Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

28 marca 2016

MALARSTWO PORTRETOWE ZAKRZEWSKIEGO

Monotematyczne, portretowe, niezwykle subtelne malarstwo zmarłego przed ponad rokiem Romana Zakrzewskiego poświęcone jest kobiecie. Malarz wierny klasycznemu portretowaniu, jakie zrodziło się w Italii w późnym średniowiczu w oczywisty sposób nawiązuje tematyką ale też techniką do sztuki mistrzów renesansu.
Z drugiej strony postaci kobiet przypominają smukłe, tajemnicze i piękne wizerunki niewiast obecne w twórczości Modiglianiego.






Powyżej - sylwetki kobiet, zamyślonych, zmysłowych, pięknych, wpisanych z zaokienny krajobraz tak często występujący we malarstwie włoskiego renesansu.
Autor wykorzystuje skomplikowaną i pracochłonną technikę laserunku, charakteryzującą się tym, że obraz powstaje w trzech następujących po sobie fazach.
Pierwszą jest wykonanie  czarno - białego rysunku; drugą - nałożenie na rysunek światłocieniowego "podmalunku" i w końcu następuje położenie (u Zakrzewskiego niemal jednorodnego) koloru.
Najlepiej prześledzić tę technikę, korzystając z podpowiedzi zamieszczonej na internetowej stronie autora.

1. Rysunek

2. Modelunek

3. Nałożenie koloru - efekt końcowy

Zaiste trudno przejść obok tych obrazów obojętnie.

27 marca 2016

POWTÓRKA Z PRZESZŁOŚCI [fragment "Prowincji"]

A wiosna była ciepła tego roku. Szczególnie kwiecień i początek maja. 
Przysłuchiwał się opowieściom wuja, który wspominał takie wiosny, że w połowie kwietnia można było spokojnie zażywać kąpieli w płytszych stawach.
Tak gorąco tego roku nie było, ale słońce piekło nieznośnie i w mieszkaniu nie sposób było wytrzymać, a tu za pasem matura… a tam radosne barwy narcyzów, tulipanów, magnolii, szafirków, stokrotek i mniszka. Forsycje pogubiły już żółte żagle kwiecia, pękały pierwsze pąki kasztanowców, na łąkach błękitniały i odurzały ostrym zapachem fiołki, na leśnych polanach pojawiały się bezgłośne dzwoneczki konwalii a przy drogach lada chwila miały rozkwitnąć dorodne kiście białego i fioletowego bzu.
Pośród jasnozielonych, strzelistych, choć jeszcze młodych topoli, na łąkach ciągnących się wzdłuż stawów były takie zaciszne a nasłonecznione miejsca, które wręcz zapraszały do rozłożenia koca i pozostania na łonie przebudzonej do życia natury aż do wczesnego wieczora.
Nie pozostawało mu nic innego, jak wziąć koc, kanapki i herbatę w termosie, zapakować do plecaka książki i zeszyty, i cały boży dzień spędzić na powietrzu, przygotowując się do matury.
Wyliczył sobie, że chyba z historii ma najwięcej zaległości, ale że nie potrafił skupiać się na jednym przedmiocie, zabrał z sobą notatki z literatury i tak na zmianę „zaliczał” temat po temacie.
Zaczął od Chrobrego, jego walk o poszerzenie granic państwa polskiego, przedostał się przez rozbicie dzielnicowe, docenił starania Kazimierza Wielkiego o jakość gospodarki, zawalczył pod Grunwaldem i skończył na pozytywnych skutkach wojny trzynastoletniej zakończonej pokojem w Toruniu. 
Z piętnastego wieku przeskoczył w literacki okres romantyzmu i udowadniał „ludowość” Mickiewicza, oceniał zacną podstępność Wallenroda oraz charakteryzował poemat dygresyjny na przykładzie „Beniowskiego”. Stąd wyruszył na spotkanie z Judymem, próbując tłumaczyć jego zachowanie w stosunku do Joanny, wniknął w słowotwórcze pomysły Leśmiana, aby w końcu zinterpretować „Ocalonego” Różewicza i zatrzymać się na chwilę na imażynizmie Jesienina.
Słońce topiło jego nagie plecy i ramiona, a kiedy wystawiał ku niemu twarz, unosił nad głowę otwartą książkę w taki sposób, aby rzucała cień na jego twarz. Kilka razy zmieniał pozycje przy czytaniu, tak jak zmieniał przedmioty. 
Poszedł na bój w Powstaniu Styczniowym, z którego powrócił jako Wokulski, by zaraz potem przemienić się w Benedykta Korczyńskiego, aż w końcu został Bogumiłem Niechcicem. Z Serbinowa uciekł z kolei do obozu „stańczyków” w Galicji, aby chwilę później zastanowić się nad przyczynami i skutkami rewolucji 1905 roku w Królestwie Polskim.
Dzień pochylał się coraz niżej i jak zniedołężniały starzec co i rusz padał na kolana. Podobnież i jemu poczynały opadać powieki na zmęczone czytaniem oczy, aż w końcu…
- Przyszłam do ciebie. Nie widziałam cię od dwóch dni.
- Nie byłem w mieście. Jestem tutaj, jak widzisz, na łące.
- Widzę, że czytasz, uczysz się, tak?
- Uczę się. To już ostatnie dni nauki. Zauważyłaś, że mnie nie ma?
- Trudno było tego nie zauważyć. Przecież ty śledzisz mnie już dwa i pół roku. Chodzisz za mną. Patrzysz w moje okno. Trudno tego nie zauważyć.
- Nie sądziłem, że masz świadomość tego, że jesteś przeze mnie obserwowana.
- A wiesz, nie od razu mi się to spodobało, ale w końcu to miłe uczucie, gdy ktoś powłóczy za tobą wzrokiem i cały czas zadajesz sobie pytanie, dlaczego nigdy się do ciebie nie odezwie.
- A nie pomyślałaś, że to by wszystko popsuło.
- Nie sądzę. Chciałbym wiedzieć, co o mnie myślisz i co miałbyś mi do powiedzenia, gdybyś nagle przerwał milczenie.
- Powiedziałbym:
mniej więcej dwa lata temu
ukłuła mnie róża
miała czerwone płatki
rosą pokryte
straciłem dla niej
wszystkie zapachy świata
nie podejrzewałem
że ukłucie kolcami róży
jest bezbolesne
- Tak byś powiedział? Ładnie. Przykro mi, że mi tego wcześniej nie powiedziałeś.
- Teraz mówię. Za późno?
- Nigdy nie jest za późno.
- Nigdy? Dlatego przyszłaś do mnie właśnie teraz?
- Przyszłam do ciebie, aby posłuchać jak recytujesz Mickiewicza.
- „Alpuharę”, „Romantyczność”, „Świteziankę”?
- Dobrze wiesz, że chodzi mi o coś innego? Nie udawaj, że nie pamiętasz.
- A zatem chcesz, abym wyrecytował „Czaty”…
- Oczywiście. Właśnie to. Słuchałam cię wtedy bardzo uważnie. Patrzyłam na ciebie cały czas, kiedy to mówiłeś, a ty tylko dwa razy spojrzałeś na mnie: na początku, kiedy chciałeś zlokalizować mnie na tej sali i podczas tych słów… wiesz jakich?
- Wiem.
- Po twoim występie nie słyszałam już niczego i nikogo. Tak liczyłam na to, że do mnie podejdziesz
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj, tylko powiedz to jeszcze raz… a potem… potem wszystko się w naszym życiu zmieni, zobaczysz.

Chłodny powiew przedwieczornego wiatru otworzył mu oczy na świat. Wargi miał spękane i rozchylone. Wydawało się, że wydostawały się przez nie jakieś bezgłośne słowa.
Nagle wstał i spostrzegł, że podłużny cień przemknął pomiędzy drzewami.
- Gdzie jesteś? - krzyknął, obrócił się, penetrując wzrokiem cztery strony świata.
Nikt nie odpowiadał.

