Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

31 grudnia 2014

Dzień ostatni

Najwierniejsze sikorki przylatywały wcześniej, zanim nastała zima prawdziwa, a teraz to już codziennymi są gośćmi, z wróblową bracią żywią się zaokiennym ziarnem słonecznika. Jedyna szkoda, że to jedyny w całym domu publicznym parapet, gdzie żywić się mogą, bo ponoć nieestetycznie jedzą.
Otóż i ostatni dzień roku nadchodzi, choć dla mnie ten przełom nic a nic nie znaczy. Zaprawdę większy zamęt czyni zmiana czasu ze słonecznego na zimowy, i na odwrót, bo ową zmianę widać aż nadto przy porannym wstawaniu lub popołudniami, i człowiek rad byłby, gdyby tego słońca więcej i więcej przybywało, bo słońce, jak by nie patrzeć, to zawołany człowieka i wszelkiej natury przyjaciel.
Tak też się składa, że z roczną zmianą daty życzenia się piękne składa, do siego roku, oby się w nim wiodło niezgorzej, a najlepiej lepiej, niż w minionym. Przyłączyć się zatem wypada, choć wiara, że lepszym ten rok będzie płonną jest, lecz czego to dla społeczności się nie robi i dla przyjaciół, rodzinki całej, niewielkiej wprawdzie, ale jednak. 
Skoro więc tradycja taka, świecka, choć starożytna, tedy i ja składam pomyślne życzenia, oby rok nowy lepszym był od poprzedniego, lecz ciuteńkę choć gorszy od tego, co po nowym nastanie. W takim przypadku będziemy mieć postęp z roku na rok i oby ten postęp zawsze inflację niepowodzeń przewyższał, żeby żyć się chciało i miało z czego.
A czasami z czego nie bardzo jest żyć, bo pomimo szumiących jak jodły na gór szczycie zapowiedzi, jak kto biednym był, tak i biednym pozostanie, a bogaty, bogatszym będzie; jak były śmieciowe umowy, tak i zostaną; jak się zarabiało 3-4 złote za godzinę ochroniarskiej pracy, tak też i zostanie, o czym rządowe i parlamentarne gremia wolą nie myśleć, bo i po co. Zawsze wyjechać można z pięknego kraju i nająć się do roboty jakiej, aby nie popaść na zdrowiu i umyśle. W tym miejscu niech zadam głupawe pytanie, czy taki jeden z drugim posłem senatorem czy ministrem zadał sobie pytanie, dlaczego w Polszcze, aby wyrobić się na najniższą pensję ogólnokrajową, to za te 4 złote na godzinę, trzeba w miesiącu przepracować godzin trzysta i to na śmietnikowej umowie. Się pytam, gdzie są PIP-y i NIK-i. Żartowałem... nie pytam się, bo i po co. Kolejne głupie pytanie, które zadawałem już sobie a muzom dotyczy się tego, czemu to w Polszcze, kraju tego obywatele, zarabiają mniej niż w prozachodniej Europie, a tyle co kot napłakał. A wytłumaczenie od lat jest proste. Stanowczo zbyt mała wydajność pracy - tak prawił niedawno Mordasewicz Jeremi z Lewiatana i Enei doradca w jednym (zresztą to nie jedna uczona głowa tak prawi).
Gdybym więc tak chciałbym być złośliwym, jako jestem, to zapytałbym Jeremiego M (ądrali), czy zatem takie ochroniarskie ciało gdyby zechciało zarabiać trzy razy więcej, jak na zachodzie, musiałoby swą  pracę uwydajnić, pracując miesięcznie godzin dziewięćset? Czy niżej podpisany, jako kierowniczy auta rozwożący po świecie towary ma trzykrotnie szybciej jeździć, trzykrotnie mniej paliwa kupować, trzykrotnie cięższe towary wozić? Oczywiście, że pan Mordasewicz, jak i wielu innych speców od ekonomii, kolokwialnym językiem mówiąc, "głupa pali" i całkiem do twarzy mu z tym nałogiem, bo to wcale nie o wydajność idzie, lecz o to, że tak ma być i kwita, bo tenże pan nigdy nie wczuje się w potrzeby pracownika opłacanego jak za słynnych, niewolniczych czasów, bo jemu starczy na wszystko. Tak to już we wszechświecie się porobiło, że zdrowy chorego nie zrozumie, bo jego nie boli.
Weźmy teraz inny przykład, jakże wyraźnie znaczący, choć z innej beczki piwa. Owóż w kulturalnym, telewizyjnym programie, szedł był wieczór z panem reżyserem Wajdą (w tym miejscu rzecz chciałbym wyrzec taką, że pana Wajdy, zwłaszcza wcześniejszą twórczość cenię bardzo i nie jest moim zamiarem w jakikolwiek sposób przystawiać mu rogów; chodzi mi jeno o pewien przykład demaskujący jedną z moich teorii). W tymże wieczorze, filmy różne wspominano, a wśród nich ten o człowieku z marmuru, z żelaza i o panu elektryku Wałęsie. Raptownie pani wieczorek wspomnień prowadząca ośmieliła się zauważyć (co niemal krytyką zabrzmiało), że pan reżyser jakoś tak urywa polityczną swą filmową opowieść w momencie wielkiego sukcesu - rzecz odnosiła się do filmu o panu Wałęsie. Czyżby to oznaczało - och, jakaż odważna ta pani - że po onym sukcesie głównego bohatera, trudniej opowiadać o świecie Rzeczpospolitej, z czego to pan reżyser zrezygnował?
Odezwał się pan Wajda na te słowa, udowadniając, że jakie tam trudniej teraz, gdy jest łatwiej, że w studio siedzieć teraz możemy (znaczy się on z przyjaciółmi aktory i panią prowadzącą) i nikt im rozmowy nie wytnie, scenariusza nie podrze na kawałki, nie powie, jaki film na robić, a jaki politycznie nie uchodzi.
Otóż i do sedna dochodzimy tarczy. Odpowiadam za pana reżysera nie pytany. A juści, prawda panie reżyserze. Któż tam pochwalałby dzisiaj scenariuszy obcinanie, wkładanie do szuflad filmów niesłusznie zrobionych, kto byłby przeciw wolności słowa, kto godziłby się dzisiaj robić film pod dyktando. Pan Wajda inteligentnym człekiem jest, więc wie doskonale, że te piękne wolności udały się po przełamaniu zaprzeszłej władzy, a on sam przepięknie skorzystał na tej zmianie, lecz w tej swojej radości do ojczyzny powróconej, zapomniał był o tym, że nie dla wszystkich Rzeczpospolita numer rzymski trzeci jest tak łaskawa. Albowiem nie dla każdego obywatela priorytetem jest scenariusza obcinanie przez złych ludzi. Dla co niektórych większym problemem jest zdobywanie z miesiąca na miesiąc czegoś więcej niż kromki chleba posmarowanej margaryną albo ten hamletowski wybór pomiędzy opłatą za mieszkanie a lekarstwem. Są tacy, co aby żyć godnie, zbiesili się chyba i za granicę pouciekali, ale też są tacy, co swoje żywoty samobójczą śmiercią zakończyli, wpadłszy uprzednio w zastawione nań bankowe sidła. Czy kontynuować? Mógłbym, lecz nie widzę powodu, gdyż, jako się rzekło wyżej, zdrowy nie pojmie chorego obaw o zdrowie.
Punkty widzenia są różne, bo z różnej perspektywy dostrzegane.
Nie czynię panu Wajdzie jako obywatelowi zarzutu z tego, że świat z innego miejsca postrzega, lecz jako artyście nie byle jakiemu zarzucam wąską perspektywę obserwacji świata, bo człek wrażliwością obdarzony, nie może ot tak sobie, na swoich laurach zasiąść i nie popatrzeć, co się wokół niego dzieje.
A dzieje się sporo i w nowym roku też będzie się działo, bo to wybory cenne się odbędą, więc pora kulturalnie pałkami po łbach sobie dawać.
Kto by tam myślał teraz o tym, że chyba najważniejszą sprawą jest, żeby ludzie mogli sobie względnie udanie pożyć i mieć pożyć za co, bo z samej wyborczej kampanii człowiek nie przeżyje... a u nas trzeba.
I wreszcie tak na samym skraju marginesu... wyczytałem, że od nowego roku niemiecka minimalna płaca za godzinę roboty osiem i pół euro wyniesie, co daje w przeliczeniu na polskie złote pieniądze jakieś 35 złotych, co oznacza z kolei, że za dzień pracy można zarobić 280 PLN-ów. Marzenie u nas samolotu bez głowy, a pamiętajmy, że wciąż mówimy o uposażeniu minimalnym.
Nie wiem, jak ja to robię, ale przez miesiąc wojaży jestem w stanie przeżyć za jeden dzień pracy "minimalnego Niemca". Czy zechciałby kto z zaodrzańskich braci zamienić się ze mną i przystać na ojczyzny mojej ukochanej warunki?

