Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

27 września 2013

Gęba ponura

Gęba, za przeproszeniem, kto ją zna, to wie, jak bardzo paskudna, za swoim ponuractwem obstaje. Analityczny jej umysł (pono mózg jeszcze we łbie się Gębie kolebie, choć dowodów brak) objął zwojami taką oto historię.
Otóż w pobliskim mieście, (ściślej, na jego peryferiach) była ongi wojewódzka droga, wielce utrudzona i upstrzona koleinami. Skłoniło to włodarzy drogi do podjęcia wysiłku, aby ową wyrychtować, co by ludziska w autach szyber-dachu łebkami swoimi podczas jazdy nie wyczynili. Zatem złapano na lasso firmę, która podjęła się solidnego remontu samochodowej ścieżki na długości circa 1 kilometra.
Ugodzeni fachowcy z miejsca ruszyli do pracy.
Wiadomo nawet w Północnej Korei i na Saharze, że jeśli wyczynia się odnowienie drogi, po której tam i nazad napędzają się auta, w czasie tejże roboty wypada wybić z głowy kierowcom jeden pas ruchu, wprowadzając tak zwany ruch wahadłowy, tudzież zielono-żółto-czerwone neony na patykach ustawić. Gęba mniema, że nawet najbardziej zhardziały kierowca-choleryk napotykając oną szykanę, ból oczekiwania na zielone w swoim wnętrzu trzymać będzie, nadzieją przyszłej świetności luksusowej trasy wspomagany.
Jednakowoż w kraju bohatyrów, świętych pomazańców i uczonych intelygentów Wielki Budowniczy Drogi nakazał rozdrapać asfalt z obu pasów i, ku uciesze miłośników rajdu Paryż-Dakar, uatrakcyjnił podróż całkiem świeżymi a głębokimi koleinami przez co ledwie się na zielonym zjedzie z ekstremalnej mijanki.
Właśnie, rzecze Gęba, minął trzeci miesiąc napraw i tych sześciu z odkładem fachowców od zdzierania asfaltu, jeszcze przed zimą uporają się remontem.
Gęba wzięła w swe kudłate łapy liczydło i wyszło jej, że tempo pracy jest tak zawrotne (zwłaszcza przy tym zdrapywaniu asfaltu), że gdyby, o zgrozo!, przyszło naszym fachowcom zbudować stukilometrowy odcinek drogi, zajęłoby to ni mniej ni więcej, jak lat 35 (rzecz jasna to optymistyczna wersja).
No i powiedzcie sami, czy Gębie do śmiechu? Czy obijanemu po bezdrożach samochodzikowi Gęby do śmiechu?

Lecz spolegliwą Gębę Najjaśniejszy Szlag natychmiast puszcza, kiedy pomyśli sobie, że przecie za jakiś czas któryś z wielkich lub pomniejszych polityków w towarzystwie fotograficznych aparatów i kamer wyjmie zza pazuchy nożyczki i przecinając biało-czerwoną wstęgę otworzy kolejny odcinek autostrady do nieba. 

