Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

25 listopada 2013

Tajny Plan Gęby



Ona sterta papiórków nade tekstem, rzecze Gęba, jest to ów program naprawy Rzplitej ogłoszony a utęskniony przez Gęby zwolenników. Ale "ab urbe condita", jako Rzymiany Starożytne prawią.
Nasamprzód Gęba pomieniał kota na gęś szaroskrzydłą, wilczura na wodołaza, morskiego wieprza na jednogarbnego wielbłąda; królika w króliczycę, a szczurzycę w szczura odmienił. Pode ścianą menażerię tę postawił, kłaniać się publiczności kazał i promiennym uśmiechem radości zębiska pokazować zalecił.
Następnie wniósł na rozcapirzononej swej łapie oną stertę papiórków (balansując na krawędzi upadku) i w te słowa do tłumu przemówił:
- Te oto zwierzątka milutkie gwarancją będę naszej przebudowy-budowy. Popatrzcież, jaka czysta rasa! jakie rozumne spojrzenia! jakie chęci! Zawierzcie mi, owieczki, żem po nocach nie spał, na boisko'm nie latał, jeno o Rzplitej śniłem jej potęgę. I o tych piniendzach miałem dreama i o Polszcze, aby oną na wyższejszy level wykopnąć. I nie wierzta ludkowie opozycyi wszelakiej, że ona wie, co się komu należy od mafii. Ona, za świętym przeproszeniem, gówno wi i gówno może. Looknijcie najukochansi, na tę stertę. Tamuj wszyćko, co potrza jest, co do dnia i godziny ustalone. Każdy grosik. Otwieracie ludkowie pergaminy na dowolnej stronie (tu Gęba wścibia paluch drugiej łapy między makulaturę, otwiera) i czytacie:
- siedemnasty kwietnia, Roku Pańskiego 2014, godzina czternasta czterdzieści pięć - przeznaczyć sześćdziesiąt dziewięć tysięcy złotych i trzydzieści dziewięć groszy na garnitury dla zarządu, tudzież dwa opakowania cygar ... (ups)*

* pod wrażeniem kołonotatnika, jaki dzierżył pan premier w szlachetnej swej dłoni tekst napisany.  

24 listopada 2013

Księga Koheleta - Marność bogactw i rozkoszy

"Vanitas vanitatum et omnia vanitas"

Koh 2, 5, 6, 7, 8, 11
„5. Założyłem ogrody i parki
i nasadziłem w nich wszelkich drzew owocowych.
6. Urządziłem sobie zbiorniki na wodę,
by nią nawadniać gaj bogaty w drzewa.
7. Nabyłem niewolników i niewolnice
i miałem niewolników urodzonych w domu.
Posiadałem też wielkie stada bydła i owiec,
większe niż wszyscy, co byli przede mną w Jeruzalem.
8. Nagromadziłem też sobie srebra i złota,
i skarby królów i krain.
Nabyłem śpiewaków i śpiewaczki
oraz rozkosze synów ludzkich: kobiet wiele.
(…)
11 I przyjrzałem się wszystkim dziełom,
jakich dokonały moje ręce,
i trudowi, jaki sobie przy tym zadałem.
A oto: wszystko to marność i pogoń za wiatrem!
Z niczego nie ma pożytku pod słońcem.”

20 listopada 2013

Na którym piętrze masz swój klozet?

