Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

29 sierpnia 2017

OSTATKI (6) CZAS

Czas nie jest sprzymierzeńcem, o czym już pisałem. Wiele bym dał za to, aby móc zatrzymywać go w dowolnej chwili, cofać, raczej nie wyprzedzać. Nie warto znać przyszłości. Lepiej zatrzymać teraźniejszą chwilę, lecz nie widzę przeciwwskazań dla uchwycenia w locie tego, co zdarzyło się „przedwczoraj”.
Jak dotąd nie wynaleziono takiego wehikułu czasu, którym można by podróżować wstecz. Dlatego też lepiej nie liczyć na „dni pogodne”, bo wkrótce się skończą i nie będzie do nich powrotu. Lepiej nie oczekiwać na nic dobrego, co może się przypadkiem zdarzyć, bo dobro nie jest nieskończone i w pewnym momencie, raczej bliższym niż dalszym, przestanie istnieć.
A cieszyć się chwilą? Owszem, można, ale przypomina to zapalenie skręta. Po zaciągnięciu się nim jest ten moment pełnego, złudnego szczęścia, po czym następuje kac. No chyba, że palić jeden za drugim.
Skoro nie można pokonać czasu, nie można zabiec mu drogi i spowodować, aby biegł do tyłu, najlepiej tłumaczyć sobie, że przekroczyliśmy linię szczytu, za którym droga prowadzi nas w dół i jest to nieuchronne pozbywanie się szczęścia, jakie niosła z sobą wspinaczka.

[28.08.2017, Dobrzelin]

24 sierpnia 2017

OSTATKI (5) FOLKLORYSTYCZNIE

Nareszcie po południu rozpogodziło się i po weryfikacji planów pojechało i poszło się na Równię Krupową w Zakopanem, aby...
1. ... aby w końcu zobaczyć w pełnej krasie "Giewont" z wielkiej łąki w centrum miasta.

2. Po drodze bardzo ciekawa prezentacja polskich Parków Narodowych...

3. Przy wejściu na teren festiwalowej wioski przywitała nas taka oto góralska para....

4. Sztuka ludowa Podhala to między innymi rzeźba w drzewie z dominującą tematyką sakralną...


5. Osobiście gustuję w obrazach na szkle malowanych...

6. Coś dla miłośniczek koronek i haftów...


7. I wreszcie rewelacyjny zespół "Ganip" z Serbii. Koncert odbył się pod małym namiotem, zapewne z obawy przed deszczem, który jednak nie spadł, a wręcz przeciwnie - zaświeciło słońce...


8. "Ganip" to nie tylko bałkańskie rytmy i brawurowo wykonane tańce... to również piękne dziewczęta...

9. Jak widać tradycją występów narodowych jest to, że po zakończeniu programu tancerze i śpiewacy wychodzą na zewnątrz, gdzie podejmują zabawa i tańcem publiczność...

10. Taka oto piękna para zgodziła się stanąć przed obiektywem aparatu...

11. Dzień serbski to nie tylko muzyka, śpiew i taniec. Była też degustacja tradycyjnych serbskich potraw rozdawanych przez członków zespołu...

12. Niespodzianka - już "po cywilnemu" męska część gości z Serbii pobrała (ze świetnym skutkiem) naukę naszych rodzimych podhalańskich kroków i "hopsów" od  polskich, tańczących górali... 

13. Kolejna estetyczna niespodzianka - mój głos dla twarzyczki w środkowym rzędzie, pierwszej z prawej...


14. I na zakończenie jeszcze jedno spojrzenie z Równi Krupowej na Tatry...

Nawet najdoskonalsza fotograficzna prezentacja tego, co działo się i dzieje podczas 49. Międzynarodowego Festiwalu Folkloru Ziem Górskich w Zakopanem nie odda w pełni atmosfery tego miejsca; nie usłyszy się muzyki, śpiewu i nie zobaczy w rzeczywistych wymiarach tańców. Dlatego też pozwoliłem sobie zamieścić poniżej zachętę do, przynajmniej pobieżnego, zerknięcia na festiwalową scenę okiem kamerzysty.



[24.08.2017, Kościelisko]

