ją los spotka… jak los spotka tego młodzieńca.
Nie wiedziałem, to prawda, nie wiedziałem. Ten kto wie, musi być prorokiem.

[Dobrzelin, 25.12.2015]

24 grudnia 2015

RYBNIKI

Podróżując po obcym kraju, niekoniecznie turystycznie, zastanawiam się zawsze nad tym, jakimi niewyszukanymi słowami scharakteryzować i państwo i jego obywateli, wiedząc wszakże o tym, że podczas podróży, nawet wielu, moje obserwacje są bardzo pobieżne. Zmodyfikuję więc swoje założenie, wprowadzając takie oto pytanie: co mam na myśli wypowiadając słowo, dajmy na to, Czechy?
Zacznę, oczywiście bardzo pobieżnie, od ludzi. 
+ Są sympatyczni, zaradni, przyjaźnie nastawini do obcokrajowców, mniej może spontaniczni od moich rodaków, lecz potrafią się bawić i mają poczucie humoru.
+ Czesi mieli i mają świetną literaturę, której istotną cechą, przynajmniej dla mnie jest to, że potrafią na siebie patrzeć z dystansem i humorem oraz nie ulegają pokusie cierpiętnictwa.
+ Czesi czytują najwięcej książek w Europie na głowę statystycznego Holika. Nic w tym dziwnego, skoro literaturę mają na wysokim poziomie.

+ Miastom, miasteczkom i wioskom czeskim brakuje wprawdzie tego blichtru właściwemu organizmom niemieckim czy austriackim, lecz wyróżniają się te dziedziny porządkiem jakiego czasami trudno uświadczyć u innych słowiańskich nacji.
+ Okazuje się, że język słowacki jest bardziej zrozumiały dla Polaków niż czeski, a wydawało mi się, że jest odwrotnie.
+ Czesi (podobnie jak Słowacy) nie wstydzą się własnej kultury ludowej; nie jest ona "obciachem" tak jak  np. w Polsce, a w przestrzeni medialnej czeskojęzyczna piosenka i w ogóle rodzima kultura odgrywa znaczniejszą niz u nas rolę, nie mówiąc już o tym, że wielka polityka nie jest w czaskich (także słowackich) mediach tak bardzo eksponowana jak w Polsce.
W tym miejscu opowieści dochodzę do punktu, który całkowicie odmieni tematykę niniejszego wpisu.
+ Otóż specyfiką Czech, zwłaszcza prowincji, jest obecność  niedużych a pięknie wpisanych w krajobraz wiosek stawów, czyli po czesku rybników. Nie dość, że te rybniki w oczywisty sposób upiększają sielski pejzaż prowincji, to jeszcze dostarczają lokalnej społeczności oraz letnikom połowowych atrakcji z wędką trzymaną w garści.
Tak sobie myślę, że ojcu bezapelacyjnie spodobałyby się Czechy właśnie z powodu tych wędkarskich atrakcji, a ponieważ tam, gdzie obecnie przebywa od tysięcy lat obowiązuje Układ z Schengen, pewnie obecnie siedzi gdzieś nad czeskim rybnikiem i wędzisko swoje moczy.
W to akurat wątpić nie mam prawa. Ileż to razy przebywając w niesłusznych czasach nad bałtyckim morzem, pierwsze, co mój ojciec robił to wizyta w kapitanacie portu po ową konieczną "przepustkę" pozwalającą na połów morskich ryb i w czasie gdy mama opiekała swoje ciało w promieniach radosnego słońca, ojciec dobywał z morskich płycizn i głębin płaskie flądry, leszcze, węgorze i, choć rzadko, zabłąkane turboty.
Oczywiście każdy wakacyjny wypoczynek nad jeziorami wyglądał podobnie, z tą różnicą, że ojciec wynajmował kajak albo rower wodny i na całą noc wypływał na "pełne" jezioro, a wracał zwykle z koszem pełnym płoci, leszczy, karpi i karasi.
O tak, Czechy podobałyby się mojemu ojcu...

