Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

29 kwietnia 2017

NABISTA VALLOTTON

Félix Edouard Vallotton (1865 –1925), szwajcarski malarz, a także mistrz drzeworytu i krytyk sztuki, odchodząc w początkowym okresie swojej akademickiej szkoły portretu, związał się na kilka lat z ruchem nabistów. Wydaje się, że tego utalentowanego artystę można nazwać człowiekiem renesansu. W końcowym okresie życia w malarstwie koncentrował się na „martwej naturze” i krajobrazach odtwarzanych z pamięci w swej pracowni, co jednak nie przeszkodziło mu w napisaniu kilku powieści i sztuk scenicznych.
O ile jako artysta posługujący wykorzystujący technikę drzeworytu jako środka przekazu Vallotton zyskał zasłużoną sławę i powodzenie zarówno krytyków, jak i publiczności, o tyle miano sporo zastrzeżeń do jego malarstwa wpisanego w tendencje nabistyczne. Zarzucano mu płaskość postaci, przedmiotów i krajobrazów, nadmierną jednolitość barw, nawet ich surowość i nieadekwatność w stosunku do kolorów natury.
To, co jednych odrzuca, innych przyciągać może, także mnie, którego urzeka w obrazach Vallattona tajemniczość, wyraźny kontrast barw, kompozycja dzieł, czy też subiektywne poczucie piękna w przedstawianiu kobiecych aktów.
Przyjrzyjmy się kilku jego pracom. 

"La Dordogne a Carrenac"

Charakterystyczny dla Vallattona pejzaż: plamy kolorów położonych obok siebie, nie kłócących się z sobą; krajobraz niby rzeczywisty, ale widziany okiem nabisty: wypłaszczony i tajemniczy.

"La Falaise de la blanche grève"
Fragment wybrzeża pod Falaise w Normandii: szarość, błękit, biel, czerń i zieleń i wkomponowane w ten nadmorski pejzaż dwie postaci. To nie jest fotograficzne przedstawienie rzeczywistości, nie jest to też impresywne widzenie nadbrzeża oczami Moneta czy Renoira. Z obrazu emanuje absolutny spokój, wyciszenie.

"The waltz"
A ten taniec, czyż nie jest zapowiedzią Chagalla? Tańczące postaci płyną w przestrzeni wypełnionej intensywnym, żółtym światłem.

"Bather-stormy-sky"
Z kobiecych aktów wybrałem ten. Dlaczego? Może najbardziej tajemniczy? Może przesadna wielkość kobiecego ciała, występująca już u Gauguina mnie urzekła? A może kontekst nadciągającej burzy, która zniweczy wkrótce kąpiel kobiety?

"On the beach"
I wreszcie obraz, który zachwyca mnie najbardziej. Plaża, dwie kobiety, dziecko(?); jak niewiele rekwizytów: parasolka, dwa kapelusze; niebo w odcieniu brązu bliskiemu kolorowi piasku, morze w zieleni, jaśniejsze refleksy słońca na ramionach kobiety i bananowej parasolce, zakłócona perspektywa przy kompozycyjnie znakomicie wplecionych w pejzaż nadmorski postaciach. Pełna kontemplacja. Świat zatrzymuje się w miejscu. Postaci przedstawione od tyłu są i bezimienne, i tajemnicze zarazem. Genialne.

[Dobrzelin, 29.04.2017]

28 kwietnia 2017

LUCYFERYNA

- Popatrz, tutaj są… i tam, jak iskierki z ogniska, jak gwiazdeczki.
- Lucyferaza.
- Nie rozumiem.
- Enzym, katalizator lucyferyny
- Lucyferyny?
- Pigment. Utleniająca się lucyferyna świeci.
- Dlatego one świecą?
- Tylko samiczki. W okresie godowym wabią zalotników światłem.
Potrącił gałązką. Robaczek spadł na jego otwartą dłoń. Odfrunął.
- To znaczy, że to tylko chemia? - zmartwiła się.
- Chemia i biologia. Mówiłem ci, że samiczki w ten sposób wabią zalotników.
- Aby?
- Aby gatunek przetrwał.
- Jakiś ty mądry. Zimno mi.
Zdjął z siebie swą sławną bawełnianą kurtkę i okrył nią jej ramiona.
- Lepiej?
Pozwoliła mu się objąć. Mocno. Dreszcze minęły.
- Już dobrze.
- O czym teraz myślisz? - zapytał.
- O czym? Chciałabym… - wyczuł w jej głosie niezdecydowanie.  Gwiazdeczek było mnóstwo. Pulsary światełek migotały pośród krzewin lasu nad jeziorem, poszarzałych w tę bezksiężycową noc; jedne unieruchomione jak latarenki, inne nadlatywały z czeluści nocy niczym roje miniaturowych meteorytów.
- Chciałabym być dla ciebie takim światełkiem - wykrztusiła z siebie.
Rad byłby wtedy spojrzeć na nią, aby zobaczyć, w jaki sposób układa wargi, kiedy szeptem wypowiada te słowa.
- Jesteś dla mnie tym światełkiem - powiedział.
- Kiedy ja… ja nie potrafię świecić.
- Ty nie, ale twoje oczy mają tyle lucyferyny, że mogę w ich świetle przeglądać się jak w lustrze.
- Ale mówisz głupstwa - uśmiechnęła się. - Chociaż… lubię, kiedy opowiadasz mi bajki.
- A ja cieszę się, że mam komu je opowiadać.
Zagłębiając się w wilgotną czerń nocy, natrafili wreszcie na leśną ścieżkę, która prowadziła ich na wprost północnej gwiazdy.
- A teraz gdzie?
- Nie pamiętasz? Obiecałem ci odnaleźć kwiat paproci.
A ponad ich głowami co i rusz samiczki świetlików iskrami rozbłysków zachęcały kawalerów do wspólnych pląsów. 
Szli jak zauroczeni.

[28.04.2017, Dobrzelin]

26 kwietnia 2017

PERYFERIE (rozdział 13. - fragment)

