Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

24 lipca 2017

MUZYCZNY LIPIEC

Jako że muzyki w kawiarence ostatnio brakowało, to aby zadośćuczynić temu zaniechaniu, puszczam smakowity kąsek w postaci suity "Tańce połowieckie" z opery "Kniaź Igor" rosyjskiego kompozytora drugiej połowy XIX wieku Aleksandra Borodina.
O Borodinie można sobie poczytać choćby w Wikipedii. Dla mnie informacją, która brzmi wręcz zdumiewająco, jest fakt, iż Aleksander Borodin był właściwie chemikiem, a muzyką zajmował się w "wolnym czasie". A to ci dopiero! A jakaż to muzyka!!!
Ta przepiękna, dynamiczna i burzliwa kompozycja wykonana została przez orkiestrę pod dyrekcją sławnego i lubianego przez piszacego te słowa Walerija Giergiewa. (możliwość obejrzenia przez You Tube)


Dla stonowania energicznych, połowieckich namiętności nadeszła pora na chwilę uspokojenia i krótki fragment suity "Peleas i Melisanda" francuskiego kompozytora żyjacego na przełomie XIX i XX wieku, Gabriela Faure.


I na koniec znów tanecznie. Prześwietna, oparta na węgierskich motywach ludowych kompozycja Johannesa Bhramsa, czyli "Taniec nr 5" (kto wie, czy nie najpiękniejszy) w wykonaniu.... nie mogło być inaczej, "Budapeszteńskiej Orkiestry Symfonicznej".
Miłego słuchania.



[24.07.2017, Dublin]

KOLOROWANKI

Korzystając z dobrodziejstwa sezonu ogórkowego, tudzież pomidorowego oraz szczęśliwie nagrodzony WIFI - połączeniem w porcie Dublin, przyszło mi na myśl pokolorować świat.
Zacznijmy zatem od takiego oto obrazka pod tytułem "Wczele":

biegnijmy dalej...

... powyższe cudeńko posiada nazwę "Krzywda".
Pora na kolejny obrazek znany jako...
... "Brodzic"


I kolejna kolorowanka zatytułowana "Gozdawa"


Pod nią z kolei w pas się kłania się maluneczek o nazwie "Kościesza"

I wreszcie na zakończenie kolorowanka pod tytułem "Grzymała"


A cóż to owe malowanki mają z sobą wspólnego? Otóż wyżej przedstawione to nic innego jak herby szlacheckie, mało tego, są to herbiska nie byle jakie, albowiem odnoszą się do nazwiska piszącego te słowa, a zatem kawiarennik winien od tej pory przedstawiać się światu jako A... P..elski, herbu... no właśnie... któryż z emblematów obrać sobie i na chorągwi rodowej umieścić?
A przemyślałem tę kwestię i wyszło na to, że wybór nie jest dla mnie materią tak trudną, jakoby się zdawało.
Zdecydowanie opowiadam się za herbem "Wczele", którym to kotylionem powiewał w wojennych wycieczkach imć Jan Onufry Zagłoba. Pewnikiem jestem jakimś tam praszczuropotomkiem tego sławnego Rzplitej rycerza, aczkolwiek w miodach i węgrzynach to podobnie jak Ketling Wołodyjowskiemu w szabli, najjaśniejszemu panu Zagłobie przy kuflu abo szklanicy kroku bym nie dotrzymał.
Natomiast problem pojawia się w innym miejscu. Owóż wszelkie ziemskie i te w niebiesiech omamy wskazują na to, żem wyrósł w czworakach, bo czym inaczej wytłumaczyć polubienie świata zwierzęcego, tudzież pól a łąk bezkresnych, aniżeli pociąg do szabli, armaty, abo i kielicha.
Pozostawiam zatem społeczeństwo z kolejnym nierozwiązanym problemem

[24.07.2017, Dublin w Irlandii]

O CZYM SZUMIĄ LIPY W LIPCU (8)

Tym razem zaszumiały o Irlandii (pierwszy raz pojawiam się w tym kraju), a wcześniej trochę o Walii, przez północną część której trzeba się przedrzeć, aby dojechać do terminalu promowego w Holyhead, skąd prowadzi ponad trzygodzinna morska droga do Dublina.
Praktycznie większą część trasy od Dover przez Anglię spędzam w rzęsistym deszczu albo w straszliwej ulewie. Temperatura zaledwie osiąga dwanaście kresek. Po drodze przystaję na pół godziny, aby się należycie wyspać i wjeżdżam wreszcie poniżej Liverpoolu w Walię, gdzie robi się pogodniej i cieplej.
A Walia, o czym już się wcześniej kiedyś przekonałem, to kraina piękna i krajobrazowo urozmaicona, z mnóstwem zieleni, wysokich wzgórz, rzekami i całkiem niezłymi drogami. Najzabawniejsze są natomiast walijskie, celtyckie nazwy miejscowości (i nie tylko miejscowości), które ledwie można odczytać, marnie przesylabizować, nie mówiąc już o ich zapamiętaniu.
Do Holyhead (to angielska nazwa miejscowości) zajeżdżam tuż po 23-ciej w sobotę. Ponieważ prom mam o 2.40 w nocy, po wjechaniu na „rajkę”, przesypiam ponad dwie godziny i na godzinę przed zaplanowanym wyruszeniem promu do Dublina, zostaję obudzony przez obsługę terminala.
Okazuje się, że na „rajce” parę miejsc przede mną stoi polski busiarz z innej firmy, Paweł z Lublina, który jedzie z towarem (torebki damskie, szale, chusty itp.) do tej samej firmy w Newbridge w Irlandii. 
Na promie dostajemy tę samą kajutę z wygodnymi łóżkami do spania, toaletą i prysznicem. Na promie o wdzięcznej nazwie „Ulysses” można zjeść bezpłatnie całkiem nieźle smakujący posiłek (dania do wyboru), a więc nie ma na co narzekać, zważywszy to, że nasz stateczek naprawdę wygląda solidnie, by nie powiedzieć - luksusowo, no i oczywiście sporym argumentem „za” jest to, że dwie godziny można się tu przespać.
Przed szóstą zjeżdżamy z promu i po krótkim przystanku na jednej ze stacji paliw, obieramy kurs na Newbridge, niemal przez centrum Dublina. Całe szczęście, że jest niedzielny poranek i w związku z tym nie popadamy w korki. Dublin bliżej portu, jak każde portowe miasto, jest niezbyt ciekawy, dopiero centralna jego część wygląda porządnie i jest zadbana. Do Newbridge z kolei (około 50 km od Dublina) prowadzi w większości długości trasy autostrada, tak że dojeżdżamy do miejsca rozładunku (galeria handlowa) szybko i bez przeszkód. Docieramy do firmy, gdzie szefem ochrony całej galerii jest Polak mieszkający w Irlandii od dwudziestu lat. Dzięki niemu udaje nam się zatrzymać się na całą niedzielę i na noc wewnątrz obiektu, bo tez rozładunek mamy zaplanowany na ósmą rano.
W Irlandii jest cieplej niż miało to miejsce ostatnio w Anglii i Walii.
Zapowiada się przyjemna noc.

[23.07.2017, Newbridge, CO. Kildare, w Irlandii] 

O CZYM SZUMIĄ LIPY W LIPCU (7)

Podróżowałem sobie trochę po Londynie przed i po rozładunku w Dogenham, w „Fordzie” (przed szósta rano 21 lipca). A podróż wyniknęła z konieczności - wokół Londynu niewiele miejsc do parkowania i trzeba było przejechać przez centrum miasta, aby postawić auto w znanym miejscu. A zatem zmuszony byłem przejechać przez City mostem Tower Bridge, skrajem Westminsteru, a dalej przez Wimbledon, niedaleko kortów tenisowych. I… niespodzianka - załadunek mam ponownie w Dagenham, w innej firmie. Kieruję się teraz na załadunek, aby ominąć korki (niestety bezskutecznie) korki „circuitem”, czyli „węższą” obwodnicą Londynu i ledwie zdążam na czas, na dziesięć minut przed szesnastą. Kolejna niespodzianka przydarza mi się już w firmie. Załadowano mnie w cztery miejsca, po dwa do Belgii i Holandii, ale na za jednym, do Holandii, muszę zaczekać trzy godziny i dopiero wyruszam na Dover. 
A przed terminalem promowym długa kolejka i oczekiwanie na wjazd. Najgorsze jest to, że lipcowe, ludowe święto, zamiast spędzić w „domu”, świętować będę w trasie. Spedytor poinformował mnie, że zaraz po przyjeździe do „domu” w Campigneulles Les Grandes, podjedzie auto, którym mam wyruszyć do Irlandii. Zdołałem jedynie przygotować sobie prowiant na drogę, wykąpać się i ogolić i trzeba było jechać.
Pogoda kapryśna, chłodno. Nie do końca wyspany wjeżdżam na prom w Calais.

