Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

23 listopada 2017

POSUCHA

Zanim po raz kolejny wyobraźnia uruchomi fikcję, która jest życiem, czy na odwrót, należało stanąć twarzą w obliczu posuchy. Ktoś powie, jakże to posuchy, skoro dżdżysto i deszczowo-wilgotnie, a ja odpowiem, że w rzeczy samej posucha; spróbowałem tylko telewizor włączyć, i co?
Nie żebym uczynił to niezwłocznie, bo trzeba było najpierw załadować kijankę, przewieźć ją to załadowane, dojechać, wyładować, przenieść i zrobić jako taki porządek, sycąc się przy okazji domowym obiadem. Dopiero potem klik i poszperać w programach, aby się przekonać, że posucha, czyli w kolokwialnym języku, co było to i jest, żadnych rewelacji, zaprzyjaźnione inaczej wojska tak jak w okopach się rozsiadły, tak i w nich trwają i ponad barykadą rozrzucają ulotki zachęcające do poddania się, co wiemy, że nigdy nie nastąpi, bo aby do tego doszło, koniecznym warunkiem jest, aby ktoś ustąpił, a ustępuje zazwyczaj mądrzejszy, ba, ale gdzie ich szukać.
Po tym przydługim wstępie stwierdziłem, że po to są internety, aby móc wyłączyć telewizor i tym sposobem natrafiłem na taki oto filmik, którego nie skomentuję, bo sam za siebie mówi.

... i jak?

[pisane w dniu 23.11.2017, Dobrzelin]

21 listopada 2017

MUZYCZNE POCZTÓWKI (4) - KUPLECIKI

Zawinił przypadek.
W poprzednim wpisie użyłem sformułowania "na całej połaci deszcz", co jest oczywiście zapożyczeniem wziętym z tekstu piosenki pana Jeremiego Przybory "Na całej połaci śnieg". Ufam, że będzie mi to wybaczone.
A że nosiłem się z zamiarem umieszczenia na muzycznej pocztówce melodii (i tekstów) z Kabaretu Starszych Panów, przeto zdopingowałem się do przypomnienia nieodżałowanego Wiesława Michnikowskiego.
Na początek moja najulubieńsza piosenka, w której skumulowały się: intrygująca warstwa melodyczna (pan Jerzy Wasowski), genialny, humorystyczny tekst pana Jeremiego Przybory oraz przecudowne wykonanie pana Wiesława. 
Pod muzycznym obrazkiem umieszczę tekst tej piosenki, a to z takiego powodu, aby słuchacz, kimkolwiek by nie był, skonfrontował te wysublimowane, jakże trudne do wyrecytowania  kupletowe pasaże z mistrzowską dykcją pana Wiesława - do polecenia nie tylko początkującym polskim piosenkarzom... a zatem posłuchajmy... "Jeżeli kochać to nie indywidualnie".

i oto tekst piosenki:
Jeżeli kochać, 
Jeżeli kochać...

Jeżeli kochać, to nie indywidualnie, 
Jak się zakochać, to tylko we dwóch. 
Czy platonicznie pragniesz jej, czy już sypialnie, 
Niech w uczuciu wspiera wierny cię druh. 
Bo pojedynczo się z dziewczyną nie upora
Ni dyplomata, ni mędrzec, ni wódz. 
Więc ty drugiego sobie dobierz amatora, 
I wespół w zespół, by żądz moc móc zmóc. 

I wespół w zespół, wespół w zespół,
By żądz moc móc zmóc. 
I wespół w zespół, wespół w zespół, 
By żądz moc móc zmóc. 

Bo kiedy sam w zmysłów trwasz zawierusze, 
To wszystek czas Ci pochłonie i zdrowie, 
Lecz gdy z oddanym kolegą to tuszę, 
Że tylko w połowie. 

Wniosek:
Jeżeli kochać, 
Jeżeli kochać, 
Jeżeli kochać!

Jeżeli kochać, to dlaczego nie z kolegą?
Dziewczynę wespół uwielbiać jest lżej. 
Co niebezpieczne dla mężczyzny samotnego, 
To z kolegą niebezpiecznym jest mniej. 
Jeżeli kochać, to nie indywidualnie, 
Jak się zakochać, to tylko we dwóch. 
Czy platonicznie pragniesz jej, czy już sypialnie, 
Niech w uczuciu wspiera wierny cię druh.
I wespół w zespół, by żądz moc móc zmóc. 

I wespół w zespół, wespół w zespół, 
By żądz moc móc zmóc. 
I wespół w zespół, wespół w zespół, 
By żądz moc móc zmóc. 

A kiedy rzuci Cię w szczęścia południe,
Kobieta z pięknym bezdusznym obliczem,
Dla samotnego to cios - aż zadudni,
Dla dwóch zaś, to prztyczek.

Wniosek:
Jeżeli kochać,
Jeżeli kochać,
Jeżeli kochać…

Jeżeli kochać, to nie indywidualnie,
Jak się zakochać, to tylko we dwóch.
Czy platonicznie pragniesz jej czy już sypialnie,
Niech w uczuciu wspiera wierny cię druh.
Bo pojedynczo się z dziewczyną nie upora
Ni dyplomata, ni mędrzec, ni wódz.
Więc ty drugiego sobie dobierz amatora
I wespół w zespół, by żądz moc móc zmóc.

I wespół w zespół, wespół w zespół, 
By żądz moc móc zmóc. 
I wespół w zespół, wespół w zespół, 
By żądz moc móc zmóc.

Drugi utwór niniejszym dedykuje wszystkim kobietom, które odłożyły na wieczne odpoczywanie do swoich kufrów, szaf i szuflad lalki, którymi bawiły się w dzieciństwie, a jako dorosłe już panie nie dostrzegają tego, że gdzieś tam w kąciku, za parawanem, a może za progiem, po tamtej stronie drzwi wspiera plecami obolałą ścianę... biedny miś, mruczący tę oto piosenkę: "Bez Ciebie".


I na koniec kuplecik, zaśpiewany przez pana  Wiesława, wspomaganego tutaj przez kolejnego nieodżałowanego Mieczysława Czechowicza, najwspanialszego na świecie misia - nie biednego, a Uszatka.
Przyjemnego słuchania.
"Tanie dranie"


(pisane w okolicy Okmian, gmina Chojnów w Polsce, w dniu 21.11.2017 r.)

TRANSPODRÓŻ 26 CIERPLIWOŚĆ NAGRODZONA

strumień 26.
Wreszcie w kraju, nie w chałupie jeszcze, a przy legnickiej autostradzie, w drodze na rozładunek do Leszna, a potem… firma i dom. Jako że rozładunek jutro rano, przeto przepędzam czas przy drogowym internecie, który w Polsce działa najlepiej.
Wyjechałem z Seclin wczoraj po południu pod Frankfurt nad Menem. Skrawek Francji - deszcz, połowa Belgii - deszcz, całe Niemcy - deszcz, wjechałem do kraju - deszcz. Na całej połaci deszcz. Listopad daje o sobie znać.
Do kraju zawsze wraca się z większą motywacją i te tysiąc dwieście kilometrów (z postojem pod Frankfurtem) nic a nic mnie nie zmęczyło. Tylko ten deszcz. Rozpuścić się można.
Po drodze słuchałem France Musique - we Francji i trochę w Belgii. Od Niemiec posucha. To dziwne, ale moje radyjko jakoś nie może w Niemczech odnaleźć klasyki (podobnie jest we Włoszech). Jeżeli już to w Bawarii albo na północy - Hamburg, Brema.
Za Dreznem, jak zwykle, poszukuję czeskich stacji - wreszcie jakiś porządny język. Złapałem katolicki „Proglas” (radio „Contact” łapię dopiero przy granicy, a najlepsze „Vltawa” jest nieobecne tym razem. Ale jeśli ktoś myśli, że „Proglas” przypomina „Radio Maryja”, to w wielkim jest błędzie. Tu nie ma audycji, w której zabierają głos jakieś oszołomy, pomstując na czym świat stoi… na Niemca, Ruskich, Żydów, Tuska, komuchów, Europę i świat cały. Nie wypowiada się w tej katolickiej, czeskiej rozgłośni jakiś ojciec, który uczy radiosłuchaczy, jak uprawiać fizyczną miłość, aby było po bożemu. „Proglass” informuje o najbardziej potrzebujących, kultywuje narodową, regionalną tradycję, puszcza piosenki nie związane z martyrologią, zaprasza do studia ludzi, którzy mają naprawdę coś ciekawego do powiedzenia. Oczywiście przebija się przez te audycja religia katolicka, ale, jak Boga kocham, wolałbym wysupłać z kieszeni parę koron na wspomożenie tego radia, aniżeli wydać złotówkę na… niedopowiedzenie.
No i winienem dokształcić się z czeskiego.
Czeka mnie zadanie, którego nie znoszę, czyli spakować się, stwierdzając przy okazji, że po raz kolejny wziąłem z sobą za dużo ciuchów, a nawet jedzenia, i że kupiłem dwa chleby niepotrzebnie, i że gazowana woda została mi jeszcze z kraju, od wyjazdu nie ruszana, i w ogóle jak ja się z tym wszystkim uporam, czy moja „kijanka” pomieści to wszystko.
Się okaże.