[Żnin, 23.12.2015]

21 grudnia 2015

ZAPEWNIAM

Zapewniam, kromka suchego chleba pomnożona przez ilość kilometrów (to w nawias), podzielone przez sto daje na ten przykład kromek siedem na 11 godzin jazdy. Potem nie chce się już jeść; chce się spać, albo czyta się książkę, ewentualnie coś pisze, a jeżeli jest się złapanym przez internetową sieć, która się rwie jak stare, zniszczone spodnie. Jeżeli chce się czytać albo pisać, to najlepiej zatrzymać się przy latarni - jaśsniej i wygodniej. Kradzież tych kilku godzin odzwyczaja od snu lub wpada się weń natychmiast, a po przebudzeniu chłód i kac moralny, złość na siebie, że...
Czasami nie chce się gadać. Po prostu nie chce się gadać. Kto to zrozumie? Chcesz coś powiedzieć, a tu kolejny kurs, kolejna jazda. Liczysz każdy kilometr, każdą minutę, byle zdążyć... a tu wyrasta kolejne czerwone światło, telefon, sms, radio puszczone na cały głos, papieros, aby nie zasnąć, ogrzewanie a czasem opuszczona szyba, aby poczuć chłód.
Zwykły stary chleb, ser ze śmietanką, cebula, smalec smakują ja nic innego na świecie. 
I o czym tu gadać, o czym? Kto to zrozumie?
Zapewniam, nie ma o czym.
Jeszcze dwa tygodnie, tydzień, trzy dni, dwa, dwanaście godzin.
Mów coś! Nie mam siły. Po prostu nie mam.
A kiedy przyjadę, znów będę musiał się przyzwyczaić. Akurat to przyzwyczajenie przypadnie na okres jakichś świąt. Nie dla mnie święta. Kogo to bawi, niech świętuje. Moje święto jest wtedy, kiedy zdążę na czas i na czas dojadę.
Mów coś!!! No, mów. Nie mam siły.
Święta są wokół mnie, kiedy słucham Hendla, Monteverdiego lub Bacha albo ostatnio "Reginy" na Słowacji.
Mój Boże, może mi ktoś powie, dlaczego w katolickim radiu Regina słuchacze i redaktorzy nie rozprawiają o polityce, nie ubliżają ateistom, nie rozprawiają o in vitro, prokreacji i seksie, i wreszcie nie podają numeru konta, aby wpłacać na nie dobrowolne datki, bo jak nie, to radio najprzejaśniejszy trafi szlag. Dlaczego tutaj mówi się o miłości do człowieka?
Dzielą nas góry nienawiści.
Ciekawe czy Kazik Staszewski wykonując "Arahję" 27 lat temu przypuszczał, że historia tak bardzo lubi się powtarzać....



[21.12.2015, Esztergom, Węgry]