[23.07.2017, Newbridge, CO. Kildare, w Irlandii] 

22 lipca 2017

KARTKI Z KALENDARZA (7)

Którego to dzisiaj mamy? Nie zerwałam wczorajszej kartki. No cóż, właściwie to powinnam ją wyjątkowo zachować, choć z drugiej strony, ileż to było takich dni, które wydawały mi się ważne i warte tego, aby przynajmniej kartka z kalendarza po nich została, skoro przez tyle lat zbierałam się, zbierałam i nigdy nie byłam gotowa na pisanie pamiętnika. Te szkolne pamiętniczki z zabawnymi wierszykami i rysunkami, z załamywanymi rogami kartek, gdzie wpisywało się „tajemnice” - tego nie liczę. Może i powinnam prowadzić pamiętnik albo dziennik, ale do tego potrzebna jest systematyczność, a jej mi brak. Oprócz tego,  kiedy się coś takiego zaprowadzi, to trzeba by było odnotowywać również te przykre sytuacje, jakie człowieka w życiu spotkały, a znalazłoby się takich niemało. I po co zaprzątać sobie nimi głowę? Uwieczniać w pamięci, aby na starość móc potem przeczytać, jak to Natalia K. wzorowa i z doświadczeniem, pracownica biurowa firmy X została zredukowana w związku z restrukturyzacją, co przypłaciła strumieniem słonych łez, zwłaszcza że na jej miejsce nowe władze spółki postawiły kompletnie zieloną panienkę, wyróżniającą się młodocianym wiekiem i wyglądem oraz głębokim dekoltem. 
Ale, prawdę powiedziawszy, mój biust wcale nie odstawał od norm obowiązujących w tamtej firmie, tyle że ponieważ jest on moją własnością, nie uważałam za stosowne dzielić się nim z kimkolwiek. 
Miało być o czymś przyjemnym, prawda?
Aby było przyjemnie nie założyłam tej nowej sukienki, którą wypatrzyłam na wystawie tego sklepu „po schodkach” ze standardową odzieżą dla pań i panów. Skusiłam się może nie tyle na wykrój ale na kolor - czerwony, krwisto-czerwony z czarnymi dodatkami, w sam raz na wieczorne bankiety, na które przecież nie chodzę albo ich unikam jak mogę, bo kiedy kobieta pojawia się na takich imprezach sama, bez osoby towarzyszącej, to taka sukienka zdaje się być zbyt wyzywająca, że powrócę to wcześniejszych myśli, kobieta zakładając na siebie taki ciuch, może być postrzegana jako zdesperowana, a ja przecież, co ustaliliśmy, taka nie jestem. Dlatego też, kiedy odebrałeś mnie spod domu, wziąłeś do swego auta babkę w turkusie z cielistym deseniem w formie ledwie zaznaczonych geometrycznych kształtów. Lubię tę kieckę, choć noszę ją już chyba ze trzy lata i jeszcze mi się nie znudziła, po prostu czuję się w niej najlepiej, i możesz mi wierzyć lub nie, ale zakładam ją naprawdę na specjalne okazje. Oczywiście nie zwróciłeś na nią uwagi, a jeśli już, to intrygowało cię to, dlaczego nie widać spod niej moich kolan oraz dlaczego, skoro jest to typowo letnia sukienka, nie odsłania ona wystraczająco głęboko ramion, a pewnie też dostrzegłeś, że z przodu, nad piersiami, wcięcie dekoltu jest nazbyt skromne i z jakiej racji zapięłam wszystkie guziczki pod szyję. A czy przypadkiem doceniłeś, jak starannie dobrałam makijaż, starając się, aby stonowany róż na wargach nie świecił, jak za przeproszeniem…, że arabski naszyjnik z półszlachetnych kamieni niewiele kontrastował z kolorem sukienki, że kolczyki w uszach wcale nie były złote, lecz podobnie jak naszyjnik w ciemniejszym odcieniu turkusu, lekko matowe? Te dodatki - powiedziała mi to pewna wizażystka - współgrają z kolorem moich włosów, z którymi nie robiłam nic szczególnego, ot, po prostu umyłam je miodowo-owsianym szamponem (lubię ten zapach), wysuszyłam, uczesałam, nie podkręcając nawet końcówek, słowem, zadbałam o naturalność, zresztą do bólu chciałam być naturalna, nie tylko w wyglądzie, ale też w zachowaniu, gdy wymieniłam z tobą na powitanie kilka banalnych słów, a ty szarmancko - wiesz, że masz za to u mnie plus - chwyciłeś moją dłoń, ha, początkowo myślałam, że prosisz mnie przed domem do tańca, tak mnie chwyciłeś; to by dopiera była scena dla sąsiadów, ale nie, ty ująłeś moją dłoń i podałeś ją sobie do ust. Zaskoczyłeś mnie, wiesz, bądź co bądź nie jestem przyzwyczajona do całowania po rękach, znaczy się, zrozum to dobrze, nie do całowania, a do delikatnego muśnięcia wargami zewnętrznej strony dłoni, co sprawia, że kobieta czuje przez chwilę ciepłe drżenie naskórka i mrowienie przemieszczające od dłoni, po ramionach, poprzez szyję i znów w stronę dłoni tej drugiej, nie dotykanej ustami, no chyba, że sama czynność, takie szybciutkie „cmok” odbywa się na zasadzie automatycznego obowiązku, jaki niektórzy panowie nakładają na siebie chcąc sprostać tradycji witania się w ten sposób z kobietą.
No cóż, kiedy już weszliśmy do lokalu, okazało się, że stolik w rogu sali, niemal na samym jej końcu, był już dla nas zarezerwowany. Postarałeś się o to, a zauważyłam też, że na dyskretne skinienie ręką kelner przyniósł nam aperitif, jakiś schłodzony, lekko słodki, limonkowy drink, do którego dołączono kwadratową tabliczkę gorzkiej czekolady z miętowym nadzieniem. Wyborne, pomyślałam sobie, no, no, nieźle się zapowiada, dodałam, prowadząc z sobą konwersację, której nie spostrzegłeś, bo wolałeś patrzeć w moje śmiejące się oczy. Nieładnie, według mnie, zbyt obcesowo zatrzymywałeś na moich źrenicach swój wzrok i nawet wtedy, gdy wertowaliśmy kartę dań, spoglądałeś na mnie, szukając w nich potwierdzenia swojego gustu i smaku. A jak to się zakończyło? Kolejny plus, nie żartuję. Powiedziałeś prawie nieśmiało:
- Bo wiesz, ten kelner, który nas obsługuje, zaproponował nam potrawę, z której będziemy zadowoleni, to coś ekstra i spoza karty, tyle że nie wiem, co to ma być - pełna tajemnica, więc jeśli życzyłabyś sobie zjeść kolację zupełnie „w ciemno”, zdając się fantazję szefa kuchni, to…
Nie wiem, dlaczego, ale bardzo mi się to spodobało. A co, jak iść, to na całość, z odrobiną szaleństwa, zresztą, czy nasza randka nie jest przypadkiem szalona?
Aby wyhamować nasz wspólny zapał, miałam już na końcu języka powiedzieć, że pewnie za takie specjalne danie policzą sobie tyle, że ścierpnie nam skóra i zalejemy się potem, ale w ostatniej chwili się powstrzymałam; nie mogłam natomiast nie zaproponować, abyśmy za naszą kulinarną przyjemność podzielili się kosztami po  równo. Ale wtedy tak na mnie spojrzałeś, jakby od tej, przyznasz, że sprawiedliwie pomyślanej przeze mnie umowy, ziemia przestała się kręcić wokół słońca, aby więc nie być później obwinianą za doprowadzenie do katastrofy w naszym układzie słonecznym, spasowałam, ulegając w tym wypadku męskiej przemocy.
Danie się przyrządzało, rozpromieniony kelner przyniósł nam herbatę z ciasteczkiem, soki, wodę i owoce, a my rozmawialiśmy, prześcigając się w opowiadaniu sobie banałów, z których, jak sobie teraz przypomnę, to aż mnie skręca ze śmiechu, albowiem… gdyż… wymieniliśmy się takimi oto słownymi podarunkami:
on - pani rodzice bardzo wiele dobrego o pani mówili.
ja - czyżby?
ja - słyszałam o panu  od swoich rodziców jak najlepsze opinie.
on - naprawdę? 
Czy słychać teraz w pełni upalnej nocy mój śmiech?
Naprawdę, to jestem senna i muszę odłożyć to nocna gadanie do jutra.
A moi rodzice? Słyszę przecież ich głosy przez ścianę. Dlaczego nie mogą spać?

[18.07.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja i 21.07.2017, Dover, Kent w Anglii] 

KARTKI Z KALENDARZA (6)