23 sierpnia 2017

OSTATKI (4) SPACERKIEM PO MYŚLACH

1. 
Daję sobie jeszcze dzień albo dwa na to, aby powrócić do zaczętych, rozgrzebanych tekstów, rozwijając je tam gdzie potrzeba i doprowadzając do ostateczności. A zatem odpoczywam od pisania, do któregom przywykł, choć nie do końca jest to prawda, albowiem „dalsze ciągi” pałętają mi się po głowie, są nawet poukładane, a to co je teraz hamuje, to czas, a właściwie jego brak. W ogóle czas nie jest moim sprzymierzeńcem… on sobie po prostu płynie i upływa niezależnie ode mnie.
A trzeba jeszcze pamiętać o tym, co mówi Kohelet w epilogu swojej Księgi: „Ponadto, mój synu, przyjmij przestrogę - Pisaniu wielu ksiąg nie ma końca, a wiele nauki utrudza ciało.” Oj, chyba nie ma końca i rzeczywiście ciało me utrudzone.
2.
Utrudzenie dotyczy również sfery psychicznej, a narażona jest ona chociażby w chwili połykania telewizyjnego kitu. Jakie to szczęście, że coraz rzadziej zaglądam do telewizora, ale to się zdarza, nawet teraz na wyjeździe, gdy trzeba skonfrontować własną prognozę pogody z tą oficjalną, obecną dzięki medialnym zapowiadaczom. Zdarza się też zagubienie się w kanałach, na których odbywa się rzeź rozumu oglądaczy. 
Usilnie chciałbym osobiście poznać tych idiotów produkujących tak zwane reality show… takie tam niby prawne historie, obyczajowe, że rolnik szuka żony albo wakacje dla durniów na Maderze, patologie szkolne, randki w ciemno, rywalizacje kuchenne, słowem takie pomioty pozostałe po Big Brotherze. Dlaczego? Chciałbym na żywe oczy zobaczyć (z pogadaniem będzie trudno) takiego prawdziwego, stuprocentowego idiotę, przypatrzyć się mu dobrze… może mi się uda zrozumieć istotę komercyjnej szmiry, jaką wciska się oglądaczom, aby odreagowali po obejrzeniu i wysłuchaniu politycznych półgłówków… ale czym mianowicie… gapieniem się w kolejną, wypłukującą resztki mózgu chałę.
3.
Tedy po takim utrudzeniu należałoby złożyć wizytę w sacrum i to nawet nie z tego powodu, że jest się głębokiej wiary, tak głębokiej, że bez świątyni i kapłana obejść się nie można, ale dlatego, aby wypocząć umysłowo od zgiełku, od natręctwa, od tej nagonki, jaką urządza nam konsumpcyjno-liberalne przedstawienie zwane światem zachodniej, jedynie słusznej demokracji.
Tylko niech mi kto powie (zaręczam, że piszę szczerze i rad byłbym wysłuchać odpowiedzi), niech mi kto wskaże adres jakiejś parafii, w której pedofilii by nie uprawiano, w której nie rządziłaby mamona, w której dzieciom kuzynki kapłana zakazane było zwracać się do księdza „tato”. I jeszcze jedno - proszę mi znaleźć taką parafię, w której nie czczono by świętego ojca Rydzyka.

Z takimi właśnie myślami przespacerowałem się, aby potrenować bieg na orientację i nie wyjść z wprawy po rozleniwiających wczasach.

[23.08.2017, Kościelisko]

22 sierpnia 2017

OSTATKI (3) KULTURALNIE

Wyjątkowo dzisiaj prawie nie padało, choć też słońca pod dostatkiem nie było, czyli pogoda w sam raz na to, aby się ukulturalnić. 
Dobrym powodem jest fakt, że w drugiej połowie sierpnia w Zakopanem odbywa się Miedzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich.
Dzisiaj zaprezentowali się m.in. górale z Portugalii oraz z francuskiej Sabaudii (Savoie), po drogach której to historycznej krainy miałem okazji się poruszać trasami przez Chambery i Albertville w drodze do Włoch przez najwyższe Alpy.
Zacznijmy zatem dzisiejszą, kulturalną podróż od samego początku:

1. Idąc Krupówkami nie mogłem sobie odmówić tego...


2. ...a zwłaszcza spoglądając na tę damę z parasolką...


3. Z Krupówek na Hrabiego Zamoyskiego.... to ten po prawej stronie, na postumencie...

4. Z portugalskiego występu (pod namiotem) zapamiętałem tego akordeonistę...

5. Dzień Narodowy Francji - kapela z Sabaudii stroi instrumenty...


6. No i alpejscy górale zatańczyli z góralkami...

7. Ten taniec był w tempie "na dwa", choć zdarzały się też walczyki "na trzy"...

8. A tutaj panowie osobno...

9. ...czemu dziwiła się Adelka...

10. I jeszcze takie pamiątkowe zdjęcie...

11. A przed kościołem na Krupówkach przednia, nie żartuję, zabawa po góralsku i na ludowo...

Tak oto niemal dobiegł końca kolejny dzień swawoli, a wieczorem, zgodnie ze starą, świecką tradycją w Zakopanem, a wcześniej w Kościelisku spadł deszcz i powiedział: - dobranoc.

[22.08.2017, Kościelisko]

OSTATKI (2) KIEDY SIĘ PRZEJAŚNIŁO

Estragon i Vladimir czekali na Godota równie niestrudzenie jak cała nasza czwórka na rozpogodzenie.
Przyszło, zrazu nadzwyczaj chętnie, w przedpołudniowej porze, lecz później ukryło się za chmurami, z których pogoniło deszczem, co z konieczności wpłynęło na zmianę planów i tego poniższego, oszczędnego w słowach reportażu. 

1. Kiedy się przejaśniło...
za tymi pięcioma modrzewiami po lewej powinien ukazać się "Giewont"

2. Schodami w górę na najwyższe pięterko...

3. Łoże może nie z epoki wiktoriańskiej ale wygodne i moje...

4. Oto dwa uchylne okienka dające wiele światła, zwłaszcza do południa...

5. Schodami w dół...
nie było się ani na "Giewoncie", ani choćby na "Nosalu" ale wspinaczki i zejścia nową trasą wielokroć zaliczyłem

6. Mieszkanko na wysokim poziomie...

7. Cały obiekt przedstawia się następująco...

8. Adelka mimo wszystko chce jechać do Zakopanego...

9. W stronę Krupówek... kiedy się przejaśniło, ukazał się Giewont...

10. Godzinę później z tego samego miejsca (inny zoom) pan "Giewont przykryty kołderką chmur...

[21.08.2017, Kościelisko]

21 sierpnia 2017

CELESTYNKA

Celestynka jak to sombrero
najpierw przydeptane nieostrożnym buciorem
potem przygniecione czyimś siedzeniem
do siedliska fotela
w końcu przecięte
uformowane w apaszkę podtrzymującą grzywkę
gitarzysty heavymetalowego zespołu
wspięła się na paluszkach
i wychynęła spod ziemi
czepiając się brunatnoszarych strzępów waty.

