Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

30 sierpnia 2016

ŚLAD WSPOMNIEŃ

Pan Jerzy Papieski (właściwie należałoby powiedzieć ś.p. Jerzy Papieski) to postać rzeczywista, aczkolwiek we wciąż pisanej „Prowincji” występuje pod zmienionym nazwiskiem jako ten nauczyciel prowincjonalnego ale bardzo dobrego liceum, który był swoistym opiekunem „bohatera” opowieści i spełnił swą rolę znakomicie, oswajając zaściankowego uczniaka jeszcze bardziej prowincjonalnej podstawówki do bycia wcale niezłym i wrażliwym licealistą, poczytującym sobie za zaszczyt uczęszczanie to tej właśnie a nie innej średniej szkoły.
W wielu szkołach tak jest, że poszczególnym nauczycielom zdarza się wbijać do głowy wiedzę dwóm, a nawet trzem pokoleniom tej samej rodziny. Dzieje się tak zarówno w szkole podstawowej, jak i, być może rzadziej, w średniej (gimnazja w obecnej formie jako twór nowy nie doczekały się jeszcze spuścizny w postaci międzypokoleniowego łańcucha).
Pan Papieski nauczał był matkę „bohatera” „Prowincji”, jej siostrę (w tym miejscu należałoby się zatrzymać, albo też zaryzykować napisanie osobnej opowieści, co może w niejakiej, ale z pewnością nieprędkiej przyszłości się stanie) oraz całe mnóstwo przyjaciół obu sióstr, tudzież samego „bohatera” i jego  z kolei przyjaciół.
Coś jest niezwykłego w tym oddziaływaniu nauczyciela na poszczególne pokolenia dzieci i młodzieży, choć z drugiej strony nie jest to jedynie fenomen przypisany belferskiemu stanowi. Jeśli ktoś ma sposobność kupować pieczywo w piekarni przechodzącej z ojca na syna, łatać buty, szyć ubrania, czy naprawiać zegarki u rzemieślników trudniących się tym fachem „z dziada pradziada”, ten z całą pewnością potwierdzi, że we wszystkich tych przypadkach w niewielkich, a może i bardziej licznych społecznościach, nawiązują się w miarę trwałe więzi. Oczywiście ta sieć powiązań, sprowadzająca się do ogólnikowego stwierdzenia, że „wszyscy się nawzajem tutaj znają” ma również swoje ujemne strony, bo przecież stosunki międzyludzkie nie zawsze są sielanką. Nie mniej jednak ta znajomość siebie, wzajemnych oczekiwań, problemów, przeżywanie z innymi ludźmi smutków i radości, to wszystko powoduje, że człowiek jako jednostka, czuje się mniej samotny, a przez to odrobinkę szczęśliwszy, bo nawet jeśli zawiedzie najbliższa rodzina, to zawsze można się komu wypłakać w rękaw, pójść z kimś na setkę z golonką do gospody, przysiąść na ławeczce w alei kasztanowej i pogawędzić do bólu o lepszych czasach, czy w końcu powspominać tego, kto został wezwany na tamtą stronę świata.
Z ubolewaniem przyznaję, że świat, w którym nawiązują się opisane w największym skrócie więzi, mija bezpowrotnie. W dzisiejszych czasach preferowana jest mobilność: wyjeżdżam, uczę się, pracuję tam, gdzie będzie mi lepiej, gnam za własnym szczęściem, pieniądzem, powodzeniem, wybieram najbezpieczniejsze lokalizacje, nie tylko nie tworzę więzi z innymi ludźmi, lecz odgradzam się od nich, żyję dla siebie, a kupuję tam, gdzie taniej, albo w sklepach, na które innych nie stać, posyłam dzieci do najlepszych szkół, a mając dzieci, kiedy trafia mi się okazja do lepszego zarobku w innym mieście, porzucam obecne miejsce zamieszkania, nie zważając na to, że syn czy córka mają już w starym miejscu przyjaciół, nic to, mówimy, tam gdzie jedziemy, znajdziesz nowych.
Trudno czynić komuś zarzuty z tego powodu, że chce dla siebie, swojej rodziny i dzieci lepiej, ale jak to „lepiej” ma się do społeczności, w jakiej się żyje, czy szerzej - do społeczeństwa. To „lepiej” dla mnie wcale nie oznacza „lepiej” dla ciebie, dla innych, czasami wręcz wektory pragnień, chęci i możliwości znoszą się, bądź też zwalczają. Czy można w takim przypadku mówić o więzi, o jakiejś wspólnocie celów i interesów? Czy można mówić o wyodrębnieniu się jakiejkolwiek władzy, która będzie działała w imieniu ogółu? Jakiego ogółu? Jeżeli już, to wąskiej grupy, kierującej się doraźnym interesem. Nie wytwarzając naturalnej więzi między ludźmi nie ma mowy o dobrym rządzeniu na wszystkich szczeblach. Aby władać innymi koniecznym staje się wymyślanie kluczy, wyróżniających jednych od drugich, jednoczących jednych przeciwko drugim.
I tak oto niepostrzeżenie, a pewnie i niezamierzenie, od wspomnień o panu Jerzym Papieskim słowa potoczyły się w stronę socjologii i zatrzymały przed bramą z napisem „polityka”. Nie chcę po raz enty otwierać tej bramy.
Pan Jerzy Papieski uczył geografii a także przedmiotu, który różnie się na przestrzeni najnowszych dziejów nazywał… przyjmijmy taką nazwę: „wiedza o społeczeństwie”. W liceum, do którego uczęszczał „bohater” „Prowincji”, pan Papieski był opiekunem harcerzy, dbał o ceremoniał szkolny, organizował prace społeczne, słowem to na jego barkach, nie na dyrektora, wspierała się budowla oświatowa zwana dalej szkołą z całym jej ożywionym inwentarzem. Do każdego z wykonywanych przez siebie zadań podchodził z niezwykłym zapałem i pasją. Jedni podziwiali go za to zaangażowanie, inni traktowali profesora jak niegroźnego Don Kichota, walczącego z wiatrakami załamywania rąk, bylejakością i lenistwem. Możliwe, że nie miał pan Papieski jakichś szczególnych osiągnięć pedagogicznych (dzisiaj powiedzielibyśmy - nie miał olimpijczyków, wypuszczonych na wybieg z klatki szczurów), ale wartość nauczyciela nie polega na li tylko na szlifowaniu diamentów, lecz również na mozolnym nadawaniu właściwych kształtów zwykłym polnym kamieniom… a przy tym, co najważniejsze, nauczyciel to też i nade wszystko człowiek.
Ile jest wspomnień rzeczywistych, a ile idealizacji kogoś, kto odszedł, czasu, który minął bezpowrotnie, samego siebie zaplątanego w sieci własnej historii, przyjaciół i znajomych, którzy już ciebie nie pamiętają, bo i z jakiego powodu?
A może ten ślad wspomnień jest zadaną sobie pokutą za to, że nie udało się przekształcić marzeń w rzeczywistość?

[29.08.2016, Robassomero we Włoszech]