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam, godząc się na to spotkanie. 
I znów noc bezsenna. Iskierki gwiazd ganiają się z myślami. Gotów sobie pomyśleć, że jestem zdesperowana… i będzie miał rację. Samotna kobieta dobrze po trzydziestce, jeśli chce odmienić swoje życie, musi być zdesperowana. Prawda, że czasy się zmieniły i nowoczesna kobieta robi teraz najpierw karierę, i, albo pozostaje przy okazji w luźnym, partnerskim związku, albo, jeśli jednak decyduje się na małżeństwo, to wiek, dajmy na to, trzydziestu pięciu lat, wcale jej nie dyskredytuje, a na dziecko, jeśli się na nie zdecyduje, ma jeszcze całe pięć lat życia, bo po czterdziestce to już raczej lepiej nie zachodzić w ciążę… chociaż… podobno dzieci urodzone przez bardzo dojrzałe matki są inteligentniejsze… tyle że kiedy odbierasz później córeczkę z przedszkola, możesz usłyszeć opiekunkę: - Agniesiu, pochowaj zabaweczki, babcia przyszła.
Ale nie jestem zdesperowana, co to, to nie. Nie, żebym czasu miała wiele, ale czy muszę się angażować w związek, który może nie mieć perspektyw? Ja wszystko rozumiem. Powiedzmy, że dla niego to małżeństwo było nieporozumieniem, choć kto to wie, czy wina nie była także po jego stronie. Mamusia, biorąc go w obronę, wcale nie musi mieć racji. Kieruje się współczuciem, a tato też ma swój udział w pozytywnym kreowaniu jego sylwetki. Że dobry fachowiec, pracowity i uczciwy, ambitny, ale niewywyższający się ponad innych, towarzyski i uczynny. I zeszły się w jedną te opinie, w które ja mam wierzyć. Ale co z nich wynika? Czy można je przełożyć na zgodność i trwałość małżeńskiego pożycia? A gdzie miejsce na miłość? Powinno przecież zaiskrzyć, a mnie się wydaje, że zgodziłam się na spotkanie z nim pod wpływem impulsu i… litości nad dolą niedawnego, zdradzanego męża, którego żona puściła kantem, a nie dość na tym - utrudnia teraz, jak może, ustalone przez sąd spotkania z synem. No powiedz, czy chciałbyś, aby kobieta, jakakolwiek kobieta, była z tobą z litości?
Ale o czym ja mówię - Natalio, uspokój się - to tylko mało znaczące spotkanie, choć z tego, co mówił, wyznaczył je w najlepszej restauracji w mieście. Mało tego, że wyznaczył - przyjedzie po mnie autem. Nota bene, jak to się stało, że ta pazerna jego „była” zostawiła mu samochód i mieszkanie? A tak, mamusia mówiła, że musiał sprzedać to mieszkanie, sorry, zamienił je na mniejsze, a ją spłacił z połowy… ale auta nie podzielili. Ma teraz podobno w gorszym miejscu dwa malutkie pokoje, ale przytulne, ładnie urządzone, czyste, tato mówił, ale tato to w ogóle jest do niego przyjaźnie nastawiony, więc nie brałabym i tej jego opinii tak bardzo poważnie. Powiedzmy, że nie mam wielkich wymagań odnośnie mieszkania, ale gdyby przydarzyło się dziecko… co ja mówię? Nie przydarzy się dziecko. Nie stanie się nic. Spotkamy się, pogawędzimy, może nawet zaprzyjaźnimy… nic poza tym, rozumiesz? Nie masz prawa oczekiwać niczego więcej. Robię to dla mojego ojca, który cię szanuje i dla mojej mamy, która żałuje, że twoje życie potoczyło się w taki sposób, że tylko współczuć ci i otoczyć matczyną opieką, skoro nie masz matki i ojca… prawda? Nie masz nikogo, kto by cię wsparł. Nie natrząsam się nad twym losem, to naprawdę przykre. I jeszcze ten syn, z którym nie możesz chodzić na spacery, do kina, na basen… człowieku, jakeś to zrobił, w czym zawinił, że los potraktował cię tak podle? A teraz liczysz pewnie na mnie, że wynagrodzę ci niedostatki szczęścia, którego i tak niewiele w życiu zaznałeś. A może jednak zasłużyłeś sobie na to, co cię spotkało, przyznaj się, zanim wyspowiadasz się przede mną z powodów swojej bezradności. Nie oczekuj na to, że znajdziesz we mnie wyrozumiałą pocieszycielkę, która wyprostuje twoje drogi życia i sprawi, że we dwoje łatwiej będzie nimi iść, pod rączkę, jak stare, dobre małżeństwo. A czy moje problemy nie są też istotne? Czy ja czegoś też nie potrzebuję? Nie ma lekko, musisz to wziąć pod uwagę, bo jak nie, wolna droga.
Żeby jeszcze nie był przystojny… ale jest, przyznaję, może się jeszcze podobać kobietom. Nawet mógłby trochę przytyć, bo teraz wydaje mi się mizerny, jakby niedożywiony nawet. Ale go rozumiem - przeżycia, nie ma się czemu dziwić, niesystematyczne odżywianie - raczej nie sprawia wrażenia takiego, co to porusza się po kuchni swobodnie i mógłby mnie czym w niej zaskoczyć. Wszystko mu smakuje, wszystko chwali, nie grymasiłby, nawet gdyby było co przesolone. Takiego faceta mieć, to z jednej strony wygoda dla pani domu, ale z drugiej, chcesz coś specjalnego mu przyszykować, postarasz się, a on zareaguje podobnie jak przy jedzeniu jajecznicy z boczkiem.
Mężczyźni są rozbrajający. Nie wiedzą, co może sprawić kobiecie przyjemność, bo myślą cały czas o seksie. Jak można cały czas myśleć o seksie? Zagadka.
Nie powiesz mi, że ty nie myślisz. Teraz może nawet częściej niż uprzednio. Odzyskałeś wolność i jesteś jak ten ptak, niezależny, pozbawiony kontroli, nic tylko leć i używaj. Ale, kochany, jeśli sądzisz, że ja dam się złapać w te sieci, to się, złotko, mylisz. Sądzisz pewnie, że jeśli kolację zjemy w restauracji na mieście, to śniadanie, które wyjątkowo sam zrobisz, już u ciebie w mieszkanku, w którym należy puścić głośno muzykę, aby sąsiedzi przypadkiem nie usłyszeli odgłosów miłości.
Nie patrz tak na mnie, ja nie powiedziałam tego w tym sensie, że odżegnuję się od tych spraw, ale, kochany, ty doskonale wiesz, że kobieta, mówię kobieta, nie dziwka, nie robi tego bez miłości. No, musi coś czuć do faceta… przyszło ci do głowy, że od tego wiele zależy?
No, dobrze. Powiedzmy, że jestem nowoczesną kobietą, która… niech ci będzie, idzie do łóżka z mężczyzną, ot tak, dla przyjemności, bez zobowiązań. Powiedzmy nawet, że mogłabym nią być… może nawet tego potrzebuję, ale… człowieku, no puknij ty się w głowę… na pierwszej randce?
Gwiazdy, gwiazdy, gwiazdy….
- Natalko, czy ty tam w nocy z kim nie rozmawiasz?
Poczułam, jak chłód nocy podszedł do mnie od tyłu i objął w pasie.
- Czy rozmawiam? Rozmawiam z gwiazdami, mamusiu. 

[18.07.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja] 



O CZYM SZUMIĄ LIPY W LIPCU (6)

Czy wzięło to się z tego, że ostatni kurs miałem z Gosport, w południowej Anglii w hrabstwie West Sussex?
Ale chyba wcześniej… wrócę w paru słowach do tego kursu.
Jak to się dzieje, że najbardziej ponure sny mają u mnie wiele wspólnego ze szkołą. Bez przesady - ani w sny nie wierzę, ani też nie przywiązuję do nich wagi - one po prostu są, a w nich ja w różnych konfiguracjach jako belfer lub dyrektor tej mojej - nie mojej szkółki. I zawsze (na szczęście posiadam tę nadzwyczajną umiejętność) chcę i potrafię się z nich wybudzić.
Koszmar związany ze szkołą w wersji podświadomych obrazów podczas snu trwa z całkiem przewidywalną częstotliwością, a cały problem skupia się na tym, że ja naprawdę chcę zapomnieć o tych niemal siedemnastu latach spędzonych w swojej ostatniej szkole jako nauczyciel, a potem dyrektor.
Czy trzeba uzasadniać? Wszak to siedemnaście lat zmarnowanego życia, które mógłbym sobie ułożyć zupełnie inaczej. Zastanówmy się, co oznacza te siedemnaście lat. Wyobraźmy sobie koniec światowej wojny - jest rok 1945, zburzona Warszawa, bezwzględnie wymagająca odbudowy. Dodajmy teraz 17 lat. Mamy rok 1962… i co? W tymże, 1962 roku zaczynamy odbudowywać stolicę, po siedemnastu latach marazmu. Tak właśnie czuję, że jest ze mną.
Owszem, pracowałem wcześniej w szkole, lecz tamten wcześniejszy okres, jak sądzę, nie był stracony i wcale się go nie wstydzę, choć powoli zamazuje się w pamięci.
A teraz ten kurs z Gosport i wcześniejszy dojazd w to miejsce.
Okazuje się, że w Anglii, zapewne w zależności od regionu, rok szkolny jeszcze trwa i jadąc w godzinach opuszczania przez uczniów szkoły do zakończeniu zajęć można zaobserwować, jak chodnikami przemierzają drogę do domu albo do autobusu tłumy dzieciarni i „starszaków”, najczęściej w uniformach wymaganych przez daną placówkę. Wiem, że już o tym pisałem, ale podobnie jak sny nie pozwalają mi zapomnieć moich poczynań w szkole, tak widok młodzieży szkolnej na ulicach w Anglii czy w jakimkolwiek innym zakątku Europy każe mi pamiętać o szkole jako o instytucji w ogóle. Być może ten kierowca, który nie był tak bez reszty zaangażowany w szkolne życie jako już osoba dorosła, przejedzie obojętnie obok tej tłumnej młodości, ale ja… mnie to przypomina wiele i z jednej strony powracają te najodleglejsze, jakże miłe wspomnienia, a z drugiej strony zalewa mnie żółć i na żółto blednę, zgorzkniały, ponury i z optymizmem na bakier.
A co dla poprawy nastroju… szczerze?
Każdemu bez wyjątku, kto wpadnie w „doła”, z którego po jego oślizłych, glinianych ścianach wydostać się nie potrafi, doradzam, niech koniecznie przeczyta opowiadanie Marii Dąbrowskiej „Trzecia jesień”. Zdradzać fabuły nie będę. Niech czytający samodzielnie zakosztuje specyficznego podejścia do życia głównego bohatera opowieści, Klemensa Łohojskiego. Zaręczam, że rzecz warta przeżycia.
Czytam.