20 grudnia 2015

KUBEK CZEKOLADY Z DOBRĄ NOWINĄ

Przyszedł, a jakże, a ja sobie siedzę w dresiskach jak jaki mafiozo z Kurzędkowa, siedzę i w ten telewizor sobie patrzę z przymkniętym głosem.
Skoro przyszedł, tom się przywitał najpiękniej jak umiałem. Podsunąłem fotelik, aby ciepło kominka objęło staruszka nogi.
- Napijesz się czekolady? - pytam.
Jakże by nie miał się napić, skoro utrudzony i wiekiem, i podróżą.
Przysiadłem się z boku; dla towarzystwa sobie kubek mleka wlałem, i sączę go powoli, a staruszek  rozgrzewa się swoim kubkiem,  trzymając go w obu dłoniach.
- Znów zakołatałeś do mnie przed Świętem - mówię, choć prawdę powiedziawszy, to ja go przywołałem i zawsze ma dla mnie czas, co wydaje się dziwne, bo przecież tak wielu go zaprasza.
I spojrzał na mnie z tym swoim uśmiechem niezwykłym.
- Przecież ja w tylu miejscach naraz być potrafię. Nie wiesz tego?
- To nie na ludzki rozum - mówię... mówię i popijam to mleko, a on wysupłuje skądś chleb, łamie go, dzieli  i częstuje nim, więc biorę i rozpływam go w ustach.
- Jakże ci tam się wiedzie? - pyta.
I znów łapię się na niezrozumieniu. - Wie wszystko, a pyta - myślę sobie.
A on i tę myśl odgaduje bezbłędnie.
- Co z tego, że wiem wszystko - tłumaczy - chcę od ciebie usłyszeć odpowiedź.
Odpowiadam więc.
- Ciężko jest, a radę sobie dawać trzeba - mówię - to był ciężki rok.
- Każdy rok jest cięższy od poprzedniego - mówi - mnie też nie łatwo.
- Czyżby? Przecież możesz wszystko. Możesz trudne i zawiłe zmienić w łatwe i przejrzyste.
- Przecież ja dałem ludziom wolną wolę - tłumaczy - rzeczywiście na samym początku było inaczej. Mówiłem najpierw Adamowi, później Ewie, żeby jabłka z drzewa nie zrywali, tłumaczyłem Ablowi i Kainowi, radziłem Noemu... i tak dalej. Czy miałem za każdym stać i podpowiadać, co mają czynić?
- A może trzeba było bardziej pilnować?
Przechylił kubek z czekoladą.
- Nie wiem. Wiem tylko to, że nie bardzo podoba mi się moje dzieło, a już najbardziej ci, co moje imię najgłośniej wypowiadają, a rozsiewają zło i zamęt czynią w moim imieniu.
Przytaknąłem, bo wydawało mi się, że w tej kwestii nasze zdanie jest identyczne.
- Ciężko ci, bo wciąż myślisz o tych, co wyrządzili ci krzywdę.
- I myślę, i sny przypominają...
- Gdybyś mniej o tym myślał, dałyby ci spokój.
- Nie sposób nie myśleć. Jestem tylko człowiekiem.
- Wiem i nie winię cię za to. Potrzebujesz więcej czasu.
 Zastanowiłem się. Jeśli rozmowa dotyka czasu, musiałem zapytać:
- A ile czasu mi zostało? Ile?
- Nikt nie chciałby tego wiedzieć, nikt. Nie udawaj.
Nie zaprzeczyłem.
- Przyjdę po ciebie wtedy, gdy będę zbyt słaby, aby chodzić po domach z dobrą nowiną.
- Nigdy nie będziesz na tyle słaby - mówię.
- Co ty możesz o tym wiedzieć. Ja przeżyłem przecież wszystkich ludzi i mam prawo być zmęczony.
- To prawda - mówię.
Nasycił się kolejnymi łykami czekolady.
- Póki cię jeszcze nie wywołałem, mam do ciebie prośbę...
- Słucham?
- Mógłbyś i ty nosić dobrą nowinę własnymi słowami.
- Czy potrafię?
Zamknąłem i otworzyłem oczy. Siedziałem w pokoju sam. Miałem jeszcze w kubku trochę mleka. Drugi kubek stojący na stoliku był pusty.




"(...) Pierwsza gwiazda już na niebie 
Nie ma nie ma ciebie (...)"