(pisane w okolicy Okmian, gmina Chojnów w Polsce, w dniu 21.11.2017 r.)

20 listopada 2017

TRANSPODRÓŻ 25 CIERPLIWOŚĆ

strumień 25.

Najgorzej jest wtedy, gdy czekasz na jakąkolwiek wiadomość o kolejnej trasie, czekasz długo, zbyt długo; a jeszcze gorzej (tak jakby od najgorzej mogło być jeszcze gorzej) jest, kiedy zbliżasz się, choćby w myślach, do powrotu do kraju. 
A przecież mnie tam widzą na GPS-ie, że jestem i czekam, wciśnięty w sam koniuszek strefy ekonomicznej; dalej już nie ma nic, same pola, nieużytki, dosłownie nic. Może czekają na to jedno zlecenie, które poprowadzi mnie przez Belgię, Luksemburg i Niemcy… a może nie, może mam przeżyć jeszcze jeden dzień deszczowy, słotny, coraz chłodniejszy, bo listopad wchodzi właśnie w ostatnią dekadę.
A jednak nie narzekam. Nauczyłem się cierpliwości. Nie było z nią w dawniejszych czasach najlepiej. Przypominając sobie dawne chwile, w których sam musiałem podejmować decyzje, cierpliwości takiej nie miałem. Może to nawet nie kwestia cierpliwości, a chęci załatwienia sprawy od razu, na poczekaniu. Nie znosiłem ślamazarności. Zbyt długo trwające przemyślenia pożytku nie przynoszą. Mylą się ci, którzy sądzą, że należy przeczekać, aż sprawa się „ustoi”, aż dorośnie do tego, aby ją rozwikłać, nadać jej dalszy obieg (nie lubię tego sformułowania).
Tu i teraz są najważniejsze. Czy to brak cierpliwości?
Albo z wykonywaniem zleconych zadań na czas. Zaczynałem pospiesznie, ale kończyłem akuratnie, zgodnie z terminem. Jeśli trzeba było coś skończyć na dziewiątą, nie kończyłem za pięć, w ostatniej chwili, ale na czas. Może od wtedy datują się początki mojej cierpliwości. Może.
A jeśli znajduję się na jej krawędzi, to przychodzi do mnie muzyka Bacha, taka jak ta - 4 koncert brandenburski g-dur, tu w wykonaniu barokowej orkiestry z Freiburga.
Jakże przepięknie brzmią flety, a ile miejsca dla wyobraźni…


(pisane w Seclin, Nord we Francji, w dniu 19.11.2017 r.)

NAZYWANIE ŚWIATA II (4. CIEPŁO)

