Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

17 sierpnia 2017

ŚWIĘTA MARIA MAGDALENA OD SZOSY 6.

Nie chciała się z godzić na to, abym zasponsorował zakupy, ale postawiłem na swoim. Miałem dziką satysfakcję z tego powodu. Wszystko można mi zarzucić, ale nie skąpstwo. Prawda jest też taka, że łatwo nie być skąpym, kiedy na koncie ma się trochę grosza. Chyba jednak chodziło w tym wypadku o coś zupełnie innego. Może, kiedy powiedziało się „a” należało… albo w grę wchodził mój egoizm… że chcę i mogę sobie pozwolić na luksus sprawienia komuś przyjemności, ale przyjemności właśnie tej kobiecie, która zaprogramowana była na dawanie przyjemności innym. W żadnym przypadku nie nazwałbym swojej postawy wobec Magdaleny naiwnością połączoną z altruizmem. Jeżeli już poszukiwać motywów, które mną kierowały, zabierając ją z szosy, oferując nocleg, pieniądze za niespełniony układ pomiędzy nami i teraz wykładając z własnej kieszeni nie tak wielką wprawdzie, ale jednak, sumę konieczną do tego, aby ubrała się nie tylko tak, jak to dotychczas miało miejsce, na potrzeby przelotnej znajomości z mężczyznami, ale aby bez kłopotliwych spojrzeń, a może i drwin, przejść się po mieście, to nazwałbym swoje postępowanie nieszkodliwym kaprysem i uczyniłbym tak nawet wobec mniej atrakcyjnej kobiety, ba, nie tylko kobiety, ale kogoś, kto w spontanicznym spojrzeniu, jakie skierowałbym na niego, zyskałby w moich oczach odruch sympatii. 
Rozumiałem jednakowoż jej zaskoczenie, niezrozumienie tej sytuacji, w której zdawała się być jedynie pionkiem na szachownicy, któremu wyznaczyłem rolę rozpoczęcia partii, lecz jednocześnie dawałem mu zabezpieczenie ze strony skoczka i laufra, tak aby przeciwnik nie poważył się na zbicie piona, gdyż groziłoby to szachem królowej. A jednak pionek pozostaje pionkiem, wiedziała o tym i miała prawo sądzić, że prędzej czy później może zostać przeze mnie poświęcona dla wygrania całej partii. Słyszę w myślach jej pytanie:
- Człowieku, w co ty ze mną grasz?
To prawda, grałem, grałem ambitnie, bez skrupułów, obmyślałem jakiś wariant powolnego, okrążającego ataku, odbierając jej szansę na przeprowadzenie kontrakcji, chciałem odnieść bezapelacyjne zwycięstwo, oczekując na to, aż w końcu rozłoży bezradnie ręce i powie: - przegrałam, przemyślnie zdobyłeś władzę nad Świętą Marią Magdaleną od szosy i nie mam już sił, ani chęci, aby powrócić do stanu przed wojną, jaką mi wypowiedziałeś.
- Czy teraz będę mogła zadzwonić? - zapytała.
Skwer przed ratuszem. Siedzimy na niebieskiej ławce tyłem do budynku rajców miejskich. Przed nami fontanna. Po lewej i po prawej stronie, także naprzeciwko - ławki: niebieskie, seledynowe, brązowe i żółte; na nich głównie matki z dziećmi, babcie; starsze dzieci przyklękają lub siadają na niewysokim, szerokim, kolistym obramowaniu wodotrysku, wystawiają opalone rączki na mgławy, ubrany w kolory tęczy prysznic drobniutkich kropelek chłodnej wody, a kiedy silniej zawiewa wiatr, falujący sprej mżawki moczy dziecięce główki, zrasza ubranka; dzieciaki wstrzymują wtedy oddech, piszczą, hałasują, a ich opiekunki obserwują te wodne igraszki najpierw z niepokojem, lecz potem kiwają tylko głowami, wybaczając swym pociechom te harce, wiedzą, że w taki upał nic złego się nie stanie, a z ubranek wilgoć wyparuje zanim opuszczą skwer, udając się do domów na obiad.
Podałem jej telefon. Wystukując numer przesunęła się na ławce na odległość nie większą niż długość wyciągniętego ramienia.
Kolorowa piłeczka nie większa niż pięść dorosłego mężczyzny potoczyła się w moim kierunku i zatrzymała pomiędzy stopami, obutymi w adidasy. Dziewczynka licząca nie więcej niż pięć lat podbiegła do mnie i przystanęła ze wzrokiem utkwionym w swoją zgubę; potem uniosła głowę i spojrzała w moje oczy niepewnie, niemal żałośnie. Kiedy rozchylałem usta, próbując wydobyć ze swej twarzy uśmiech, zwróciłem uwagę na to, że i ona robi do mnie uśmiechniętą minę i tylko jej wyciągnięta ku piłeczce pulchniutka rączka, zdawała się prosić, abym podał jej okrągły przedmiot spoczywający w bezruchu przy moich butach. Schyliłem się i podniosłem to jabłuszko, lecz zanim je oddałem małej, zakrzyknąłem do niej:
- Pogramy?
Podskoczyła, cofając się kilka kroków i wyraziła aprobatę kiwając główką, na której skrzyły się w blasku słońca falujące łany bananowego koloru włosów. Chwilę później staliśmy na asfaltowej ścieżce naprzeciwko siebie. Zaczarowałem piłeczkę jakimś niezrozumiałym zaklęciem i rzuciłem ją w stronę dziewczynki w taki sposób, aby po odbiciu piłka trafiła prosto do jej rączek. Udało się. Pogratulowałem. Czekałem na jej rzut. Chyba uwierzyła w moje czary, bo zbliżając piłkę do ust, wyszeptała zaklęcie, po czym cisnęła jabłuszko w moją stronę. Musiałem odchylić się w lewo, ale złapałem.
- Teraz ty! - wykrzyknęła.
Tym razem, po kolejnym zaczarowaniu piłki, poturlałem ją w stronę małej. Chwyciła. I ona też poturlała jabłuszko. Potem nie dbaliśmy już o dokładność podań. Przenieśliśmy się z grą na trawę, a tam… tam pełna dowolność rzutów i ja w roli bramkarza - dwoję się i troję, aby złapać w dłonie kopnięte przez dziewczynkę jabłuszko - to jednak nie daje się chwycić, ucieka, myli mnie, rzucam się w inną stronę, wreszcie podbiegam, łapię, odrzucam i tak dalej.
- Agniesiu, nie męcz już pana - nagle słyszę nad sobą kobiecy głos, pewnie matki. - Ja pana przepraszam, ona cały czas jest w ruchu. Nie da się upilnować.
Wstaję. Otrzepuję dłońmi spodnie. Spoglądam to na dziewczynkę, to na jej matkę; katem oka dostrzegam, że Magdalena przestała rozmawiać przez telefon i patrzy na mnie rozbawiona, a oczy jej mówią: - wariat.
- Dzieci powinny mieć dużo ruchu, a i mnie się przydało - mówię do matki dziecka.
Kobieta poprawia córeczce włosy, podciąga jej spódniczkę.
- No, Agniesiu, podziękuj panu za grę.
- O, nie. To była nasza wspólna przyjemność - mówię i przybijam z małą dłonie.
Odchodząc, dziewczynka odwraca jeszcze głowę, patrzy w moją stronę i macha do mnie ręką. Piłeczkę o zapachu jabłuszka matka schowała do przewieszonej przez ramię torby.
Wracam na ławkę do Magdaleny.
Oczekiwała, że zapytam ją o treść rozmowy. Nie pytam. Wiem, że sama powie.
- Świetnie się bawisz z dziećmi - skomentowała moją zabawę z małą.
- Dziękuję. Też potrzebuję ruchu. W moim wieku…
- W twoim wieku. Przestań. Rozmawiałam z nią.
- Pozytywnie?
- Rozmowa? Tak, pozytywna.
- Byli u niej?
- Tak. On był.
- Przestraszył ją? Nastraszył?
- Staruszka boi się tylko Boga. Powiedziała prawdę, że nie wie gdzie jestem, że mnie nie było u niej i nie wie, kiedy wrócę.
- Nie przeszukał mieszkania? Uwierzył jej na słowo?
- Był podejrzliwy, ale poprzestał na pytaniach o mnie. Nie powiedziałam jej tego, ale mimo wszystko boję się o nią. Nie sądzę, aby mieli jej zrobić krzywdę, ale nie z jej winy postawiłam ją w trudnej sytuacji.
Przerwała.
- Adamie, będę musiała do niej pojechać. Nie dziś i nie jutro, ale muszę, rozumiesz?
- Rozumiem. Pojedziemy tam razem.
Nawet się nie sprzeciwiła. Wiedziała, że nie blefuję i pewnie pomyślała sobie, że wciąż jest pionkiem w mojej grze, ale nie miała pojęcia o tym, że z każdą chwilą przestawała nim być. Z każdym posunięciem rosła jej ranga i znaczenie.
Wróciliśmy do letniskowego domu mojego szefa, kupując po drodze spożywcze drobiazgi. Psy poznały dobrego człowieka. Mówię o niej. Ją najpierw dopadły i przywitały z radosną fantazją, ocierając się pyskami o jej podbródek. Mnie dla porządku również przywitały, statecznie, mniej wylewnie.
- Teraz czas na niespodziankę - pomyślałem.
Wbiegliśmy na górę. Tak, ona też zrozumiała, że powinna uchylić rąbek tajemnicy. Weszła do siebie. Robiłem w aneksie kawę. Oderwała mnie od tej pracy. Wezwała do siebie. Poszedłem za nią. Na idealnie pościelonym łóżku, równym jak stół, leżała jasnobrązowa, starannie przycięta, wyprasowana kartka pakowego papieru wielkości brystolu A3. Odwróciła go.
Na krześle z wiklinowym siedliskiem i oparciem, za jasnoorzechową, tu delikatniej wyrysowaną, z drewnianych listewek zbitą balustradą, w półświetle nocy, w dżinsowej kamizelce z zasuwanymi na ekspres kieszonkami siedziałem ja, prawym profilem zwrócony ku patrzącej, jak wtedy, jak wczorajszej nocy, poważny i skupiony, z lekko rozchylonymi wargami, z ciepłym spojrzeniem, ze szronem na skroni, z pociągłą twarzą zakończoną ostrym, okrytym półcieniem podbródkiem, z oczami zbyt pięknie jak na mężczyznę osadzonymi pod nawisem krzaczastych brwi, z nosem ani wielkim, ani zbyt małym, lekko spłaszczonym, z lustrzanym odbiciem rzeczywistego nosa, z policzkami, na których kiełkuje dwudniowy, popielaty zarost… to rzeczywiście ja narodzony z prostych i półokrągłych kresek rysika miękkiego ołówka, kresek rozszczepianych, rozmywanych, pocieranych opuszkami palców, ja pomieszczony w światłocieniu tła nocy zroszonej smużącymi się pasemkami rozświetleń wygładzających kontury twarzy, ramion… i tylko ułożenie nóg za drewnianą barierką utkwiło w bliskiej czerni ciemności.
Ja, który nie znosiłem swego wyglądu utrwalonego na fotografii, z miejsca polubiłem siebie na tym portrecie z węgla, nadrealnym, zbyt starannie sporządzonym, nadzwyczaj szczegółowym.
- Masz niezwykły talent - pochwaliłem ją i nie było to z mojej strony kurtuazyjne oświadczenie, chęć sprawienia jej przyjemności, a sobie danie satysfakcji z tego powodu, że dzięki temu rysunkowi mogę wreszcie zobaczyć siebie takim, jakim chciałbym się widzieć. Mój podziw nieuchronnie szedł w parze z moimi zainteresowaniami, z pracą, w której miałem przecież do czynienia z rysunkiem, a fascynacja techniką pociągnięć ołówkiem Durera czy Leonarda da Vinci wydawała mi się najdoskonalszą formą tego typu wypowiedzi. Dodatkowym argumentem przemawiającym za tym dziełem - nie waham się wypowiedzieć tego słowa - było to, że w czasie rzeczywistym nie służyłem jej jako model, a więc musiała mnie zapamiętać, moją twarz, ułożenie ciała, musiała zachować w pamięci igranie światła i cienia, a potem sprawnością swych rąk odebrać z mózgu utrwalone w nim informacje… a wtedy przecież rozmawialiśmy z sobą i nie wydawało mi się, że Magdalena w jakiś szczególny sposób mnie obserwuje… raczej rozmawialiśmy, słuchaliśmy się nawzajem.
Spostrzegłem w prawym dolnym rogu rysunku podłużną, białą plamę. Przesunąłem po niej wskazującym palcem.
- Tu miał być twój podpis? - zapytałem.
- Nie. Kilka słów skierowanych do ciebie napisanych mikroskopijnym tekstem. Starłam je.
- Nie pytam dlaczego. Szkoda.
- Może je kiedyś jeszcze napiszę do ciebie… a może… powiem.
- Będę na nie czekał.
Odwróciła rysunek. Zrobiła to w taki sposób, jak chciałem - delikatnie, nie mnąc papieru.
- A teraz napiłabym się kawy. Aha, w jednej z toreb jest prezent dla ciebie.
- Tak?
- Sama nie palę, ale lubię jak mężczyzna pachnie cygarami. Kupiłam ci taką wodę po goleniu.
- Kupiłaś? Kiedy?
- Jak byliśmy w mieście.
- Nie zauważyłem.
- Wreszcie jestem w czymś lepsza od ciebie. Bardziej spostrzegawcza.