[18.12.2015, Radom]

PRZYJACIEL W POTRZEBIE

Radca Krach rzecz jasna, że przeczytał... przeczytał i te komentarze. Czym prędzej do starego pisarza popędził. Ten w miodowym mleku pysk miał umoczony; przysypiał nad tym mlekiem i bułką z masłem. 
Termometr leżał obok wyblakłej kartki papieru tłuszczem poplamionej.
- Czterdzieści jeden? - zadziwił sie pan radca.
- Panie radco - odrzekł stary pisarz - czterdzieści dwa pokazywało, ale ostygł.
- Przyjacielu... moczyłeś termometr w ciepłym mleku? Dlaczego?
- Należało miodzik rozprowadzić...
- A myśmy już myśleli, że z panem słabiutko.
- Bo też czuje się słabym - westchnął pisarz.
- Już ja wiem, co postawić cię na równe nogi może.
Powiedziwaszy te słowa pan radca dobył z tajemnej kieszonki płytę, ktorą umieścił w starego pisarza samograju. Puścił ją przyciskiem, którego zwykł używać jedynie w szczególnie wzniosłych chwilach.
- Posłuchaj tego, a po zakończeniu nie waż się mówić, że nie zrobiło ci się lepiej na słowiańskiej duszy.


- Podziałało?

Любэ - "Ты неси меня река"

Ты неси меня река
За крутые берега (где поля)
Где поля мои поля (где леса)
Где леса мои леса (ты неси)
Ты неси меня река
Да в родные мне места (где живет)
Где живет (моя) моя краса
Голубы у нее глаза
Как ночка темная
Как речка быстрая
Как одинокая луна
На небе ждет меня она

За туманом огонек (огонек)
Как же он еще далек (ой, далек)
Ты мне ветер помоги
Милой весточку шепни (знаю ждет)
Знаю ждет меня моя краса

Проглядела в ночь глаза
Как ночка темная
Как речка быстрая
Как одинокая луна
На небе ждет меня она

Ты неси меня река
За крутые берега
Ты неси меня река
За крутые берега

Голубы у нее глаза
Как ночка темная
Как речка быстрая
Как одинокая луна
На небе ждет меня она



[20.12.2015, Łódź]

19 grudnia 2015

LIKWIDACJA

Coś mi się wydaje, że kawiarenka zawiesza (jeśli nie likwiduje) swoją działalność.
Tak trzeba.

17 grudnia 2015

STRZYŻENIE SCHABOWEGO (fragm. Prowincji)