Jedna z tych zim syberyjskich, których teraz nie uświadczysz, choćbyś i na kolanach o nie błagał. Sypnęło drobną kaszą białego szaleństwa, wionęło arktycznym chłodem, przeganiając coraz lżejsze już, sine obłoki; nareszcie prędka, srebrzysta noc zapłonęła nad bielą skutej nagłym mrozem puszystości, a cisza nastała taka, że policzyłbyś każdą kropelkę wody, co sączy się w żeberkach ciekłych szlaków kaloryfera.
Korytarzem przechodził akurat ten, który wstawać musiał najwcześniej, dobrze przed czwartą, choć do zajezdni nie miał dalej niż czterysta kroków, ale w taki zamróz należało najlepiej samemu przygotować autobus do drogi, nie liczyć na obsługę, że akumulator podładuje, że silnik uruchomi, aby na ciepłym w pierwszy kurs wyruszyć.
Tam, w wąskiej szyi korytarza, tuż pod oknem, przy żeliwnym, kremową farbą pomalowanym kaloryferze, stał niewielki stolik o kwadratowym, pokrytym laminatem blacie; przy nim niezgrabny taboret, na którym pewnie siadano, aby przez okienną witrynkę spojrzeć na stawek słynący z tego, że pływała po nim para łabędzi. Jednakowoż chłód zimy przepędził ptaki nad jeziorko, które przy miejskiej ciepłowni położone, zamarzało nieskoro, dając ptactwu nawet w najtęższe mrozy sporo wodnej przestrzeni do kąpieli.
Ten, co akurat przechodził korytarzem, w ciepłą kurtkę ubrany, a w ręku futrzaną trzymał czapkę, zauważył pod stolikiem wtuloną w nisko, tuż przy podłodze zainstalowany kaloryfer, skuloną ludzką postać mężczyzny (poznał po męskich, roboczych buciorach na nogach) o nieokreślonym wieku, albowiem na głowę zarzuconą miał kufajkę. Mężczyzna zapewne posilał umęczone ciało snem.
Ten, co budził się w ciasnym, acz przytulnym pokoiku hotelu robotniczego najpierwszy, przeszedł mimo leżącego, lecz zastukawszy w szybkę kanciapy recepcji, aby oddać klucz od pokoju, ośmielił się poinformować panią Wandzię o śpiącym pod stolikiem znalezisku.
- Coś podobnego, panie Mietku, a ja nie zauważyłam, choć nie zmrużyłam oka - zareagowała niecierpliwie. - Pewnie zasłuchałam się w te walce. Och, panie Mietku, jakie piękne po północy walce puszczali, nic, tylko zatańczyć… ech, żeby mnie tak ktoś zaprosił na bal… karnawał, sanie, panie Mietku…. Już idę do niego, bo może to jaki złodziej, jak pan myśli?
Pan Mietek wcale nie pomyślał o tym, że ten pod kaloryferem to złodziej, ale zaoferował swą pomoc pani Wandzi, gdyby miało się okazać, że śpiący, po wybudzeniu go przez recepcjonistkę (przypuszczał, że to będzie jej zamiarem) uczyni jej jakiś problem.
- Panie Mietku, już ja sobie z nim poradzę, nie z takimi dawałam radę. A pan niech już biegnie do tego autobusu, a ostrożnie, bo ślizgawica. Niech na przystankach ludzie panu nie pomarzną.
Wdział na głowę czapkę i poszedł.
Pani Wandzia - czterdziestka wdarła się z odkładem na jej kształtny kark - była kobietą zażywną, do pogadania z każdym, o usposobieniu pogodnym choć stanowczym. Niech nikogo nie zmyli jej wiek - przedstawiała się nadzwyczaj zgrabnie, a chociaż tęgawa, przy kości, szczupłość jej nóg i kobiece krągłości niejednemu przypadały do gustu bardziej, aniżeli kształty kobiet, które obrali sobie za żony. Zatem wzdychali do pani Wandzi wzrokiem pożądliwym, w rozmowie żartowali przytulnie, filuternie flirtowali, a ich mózgi uruchamiały wyobraźnię, która to wielkie spustoszenie wywołać w męskich marzeniach potrafi.
Na panią Wandę nie było jednak sposobu, aby ją do nieczystych myśli przekonać, aczkolwiek po przedwczesnej śmierci męża w samotności żyła, mając parę odchowanych i już wybyłych z rodzinnego gniazda, dorosłych dzieci.
Podążała teraz dziarskim krokiem w stronę leżącego, przystanęła nad nim, pochyliła się i trąciła dłonią jego ramię.
Ten, zbudzony nagle, jeszcze nie powrócił do świadomości. Zrzucił z głowy kufajkę i szeroko rozwarł oczy, a w tym jego głębokim spojrzeniu był jakiś przestrach i niespokojność, tak jakby samego diabła albo anioła zobaczył.
- A ładnie to tak skradać się chyłkiem jak lis po nocy, nie przywitać się, o klucz nie poprosić? - powitała go rzędem pytań.
Wstawał ociężale, wsparł się dłonią o kaloryfer, wreszcie przysiadł na taborecie. Ona, bystra w ruchach i spojrzeniu, stała przy nim, gotowa udzielić mu otwartą dłonią razów po policzkach, aby oprzytomniał.
- Kiedy ja tu nie mieszkam.
Przeciągnął się, plecy wyprostował, ziewnął szeroko, spojrzał kobiecie w oczy.
- Mieszkam, nie mieszkam, trzeba było podejść i poprosić. A może bym jaki pokój miała?
Pochwycił jej dłoń, tę którą był wybudzony; już szorstkie swe wargi miał do niej przystawić, gdy ona cofnęła dłoń, a wraz z tym wycofaniem odstąpiła od niego o krok.
- Panie, no coś pan taki zapalczywy.
- Ciepło, droga pani, ciepło poczułem takie - zaczął się tłumaczyć - że ledwom wszedł niezauważony, pani słuchała, słuchała, podążyłem ku niemu. Mnie, droga pani, ciepło jak magnes przyciąga… najlepiej takie od kaflowego pieca; obejmiesz go i trzymasz, i nie wypuszczasz z ramion, jak kobiety… ale i kaloryfer dobry, choć on trochę jak szkielet, do którego się nie przytulisz, ale kaloryfer bajki przed snem opowiada, szepcze opowieści, usypia, więc i ja zasnąłem, jak przy kobiecie, co przez sen miłość ci wyznaje…
- Aleś pan się zapędził…
- A pani wie, że kobiece ciało najcieplejsze? Gdzież tam piecowym kaflom do niego, choćby najbardziej rozgrzanym. Pod skórą pulsują tętniczki, w nich krew do czerwoności rozpalona po całym kobiecym ciele się rozlewa. Istna powódź ciepła. A i każdy jej oddech gorący; przy nim piersi falują, od nich żar pustynny rozkołysuje powietrze, a płynna rozkosz kobiecości też wulkaniczną lawą nasyca pragnienia pocałunków, przytuleń, wreszcie nieziemskich rozkoszy…
- Pan poeta?
- Poeta z łopatą w garści. Przy torach pracuję.
- Zimno w taki krótki dzień.
- Otóż właśnie. Zimno spragnione ciepła. Skończywszy pracę, zamyśliłem się tak bardzo - przedtem to mi się nie zdarzało - nie zmieniłem ubrania. Z plakatu wyczytałem, że w „Zdrojowej” dzisiaj cyganie. Śpiewy, tańce, pani wie, karnawał. A tam, gdzie cyganie, ciepło przecież, a i posłuchać lubię, popatrzeć, ale że ubrany byłem jak byłem, to przez to zamyślenie, nie wpuścili; więc za szybą stałem, obserwowałem, śnieg sypnął, marzłem, ale patrzyłem i słuchałem, głośno grały skrzypce, śpiew przemógł zawieję… stałem tak do szyby przyklejony, mijał czas i że ostatni pociąg na mnie już nie zaczeka, wiedziałem. Cóż było robić? Do „Zdrojowej” nie puszczają, sunę więc po zasypanym śniegiem mieście, rozdygotany chłodem, ciepła szukam, pani wie, ja ciepła tak bardzo upragnę, i oto jestem, tutaj właśnie dobrnąłem…
Czy pani Wanda dawała wiarę jego słowom, czy może ją urzekły, któż to odgadnie? Dość powiedzieć, że jeszcze pogodniejszą się stała, tak jak noc gwiaździsta, srebrzysta, lecz w przeciwieństwie do niej gorąca.
- Na szklankę gorącej herbaty pana zapraszam, panie poeto od łopaty - rzekła.
I poszli.
W recepcyjnym pokoju ciepło było takie, że kufajkę z siebie zrzucił, a w radiu znów puścili walce, więc oboje pijąc gorącą herbatę, słuchali.

(pisane w Seclin, Nord we Francji, w dniu 19.11.2017 r.)

19 listopada 2017

PRZEDRUKI 3 ZAKAZ - RIPOSTA

Pozwoliłem sobie na dokonanie przedruku tekstu "Oświadczenia Tygodnika Powszechnego" w sprawie zakazu wypowiadania się w mediach księdza Adama Bonieckiego.
Wbrew pozorom jest to, moim zdaniem, temat, wobec którego nie można przejść obojętnie, bez względu na to jaki jest nasz stosunek do chrześcijaństwa, religii i wiary. Dotyczy on wolności słowa, wolności do mówienia prawdy, jak również dotyka on kwestii etycznych, moralnych, do których Kościół Katolicki w Polsce jest ponoć tak silnie przywiązany.
Poniższe wyjaśnienie redakcji "Tygodnika Powszechnego" odsłania kulisy prawdy.

Zgromadzenie Księży Marianów po raz kolejny wydało zakaz wypowiadania się w mediach dla naszego redaktora seniora ks. Adama Bonieckiego. Poprzedni, nałożony 6 lat temu, został zniesiony w lipcu tego roku, a teraz – jak czytamy w komunikacie na stronie zgromadzenia – nałożony ponownie.
Tym razem pod adresem ks. Adama przełożeni wysunęli konkretne zarzuty. Pierwszy, dotyczący wpisu na stronie kampanii LGBT, jest zwyczajnie nieprawdziwy, ponieważ ks. Adam żadnego wpisu ani innego aktu wsparcia nie dokonywał; stał się natomiast ofiarą manipulacji, co sam wkrótce wyjaśni w oświadczeniu na stronie zgromadzenia. Wykorzystano tu jego życzliwość i fakt, że jest przeciwnikiem dyskryminowania osób homoseksualnych, traktowania ich z pogardą oraz poniżania, co jest literalnie zgodne z nauczaniem Kościoła katolickiego (por. KKK 2358: „Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji”). Przykro nam, że przełożeni, znając uprzednio jego wyjaśnienie, użyli dla uzasadnienia swojej decyzji nieprawdziwego zarzutu.

Drugi zarzut dotyczy kazania wygłoszonego podczas pogrzebu Piotra Szczęsnego, którego samospalenie wstrząsnęło opinią publiczną. Nasz redaktor senior miał wówczas „wywoływać wśród licznych wiernych dezorientację”. Tymczasem ks. Adam na naszych łamach wyraźnie wyjaśnił swój i Kościoła stosunek do samobójstwa, cytując wprost Katechizm: „Nie powinno się tracić nadziei dotyczącej wiecznego zbawienia osób, które odebrały sobie życie. Bóg, w sobie wiadomy sposób, może dać im możliwość zbawiennego żalu. Kościół modli się za ludzi, którzy odebrali sobie życie” (KKK 2283). „Mówią mi­: z samobójcy robisz świętego – głosił podczas pogrzebowego kazania. – Nie jestem urzędem ogłaszającym świętych. Myślami stoję tam, na placu pod Pałacem Kultury i pytam: kim ja jestem, żeby osądzać czyn mego bliźniego?”.