Częściej niż Jarka obserwowałem swoją córkę i jej zachowanie. Jej spojrzenia kierowane w moją stronę szukały potwierdzenia, że dokonała właściwego wyboru. Wydawało mi się, że jej oczy pytają mnie bezustannie: - Tatku, jak ci się widzi mój chłopiec? Ja wiem, że nie mogę od ciebie wymagać, że już dzisiaj zaakceptujesz go takim, jakim jest dla mnie, ale powiedz choć słowo, a będę spokojniejsza. Nie powiedziałem jednak nic; puszczałem tylko do niej oko, ufając, że Jarek nie zauważy tej naszej doskonale opanowanej korespondencji, której znaczenia nie rozpoznała nawet moja żona. A Katarzyna? Katarzyna była chyba jeszcze odurzona zapachem róż. Jarek jej się spodobał, nie ma co owijać w bawełnę, choć oczywiście była świadoma tego, że konsekwencją wizyty Jarka będzie wyrażenie zgody na to, aby ten odebrał jej córkę na cztery długie noce i dnie.
- Miałam dzisiaj piękny sen - powiedziała niespodziewanie Katarzyna, stawiając na stole przede mną talerz z gorącą jajecznicą. - Nie pamiętam go wprawdzie, ale sprawił, że już mniej niepokoję się o naszą Agniesię.
- Niech żyje twój sen! - wykrzyknąłem i roześmiałem się na głos. - A wiesz, że nieobecność naszej córki w pewnym stopniu… hm… w dużym stopniu - poprawiłem się - polepszyła nasze wspólne samopoczucie.
- Co masz na myśli? - zapytała, lecz wiedziona zapewne instynktem albo też prześwietlając na wylot moje intencje (cóż, w końcu żyjemy z sobą dwadzieścia pięć lat, jak by nie było) odpowiedziała sobie: - No tak, wiedziałam, że o to ci chodzi.
Poszła jednak dalej mówiąc:
- Masz rację, kochanie. Było bardzo miło.
Stateczna, opanowana, zrównoważona, przedsiębiorcza Katarzyna, businesswoman i matka w jednej osobie, kochająca rozsądną miłością żona, ośmieliła się powiedzieć do mnie „kochanie” i odnieść się w następnych słowach, aczkolwiek oszczędnie, bez egzaltacji, do naszego nocnego seksu, który nawiasem mówiąc, wcale nie był gorszy od tego, do jakiegośmy przywykli, gdy byliśmy dużo młodsi.
Początek maja buchnął świeżym oddechem prawdziwej wiosny. Na osiedlu balkony zapełniły się amatorami słonecznych kąpieli, albo też pościelą, praniem, ale też zroszonymi bieżącą wodą doniczkowymi kwiatami, którym pozwalano pooddychać bezwietrznym, majowym powietrzem przedpołudnia; mężczyźni wychodzili na papieroska, a kobiety po dokładnej lustracji balkonowych witryn i drzwi zastanawiały się nad tym, czy aby w tak pomyślnie zapowiadający się dzień nie poddać szyb rutynowej pielęgnacji. 
Również i ja, zaraz po śniadaniu, wyszedłem na balkon (Katarzyna zdecydowała się na nie dłuższą, jak zapowiadała, niż godzinną drzemkę) i niemal w tym samym momencie na sąsiednich balkonach, nade mną, obok i na parterze pojawili się sąsiedzi płci męskiej, z którymi należało oczywiście wymienić kilka słów, pochwalić wiosnę i wyjawić przed sobą plany na te trzy pozostałe dni ogromnie długiego tego roku weekendu. Bywało wielokrotnie, że takie pogawędki, będące tyleż wymianą uprzejmości, co spostrzeżeń, prowokowały nas do spotkania się w pobliskim parku i okupacji jednej z ławeczek, szczególnie tej ustawionej w dorodnym, pochodzącym od wschodu cieniu masywnego kasztanowca, pod opieką  którego można było sobie dyskretnie wypić chłodne piwo i w jego towarzystwie powspominać dawniejsze czasy, kiedy to świętowano robotnicze święto, pod przymusem, ale i bez przymusu; całe miasteczko celebrowało wtedy pierwszy maja - po pochodzie wracało się do domów na obiad, aby potem znów wyjść na ulicę, do parku, na mecz, do domu kultury, na miejską zabawę lub po prostu przemierzyć miasteczko wzdłuż i wszerz albo wyjechać na działkę lub udać się nad wodę na ryby. Dzisiaj to historyczne już święto spędzano bez pompy w gronie najbliższych i tylko wczesnym wieczorem szło się na jakiś koncert albo na film do kina. Ale żeby cieszyć się z innymi, co to, to nie, a cieszono się wtedy, dawniej nie politycznie, nie ideowo, lecz dlatego, że był to dzień wolny od pracy, a w knajpach i obwoźnych budkach sprzedawano piwo, niedrogie kiełbaski z rożna, i w końcu była muzyka, muzyka od popołudnia do samej nocy, i były tańce, a kobiety miały na sobie przewiewne sukienki i krótkie spódnice, i bluzki, pod którymi kołysały  się wiosenne piersi, ech ta młodość.
Z Zawadzkim, tym z parteru, porozumieliśmy się w mgnieniu oka.
- To co, może na piwko? Mam porządnie schłodzone, ale przecież sam pić nie będę, na dodatek w domu? - słyszę jego monolog, powtarzający się od czasu do czasu, zwłaszcza latem; czasami to ja go zapraszam do parku na piwo, czyli robię coś, co od niedawna jest niezgodne z prawem, ale niewiele sobie z tego robimy; wybieramy ławeczkę, obok której wmurowano betonowy stół z namalowaną na blacie z piaskowca szachownicą, więc kiedy mamy się napić schłodzonego piwa prosto z butelki, przesiadamy się właśnie tam, a dawniej to nawet zdarzało się nam zagrać w szachy.
A ten Maksymowicz, co nade mną mieszka po skosie i kłania się uprzejmie, zawsze pytając się o zdrowie małżonki; on zwrócił się przeze mnie do tego z parteru z zapytaniem, czy przypadkiem nie ma schłodzonej trzeciej butelki, bo akurat żona mu nie zakupiła. Wtedy Zawadzki odpowiedział, również przeze mnie, że jak najbardziej, jest zaopatrzony w piwo, bo jeszcze dzisiaj przed południem wyjeżdża z żoną na daczę nad rzekę i musiał się w związku z tym należycie przygotować. I tak od słowa do słowa opuszczamy mieszkania niemal równocześnie (Maksymowicz z psem), i przemieszczamy się do parku na naszą ławeczkę, która o tej porze dnia wystawiona jest na słoneczne promienie i dopiero po jedenastej nadbiegnie nad nią cień. 
Przeciągamy się leniwie na tej ławce, chwytając na twarz coraz ostrzejsze brzytwy słońca; Maksymowicz uwolnił jamniczkę, piwo nas chłodzi, rozmowy o pogodzie pogrążają się w banalności słów, wspomnienia zaprzeszłych majówek nie ustają i w pewnej chwili Maksymowicz, starszy ode mnie, powiada, czy to aby sprawić mi przyjemność, czy to bez przyczyny i zastanowienia, że jestem równym gościem, że pozostałem nim nawet po tym, jak stałem się sławny. Krztuszę się piwem, Zawadzki uderza mnie kilka razy po plecach, odbija moją sławę, od której na chwilę straciłem oddech. Pospieszam z wyjaśnieniem właścicielowi jamniczki, żeby dał sobie spokój ze sławą, albowiem sam się do niej nie przyznaję, a to moje pisanie ani nie przysparza mi popularności, ani bogactwa i tak naprawdę to utrzymuje mnie żona, która (jak pan wie) ma dobrą rękę do biznesu. On jednak, nie oburzając się na mnie, podtrzymuje swoje zdanie, bo słucha tego, co ludzie wokoło mówią, a mówią wiele i pozytywnie, gdyż nawet co niektórzy czytali moje opowiadania i albo mi zazdroszczą małomiasteczkowej sławy, albo są dumni, że w końcu znalazł się taki, co to rozsławi Żytowo w świecie. W tym co mówi jest tak wiele przesady i w pewnej chwili czuję się skrępowany, lecz wkrótce dochodzę do siebie i wyjaśniam, że przecież człowiek coś w życiu robić musi i powinien wykonywać to, co potrafi, więc skoro nie umiem tak bardzo wielu rzeczy, a pisanie jakoś mi wychodzi, to trzeba, abym kontynuował to, co potrafię, ale z tą sławą (powtórzyłem z naciskiem) to przesada.
(...)
[26.04.2017, Dobrzelin]

OCZEKIWANIE

Czytam i patrzę na "Kamienne tablice" Żukrowskiego. Książka świetna, film niezły. Chyba nie dopatrzę całości. Jest zbyt późno, a jutro... dzisiaj... może kolejny wyjazd. Kolejna zarwana noc. Nie żałuję.

[26.04.2017, Dobrzelin]

25 kwietnia 2017

POLSKOMUZYCZNIE W EUROPIE

Czy polska muzyka obecna jest w zachodnioeuropejskich rozgłośniach radiowych? Odpowiedź na to pytanie będzie o tyle niepełna, że moje upodobania muzyczne nie należą do typowych i znać w nich nade wszystko obecność klasyki (nie używam terminu "muzyka poważna"), a co za tym idzie słucham stacji radiowych spokrewnionych niejako z drugim programem Polskiego Radia. We Francji jest to "France Musique", w Niemczech - NDR Kultur lub Klassik Radio, w Hiszpanii - RN Clasica, w Holandii - Classic FM, Radio Klara w Belgii, RAI 3 we Włoszech (słabiutki zasięg) i BBC Radio 3 w Anglii. Wyjątkiem w tym towarzystwie jest włoskie, emitowane z Asyżu, choć dobrze słyszane w Rzymie Radio Suby, które muzyki klasycznej nie gra.
Wypowiadam się zatem w oparciu o moje osobiste, radiowe doświadczenia muzyczne, jakich nabyłem podróżując od trzech lat po Europie.
Otóż numerem jeden, czego należałoby się spodziewać, jest Szopen, którego opera omnia pojawia się praktycznie w każdej rozgłośni nadającej muzykę klasyczną (w tym miejscu mała dygresja: bez wątpienia najczęściej prezentowanym "klasykiem" jest w Europie Zachodniej Jan Sebastian Bach).
Oprócz Szopena zdarzało mi się i to nie tak rzadko posłuchać Moniuszki, Kurpińskiego, Pendereckiego, Lutosławskiego, Bacewicz i Wieniawskiego. Ot, na ten przykład usłyszałem "Legendę" tego ostatniego z wymienionych kompozytora...