Fryzjer był po schodach. Cztery ich było, no, może trzy, nieważne, tyle samo, ile u sąsiedniego rzeźnika. Tam to dopiero sie porabiało!
Mięso co dwa dni świeże przywozili. W pozostałe - wędliny. Z mięsem świetnie radziła sobie rzeźniczarka, sprawnie przerąbując kości, rozszczepiając żeberka i schaby, rozbijając płaty wołowiny, ot, taki antrykot na przykład, w sam raz na rosołek, a i na drugie by się zdał z sosem gęstym, chrzanowym, albo we własnym, gdy ktoś wątrobę ma w potrzasku.
Rzeźniczanka nie była szczególnie silną kobietą, choć ten topór katowski lekki nie był, lecz potrafiła zręcznie chwycić go w swe pulchne dłonie w takim miejscu trzonka, że wystarczyło lekko i niewysoko go unieść a potem upuścić swobodnie, i sam przedziabywał najtwardsze kościotrupy a i mięsiwo tłuste lub żylaste.
No, ale siedzimy: dziadek i ja. Fryzjer jeden, więc losujemy kolejność. Wypadło na dziadka. Łysy, ledwie kosmyki włosów nad uszami, a do fryzjera zachodzi. Oczywiście, że przede wszystkim na golenie, przepisowe golenie brzytwą. Cóż z tego, że dziadek ma w domu trzy brzytwy i maszynkę, i mógłby sam. Kto inny jak nie pan fryzjer Mietek potrafi tak smakowitą śmietankową pianę rozpuścić na policzkach i podbródku. Znacie takiego? I chciałoby się takę piankę zlizać i podniebienie nią nakarmić, gdyby nie fakt, że oszałamiająco pachnie jakąś spirytusową perfumą dla panów. Nic dziwnego, że dziadek co tydzień do pana Mietka zagląda i nie przeszkadza mu to, że ten guzdrze się niesłychanie, a guzdrze się z tego powodu, że uwielbia gadać. Powiedzmy sobie szczerze: jest tak doskonale poinformowany jak kobiety w maglu, a lepiej niż one w kolejce po przedświąteczną szynkę, karpie i pomarańcze.
Bóg jeden wie, o czym pan Mietek opowiada, a dziadek słucha, głosu nie daje, bo brzytwa ostra jak brzytwa, więc lepiej nie ryzykować. Może bym i zapamiętał co z tego gadania, gdyby nie te czasopisma na stoliku. Jest "Dookoła świata", "Przekrój", "Za i przeciw", "Panorama", a z gazet koniecznie "Głos Robotniczy" i "Dziennik Polski". Oglądam sobie ten świat, "Przekrój" zaczynam od ostatniej strony i tak dalej, nie liczę chwil, nie nudzę się przedłużającym się w nieskończoność pastwieniem nad zarostem dziadka.
Lubię sobie chodzić z dziadkiem do fryzjera, w ogóle lubię chodzić z dziadkiem, także do gospody, bo zawsze sobie jakieś ciastko zjem przy okazji i oranżady się napiję. Mamy z dziadkiem takie niepisane przymierze, bo kiedy po powrocie do domu babcia pyta, ileż tam kieliszków wypił dziadek, to odpowiadam, że jeden i była to pięćdziesiątka, chociaż obaj wiemy, że wprawdzie jeden to był, ale stugramowy.
Jeśli chodzi o frzjera to lubiłem z dziadkiem chodzić, bo pan Mietek sadzał mnie na skrzynce, abym swoją głowę mógł zobaczyć w lustrze. Czułem się wtedy większy i ważniejszy. Nie lubiłem wprawdzie takich nożyczek z wycięciami na ostrzu, nie lubiłem, kiedy wpadały mi strzępy ściętych włosów do oczu, ale te wszystkie niedogodności powetowane były puszczeniem na moją twarz i włosy rozproszonego strumienia perfum. W każdym bądź razie wolałem pana Mietka od tej fryzjerki w mieście, do której kiedyś zaprawadziła mnie mama.
Bardzo, oj bardzo niezadowolony byłem, kiedy tato oznajmił z uśmiechem, patrząc na moją miejską fryzurę, że jestem obcięty na dziewczynę, co zrozumiałe, bo dostałem się pod nożyczki kobiety.
Tej zniewagi, rzecz jasna, nie potrafiłem przełknąć i nigdy już fryzjer-kobieta nie zajmowała się moimi lokami.
Anim się spostrzegł, jak nadeszła moja kolej.
- Tylko krótko - powiedziałem odnosząc swoją prośbę do czasu trwania strzyżenia.
Pan Mietek zrozumiał to opacznie i przystrzygł moje włosy króciutko, na pół zapałki.
A jaki jest związek fryzjera z rzeźnikiem, ktoś zapyta?
Otóż po wyjściu od fryzjera poszliśmy z dziadkiem do pani rzeźniczarki.
Dziadek polecił pani przygotować toporem pięć solidnych porcji schabowego z kością, bo przecież wiadomo, że jeżeli schab, to tylko z kością.

[16.12.2015 Vranov nad Touplou, Słowacja]

14 grudnia 2015

PEJZAŻ ZIMOWY (szkic)