[Dobrzelin, 27.03.2016]

ŻYCZENIA Z NADZIEJĄ NA LEPSZE JUTRO

Wszystkim odwiedzającym kawiarenkę pogodnych, zdrowych i najpiękniejszych Świąt Wielkanocnych, które niech dają nadzieję przynajmniej tym, którzy pragnienie nadziei w sobie noszą.



Johann Sebastian Bach "Easter Oratorio" [BWV 249]

26 marca 2016

NA ŁAWECZCE (szkic)

Po drugiej stronie ulicy był park. Wyszukał ławkę odizolowaną od innych, wciśniętą pomiędzy zwarte kleszcze krzaków, gdzie zwykle sypiali bezdomni, aby uniknąć dokuczliwych spojrzeń służb miejskich. W samo południe ta ławka, którą kiedyś pomalowano na kolor zielony, była pusta i korzystając z tej wielce sprzyjającej okoliczności, usiadł na niej otwierając natychmiast puszkę piwa.
Wcześniej, przed dziewiątą, odwiedził go notariusz. Gdyby nie był on jego dobrym i dawnym znajomym, pewnie zaszedłby do notarialnego biura w śródmieściu, aby tę sprawę załatwić, a tak, zaprosił go do siebie, gdzie mieli przygotować wspólnie dokument wiążący, a później znajomy zadzwoni do niego i zaprosi do biura, aby prawu stało się zadość, bo notariusz nie zabiera z sobą niezbędnych pieczęci, przeciwnie, pozostawia je pod zamknięciem.
Właściwie to znajomy notariusz nie powinien był zajmować jego sprawą. Gdyby był on obcy Adamowi, mógłby na ten przykład powiadomić organy ścigania, gdyż zapowiedź o targnięciu się na własne życie, powzięcie tej wiadomości i ukrywanie jej, ma wiele wspólnego z współsprawstwem. Tak, obcy człowiek powinien był zawiadomić policję, że coś może się stać. Nie wyglądało to na rutynowe złożenie testamentu, do czego każdy człowiek ma prawo. Co innego, gdyby Adam cierpiał na nieuleczalną chorobę i przewidywał, że raczej prędzej niż później skończy się ona zejściem z tego świata. Ale w tym wypadku usłyszał jasną i oczywistą deklarację zdrowego (czy aby na pewno?) człowieka o konieczności skończenia z sobą.
Jest bardzo możliwe, że notariusz, jeszcze raz dodajmy - znajomy Adamowi notariusz - nie wziął sobie do serca skromnych opowieści właściciela dwupokojowego mieszkania, dotyczących rychłego wydostania się z tego świata i pomyślał, że jego przyjaciel ma po prostu jeden z tych złych dni, jakie miewa każdy z nas, a testament? Cóż jest w tym nadzwyczajnego, że delikwent przygotowuje się na wypadek śmierci? A główny zapis dotyczył w zasadzie jedynie mieszkania, w dodatku pustego, bo Adam oświadczył, że będzie się starał upłynnić wszystko to, co znajduje się w jego wnętrzu. Taki miał kaprys, ale mówił o tym całkowicie poważnie. Mówił, a notariusz zapisywał każde słowo, ubierając je w styl prawniczy. Potem „przepisze je na czysto”, ostempluje, zostawi miejsce na podpisy, zarejestruje w kartotece, opatrując sporządzony dokument napisem „otworzyć po stwierdzeniu zgonu” i schowa do pancernej szafy.
W testamencie znalazło się też, zdaniem notariusza dziwaczne, oświadczenie, że na swój pogrzeb przeznacza odłożoną kwotę, którą zamierza przeznaczyć na wydatki związane ze skromną ceremonią pogrzebową plus niedopuszczenie do tego, aby rozstającemu się z życiem Adamowi, towarzyszył w ostatniej posłudze tłum ludzi. W tym miejscu zaprezentujmy wyjątki z ostatecznych postanowień, jakie przedstawił Adam swojemu znajomemu: „w moim pogrzebie mają uczestniczyć jedynie osoby, które z racji wykonywania swoich przykrych, służbowych obowiązków, będą do tego zobligowani, natomiast wykluczam obecność w ceremonii innych osób, mniej lub bardziej mi znanych. Z tego też powodu moją wolą jest niepowiadamianie o miejscu i czasie w jakim nastąpi przeniesienie moich zwłok w miejsce, gdzie zlegną moje kości”.
Adam wytłumaczył się z tego postanowienia w całkiem prosty i logiczny sposób. Gdyby nawet Adam nie wytłumaczył się ze swoich planów, znajomy notariusz, ba, każdy notariusz musiałby uwzględnić w testamencie wolę  szykującego się na drugą stronę, gdyż… 
- Nikt z obcych, ani też bliskich, nie był przy moim narodzeniu, dlaczego więc miałby mi towarzyszyć w ostatniej drodze ktoś jeszcze, poza personelem zajmującym się na co dzień pogrzebami.

Wypite piwo podrzędnej firmy smakowało mu, a kiedy coraz cieplejsze majowe słońce przedostawszy się przez gęstwę krzewin, łaskotało pogodnie jego twarz, zanurzył plecy w oparcie ławki i przymknął oczy. Południowy sen dostał się pod jego niedostatecznie przymknięte powieki i przypomniał mu to, co mówiła jego sąsiadka, gdy na klatce schodowej rozmawiali teoretycznie o śmierci. Kobieta, którą ochrzczono mianem dozorczyni, bo cale dnie spędzała w kuchni, spoglądając przez okno i wiedziała znacznie więcej o najbliższym świecie niż razem wzięci pozostali lokatorzy kamienicy, stanowczo zaprotestowała przeciwko teoretycznemu odbieraniu sobie życia w najpiękniejszym miesiącu roku, jakim jest maj. Odpowiedział, że dla niego pora pożegnania się nie ma żadnego znaczenia, a maj to taki sam miesiąc roku jak każdy inny, tyle że cieplejszy, a w dodatku to znudziły mu się te wszystkie maje, których przeżył akurat tyle ile potrzeba.
- Jak pan uważa - podsumowała rozmowę kobieta. - Mnie się wydaje, że listopad byłby właściwszy, ale w końcu to pana sprawa.
Zaraz po otwarciu drzwi i wejściu do mieszkania usłyszał pukanie do drzwi. 
- Przychodzę w sprawie tego telewizora. Dał pan ogłoszenie do gazety.
Mężczyzna przed trzydziestką zaproszony został do pokoju, w którym na podłużnej ławie stał jeszcze telewizor. Obejrzał go dokładnie, potem włączył i stwierdził, że świetnie odbiera, no i oczywiście zachwycił się wielkością przekątnej ekranu.
- Panie, on naprawdę ma czterdzieści cztery cale.
- Zdaje mi się, że ma czterdzieści cztery. Mam go trzy lata i wygląda jak nowy. Ponadto nigdy nie uległ awarii.
Adam przeczuwał, że potencjalnego kupca gnębi problem związany z wyceną telewizora. Mężczyzna przed trzydziestką nie mógł uwierzyć, że może się stać właścicielem tego sprzętu za 20 procent jego obecnej wartości. Podobnie jak miało to miejsce podczas wcześniejszej rozmowy telefonicznej, jeszcze raz zapytał o cenę. Adam odpowiedział i wkrótce dobili targu.
- Oby tak dalej - pomyślał Adama, kiedy telewizor został już wyniesiony z mieszkania przez dwóch silnych panów. I kiedy podszedł do drzwi i przekręcił klucz w zamku, poczuł na swoim lewym ramieniu energiczne uderzenie.
Wtedy otworzył oczy i ujrzał innego mężczyznę. Najpewniej to właśnie do niego należała ławka, na której jeszcze przed chwilą drzemał Adam.
- Mistrzu, do ósmej możesz sobie tutaj posiedzieć - wskazał wzrokiem na ławkę, na której usiadł obok Adama. - Ale pamiętaj, że po ósmej wieczorem ta ławka jest moja. Aż siódmej rano.
- Proszę mi wierzyć, że za godzinkę ją zwolnię - odpowiedział. - Nie lubię się naprzykrzać. Zresztą już niedługo wyjadę na zawsze z tego miasteczka.
- Ja tylko tak, dla porządku przypomniałem ci, mistrzu - przemówił ochrypłym barytonem właściciel ławki. - Gdyby pan nie wyjeżdżał, moglibyśmy skombinować drugą ławeczkę. Zawsze byłoby przyjemniej… we dwóch.
- Niestety, mam inne plany względem siebie. 
- W takim razie, mistrzu, żałuję… ale gdyby pan zmienił zdanie, to znalazłbym dla pana taką ławeczkę. (...)