Unosiła się coraz wyżej i wyżej
a purpurowy łuk pokrywał się srebrem
i jaśniał jak żeńców sierp
jak wygięty tułów pstrąga.

Teraz dopiero widać 
jak Celestynka nam zmarniała
jak wychudła 
jak jej pucołowata twarzyczka
rozpalona rumieńcem
jeszcze nie tak dawno temu
gdy podróżowała po mlecznej drodze 
przypominała kulistą latarnię
oświetlając spacerowe szlaki zakochanych
a teraz…

Teraz mistrz Twardowski
każdej nocy 
granatową farbą
zamalowuje jej oblicze
aż nareszcie 
nie wypatrzymy jej ludzkim wzrokiem
a Celestynka zaśnie na czas nowiu
jak mówią uczeni
stanie się to dzisiaj 21 sierpnia
o godzinie 20:31:34.

Mniej więcej na pół godziny
przed dwudziestą pierwszą
poeci nie napiszą wiersza
o srebrnym blasku oczu Celestynki 
nie napiszą o księżycu.  

[21.08.2017, Kościelisko]

SPRAWA (1)

Aspirant Dariusz G. świetnie zapowiadający się policjant pełniący wzorowo swoje obowiązki na komendzie policji w dzielnicy M. dużego, bardzo dużego miasta, obudził się tego dnia wcześnie i popijając poranną kawę siedział przy stoliku w kuchni na swoim stałym miejscu w pobliżu lodówki.
Wyrwany przez natrętne, połączone z sennymi majakami myśli, aspirant zastanawiał się, co może łączyć Elżbietę Z., mężatkę lat trzydzieści sześć, dwoje dzieci: dziewczynka lat 11, chłopiec lat 8, pracującą jako kasjerka w supermarkecie przy ulicy P. w tymże bardzo dużym mieście ze studentem drugiego roku polonistyki uniwersytetu …-skiego, lat dwadzieścia jeden, którego, nawiasem mówiąc, widywał często późnym popołudniem i wczesnym wieczorem, kiedy to spotykali się na osiedlu L. w czasie, gdy aspirant G. wraz z aspirantką M. patrolowali teren należący do ich rewiru. Elżbietę Z. aspirant Dariusz G. również znał z widzenia, kiedy to wraz z żoną robili zakupy w supermarkecie, w którym zresztą zaopatrywali się praktycznie wszyscy mieszkańcy osiedla.
Oczywiście łączenie z sobą tych dwu osób miało swoje uzasadnienie i nie sprowadzało się jedynie do domniemania, że student politechniki… jakże on się nazywa… Zbigniew B… robił, co wielce prawdopodobne, zakupy w supermarkecie i chcąc nie chcąc, był obsługiwany przez panią Elżbietę Z.. Znacznie poważniejszym podejrzeniem odnośnie istoty znajomości tych dwojga ludzi był fakt, iż kasjerka Elżbieta Z. z własnej, nieprzymuszonej woli zgłosiła się na komendę w dwa dni po incydencie, jaki miał miejsce z udziałem studenta Zbigniewa B., (to jest w dniu 15 maja, około godziny 22.35), celem złożenia zeznań w związku z niniejszą sprawą. Aspirant doskonale pamięta to zdarzenie, bo trudno nie pamiętać incydentu, którego było się świadkiem. Mało tego, on sam, doprowadził do ujęcia sprawcy pobicia kierownika supermarketu przez studenta polonistyki Zbigniewa B.. Czynu tego dokonano nie opodal tylnego wejścia do budynku wielkopowierzchniowego sklepu w momencie, gdy kierownik plombował drzwi od zaplecza i miał zamiar oddalić się od swojego miejsca pracy. Sprawca, ukryty za kolumną pozostawionych przed obiektem palet, skorzystał z zaskoczenia i ciemności nocy słabo rozproszonej przez pożółkłe światła pobliskiej latarni, podbiegł od tyłu do przyszłej ofiary, trącił ją w ramię, a gdy kierownik odwrócił się do niego twarzą, ten ulokował na ciele zaskoczonego mężczyzny cztery ciosy: w szczękę, nieco powyżej na wysokości nosa, nad prawe oko i w końcu w okolice wątroby. To ostatnie uderzenie sprawiło, że ofiara osunęła się na asfaltowe podłoże jak miękka, chybotliwa kukła i padła na lewy bok, zajmując pozycję skuloną jak płód w łonie matki.
Aspirant widział moment pobicia, trwający mniej niż piętnaście sekund, lecz z racji odległości około pięćdziesięciu metrów od miejsca zdarzenia, nie mógł mu zapobiec. Ruszył jak z katapulty w stronę napastnika (za min biegła aspirantka M. nie mogąca się zdecydować, czy sięgnąć po kajdanki czy paralizator), a kiedy znalazł się w bezpośredniej odległości przed sprawcą, ten posłusznie wyciągnął ku niemu dłonie, celem ich zaobrączkowania; zdawał się być spokojny, niemal potulny, wręcz dopraszał się zatrzymania, choć podczas ujęcia nie wypowiedział żadnego sensownego słowa.
Zbigniew Z. został następnie przez obojga policjantów doprowadzony na komendę, lecz stało się to dopiero po udzieleniu ofierze niezbędnej pierwszej pomocy i krótkim oczekiwaniu na karetkę, którą przywołała aspirantka M.
Na komendzie student polonistyki …-skiego uniwersytetu złożył zeznania, a właściwie nie złożył, bo odmówił składania wyjaśnień, do czego miał oczywiście prawo i został doprowadzony do izby zatrzymań. 