[18.07.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja

KARTKI Z KALENDARZA 5

Sobotnie popołudnie. Jemy sobie ciasto drożdżowe, pijemy kakao, tato czyta gazetę, ja rozmawiam z mamą, ale tatuś co jakiś czas wtrąca się do rozmowy.
- Pojechałabyś gdzieś, wzięła urlop - zachęca i pyta - a z tym sierpniowym wyjazdem nie wyszło?
- Nie wyjdzie - odpowiadam. - Jeszcze mamy lipiec, tatku.
 - Ja wiem - włącza się do rozmowy mamusia - że ty, dziecko, zrezygnowałaś przeze mnie, bo się o mnie martwisz.
- To swoją drogą, ale nie prosiłam jeszcze o urlop - odpowiadam.
- Już ja tam swoje wiem - mama upiera się i prosi o jeszcze jeden kawałeczek upieczonego przez nią drożdżowca.
- Naprawdę, mamusiu, nie prosiłam jeszcze o urlop.
Tato odkłada gazetę. Składa ją równiutko na cztery.
- To wy w tej firmie nie macie ustalone z góry, kto i kiedy wybiera się na urlop w lecie? - w głosie taty poznać zakłopotanie. - U mnie w fabryce…
- U ciebie w fabryce wszystko było poukładane według planu, a ty i tak nie jeździłeś na wczasy. Zawsze wysyłałeś nas - przypomina nie bez sarkazmu mamusia.
- Nie zawsze - broni się tato - nie zawsze. Pamiętasz nasze wspólne wakacje na Helu?
Dla tatusia, owszem, dom i rodzina są najważniejsze, ale fabryka… jakże pięknie wypowiada on to słowo, akcentując je na pierwszej sylabie… fabryka też była ważna, niezmiernie ważna. Jakie to szczęście, że tej fabryki mu nie zlikwidowali, a było o krok…
I wywołaliśmy wilka z lasu z tą fabryką.
Przychodzi Saniewski, inżynier.
Oznajmia przyciszonym głosem, że ma problem. Zaprojektował jakiś przyrząd wiertniczy i chce skonfrontować swoje plany z wizją ojca. Uśmiecham się. Oto inżynier przychodzi do majstra na konsultację. Przechodzą do pokoju. Saniewski był już kilka razy w naszym domu i wie, gdzie może z tatusiem spokojnie porozmawiać, ale teraz jest mu głupio, bo przyszedł nieumówiony i w dodatku przerwał nam słodki podwieczorek. Odchodząc z tatusiem, kłania się nieporadnie, uśmiecha niezręcznie, sprawiając wrażenie naprawdę zakłopotanego. Grzecznie odmawia zaproszenie na ciasto, kiedy skończą się „konsultacje”, ale jestem przekonana, że tato przymusi go do zjedzenia z nami drożdżowego ciasta, a może nawet poprosi go o pozostanie na kolacji. W każdym bądź razie mamusia jest już przygotowana na ugotowanie dodatkowych dwóch jajek na twardo, skrojenie większej ilości wędliny, a mnie wydaje polecenie, abym przygotowała sałatkę na cztery osoby.
- Mizernie mi wygląda ten tatusia inżynier - stwierdzam żartobliwie, wyjmując z koszyka pomidory i paprykę do skrojenia.
- Ech, gdybyś ty córuś wiedziała, jakie on piekło przeszedł ze swoją żoną - tłumaczy mamusia. - Na szczęście już są po rozwodzie, ale, jak widzisz, z niego to jeszcze nie zeszło i próbuje sobie zastąpić nieudane życie osobiste pracą.
Czasami bywa tak, że zainteresowanie drugim człowiekiem zdradza się już przy pierwszym z nim zetknięciu, spotkaniu go, a innym razem ma na to zainteresowanie wpływ najskromniejsza informacja puszczona i posłyszana mimochodem.
Zaczęłam obierać cebulę.

[09.07.2017, Chertsey, Surrey w Anglii] 

O CZYM SZUMIĄ LIPY W LIPCU (5)

Na razie jeżdżę: „dom” - Anglia - „dom”, którego likwidacja nastąpi, według ostatnich doniesień z końcem sierpnia.
Po trzech dniach wypoczynku w „domu” trafił się wyjazd do Anglii. Blisko, do McLarena w Woking. Niekorzystne jest to, że trzy noce muszę spędzić w Anglii na hałaśliwym parkingu w Chertsey, jedynym zresztą w okolicy, gdzie można stanąć i przeczekać noc. Najgorszy jest zwykle ten ostatni „pełny” dzień, czyli niedziela. Człowiek garnie się do jazdy, a tu trzeba przespać jeszcze jedną noc i oczekiwać od rana w poniedziałek na kurs.
Trochę piszę i czytam. Tym zabijam czas. Mogę sobie pogratulować, że wybrałem Dąbrowską, a w jednym z opowiadań, już powojennych, pani Maria wymieniła dwukrotnie miasto mojego dzieciństwa i młodości. Tam oczekiwała na pociąg z Kutna, który miał ją zawieźć do Zduńskiej Dąbrowy, do szkoły rolniczej, która przyjęła ją po klęsce Powstania Warszawskiego.
W tomiku opowiadań liczącym ponad 600 stron brakuje kilku kartek. Nie ma lektury (bodajże z podstawówki) „Tu zaszła zmiana”. Ciekawe, choć urwałbym łeb wandalowi. 

[16.07.2017, Chertsey, Surrey, w Anglii] 

O CZYM SZUMIĄ LIPY W LIPCU (4)


O tym, że przyszła pora deszczów lipcowych, dni chłodnych, wietrznych i pochmurnych, która zdaje się powoli mijać, bo pewnie nad Skandynawią wyrósł wyż, sprowadzający bardziej suche powietrze ze wschodu.
Powiało też wieścią mniej przyjemną, że „dom”, do którego zmierzam po powrocie z Wysp będzie zlikwidowany, kto wie, czy nie za obecnym kursem. Szefostwo rezygnuje stopniowo z ukraińskich kierowców, jeździć będą Polacy i stanie się tak jak dawniej - jazdy po całej Europie, nie wykluczając Wielkiej Brytanii.
Przykro rozstawać się z „domem”, który był (jest jeszcze) namiastką spokoju i miejscem odpoczynku, lecz z drugiej strony dotychczasowa praca, z uwagi na fakt bezustannych kursów Francja - Anglia i z powrotem pachniała nieprzyjemnie nudą. Nie pora jednak żałować róż, gdy płonie las, a przyszłość pokaże jaka będzie. 
Jestem w trakcie czytania opowiadań Marii Dąbrowskiej, tych,  które znałem i czytałem je onegdaj i takich, z którymi spotkałem się pierwszy raz. Przebrnąłem już z wielką przyjemnością przez cykl opowiadań - wspomnień „Uśmiech dzieciństwa”, w którym autorka „Nocy i dni” w niezwykle barwny, prosty, acz nie prostacki sposób maluje obrazy swych najmłodszych lat i czyni to językiem tak klarownym, tak polskim przez duże „P”, że nic dziwnego, że niektóre z opowiadań, bądź ich fragmenty, miały swoje poczesne miejsce w czytankach uczniowskich podręczników, bo jeśli się uczyć poprawności pisemnej wypowiedzi, to Maria Dąbrowska w literaturze polskiej jest jednym z tych brylantów, który lśni znakomicie czystym, roziskrzonym blaskiem nawet w noc ciemną i ponurą, a także i przy świecy, czy przy naftowej lampce. Ech, gdybyż w taką noc wspomnieniową, w ciszy przepastnej i wzruszającej pani Manuela Gretkowska przewróciła była choć parę kartek opowieści pani Marii, może przemyślałaby spraw kilka i wzięłaby wieczny rozbrat ze swoim pisaniem.
Bo… przeczytajmy chociażby początkowy fragment „Drzew na wiosnę”:
„Wszystko jest zawsze cudowne, ale nigdy w taki sposób, jak kiedy byliśmy mali.
Wtedy życie uderzało prosto o nasze serce.
Na każdym skraweczku dnia i na każdej piędzi przestrzeni działy się rzeczy przeraźliwe albo zachwycające. Działo się tysiąc wydarzeń głębokich i nieśmiertelnych w swej błahości, jednakowo godnych, żeby z nich rodziły się piorunujące nienawiści, figle i nagłe zakochania.
A cóż dopiero - kiedy drzewa zaczynały się w niezrozumiały sposób odziewać puchem wiosennej zieloności.
Wszystkie były takie same jak przez wszystkie miesiące zimy. Taczały się i biły czarna wicia po niebie.
Aż wtem, pamiętasz, zaczynały się szamotać w istnym tańcu. To namiętny wiatr południowy pląsał po ich ubogiej nagości.
Nic jeszcze nie było z wiosny, oprócz zacieku wody na rudej łace. Ale ten wiatr, ten wiatr….”

[11.07.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja] 

17 lipca 2017

ZJAWA (5/5)