Rzecz ciekawa, że w Anglii lubującej się w muzyce dawnej, celtyckiej, angielskich, szkockich i irlandzkich balladach, spora popularnością cieszy się polska muzyka "folk". Nic też dziwnego, że mogłem usłyszeć świetną, grającą tradycyjną, aczkolwiek w sposób artystycznie przetworzony dostosowaną do "uszu" współczesnych miłośników muzyki ludowej "Kapelę ze wsi Warszawa".
Poniżej jedna z ich propozycji muzycznych nagrana w szwedzkim Umeå, mieście, które, nota bene, odwiedziłem.



I na koniec posłużę się "wyjątkiem od reguły". W jednym z postów przed dwoma z odkładem laty usłyszałem w Radio Suby we Włoszech Annę Marię Jopek w przepięknym wykonaniu piosenki Jerzego Wadowskiego i Jeremiego Przybory "Na całej połaci śnieg". Ośmielam się udostępnić tę piosenkę z dedykacją dla tych, którzy w długi majowy weekend wybierają się na narty do Zakopanego i okolic. :-)



[25.06.2017, Dobrzelin]

24 kwietnia 2017

PERYFERIE (fragment 13 rozdziału)

W pewnej chwili zauważalny jest brak i zaczyna doskwierać samotność. 
Katarzyna i ja błąkamy się po pustych pomieszczeniach naszego mieszkania, kładziemy się spać o dziwnych porach, raz wcześniej, innym razem zarywając pół nocy, zagłębiamy się w świeżą, wykrochmaloną pościel wspólnego, zbyt wielkiego dla nas dwojga łoża, odbywamy w nim rytualny taniec godowy przebrzmiałej młodości, zaspokojeni choć strudzeni bardziej niż dawnymi czasy podróżą do, na szczęście, nieutraconego raju, leżymy długo obok siebie w ręcznikach kąpielowych narzuconych na biodra przy otwartych oknach nocy, nie dosypiamy do świtu, losując na kogo tym razem przypada kolej w zrobieniu herbaty, a może i przyniesieniu ciasteczek, mimo tego iż wiemy, że o tej porze objadanie się słodyczami nie jest zdrowe ani dla niej, ani dla mnie, ale cudownie straconą energię należy odbudować przy okazji uzupełniania płynów, a ja czasami decyduję się zajrzeć do lodówki, aby wyciągnąć z niej byle jaki kawałek wędliny, co jest już niemal przestępstwem i tak mija nam czas na tej niezapowiedzianej uczcie, potem kąpiel, ale nie wspólna tak jak dawniej; właściwie to nie wiem, dlaczego kąpiemy się oddzielnie, a po prysznicu kiedy za oknem pierwszy haust przedświtu budzi słowiki w pobliskim parku nareszcie nasze oczy układają się do snu, ale jeszcze przedtem żegnają się z sobą wargi, tylko one, bo nasze ciała w dalszym ciągu dostosowują kształty ud, bioder, pleców i torsu, domagając się dla siebie dotyku ciepła i miękkości, bo nie ma nic gorszego nad przebudzenie się w dreszczach gęsiej skórki, a ciała nas, małżonków przecież nagie z powodu braku córki, cholernego braku córki… o której zadzwoni?
Katarzyna przypomniała sobie, że Agnieszka przedwczoraj zadzwoniła jeszcze z drogi, a potem dwa razy, ostatni przed dwudziestą drugą; wczoraj dwa razy, choć po raz pierwszy dopiero w samo południe; jak będzie dzisiaj? Nie domaga się wprawdzie częstych telefonów, ale w końcu jest matką i powinna wiedzieć, co porabia córka, czy przypadkiem coś jej się nie stało; musi to wiedzieć, pomimo tego, że Jarek oficjalnie zapraszając Agnieszkę na wyprawę w góry solennie obiecywał, że córeczka będzie pod więcej niż doskonałą opieką i absolutnie nie trzeba się o nią martwić, a Katarzyna ponieważ jest matką i tak się martwi, a ja, no co ja mogę zrobić w takim przypadku, ja uspokajam, a potem, po telefonie od córki mówię: widzisz, a nie mówiłem, co wcale nie zamyka tematu troski mojej żony o Agnieszkę.
Katarzyna w biznesie, jaki prowadzi, nie stroni od ryzykownych posunięć, natomiast wobec córki postępuje w sposób bardziej zachowawczy i nie sądzę, aby miało to się zmienić kiedykolwiek, nawet jeśli Agnieszka zdecyduje się na poważnie związać z Jarkiem, który naprawdę, jak się nam obojgu wydaje, ma dobrze poukładane w głowie.
Nie nastawiałem się na wizytę chłopaka Agniechy, nic podobnego nie miało miejsca; byłem wprawdzie ciekaw, co takiego drzemie w młodzieńcu, który spodobał się mojej córce, ale nie miałem zamiaru oceniać go przy pierwszym spotkaniu. To, że wręczył Katarzynie bukiet ślicznych pąsowych róż, a mnie buteleczkę wody po goleniu o zapachu whisky, której zwykle używam (teraz wiem, dlaczego dzień wcześniej Agnieszka zwróciła mi uwagę, że kończy mi się woda po goleniu) bardzo dobrze o nim świadczy, choć podejrzewam, że Agnieszka maczała w tym palce, ale i podczas całego spotkania z nami zachowywał się poprawnie, z lekką dozą skrępowania, co przyjęliśmy ze zrozumieniem, a nawet z niejaką satysfakcją, bo taka lekka nutka nieśmiałości u młodego mężczyzny nie oznacza słabości, jest raczej symptomem dobrego wychowania. No i w końcu rozmowa z nim przebiegała w tonie zachęcającym; nie było w niej śladu zażenowania z jego strony, to raczej my, ja i Katarzyna staraliśmy się wyeliminować sztuczność w pytaniach, na które odpowiadał spontanicznie, nierzadko z humorem i dystansem wobec siebie.
(...)

[16. 04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

NABISTA SÉRUSIER

Nabizm (albo neo-tradycjonizm - ta definicja pojawiła się w artykule - manifeście nabizmu, zamieszczonym w piśmie „Sztuka i Krytyka”) to awangardowy kierunek w sztuce, trwający stosunkowo krótko, bo przypadający od 1894 do 1901 i powstały we Francji. Jego inicjatorem był francuski malarz Paul Sérusier. 
Nabiści utrzymywali, że w sztuce rzeczywistość ulega podwójnej deformacji: subiektywnej - wynikającej z indywidualnych uczuć twórcy i obiektywnej - łączącej w sobie poszukiwania artystyczne. Dla nabistów inspiracją były obrazy m.in. Lautreca, Gauguina i Moreau, a w swojej twórczości nawiązywali też do symbolizmu. Cechą malarstwa nabistów jest jego koloryt, nierzadko wyrażający się w użyciu stonowanej barwy, swoista płaskość nanoszonych kolorów, wyraźny kontur, a w treści ich dzieła nawiązywały częstokroć do symboliki religijnej oraz pejzażu, małomiasteczkowego, wiejskiego, związanego z naturą. Częstokroć, jak u Gauguina, przedstawiana przez nabistów natura w swojej kolorystyce nie odpowiada rzeczywistości. Jest albo barwniejsza, innym razem znów szarości, brązy i ciemne błękity pogrążają oglądającego płótna nabistów w melancholii.
Postaci ludzkie przedstawiane na portretach, bądź też ukazywane w scenach rodzajowych nie są z zasady piękne; ciążą ku wolnemu od upiększeń naturalizmowi właściwemu malarstwu akademickiemu.  Najbardziej znanymi malarzami związanymi z ruchem nabistycznym byli:
Paul Sérusier, Pierre Bonnard, Édouard Vuillard i Félix Vallotton.


"Bretonki" - Paul Sérusier. Obraz ten przywodzi na myśl twórczość Gauguina, a konkretnie jest niejako połaczeniem "wczesnego" i "późnego" Gauguina.