Aspirant Dariusz G. złożył natomiast protokolarne wyjaśnienia bezpośrednio przed swoim zwierzchnikiem, który w tym dniu rozpoczynał właśnie swój dyżur. Podobnie stosowne wyjaśnienia przedstawiła aspiranka M., po czym oboje wrócili do swoich codziennych obowiązków, penetrując podległy im teren, a zaczęli patrolowanie właśnie od okolic supermarketu. 
Przełożonemu aspiranta Dariusza G. pozostały do wykonania cztery czynności operacyjne: przesłuchanie podejrzanego (miał nadzieję, że nie mając wielkiego wyboru, student dojdzie do przekonania, że nie ma sensu milczeć w tej sprawie), wydobycie zeznań od ofiary, co jednak będzie uzależnione od stanu zdrowia pobitego, odczytanie zapisu z kamer monitoringu oraz dołączenie do akt sprawy dokumentu informującego o wynikach abdukcji poszkodowanego. Dodatkowymi czynnościami, jakie pragnął zlecić podwładnym było wykluczenie lub ewentualne potwierdzenie iluzorycznego na tę chwilę wątku rabunkowego. Wprawdzie według zeznań aspirantów, incydent pobicia kierownika supermarketu nie łączył się bezpośrednio z zagarnięciem mienia, albo próbą zagarnięcia, nie mniej należało rozważyć, czy pomiędzy sprawcą a ofiarą nie doszło w przeszłości do zatargów z kradzieżą w tle, albo też czy pobicie kierownika supermarketu nie wiązało się w jakiś sposób ze stosunkami osobistymi łączącymi obu panów. Oczywiście najłatwiej byłoby zapytać o te szczegóły obu zainteresowanych, ale skoro jeden z nich odmówił składania wyjaśnień, a drugi nie był w stanie ich złożyć, pozostawało z jednej strony czekać, a z drugiej uzupełnić materiał dowodowy o ewentualne informacje przekazane przez osoby trzecie. 
Aspirant Dariusz G. po zrobieniu sobie drugiej kawy (słońce zapukało już purpurowymi promieniami w szyby okien kuchni) był niezmiernie ciekaw, jakimi względami kierowała się Elżbieta Z. przychodząc na komendę. Wcześniej nieprzesłuchiwana (miała wolny dzień, kiedy policjanci zjawili się w supermarkecie, starając się od pracowników marketu dowiedzieć czegoś więcej o ewentualnych stosunkach łączących sprawcę i ofiarę przed zdarzeniem) złożyła, jak się wydaje, wyczerpujące wyjaśnienia przed przełożonym aspiranta. Zapewne wniosły one jakąś dodatkową wiedzę w tej sprawę, wiedzę, której jednak on, Dariusz G. nie posiadał, bo w rzeczonym przesłuchaniu nie uczestniczył, a i też nie wypadało mu dopytywać się u przełożonego, czego konkretnie dotyczyły złożone przez Elżbietę Z. zeznania.
Kilka dni później aspirant Dariusz G. wraz z aspirantką M. odwiedzili przebywającego w szpitalu rekonwalescenta, któremu lekarz prowadzący wyraził zgodę na składanie wyjaśnień na okoliczność pobicia. Wiele się od ofiary nie dowiedziano. Kierownik supermarketu wprawdzie doskonale pamiętał samo zdarzenie, nie mniej jednak nie wysnuwał żadnych, ale to żadnych przypuszczeń odnośnie tego, dlaczego został w tak brutalny sposób potraktowany przez sprawcę. Czy go znał? Czy widział go przedtem? Patrząc na okazane mu fotografie Zbigniewa B. owszem, przyznał, że twarz sprawcy pobicia wydaje się mu być znana, ale jeżeli go widywał wcześniej, to mogło mieć to związek z robionymi przez studenta w supermarkecie zakupami, ot młodzieniec był pewnie jednym z tysiąca klientów marketu, choć, prawdę powiedziawszy, kierownik wcale nie był w stu procentach przekonany, że tę twarz rozpoznaje, raczej przypomina mu ona kogoś, kogo widział, ale z całą pewnością nie zamienił z nim ani słowa.
Dariusz G. nie miał też wglądu w treść dokumentu obdukcji, który niezwłocznie dotarł na komendę. Gdyby poznał przekazane w nim informacje o stanie zdrowia poszkodowanego bezpośrednio po incydencie, byłby podobnie jak i jego przełożony zaskoczony tym, jak w niecałe piętnaście sekund można dokonać tyle uszczerbków na stanie zdrowia dorosłego mężczyzny. Pęknięta szczęka, wybita dolna czwórka, fatalne złamanie komory nosowej, pęknięty łuk brwiowy wraz z rozcięciem powieki nad gałką oczną oraz, przy okazji, potężny krwiak pod okiem, a trzeba pamiętać, że stało się tak w wyniku zaledwie trzykrotnego uderzenia gołą, zaciśniętą pięścią; czwarty cios, jak sobie przypominał, ugodził ofiarę w wątrobę.
Studenta oczywiście sprawdzano na okoliczność jego zachowania, prowadzenia się, problemów psychicznych, życiowych i uczelnianych oraz ewentualnego zaangażowania w sporty walki - droga donikąd. Nienotowany, spokojny, opanowany, grzeczny i kulturalny, żadnych kłopotów w nauce, z dobrej rodziny, lubiany, towarzyski, choć nieutrzymujący ze studentkami kontaktów innych poza, rzekłoby się, roboczymi, związanymi z codzienną żmudną studencką pracą; długie godziny spędzał w uniwersyteckiej bibliotece i stąd późne powroty na kwaterę, zapalczywy, ale dotyczyło to w głównej mierze obrony swych racji w akademickich sporach. A starsze małżeństwo, które oddało mu do dyspozycji wcale przyjemny pokój z oknem wychodzącym na ogródki działkowe, nie mogło uwierzyć w agresję młodzieńca.
