Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

30 listopada 2015

Francuscy Łącznicy JEST SUPER

ŻYCIE WYSZŁO Z WODY

Zebrało się na wspomnienia. Jest listopadowo, nostalgicznie. Czy jest prawdą, że takie nagłe zagłębianie się w przeszłość oznacza, że niedługo....?
No może nie... Jak to powiedział Woody Allen? Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach na przyszłość.
A więc dostałem od znajomej w mailu link do dobrzelińskich stawów, poniekąd moich, bo nad nimi się wychowywałem i strasznie gorzkie ziółko ze mnie wyrosło. Na tej stronie było między innymi takie oto zdjęcie:


Dobrzelińskie stawy dzielą się na "górne" i "dolne"; są trzy górne i pięć dolnych. Ten powyżej, pochodzący z kolekcji pani Barbary Marciniak nazywany był "poniemieckim", a z mostkiem po prawej stronie znajdowała się tzw. "rzeka", wąski, podłużny staw o długości około 800 metrów.
Po lewej stronie usytuowany był kolejny staw, a za nim, połączony z "rzeką" tzw. "przerwą" jeszcze jeden, gdzie zwykle się kąpano. Te cztery stawy były (i są) połaczone z sobą. 
Jest jeszcze jeden, niezależny, w kształcie kwadratu, zwany "hodowlanym". Ten wodny akwen "wyrósł" razem ze mną - byłem dziecięcym świadkiem jego "budowy". Charakteryzuje się tym, że jest najgłębszy (do 7 metrów) oraz, co nie jest już powodem do dumy, jego wody przytuliły na zawsze największą liczbę topielców.
A teraz "górne" stawy. 
Wspiąłem się zatem wysoko... bardzo wysoko


Z lotu ptaka dokładnie widać u dołu najmniejszy staw przylegający do cukrowni i powyżej kolejny w kształcie równoległoboku z zaokrąglonym rogiem. Ten drugi nigdy nie był zarybiony, a jego wody wykorzystywane były w procesie technologicznym produkcji cukru. Trzeci staw w kształcie nieforemnego prostokąta sąsiaduje z domem - kamienicą mojego dzieciństwa. Tak, tak, ten obwiedziony czerwoną elipsą budynek to mój dawny dom (obiekt w kółeczku po prawej stronie to cmentarz żołnierzy poległych we wrześniu 1939 roku).
No i proszę, dochodzimy więc do mojego domu, kamienicy, tej niewielkiej cząstki cukrowniczej osady zwanej "Mizerkami" (bo mizerota tu mieszkała, czy jak?)
Dawniej ta budowla z przyległościami wyglądała okazalej. Przed kamienicą od zachodu, całkiem spory ganek przylegał do drzwi wejściowych. Tuż obok rosły dwa jesiony. Jeden z nich przetrwał do dzisiaj; drugiego powaliła burza, niszcząc przy okazji ganek.
Dzisiaj "mój dom" wygląda tak:


i tak


Zdjęcia te, niskiej niestety jakości przedstawiają kamienicę od strony północno zachodniej. Ten wyższy, z cegły pobudowany obiekt należy juz do cukrowni i jest magazynem, gdzie oprócz przechowywania w nim cukru dawnymi czasy składowano truskawki a w lipcu i sierpniu rzepak. 
Niestety na zdjęciach nie widać mojego mieszkanka, które ustytuowane było na piętrze, ale od strony wschodniej. W skałd niego wchodziły trzy "przechodnie" pokoje, przedpokój, toaleta z łazienką (po podłączeniu bieżącej wody) i kuchnia. Z trzech okien i z balkonu mogłem obserwować krótki wschodni horyzont z widokiem na ogródki, fabryką i staw.
O ile stawy dolne zwykle przepięknie były zarybione i ten okaz karpia....


wcale nie należał do wyjątków, to w tym stawie górnym, przylegającym do ogródków łowiło się głównie bąki, karasie i kiełbie. 
Najlepiej oczywiście brały bąki. Do tego stopnia, że w godzinę można było nałapać ich z setkę.
No i się zmęczyłem...a jak odpocznę to napiszę...

[Dobrzelin, 30.11.2014]

29 listopada 2015

TAM GDZIE NIE ISTNIEJE CZAS [5]

- Jakie piękne te róże - powitała mnie z uśmiechem, a nie była ani stara, ani młoda, akurat taka właśnie jak trzeba, a i ja nie byłem ani stary, ani młodziutki, taki w sam raz, i drżał mi głos, bo czułem to skrępowanie w jej obecności, zwracałem uwagę na to, co mówię, trzymałem się w pewnym od niej oddaleniu, chociaż zawsze była otwarta i nie wytwarzała zbędnego dystansu pomiędzy sobą a mną. Dopiero kiedy usiadłem na stylowej, ponad stuletniej kanapie, a ona zrobiła herbatkę i podała ciasteczka, poczułem ulgę… i wtedy zapytała mnie, czy przeczytałem w końcu „Nad Niemnem”.
- O, tak, przeczytałem, kilka razy przeczytałem i obejrzałem kilkukrotnie film, i bardzo mi się spodobał tekst i obraz, i przeszedłem przez te opisy przyrody, i w ogóle…
- Jak ja się wtedy zawiodłam na tobie - powiedziała - musiałam ci postawić ocenę niedostateczną. To chyba jedyna, jaką ci postawiłam.
A powiedziała to „musiałam” w taki sposób, jakby żałowała tego, że stawiała mi dwóję. Ale skąd mogła wiedzieć, że w końcu to „Nad Niemnem” przeczytam i będzie mi się podobało.
Jaka ta herbatka smaczna. Jaka smaczna.
A było to tak, że opowiadam treść, opowiadam, i szło mi niezgorzej, i w pewnym momencie mówię:
- Pani profesor, ja nie przeczytałem książki.
O, tak, była zdziwiona, bardzo zdziwiona, bo przecież słuchała mojej opowieści, mojego streszczenia i szło mi dobrze, nadzwyczajnie dobrze.
- Ty nie przeczytałeś?
Wtedy zanurzyłem się w wannie napełnionej wstydem.
- Ale innym razem, pani profesor, podarowała mi pani dwie piątki - przypomniałem - za „Lorda Jima”.
- Tak, Pawełku, pamiętam. „Lord Jim” jest o honorze człowieka. Lubiłeś rozmowy o honorze człowieka.
No po prostu rozgadaliśmy się.
- I lubiłem Żeromskiego. Bardzo. Tych „Ludzi bezdomnych”, szklane domy. To przecież pani profesor podsunęła mi problematykę moralności bohatera utworów Żeromskiego. Całego przeczytałem, wie pani.
- I całkiem dobrze napisałeś te pracę… naprawdę dobrze, Pawełku.
Skusiłem się na jeszcze jedno ciasteczko, a ona patrzyła to na mnie, to znów na ten bukiet róż, który wsunęła do wazonu. Róże pachniały, a zegar na komodzie nie miał wskazówek, tylko tykał.. tyk, tyk, tyk.
- To pani profesor prosiła, abym przygotował interpretację „Dziewczyny” Leśmiana, pamięta pani? Boże, co to za wspaniały tekst. A „Dżuma”? a „Mały Książę”? a Jesienin? To przecież pani mnie ukształtowała.
A ona ochraniała wzruszenie szybkami okularów, które wykorzystywała do czytania i towarzyszyła mi skubiąc ciasteczka… a jej mąż był w kuchni i tylko co jakiś czas się pojawiał w drzwiach i widać było w jego spojrzeniu sympatię.
- A gdzie jest twoja mama? Przyszedłeś z nią, a jej nie ma - powiedziała.
To wtedy powiedziałem jej, że moja mama postanowiła, abym przyszedł sam, bo muszę się nauczyć się samodzielności i nie powinienem być taki nieśmiały.
Ale byłem, długo potem byłem.
I było mi przykro, jak któregoś dnia obudziłem się z tym niepokojem w sercu, z tym dziwacznym smutkiem i rozczarowaniem, z tym przeświadczeniem o nieuchronności końca systemu pewnych wartości, które wystrugała dla mnie pani Zofia… ale przecież nie mogłem mojej pani profesor powiedzieć, że ten świat, który malowała dla mnie, nasycając go wszystkimi odcieniami kolorów tęczy, że ten świat już nie istnieje, i że pani Zofii już w nim nie ma, bo byłaby zdenerwowana i zniesmaczona tak po prostu w nim żyć, tak jak onegdaj zniesmaczona był swoją nieobecnością na części lekcji; tak, tak Ona spóźniła się  a kiedy weszła do klasy, to gorąco nas przeprosiła za tę nieobecność, jaka nie powstała przecież z jej winy.
Zmieniłem temat i zacząłem jej opowiadać o tym, dlaczego znalazłem się w miejscu, w którym czas nie istnieje; opowiedziałem o wszystkim, o matce i ojcu.
I wtedy przytuliła mnie mocno do siebie, a nie wiem, czy miałem wtedy roczek, na pewno nie półtora, a ona wciąż przytulała się do mnie i nawet pocałowała mnie w czoło, a ja po tym pocałunku bardzo szybko urosłem i pomyślałem sobie, że przydałyby mi się teraz okulary z takimi ochronnymi szkiełkami.
Zanim wyszedłem, przeprosiłem ją za to, że nic a nic nie wiedziałem o jej śmierci, a wcześniej o śmierci jej męża, że nie pomogłem jej, kiedy była chora.
- Ale obiecuję pani profesor, że ilekroć będę odwiedzał moich rodziców, zajrzę i do pani - zapewniłem panią Zofię.
- Dobrze, Pawełku, będę czekała na ciebie - odparła  a teraz, bardzo cię proszę, Pawełku, odnieś dziennik… jestem zmęczona i chciałabym się położyć.