30 grudnia 2014

Tu pisać bezpieczniej

Mnie tam i tak nikt nie słucha, bo pedagogicznego podejścia nie mam. Mogę sobie pisać i mówić "A", a usłyszą "B". Dziesiątki, a może setki przypadków takich, porozrzucanych po życiu nie mającym sensu było; i prawda, że powinienem przywyknąć, przyzwyczaić się, że biorą cię za pastowaną świnię udającą dzika, podczas gdy jedynie różowiutką, rodzimą  świnią jestem. 
Dlatego szczęśliwym, żem zlazł z pedagogicznego piedestału i mogę sobie gadać, co chcę, bo tyleż to gadanie moje komu potrzebne, co gołoledź na drodze. 
Prawdę powiedziawszy, to chociaż z sobą samym najlepiej się dogaduję, to przecież sam z sobą się wykłócam, lecz takimi sporami przynajmniej nikomu krzywdy nie zrobię i vice versa. A wyleź tu do ludzi ze swoją mową, rozgadaj się, poopowiadaj, a oni wpuszczą cię jednym a wypuszczą drugim uchem i tyle ci przyjdzie z tego, że ozorem powywijasz. Basta!
Tu przynajmniej jesteś paniskiem. Możesz się rozpisać do woli, pokreślić możesz, powycierać, wreszcie, puścić to wszystko w diabły, jeśli ci się nie spodoba, bo robisz to dla siebie i własnej potomności; nie żeby ktoś cię usłuchał, bo tych do usłuchania to całe mrowisko jest na świecie i zawsze do nich zajrzeć możesz. 

Coraz bliższy jestem zapakowania do worka zbiorowiska opowieści pod wielce mówiącą nastrojem nazwą "Barcarolle". Takiż ma być również tytuł jednej z opowieści. Już, już mam bliski temat, prowincjonalny, nostalgiczny, lecz z zakończeniem przemiłym dla bohaterki oczekującej ponownego przyjścia na świat. To będzie najtrudniejszy mój tekst,  gdyż koniecznie winien współgrać z muzyką Czajkowskiego, "Pory roku" - Czerwiec - Barcarolle, z opusu 37 bis, nr 6. Muzyka nastrojowa, genialna, więc potrzeba się wspiąć na znaczną ponad poziom morza wysokość.
A gdyby ktoś nie wierzył, jeszcze raz mi nie uwierzył, z jak doskonałą muzyką ma do czynienia, niech tych pięć minut poświęci na posłuchanie wersji, którą dla siebie wybrałem.

[przy fortepianie Miloš Mihajlović ]

29 grudnia 2014

Belgia podpadła

Zaiste, czymś tam Królestwo Belgijskie Stwórcy podpadło, że ilekroć pojawiam się w owym, tedy pada, mży, albo leje bezustannie, bez względu na porę roku, a już w Ardenach napotkać deszcz, albo śnieg grudniowy, nieśmiały to pewne.
Ardeńskich gór akurat nie lubię i nie wiem czemu. Możliwe, że jest to wynik niemiłego doświadczenia z samej francusko-belgijskiej granicy, gdzie dawny budyneczek celny w niespotykanie kloaczną ruinę przemieniono, a może dlatego, że to "niby góry" są, bezkształtne, bez zarysowanych szczytów, jedynie "ciągnące" się nie wiedzieć po co.
Dość o tym. W grudniowej porze miałem sposobność parę razy skosztować belgijskiej wilgoci, więcej - lokalnej powodzi, gdy wiedziony koniecznością zboczenia z głównej drogi, zjechałem w nieznane ścieżyny i musiałem się salwować ucieczką przed wodami rzeczki niewielkiej, która rozlała się po drodze. Wycofałem zatem peżocika, a nie było to całkiem łatwe przedsięwzięcie, bo pobocze żadne, dróżka wąska i niezwykle szybko wody nabierająca.
Innym znów razem belgijska kraina powitała mnie mgłą paskudną, śnieżycą, a rankiem wiatrem z całych sił wiejącym.
Ale zdarzały się też milsze spotkania. Gdzieś tam pojawił się na mojej drodze tubylczy okoliczny Belg, który przywitał się ze mną "dżen dobry" i pożegnał "do widżenia" i "na dżdrowie", gdym pytał o benzynową stację.
Podjeżdżam też razu pewnego do firmy pod załadunek, podjeżdżam w ostatniej chwili (przez te deszcze i wiatry), do biura wpadam jak po ogień, przedstawiam się z nazwy firmy jaką reprezentuję. Pani za okienkiem szybciutko znajduje stosowne "dokumenta" i po wykonaniu telefonicznej rozmowy przekazuje mnie innej kobiecie, która zjawia się jak na zew krwi ostatniej.
Odwracam się. Podchodzi ku mnie.
- Polak? - mówi po polsku z akcentem nie krajowym.
- Polak - mówię, a ona na to:
- Magyar - i ramiona do mnie wyciąga , po czym tak pięknie zwija je, jak do dziecięcia kołysania i kołysze nimi - Lengyel-magyar két jó barát, együtt harcol és issza borát - dodaje tę zgrabną formułkę o braterstwie polsko-węgierskim. Jeszcze chwila, a zrobilibyśmy niedźwiedzia pospolitego, wpadając sobie w ramiona
Zatem ja, aby się bratanków jęzorem pochwalić, powiadam:  
- Jó napot kívánok!
Odpowiada tymże samym "dzień dobry", uśmiechnięta, próbując wydobyć ze mnie jakieś ugrofińskie słowa. Odpowiadam jak nakręcona papuga, a ona coś do mnie, polszczyzna połamaną, że parę lat w Belgii siedzi i pracuje, i Polaków sporo zna, i ich ceni, bo jakże można nie cenić bratanków.
A odesłała mnie do Mustafy, żeby mnie załadował porządnie i wkrótce to zrobił, choć wcale na Mustafę nie wyglądał. I pojechałem sobie do Francji, znów przez Ardeny, ponure, deszczowe i dzikie.

Człowiek z tamtej strony [4/4]

[4]
Wstał tym razem z porannym słońcem i pierwsze jego spojrzenie dosięgnęło kurtki i spodni wiszących na oparciu krzesła. Jego spojrzenie miało charakter wyjątkowy, tak samo jak wyjątkowy był fakt starannego złożenia ubrań. Ubierał się powoli, przeżuwając ćwiartkę pomarańczy, którą pozostawił sobie na poranny posiłek. Odruchowo wsunął dłoń w wewnętrzną kieszeń kurtki. Wyczuł płaski papierowy przedmiot - kopertę, którą natychmiast wyjął, a z niej kartkę, w którą zawinięto banknot.
Odczytał to, co było napisane na kartce:
"Przepraszam, że w ten sposób. Obawiałam się, że nie przyjąłby pan pieniędzy".
Nie przyjąłby, ale też trudno mu było w tej chwili zdecydować się na powrót do domu, w którym był po pańsku ugoszczony. Wsunął banknot do kieszeni spodni, włożył kurtkę i wyszedł z domku.
Był chłodny majowy poranek i aby się rozgrzać chodził długo uliczkami miasteczka, przystając w tych wszystkich miejscach, w których zatrzymywał się choćby na kilka minut. Cały czas myślał o tym, że miał szczęście i dostał od losu tę chwilę niezasłużonego powodzenia, z którym nie wiedział co począć. Banknot ciążył mu bardzo, a nowe ubranie na tyle zmieniły jego obecne położenie, że nie krepowały go spojrzenia przechodniów, których spotykał. Myślał nawet, że wielu z nich nie rozpoznaje go, uznając że jest takim samym mieszkańcem miasteczka jak oni.
Postanowił zajść do kawiarni, gdzie chciał zamówić kawę i lody. Było jednak wciąż zbyt wcześnie. Musiał czekać przynajmniej do dziesiątej, wiec przeszedł się do parku, w którym przemierzył wszystkie alejki, aż w końcu usiadł na "swojej" ławce, która była szczęśliwie wolna i niezacieniona. Pierwszy raz od wielu dni odczuwał niepokój i zniecierpliwienie. Dotąd nie znane mu były tego rodzaju uczucia. Przyjmował istniejący bieg wydarzeń instynktownie, bez pretensji do świata, do kogokolwiek. Siedząc na ławce myślał o zbyt wielu rzeczach naraz i stracił poczucie czasu. Pachnący farbą drukarska banknot cały czas mu ciążył.
Z parku przeszedł na rynek, aby sprawdzić godzinę na wieży kościelnej, choć przecież zwykle z wysokości słońca potrafił niemal precyzyjnie określić właściwy czas. Uznając, że nadeszła już pora, skierował się do kawiarni, w której o tej porze, zwłaszcza w soboty, niewielu bywało gości, gdyż w soboty o tej porze najczęściej robi się zakupy, czasami na cały tydzień. W sobotnie przedpołudnia kawiarnia przeznaczona była dla przyjezdnych, którzy chcąc zrobić większe zakupy, przyjeżdżali do miasta wczesnym rankiem, a potem, przed powrotem do domu, wpadali zjeść coś słodkiego, i wypijali kawę czy herbatę, gdyż często przyjeżdżali do miasta bez śniadania.
Zajął jedno z miejsc przy oknie. Zamówił dużą kawę oraz spora porcję czekoladowo-owocowych lodów podawanych w pucharkach na smukłych karbowanych nóżkach.
Właśnie wtedy zobaczył ją, kiedy wchodziła do kawiarni, trzymając pod pachą torebkę, a raczej teczkę, podłużną, w której wiele rzeczy można było zmieścić prócz kosmetyków. Szybko podszedł do niej i niemal zmusił do podejścia do jego stolika.
- To pan? - usłyszał to pytanie po raz drugi w ciągu krótkiego czasu .
Usiadła naprzeciwko, ogarniając go przenikliwym spojrzeniem, jakby jedynym jej zamiarem było rozszyfrowanie całej o nim prawdy.
Zamówił dla niej dużą porcję lodów o smaku, który sama wybrała  i zabielaną kawę> Przez cały czas, kiedy siedzieli naprzeciwko siebie i wymieniali krótkie, zdawkowe słowne hasła dotyczące zamówienia, kobieta starała się panować na emocjami. Była zbyt ambitna, aby o tym nie pamiętać; także wtedy, gdy powoli nabierała mała łyżeczką lody, zbliżała je do ust, w których pozwoliła się im rozpuszczać. Starała się też patrzeć mu prosto w oczy i wytrzymywać jego spojrzenie skupione na jej oczach.
- Oszukał nas pan - powiedziała w pewnej chwili.
Rozluźnił się. Na jego twarzy pojawił się nawet uśmiech, niewielki, niezauważalny.
- Pani myśli, że wtedy udawałem... wtedy w gabinecie. Udawałem, że jestem inny i w znacznie gorszym położeniu?
Skinęła niewyraźnie głową, nie dając do końca poznać swoich myśli.
- A ja naprawdę chciałam panu pomóc - powiedziała z żalem, którego nie chciała ukryć.
- Czy pani naprawdę myśli, że można pomóc drugiemu człowiekowi, nie likwidując przyczyn jego niepowodzenia? Pani stara się wmówić zającowi, że poradzi sobie z wilkiem, gdy go spotka na drodze do wodopoju, tymczasem powinna pani raczej trenować jego szybkość, aby zdołał wilkowi uciec.
Zapłacił i wyszedł, nie kończąc swojej porcji lodów. Pomyślał, że nadszedł czas, aby wynieść się z miasteczka i znaleźć inne, w którym nie ma kolejowego dworca.