[12/13.08.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja]


FRAGMENT "PERYFERII" - "MATERKOWIE"

Zaczęło się od tego, że kiedy obie zaszły do dziadków na herbatę i kruche ciasteczka zarobione w domu, ale upieczone w prawdziwym, piekarniczym piecu Kozłowskiego, Jagódka wyrwała się od matki i w te pędy podbiegła do dziadka, krzycząc w niebogłosy:
- Małpy były, dziadziu, małpy!
Trzeba mu było odstawić na bok książkę, wsuwając pomiędzy kartki w miejscu dokąd doszedł w czytaniu zakładkę, bo Materka lubił porządek, czego by się nie tknął i nie robił. Patrzeć było, jak mała wskoczy za chwilę na jego kolana, a on zakleszczy ją ramionami, mocno przytuli do nieogolonej twarzy, zadrapie zarostem, ucałuje, a może nawet „jedzie, jedzie koń” zaśpiewa, podbijając na chudym grzbiecie końskich kolan wnusię. 
- Tedy mów. Powiadaj, co widziałaś.
Wyszło na to, że małpa była jedna, ale jaka mądra, jaka śmieszna.
- Taki pan prowadzał ją na smyczy i pokazywał ludziom, co w pierwszym rzędzie siedzieli. I ona, dziadziu, podawała wszystkim łapę, robiła śmieszne miny, pukała się w głowę, a nawet chciała każdego całować, także mnie i mamusię, to ja się za mamę schowałam, a małpa w śmiech i puka się w głowę, i podskakuje jak zając na czworakach, to ten pan wyjął z kieszeni cukierka i jej dał, a ona go mnie podała, tak długo prosiła, abym wzięła, że w końcu musiałam, to wtedy małpa zaklaskała i zaklaskali ludzie w namiocie.
I szczebiotała tak o swoich wrażeniach z cyrku, który przyjechał do miasteczka, a ona przecież jeszcze w cyrku nie była. Opowiadała o kobiecie wspinającej się po linie, o takich, co to się na wysokich huśtawkach bujali, o wyszkolonych psach i koniach, o słoniu, co grał w piłkę, o śmiesznie pomalowanym klaunie z wielkim czerwonym, opuchniętym nosem, o gadających papugach i o czarodzieju, który z kapelusza wyjmował króliki i gołębie.
- No widzisz, jaką przyjemność zrobiłaś małej! A miałaś nie iść.
To słowa babci Materkowej. Już obrus płócienny, krochmalony, wyprasowany, biały na stół kładzie, a na „nie trzeba” Krystyny, odpowiada z wyrzutem:
- Lepiej byś pomogła. W moim domu nigdy do tego nie dojdzie, aby gość przy ceracie siedział.
A powiedziawszy „gość”, dopiero po czasie się pomiarkowała, że córkę, z którą pod jednym dachem przeszło dwadzieścia lat mieszkała nazywa gościem i z przepraszającym wyrazem oczu zapytała o zięcia:
- Wiesio nie był z wami? 
- Nie mógł, mamo. Robi po godzinach, bo mają jakąś awarię, więc bez niego (z sarkazmem) to już sobie rady nie dadzą.
Dziadek wciąż jeszcze z Jagódką na kolanach obrał stronę zięcia.
- Tak ci się tylko Krysiu zdaje. Produkcja iść musi, a cukrzyć herbatę chcesz? Albo te ciastka… słodkie, co? A taka awaria jakby się wydarzyła w samą kampanię to straty, ogromne straty.
Babcia Kazia wzruszyła ramionami.
- A bo to ja słyszę cały czas o awariach. Dawniej tego nie bywało.
- Bywało, bywało. Zakład odnowiony, ulepszany, technologia nowsza, produkcja większa, więc zanim to wszystko się zazębi…
- lata poczekamy - dokończyła babcia Kazia, ale kontynuować tej rozmowy nie chciała, bo znów jej się przypomniało, że z własnej córki zrobiła gościa, więc na dziś dosyć przykrych tematów.
A Krysia już się za robotę wzięła - przegrzebała w ruszcie, węgli dołożyła, nastawiła w czajniku wodę, a że ta już swoją temperaturę miała, to nie poczekają długo na wrzątek.
- Tak i zostaniecie na kolacji, bo pewnie z Sokołowskim pojedziesz „Warszawą” - zasugerowała babcia Kazia.
Pamiętała to, że jeśli córka zasiedzi się u nich w mieście, gdy jest bez męża, odwozi ją na osadę Sokołowski, który pracuje z zięciem przy dyfuzorze, a w samą kampanię to się z Wiesiem zmieniają.
- Pewnie tak zrobię. Obaj pracują teraz w zakładzie po szesnaście godzin, a Sokołowski, jak mówił Wiesław, o dziesiątej wieczorem go zastąpi, więc zabierze mnie z Jagódką.
- To i dobrze się składa. Chleba mam więcej, pomidory, ogórki i żółty ser zjecie.
Jagódka zeszła z kolan dziadka, aby poopowiadać teraz o cyrku swojej lalce.
- Zjemy mamo. 
Krysia zajęła się krojeniem pomidorów i ogórków. Babcia Kazia okrągły bochen chleba wyjęła z szafki, krzyżem zaznaczyła jego spód i jęła ciąć go na wcale nie tak wąskie kromki, bo chociaż Kozłowskiego chleb zakupiony wczoraj, to trzymał świeżość i zapach dłużej niż geesowski. 
- To ja wam porobię herbaty - odezwał się dziadek Materka uwolniony od Jagódki, która była takim dzieckiem, że zawsze znalazła sobie temat i miejsce do zabawy, więc i tym razem zaszyła się w małym pokoju ze swoją lalą Dominiką, która chcąc nie chcąc musiała słuchać cyrkowych opowieści dziewczynki i powoli wybaczała jej to, że nie została przez Jagódkę na te występy zabrana.
- A mamy jeszcze czarne i kaszankę z uboju - przypomniał dziadek, lecz natychmiast został przez swą żonę postawiony do pionu.
- Józiu, na noc czarne? kaszanka?
- Niechby choć spróbowali.
- No, Krysia może, ale nie Jagódka.
- A Wiesiowi potem zapakuj. Nie żałuj. Krysia weźmie.
- A bo to ja komu żałuję? Zięciowi będę żałowała? Ty mnie nie musiałeś o tym mówić, bo wiem sama, że Wiesiu świeżyznę lubi, podroby, a już czarne najbardziej - przekonująco tłumaczyła Materkowa.
Dziadek łypnął okiem ku córce zadowolony.
- To ja poproszę o większy kawałek kaszanki. Może nawet ją sobie na smalczyku odgrzeję. Mnie na noc nie zaszkodzi.
- Bo ty masz końskie zdrowie - stwierdziła babcia Kazia.
- Bo po lekarzach nie chodzę, nie znęcam się nad sobą i nimi. Jednego Przytulskiego cenię, od kiedy mi powiedział, że przed snem dla lepszego samopoczucia nad ranem, powinienem sobie strzelić kieliszek koniaku albo miodowej przepalanki na spirytusie.
- A co on innego mógł ci powiedzieć, skoro sam zagląda do kielicha.
- Ale lekarz z niego dobry - upierał się Józef. - Sama się leczysz u niego, więc wiesz.
- Ale jak tak dalej będzie opróżniał butelki, to cała ta jego wiedza na nic pójdzie. Wykończy się i tyle.
- Co ty tam wiesz, kobieto?
- Co wiem… - obruszyła się.
- No i pokrojone - teraz Krysia. - A nóż jaki ostry. Naprawdę musiałam uważać.
- Józka robota. Do tego to on ma szczególne zdolności - wytłumaczyła babcia Kazia, zerkając w stronę męża i ta dyskretna pochwała świadczyła o tym, że Materkowa zawiera z mężem ostateczny rozejm, że nie chce się kłócić, bo raz, że nie chce, a dwa, że nie wypada przy córce i wnusi. Oj, Materkowa potrafiła językiem kąsać, marudzić potrafiła, ale kłótliwa nie była, a jeśli nawet różniło ich z mężem kilka ważnych spraw, to pozostawała wyrozumiałą dla Józefa, tak jak i on nie wtrącał się do cokolwiek odmiennego świata babskich zapatrywań. Cierpliwie znosił wizyty w ich domu sąsiadek, znajomych, krewniaczek i pociotek, przymykał też oczy na rewizyty Kazi. Ta, gwoli przyzwoitości i prawdy warto zauważyć, nigdy nie „podróżowała” w czasie jego powrotu z pracy. Mieszkanie miał sprzątnięte, obiad podany, a nade wszystko wspólny z żoną najważniejszy posiłek zagwarantowany. Do tradycyjnych przywykły wartości, nie mógłby się pogodzić z tym, żeby jego żona zawodowo pracowała. On miał zapewnić to, aby mieli z czego robić zakupy, a że był zaradny, zawsze im starczało na skromne, acz niebiedne życie. A to, że niebiednie im się żyło, zawdzięczał przecież Kazi, nie trwoniącej grosza, gospodarnej. Politycznie nastawiony do świata Materka nie raz i nie dwa w społecznych i zakładowych gremiach dowodził, że gdyby kraj nasz oddano w rozsądne i opiekuńcze ramiona takich Kaź, inaczej by było, inaczej i lepiej.
Po takich obiadach, smacznych, różnorodnych i, co najważniejsze, jedzonych z żoną, miał czas na relaks, na książki i gazetę. Kazia zaś aż do podwieczorku albo przyjmowała herbatką panie, albo też sama „chodziła po kominkach”, dowiadując się o bożym świecie może i więcej, niż Józef z gazety.
Kanapki już udekorowane, czekają na dużym talerzu, herbatka paruje, cukier podany, a ciasteczka czekają na kredensie swojej roli. Dziadek Józef sięga po patelenkę, a na talerzu ma odkrojony kawał grubej kaszanki we flaku.
- Tato siada, zrobię tacie. Pewnie chce tata do tego cebulki… skroję - Krysia, chociaż będzie ponad sześć lat, jak nie mieszka z rodzicami, to doskonale pamięta, jak przyrządzoną kaszankę ojciec lubi.
Za niewielką chwilę cebulka na tłuszczyku zaskwierczała, będzie się rumienić, a babcia Kazia Jagódką na kolację zaprasza, może być z Dominiką, niech lalkę z sobą weźmie, a tu wnusia wchodząc do kuchni, patrząc na stół zastawiony, a nie dostrzegłszy na nim ciastek, powiada, że kanapek nie zje.
- Oj, mam ja z nią, mam. Niejadek taki. Co z niej wyrośnie?
- Ale nie wygląda na zabiedzoną - babcia Kazia chwyta dłonią jej policzki. - Pulchniutka przecie i rączki tak samo. Pewnie słodyczami ją żywisz?
- To wina Wiesława. Przekarmia ją cukierkami.
- Nie dziw się. Oczko w głowie taty. To co ty będziesz jadła, Jagódko? - babcia Kazia przygładza wnusine loczki na głowie.
- Ciastka - odpowiada mała i dopowiada lalce Dominice, która trzyma pod pachą - Ciasteczka będziemy jedli, Dominiko.