Bywały zimy śniegiem przykurzone i piekącym lodem ścięte.
W ogrodzie przed domem stała ławka; w żółtawym świetle latarni tańczyły na niewielkim wietrze okruszyny białego puchu. Trzeba było tylko przytknąć nos do szyby, aby tę cudowność zobaczyć, aby spostrzec śnieżynek wirowanie na tle granatowej, zaokiennej przestrzeni postarzałego dnia, pobratymcy nadchodzącej zewsząd nocy. A kiedy co kilkanaście minut powracało się do takiego patrzenia, na ogrodowej ławce coraz to intensywniej rosła biała opończa szreni, w ostrej skibie pozostawione grządki wdziewały kożuch barani, a na parapecie, na którym przed południem dziobały słonecznikowe ziarno ptaki, powiększała się bielutka wstęga szalu.
Dzień zimowy bezradną schylał głowę przed ciemną siłą wieczoru, lecz śnieżna zamieć rozświetlała tę mroczną zaćmę i aby się o tym przekonać, należało założyć buty z wysokimi cholewami, wdziać kurtkę chroniącą od chłodu i wyjść na spotkanie pierwszemu śniegowi - emisariuszowi zimy.
A najpiękniej poruszać się po płaszczyźnie ścieżki znacząc pierwsze na niej ślady i przysłuchiwać się własnym stąpnięciom krzeszącym lodowe iskry pod stopami, chwytać w ciepłe dłonie drobniutkie gwiazdeczki rozpuszczające się jak ziarnka cukru w ustach.
I ubrałem się w tę kurtkę z futrzanym podbiciem, i te buty, co to w kominkowym cieple się grzały, a nawet wsunąłem na głowę wełnianą czapkę, która rozchełstany stóg włosów ledwie pomieściła, i wyszedłem, ba, wybiegłem szczęśliwy, po schodach trzeszczących dobrze znajomym dźwiękiem, rzucając na odchodne, że zaraz wrócę, ale muszę ten śnieg pierwszy zobaczyć, muszę w nim pobrodzić jak dziecko w kałuży.
A śnieżne kryształki, sypkie i drobne jak jaglana kasza, uderzały śmiało powieki i wciskały się w nozdrza, chłostały jeszcze ciepłe policzki, a ich niewielkość zdradzała nadciąganie mroźnego chłodu. Na dziewiczej ścieżce pozostawiałem tropy własnych stóp powiększonych o rozmiar butów; przechadzałem się w stronę wioski, skąd dochodził miazmat drzewnego dymu dobywający się otwartych na świat kominów. Szedłem niestrudzonym, zuchwałym krokiem; wciąż dalej i głębiej przemierzałem rewir należący do saren i zajęcy, za którym uśpiona już  wioska witała mnie niespożytym ujadaniem podwórkowych psów.
Kiedy już doszedłem do miejsca, w jakim się zwykle zatrzymywałem, odwróciłem się, aby spojrzeć z tej oddali na przymglone światła fabryki stojącej na niewielkim wzgórzu.
Ruszyłem w drogę powrotną. Zimowy opad zelżał, wiatr ucichł zupełnie a śnieg coraz głośniej skrzypiał pod nogami.
Nie czułem chłodu.

[14.12.2015, Dobrzelin]