Gębie to wszystko zarzucić można, tylko nie to, że honor rozmienia na drobne miedziaki. Bo Gęba honorna jest, a jakże, i jakoś niebywale odwrotnie proporcjonalną sympatią darzy tych, którzy cięgiem manko na honorze swym posiadają. 
Weźmy pod lupę takiego ulubionego Gęby posła Arłukowicza. Pamiętacie, jak nieszczęsny biegł na komisyję hazardową, coby głos swój oddać na zarządzonym przez iksińskiego posła PO głosowaniu podczas przerwy w szacownych obradach? (Gęba przypomina, że głosowanie skutecznie odbyło się podczas obecności samego iksińskiego, przez co nijakich sprzeciwów nie stało, podobnież afery być nie mogło.) Gdybyż ulubiony poseł Gęby Arłukowicz miał odrobinę tego, czego nie ma, a co Gęba posiada, doszedł był (zaprzeszły archaiczny czas) do głosu, że iksiński zrobił był go w bambuko, traktując wybranka narodu jak psie gówienko. Ale poseł nie doszedł do tego wniosku. Więcej, przeszedł z opozycyi do rządu, dupsko w fotelu ułożył składnie i społeczeństwu preorę wyprawił, że on to dla ojczyzny ukochanej oną woltę wykonał, bo przyświeca mu dobro i tylko dobro Rzplitej. Chceta to wierzta!!!
Gęba wspomina również PIS-owska posłankę dwojga nazwisk, Kluzik -Rostkowską, która nie mniej kocha ojczyznę naszą, dla której raz, że pana prezesa porzuciła; dwa, że najważniejszą Polskę utworzyła; trzy, że oną w dupę kopnęła, wskakując na platformiane łono... a ptaszki ćwierkają, że w Rzplitej rychło edukacją się zajmie i stanie się wzorem dla uczniaków, błyszcząc swoim zafajdanym honorem. Fe.
Wreszcie Gęba przywołuje jak guślarz duchy wredne a potępione czcigodnego pana Gowina, któren żyły wypruwał sobie, na ministerialnym siedząc stolcu, dopóki mu go pan premier spod tyłka nie wykopnął. Teraz, biedę cierpiąc niezasłużoną, rozlała się pana Gowina miłość do ojczyzny i ta miłość właśnie każe mu oskarżać pana premiera o to, że do katastrofy kraj nasz niechybnie prowadzi. 
Gębie już nie o honor ludzi władzy chodzi, bo etyka z polityką nijak w Polszcze spotkać się  nie może. Gębie chodzi o najzwyklejszą w świecie przyzwoitość i prawdomówność a nie rżnięcie głupa i robienie z przeciętnie wychowanych ludzi motłochu, co gówno-prawdę kupi.
Gęba sobie myśli, że w ojczyźnie naszej umiłowanej wciąż punkt widzenia zależy od tego, na którym piętrze ten i ów ma swój klozet.

17 listopada 2013

Neokolonializm, czyli sprzedaż poniżej kosztów

Stanowczo zbyt późno przeczytany wywiad z profesorem Witoldem Kieżunem. Nie można się nie zgodzić z oceną naszej transformacji, która ponoć nie miała alternatywy. A i owszem, alternatywa taka była, o czym w tekście wywiadu z profesorem, jaki przed tygodniem ukazał się w "Dzienniku Gazeta Prawna". Trzeba i warto go przeczytać i przypomnieć sobie, jak to drzewiej bywało, gdy upadał przemysł i gospodarka, a rodzili się jak grzyby po deszczu, z niczego, nowobogaccy biznesmeni.

15 listopada 2013

Poeta, kominiarka i uroda życia

Coś mnie gryzie, wkręca się w podkoszulek na plecach, wbija w one plecy, że muszę klapnąć się czymś. Anim się spostrzegł, a tu herbata wystygła, ostatecznie i bezpowrotnie.
Brednie, brednie wypadają na klawiaturę jak zęby staruchowi jednemu. Tam ktoś czeka na moje słowo, a co ja? mam bredzić może?
Wyczytałem więc o śmierci poety. Serio. Najprawdziwszej śmierci prawdziwego poety, w dodatku zasłużonego na tej kulturalnej prowincjonalnej głuszy. Już tam dla niego ścielą pościel białą w górze. Postać zagadkowa, bo z jednej strony poeta, z drugiej przedmurze skrajnej prawicy. I jestem ciekaw, czy był dumny, jak sławny ojciec, z tej młodzieży w kominiarkach, zapalającej tęczę i budkę wartowniczą. Zachodzę w głowę, jak można być wykształconym, księdzem czy poetą i aprobować, ba, pochwalać burdy. Nie wiem, czy poeta je pochwalał, ale więź ideowa trzymała go mocno za gardło.
Z drugiej strony wypatrzona przeze mnie wolność artystyczna. Przytulanka do krzyża, odgrzana prowokacja. Zastanawiam się, czy olewający murek artysta to już sztuka. Czy nazwiemy to prowokacją, czy może beznadziejną próbą zwrócenia na siebie uwagi, czyli bezsilnością?
Coraz mniej to ogarniam, coraz więcej nie pasuję.
Aż tu nagle takie oto przeczytanie:
„Na starość należałoby spokojnie myśleć o śmierci. A tymczasem wtedy właśnie odsłania się przed człowiekiem cała ukryta, zdumiewająca, wieczna uroda Życia. Ktoś tam chce, aby człowiek na ostatek, nasycił się nią aż do bólu. I żeby odszedł. I odchodzą, a kroki ich zdają się podzwaniać cichutko i urywanie, jak podzwaniają wędzidła zamordowanych koni. Jak okrutnie cudownie było żyć! I jak nie chce się odchodzić!” *


*fragment opowiadania Wasilija Szukszyna „Swojacy”

12 listopada 2013

Normalka

U mnie bez święta, a u nas bez zmian. Jaka demokracja, takie i obchody święta niepodległości. Sprostowanie. Nie wszędzie tak było i chwała Bogu. Lecz tam, gdzie "świętowanie" najbardziej medialne, tam, gdzie cię widzą i słyszą, normalne burdy. Najśmieszniejsze jest to, że można to było przewidzieć, lecz "demokracja" uznaje, że wolno niszczyć, obrażać, palić, rzucać kamieniami. Oczywiście wszystko za nasze pieniądze, bo policyjna ochrona marszu niepodległości kosztuje. "Demokracje" może wyrzucić na bruk, może zwolnić z pracy, może pozwolić sobie na luksus czekania w kolejce do lekarza, może kazać pracować ludziom za marne grosze i zapewnić na przyszłość emerytury pozwalające na eutanazję, ale ta sama demokracja z rozbrajającym spokojem pozwala na zwykłe, pospolite chamstwo i bandytyzm, jako formę wypowiedzi, wolności.
A może jest tak, że ta radosna, masowa "twórczości" na ulicach bierze się stąd, że w gruncie rzeczy rządzący mają bardzo głębokim poważaniu wszelkie sprawy, o jakich chcą dyskutować rządzeni? Stąd frustracja i pomysł na odreagowanie. Znajdą się tacy, którzy podpowiedzą, jak to zrobić.
Jak by nie było, zachowanie części społeczeństwa: sprawców, jak i tych, którzy biernie kibicują rozwydrzeniu, to klęska całego systemu, klęska szkoły i wychowania, klęska rodziny. Państwo przygląda się biernie, bo państwo poza ściąganiem podatków, niewiele już może. Jeszcze parę lat i przestanie być potrzebne i w ten sposób  innym kontekście spojrzymy na dzień niepodległości, bo jak pogodzić niepodległość z brakiem państwa prawa?

11 listopada 2013

Bez święta

Nie odczuwam nic, zupełnie nic. Cały bagaż doświadczeń, tych osobistych i tych odczuwanych jako jeden z wielu, nie ma znaczenia. Marsze i przemówienia, kotyliony i flagi w zetknięciu z rzeczywistością codzienną a nędzną, obfitującą w zastępcze spory i pojedynki, kto jest prawdziwszym Polakiem, nie robią innego wrażenia poza zniechęceniem.
Z jednej strony jest arogancja władzy; z drugiej totalna, nie przebierająca w środkach opozycja. Pomiędzy jednym a drugim – społeczeństwo dające się ogłupiać: przez promocyjne ceny sera w markecie, albo poprzez  bajki o Polsce i Polakach – narodzie wybranym.

Przebywam na emigracji i przypominam sobie czasy, kiedy jeszcze nie odebrano mi narodowości.

PENSJONAT (1)

1.
- Proszę przenieść tego pana do pokoju i koniecznie dać mu coś na uspokojenie. Pielęgniarka będzie wiedziała.
Stara kobieta, właścicielka pensjonatu, usłyszawszy nagły wybuch płaczu i histerii Nowaka, zeszła na dół, potrząsnęła nim, kiedy klęczał przed recepcjonistką zalany łzami, z drżącym ciałem, nieskoordynowanymi ruchami dłoni obejmującymi twarz. Poprosiła o pomoc dwóch mężczyzn, którzy znajdowali się akurat na hallu i bezskutecznie próbowali uspokoić nieszczęśnika.
- No już dobrze – powiedział do niego – teraz tylko spokój może ci pomóc. Uspokój się, kochanie.
Miała ten szczególny dar leczenia krwawiących ran. Mężczyzna wstał z kolan, spojrzał na nią wzrokiem zwierzęcia, któremu uchyla się wrota klatki, gdzie go zamknięto, postąpił kilka kroków w stronę mężczyzn i pozwolił się wziąć pod ramię, odprowadzić na górę, do pokoju w jakim mieszkał i bardzo rzadko go opuszczał.
Recepcjonistka stała za ladą biurka w osłupieniu, trzymając w ręku słuchawkę telefonu.
- Już dobrze, widzi pani przecież, że się uspokoił i nie trzeba wykonywać żadnych telefonów – powiedziała do zastygłej w stuporze niskiej czarnulki o niezwykle ciemnych, brunatnych oczach.
- Pani jest niesamowita – wyrwało się dziewczynie – myślałam, że albo on albo oszaleję.
- Dziecko, musisz przywyknąć do takich sytuacji. Weź się w garść i powiedz, czy dzwonił nasz przyszły lokator. Wydaje mi się, że się spóźnia.
- Wiem tylko tyle, że spóźnił się pociąg i kierowca jeszcze czeka.
- Pamiętaj, aby ulokować go w dziewiątce i każ mu natychmiast przyjść do mnie, albo nie, zadzwoń do mnie. Sama pójdę do niego. No, już po wszystkim, opanuj się dziewczyno.
Poszła do siebie, zostawiając pustkę, tak ogromna pustkę. Marta dopiła kawę, usiadła na krześle i próbowała wpłynąć na organizm, aby przestał wywoływać kołatanie serca.
„Jak można w minutę tak bardzo się zmienić, swoje zachowanie” – myślała odnosząc tę myśl do tego zdarzenia, którego była świadkiem. Na jej oczach spokojny, miły a nawet szarmancki mężczyzna w wieku dobiegającym pięćdziesiątki, zamienił się w szaleńca. Tym dziwniejsze to było zachowanie, że Nowak nie został sprowokowany ani przez nią, ani przez nikogo innego. W pewnym momencie rozmowy, jaką z nią toczył, pozwalając sobie na uśmiech, żarty i niewinne kpinki pod jej adresem, wrzasnął, że chce się uwolnić i nie pozwoli na te powolne umieranie, jakiego doświadcza każdego dnia. „- Ile jeszcze przyjdzie mi przeżyć podobnych zdarzeń?” – zamyśliła się.
Nokturn f-moll op.55 nr 1
Stukanie do drzwi zgasiło muzykę, wystarczyło naciśnięcie klawisza „Stop”.
Proszę spocząć, drogi panie, jak też się pan nazywa? Karski, a tak Karski. Nie lubię spóźniających się, ale rozumiem, że to nie od pana zależy. Niewielu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak niewiele od nas zależy na początku. Powtarzam, n a  p o c z ą t k u. Przejdźmy jednak do rzeczy. Nie przesłał nam pan referencji. Szkoda, ale kolejny raz rozumiem pana. Co to pan napisał? Nie chciałby pan opowiadać o swoim poprzednim pracodawcy, bo musiałby pan przedstawić go w niekorzystnym świetle. Cenne stanowisko, choć w pewnych sytuacjach tłumienie przykrych uczuć nie pozwala na pozbycie się ich z podświadomości, a podświadomość, jak ta hydra, może w każdej chwili się odnowić, ten jej łeb, rozumie pan. Ale dajmy spokój przeszłości. Widzę w tym miejscu wielką misję dla pana. No proszę bez fałszywej skromności – jest pan tutaj potrzebny nam wszystkim: wykształcony, ale bez pretensji do wynoszenia ponad wszystko inne własnych umiejętności, a z drugiej strony poszarpany przez życie, trochę taki wędrowiec, pielgrzym, asceta, idealista przy tym i pesymista w jednym. Ten dom z t y m i  ludźmi jest dla pana. Dom szaleńców, utracjuszy, bezideowców i przesiąkniętych ideami, skazanych na samotność i zapomnienie; i jest pan, którego zadaniem jest tchnięcie w to wszystko życia. Wykłady, ćwiczenia, dyskusje. Stwórzmy tym ludziom alternatywę. Niech pan poczuje, ze znalazł się z nimi w pierwszym kręgu, taki czyściec, jak w Boskiej Komedii. Przeprowadź pan ich, wskaż drogę. Cóż to, pan nie pije? Proszę skorzystać. Prawdziwa kawa kolumbijka po turecku. Kawa przed snem nie robi na mnie wrażenia. Mój sen nie jest tak ważny w życiu, które odchodzi.
No tak, pan zapewne zastanawia się nad tym, dlaczego stara, zamożna kobieta (o, tak, zamożna dzięki mężowi, Panie świeć nad jego duszą!) wpadła na tak nierozważny pomysł, aby rozpuścić swój majątek  na pensjonat. Powiedzmy, że mam zamiar przetrwonić cały swój majątek, bo nie mam komu go zostawić. W naszej rodzinie inwestowało się w dzieła sztuki, w książki, stare książki, rękopisy i inkunabuły. Kiedyś zrobiłam odkrycie, że całe poddasze tego domu zawalone jest starociami. Niech pan się nie temu nie dziwi. Ostatnie sześćdziesiąt lat to okres czasu, w którym lepiej było nie pokazywać bogactwa. Zresztą nieważne. Doszłam do wniosku, że nie ma sensu gromadzić niepotrzebnych nikomu rzeczy, skoro nie ma się potomka, ba, nie ma się nikogo, komu można by przekazać rodzinnych pamiątek. Dlatego też zaczęłam wyprzedawać wszystko, co miałam. Odnowiłam dom, dokupiłam ziemi, posadziłam drzewa i stworzyłam pensjonat, do którego dokładam z oszczędności, ale że nie spodziewam się żyć nazbyt długo, myślę, że przetrwa jakieś dziesięć lat, co mnie zadowoli.
A teraz proszę się udać do swojego pokoju i proszę wziąć kawę. Poczułam się zmęczona. O siódmej pobudka, niech pan pamięta.
Wyszedł. Kolejny nokturn za naciśnięciem klawisza. Wystarczyło przymknąć oczy i sen pochwycił w ramiona jej wychudzone, pokryte zmarszczkami ciało.

02 listopada 2013

OJCOWIE I SYNOWIE

Chłopcy codziennie wychodzili po swoich ojców wracających z pracy. Do zakładu mieli dziesięć minut drogi i wychodzili za pięć piętnasta i kiedy zbliżali się do szosy, przy której znajdowała się brama zakładu, rozlegał się ostry dźwięk syreny fabrycznej, oznajmiającej koniec pracy. W czasie kampanii cukrowniczej ten dźwięk przeszywał powietrze sześciokrotnie: trzy razy o pełnych godzinach, kiedy zaczynano pracę, o czternastej, dwudziestej drugiej i szóstej rano, i na kwadrans przed zmianą. Wiosną i latem była to siódma i piętnasta. Chłopcy szli dróżką ciągnąca się wzdłuż kolejowych torów. Rozmawiali beztrosko o sprawach, które w życiu dziesięciolatków znaczyły wiele. W miarę zbliżania się do zakładu milkli i zatrzymywali się, nie podchodząc do samej bramy. Kiedy wreszcie ojcowie pojawiali się w tłumie ludzi wychodzących z zakładu, przyciągani spojrzeniami chłopców, następowała niepisana rywalizacja. Który ojciec pierwszy wyłoni się z tłumu? Który z nich jako pierwszy podejdzie do swojego syna. Przez ułamek czasu raz na twarzy jednego, innym razem drugiego pojawiał się uśmiech satysfakcji i zwycięstwa. Potem jednak podążali ze swoimi ojcami, którzy w czasie roku szkolnego wypytywali o właśnie o szkole, a w wakacje skupiali się nad tym, co przygotowano na obiad. Następnie obmyśliwali plan zajęć na popołudnie.

Ojcowie byli dumni ze swoich synów, z którymi przekraczali próg mieszkań, gdzie czekał na nich zapach obiadu.