Pukanie w okno auta. Leniwie unoszę głowę, a otwarciu oczu sekunduje szerokie wyprostowanie ramion. Przeciągam się. Zerkam w lewo przez szybę. Ten znów puka. Otwieram ostrożnie drzwi. Ten rozwiera je szeroko. Nie zdążyłem krzyknąć. Już otworzył.
- Panie, coś pan! Tych drzwi się nie otwiera. Chyba że…
Wychodzę z auta. Wokół soczysta zieleń. Drobinki słonecznych promieni kładą się na ścieżce, aucie i na kapeluszu tego, kto przerwał mój sen.
- Odsunąłeś pan kamień? - pytam, rozglądając się wokół.
- Jaki kamiń, panoczku. Tu nijakiego kaminia nie beło. Wjechołeś panoczku w tyn mech i ciebie tu zatrzymało. A nie trzeba to beło kajsi innom drogom jechać?
Obchodzę samochód z każdej strony. Rzeczywiście, stoi na wzgórzu porośniętym mchem, ale jego pokład jest płytki, a pod nim - rozkopuję nogą grunt - niegłęboka warstwa padłych zeszłorocznych liści, a pod nią piasek.
- Kiedy ja chciałem jechać właśnie tą drogą - odpowiadam pewnie i spokojnie.
- No to obocz som, panoczku…
Starzyk bierze mnie pod pachę i prowadzi naprzód. Schodzimy ze wzgórza wyjątkowo równym w tym miejscu leśnym traktem, który nagle opada gwałtownie. Stanęliśmy nad urwiskiem.
- To po tyj ostatnij burzy, panoczku - powiada i wskazuje ręką na połać lasu, w tym miejscu górującą nad resztą zdziczałej zieleni. - Powyżyj stała skała, dyszcz podmył, obrócił kamiń, o… tam - pokazuje - uprowadził na łonki. 
Znów powrócił wzrokiem w stronę wyższego w tym miejscu lasu.
- Roz jeden gruchnął dyszcz i ze z lasu zjechoł najpierw ślam, a potym spłynoł źwir i po temu mamy tu tera taki jar - tłumaczy. - Kiebyś, panoczku, zjechał z tego wzgórka, to tobie jak nic śmierć bełaby pisano - zamyślił się, a z nim i ja zacząłem przemyśliwać ostatnie metry swojej nocnej podróży. - Ale mnie się cosik widzi, że panoczku, tobie śmierć nie jest pisano, skoroś w porę przystanoł.
Spojrzałem w padół wykrotu - głęboki na wysokość człowieka, a na samym dnie kamień. Bez dokładnych obliczeń zdałem sobie sprawę z tego, że, gdybym swoim autem stoczył się w to urwisko, przednia szyba roztrzaskałaby się o ten kamień. Poniewczasie ciarki przeszły mi po szyi i ramionach.
Nagle spojrzałem dalej, poza wykrot.
- A tam? Krzyż? - zapytałem.
- Nie krzyż, panoczku, ino topólka wyrosła wedle drogi i obróciło na niom leszczyne. Pojrzyj, z korzyniem jom wyrwało i tak się oba kostury połunczyły, że wyglonda, kieby krzyż krześcijański.
Zbieram w sobie myśli. Wypłynęła właśnie z tego jaru i w nim zaginęła.
Wracamy do samochodu.
- A ty, dobry człowieku, czego szukasz w tych stronach? - zagadnąłem starzyka.
- Jo? Jagody zbirom. Popotrzcie panoczku, a dyć tamój postawiłem koszyki. Najpirsze jagody w tym lesie. Jakie smoczne. Poczynstuję panoczka, a jakie tu grzyby, ech, kosom nie wytniesz!
Stoi przy mnie, zdejmuje kapelusz, wachluje się nim dla ochłody, po czym wsuwa go z powrotem na głowę. Jest ciepło pomimo tego, że nie dociera w to miejsce słońce.
- Mnie będzie potrzebna pomoc, dobry człowieku. Auto mi zgasło. Akumulator, czy jak? Znasz tu jakąś najbliższą drogę do miasteczka, albo przynajmniej do wsi?
- Kiebyś, panoczku, cafnął się o pińćdziesiunt kroków w tem bocznom alejem po prawej, dojechołbyś do jeziorka. Tamój tera wczasowice, a potym szyroka droga po wsi i do miasta.
- Jechałem nocą i nie zauważyłem tej bocznej drogi - tłumaczę.
- Nocum lepij tu nie jeździć.
- A to czemu?
Starzyk nieznacznie odwrócił głowę i przeszedł w stronę pozostawionych w wysokiej trawie koszyków wypełnionych po brzegi jagodami. Nabrał garść ciemnogranatowych owoców i podał mi je do spróbowania. Były słodkie i soczyste.
- A ty, dobry człowieku, nocami tędy nie chodzisz? - pytam.
- A co mnie tu ganioć nocom, kiedy… - nie dokończył.
- Kiedy?
Zorientowałem się, że zwleka z odpowiedzią, ale w końcu przemówił.
- Panoczek się bedom ze mnie śmieli, ale jo po ćmicy tuta nie chodzem, bo powiedajom, że pieruńsko cosik strosy.
Ulżyło mu, kiedy nie zareagowałem na jego słowa kpiarskim uśmiechem.
- Zapalimy? - zaproponowałem wsuwając się do samochodu i opadając całym ciężarem ciała na kanapę siedzenia 
- A możno by - usłyszałem jego wdzięczny głos.
Odszukałem paczkę papierosów i zapalniczkę. Odruchowo przekręciłem klucz w stacyjce. Silnik jak gdyby nigdy nic zaterkotał na normalnych obrotach. Przed sobą, na ciemnej, zgniłej zieleni drzew dostrzegłem dwa jasne punkty świateł reflektorów. Wyłączyłem je, pozostawiłem auto włączone, zabrałem z sobą papierosy i zapalniczkę i wyszedłem z auta. Poczęstowałem starzyka.
- Uuu - westchnął, zaciągając się - pewnikiem zagramaniczne.
Wszystko, co przeżyłem minionej nocy, zgadzało mi się i nie zgadzało. Próbowałem logicznie wytłumaczyć sobie kwestię nagłego braku zasilania w aucie, kamienia broniącego dostępu do otwarcia lewych drzwi samochodu, tego urwiska, przed którym zmuszony byłem stanąć i niedającego się objąć rozumem zjawiska, które wypłynęło z podziemi akurat w tym miejscu, w którym, gdybym nie przystanął, niechybnie roztrzaskałbym się o zalegający na dnie parowu kamień. W tych moich próbach rozsądnego wyjaśnienia okoliczności, jakie towarzyszyły mi w czasie przedzierania się przez gęstwinę leśną po odprowadzeniu kuzynki Bernadetty na dworzec, nie znajdowałem racjonalnego uzasadnienia. Do tego ta rozmowa z postacią wyłonioną z mgły, wspomnienie opowieści Bernadetty, Rozalia, Włodzimierz i ona - kuzynka Bernadetta… kim ona naprawdę była i dlaczego systematycznie przypominała historię kochanej, ale jednak porzuconej przez szlachcica wieśniaczki.
- Panoczek powiedał, że mu auto zgasło, a tera przeca widzem, że terkoce - starzyk zamyślił się, a odgasiwszy papierosa dodał - ale jo wszystka wim, wszystka wim, co się stało.

Z pomocą starzyka wycofałem auto i skierowałem je na boczną, tym razem już pozbawioną drzew drogę prowadzącą wzdłuż zachodniego brzegu jeziora. Wysiadł na niewielkim placu obok baru, spożywczego sklepu i kiosku. Przeczekawszy chwilę, zauważyłem, jak letnicy podchodzą do starzyka, chętni zakupić choć po pół litra jagód, a jego dwa wielkie kosze były po brzegi wypełnione.

Po roku dostaliśmy wiadomość o śmierci kuzynki Bernadetty. Pojechaliśmy na pogrzeb całą rodzinką. Nie pochowano jej w stolicy, a na cmentarzu w niewielkiej wiosce, mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Warszawą a naszym podleśnym domem.
Do jednego z wieńców przytroczono blaszaną tabliczkę z dniami narodzin i śmierci kuzynki Bernadetty. Na kamiennej tablicy grobu, w którym ją pochowano widniał mało czytelny napis składający się z liter i cyfr.
Po modlitwach i pochówku, po uklepaniu ziemi na grobie i rozłożeniu na kopczyku kwiatów, pozostałem jeszcze chwilę przy kuzynce Bernadetcie.
Jakaś starsza kobieta, której grobek sąsiadował z kopczykiem Bernadetty, patrząc na mnie, że nie odszedłem jak wszyscy i, jak sądziła, pewnie musiałem być kimś bardzo bliskim zmarłej, spojrzała na mnie i powiedziała:
- Takie to już jest nasze życie. Przeżyła je długo. Przeżyła prawie wszystkich… a teraz spoczywać będzie ze swoją matką i babką.  

[16.07.2017, Chertsey, Surrey, w Anglii] 

ZJAWA (4/5)