- To wprost niemożliwe - słowa starszego pana. - Uczynny, chętnie porozmawia, pośmieje się z nami, czasami zrobi zakupy, pilny, światło pali po nocach, ale to zrozumiałe, pozwalamy, złego słowa od niego nie usłyszeliśmy, z opłatami nie zalega, a w niedziele to razem jemy obiad, bo traktujemy go jak własnego wnuka.
- A jednak uderzył, pobił - pomyślał aspirant. - Dlaczego?
Nie będzie to chyba zaskoczeniem dla nikogo, jeśli powiemy, że w ostatnich dniach Dariusz G. wiele myślał o tej sprawie, o osadzonym w areszcie śledczym Zbigniewie B, o kasjerce, o motywach sprawczych czynu, jakiego dopuścił się student polonistyki. Przedsięwziął nawet w tym celu pewne niezgodne z regulaminem plany. Umyślił sobie, że spróbuje dowiedzieć się osobiście, co kierowało sprawcą pobicia, a jedyną drogą, na którą mógł wstąpić, aby cel swój urealnić, było uzyskanie pozwolenia na widzenie z przetrzymywanym. Dariusz G., choć obeznany w procedurach prawnych, naiwnie sądził, że znajomy pracownik aresztu śledczego w randze kapitana, a zatem szycha, przymknie oko na przepisy i umożliwi mu stanięcie oko w oko z przestępcą. Nic z tego.
- Kochany - wyrzekł te słowa kapitan pełniący akurat dyżur w areszcie do ubranego po cywilnemu Dariusza - w żadnym wypadku nie mogę ci pomóc. Chcesz poznać kluczowy powód? Proszę. Delikwent milczy jak zaczarowany. Nie można wydobyć z niego słowa, choć ponoć jako student jest wygadany. Zaparł się i trzyma język za zębami. Powiem ci, że z tego właśnie powodu prokurator zastosował wobec niego areszt, bo mając tak dobrą opinię ten chłystek równie dobrze mógłby odpowiadać z wolnej stopy, jedynie musiałby się co jakiś czas meldować u ciebie na komendzie. I wyobraź sobie, że nawet ten fakt nie trafia do niego, aby zmienił swoje postępowanie.  
Czas jakiś gawędzili sobie obaj na tematy dobrze im znane, na temat pracy, bo jeśli nawet wśród rozmawiających z sobą przedstawicieli organów ścigania, więziennictwa czy sprawiedliwości, jeden z rozmówców jest po cywilnemu, to i tak tematem ich rozmowy będzie praca.
 I wtedy do gabinetu urzędującego w nim kapitana weszła ona - Elżbieta Z.. Niespeszona obecnością gościa w cywilnym ubraniu dopraszała się… widzenia z oskarżonym studentem, a w plastykowej torbie, jaką z sobą przytargała, było starannie zaklejone pudło, które zamierzała przekazać przetrzymywanemu.
Kapitan, nie pytając się kim jest ta kobieta wobec Zbigniewa B., bez irytacji, a nawet z uśmiechem przekazał Elżbiecie Z. tę samą informację, którą wcześniej nie ucieszył aspiranta. Jedyne, co mógł dla niej zrobić to wyrażenie zgody na dostarczenie do celi więźnia przyniesionej przez kobietę paczki, którą, rzecz jasna, kobieta musiała przy nim rozpakować, co z chęcią i pośpiesznie zrobiła. Kapitan, stwierdziwszy, że w paczce znajdują się oryginalnie zapakowane artykuły spożywcze i nie dostrzegłszy ingerencji w ich konsystencję, przywołał telefonicznie podwładnego, polecając mu przekazać przyniesione rzeczy Zbigniewowi B. bezpośrednio po kolacji.
- Proszę, niech pan mu powie, że to jest ode mnie, kasjerki, będzie wiedział od kogo - poprosiła Elżbieta Z. odchodzącego z rozpakowaną paczką podoficera i były to jej ostatnie tego dnia, poza pożegnaniem, słowa, które usłyszeli także kapitan i ubrany po cywilnemu aspirant.
- Widzisz jak ciekawa to sprawa? - wyrzekł Dariusz G., kiedy pozostali w gabinecie sami.
Kapitan przyznał mu rację.
Aspirant Dariusz G. dopijając drugą kawę, nie podejrzewał, że w chwili, gdy odkładał na blat kuchennego stołu pusty kubek po wypitej kawie, za jego plecami stała żona, która zwykle budziła się wcześniej niż on. Trzeba było widzieć jego zaskoczenie graniczące z raptownym przestrachem, co, prawdę mówiąc, nie powinno się przydarzać policjantowi.
- A ty myślisz i myślisz, i głowa ci puchnie od tej sprawy. Wyluzuj i zacznij normalnie funkcjonować - słowa żony miały go uspokoić.
- Po prostu się zastanawiam i tyle.
- Nie zmienisz spraw, na które nie masz wpływu, a dodatkowo nawalisz w robocie i wyślą cię do pałowania kiboli przed, w trakcie i po meczu futbolowym.
Żona aspiranta Dariusza G. miała teoretyczne podstawy, aby wypowiedzieć się w ten sposób. Służba w organach ścigania obfitowała bowiem w liczne, nie zawsze sympatyczne niespodzianki. 