09 września 2013

KSIĄŻKA KUCHARSKA

Możesz to robić w ten sposób: bierzesz do ust kromkę chleba z wędliną  i za każdym gryzem dyskretnie popychasz górną wargą plasterek szynkowej lub mielonki. Kiedy jesteś już przy końcu, ten ostatni kęs jest najsmaczniejszy i zapamiętujesz go tak, jakbyś zjadł kanapkę w całości pokrytą wędliną.
Inny sposób można wykorzystać jedynie wtedy, gdy masz więcej chleba. Przykrywasz jedną kromką drugą, taki sandwicz, rozumiesz i nasycasz się chlebem, a nikt nie podejrzewa, że kanapka nie jest wypełniona niczym poza margaryną.
Możesz też schować do kieszeni kilka kromek. Nawet nie wyobrażasz sobie jak smakuje wyschnięty chleb. Rozgryzasz go jak sucharka i przeżuwasz powoli, jak najznakomitszy kąsek.
Kiedy gotujesz zupę na kościach, należy zwrócić uwagę na to, jakie kości kupujesz. Najlepsze są te od schabu, ale możesz też kupić tańszych, z kurczaków, a wtedy bądź pewien, że dobrze rozgotowane fragmenty mięsa dają się łatwo oddzielić od kości i przygotowujesz sobie w ten sposób „farsz” do kanapek. Smarujesz kromkę chleba margaryną i przyzdabiasz pociętym mięskiem – pyszności.
No popatrz, cały czas ten chleb. Spróbujmy coś z ziemniaków. Te, niestety musisz ugotować. Gotujesz więc i nie odparowujesz całkiem. Dodajesz 2-3 łyżeczki margaryny i potem rozgniatasz na pulpę. Jeśli dodasz ząbek czosnku, to twój posiłek będzie nie tylko syty ale i zdrowy, bo czosnek to prawdziwa spiżarnia witamin.
Aby poprawić sobie humor, a ten bezpośrednio wiąże się z obecnością w organizmie cukru, przygotuj sobie lniane lub bawełniane chusteczki, nasyp na nie cukru, zwiń starannie i kiedy będziesz miał ochotę na coś słodkiego, po prostu włóż zawiniątko do ust. Starczy ci na dłużej, niż gdybyś miał pochłonąć cukier prosto z łyżeczki.
Jeśli chodzi o zupy, to najlepiej wykorzystać cebulę, bo ta zwykle bywa najtańsza. Wstawiasz wodę, wsypujesz pół kostki rosołowej, zagęszczasz garstka ryżu, kaszy manny lub płatków owsianych i dodajesz pokrojona w plastry cebulę. Efekt znakomity, bo cebula, nawet gotowana nie traci wiele walorów smakowych.
Coś z owoców. Nie będę ci już przypominał, że najzdrowszymi owocami są te dziko rosnące, a w dodatku odchodzi ci koszt zakupu. Ale weźmy na przykład takie jabłko. Obierasz je, trzesz, dodajesz tartej marchewki, delikatnie słodzisz i masz wyśmienity mus – zdrowy, świeży i bez konserwantów. Obierki z dwóch-trzech jabłek możesz z powodzeniem zagotować i zrobić z nich kompot.
Możesz też zaszaleć z plackami. Przygotowujesz jedno jajko, trochę tłuszczu, mleko (jeśli nie masz, może być woda, ale wtedy konieczna jest odrobina proszku do pieczenia), i w równych ilościach po ¾ szklanki kaszy manny i mąki. Mieszasz to wszystko, likwidując grudki z mąki, dajesz tłuszczu na patelnię i smażysz placek, jeden, gruby na całą powierzchnie patelni. Zapewniam cię, że ten posiłek, choć niezdrowy dostarczy ci energii na pół dnia.
Oczywiście, że trzeba uważać z tą energią. Niestety, kiedy ciężej pracujesz, musisz więcej jeść. W wielu wypadkach pomaga jednak częste wypijanie zimnej wody. Trzy szklanki wody wypite jednym duszkiem sprawią, że żołądek na chwilę zapomni o głodzie.
Albo taka jajecznica. Spróbuj w ten sposób: masz przecież jakiś stary chleb, który kroisz w zimie dla ptaków. Odsyp więc trochę tych okruszyn, wybierając skórki i przysmaż na patelni z tłuszczem a następnie dodaj dwa jajka. Jeśli dodasz do tego cebulkę, skrawki wędliny, zbyt twardej na kanapki, okrawki z pomidorów albo papryczki, powstała w ten sposób jajecznica będzie ekskluzywnym świątecznym obiadem.
Słuchasz mnie? Hej! Co z tobą?
A ten śpi. Podsunę mu pod samą brodę koc, bo w ten sposób straci mniej ciepła, mniej energii. Może jeszcze przykryję go kurtką. Tak będzie lepiej.

07 września 2013

PIJAWKI [szkic-fragmenty]