28 grudnia 2014

Nie warto


Nareszcie. Skończyło się.
Przestaniesz mnie lubić. Ty... i jeszcze ty, i ty też.
Pomyślałeś sobie, że taki ułożony jestem, więc nie ma sensu obawiać się tego, co mam do powiedzenia. A tu wychodzi szydło z worka i bezczelnie snuje się za nim niepokorna myśl.
Nie chciałem w święta, bo to tak jakoś mniej wypada brać wtedy tabletki wykrztuśne, porządek niszczyć, urągać tradycji i uczucia obrażać. Dzisiaj można.
Nie lubię świąt, żadnych świąt, absolutnie żadnych, żadnych niedziel i sobót wolnych jak ptak. Lubię mieć wolne ale świąt nie lubię. Być może wynika to z niedostatków organizacyjnych. Być może zbyt miłe są te moje dawne o świętach wspomnienia, abym teraz mógł zaakceptować ich podrobione, tombakowe oszustwo. Z braku tej koniecznej umiejętności oddzielenia pracy od wypoczynku, z tego, że zawsze miałem problemy z sacrum. Dzisiaj nie ma takich problemów. Chcesz się pomodlić, idziesz do marketu.  Jakiś głos podpowiada mi, że nie zawsze tak było. Jeśli ten głos jest dobrze poinformowany, to wypada przyznać mu rację. 
Nie będziesz mnie lubił ty... i jeszcze ty i ty też. 
Głos się mnie zapytuje, czy było warto te życie tak sobie przeżyć nieodświętnie, w ogóle, czy było warto je przeżyć tak, jak mi się to udało. - W takim ogólnym sensie? - niegrzecznie odpowiadam pytaniem na pytanie.
- Właśnie w takim.
Wręcz znienawidzisz mnie, znając moja odpowiedź, podejrzewając, co odpowiem. Pewnie sobie myślisz, że skoro humanista ze mnie wyłazi, jak szczur, któremu zatopiono legowisko, to powinienem odpowiedzieć bez wahania, że warto. Naczytałem się przecież mądrych ksiąg bez liku, preferując w nich otwartość i zamiłowanie do ludzi, idei pozytywnych, ukierunkowanych na dobro, więc niby czemu miałbym dzisiaj zaprzeczyć. Przypominam sobie takie zagadnienie, akademickie zapytanie. Przypomnę.
Założenie jest takie, iż jestem pisarzem, jak to się mówi, z powołania, pisarzem, który pragnie wrzucić kamyczek niewielki do ogródka zwanego dumnie ogrodem szczęśliwości, co oznacza, że jego pisarstwo dotyka spraw społecznych, trudnych, w które zamierza ingerować, pokazując jedno z możliwych pozytywnych rozwiązań. I teraz rzucone zostaje pytanie: czy gdyby z dnia na dzień miało się okazać, że wszelkie ludzkie sprawy, jak za dotknięciem czarodziejskiej, sławnej różdżki, będą rozwiązane, to czy ty (pytanie do mnie skierowane), zrezygnowałbyś ze swojej pasji, przestałbyś pisać, mając rozwiązane wszystkie problemy świata? Czy poniechałbyś swego talentu, pragnień, marzeń niedokończonych?
Owszem, zrobiłbym to. Poświęciłbym swój talent dla dobra ludzkości.
Wróćmy do rzeki. Znasz moją przeszłość, znasz moje zaangażowanie, wiesz, że byłem gotów zaprzepaścić siebie dla zbożnego celu. Wiesz doskonale, że moje życie opierało się w znacznej mierze na poświęceniu się idei, w którą wierzyłem i której zostałem nauczony. Pytasz mnie dzisiaj, czy było warto i oczekujesz potwierdzenia, nie łudźmy się, chcesz usłyszeć, że chociaż niewiele mi się w życiu udało, to jednak starałem się być wierny idei skierowanej ku człowiekowi.
Odpowiadam jednym, krótkim, pojedynczym zdaniem: - Nie warto było.
Ucinam gałąź, na której siedzę, narażam się, zaprzeczam sobie, staję się poprzez zlepek tych trzech słów banitą idei, której uczyłem się przez lata. 
Mówię ci, nie było warto. Przykładu ze mnie brać nie musisz. Ja tylko o sobie prawię i wiem co mówię, choć jestem szalony i będę potępiony ze swe słowa. Nie było warto podawać ręki w postaci otwartej dłoni, bo odpowiedzią była zaciśnięta pięść. Nie było warto być pomocnym, bo pamiętano o pomocy jedynie w trakcie jej udzielania, po czym przepięknie i słynnie o niej zapominano. Żałuję tych swoich uśmiechów, tych rad udzielanych, gestów poparcia i gestów obrony; czynów śmiałych nie liczących się z możliwą przegraną; żałuję tej idiotycznej odwagi swojej, gdy pierś nadstawiałem; tych myśli i pomysłów, co okrążały mnie wpadając w sieci tych, dla których były przeznaczone; żałuję, że mówiłem prawdę i nie kradłem, że w swojej naiwności przestrzegałem przykazań bożych. Potępiam się dzisiaj za to, że nie czyniłem ofiary z innych, że nie dosypiałem, że byłem lojalny i ogół przedkładałem nad mój szczególny a odosobniony ludzki przypadek.
Gdybym zaniechał tego, o czym się rozpisuję, byłbym szczęśliwym człowiekiem.
Przestałeś mnie lubić, czy jesteś już na etapie nienawiści do mnie? Odpowiedz. Nie ukrywaj się za pniem drzewa poznania dobra i zła. Rozumiem, że nie czujesz do mnie sympatii nie za to, jakim byłem, lecz z tego powodu, że swojego życia się wyparłem, że swojego życia żałuję, że zeświniłem się, uruchamiając machinę egoizmu w sobie. Nie zaprzeczaj. Tak jest.
Przejrzałem na oczy i widzę teraz wszystko wyraźniej, bez tej mglistej wiary w ludzi, wiary w siebie samego, wiary w to, że żyje się po to, aby następującym po nas życie ułatwić. Spłynęło na mnie uczucie zrozumienia, że należy złem odpowiadać zarówno na dobro, jak i na zło, jeśli nie chcesz się utopić w rynsztoku własnej rzeki.
Ta moje zagubienie wiary ma wiele wspólnego z utratą identyfikacji. Coraz luźniejsze łączą mnie więzy z krajem, w którym egzystuję. jeszcze i tylko język mi pozostał i kultury część i przywiązania do pewnych spraw. To niewiele i wiele zarazem, bo mogę sobie w zastępczych tematach pofolgować do woli. 
Kiedyś jeździłem po kraju, spacerowałem po ulicach miast, przemierzałem miedze, lasy, górskie szlaki, czując, że przynależę do tych krajobrazów, do ludzi, których spotykam, do miejsce szczególnych i tych najzwyczajniejszych, i czułem, że to wszystko jest także moim, nie w dosłownym sensie, że posiadam, władam nad czymkolwiek, ale że czuję się drobną cząstką całości. Dzisiaj pozostał język i potyczki słowne, którymi tworzę świat inny zgoła, pomieszczony w mojej wyobraźni.
Dzisiaj nic ode mnie nie zależy, nic nie jest moje, do niczego się nie przyznaję; trwam jedynie.
Przestałeś mnie lubić. Ty... i jeszcze ty. I ty też.
Nie można lubić kogoś, kto wyprzedał pozytywne myślenie i nie przyznaje się, że łączą go więzi, miedzy innymi z Tobą, i jeszcze z tobą, i z tobą też.
Ale też nie można nie zauważyć tego, że skoro wyproszono mnie z sali, gdzie grają, że skoro nie chcą mnie widzieć, to odszedłem sobie i już pozostałem po tamtej stronie. Bez żalu. Wróć. Żal pozostał, lecz coraz mniejszy, bo gdyby był i się utrwalał, musiałbym żałować, że nie uprawiałem kumoterstwa, że nie byłem korupcjogenny, że nie byłem zwyczajną świnią. A może jednak powinienem był być właśnie taki, aby móc sprostać wyzwaniom epoki, o której nawet politycy przy wódzie rozmawiają, że ta epoka, ten kraj, ta Polska to byt umowny i niepoważny.
Zatem... nie warto było, nie warto i mógłbym tak przesiedzieć nie noc a parę nocy, aby wdać się w dyskusję z oponentami, którzy uważają, że warto i starają się mnie przekonać o ważności każdej jednostki w świecie, o wielkości człowieka, o tym, że istnieje honor, przyzwoitość, sprawiedliwość, a to przecież tylko słowa nieznane i przywoływane, aby otumanić człowieka.
Stopniowo zaczynam się przyzwyczajać do słów "nie warto", bo tak po ludzku to trudno przejść do porządku z nimi, bo to tak wygląda, jakbyś lat kilkadziesiąt pałac budował, a kiedy masz już prawo zasiąść przy kominku w fotelu, aby odpocząć, wtedy dowiadujesz się o trotylu, który ci pod budowlę podłożono. Uciekasz więc czym prędzej w zastępczy świat złudzeń, aby nie zwariować, nie zwariować do reszty.


27 grudnia 2014

Człowiek z tamtej strony [3/4]

[3]
To był ostatni z jednorodzinnych domków przy ulicy dochodzącej wprost do parku. Zdążył się wyspać w dzień i udawał się  na codzienną wędrówkę po mieście i wokół niego. Dom był solidny, piętrowy, z obszernym ogrodem kwiatowym od frontu. W ogrodzie prócz róż, które zaczynały właśnie pierwsze białe i czerwone puszczać pąki, rosły tuje, cyprysiki groszkowe, bośniackie sosenki i serbskie świerki razem i obok płożących się jałowców i cisów pospolitych, które już żywopłot zaczynały tworzyć. Zobaczył nagle jak przez niedomkniętą bramę do wnętrza rajskiego ogrodu dostaje się wędrowny zając. Podążył więc za nim, aby prześwietlić zamiary zwierzęcia. Podszedł zapewne zbyt blisko okratowania i nieopatrznie sam stał się obiektem obserwacji. W dyskretnym świetle zachodzącego słońca, odbijającego się od szyb okien piętrowego domu ujrzał młodą kobietę, której twarz wydała mu się znajoma, aczkolwiek zaglądając do pamięci, nie rozpoznał jej imienia i sytuacji, w jakiej ujrzał ją kiedyś po raz pierwszy. Dopiero usłyszawszy jej głos, stwierdził, że pewnie jest to jedna z jego dawnych uczennic, lecz do dalszych szczegółów dotrzeć nie zdołał.
- To pan? - tak właśnie go przywitała, a jemu zdawało się, ze to powitanie kilka razy powtórzono głosem, który coraz bardziej rozpoznawał. Zdziwił się temu rozpoznaniu, gdyż w tym akurat mieście nie liczył się z możliwością spotkania się z kimś, kto go znał, ale widać świat okazał się mniejszy, aniżeli to mu się zdawało.
- Prawdopodobnie to ja - odparł i jedynym jego zamiarem było w tej chwili obrócić się na pięcie i odejść tak szybko, jak się tutaj stawił.
- Niech pan wejdzie, zapraszam - powiedziała kobieta uchylając szerzej bramę.
- I nie przeraża panią to... - spojrzał na siebie, na swoje włóczęgowskie ubranie, sfatygowane, zaplamione, przetarte. Jedynie te buty, stare, wojskowe, nieprzystające do ciepłego majowego wieczora, lśniły czystym blaskiem. Dbał o nie, bo wiedział, że lepszych nie znajdzie.
- Proszę wejść - ponowiła zaproszenie.
I wszedł, wprowadzony do salonu w tych butach lśniących, na których promień południowego słońca pozostawił ciepły błysk, w tym skarbie najcenniejszym, który był jego własnością.
Ona gadała, gadała cały czas, szykując posiłek i szykując dla niego miejsce przy stole. Gadała wlewając mu coś mocniejszego do picia, zanim postawi odgrzany bigos z golonką, co go dla męża zrobiła, lecz na cały dzień wyjechał i dopiero jutro wróci i zje z apetytem, bo lubi.
On też lubił i miał w żołądku sporo jeszcze miejsca, więc jadł, słuchał i cierpkim uśmiechem odpowiadał na wspominane przez nią odleglejsze czasy, na każdy przypomniany fakt, na każdą historię z pamięci wymazaną, jak się okazało, nie na zawsze. Uśmiechała się przy tym, także i do niego.
Potem mówiła o sobie, o małżeństwie całkiem udanym, nawet o tym, że w trzecim miesiącu jest, choć jeszcze tego nie widać po niej, że nosi w sobie ten skarb i myślał sobie, że bardzo przyjemnie mu słuchać, jak opowiada o swoim szczęściu, i mógłby tak słuchać godzinami, lecz pora na niego.
A ona zmieniła raptem temat. zapytała o niego, nie pytając; tylko tymi oczami, jeszcze przed chwilą roześmianymi, lecz teraz jedynie pogodnymi, i zrozumiała, że nie chce zadręczać go pytaniami; nie powinna tego robić.
I zamiast tego, skierowała go do łazienki, i powiedziała:
- Zmienimy wszystko.
Nie zrozumiał. Wszedł do łazienki i napełnił wannę, rozebrał się i wlał do wody jakiś płyn zapachowy, z lawendą. Po kąpieli przeszedł do prysznicowej kabiny, opłukał ciało.
Zapukała. Weszła do środka. Całkiem naturalnie przyjęła jego nagość, zawiesiła ręcznik i pokazała, której maszynki do golenia może użyć, położyła bieliznę na stołku i wyszła.
Był rześki, najedzony, nieprzyzwoicie czysty i pachnący. W salonie czekała na niego bielizna na wymianę, spodnie, koszula, sweter i kurtka.
- Proszę nic nie mówić i wziąć wszystko, co panu przygotowałam - powiedziała.
Ubierał się powoli, z jakimś wyszukanym szacunkiem dla miejsca, w którym się znajdował. Kobieta, cały czas obecna, otworzyła szufladę regału i rozpoczęła spokojne miejsca, w którym przechowywała obrusy.
- Co na to pani mąż? - zapytał po chwili, prezentując się więcej niż okazale w zupełnie nowej, bordowej, bawełnianej koszuli w kratę, spodniach, jakby na niego szytych i swetrze, który wciągnął na siebie pomimo tego, że w pomieszczeniu było majowo i ciepło. 
Kobieta podniosła kurtkę, wyrównała kieszenie i spróbowała przypasować ją z pewnej odległości do torsu mężczyzny, aby upewnić się, czy nie będzie zbyt obszerna. 
- Jeżeli pan chce, mąż nie musi się o tym dowiedzieć - powiedziała - to ja zajmuję się domem. Nie spodziewam się jednak, aby mógł potępić moje zachowanie.
- Jeśli mógłbym mieć prawo wyboru, to wolałbym, aby to, co pani uczyniła dla mnie, pozostało naszą tajemnicą - odparł - no, chyba, że nie może być inaczej.
Podał kobiecie rękę i spojrzał jej w oczy, przesadnie długo, tak sądził. Odprowadziła go do drzwi, a kiedy wróciła do salonu, zobaczyła pozostawioną na stole jedną kartę - treflowego waleta.
(...)  

26 grudnia 2014

Człowiek z tamtej strony [2/4]

[2]
W plastykowej, rozerwanej siateczce były dwie pomarańcze, z których jedną ocenił jako lekko nadgnitą, lecz nie na tyle, aby pozbawić się przyjemności zjedzenia owocu o słodko-kwaśnym posmaku i intensywnym zapachu przy pozbawianiu go skórki. Znalazł też nienaruszone pudełko sardynek i zawinięty w foliową blaszkę kilogramowy walec wędzonego sera. Zbliżył nos, zaciągnął nozdrzami powietrze. Nie mógł uwierzyć, że trafił mu się taki skarb.
Był jeszcze krojony chleb w otwartej, cienkiej folii i tylko na niektórych kromkach pojawiła się smużka pleśni. Chociaż mógł posilić się resztą nie dotkniętych "zarazą" plastrów, pomyślał że znajdzie świeższy chleb na zapleczu piekarni Koryckich. 
Kiedy zmierzchało udał się więc pod piekarnię, gdzie na podwórku właściciel wystawiał zwykle dwa lub trzy pojemniki, przykrywając je workiem po mące. Zajrzał do jednego z pojemników i wydobył zeń dwa bochenki całkiem świeżego chleba i dwie słodkie, lukrowane bułeczki. W sąsiednim pojemniku zobaczył kilka plastykowych butelek z gazowaną, cytrynową wodą. Zabrał jedną i zapakował ją wraz z chlebem do dużej torby, przeznaczonej na żywność. Przed odejściem wyciągnął z wewnętrznej kieszeni kurtki jedną kartę (dziś była to dama pik) i wsunął ją do pojemnika z chlebem. Za każdym razem, kiedy tu przychodził i brał chleb, zostawiał jedną kartę. Wymyślił sobie taki znak, swój własny, niepowtarzalny podpis. Była to już piętnasta karta zostawiona w czasie blisko pięćdziesięciu dni, w jakich pojawiał się na podwórzu piekarni.
Do opuszczonego domku na działce dotarł po dwudziestej drugiej, taszcząc na ramieniu torbę, która ciążyła zapasami na kilka dobrych dni. Ale nie dlatego szedł tak długo. Lubił obchodzić miasteczko z różnych stron, wałęsać się polnymi dróżkami, docierać do świerkowego zagajnika na wzgórzu  a stamtąd schodzić wzdłuż potoku w stronę starszej części miasteczka, idąc przez park i omijając główne ulic i tymi bocznymi skręcić w stronę ogródków działkowych, gdzie znalazł lokum na kilka dni.
Wizyta u pani psycholog zmieniła jego plany. Mniej więcej do tej godziny, o której przybył do domku miał spać i zacząć przygotowania do nocnej wycieczki po mieście. Tymczasem odbył już swoja podróż i powinien teraz szykować się do snu, posilając się przedtem zdobyczami mijającego dnia.
W domku było ciemno, że oko wykol, więc skorzystał z takiego chińskiego radyjka na dynamo. Jeśli nie chciało się po przekręceniu korbką skorzystać z radia, wystarczyło zmienić ustawienie suwaka na opcję latarki i w ten sposób przez kilka minut można było swobodnie poruszać się w rozjaśnionej sztucznym światłem ciemności nocy. rzadko uruchamiał ten mechanizm, bo kręcenie korbką wydawał dźwięk, który nie uszedłby uwadze komuś, kto znalazłby się w pobliżu, a przecież nie pragnął niczyjej obecności.
Jedząc chleb z wędzonym serem przypomniał sobie jak łatwo dał sie podejść na dworcu, kiedy po raz pierwszy zdarzyło mu się na nim zasnąć w samo południe. Prawdopodobnie wtedy zbyt silnie uruchomił wyobraźnię, chcąc zaplanować kolejny sen i zasnął nadspodziewanie szybko. Obudzili go strażnicy, którzy byli nieubłagani, zapraszając go do samochodu, a stamtąd do ośrodka. Nie protestował. Nauczył się po dobroci odpowiadać na pytania i godzić się na każdą zmianę na jaką napotka w swoim życiu, wiedząc, że i tak powróci do stanu przed zatrzymaniem. Nie było to takie trudne. Przed dwoma miesiącami koczując w innym miasteczku, kiedy oferowano mu pokój w noclegowni, wystarczyło, że nie wyraził zgody na podporządkowanie się regulaminowi.
- Nie wyrażam zgody - oświadczył - będę pił i przynosił z sobą alkohol, który wyżebrzę na ulicy.
W tym mieście wzięto się na sposób kompleksowej walki z jego bezdomnością. Procedura obejmowała pomoc psychologiczną. Zaangażowano więc panią psycholog, której działania miały być pierwszym krokiem w socjalizacji jego osobliwej fizjonomii. 
(...)

Człowiek z tamtej strony [1/4]

[1]
- Niech pan wypełni tę ankietę. Może jeszcze kawy?
Nie chciał kawy. Zbliżała się jego godzina snu. Było tuż przed południem, czas, kiedy słońce, jeśli jest, zaczyna grzać mocniej, oddając mu ciepło, które wystarczy nakryć kocem, czasami płatami znalezionej gdzieś plandeki. Jeśli natomiast ma się to szczęście i znajdzie jakiś opuszczony domek, drewutnię, szopę lub kontener, należy mościć sobie legowisko pod oknem, aby pochwycić tych kilka godzin słońca. Nocą z kolei należy rozgrzewać się spacerem, własnie wtedy poszukać coś do jedzenia, zrobić skręty, zapalić. W każdym bądź razie trzeba utrzymywać ciało w dobrej kondycji i chronić je przed zaśnięciem.
Kobieta wertowała skoroszyt i, jak się zorientował, przepisywała dane do komputera. Potem zadzwonił telefon.
Na ścianach wisiały tablice z uciesznymi ilustracjami z instrukcjami pod każdą z nich. Na innych kłuły oczy sentencje tłumaczące jak wielką rolę ma do wypełnienia człowiek, który jest prawdziwym skarbem. Czytał, że należy podchodzić do życia z optymizmem, znajdować szczęście i sens w każdej chwili nam przeznaczonej. Trzeba też być aktywnym i wiedzieć, że wszystko od nas zależy.
Pomylił się i wpisał swoje imię i nazwisko pod tekstem zapraszającym do anonimowego wypełnienia ankiety. Starannie zamazał czarnym tuszem długopisu swoje dane.
Kobieta rozmawiała przez telefon o podziale ról w nadchodzącym szkoleniu. Mówiła też o zaległościach jakie ma w pracy, co nieco komplikowało stojące przed nią zadania. Ucieszyła się na wieść o tym, że jej grupa będzie mniej liczna i z tego powodu istnieje większa szansa, "że się wyrobi".
Przymknął oczy i spod opadłych powiek śledził punkt po punkcie ankiety zawierającej sześć kart formatu wystarczająco wielkiego, aby pomieścić na nich zdania ciągnące się całkiem sporymi rzędami wytłuszczonych znaków graficznych. Odczytał jedno z pytań, na które miał aż osiem możliwych do wyboru odpowiedzi.. Nie wybrałby żadnej z nich, a w pozostawionej na końcu linijce w rubryce "inne", nie zmieściłby tego, co ewentualnie mógłby napisać. Wygodnie wtłoczony plecami w oparcie wyściełanego krzesła próbował zasnąć bezgłośnie, martwiąc się jedynie o to, czy nie zachrapie. Zawsze cieszył się z nadejścia snu. nauczył się prowokować senne wizje. Wystarczało dyskretnie o czymś pomyśleć, a sen o tym zjawiał się jak na zawołanie. Cóż z tego, że później ulatywał z pamięci? Zawsze pozostawiał coś po sobie.
- Proszę pana, proszę pana...
Usłyszał kobiecy głos, lecz dopiera za którymś zawołaniem otworzył oczy. Wydawało mu się, że ten kobiecy głos pochodzi z jego snu.
- Nic pan nie wypełnił. Tak nie można - głos kobiety stawał się coraz bardziej realny i do tego karcący.
- Nie rozumiem, co tu jest napisane - odpowiedział oschle.
- Pan spał. Jest pan zmęczony?
Odparł, że nadeszła pora jego snu, więc nie ma się czemu dziwić, że zasnął. W dodatku to ciepło w gabinecie zrobiło swoje.
- A możemy się umówić, że wypełni pan ankietę a potem skierujemy pana do miejsca, gdzie można się porządnie wyspać?
Zupełnie zignorowała jego twierdzenie o niezrozumiałej ankiecie.
- Nie wiem, jak odpowiedzieć na pytania - upierał się - nie rozumiem ich.
Trzymała nerwy na wodzy, stojąc obok i zerkając na stronę nad którą on medytował niezmiennie.
- Czego pan nie rozumie? Mogę pomóc. Od tego jestem.
- Niczego nie rozumiem - odparł.
Przysunęła do niego krzesełko stojące niedaleko, przy stoliku obok, usiadła na nim i spróbowała kontynuować rozmowę. Starała się przy tym zadbać o to, aby nie spostrzegł jej zakłopotania czy zniecierpliwienia. A że była zaniepokojona takim rozwojem wypadków to pewne. Mówiła przecież, że jest zawalona pracą, gdy tymczasem on dodawał jej czas, którego nie miała zbyt wiele.
- Pytanie są proste - zaczęła dydaktycznie - weźmy na przykład to, pierwsze z brzegu.
Pierwsze z brzegu pytanie było pytaniem dziewiątym. Czytała:
"Proszę o ułożenie w kolejności od 1 do 10 podanych poniżej cech osobowych, jakie rozpoznaje Pan/Pani w sobie. [1 oznacza cechę, którą najbardziej u Pana/Pani dominuje]"
- Myśli pan, że to trudne?
- Nie wiem, czy trudne - odparł - przestałem się sobą zajmować i nie interesuję się własnym charakterem.
- To bardzo ważne poznać samego siebie, nie sądzi pan?
- Czyżby? Tak pani myśli?
- Oczywiście. Jeśli pozna pan samego siebie, łatwiej panu przyjdzie zorganizować swoje życie, znaleźć pracę, uaktywnić zainteresowania, a nawet poszukać wokół siebie osób, które zechcą dzielić z panem swoje pasje.
- O, a tam jest o mocnych stronach - zwrócił uwagę na zagadnienie, jakiemu przypisano numer dwanaście.
- Widzi pan. Sam pan doszedł do tego.
Nie zauważyła w jego oczach szyderczego blasku.
- A w jakim celu mam się zastanawiać nad swoimi mocnymi stronami - zapytał miarkując, że tym bezsensownym, w gruncie rzeczy, pytaniem przetestuje cierpliwość przydzielonego mu psychologa.
- A może w tym celu?  - wskazał na napis na jednej z tablic: "Wszystko w twoich rękach. Trzeba chcieć."
Gotowa była podjąć temat, nie zważając na nadmiar obowiązków jakimi ją obarczono. Los dołożył jej klienta, który zdawał się być szczególnie odporny na jakiekolwiek sugestie, choć nie wydawało jej się, że czynił to bezwiednie, przytłoczony cała sytuacją, bądź też naprawdę nierozumiejący sensu wypełnienie całkiem niezłej, merytorycznej, wystandaryzowanej ankiety. Jej klient z nieznanych powodów a'priori odrzucał współpracę z nią, co jednak na tym etapie rutynowego postępowania wcale jej nie zniechęcało. Była ambitna i chociaż w prywatnych rozmowach często narzekała sobie na nadmiar obowiązków, to była jednak na tyle pełna zapału do pracy, że przypadek siedzącego obok niej mężczyzny zamierzała potraktować poważnie jako nowe wyzwanie i kiedy przygotowała się do odpowiedzi na bezsensowne pytanie, kiedy już sądziła że wpadła na właściwy trop argumentacji, mężczyzna nagle wstał i zapytał:
- To gdzie jest to miejsce, w którym mógłbym się przespać?
Wybita z konceptu, nie dawała tego po sobie poznać.
- Proszę zaczekać na mnie na korytarzu - powiedziała - może rzeczywiście lepiej będzie na inny czas odłożyć naszą rozmowę.
Podziękował i wyszedł.
Kiedy po niespełna pięciu minutach opuściła swój gabinet, korytarz był pusty. Poczuła się nieswojo.
(...)

25 grudnia 2014

Krótko i pokrętnie

Jako że dżipieska wybrała dla mnie drogę krótką (powinno być: krótką i pokrętną), po przedostaniu się mostem granicznym przez rzekę Inn, obrałem kurs na Linz, lecz w pewnej chwili wymieniona wyżej strażniczka mej podróży puściła mnie drożynami, które, gdyby śniegiem przywaliło, bez łańcuchów by się nie obeszło.
No i zaczęło się. Ścieżka aż do samego Kematen wiła się niemożliwie, wścibiając pomiędzy rzadko porozrzucane gospodarstwa; pięła się do góry po stromiznach niesłychanych; później pod ziemię jakby zapadała. Ścieżynka wąziutka, na jedno ledwie autko i bywało, że ja albo zmotoryzowany towarzysz z przeciwka przystawaliśmy w miejscu ociupinkę szerszym, aby dać jedno drugiemu sposobność do kontynuowania podróży. Mimowolnie przypomniały mi się Pireneje, choć tam straszniej i przepastniej urwiska wyglądają zza szyb autka.
Dojechałem do celu zgodnie z planem i pomknąłem pod załadunek nowy, nadrabiając na sześćdziesięciu kilometrach dwadzieścia cztery minuty, zadziwiając dżipieskę niepomiernie.
Ech, lubię takie pokrętne, dziewicze trasy, i lubi je mój peżocik.

Przez Niemcy

Wszystkie chmury świata zebrały się w sobie i pognały mnie na niemieckich dróg rozpoznanie. Ledwiem z hanowerskiej zjechał autostrady na landówkę, z tych chmur, co przed gwiazdami wzrokowi dostępu bronią, śnieżynkami poprószyło. Niewiele tego, na centymetr, ale że mróz białemu puchowi towarzyszy, to nogę z gazu należy zdejmować co jakiś czas, nawet do dwudziestu na godzinę, do samej Unny - celu mojej podróży, gdzie przybywam o drugiej w nocy.
A rankiem znów "podlotka" na kilometrów sześćdziesiąt i kurs w dwa miejsca, do Bogen w Bawarii, a potem dalej w austriacką krainę, nie bardzo daleko od Linzu, do Kematen.
Niemieckie wioski i miasteczka akuratnie ku grudniowym świętom przystrojone. Girlandy na ulicach w postaci choinek, gwiazdek i Mikołajów; wszystko w światełkach srebrnych i cielistych. Trudno z kolei doszukać się oczom żółci, zieleni, błękitu czy czerwieni w lampionowych łańcuchach. Cóż, pewnie taki zwyczaj, że pewnych kolorów brak.
Święta już zatem w dekoracjach, lecz bez zbędnego przepychu. Najpiękniej jest wtedy (gdziem to widział, nie pomnę), gdy na wieżę kościelną, stromą, i razem z bryłą świątyni ślicznie pobieloną, puszczono od dołu strumień pysznych świateł reflektorów, co każdy gzyms, każdą wypukłość, każdą krawędź budowli ostrością swą wzbogacają, a jako uboczny produkt iluminacji, te cienie ostre, rozłożyste, długie przydają świątynnej konstrukcji kształtów bajecznych.
Uwagę skupiam na domach niemieckich we wsiach i miasteczkach przydrożnych; te od francuskich inne, z pruskim murem, ubielone, w cegle; mniej w nich  lub zgoła wcale kamienia, z czego prawie cała Francja dumna być może.
Niemiecki statystyczny dom, także ten w Bawarii, zdaje się być bryłą masywniejszą, często sześcianem, nad którym dach solidny, dwuspadzisty, broni przed wiatrem i deszczu powodzią.
Zapewne mnóstwo przestrzeni w takich domach - domiskach, dla gospodarzy i dla gości. A w salonie, z choinka pod oknem, już niedługo powitają święta kolędowym śpiewaniem, kto to wie...?
[pisane w pierwszym tygodniu grudnia]

Postój na odludziu ocieplony

Do Neuenstein zajeżdżam późna nocą. Teraz zresztą noc grudniowa nastaje szybko. Prędko dzień się męczy i zaćma wieczorna kładzie się przepastną czernią na okolicę. Zajeżdżam więc do tej wioski, miejsca na odpoczynek szukam. Znalazłem wolne miejsce, lecz blisko ludzkich siedzib, więc nie najlepiej, bo autko przepalić trzeba, a wiadomo, że taki warkot śpiących na baczność postawi, zwłaszcza, gdy oczy do snu bezpiecznego przywykłe.
I własnie wtedy, gdym stroił się do poszukiwania lepszego miejsca, bardziej odludnego, podchodzi do mnie Niemiec-tubylec. Ja mu pod oczy podtykam adres, a on instruuje mnie jak do samego celu dojechać i jego ręka zatacza obszerny krąg.
Tedy instruktażu usłuchałem, żegnam się, dziękując za wskazówki nieocenione i ruszam w trasę, krótką, lecz nie do samego miejsca przeznaczenia, bo znalazłem połać wolnego miejsca do pospania i tam zległem snem sprawiedliwym.
A rankiem znów tego samego Niemca spotykam, znaczy się on mnie spotyka (traktorem przyjechał) i podpowiada mi, abym zjechał niżej w lewo, bo tam pod laskiem niewielkim tartak właśnie. Tak też i robię, myśląc sobie, że niepodobieństwem było tę drożynę dostrzec w świetle nocy.
Rozładowałem się więc i na nowy kurs czekając, opuszczam Neuenstein, znajdując mało ciekawy parking na wzniesieniu przy główniejszej szosie, w objęciach niewielkich wzniesień, z widokiem na wioskę w dolinie sporej położoną. Jako, że kurs nie wypalił, spędzę w tej odludnej krainie trzy nieciepłe noce, nie inaczej.
Co było robić. Stoję grzecznie, jadam, popijam, czytam, piszę i śpię, i patrzę, żem w krainie rewirowej jakiegoś jastrzębia który szuka zdobyczy na jednej z gałęzi pobliskiego drzewa. Ale sobie w drogę nie wchodzimy, nie wlatujemy. W tej dobrej komitywie przepędzam pierwszy wieczór i pierwszą noc w tej okolicy.
Nazajutrz czeka mnie niespodzianka. Obok mnie przystaje średniej wielkości srebrny samochodzik - najpewniej opel. W okienku kobieta, na tylnym siedzeniu dziecko w foteliku przytroczonym do pasów. Widać że średnio- a może ciut mniej niż średniowiekowa niewiasta ma mi coś do powiedzenia. Opuszczam więc szybę, a ona coś po niemiecku do mnie powiada. Odczekałem więc, a że z niemieckim jestem na bakier od urodzenia, tłumaczę:
- Sorry, I don't understand. I can't speak German, only English.
Wtedy ona, jak gdyby nigdy nic, na angielski przechodzi (uczcie się języków, panowie i panie) i mówi, że widziała mnie wczoraj w tym miejscu i chciała się zapytać, czy wszystko u mnie w porządku, czy czego mi nie potrzeba. Dalej zapytuje, gdzie śpię (wskazuję na kurnik nad głową), bo w poniższej wiosce, gdzie ona zamieszkuję jest "guest house" i czym nie zgłodniał za bardzo.
Co tu gadać, zaskoczony niepomiernie, podziękowałem za zainteresowanie najśliczniej jak umiałem. Jest u mnie i coś do przegryzienia, i miejsce do spania, i wszystko mam, czego mi potrzeba, a że potrzeby mam niewielkie, więc jeszcze raz z uśmiechem podziękowałem... tylko jakoś mi się cieplej, goręcej zrobiło.

[a oto wioska w dolinie, skąd przywiodło do mnie tę sympatyczną panią]

Nie było miejsca dla ciebie czyli jej powrót


Inżynier Bek tak zdecydował, z osobistą żoną swoją.
- My i tak dzisiaj do córki na wieczerzę idziemy, więc aż do osiemnastej mamy czas.
Kawiarennik osądził jednak, że to sprawka całej jego zgrai przyjaciół, także tych dwu cichych jak szumiący letni strumyczek podczas upału szarytek, sióstr w wierze i sióstr rodzonych. Ich to rozporządzeniem kawiarenka odświętny widok przybrała, w choinką i siankiem na każdym stoliku. Pani inżynierowa natomiast dla armii przyjaciół, również tych, co z życzeniami jak po ogień wpadali, przygotowała beczułkę śledzi w imbirowo-cebulkowym sosie, w oleju, a jakże, słonecznikowym, z przyprawami, o które darmo pytać, gdyż inżynierostwa przepis patentem chroniony.
/nie było miejsca dla ciebie/
Nareszcie radca Krach z małżonką przybył.
- Czas już, czas - wykrzyczał pogodnie i zaraz kawiarennika do auta porwano.
- Skoro mnie porywają bez sprzeciwu - rozmyślał kawiarni gospodarz - tedy cała sprawa ukartowana.
Stary pisarz z kajetem i jakowąś paczuszką się zjawił zaraz po odjeździe auta a za nim mecenasostwo i pan doktor Koteńko z żoną.
- Przypominam wszystkim, że dzisiaj dzień świąteczny, to raz, lecz pamiętajmy również o tym, że pana Adama dziś urodzinowe imieniny mamy - zauważyła pani Zofia.
- Ileż to uroczystości w jednym - zachwycił się mecenas Szydełko
- Nie mogła lepszego wybrać terminu na przyjazd - dopowiedziała pani mecenasowa - czy wszystko gotowe?
Siostry dłonie złożyły jak w podzięce.
- Na dany znak nakrywamy do stołu - rzekła starsza z sióstr.
/w ubóstwie i chłodzie/
I spieszono się dostojnie, z wolna i pogodnie. Kawiarenka wprawdzie otwartą była, lecz zaledwie troje jegomości umęczonych wietrzną a niepogodną aurą siorbało herbatę z cytryną, a że pierwszy raz w gościnę popadli, toteż dziwili się śledziowym w kawiarni zakąskom, zapachom borowikowej zupy i drażniącym nozdrza kapuścianym grochem. Zadziwionym, po wypytaniu czy godzinę cennego swego czasu na poświęcenie mają, nakryto również stolik; ci zatem widząc, że wkoło ochocza trwa praca, poprosili o zadania dla siebie, które niebawem otrzymali.
/by wyrwać z czarta niewoli/ 
- Ciekawym, jak nasza Marysia wygląda. A jak maleństwo? - mecenas Szydełko, zasiadłszy z innymi, niecierpliwe zadawał pytania.
- Skoro dziewczynka, nie może być inaczej, że do Marii podobna - stwierdziła pani Zofia.
- Te same oczy, ciemnopiwe zapewne - prorokowała pana Beka żona.
- A ty, pączusiu, zaraz po karmieniu, rzucisz na dziecinę lekarskim wzrokiem, czy aby nic mu nie dolega - skierowała swą prośbę pani Zofia do męża.
- Z przyjemnością rzucę okiem.
- Bo wiesz, że w taka pogodę, łatwo złapać jakiegoś wirusa - dodała.
- Wiem, wiem, skarbie. I upraszam wszystkich państwa, aby do dziecka zbyt nachalnie nie podchodzić, bo kto to wie, czy każdy z nas zdrów jeszcze w taką niepogodę - poinstruował doktor Koteńko.
- Ależ mamy pogodę - zmartwił siebie samego przybyły z kuchni inżynier Bek - pani Rybotycka, przyniosłem pani herbatkę z rumem. Niech pani siądzie z nami. Panie doktorze, pani Rybotycka skarży się na ból pleców i ramion. Zbada pan?
- Jakżeby nie. Zbadam. Zwiastun przeziębienia, jak sądzę.
Doktor Koteńko lubił czuć się potrzebny, więc obietnica rzucenia okiem na dzieciątko i sprawdzenie stanu zdrowia kucharki poprawiły mu nastrój, dodając tak potrzebnej dzisiaj śmiałości.
Czas mijał powoli, jak uparty osioł, gdy pod górę się wspina do ciężkiego wozu zaprzężony.
/choć chciałeś ludzkość przytulić do łona/
Czas mijał i dłużył się niepokornie.
Raz po raz mecenas Szydełko z panią Koteńkową podróże do okien kawiarenki odbywali tam i z powrotem.
Nareszcie światła zabłysły. Dwa światła, a jakby w jednym skupione punkcie, światła jak te gwiazdy najwcześniejsze, szczere, a jedna z nich, ta najpierwsza, zwiastowała przybycie dawno oczekiwane.
/dla ciebie brakło gospody/
Stary pisarz wnet zanotował w kajecie.
"Zobaczyliśmy za oknem światło i jedno z nas dobiegło do drzwi, wpuściło do wnętrza chłód ulicy, który wymienił się szybko z ciepłem pomieszczenia i nasycił jego aromatem. Ktoś inny światła skrzesał na choince. Zapłonęła wielobarwnie i radośnie. Tych trzech zadziwionych wstało, kroki swoje zwracając ku wejściu, lecz przystanęli w połowie drogi, jakby wciąż utrudzeni byli. Nareszcie w drzwiach pojawiła się niewiasta, w swoich ramionach skrywająca dziecię, chustą owinięte, bo deszcz i wiatr wyczyniał wciąż harce. Tuż za nią wbiegł kawiarennik, w chętnych swoich dłoniach trzymający nad niewiasty głową  płaszcz, co przemoczenia się nie lęka; za nimi radca Krach z małżonką z torbami w dłoniach przez próg się dostali, drzwi za sobą zamknęli, a wtedy na sali zapłonęła radość: klaskano i witano się przybyłymi. Nawet ci trzej utrudzeni, przed niewiastą głowy swe pochylili, jakby pokłonić się chcieli matce i temu dziecięciu, co w ramionach bezpiecznych śniło. Następnie matka rąbek chusty uchyliwszy, ukazała twarzyczkę śliczną, dziewczęcą, uśpioną."
/bo nie ma miejsca dla ciebie w niejednej człowieczej duszy/
Maria stała rozpromieniona. Na chwilę dziecinę w ramiona Adama oddała, aby zdjąć z siebie wierzchnie okrycie.
- Czekaliście na mnie? - zapytała - na mnie i na moje dziecko? 
- Siądź z nami - poprosiła pani Zofia, wskazując godne miejsce - a pan Adam niech się trochę potrudzi słodkim ciężarem dziecka, które, jak widzisz, samą tylko radość mu sprawia, łącznie z nami.
I usiadła, i zaczęła swoją opowieść, a była w niej i żałość i smutek, lecz również wiara i ten uśmiech radosny, szczęśliwy.
A kawiarennik powoli, jak ten koń pociągowy, co na wzgórze zmierzał wozem naładowanym do syta... kawiarennik kołysał... kołysał... kołysał...

23 grudnia 2014

Życzenia

Christmas is coming… 
I know that the time of celebrating this festivity depends on what kind of Church you are belong to… 
I know that not everyone is a Christian….
I know that some of you don’t believe in God…
It doesn’t matter…
Please spend That Time in peace, in good health, with your family, with your friends…
Try not to celebrate That Time alone, please…
Look around yourselves. It’s possible that you will find someone who is waiting for your warm words, a cake with a cup of coffe or tea… who is waiting for your presence with him/her…
And, finally, a very important matter… Please don’t change your Home into supermarket at That Time. It’s not good place for You and me…
ALL THE BEST
Popełniłem takie życzenia na fejsbuku, które wkleiłem jak leci do kawiarenki. Że się powtarzam? W moim wieku wolno. Będzie mi, ufam, wybaczone. Że jeszcze przed Wigilią? A jużci, a nuż zapomnę, co w słusznym wieku zdarzyć się może. Że po angielsku? Tak chciałem, uniwersalnie.
Ale żeby nie było, że po polsku nie chce mi się gadać i pożyczyć co się komu należy w języku rodzimym, a ściślej, w mojej własnej mowie, przeto dołączę ciepłych słów dwie garści. Zatem, po primo, żeby wreszcie wicher nie duł tak wiela, bo zielone drzewka połamie, postrąca z gałązek bombki i inne frykasy, w tym cukrowe i czekoladowe pyszności w pozłotkach, na które człek, mimo lat swoich przebytych, przetarganych po świecie łakomy. Niechże też tak nie leje ciurkiem z tych wiader i konwi anielskich. Ja rozumiem, że w Niebie porządek być musi, ale bez przesady. Narobią się duszyczki święte, pochwalone będą a nam, proszę duchownego koleżeństwa, na łeb cieknie; i gdybyż to jeszcze w śnieżynki się zamieniało, ale nie chce i już, bo się pory roku poprzekręcały, ociepliły czy co? Zatem, skoro póki co, dmucha i kroplami młóci, życzeniem moim niech pozostanie w zdrowiu pogodnym bądźcie, a jak zdrowie jest, to i smacznym posiłkom polecam się, jako rzekł pewnego razu żołądek. Ale mi to zbytnio brzuchów nie napychać, bo teraz kolej na duchową strawę, a tej, w czas świąteczny nigdy za wiele.
Dlatego życzę przynajmniej dwóch kubełeczków miłości: jeden dla najbliższych i ukochanych, drugi dla świata całego, aby w nim miłości nie zabrakło, miłości i pokoju, a złych słów i uczynków jak najmniej.
Wreszcie, co się komu tam wyśni i wymarzy, niech do sprzyjającego finału zmierza.
Najmniej życzę samotności; najwięcej tych krzeseł, fotelików, stołeczków, na których niech sobie przechodzień siędzie i wieczerzę w domach waszych otwartych dla każdego odbędzie. 
A dla tych gorliwszych w wierze życzę tego, aby mając na względzie Narodzenie Pana potrafili żyć tak, jak Ten nakazuje, abyście do źródeł doszli zaczerpnąć wody czystej, nie splamionej nienawiścią do tych, którzy w wierze może i mniejsi od was, lecz z równie silnie bijącymi sercami.
Niech się stanie.



Rogaliki (szkic)

Jakżebym miał nie ucałować tych dłoni. Nie wstawaj. Siedź sobie. Podejdę. Zapatrzę się w twoje oczy. Te łzy to ze szczęścia, prawda?  Pan Władysław już człapie w tych swoich domowych kamaszach. A stał przed oknem, stał i przyglądał się.
W tych torbach przywieźliśmy wam owoce i kwaszoną kapustę. Od tej kobiety co zawsze. A tobie, babciu, specjalnie tę książkę, o którą prosiłaś. Ech, poczytamy sobie. Cóż z tego, że oczy nie te? Po to jesteśmy.
Pan Władysław odmieniony. Poznał tym razem, a nie zawsze rozpoznaje. Babunia wstaje. Jaka chyża.
- To ja podam herbaty - mówi - zobaczycie, co dla was upiekłam.
Niech zgadnę: rogaliki na francuskim cieście z nadzieniem różanym.
- Sama zbierała, sama zbierała - powtarza Władysław. Wita się, całuje. Z Elżbietą uściski wymieniają. 
- Elu, jak miło, jak miło.
Radość serce ściska. Przysiada się.
Kuchnia dużą. Każdy się zmieści.
Elżbieta dobywa z torebek różności.
- Taki chciałeś? Taki? - podaje zegarek kieszonkowy na łańcuszku z zamykaną kopertą - można go nosić w wewnętrznej kieszeni marynarki albo przy kamizelce. Stary ale odnowiony. Posłuchaj jak tyka.
Władysław bierze go ręki, przymyka i odmyka pokrywę, zbliża do ucha, słucha. Oczy ma takie wielkie, takie ogromne.
- I każdego dnia, każdego dnia mam go nakręcać?
- Koniecznie - Elżbieta wie, że musiał być taki do codziennego nakręcania.
Co tam jeszcze jest w tej torbie?
- Patrz, jak dziadkowi dobrze będzie w tej koszuli - Elżbieta przykłada do torsu dziadka zapakowaną w przezroczystą filię koszulę. Stonowany beż. Będzie pasowała do koloru tego sweterka w serek.
Babunia z kolei przegląda książkę, z namaszczeniem, jak katechizm, choć obrazków brak, ale za to czcionka spora, jak raz na jej słaby wzrok.
- Zdobyłam dla ciebie sukienkę w takie malusieńkie białe groszki.
"Och", to przeciągłe "oooch" . Mówi, że zaraz przymierzy, ale stanęło na tym, że zrobi to później, po kolacji.
Pan Władysław wstaje nagle, do okna zmierza, przystaje, zapiera się dłońmi o parapet, patrzy przez szybę.
- On tak zawsze - tłumaczy babcia - przejdzie mu. Zaraz do nas powróci.
Władysław pyta nagle, czy coś się zmieniło, babunia odpowiada jak zwykle, że nie i trzeba czekać.
Babcia zwraca się do nas.
- Takie tam gadanie z nim, kiedy jest w innym świecie.
- Helu, ja budowałem tę fabrykę. Dlaczego światła się nie świecą?
Jaka żałość w jego oczach, jaki żal w tym pytaniu. Głowę przytyka doi szyby. Wypatruje świateł.
- Siadajcie, posilcie się - babcia wypowiada to w chwili, kiedy wrzątek został przez nią wlany do czajniczka z płatkami herbacianych liści.
Elżbieta wyjęła szklanki a babunia z tym porcelanowym czajniczkiem (że też się jeszcze nie potłukł) od jednej do drugiej szklaneczki przesuwa dziobek czajniczka  i nalewa, nalewa. A jaki aromat?Esencja paruje, ciemna, tłusta mahoniowa.
Do mnie: - Tobie więcej, bo ty lubisz mocną, tak jak ja.
- Elżbieto, teraz zalej wrzątkiem.
Elżbieta zalewa. To już stało się rytuałem: babunia esencję, Elżbieta wodę.
Babunia otwiera drzwiczki spiżarki w ścianie i wydobywa kamionkowy garniec owinięty lnianym płótnem. Garnek ciężki, lecz babcia umiejętnie go unosi, przytulając do swego ciała i przenosi go delikatnie. patrzymy na ten błysk w jej oczach. Wreszcie stawia go na stole, zdejmuje płótno, otwierając zapach. Co za zapach?

Syn przyszedł po potańcówce grubo po północy. Wypił stanowczo za dużo. Kołysał się na nogach. Otworzyłem drzwi i wciągnąłem go do pokoju.
- O której miałeś być? Pijany przy dziewczynie, o której myślisz poważnie? Ładnie się pokazałeś, nie ma co. Nie wstydzisz się? Jak ty się babuni pokażesz? Nie pojedziesz w takim stanie.
Musiał to usłyszeć. Całe szczęście, że nie słyszy tego często. Zdałem sobie sprawę z tego, że to wyjątek, nietypowe zachowanie syna, które jednak trzeba było zganić.
- Czy ty wreszcie spoważniejesz? - pytam, nakręcając atmosferę.
- Wytrzeźwieję do jutra - mówi stanowczo, chcąc jakby przełamać drżenie i intonację głosu kogoś, kto pozwolił sobie na wypicie jednego kieliszka za dużo.
- Nie o wytrzeźwienie mi chodzi, lecz o to, że nie dotrzymałeś słowa i kazałeś dziewczynie patrzeć na siebie, w jakim jesteś stanie.
Kręci głową. O co mi chodzi? Czy nie byłem taki jak on w młodości?
- Nie musiałem pić, aby się przekonać, że jestem zakochany - tłumaczę bezradnie - a gdyby babcia się o tym dowiedziała?
- Ojciec, jaka babcia? Dlaczego panią Helenę nazywasz babcią?
- Zamilcz - rozkazuję, tłumiąc bezsilnie siłę głosu - powinieneś przed nią uklęknąć i przeprosić. Przed nią i przed dziadkiem Władysławem. To starzy, mądrzy i piękni ludzie.
- Już dobrze, nic nie mówiłem - syn ma już dość - mogę się położyć?
- Możesz, ale nie jedziesz tym razem z nami. Zostaniesz w domu. Przemyśl parę spraw.

- Władek, rogaliki. Ela cię bardzo prosi, abyś odszedł od tego okna i usiadł z nami.
"Ela" jest kluczem-wytrychem. Otwiera sezam dziadka. Ilekroć Władysław popada w to swoje zamyślenie, babunia zawsze przywołuje Elę.
- No, pomyśl, Władeczku, co sobie myśli Ela, kiedy widzi cię takim, gdy ty wciąż coś za tym oknem wypatrujesz, a z nią nie chcesz porozmawiać. Było - minęło.
Powraca, powraca. Szura kamaszami po jasnych, orzechowych deskach kuchennej podłogi. Coś jeszcze burczy pod nosem, że budował, lecz z każdym krokiem wydłuża wargi, kierując uśmiech w stronę Elżbiety. Wyjmuje zegarek z kieszeni spodni i przykłada do ucha.
- To bardzo dobrze, bardzo dobrze, że będę go codziennie nakręcał.
Rogaliki rzeczywiście i jak zwykle wspaniałe.
- Sama robiła. Sama robiła - powtarza dziadek, zapominając przez chwilę, że za oknem nie palą się światła fabryki, którą budował.