Po nie do końca przespanej nocy zapanował dzień, dzień wyjazdu kuzynki Bernadetty. Do uroczystego, pożegnalnego obiadu, spóźnionego nieco, Dorotka z Pawełkiem przystąpili z różowymi, gorącymi policzkami, a nasz synuś, zwykle chętnie zabierający głos podczas posiłku, za co, nawiasem mówiąc, bywa przez żonę karcony, tym razem zachowywał się cichutko, jak przysłowiowa mysz pod miotłą, oczekująca na to, aż uganiające się za nią kocisko obeżre się do syta i pójdzie wreszcie spać na kanapę.
Co tu mówić, dzieciakom dała swoja opowieścią kuzynka impuls do niespokojnego przemyślenia. Ale czy można się temu dziwić, skoro ja, człowiek dorosły i niedający wiary opowieściom z pogranicza snu i fantazji, jak żyję, nigdym swojej stopy nie postawił na leśnej drodze, przed przemierzaniem której przestrzegała ponownie kuzynka Bernadetta. Przy ruinie zawisłockiego dworu, a i owszem byłem, może ze trzy razy, lecz nie znajdując w nim niczego, co pobudziłoby moją wyobraźnię, pospiesznie wracałem do swojego domu, najczęściej drogą wedle łąki, mając za każdym razem u boku psa, zawsze chętnego na takie spacery.
Owszem, nawet nie dając wiary opowieści kuzynki, cała opowiedziana przez nią historia była na tyle zajmująca, aby choć przez chwilę się nad nią zastanowić. Mnie jednak ciekawiło najbardziej to, że pomimo wielokrotności słuchania tej opowieści, kuzynka Bernadetta nie zmieniła w niej ani słowa. To czego dowiedziałem się za pierwszym razem, pozostało niezmienione w najdrobniejszym szczególe także zeszłego wieczora. Albo więc nasza dobrotliwa kuzynka nauczyła się jej na pamięć (a pamięć miała na swój wiek dobrą, oj dobrą), albo też….
- Tak sobie myślę, moi mili - przemówiła tuż po słowach pożegnania - że chyba to jest już moja ostatnia wizyta u was…
I nie chcąc rozwijać swego przypuszczenia, zapewne ze względu na dzieci, natychmiast dodała:
- Teraz to wy przyjedziecie do mnie. Dadzą wam znać, kiedy będę gotowa.
Pociąg miała o dwudziestej pierwszej czterdzieści i było wiadomo, że nie odstawimy jej do miejskiego autobusu, kończącego trasę naprzeciwko dworca, choć jadąc do nas, nie powiadomiwszy o swoim przyjeździe (za co musiała wysłuchać od mojej żony wiele cierpkich słów), dojechała niemal pod sam nasz dom autobusem.
Usadowiłem ją na tylnym siedzeniu naszego auta, walizkę włożyłem do bagażnika i trąbiąc na wiwat, odpowiedziałem rodzince na zamaszyste machanie rękoma, słodząc przy okazji łzy mojej żony, która wielce kuzynkę Bernadettę szanowała i skora była ją gościć dłużej, nawet jeśliby miała kolejną noc spędzić na nieprzespaniu.
Kupiłem jej bilet i doprowadziłem do przedziału, i jeszcze raz pożegnaliśmy się czule, nie ukrywając wzruszenia. W końcu świadomość, że kuzynka, nie bez racji, dała mi do myślenia, że pewnie już nie starczy jej sił na podróż do naszego sioła, przygnębiła mnie na tyle, że obserwując odjeżdżający z peronu pociąg i mnie spłynęła wątła łza po policzku.
A kiedy wsiadłem do samochodu… no cóż… sam nie wiem, co mnie natchnęło, ale tym razem, dodajmy, pierwszym razem, zapragnąłem zmienić trasę podróży z miasteczka na wieś. Którędy zatem pojadę? Pewnie, że skrajem starego lasu, gdzie droga wije się okrutnie i może zmylić każdego. Ale czy mnie, który doskonale zna jej położenie? Ba, posiadam nawigację, która, jeśli zabłądzę i z tej opresji wyciągnąć mnie potrafi. Mamy wszakże wiek dwudziesty pierwszy, nie dziewiętnasty. Mam telefon komórkowy, który także w razie nieszczęścia (o jakim ja nieszczęściu myślę, wszak żyjemy w wieku rozsądku i nauki) pomoże.
Jadę zatem w stronę wioski i na trzecim rozwidleniu skręcam w lewo. Mijam kilka domów; tam jeszcze szosa wąska, lecz asfaltowa; dalej zamienia się w typową szutrową, niezbyt wygodną, choć w pełni przejezdną drogę i na zakręcie, co to pojawia się tuż za mostkiem, pod którym wije się strumyk zasilający jezioro, zjeżdżam w stronę lasu. Zerkam na nawigację. A jakże, nowoczesna technika rozpoznała tę drożynę, o której wspominała kuzynka Bernadetta i o której sam przecież mam świadomość, że istnieje.
Wjeżdżam zatem w ciemność. Reflektory auta oddzielają światło od ciemności. Spostrzegam, iż pomimo tego, że droga biegnie wzdłuż lasu, będącego po mojej lewej stronie, wysokie acz pochylone ku jej osi drzewa otaczają mnie także z prawej strony. Widać z tego, że prastare knieje wdarły się także na przyleśne mokradła i łąki i trudno tu mówić, że pokrętna ścieżka błądzi skrajem lasu, ale że ten las ją pochłonął, zataczając nad nim półkulę żywego tunelu, w kilku miejscach tak niskiego, że gałęzie pazury drzew i krzewi drapią hałaśliwie dach niewysokiego przecież auta.
Im głębiej zajeżdżam w puszczę, tym trudniej mi jest się wyswobodzić z tych chaszczy, co nade mną o dach auta tłuką i rysują przednią szybę. Ledwo też unikam wyrastających nagle na prostej, piaszczystej drodze kamieni, przejeżdżam nieskoro po padłych kręgosłupach obumarłych drzew i gałęzi, rzuconych byle jak w poprzek drogi, omijam z największym trudem lisie, borsucze albo szczurze nory, zjeżdżam nagle w dół, a koła samochodu buksują w mokrym w tym miejscu, gliniastym podłożu, wpełzam na najniższym biegu na piaszczyste wzniesienie, pokonując je wolniej aniżeliby to uczynił starzec o lasce, a później moje auto brnie chyżo, torując sobie drogę między wysokimi drzewiskami pokrzyw i nie mniej potężnymi, acz rzadszymi kolumnami ostów i łopianów, i znów wykroty, jamy, omszałe zwaliska kamieni, i wreszcie przystaję.
 W światłach reflektorów, po mojej prawej stronie, gdzie nie powinno być lasu, złamana na wpół wierzba, a na jednym z jej kosturów usadowiła się sowa, nadnaturalnie, jak mi się zdawało wielka, ze ogromnymi oczami skrzącymi się, jak dwie bryły rozgrzanego do czerwoności węgla. Gdzieś w dali, nieco poniżej, gdyż niespodziewany przystanek wypadł mi akurat na szczycie niewysokiego wzgórza, przemknęło mi podłużne cielsko zwierzęcia, mniejszego i niższego od psa. Zanim przemknęło, spostrzegłem przed sobą dwa turkusowe koraliki jego oczu. To lis, wymknęło mi się z półotwartych ust. Odetchnąłem z ulgą, kiedy wielkie sówsko przepłynęło bezszumnie tuż przed przednią szybą auta, niemal dotykając jej bezgłośnymi skrzydłami. Po lewej stronie usłyszałem z kolei jakiś metaliczny skowyt, pohukiwanie; nareszcie olbrzymi nocny motyl zasiadł na wycieraczce i ani myślał się z niej usunąć. I jeszcze jakieś pląsy, dąsy, nawoływania… jakby cały ten świat zwierzęcy zamierzał oznajmić mi, że oto naruszyłem granicę poza którą człowiek niemile jest w tym miejscu widziany.
I nagle zagasło światło.     
Pogrążyłem się, zdawać by się mogło w absolutnej czerni, bo nie tylko nie żarzyły się reflektory, lecz również wewnątrz auta zapanowały bezwzględne ciemności. Ze zgrozą pomyślałem, że nagle pozbawiony zostałem prądu płynącego z akumulatora i to nie za sprawą braku styku klem z ołowianymi trzpieniami dawcy energii; w takim wypadku podczas przekręcenia kluczykiem, zaiskrzyłaby na czerwono przynajmniej jedna z kontrolek na pulpicie, lecz nic takiego nie miało miejsca. Akumulator, który nie był przecież taki stary, zginął śmiercią tragiczną, albo też z niewiadomych przyczyn został rozłączony. Przeczekałem chwilę, aby spróbować przyzwyczaić źrenice oczu do ciemności i nacisnąłem klamkę drzwi, lecz próbując je otworzyć, drzwi napotkały dźwięczącą przeszkodę, uderzając zapewne o kamień, który bronił dostępu przed ich otwarciem na tyle, abym mógł się wydostać na zewnątrz. Przesiadając się na stronę pasażera, trąciłem dłonią telefon komórkowy, pozostawiony w zagłębieniu nad dźwignią zmiany biegów. Dotknięty, zabłysnął bladym, błękitnym światełkiem. Zdążyłem jedynie dostrzec na wyświetlaczu informację o braku zasięgu, kiedy i ten elektroniczny mechanizm utracił blask. Pomyślałem teraz o nawigacji, która przechodząc w stan spoczynku, zwykle gasła, lecz i w tym wypadku moje próby uruchomienia jej w trybie zasilania bateryjnego zakończyły się niepowodzeniem. Wtedy dopiero postanowiłem wysiąść z samochodu od strony kierowcy. Pociągnąłem klamkę do drzwi, popchnąłem je przedramieniem; otwarły się szeroko, przesuwając się po twardych badylach zielska. Wstąpiłem w ciemność, mroczną i wilgotną, nasyconą odgłosami zwierzęcej, niespokojnej nocy. Gdzieś wysoko na niebie błyskały z pewnością gwiazdy, lecz otoczony zewsząd zwartym szpalerem drzew, nie dostrzegłem żadnej z nich. Stałem w bezruchu po prawej stronie samochodu, wciąż zdany na niedoskonałość ludzkiego wzroku podczas ciemności. Już miałem przejść do przodu, aby otworzyć maskę auta, kiedy przypomniałem sobie, że nie zwolniłem dźwigni, przy pomocy której uwalnia się mechanizm blokujący otwarcie maski. Należało więc wrócić do kabiny i wymacać plastykowy języczek dźwigni znajdujący się nisko, po lewej stronie od pedału sprzęgła.
I w tym momencie wychynęła z mroków nocy jasna poświata, coś jakby łuna, jak gęsta, podświetlona srebrnym światłem mgła, która pęczniała, nabierała kształtu; najpierw powłóczystego welonu w formie stożka, później ten welon uwypuklał kontury ludzkiej postaci, aż wreszcie zobaczyłem przed sobą sylwetkę kobiety, pełną, doskonale zarysowaną. Zbliżała się ku mnie z uniesionymi niewysoko ramionami, potem wznosiła je wyżej i wyżej. Stanęła przy mnie tak blisko, że niemal poczułem na sobie, na swoim ciele, głowie, włosach dotyk jej dłoni. Cała jej postać wionęła arktycznym chłodem.
Jeśli nawet nie ogarnął mnie paniczny strach, to zdrętwiałem z przerażenia, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa, ani też zrozumieć w myślach, kim, czy czym jest ta zjawa, ten upiór zastępujący mi drogę, który pewnie wyłączył mi cywilizację.
- Tak długo na ciebie czekałam - usłyszałem nagle z ust, które poruszały się powolnymi ruchami warg na nagle utworzonej ze srebrzystej materii mgławicy twarzy. A była to twarz naprzemiennie: młoda, o obliczu dziewczyny zdradzającej szlachetne piękno i powab, i stara, porysowana głębokimi bruzdami zmarszczek twarz kobiety - wiedźmy, tak przerażająco starej, że niemal składającej się z samych chroboczących podczas byle jakiego ruchu kości.
- Czekałam, aż się opamiętasz i wrócisz do mnie. Obiecałeś przecież… obiecałeś - mówiła do mnie zjawa, a ja czułem na głowie dotyk palców jej dłoni, raz delikatnych i smukłych, innym razem kościstych, rysujących moje czoło i policzki jak szpony jastrzębia.
Oddychałem głęboko, nabierając do płuc wory wilgotnego powietrza nocy. Przymykałem i otwierałem oczy, próbując skasować bezpowrotnie obraz zawieszony przede mną. Wykonałem potem rękoma ruch przypominający zdejmowanie ze sznura płachty wysuszonej na wietrze pościeli. Nie pomagało nic. Stałem oko w oko z widmem, które nie dość, że zatrzymało mnie na tym pustkowiu, przerażało całym swym jestestwem, to jeszcze przemawiało do mnie. Zaraz, zaraz, jest przecież dwudziesty pierwszy wiek, a ja, ja w końcu nie jestem podatny na tego rodzaju obrazy, nie wierzę w cuda i duchy. Miałbym że ulec siłom nieczystym, w które nie wierzę? A może to sen? Może oszalałem.
- Nie powiesz nic? Zupełnie nic? Zostawiłeś mnie z dzieckiem dla niej, dla swojego szczęścia, którego przecież nie zaznałeś - mówiło do mnie widmo, a ciężar tych snów zaległ na moich barkach, ucisnął klatką piersiową, uczynił z moich nóg ołowiowe kolumny.
- O, mój Boże, to ona? - wyszeptałem do siebie. - Nie, ja śnię. To tylko sen.
- Rozalia? - zapytałem wreszcie.
- Nie poznajesz? - zarechotała śmiechem staruchy. - Bernadetta ci o tym powiedziała?
Przytaknąłem głową. A jakże, ona, nikt inny.
- A czy ty wiesz, kim jest Bernadetta? - zapytała jeszcze jako starucha, po czym jej twarz zmieniła się i na chwilę znów stała się dziewczyną.
- To była twoja córeczka, Włodzimierzu - powiedziała przymilnie, a ten głos zabrzmiał tak, jakby ochoczo przynosił z sobą dobrą nowinę. - Ta córeczka, mój kochany, miała potem swoją ukochaną, śliczniutką, rezolutną, o mój Boże, jak ona była kochana, a też została porzucona, jak ja przez ciebie... ale i ona po zamążpójściu powiła śliczne dziecko, ech, jakież ono było zdolne, jak urodne… teraz wiesz Włodzimierzu, wiesz, kim jest…?
- To kuzynka Bernadetta? - nie wahałem się zadać widmu tego pytania. Wciąż nie mogłem uwierzyć, a jednak…. - To twoje dziecko, Rozalio, przeżyło?
Po raz pierwszy mgławica na twarzy zjawy rozsunęła usta w dyskretnym uśmiechu.   
- A ty? Przeżyłaś? Żyjesz?
Na oblicze widma nasunął się teraz cień, a wyglądało to podobnie do tego, jak na rumianą twarz księżyca po jego wschodzie nasuwa się bury obłok, który jeszcze nie zasnął i dopiero szykuje sobie nocne posłanie. Młoda, promiennie uśmiechnięta twarz dziewczyny-zjawy przeistoczyła się w kanciastą, kolczastą maskę staruchy.
- Ha, nie podobam ci się. Żyję, bo życie silniejsze jest od śmierci. Nic łatwiejszego nad zabicie siebie, siebie i nienarodzonego. Życie jest cierpieniem, ale to zawsze życie, nie śmierć. Śmierć to ostateczność…
I znów obudziła się w zjawie twarz młoda…
- Ile czasu ja przez ciebie wycierpiałam, Włodzimierzu. Ale i ja sprawiłam ci ból. Gdybyś wtedy odstąpił od tamtej… gdybyś przyszedł, wrócił…
Twarz staruchy przewzięła tę młodą…
- Tłumacz sobie tłumacz - rzekła do siebie, do tej młodej - a i tak nic nie pomożesz, niczego nie wskórasz. Włodzimierzu, pamiętasz tę nagła śmierć twojego ojca, pomór, płonący dwór, swoją żonę konającą w boleściach, dziecko, któregoś nie przytulił… a wreszcie, czy poczułeś to końskie kopyto na swojej skroni. Tak miało być, Włodzimierzu - zagrzechotała śmiechem tak szyderczym, a z mojego czoła spłynął gorący strumień potu.
Po raz kolejny zajaśniała transparentnie młodziutka twarzyczka Rozalii.
- Czy kiedykolwiek mi to wybaczysz, Włodzimierzu? - usłyszałem i nagle jasność tak jak powstała z otchłani moczarów, tak i ta mglista, ubrana w srebrny tiul welonu niewieścia poświata zeszła do podziemia, pozostawiając po sobie rozdygotane wspomnienie niedokończonej nocy.
Znów ciemność zawładnęła knieją. Wszedłem do auta i najpewniej zasnąłem.  