Miłośnik polinezyjskiego okresu twórczości Paula Gauguina zapewne zwróci uwagę, że obu artystów łączyła pełna symboliki baśniowość przedstawianych treści, co daje się zauważyć w "Celtyckiej baśni" Paul Sérusier.


Niebieski, nierzeczywisty las. "Los Nabis y Pont Aven".


"Ulewa" - wypłaszczona barwa, wyraźna linia konturów, postać kobiety zdająca się płynąć ulicą / placem miasteczka, zapewne gdzieś w Bretanii.



I wreszcie trochę jasnej barwy, z wyraźną linią podziału (żółci od zieleni) - "Praczki z Bellangenet"

[24.04.2017, Dobrzelin]

23 kwietnia 2017

SMRÓD I ESTETYKA

Pomyślałem sobie, że powinienem zamieścić w kawiarence tekst krakowskiego radnego Łukasza Wantucha, którego wprawdzie nie znam osobiście (niewielka to dla mnie strata), lecz poprzez ten wpis, jaki poczynił był na fejsbuku, wydaje mi się, że go dobrze poznałem.
Poznałem go jako obywatela docenionego onegdaj przez społeczność podwawelskiego grodu, radnego o wybitnym poczuciu estetyki, połączonej z miłością do ukochanego miasta, które i dla piszącego te słowa nie jest obojętne, by nie powiedzieć równie ukochane.
Ów zmysł estetyczny nie pozwala panu radnemu godzić się na to, aby w przestrzeni publicznej Krakowa, a ściślej na Plantach, karmiono ciepłą zupą obywateli biednych, bezdomnych, nierzadko podchmielonych i (zatknijmy teraz nos) śmierdzących, czym zakłócają oni, ci obywatele niższej klasy, estetyczną wizję miasta polskich królów prezentowaną przez pana radnego.
Nie będę "wystąpienia" pana Wantucha komentował - wystarczy mi to, co w mojej głowie po przeczytaniu jego tekstu pozostało (i pewnie na długo pozostanie). Odniosę się natomiast do końcowej części wypowiedzi pana radnego, w której ten czcigodny esteta nie życzy sobie niepochlebnych a pełnych złośliwej zajadłości, jak się domyślam, komentarzy pod jego publicznym wystąpieniem.
Otóż i uważam, że każda publiczna osoba, wypowiadając czy pisząc głupstwa i androny, powinna się pogodzić z tym, że Polacy nie Wantuchy i swój rozum mają, a i mózgowie częstokroć pojemniejsze, a zatem słusznym byłoby, gdyby pan radny skorzystał z nauk ludzi mądrzejszych od siebie, nawet jeśli miałby być przy okazji za niedorzeczności swoje przykładnie skarcony.
Skoro jednak pan rajca miejski woli kasować nieprzychylne jego wypowiedzi komentarze, co przypisuję nawet nie złej woli, a raczej upatruję przyczyn tej frustracji w braku ogłady, która w połączeniu z niezbyt lotnym umysłem wiele "wizerunkowego" zła uczynić może; pożyczę panu, aby miast przyglądać się i "przywąchiwać" podlejszej grupie obywateli, odwrócił się do nich odwłokiem i pogrążył w kontemplacji piękna najsławniejszego z polskich grodów.
Poniżej, bez jakichkolwiek skreśleń i poprawek, zamieszczam pana posła Wantucha elaborat.
Zupa na Plantach Ponad tydzień wahałem się, czy napisać tego posta, gdyż boję się jak zostaną odebrane moje słowa. Czy nie wyjdę na potwora bez serca? Albo czy komentarze zwolenników mojego poglądu nie pogrążą mnie jeszcze bardziej.
Zupa na Plantach to akcja prowadzona przez Błażej Strzelczyk oraz grupę 150 osób i polega na rozdawaniu bezdomnym jedzenia na krakowskich Plantach.
Widzimy ich codziennie przechodząc przez Planty- bezdomni. Czy przechodząc koło nich myślimy o ich losie, problemach, dlaczego są bezdomni? Chciałbym tak myśleć, ale nie potrafię.
Wiem, że to zabrzmi okropnie, ale czy TA AKCJA MUSI BYĆ PROWADZONA NA PLANTACH? Jest tyle parków w Krakowie, a rozdając jedzenie na Plantach przyciągamy bezdomnych (napisałem „ich” ale skasowałem) z innych części miasta. Albo może nawet z innych części Małopolski czy nawet południa Polski. Tu jest moim zdaniem największy problem. Czy nie lepiej wyznaczyć odpowiednie miejsce („oczywiście” jak najdalej do centrum) i tam rozdawać jedzenie?
Wiem, że jestem potworem. Nieczułym człowiekiem bez serca. Ale jestem też krakusem i zależy mi na naszym mieście. Chciałbym, żeby Planty były pięknym miejscem, które może być naszą dumą. Ozdobą, którą pokazujemy znajomym i turystom. A teraz Planty pełne są śpiących, pijanych, brudnych i śmierdzących osób a rozdawanie jedzenia w tym miejscu przyciąga „ich” jeszcze więcej. Co z „nimi” zrobić? Nie wiem ale powtórzę jeszcze raz pytanie- czy to muszą być Planty? Wiem, że to zabrzmi śmiesznie, ale naprawdę podziwiam, to co robi Błażej. Ja bym tak nie potrafił.
Nie życzę sobie żadnych komentarzy pod tym postem w stylu „Najlepiej to byłoby ich wszystkich….” – będę je kasował od razu. Jestem w stanie tolerować wyzwiska od potworów i podobne, gdyż na nie zasługuję.
Ale czy jestem jedyną osobą w naszym mieście, która myśli w ten sposób?

[23.04.2017, Dobrzelin]

22 kwietnia 2017

Z CHAŁUPY

1.
Obserwuję na sobie ciekawe zjawisko - przestaję reagować na politykę, zaczynam ignorować telewizyjne stacje informacyjne. Już nie będzie mnie złościć PIS-owska regionalna trójka, proplatformiane TVN24, POLSAT, SUPERSTACJA, Jedynka, Dwójka i inne. Wymazuję ten cały chłam z pamięci, starając się zapamiętać jedynie te kanały, na które od czasu do czasu zerkam. Oczywiście nie uniknie się zerknięcia na jakieś tam wiadomości z kraju i ze świata (ciekawe, że jedni prawią, iż sytuacja, ta w kraju, zmierza we właściwym kierunku; a na innej stacji gadają coś zgoła przeciwnego, z czego wynika, że należałoby nie ufać ani jednym, ani drugim doniesieniom, a przyjmować własną wersję, zbliżoną do horacjańskiego środka) - tak precyzyjnie nie operuję pilotem, natomiast świadomie na wiadomości telewizora nie przełączam.
Podobne objawy choroby antypropagandowej występują u mnie przy penetracji wiadomości internetowych. Okazuje się bowiem, że wystarcza mi przeczytanie tytułu napisanego grubą czcionką, aby nie zaglądać do „merytorycznej” treści artykułu. No bo wyobraźmy sobie, że tytułowym bohaterem newsa jest pan Macierewicz albo jaka inna cholera… toż przecież nie potrzeba wczytywać się dalej, ba, nawet się czytać nie powinno, aby poziomu swojej umysłowości (a, tak, niech będzie, że się bezczelnie cenię w tej materii) nie obniżać.
2.
Zjechałem do chałupy akurat w czasie trwania mistrzostw świata w snookerze… i bardzo dobrze, bo oprócz siatkówki i do pewnego stopnia lekkiej atletyki i kolarstwa (widoki, krajobrazy  ) snooker to moja pasja z punktu widzenia telewizyjnego widza, a jeśli zdarza mi się obejrzeć w akcji Ronniego O’Sulivana, to przyjemność w oglądaniu „wbić”, „odstawnych”, „kanonów” i „wózków” proporcjonalnie wzrasta. I sam się sobie dziwię, dlaczegóż to inne sporty, w tym piłka nożna, mnie nie bawią. Chciałbym wierzyć, że nie jest to oznaką starości.
3.
Niestety po powrocie do kraju nie istnieje problem wiosennych słonecznych kąpieli, spacerów i tym podobnych bzdur, a to z tej racji, że Pani Wiosny nie ma. Zatem mnóstwo wolnego czasu spędzam w domu, obijając się po trosze, ale bez przesady, bo w domku zawsze coś można wynaleźć do zrobienia. Natomiast odbyłem konieczna wizytę w miejskiej bibliotece, zaopatrując się w książki, które wezmę w kolejną, zagraniczną podróż.
Zacząłem właśnie czytać „Dzień oszusta” Iredyńskiego i muszę powiedzieć, że lektura tego dłuższego opowiadania mnie nie zachwyca. Nawet pójdę dalej w swym malkontenctwie i powiem, panie Ireneuszu, że chyba ja, ten przydrożny pismak, rozpisuję się ciekawiej od Pana (przynajmniej dotyczy to owego „Dnia oszusta”), no ale każdy ma swój gust, z którym nie warto dyskutować… może chociażby „Manipulacja” tegoż autora spodoba mi się bardziej… zobaczymy; jak na razie trenuję cierpliwość.