[Dobrzelin 29.11.2015]

27 listopada 2015

PRZYJACIELE MOICH RODZICÓW

Zaczęło się od wpisania w wyszukiwarce nazwiska, swojego nazwiska, choć szukałem informacji nie o sobie a o moim stryju. Nagle pojawiło się zdjęcie, które jakbym skądś znał.


Zdjęcie przedstawia trzy osoby grające w brydża. Prawdopodobnie autorem tej czarno-białej fotografii jest czwarty z graczy. Niby zwykła, niewiele mówiąca scenka, zawierająca jednak drobny szczegół. Osobą siedzącą pośrodku rozgrywającą „ze stołu” jest moja matka, Jadwiga Pogorzelska. Po jej prawej stronie siedzi Barbara Młochowska, a naprzeciwko pani Basi rozpoznałem swego ojca, też Andrzeja, z bujną czupryną. Jest pierwsza połowa lat sześćdziesiątych, a więc mogę nie znać okoliczności powstania zdjęcia. Wiem jednak, że moi rodzice grają „na wyjeździe”, to znaczy u państwa Młochowskich, w moim rodzinnym Dobrzelinie.
Państwa Młochowskich znam z nieco późniejszych lat, choć pamiętam ich jak przez mgłę. Wiem, że przyjaźnili się z moimi rodzicami i grywali z nimi w brydża, ale też prawdopodobnie spędzali wspólnie niektóre urlopowe wakacje, jeździli na wycieczki organizowane przez cukrownię i bardzo możliwe, że chodzili razem na sylwestrowe bale.
Powyższe zdjęcie pochodzi ze osobistej strony pana Stanisława Zbigniewa Młochowskiego, strony internetowej poświęconej jego rodzinie. W zakładce „Przyjaciele” pojawili się moi rodzice. 
Pod wspomnianym zdjęciem pojawia się notka informująca o śmierci mojego ojca, 30 czerwca 1998 roku; gdzie indziej pan Zbigniew umieszcza świeczki jako wyraz pamięci o moim ojcu i czworgu innych jego przyjaciół.
Kolejne dwa zdjęcia:

i


prawdopodobnie zostały wykonane tego samego dnia, o czym świadczą kreacje obu kobiet. Tym razem przyjaciele posilają się kawą i koniaczkiem, zapewne w antrakcie gry w brydża.
Pan Młochowski był inżynierem, a pani Barbara prawdopodobnie pracowała w biurze z moją matką. Była to zatem znajomość zawarta w biurze przez obie kobiety, albo przez mężczyzn w pracy lub, też tak mogło być, podczas wędkowania.
Nie wiem ile lat trwała ta znajomość, która skończyła się, gdy państwo Młochowscy wyjechali z Dobrzelina. Cóż… takie było cukrownicze życie. Moi rodzice trzykrotnie mieli propozycję zmiany miejsca pracy i zamieszkania. Nie zdecydowali się… i może dobrze, bo dwie cukrownie spośród trzech, gdzie mogli się przeprowadzić, już od wielu lat nie istnieją.
Koniec bezpośredniej znajomości nie oznaczał zupełnego zerwania kontaktów. Była wymiana listów i wizyta państwa Młochowskich u nas, na „starych śmieciach”; były też telefony. 
Strona Zbigniewa Młochowskiego zakończyła swój byt wraz ze śmiercią przyjaciela moich rodziców, co miało miejsce w maju 2010 roku. Moja matka z kolei zmarła w roku 2013. Mam nadzieję, że jeszcze żyje pani Basia.
Kiedy tak patrzę na te zdjęcia czuję wzruszenie, czemu chyba nie można się dziwić i mam takie dziwne przeświadczenie, że jak na przestępców, moi rodzice wyglądali całkiem nieźle.

[Dobrzelin, 27.11.2015]

26 listopada 2015

WIERSZE MIEJSKIE NA ZAKĄSKĘ [Z WYKOPALISK]

A pisało się i chodziło, chodziło i pisało… w wielkim mieście młodości. Pisało się tak:
„Nocna zorza miejskiego życia
już wstała
podniosła żółte oczy
snu obojętne.
Ponad dachy wieczoru
uliczni przechodnie 
stąpają wokół pomnika 
(…)
Gdzieś rodzi się miłość
na naszych niewielu oczach
ukradkiem spod przymkniętych powiek
spoglądamy na obojga
milczących jak księżyc” (…)*

Zdarzało się erotycznie, pod oczywistym wpływem Tuwima, co w Łodzi na ławeczce siedzi, na Piotrkowskiej, zdarzało się eksplodować takimi słowy:
„Coś gna, coś gna
nie wiedzieć czemu
gdzieś tam lgnie
miasto żyjące
nad nim mgła
nad miastem eros
skrzydlata ćma.