[25.03.2016, Dobrzelin]

23 marca 2016

PRZEPIS

Nie wiesz co? Zrobisz barszcz, biały barszcz, taki prawdziwy biały barszcz, na żytnim zaczynie. Z torebki też może być, ale musisz tego ekstraktu użyć więcej i wzbogacić go. Ale najpierw postaw na kuchni garnek z wodą, powiedzmy na dziesięć głębokich talerzy. Wody może być więcej, bo część wyparuje przy gotowaniu. Wodę osól, ale bardzo delikatnie, ledwie wsyp szczyptę soli. A masz przygotowaną słoninkę? Boczek wędzony? Masz? To pokrój na drobne kawałki wraz z kiełbaską. Najlepiej mocno podwędzoną. jałowcową na ten przykład. Białej jeszcze nie wkładaj do garnka. Jak widzisz, garnek musi być spory. No i najważniejsze: wsyp do ciepłej, choć jeszcze nie gotującej się wody spory kawałek wieprzowej skóry, może być w całości. To wszystko pogotuj chwilkę. Niech się prychci. 
A teraz w osobnym naczyniu wymieszaj z zimną wodą zaczyn. Powoli dodawaj ciepłej wody, coraz cieplejszej, po łyżce. Dosyp parę ziarnek czarnego pieprzu, tę samą ilość białego, cztery liście laurowe, przecięte na pół i majeranek, dużo majeranku. Dodaje się też do tego ekstraktu startego chrzanu. Będzie ostrzejsze. I kiszonego ogórka pokrojonego na drobne kawałki, lecz wtedy musisz uważać z solą, aby nie przesolić. Następnie dodawaj w małych porcjach śmietanki osiemnastki. Woda w garnku w tym czasie będzie się gotować, więc uważaj! Łyżka gotującej się wody do wywaru i łyżka śmietany, i mieszać, mieszać, aby się nie zwarzyło. W końcu powolutku wlewaj wywar do garnka, w którym radośnie kąpią się pokrojone: kiełbaska, boczek i słoninka oraz płat skóry. Zamieszaj i odstaw na najmniejszy palnik. O, tak właśnie. Nie zapomniałaś o majeranku?
Mam nadzieję, że kartofelki już obrane, lekko osolone… możesz postawić na ogniu. Woda już ciepła? W tym czasie wrzuć białą kiełbaskę do garnka z barszczem, olaboga, powoli i delikatnie, nie oparz mi się. Co, już ci ślinka leci? Co za aromat! I popatrz, jeszcze się biała kiełbaska nie gotuje, a już czuć.
A kiedy zobaczysz, że woda bulgocze, a jest już od tego wywaru biała, spróbuj trochę, a tylko się nie sparz, posmakuj… oby tylko nie zesłoniało, bo wtedy więcej śmietany musiałabyś dodać, albo, co gorsza, wody. A garnek nakryj przykrywką, pozostawiając odrobinę miejsca do odprowadzenia pary i żeby ci barszczyk nie wykipiał. Lekki płomień, pamiętaj! Ale ważne jest to, aby ta kwaskowa, śmietanowo-kielbasiano-boczkowa woń rozlała się po całym świecie. Żeby nawet przez dziurkę od klucza aromat barszczyku przedostał się na korytarz, żeby poczuła go sąsiadka, która w końcu nie wytrzyma tego zapachu i zapuka do drzwi.
Otwierasz, a ona…
- Pani Gniatkowska, a co też pani w swej kuchni wyprawia, że taki cudowny zapach unosi się od parteru aż na drugie piętro? Cóż to za uroczysty zapach?
A ty wzruszona ciepłym słowem i taka jakaś dumna z powodu tego zapachu zapraszasz sąsiadkę do kuchni.
- Barszczyk biały gotuję, pani Lewandowska.
Ta, kiedy wejdzie, aż zakołysze się niebezpiecznie. Krzesło jej podstaw.
- Niech pani siada, pani Lewandowska. Posiedźmy chwilę.
- Rocznicę ma pani, czy na wesele jakie rychtuje? - zdziwi się Lewandowska.
- A gdzież tam, sąsiadeczko. Na obiad barszczyk rychtuję. Dla siebie i dla męża. Jak przyjdzie z zakładu, na pewno głodny będzie.
- Oj, pani Gniatkowska - powie tamta, przyglądając się garnkowi, który gotów obsłużyć dwie, a może i trzy rodziny. - A biała kiełbaska do tego barszczyku będzie?
- A jakże, toż się pichci w garze. Patrz pani, jak wygląda!
I odchylisz pokrywkę, a sąsiadeczka gdy spojrzy, to aż zakołuje jej się w głowie. No mów! Mów dalej!
- Pani Lewandowska, ja podam ten barszczyk z ziemniaczkami. Odcedzę je i uklepię z masełkiem i śmietanką. Trzydziestką, sąsiadeczko, tym razem trzydziestą, bo ta, co w barszczyku, to osiemnastka. Uklepię i jeszcze czosnku rozbitego dodam, dla zdrowia i posmaku. A kiedy na talerz oddzielny włożę, posypię posiekanym szczypiorkiem i natką z pietruszki, bo wie pani, że natka pietruszki łagodzi czosnkowy zapach i wie pani, że tak bez tej natki, to jak tu się z mężem c……
- Oj, pani Gniatkowska, i o tym pani pomyślała.
- A tak. I o tym myślę. A do uklepanych ziemniaczków sałatki warzywnej z jajkami na talerzyk położę, ogórka, a jak mężuś zechce, to i kiszoną kapustę. A mam też starte, przysmażone buraczki - zdrowe i przepięknie zabarwią danie. Oczywiście kiełbaskę też na płaski talerek włożę, a gdyby chciał, to nawet podpiec ją mogę. W prodiżu to raz, dwa, trzy.
- A to się pani mąż ucieszy, pani Gniatkowska.
- Ja sama się ucieszę, sąsiadeczko, że i jemu i mnie będzie smakowało.
- A będzie coś do popicia, kochana?
- A jakże. Przygotowałam zsiadłe mleko. Takie prawdziwe. Łyżka stoi. Na targu od babki kupiłam. Gdybym nie kupiła, to bym jogurtem nas poczęstowała, albo kwasem chlebowym… ale, ale, przecież ja mam w piwniczce kwas chlebowy. I wodę mineralną, leciutko gazowaną mam. A bo kto to wie, czego nam się zachce.
- Oj, pani Gniatkowska. Ja już z tych opowieści tak bardzo zgłodniałam… tak mnie pani zaczarowała tym zapachem…
- Sąsiadeczko, a wieleż to czasu potrzeba, aby zejść z drugiego piętra na parter. Zapraszam. Pojemy sobie, pogadamy.
- Ale, kochana, mój mąż niedługo z pracy wraca… to jakże to, ja u pani na obiadku… a on?
- Pani Lewandowska, a kto powiedział, że nie będę rada pani mężowi. Przecież skoro my możemy pogadać, to tym bardziej nasi mężowie.
- Mówi pani?
- A tak. Sami przecież nie zjemy. Starczy i dla niego, choć… wie pani, sąsiadeczko, jeśli oni dwaj się zejdą, to wypadałoby jakąś wódeczkę im postawić, a przecież i my możemy, kochana… po naparsteczku.
- A pewnie, że możemy. Toć u mnie w lodówce żytnia wódeczka się chłodzi. Przyniosę!
- Jak świetnie! Do tego zwykła żytnia wódeczka, czy tak?
- A pewnie, że zwykła żytnia.
- To dobrze, bo do barszczyku najzwyklejsza żytnia wódeczka najlepiej pasuje… ale dla nas to po naparsteczku.
- Po naparsteczku - potwierdzi.
- Pani Lewandowska… tak sobie teraz pomyślałam, że powinniście państwo zachodzić do nas częściej.
- A ja umyśliłam sobie, aby państwo do nas od czasu do czasu zajrzeli. Ja na ten przykład potrafię na medal przyrządzić karpika… i zupkę grzybową, i bigos, a śledziki w śmietance i w oleju, to mojego męża specjalność.
- Och, jak ja lubię śledziki w śmietance, z tzatziki….
- Pani Gniatkowska, toż przecież mój mąż właśnie przyprawia śmietankę tzatziki. A jak śmietanki braknie, to bierze bałkański jogurt.
- Rada bym kiedy spróbować tych smakołyków.
- Nic prostszego, jak zajrzeć do nas w piątek albo w sobotę.
- W tysiąca sobie pogramy.
- A pewnie.
- A może kiedyś wybralibyśmy się na majówkę… na długi weekend.
- Ot co, koniecznie. Nad jeziorko do lasu. Mężuś pani łowi rybki, pani Gniatkowska?
- Kiedyś łowił. W piwnicy wędkę trzyma, choć dawno nad jeziorkiem nie był.
- A my, pani Gniatkowska, weźmiemy koce i pójdziemy na przystań. Znam takie jedno miejsce, które i dla nas i dla naszych panów rajem będzie. Ech… skoczę po tę wódeczkę, a pani wyjrzy przez okno, może już mój idzie, to go pani na korytarzu przyłapie, bo jak go pani zaprosi, to przecież nie odmówi.
- Biegnijże sąsiadeczko. Jeśli swojego wypatrzę, to czemu nie miałabym wypatrzyć sąsiada.

[23.03.2016, Dobrzelin]

22 marca 2016

WYKROCZENIE

Akurat słoneczne promienie padały na przednią szybę auta, kiedy zjeżdżał ze wzniesienia. Pomachała mu białym lizaczkiem z okrągłą, rumianą plamką w samym środku. Semafor został opuszczony.
- Tego tylko brakowało - powiedział do siebie.
Stanowczym ruchem ręki, w której trzymała lizaka, wskazała miejsce na poboczu, gdzie miał się zatrzymać.
Partner stojący dwadzieścia metrów powyżej, opuścił niebezpieczny dla kierowców przyrząd i odwracając się tyłem do słońca, przyglądał się cyfrom jakie pojawiły się na wyświetlaczu.
- Trzydzieści trzy - niemal wykrzyknął w stronę kobiety w błękitnym mundurze. Zrobił to w chwili, gdy auto stało już w wyznaczonym miejscu i opuścił lewą szybę. Zasalutowała dystyngowanie dwoma wyprostowanymi palcami do daszka czapki i przedstawiła się, a w jego oczach pojawiła się potulność pomieszana z niewinnością, błaganiem z krztyną naiwności.
- Słyszał pan? - zapytała spokojnie, acz zaraz dodała głosem zawierającym podwyższoną dawkę służbowego stylu wypowiedzi: - Piratujemy sobie w miejscu do tego niedozwolonym.
- Ależ to przez nieuwagę i do tego odrobinkę - zaskomlał mężczyzna.
- Pan raczy żartować. Przekroczył pan prędkość o trzydzieści trzy kilometry w miejscu, gdzie obowiązuje ograniczenie do sześćdziesięciu kilometrów na godzinę. Należy czytać znaki, panie kierowco. Poproszę o pana prawo jazdy i dowód rejestracyjny auta.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął portfel, wysupłał z niego wymagane przez policjantkę dokumenty i podał je posiadaczce białego lizaka z rumianą, okrągłą plamką.
- Ależ czytam, pani sierżant - westchnął. - Czytam też w pani oczach i nabieram pewności, że kara, która mnie nie ominie, nie będzie tak sroga, jak mogłoby się wydawać.
- Proszę pana do siebie - powiedziała, po czym on delikatnie uchylił drzwi i wydostał się z samochodu, a poruszał się przy tym tak łagodnie, jakby mową swego ciała chciał zakomunikować o jak najgłębszej uległości w stosunku do kobiety, która odczytywała z plastykowej plakietki personalia i jednocześnie konfrontowała jego podobiznę utrwaloną na zdjęciu z rzeczywistym wizerunkiem obolałej twarzy mężczyzny. - Stanowczo zbyt wiele pan czyta i obawiam się, że nie to, co potrzeba.
Opuścił wzrok na znak całkowitej i bezapelacyjnej kapitulacji, a jego spojrzenie utkwiło teraz w jej czarnych, odbijających słoneczne promienie służbowych pantofelkach. Następnie wzrok ten, unosząc się niespodzianie, niemal bezwstydnie otarł się o jej nieprzyzwoicie zgrabne nogi otulone rajstopami w kolorze opalonego ciała i przez niewielką chwilę balansował tak pomiędzy pantofelkami a rąbkiem ciemnogranatowej spódnicy sięgającej zaledwie kolan. Później jego spojrzenie otworzyło się na jej biodra, wiodło w stronę niesłusznie skrępowanych mundurem piersi, sięgnęło podbródka i dalej przetoczyło się przez szczupłą owalną twarz, zatrzymując swój bieg na brwiach ponad oczami, w których zapewne odbijałby się błękit nieba, gdyby nie były zaparzone w gmatwaninę cyfr i liter umieszczonych w dokumentach należących do mężczyzny. 
- Jeśli nie zamiłowanie do piractwa drogowego, to cóż mamy na swoje usprawiedliwienie, panie kierowco?
- Cóż mamy na swoje usprawiedliwienie? - powtórzył mężczyzna, a jego umysł najwidoczniej pochwyciła w ostre szpony drzemka. Jedynie jego zmysł wzroku począł energicznie reagować na spojrzenie wypływające z oczu policjantki, które w tej chwili ku niemu były zwrócone.
- Zapewne spieszył się pan do żony - zażartowała.
Milczał.
- Gdyby tak było, to w innej sytuacji, zapewniam pana, byłaby to okoliczność łagodząca wymiar kary, lecz w tej sytuacji mamy do czynienia z poważnym wykroczeniem, łamiącym przepisy ruchu drogowego. Przekraczając szybkość naraził pan innych potencjalnych użytkowników tej drogi na niebezpieczeństwo.
- Droga była całkowicie pusta - bronił się niezręcznie - nie licząc, rzecz jasna, patrolu policyjnego wyposażonego w suszarkę - przerwał na chwilę, po czym dodał: - żona z bardzo istotnych powodów odpada. Nie wchodzi też w grę chora matka, ani też pozostawione w domu włączone żelazko.
- No to mamy problem - podsumowała kobieta i w tym samym momencie ów problem uległ nagłemu rozpłynął się w wonnym, wiosennym powietrzu i uległ przemieszczeniu w czasie.
- Ten to dopiero…. prawie pięćdziesiąt - mężczyzna usłyszał donośny głos policjanta, a potem zobaczył, jak kobieta w mundurze wbiega na skraj szosy z białym lizakiem z okrągłą, rumianą plamką.
Pisk opon oznajmił, że podróż kolejnego nieszczęśnika została brutalnie przerwana.
- Proszę zaczekać - zwróciła się do niego policjantka, zajęta już kolejnym drogowym piratem.
Rozejrzał się wokół siebie. Przebywał na szerokim poboczu drogi opadającej łagodnie z wzgórza, które wykluczało jednak dostrzeżenie przez kierowców policyjnego patrolu. Za sobą miał las, wysoki, choć rzadki w tym miejscu, bukowy las, z zieleniejącym poszyciem. Coś tam pomiędzy drzewami, na niewielkich polankach, do których docierały promienie południowego słońca, błyskało na niebiesko, na fioletowo. Poszedł w tamtą stronę, aby się przyjrzeć temu, co tam błękitnieje.
Powrócił po pięciu długich minutach, w czasie których para policjantów zajmowała się jeszcze większym przestępca niż on, a kiedy już oparł się o tył auta - a obie ręce trzymał z tyłu, jakby coś przed światem w swoich dłoniach skrywał, policjantka podeszła do niego ponownie i już, już przystępowała do nieprzyjemnej dla niego rozmowy, już, już chciała go zaprosić do policyjnego radiowozy, gdy on jakimś sposobem przerzucił ręce zza pleców przed siebie, a w jego dłoniach ukazał się bukiecik zerwanych fiołków.
- Proszę, do dla pani - powiedział przymilnie i wręczył te garstkę wiosennych, późnokwietniowych rozmaitości.
Zaskoczona, nie wyciągnęła ku nim swoich dłoni; przeciwnie, wykonała krok wstecz, lecz nie spuszczała wzrokiem kwiatków, a po mającej bardzo wielkie znaczenie chwili, po raz pierwszy spojrzała mężczyźnie w oczy.
- Panie kierowco - zaczęła z udawaną pewnością siebie w głosie - znajdujemy się na terenie parku narodowego i, jak sądzę, przed chwilą dopuścił się pan kolejnego wykroczenia, tym razem przeciwko naturze, zrywając kwiaty, które akurat w tym miejscu znajdują się pod ścisłą ochroną. Ponadto wręcza mi pan te kwiaty, co może być potraktowane jako próba wpłynięcia na mnie, funkcjonariuszkę policji, abym zaniechała czynności służbowych zmierzających do ukarania pana mandatem.
- Doprawdy? To już nie wolno zrywać fiołków rosnących przy drodze.
- Panie kierowco… nie wolno. Mieszkam w pobliskim miasteczku, uzdrowiskowym miasteczku i władze miasta, niezależnie od służb zajmujących się ochroną przyrody, zalecają nam, funkcjonariuszom, szczególną abyśmy prócz wykonywania zwykłych obowiązków jakimi się nas obarcza, zwracali uwagę na niszczenie przyrody przez wandali.
- Dla pani oczu popełniłbym po raz wtóry to przestępstwo - ośmielił się nie tylko wyrzec te słowa, ale i spojrzał w oczy policjantki najgłębiej, jak tylko potrafił. - Proszę wobec tego przyjąć te kwiatki jako dowód rzeczowy w sprawie.
- Dowód rzeczowy… - zastanowiła się, przenosząc spojrzenie z jego oczu na odbijające niebiosa fiołki - dobrze, wezmę je od pana… a teraz, do cholery, niech już sobie pan jedzie i nie przekracza prędkości - dodała przyspieszając tempo wypowiedzi.
A kiedy zwróciła mu dokumenty i przysunęła na nosa bukiecik, kiedy odurzyła się jego zapachem, mężczyzna zaryzykował po raz ostatni:
- W niedzielę, punktualnie o dwunastej w samo południe, będę na panią czekał w kawiarnianym ogródeczku, który znajduje się na rynku miasteczka naprzeciwko tej starej zabytkowej studni. Pani zresztą bardzo dobrze wie, gdzie to jest, skoro mieszka pani w tym miasteczku.
Odjechał, machając lewą ręką na pożegnanie.

Słońce prażyło jak w lipcu. Z coraz większą przyjemnością obserwował wskazówki zegara na smukłej wieżyczce późnogotyckiego ratusza. Umówiony chłopak towarzyszący handlarce z oddali uśmiechał się do niego porozumiewawczo.
Na chwilę przymknął oczy, a może skupił się na czytaniu menu, odwracając barwne kartki zestawu smakowitości. Kiedy się ocknął, a zegar na ratuszu zaczął właśnie odmierzać silnymi uderzeniami południe, ujrzał kobietę trzymająca za rękę sześcio- siedmioletnią dziewczynkę. 
- Maju, to właśnie ten pan, o którym ci opowiadałam.
Powstał od stolika, ale nie było to dziarskie powstanie. Dziewczyna, w tej właśnie chwili rezolutniejsza od niego, wcisnęła mu w dłoń swoją malutką rączkę. Miał takie dziwne przebłyski spojrzenia w oczach, kiedy kobieta również i swoją dłoń podała mu na powitanie. Usiedli, a potem ten umyślny chłopiec, który jeszcze przed chwila wymieniał z mężczyzną tajemnicze spojrzenia, podbiegł do kobiety z bukietem róż. Podziękowała, przytuliła policzki do purpurowych płatków i wstawiła kwiaty do przygotowanego wazonu z wodą.
- Mamusiu, czy te kwiaty to też są z lasu? - zapytała dziewczynka.
- Mam nadzieją, że tym razem nie są z lasu - odparła, a jej uśmiech był taki szeroki jak nigdy dotąd.
Nie było to takie łatwe przerwać raz na zawsze milczenie, lecz w końcu tego dokonał.
- No i co Maju zamówić dla ciebie? - mówił do niej - Są tu takie pyszne lody, a może krem czekoladowo-waniliowy…, szarlotka…., sok mandarynkowy… a może ciepła czekolada?

[20-21.03.2016, Dobrzelin]

17 marca 2016

TANECZNE ODKRYCIE MIŁOŚCI

- Pani Zosieńko kochana, bo mnie jakieś przeziębienie wzięło, mówią, że to grypa, ale ja wiem, że to raczej przeziębienie. Pani mąż, gdy na mnie spojrzał,  powiedział, że jeśli tak lubię mleko, to na noc niech się porządnie spirytusem natrę i gorący kubek mleczka wypiję, ale koniecznie z miodem. A jak miód to wiadomo, że u pana leśniczego najlepszy. Wiedziałem, że ma zaledwie trzy ule i miodu nie sprzedaje, lecz jeśli poproszę…
W kawiarence puszczano właśnie bossanovę, muzykę spokojną, kojącą przygnębienie, w rytm której zatańczyć nie byłoby rzeczą złą. Tak pani Zofia Koteńko pomyślała. Słuchała też starego pisarza, który miał chyba nieodgadnioną potrzebę rozmowy. A ta muzyka, by sprawę uściślić, wybrzmiewała z głośników ustawionych po obu stronach wielkiego ekranu, gdzie zwykle w nowej sali kawiarenki wyświetlano filmy. Tym razem na ekranie pojawiła się młoda dziewczyna, licealistka z drugiej klasy, zdradzająca niemały talent do śpiewu, a miała taki ciepły, matowy głos. Mówiono, że jak nic, do dżezu się nadaje. Ktoś z jej kolegów z klasy wpadł na pomysł, aby Martę nagrać wraz z zespołem, który przy liceum utworzony, mocował się z muzyką mniej skoczą i hałaśliwą, akurat w guście młodziutkiej piosenkarki. I tak nagrali cztery jej wykonania, a pan Adam, kiedy przyszło do odtwarzania, pomyślał sobie, że dlaczego nie miałby częściej puszczać takiej właśnie muzyczki, a piękną wiosną i latem urządzać w ogrodzie potańcówek w dni określone. Wtedy pani Zofia z kolei dodała, że zaapeluje do nowo wybranego dyrektora domu kultury, aby lekcje tańca towarzyskiego wprowadził do repertuaru swoich zadań.
- … no i, pani Zosieńko przed południem któregoś dnia, przedwczoraj, zachodzę ja do leśniczówki, a tam dzieciaków zatrzęsienie. Gdzie się tam pomieścili w tych małych izbach, nie wiem. Wchodzę, a tu mnie wita taka pani - później się okazało, że to jakaś urzędniczka z nadleśnictwa - mówi mi, że pani Teresa Trojanowska przyprowadziła dzieciaków z gimnazjum, aby prawdziwego lasu skosztowały. Wprawdzie pora to nie najlepsza na leśne eskapady, chłodno było, wietrznie, choć ze słońcem, ale pan leśniczy spisał się na medal i poprowadził dzieci na torfowiska, nad rzeczkę, gdzie bobry żerują; pokazywał nory lisie i borsucze, i miejsca gdzie sarny hasają, oprowadził po młodniaku i starym lesie, przeszli też w głąb lasu, gdzie pracownicy leśni wystawiają karmę dla zwierząt. A zdarzył się też taki osobliwy wypadek, jak mówiła ta pani, że pan leśniczy, zawołał: - Kopytek! - i przy lizawce pojawił się dorodny sarniak. Okazało się, że Kopytek pozostał sam bez matki, którą rozjechało auto. Sam też ucierpiał w tej przygodzie i kontuzji jednej nogi się nabawił. Pan leśniczy zabawił się w lekarza, ale posłał też po tego weterynarza z Ciżemek. Ten złamania nie stwierdził - lekkie stłuczenie to było - lecz nogę zawinął, zastrzyk dał i zwierzę u pana leśniczego na gospodarstwie zostawił. Tak i sarniak przez całą zimę dochodził do siebie u pana leśniczego, który myślał o tym, że ta kuracja wprawdzie konieczną jest, lecz młode zwierzę za bardzo do człowieka się przyzwyczai i na wolności sobie nie poradzi. Przed miesiącem jednak sarniak odszedł z małym stadem, lecz, ku zdumieniu leśniczego, powracał, nadto zawołany imieniem, jeśli był w pobliżu, przybiegał jak nauczony posłuszeństwa szczeniak. Tak i teraz się stało, a dzieciaki, rzecz jasna, faktem tym poruszone były i w ogóle z wycieczki, którą im pani bibliotekarka urządziła, zadowolone. I kiedym właśnie u pana leśniczego za miodem się rozglądał, dziatwa spożywała obiad, a pana leśniczego i pani Teresy nie było. Może sobie pani to wyobrazić?
… roztopiłeś we mnie żar,
którego ugasić nie umiem,
dlaczego masz do mnie żal, 
że tej miłości nie rozumiem…
Pani Zofia dzieliła uwagę pomiędzy opowieść starego pisarza a słowa piosenki.
 - I gdzież byli?
- Przechadzali się ścieżką wiodącą do brzozowego zagajnika. Blisko siebie, jakby szeptali jakieś słowa, które wywoływały uśmiech na twarzy pani Teresy, którą znam jako osobę wielce zdystansowaną od ziemskich przyjemności, z wyjątkiem swej pracy wśród książek. Kiedy przywitałem się z panem leśniczym z oddali, oboje odwrócili głowy. Zobaczyłem uśmiech na twarzy kobiety. Na twarzy pana leśniczego nie dostrzegłem natomiast tak dobrze znanego bolesnego grymasu, jaki towarzyszył każdej jego rozmowie… pani Zosieńko?
- Słucham pana uważnie.
- A może ja nie powinienem - głos starego pisarza niepostrzeżenie się załamał - może ja nie powinienem patrzeć za nimi, a teraz opowiadać tego pani, co zobaczyłem. Pomyśli pani sobie, że jestem plotkarzem.
- Przyjacielu, jest pan bystrym obserwatorem życia. W pana pasji pisarskiej jest to nieodzowne - uśmiechnęła się pani Koteńko.
- Tak pani myśli? Uspokoiła mnie pani, Zosieńko, ale zadaję sobie pytanie, co takiego się stało, że nagle, w okamgnieniu te dwie jakże różne osoby, nieprzystępne, a w przypadku pani Teresy także zalęknione, tak demonstracyjnie zajęły się rozmową, spacerem. Wieleż lat ich dzieli? Lat i doświadczenia? On po stracie żony pozostał dziwakiem. Tylko praca i las. Ona z trzydziestką na karku, jeszcze przecież bardzo młoda od kilku lat w mieście i zawsze sama. Dalibóg, w święto kobiet, tu w kawiarence, po raz pierwszy w życiu widziałem ją w tak obszernym gronie ludzi. I nagle te dwie istoty zeszły się z sobą… pani Zosieńko, oni wyglądali jak zakochani.
…nad ranem wyprasowałam ci koszulę
swoimi wciąż gorącymi dłońmi,
a kiedy odchodziłeś
pocałunkami na twojej twarzy
wyznaczyłam ci trasę powrotu do mnie.
Młoda piosenkarka opuściła mikrofon i przycisnęła go do piersi, odwróciła potem głowę i wolnym krokiem zeszła w stronę chłopca grającego na saksofonie altowym. Muzyka ucichła a po chwili artystka wróciła na główną scenę, odczekała chwilę, była to bardzo długa chwila, podczas której zabrzmiała gitara, perkusja i dźwięczne, elektryczne skrzypce.
- Kochany przyjacielu, a czy to ma tak wielkie znaczenie? Spójrz na Marię i pana Adama. A zdarza się także tak jak ze mną i panem doktorem. Jeszcze dwa lata temu postawiłabym wszystkie pieniądze na to, że po śmierci swojego pierwszego męża pozostanę samotną przez resztę życia.
- Pani Zosieńko, sądzi pani, że to miłość?
- A jeśli nawet, to co? - pani doktorowa uśmiechnęła się zagadkowo. - Zatańczymy? No, no, niech pan nie odmawia. Ta muzyka jest właśnie do tańca.
I porwała go, a ten całkiem zręcznie przebierał nogami i nawet nie zadeptał pani Zofii jej najnowszych butów, które specjalnie nabyła przed Dniem Kobiet. Z każdym muzycznym taktem było tylko lepiej.
Przybyły do kawiarenki po żonę doktor Koteńko aż usta otworzył, z niedowierzaniem patrząc na tańczącą parę. Czy był zazdrosny? Co to, to nie, lecz z przyjemnością dziką odezwał się do Marii:
- Skoro tak… pani Marysiu kochana, poproszę spory kieliszek koniaczku i ten najsłodszy pod słońcem crème brûlée.

[16.03.2016 Dreux i 17.03.2016 Val-de-Reuil we Francji]

16 marca 2016

PODRÓŻ W OCZEKIWANIU NA KRAJ

Pierwszy dzień trasy i, w moim przypadku, czwarty tydzień są najgorsze. Człowiek jest już troszkę zmęczony, nie tak fizycznie, jak psychicznie. Do tego te oczekiwanie na załadunek bezpośrednio do kraju. Powoli kończą się też zapasy jedzenia. Byłem wprawdzie przygotowany na miesiąc, ale pozostały mi resztki kawy i herbaty. W marketach właściwie kupowałem jedynie chleb i napoje. Aha, kupiłem też długiego, hiszpańskiego ogórka przypominającego cukinię. Jadłem go dosłownie tydzień. Do kanapek kroiłem plasterki. Może mi ktoś powie, dlaczego hiszpański, szklarniowy, jak mniemam, ogórek ma smak tak pomiędzy higieniczną watą a białym papierem toaletowym. A może ktoś spożywał przez nieuwagę nowalijki w postaci przepięknie zapakowanych hiszpańskich truskawek? Mają smak watoliny opryskanej sokiem zgniłego melona.
Ale swojego ogórka zjadłem, powolutku, aby poprawić trawienie.
Byłem w Normandii, w Rouen i okolicach. Duże przemysłowe miasto nad Sekwaną, ze sporym portem. Pięknie to wygląda. A najpiękniej, kiedy się zrobi zdjęcie z trasy. Widać Sekwanę i całe miasto. Tyle że nie ma gdzie stanąć, no i bateria się skończyła.

Zobacz oryginalny obraz
tak mniej więcej wyglada Rouen

Potem jadę parę kilometrów za Chartres. Osobliwością Chartres jest to, że już z odległości 15 kilometrów widać piękną gotycką katedrę. Wydaje się, jakby ta budowla wyrastała bezpośrednio na polnych równinach tej krainy. Byłem w Chartres parę razy i wiem, że jest inaczej. U stóp katedry, w niecce rozciąga się miasto, stare, piękne miasto. Starówka może nie jest tak urocza i skąpana w historii, jak jej odpowiedniczka w Avignon, ale też jest na czym zawiesić oko.

Zobacz oryginalny obraz
a tak wygląda górująca nad Chartres katedra

Potem, już nocą, podążam przez jedno z moich najulubieńszych francuskich miast - Orlean. Tym razem przejeżdżam niemal przez centrum. Orlean jest pięknie położony nad Loarą i widać, a w nocy oświetlone brzegi rzeki i mosty przerzucone nad nią jedynie podkreślają urodę tego miejsca.
50 kilometrów dalej, pośród orleańskich lasów, ciągnących się aż po Vierzon i Bourges mam rozładunek. Rozładowuję się rano, by później otrzymać kurs właśnie na Bourges. No właśnie - miałem wyruszyć w stronę Polski, a oddalam się od niej coraz dalej. Mijają właśnie cztery tygodnie podróży.
Bourges to takie moje miejsce. To tutaj będąc jeszcze dyrektorem szkoły przebywaliśmy z młodzieżą w trakcie wymiany z Lycée d'Enseignement Agricole du Cher.
Zobacz oryginalny obraz

Zaiste, nieźle wygląda ta szokoła rolnicza znajdująca się w samym niemal centrum Francji.

Przejeżdżałem w w jej okolicy teraz i dwa razy wcześniej. Za każdym razem miałem ochotę odwiedzić tę nowoczesną placówkę i dyrektora, który mieszka nie opodal szkoły. Na zdjęciu tego nie widać, ale jego domek byłby po prawej stronie od tych trzech budynków w prawym górnym rogu zdjęcia - jakieś dwieście metrów w prawo.
Oczywiście nie odwiedzę szkoły, ani dyrektora. Mam to już za sobą. Pozostały wprawdzie wspomnienia i sentyment pozostał. Ale i to przeminie, jak to w życiu. I dobrze.

[16.03.2016, Bourges we Francji]


15 marca 2016

CIOTECZKA

- Cioteczko kochana, cioteczko, opowiedz - aż przyklęknęła przy starszej pani, trzymającej na kolanach naukowy periodyk, jeszcze nie otwarty. Dostała go od…

Stefciu, zauważyłam, że Milena strasznie jest egzaltowana. Cioteczko tu, cioteczko tam. Te maniery. Czy ty wiesz, że nadmierna egzaltacja nie idzie w parze z bystrością umysłu? Amerykańscy psycholodzy o tym pisali. Gdzie ja to czytałam? Przypomnę sobie. Koniecznie musisz przeczytać. Tam jest także napisane, że… co, nie interesuje cię, spuściłaś głowę. Od dzieci trzeba wymagać. Popatrz, jakie dzisiaj mają możliwości. Moja córka po trzech fakultetach znalazła sobie pracę w Austrii. Ale wiesz, niemiecki i francuski biegle, bardzo dobrze angielski, gorzej z włoskim, ale się uczy, bo lubią z Martinem wyjeżdżać do Włoch. Każdego roku przynajmniej na dwa tygodnie muszą. Zaliczyli Rzym, riwierę, oczywiście Mediolan i Wenecję, a szykują się na Neapol. Wiesz jakie to pracowite dziecko było. I zdolne. Do prywatnej szkoły ją oddałam. Nie, nie do sióstr. Ja nie mam zaufania do kleru. Dyscyplina tak, ale światopogląd, kochana - staroświecki i niedzisiejszy. Niemieckiego i francuskiego to od przedszkola się uczyła. Dodatkowo prywatne lekcje. Tylko katolicką macie? Milenka nie chce? Może to nawet lepiej, ale powinnaś się postarać o korepetytora od języków. Z angielskim u niej nieźle. To dobrze. Aha, dogada się. Stefciu, dogadać się to nie wszystko. A jak ci któregoś dnia powie, że chce robić karierę na zachodzie? Musi biegle mówić. W lipcu jedzie? No, popatrz. Pod kątem jej przyszłych studiów? To byłoby bardzo dobrze dla niej zobaczyć i przekonać się, jak pracuje się w renomowanych korporacjach. Moja Małgorzata wzięła sobie dziekański urlop i pojechała do Austrii. Jej przyszły teść załatwił jej staż w znanej firmie ubezpieczeniowej. Ach, co to za człowiek! Inteligentny bardzo. Jaki oczytany! Towarzyski ale przede wszystkim obowiązkowy. Radcą handlowym jest. Martin poszedł w niego z inteligencją. Wyższego szczebla programista, a wiesz… początkowo zajmował się grafiką komputerową współtworząc, nie uwierzysz… gry dla dzieci. Ale teraz jest, jak to się nazywa… administratorem sieci i najlepsze firmy na austriackim rynku wręcz zabijają się o niego. To mówisz, że w lipcu jedzie. I bardzo dobrze. Przyda się jej praktyka przed studiami. Co ty mówisz? Nie wie, czy pójdzie na studia? Może niezdecydowana (choć powinna być zdecydowana)? No to jak wyobraża sobie swoje przyszłe życie i karierę? W barze będzie pracować? W polskiej dzielnicy w Birmingham? Tam w ogóle jest polska dzielnica? Aha - Rosjanie, Ukraińcy, czarni. Marnie to widzę. Milenka na zmywaku, ha.  Że co? Chce się obkupić i tobie pomóc? No tak, mówiłam ci, Stefciu, abyś uważała, biorąc kredyt. Ekonomia, kochana, trzeba znać się trochę na ekonomii. Ja, moja droga, przez wiele lat byłam daleko w tyle za Henrykiem, ale się doszkoliłam, kiedy po osiemdziesiątym dziewiątym otworzył własną firmę. Byłam za księgową, robiłam za marketingowca, pomagałam i uczyłam się. Początkowo byłam przeciwna, bo to wiesz, co innego być inżynierem od dróg i mostów za komuny i pracować w przedsiębiorstwie państwowym, a co innego działać na własny rachunek. A on, popatrz, zaryzykował. Inna sprawa, że wykorzystał szansę, bo akurat tuż przed przełomem postawili go na stołku dyrektora. A potem wiesz, jak było. Państwowe przestało się opłacać. Prywatyzacja. Skorzystał na tym i powiem ci, że kupił za bezcen. Znaczy się z tego, co sprzedał zostało tyle, że miał za co kupić. Nie rozumiesz? Wziął kredyt na poczet sprzedaży części majątku dawnego zakładu i wyszedł na tym, że hej. A pewnie, że trzeba mieć dojścia. Zawsze trzeba. No i wystartowaliśmy w tej budowlanej branży. Zleceń było sporo, bo też po dawnej znajomości każdy cenił mojego męża, a w dodatku były to czasy boomu. To fakt, jedni upadali a ci zdolniejsi szli do góry i Henryk był jednym z nich. Inwestował, poszerzał obszar działania. Tylko, ci powiem, ci robotnicy, ci Polacy to naprawdę, pożal się Boże, jak toto pracowało. A zarabiać chcieli dużo, oj dużo. A ja do nich (sama im wypłaty przygotowałam): - jak chcecie dużo zarabiać, to powinniście mieć taką głowę do interesów, jak mój mąż. On na ten przykład zaryzykował, a wy czym ryzykujecie? Tak mówiłam. Strasznie, mówię ci strasznie w tej Polsce pracują. Ile podłości, zawiści. Henryk w końcu zrezygnował. Sprzedał firmę. No cóż, miał problemy z sercem, no i ten wiek. Henryk jest siedem lat ode mnie starszy, a Małgorzatę urodziłam grubo po trzydziestce, kiedy wiodło się nam na tyle dobrze, aby mieć dziecko. A Małgorzata dorosła, wyjechała, wyszła za mąż za Martina, no i trzeba jej było jakąś sumkę dać w podarunku, w końcu to nasze jedyne dziecko. BMW sobie kupiła, nowe, no wiesz, Martin miał już samochód, ale w dzisiejszych czasach małżeństwo robiące karierę powinno mieć dwa. Dobrze mówię? Co to ja chciałam? No wiesz, to bardzo dobrze, że Milenka o swojej starej mamie myśli, że chce jej pomóc materialnie; źle, że nie poszukała sobie ciekawszego zajęcia. No, bo powiedz mi, kochana, jakaż to kariera na zmywaku? A nawet jeśli zacznie podawać, czy przy barze? A niebezpieczeństwa jakie? Młoda, niedoświadczona i na swój sposób ładna. Tam, w tych spelunach może być bardzo niebezpiecznie. Brałaś to pod uwagę? Wiesz, Stefciu, ja to mogłabym ci nawet trochę pomóc w spłacie tego kredytu. Porozmawiałabym z Henrykiem, zaplanowalibyśmy, w jakim zakresie mogłabym partycypować, ale pomyślałam sobie, że pewnie byś nie tej pomocy nie przyjęła. Zawsze byłaś ambitna a jeszcze bardziej uparta. Z drugiej strony, pomyślałam sobie, że najlepiej, jeśli człowiek sam się sparzy i sam poczuje, że pewnych spraw nie przeskoczy. Nie stać cię na spłatę, nie bierz kredytu, bo pójdziesz z torbami. Całe życie się uczymy. Ja na ten przykład chodzę od czasu do czasu na wykłady, na spotkania, par excellence, towarzyskie. Kogo ja tam nie spotykałam. Mówię ci, elita: profesorowie, doktorzy, politycy, znani dziennikarze. O tej ekonomii ile ja się dowiedziałam, nowych światowych trendach w nauce i technologii, aż po futurologię. Słuchałam dwóch wykładów naszego znakomitego ekonomisty i stratega. Tak, tak, właśnie tego. Co za kultura? Jakie wychowanie? Przecież jemu zawdzięczamy wszystko. Nie masz zaufania? Przyszłabyś na jeden taki odczyt i przekonałabyś się do niego. Reszta, moja droga, ci z przeciwnej strony to zwykli niedouczeni populiści. No wiesz, on nie jest sam, ma swoich ludzi, następców i zastępców. Z takim jednym profesorem - w telewizji często występuje - znam się osobiście. Przez Henryka. Oni znają się lepiej i od dawna, ale ja doszlusowałam. Dwa miesiące temu zaprosił nas na raut. A jakże, byli ministrowie, naprawdę wysoko postawieni urzędnicy, profesorowie, doktorzy, śmietanka towarzyska. Wyobraź sobie, że zaprosili aktorów prywatnego teatru. Miała być muzyka. Operowa. Nie przepadasz. Ja w sumie też, ale w towarzystwie nie wypada o tym mówić. Nie, nie byłam. Profesor u którego się leczę zlecił mi wyjazd do sanatorium. Mówię ci - bajka. Ale żebyś nie myślała, że w sanatorium to tylko same przyjemności. Oj nie. Całymi godzinami rehabilitacja, masaże, kąpiele błotne, basen, naświetlania, dieta. Akurat diety to pilnuję i względem siebie, i Henryka. On jest sercowy. Mówiłam ci. W przyszłym roku jedziemy oboje na cały miesiąc do Niemiec. Sanatorium plus klinika. Profesor ma znajomości. Oczywiście, że chodzę prywatnie. Profesor jest akurat specjalistą, ale mam też rodzinnego internistę. Doktor nauk medycznych. Przyjmuje też w przychodni, ale wiesz, jaka jest ta państwowa służba zdrowia. Szkoda na nią czasu. No cóż, pewnie że kosztuje, ale za wysoki poziom leczenia trzeba płacić. Ale nie pomyśl sobie, że mam lekko. Gdybym żyła tylko ze swojej emerytury, to nie byłabym w stanie utrzymać właściwego standardu życia. A co mam ci nie powiedzieć. Powiem. Emerytury ma trzy osiemset na rękę i gdyby nie świadczenie Henryka… co tu mówić. On ma się czym pochwalić, ale przecież jak był na swoim to płacił składki z najwyższej półki, odkładał. Mówisz, że chciałabyś mieć połowę mojej na dwie osoby? Stefciu, a kto ci zabronił pomyśleć o tym zawczasu? A jak mnie było ciężko, nie wyobrażasz sobie. I jest. Słuchaj, mamy stuczterdziestometrowy apartament. Jest co sprzątać, prawda? Co z tego, że sama nie sprzątam? Pewnie, że najmuję. Nie mam szczęścia. Sama hołota przychodzi, a to, wyobraź sobie - kobiety. Wszystko im trzeba powiedzieć co i jak, dopilnować, a jak sześć złotych za godzinę im daję, to obrażone, mało, mówią i jeszcze się targują o każdą minutę. Mówię ci, zwyczajne chamstwo. Małgorzata dzwoni z Wiednia, pociesza mnie, mówi, nie denerwuj się, mamo. Tutaj też hołoty od zatrzęsienia. Że też nasz rząd, ba nasze rządy nie mogą sobie z tym dziadostwem poradzić. Ciebie to nie interesuje, Stefciu? A powinno. Przez tych roboli, tych nygusów, co to im się nic a nic nie podoba, do Europy nie doszlusujemy. Na kogo głosujesz? Co? Nie bierzesz udziału? Żartujesz. Przecież jak nie pójdziesz, to te oszołomy dorwią się do władzy. I powinnaś, Stefciu wiedzieć, że udział w wyborach to nasz wielki, zbiorowy obowiązek.  