Ale się ludzi najechało! Wiadomo, czwartek, targ w miasteczku i po dożynkach. Zaprzęgali konie do swych karoc szarych, skrzyniowych, wypełnionych śliwami, jabłkami, pomidorami, czym tam bogato na polach, w ogrodzie i sadzie. Pognali drogami wyboistymi, a konie, te piękne, szlachetne i te złachane pracą wiodły ich zapamiętaną drogą na skraj miasta, gdzie plac targowy tylko czekał na późno-sierpniowe zbiory.
Najechało się też kramarzy, sprzedawców obwoźnych, stolarzy i rupieciarzy wszelakich. Buty szły jak mydło, francuskie, delikatne i ubrania wieczorowe, i sukno, i firanki, i dywany.
Sczepiły się wozów dyszle, łby końskie ku sobie zwrócone z pyskami w obroku, a człowiek szedł i szedł i wybierał, targował o groszy dziesięć na kilogramie.
Masełko jak się patrzy, w liść łopianu obleczone, a takie pachnące, że nic tylko kupować i kroić te kajzerki na pół, nałożyć masła i chrupać. Mleka i śmietany gęstej, że łyżka na baczność stoi spróbować trzeba i jaj o brązowej skorupce mendel lub dwa kupić, do domu zanieść, a taka jajecznica z nich będzie, albo jaki placek drożdżowy lub jabłecznik z szarych renet.
A tu jeden chodzi i pod nosem ci wykrzykuje:
- Pijawy, pijawy, pijawy, pijawki, do karmienia złą krwią.
- A wiela to za sztukę? – kobieta w chustce po wiejsku, do pracy na głowę nasadzonej przygląda się czarnemu od pijawek słoikowi.
- Dwa złote za sztukę, za pięć złotych trzy i pani bierze, nie pożałuje.
Inny z obrazami Najświętszej Panienki wprost do szyi przytroczone sznurkiem przeciska się przez gęstniejący tłum, krzyczy dostojnie:
- Mateczki, kupcie Panienkę, aby Bóg zamieszkał w waszych domach, bo on tak strasznie Maryjkę miłował…
- A Ostrobramską masz? – pyta kobieta z wozu
- Juści, że mam – i rozpakowuje się, znak krzyża kreśląc przed pokazaniem.
Kobieta też krzyż w powietrzu kreśli, chłop czapkę zdejmuje.
- Kupmy se – do męża prawi
- Mosz już ze trzy obrazki – przypomina chłop
- Aleć ten najpiękniejszy, Ostrobramska przecie, co temu poecie ratowała życie.
- Ady kup, na boskie piękności szczędzić nie będę.
Gdzie indziej jedna taka miastowa, obrotna, korpulentna nioski próbuje, maca a przypatruje się, na kuper dmucha.
- Ile ze tę chcecie?
- Tyle co za tego pięknego kogutka, połowę tego, co za kaczkę. A gąski nie chcecie?
- Ech, gdzie ja gęś uchowam? A kurki to do świat pobędą.
Pod parkanem stanęli sadownicy jabłkowi. Ku nim chłopak tuż po szkole idzie, przystaje przy kosztelach.
- Prawdziwe? – pyta – czy słodkie?
- Widziałeś kiedy kwaśną kosztelę młodzieńcze? Toż u nas nie dość, że słodkie, to i soczyste, bo drzewka tą rączką pielęgnowane – kobieta wskazuje na młodszą, pewnie córkę starszej.
- Popróbować dacie?
- Kaśka, daj panu popróbować, a wybierz najpiękniejszą, bo młodzieniec, jak laleczka, przystojna bestyja.
Ta wybiera, daje; on wbija zęby w Kasine, z serca dane jabłuszko i patrzy dziewusze w oczy, a jak patrzy!
- A młodzieniec to w szkołach jeszcze, czy już próżnuje po świecie? – pyta starsza.
- A gdzież tam! W fabryce pracuję. Spawaczem jestem, tyle że dziś na drugą zmianę idę i za jabłkami przyszedłem.
- Dziewczynę ma? No co się tak peszy? Ładny z ciebie chłopiec jako i moja Kasia.
- Mamo, no co ty? – odzywa się córka, nie mniej od chłopca speszona, wzrok swój gubi, choć spod oka zerka.
- Tobie przecież za mąż iść niedługo tak czy tak – śmieje się starsza-a tobie się podoba? – młodzieńca pyta.
- Podoba, a co?
- A jabłko dobre dała?
- Smakuje pierwsza klasa.
- Pamiętaj, że dla ciebie wybrała, dla ciebie hodowała. A ty wieś lubisz? Roboty się nie boisz?
- Mamuś, dajże spokój panu.
- Cichaj tam. Chciałaś iść na lody czy nie? Pytałaś się przecież, a pan to przecież miastowy, to by i pokazał, gdzie lody najlepsze dają.
- Co bym miał nie pokazać.
- Więc leć z panem, na co czekasz? Wsyp mu kosztelek do siatki i lećcie. Ale mi obrócić macie w godzinkę.
Tak i poszli, niby ociągając się, drocząc na siebie, jak te ponure milczki, ale poszli i matce z oczu zginęli.
- Jak ci się, stary, widzi ten młodzian – mówi do męża, co z siekierką zakupioną powrócił do wozu i błysk miał w oczach, bo wioelce był z zakupu swego zadowolony.
- Chłopak, jak chłopak. Kaśka sama wybierze.
- Sama, nie sama, trzeba pomóc młodym, kiedy ku sobie się mają.
- Co ty tam możesz wiedzieć – żachnął się stary.
- Już ja sobie wiem, co mam wiedzieć i tego przypilnuję.
- Pijawy, pijawy, pijawy, pijawki, do karmienia złą krwią. Dwie za cenę jednej sprzedam.