Ćma do ćmy leci
sieje ploteczki
obnaża ciało
(dziś panią całą
widziałem nagą
czyż nie?)

Ćma do ćmy:
czemu wyglądasz 
nocą przez okno
a cała naga
piersi ci mokną
potem gorąca (…)” **

Był też czas na bunt futurystyczny:
„Trzynaście liczb w tłumie
po szynach sunie
czerwony tramwaj
w ulicy wypchanej
opodal sklepowej wystawy
staje
czerwona trzynastka
w herbie tej maszyny
pechowa trzynasta
godzina
panie motorniczy
panie motorniczy
niech pan uważa
bo się wykoleimy
trzynasta godzina
do szkół i do aptek
trzynaście lodziarek
nie zdąży do pracy
trzynaście to dziecko
ma lat nie do wiary
zaledwie trzynaście
a młode oczko
już puszcza do starych
samotna trzynasta ulica 
niemal bezludna
tam pod trzynastką
mieszkanie Trzeciaka
panie motorniczy
daj boże zdrowie
tylko pod trzynastkę 
mnie dowieź (…)
Motorniczy podwiózł, choć odczuwał niepokój
(…)
a może trzynastą
zrzucą bombę
trzynaście zamachów
trzynaście dywizji
plotek trzynaście (…)
i w końcu…
(…)
naprzeciw bramy
powóz zatrzymał
spojrzał przerażonymi oczyma
przed trzynastym numerem
co był jeszcze wczoraj
dzisiaj mogiła.” ***

A tuż przed zaśnięciem pierwsze prawdziwe zauroczenie widziane z malutkiego okienka w kamienicy na Wólczańskiej…
„(...) nocy najszczersza
najpiękniejsza 
uwierz że kocham
srebrne włosy kryształków
opadających w ciemność (…)”

wykorzystano fragmenty wierszy:
* „Spacer po mieście”
** „Eros nad miastem”
*** „Trzynastka”
**** „Meteorowa noc”

[Dobrzelin, 26.11.2015]

JEDEN DZIEŃ Z WIELU (szkic)

Ten dzień podobny był do innych, nie taki sam, lecz podobny.
Ledwie słońce zawitało, stary Karpiel poszedł oporządzić dwie świnie, kury puścił na podwórze, zmielonego owsa z pokrojonym chlebem rzucił; aż się zakurzyło, tak pędziły za poranną strawą, nasyciły się, a później ryły pazurami kretowiska i tę połać żyznej ziemi przy obórce, gdzie swego czasu stary gospodarz gromadził obornik.
Karpielowa tymczasem, zanim poszła wydoić poranne mleko, rozmodliła się przyklękając przy obrazku tej, co w ostrej stoi bramie, a modliła się najczęściej o zdrowie dla nich obojga, a jeśli z tym zdrowiem Panu Bogu coś nie wyjdzie, to przynajmniej o śmierć wspólną. Mogłaby wprawdzie prosić o to, aby ją zabrał pierwszą, ale jak tu Bolusia samego na świecie zostawić, a przecież nie będzie prosić, aby jego wziął naprzód.
Sześć jajek jej przyniósł. Odsapnęła. No, nareszcie zaczynają się nieść. Do wieczora z mendel będzie miała, to z tymi, co je chowa w glinianej misie będą trzy mendle, więc jeśli Gawlikowska przyjdzie, to kupi od razu trzy, bo ona do ciast potrzebuje, a takie drożdżowe piecze, że lepszych szukać nie potrzeba.
Boluś z kolei kiedy dawał te jajka, to powiedział, matka, zrób dzisiaj jajecznicę z sześciu. A to go chyba pokręciło, bo z czterech wystarczy, doda się pokrojonych w kostkę skórek chleba, dwie cebule ustruga i na smalczyku ze skwarkami usmaży.
Zlitujże się, z czterech wystarczy, powiedziała, a na kolację ci z tych dwu usmażę ci placuszki z mąką i kaszą manną. Z tłustym mlekiem rozrobię ciasto, dodam pulchnika, żeby wyrosło, ale nie za wiele, żebyś zgagi nie miał. A co do tych jajek, to obliczyłam sobie, że jeszcze pięć mendli, a porządne ci buty kupię na targu, żebyś mi wstydu nie przynosił w kościele na mszy.
Tak i zgodził się, ale zanim zrobiła jajecznicę, poszła wydoić, a krasula tak jakby rozumiała ich potrzeby i dawała sporo mleka, na tyle dużo, że mogli sprzedawać, ba, Karpielowa prawdziwe masło z niego robiła i zanosiła na targ tak jak przed wielu laty, a ci, co się znają na maśle, w trymiga kupowali, bo przecież w sklepach i marketach same podróbki. Będzie z tego mleka, masła i twarogu (też robiła) na światło, na gaz i na rosołowe porcje. Boluś się trochę dziwił, bo przecież mieli własne kurczaki i smaczniejsze by były, nie to co tamte, szprycowane chemią, ale Helenka tłumaczyła, że kurki się niosą, kurczaczki jak podrosną, to też zaczną się nieść i tylko na jakie święto to spróbują własnego chowu. A ty byś świnkę swoją sprzedał? Pewnie, że nie. Czekasz świąt, a w sumie to tak jak dla nas, to na trzy-cztery miesiące mięsa starczy z takiego świniaczka, choć po co nam tyle mięsa? Jeśli go sprzedamy, to pieniążki będą i na prosiaczki do chowu, i na własne potrzeby. A co to za wielkie potrzeby mają, myślała, pewnie, że na prąd, gaz, cukier, sól i mąkę, takie najpotrzebniejsze. Dla Bolusia na piwo co niedzielę, dla mnie na tacę i tyle. Boluś jeszcze emeryturę dostaje, ale taką, że kotu napłakać i wszystko idzie na lekarstwa, i dla wnuczków, jeśli się który pokaże, a przed świętami to cała ta trójka przyjedzie na opłatek, więc trzeba im dać.
Wzięła się Karpielowa za tę jajecznicę. Nakroiła czerstwego chleba, cebuli, zrumieniła ją, dodała chlebka, a to wszystko na tryskającym smalczyku ze skwarkami nabierało smaku. Tymczasem grzało się już mleko w rondelku. Boluś na śniadanie pijał ciepłe. Wsypywał do kubka dwie łyżeczki zbożowej kawy, takiej w drobniutkich granulkach, ocukrzył i, jak mówił, do roboty miał chęć na cały dzień. 
Helenka natomiast w ciepłym mleku rozpuszczała łyżkę miodu i pajdę chleba nakryła tą jajecznicą, bo Boluś zawsze jej zostawiał.
Nie inaczej było i tym razem. Przysiedli jak Bóg przykazał przy stole, pojadali przy włączonym radiu. Jak szły wiadomości, to Boluś tylko „cichaj, cichaj”, mówił, choć Helenka ani się słowem nie odzywała. Przełykał kęs po kęsie i za każdym razem słuchając radiowych wieści mruczał coś pod nosem, wzdychał, a kiedy przełknął to „źle się dzieje” mówił, a tak w ogóle to myślał cały czas o tym wczorajszym telefonie, w którym jeden z wnuczków zapowiedział, że przyjedzie jeszcze przed świętami, bo na, całe ferie z rodzicami jedzie w góry, więc nie podzieli się opłatkiem, jak w zeszłym roku. Myślał też o tym, co też za niespodziankę szykuje córka, czy też jak w zeszłe święta przyjedzie na drugi dzień i tego samego wyjedzie, bo jej to zawsze się spieszy.
Helenka tymczasem myślała, że może by przed świętami oprócz ciast zaczęła też piec własny chleb, bo wyjdzie taniej, tyle że Boluś musiałby ruszt naprawić.
Zjedli w milczeniu.
(…)

[21.11.2015, Brescia we Włoszech]

25 listopada 2015

STARA CIESIELSKA

Stara Ciesielska lubiła wpadać do babci, a później do jego mamy, aby pogadać… ot, takie „kominki”. Ojciec był zły, pamiętał to dobrze, bo kiedy przyszła, zgrzytał zębami, no nie żeby tak naprawdę zgrzytał, ale usta miał zaciśnięte, a oczy jego mówiły:
- Po jasną cholerę tu przyszła? Nie ma nic innego do roboty?
Stara Ciesielska nie miała. Jeden pokój, ten mniejszy, zajmował Marcin, jej syn i on osobiście zajmował się tym pokojem. Pogodny był, uśmiechnięty niemal zawsze. Pracował w fabryce a czas wolny spędzał na spacerach z psem, przepięknym wilczurem, którego trzymał w malutkim domku w ogródku, a pies nigdy nie był na łańcuchu. Jedynie kiedy Marcin brał psa na spacer, to między ludźmi prowadzał go na smyczy, a jeśli wychodzili w pole na łąki nad stawami, to pozwalał Atosowi pobiegać, choć wilczur tak porządnie był wychowany, że nawet puszczony samopas luzem, nikomu by krzywdy nie zrobił. 
Marcin grał też w piłkę nożną w zakładowym zespole, choć nie zawsze załapywał się do pierwszego składu i chociaż dobiegał do trzydziestki to wciąż był sam. Czy to śmiałości do kobiet nie miał, czy co? A szkoda, bo gdyby go jaka chciała, to wcale by nie żałowała, bo Marcin był pracowity, miły i uśmiechnięty prawie zawsze. Aha… i na rowerze jeździł, bardzo często z Atosem, miał najlepsza w okolicy kolarzówkę.
Taki to z niego był samotnik. Nie to co jego starszy brat, Bronek, grubszy, do ojca podobny, lubił jeść, ale tez i pił, i w końcu sobie przygruchał jakąś rozwódkę z miasta odległego o dwadzieścia kilometrów i u niej zamieszkał, opuszczając Ciesielskich pokoje zanim jeszcze stary Ciesielski umarł.
Chłopiec był na jego pogrzebie. Cała kamienica była. A pogrzeb był piękny, z honorami, z orkiestrą, bo stary Ciesielski czymś się tam zasłużył, choć wśród lokatorów uchodził za mruka i jedynie „dzień dobry” mówił każdemu.
A na tym pogrzebie to chłopcu cos do oka wpadło i wyglądało, jakby płakał, ale nie płakał, bo Ciesielskiego znał niewiele.
Ten Bronek, brat Marcina to miał urozmaicone życie. To pewne, że zakochał się w tej rozwódce i od razu zaakceptował jej córkę z małżeństwa, ale często kłócili się, godzili i znów kłócili, ci co ich trochę lepiej znali mówili, że musiała kosa trafić na kamień. Bronek zajeżdżał czasami do matki podpity i w domu jeszcze pił, i jak się położył to by tylko spał i spał, a Ciesielska nigdy nie wiedziała, o co im teraz poszło.
Jak raz, kiedy Bronek był w takim stanie wegetacji, przyjechała z córką jego niby-żona. Całe dwadzieścia kilometrów z miasta przyjechała taksówką, choć autobusy chodziły co trzy kwadranse. Pod sam dom podjechała ta taksówka i kiedy przyszło do płacenia, to ona powiedziała taksówkarzowi, żeby zaczekał, bo za chwile zejdzie mąż i za kurs zapłaci.
A Bronek leżał na łóżku pijany, nieprzytomny i był bez grosza przy duszy, więc co miała robić stara Ciesielska, jeśli nie chodzić „po kominkach”, a taksówkarz czekał i denerwował się.
Przyszła więc do matki chłopca i tym swoim „Boże zachowaj” wszczynała rozmowę, pomstując na partnerkę życiową swojego syna.
- Niech mi pani pożyczy trzydzieści złotych… do emerytury… oddam. 
Matka chłopca oczywiście pożyczyła jej te pieniądze i taksówkarz mógł w końcu odjechać. Nazajutrz wyjechał też Bronek z kobietą i ich dzieckiem. Na pewno musieli się znów pogodzić.
Matka chłopca nie czekała, aż listonosz przyniesie Ciesielskiej emeryturę. Te trzydzieści złotych oddał za nią Marcin.
- Mamcia, kiedy ty w końcu zmądrzejesz? - syn samotnik często zadawał matce pytanie, na które nie oczekiwał odpowiedzi.
Stara Ciesielska w dalszym ciągu chodziła „po kominkach” i coraz częściej opowiadała, jak dobrego ma młodszego syna, i żałowała, że jakoś nie trafia mu się kandydatka na żonę.
- Boże zachowaj - mówiła - jak tu samemu żyć na tym świecie.
I nie doczekała się wesela dobrego syna.
Cała kamienica poszła na jej pogrzeb. 

[13.11.2015, Grabonoš, w Słowenii]

24 listopada 2015

KAPUSTA Z GROCHEM

Kto by przypuszczał, że o tej porze roku w Piemoncie i Lombardii będzie tak mglisto, szaro i ponuro a po drugiej stronie Alp, we Francji,  wręcz przeciwnie: może nie za ciepło, lecz słonecznie. To tutaj, w uroczej Italii najpierw psuje mi się nawigacja i sporą część trasy przejeżdżam „na nosa”, a zatem powoli i czasami błądzę, choć na włoskich drogach, jeśli nie jeździ się autostradami trudno wyrabiać średnią powyżej 50 kilometrów na godzinę. To tutaj, w Mediolanie wyłącza mi się jedyny telefon, do którego pinu oczywiście nie pamiętam. Jedyny numer telefonu, jaki mam zapisany to ten do żony. Obok na parkingu stoi Czech, którego proszę, aby pozwolił mi zadzwonić. Zgadza się, kontaktuję się z domem i otrzymuję pin. Znów Anioł w postaci Czecha i mojej żony uratował moja skórę, bo być za granicą bez kontaktu z kimkolwiek to kompletna klapa, a swoją drogę kolejny raz potwierdziło się, że moja pamięć do zapamiętywania cyfr mieści się w dolnym stanie stanów niskich i trzeba coś z tym faktem zrobić. Onegdaj pisałem o tym, jak to podciągnąłem peżocikiem jakąś czeską ciężarówkę. Czyżby więc teraz nastąpił rewanż?
A będąc we Włoszech często przyglądam się… tu będzie zaskoczenie, bo nie chodzi mi o zabytki, o te kościółki zupełnie inne niż we Francji, o te całkiem przyzwoite, obszerne domy i z gustem zaprojektowane bloki... przyglądam się włoskiemu obuwiu, w czymże to panowie i panie w Italii chadzają. I jestem zauroczony tymi obserwacjami. Doprawdy warto sobie pojechać do Włoch, aby chociaż poprzymierzać sobie buty. I wcale nie mam na myśli tego ekskluzywnego obuwia, choć i takie pałęta się po ulicach, ale o takie zwykłe, do chodzenia. Nie masz chyba drugiego takiego kraju, w którym panowałaby taka różnorodność, taki smak, elegancja, prostota połączona z oryginalnością i funkcjonalnością i dotyczy to obu płci, choć rzecz jasna, panie wiodą prym w kreatywności.
W Słowacji, gdzie przekroczyłem granicę, udając się do Węgier, urzeka znana mi Bratysława, choć mijam ją w pewnej odległości, jadąc autostradą. Ale stolica naszych południowych sąsiadów pięknie wygląda również z oddali, z tym zamkiem na wzgórzu, z rozległym Dunajem, z nowoczesną infrastrukturą. W Słowacji zauważalna jest też mniejszość węgierska, zamieszkująca tereny nad Dunajem, w odległości przynajmniej 50 kilometrów od granicy. Wchodzisz do sklepu i nagle ulegasz konsternacji, bo i panie przy kasie, i kupujący mówią po węgiersku. Godny polecenia jest też słowacki, przepyszny i wcale nie drogi chleb oraz, podobnie jak w Czechach, rogaliki. Na koniec zostawiam sobie urodziwe kobiety, zwłaszcza te, w których krwi płynie domieszka węgierskiej.
I tym sposobem dojeżdżam do Węgier, gdzie też kobiety odznaczają się niebagatelną urodą, choć są raczej niskie. Jasne że z Węgrami nie pogadasz, choć angielski częściowo znają, a już ten chłopak, którego podwiozłem kilka kilometrów, licealista, angielski znał znakomicie, aż byłem zdziwiony. Opowiadał mi o Esztregomie, pięknym historycznym mieście z górującą nad nim bazyliką. Tamże, na rozładunku obserwuję jak pani w biurze uczy stażystkę „odprawiać” kierowców. Zwróciłem uwagę na urodę obu pań… no w końcu jest się facetem, czy nie?
Autostrady w Słowenii, do której wjechałem po raz pierwszy w życiu są najwyższej jakości. Trochę szkoda, że jadę tu głównie autostradami, bo sam kraj wydaje mi się piękny. Tutaj, na parkingu przy autostradzie dowiaduję się o zamachu bombowym w Paryżu. Przypominam sobie, że onegdaj miałem kurs do Paryża całkiem blisko tego miejsca, gdzie islamiści dokonali zamachu. Niedaleko jest arabska dzielnica… brud, smród i ubóstwo… i to całkiem blisko Stade de France. W Słowenii zabieram też dwóch pasażerów. goi Ojciec - kierowca ciężarówki i jego syn. Podwożę ich wprost do firmy transportowej, gdzie pracuje ojciec. Wynika też śmieszna historia. Mój starszy pasażer spogląda na małą buteleczkę, którą pozostawiłem na półce pod podszybiem. Bierze ją za „piersiówkę” i znacząco uśmiecha się do mnie. - Nic podobnego - tłumaczę - nie piję podczas jazdy - i pokazuję mu buteleczkę „Amolu” - tego nie da się wypić - kontynuuję - to na ból zęba, bo przecież za „chińskiego boga” nie pójdę do dentysty (jak każdy facet), kiedy zacznie mnie boleć.
Rozładunek mam w samym niemal centrum Wiednia. Jakoś nie mam oporów przed wjazdem do centrum stolicy Austrii. Zresztą przez Austrię dobrze mi się jedzie. Nie ma nadmiernych korków, także w centrach miast. Ciekawym rozwiązaniem jest pulsujące światło zielone, sygnalizujące że za chwilę nastąpi zmiana na pomarańczowe, jest więc czas na to, aby przyspieszyć przy wjeździe na skrzyżowanie, albo zwolnić. W tejże Austrii, przy załadunku z kolei, jestem obsługiwany w biurze przez sympatyczną i, nie boję się tego określenia, prześliczną młodą Arabkę w szarej burce, która nadto częstuje mnie kawą. To zdarzenie dowodzi tego, nad czym od dawna się zastanawiam, to znaczy, jak często w „opisie przedmiotu” posługujemy się schematem, uogólniając podawane nam i obserwowane przez nas zjawiska. Zaręczam, że nie każda kobieta w burce, nie każdy Arab, nie każdy wyznawca islamu to terrorysta.
Nie mogło na trasie mojej podróży zabraknąć Francji. Tak jest i tym razem. Jadę dobrze sobie znana trasą prze Gap i chociaż nawigacja nawala, po stronie francuskiej czuję się jak u siebie w domu. Znów obserwuję ciekawe zjawisko inwersji: temperatura   na wyżej położonych obszarach niemal o 8 stopni Celsjusza  przewyższa tę, która panuje w dolinach. Niestety i tym razem nie robię zdjęcia pomnikowi alpinisty na stromym podjeździe w Argentine. Czasami tak w życiu bywa, że chcesz coś koniecznie zrobić, lecz jakoś nie masz sposobności; odkładasz to na wieczne nigdy, co Anglicy nazywają: „till cows came home”. Jadę przepiękną, niezbyt technicznie wymagającą trasą do Valence, jedno z moich ulubionych miejsc we Francji, myślę o tym zamachu (wyjątkowo na granicy włosko-francuskiej czekała mnie kontrola dokumentów) i jakoś mi dziwnie, bo zawsze uważałem Francję za najbezpieczniejsze miejsce na świecie.
I znów pora na Włochy, ich północą część: Piemont i Lombardię. Mglisto, dżdżysto, nie jak we Włoszech. W Piemoncie jeszcze nie wszystkie poletka ryżu ścięte, gdzie indziej pola zorane i pozostawione w wysokiej skibie… i te wytrzebione gaje winnej latorośli. Jak zwykle najsmutniejszy widok przedstawiają sobą upadłe szkielety zakładów i opustoszałe zabudowania farmerskie. Zwraca  też uwagę bardzo niski stan rzek. Czyżby nadchodząca zima miała powetować sobie okres zbyt długo trwającej suszy?
A teraz czeka mnie powrotna droga do domu. Z Settimo Turinese pod Turynem do centrum Polski jest niemal 1700 kilometrów, co daje ponad dobę jazdy. Chciałbym się porządnie wyspać, aby tę trasę pokonać w jednym rzucie,  bez przystanków. Być może mi to się nie uda… zobaczymy.

[Settimo Turinese, we Włoszech, 19.11.2015]

MIŁE ZAJĘCIE

- No dobrze, chodźmy już - powiedział i odstawił szklankę po kompocie.
- Nie musimy się tak spieszyć, zdążymy. Mamy dużo czasu.
- Ty od tej strony. O tak, dobrze. Ja mogę z tej.
- Tylko delikatnie, starannie,  pamiętaj… i powoli. Mamy dużo czasu… możemy przy tym porozmawiać - uśmiechnęła się i sięgnęła dłonią po raz pierwszy.
- Lubisz przy tym rozmawiać? - zapytał i już trzymał w dłoni całkiem sporego.
- Oczywiście. Gdy się rozmawia, jest przyjemniej - zapewniła - kiedyś robiłam to z kolegą. Obiecał, że mi pomoże i nawet szło nam świetnie i szybko, ale rozmowny to wcale nie był. Interesowała go tylko robota. Nie powiem, spisał się nieźle i tak jak obiecał, bardzo mi pomógł, ale nie rozmawiał i czułam się, jakbym była sama.
Plum.
- Świetnie zaczynasz - stwierdziła - szybki jesteś.
- To nie jest kwestia szybkości, ale wprawy - zapewnił.
- A ty oczywiście wprawę masz…
- Od wielu lat niemalże codziennie to robię.
- Tak? To żona musi być zadowolona z ciebie.
- Chciałbym, żeby tak było.
- Przecież widzę jak to robisz. Ja tego doświadczam i z całą pewnością stwierdzam, że robisz to wyśmienicie. Robisz to niezwykle skrupulatnie. Jaka kobieta by tego nie chciała? - powiedziała coś, co było dla niego bardzo miłe i dopingujące.
- No wiesz, jestem to w końcu po to, aby było ci raźniej… nie chcę zostawiać cię samą - odparł. 
- Czuję to i jestem ci wdzięczna.
- To nie kwestia wdzięczności - sprzeciwił się - w końcu ty masz wprawę i mogę się od ciebie wiele nauczyć.
Plum, plum.
- Wiesz… lubię to robić. Można nawet powiedzieć, że jest to dla mnie chleb powszedni - powiedziała.
- Tak… oj, widzę zadrapanie… 
- Nie przejmuj się tym. Kiedy bardzo się w to angażuję, czasami są tego skutki. Trochę bolą mnie plecy, wiesz?
- To przysuń się jeszcze. Będziesz miała lepszy dostęp. Nie musisz się aż tak schylać - powiedział.
Rzeczywiście przysunęła się.
Plum, plum, plum.
- Aż się zgrzałam - stwierdziła.
- Może zwolnimy? Sama mówiłaś, że nie robimy tego na czas.
- Dobrze… ale duży… naprawdę ogromny. Pierwszy raz miałam takiego. I w dodatku ma taką świeżą skórkę.
- Co ty powiesz? Myślałem, że miałaś do czynienia z takimi.
- Ale ten jest naprawdę ogromny.
- Dasz sobie radę.
- A pewnie, że sobie dam - uśmiechnęła się.
Plum, plum, plum, plum.
- No popatrz, coraz lepiej nam idzie - powiedział - cały czas obserwuję cię i zauważam, że robimy to w jednym tempie.
- Też to widzę… właściwie to ja dostosowuję się do twojego - zauważyła.
- A mnie się akurat wydaje, że jest odwrotnie.
- No nie - żachnęła się - ty wciąż prowadzisz. Widzisz rumieńce na mojej twarzy? Zgrzałam się bardzo.
- Może zwolnimy? Nikt nas nie goni.
- Ja mogłabym tak aż do późnej nocy. Mocno ściskasz je w dłoni i tak je macasz, to jakbyś się zastanawiał, z której strony zacząć… za każdym razem jest tak samo.
Plum, plum, plum, plum, plum
- Mnie już zostało naprawdę niewiele - oznajmiła - a jak u ciebie?
- Ja też już niedługo skończę, ale trochę mi jeszcze zostało - odparł - rzeczywiście jesteś już zmęczona - spojrzał na nią.
- Nie, nie, tylko plecy mnie bolą.
- Może zmienisz pozycję?
- Nie… dam radę, wytrzymam. Zobaczysz, jeszcze jestem w stanie przyspieszyć tuż przed końcem.
- To i ja przyspieszę - uśmiechnął się - zobaczymy, kto pierwszy.
- Chcesz się licytować, kto pierwszy skończy? - zasmuciła się.
- Oczywiście, że nie. Na pewno skończymy razem… no może ty troszkę szybciej… widzę przecież, że mniej ci zostało.
- Skończymy razem… będę obserwowała jak kończysz.
- Dobrze… przyspieszamy.
Plum, plum, plum, plum, plum, plum

Nagle rozwarły się drzwi i potężna, rubaszna postać pani Gieni ubranej w obcisły biały fartuch pojawiła się w samym progu.
- No, jak tam kartofelki? Obrane?
- Przed chwilą skończyliśmy.
Dziewczyna najpierw rozprostowała ręce, potem wstała i jeszcze przeciągnęła się kilka razy prostując plecy.
- Pan Marek był tak miły i bardzo mi pomógł.
- Ech, dziewczyno, ty to sobie dasz radę w życiu. Zawsze znajdziesz sobie pomocnika - gruby dyszkant kucharki brzmiał sympatycznie - a panu Markowi dziękuję. Zawsze to szybciej…
Wstał, obmył dłonie, wytarł je i zajrzał do wanienki. Cała masa ziemniaczków kapała się w zimnej wodzie.
- Tak… część pójdzie na pyzy, część na placuszki ziemniaczane, część się upiecze a reszta do gotowania - wyliczała pani Gienia - A teraz kochani, zapraszam na obiadek. Pomidorowa z makaronem i przysmażany boczek z kopytkami i kapustą… no chodźcie już!

[18.11.2015, Mediolan]

23 listopada 2015

TAM GDZIE NIE ISTNIEJE CZAS [4]

Wytrzepałem wszystkie dywaniki; w każdym pokoju był jeden, więc doliczyłem się piętnastu. Wytrzepałem dywaniki, aby otrzymać przepustkę. 
Kiedy już miałem wychodzić, u drzwi przychwyciła mnie opiekunka i kazała mi założyć ciepłą kurtkę, bo tam jest zimno, sam mówiłem i jak powróciłem do drzwi porządnie ubrany, to ona mi jeszcze otuliła szyję szalikiem i dociągnęła suwak.
- Teraz lepiej - powiedziała - a swoją drogą, Pawełku, zazdroszczę ci. Też bym tak chciała być raz tu, a raz tam, chciałabym tak rozmawiać jak ty.
- Ale ja naprawdę nie wiem, dlaczego ja mogę a pani nie.
Zrobiło mi się jej żal. Opowiadała mi kiedyś, że jak była młoda miała chłopca i bardzo go kochała, ale on był poważnie chory i pewnego dnia  umarł, a moja opiekunka już potem nigdy sobie nie ułożyła życia; przypuszczam więc, że chciałaby sobie z nim porozmawiać tak jak ja to robię z matką i ojcem. Ale… myślałem sobie… a jeśli on jej nie pamięta, to przecież opiekunce byłoby jeszcze bardziej żal.

Ponieważ miałem przepustkę, a w niej czarno na białym było napisane do kogo się udaję, poszedłem oficjalnie i stanąłem pod bramą. Zapukałem.
Wrota zaskrzypiały, otwierały się powoli i wyszedł mi na spotkanie taki jeden stary z długą brodą, a zamiast halabardy trzymał w ręku wiosło.
- Samemu tak? A gdzie ci, co pana żegnają? - zapytał i przyglądał mi się tak dziwnie, jakby miał kłopoty ze wzrokiem albo był krótkowidzem.
- Ja tylko na chwilkę, mam przepustkę - odparłem.
Chwycił tę zapisaną odręcznie kartkę z pieczątką zakładu i przesylabizował moje imię i nazwisko.
- Przepraszam, oceniając z wyglądu pana wiek, myślałem, że przychodzi pan na stałe - tłumaczył - zdziwiło mnie tylko to, że pan tak sam. Zwykle długo biją dzwony i orszak kieruje się do tego ostatniego miejsca, a część ludzi to jeszcze czeka aż do chwili, kiedy uklepią ziemię… proszę niech pan wchodzi.
No i wszedłem.
A nie wiem jak to tam jest, bo kiedy już się tam jest, to jakoś same nogi człowieka niosą we właściwe miejsce i wcale nie trzeba pytać o drogę, nie trzeba nawoływać. No pomyślcie, co by to było, gdyby tak ludzie się nawoływali, krzyczeli po imieniu, nazwisku, ech a przecież tu ludzie we wszystkich językach świata rozmawiają, co by to było, ech, harmider jeden by powstał, a tak, to człowiek sobie idzie, podążając za jakimś niemym a rozpoznawalnym głosem i dociera tam, gdzie dotrzeć powinien.
A ojca spotkałem oczywiście z wędką. A jak słońce prażyło. Przysmażony był na purpurowo, zwłaszcza plecy, ale później to mu się kolor opalenizny zmienia na brunatny.
- Siadaj Pawełku - mówi do mnie, a przedtem to mnie wyściskał, bo prawdę mówić, dawnośmy się nie widzieli - a jaką rybkę ci złowiłem - i wyjmuje pięknego okonia, no ze trzydzieści centymetrów miał, to dużo, jak na okonia - mama będzie kwękać, bo nie lubi okoni obierać, ale to nic… sam obiorę.
To ja mu wtedy opowiedziałem o wszystkim, jak to wypytywałem się znajomych, co oni sądzą na temat tych przestępstw i zdrady. Wszystkich nie odwiedziłem, to fakt, ale tatuś zrozumie, że musiałem wrócić na podwieczorek a potem na leżakowanie. Oczywiście przekazałem mu pozdrowienia od wszystkich.
- To wszystko pic na wodę i fotomontaż - roześmiał się ojciec.
Oho… stary dobry ojciec. Lubiłem kiedy to mówił, bo wiecie, że mój ojciec to chyba nigdy w życiu nie zabluźnił, nawet gdy sobie popił, no nigdy… nie dziwne? A te „pic na wodę…” to chyba największe jego bluźnierstwo było, choć tak naprawdę to nie wiem, co te słowa znaczyły.
- Idź, przywitaj się z matką… ja tu jeszcze połowię i jak będziesz chciał, to przyjdź tutaj - powiedział i zaraz poszedłem do matki.
Akurat krzyżówkę rozwiązywała.
- Synku, ja przecież wiedziałam, co usłyszysz o mnie i o tacie, ale wolałam, abyś sam to usłyszał - wyrzekła, kiedy wszystko jej skrupulatnie opowiedziałem.
- Ależ mamo - westchnąłem - ja nigdy w ciebie nie wątpiłem, jak mogłaś przypuszczać?
No i stało się. Objąłem mocno moja białą matkę, aż mi przez ręce przelatywała i wcale nie była ciężka, i mógłbym ją podrzucić tak bardzo, bardzo wysoko, a kiedy ją unosiłem, wtedy powiedziała:
- No już dość, wiesz, że mam łaskotki, puść mnie, puść.
Puściłem ją… a była taka młoda, słowo daję, młodsza ode mnie.
I wtedy powiedziała mi, że umówiła mnie z panią Zofią.
Już wiedziałem… moja nauczycielka. Ale się dziwnie poczułem. Naprawdę było mi głupio, bo tyle razy zachodziłem w te strony i nigdy nie odwiedziłem pani Zofii. Było mi głupio i wstyd. Co było robić… szedłem z mamą, powiedziała, że to blisko, a ja przez całą tę krótką drogę głowiłem się, jak tu by zacząć z nią rozmowę, a wtedy matka, nie wiadomo skąd wzięła bukiet kwiatów i wcisnęła mi w dłoń.
- Tak wypada, Pawełku. Czy zawsze muszę cię uczyć, że jeśli idziesz z wizytą do kobiety, powinieneś wziąć z sobą kwiaty?
I szedłem tak z mamą i z tymi kwiatami, a były to czerwone róże, szedłem tak i układałem sobie w myślach, co tu powiedzieć, i spostrzegłem, że nie jestem ani Pawełkiem, ani dojrzałym Pawłem, a takim pośrednim, bo chciałem, aby pani Zofia mnie sobie przypomniała od razu i po raz nie wiem już który pomyślałem sobie, że to świetnie dostosowywać czas do własnych potrzeb, co zdarza się to jedynie tutaj.
Nacisnąłem guzik dzwonka.

[15.11.2015, Bergamo we Włoszech]  

18 listopada 2015

ZACNY OBYWATEL MIASTECZKA

Dni kurczyły się jakby flanelową koszulę wyprać w gorącej wodzie, a jeszcze te mgły przeplatane z deszczem, ten wiatr hulający po alejkach i placach, po wąskich uliczkach i parku, ten wczesnoporanny wilgotny zaduch, to wszystko wzięte razem i z osobna nie cieszyło nikogo, nawet tych, którzy przez dziesiątki jesiennych dni i nocy przebrnęli i na swój sposób tę porę roku ukochali. Bezsłoneczny smutek ogarnął obywateli miasteczka, a i w kawiarence czuć było tę depresyjną niemoc aż do chwili, kiedy redaktor Pokorski z radosną nowiną przybył i do stolika, przy którym popijał kawę mecenas Szydełko, przysiadł się, aby porozmawiać.
- Mecenasie, dzisiaj rano do mojego redakcyjnego pokoju przybył bardzo porządny obywatel naszego miasta z wielce czcigodną propozycją - powiedział na wstępie.
- Panie redaktorze, jest u nas w miasteczku całkiem spora grupa przyzwoitych ludzie, więc nie jestem tak bardzo zdziwiony, że czytając pisemko, które nareszcie zajęło się ludzkimi sprawami, człowiek ten wyszedł panu na spotkanie - rozwijał swoją myśl pan mecenas, lecz miał przecież prawo dopytać się także o szczegóły.
- Panie mecenasie, jest pan bardzo zaangażowany w prace na rzecz najbiedniejszych. Zaczęło się od tej pomocy prawnej ludziom wyrzucanym na bruk, której podjął się pan w tym swoim adwokackim stowarzyszeniu. Następnie z siostrami zakonnymi organizujesz pan pomoc rzeczową dla tych obywateli miasteczka, którym najmniej się powiodło. Przy okazji i mnie pan pomógł, kiedy z redakcji poprzedniego dziennika wyrzucono …
- … zostawmy to, redaktorze. Potrzebuję konkretów - dopominał się mecenas Szydełko, przerywając wywód pana redaktora.
- Mecenasie, rzecz w tym, że ten przyzwoity obywatel, w starszym wieku, posiada sporą kamieniczkę, dobrze utrzymaną, w niej siedem pokoi, wprost do zamieszkania… ten obywatel z wielką ochotą odda te pokoje na szlachetny cel…
- I nie chce ich sprzedać, wynająć i czerpać z tego zysk?
- Otóż i nie chce i nie może. Pokoje wprawdzie dobrze są utrzymane, ale wymagają napraw, to raz; po drugie, na inwestycje takowe nasz obywatel środków nie ma; po trzecie, zgłosił się z propozycją do magistratu, lecz kiedy wspomniał o dofinansowaniu remontu urzędnicy powiedzieli mu, że, a jakże, pamiętać będą i gdyby, co nie daj Boże, zdarzyła się jakaś katastrofa budowlana wymagająca zakwaterowania, to będą mieli na uwadze…
- Dziwne, że do urzędu poszedł - wtrącił pan mecenas - toż nie wiedział, że tam zanim co postanowią, to zatańczą z nim takiego oberka, że ledwo na nogach się utrzyma?
- Też tak i ja mówiłem… po czwarte to już podjął decyzję, aby pokoje oddać bezdomnym, albo takim, którzy nie mają się gdzie podziać. I u sióstr zakonnych był, a one go do mnie skierowały, a ja z kolei do pana zachodzę.
Ożywił się pan mecenas i wcale nie dlatego, że poczuł się wywyższony końcową decyzja pana redaktora, ale najlepiej chyba z kawiarenkowych przyjaciół znał biedę, która przydarza się mieszkańcom miasteczka, naciągał co zamożniejszych na datki, w gazetce rozgłaszał i przyjaciołom w kawiarence.
- W samą porę pan trafił do mnie, redaktorze. Jeśli będzie pan tak łaskaw, jeszcze jutro spotkałbym się z tym zacnym obywatelem, a z siostrzyczkami przedyskutujemy, kogo temu panu dokwaterować. Bo najważniejsze to mieć dach nad głową, prawda?
- W rzeczy samej, mecenasie - przytaknął redaktor Pokorski.
- Jak znam życie, to tego czcigodnego obywatela nie stać będzie na utrzymanie potrzebujących, bo przecież samo posiadanie dachu nad głową to nie wszystko.
- Ma pan rację, mecenasie. Jestem gotów po raz kolejny dać ogłoszenie i jestem pewien, że spotka się ono z odzewem na jaki liczymy.
- W to akurat nie wątpię. W samą porę, w samą porę… zima przed nami.
- Podobno śnieżna bardzo ma być w tym roku…
- Jaka by nie była, dla kilku, kilkunastu osób, znośniejsza będzie, panie redaktorze.
Zamówili po kawie i ciasteczkach, gdy wszedł pan radca z doktorem Koteńko. Natychmiast się do panów redaktora i mecenasa dosiedli, a pan radca oczywiście zażyczył sobie kawy, a pan doktor herbaty z cytryną. 
Popijając w najlepsze nowo przybyłym przyjaciołom pan mecenas z redaktorem całą sprawę detalicznie przedstawili.
- I bardzo dobrze, panowie - rzekł radca Krach - gdybym nie był szoferem dzisiejszego wieczoru, wznieślibyśmy toast za tego obywatela, bo takich nam w miasteczku potrzeba.
- Oj, potrzeba - westchnął doktor Koteńko - ja znam takie rodziny, które bardzo źle przędą, oj źle.
- I dlatego trzeba ludziom pomagać - stwierdził pan radca - jak to napisał w „Naszym Głosie” nasz redaktor kawiarennik… „jak można cieszyć się każdym dniem przechodząc obok czyjegoś nieszczęścia?”
- No, nie można - usłyszeli nad sobą głos pana Adama, który wniósł tacę z kawami, herbatą i ciasteczkowym drobiazgiem.
- A pan Adam z daleka a słyszy - roześmiał się radca Krach.
- I oczy i uszy trzeba mieć otwarte w dzisiejszych czasach - stwierdził filozoficznie kawiarennik i przysiadł się do przyjaciół - a pan redaktor ma głos tak donośny, więc nie dziwne, że usłyszałem.
- A we mgle głos się niesie, oj niesie - przypomniał pan radca - no niech pan Koteńko, z którym przyjechałem tutaj, powie, cóż to za mgła rzuciła nasze miasteczko na kolana!
- Chorzy na serce podczas mgły źle się mają - zauważył pan doktor.
- A mnie się widzi, że jutro troszkę słońca obaczym - zawyrokował pan redaktor.
- Trzymam pana za słowo - wyrzekł poważnie pan radca.
I tak słowo za słowem ciągnęła się długą nicią kolejna kawiarenkowa rozmowa, podczas której stopniowo przepadała ta melancholijna słota, w jakiej kąpało się towarzystwo przyjaciół.
A kiedy dobijała się do głosu godzina dwudziesta, pan radca, ni z tego, ni z tamtego zapytał:
- A szanownej małżonki Marysi nie ma w domu? 
- A nie ma, przyjacielu. Niebawem wrócić powinna.
Pan mecenas Szydełko ożywił się po raz nie wiadomo już który.
- Moja żona z kolei zmówiła się z panią inżynierową, żoną pana redaktora - mecenas łypnął wzrokiem w stronę Pokorskiego - z panią Zosią… że na jaką wycieczkę się wybierają.
- A ja - uśmiechnął się pan Adam - widziałem swoją żonę Marię, wsiadającą do auta pana żony - tu kawiarennik powłóczył ciętym spojrzeniem w stronę mecenasa.
- Ha, panowie, to wy nie wiecie wszystkiego. Ja swoją żonę bezpiecznie odwiozłem do leśnego domku, gdzie Anna z Wołodią pomieszkuje, a kiedy zajechałem, to na miejscu była już Ciżemkowska Joanna.
- To już nie pierwszy raz, kiedy nasze połowice bez naszej wiedzy z sobą flirtują - odezwał się pan mecenas.
- Nie po raz pierwszy - potwierdził doktor Koteńko.
- Zatem drogi panie Adamie - odezwał się do kawiarennika radca Krach - wyklucz pan ze swojego leksykonu słowo „niebawem”, bo myślę, że nasze panie, zważ pan, że to sobota, przed północą do domowych pieleszy nie powrócą - słowom tym, rzecz jasna, towarzyszył na twarzy pana radcy soczysty uśmiech - otóż wiedzcie, panowie, że Anna zaprosiła wszystkie panie do swojej posiadłości na babskie pogaduchy.
- A cóż na to Wołodia? - śmiało zapytał właściciel kawiarenki.
- Wołodia? No cóż… - pan radca bardziej niż głęboko się zastanowił - Wołodia to bardzo dzielny i cierpliwy młodzieniec.
Wszyscy przyjaciele okazali Wołodii swoje współczucie radosnym uśmiechem, a kiedy ten zsunął się z ich twarzy, pan doktor Koteńko przemówił do pana Adama:
- A czy w związku z tym, że moja Zosieńka spodziewana jest dopiero późną nocą, mogę zamówić kawusię z dużą bezą?

[15.11.2015, Bergamo we Włoszech]