13 grudnia 2015

TYLNYMI DRZWIAMI

Ja od zaplecza, tylnymi drzwiami, bo od frontu to i ubrać trzeba się inaczej, ukłonić przepięknie, serdecznie pozdrowić, a paltocik, rękawiczki, parasol i melonik zostawić w szatni. Gdzie mnie tam do takich wysublimowanych manier? W zabłoconych buciorach jedynie od podwórza do drzwi pukam.
Od Zgorzelca po Suwałki wiadomo, że na wybory nie łażę, bo takie coś w sobie mam, że przewiduję i wynik, i te miesiące miodowe, kiedy to zwycięzca do zadniej kieszeni spodni wkłada karteluszki z przemowami, jakimi do elektoratu się zwracał, a najsampierw zajmuje się połowem stanowisk. Tako w Polsce, jak długa i szeroka było, jest i będzie, a zatem urocze zapowiedzi pana prezesa, że nijakiej pomsty za osiem chudych lat odgrodzenia od koryta można umiejscowić pomiędzy bajeczki dla grzecznych dzieci. 
Nie tylko pomsta będzie, lecz całkowita przebudowa państwa na korzyść jedynych sprawiedliwych, tych, co to w genach nie mają tego złego, co ja mam, co ze społeczeństwa raz na zawsze mnie wyklucza. Ot, jak jednym celnym słowem można przepięknie wyeliminować każdego, co po swojemu myśli.
Ale też z drugiej strony nie zamierzam jedynie nad panem prezesem naszym ukochanym się pastwić, bo też i ta druga, równie niesłuszna, opozycyjna dzisiaj strona, ma nieprzyjemny zapach za uszami. Ona albowiem żartem czy serio przekonywa, że kraj nasz szczęśliwy to państwo prawa, co również jest bajeczką dla ugrzecznionych dzieci.
Prawo jest bowiem dla tych napisane, co je stanowią, a jego przestrzeganie niekoniecznie odnosi się do tych, którzy akurat przy korycie władzy zasiadają. Zaprawdę, powiadam wam, prędzej za kradzież wafelka do tiurmy trafisz, aniżeli za przywłaszczenie sobie milionów; prędzej oprawca prawem będzie chroniony aniżeli ofiara.
W niezwykle ciekawych czasach żyjemy. Mamy demokrację i możemy demonstrować, dzieląc się przecudnie na resortowych i prawdziwych, na tych z najgorszego sortu i na tych bezsprzecznie najlepszych. Siedem milionów ludzi na wczorajszej demonstracji przykryło dziewięć milionów na dzisiejszej, czy odwrotnie - zależy z której strony się spojrzy. Prześwietnie wyrósł mur pomiędzy Polakami prawdziwymi i nieprawdziwymi, a gdzieś pośrodku znajduje się całkiem pokaźna masa tych, którzy, co najwyżej mogą służyć jako kamienie do stawiania kolejnej barykady.

12 grudnia 2015

MUZYCZNIE... BLUESOWO

W kolejnym odcinku muzycznym trochę bluesa i rockowej ballady, mającej jeśli nie w rytmie i melodii, to w nastroju klimat jak najbardziej bluesowy.
Pierwszy muzyczny (i literacki) rodzynek to znakomity wiersz - erotyk jednego z najulubieńszych moich współczesnych poetów - Bogdana Loebla. Pozwolę sobie przytoczyć w całości, przed wysłuchaniem piosenki w wykonaniu Magdy Piskorczyk.

"Rzeźb mnie" 

Weszłam z nocy i mgły w Twoje czułe sny
w głodne dłonie Twe wniosłam ciało me

Weszłam z nocy i mgły w czułość Twoich rąk
Ty tęsknotą swą miałeś rzeźbić mnie jak
woda rzeźbi ląd

Dałeś stromość gór piersiom mym
Starłeś lęków łzy, nóg promienie dałeś mi

Nie zabieraj, nie zabieraj mi swych rąk..
Nie odbieraj mi rąk, nie zabieraj mi swych rąk

Rzeźb mnie jeszcze rzeźb, dłutem Twoich snów
jaką chcesz mnie mieć, taką dzisiaj miej

U mych ramion dwa skrzydła mam
ogień mam miast krwi, zmieniasz mnie w płonący krzew

Nie zabieraj, nie zabieraj mi swych rąk
Nie odbieraj mi rąk, nie zabieraj mi swych rąk

Rzeźb mnie jeszcze rzeźb...


Następny wątek muzyczny związany jest z nazwiskiem Elżbiety Mielczarek, piosenkarki urodzonej do śpiewania bluesa, obdarzonej niezwykłym, chrybliwym, szorstkim, zawodzącym głosem. W jej wykonaniu tekst Marka Kreutza.

Poczekalnia PKP

W dworcowej poczekalni, na stacji PKP
Lubię posiedzieć czasem, bo gdzie lepiej czekać jest.