06 września 2013

REFERENDUM DUPTUS

Gęba ledwo z łoża wyległa, zimną wodą się ochlapała, ogórka kwaszonego z ćwierćpętkiem kiełbasy pożarła, sodową wodą popiła, ledwie się w koszulisko i spodnium ubrała, w try migi poleciała do patentowego urzędu.
Tamże ona sprawę przedstawiła, w konkluzji domagając się pieczątki i uznania patentu na zakaz wrzucania papiórka do urny wyborczej. Po krótce sprawa wyglądała tak:
Gęba zastrzega sobie prawa własności i pierwszości do dania pomysła w kwestii nie uczestniczenia w wyborach wszelakich, albowiem (jako się wyraziła niecenzuralnym sformułowaniem) dzisiejsze wybory to pic i fotomontaż, albowiem one, czyli do wyboru na karteluszkach zapisane, swego jeno pilnują i swoich partyjnych racji, o stanowiska łase, na mamonę pazerne, na świeczniki wlazują mordy swoje pokazując w jak najlepszym świetle, a do władzy to lgną, jak nie przymierzając muchy do lepu, alboż ćmy do świcy.
Tedy Gęba kazała, aby było zapisane, że onaż to najpierwsza od wyborów ludzisków odciągała jak tylko mogła, albowiem najlepiej ona wi, że i tak zrobio co chco, a w kulisach to się ino z nas naśmiewajo.
ODpowiedział Gębie wysoki urzędnik, że patent przepadł z kretesem z prostego powodu. Owóż sam pan premijer z panem prezydentem w tańcu chocholim pode żebra się wzieni i preorują, co by na referendum nie chodzić, bo to strata czasu i pinindzy.
- Mamyż najlepszejszo na świecie całym prezydentowo, czy nie? – zapytał premijera som prezydent
- Mamy – odparł pan premijer.
- Co une chco od nij, się nie podobo, czy co?
- Opozycyi mało co się podobuje – skwitował premijer – skoro więc momy być naprzeciwko opozycyi, naszym obywatelskim obowiunzkiem jest do urny nie leźć a miast tego piwo se kupić, telewizora czy innego tableta włunczyć, do Łazienek se pójść, abo na piłkarskiego mecza.
- Tak że, panie Gęba, na swojej zapyziałej wiosze, to możeć pan być patentowym odkrywcą, ale na szeroką skalę naszej ojczyzny umiłowanej, to pan prezydent z panem premijerem są  oba patentowe.
Gęba przecierała gałki swoich oczu ze zdumienia, kiedy patentowy urzędnik podrzucił tejże do przeczytania fragmenty rezolucji, a w niej stałojak byk:
„…dlategóż, jeśli jakowyś wybór, referendum czy inne głosowanie nie byłoby po myśli jedynych słusznych a zacnych i oświeconych obywateli naszego kraju w osobach niżej podpisanych prezydenta i premijera, zakazują obadwa przy urnie się pojawić i karteluszkę w niej umieścić, bo w ten sposób ino ciemna hołota postępuje. Natomiast insza jest sprawa, kiedy niżej podpisane dostojności same z inicjatywą wyborczą występują. W takim przypadku należy do urny iść i po myśli dostojników głosować, bo te, co nie pójdą do przypadkowego społeczeństwa zaliczamy, albo do inszej hołoty. Tak i my, naród, postanawiamy” (dalej szły podpisy).
Gęba zaczerwieniła się pijackim zwyczajem i w te pędy wróciła do dom, wznosząc truskawkowym winem toast za świętej pamięci demokrację. 

04 września 2013

KONWERSACJA (1)

(1)
Przychodził tu przez wiele lat na kremówki i kawę. Czasami zamawiał tokaj albo porto. Lubił słodycze, choć kawę pił zawsze bez cukru i najciemniejszą z możliwych. Jego stolik był okrągły i ustawiony był w rogu prostokątnej sali, przy oknie zasuniętym w jednej trzeciej haftowaną firanką, przez co światło wnikało do pomieszczenia z oporem, chyba, że zbliżała się czternasta. W lipcu około czternastej promienie słoneczne robiły prawdziwe spustoszenie z jego wzrokiem.
Każdy wiedział, że profesor K. kiedy tylko miał przerwę w wykładach i mógł się wydostać z uczelni, przychodził właśnie do tej kawiarenki na starówce na słodkości. Czasami tylko stołował się w barze mlecznym, czym wzbudzał zdziwienie studentów, którym jakoś starszy, dystyngowany pan źle wpisywał się w parną scenerię lokalu przeznaczonego raczej dla młodych ludzi o wątłych, przetartych portfelach. W kawiarence, przytulnej i przyciemnionej, z dziesiątkami szkiców oprawionych w ramki na ścianach, obecność profesora K. nikogo nie dziwiła i przydawała jedynie blasku lokalowi prowadzonego przez rodzinę Kalitów od kilkudziesięciu lat.
Siedząc przy kawie i ciasteczkach K. obserwował przychodzących tu ludzi – turystów, studentów, licealistów, starsze zazwyczaj pary, podobnie jak on zauroczone ciepłą atmosferą tego miejsca.
Do stolika, przy którym siedział przypisane były dwa krzesła z wiklinowym oparciem. Bardzo rzadko to drugie krzesło było zajęte, choć zdarzało się, że profesor dzielił je z jakimś pracownikiem uniwersytetu, w celu odbycia rozmowy, pilnej, takiej, której mury uczelni przeszkadzają w skupieniu się na temacie konwersacji.
Dzisiaj, a był to piękny, upalny, lipcowy dzień – okres urlopu dla profesora, przy jego stoliku usiadła drobna szatynka w zwiewnej błękitnej sukience w drobniutkie groszki, sukience z pewnością grzeszącej nieznajomością współczesnej mody, albo też założonej na przekór obowiązującym trendom. Profesor mógłby przysiąc, że w podobnej sukience zwieńczonej szerokim, nieco usztywnionym kloszem widywał na błoniach swoją przyszłą żonę. To były wczesne lata sześćdziesiąte, odległe tak bardzo, choć żywe i teraz, po ujrzeniu drobnej szatynki siedzącej na jego miejscu, odżywały jeszcze bardziej, wywołując zarówno najcieplejsze wspomnienia jak i też niepokój. Wchodząc do pomieszczenia, automatycznie skierował się do swojego miejsca, a wzrokiem badał je, jak detektyw szukający potwierdzenia dla dopiero co narodzonej teorii na temat potencjalnego podejrzanego o zabójstwo. Pani Helenka stojąca za ladą smutnym wzrokiem spojrzała w stronę profesora, to znów z pewną nutką złości w oczach przyszpiliła siedzącą na przy stoliku młodą damę. Profesor pokiwał dobrodusznie głową, krzyknął niemal: „dzień dobry, pani Helenko” i zaraz dodał: „to co zawsze, moja droga”.
Podchodził do swego stolika nieskrępowany, choć powoli, można rzec, po omacku i zastanawiał się nad tym, czy ta młoda osóbka, która wdarła się na jego terytorium, zrobiła to przypadkowo, czy też intencjonalnie siadła tam, gdzie on siadywał od lat.
- Proszę bardzo, nich pan usiądzie – przemówiła dziewczyna – jeśli chce pan zająć miejsce, które zajęłam, bardzo proszę, odstąpię je panu.
- „Jej wielkoduszność nie zna granic” – pomyślał – „a i owszem, jeżeli pani pozwoli, siądą na pani miejscu” – powiedział nie siląc się na fałszywą skromność.
Nastąpiło przegrupowanie wojsk i już po chwili siedzieli naprzeciwko siebie: ona przy herbacie i maślanej bułeczce pociągniętej czekoladowym musem; on pogodny, czekający na swoje historyczne danie, wpasowujący się w delikatną twardość wiklinowego oparcia krzesła.
- Tak jakbym panią znał – zaczął rozmowę niespodziewanie dla samego siebie – albo też przypomina mi pani kogoś.
- Słyszałam, że jest pan bystrym obserwatorem – zauważyła.
- Tak o mnie mówią? Więc zna mnie pani – uśmiechnął się – ja raczej widząc panią, zobaczyłem fragment z mojej własnej przeszłości.
„ No cóż” – myślał – „w moim wieku nie się czego wstydzić i nazywać po imieniu wrażenia, jakie się ma pod wpływem nagłego, niespodziewanie docierającego do zmysłów bodźca”.
- A ja dwa razy byłam na pana wykładach, choć nie jest pan moim profesorem – powiedziała z niejaką pewnością w głosie i zaraz, jeszcze odważniej dodała – a szkoda, wielka szkoda.
- Z ust tak młodej osoby miło mi to słyszeć.
- Z miejsca poczułam do pana sympatię. To dziwne, prawda?
- Sympatię do mnie, czy do mojego wykładu? – K. próbował dowiedzieć się czegoś więcej i miał spore szanse na to, gdyż dziewczyna zdawała się być bezpośrednia.
- Jedno z drugim idzie w parze – spojrzała na niego łaskocząc jego próżność. Sądziła bowiem, że każdy mężczyzna, bez względu na wiek, nawet, gdy jest profesorem, bywa próżny. Zresztą, prawdą mówiąc, dotyczy to również jej i kobiet w ogóle.
- Powinienem jeszcze raz pani podziękować za miłe słowa – kontynuował – ale muszę przyznać, że często ludzie młodzi ulegają pierwszemu wrażeniu. Wydaje im się, że napotkali na swojej drodze życia kogoś bardzo ważnego, tymczasem po bliższym poznaniu okazuje się, że osoba obdarzona nadmiernym, niewspółmiernym do swoich zasług szacunkiem, nie jest tą osobą, jaką chciałoby się mieć za wzór na dalsze życie.
- Pozwoli pan, że zostanę przy swoim zdaniu, choć nie ukrywam, że w tym, co pan mówi jest wiele racji. Widzi pan, ja nie boję się mieć swojego zdania i jestem odważna na swój sposób.
- Zauważam to.
- I wcale nie przypadkowo zajęłam pana miejsce.
- Rozpatrywałem taką ewentualność.
- Gdybym usiadła gdzie indziej, pan zapewne nie zauważyłby mnie i nie doszłoby do tej rozmowy.
- Nawet jeśli - wspomniała pani, że jestem bystrym obserwatorem?
- Nawet wtedy. Kiedy zobaczył pan mnie przy tym stoliku, musiało to pana zaintrygować.
- Ma pani rację, zaintrygowało. Zwłaszcza, że …- jego głos nagle zapadł się w strefę przeznaczoną dla absolutnej ciszy -… przypomina mi pani moją byłą żonę. To znaczy taką, jaką była będąc nieopierzonym jeszcze, choć już pięknym kaczątkiem.
- A to ci dopiero – roześmiała się – tego nie przewidziałam.
Wtedy pani Helena wniosła na tacy musującą ciepłą parą „kolumbijkę” i ubraną w chrupiącą, francuską obwolutę napoleonkę.
- To samo dla tej uroczej osóbki, pani Helenko – poprosił bezceremonialnie, puszczając niewidoczne oko do właścicielki lokalu. Ona doskonale znała zwyczaje profesora i rozpoznała ten znak, mówiący o tym, że K. zaakceptował obecność przy jego stoliku dzisiejszego gościa mimo tego, że nie był nim wykładowca uniwersytecki, redaktor czy też jakaś ważna osobistość, z którą wypadało się spotkać w służbowych sprawach poza uczelnią.
- Widzę, że rozporządził pan moim menu – powiedziała akceptująco, a po chwili dodała – jak pan zauważył nie oponowałam i to tylko z tego powodu, że podzielam pana kulinarny gust. Zaznaczam jednak, że płacę za siebie sama.
- Wydaje mi się, że studencki budżet nie należy do skrojonych na miarę potrzeb kobiety tak młodej jak pani.
- Dopiero co otrzymałam premię za zdanie w terminie egzaminów, więc przypadkowo stać mnie na zapłacenie za tę przyjemną dla podniebienia bombę kaloryczną. Ale przecież nie o ciastkach będziemy rozmawiać.
- Spodziewam się, że nie o ciastkach, choć niewiele wiedząc o pani, trudno mi odgadnąć przyczynę, dla której zechciała pani spędzić ze mną część popołudnia.
- Ależ wspomniałam już, że spodobał mi się pan .. jako profesor – zakończyła z premedytacją zawieszając głos tuż przed zakończeniem myśli.
- Mam nadzieję, że nie poprosi mnie pani teraz o autograf – uśmiechnął się do niej. Bawiła go dotychczasowa konwersacja z osobą, która mogła być z powodzeniem najmłodszą z jego pięciu córek, gdyby takie miał, lub, i to chyba właściwsze porównanie – wnuczką.
- O nie, taka pretensjonalna to nie jestem – udała  lekkie oburzenie – jeżeli już miałabym od pana czego oczekiwać, to rada, jakiej mógłby mi pan udzielić.
- W kwestii? – zadał szybko pytanie.
- Ma pan dynamiczne podejście do sprawy. Nie spodziewałam się. Myślałam, że zanim przejdziemy do konkretów, porozmawiamy jeszcze chwilę, zanim pana i moja kawa nie wystygnie.
- Obiecuję, że ze swoja kawą nie będę się śpieszyć. Domyśliłem się, że jest pani na tyle zdeterminowana, zajmując moje starożytne miejsce w tej kawiarni, że pewnie, skoro pragnie pani uzyskać jakąś formę pomocy z mojej strony, to klarowne przedstawienie sprawy, nie będzie niezręcznością z obu stron.
- To prawda. Zależy mi na pana zdaniu, profesorze. Dopiła herbatę i usadowiła się wygodniej na krześle i odsuwając się nieco od stolika spojrzała odważnie w oczy profesora – Widzi pan, studiuję kulturoznawstwo, jestem, no można już tak powiedzieć, na trzecim roku i nie tak dawno stwierdziłam, że historia sztuki fascynuje mnie jeszcze bardziej, co nie pozostaje bez związku z pana dwoma wykładami na temat poezji baroku, a zwłaszcza kulturowego tła wyrażonego przez malarzy niderlandzkich tej epoki, którzy w tak niezwykle plastyczny sposób w scenach rodzajowych charakteryzowali swoją epokę.
- Myślę, że obie dziedziny nauki mają swoich zwolenników i mimo pozornej odległości, wiele kontekstów je łączy. Wie pani, że to od niej samej zależeć będzie ostateczny wybór. Ponadto, jeśli, w co nie wątpię, wkroczy pani na czwarty rok studiów, można pomyśleć o drugim fakultecie, póki co skupiając się na kulturoznawstwie.
- Tez tak myślę, choć coraz bardziej dochodzę do przekonania, że historia sztuki byłaby dla mnie dziedziną, w której miałabym więcej do powiedzenia. Niech pan sobie wyobrazi, że ekscytuje mnie właśnie malarstwo rodzajowe i portrety, a w szczególności motyw otwartego okna.
- To rzeczywiście ciekawe. Nie jestem specjalista od malarstwa, lecz musze przyznać, że „otwarte okno” jest często obecne w malarstwie, nawet współczesnym.
- Zastanawiał się pan, dlaczego?
- Sądzę, że tego typu obrazowanie ma swoja symbolikę otwartości na świat i ludzi, a jednocześnie coś w rodzaju tęsknoty za czymś, co znajduje się poza nami, na co możemy spoglądać, być świadkiem pewnego zdarzenia i jedynie pośrednio w nim uczestniczyć.
- Trafnie pan to sformułował – odparła nie bez podziwu – tak też i ja myślę.
Pani Helena, niepostrzeżenie dla rozmawiających, wniosła na tacy napoleonkę z kawą „kolumbijką”.