Stanowisko „Tygodnika Powszechnego” wobec zakazu nałożonego na ks. Adama pozostaje dzisiaj takie samo, jak 6 lat temu. Podobnie jak wtedy uważamy, że jest to decyzja krzywdząca Kościół jako całość, a nie zespół przekonań politycznych. Decyzja Zgromadzenia jest jednak szczególnie niefortunna, gdyż podjęta w czasie, w którym bardziej niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich lat, potrzebujemy w Polsce głosów takich jak ks. Adama: jednoczących, zbliżających nas do siebie, przypominających o wartości wspólnoty. Czy ci wszyscy, którzy masowo udzielają dzisiaj Ks. Adamowi wsparcia, mają być z niej wykluczeni?


Ps. 
fragment jednego z komentarzy do powyższego oświadczenia:
"Myślę, że Papież Franciszek, gdyby był marianinem, też dostałby od Zgromadzenia Księży Marianów zakaz wypowiadania się. "

Ks. Adam Boniecki / fot. REPORTER

[pisane w dniu 19.11.2017, w Seclin, Nord, we Francji]

KAWIARENKA (104) KUSZENIE RADCY KRACHA

Nieczęsto się zdarza, aby w kawiarnianej sali przy dwu złączonych stolikach (kawiarennik musi koniecznie pomyśleć o wstawieniu do sali przynajmniej trzech stołów ośmioosobowych) zasiedli całą ekipą najpierwsi bywalcy tego przybytku spokoju i rozkoszy przy wymienianiu poglądów na życie, a mianowicie panowie: radca Krach, inżynier Bek, mecenas Szydełko, doktor Koteńko i oczywiście kawiarennik Adam.
Jako że, jak to jesienią, chłodne a mgliste popołudnie rozpostarło wilgotną płachtę nad całym miasteczkiem, panowie uzgodnili, że tym razem rozgrzeją się od wewnątrz koniaczkiem, rzecz jasna w ilościach, które trzeźwych ich umysłów zanadto nie rozpalą. Nawet pan doktor Koteńko, który w spożywaniu procentowych trunków wciąż nie nabył wprawy, tym razem nie odmówił sobie przyjemności uzupełnienia leniwie płynącej w żyłach krwi alkoholem, który w najznamienitszych męsko-damskich środowiskach zdobył uznanie jako niezrównany lek na wszelkie duchowe przypadłości.
Nie mniej jednak pan doktor na chwilę niezbyt długą pozwolił sobie opuścić wiernych przyjaciół, aby z lekarską poradą udać się do Marii, a właściwie, aby sprawdzić, czy ze zdrowiem małego Kubusia i pięknie kwitnącej Róży jest jak najlepiej. Na próżno kawiarennik zapewniał pana doktora, że jego pociechom żadne choróbsko obecnie nie zagraża; pan doktor wolał się upewnić, wszak nie po to ukończył medycynę, aby dawać wiarę słowom niefachowca, choćby był nim najlepszy jego przyjaciel.
Doktor Koteńko z własnej i nieprzymuszonej woli opuścił zatem jedną kolejkę, a panowie już przy cynamonowych ciasteczkach i kawie w przemiłej rozmowie wertowali tematy, których im nigdy chyba nie zbraknie.
Pan mecenas opowiadał o tym, jak to w ostatnich czasach sprawami był przywalony; najczęściej majątkowymi, ale też zdarzały się karne i rozwodowe - tych najbardziej nie lubił - wolał już przegrać byle jaką z honorem, ratując delikwenta przed wysokim wyrokiem. Przepracowany (praca w adwokackim stowarzyszeniu ratującym z opresji najuboższych też go pochłaniała) zdecydował się wziąć tydzień urlopu, podczas którego obiecał sobie nie odpowiadać na telefony, lecz obietnicę swą, nie pierwszy raz zresztą, złamał, a posłyszawszy w słuchawce „w panu, mecenasie, jedyna moja nadzieja”, umawiał się czym prędzej na rozmowę, aby obmyśleć z klientem plan wychodzenia z dylematu, jaki przed nim zarysowano.
Pan inżynier Bek również nie narzekał na nadmiar wolnego czasu, pilnując budowy hotelu, która posuwała się małymi kroczkami naprzód z nadzieją wykonania do połowy grudnia zadaszenia, jeśli aura pozwoli. Dostawał również od miasta rozmaite zlecenia żądające jego fachowego oka - nie były to prace nazbyt wymagające stałej przy nich obecności, lecz przecież absorbowały zaganianego inżyniera, który nie omieszkał też odwiedzić tej dawniej bezrobotnej i bezdomnej pary, której wydatnie pomógł w dostosowaniu podupadłego budyneczku starej zlewni mleka do zamieszkania. Ucieszył rozmówców, mówiąc, że ci państwo dzisiaj w niczym nie przypominają dawnych nieszczęśników; znaleźli pracę, w domu czysto, alkohol nieobecny, a że do legalizacji swego związku się nie garną, cóż z tego, skoro żyją zgodnie i, jak mówią, do szczęścia niewiele im potrzeba.
W tym miejscu rozmowy do stolika powrócił pan doktor Koteńko, uspokajając spokojnego przecież Adama, że faktycznie zarówno Kubuś jak i Róża cieszą się dobrym zdrowiem, jednakowoż względem jego podtrzymania zalecił żonie kawiarennika, Marii, stosowanie obfitej w witaminy diety, nie tylko dla dzieci, lecz również dla niej samej i pana Adama.
A sam doktor Koteńko, no cóż, pochwalił się przyjaciołom tym, że środek jesieni poświęcił na eskapady na wieś, odwiedzając potencjalnych pacjentów nieskorych do odwiedzania jego gabinetu. Na szczęście tym razem nie zanotował przypadków wymagających natychmiastowej, radykalnej reakcji; natomiast przyjeżdżał z tych wiosek samochodem wypełnionym po brzegi płodami pracy rolnika. A i owszem, odmawiał takiej zapłaty za porady. Cóż z tego, skoro honorem przepełnieni gospodarze niemal pod przymusem i z groźbą nie zachodzenia do przychodni wciskali mu do bagażnika auta jaja, sery, ziemniaki, fasolę… co tylko się dało. Znany z potulnego usposobienia pan doktor nie miał sił odmawiać, choć wracając do miasteczka, do domu prowadził z sobą dialog, którego kwintesencją było gorzkie zapytanie: - jak mogłem sobie pozwolić na przyjęcie tych darów?
Kiedy pan doktor przerwał swoją opowieść, panowie uzgodnili, że nastała pora na kolejny kieliszeczek koniaku, tym razem już w pełnym składzie. Wysączyli go nieśpiesznie, po czym pan Adam kawiarennik głęboko zajrzał w oczy pana radcy Kracha, który, o dziwo, zdawał się tego popołudnia nie być w wyśmienitym humorze, do którego zdążył był przyjaciół przyzwyczaić.
- A cóż tam u ciebie, przyjacielu? - zapytał Adam, nie spuszczając kąśliwego wzroku z zatroskanej twarzy pana radcy.
Ten przemógł się w sobie, wyprostował na krześle, przegryzł ciasteczko i w końcu przemówił.
- Po raz kolejny przez pana burmistrza zastałem namawiany na wystartowanie na radnego w przyszłorocznych wyborach samorządowych.
- I jest to dla pana powód do zmartwienia, panie radco? - odezwał się pan mecenas Szydełko.
- Nasz przyjaciel zawsze stronił od polityki - Adam spróbował usprawiedliwić radcę Kracha.
- Ale tam, polityka. Przecież pan burmistrz niepartyjny. Poprzednie wybory wygrał, posiadając własny obywatelski komitet - tłumaczył pan mecenas. - Rozumiem, że pan burmistrz życzyłby sobie, aby w nadchodzących wyborach nasz pan radca zasilił szeregi tegoż komitetu?
- Nie inaczej, przyjacielu, nie inaczej - westchnął radca Krach i zaraz pospiesznie dodał: - Pan burmistrz podzielił się ze mną szeroką perspektywą planów, jakie zrodziły się w jego głowie.
- A cóż to za perspektywy? Plany? - pan inżynier Bek nie mógł powstrzymać swej ciekawości.
- Panie inżynierze, pan powinien cokolwiek o tym wiedzieć - wyrzekł pan radca, a jego wzrok spoczął na inżynierze Beku. - Słyszał pan o wizycie dwóch architektów ze stolicy?
- Ba, nie tylko słyszałem, ale i rozmawiałem z nimi. Czy chodzi o te podmiejskie tereny, które istnieją w obrębie miasta? Czy myślę poprawnie, że chciałby pan burmistrz zagospodarować je pod przyszłą zabudowę mieszkalną.
- Owszem, takie są zamiary pana burmistrza, tyle że te podleśne tereny na lewym brzegu Mętnicy nie w całości należą do miasta. W części te ugory pozostają w gestii nadleśnictwa.
- I w czym rzecz się zasadza? - spytał pana radcę pan doktor Koteńko.
- W tym, że pan burmistrz życzyłby sobie, abym osobiście zajął się tą sprawą, abym go reprezentował jako burmistrza w rozmowach z nadleśnictwem i, koniec końców sprawił, aby miasto mogło zainwestować w infrastrukturę, przygotowując teren do zasiedlenia.
- A ci panowie architekci to w jakiej przybyli sprawie? - zapytał pana radcę pan Adam.
- Otóż, moi panowie, sam jestem szczerze zdziwiony, ale pan burmistrz wykazuje się nadzwyczajną przenikliwością. Ci panowie, moi drodzy, sporządzili już, prowizoryczne, rzecz jasna plany… nie nazwałbym tego jeszcze planami… raczej szkice, na których wytyczono działki, nieduże wprawdzie, na dwadzieścia cztery jednorodzinne domki, z ogródkiem i kawałkiem łączki.
- Rozmawiałem o tym z tymi panami, ale raczej jak o pewnej wizji, nie o konkrecie - pochwalił się pan inżynier Bek. - Sądzi pan, panie radco, że te zamiary mogą się spełnić? Czy stać na to miasto?
- Przyjacielu, pan burmistrz, słusznie zresztą, jak myślę, utrzymuje, że infrastrukturę kanalizacyjną, tudzież doprowadzenie elektryczności, utwardzenie istniejącej tam drogi to obowiązek miasta, które na ten cel musi znaleźć środki. Natomiast kwestia samej zabudowy to prywatna sprawa tych, którzy zechcą od miasta i od nadleśnictwa te działki odkupić.
- Zapowiada się zatem nieźle i, tak mi się wydaje, że pójście do wyborów z takimi planami to poważny plus dla stronnictwa pana burmistrza - odezwał się z kolei pan mecenas Szydełko.
- Owszem, to bardzo poważny argument za - stwierdził pan radca.
- Moim zdaniem, panie radco, należałoby, aby pan wszedł swoją nadzwyczajną przedsiębiorczością w te plany - zauważył pan doktor. - Nie jestem wprawdzie specem w tej materii, ale uważam, że na te działki chętnym okiem spojrzeliby nie tylko obywatele naszego miasteczka, ale również i przyjezdni, którzy od pewnego czasu zakochują się w Różanowie - dodał pan doktor.
- Oj dzieje się w naszym mieście, dzieje…
A były to słowa dochodzącego śmiałym krokiem do przyjaciół redaktora Pokorskiego.
- Nie wiecie panowie, z jakim zadowoleniem społeczność miasteczka przyjęła wieść o decyzji w sprawie wyboru obywatelskiego budżetu dla miasta - dodał po chwili pan redaktor.
- A cóż to takiego? Nie jestem w temacie - odezwał się pan doktor Koteńko.
- To pan nie wie? Radni uchwalając budżet zadecydowali o tym, że w ramach obywatelskiej cząstki budżetu miasto przeznaczy środki na restaurację starej, miejskiej zabudowy.
- Coś podobnego.
- A tak, odnowione zostaną elewacje. Znaczną część kosztów poniesie miasto; resztę właściciele posesji i wspólnot mieszkaniowych, które, według zapewnień pana burmistrza, uzyskają kredyt na najkorzystniejszych z możliwych do wynegocjowania warunkach. I, co warto podkreślić, przy tych remontach znajdą zatrudnienie miejscowe firmy.
- Żyć, nie umierać zatem - te słowa pana doktora jakże adekwatnie zabrzmiały, biorąc pod uwagę profesję jaką wykonuje.
- Więc jak, przyjacielu, podjął pan decyzję w tej sprawie? - zapytał kawiarennik.
- Przyjacielu, muszę ją dokumentnie rozważyć, bo jeśli miałbym się bez reszty poświęcić zadaniu, jakim by mnie obarczono, to oznacza, że musiałbym zrezygnować z doradztwa w tej zagranicznej firmie, dla której pracuję. Nie będę ukrywał, że trochę się w niej zasiedziałem. Finansowo, owszem, nie narzekam, ale… no cóż, moi drodzy, może następna kolejka sprawi, że przybliżę się, albo oddalę od powzięcia najsłuszniejszej decyzji.

[pisane w dniu 18.11.2017, w Seclin, Nord, we Francji]

TRANSPODRÓŻ 24

strumień 24.
1.
Wydawało mi się, że jadąc z Miluzy (Mulhouse) do Seclin, niedaleko Lille z jakimś potwornie wysokim bankomatem, załapię się jeszcze w piątek na jakiś kurs. Tymczasem spędzam w Seclin pozostałość piątku, dzisiejszą sobotę i najprawdopodobniej jutrzejszą niedzielę. Czyżby szukano dla mnie kursu powrotnego do kraju? Zaznaczyłem, że od początku nadchodzącego tygodnia powinienem wrócić do Polski. Zobaczymy.
W Seclin znalazłem sobie miejsce na nocleg na samym obrzeżu strefy ekonomicznej, gdzie miałem rozładunek. Cicho tu i samotnie. Wczorajszej nocy młodzi zapewne amatorzy szybkiej, samochodowej jazdy urządzili sobie nieopodal tor wyścigowy, ale że wcisnąłem się w sam koniec ślepej uliczki, nie przeszkadzał mi ani warkot silników, ani też pisk opon; miałem też pewność, że w tę moją spokojną uliczkę nie wjadą.
Za dnia i wczesnym wieczorem przelatują nade mną samoloty startujące z lotniska w Lille, ale także ten hałas mi nie przeszkadza.
O niecały kilometr stąd jest McDonald i sąsiadujący z nim przez ulicę KFC. Tam znajduję w miarę szybki internet. Dzisiaj podjechałem tam przed jedenastą. Zostałem do wpół do pierwszej, bo na parkingu zaczęło się robić tłoczno. Zwykle w takich przypadkach rezygnuję z łącza i wyłączam laptopa. Nie lubię przeszkadzać miłośnikom frytek i hamburgerów. Jutro pewnie znów podjadę w to miejsce na jakąś godzinę czy dwie.
2.
Tak sobie pomyślałem, że politycy kojarzą mi się z półgłówkami, znaczy się z osobami o nader przeciętnej, by nie powiedzieć znikomej inteligencji. Zapewne nie wszyscy, ale większość z nich. Niski iloraz inteligencji łatwo daje się zauważyć u zdecydowanej większości pierwszoplanowych, gadających głów, to znaczy takich, których władze partii wyznaczają do kontaktów z mediami. A wyznaczają zwykle takich wygadanych, uważając, że sobie poradzą. Najczęściej jednak sobie nie radzą, ale że władze opozycyjnych partii również wyznaczają do publicznych wystąpień podobnie niedouczonych i źle wychowanych towarzyszy partyjnej niedoli, przeto stan równowagi zostaje zachowany.
Pozostaje jeszcze cała rzesza lokalnych kacyków, dla których dostanie się do parlamentu to cud na miarę podróży kosmicznej, jedyna okazja, aby się gdzieś pokazać, bo w przeciwnym wypadku byłoby się bardzo przeciętnym Kowalskim, co to ledwie wiąże koniec z końcem, ale że z jakichś tam powodów w partyjnej wierchuszce doceniono jego wierność, bierność i posłuszeństwo, dostąpił zaszczytu bycia posłem czy senatorem.
Wyobraziłem sobie takiego kacyka odwiedzającego szkołę w związku jakimś szczególnym dla niej dniem, jakąś narodową rocznicą czy świętem. Przemawia taki za prezydialnym stołem, siląc się na pochwały dla dyrekcji, podlizując się nauczycielskiemu gronu, przymilając do szkolnej dziatwy. Odnosi się następnie do obchodzonego właśnie święta, przytacza wyuczone daty i wydarzenia, a jeśli jest ambitniejszy, to zacytuje, albo z odczyta z kartki jakowąś myśl mądrzejszego od siebie, myśl, która już w trakcie jej wypowiadania wylatuje mu z głowy.
Następnie przysłuchuje się szkolnej inscenizacji, recytacji czy pieśniom przy akompaniamencie pianina lub też puszczonej na kompaktowym odtwarzaczu płyty. Przysłuchując się oczywiście nie odróżnia Brzechwy od Konopnickiej, Tuwima od Staffa czy Miłosza od Szymborskiej. Widocznie zapomniano mu podłożyć pod nos programu.
W końcu udaje się na bezalkoholowy poczęstunek, podczas którego z wielką estymą rozpowiada się o swoich parlamentarnych pracach i wystąpieniach, a jednocześnie ubolewa nad niedoskonałością posłów opozycji, którzy jedyne co potrafią robić to przeszkadzać w stanowieniu jedynie słusznego prawa.
Czasami coś taki kacyk przyobieca, dopowiadając, że w miarę sił i możliwości uczyni dla lokalnej społeczności coś takiego, czym cały świat zadziwi.
Ponieważ uczniowie mają zwykle wolne w czasie tego poczęstunku, uwielbiają wizyty lokalnego kacyka i chętnie widzieliby go w szkole co miesiąc, gdy tymczasem pojawi się on ponownie dopiero tuż przed kolejnymi wyborami.
3.
W dalszym ciągu Wiesław Myśliwski. Zapraszam do jednego z cytatów z „Ostatniego rozdania”. Tę myśl mógłbym przypisać sobie, gdybym spróbował ją wyrazić tak pięknie, jak uczynił to pan Wiesław.
„Sława stolarska trwa przynajmniej dotąd, dopóki te okna, drzwi, meble służą ludziom, a bywa, że służą przez pokolenia. Kto wie, czy sławy stolarskiej nie można by porównać ze sławą odkrycia, że ziemia jest okrągła. Przesadzam? Z pewnością, lecz cóż ma człowiek z tego, że przestała być płaska? Czy to mu w czymś ulżyło, czy, powiedzmy, mniej cierpi?” 
Jakże to piękne i mądre słowa.

[pisane w dniach 18/19.11.2017, w Seclin, Nord, we Francji]

TRANSPODRÓŻ 23. CZYTAJĄC MYŚLIWSKIEGO

Nareszcie sięgnąłem po ostatnią powieść Wiesława Myśliwskiego „Ostatnie rozdanie”.
Myśliwski nie jest autorem nadzwyczaj płodnym. „Ostatnie rozdanie” to jego szósta powieść (napisał również cztery dramaty), co jak na człowieka, który skończył już 85 lat nie jest dorobkiem ilościowo rzucającym na kolana.
Ale przecież dla dobrej i bardzo dobrej literatury wyznacznikiem mistrzostwa słowa nie jest statystyczna ilość, ale jakość jej zawartości. Fakt ten znalazł swoje potwierdzenie z kolei w ilości przyznawanych autorowi „Widnokręgu” nagród i wyróżnień, w ilościach różnojęzycznych przekładów.
Proza Wiesława Myśliwskiego przesiąknięta jest wiarą w wartość słowa, nasycona jest humanizmem i mądrą filozofią dnia codziennego. Jego powieści to konglomerat cytatów do spisania, zapamiętania i posługiwania się nimi w życiu. 
Wartość jego książek to wypadkowa własnych przemyśleń, zaprzęgnięta do wypełnionego po brzegi chłopskiego wozu osobistych wspomnień. Mądrość i szczerość zapisków pana Wiesława stawia go na piedestale najważniejszych twórców literatury przełomu stuleci.
Dla mnie osobiście twórczość Wiesława Myśliwskiego znaczy także coś innego. Potwierdza moje głębokie przekonanie o tym, że prawdziwy artysta słowa zapisuje w swoim życiu jedną księgę. Zmieniają się fabuły, zmienia się czas akcji, bohaterowie, tytuły, okoliczności, a księga podróży po świecie własnych odkryć, wspomnień i przemyśleń jest wciąż ta sama.
Z ogromną przyjemnością wczytuje się w „Ostatnie rozdanie”… oby nie ostatnie…

[pisane w dniu 18.11.2017, w Seclin, Nord, we Francji]

TRANSPODRÓŻ 22. ZAKAZ

Znalazłem informację o tym, że ksiądz Adam Boniecki, były redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” po raz kolejny otrzymał zakaz publicznych wypowiedzi (z wyjątkiem publikacji w „TP”). Ma to związek prawdopodobnie z wypowiedziami księdza na temat środowisk LGBT oraz samobójstw. O zakazie poinformował listownie księdza Bonieckiego sekretarz polskiej prowincji Zgromadzenia Marianów, ksiądz Piotr Kieniewicz (rocznik 1967).
Nie bez kozery wyłuszczyłem datę urodzin księdza Kieniewicza, bo w zestawieniu z datą urodzin księdza Bonieckiego (rok 1934) wynika, iż na dobrą sprawę ksiądz Adam mógłby być księdza Piotra ojcem.
Zasługi księdza Adama Bonieckiego w rozpowszechnianiu myśli katolickiej są niezaprzeczalne. Dowodem na to jego stała obecność w kto wie, czy nie najpoczytniejszym obecnie (w wersji papierowej) tygodniku, któremu przewodził jako redaktor naczelny po śmierci Turowicza. Istotne jest także to, że w czasach PRL-u, gdzie myśl katolicka nie cieszyła się atencją władz, to „Tygodnik Powszechny” był przez elitę partyjną czytany i chociaż nie zgadzano się z zawartością ideową pisma, to tolerowano, a nawet szanowano redaktorów tygodnika za otwartość połączoną ze skłonnością do porozumienia na płaszczyźnie ideowej. Po rewolucji solidarnościowej było podobnie. Do dnia dzisiejszego możemy w „Tygodniku Powszechnym” czytać pełne wyważonego tonu felietony księdza Adama.
Niestety opinia prawicowych, dogmatycznych środowisk względem „Tygodnika”, w tym wobec wypowiedzi księdza Adama sytuuje pismo i samego księdza na skalanym ołtarzu katolickiej lewicy, która biorąc stronę papieża ubogich - Franciszka, pozostaje w sporze z prawicowo-narodowym ekstremizmem i blichtrem „zasłużonego” bogactwa ojca Rydzyka.
Pomijając już istotę tego konkretnego sporu, którego po raz wtóry ofiarą stał się ksiądz Adam Boniecki - w końcu daleko mi do pojmowania rozstrzygnięć w sporach natury teologicznej - to z czysto ludzkiego punktu widzenia wydaje mi się niedorzecznością, aby przez człowieka relatywnie młodego karany był starzec, którego, choćby z racji zasłużonego wieku i ewidentnych dokonań w prymitywniejszych kręgach kulturowych traktowano by jako guru.
Ta kara, którą ksiądz Boniecki przyjmuje z pokorą, wykazując tym samym swą intelektualną przewagę nad zwierzchnikami, świadczy po raz kolejny o tym, że znaczna część hierarchii Kościoła Katolickiego w Polsce nie jest w obecnym czasie gotowa do podjęcia poważnej dyskusji; świadczy też o tym, że Kościół Katolicki walczy z równą determinacją z laicyzacją, jak i też z najszlachetniejszymi Jego przedstawicielami.

[pisane w dniu 18.11.2017, w Seclin, Nord, we Francji] 

TRANSPODRÓŻ 21. PORZĄDKI

strumień 21.

Czy już posprzątane? Ma się rozumieć, że po niepodległościowej demonstracji. Ulice pewnie tak, ale głowy?
Zanim dojdę do płonącej stosami czarownic warszawy, wspomnę o obejrzanym filmiku z Wrocławia, gdzie przemawiał wódz, ksiądz-nieksiądz Międlar. Nie obejrzałem do końca. Nie wytrzymałem. Ten młody, nieszczęśliwy, chory na nienawiść człowiek jako żywo przypominał mi pewnego znanego z historii pana z wąsikiem. Podobna demagogia połączona z mowa ciała, z ekspresją właściwą chyba tylko niektórym stanom po zażyciu substancji narkotycznych. Boje się takich ludzi. Wypowiadał się, a winno się powiedzieć: wydawał z siebie ryk torturowanego jelenia… w imieniu katolików? Prawdziwych Polaków? Kogo?
Zapewne tych przybyłych na uroczystość rocznicy dnia niepodległości, którzy „klaskaniem mając obrzękłe prawice” dawali upust swoim emocjom i satysfakcji z posłyszanego bełkotu.
Katolik?
Spróbujmy te nieszczęsna istotę zestawić z Namiestnikiem Piotrowym, papieżem Franciszkiem, ale tez z wieloma polskimi duchownymi, którzy nie ukrywają, jak sądzę, wstydu za słowa swego „pobratymca”. Czy nie daje to porównanie dwóch, a może nawet trzech światów różnicy?
Kto wie, czy przypadkiem nie gorsi od Międlara są jego klakierzy - osoby postrzegające świat w taki sposób, jakby nie wynaleziono telewizji kolorowej. Filozofia ich jest prosta: łapać złodzieja, a złodziejem jest Niemiec, Rusek i Żyd… ostatnio cała Europa.
Międlar to młody człowiek. Młodymi ludźmi są także „patrioci” wrzeszczący faszystowskie hasła na ulicach stolicy. Ignoranci? niedouczeni? Fanatycznie zaślepieni? Pomyliło im się święto narodowe  z „ustawką” przed, w trakcie lub po meczu piłkarskim? Frustraci?
To ostatnie mogę zrozumieć, bo nie doczekaliśmy się w wolnorynkowej Polsce pozytywnych wzorów wychowania młodego pokolenia, spotęgowaliśmy różnice społeczne, zatraciliśmy poczucie elementarnej sprawiedliwości społecznej, pasjonujemy się „wyścigami szczurów” przy jednoczesnym powiedzeniu won do Europy, jeśli chcecie w ogóle żyć i na to życie godnie zarobić.
Frustracja frustracją, ale czy mamy akceptować głupotę?
Są tacy, co akceptują, ba hołubią takim zachowaniom, sprzyjają faszyzującej młodzieży, widząc w niej zdrową siłę narodu.
Młodzi ludzie skandujący radykalne, nienawistne hasła, sprzeczne nie tylko z zasadami dobrego wychowania, których im brakuje, ale sprzeczne z boskimi naukami, na które nota bene się powołują, to cudowna, tajna broń pierwszego w kraju konstruktora stosów na czarownice, Macierewicza. To oni stanowić będą opokę stawiającą czoło dzisiaj Ruskom, jutro Niemcom, w dalszej kolejności Europie, a w końcu może i całemu światu.
Tak na człowieczych ziemiach rodził się faszyzm.
Macierewicz wie, że te młodzieżowe, terytorialne wojska, które wymyślił, dzisiaj Ruskim rady nie dadzą, ale przecież wróg już jest i to u nas w kraju, a wróg nie jest po to, aby był; wroga trzeba unieszkodliwić, zabić, ewentualnie wyrzucić z kraju. Oto plany ministra od wojenki i służb, nawołującego dziś do… nie kończę, mądry zrozumie.
Kim jest ten wróg, którego należy skrócić o głowę.
Tego pan Macierewicz, od którego nieprzyjemny zapach czuje, nie powie na głos, publicznie.
Charakterystyczną cechą tchórzy jest to, że nie sypią nazwiskami jak z rękawa. A nuż ten czy ów wytoczyliby mu proces? Dlatego wróg Macierewicza występuje zazwyczaj w liczbie mnogiej - winni i już skazani przez niego to niedookreśleni „oni”, wiadomo którzy, znam ich, ale nie powiem.
Aby faszyzm mógł zafunkcjonować w naszym kraju konieczna jest pożywka w postaci zbójeckich myśli i planów, niedopowiedzeń i uśmieszku kogoś, kto przynajmniej dla mnie, sprawia wrażenie człowieka obłąkanego, chorego z nienawiści, a w rzeczywistości tchórza.
Wciąż nieposprzątane i jakoś nie widzę, aby śmieciarki wyruszały w Polskę.

[pisane w dniu 14.11.2017, w Norget-sur-Vernisson, Loiret we Francji]

18 listopada 2017

NAZYWANIE ŚWIATA II (3. BÓG)

- Niektórzy powiadają - zaczął ponownie opróżniając do połowy szklankę zielonej herbaty - że od Niego wszystko, ale to absolutnie wszystko zależy.
- To znaczy?
- To znaczy, że każda nasza myśl, każdy uczynek, każde zdarzenie z naszym udziałem zostało przez Niego zapisane, a naszą rolą jest wypełnianie Jego woli.
- Przyznaję, że tak może być w istocie, jeśli ktoś w Niego wierzy.
Skupiałem uwagę na jego słowach. Lubiłem z nim rozmawiać. Kiedy wypowiadał te ostatnie, pomyślałem przez chwilę, że dla tych, o których myślał, to, co miał mi właśnie do powiedzenia też było z góry ukartowane, bo skoro każda nasza myśl… to może również i ta?
- Ja tak nie uważam - kontynuował. - Sądzę, że On daje każdemu własną wolę czynienia, najogólniej rzecz ujmując, dobra i zła. Czasami tylko, gdy pogrążamy się zanadto w jednym albo w drugim, ingeruje swoją mądrością.
- Możliwe, ale skąd ta pewność?
- Pewność bierze się z tego, że jako istota najwyższa i najrozumniejsza nie chciałby być pasterzem niewolników. Cóż to byłaby za przyjemność dla Niego, gdyby musiał prowadzać na smyczy po świecie dzieło swego stworzenia? No pomyśl sam.
Myślałem. Również o tym, że koniecznym warunkiem przedstawionej mi interpretacji jest kwestia podstawowa - wiara w Niego.
- A jeśli Go nie ma? - ośmieliłem się zapytać.
Uśmiechnął się, a był to uśmiech ojcowski, w którym pewność przerastała wahania i wątpliwości.
- Jakże nie ma?
- Wielu wiąże Początek z materią.
- A ta materia?
Zawahał się, przerwał, lecz już po chwili wyjaśnił powód, jak mi się wydawało, swego zakłopotania.
- Ja wiem, że w ten sposób zbliżamy się do momentu, w którym zapytamy, co było pierwsze: jajo czy kura? Musisz jednak przyznać, że Coś tę materię skłoniło do tego, aby po milionach lat móc teraz z sobą porozmawiać. 
Teraz ja milczałem. 
Patrzył na mnie wzrokiem starszego brata, przewodnika, przełożonego, mentora. Wreszcie przemówił.
- Widzisz… i jest to kolejny dowód na to, że On istnieje w sposób, w jaki ja Go interpretuję: Bóg daje ludziom wolną drogę działania.
- ?
- Gdyby tak nie było, ustanowiłby dla ciebie tylko dwie drogi wyboru: wiarę w Niego lub tej wiary zaprzeczenie… a ty się wahasz i kiedyś przecież sam wybierzesz.

(pisane w Seclin, Nord we Francji, w dniu 17.11.2017 r.)

NAZYWANIE ŚWIATA II (2. CZAS)

Odwiedziłem go w jego mieszkaniu znajdującym się na pierwszym piętrze kamienicy zwróconej twarzą na park. Od samego początku zwrócił moją uwagę istotny, jak się okazało, szczegół. W pokoju, przy przyokiennym parapecie stał statyw z przytwierdzonym do niego aparatem fotograficznym ze sporym obiektywem.
- Jesteś miłośnikiem przyrody? - zapytałem, bo pierwsze skojarzenie, jakiemu uległem wpatrując się w to zainstalowane przy oknie urządzenie było takie, że Maciek wykonuje zdjęcia ptakom, może wiewiórkom w parku, który sąsiadował z jego kamienicą.
- Przyrody także, ale jeszcze bardziej interesuje mnie czas.
- Chcesz mi powiedzieć, że fotografujesz czas? - zapytałem niemal sfrustrowany swoim zadziwieniem.
- Tak. Dzisiaj mija dwieście drugi dzień, od kiedy fotografuję ten dąb - pociągnął mnie za rękę do okna, pokazał to drzewo - fragment alejki, tę połać zieleni. Każde ze zdjęć wykonuję punktualnie o dziewiątej rano.
- Ciekawe. Dlaczego?
- Chcę uchwycić czas. Pragnę przedstawić wybrane miejsce w jednakowych odstępach czasu, dzień po dniu, aby zaobserwować zachodzące w naturze zmiany.
- Nie zdołasz przecież zanotować wzrostu tego dębu, na który kierujesz obiektyw aparatu - stwierdziłem.
- Nie zdołam, ale na przykład zaobserwuję to, co robi czas z kępką stokrotek, które rosną nieopodal drzewa, blisko ławki.
- Rozrastają się?
- Tak. Z pewnością.
- To takie ważne dla ciebie?
- Wiesz, kiedy skończę ten eksperyment - wskazał ręką na fotel, abym na nim usiadł - przez cały rok będę portretował siebie… dzień po dniu, w takiej samej pozie, przy oknie w fotelu, na którym ty teraz siedzisz. Ciekaw jestem, co zrobi ze mnie czas.
- Może posiwiejesz? Urośnie ci broda, włosy…
- Urosną. W każdym dniu przez ten czas będę innym człowiekiem.
Odwiedziłem go jeszcze parę razy w czasie trwania tego eksperymentu z drzewem i już po jego zakończeniu. Cała ściana jego pokoju wytapetowana była zdjęciami - dzień po dniu, tydzień po tygodniu. 
Tak jak to sobie obiecał, zaczął eksperymentować z własnym portretem. Po dwóch miesiącach stan jego zdrowia na tyle się pogorszył, że prawie go nie poznawałem. Nikł w oczach, a jego siwiejąca broda stawała się coraz bardziej postrzępiona; twarz bladła z każdym dniem, a na czole pojawiły się nagle bruzdy zmarszczek. Jego podkrążone oczy nie tylko traciły wyrazistość i stawały się mętne, ale pogrążały się w pogłębiającej się zapadni oczodołów. W siedemdziesiątym trzecim dniu nie wytrwał w pozycji, w jakiej się fotografował, a dwa dni później czas pochwycił go w objęcia i już go nie oddał.

(pisane w Seclin, Nord we Francji, w dniu 17.11.2017 r.)

TRANSPODRÓŻ (21) SZKIC - DRUGI FRAGMENT

strumień 23.
(…)
Nigdy wcześniej z taką chęcią nie wstawałem po piątej rano.
Wynurzam się z pościeli jak sportowiec płynący żabką, unoszący się ponad potłuczone lustro wody dla zaczerpnięcia tchu. I ja korzystam z dobrodziejstwa rześkiej, choć chłodnej jeszcze płynności powietrza, otwieram oba skrzydełka okna, bacząc na to, aby nie wystraszyć drzemiącej na parapecie pelargonii; staję zwrócony twarzą i nagim torsem do świata, nadziewam płuca majowym oddechem kwitnących bzów, dotleniam krew wpompowując w żyły afrodyzjak lekkiego wionięcia wiatru, na którego barkach przysiadły słowicze zaśpiewy i pierwsze, ugodzone pomarańczową plamą słońca zaćwierki wróblej kolonii, która właśnie pośród nasączonych słodkim aromatem kwiecia gałązek bzu i dzikiego wina znalazła dla siebie krainę hałaśliwej rozkoszy.
Puk, puk do drzwi.
Wiem, że po minucie, dwu lub pięciu rozlegnie się ponowne pukanie.
Stoję w otwartym oknie i wykonuję ruchy członkami ciała, korzystając z odryglowanej pamięci o głosie dochodzącym z głośnika nieobecnego w pokoju radia.
- „A teraz, stojąc w niewielkim rozkroku, unosimy wysoko ponad głowę obie ręce, wspinając się jednocześnie na palce nóg i nabierając powietrza do płuc - na raz; na dwa opuszczamy swobodnie ramiona, wydychamy powietrze, stoimy na całych stopach; wykonujemy skręt przez lewe ramię i robiąc skłon staramy  się palcami prawej dłoni dotknąć kostki lewej nogi - na trzy; powracamy do poprzedniej pozycji wyprostowani - na cztery; na pięć - wykonujemy prawoskręt z równoczesnym skłonem i dotykamy palcami lewej dłoni kostki prawej nogi; na sześć - prostujemy się. Proszę wsłuchać się w muzyczna podpowiedź rytmu… i już, teraz, na paluszki - raaaaz… dwa… trzyyyy.
Puk, puk.
Wrzucam na siebie koszulę. Otwiera drzwi. Wchodzi.
Ona wie, że po drugim pukaniu może to zrobić. 
Przechodzę od okna pod drzwi w piżamowym dresie i niedopiętej koszuli na ramionach. Pospiesznie zapinam guziki.
- Napijesz się kawy, kochanieńki? - pyta.
Zna moją odpowiedź, a jednak codziennie o tej porze zadaje mi to samo pytanie, a z otwartych drzwi do kuchni wlewa się zapach kawy, nie byle jakiej kawy, zbożowej, z tłustym mlekiem z wieczornego udoju, a do tej kawy będzie twaróg z miodem na kromkach chleba z wiejskiego sklepiku Tylmana; wcześniej piekła sama, dziś jedynie na święta, na niektóre niedziele i okazyjnie, gdy spodziewa się córki lub syna.
- Tylko mi umyj ręce.
Wiedziałem, nie czekała na odpowiedź.
- O, jaki zarośnięty - spogląda na moją twarz. - Może po oprzątnięciu, co, bo twoja broda może zaczekać, a krowiątko… Przyjdź zaraz, usiądziemy, zjemy, pogadamy.
Przechodząc do łazienki słyszę jak mówi do siebie:
- Ale żeby mężczyzna chciał się uczyć doić krowę? Pierwsze słyszę. Nawet mój nigdy nie doił. Nie pozwalałam mu. No, chyba kiedy leżałam w połogu po urodzeniu Romka.
I dalej, już głośniej:
- Słyszysz, co mówiłam? Chcesz się nauczyć doić?
(…)

(pisane w Seclin, Nord we Francji, w dniu 17.11.2017 r.)