TRZEJ EMISARIUSZE

Zaczęło się to dawno, dawno temu od popełnionego i zaginionego, już chyba bezpowrotnie, tekstu, który w pewnym sensie był reakcją na powstanie „Solidarności”, ale i też swobodnym nawiązaniem do powieści Tibora Dery’ego „Pan A.G. w X”.
W „Panu A.G. w X” przedstawiony jest świat wolności - dowolności, czyli wolność beztroska, komiczna, surrealistyczna i, paradoksalnie, zniewalająca człowieka.
Wybuch pierwszej „Solidarności” oczarował masy, niemal je ogłupił, obiecując sprawiedliwość, wolność i drugą Japonię jako kwintesencję gospodarczej potęgi i niezależności.
W obu przypadkach dominantą staje się „wolność” jako przeciwieństwo niewoli, a w gospodarce pełne półki zamiast octu i musztardy, tak jakby dwa pokolenia „niewolników” PRL-u niczego innego nie jadły.
Prawdopodobnie nie doszłoby do rozpoczęcia pracy nad tekstem, który docelowo miał się stać powieścią, podobnie jak u Dery’ego - surrealistyczną, gdyby nie mój wyssany z mlekiem matki sceptycyzm oraz słynna na cały świat przekora. Jak na pisanie, brzdącem jeszcze byłem, ale już wtedy podejrzewałem, że nie ma dobra ani zła w czystej postaci, że poza utopijnym komunizmem, w którym to ustroju walka klas jest zbędna, bo zmiana świadomości następuje w sposób dobrowolny, poza utopijnym komunizmem nie ma innego ustroju, który nie miałby drugiego dna, jakiegoś podtekstu czy zakłamania. Jeżeli zatem raptownym zmianom towarzyszą piękne hasła, to należy wziąć je w kwadratowy nawias, a pomiędzy linijkami przepięknych wierszy trzeba dotrzeć do drugiego sedna, do intencji, jakimi kierowali się szermierze pięknych słów. Dzisiaj, będąc już zgorzkniałym i stetryczałym starcem, przyznaję rację temu nieopierzonemu brzdącowi, dodając tyle, że im szlachetniej brzmią słowa, tym bardziej trzeba się mieć na baczności przed tymi, którzy je głoszą. Wylewny a rubaszny śmiech mnie ogarnia na owo credo zapisane w postaci dwudziestu jeden postulatów. Czy ktoś o nich pamięta? Mydliny, słodki budyń, kasza manna dla mas. Przecież wiadomo było (może niektórym, co umieli czytać między linijkami), że tak naprawdę nie chodziło o poprawę warunków życia i pracy robotników, nie chodziło nawet o te wolne związki zawodowe; szło o zmianę ustroju, w którym elity solidarności przy finansowym wsparciu Zachodu dogadają się z partyjnymi elitami i staną się zaczynem nowego porządku dziejowego, nowej korporacji rządzącej ciemnym ludem.
Paradoksem tej historii jest to, że natychmiast po „urządzeniu się na nowym”, brutalne ostrze wściekłego postkolonialnego kapitalizmu trafia w (o, matko, co za archaiczne słowo) klasę robotniczą, czyli ludzi, którzy na własnych ramionach wynieśli tych wszystkich doradców i negocjatorów oraz tych, którzy nie skalali swoich delikatnych rączek pracą. I mogą mi mówić co chcą liberalne pustaki, że nieopłacalność, niekonkurencyjność, że innej drogi nie było i nie ma, ale żeby tak obcesowo chamskim kułakiem w pysk?
Bo kiedy dorwiesz się do władzy, to dopisujesz ideologię jedynej, słusznej drogi. Bez tej aureoli twoja władza blednie i umiera. I mówią ci, że owszem, błędy i wypaczenia były (skąd to znamy?) ale droga jest słuszna i jedyna. Pustak nad pustaki, czyli wielki reformator, rzekł był, że odnieśliśmy jako państwo sukces, czyniąc to i tamto, bo nikt przed nami takich zmian nie dokonał. Pała z logiki, pustaku, bo niby skąd wiesz, że zmiany poszły w dobrym kierunku, skoro nie masz innego przykładu dla poparcia swoich twierdzeń. Zostawmy w spokoju tego nieboraka, niech boją się ci, którym teraz doradza.
W moim tekście, pragnę zaznaczyć, że pisany był w konwencji surrealistycznej, opowieść rozpoczyna się niewinnie, wręcz romansowo i tajemniczo. On, pierwszorzędna postać, spędza sobie urocze wakacje w samotności w lesie, nad jeziorem, stęskniony za prostym, nieskomplikowanym życiem, jak najbliżej natury.
Ona, zniechęcona życiem, zagubiona, może uciekinierka, tajemnicza i milcząca, głodna i spragniona, jak dzikie zwierzę instynktownie szukająca pożywienia, wyczuwa dym wydobywający się z komina leśnej chaty; krąży wokół niej; rozpętuje się burza; myli drogę; wreszcie czyjeś silne ramiona wnoszą ją tam, gdzie może się ogrzać, ugasić pragnienie i przypomnieć sobie smak smażonego szczupaka. Tajemniczo i romantycznie. Niestety zmogła ją choroba. Długa, spotęgowana milczeniem, bo ona nie wypowiada żadnego słowa, jest jak to dziecię porzucone kiedyś, wygnane z domu, zdane na łaskę i niełaskę natury. Dzięki jego staraniom ona z dnia na dzień czuje się lepiej, jej oczy, chociaż wciąż lękliwe i dzikie, zaczynają coraz więcej rozumieć. 
W tym samym czasie do leśnej chatki dochodzą niepokojące wieści. W powietrzu wyczuwa się zmianę. On, znający naturę lasu, obserwuje niezwyczajne zachowanie się zwierząt, ich niespodziewaną ucieczkę, która poprzedza odległy pożar. Wkrótce leśnymi bezdrożami zaczynają wędrować ludzie, w samotności i w grupach. Coś się szykuje. Wojna? Rewolucja? Pożoga? Pomór? A może jakiś szaleńczy, niewytłumaczalny tumult?
Dziewczyna odżywa. Zaczyna mówić. Tam, w dalekim mieście zostawiła swoich rodziców. Czy żyją? Co się w ogóle stało? Czy dołączyli do uciekających? On zgromadził już żywność. Wydał jej stosowne polecenia i zdecydował, że wybierze się do miasta. Dotrze do jej rodziców i zobaczy co się stało z jego domem.
Wędruje więc. Droga, choć teoretycznie krótka, dłuży się w nieskończoność (czas na skrajny surrealizm). Miasto otoczone jest trzema kordonami samozwańczych wojsk. Zacieśnia się pierścień nad miastem. Aby przedostać się do centrum potrzebny jest amulet - odznaka. Tylko ci, którzy posiadają tę oznakę, mogą bezpiecznie dotrzeć do każdej dzielnicy miasta. Odznakę dostają jedynie najlojalniejsi, albo ci, którzy nie szczędzili sił w boju ze starą władzą. Idąc w stronę centrum miasta, gdzie jeszcze bronią się zastępy starego systemu, on napotyka chłopca. Chłopiec jest przebiegły i posiada amulet. Nie z powodu swej lojalności do nowych władz, nie dlatego, że wyróżnił się w walce. On ukradł tę oznakę. Pomimo próśb mężczyzny, chłopiec nie zamierza mu jej podarować. Pójdzie sam. Małemu chłopcu łatwiej. Mężczyzna znużony wędrówką zasypia na trzy dni i trzy noce. Chłopiec uciekając się do podstępów, myląc wartowników, przeskakując z zaułka w zaułek, brnąc w kloacznych rynsztokach, czołgając się przez zasieki z drutu kolczastego, dociera do tych wszystkich miejsc, które miał odnaleźć, ale one nie istnieją w dotychczasowym kształcie, są ruiną. Nie ma w nich żywych ludzi. Nie odnalazł rodziców dziewczyny. Wraca w miejsce rozstania z mężczyzna i zdaje mu relację, kończąc ją słowami: „tam nie ma po co iść”.
Wracają do leśnej chaty.
Mija czas. Może miesiąc, rok, może tydzień. Nowa władza wysyła na cztery strony świata swoich emisariuszy. Mają oni na celu przekazać tym, którzy uciekli dobrą nowinę. Oto zapanował sprawiedliwy ustrój, zapanowała wolność. Wkrótce jedna z grup emisariuszy dociera do leśnej chatki. Mają świadczyć o nowej władzy. Zanim nastąpi hymn pochwalny na cześć nowej władzy…
ona - rozpoznaje w jednym z emisariuszy, mężczyznę, który ją zgwałcił i z tego powodu zerwała z dotychczasowym życiem, oddając się włóczędze,
chłopiec - rozpoznaje w innym emisariuszu człowieka, który zabił jego matkę, 
on - przypomina sobie postać trzeciego emisariusza, który podstępem i zmową zniszczył jego karierę zawodową i rozbił narzeczeństwo.
I w tym miejscu urywa się opowieść, która miała się zakończyć, w warstwie ideologicznej stwierdzeniem, że nie wszystko nowe, co po starym nastaje warte jest starego.
I wybuchł stan wojenny, który przerwał tę opowieść, ale nie stan wojenny był najstraszniejszy, ale pewne przez tych „nowych” powtarzane stwierdzenie. Czy ktoś je jeszcze pamięta? Ja pamiętam, bo pamiętam najważniejsze słowa, jeśli nawet były podłymi słowami. „Im gorzej, tym lepiej”. Ktoś sobie je kojarzy? Jaki był kontekst tego powiedzenia? W tym właśnie stwierdzeniu zawiera się cała prawda o Solidarności.
I nie wróciłem już nigdy do swojej młodzieńczej, naiwnie szczerej, nadrealistycznie przerysowanej opowieści. W tych trzech głoszących piękne słowa emisariuszach, rozpoznałem was… ech, nie chce mi się o was gadać.

[28.08.2016, Poggio di Sanremo we Włoszech]

JAKIEGO ŚWIAT NIE WIDZIAŁ

- Czy już pan zamyka? - głos pani Majewskiej był z lekka drżący, a sposób w jaki wyraziła zapytanie aż prosił się, aby udzielono zaprzeczenia.
- Jeśli ma pani ochotę zostać, niech pani zostanie - odparł Adam, przynosząc do stolika filiżankę kawy dla siebie i gorzką herbatę dla kobiety.
- Wie pan - zaczęła aktorka - pozwoliłam sobie dzisiejszego wieczoru na kawę, wypiłam dwa drinki, poczęstowałam się szarlotką, choć nie powinnam… rozumie pan, przy cukrzycy trzeba zwracać uwagę na to, co się je… zero tłuszczu, słodyczy i białego chleba… w domu kontroluję się, biorę insulinę… zanudzam pana?
- Przeciwnie, bardzo mi miło…
- Widzi pan, są dni, kiedy czuję się bardzo samotna. Nie, nie chcę, żeby pan Bóg wie co sobie pomyślał, jestem szczęśliwa w małżeństwie. Mój mąż działa z powodzeniem w branży rozrywkowej, rozumie pan, koncerty, przedstawienia… on wszystko to organizuje i trzeba przyznać, że jak dotąd żaden artysta nie powiedział o nim złego słowa, choć nie jest tani… lata doświadczeń… ale nie ma go w domu często, a ja…  pan wie, że kupiliśmy działkę na wsi… nie dość, że kupiliśmy, to mąż już obstalował wykonawcę… stawiamy domek… niewielki… właściwie to on stawia go dla mnie, bo zażyczyłam sobie stare lata spędzić z daleka od miasta, a z moim zdrowiem nigdy nie będzie już tak, jak było… on z kolei jest miłośnikiem koni. Ma dwa konie, które teraz pozostawił w tym gospodarstwie w Ciżemkach, u tych młodych ludzi… 
- Pani jest jeszcze młoda i nad podziw aktywna. Wiem to od pani Zofii.
Uśmiechnęła się do niego, lecz zamiast nawiązać do tematu, otworzyła jeden z leżących na stoliku egzemplarzy „Naszego głosu”. Zaczęła czytać.
„W miasteczku rozległy się dawno niesłyszane marsze i walce, którymi powstała jak Feniks z popiołów orkiestra dęta uświęciła miejskie święto. Można śmiało powiedzieć, że całe miasto wyległo na ulice, podziwiając te misternie brzmiące tony muzyki, która miała bezpowrotnie zaginąć, a została ku radości mieszkańców przypomniana (…) Na starym rynku zabawa trwała do białego rana”.
Przewróciła pismo na innej stronie:
„Wielkim powodzeniem zakończył się odrodzony po latach spływ kajakowy, w którym brało udział ponad czterdziestu miłośników spacerów wodnych. Letnia pogoda przepięknie wpisała się w tę niezwykłą imprezę, która, według słów organizatorów na stale wpisana będzie do imprez związanych z dorocznym świętem miasta.”
Otworzyła ostatni numer pisma:
„Wszystko wskazuje na to, że poszukiwania źródeł termalnych w Ciżemkach zakończone zostały pełnym sukcesem. Rusza z impetem budowa zdrojowni i pensjonatu. Szwajcarski inwestor poszukuje podwykonawców.”
- A co tu mamy? - zapytała z niejakim samozadowoleniem, przewracając kolejną kartę pisma:
„Czy miasto będzie miało prawdziwy teatr? Jaki jest cel przyjazdu w nasze strony znanej aktorki, pani Weroniki Majewskiej? Przeczytacie o tym państwo w wywiadzie, jakiego sławna aktorka udzieliła naszemu redaktorowi”.
- Paradne, paradne - skomentowała. - Jakaż tam sławna aktorka ze mnie?
Otworzyła numer na kolejnej stronie:
„Kamienica z czterema mieszkaniami, podarowana w spadku stowarzyszeniu dobroczynnemu, została oddana do użytku. Zamieszkają w niej cztery rodziny wymagające natychmiastowej i bezpośredniej pomocy”.
… i dalej:
„Jak informuje rzecznik prasowy magistratu, jest duża szansa, aby jesienią tego roku mogły się rozpocząć prace nad budową kompleksu rekreacyjnego we wschodniej części miasta, na nieużytkach pozostałych po dawnej działalności dwu nieistniejących już firm.”
- Widzi pan… ta gazeta trafiła do moich rąk wiosną. Zaciekawiła mnie. Mnie i męża. I właściwie dlatego przyjechałam w te strony… i w końcu zostałam… dziś jeszcze w hotelu, ale mąż obiecał, że do jeszcze do zimy wprowadzimy się, a znając mojego męża, wiem, że można na niego liczyć. A tamto… no cóż, sprzedamy. Nie lubię go. Za dużo hałasu. W październiku gram parę małych ról w teatrze, więc będę musiała na dwa-trzy miesiące wyjechać… ale wie pan… ten teatr, jaki stworzymy z panią Zosią będzie… mówię to panu. To będzie prawdziwy teatr.
Dopijali herbatę i kawę. Wskazówki zegara niebezpiecznie przesunęły się na godzinę drugą. Pani Rybotycka kończyła pracę w kuchni. Maria spała z córką w sypialni na górze.
Pani Majewska zbierała się do wyjścia. Naciągnęła na plecy lekki sweterek z owczej wełny, wyciągnęła rękę na pożegnanie i to w momencie kiedy pani Rybotycka zmierzała ku wyjściu.
- To co, drogie panie, odprowadzę was obie - zaproponował kawiarennik.
Kobiety nie odrzuciły zaproszenia do nocnego spaceru po mieście.
- I widzi pan - zaczęła pani Majewska - i jeszcze do tego wszystkiego to, jeszcze ten spacer. Panie Adamie, to będzie teatr jakiego jeszcze świat nie widział.

[28.08.2016, Poggio di Sanremo we Włoszech]

WZGÓRZE, KTÓRE DZWONI

Na wzgórzu jest kościół, a z dzwonnicy co godzinę rozlega się pogodne dudnienie dzwonów. Prawdopodobnie dźwięk dzwonów jest nagrany, gdyż co kilka godzin dźwięczy śpiewnie melodia jakiejś kolędy czy pastorałki, melodia, która ma zachęcać do odwiedzenia świętego przybytku. „Przybywajcie pastuszkowie…” - tak mi się kojarzy ta pieśń.
Pastuszkowie nie przybędą, przynajmniej z tej strony wzgórza. Drzewa oliwne, choć nie oliwne gaje, palmy kokosowe, pożółkła zieleń opadających ku dolinie pól, wierzby, platany i drzewa orzechowe. Słońce nienawistnie wysusza tę ziemię pozbawioną urodzaju. Kościół w oddali, na szczycie stoi nieruchomo, wieżyczka dzwonnicy góruje nad opaloną wiatrem od morza krainą pozornej szczęśliwości.
Jakiś biedak, staruszek, wczoraj dwukrotnie i dzisiaj raz, przygarbiony, taszczy na wątłym grzbiecie torbę. Stąpa po nagrzanym asfalcie drogi szybko, sprężyście, jakby nie znał bólu kręgosłupa, jakby nie odczuwał spiekoty pod wytartą przez czas marynarką; jakby jego głowa przywykła do ciążącego jej kapelusza, którego jedyną zaletą jest to, że rzuca na czoło nędzarza błogosławiony cień.
Zatem trzeba by wspiąć się na to wzgórze, aby przekonać się, skąd pochodzą dźwięki dzwonu, aby rzucić dalekim okiem na morze, co leniwie połyskuje w okrutnym blasku południa po tamtej stronie wzniesień. Wyruszam więc uzbrojony w pół butelki wody i aparat fotograficzny. Wspinam się po wąskiej asfaltowej ścieżce, którą podążają auta, oznajmiające klaksonem swoją obecność przed każdym zakrętem. Podziwiam tubylczych śmiałków, którzy pokonują trasę wznoszącą się na wzgórze pod kątem nachylenia dochodzącym do dwudziestu pięciu stopni. Idąc powoli, staję co sto pięćdziesiąt metrów i ocieram spotniałe czoło. Wkrótce koszula robi się mokra. Mijam wiejskie, raczej biedne posiadłości z nieużywanymi, zniszczonymi przez upływ czasu szklarniami, przechodzę obok drobniutkich poletek oliwek, palm daktylowych i niewielu drzew figowych. W górze majaczą coraz wyraźniej pastelowe ściany całkiem przyzwoitych wilii i brudne, odarte z tynku elewacje starych, miejskich kamienic. Droga, która wlokę się niemiłosiernie, prowadząc mnie do celu, okrąża wzgórze. Na kilku zakrętach przystaję, robię zdjęcia morzu zaciągniętego, mimo bezchmurnego nieba, przezroczystą, mleczną poświatą rozedrganego powietrza. Jeszcze tylko pięćdziesiąt kroków i jestem na szczycie, zdziwiony tym, że w poprzek mojej, karkołomnie wznoszącej się drogi, biegnie szeroka szosa, prowadząca w zaułki najstarszej części miasta - Poggio di Sanremo. Tutaj, w centrum tej niewielkiej miejscowości kwitnie włoskie, towarzyskie życie, choć miasteczko nie ma wielu atrakcji turystycznych poza przepięknym widokiem na Morze Śródziemne i port w Sanremo. Wydzwaniający melodie kościół jest zamknięty.
Zejście do miejsca, gdzie zaparkowałem auto nie zajmuje mi wiele czasu, chociaż schodząc tak stromą ścieżyną, zaczynam odczuwać ból łydek, ale to nic w porównaniu z wejściem.
Upalny dzień wypala się niepostrzeżenie, chłodzony skromnymi podmuchami wiatru, bez którego trudno sobie wyobrazić postój na rozżarzonym parkingu u podnóża wzgórza, które dzwoni.  

 [28.08.2016, Poggio di Sanremo we Włoszech]
   

JESZCZE JEDNA TRASA

I w końcu po ponad trzech tygodniach wymuszonego i rozleniwiającego wypoczynku ruszam w drogę, renówką numer dwa, bo tamtej, pozostawionej we Francji jeszcze nie naprawiono i jest „ściągana” do kraju. Niestety pozostały w niej moje rzeczy niezbędne do podróży, a najbardziej boleję nad kuchenką gazową. Niby firma załatwiła mi inną, używaną przez kogoś, ale jest totalnie zdezelowana, a mnie chodziło przecież o zrobienie sobie kawy czy herbaty, a na wysadzenie się w powietrze przy pomocy gazu mam jeszcze czas i stąd czeka mnie miesiąc z napojami „na zimno”.
Z Pobiedzisk pod Poznaniem jadę do Dachau, nie bez kłopotów, bo nie oclili mi towaru w Poznaniu i jedną noc spędziłem w stolicy Wielkopolski.
Na jednym z parkingów w Niemczech (jakieś 80 kilometrów za Słubicami) podchodzi do mnie młody mężczyzna, prosząc o podholowanie busa, gdyż nie może go uruchomić. Pomagam, lecz bezskutecznie. Jest zdziwiony, bo kupił właśnie nowy akumulator. Później dowiaduję się więcej. Mężczyzna ma niewielka firmę transportową i do tego „nieszczęsnego” busa zatrudnił wczoraj kierowcę. Ten po pierwszym rozładunku w Niemczech, ugrzązł na parkingu, gdzie wespół z wątpliwej sławy niewiastą postanowił umilić sobie życie przy pomocy alkoholu. Spożył tenże w ilościach uniemożliwiających odróżnianie dnia od nocy, przyjemności i obowiązku i w końcu właściciel autka (też renówki) zmuszony był przyjechać z żoną na parking (z Poznania byli) i powiadomić niemiecka policję o zdarzeniu. Trudno jednoznacznie orzec, czy radośnie usposobiony kierowca ma świadomość tego, że stracił pracę i został wraz ze swoją szykowną znajomą puszczony w skarpetkach do kraju. Tak sobie pomyślałem, że może i dobrze się stało, że ta renówka padła, bo wyszłoby z tego jeszcze większe nieszczęście. No cóż, bywa i tak na świecie.
Kolejny ładunek biorę z Mittenwald w niemieckich Alpach (niedaleko Garmisch Patternkirchen) i mam go zawieść do Sanremo we Włoszech. Trasa z tego miejsca jest ciekawa również z tego powodu, że przekracza się cztery granice: najpierw niemiecko-austriacką przed Insbruckiem, następnie austriacko-włoską w Brenero, potem włosko-francuską tunelem pod Tende (Alpy śródziemnomorskie), by powrócić do Włoch drogą wiodącą wybrzeżem morskim od Monte Carlo aż po Genuę.
Mam przyjemność jechać jedną z najpiękniejszych włoskich tras (chyba nie tylko włoskich) wzdłuż jeziora Garda w Lombardii. Pokonywałem już ją dwukrotnie, tyle że w nocy, a teraz nadarzyła się sposobność zrobienia kilku zdjęć, oczywiście z samochodu, bo miejsc do parkowania wzdłuż tej przepięknej turystycznej trasy jak na lekarstwo. Dość powiedzieć, że jedzie się ponad 45 kilometrów tuż nad brzegiem jeziora, wspinając się na dosyć strome wzgórza, bądź też jadąc tunelami, tunelikami i galeriami. Zdecydowanie bardziej polecam te trasę od tej wzdłuż Morza Śródziemnego, gdzie dosłownie setki kilometrów we Francji i we Włoszech jedzie się, mając po jednej stronie morze i cała te infrastrukturę turystyczną. Nad jeziorem Garda też jest sporo obiektów turystycznych, ale klimat jest tu bardziej sprzyjający, a widoki i wielkiego, bezkresnego jeziora, i otaczających je zewsząd Dolomitów niezapomniane.
Przez Mediolan i Turyn przejeżdżam wczesną nocą - nie ma wielkiego ruchu. Za Turynem kieruje się na południe w stronę Cueno i dale do granicy francuskiej pod Tende. Jest kilkukilometrowy tunel, choć budują też nowy (trudno rozstrzygnąć, czy drugą nitkę, czy zupełnie nowy). Na wjazd do tunelu czekam 20 minut, bo w tym miejscu ruch przez granicę jest jednostronny. Po stronie francuskiej kilka kilometrów karkołomnych zjazdów i wkracza się w klimat śródziemnomorski, ciepły i przeraźliwie suchy.
Po drodze mijam niewiele samochodów (jest przed czwartą nad ranem) i swoją drogą taka niemal samotna podróż przez Alpy nocą ma swój urok, choć tego dnia nie wyskakiwały na drogę sarny, jedynie widać było przelatujące w światłach reflektorów nietoperze i sowy.
Na 22 kilometrów przed celem, już ponownie po stronie włoskiej, dopadła mnie senność, więc przystaję i robię niemal dwugodzinną drzemkę. Do Sanremo dojeżdżam niezbyt wczesnym rankiem, kiedy ulice mijanych miasteczek i samego Sanremo są już dosłownie pełne aut i motocykli. Do tych drugich, zwłaszcza na południu Włoch trzeba się przyzwyczaić. Stanowią one niezbędny „element krajobrazu” tych okolic… no i trzeba na nie uważać.
Do farmaceutycznej firmy, gdzie wiozę beczki z jakąś chemiczną substancją, docieram „na raty”. Pod wskazanym adresem jest kamienica, a o lokalizacji zakładu dowiaduję się od napotkanych ludzi. Zajeżdżam więc pod firmę, myśląc, że może mi ten towar rozładują, choć właściwie rozładunek jest w poniedziałek, nie w sobotę. Nic z tego. Wyjeżdżam z Sanremo, a właściwie z jego centrum i docieram na jakąś ekonomiczną strefę, gdzie muszę przetrwać ten niesamowity upał do poniedziałku.

[27.08.2016, Poggio di Sanremo we Włoszech]

KAMYCZKI - NAZYWANIE ŚWIATA (19) KREMOWA KAMIZELKA

Oczy tamtego zdawały się nie wyrażać niczego i były nieobecne, i zamiast błyszczeć w blasku przedpołudniowego słońca, wdzierającego się do pokoju przez gładkie tafle wypolerowanych szyb, matowiały, tak jakby ktoś przetarł je wodnym, drobnoziarnistym papierem ściernym.
Wzrok leżącego zawisnął w martwym punkcie przestrzeni pomiędzy osadzonym na przeciwległej patrzącemu ścianie telewizorze, a białym, z lekka poszarzałym sufitem.
Możliwe, że nie poznał tych dwojga ludzi, którzy pojawili się w szpitalnym pokoju po spóźnionym tego dnia śniadaniu, na które składała się zbożowa kawa zabielana chudym mlekiem, jajecznica, masło, twardy biały ser i czerstwe kromki pszenno-żytniego chleba.
Kiedy skończyli jeść, kobieta zapakowała do papierowej torby kompot truskawkowy, jabłko, dwa banany, jogurt, kawałek świeżej jeszcze szarlotki i dwie kanapki z szynką, w otulinie lekkich i puszystych grzanek.
Kobieta znała chorego jedynie z widzenia. Wiedziała, że pracował z jej mężem, był inżynierem i głównym mechanikiem w dziale produkcji. Była trochę zaskoczona tą znajomością Bogusia i inżyniera, bo jej mąż stronił zwykle od towarzystwa, a pracując jako księgowy w biurze, nie mógł przecież kontaktować się często z technikami i pracownikami z produkcji. Dodatkowo inżynier był chyba piętnaście lat młodszy od jej męża, co tym bardziej ją zastanawiało, że może ich obu łączyć jakaś zażyłość, czy przyjaźń, o której wcześniej nie miała pojęcia. Od męża, który z systematyczną regularnością, raz na tydzień, odwiedzał chorego, wiedziała, że jest jedynym spośród pracujących w firmie jacy decydowali się na wizytę w szpitalu. Inżynier stanowczo zbyt długo leżał unieruchomiony przez chorobę, a kierownictwo straciło już nadzieję na ponowne powitanie go i zatrudnienie przy produkcji; Bogusiowi natomiast, przebywającemu od dwóch lat na emeryturze, nie przeszkadzało z kolei zachodzenie do chorego (w końcu miał sporo wolnego czasu), choć kontakt z inżynierem był bardziej niż ograniczony, na co miała wpływ choroba duszy (w taki sposób stan zdrowia pacjenta oględnie nazywali lekarze).
Helena wybrała się do szpitala po raz pierwszy i poszła tam ze względu na męża, ale wszystkie przygotowania, które poprzedzały wizytę sprawiły, że chcąc nie chcąc, wczuła się w tę nietypową dla niej sytuację, jaka ja czeka, a nawet tłumaczyła sobie, że tam, w jednoosobowej salce szpitala psychiatrycznego przebywa jej bliski kuzyn i jej obowiązkiem jest spędzić z nim pokorne sześćdziesiąt minut, i zapomnieć, że nigdy przedtem nie lubiła zapachu szpitala.
Kiedy już znaleźli się oboje przy jego łóżku, Helena, patrząc na leżącego, cały czas nie mogła zrozumieć, jak można być tak bardzo nieobecnym i nie reagować na słowa powitania, na torbę z jedzeniem, na dotknięcie dłonią chłodnego czoła, na te wszystkie nowinki, które choremu przekazywał cierpliwie Boguś opowiadający z zapałem, co przez ostatni tydzień zdarzyło się w mieście, a co słychać w wielkim świecie i polityce. I kiedy wydawało się, że chory w dalszym ciągu porozumiewał się będzie z nimi za pomocą ruchu gałek ocznych, w pewnej chwili, wymuszonej przerwą w opowiadaniu byłego księgowego, chory otworzył nagle usta i niedbale wykrzesał parę słów:
- Nic, ale to nic mnie nie cieszy, nie zadowala.
- Rozumiem - odparł Boguś. - Wiesz, że nie powinieneś tu leżeć?
Helena nie zrozumiała tego nagłego stwierdzenia jej męża.
- Wiesz, że gdybym jednak stąd wyszedł, kupiłbym sobie taką kremową kamizelkę, jaką na sobie masz i nosisz w upały…
Helena pomyślała teraz o leżącym z serdecznością; to ona kupiła mężowi tę kamizelkę wraz z jasnymi, piaskowego kolorami spodniami.
- To musi być przyjemne dla państwa tak spacerować sobie po mieście we dwoje; pani w tej beżowej sukience, a pani mąż w kremowej kamizelce, w której jest tyle kieszeni… wyglądacie państwo na szczęśliwych.
- Bo jesteśmy - odpowiedziała, zerkając na Bogusia - mimo swoich lat, jesteśmy.
Leżący najpierw uniósł głowę, a następnie usiadł, wspierając się na dłoniach zaciskających krawędzie metalowego łóżka.
- Za tydzień wyjdę stąd i kupię sobie taką kamizelkę. Chyba jeszcze będzie ciepło, prawda?
- Będzie, lato się jeszcze nie skończyło - odparł Boguś.
- Kupię kamizelkę i pójdę sobie na spacer pod rękę z kobietą - rozmarzył się inżynier.
Helena po raz pierwszy uśmiechnęła się do pacjenta i położyła dłoń na jego wątłym ramieniu.
- Ale wie pan, mąż mówił mi, że jest pan samotny i nie wiem, czy tak za pierwszym razem znajdzie pan kobietę do spaceru - powiedziała.
Chory ani przez chwilę nie poczuł się zniechęcony. Wpatrując się w kremową kamizelkę Bogusia wyrzekł prostodusznie:
- Panie Bogumile, na ten pierwszy spacer pożyczy mi pan żonę, prawda?

[25.08.2016, Dachau w Niemczech]

22 sierpnia 2016

CHAOS

Nie ma to jak w "doła" wpaść. Wtedy je się więcej. Co ja mówię... żre się, żre, na potęgę, a cukier rośnie jak na drożdżach i głowa pęka w szwach. A wypatrzona już olimpiada smakuje jak usmażony na patelni placek posypany cukrem. Znów ten cukier. Szaleństwo kalorii. Jak to przeżyć?

Z zauważonych olimpijskich wieści: inteligentna Joanna Jóźwiak zauważa, że władze olimpijskiego (światowego) sportu powinny jednak mierzyć ten testosteron, bo tych trzech pierwszych "pań" na osiemset metrów wyprzedzić się nie dało, z racji tego testosteronu, że o wyglądzie nie wspomnę. Okazało się, że naturalny doping hormonalny jest dozwolony, w przeciwieństwie do medycznego, który wykluczył z rywalizacji rosyjskich lekkoatletów, i to bez względu na to, czy brali, czy nie... ot tak, dla porządku, bo nam się skoczkini o tyczce Isimbajewa nie podoba, a "pani" Semenya - a jakże.
Czepialski jestem... ale też podziwiam naszą młociarkę - Anitę Włodarczyk, choć ta też się po przyjeździe z Rio czepia tych warunków w jakich trenuje się na warszawskiej Skrze. A Skra w warszawskim, i nie tylko stołecznym sporcie, zawsze dobrze mi się kojarzyła. Ale my to już tak mamy - mamy Narodowy, na którym można wprawdzie rzucać rekordy młotem, ale gdzie trenować...  z tym gorzej. 
Zresztą, czy to tylko o sport chodzi?
Ile jest takich miejsc, zakładów, które jak ta Skra niszczeją, a dawniej... nie wypowiadam się, głowa pęka.

Przestaję oglądać telewizję. Oglądam na zasadzie: włączam - brzęczy mi i błyska. A najgłośniej brzęczą reklamy. Czasami zastanawiam się nad takim faktem: jak to się dzieje, że przebierając paluchami po cyferkach pilota zawsze natrafiam na reklamy? 
A jeśli już się skończą (także zło przemija) uruchamiam TVP info, a w niej mojego ulubionego redaktora prowadzącego satyryczno-polityczne programy... zdaje się, że chodzi mi o pana Michała Rachonia, który jak zwykle świetnie jest przygotowany przez swoją partię do programu, jaki prowadzi.
Obijało mi się o uszy, że jeżeli mamy publiczną telewizję, to znaczy, że należałoby od niej wymagać choćby szczypty obiektywizmu, ale widocznie źle mi się obijało, bo obiektywizm w TVP info jest zakazany, natomiast satyra, jak najbardziej właściwa i pożądana.

Głowa mnie boli i zazdrość pożera przez tego Miśkiewicza, co to za swoje wielkie zasługi dla obronności kraju złoty medal dostał z rąk Macierewicza - ministra od wojny.
Ten ostatni to ci dopiero oryginał o specyficznym poczuciu humoru, a zatem nie należy poważnie traktować tego złotego wyróżnienia, jakim uraczył swojego podwładnego. A czy można z powagą odnieść się do pomysłu ministra od wojny dotyczącego włączenia aeroklubów w szranki oddziałów obrony terytorialnej kraju? Nie można. Natomiast z satyrycznego punktu widzenia cała twórczość pana ministra, ot, choćby od tej rozpylonej mgły nad Smoleńskiem, poprzez serię wybuchów w samolocie i mobilizację do wojny z ruskimi aż po ostatnie doniesienia to... niezwykła i silna konkurencja dla rodzimych satyryków. Oj, pójdą oni na zieloną trawkę, pójdą.
Ale ja już tego nie zobaczę, bo coraz mniej telewizję oglądam w znaczeniu: siadam, patrzę i słucham.

I w sumie, słusznie robię, bo przecież mogę sobie dosiąść "interneta" i w nim przeczytać, jak to jeden posełek z Mazur uprasza panią premier o dokonanie lustracji nauczycieli i pracowników obsługi, albowiem są oni wielce podejrzani o współpracę ze służbami bezpieczeństwa w niesłusznych czasach. Na mój rozum to każdy, ale to każdy obywatel nie posiadający PIS-owskiej legitymacji powinien być porządnie zlustrowany i wyrzucony precz z roboty, a jeśli jej nie posiada - precz z urzędu pracy, tudzież winien być pozbawion emerytury, rent... i tak dalej.
Nauczyciele, sprzątaczki i panowie "złote rączki" miejcie się na baczności, a najlepiej złóżcie samokrytykę.

I cóż z tego, powie ktoś, że napisze to i owo, że zadrwię sobie z kogoś, że wypowiem się o tym czy tamtym nieładnie - cóż to zmieni? 
A nic. Natomiast milczeć mi nie kazano i nie ma takiego rozkazu żeby milczeć, a zatem badając poziom cukru we krwi, piszę to, co mi obolała głowa podpowie... i póki jest ze mną jeszcze (no tak bezczelnie sadzę) w porządku, to piszę, choć nie przepadam za tematyką kloacznych rynsztoków.

Głowa, ta, która jeszcze jest na swoim miejscu, przypomniała mi również inny temat, związany z niedawną podróżą aeroplanem, z przesiadką w Monachium. Otóż byłem bardzo przyjemnie zaskoczony tym, że w tych samolotach Lufthansy napotkałem stewardessy w stosownym wieku... znaczy się nie były to panie o fizjonomii plastykowej modelki. Być może uprzednio nazbyt ulegałem iluzji, że stewardessy koniecznie powinny dominować młodzieńczą urodą nad pasażerami płci obojga. Nic podobnego. Nie muszą. A ponadto, kto powiedział, że uroda młodości musi przewyższać czar wieku stosownego? No cóż, mylił się i tyle.

Pewnie już kiedyś o tym pisałem, ale przypomnieć nie zaszkodzi, że jestem totalnie odporny na reklamę i gdyby udało mi się założyć stowarzyszenie opornych na reklamową indoktrynację mózgów, akcje przemysłów i usług w naszej globalnej wiosce spadłyby na łeb i szyję, bez szans na przeżycie. Jaka byłaby to piękna katastrofa. Póki co niektórzy wierzą w reklamy jak w Chrystusa. Wierzą na przykład, że języka obcego można się porządnie nauczyć w trzy miesiące, a bez Kozery to nawet w dwa. Roją się w mediach ogłoszenia informujące o jakichś nadzwyczajnych metodach nauki języków, dzięki którym słownictwo i gramatyka same wchodzą do głowy, że uczenie się obcych słów przychodzi bezboleśnie, a wręcz bajecznie łatwo i wystarczy tylko przelać na konto szkoły językowej, bądź też wręczyć osobiście stosowną opłatę. Zdaje się, że o to ostatnie najbardziej chodzi, bo cudów (przepraszam wierzących) nie ma. Żadne tam techniki szybkiego czytania, fotograficznego zapamiętywania nie nauczą porozumiewania się w obcym języku, choć zapewne istnieją ludzie, których mózgi są podatne w większym stopniu na tego rodzaju metody nauczania, ale, nie oszukujmy siebie i innych, uczenie się czegoś nowego i nieznanego wymaga czasu, jak i też sam uczący się, jeśli zastanawia się nad własnymi postępami w nauce, sam jest w stanie określić, kiedy osiąga największy przyrost wiedzy i umiejętności.
No i wylazł ze mnie prehistoryczny belfer.

A będąc "w dole" czasami tak jest, że człowiek stwierdza: - boję się - i za chwilę dopytuje: - czego?
I nie zna odpowiedzi.
Innym razem rzuciłby wszystko "w diabły".
I rzucić nie może. Nawet jeśli chce.
Najgorsze jest to, że wszelka racjonalizacja przestaje działać. Zapiekły się styki, a międzykomórkowe połączenia trafił szlag. Przed oczami tunel zasypany z tamtej strony. Bądź tu mądry i pisz wiersze. Wtedy się żre. Wydaje się, że zmysł smaku zastępuje wszystkie pozostałe.
Jest wprawdzie jeszcze sen, ale czy on coś zmieni?
Nie zmieni.
Bo sen nie trwa wiecznie... chyba, że mówimy o takim, ktory jest wiecznością.

[22.08.2016, Dobrzelin]




19 sierpnia 2016

ULICZNY SLANG

Spotkałem go w pubie przy dworcu w naszym mieście,
podszedł do stolika, stary niedźwiedź, nareszcie
wpadliśmy tak na siebie po latach w ramiona,
myślałem, że po dragach nie podniósł się, skonał,
a on żyje, ma się jak ten pączek w cieście,
biały kołnierzyk, krawat, garnitur sztuczkowy,
czysty i bogaty, dopadła go mamona,
zamawia Dimple, tę piętnastoletnią cizię,
kelner z błyskiem w oku, w rękach z nią idzie,
nalewa, pijemy ten trunek jęczmieniowy
słodki, w smaku delikatny i mam już z głowy
następną porcję cienkiego, słabego piwa
i z podziwem na jego szczodrość głową kiwam,
co sprawiło, że z nizin trafił w wyższe sfery,
skąd wziął kasę, nie zazdroszczę mu, lecz do cholery, 
nie pracował nigdy, stał pod szkołą z dragami,
sprzedawał saszetki, handlował dziewczynami,
a ze mną, co znaczę nic, bo nie jestem prawdziwy,
po drugiej szklance whisky jest nadzwyczaj szczery,
mówi, że pierwszy tysiąc znalazł na ulicy,
a potem poszło już lepiej, bo był cierpliwy,
jakiś wpływowy senator wpadł w jego ręce,
bo lubił dziewczynki, nie stronił od afganu,
kochali go za to celnicy przemytnicy,
senator za działkę amfy z Turkiestanu
w politykę go wprowadził, chciał błogostanu. 
ja już nie mogę, nie chcę i nie chcę pić więcej
nie polewaj mi Dimple’a, chcę mieć czyste ręce
bo ja jestem ten sztuczny, ten dziwny, nieprawdziwy,
stałem po drugiej stronie ulicy gdzie zomo,
mam swoje własne zdanie, jestem niegodziwy,
okrutnie szczery i jak nie Polak fałszywy,
tymczasem przenieś moją duszę umęczoną
w dzieciństwa rozstaje albo za płot cmentarny, 
gdzie jest najlepsze miejsce dla nieuleczalnych,
to wariacje, halucynacje, degradacje
kuracje, aberracje, alkoholizacje,
i odchodzę od stolika na tamtą stronę,
odchodzę zniesmaczony, lecz nie dość pijany,
aby dobrze się poczuć w pubie zafajdanym,
który nie ma niczego na swoją obronę,
nareszcie,
jestem na mieście,
nieprawdziwy,
niepotrzebnie żywy.

[19.08.2016, Dobrzelin]

17 sierpnia 2016

LEON WYCZÓŁKOWSKI

Był jednym z najlepszych i najsławniejszych polskich malarzy Młodej Polski. Impresjonista, pejzażysta, realista, portrecista, autor scen rodzajowych, któremu nie obca była tematyka społeczna, choć nie unikał też martwej natury. Ta tematyczna wielowątkowość zainteresowań sprawia, że Leona Wyczółkowskiego trudno zaszufladkować, skupiając się na jednym, wybranym obszarze sztuki malarskiej.
Artysta próbował także różnych technik. Obok malarstwa sztalugowego, olejnego próbował wyrazistych litografii, ciepłej akwareli, spokojnych gwaszy i wyrazistych akwarelowych pejzaży.
Być może to nader częste "przemieszczanie się" po różnorodnych technikach sprawiło, że nie zdołał wykształcić własnego, niepowtarzalnego stylu malarskiego, po którym byłby rozpoznawalny, jednakowoż ta wielostronność ukazywania świata, opisywania postaci i natury świadczy dobitnie o jego wysokim, warsztatowym kunszcie.
Obrazy Wyczółkowskiego ogląda się wyśmienicie. Emanuje z nich ciepło i intensywna, przejaskrawiona kolorystyka, przedstawiająca świat wręcz piękniejszym, niż jest w rzeczywistości.
Cechą łączącą jego płótna jest gra światła, obecna szczególne w pejzażach i scenach rodzajowych malowanych "z natury". Wyczółkowski robi to znakomicie.
Jednym z najbardziej znanych jego obrazów jest "Rybak", występujący niejako w serii obrazów rodzajowych, przedstawiających wędkarza.

"Fisherman" by Leon Wyczółkowski:

Mnie osobiście urzeka "Siewca", olej na płótnie; choćby ze względu na oryginalne wykorzystanie ciemnego błękitu pola... jest w tym obrazie coś z Cezanne'a


Z nie mniejszą przyjemnością patrzę na poniższego gwasza - "Widok Wawelu z Kaplicą Zygmuntowską w zimie".


Albo na ten przyciemniony pastelowy pejzaż "Morskiego Oka".



A to prześwietna "Wiosna w Gościeradzu" w akwareli, tuszu i kredce. z jakże popularnym w malarstwie motywem otwartego okna.


Z kwiatów wybrałem natomiast te oto skromne "Dziewanny".

 

I w końcu olejna "Gra w krokieta", w którym to obrazie widać  zafascynowanie się Wyczółkowskiego Renoirem.



[17.08.2016, Dobrzelin]

15 sierpnia 2016

KAMYCZKI - NAZYWANIE ŚWIATA (18) OKNO

Zerwał się wiatr, błysnęło, świat spłynął szarą strugą chmur. Otworzył okno, wystawił dłonie; poczuł ciepłe łaskotanie kropel. Dłonie mokły, pejzaż skurczył się na wyciągnięcie ramion. 
- Zamknij - usłyszał - jeszcze wpadnie sopelkowy meteoryt pocisku.
Nie odczuwał lęku. Zgarniał wodospad miękkiej wody, którą przemył twarz. Wcześniej, gdy na tle niepokalanej płaszczyzny błękitu falowały promienie żółtej gwiazdy, pozwalał sobie nakładać na twarz i ręce piekącą warstwę brązu.
Innym znów razem wchłaniał nozdrzami zawiesistą mgłę, a bywało też, że w jego otwartych ustach, na języku, roztapiały się białe kruszynki zmrożonych kryształków.
- Lubię stać przed oknem i lubię, kiedy jest otwarte na świat - powiedział. - Kiedy zbuduję swój dom, będą w nim cztery okna, z każdej strony świata.
A kiedy ukłuła go róża miłości - czuł po raz pierwszy, że kocha - przystanął pod oknem i zbierał w sobie wszystkie siły, aby je otworzyć mocą swoich nieprzejednanych pragnień.
Udało się.
Nie skończył na tym. Zapragnął teraz być wiatrem, pociskiem błyskawicy, szarą strugą chmury, mgłą zawiesistą i falującym w rozedrganym powietrzu jaskrawo żółtym promieniem, i chciał być także kryształkiem zmrożonej bieli… byle tylko stanęła w tym ołtarzu.
- Nie bój się! - wykrzyknął.
Stał pod nim, cierpliwie znosząc jesiennych liści wirowanie i chłód przedwieczoru.
I w końcu, a było to zanim zmrok rozlał flakon z granatową poświatą, zobaczył dziewczynę w czerwonej, spłowiałej sukience, która w dostojnym zamyśleniu szukała wzrokiem jego spojrzenia, a kiedy je odnalazła, pospiesznie zamknęła oba ramiona witraża. 
Bez słowa żalu zniósł rozstanie, a nocą przyśniła mu dziewczyna Rembrandta.

Portret dziewczyny w oknie

(być może ta z "Portretu dziewczyny w oknie")

[15.08.2016, Dobrzelin]

13 sierpnia 2016

Z ARCHIWUM - TEKST BEZ TYTUŁU - 3.

III.

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy od niepamiętnych lat. Możesz to sobie wyobrazić? Wysiadam z pociągu z walizką w ręku (tylko lokomotywa jest inna, spalinowa) i przed dworcem czeka na mnie jednokonny zaprzęg. Chłopak podbiega do mnie, chwyta w ręce mój tobół i zaprasza do sań. Wskakuję na tylne siedzenie, on wspina się na kozła, zacina batem konia i wyruszamy zaśnieżoną drogą w stronę lasu. Obok, na siedzeniu, czekał na mnie pled. Przykrywam nim nogi i walizkę. Spod końskich kopyt rozbryzguje się mokry, zlodowaciały śnieg. Wjeżdżając do lasu, pomiędzy młode zagajniki świerków, płozowy wolant zwalnia, koń kroczy szybkim stępem a chłopak zapala papierosa.
- Zdążymy przed zmrokiem, zapali pan?
- Nawet przyjemniej będzie, gdy drogę do leśniczówki pokonamy powoli - mówię. – Nie teraz, dodaję.
Chłopak zapala, zdejmując wcześniej rękawiczki – skórkowe, ciemnobrązowe.
- Teraz, Kaśka, tak jak lubisz, po swojemu – zwraca się do szpakowatej klaczy, która potrząsa łbem i rzeczywiście zaczyna stąpać własnym rytmem i wydłużając krok płynnie, jakby bez wysiłku ciągnie za sobą sanie, podążając po własnych śladach, jakie pozostawiła jadąc na stację.
- Jesteś bratem Niny? – pytam.
- Stryjecznym. Mówiła panu o mnie? Piotr – przedstawia się patrząc przed siebie i zaciągając papierosowym dymem.
- A mówiła. Mówiła, że świetnie się znasz na koniach i przewidywała, że jeśli wyjedziesz po mnie to saniami.
- Ja, panie Karski, mogę tak? – waha się jakby zawołanie po nazwisku wiązało się z pewną dozą skrępowania – parę miesięcy te sanie remontowałem. Kupiliśmy je we wsi. Stare, z widocznymi pęknięciami, z płozami ze zdartymi listwami stali. Trzeba to było wszystko naprawić, wymienić, co się da. Znam się na tym.
- Słyszałem, że w technikum leśniczym się uczysz? Ostatni rok, prawda?
- Prawda. Z ojcem zostanę, nie to co Nina. Ona już u nas rzadkim jest gościem.
- Każdy wedle swoich umiejętności i zainteresowań życie powinien prowadzić – oświadczam pouczającym tonem – twoja siostra dobrze się zapowiada. Zdolna, pracowita, ambitna.
- I mocna w gębie – dodaje.
- W życiu trzeba walczyć o swoje. Gęba czasami się przydaje.
- Wiem, ojciec nas uczył tej walki, chociaż mnie do ludzi aż tak bardzo nie ciągnie. Co innego las, drzewa, zwierzęta i majsterkowanie.
- Leśniczy ma jednak pod sobą ludzi.
- To prawda. Wycinki, sadzenie lasu, pielęgnacja drzewostanu i zwierząt - do tego są potrzebni ludzie. Albo, dajmy na to pobieranie żywicy.
- To jeszcze to się robi? Myślałem, że chemia załatwiła wszystko.
- Jest taki stary rewir leśny, gdzie jeszcze żywicę się zbiera. Najwięcej pracy z wiatrołomami i dzikami, które wchodzą w szkodę.
- Chciałbyś tu zostać? Nie marzy ci się jakiś inny las?
- Tutaj sporo pracy. Trochę też ziemi mamy. Trzeba uprawiać, bo inaczej zjałowieje, a ojciec i wcześniej dziadek, sami wydarli parę hektarów lasowi. Po wielkim pożarze. Nie pamiętam tego.
Rozmowa jaką toczyliśmy obfitowała w pozytywistyczne monologi i oracje wysupłane jak nic z dydaktycznych powieści Orzeszkowej oraz zasłyszane dawniej dialogi licealistów, które prowokowałem, gdym, ufając słowom wybujałej młodzieńczości, objeżdżał kraj wzdłuż i wszerz, notując, a nierzadko, nagrywając konwersacje ambitnych i zbuntowanych młodych. Piotr z jego zapatrywaniem na świat dorosłości, w który wkraczał, zdawał mi się być jednym z ostatnich, których wydała ziemia nie dla nowoczesności, lękającej się szczerych wyznań, lecz dla pracy, w jakiej widzi się sens. Zastanawiałem się nad tym, jak bardzo nietypowa lub odwrotnie, jak pospolita jest taka postawa młodych i jak wielki na nią wpływ miał ten człowiek, do którego w umówioną gościnę jechałem. Jednocześnie do cna przesiąknięty zwyczajem sporządzania notatek, a z braku możliwości ich prowadzenia, dokładnym archiwizowaniem w pamięci słuchanego tekstu, gromadziłem w mózgu poszczególne słowa i słów powiązania, jakbym zakładał, że będą mi one potrzebne, gdy tylko opatrzność podsunie mi pretekst do wykreowania opowieści, w której mógłbym wykorzystać kontekst zasłyszanych opowiadań. Myślę sobie, że w określonych warunkach obiektywnie niedogodnym jest bycie pisarzem, który miast cieszyć się z innymi, przeżywać, odnosić sukcesy lub cierpieć, uruchamia tę część swego mózgu, która odpowiada za tworzenie własnych opowieści. Słyszysz sobie pewną historię, przekazaną tobie, nie pisarzowi, a człowiekowi i już ją przetrawiasz po swojemu, dokładasz anegdotę, zmieniasz kontekst, rytm, stylizujesz, wprowadzasz nowego narratora, stajesz ponad opowieścią i, co najsmutniejsze, okazujesz się złodziejem myśli i słów, które wykradłeś rozmówcy.
Krok po kroku, a raczej stęp po stępie przybliżaliśmy się do leśniczówki, oddając się przyjemności korzystania z dobrodziejstw uśpionej snem zimowym natury, lasu, który narastał i dziczał za każdym zakosem drogi, wspinał się i potężniał wysokimi ramionami sosen i tu i ówdzie rozsianymi masztami dębów, w pojedynkę chełpiących się swoją starczą potęgą. Już sama podróż odbywana nietypowo uspakajała mnie i odpędzała niepokój, jaki nagromadził się ostatnio, burząc sen i budząc myśli, których nie chciałem nigdy doświadczać. Omdlenie jakiemu uległem w sercu miasta, omdlenie wymazujące z pamięci kilka chwil życia, odchodziło precz. Doprowadzony zostałem do stanu, w którym podświadomie zapominałem o swoich upadkach i powoli zaczynałem odzyskiwać nadzieję.
Piotr pokazywał mi zajęcze i sarnie tropy, jakich nie napotkał jadąc w stronę dworca i głowę bym dał za to, że jego uszy rozpoznawały odległe odgłosy wydawane przez stado saren spieszących do paśnika. Co i rusz uzyskiwałem informacje o najlepszych miejscach na grzybobranie, o pobliskich polanach wypełnionych jagodowym poszyciem, o miejscach, w których buszują dziki i o krzyżu, który wetknięty w kopczyk ubitej i okrytej darnią ziemi, nosi w sobie nieodkrytą tajemnicę.
I znów, kiedy o krzyżu była mowa, nieszczęsna fantazja poruszyła moją wyobraźnię. Gdyby nie bliskość zmroku, gdyby nie grudniowa zmarzlina i śnieg sięgający w tym miejscu kolan, pewnie kazałbym chłopcu stanąć i spenetrowałbym to miejsce zaznaczone krzyżem. Chciałbym się przekonać, czy jakiej tablicy, kamienia, jakiegoś znaku nie umieszczono, aby uchylić rąbek tajemnicy. Nie może tak być, aby bez dania powodu ludzka ręka pozostawiła po sobie ów ślad znaczący.
- Nic ci o tym krzyżu nie wiadomo? – zapytałem, gdyśmy przemierzyli paręset metrów, skręcając na rozwidleniu dróg w alejkę, która miała nas już doprowadzić bezpośrednio do leśniczówki.
- Różnie mówią, ale to najpewniej bajki – odparł beznamiętnie Piotr, jakby moje zapytanie wprawiło go w zakłopotanie.
- Coś jednak wiesz o tym krzyżu – kontynuowałem próbę dowiedzenia się czegokolwiek.
- Jedni mówią, że to krzyż samobójczyni, zniewolonej przez panicza i oddanej na pośmiewisko ubogiej chłopki; inni, że to miejsce śmierci kłusownika, który wpadł we własne sidła w zamieć śnieżną, przez co nie zdołał wezwać pomocy na czas i zginął z ran i zimna. Jeszcze inni mówią o rannym żołnierzu-dezerterze z pierwszej wojny światowej, którego dopadły wilki, gdy siły tracił, umykając pościgowi.
- Ciekawe. I nikt nie dociekał prawdy?
- Nie żyją już ludzie, którzy mogliby znać prawdę. Ojciec mówił mi, że chyba tylko jego dziadek mógłby ją znać. To bardzo stary krzyż.
- Z pewnością stary.
- Pan pewnie sobie pomyślał, że nasza pamięć tutaj nieczuła, że jeśli krzyż, to koniecznie trzeba poznać przyczynę. W lesie nie tylko ludzie giną, nie tylko pamięć o człowieku przepada. Giną drzewa, zwierzęta, wysychają źródła i przepadają cietrzewie, które toczyły w tych lasach przed wojną.
- Ja tylko z ciekawości tak… - usprawiedliwiłem się, choć już odzywała się we mnie druga strona osobowości – ta poddana kreatywnej wyobraźni. Ale lepiej już jedźmy, myślałem, pozwólmy tej i innych niezbadanym historiom trwać. Niech inni zdobędą się na odwagę ich odkrywania.
Znużony byłem, nie podróżą, bo ta wiodła mnie przez krainę dawno nie odwiedzaną przeze mnie lub z rzadka. Prowadziłem dotąd stadne życie wśród ludzi i było mi wśród nich raz gorzej, raz lepiej. Rozmawiałem z nimi językiem prostym, szczerym i uczciwym; czasami prowadziłem dyskusje, debaty; innym razem próbowałem sił w perswazji, albo też grałem rolę szamana nauczającego innych tego, co zdołałem z życia pojąć. Im głębiej dostawałem się w przeszłość własnych myśli, tym bardziej poznawałem ich nikczemny bezład, naiwną wartość i ulotność. Bezpowrotnie minął czas, w którym próbowałem przekonywać  i wierzyć w siłę słów jakimi się posługiwałem, choć nadal wierzę w słowo, aczkolwiek kieruję je teraz do samego siebie, albo czytam słowa innych, nie dbając o to, dla kogo są przeznaczone. No cóż, jestem w wieku, który skłania do refleksji. To trywialne i pewnie dotyka każdego z nas w czasie przesytu życiem, kiedy się wie, że niewiele dróg zostało do przejścia sprawnymi nogami, a tempo marszu zastąpiona zostało niezgrabnym krokiem, coraz wolniejszym, wymagającym odpoczynku po wspięciu się na byle wzniesienie. Banalna jest ta świadomość przemijania, lecz istnieje rzeczywiście tak jak istnieje srebrny, sztampowy i oklepany blask księżyca. Możesz nie wiadomo jakimi słowami opisać tę luminację, zaprząc nocnego gościa do powozu ciągnionego przez metafory, a srebrny księżyc pozostanie w pełni, dopóki nie zgaśnie zasypany spopielałą chmurą, albo zniknie za horyzontem poranka. Lecz inny głos podpowiada mi, że trywialność księżycowego blasku należy wzbogacić własnym spojrzeniem i zdać z niego relację, uruchamiając semantyczne desygnaty tkwiące w każdym słowie, a słowo posiada znaczenie i w określonym kontekście poddawane jest subiektywnemu opisowi za pomocą konglomeratu innych znaczeń. Nie o samo światło księżyca chodzi, lecz o to, czy jest sens zapuszczać się w metaforykę słów, czy nie gubi się przy okazji znaczenia słowa danemu temu, kto odczuwa to, co obiektywnie dane jest każdemu z nas. Ważna jest również szczerość wypowiedzi, a ta korzysta z najprostszych, nierzadko prymitywnych środków.
Dość o tym. Narasta pomrok. Słońce dopala się gdzieś hen za zasłoną lasu, ledwie się żarzy, nie dając ciepła i zmuszony jestem naciągnąć na siebie szczelniej pled. Im bardziej zbliżam się do kresu podróży, tym silniej odczuwam niepokój, choć wiem, że przyjeżdżając na miejsce nie będę sam, a chłopak, roztropny i odnoszący się do mnie przyjaźnie, rozładuje tę nową dla mnie sytuację, w której się znajdę. To trochę dziwne, że w moim wieku mogę jeszcze odczuwać zaniepokojenie z powodu uczestnictwa w czymś nowym - spotkaniem z nieznanymi mi ludźmi, z miejscem, w którym dane mi będzie przeżyć ułamek swojego życia. Tułając się po świecie, powinienem był dorosnąć do zmian, powinienem był być raczej przewodnikiem, aniżeli oczekiwać na poprowadzenie mnie za rękę przez osobistego „cicerone”. Dzisiaj ten chłopak, a jutro…? Kto to wie? Może ona czeka tam na mnie i liczy minuty dzielące nas od spotkania. Czemu nie zdecydowałem się na wspólną z nią podróż? Ach tak, ona jeszcze miała odwiedzić grób ojca, bo matka zbyt słaba tej zimy i nic dobrego nie wyniknęłoby z jej peregrynacji na cmentarz. No cóż, nadejdzie taki dzień, kiedy i ja nie będę w stanie przemieszczać się samodzielnie, kiedy podróż do moich świętych miejsc stanie się ponad moje siły. Ostatnie omdlenie jakiego doświadczyłem może być przecież dla mojego organizmu symptomem zmian na gorsze. Medycyna zna wszakże rozliczne przypadki, w których kondycja psychiczna oddziałuje na konstrukcję somatyczną i w ogóle jakość funkcjonowania człowieka. Czyżbym znajdował się już w takim stanie?
Podczas wizyty u mnie Nina podarowała mi telefon. - „Nie będę dzwonić bez potrzeby, nie martw się. Chciałam tylko przykazać ci, że jeśli będzie coś nie tak z tobą, kiedy poczujesz się źle, masz obowiązek zadzwonić do mnie, rozumiesz?” – tak powiedziała i dotrzymała obietnicy. Nie dzwoniła i nie powiadamia mnie esemesowym tekstem (i tak miałbym trudność z jego odczytaniem). Szanuje moją niezależność i niechęć do rozmów. Ciekawe, że to ja skorzystałem z dobrodziejstwa pozostawania „w zasięgu” i w pociągu zadzwoniłem do sąsiadki, na której kolana osunąłem się podczas omdlenia, powiadamiając ją o tym, że jestem w podróży, nic mi nie dolega i niczego nie potrzebuję. Złożyłem jej życzenia świąteczne, odebrałem jej, i,  tak mi się wydaje, że była wzruszona, bo nigdy wcześniej nie składałem jej życzeń przez telefon, ba, prawdopodobnie nigdy z nią przez telefon nie rozmawiałem. Robię się sentymentalny. Straszne.
Im bliżej celu, tym bardziej jestem zaintrygowany sposobem, w jaki zostanę powitany. Odzywa się nieskromność moja, podłe własne ego, z jakim miałem dawniej do czynienia. Po prostu przyjadę, przywitam się, wymienimy grzeczności, będzie trochę wzruszenia i spróbuję zajrzeć w oczy tej małej i jestem ciekaw, czy coś w nich zobaczę innego, niż wtedy u mnie w domu. Nakarmią mnie i napoją i, jak to bywa w takich sytuacjach, będziemy rozmawiać o wszystkim, jak to się mówi: o życiu, o świętach i pracy (o tym delikatnie, bo pewnie Nina przygotowała stryja na okoliczność moich kłopotów). Potem wskażą mi mój pokój. Zapewne Nina mnie do niego zaprowadzi i otwierając drzwi jej serce zabije mocniej, gdy będzie czekać na moją reakcję. Ale mnie spodoba się ten pokój i spodoba mi się jej stryj, stryjenka i matka Niny, która pomimo dolegliwości wątrobowych tę wczesną kolację spędzi ze wszystkimi i nawet zabawiać mnie będzie rozmową, a jej wzrok będzie kursował pomiędzy mną a jej córką. Matka Niny, ufająca córce, z której zawsze była i jest dumna, będzie miała w swoich oczach niepokój, jaki towarzyszy wszystkim matkom świata. Kiedy powiem sakramentalne: „dziękuję ci, pokój jest taki, jak opowiadałaś”; kiedy dodam: „masz wspaniałą rodzinę”, rzadko wzruszająca się publicznie Nina uśmiechnie się do mnie i żegnając się ze mną, życząc dobrej nocy, zbiegnie na dół, aby odebrać z kolei relację najbliższych w stosunku do mojej osoby.
Dopiero wtedy zasnę

[marzec, 2013]