[22.04.2017, Dobrzelin]

21 kwietnia 2017

LANY PONIEDZIAŁEK

Poniedziałek wielkanocny, czterdziesty drugi dzień w trasie, dziesiąty dzień w „domu” jako „bezrobotny” kierowca, zapasy na wyczerpaniu; oczekuję na kurs do kraju, kiedy? nie wiem. Pogoda od tygodnia fatalna: zimno, wietrznie, dzisiaj do tego mżawka. Dowiaduje się, że spod Liverpoolu jutro ładuje się autko do kraju. Czeka na nie Witalij, więc może tym razem w końcu i mnie się uda wrócić do Polski. Na razie czekam, ucząc się cierpliwości.
Pomyślałem sobie, że przydałoby się w tym roku, ale może w następnym pojechać do Białorusi, szlakiem Mickiewicza… takie małe, niedrogie marzenie.
Trawię „W stronę Swanna” Prousta. Trochę mi jeszcze zostało, dokończę w Polsce, bo chyba w końcu tam dojadę. Dopisuję dwunasty rozdział „Peryferii”. Piszę powoli. Paradoksalnie, kiedy ma się wolnego czasu aż w nadmiarze, wtedy nie piszę więcej i szybciej - wręcz przeciwnie.
Na święta zostało w domu czterech polskich kierowców i jeden ukraiński. Oprócz mnie są: duży Jacek, Jurek, Sebastian i Ukrainiec Witalij. Przyjechał też nasz szef Marcin. Sebastian w czerwcu bierze ślub z Ukrainką, a Witalij gdy tylko dostanie wojewódzką wizę na rok pewnie zmieni pracę i pojedzie do Hiszpanii, Murcji, aby popracować w pomarańczowo-mandarynkowym sadzie. Wielkich pieniędzy nie zarobi, ale mu wystarczy. Nikt go nie będzie gonił; popracuje od siódmej do czternastej i kwita. Później się nie da, bo w Murcji popołudniowe upały sięgają czterdziestu stopni. A ja myślę o tej wyprawie na Białoruś i o tegorocznym urlopie, pewnie parę dni w górach jak się uda. Chociaż… właściwie to nie powinienem był sporządzać żadnych planów… nie warto.

[17.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

SIERGIEJ

Z Siergiejem, lat 34, przegadaliśmy niemal całą noc. Pochodzi z Czernichowa, choć obecnie mieszka w Iwano-Frankowsku, dokąd przeprowadził się z żoną i dwoma synami, także dlatego, że w Czernichowie nie mógł znaleźć pracy jako kierowca. Dawniej pracował jako taksówkarz (za Kuczmy), potem był kierowcą autobusu. Za Kuczmy mógł zarobić na siebie i rodzinę; później było znacznie gorzej. Od rządów Juszczenki rozpoczął się upadek Ukrainy - opowiada - z odczuwalną poprawą za Janukowicza, a potem przyszedł skorumpowany Jaceniuk i teraz Poroszenko, który zadłuża kraj i odwracając uwagę od korupcji, która na Ukrainie osiągnęła niewyobrażalne rozmiary, wysyła młodych Ukraińców na wojnę w Donbasie ze trzysta euro na głowę dla żołnierza.
W jego rodzinnej Bukowinie obserwuje drastyczną wycinkę lasów. Po kilka pociągów z drzewem codziennie wyjeżdża z miejsc, skąd pozyskuje się ten surowiec, i opuszcza Ukrainę, bo na drewno jest zbyt i Europa dobrze płaci. Nie sadzi się nowych drzew; nikt o tym nie myśli, bo i po co. Trzeba przecież zarobić, bo zmieni się władza i ta, która obecnie rządzi musi do maksimum wykorzystać czas swojej kadencji.
Sergiej rozumuje w kategoriach ekologicznych: nie wolno tak robić, bezrozumna wycinka drzew to grzech wobec Boga i natury, jaką stworzył, ale chciwość ludzka nie zna granic i nie liczy się z niczym.
W Czernichowie, w szkole, do której chodzili jego synowie, jej dyrektor uzależnia przyjęcie uczniów od tego, czy rodzice dadzą pieniądze na wyremontowanie klasy. „Remontowe” pieniądze pozwalają dyrektorowi na kupno co trzy lata nowego samochodu. Kto z rodziców nie płaci - ich dziecko won ze szkoły. Przyjmowanie przez nauczycielki prezentu w postaci złotego naszyjnika to nic niezwykłego, a jest zachętą do dawania kolejnych podarunków. 
W Iwano-Frankowsku, dokąd się przeniósł za pracą, a także z tego powodu, aby nie sponsorować nowych samochodów dyrektora szkoły jest znacznie lepiej. Był zdziwiony, że tamtejszy dyrektor nie żąda od niego haraczu. Popiera go za dyscyplinę jaką wprowadza w szkole, nie pozwalając uczniom palić papierosów.
Siergiej sam nie pije i nie pali. Oburzają go ludzie nadużywający alkoholu. Nie może znieść tego, że zdarzają się sytuacje, w których niektórzy pracujący w Polsce Ukraińcy przychodzą do pracy pijani. Tłumaczy, że obniżają oni autorytet Ukraińców i Polacy zdają się wtedy myśleć, że każdy Ukrainiec to pijak.
Dziadek Siergieja ze strony ojca (92 lata) jest Polakiem; ze strony matki - Rosjaninem, ale w jego żyłach płynie również krew rumuńska.
Siergiej chce się osiedlić w Polsce. Jego polski dziadek w 1939 roku, w wieku 14 lat został aresztowany przez hitlerowców w Bielsku Podlaskim, gdzie mieszkał z rodziną. Wojenne koleje losu rzuciły go do Czernichowa, gdzie pozostał, ożenił się, a teraz dożywa sędziwego wieku, marząc o tym, aby dane mu było kiedyś odwiedzić swoje rodzinne miasto i rodzinę mieszkającą w Białymstoku.
Siergiej przypuszcza, że dziadek jest na tyle schorowany, że nie przeżyłby podróży, natomiast sam jest zdeterminowany do przyjazdu do Polski i osiedlenia się w niej na zawsze. Musi jeszcze wydobyć z kościoła w Bielsku Podlaskim oryginał aktu urodzenia dziadka, co jest niezbędne dla uzyskania karty stałego pobytu w Polsce. 
Wyczuwam w nim zadziwiające podobieństwo poglądów na tematy związane z gospodarką, rządzeniem krajem, a nawet geopolityką. Dostrzega współzależność korupcji od polityki i wielkiego kapitału, wojen światowych od rywalizacji dwóch światowych mocarstw. Podobnie jak ja uważa, że zwykły człowiek, Polak czy Ukrainiec bywa wmieszany w wielką politykę nie z własnej woli i wykorzystuje się go do wrzucania właściwej kartki urny wyborczej. Mówi, że zwykły człowiek - mając na myśli Ukraińców - chce mieć  pracę, mieszkanie i rodzinę, którą chciałby i powinien móc utrzymać - to wszystko.
Spostrzegam w jego poglądach cechę właściwą ludziom zza wschodniej granicy. Jest nią świadomość nieuchronności historii połączona z pogodzeniem się z losem, na którego kaprysy prosty obywatel nie ma wpływu. Ukraina, potwornie dzisiaj zadłużona od czasów pomarańczowej rewolucji i współrządzenia Juszczenki z Tymoszenko, już się nie podniesie - prorokuje. Owszem, chciałby zmian, nie bardzo w nie wierzy, ale ostatnią szansę dla swego kraju upatruje w tym, że na czele państwa stanie polityk akceptowany przez Putina. Putin nie jest wprawdzie jego bohaterem, ale przynajmniej wtedy w Donbasie zapanuje pokój i „młode mięso armatnie” nie będzie już zasilało armii w walce z pobratymcami ze wschodu. W końcu - mówi - przez lata „Sojuzu” narodowości w byłym ZSRR wymieszały się tak bardzo, że nie powinno być alternatywy dla pokoju między nimi. Szczucie na Ukraińców czy Rosjan tych ze wschodu jedynie gmatwa sytuację i tuszuje przekręty władzy, która, co najgorsze, szermuje patriotycznymi hasłami; sama zaś zbija majątek na lewych interesach.
Siergiej jest religijny, chociaż nie wynika to z deklaracji, jakie składa w rozmowie ze mną; raczej wyczuwam tę religijność z kontekstu zdań jakie wypowiada. Nie jeździł, jak się domyślam, zbyt wiele po Francji, bo wydaje się być zaskoczony, że „Francuzi nie świętują ‘Paschu’?” Odpowiadam pokrętnie, że we Francji jest bardzo wiele pięknych kościołów, najczęściej zamkniętych, a w czas nielicznych mszy pustych. 
- Myślałem, że to tylko u nas niedawnymi przecież laty walczono z religią - zdumiewa się, a ja zaraz dodaję, że na przykład u nas w Polsce za „komuny” pobudowano wiele nowych kościołów.
Siergiej nie rozumie tego, że kościoły mogą być puste. Skąd to się wzięło we Francji. Aha, zaczęło to się w czasach francuskiej rewolucji.
- To jak tak można bez Boga? - zadaje pytanie. - A co jest tu? - dotyka dłonią piersi po lewej stronie.
Siergiej wyjeżdża o jedenastej, aby zmienić się z Jurkiem, powracającym z Anglii „na pusto”. Wymieniamy numery telefonów i składamy sobie życzenia świąteczne.
Życzę mu, aby osiadł na stałe w Polsce.

[15.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 


NOCĄ

Budzę się około drugiej w nocy. Powróciło do normy to moje nocne krzątanie, biologiczny zegar ponownie przestawiony; funkcjonuje w oparciu o czas wyznaczony przez fazy księżyca, a ten dzisiaj, trzynastego w pełni.
Powrócił z Zamudio Roman, mój partner z początku trasy. Tak jakoś zrobiło mi się od razu raźniej, ale nie mamy zbyt wiele czasu na rozmowę, bo on po przebyciu tych prawie 1400 kilometrów musi być zmęczony i po szybkiej kąpieli kładzie się spać. Inny Ukrainiec z mojego pokoju, Witalij o trzeciej (oczywiście nie śpię jeszcze) podjechał pod Carrefour, aby zmienić Jurka, który powraca o tej porze z Anglii. Jedzie do Zamudio i święta spędzi w Hiszpanii, a ja prawdopodobnie tutaj, w Campigneulles (możliwa jest również angielska wersja świąt). Witia ugotował sobie przed odjazdem kaszę z jakimś mięsem; część zjadł, a resztę zostawił sobie na trasę. Ale najciekawsze jest to, że zagotował w blaszanym garnuszku herbatę; nie zaparzył, a właśnie zagotował, konkretnie cztery torebki włożył do wrzątku i zagotował. Tłumaczy, że taka herbata na drogę jest na tyle mocna, że nie pozwoli mu zasnąć przy kierownicy. Muszę spróbować tego wynalazku.
Trzecia dwadzieścia pięć. Przyjechał Jurek. Dziwi się, że jeszcze nie pojechałem do kraju. Dla Jurka, który miał zaplanowane pozostanie za granicą podczas świąt była to chyba ostatnia „wycieczka” do Anglii. Witalij z kolei ma rozładunek w Hiszpanii na wtorek po świętach, a zatem Wielkanoc spędzi gdzieś po drodze.
Zapowiadają się chłodne święta. O kaprysach pogody w kraju dowiaduję się drogą telefoniczną od siostry. Tutaj we Francji, nad Kanałem też się ochłodziło. Nie ma mowy o opalaniu. W nocy, podczas pełni, wieje zimny, przenikliwy wiatr, przyprowadzając bure, na szczęście jeszcze niezwarte chmury; na wyższej wysokości pojawiają się stratocumulusy, które zapowiadają deszcz, ale czy tak się stanie - nie mam pojęcia; w Polsce oznaczałyby one opady deszczu za 12-16 godzin.
Próbuję pisać. Nabazgrałem około stu stron „Peryferii” i zatrzymałem się jak sparaliżowany w jednej trzeciej jedenastego rozdziału. Może skrobnę jeszcze parę stron przed zaśnięciem.
Mam jeszcze do dokończenia dwa opowiadanka: jedno zaczęte jeszcze 11 marca w Coventry; drugie podjęte niedawno, 9 kwietnia. Trudno powiedzieć, czy je zakończę. To w sumie dziwne, bo mam tyle wolnego czasu, który mógłbym spożytkować na pisanie, ale najwidoczniej nie przekłada się on na „apetyt na pisanie”.
Nareszcie wypogodziło się niebo i uciszył się wiatr. Jest w pół do piątej nad ranem.

[13.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

ZNUŻENIE

Wkroczyłem w szósty tydzień pobytu za granicą, a zatem pochwyciło mnie w szpony znużenie, to zrozumiałe. Co gorsza, chyba nie ma szans na to, aby pojawić się w kraju na święta, a dodatkowo ugrzęzłem w „domu” od sobotniego wczesnego ranka, co oznacza, że jest to już mój piąty dzień, od kiedy jestem na „płatnym bezrobociu”.
Ale chyba najgorsze jest to, że zatraciłem chęć pisania.

[12.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

20 kwietnia 2017

ŚWIATŁOCIEŃ

Nie jest tajemnicą, że w malarstwie portretowym, rodzajowym, utrzymanym w konwencji realistycznej, jednym z wyznaczników artyzmu jawi się umiejętność, by się posłużyć biblijnym zapożyczeniem, oddzielenia światła od ciemności, ale także przenikania się światła i cienia. Obrazy tworzone w tym specyficznym klimacie pełnym tajemnicy, grozy, innym znów razem charakteryzujące się dostojeństwem i powagą, uwypuklają przestrzeń, dodają jej głębi i zwykle dostarczają odbiorcy pełnej skupienia refleksji.
Dla przypomnienia, jak i też w pewnym stopniu dla porównania technik stosowanych dla ukazania efektów koegzystencji barw jasnych i wypełnionych mrokiem, aż do czerni, wybrałem prace czterech mistrzów światłocienia.
Poniżej jedno z najbardziej znanych płócien Rembrandta Van Rijna - „Medytujący filozof”, w którym światłość umysłu kontrastuje z ciemnością właściwą pustelni.


Kolejnym przykładem doskonałości w przeciwstawieniu światła ciemności jest obraz Caravaggia - „Powołanie św. Mateusza”. U tego artysty zazwyczaj ów kontrast jest silniejszy, co wzmacnia dynamikę przedstawianych postaci. Naturalne światło dnia wkracza zdecydowanie w przestrzeń mieszkalną, oświetlając skierowane ku temu światłu twarze osób siedzących przy stole.


Następna perełka światłocienia to obraz Georgesa de La Toura - „Magdalena z dymiącym płomieniem świecy”. Źródłem światła jest w tym przypadku płomień świecy, a zapatrzona weń kobieta zdaje się rozmyślać o sprawach z pogranicza doczesności i śmierci. W tym genialnie kontemplacyjnym dziele kontrast pomiędzy światłem a mrokiem zdaje się zatrzymywać czas, zaś zestawienie takich rekwizytów jak czaszka, sznur, który może służyć do zaciśnięcia szyi skazanej oraz rozdwajająca się smuga dymu płonącej świecy pogłębiają nastrój wywołany zastosowaniem przez artystę kłócących się z sobą kolorów.
Do de La Toura, malarza francuskiego przylgnęło zresztą miano „malarza ciemności”. Nie ukrywam, że poniższy obraz jest jednym z moich ulubionych.


Na koniec Paul Rubens i jeden z jego mniej znanych obrazów - „Nocna scena ze starą kobietą”. W przypadku tego dzieła znów mamy do czynienia ze światłem palącej się świecy, której blask po częściowo powstrzymywany jest trzymaną nad ogniem dłonią starej kobiety. Pomimo tego dolne części twarzy obu kobiet jaśnieją w blasku źródła światła; górne części twarzy, od policzków poprzez nos, az po czoła kreślone są ciemniejszym kolorem cielistego brązu. Zastosowanie techniki światłocienia uwypukla z kolei zmarszczki na czole starszej z kobiet, a włosy obu pań, pogrążone w ciemności, upodobniają się do ciemnego, niemal czarnego tła. Zaiste, piękny to obraz; czuć w nim mistrzostwo.  


[20.04.2017, Dobrzelin]

19 kwietnia 2017

ZJAZD

1.
Późnym popołudniem w drugi dzień świąt dowiaduję się od swojego szefa, Marcina, który przyjechał na Wielkanoc do „domu”, abym szykował się do wyjazdu do kraju. Spod Rouen podjeżdża właśnie autko do Polski, „na pusto”, bo ukraiński kierowca, Roman, ale nie ten, z którym wyjeżdżałem z Polski, lecz dwudziestojednoletni chłopak, bokser i kombajnista w swym kraju, a obecnie student musi wrócić na sesje egzaminacyjną. Dostał zezwolenie powrotu, a więc aby upiec dwie pieczenie na raz, zabieramy się obaj, czyli miałem farta.
Prysznic, golenie się, szybki obiadek na sucho i jestem gotów. Szef, który ma internet w swoim laptopie i komórce zgłasza mój zjazd i po trzydziestu minutach pakuję swoje rzeczy do „kurnika”.
Widząc, że Roman - bokser tęgo ziewa, przejmuję od niego kierownicę i jedziemy przez Lens, Lille, Antwerpię, Venlo, a potem Niemcy - Duisburg w stronę Kassel. Pod Kassel na rasthofie (zajazd ze stacją paliw, zwykle nie bezpośrednio przy autostradzie) czeka kolejny Ukrainiec (zapomniałem jego imienia), pochodzący z tej samej wioski, co Roman - bokser. Obaj przyjechali z Ukrainy do Polski i obaj odjeżdżają z powrotem. Później na jakieś 400 kilometrów oddaję Romanowi kierownicę, a sam zasypiam na jakieś półtorej godziny - wystarczy, a potem jadę sam; Roman wsiada do autka swego kolegi - niech sobie pogadają.
Przed Kassel w Niemczech zima: pada śnieg i zalega na poboczu autostrady przy niewielkim mrozie; później mgła, deszcz, a po przekroczeniu granicy z Polską znów mgła i zimny północno-wschodni wiatr. I tak dojeżdżamy do bazy, skąd do domu mam już mniej niż godzinę jazdy.
 2.
I w ten sposób zakończyła się moja kolejna trasa, w nowej firmie (szóstej w przeciągu trzech lat; krnąbrny charakter, czy jak?). Podsumowanie wychodzi jednak na korzyść tego ostatniego kursu, chociaż przebywałem poza krajem dwa tygodnie ponad ustalony na początku termin. Minusem, o czym już pisałem, był brak dostępu do internetu, skutkiem czego pozbawiony byłem lirycznych informacji z ubóstwianej przeze mnie sceny politycznej.
Muszę przyznać szczerze (proszę nie rozpowiadać o tym), że nie przemęczyłem się zbytnio podczas niedawno skończonej podróży, na co niebagatelny wpływ miał pobyt w „domu”, gdzie na warunki transportowego życia nie narzekałem, a wręcz przeciwnie. 
Istotną odmianą na plus było również to, że nareszcie jestem w pełni usatysfakcjonowany finansowym podsumowaniem tej ostatniej podróży i to do tego stopnia, że w mojej wymagającej ostrzyżenia głowie pojawiła się myśl taka, iż na tę kasę nie zasłużyłem sobie (ha, wychodzi na to, że ja to chyba muszę być z czegoś tam niezadowolony).
3.
Podczas kursu popisałem sobie, oj popisałem. Zostały mi do upublicznienia trzy teksty i dwa niedokończone, do których może i wrócę. Popchnąłem też naprzód moje „Peryferie” (już chyba nie zmienię tytułu tej swojej, powiedzmy, powieści). Skończyłem już dwanaście rozdziałów (o tyle łatwiej i szybciej to szło, gdyż wcześniej zamieszczałem na blogu obszerne fragmenty ówczesnej „Prowincji” i należało tu coś dodać, tam ująć, gdzie indziej przeredagować), trzynasty jest pisany, chociaż znajduję się tak mniej więcej w jednej trzeciej całości i wcześniej niż do końca czerwca nie spodziewam się ukończyć tej książeczki. A później… się zobaczy: przeredaguję cały tekst, posprawdzam, przeczytam ze dwa, trzy razy na spokojnie i jak się nie spodoba, powędruje do tak zwanej pamięci bezpowrotnej, sąsiadując z kilkoma wcześniejszymi próbkami; jeśli natomiast po najdokładniejszym z do dokładnych przeczytaniu nie rozboli mnie głowa, to wtedy… to wtedy nie wiem jeszcze, co zrobię.
Zastanawiałem się nad tym, czy „Peryferie” wklejać bezpośrednio do kawiarenki, ale w porę zrezygnowałem z tego zamiaru, albowiem taka obfitość tekstu, nawet z podziałem na rozdziały, byłaby nie do wytrzymania, nawet dla mnie. Dlatego też pierwsze dwanaście rozdziałów umieściłem wprawdzie w kawiarence, ale w zakładce „Peryferie”, co ma tę zaletę, że mój laptopek jest już wiekowy, i, odpukać, mógłby razu pewnego zaginąć zwalczony jakimś wirusem, czy też inna paskudną awarią, a tak, będę posiadał w wirtualnej przestrzeni na razie tych dwanaście rozdziałów plus kolejne, jakie będę dopisywał.

4. 
Na zakończenie pozostawiam sobie prawdziwą rewelację ostatniej podróży i, co może dla niektórych wydawać się dziwne, że tą rewelacją nie jest Stonehenge (taka grupa całkiem sporych kamieni, ustawionych obok siebie i na sobie dawno, dawno temu, jakieś 3100 lat przed naszą erą), koło którego o rzut beretem (dosłownie) przejeżdżałem, a będzie nią oczywiście powieść Ladislava Fuksa „Wariacje na najniższej strunie”, powieść w rzeczy samej genialna.
… i już…

[19.04.2017, Dobrzelin]

WYPOŻYCZALNIA (12) ADAM MICKIEWICZ - „ŚWITEZIANKA”

Jeżeli nocną przybliżysz się dobą
I zwrócisz ku wodom lice, 
Gwiazdy nad tobą i gwiazdy pod tobą, 
I dwa obaczysz księżyce.
Prawda? Są takie słowa - wytrychy, co otwierają najbardziej zatwardziałe serce, wnikają w głąb duszy, która przecież istnieje. Zbliżmy się zatem do gładkiego lustra jeziora nocą, gdy miesiąc w pełni, to słońce nocy, najpierw w purpurze, ogromne, gorące, później srebrzyste, chłodne, z intensywnym odblaskiem naszej życiodajnej gwiazdy. I rzeczywiście ta nocna gwiazda tuż pod naszymi nogami, a nie spłosz jej, nie rozmyj jej oblicza; rozkołysze się i będzie błyskać jak pulsar morskiej latarni. Podobnież z tymi, co wiecznie migocą, kusicielki najodleglejszych pocałunków; ich świetliki również zdublowane. I dziwisz się tej niezwykłości. A nie pochylaj się zanadto, miła, bo wodne licho pojrzawszy na twoje lico, może zaciągnąć cię w zimną, gościnną, nieprzejednaną toń. 
Albo…
A gdzie przysięga? gdzie moja rada ? 
Wszak kto przysięgę naruszy, 
Ach, biada jemu, za życia biada! 
I biada jego złej duszy!

Biada i jeszcze raz biada temu, co tak jak lekką stopą stąpa po ziemi, tak beztrosko traktuje raz dane słowo. I znów czterowiersz do zapamiętania, jak fraza z Biblii, jak przykazanie, którego łamać się nie godzi.

I w końcu jeszcze jeden temat, zwieńczenie smutnej opowieści, w której poległa wierność i poszanowanie przysięgi. Skutkiem jest pokuta, którą odbywają do dzisiaj oboje: on rozpoznany przez poetę i dziewica, której czarowi uległ zapominając o przysiędze, jaką złożył… no właśnie komu? Czyliż przypadkiem dziewczę, które częstowało naszego strzelca z boru malinami i dziewicza piękność wyłaniająca się z wody Świtezi to nie ta sama istota? Czy przypadkiem nie chciała ona sprawdzić wierność hardego młodzieńca?
Ona po srebrnym pląsa jeziorze,
On pod tym jęczy modrzewiem. 
Któż jest młodzieniec? - strzelcem był w borze. 
A kto dziewczyna? - ja nie wiem.
Są wiersze, słowa, są opowieści, których przeczytać choćby raz i zapomnieć nie sposób… tak to już jest z Mickiewiczem.
……………………………………………………………
Jakiż to chłopiec piękny i młody? 
Jaka to obok dziewica? 
Brzegami sinej Świteziu wody
Idą przy świetle księżyca. 

Ona mu z kosza daje maliny, 
A on jej kwiatki do wianka; 
Pewnie kochankiem jest tej dziewczyny, 
Pewnie to jego kochanka. 

Każdą noc prawie, o jednej porze, 
Pod tym się widzą modrzewiem,
Młody jest strzelcem w tutejszym borze,
Kto jest dziewczyna? - ja nie wiem. 

Skąd przyszła? - darmo śledzić kto pragnie; 
Gdzie uszła? - nikt jej nie zbada. 
Jak mokry jaskier wchodzi na bagnie, 
Jak ognik nocny przepada. 

"Powiedz mi, piękna, luba dziewczyno -
Na co nam te tajemnice - 
Jaką przybiegłaś do mnie drożyną? 
Gdzie dom twój, gdzie są rodzice?

"Minęło lato, zżółkniały liścia 
I dżdżysta nadchodzi pora, 
Zawsze mam czekać twojego przyjścia
Na dzikich brzegach jeziora? 

"Zawszeż po kniejach jak sarna płocha, 
Jak upiór błądzisz w noc ciemną? 
Zostań się lepiej z tym, kto cię kocha,
Zostań się, o luba! ze mną.

"Chateczka moja stąd niedaleka
Po środku gęstej leszczyny; 
Jest tam dostatkiem owoców, mleka, 
Jest tam dostatkiem źwierzyny". 

"Stój, stój - odpowie - hardy młokosie, 
Pomnę, co ojciec rzekł stary: 
Słowicze wdzięki w mężczyzny głosie, 
A w sercu lisie zamiary. 

"Więcej się waszej obłudy boję, 
Niż w zmienne ufam zapały, 
Może bym prośby przyjęła twoje;
Ale czy będziesz mnie stały? 

"Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku, 
Piekielne wzywał potęgi, 
Klął się przy świętym księżyca blasku, 
Lecz czy dochowa przysięgi? 

"Dochowaj, strzelcze, to moja rada: 
Bo kto przysięgę naruszy, 
Ach, biada jemu, za życia biada! 
I biada jego złej duszy!"

To mówiąc dziewka więcej nie czeka, 
Wieniec włożyła na skronie 
I pożegnawszy strzelca z daleka, 
Na zwykłe uchodzi błonie. 

Próżno się za nią strzelec pomyka, 
Rączym wybiegom nie sprostał, 
Znikła jak lekki powiew wietrzyka, 
A on sam jeden pozostał. 

Sam został, dziką powraca drogą, 
Ziemia uchyla się grząska,
Cisza wokoło, tylko pod nogą 
Zwiędła szeleszcze gałązka. 

Idzie nad wodą, błędny krok niesie, 
Błędnymi strzela oczyma; 
Wtem wiatr zaszumiał po gęstym lesie, 
Woda się burzy i wzdyma. 

Burzy się, wzdyma, pękają tonie, 
O niesłychane zjawiska! 
Ponad srebrzyste Świtezi błonie 
Dziewicza piękność wytryska.

Jej twarz jak róży bladej zawoje, 
Skropione jutrzenki łezką; 
Jako mgła lekka, tak lekkie stroje 
Obwiały postać niebieską. 

"Chłopcze mój piękny, chłopcze mój młody - 
Zanuci czule dziewica - 
Po co wokoło Świteziu wody 
Błądzisz przy świetle księżyca? 

"Po co żałujesz dzikiej wietrznicy, 
Która cię zwabia w te knieje,
Zawraca głowę, rzuca w tęsknicy 
I może jeszcze się śmieje? 

Daj się namówić czułym wyrazem, 
Porzuć wzdychania i żale, 
Do mnie tu, do mnie, tu będziem razem 
Po wodnym pląsać krysztale. 

Czy zechcesz niby jaskółka chybka 
Oblicze tylko wód muskać; 
Czy zdrów jak rybka, wesół jak rybka, 
Cały dzień ze mną się pluskać.

A na noc w łożu srebrnej topieli 
Pod namiotami zwierciadeł, 
Na miękkiej wodnych lilijek bieli, 
Śród boskich usnąć widziadeł. 

Wtem z zasłon błysną piersi łabędzie, 
Strzelec w ziemię patrzy skromnie, 
Dziewica w lekkim zbliża się pędzie 
I "Do mnie - woła - pójdź do mnie". 

I na wiatr lotne rzuciwszy stopy
Jak tęcza śmiga w krąg wielki,
To znowu siekąc wodne zatopy, 
Srebrnymi pryska kropelki. 

Podbiega strzelec i staje w biegu, 
I chciałby skoczyć, i nie chce; 
Wtem modra fala prysnąwszy z brzegu 
Z lekka mu w stopy załechce. 

I tak go łechce, i tak go znęca, 
Tak się w nim serce rozpływa, 
Jak gdy tajemnie rękę młodzieńca
Ściśnie kochanka wstydliwa.

Zapomniał strzelec o swej dziewczynie, 
Przysięgą pogardził świętą, 
Na zgubę oślep bieży w głębinie, 
Nową zwabiony ponętą. 

Bieży i patrzy, patrzy i bieży; 
Niesie go wodne przestworze, 
Już z dala suchych odbiegł wybrzeży, 
Na średnim igra jeziorze. 

I już dłoń śnieżną w swej ciśnie dłoni, 
W pięknych licach topi oczy,
Ustami usta różane goni, 
I skoczne okręgi toczy. 

Wtem wietrzyk świsnął, o bloczek pryska, 
Co ją w łudzącym krył blasku, 
Poznaje strzelec dziewczynę z bliska: 
Ach, to dziewczyna spod lasku! 

A gdzie przysięga? gdzie moja rada? 
Wszak kto przysięgę naruszy, 
Ach, biada jemu, za życia biada! 
I biada jego złej duszy!

Nie tobie igrać przez srebrne tonie 
Lub nurkiem pluskać w głąb jasną; 
Surowa ziemia ciało pochłonie, 
Oczy twe żwirem zagasną. 

A dusza przy tym świadomym drzewie 
Niech lat doczeka tysiąca, 
Wiecznie piekielne cierpiąc zarzewie 
Nie ma czym zgasić gorąca. 

Słyszy to strzelec, błędny krok niesie, 
Błędnymi rzuca oczyma.
A wicher szumi po gęstym lesie, 
Woda się burzy i wzdyma. 

Burzy się, wzdyma i wre aż do dna, 
Kręconym nurtem pochwyca, 
Roztwiera paszczę otchłań podwodna, 
Ginie z młodzieńcem dziewica. 

Woda się dotąd burzy i pieni, 
Dotąd przy świetle księżyca 
Snuje się para znikomych cieni: 
jest to z młodzieńcem dziewica.

Ona po srebrnym pląsa jeziorze, 
On pod tym jęczy modrzewiem. 
Któż jest młodzieniec? - strzelcem był w borze. 
A kto dziewczyna? - ja nie wiem.

[12.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]