- Cioteczko, proszę, opowiedz mi! - prosiła chwytając starszą panią za dłoń, w której trzymała naukowy periodyk.
- O czy to ja mam ci dziecko opowiadać.
- O Anglii… jak tam było…
- Widzisz jak to jest, Stefciu. Kiedy niby chodzi się do szkoły, to nioby zna się geografię. Ależ Milenko, zapamiętaj sobie, co ciocia mówi. W zeszłym roku byłam z wujkiem w Edynburgu, a Edynburg to Szkocja, moja droga. Mogę ci natomiast pożyczyć, dziecko, taki świetny przewodnik po Anglii… co tam pożyczyć, ja ci go dziecko ofiaruję. Po powrocie wyślę ci pocztą, tylko za przekaz zapłacisz. Poznaj serce cioci. A jest w języku polskim, tak że nie będziesz miała trudności w zrozumieniu, co autor napisał o Anglii.
Wiesz, Stefciu, napiłabym się kawy, ale tylko bezkofeinowej. Innej nie mogę. Co? Została ci jeszcze od czasu mojej poprzedniej wizyty. No cóż, pewnie zwietrzała, ale się napiję. Ależ mam pamięć. W samochodzie zostawiłam dla Milenki szaliczek. To tureckie wełniane wdzianko, w którym mnie zeszłym razem widziałaś, spruło się. Jakiś gbur zahaczył je w windzie. Musiałam spruć do końca, no i w wolnej chwili wydziargałam. Cieszysz się Milenko, prawda? 

[15.03.2016, Mantes we Francji]

14 marca 2016

"LASCIATE OGNE SPERANZA, VOI CH'INTRATE"

"Przeze mnie droga w gród łez niezliczonych.
Przeze mnie droga w boleść wiekuistą,
Przeze mnie droga w naród zatraconych.
Mój budowniczy był wzniosłym artystą,
Sprawiedliwości dna grunt mój dosięga.
Mnie zbudowała wszechmocna potęga,
Mądrość najwyższa, miłość samodzielna.
Przede mną rzeczy nie było stworzonych
Prócz nieśmiertelnych — i jam nieśmiertelna!
Wchodzący we mnie, zostawcie nadzieję
W tych słowach napis na bramie czernieje.
'Dla mnie, o mistrzu, straszna treść jej godła'.
Mistrz mówił, jakby świadomy tej strony:
,Tutaj lękliwość wszelka, słabość podła,
Niech zamrą w tobie, tu zbyć je przystoi.
Przyszliśmy w miejsce, gdzie oglądać mamy 
Lud nędzny, światła prawdy pozbawiony'
Rzekł i z wesołą twarzą w dłoni mojej
Dłoń swoją złożył, czym ja pocieszony,
Wstąpiłem w progi tajemniczej bramy.
Stamtąd wzdychania, żale i okrzyki
Brzmiały pod niebem bez gwiazd osamiałem
Słysząc jęk ludzki, zrazu zapłakałem.
Okropne mowy, zmieszane języki
Bólu i gniewu, klask dłoń w dłonie dziki,
Głosy na przemian ostre, to chrypiące
Tworzyły hałas starciem się wzajemnym,
Który złamany na wrzasków tysiące
Wił się w powietrzu nieśmiertelnie ciemny" *
Jakoż nasz bohater ujrzał piekieł bramy, tak i mnie przyjdzie w piekle się smażyć. I żadnej nadziei, gdy przez tę bramę się przedostanę.

* fragment III pieśni "Boskiej Komedii" Dantego
[14.03.2016, w Le Mans, Francja]