[10.08.2017, Campingeulles Les Grandes we Francji]

20 sierpnia 2017

OSTATKI (1) - W DESZCZU

Już za Łodzią zaczęło nieśmiało padać, a za Piotrkowem ośmieliło się do tego stopnia, że strugi ulewnego deszczu popłynęły z centralnej Polski aż do gór.
Mam pradawne wspomnienia z wycieczki do Zakopanego, podczas której nie udało mi się zauważyć ani jednej tatrzańskiej góry z powodu zalegającej nad Tatrami mgły, potem mżawki.
Zanosi się na to, że w nieodległym od stolicy polskich gór Kościelisku będzie podobnie, bo, jak dotad, niedostatek wiatru nie zapowiada rychłej zmiany. 
Ale narzekać nie wypada, zwłaszcza że pensjonat, w którym mam spędzić krótkie wczasy wraz z żeńską, przeważającą częścią rodziny wygląda okazale. Warunki komfortowe: dwupoziomowy, przytulny apartament z aneksem kuchennym, łazienka z podłogowym ogrzewaniem, balkon zerkający na zachodnie Tatry (póki co ich nie widać), dostęp do wifi, telewizor, a poniżej basen, parking ze swobodnym dojazdem i prześwietne okolice obiektu, i tylko deszcz od wczoraj daje się we znaki do tgo stopnia, że sobotę spędzi się w apartamencie z przerywnikiem na zrobienie najpotrzebniejszych zakupów.
Taki oto widok (w dwu wersjach) występuje, gdy wejdzie się na balkon:


oraz w pewnym zbliżeniu...

Adelka z kolei za nic sobie ma kaprysy aury. Jeden jedyny raz udało mi się to "żywe srebro" ustawić w pozycji nadającej się do zrobienia jej zdjęcia...

[20.08.2017, Kościelisko]

19 sierpnia 2017

ILUSTRACJE

A oto "dom" w niecałej swej okazałości, właściwie jego wnętrza.
"Dom" przestał istnieć dla firmy w dniu 17 sierpnia 2017 roku.
1) poniżej fragment pokoju kawiarennika - podróżnika, z materacowym łożem, tudzież kominkiem.


2) tenże sam pokój z innej strony z nieczytelnie białym moim łożem w samym prawym dolnym kąciku. Tu trzeba dodać, że ten akurat pokój ma strukturę dwupoziomową, podtrzymywaną przez drewniane bale, które sięgają stropu.  
Zdjęcie w niedostateczny sposób to uwzględnia.

                                     

3) nad kominkiem w zbliżeniu taka oto afrykańska para na łodzi.


4) okno "mojego" pokoju patrzy na ogrodową altanę

5) widok z korytarza - po prawej "mój" pokoik, po lewej m.in. "małego Jacka. 

6) w pokoju "małego Jacka" jest taka oto szafa z lustrem dla dam pudrujących sobie nosek. 

7) a oto pokój trzeci i łoże, na którym sypiał "duży Jacek".


8) to nieudane zdjęcie zrobiono z wnętrza jednej z łazienek.
Obiektyw skierowano na lustro, w którym odbija się skąpo odziana, szczuplutka murzyneczka. Całe szczęście, że jest ci ona z materii drewnianej.




9) i jeszcze powrót do pokoju "dużego Jacka". Bliższe łoże - fragment -należało do Sebastiana. 


10) i na zakończenie fragment żywopłotu - po prawej - w ogrodzie 

  [19.08.2017, Dobrzelin]


17 sierpnia 2017

ŚWIĘTA MARIA MAGDALENA OD SZOSY 6.