Dominice właściwie jest obojętne, co będą z Jagódką jadły, ale nie dziadkowi. Ten zabiera z talerza dwie kanapki, wyciąga z wiszącej szafki inny talerz, większy, bierze z szuflady scyzoryk, a na nowym talerzu kładzie jeden, potem drugi plaster żółtego sera. W obu z nich wycina otwory na oczy, nos, uszy i usta. W miejsce oczu kładzie dwa plasterki ogórka, nos - to z kolei pomidorek, jak u klauna, a kolejny plasterek pomidora przecina na pół - będą z niego uszy. Pozostało jeszcze miejsce na usta, które pociąga grubszą warstwą masła, a następnie umieszcza na niej skrojone na drobniutkie kawałeczki ogórek z pomidorem. Tak przystrojone twarze przenosi na chlebek leżący na talerzu i podsuwa go dziewczynce pod sam nos.
Jagódka aż pokręciła głową z zadowolenia, a i Dominice najwidoczniej spodobało się tak przygotowane danie, bo żadnych fochów przy stole nie stroiła.
Krysia z wdzięcznym uśmiechem popatrzyła na ojca, a kaszanka na patelence już dochodziła, już jej zapach figlował po kuchni, nęcąc podniebienie nie tylko staremu Materce, ale i jego żonie, która wprawdzie o kaszankę z cebulką nie prosiła, co jednak nie znaczy, że jej nie lubi. Jagódka z kolei bez słowa wzięła do ręki tę śmieszną kanapkę i tylko szkoda, że Dominika nie chciała spróbować - jedynie powąchała i odtąd jadła tylko szafirowymi oczami.
Nareszcie danie dziadka znalazło się na jego talerzu, Krysia też przysiadła się do stołu i wszyscy w milczeniu spożywali naprędce sporządzoną kolację, a kiedy na wspólnym talerzu pozostała się jedna tylko kanapka, żeńska część rodzinki zdecydowała, że przeznacza ją dla dziadka, choćby w nagrodę za to, że w tak nietypowy sposób nakłonił Jagódkę do jedzenia. Może i był to sposób nietypowy, ale Krysia przypomniała sobie, że będąc sama dzieckiem też wyprawiała z jedzeniem ceregiele i wtedy ojciec zamiast napomnień i krzyku stosował podobne fortele, choć były to trudne, przedwojenne czasy i jadało się wtedy mniej różnorodnie; kto by w te lata dbał o estetykę jedzenia.
I tym sposobem zbliżyła się dwudziesta. Wrześniowa szarówka nadciągnęła od strony okien, choć jeszcze w wieczornym powietrzu czuło się lato. Pozostały do zjedzenia ciasteczka, na które Jagódka miała wprawdzie ochotę, lecz przekąsiwszy kanapki, wiedziała już, że nie podoła więcej niż pięciu, oczywiście maczanym w herbacie, czego nauczyła się od babci.
Punkt ósma zadzwoniono do drzwi. Dziadek Materka kręcił się w tym czasie przy zlewie, zmywał talerze, a do drzwi pośpieszyła babcia Kazia.
- Dobry wieczór - rozniosło się po przedpokoju i kuchni. - Ja do pana przewodniczącego.
- Proszę, pani Więckowa, niech pani wejdzie.
- Ja przepraszam, że tak późno zachodzę, alem sobie pomyślała, że o tej porze pan przewodniczący na pewno w domu.
Materkowa wprowadzała gościa do kuchni.
- A pewnie, gdzieżby miał się podziewać o tej porze. No chyba, że na jakim zebraniu, ale jest, jest.
- To my przejdziemy do pokoju - powiedziała Krysia i pociągnęła z sobą Jagódkę.
- Przepraszam panią, pani Więckowa, że do kuchni, ale tu się najlepiej rozmawia, a pani pewnie do męża z jakąś ważną sprawą.
- Ważną, pani Materkowa, a do tego wstydliwa bardzo, aż nie wiem jak się wyrazić.
Materka tyle co ręce wytarł, aby przywitać się z kobietą, a z oczu mu patrzyło, że wie z czym do niego przychodzi Więckowa. Nazwany był przez nią przewodniczącym nie bez racji, bo Materka przewodził związkom zawodowym w zakładzie od ładnych kilku lat i zdarzało mu się załatwiać ludzkie sprawy nie tylko w swoim związkowym gabinecie, ale i w domu, a jeśli Więckowa przychodzi ze sprawą, to niechybnie chodzi o jej syna, elektryka niczego sobie, ale narwańca nie stroniącego od alkoholu. Traf chciał, że u samego kierownika zaopatrzenia światło naprawiał, a kaca z weselnych poprawin nie wyleczył; mało tego, w robocie, niby to dla ulżenia sobie, ćwiarteczką się zaprawił, a tu, jak raz, panu kierownikowi korek wystrzelił, z instalacji poszedł dym, więc złapał za telefon i po elektryka dzwoni, i tak trafiło na Więckowej syna.
Usiadła. Materkowa, choć kobietę dobrze znała (do niej też na ploteczki zachodziła) wolała tym razem się oddalić pozostawiając ją sam na sam z mężem - przewodniczącym. Trzymała się tego, że nie będzie Józefowi wtrącać się w zakładowe sprawy, chyba że przechodziły one przez nią, po kobiecej znajomości. Wtedy owszem, szepnęła mężowi słówko, uczulała na problem, z jakim ją zaznajomiono, Józef wysłuchał cierpliwie, ale nie był z tej protekcji żony zadowolony.
- A cóż to, czy ja jestem jakiś pan, czy kacyk, że zabraniam przychodzić ludziom prosto do mnie? Czy ja komu kiedy krzywdę zrobiłem, że mnie omijają? - wybuchał wtedy, aby nagłą złość w sobie uśmierzyć.
- Ludzie po prostu doceniają twoje stanowisko - tłumaczyła babcia Kazia. - Nie dziw się Józiu. Myślą sobie, że skoro tak dużo możesz dla nich załatwić, to znaczy, że pewnie takich spraw masz wiele, więc są pełni obaw o to, że ich sprawa może okazać się zbyt błaha i dla pewności przeze mnie ją załatwiają.
- Aleś pogmatwała, Kaziu. Ja sobie czasami myślę, że już wolałbym być całą gębą spawaczem, a nie na pół etatu, takie tam jest moje stanowisko. U mnie w gabinecie fotela nie mam, takoż i barku, abym mógł częstować ludzi przy rozmowie.
- Pamiętaj jednak, że ludzie właśnie ciebie wybrali - Materkowa podeszła w tych słowach męża ambicjonalnie, czym zdusiła w nim chęć do przeciwstawienia się jej słowom. Wiedziała bowiem, że na co, jak na co, ale na ludzkie zdanie o nim, Józef jest bardzo uczulony i tak jak ludzie liczyli się z jego opinią, tak i on polegał na ludziach.
- Ja, pani Więckowa wiem, o co chodzi. Syn podpadł. Kierownik uparł się, że tym razem nie odpuści. Opowiadał mi o tym, bo w tym czasie wyjechałem na delegację do województwa. Niezależnie od tego, czy byłbym obecny, czy nie, nie wiem, czy byłbym go obronił. Alkohol w pracy, pani Więckowa, to najgorszy wróg i wcale się kierownikowi nie dziwię. A też i poszedł na ustępstwo synowi, nie dając mu dyscyplinarki, a przecie mógł i miał do tego prawo, tylko porozumiał się nim w kwestii zwolnienia. Tak było?
Więckowa westchnęła głęboko, aż oczy się jej zaszkliły.
- I pani chce, abyśmy go przyjęli, wiem, z tym pani do mnie przyszła.
- Jest pan ostatnią deską ratunku, panie przewodniczący. 
- A gdyby tak zapomniała pani, że jestem przewodniczącym, że jestem Józkiem Materką, co dobrze zna pani męża i pamięta, że kiedy ja u bauera na robotach byłem, to on w tym czasie stracił zdrowie w lasach, hitlerowskiego gada zabijał, a sam ledwo się od śmierci wywinął, choć gangrena jedną jego nogę wzięła. Pani Więckowa, toż ja przez samą pamięć o pani mężu powinienem się teraz upomnieć o jej syna. I jeszcze tym razem się za nim ujmę. Niech tylko w poniedziałek z rana przyjdzie do mnie na rozmowę. Ale jaka to będzie rozmowa? Dam mu taki fefer, że mnie popamięta i swemu ojcu jeszcze ręce ucałuje, bo nie może tak być: syn, jako to jabłko, nie powinien daleko spadać od jabłoni. Niech przyjdzie w poniedziałek na siódmą rano i, ma się rozumieć, trzeźwy jak zakonnica.
Więckowej widać, że ulżyło. Inny oddech i spojrzenie inne. Zlazła rozpacz z jej twarzy, wstyd rozpłynął się w ciepłym powietrzu kuchni.
Józef wiedział, że Kazia, choć jest w małym pokoju z Krysią i Jagódką, to uszami strzyże po kuchni i pewnie też zszedł z niej niepokój na ziemię.
- A jak tam Tadek? Stróżuje?
- W geesie stróżuje.
- Zajrzę tam kiedyś do was przy okazji, tylko niech mi pani przez żonę powie kiedy, bo zapowiem się na dłuższą z mężem rozmowę.
Pani Więckowa wstała od stołu niemal w tym samym momencie, kiedy Materkowa weszła do kuchni.
- Bardzo panu dziękuję, panie Józefie. Bardzo.
- Wreszcie tak, jak być powinno - pomyślał Materka - a powinno być po imieniu.
- To nie zostaniesz, kochana na herbatce i ciasteczkach? - zapytała Kazia.
- Innym razem, Kaziu. Muszę lecieć do syna. On taki wystraszony. Poprawię, się, poprawię, powiada… jak tu teraz obyć się bez roboty?
Więckowa wyszła już z kuchni, odprowadzana przez Materków.
- A za miesiąc zmówiny… trafiła się w końcu i jemu. Tacy szczęśliwi byliśmy z Tadkiem, a tu masz… nowina… jak to przeżyć… jeszcze raz panu dziękuję.
Poszła. Ulżyło wszystkim.
Krysia wyszła do Sokołowskiego. Niedaleko. Dwie kamienice dalej. Łatwo trafić. Przed oknem wypucowana „Warszawa”, jego hobby, drogie w dodatku. Żona Sokołowskiego pomściła na męża, że wszystkie ich oszczędności lokuje w samochód, ba, nawet się zapożycza. W końcu trafił się z popsutym silnikiem, ale i tak drogo. Naprawił, nasmarował co trzeba, wymył, wypachnił i wreszcie, jak Helenka wsiadła, mogła się poczuć damą. Zapomniała o tym, jak na zmianę kaszę z kapustą jedli, aby tylko udało się jaką część dokupić, do benzyny albo do oleju dołożyć.
Sokołowski bezwarunkowo się zgodził podwieźć Krysię z córką do domu, bo będzie mógł przy okazji kolejny raz swoją „Warszawą” się pochwalić.
Zatrąbił donośnie trzy razy. Krysia z Jagódką pożegnały się z dziadkami i zeszły na dół.

[14.08.2017, Crewe, Ceshire, 15.08.2017, Newcastle on Lyme i Reading, Berks w Anglii]

SIERPNIOWE POGADUSZKI (8) PLOTECZKI

Dzidek okazał się Piotrkiem z Opolszczyzny jeżdżącym w firmie na dalekich trasach, głównie pomiędzy Hiszpanią a Anglią, Rysiek - Ryszardem lat bodajże dwadzieścia pięć, pochodzącym spod Włocławka, ale stawiającym sobie z matką dom w Poddębicach, młody to Adam z Łysego na Kurpiach - rzeczywiście w jazdach po Europie świeży, a w wolnych czasach zajmujący się szermierką na pięści, łokcie, kolana i stopy, czyli MMA. Dołączył do tego towarzystwa Ukrainiec spod Lwowa (imienia nie pomnę), który się w jeździe busami szkoli, sympatyczny, ale w tej robocie chyba jeszcze bardziej zielony od Adama.
Czterdziestoletni Dzidek napotkał był swoją obecną kobietę we Włoszech na robocie w Kalabrii i pewnie nic dziwnego by w tym nie było, gdyby nie fakt, że pochodziła ona z opolskiego, z wioski położonej o 10 kilometrów od posiadłości Piotrka. Dzidek okazał się głównym sponsorem naszego weekendowego, wielkiego żarcia, sponsorem, ale też zawołanym kucharzem, do tego stopnia zawołanym, że ośmieliłem się na głos zauważyć, że „twoja kobieta ma z ciebie pociechę”.
Wśród plandekowych busiarzy-nietoperzy zdarzają się talenty kulinarne, zarówno samorodne, jak i też podpatrujące pichcenie innych. Dzidek jest w samym czubie czołówki. Inne rodzyneczki w tym busiarskim cieście to znani mi z „domu”: Jurek-strażak, Kazik, a po części także „duży” Jacek, choć, nie powiem, zdarzają się w tym gronie antykucharze, tacy jak Sebastian i „mały” Jacek.
Ryszard to wysoki, przystojny, sympatyczny, „dobrze ułożony” chłopak, bo takie nietoperze również się zdarzają, a z drugiej strony przecież wiadomo, że „wszystkie Ryśki to fajne chłopaki”.
Adam z kolei, niewysoki, dobrze zbudowany, ma dar przyciągania do siebie kobiet, znaczy się młodych, urodnych dziewczątek - w tym przypadku znaczną rolę odgrywa też skromny w latach wiek tego chłopca, a i tez należałoby zwrócić uwagę na jeszcze jedną okoliczność, a mianowicie okazuje się, że już przed trzydziestką kobiety lubią brąz, to te odrobinę młodsze preferują ciacha.
Ale że wszystko dobre ma swoje zakończenie, tak i po smakowitej degustacji, w niedzielę przed i po ósmej rano towarzystwo mi się rozjechało: Dzidek z Ryśkiem, Adamem i Ukraińcem do Hiszpanii, „duży” Jacek do Anglii. 
Pogrążony w samotności, chwyciłem zatem mopa i przejechałem się po kurzach, choć, prawdę powiedziawszy, mężczyźni pozostawili po sobie, poza miłymi wspomnieniami, porządek. Aha, trzeba jeszcze dodać, że w sobotni, niestety dżdżysty poranek, oblecieliśmy z Jackiem zieloność wysokich traw wokół „domu” aż do wyczerpania się zapasów paliwa w kosiarce.
Sasza, którego miałem zmienić w drodze z towarem z Węgier do Crewe w Anglii, do Bentleya, przyjechał po czternastej, ale że miałem jeszcze sporo czasu na rozpoczęcie wyprawy, przegaworzyliśmy z sobą parę ładnych godzin.
Pozytyw z tych rozmów wyszedł taki, że obaj w nadchodzącym, tygodniu mamy zjechać do kraju, więc może w Anglii dadzą mi w końcu jakiś ładunek na Polskę, bo też w poniedziałek mija szósty tydzień od czasu, jak pani premier w telewizorze nie widziałem.
Na tę chwilę po porannym rozładunku stoję na „bujanym” parkingu w Crewe, a dochodzi siedemnasta angielskiego czasu, więc mało prawdopodobne, aby dzisiaj jakiś załadunek dokądkolwiek się trafił, co martwi, po jutro w Polsce „cudowne” święto, więc nie mam pewności, czy spedytorzy pracują.

[14.08.2017, Crewe, Ceshire w Anglii]

SIERPNIOWE POGADUSZKI (7) SIERPIEŃ - PLECIEŃ

Cały czas w „domu”. W środę dziewiątego pogoda jak się patrzy i można było wystawić leżak w wiadomym celu. W końcu letnia opalenizna nie jest zła, chociaż podobno w kraju nie ma czym oddychać, a tutaj, nawet pomimo słońca, temperatura ledwo przekracza dwadzieścia dwa stopnie.
W czwartek dla odmiany deszcz i ulewa, także niegroźna burza. Strumienie wody spływają po Ruelle de Mounteruil, ani wychylić nosa - nużący, chłodny dzień, no i nie ma do kogo przemówić ludzkim głosem.
Dzisiaj z kolei poprawa. Północny wiatr do zachodniego przegonił chmury i znów mogłem skorzystać z leżaka, zrobić małe pranie i… pudding ryżowy. Się gotuje ryż, nie na sypko, na maksa, z niewielką ilością soli. Potem dodaje się łyżkę masła, trochę cukru ale więcej miodu. Na koniec przemiłe dodatki, a mianowicie zerwane z ogrodu jeżyny (w cukrze, aby puściły sok) oraz z braku mleka chuda śmietanka. I można jeść. No wiem, że cukier to wróg - niezdrowy, ale niezdrowe są również: nabiał, mięso, pieczywo, owoce, jarzyny, tłuszcze, mąki i kasze - wszystko to trucizna. A jednak puddingowa trucizna mi smakuje i tak trzymam.
Dowiedziałem się w końcu o kursie do Anglii (chyba już ostatnim podczas tej trasy). W niedzielę, myślę, że po południu, wyjeżdżam do Crewe, do Bentleya (byłem tam dwa razy - okolice Birmingham). Z tego wynika, że najwcześniej w kraju (odpukać) będę w środę, choć przewiduję czwartek albo piątek - czas najwyższy.

JUŻ NIE SAM
Leżakuję. Telefon służbowy.
- Halo, jesteś sam?
- Jestem.
- Tu Dzidek. (Co za Dzidek?) Będziemy tam u ciebie.
- Kiedy?
- Około 22-iej. Jestem z młodym. On nic o „domu” nie wie. Szkoli się.
- No to zapraszam. Aha. Ale u mnie pustki.
- Spoko. Mam polskie piwo, ale kupię jeszcze 0,7.
- To musisz się spieszyć, bo we Francji wiesz, jak jest ze sklepami. Zostanie ci „Pidou” na „Transmarcku”.
- Jestem na M4, zaraz wjeżdżam w korki na M25, ale zdążę. Carefour w Calais jest otwarty do 21-szej.
(Wątpię, że zdąży. Od Heathrow, przez Woking i Darking na M25 można stracić w korkach całą godzinę, a on jeszcze na M4 od Oxfordu i Birmingham.)
- Przyjedzie też Rysiek, ale on dopiero się ładuje, więc będzie dwie godziny po mnie.
- No to jego też zapraszam.
- No i będzie Jacek.
(chodzi o „dużego” Jacka)
- Ale Jacek to nie z Anglii?
- Nie, z „Hiszpana” jedzie.
- Z Zamudio.
- Tak.
- No to czekam.
Nareszcie będzie z kim pogadać w normalnym języku i ważne, że nie tylko z samym sobą.
Pierwszy zjawił się Jacek. Po dwudziestej.
Jest 22.30, a Dzidka z młodym nie ma. Nie ma też Ryśka.
Jacek chwali mnie, że wysprzątałem „chałupę”.
- Z nudów - mówię. - Ile można czytać i pisać.
- To fakt. Też bym pewnie sprzątał z nudów. Dzwoniłem do Marcina, aby dał ci premię za to sprzątanie.
Uśmiecham się.
- Serio, tylko musisz mu przypomnieć.
- Zrobi się. Jutro mam w planie altanę. Tam jeszcze trzeba zrobić porządek - mówię.
- Odpalimy też kosiarkę… jak się da….
Jacek robi „kółka” pomiędzy Zamudio w Kraju Basków a Derby. Najeździ się. Dwa kursy w tę i dwa w tamtą stronę w osiem dni. Dzisiaj wyjątkowo ma więcej wolnego czasu: piątkowy wieczór i pół nocy, sobota, i w niedzielę przed południem wyrusza do Anglii.
22.45 - telefon. Dzidek.
- No, mamy jeszcze 50 kilometrów. Prom opóźniony (Wiedziałem). Chciałem się zapytać, jak tam z parkingiem, bo jedziemy w trzy auta.
- Będzie kłopot, ale musicie sobie jakoś dać radę. Przed „domem” nie możecie zaparkować. Byłeś w „domu”?
- Ja nie, mam tylko adres. Rysiek był.
- Tam na placu stoi już samochód Jacka. Musicie się jakoś zmieścić. A uważaj, żebyś nie wjechał na płatną (50 kilometrów im zostało, więc dojeżdżają do Boulogne).
Rysiek i reszta spóźnią się o półtorej godziny, ale zostaną przynajmniej całą dobę w „domu”. Wykąpią się, wyśpią porządnie. Zapowiada się impreza. 

[11.08.2017, Campingeulles Les Grandes we Francji]

16 sierpnia 2017

KARTKI Z KALENDARZA (9)

Przyznaję, że w niedzielę siedziałam dłużej niż zwykle, przy herbacie z mamusią (tatuś spał), nie przy kawie, bo nie zmrużyłabym oka. Z mamusią podjęłam medyczne tematy, stwierdzając, że jednak pomogła jej ta wizyta u lekarza. Zgodziła się, że lekarstwa poskutkowały, lecz czy aby na pewno to one przywróciły róż uśmiechu na jej twarzy? Wiedziałam, co ją dręczy, lecz nie o niepokój tu szło, a o to, że mamusia rada by usłyszeć coś więcej na temat randki z Grzegorzem.
Jak miałam lat „naście”, to oczywiście z mamą rozmawiałam o chłopakach. A tak, miałam chłopaków, takich do kina, na potańcówkę, nad jezioro, ale nic poważnego z tego nie wyszło. Zresztą chyba im też nie rozchodziło się o trwały związek. Ale to było tyle lat temu. Ja, niedoświadczona, nie wiedziałam jak się zabrać do takich spotkań, więc pytałam mamusię, jak to z nią bywało, kiedy spotykała się z chłopcami, a ona tak mnie zaskoczyła, tak zaskoczyła, że nie wiedziałam, co powiedzieć… i nadal nie wiem. Rzekła:
- Córeczko, twój ojciec był pierwszą i jedyną miłością w moim życiu i oczywiście mogę ci powiedzieć, jak zachować się w takich sytuacjach, gdy czujesz coś do chłopaka, ale to będzie, jak to zgrabnie dzisiaj mówicie, teoria. Właściwie to lepiej by było, gdybyś o te sprawy zapytała ojca, bo on, zanim się odnaleźliśmy, miał przygody z dziewczynami.
No proszę, a ja myślałam, że tatko nawet w młodości był taki poważny i ascetyczny. Ale jak tu o takich sprawach rozmawiać z ojcem, który w końcu jest mężczyzną?
No dobrze, miało to miejsce kilkanaście lat temu, ale teraz? Ja, dorosła, by nie powiedzieć, dojrzała kobieta mam szukać potwierdzenia swoich oczekiwań i obaw w rozmowie z mamą? A jak kolejny raz nie wyjdzie? Mam płakać w matczyną poduchę? Dobre sobie.
Ale jednak coś powiedzieć mamusi muszę. Uspokoję ją. Powiem, że podoba mi się jego styl bycia, przystojny, nie powiem, z gestem, a że mu nie wyszło za pierwszym razem? No cóż, widać nie każdemu sądzone być taką parą jak moi rodzice. Dam jej nadzieję, że ze swojej strony nie zrobię nic takiego, co mogłoby go zrazić do mnie, czyli wychodzi na to, że i Grzegorzowi powinnam dać nadzieję i mu zaufać… no i wypaplałam to mamie.
- Córeczko, właśnie to chciałam od ciebie usłyszeć - odezwała się do mnie pocierając wewnętrzną stroną dłoni moją dłoń (to chyba rodzinne) - i tylko proszę cię, powiedz o tym w jakiś sposób ojcu, że wprawdzie nie wiesz, jak ci się z panem Grzegorzem ułoży, ale dasz mu nadzieję, że taki związek dwojga dojrzałych ludzi ma dla ciebie sens. Wiesz, jaki jest ojciec, sam nie zapyta, udusi się z tego niepokoju.
Chwila przerwy.
- Mów co chcesz, możesz się nawet pośmiać z tego, ale ojciec zna się na ludziach, a pana Grzegorza bardzo ceni. Mówi, że drugiego takiego to ze świecą szukać, a o tej jego lafiryndzie to… ech, szkoda gadać.
No to mnie dobiła. Znów jestem dla niej małą, posłuszną dziewczynką, która powinna słuchać starszych, mądrzejszych od siebie. No może dosłownie tak nie jest, ale jest.
I znów moje myśli trzepocą skrzydłami jak dzika kaczka przypadkowo złapana w rybackie sieci. I będę rozmyślać także jutro w pracy, aż koleżanki przyłapią mnie na tym, że rozbujałam się w obłokach, a szef (stosunki z nim bardzo, ale to bardzo się poprawiły) podejdzie do mnie i z głupia frant powie:
- Pani Natalio, jak pani dzisiaj pięknie wygląda… jak zakochana.
Założę się, że tak właśnie powie. I wcale nie dlatego, że przejrzał na wskroś to co siedzi w mojej głowie, ale dlatego, że w jego małżeństwie w ostatnich dniach naprawdę coś się poprawiło, aż nie poznaję mojego szefa. I jeśli mamusia powiedziała przed chwilą, że tatko zna się na ludziach, to ostatnio dostrzegłam także w sobie tę umiejętność - wiem, że w życiu mojego przełożonego zachodzą pozytywne zmiany, najwyższy na to czas. A kiedy w domu się układa, to cała ta sytuacja przekłada się na atmosferę w pracy, banał, co? Ale prawdziwy. I szef mój, założę się, zauważy mój odmienny makijaż, inne uczesanie włosów, nową sukienką, a w rzeczywistości nie zmienię sposobu, w jaki się maluję, włosy pozostaną w zwykłym, jak co dzień nieładzie, a sukienka ma już półtora roku, odkąd ją kupiłam. 
Do środy parę dni…
Aż tu nagle… no masz…
- Helenko, czy w naszej lodówce jest jeszcze trochę tej limonkowej nalewki na spirytusie?   
- Olaboga, toż ona będzie miała z sześćdziesiąt procent. Matko Boska, pić o tej porze?
- Jakoś tak wybudziłem się i spać nie mogę.
Tatko jak na wybudzonego, przedstawiał się w jak najlepszej kondycji.
- A długo nie spisz? - zapytała mama.
- Długo - odparł tato, przeciągając to słowo i puszczając przy tym do mnie oczko.
A teraz ja, tyle że w myślach, retorycznie i do siebie:
- Matko Święta, jak tu żyć, kiedy w tym domu wszystko, co żyje, ma tak ogromne uszy!

[06.08.2017, Water End, Buckinghamshire w Anglii]

BYŁBYM JUŻ NIE ŻYŁ

Mógłby sobie pospać dłużej. Wczoraj przeszedł sporo kilometrów po mieście, oszczędzając na biletach tramwajowych, ale w gruncie rzeczy nie chodziło o zaoszczędzenie tych kilku złotych, a o to, że lubił pokonywać miejskie przestrzenie pieszo. Doszedłby nawet do Tyńca, gdyby nie stateczek, który sam w sobie jest atrakcją, a cóż dopiero płynąć nim w górę Wisły, czując orzeźwiający powiew beskidzkiego wiatru, widząc malowany tęczą połysk fal wzniecanych przez koło napędowe parostatku i jego dziób przecinający wolno toczące się wody rzeki. Z Tyńca, gdzie w chłodnych komorach klasztoru przeczekał największy upał, powrócił wprawdzie do miasta autobusem, ale od Słowackiego przeszedł piechotą na Kazimierz, a następnie, obchodząc uliczkami niemal każdy kwartał zabudowy, przeszedł na nowe miasto, na Dietla, Grzegórzecką; wrócił na Planty, przeciął je na wysokości Franciszkańskiej, odbił na Grodzką, zawrócił i doszedł do Karmelickiej, i w lewo, na Błonia, pod sam stadion „Wisły”, a w końcu, krążąc pomiędzy blokami, obrał kurs na Bronowice. Po drodze lody, woda sodowa z sokiem malinowym, tani obiadek na Grodzkiej. Na Zapolskiej zameldował się tuż przed dwudziestą. Z obiadu u wujostwa pozostały gołąbki z kaszą gryczaną i leczo. Ciotka ze stryjem zjedli już kolację i kończyli dzień herbatą i, z umiarem, ciasteczkami. 
- Najważniejsze to się nie przejadać przed snem, ale ty jesteś młody, więc jeszcze ci wolno, ale w ogóle to ostatni posiłek powinno się jeść najpóźniej o dziewiętnastej - pouczała go ciotka popijając bawarkę. 
Nie był to przytyk do jego późnego powrotu tego dnia - ciotka po prostu prowadziła regularny tryb życia, a jej kuchnia, dietetyczna choć nie uboga, raczej różnorodna, była tym smaczniejsza, im posiłki przez nią przygotowywane spożywane były we właściwej, najodpowiedniejszej porze dnia. Adam oczywiście burzył ten przez lata wypracowany przez ciotkę harmonogram, ale, broń Boże, nie miała mu tego za złe. Wiedziała, że chłopak przyjechał na wakacje tak do nich, jak i dla Krakowa, w którym zamierzał poznać każdy kamień. Rozumiała więc, że nieuzasadnione jest, aby pojawiał się w domu na obiedzie punkt czternasta, niszcząc tym samym swoje plany odnośnie zwiedzania miasta. Nie omieszkała jednak udzielić mu kilku cennych, jak sądziła, wskazówek dotyczących tego, gdzie można na mieście smacznie i tanio zjeść. Dodawała przy tym:
- Pamiętaj, że prawdziwy obiad będzie na ciebie czekał, więc postaraj się nie jeść w ciągu dnia zbyt wiele. Jedz tylko tyle, aby zaspokoić głód, no i uważaj z lodami, ze słodkim uważaj, pij przede wszystkim soki i niegazowaną wodę.
Postępował akurat odwrotnie. Przez ostatnie dziesięć dni tylko dwa razy stołował się w barze, biorąc skromną zupkę i jakieś skąpe drugie danie. Preferował kawiarenki z napoleonkami, budki z rurkami z kremem i oczywiście gazowaną wodę ze saturatora. To wszystko powodowało, że wracał do domu głodny i z wielką przyjemnością zjadał to, co ciotka przygotowała dla niego na obiad, a zostawiała przezornie o jednego sznycla, jednego pulpeta czy gołąbka więcej, aby zaspokoił swój wieczorny apetyt.
Prawdę powiedziawszy, wszystko u ciotki mu smakowało. A te śniadania! Duży, sosnowy, owalny stół, przy którym z powodzeniem mogło zasiąść sześć osób, dla ich trojga wypełniony był po brzegi tak, że nawet nie można było niegrzecznie podeprzeć się na łokciach. Wszystkiego po trochu: wędliny, pomidory, ogórki, dżemy, sery, twaróg, konfitury, jajka, pasztet, ryba w oleju, sałatka, miód, masło i pieczywo - tylko wybierać i nie ma przymusu, jest umiar, kaprys, byle właściwie połączyć frykasy, a jeśli chcesz dla odmiany zamiast gotowanego jajka jajecznicę albo masz ochotę na serdelka z wody  - chwilka i zrobione.
Ocknął się jednak w momencie, gdy niewysokie jeszcze słońce przecisnęło się pod ostrym kątem przez wąską szczelinę między zasłonami. Kuchnia, od której dzieliło go przepierzenie (jego pokoik był niewielki, wąziutki, lecz przyjemny) zaczyna żyć wkładanymi do wrzątku łyżką jajkami i wydobywaniem z lodówki tego, co za chwilę zostanie wniesione do pokoju i postawione na stole. Wstał, odchylił zasłonę dzielącą jego pokój od kuchni, pozdrowił kobietę i aż westchnął na myśl, że za chwilę zasiądzie do śniadania.
- Pomożesz mi, ale najpierw się umyj i ubierz. I zobacz, czy wujek już skończył z tymi synogarlicami.
Do dużego pokoju można było dostać się okrężną drogą przez kuchnię, albo też bezpośrednio z małego pokoju. Otworzył drzwi. Stryjek, jeszcze w piżamie, siedział przy stole i kroił przesuszony chleb, którym uzupełniał czarkę z ziarnami słonecznika. Przeznaczone to było dla ptaków, a zwłaszcza dla pary synogarlic, które oswojone siedziały już na balustradzie balkonu, czekając na porę karmienia. Przy synogarlicach oczywiście mogły się pożywić wróble, ale musiały zachować hierarchię pierwszeństwa, zdając się na łaskę z pańskiego stołu większych od siebie ptaków. Śniadanie dla synogarlic wystawiane było na plastykowe miseczki zawsze o godzinie siódmej czterdzieści pięć, o kwadrans przed tym, jak wujostwo i chłopak zasiadali do śniadania przygotowanego przez ciotkę. 
Adam zdążył się już przyzwyczaić do porządku panującego w domu wujostwa (były to jego drugie wakacje spędzane u ciotki i stryja), także, a może przede wszystkim, w zakresie spożywania posiłków, zarówno tych ludzkich jak i ptasich. Ten porządek dotyczył zwłaszcza poranka, tak jakby witanie nowego dnia było szczególnie istotnym elementem w życiu tych dwojga kochających się starych ludzi. Chłopiec z czymś podobnym spotkał się dopiero u wujostwa. W swoim rodzinnym domu nie przywiązywano wielkiej wagi do rytuału, w którym czas odgrywał tak niepoślednią rolę. Za kilka, kilkanaście lat Adam zrozumie to inne, przychodzące zapewne z wiekiem, pojęcie czasu, który jest tym cenniejszy, im mniej go pozostaje przed nami. 
Chłopiec po krótkiej wymianie powitań ze stryjem, przeszedł do łazienki) (wcześniej dał ciotce znać, że stryj już skończył szykować pokarm dla ptaków), żwawo z niej powrócił do swojego pokoju, ubrał się i wstąpił do kuchni, gdzie oczekiwał wskazówek ciotki dotyczących kolejności wnoszenia śniadaniowych rozmaitości. Ustawiając je na stole, obserwował jak stryj stojąc tuż przy uchylonych drzwiach balkonowych patrzy na zajęte pochłanianiem pokarmu synogarlice, którym bliska obecność człowieka nie przeszkadzała, a wręcz przeciwnie, wydawało się, że ptaki urządzają swoisty spektakl, którego elementem było baczne przypatrywanie się mężczyźnie i przekręcanie łebków to w tę, to w tamtą stronę, jakby synogarlicom chodziło o wywołanie poklasku u człowieka, który je karmił.
- Czy założył szlafrok? - zapytała krzątająca się cały czas po kuchni ciotka.
Adam nie zwrócił uwagę na ubiór stryja stojącego przy uchylonych drzwiach balkonowych i dopiero za kolejną bytnością w pokoju, stwierdził, że stryj istotnie włożył na piżamę szlafrok. Powiedział o tym ciotce.
- Całe szczęście, że nie zapomniał. Wprawdzie mamy lato, ale sierpniowe poranki bywają chłodne i łatwo o przeziębienie, a to w przypadku wujka, mogłoby się odbić niekorzystnie na i tak słabym u niego zdrowiu - stwierdziła ciotka.
- Ma rację - pomyślał - po trzech zawałach trzeba się pilnować. Byle infekcja osłabia organizm i serce.
Wreszcie wnieśli z ciotką wszystko, co miało tego dnia zostać podane do śniadania (dla stryja oczywiście dodatkowo pastylki), łącznie ze zbożową, zabielaną kawą dla stryja, bawarką dla ciotki i herbatą dla chłopca.
Usiedli oboje; stryj jeszcze tkwił przy balkonie.
- Adasiu, ale ty nie myśl sobie, że tak jest zawsze. Gdy jesteśmy sami, to wujek przygotowuje stół, a potem, po śniadaniu jeszcze zmywa. Jak jesteś, ma z ciebie wyrękę i może sobie dłużej popatrzeć na ptaki, bo zwykle…
Nagle dzwonek do drzwi przerwał ciotczyny monolog.
- Tego brakowało. Dzisiaj się spóźnił.
Podeszła do drzwi, otworzyła.
- A, dzień dobry. Dzisiaj tyle mam pracy, a państwo czekają na „Krakowską” i „Przekrój” - to roznosiciel gazet stanął w drzwiach mocno zziajany i chociaż zarówno „Gazeta Krakowska” jak i „Przekrój” oraz „Dookoła świata” były opłacone z góry, ciotka każdorazowo wręczała mężczyźnie złotówkę za fatygę. 
Wracając do pokoju ciotka zwróciła uwagę, że mąż już siedzi na swoim miejscu przy serwantce i łaskawym wzrokiem przypatruje się „Gazecie” odkładanej na biurko przez żonę.
- No wiem, wiem, przy śniadaniu się nie czyta - stryj uprzedził ewentualną uwagę ciotki.
Adam uśmiechnął się, bo przypomniał sobie, że jego mama w podobnych okolicznościach powiedziałaby: „nie czytaj przy jedzeniu, bo będziesz miał głupie dzieci”.
U wujostwa przy jedzeniu nie oglądało się też telewizji. Zresztą, czy w ogóle w tym domu oglądało się telewizję poza wieczornym „Dziennikiem”? Czasami, bardzo rzadko, jakiś film (ciotka), albo program rozrywkowy (oboje). W przypadku tego drugiego, gdy tylko na szklanym ekranie pojawiali się „wyjce”, stryj wyłączał telewizor. Ale zdarzało się też inaczej - kontynuowali oglądanie, ale wtedy komentarz stryja brzmiał: -„o, to dopiero są głosy”!
Po śniadaniu, kiedy stryj ubierał się w codzienne, eleganckie choć znoszone spodnie, lekką, płócienną koszulę w kratę i szetlandzką kamizelkę (prezent od przyjaciela z czasów wojny ze Szkocji) i w końcu sięgnął po dzisiejszą gazetę, Adam zmywał naczynia, ciotka zaś robiła w łazience porządek z włosami i twarzą. Chłopiec był przygotowany na to, że łazienka została anektowana na czas dłuższy niż korzystanie z niej przez obu mężczyzn i to dwukrotnie. Przysiadł się więc do stryja, który na chwilę odłożył na bok „Krakowską”, a ten go zapytał:
- To dzisiaj gdzie się wybierasz?
- Na Bielany. Dojadę autobusem do ZOO, a potem lasem do klasztoru - odparł chłopiec.
- Zejdzie ci się trochę. To daleko… wysoko. Za daleko na mnie.
- Tam można dojechać, niemal pod sam klasztor - zapewnił Adam.
- Najlepiej zrobić tak, jak ty planujesz, spacerkiem… a po drodze jeszcze kopiec. Za moich młodych lat… - przerwał i podszedł do balkonu, na którym na resztkach z pańskiego stołu synogarlic stołowały się teraz hałaśliwe wróble. - Będziesz miał piękny dzień. Powietrze pod Kopcem Kościuszki drży, jest przezroczyste, a lekki wiatr wiejący z zachodu sprawi, że nie będzie smogu.
Przypatrując się „Kopcowi” z tego miejsca dzień po dniu o tej samej, porannej porze, wiedział o pogodzie nad Krakowem wszystko. - Ale w niedzielę przed południem, zaraz po mszy pojedziemy razem w jedno miejsce, które chciałbym ci pokazać. Basia radzi wziąć taksówkę, ale dam radę tramwajem i spacerkiem… w końcu tak mało chodzę.
Adam nie zaplanował nic na niedzielę i pomyślał sobie, że propozycja stryja jest całkiem interesująca.
Siedzieli jeszcze dobrych kilka minut razem przy stole: stary człowiek, rodzony brat jego dziadka i on, licealista - drugoroczniak. - Ty się pewnie dziwisz tym wojskowym porządkom w naszym domu. Nie zaprzeczaj, widzę to w twoich oczach… a wy, młodzi, za takimi porządkami nie przepadacie… chcecie być wolni, nieskrępowani ani czasem, ani regułami, które ten czas starają się spiąć klamrami… cóż, młodość ma swoje prawa. Ale widzisz, Adasiu, ten porządek wprowadzony przez ciocię Basię… widzisz… jedzenie o tej samej porze, tabletki, spacery o wyznaczonych godzinach, teraz coraz rzadsze, bo człowiek starszy, monotonia zwykłych, codziennych czynności narzuconych przez Basię… nie wiem, czy to rozumiesz, ale to wszystko pozwala mi jeszcze żyć… bez Basi i jej porządków byłbym już nie żył, chłopcze.
Adam zamyślił się po tych słowach i po raz pierwszy podczas swoich krakowskich wakacji nabrał wątpliwości, czy ma, tak jak co dzień po śniadaniu wyjść, czy też zostać i porozmawiać ze stryjem. Milczał.
Stryj wstał i niespodziewanie zdzielił chłopcu kuksańca w bok.
- No idź, idź, a przypatruj się uważnie, to mi opowiesz.

[09/10.08.2017, Campingeulles Les Grandes we Francji]

SIERPNIOWE POGADUSZKI (6) LITERACKO I PRACOWICIE

Dzisiaj jest pierwszy dzień podczas obecnej podróży, w którym nie sięgnąłem po książkę. Com robił, za chwilę.
A przypominam sobie wczesne opowiadania Żeromskiego, m.in. „Doktora Piotra”, „Zmierzch”, „Siłaczkę” i inne. Jakkolwiek proza Żeromskiego trąci myszką, bo też do młodopolskiej stylistyki, przez te opisy częstokroć nużące, przez rozbudowaną analizę psychologiczną bohaterów, przez poetykę skłaniającą się ku liryzmowi (są, na ten przykład, u pana Stefana w „Ludziach bezdomnych” ustępy, ba, rozdziały całe, które można by zakwalifikować jako obrazowanie poetyckie, białym wierszem popełnione), do tego wszystkiego trzeba się przyzwyczaić, a wtedy odnajdzie się w tej archaicznej z dzisiejszego punktu widzenia prozie kawałek świetnej literatury nastawionej na człowieka, sprawy społeczne, słowem odczyta się głęboki humanizm, czasami naiwny, ale szczery. Bezsprzecznie „Zmierzch” wydaje się w „opera omnia” krótkiej prozodii Żeromskiego najcenniejszy, może dlatego, że autor w tym akurat utworze sięga dosłownie do nizin społecznych, ukazując okrutny i beznadziejny obraz wyrobniczej pracy małżeństwa fornali, a samo opowiadanie napisane jest w konwencji naturalistycznej - nie każdy czytelnik za tym przepada, to prawda, ale w jaki inny, trafniejszy sposób przedstawić samo dno ludzkiej egzystencji.
Zanim jednak dopadłem Żeromskiego, błyskawicznie przeczytałem dwa dłuższe opowiadania (lub krótkie powieści - jak kto chce) znanego kirgiskiego pisarza Czingiza Ajtmatowa, a mianowicie: „Nauczyciel” i „Żurawie przyleciały wcześniej”. Jeżeli teraz napiszę, że Ajtmatow prezentuje się w tychże tekstach jako autor o proweniencji komunistycznej, to… no właśnie, to co? Czy dyskredytuje go ta okoliczność jako autora książek? Dla mnie w żadnym wypadku. Jest to literatura ideowa, to prawda, ale jeśli problematyka „Nauczyciela” wpisuje się w krajobraz biednej kirgiskiej wsi, w której analfabetyzm wśród dorosłych i dzieci to status quo, z którym przychodzi zmagać się głównemu bohaterowi - nauczycielowi właśnie, który sam szkół nie pokończył, a jednak ma świadomość, że bez zdobycia podstawowej wiedzy postęp na tej zabitej dechami wsi nie będzie możliwy, to czy nie należy oddać sprawiedliwość i autorowi, i ideologii, która, przynajmniej w intencjach, stara się nieść najuboższym i zacofanym w rozwoju przysłowiowy kaganek oświaty?
Osnową drugiej powieści rozgrywającej się podczas II wojny światowej  (rok 1943) również w kirgiskiej wsi jest wątek pracy młodych ludzi zabranych ze szkoły, aby uprawili pole, bo ziarno na chleb dla żołnierzy na froncie to kwestia przetrwania. Chłopcy są zbyt mali, aby walczyć z bronią w ręku (ojcowie całej piątki albo na wojnie walczą, albo już zginęli), ale wystarczająco dorośli, aby zdobyć kosztem pracy ponad siły chleb dla wojska. Dla jednego z nich, głównego bohatera, to bezprzykładne poświęcenie kończy się tragicznie, a szkoda, bo Ajtmatow bardzo ciekawie i wrażliwie zarysował rodzące się uczucie chłopca - Sultanmurata do dziewczynki z klasy - Myrsagul. Oprócz tego, obie powieści aż się proszą o sfilmowanie (nie wiem, być może powstały na ich podstawie filmy), co, moim skromnym zdaniem jest zaletą tych opowieści, bo nie każdy tekst literacki nadaje się do sfilmowania. W tym przypadku jest inaczej.
I swoim zwyczajem odbiegłem od tematu, chociaż może warto było spojrzeć wstecz.
Nie jestem wprawdzie meteoropatą i byle paskudna pogoda nie przeraża mego organizmu, ale notoryczne, przedłużające się zachmurzenia, opady, zmienność ciśnienia zdrowego stawiają do pionu. Zgodziłbym się na taką pluchę wczesną wiosną lub jesienią, ale latem?
Aby nie zwariować, postanowiłem przeciwdziałać i w dniu dzisiejszym dokumentnie wysprzątałem cały „dom”, to znaczy: trzy duże pokoje, dwie toaleto-łazienki, pralnię, kuchnię, korytarz i piwnicę…. mało? Jest czyściutko - już do zdania właścicielowi, ale, przyznam się szczerze, w krzyżu mnie łupie, bo prawdę powiedziawszy jedynie szyb w oknach nie umyłem - nie miałem czym. No i wyjaśnia się powód, czemu tym razem nie zajrzałem do książki.
Oczywiście stało się to za sprawą braku informacji o załadunku. Nikt nie przyjechał, abym miał jechać dalej. 
W zakończeniu poprzedniego kawiarenkowego wpisu zadałem pytanie: „czy to prawda, że marzenia czasami się spełniają?” Może nie spełniły się ściśle do końca, ale coś tam nimi zapachniało.  

[08/09.08.2017, Campingeulles Les Grandes we Francji]