[16.07.2017, Chertsey, Surrey, w Anglii

ZJAWA (3/5)

Tymczasem Włodzimierz nosił już swoją posługaczkę na rękach i obiecywał jej świat, w który zgoła uwierzyć nie była w stanie. Cieszyła ta niespodziewana miłość matkę Rozalii; jedynie jej ojciec jakoś nie przebąkiwał o szczęściu młodych, podejrzewając, że przecież im, parobkom, do świata ludzi zamożnych droga wciąż porośnięta pokrzywą, piaszczysta i zasypana kamieniami. Mrucząc do siebie pod nosem, wychodził chętniej teraz w pole, aby w pracy, dłuższej niż wynikało to z nakazu zarządcy, móc przetrawić w sobie to, co spotkało jego córkę. 
A myślał też o swojej i matki Rozalii roli, jaką mieliby pełnić we dworze po mezaliansie, na jaki się zanosiło. Córka na salonach, a oni? W ukleconej chacie z glinianym klepiskiem? A jeśli nawet zabierze ich z sobą do dworu, to przecie, jak tu przywyknąć do dobrobytu? Jak mówić „teściu” do swego pana, dobrego wszakże, lecz obcego, tego, na którego majątku całe życie się pracowało?
I tak, rok mijał na tych przemyśleniach chłopa, na zgryzotach pana Maksymiliana, na miłosnych uniesieniach młodych, a matka Rozalii z nastaniem ciepłego kwietnia poznała się na tym, że niestety lub w końcu, Rozalka oddała swemu panu to, co dotąd wzięte nie było. Matka zatem pojaśniała na twarzy, czując, że teraz nadejdzie najwłaściwsza pora na zmówiny, choć jak do tego dojdzie, nie przewidywała. Rozalia z dumą dotykała swego brzuszka, a stawała się na twarzy bardziej rumianą, a i też przytyła sama w sobie, choć nic a nic nie straciła na urodzie. Jedynie ojciec Rozalii mruczał do siebie znane melodie, pełne obawy i niewymuszonego smutku.
Włodzimierz, rzecz jasna, dowiedział się, że jego oblubienica zaciążyła, lecz póki co, nie zdradzał tej tajemnicy swemu ojcu. Z niewyjawioną przed nikim tajemnicą swej radości, przesiadywał teraz w gospodzie, gdzie popijał do siebie, Rozalii i do dziecięcia, które spłodził. Wciąż o weselu była cisza, lecz Rozalia nie dziwiła się temu, tyle razy przedtem zapewniana, że ślub, choćby z dnia na dzień się odbędzie, a weselisko sprawi się takie, jakiego dwór i wieś od stu lat nie widziała.
I stała się rzecz, która zmąciła spokój dworu. Razu pewnego carski dygnitarz, ten sam, który poszedł był na układ z panem Maksymilianem, przyjechał powozem do Zawisłocia. Przyjechał niby to z kurtuazyjną wizytą do dworu, oddając staremu szlachcicowi uszanowanie i dziękując za finansowe wsparcie córki, którą posłał był przed laty do kuzynów we Francji, aby tam odnalazła w sobie damę. Ale przyjechał nie sam. Wyprowadził z powozu swoją córkę, Saszę, która wszelkie nauki u kuzynostwa we Francji pokończyła, stosownej ogłady nabrała i przyobiecała ojcu powrócić do nadwiślańskiego kraju, który, teraz dla dygnitarza - już generała - stał się jego nową ojczyzną (za Petersburgiem już nie tęsknił). Jako dozgonnie wierna swemu ojcu za wykształcenie i możliwość podziwiania świata, obiecała mu wydać się za tego, kogo pan generał wskaże, byleby nie był to jakowyś starzec albo pijus i… choćby odrobinę był przystojny dla niej.
Zaiste dziwne było to po tych kilku latach spotkanie Romana Pawłowicza z panem Maksymilianym, schorowanym, lecz na wizytę gości należycie przysposobionym przez Rozalię, a odbytym w altanie, bo choć to dopiero był początek maja, to słońce prażyło jak w lecie. Dziwnym być musiało także z tego powodu, że chociaż pana generała serdecznie przywitano, to stary Zawisłocki nie mógł nie pamiętać tego, że wskutek upadku powstania, podówczesny pułkownik zagrabił część jego majątku, lecz z drugiej strony przecież gospodarstwo mu zostawił, choć nie bez własnego interesu, jakim było systematyczne wspieranie przez Zawisłockich kształcącej się w dalekiej Francji jego córki Aleksandry.
A jednak obaj panowie porzuciwszy próżne żale, wpadli sobie w ramiona i być może nie uczyniliby tego tak zachłannie, gdyby nie obecność Saszy, której niezwykła uroda, jaśniejąca intensywniej, aniżeli promienie popołudniowego słońca, sprawiła, że pan Maksymilian ujrzał w córce generała własną, którą Pan Bóg zabrał do siebie w dniu rozwiązania. Stary ziemianin w jednej chwili pomyślał sobie, że gdyby jego córunia żyła, musiałaby wyglądać tak właśnie jak Sasza. Nic też dziwnego, że przy powitaniu z Aleksandrą prawdziwie rzęsiste łzy wytoczyły rwące strumienie z oczu pana Maksymiliana. Dziewczyna, która o rok starszą była od Włodzimierza, nie dość, że przepięknie się przed gospodarzem zaprezentowała, to i z niewyuczoną szczerością wyraziła swą wdzięczność, za materialne wsparcie, jakiego jej z tego dworu udzielono.
Nastąpił czas przyjemnej rozmowy, przy węgrzynie i pieczonych kuropatwach, które Rozalia z kucharką podały do stołu. Panowie wspominali nieodległe, niedobre czasy, które na szczęście, że przeminęły, a nastała pora na inne, niech co było przepadnie w niepamięci, niech urodzi się nowe, słowiańskie, pełne wiary i nadziei w lepsze, spokojniejsze życie. A jeżeli ma być inaczej, to kto miałby tego nie sprawić, jeśli młodzi, którzy niechaj porzucą płonne mrzonki z przeszłości dla uszczęśliwienia siebie i kraju, bogacąc się i żyjąc dla tych, którzy po nich nastaną.
Piotr Pawłowicz, który w Królestwie zostawił szmat swojego żywota i mówił po polsku jak we własnym języku, przewidywał, że po odejściu w stan spoczynku pozostanie w nadwiślańskim kraju, do którego pomimo zawirowań dziejowych i burz historii przywykł, a jedyną materią, która zacieniała jego świetlaną przyszłość było wydanie Aleksandry za mąż, za Polaka właśnie, aby chociaż w ten sposób móc spłacić krzywdy, jakie orężem temu dzielnemu narodowi uczyniono. Generał co i rusz w przyjaznej rozmowie chwalił Saszę, że mądrze ma w głowie poukładane, że wykształcona i świata poznawszy, nie dała się zwieść jego tombakowej ułudzie, że posłuszna i dla mężczyzny, którego los jej wskaże, będzie wierną, że z serca dobrotliwa i współczująca jest dla ludzi, że chociaż nosi szlachetne nazwisko Michajłowów, to nie jest ci ona stworzona do próżnych zabaw i tańców, a jak pokocha, to pokocha szczerze i do śmierci. Tak bardzo pewien był swojej córki.
Włodzimierz nie przysłuchiwał się w całości tej rozmowie, a jeżeli przysiadł się do posiłku, aby nie uchybić gościnie, to uczynił to również z powodu pięknej Aleksandry, usadzonej naprzeciwko niego. Nie mogła mu się nie spodobać córka generała - ciemnolica, czarnowłosa, szczuplutka jak młoda łania, jakże inna od jego Rozalii. Aby nie być poczytanym za gbura, który nie wie, jak powinien się zachowywać w towarzystwie damy, napoczął z nią rozmowę, na mało istotne wprawdzie tematy, głównie gospodarskie, więc, jak podejrzewał, nieciekawe dla obytej w świecie młodej kobiety, to jednak i dla tych prozaicznych spraw, jakimi ją darzył, uzyskał, o dziwo, jej zainteresowanie.
Czas wizyty dobiegł jednak końca i pan generał z córką wyjechali do Gozdowa, gdzie przezornie Roman Piotrowicz zamówił nocleg na kilka dni dla ich obojga, aby Saszę cokolwiek oswoić z krajem przed wyjazdem do Warszawy, gdzie czekała już na nią świeżo zakupiono mała kamieniczka, usytuowana na obrzeżach miasta.
Pan Maksymilian, któremu podagra jakby mniej dokuczała podczas wizyty obojga gości, początkowo zagniewał się na generała, że ten odrzucił zaproszenie do zamieszkania we dworze; dwa pokoje stoją przecież dla gości otworem, ale w końcu pogodził się z tym, że Roman Piotrowicz miał wobec noclegu inne plany, jednakowoż zaprosił państwa na niedzielny obiad, jak raz w dzień poprzedzający podróż gości do Warszawy.
A z tego drugiego spotkania skutek był zgoła nieprzewidziany. Otóż obaj panowie, najpierw we własnej komitywie, umyślili sobie, aby na wieczną zgodę i dla świetlanej przyszłości, której już pewnie obaj nie zobaczą, połączyć młodych nierozerwalnym małżeńskim związkiem, jeśli tylko przypadną ku sobie.
Dla pana Maksymiliana wyrażenie takiej zgody nie było sprawą łatwą. Nie był wprawdzie świadomy tego, że Rozalia zaszła w ciążę z jego synem, ale wiedział wszak też o tym, że ci dwoje mają się ku sobie, więc przed udzieleniem ostatecznej odpowiedzi generałowi zawezwał na poufną rozmowę swego najmłodszego syna, przedstawił mu pokrótce, jak się sprawy mają i poprosił Włodzimierza o decyzję. Ten, postawiony niemal przed ścianą, pomny obietnic składanych swej lubej, nie od razu wyjawił, co postanowił. Czy to piękność Aleksandry zmąciła jego umysł, czy to prognoza dobrobytu, który stanie się udziałem młodych ślubujących sobie wierność przed ołtarzem, czy to chęć wypełniania synowskiej powinności, dość powiedzieć, że Włodzimierz przystał na propozycję ojca, nie znając jeszcze, co na ten temat ma do powiedzenia Sasza. Możliwe, że podczas tej sekretnej z ojcem rozmowy Włodzimierz liczył na to, że przez tę piękną, światową pannę zostanie odrzucony. Lecz stało się inaczej: Aleksandra spłoniła wprawdzie wstydem i niepokojem, ale nie patrząc nawet na ojca, wyraziła zgodę. I odtąd życie we dworze potoczyło się nienormalnym biegiem.
W tym miejscu kuzynka Bernadetta przerwała swą opowieść, domagając się mocnej herbaty, która pomoże jej ubrać w zdania opowieść o najgorszym, co się potem stało. A stało się i to wiele. 
Ledwie Rozalia powzięła wiadomość o szykujących się w życiu jej oblubieńca zmianach, popadła w rozpacz taką, z której nie sposób było jej wydobyć, z tego stanu, jaki jest właściwy zdradzonej kobiecie i porzuconej matce nienarodzonego jeszcze dziecka. Na nic się zdały ani matczyne pocieszenia, ani ojcowe przytulenia, ani też pana Maksymiliana zapewnienia, że wynagrodzi cierpienia młódki, oddając jej rodzinie urodzajny kawał pola, aby nie upragnęła dostatku. Rozpacz i niezrozumienie zawładnęły umysłem nieszczęśliwej dziewczyny. Skowycząc z bólu po rozmowie z niedoszłym teściem, pomknęła do domu, nie chcąc słuchać wyjaśnień Włodzimierza i jeszcze tej nocy bez pożegnania z ojcem i matką przepadła jak kamień w wodę.
Pastuch od krów, grzejący się przy ognisku, popijający żytnią gorzałkę zaświadczył potem, że widział Rozalię, jak biegła ciemną drogą do lasu. Odtąd wszelki słuch po niej zaginął. Nie widziano jej ani w lesie, ani też na sąsiednich polach. Czy to rzuciła się w toń jeziora, nie chcąc obnosić przed światem swojego upokorzenia, czy też pożarły ją wilki? Nikt nie wiedział. Nie spotkano jej odtąd  żywej, ani też nie znaleziono jej ciała. Przepadła i tyle.
Jeszcze tej jesieni Włodzimierz z Saszą ślubowali, a huczne weselisko wyprawiono we dworze, spraszając sąsiadów z całej okolicy, znajomych generała i jego bliskich, jaki też najdalszych krewnych. Dworska wieś niemal cała zeszła się na ucztę. Muzyka a taniec zawładnęły światem. Bawiono się dwie noce, lecz bez rodziców Rozalii, którzy jeszcze z nastaniem lata wybrali się w świat daleki, odrzucając pana Maksymiliana prośbę, aby zostali. Stary ziemianin w międzyczasie podupadł bardzo na zdrowiu, co na wsi i we dworze tłumaczono tym, że dowiedział się wreszcie i jako ostatni o tym, że Rozalia przepadła z poczętym przez nią i Włodzimierza dzieckiem. Na weselu pan Maksymilian z fotela nie schodził, a tydzień później, zdławiony niemocą, zaległ na łożu, z którego już nie powstał. Umarł bez świadomości, że dokonał swego żywota.
Bardzo wczesną wiosną po cieplej i wilgotnej zimie, na Zawisłocie nadciągnęła plaga. Najpierw pomarły świnie, potem bydlątka wydały z siebie ostatnie tchnienie na chorobę dotąd we dworze nie znaną. Dziwne to było, bo w sąsiadujących z Zawisłociem majątkach Lwowicza i Stanisławskiego pomór szkód nijakich nie uczynił.
Wczesna wiosna przemieniła się niemal z dnia na dzień w upalne lato, niosące z sobą na przemian: gorączkę, ulewy, gradobicia i pioruny. Rzecz dziwna, że te ulewy i gradobicia zgrabnie omijając majątki sąsiadów, całe swe okrucieństwo wykazały względem zawisłockich posiadłości. Całości nieszczęścia dokonał piorun, który trafił nie gdzie indziej, jak we dwór Włodzimierzowski. Młodzi ledwie umknęli z życiem, lecz spłonęła stajnia z końmi, a zagrożone były też czworaki, odratowane z trudem przez chłopstwo. Zarzewie ognia, gonione porywistym wiatrem, zdołano wprawdzie zahamować,. lecz całe połacie ozimego żyta i pszenicy spłonęły doszczętnie, pozostawiając po sobie krajobraz nędzy i rozpaczy.
Zawisłocie zginęło bezpowrotnie, a z nim upadła bogata dworska wioska. Włodzimierz z Saszą znaleźli się z konieczności w Warszawie, majątek sprzedano za grosze, bo wieść gminna o tym, że wskutek małżeńskiej transakcji, jakiej poddali się młodzi, w Zawisłociu, a głównie w zawisłockim lesie straszy, doszła do kupujących, którzy, nawet jeśli nie dawali wiary tym bajaniom, to skorzystali z okazji, aby nie płacić za wiele za spalony dwór, czarniejącą i zapuszczoną ziemię oraz za to, że z powodu migracji fornali, nie będzie kto miał uprawiać pola.
Nie otrząsnąwszy się jeszcze po stracie ojcowizny Włodzimierz miał doświadczyć od losu kolejnego ciosu - przy narodzeniu dziecka pomarła wraz z noworodkiem płci męskiej Sasza, a mąż i ojciec w jednej osobie stoczył się prędko do rynsztoku. Beznadziejnej pociechy zaczął szukać w alkoholu. Generał, sam ledwo trzymający się na nogach ze zgryzoty, niemal codziennie wydobywał zięcia z najgorszych szynków i ciemnych, przez oczami samego Boga ukrytych melin. Zabierał Włodzimierza do domu, pozwalając mu wytrzeźwieć przez noc, bo rozmowa z zięciem po pijaku, jakiego by celu nie miała, możliwą nie była.
Jednego razu go nie upilnował i najmłodszy z Zawisłockich dostał się pod konie powozu. Jedyne, co dobrym się stało, to to, że nie cierpiał długo przed śmiercią.
Dwie niedziele po śmierci Włodzimierza na jego grobie, gdzie spoczął u boku swej żony i dziecięcia, wystawionym w Warszawie, widziano brata Antoniego. Mówiono, że Antoni gorzko nad grobem brata i bratowej zapłakał, lecz tropiony przez carską policję, ledwo zdołał z Królestwa zbiec i tylko dzięki towarzyszom sprawy ujechał do Galicji, a stamtąd… Bóg jeden gdzie.
W taki oto sposób kuzynka Bernadetta zakończyła swoją opowieść.
- Naprawdę, babuniu w tym naszym lesie straszy? - zapytał mój dzielny malec.
- A straszy. I to jak bardzo straszy - przestrzegła kuzynka - A niech was ręka boska broni od tego, aby kiedykolwiek podążać drogą, która spod dworskiej ruiny prowadzi do lasu, to raz, a drugie to, że niech ta sama dłoń Opatrzności uchroni was od tego, abyście w swoim życiu od danych szczerze przysięg i obietnic mieli kiedykolwiek odstąpić, krzywdząc innych. Inaczej okrutna zemsta was dopadnie. 

[15.07.2017, Chertsey, Surrey, w Anglii]