Nie chciała się z godzić na to, abym zasponsorował zakupy, ale postawiłem na swoim. Miałem dziką satysfakcję z tego powodu. Wszystko można mi zarzucić, ale nie skąpstwo. Prawda jest też taka, że łatwo nie być skąpym, kiedy na koncie ma się trochę grosza. Chyba jednak chodziło w tym wypadku o coś zupełnie innego. Może, kiedy powiedziało się „a” należało… albo w grę wchodził mój egoizm… że chcę i mogę sobie pozwolić na luksus sprawienia komuś przyjemności, ale przyjemności właśnie tej kobiecie, która zaprogramowana była na dawanie przyjemności innym. W żadnym przypadku nie nazwałbym swojej postawy wobec Magdaleny naiwnością połączoną z altruizmem. Jeżeli już poszukiwać motywów, które mną kierowały, zabierając ją z szosy, oferując nocleg, pieniądze za niespełniony układ pomiędzy nami i teraz wykładając z własnej kieszeni nie tak wielką wprawdzie, ale jednak, sumę konieczną do tego, aby ubrała się nie tylko tak, jak to dotychczas miało miejsce, na potrzeby przelotnej znajomości z mężczyznami, ale aby bez kłopotliwych spojrzeń, a może i drwin, przejść się po mieście, to nazwałbym swoje postępowanie nieszkodliwym kaprysem i uczyniłbym tak nawet wobec mniej atrakcyjnej kobiety, ba, nie tylko kobiety, ale kogoś, kto w spontanicznym spojrzeniu, jakie skierowałbym na niego, zyskałby w moich oczach odruch sympatii. 
Rozumiałem jednakowoż jej zaskoczenie, niezrozumienie tej sytuacji, w której zdawała się być jedynie pionkiem na szachownicy, któremu wyznaczyłem rolę rozpoczęcia partii, lecz jednocześnie dawałem mu zabezpieczenie ze strony skoczka i laufra, tak aby przeciwnik nie poważył się na zbicie piona, gdyż groziłoby to szachem królowej. A jednak pionek pozostaje pionkiem, wiedziała o tym i miała prawo sądzić, że prędzej czy później może zostać przeze mnie poświęcona dla wygrania całej partii. Słyszę w myślach jej pytanie:
- Człowieku, w co ty ze mną grasz?
To prawda, grałem, grałem ambitnie, bez skrupułów, obmyślałem jakiś wariant powolnego, okrążającego ataku, odbierając jej szansę na przeprowadzenie kontrakcji, chciałem odnieść bezapelacyjne zwycięstwo, oczekując na to, aż w końcu rozłoży bezradnie ręce i powie: - przegrałam, przemyślnie zdobyłeś władzę nad Świętą Marią Magdaleną od szosy i nie mam już sił, ani chęci, aby powrócić do stanu przed wojną, jaką mi wypowiedziałeś.
- Czy teraz będę mogła zadzwonić? - zapytała.
Skwer przed ratuszem. Siedzimy na niebieskiej ławce tyłem do budynku rajców miejskich. Przed nami fontanna. Po lewej i po prawej stronie, także naprzeciwko - ławki: niebieskie, seledynowe, brązowe i żółte; na nich głównie matki z dziećmi, babcie; starsze dzieci przyklękają lub siadają na niewysokim, szerokim, kolistym obramowaniu wodotrysku, wystawiają opalone rączki na mgławy, ubrany w kolory tęczy prysznic drobniutkich kropelek chłodnej wody, a kiedy silniej zawiewa wiatr, falujący sprej mżawki moczy dziecięce główki, zrasza ubranka; dzieciaki wstrzymują wtedy oddech, piszczą, hałasują, a ich opiekunki obserwują te wodne igraszki najpierw z niepokojem, lecz potem kiwają tylko głowami, wybaczając swym pociechom te harce, wiedzą, że w taki upał nic złego się nie stanie, a z ubranek wilgoć wyparuje zanim opuszczą skwer, udając się do domów na obiad.
Podałem jej telefon. Wystukując numer przesunęła się na ławce na odległość nie większą niż długość wyciągniętego ramienia.
Kolorowa piłeczka nie większa niż pięść dorosłego mężczyzny potoczyła się w moim kierunku i zatrzymała pomiędzy stopami, obutymi w adidasy. Dziewczynka licząca nie więcej niż pięć lat podbiegła do mnie i przystanęła ze wzrokiem utkwionym w swoją zgubę; potem uniosła głowę i spojrzała w moje oczy niepewnie, niemal żałośnie. Kiedy rozchylałem usta, próbując wydobyć ze swej twarzy uśmiech, zwróciłem uwagę na to, że i ona robi do mnie uśmiechniętą minę i tylko jej wyciągnięta ku piłeczce pulchniutka rączka, zdawała się prosić, abym podał jej okrągły przedmiot spoczywający w bezruchu przy moich butach. Schyliłem się i podniosłem to jabłuszko, lecz zanim je oddałem małej, zakrzyknąłem do niej:
- Pogramy?
Podskoczyła, cofając się kilka kroków i wyraziła aprobatę kiwając główką, na której skrzyły się w blasku słońca falujące łany bananowego koloru włosów. Chwilę później staliśmy na asfaltowej ścieżce naprzeciwko siebie. Zaczarowałem piłeczkę jakimś niezrozumiałym zaklęciem i rzuciłem ją w stronę dziewczynki w taki sposób, aby po odbiciu piłka trafiła prosto do jej rączek. Udało się. Pogratulowałem. Czekałem na jej rzut. Chyba uwierzyła w moje czary, bo zbliżając piłkę do ust, wyszeptała zaklęcie, po czym cisnęła jabłuszko w moją stronę. Musiałem odchylić się w lewo, ale złapałem.
- Teraz ty! - wykrzyknęła.
Tym razem, po kolejnym zaczarowaniu piłki, poturlałem ją w stronę małej. Chwyciła. I ona też poturlała jabłuszko. Potem nie dbaliśmy już o dokładność podań. Przenieśliśmy się z grą na trawę, a tam… tam pełna dowolność rzutów i ja w roli bramkarza - dwoję się i troję, aby złapać w dłonie kopnięte przez dziewczynkę jabłuszko - to jednak nie daje się chwycić, ucieka, myli mnie, rzucam się w inną stronę, wreszcie podbiegam, łapię, odrzucam i tak dalej.
- Agniesiu, nie męcz już pana - nagle słyszę nad sobą kobiecy głos, pewnie matki. - Ja pana przepraszam, ona cały czas jest w ruchu. Nie da się upilnować.
Wstaję. Otrzepuję dłońmi spodnie. Spoglądam to na dziewczynkę, to na jej matkę; katem oka dostrzegam, że Magdalena przestała rozmawiać przez telefon i patrzy na mnie rozbawiona, a oczy jej mówią: - wariat.