Kobiety z tobołami, faceci pijani w sztok
i jak to na takiej stacji trochę smrodu, czasami tłok.
Nie pytaj, dokąd jadę, czy na pewno na bilet mam,
Siedzenie i czekanie to jest naturalny stan.

Czasem skręta zapalę i wtedy wspaniale czuję się,
Wtedy czekać nie trzeba, bo pociąg do nieba wiezie mnie.
Tak siedzę godzinami, nigdzie nie spieszę się,
Czasami facet jakiś, tak jak ty, zaczepi mnie.

Więc siadaj razem ze mną, na stacji PKP.
Tak podróż się zaczyna, a kto wie jak skończy się?

Tak siedzę godzinami, nigdzie nie spieszę się,
Czasami facet jakiś, tak jak ty, zaczepi mnie.
Więc siadaj razem ze mną, na stacji PKP.
Tak podróż się zaczyna, a kto wie, jak skończy się?



Uważny słuchacz i czytelnik zwróci zapewne uwagę, że poetyka bluesa najczęściej wymaga od autora tekstu kończenia wersu wyrazem jednosylabowym, co idealnie harmonizuje ze specyficznym rytmem i akordem dominującym w tym gatunku muzycznym.

Trzecia perełka muzyczna nie jest typowym bluesem, choć, jak wspomniałem wcześniej, nastrój w jaki wprowadza nas Martyna Jakubowicz ma wiele wspólnego z bluesem. Autorem tekstu tej kultowej piosenki jest Andrzej Jakubowicz.

W domach z betonu nie ma wolnej miłości

Obudziłam się później niż zwykle
Wstałam z łóżka, w radiu była muzyka
Najpierw zdjęłam koszulę, potem trochę tańczyłam
I przez chwilę się czułam jak dziewczyny w "świerszczykach"

W domach z betonu
Nie ma wolnej miłości
Są stosunki małżeńskie oraz akty nierządne
Casanova tu u nas nie gości

Ten z przeciwka, co ma kota i rower
Stał przy oknie nieruchomo jak skała
Pomyślałam: "To dla ciebie ta rewia
Rusz się, przecież nie będę tak stała"

W domach z betonu
Nie ma wolnej miłości
Są stosunki małżeńskie oraz akty nierządne
Casanova tu u nas nie gości

Po południu zobaczyłam go w sklepie
Patrzył we mnie jak w jakiś obrazek
Ruchem głowy pokazał mi okno
Więc ten wieczór spędzimy znów razem

W domach z betonu
Nie ma wolnej miłości
Są stosunki małżeńskie oraz akty nierządne
Casanova tu u nas nie gości

Casanova tu u nas nie gości, nie gości
Casanova tu u nas nie gości


I wreszcie ostatnia propozycja muzyczna, dobrze znana i kojarzona z tragicznym wydarzeniem, ową powodzia stu czy tysiąclecia. Piosenka w klimacie "okołobluesowym" jest autorstwa Kasi Nosowskiej, natomiast w zamieszczonym niżej video-clipie występują znane i lubiane postaci polskiej sceny muzycznej.

Moja i twoja nadzieja

Spróbuj powiedzieć to
nim uwierzysz że
nie warto mówić kocham
Spróbuj uczynić gest
nim uwierzysz, że
nic nie warto robić
  
Nic, naprawdę nic nie pomoże
jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości
Nic, naprawdę nic nie pomoże
jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości

Musisz odnaleźć nadzieję
i nie ważne, że nazwą Ciebie głupcem
Musisz pozwolić, by sny
sprawiły byś pamiętał, że

Nic, naprawdę nic nie pomoże
jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości
Nic, naprawdę nic nie pomoże
jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości

Moja i Twoja nadzieja
uczyni realnym krok w chmurach
Moja i Twoja nadzieja
pozwoli uczyni nam cuda

Nic, naprawdę nic nie pomoże
jeśli Ty nie pomożesz dziś miłości.