- Dzieci powinny mieć dużo ruchu, a i mnie się przydało - mówię do matki dziecka.
Kobieta poprawia córeczce włosy, podciąga jej spódniczkę.
- No, Agniesiu, podziękuj panu za grę.
- O, nie. To była nasza wspólna przyjemność - mówię i przybijam z małą dłonie.
Odchodząc, dziewczynka odwraca jeszcze głowę, patrzy w moją stronę i macha do mnie ręką. Piłeczkę o zapachu jabłuszka matka schowała do przewieszonej przez ramię torby.
Wracam na ławkę do Magdaleny.
Oczekiwała, że zapytam ją o treść rozmowy. Nie pytam. Wiem, że sama powie.
- Świetnie się bawisz z dziećmi - skomentowała moją zabawę z małą.
- Dziękuję. Też potrzebuję ruchu. W moim wieku…
- W twoim wieku. Przestań. Rozmawiałam z nią.
- Pozytywnie?
- Rozmowa? Tak, pozytywna.
- Byli u niej?
- Tak. On był.
- Przestraszył ją? Nastraszył?
- Staruszka boi się tylko Boga. Powiedziała prawdę, że nie wie gdzie jestem, że mnie nie było u niej i nie wie, kiedy wrócę.
- Nie przeszukał mieszkania? Uwierzył jej na słowo?
- Był podejrzliwy, ale poprzestał na pytaniach o mnie. Nie powiedziałam jej tego, ale mimo wszystko boję się o nią. Nie sądzę, aby mieli jej zrobić krzywdę, ale nie z jej winy postawiłam ją w trudnej sytuacji.
Przerwała.
- Adamie, będę musiała do niej pojechać. Nie dziś i nie jutro, ale muszę, rozumiesz?
- Rozumiem. Pojedziemy tam razem.
Nawet się nie sprzeciwiła. Wiedziała, że nie blefuję i pewnie pomyślała sobie, że wciąż jest pionkiem w mojej grze, ale nie miała pojęcia o tym, że z każdą chwilą przestawała nim być. Z każdym posunięciem rosła jej ranga i znaczenie.
Wróciliśmy do letniskowego domu mojego szefa, kupując po drodze spożywcze drobiazgi. Psy poznały dobrego człowieka. Mówię o niej. Ją najpierw dopadły i przywitały z radosną fantazją, ocierając się pyskami o jej podbródek. Mnie dla porządku również przywitały, statecznie, mniej wylewnie.
- Teraz czas na niespodziankę - pomyślałem.
Wbiegliśmy na górę. Tak, ona też zrozumiała, że powinna uchylić rąbek tajemnicy. Weszła do siebie. Robiłem w aneksie kawę. Oderwała mnie od tej pracy. Wezwała do siebie. Poszedłem za nią. Na idealnie pościelonym łóżku, równym jak stół, leżała jasnobrązowa, starannie przycięta, wyprasowana kartka pakowego papieru wielkości brystolu A3. Odwróciła go.
Na krześle z wiklinowym siedliskiem i oparciem, za jasnoorzechową, tu delikatniej wyrysowaną, z drewnianych listewek zbitą balustradą, w półświetle nocy, w dżinsowej kamizelce z zasuwanymi na ekspres kieszonkami siedziałem ja, prawym profilem zwrócony ku patrzącej, jak wtedy, jak wczorajszej nocy, poważny i skupiony, z lekko rozchylonymi wargami, z ciepłym spojrzeniem, ze szronem na skroni, z pociągłą twarzą zakończoną ostrym, okrytym półcieniem podbródkiem, z oczami zbyt pięknie jak na mężczyznę osadzonymi pod nawisem krzaczastych brwi, z nosem ani wielkim, ani zbyt małym, lekko spłaszczonym, z lustrzanym odbiciem rzeczywistego nosa, z policzkami, na których kiełkuje dwudniowy, popielaty zarost… to rzeczywiście ja narodzony z prostych i półokrągłych kresek rysika miękkiego ołówka, kresek rozszczepianych, rozmywanych, pocieranych opuszkami palców, ja pomieszczony w światłocieniu tła nocy zroszonej smużącymi się pasemkami rozświetleń wygładzających kontury twarzy, ramion… i tylko ułożenie nóg za drewnianą barierką utkwiło w bliskiej czerni ciemności.
Ja, który nie znosiłem swego wyglądu utrwalonego na fotografii, z miejsca polubiłem siebie na tym portrecie z węgla, nadrealnym, zbyt starannie sporządzonym, nadzwyczaj szczegółowym.
- Masz niezwykły talent - pochwaliłem ją i nie było to z mojej strony kurtuazyjne oświadczenie, chęć sprawienia jej przyjemności, a sobie danie satysfakcji z tego powodu, że dzięki temu rysunkowi mogę wreszcie zobaczyć siebie takim, jakim chciałbym się widzieć. Mój podziw nieuchronnie szedł w parze z moimi zainteresowaniami, z pracą, w której miałem przecież do czynienia z rysunkiem, a fascynacja techniką pociągnięć ołówkiem Durera czy Leonarda da Vinci wydawała mi się najdoskonalszą formą tego typu wypowiedzi. Dodatkowym argumentem przemawiającym za tym dziełem - nie waham się wypowiedzieć tego słowa - było to, że w czasie rzeczywistym nie służyłem jej jako model, a więc musiała mnie zapamiętać, moją twarz, ułożenie ciała, musiała zachować w pamięci igranie światła i cienia, a potem sprawnością swych rąk odebrać z mózgu utrwalone w nim informacje… a wtedy przecież rozmawialiśmy z sobą i nie wydawało mi się, że Magdalena w jakiś szczególny sposób mnie obserwuje… raczej rozmawialiśmy, słuchaliśmy się nawzajem.
Spostrzegłem w prawym dolnym rogu rysunku podłużną, białą plamę. Przesunąłem po niej wskazującym palcem.
- Tu miał być twój podpis? - zapytałem.
- Nie. Kilka słów skierowanych do ciebie napisanych mikroskopijnym tekstem. Starłam je.
- Nie pytam dlaczego. Szkoda.
- Może je kiedyś jeszcze napiszę do ciebie… a może… powiem.
- Będę na nie czekał.
Odwróciła rysunek. Zrobiła to w taki sposób, jak chciałem - delikatnie, nie mnąc papieru.
- A teraz napiłabym się kawy. Aha, w jednej z toreb jest prezent dla ciebie.
- Tak?
- Sama nie palę, ale lubię jak mężczyzna pachnie cygarami. Kupiłam ci taką wodę po goleniu.
- Kupiłaś? Kiedy?
- Jak byliśmy w mieście.
- Nie zauważyłem.
- Wreszcie jestem w czymś lepsza od ciebie. Bardziej spostrzegawcza.

[12/13.08.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja]