Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

31 maja 2014

Szacunek dla przeciwnika

"Swych przeciwników w walce Niemcy uhonorowali napisem na obelisku (w języku niemieckim), który w tłumaczeniu brzmi: „Ku czci bohaterom, oni odpoczywają od walk.
Również na łąkach, w miejscu pierwotnego pochówku poległych Rosjan Niemcy postawili obelisk (także stojący tam do dziś), na którym widnieje inskrypcja, którą tłumaczy się „Bohaterskim Rosjanom”.*

Ten fragment pamiętnika, odnaleziony w sieci, tym cenniejszy, że opowieści w nim zawarte dzieją się w moich rodzinnych stronach, niech będzie odpowiedzią na wczorajsze gorszące wydarzenia na powązkowskim cmentarzu i przed warszawską katedrą. 
Prawdopodobnie spora część moich rodaków nie dorosła do bycia chrześcijanami. Dla tych ludzi religijne i etyczne wartości są jedynie grą pozorów. Paradoksalnie ci dzisiejsi "chrześcijanie" przypominają widownię patrzącą na walki pierwszych chrześcijan w starożytnym Rzymie. Chęć dobrego widowiska, żądza zemsty, robienie zadymy w uświęconym miejscu reakcją na prawdziwe i wydumane krzywdy? Pozwolić tym ludziom na bezczeszczenie zwłok, na stawianie szafotu, całopalnego stosu? to wszystko? A może jeszcze skopać, sponiewierać, rozstrzelać tych wszystkich idących w orszaku za urną zmarłego? To nie wszystko. Trzeba im dać tę hołotę sierpem i młotem na kawałeczki, po chrześcijańsku, pokrajać. To dziwne. Ludzie zbierają się, aby nakrzyczeć na człowiek spalonego na popiół, który w tym stanie skupienia nie słyszy tych krzyków i obelg. Jego obrócone w pył ciało nie jest podatne na obrazę.
Czasami moja wyobraźnia nie jest w stanie pojąć świata, w jakim żyję. I teraz dać takim ludziom władzę, wetknąć im w chętną dłoń topory, miecze, Bóg wie, co jeszcze, niech niszczą, niech wyżynają tych wszystkich, którzy inną drogę wybrali. A są chętni, bo do rozliczeń im prędko, bo ludzie tak szybko odchodzą. A jak już zlikwidują wszystkich, czy nasycą się zemstą.
A tam, na polach Kaczkowizny i Luszyna, starły się w pierwszą światową wojnę dwie armie: rosyjska i niemiecka. Zwycięscy Niemcy przegranym bohaterskim, Rosjanom, stawiają obeliski, ku wiecznej pamięci. Można więc walczyć, można umierać, można szanować.
Może dlatego tak trudno jest nam, Polakom, wymagać szacunku od innych?
*http://zychlin-historia.com.pl/?p=2886

30 maja 2014

Opowieści z miejsca urodzenia

Czy ktoś zrozumie zdanie: "Okset przyjeżdżał pod sam dom  przynajmniej raz w tygodniu"? Dlaczego "oksetem" nazwano blaszaną cysternę umieszczoną na końskim wodzie,  dzięki której w piętrowym domu nie brakowało wody? Językowa zagadka? Specyficzny, środowiskowy język? Dość powiedzieć, że okset był niezbędnym elementem naszego życia. Zawartość oksetu gasiła pragnienie i służyła w kuchni i łazience. Rzecz jasna czasami wody nie starczało, ale od czego był pobliski staw, od czego deszczówka; po jej użyciu do mycia głowy włosy miały szczególną gładkość i puszystość po wyschnięciu. Od czego był śnieg, jaki zbierano do katła, podgrzewano na wolnym ogniu i gotowano w nim ręczniki, ścierki i pościel, z dodatkiem szarego mydła, sody i na koniec, do spłukiwania, krochmalu. wada w stałej postaci służyła też do czyszczenia dywanów. Śnieg musiał być wtedy suchy, zmarznięty, bo wtedy nie nabierał zbyt dużo wilgoci i wyczyszczony dywań po porządnym potraktowaniu go trzepaczką prawie natychmiast nadawał się do chodzenia po nim, jak po mchu.
Przed jednym z trzech wejść do budynku, tym głównym, prowadzącym do sześciu rodzin, z ośmiu, które zamieszkiwały kamienicę,  postawiono ganek przylegający do frontowej ściany budowli. Tam przesiadywaliśmy po lekcjach, tam czekaliśmy na siebie po wywoływaniu z obiadu, tam damska część mieszkańców kamienicy spotykała się na, jak byśmy teraz powiedzieli, celebryckich pogaduszkach o nieobecnej części lokalnej społeczności.
Ganek, ta nasza rodzima agora, dzielnie opierała się upływowi czasu aż do przykrego wypadku, jakim było powalenie przez piorun jesionu, który znalazłwszy swoje miejsce nie opodal ganku, otaczał go parasolem rozłożystych ramion gałęzi. Zwalone drzewo zniszczyło część ganku, którą później poprawiono, choc niezbyt przekonywująco, co pewnym czasie skłoniło jakiegoś pomysłodawcę do ostatecznej likwidacji przybytku odpoczynku i rozmów. Nie muszę chyba mówić, że nasza (choć już wtedy nie moja) kamienica zatraciła dawny, skromny, acz kunsztownie wpleciony w naturę wygląd.
Z powaleniem przez piorun drzewa wiąże się moja osobista historia. Wymyślilem ją i spisałem w krótkim opowiadaniu. Wszelako zmyślona przeze mnie historia miała swoje umocowanie w trzech elementach. Były nimi: dom z gankiem, drzewo i burza. Aby natchnąć ten obraz życiem dodałem jeszcze staruszka i psa. Aby powiązać ściślej staruszka z miejscem, w których przepedzał swoje ostatnie lata życia, kazałem domowi być starszym i zniszczonym jak postura człowieka posuniętego w latach. Prowadząc opowieść, umyśliłem sobie, że staruszek, przeczuwając nastanie nawałnicy, odczepia od łańcucha swego psa, który w wygodnej budzie pełni nocami rolę dozorcy. Nie chcąc narażać swojego wiernego stróża-przyjaciela na niebezpieczeństwo grożące przejściem huraganu, bierze go do domu i szykuje dlań na prędce posłanie.
Burza uderza ze złowrogą, niespotykana dotąd siłą tuż po zmroku. Elektryczność ginie w pomroku; jedynie cięciwy i zygzaki błyskawic przerażająco jasnym światłem napełniają wszechświat. Niskie, grube chmury wylewają swoją zawartość na okolicę. Wodne bicze tłuką w dach, ciskają kroplami w szklane oczy okien. Staruszek suple niewyraźnymi wargami modlitwę, kiedy nagle najokrutniuejszy z piorunów uderza z drzwo przed wejściem do domostwa; to zwala się gwałtownie i bezlitośnie na chałupę, niszczy część dachu, strop i burząc go brutalnie pada do środka czegość, co przed sekundami było jeszcze domem, wpada i uśmierca przerażonego psa, który nie zdążył wydać jęku konania. Modlitwa staruszka zamiera w ustach. Czuje on, że stalo się coś najgorszego. Czuje wir naganianego wiatrem powietrza, czuje jak deszcz chluszcze jego twarz. Sięga po latarkę, którą przezornie położył w najbliższej odległości od siebie, zapala ją i widzi wreszcie tragiczny swój los, widzi psa przygniecionego potężnym konarem. Co dzieje sie potem, nie wie. Cuci go rzeźkie powietrze i światło księżycowej pełni. Nie jest w stanie porachować czasu jaki upłynął od zdarzenia. Zapala jeszcze raz latarkę i widzi na placyku przed domem nietknięta przez zawieruchę budę psa.
Płacze zdradzony przez los.
Tak to było.
Ile jeszcze takich historii można wyssać z piersi matki - miejsca urodzenia...

29 maja 2014

Miasteczko sentymentalne

- Starzejesz się, stary pisarzu - powiedziała z tym jej serdecznym uśmiechem na twarzy, przydającym pulchności policzkom nad uniesionymi ku górze, lekko rozchylonymi wargami.
- Z czego to wnioskujesz? - zapytał.
Szli główną ulicą miasteczka. Tego rodzaju miasteczka mają z reguły jedną główną ulicę. Po obu jej stronach niewysokie kamieniczki wyznaczają "miejskość". Od tej głównej odchodzą poprzeczne, krótsze, niepozorne, jakby wstydliwie umizgujące się do tej najważniejszej. Kiedy jako obcy przybysz jedziesz tą pierwszorzędną arterią, wydaje ci się, że miasto grzeszy nieskromną rozległością. To pierwsze wrażenie mija, gdy skręcasz w jedną z przecznic; nie rozpędzając auta znajdujesz się na peryferiach, dla których granicą jest bujny łan żyta, bądź też cichy i senny prostąkąt cmentarza wypędzonego na wietrzne wzgórze.
- Spacerujemy po mieście, które dogorywa i szpeci kamieniczkami ogołoconymi z tynku, a ty, stary pisarzu, nasycasz to miasto życiem.
- A czy jest w tym coś złego, w tym ożywianiu?
- Jest coś sentymentalnego, a sentymentalizm wynika z czasu przeszłego, którego zwrócić się nie da.
- Myślisz, że sentymentalizm jest oznaką starzenia się?
- Właśnie tak myślę.
A stary pisarz nie był do końca przekonany, że ona tak myśli, bo znów ten uśmiech mieszał jego myśli. W końcu odpowiedział jej, że nie ma nic przeciwko temu, że się starzeje, a i tak opowie jej o mieście, w którym przeżył swoją młodość.
- Powinnaś wiedzieć, że najpierw granicą starej i nowej części miasta była ta rzeka, przez którą przechodziliśmy po jedynym łączącym oba organizmy moście. W tej nowej, południowej części miasta zbudowano fabrykę (starannie wyartykułował akcent na zgłosce "fa"). To była taka nasza krowa karmiąca przeważającą część mieszkańców. Obok, w niewielkim parku, zbudowano dom kultury z nowoczesną, jak na owe czasy teatralno-kinową sceną. Przed gmachem krzewiącym (co za słowo przestarzałe) kulturę utworzono ogrodzony, wyasfaltowany okólnik, gdzie odbywały się "wieczorki tańcujące". Za parkiem szkoła zawodowa z technikum i przyzakładówką. Przy samej fabryce przedszkole. Po drugiej stronie najdłuższej ulicy w mieście zbudowano osiedle. Pomiędzy blokami umiejscowiono miejski stadion, na którym co tydzień rozghrywano mecze. Nie uwierzysz, ale na odgłos fabrycznej syreny dojna krowa naszego miasteczka przyciągała o poranku, to znów wylewała z siebie tłumne pochody robotników, poprzedzielane kolorowymi bukietami urządniczek. Aż chciało się żyć z tą świadomością, że ten tłum składa się z poszczególnych postaci - obrobinek i każdy pojedynczy człon tej społeczności czuje, że jest potrzebny fabryce.
Po przeciwległej stonie miasta, w starej jego części, na wzgórzu, dumnie wznosiła swoje czoło kościelna wieża. Nieopodal plac staromiejski z niską zabudową. Bliżej przecznica jak ramię krzyża porośnięta kamieniczkami, o ironio, onegdaj zamieszkałymi przez ludność żydowską.
Źli ludzie tych pradawnych mieszkańców mojego miasta najpierw zamknęli w jednym z kwartałów mniejszych uliczek, potem precz wygnali, by w końcu marny a haniebny porządek z nimi zrobić. I tylko bożnica zapłakała nad nimi, w magazyn przerobiona... do dzisiaj dyszy ostatnim swoim oddechem i zwaloną powałą przestrasza.
W tej starej części miasta było też miejsce na licealną uczelnię, sławną na miarę zdolności młodzieży, wykwintną poziomem nauczania i miuasteczka chlubą.
Z biegiem lat, kiedy myślano, że dla Rzeczypospolitej miasteczka takie nie będą zawadą, w starej części miasta zburzono część ułomnych wskutek działania historii czasu domków i zdobyto się na postawienie najmłodszych mieszkalnych budowli. Nowoczesność spotkała się ze starożytnością ku rodości zwłaszcza młodych, którzy w przestrzeń do własnego zycia już powatpięwali.
A dzisiaj, moja droga, nie tylko dzisiaj, lecz także wczoraj i przedwczoraj i to, co stare, i to, co nowe, zasypia, starzeje się, tak jak ja, karmi się przeszłością, nie rozumie, dlaczego powinno zginąć jak ta bożnica, na wiatr hulaszczy, na dzikiego zielska kłącza i korzenie wydana.
- Lubię twój sentymentalizm - powiedziała.
- Wiem - odparł bez zastanowienia - a teraz zaprowadzę cię na kawę, czekoladowe lody i wuzetki, jakich nie ma na całym świecie pod słońcem. Przynajmniej to zostało.

28 maja 2014

Takie sobie refleksje na czasie

Refleksje takie mnie przyszły do mnie po śmierci generała. - Czy się rozpęta kampania nienawiści? - takie sobie zadałem pytanie - i kiedy? Bo, że rozpęta się, o tym byłem przekonany i tylko retoryczny charakter miała ta pierwsza wątpliwość. 
Częściowo jest to zrozumiałe, bo pierwszy prezydent III RP oceniany jest niejednoznacznie, a tragizm tej postaci polega także na tym, że postrzegany jest jako ostatni przedstawiciel starego porządku i jako takiemu wyznaczono mu rolę odpowiedzialnego za wszystko to, co uznano za złe w PRL-u. Nietrudno odgadnąć, że życie z takim balastem odpowiedzialności nie jest łatwe.
Tę sytuacje pogarsza fakt, iż po roku 1989 propaganda kazała Polakom wierzyć, że PRL był koszmarem, że jego symbolem były puste półki w sklepach i karmiono nas informacjami, że po roku 1945 nasz kraj był li tylko miejscem kaźni, że praktycznie wszyscy z nas, naszych rodziców i dziadków sprzeciwiali się niszczycielskiemu ustrojowi, że opozycja była wszechobecna, a ta "mniejszość", która była za socjalistyczną Polską, to pachołki Moskwy i zdrajcy. Bardzo uproszczona to filozofia i nieprawdziwa, ale czegóż się nie robi dla uwiarygodnienia swoich zasług, grubo przesadzonych. Ciekawe jest to, że mówienie dzisiaj, że przynajmniej w pewnych sferach życia PRL wyróżniał się korzystniej od dzisiejszej szczęście demokracji, zbywane jest uśmiechem politowania, bo w ogóle jak można przyrównać piekło do raju.
A jednak tych, co pamiętają PRL z innej strony, aniżeli z perspektywy wiecznego opozycjonisty, potrafią dostrzec w minionym okresie czasu pozytywy i gdzieś tam w tle tego obrazu widnieje postać generała Jaruzelskiego, który być może uratował nas od konfliktu z sąsiadami, który być może uratował nas od domowej zawieruchy.
Dzisiaj łatwo wydawać wyroki, łatwo osądzać. Najczęściej oskarżają zaś ci, którzy nigdy nie stanęli przed tak trudnym wyborem, przed jakim stanął generał.
Niezrozumiałe dla mnie jest to, że nienawiść do Wojciecha Jaruzelskiego uwidacznia się właśnie teraz, w chwili trwania żałoby, a autorem oskarżeń są "prawdziwi" Polacy - katolicy, którzy w obliczu śmierci wyzbywają się uczuć miłości i miłosierdzia, jakie ponoć przypisane jest religii chrześcijańskiej.

Właściwie nie o tym miałem... stosowny post pośmiertny już popełniłem, lecz to niesłychane zamieszanie wokół pochówku generała, nagły przypływ nienawiści, pomieszał mi szyki.
Miało być o prymitywizmie, o tych sądach wypowiadanych bez większego zastanowienia.
Pamiętam te czasy, kiedy jako nieopierzony młody człowiek stałem po stronie solidarnościowej idei. Do czasu, kiedym uslyszał zaskakujące hasło: "im gorzej, tym lepiej". Kto zna te lata pierwszego przełomu, ten wie o co chodzi. Było to hasło wspierające zachodnie sankcje wobec rządu, które przyczyniały się do pogłębienia kryzysu gospodarczego w Polsce. W rozwinięciu miało to oznaczać, że im w kraju będzie gorzej, tym predzej upadnie komunistyczny rząd. Ale przecież postępująca ruina gospodarki to przede wszystkim ruina gospodastw domowych, to potegujący się kryzys budżetu niemal każdej polskiej rodziny. Na to mojej zgody być nie mogło. Przyszłość pokazała, że po 1989 roku zmiany ustrojowe dokonały się również kosztem najzwyklejszych ludzi, z których zdaniem przestano się liczyć. Cel uświęcił środki. Oznajmiono, że nie ma alternatywy dla rozwiązań wprowadzonych w życie przez Balcerowicza. I ta właśnie propaganda braku alternatywy do dzisiaj funkcjonuje. Podzielono nas, część wykluczono, a na bazie tego niezadowolenia wyrosły jak grzyby po deszczu rozmaite frakcje, starające się zaprzeczyć wynikom Okrągłego Stołu. 
Najpierw funkcjonował w miarę czytelny podział na "komuchów" i "postsolidarnościowców", aby w końcu dojść do stanu, w którym wszyscy są przeciwko wszystkim.
Nie lubię prymitywizmu (poza prymitywizmem jako szczególna formą wyrazu w sztuce), który niejednokrotnie wyraża się w zdawkowych, powodowanych emocjami  sloganach, jakich używa się w stosunku do politycznych adwersarzy. W prymitywnym świecie zawiści i nienawiści ktoś staje się mordercą, zdrajcą, Żydem (oczywiście w negatywnym kontekście), komuchem, lewakiem, katolem, masonem, pedałem... i tak dalej. Za dużo tych epitetów, o wiele za dużo. Stanowczo za mało szacunku wobec siebie. Czy z wypowiadaniem, wykrzykiwaniem tych epitetów jest tak jak z wulgaryzmami? przynoszą chwilową ulgę? Jeśli tak, rozumiem frustrację tych, którzy nie potrafią uszanować śmierci człowieka. To, że ich rozumiem, nie oznacza akceptacji.
Wtręt osobisty. "Znajomy" na facebooku umieszcza zdjęcie skromnego pochodu  prowadzonego przez Leszka Millera. Wpisuję, wydawałoby się niewinne i dziecinnie banalne: "niech się święci 1-Maja". "Znajoma" mojego "znajomego" pisze: "precz z komuną". Mój "znajomy" dodaje: "precz". Odnosząc ten wpis niejako do siebie, kasuję własny i wykreślam swojego "znajomego".
Dlaczego tak postąpiłem?
Spróbujmy zatem wymienić zdjęcie: "pielgrzymka do Częstochowy", na czele jeden z biskupów, potem mój wpis, oddający szacunek pielgrzymom, wpis "precz z kościołem" i "precz" mojego znajomego.
Nie tak powinien wyglądać dialog.
Oczywiście w przestrzeni publicznej jest również miejsce na żart, humor, satyrę, ironię, lecz trzeba znać miejsce i czas... szkoda, że nie każdy o tym pamięta.
     

27 maja 2014

Czasami jest za późno

"(...) Przez wiele lat obiecywałem Mamie trzy rzeczy, że zaproszę ją do Krakowa, że pokażę Zakopane i góry, że pojadę z Mamą nad morze. Mama nie zobaczyła nigdy w życiu Krakowa. Nie widziała ani Krakowa ani gór (z Morskim Okiem w środku) ani morza. Nie dotrzymałem obietnic... Minęło od śmierci Mamy prawie pół wieku... (zresztą, przestaję się interesować kalendarzem i zegarem). Czemu Jej nie zawiozłem do Krakowa i nie pokazałem Sukiennic, kościoła Mariackiego, Wawelu... Wisły.
No tak! Syn mieszkał w Krakowie... młody "obiecujący" poeta... i ten poeta który tyle wierszy napisał dla matki i tyle wierszy dla wszystkich matek... nie przywiózł Mamy do Krakowa w roku 1947 ani w 1949... Nigdy mi nie przypominała, nie robiła wyrzutów.
Mama nie widziała Warszawy. Mama nigdy nie leciała samolotem, nie płynęła statkiem. Nigdy nie byłem z Mamą w cukierni, w restauracji, w kawiarni, w teatrze, operze... Ani na koncercie... byłem poetą (...)"
Ten krótki fragment tomu poetyckiego "Matka odchodzi" Tadeusza Różewicza uświadamia mi jak często uruchamiamy w swoim mózgu opcję zapominania, bądź też odkładania na "święte nigdy" sprawy, których poprowadzenie w inny sposób miałoby korzystny wpływ na życie nas samych oraz osób nam bliskich. Zaprzężeni w setki ważnych i mniej istotnych spraw, nie spełniamy obietnic zaciągniętych wobec innych, albo też odsuwamy w je niepamięć. Aż nadchodzi ten czas ostateczny, w którym "jest już za późno, nie jest za późno, jest już za późno..." na zawrócenie z drogi.
Każdy z nas tego doświadczył. Nie każdy chce się do tego przyznać, lecz wyrzuty sumienia, tak ludzkie, kiedyś odnajdą nas pochylonymi nad grobem bliskiej osoby. Wielki Poeta potrafi o tym mówić i także z tego powodu go cenię. 

26 maja 2014

W samotności

Kiedy człowiek odchodzi, zawsze żal; kiedy odchodzi w samotności - tym bardziej. 
Generał Jaruzelski odszedł w samotności, choć w pamięci wielu zwykłych ludzi postać pierwszego prezydenta III RP jest oceniana zdecydowanie bardziej pozytywnie, aniżeli wynika to z ocen formułowanych przez elitę polityczną oraz publicznych i prywatnych recenzentów medialnych. Śmiem twierdzić, że procentowo większa część społeczeństwa pozytywnie ocenia dokonania generała Jaruzelskiego niż ci z nas, którzy uczestniczyli w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Świadczyć to może o tym, że pomimo długotrwałej kampanii dyskredytującej poczynania generała, mimo wszystko społeczeństwo polskie nie dało się ogłupić i bardziej niż występujące w mediach elity docenia skalę wyborów, jakich w swym życiu musiał dokonywać generał Jaruzelski.
Przeciętny, typowy Kowalski, który sam w swoim życiu wielokroć dokonywał wyborów, który dysponuje pamięcią o własnym życiu, doskonale orientuje się, że życie człowieka nie składa się dwóch barw: białej i czarnej, że życie jest bardziej skompolikowane niż proste, by nie powiedzieć prostackie, ocenianie człowieka na "tak" lub "nie".
Osobiście bardzo mnie rozstrajają pochopne sądy, tak często wypowiadane w przestrzeni publicznej wobec osób, które myślą inaczej i należą do innego "zbiorowiska" ludzi, kierujących się odmiennym światopoglądem. Jeszcze gorzej jest wtedy, gdy z innej, dzisiejszej perspektywy oceniamy przeszłe intencje i działania osób, z którymi na nie po drodze. W moim przekonaniu, nawet wzbogaceni o dzisiejszą wiedzę o przyczynach wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, nie możemy nie uwzględniać ówczesnego kontekstu tej decyzji, co jakoś nie trafia do dzisiejszych sędziów i oskarzycieli generała, zwłaszcza że dzisiejsi najzagorzalsi oponenci starego porządku, nigdy w sytuacji Wojciecha Jaruzelskiego nie byli (i oby nie byli).
Zaprawdę łatwo jest podnieść z ziemi kamień i cisnąć nim w kogoś, kogo nie lubimy. Łatwo jest kogoś nazwać zdrajcą, komuchem, Żydem; łatwo zarzucić brak patriotyzmu i obarczać całym złem świata. Czasami nawet łatwiej tak mówić z pozycji, o ironio, "prawdziwego" Polaka, katolika, chrześcijanina.
W moim pojęciu odszedł od nas człowiek uwikłany w tragiczną historię naszego narodu, człowiek, który określił swoją rolę w świecie na tej naszej szerokości geograficznej i wytrwał w niej do końca, dokonując wyborów, które nie muszą się wszystkim podobać. Jestem jednak pewien, że dokonywał ich zgodnie z własnym sumieniem, nie chcąc świadomie wyrządzać krzywdy innym ludziom.
R.I.P 

25 maja 2014

Sukienka w białe groszki


Białe groszki

20 sierpnia wyszła z domu 
i nie powróciła 
osiemdziesięcioletnia staruszka 
chora na zanik pamięci 
ubrana w granatową sukienkę 
w białe groszki 

ktokolwiek wiedziałby 
o losie zaginionej 
proszony jest *

W takiej granatowej sukience w białe groszki chodziła moja babcia. Nie wiem, czy to prawda, ale deseń w drobne białe groszki wyszczupla talię kobiety. Moja babcia zakładając taką sukienkę, mogła brać pod uwagę ten fakt. Zawsze starała się wyglądać elegancko i tłumiła niedoskonałość natury, chociaż, prawdę mówiąc, lubiłem jej miękkie puszyste przedramiona.
Babcia, jako osoba religijna, pościła w piątki. Niestety, nie służyło to jej zdrowiu, gdyż po takiej głodówce w soboty jadła znacznie więcej, co odbijało się na jej zdrowiu.  Miała problemy z wątrobą i woreczkiem żółciowym, który któregoś dnia "rozlał się" i nie zdążono jej uratować.
Pozornie wiersz Różewicza ma niewiele wspólnego z moją babcią, która przecież ani nie wyszła z domu sama, ani też nie cierpiała na zanik pamięci.
Pozornie... bo wspólnym elementem łączącym moją babcię z zaginioną kobietą Różewicza nie jest tylko sukienka w białe groszki, lecz to, że obaj kochamy staruszki.

* wiersz Tadeusza Różewicza - "Białe groszki"

23 maja 2014

Wyspa soczystych, zielonych traw

Lubię sobie czasami wyjść, zaszyć się w tę wysoką trawę i umknąć przed wzrokiem personelu. Z drugiej strony myślę sobie, że pielęgniarki i tak przymykają oczy, wiedząc, że nie jestem niebezbieczny dla siebie. Warunkiem jest oczywiście połknięcie przygotowanych na rano tabletek, które powinienem spożyć jako deser do śniadania. A potem... cały świat stoi przede mną otworem, zwłaszcza w tak piękny dzień jak dzisiejszy. Co ja tam wziąłem z sobą? "Idiotę" do poczytania, lecz najpierw ta całkiem pokaźnych rozmiarów księga posłużyła mi za podgłówek, bo wiecie, ja muszę leżeć z głową wznoszącą się ponad tors i ramiona. 
Te tabletki jakie biorę z pewnością sprawiają, że jestem spokojniejszy, taki wyciszony, jak mówi jedna z pielęgniarek, pani Róża. Przedtem było inaczej. Wszystko mnie denerwowało, od chwili, gdy udało mi się, na nieszczęście, otworzyć oczy. W uszch szumiały mi polecenia i rozkazy. Ktoś zawsze czegoś ode mnie chciał, strofował mnie, oczekiwał konkretnego zachowania, gdy tymczasem ja byłem nieobecny, wałęsając się niezdarnie w moim świecie jak, za przeproszeniem, głuchoniemy i chromy.
W końcu stwierdzono u mnie depresję i zacząłem uczestniczyć ciałem w rozlicznych seansach, podczas których przekonywano mnie, abym zauważał u siebie i w otaczającym mnie otoczeniu pozytywy. Moja spolegliwość na jaką się zdobywałem, doprowadzała do tego, że podczas przerw w zajęciach wybiegałem na łąkę i, tak jak dzisiaj, zaszywałem się w zieloność traw, albo w żółcie, pomarańcze i brązy pierwszych, wrześniowych liści. Oj, były ze mną kłopoty. Musiałem się tłumaczyć i właściwie każdorazowo jedyną formą obrony było gromkie: - jeżeli chcecie, abym się pozbył destrukcyjnej depresji, zlikwidujcie jej powód!
Ale gdzie tam, za każdym razem musiałem się tłumaczyć, choć każdy lekarz, który dorwał mnie w swoje łapy wie, że nie znoszę się tłumaczyć. W końcu powiedziałem im, aby zostawili mnie w spokoju i dali mi żyć po swojemu, bo nie potrafię się podporządkować po tym, co przeszedłem, po tym, jak życie dało mi popalić. Wolę już zaszywać się w tym swoim integralnym świecie, w którym jako tako funkcjonuję. Jest mi w nim źle, lecz skoro i tak nie jestem w stanie wydostać sie z niego o własnych siłach, więc niech to już tak zostanie.
No i zaczęło się z tymi tabletkami. Głowa przestała mnie boleć i nie czułem w niej tego szumu, skowytu, szelestu, który wprawiał mnie w odrętwienie. Na takich tabletkach doczekam pięknej, spokojnej śmierci, czytając przy okazji "Idiotę" albo jakąś inną z ksiąg, wystarczająco bogatych w strony, aby mogła służyć za podgłówek na wyspie soczystych, zielonych traw.  
   

21 maja 2014

Minusy, czyli tom drugi powszechnej spowiedzi

Prawicą uderzam się w piersi własne. Zatem, czego nie lubię lub co ciężko u siebie znoszę. Otóż i bałaganiarstwa [to mój świat, w którym się rozpoznaję], złorzeczenia kierowcom, co za jajka prawo jazdy dostali [albo jedziesz, albo gadasz przez komórę i nie śpij, kiedy masz zielone], przekory, która czasami mnie przeraża [przekora pozwala dostrzec drugie dno prawdy], tudzież omijania ruchem okrężnym tego,  co mógłbym powiedzieć wprost [po to jest język, aby używać go w taki sposób, aby zmusić odbiorcę do myślenia]. Mam też swoje humory, które bywają trudne do zniesienia [nie ma ideałów; nawet maszyny czasami zawodzą] i, co jeszcze gorsze, niemal całkowicie lekceważę poboczne tematy, co sprawia, że mogę być postrzegany jako zupełny ignorant w tematach: mody, motoryzacji, sportów ekstremalnych oraz spraw męsko-damskich jakie zachodzą w obrębie celebryckiego świata [nieszczęśliwym ten, kto zna się na wszystkim]. Potrafię też pod niewystarczającym dla wielu powodem przerwać znajomość, odciąć się bądź wycofać na nieupatrzone (z braku czasu) pozycje [lepiej schować się za barykadą, aby uniknąć niesprawiedliwej kuli]. Cierpię też na idealizm , nadwrażliwość w pewnych kwestiach      [bez idei, nawet jeśli niepełna i doskonała, bez wrażliwości nie ma człowieka – w ten sposób istnieje natura lub cynizm i wyrachowanie], co produkuje poczucie osamotnienia, gdyż ciężko ze mną dyskutować w sprawach, które dla mnie wydają się oczywiste [prawda, sprawiedliwość, wrażliwość na krzywdę drugiego człowieka – to te kwestie]. Z całą pewnością w swoim życiu działałem nazbyt pobłażliwie w stosunku do oponentów [taka natura spolegliwa, ufająca innym, nie dopuszczająca odpowiadania złem za zło], nie zaopatrzywszy się w ochraniacz na pewną część ciała. Nie dbam o siebie, swoje zdrowie, jem niezdrowo i żyję niezdrowo [przyznaję, trudne do obrony – staram się zmienić]; za mało śpię [szkoda życia dla snu], za mało mam ruchu [nie te lata], za mało zajmuję się domem [trudne do obrony, aczkolwiek nie lubię miejsca, gdzie żyję]. Bywam leniwy i pewne rzeczy wykonuję pod przymusem [na pocieszenie jeśli sam z siebie coś robię, robię starannie, bez konieczności posiłkowania się lenistwem]  – słowem, ciężki, a czasami nieuleczalny ze mnie tym, którego nie polecam nikomu z wyjątkiem garstki masochistów [przesada]. Nadto nie posiadam niektórych zdolności, z których obecności byłbym zadowolony, a mianowicie: nie umiem rysować, malować, śpiewać i grać na instrumentach muzycznych [nie do obrony, siła wyższa]. Całkiem nieciekawa postać [przyznaję].
W tym miejscu parę „razów” biczem w plecy własne.
Takim top sposobem, z tą moją ukochaną przewrotnością kończę tom drugi spowiedzi.

to be continued…

19 maja 2014

Monolog z matką

Nie wiem jak tam u ciebie z satelitą. Mam nadzieję, że masz i że oglądasz. Czy pozwalają ci oglądać tenis? Mam wątpliwości, bo tam zapewne większy wybór i nie powtarzają wciąż tych samych filmów, więc patrzysz na to, co cię interesuje najbardziej. Oczywiście nie "samą satelitą" się zajmujesz. Kto wie, może zwrócono ci młode lata i zaczynasz wszystko od początku... kto wie...?
Dwudziesty szósty za pasem, a ja już dzisiaj z życzeniami, bo ja to, jak zwykle, zbieram się i zbieram, i jeszcze zapomnę, albo nie będę miał sposobności. To żadne wytłumaczenie, wiem, ale taki już jestem: przybywam zawsze na ostatnia chwilę, niby jestem na czas, ale zawsze coś mi wypada. Dlatego lepiej dzisiaj, i to nie tylko z życzeniami, lecz również z informacjami, na które czekasz już tyle czasu.
Powiem ci, że Radwańska cały czas w czołówce. Dochodzi do półfinałów, a czasami jej się nie uda, lecz muszę cię ucieszyć, że gra ładnie, technicznie, lecz z Sereną i Maszą Szarapową nie ma szans. W dalszym ciągu trudno jej mierzyć się z tenisistkami preferującymi siłową grę opartą na mocnym podaniu i agresywnym returnie. Azarenka z kolei nie gra. Ma kontuzję. Ana Ivanowicz coraz lepiej sobie radzi, chociaż w Rzymie z Sereną nie miała szans. Czekamy na Paryż, a potem Wimbledon. Jeśli Radwańska nie złapie kontuzji, może uda się jej na trawie wejść do finału.
Twój Federer jak zwykle elegancki, pięknie gra, choć najlepsze lata ma już za sobą, zresztą wiesz, rozmawialiśmy o tym. Janowicz, niestety, ma coraz większe kłopoty z psychiką i w tym roku ma mnóstwo porażek. Miejmy nadzieję, że w końcu się poprawi. W Rzymie Nadal przegrał z Djokovićem i wiem, że ta wiadomość cię nie zmartwi, bo nie przepadasz za Hiszpanem, choć zawsze doceniałaś jego sprawność fizyczną. Wiesz, że zwycięstwo Novaka mnie cieszy, bo to był zawsze mój ulubieniec. Pamiętasz, jak kibicowaliśmy: ty Rogerowi a ja Novakowi. Zawsze przekonywałem cię, że Serb nie jest na korcie tak ułożony jak Szwajcar, lecz naprawdę zachowuje się bardzo przyzwoicie, choć w meczu z Raonicem (pamiętasz, ten, co serwuje najsilniej na świecie) cisnął rakietą w kort. Ale wiesz, podoba mi się to, że Djoković tak ciepło wyraża się o swojej ojczyźnie, a tu akurat Serbię spotkała najtragiczniejsza od 120 lat powódź. To przykre - cieszyć się triumfem w Rzymie, kiedy tragedia dotyka twego kraju.
Ja tak ci opowiadam, a może ty doskonale znasz wyniki i wiesz, co się na świecie dzieje. A dzieje się nieciekawie, więc kiedy ty spoglądasz na to wszystko z góry, to pewnie się martwisz. Właśnie dlatego wolałem dzisiaj pomówić o tenisie.
Aha.. nie dzwoń na komórkę, lepiej na stacjonarny. Z komórką to wiesz jak u mnie jest - zawsze gdzieś zapodzieję albo nie doładuję. To trzymaj się.

16 maja 2014

Zdrajcy Polski

W telewizyjnej trójce wystąpił niedawno sędzia sumień Polaków, niejaki Cejrowski, oświadczył, że żyjący w czasach PRL-u członkowie PZPR są zdrajcami Polski.
Dzięki tej wypowiedzi uswiadomiłem sobie, że jestem synem zdrajców naszego kraju (pewnie już nie naszego, bo w takim kontkekście, jak może syn zdrajców Polski mówic o Polsce, że jest nasza). 
Przeżyłem sporo czasu w rodzinie, gdzie zarówno moi zmarli rodzice  mieli czelność należeć do PZPR-u, lecz jakoś umknęło mojej pamięci, aby oboje podejmowali jakieś działania na rzecz obcego państwa. Jeśli chodzi natomiast o działania wewnętrzne, to również nie znam przypadku, aby moi rodzice donosili na kogoś, aby dopuścili się przestępstw, które nosiłyby w sobie choćby zalążek chęci szkodzenia komukolwiek z powodów politycznych.
Z moją rodziną to było tak, że mój dziadek i babka po mieczu reprezentowali rody o odmiennej preferencji politycznej. Moja babka, pochodząca z rodziny ziemiańskiej żyła w klimacie endeckim, o czym mogłem się przekonać, przeglądając pozostały po niej ksiegozbiór i zdjęcia. Dziadek z kolei, którego przodkowie pochodzili z Wołynia, był zagorzałym zwolennikiem Piłsudskiego.
Ze strony kądzieli, mój dziadek wywodził się z rodziny robotniczej; przodkowie babki byli z kolei chłopami.
Dziwnym sposobem połączenie potomków tych czterech rodów, a mianowicie: mój ojciec i matka stali się w oczach pana Cejrowskiego zdrajcami Polski.
Oczywiście można pominąć milczeniem wypowiedź pana podróżnika, ewentualnie puknąć się z politowaniem w czoło, a jednak jakoś ten sąd nad moimi rodzicami nie chce spłynąć po mnie jak woda po kaczce. 
Niby dlaczego w przestrzeni publicznej mam doświadczać sądów krzywdzących pamięć moich rodziców. I niech mi nikt nie mówi, że wystarczy przełączyć kanał i nie będzie problemu. 
Nie posłużę się kąśliwą ripostą i nie będę wnikał w to, kim byli rodzice Cejrowskiego, kim on sam jest dla mnie; słowem, nie dam się wciągnąć w absurdalną dyskusję kto jest zdrajcą, a kto "prawdziwym" Polakiem.
Nie mniej jednak, uzurpuję sobie prawo do wyrażania własnego, indywidualnego ostracyzmu wobec wszystkich tych, którzy poczytują sobie poglądy Cejrowskiego za swoje.
To jedno mogę zrobić dla swojego ojca i matki.

09 maja 2014

Prędka wizyta

Usiadła przed nim na zydelku, wygodnie, o ścianę miękkim drewnem wyłożoną.
- A bym się jeszcze napiła - powiedziała do niego. Też siedział, lecz w fotelu, jakby z oparciem pogodzony, wypełnił je całym sobą.
- Weź sobie co tam chcesz z lodówki, albo w kredensie jakąś buteleczkę znajdziesz.
To też i zrobiła.
- List napisałeś, tak?
- To już to się rozniosło? - zapytał
- A jakże. Podanie do Boga o śmierć swoją, to się rzadko zdarza.
Milczenie
- Piszesz, że modlisz się o śmierć prędką i łaskawą, bo nie chcesz nadwyrężać cierpliwości tych, co z tobą żyją, bo straciłeś...
- A napisałem tak. Ty kto?
- Właśnie jestem na twoje wezwanie. Załatwmy tę sprawę jak najprędzej.
- Załatwmy....

Dziewczynka od ikonek

Donoszę ci, że podróż miałem świetną, a na dworcu spotkalem tę dziewczynkę ze świętym portrecikiem, taką ikonką małą, na drewnie napisaną, bo ikonę się pisze. Byłem pierwszym kupującym portrecik od tej dziewczynki, więc ucieszyła się i już chciała pobiec do sklepiku. Ty sobie nie wyobrażasz, jak ten sklep wygląda. Odejmij trzydzieści lat, to zobaczysz.
A niech to, nie miałem przecież ciężkiego bagażu i zamiast wsiąść od razu do autobusu, przeszedłem do tej naszej znajomej, która o kilkadziesiąt kroków mieszka od stacji i zostawiłem u niej walizkę. Dziewczynce kazałem zaczekać na siebie. Tak też i zrobiła. Pojechaliśmy potem razem "w miasto", do restauracji w samym centrum miasteczka. I chociaż miasteczko małe, biedne, przygraniczne, pełne starzyków na ławkach w parku, to restauracja pierwsza klasa. Aleśmy pojedli!. Ma się rozumieć, że wielki, ale naprawdę wielki schabowy, przysmażane ziemniaki, młoda kapustka, sałata i  ogórek, a jaki zapach... przecudny...
Mała nie chciała mi jeść, choć widziałem jak oczami  za mięsem wodzi. Niby chciała wziąć z sobą do domu, do babci, bo z babcią mieszka, a mama gdzieś za granicą pracuje, lecz znaku nie daje. 
Powiedziałem jej, żeby mi tu nie marudziła, bo jak zje, to kupimy babci, co tylko potrzeba, a i dziewczynce jaką sukienkę i buty, bo jak ma ikonki sprzedawać, to lepiej, żeby dobrze ubraną była i żeby ludzie nie z litości brali te cudeńka, a z zamiłowania do sztuki.
Dopiero pod wieczór dotarliśmy do domku, w której dziewczynka mieszkała ze swoją babcią. Przespałem u nich piękną, spokojną noc, potem drugą... trzecią.
Nie gniewaj się na mnie, że siedzę u nich od tygodnia. Jakoś mi tutaj dobrze z nimi, a i im nie gorzej. 
Ty tam sobie w grobie leżysz, całkiem spokojna i pewnie odpoczywasz po znojnym życiu. A zawsze mówiłaś mi, żebym szedł tam, gdzie będę potrzebny komu, więc teraz na jakiś czas zostanę u nich, a do ciebie to za parę dni przyjadę z tą małą. Koniecznie musisz ją poznać - miła i obrotna dziewuszka. Ikonki pisze, wiesz... ech, zacząłem się powtarzać. Porozmawiamy później. Sen bierze mnie w swoje łapy.

07 maja 2014

A żurawie wciąż lecą

Przez tę ukraińską zawieruchę umknęła jedna śmierć.
Ale jak tu nie wracać do Ukrainy. I myli się ten, kto pomyśli sobie, że ze mnie jakieś polityczne zwierzę po szyję w polityce unurzane. Polityki nie lubię, ale z równą siła nienawidzę kłamstwa i hipokryzji. To jest jakiś absurd, co się na temat Ukrainy słyszy i widzi w polskich mediach. jest to o tyle dziwne, że przecież w świecie internetu praktycznie trudno jest cokolwiek ukryć przez dociekliwym.
No weźmy taki przykład pierwszy z góry. 
Ukazuje się w onecie, potem w telewizji taki komunikat, że Putin wydał jakiś tajny dekret nr 269 (ktoś na stronie prezydenckiej zauważył, że są numery 268 i 270, a 269 nie ma, więc stąd wniosek, ze tajny)  na mocy którego prezydent Rosji nagrodził tych dziennikarzy, którzy pochwalili zajęcie Krymu. Należy więc założyć, że intencją nadawcy jest podkreślenie, że aby osiągnąć poklask, Putin celowo i tajnie wydaje dekret, żeby móc zjednać przychylnych sobie dziennikarzy. Otóż i wchodzę na prezydencka stronę i po minucie odnajduję ów dekret z numerem 269 i jest w nim o przyznawaniu nagród, tyle że datowany w zeszłym roku. Gdyby był tajny, to pewnie bym go w minute nie odnalazł, a Snowdenem raczej nie jestem.
Nasze media i politycy prawią, że te rosyjskie to są nieobiektywne i w nich jedynie rosyjską stronę biorą. Pewnie, że może i w wiadomościach prezentuje się częściej swoje racje, ale wchodze ja na jeden z dostępnych na satelicie kanałów i co widzę: dyskusja zażarta pomiędzy oboma podmiotami sporu. A u nas? Jeśli zagraniczny ekspert to ukraiński i taki, że on to nie wie, nie widział i nie słyszał prawego sektora, choć same ukraińskie media sława a sława Ukrainie krzyczą ustami prawosektorowców. 
O nacjonalizmie i faszyźmie na Ukrainie w naszych mediach zapadło głuche milczenie.
A jest taka pani poseł Svobody, Irina Farion (zaznaczam, że ten fakt to także made in Ukraine), która wizytując szkołę podstawową mówi do dziewczynki, że jeśli ta dorośnie i będą na nią mówić Aliona (imię rosyjskie), to pora pakować walizki i jechac do Moskwy. Podobnie jeśli chłopa Petryka nazwie ktoś Pietią, to on nie-Ukrainiec i niech zmyka do Rosji.. Ta pani występowała na majdanie i jest bardzo wpływową osobą kijowskiej rewolucji.
Zwróćmy uwagę, jak media interpretowały to, co stało się w Odessie. Na "pasku" szedł pożar; potem, że separatyści schronili sie w związkowym gmachu, skąd strzelali do ludzi - zwolenników jedności Ukrainy, na co ci odpowiedzieli koktajlami mołotowa. I jakoś nie udało się znaleźć ani jednej sztuki broni w spalonym gmachu. Miano też znaleźć "ruskich"; gorączkowo po tej rzezi poszukiwano paszportów... i co? Żadnego "ruskiego". Z publikowanych w internecie zdjęć ofiar wynika, że niektórzy mieli celowo polaną benzyną i podpalaną twarz, kiedy dzicz wdarła się do budynku. Znane są także nagrania, w których okrzyki "sława Ukrainie" towarzyszą paleniu się ciał ofiar. 
Nie mogę zrozumieć, dlaczego potomkowie bohaterów Powstania Warszawskiego, którzy ginęli od miotaczy ogni, nie znajdują czasu ani sposobności na powiedzenie "nie" temu bestialstwu? Nie mogę pojąć tego, że premier polskiego rządu, że prezydent zamykają oczy na tę zbrodnię. Ja rozumiem, że można nie lubić "ruskich" i tych, którzy ku nim dążą, rozumiem, że pan Olbrychski nienawidzi Putina, ale czy jest to wystarczający powód, aby tolerować zbrodnię? Dla mnie każda śmierć w tym konflikcie jest niepotrzebna, ale żeby aż tak różnicować wartość ludzkiego życia? Gdzie się podziała ta polska, przysłowiowa wrażliwość na krzywdę innych ludzi? Gdzie honor?
Nie znajduję usprawiedliwienia dla tej antyludzkiej postawy. Gardzę politykami i dziennikarzami, którzy upojeni ideologią wyższości Zachodu nad Wschodem na własne życzenie zatracają człowieczeństwo. Niestety, nie rozumiem społeczeństwa, głuchego i nie potrafiącego lub nie chcącego dociekać prawdy, wyzwalając się z uprzedzeń.
Choćbym był ostatni, który tak myśli, muszę o tym mówić i musiałem to napisać, niszcząc przy okazji główny motyw tego blogu ... i, przy okazji, paradoksalnie, cieszę się, że mój mistrz - Różewicz nie doczekał w pełni tych czasów.
Pora wrócić do początku.
A miałem napisać o Tatianie Samojłowej, znakomitej rosyjskiej aktorce, pamiętanej m. in. z filmów: "Lecą żurawie" i "Wojna i pokój", która odeszła od nas 5 maja tego roku. Jak to się paradoksalnie ułożyło - "Lecą żurawie" to jeden z najsłynniejszych antywojennych obrazów filmowych, jeden z najlepszych filmów w historii kinamatografii... a teraz... niedaleko... wojna, najokrutniejsza, bo domowa. Zapamiętam ją taką, jak w tym fragmencie filmu:
[+]requiescat in pace [+]



06 maja 2014

Przyjaciele polskiego parlamentu zabierają głos

"Won z naszego przepięknego kraju. Tutaj ziemia będzie płonąć pod waszymi nogami. Pokazała to już Odessa. Będziemy was zabijać za każde miasto, w którym przynieśliście choćby jedno cierpienie.
(…)

Cała Ukraina to teraz banderowcy i Prawy Sektor i z rąk banderowców będziecie umierać, przeklęte plemię. Zatem zabierajcie się ze swoim separatyzmem, żeby nie śmierdziało waszymi ruskimi duszami. Wszyscy!!!".

Ten piękny tekst odnaleziono (i przetłumaczono) na oficjalnej stronie "Prawego Sektora", miłującej pokój organizacji, wspieranej przez PREZYDENTA RP, pana KOMOROWSKIEGO, pana PREMIERA TUSKA i przeogromną większość sejmową. Gratuluję przyjaciół.


Mariusz Max Kolonko "Mówi jak jest" - Tragedia w Odessie



Gęba popiera







05 maja 2014

Gęba przed wyjazdem w doniecką krainę

Gęba juże spakowana, bo czekać już dłużej nie może. I pięknie wygląda, jakoby odmłodniała.

 A czekała, czekała na jakoweś ludzkie słowo od pana premijera. Czekała, że wyndzie na pole i do mikrofona palnie, że jest mu przykro, że jego kijowskie kolegi potraktowali ziomków ogniem a benzyną. Abo też, że bezosobowo rzeknie, że palić rodaków się nie godzi. Ale pisz tu na Berdyczów do premijera. Gówno tam przeczyta, abo gębinej mowy nie rozumie.  Zamiast tego unże, znaczy się premijer, godo, że na wschodzie to cosik mu na wojnę wyglądo, bo te separatysty to strzylają i to celnie do terrorystycznych, wróć, antyterrorystycznych wiertaliotów. Stąd chłop miarkuje, że wojna. Tyle, że psia jucha sobie nie pomiarkowała, że może wojna stąd, że te wiertolioty latają i do ludków strzylają. Kieby pan premijer mioł łeb, toby przyuważył, że Janukowycz wiertaliotów na majdan nie pokierował.
Gęba sobi myśli, że teraz najpopularniejsze słownikowe hasło to prorosyjscy separatysty. Małóż tego - we w słowniku akcenta dają na prorosyjscy. To się Gęba zapytuje: jakie te separatysty mają być, skoro po ruskiemu gadają? A wielki słownik zaraz odpowiada: alić lepij by było, gdyby były fińskie, norweskie abo portugalskie. Gęba na to: czemuż? A słownik odpowiada, że ruskie źle się kojarzą. Uparta Gęba prawi: wszkże na Ukrainie siedm milionów ludków, no może siedemnastu mnij, to Rosjanie, a wiela więcej po ruskiemu gada, więc jak separatysty mają nie być ruskie.
Ale ze słownikiem to taka gadka jak do obrazka.
Najlepij to na wschodnią Ukrainę jechać i się przekonać, czy naprawdę w każydym okopie Putin z kałachem leży, czy może jest inaczej. I Gęba Niderlandy ze darmochę panu premijerowi daje, że jakby tak sobie pojechał w doniecką dziedzinę, jak by sobie obaczył na własne źrenice, jak by sobie posłuchał, co tamtejsi ludkowie godają, toby pierdoł w plazmowych telewizorach nie rozgłaszał.
Zatem, wracamy do początku i Gęby spakowania. 
Co byśta ludkowie powiedzieli na to, aby na wschodnią Ukrainę do podróży ułapić całą tę naszą elytę, a zatem sotniowych kozaków: Tuska premijera, ,Kaczyńskiego - pierwszego opozycjoniera, ruchliwego Palikota, Millera, Piechocińskiego prezesa, Ziobrę ze z Brukseli, Gowina i paru mniejszych braci. Tedy ułapić i skierować tamże, jeno nie samoliotem, bo Putin juże proc z kamieniem węgielnym naciągnął i dalibóg, ciepnie po ogonie; a wygodnym busikiem, którem prowadzonym będzie przeze Gębę.
Nic tam się wam, kozacy, nie stanie. No, może po mordzie deczko naleją na powitanie, ale od takiego masaża to jeszcze w Odessie nikt nie spłonął, a i wam na zdrowiu może przybędzie, bo od jakiegoś czasu to uszyska po sobie kładąc Siajejskie raporta ludkom podajecie.
Jako że inszym, ludzkim głosem nie godacie, to może choć posłuchacie, co te rosyjskie separatysty do powiedzenia wam majom, co mówią te baby z ikonami na drodze, co chłopy proste, co dzieciska do powiedzenia majom. Dopiero potem godajcie te swoje pierdoły.
Ino nie liczcie na to, że tam was porwią a o chlebie i wodzie trzymać będą. Pożytku z was za nic. 

04 maja 2014

Spowiedź powszechna księga pierwsza

Gdzieś w połowie maja upłynie 7 lat odkąd istnieje blogowa kawiarenka. Dokładając do tego przynajmniej dwa lata bytności w sieci  prowadząc wcześniejsze blogi, okaże się, że w tym roku upłynie dziesiąta rocznica obecności w sieci w tej wirtualnej postaci. Doliczyłem się w "Kawiarence" około 700 postów, z czego połowa została przeze mnie bezpowrotnie unicestwiona z tego powodu, że wydaly mi się nazbyt osobiste, tj. opisujące rzeczywistość, w której działałem bardziej wprost, aniżeli dzieje się to obecnie. Myslę, że do tej liczby należałoby jeszcze dodać około 200 wpisów posianych w innych, wcześniejszych moich blogach, co już daje powód do tego, aby zastanowić się nad postawieniem wielkiej kropki.
Niewykluczone, że nadejdzie kiedyś pora rozstania z tą formą wypowiedzi. Trudno przewidzieć, kiedy to nastąpi i z jakiej przyczyny. Możliwe, że zniknięcie spowodowane będzie wyjadem z kraju (choć wedle mojej wiedzy i za rubieżami internet działa); być może moje pisanie najnormalniej w świecie ulegnie wypaleniu, co wielce jest prawdopodobne. 
Chociaż nie lubię podsumowań i rocznic (dlatego też niniejszego wpisu nie pomieszczam ścisle przestrzegając rocznicowej daty) to kusi mnie powiedzenie czegoś więcej o sobie. Ale po kolei.
Blogi przeze mnie stworzone właściwie przeznaczone były i są dla autora tych słów, jakkolwiek parę osób towarzyszyło i towarzyszy mojemu pisaniu. Na zasadzie równowagi poznałem w sieci kilka osób piszących blogi o rozmaitej treści i formie. Czytałem i czytam je, rzadziej komentuję, uznając, że lepiej czasami nie zachwaszczać czyjejś przestrzeni, jeśli nie ma się zbyt wiele ciekawego do powiedzenia. Z drugiej strony nie chciałbym być postrzegany jako ten, który swoją obecnością na czyimś blogu wymusza odwiedziny na swoim.
Skoro jednak zacząłem o sobie.... kontynuujmy w takiej zabawnej postaci...
1) Wzrost i wiek - średni - o ile w przypadku pierwszego, to utrzymuje się w stanie wzrostów średnich, to z wiekiem jest już nieco inaczej. Z każdym rokiem wkraczam do głebszej wody, choć do emerytury, jeśli starczy jej dla mnie, parę ładnych sążni przede mną.
2) Wykształcenie - wyższe, a jakże. Specjalność - edukacja ustawiczna i podyplomówka: bibliotekarstwo z czymś tam (nawymyślali tych kierunków, że spamiętać nie można)
3) Zawód i robota - belfer przez przytłaczającą część dorosłego życia, obecnie upadły nauczyciel, przez lat siedem dyrektor szkoły średniej; obecnie pracujący w dużej firmie i chorujący.
4) Miejsce zamieszkania - wieś nieciekawa, malutka w centralnej Polsce; punktem odniesienia Kutno.
W tym miejscu pora na dygresję. 
Zarówno moje personalne dane, jak i pewne biograficzne szczegóły, przy pobieżnym nawet staraniu, łatwo namierzyć bez uciekania się obowiązujących w cywilizacyjnym świecie metod wywiadowczych. Szczerze powiedziawszy, mało mnie to interesuje, czy zostanę zidentyfikowany, pochwycony i doprowadzony przez oblicze sił wszelakich.
5. Religia - religiny na swój sposób, szanujący religijność jako taką; doceniam wiarę w boga jako formę samoobrony przed okropnościami świata tworzonego przez ludzi i obronę przed nieuchronnością śmierci.
6. Pogląd na świat - lewicowy, aczkolwiek nie znajdujący sojuszników w obecnie istniejącej tak zwanej lewicy, odwróconej tyłem do problemów ludzi wykluczonych, odrzuconych i nie znajdujących wsparcia. Prócz tego skłaniający się raczej ku pacyfizmowi; stąd odrzucenie przynależności Polski do NATO; antyglobalista i zadziorny przeciwnik konsumpcjonizmu; głoszący tezę o lewicowym z dzisiejszego punktu widzenia charakterze poglądów pierwszych chrześcijan, stąd przyjazny stosunek do teoretykó teologii wyzwolenia; zwolennik wielokulturowości, wielopogladości, wieloreligijności; bez uprzedzeń narodowych i jakichkolwiek innych, z wyjątkiem ideologii skrajnie nacjonalistycznej i faszystowskiej.
7. Punkt odniesienia - człowiek - trudno jednoznacznie rozstrzynąć; być może najbliżej jest mi do pogląów Mahatmy Ghandiego, Martina Lutera Kinga; dawniej - Marcina Lutra i Thomasa More'a. Najważniejsze jest jednak czerpanie wzorców od ludzi, którzy zauważają drugiego człowieka i operują nieobecnym obecnnie terminem - sprawiedliwość społeczna.
8. Ulubieni twórcy - literatura - trudno w jednym zdaniu. Przyparty do muru wymienię "Proces" Kafki, "Zbrodnię i karę" Dostojewskiego, "Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej"  Haska, twórczość Różewicza, Jesienina, Czechowa, Hrabala, Żeromskiego - z góry przepraszam wielu innych.
9. Muzyka - Bach, Vivaldi; cały barok w gruncie rzeczy i muzyka dawna.
10. Malarstwo - Paul Gauguin, Paul Cézanne, Jan Vermeer, Caravaggio, malarstwo nurtu prymitywistycznego.
11. Film - Fellini i kino włoskie lat 40-tych i 50-tych ubiegłego wieku, kino czeskie lat 60-tych, Bergman, Andrzej Kondratiuk, Smarzowski, bracia Cohen... "Rejs" oczywiście.
... atrament się skończył 
to be continued

Pan premier nie jest idiotą

Nie wierzę, że pan premier Tusk nic nie wie o tym, co naprawdę dzieje się na Ukrainie. Nie wierzę, że służby wywiadowcze, także te operujące materiałami wywiadu "białego" nie donoszą panu premierowi, że w ukraińskim konflikcie jedyną, potępienia godną stroną jest ta, która reprezentuje ludność ukraińską, posługujacą się językiem rosyjskim, bądź też są nimi rdzenni Rosjanie. Nie wierzę w to, że pan premier nie wie, albo też nie donosi się mu, że im bardziej na wschód Ukrainy, tym większa była i jest sympatia mieszkańców dla Rosji i że wschodnią części Ukrainy zamieszkują też Rosjanie. Kiedy pan premier mówi: "Wiemy też, że obecność Rosjan na tych terenach ogarniętych niepokojami jest dobrze zorganizowana" to przecież wie doskonale, że to zorganizowanie nie wynika z tego, że tak zarządził Putin, lecz z tego powodu, że tamtejszym Rosjanom bliżej jest do Rosji niż do Kijowa i Lwowa. Nie wierzę, że pan premier nie zna ostatnich wyników wyboprów parlamentarnych na Ukrainie, w których zwyciężyła Partia Regionów i od przynajmniej dziesięciu lat widać, że kraj ten podzielony jest mniej więcej po połowie na zwolenników współpracy z Rosją i miłujących zachodni porządek. Nie wierzę, że pan premier nie zauważa skrajnie nacjonalistycznych postaw, zachowań, słów i czynów wymierzonych tak przeciwko Rosji, jak i też rosyjskojęzycznych Ukraińców, zamieszkujących głównie wschodnie regiony kraju. Nie wierzę, że pan premier nie zauważa, że awangardą majdanu są skrajnie nacjonalistyczne i faszystowskie siły, które nie tak dawno rościły sobie pretensje do rewizji granicy polsko-ukraińskiej
Gdybym w to wszystko wierzył, musiałbym przyznać, że pan premier jest niespełna rozumu, ale przecież pan premier idiotą nie jest. 
Pan premier myśli i działa racjonalnie. Pan premier doskonale orientuje się, że Polska jest członkiem NATO, które realizuje na całym świecie politykę Stanów Zjednoczonych. Pan premier bardzo dobrze wie, że z racji przynależności do NATO wszelkie watpliwości dotyczące genezy i rozwoju kryzysu na Ukrainie należy rozstrzygać przeciwko Rosji, bez względu na fakty i ofiary w ludziach. Dlatego też, kiedy w Kijowie polała się krew protestujących (ciekawe, że choć wcześniej informowano o zabitych po obu stronach, to dzisiaj świat zachodni przyznaje się do śmierci po stronie protestujących), pan premier Tusk wyraził głębokie ubolewanie i potepienie reżimu Janukowicza, bo zginęli "nasi". Kiedy w Odessie poplecznicy obecnego ukraińskiego rządu spalili tzw. separatystów, grzmiąc zananym hasłem "sława Ukrainie", pan premier nabiera wody w ustach, bo w jaki sposób ma wyrazić ubolewanie nad śmiercią "ich". Jak ma to zrobić i komu wyrazić ubolewanie? Turczynowowi i Jaceniukowi, którym, razem z Julią Tymoszenko właśnie chodziło o fizyczną eliminację opornych?
Pan premier tego nie zrobi. Musi zachować się przewidywalnie wobec suwerena, któremu podlega. Musi się zachować jak rasowy cyniczny polityk. Nie stać go na mówienie prawdy, bo przecież nie o prawdę tu chodzi.
Czy mam do pana premiera pretensje, że postępuje w sposób cyniczny?
Absolutnie go nie potępiam, bo premier jaki jest, każdy widzi. Nie stać go na mówienie prawdy, tak jak każdego polityka. Nie można od człowieka starającego za wszelką cenę zdobyć i utrzymać władzę oczekiwać ludzkich odruchów, wyrażających się w potępianiu tego, co złe i afirmacji dobra. W polityce bowiem zawsze jest drugie dno, druga prawda, wynikająca z uwarunkowań.
Prawdopodobnie z tego powodu nie będę politykiem. Jestem o tyle szczęśliwszy, że mogę (jeszcze mogę) wyrazić współczucie i solidarność z rodzinami ofiar zbrodni reżimu Turczynowa i Jaceniuka.

Zdjęcie tej miłej panienki dedykuję natomiast panu aktorowi Olbrychskiemu, albowiem przypuszczam, że oboje państwo sympatii do pana Putina nie czują.
[zaiste, piękną młodzież chowacie, bracia Kijowianie]

03 maja 2014

02.05.2014 ODESSA




A dzisiaj taki sympatyczny obrazek. Grupa młodzieży - panienki -  z Odessy szykuje tzw. "koktajle mołotowa", które następnie zostaną użyte do spalenia żywcem ludzi chroniących się w siedzibie związków zawodowych w Odessie.
Polskie media oczywiście podają wiadomość o pożarze, nie sygnalizując, jak do niego doszło, bo ze względów politycznych, nie jest to wygodne.
Dziewczynki nauczyły się robić koktajle obserwując zapewne podobne praktyki stosowane na kijowskim majdanie. Tam również ciskano butelki z benzyną, lecz z nieco mniejszym skutkiem, bo berkutowców chroniły tarcze.
Ważne jest w tym miejscu podkreślenie, że polska elita polityczna szykująca się do wyborów nie potępiła ani słowem "dzielnych" zwolenników inntegracji z Unią Europejską. I politycy, i media milczą na temat popełnianych przez motłoch zbrodni. 
W Kijowie na majdanie przemawiali polscy politycy, a niektórzy z nich robili sobie "słodkie focie" na pobojowisku.
Jeśli już jesteśmy przy tych "fociach" to mam do zaproponowania kilka innych, przy których naszym posłom byłoby bardziej do twarzy.

Podejrzewam, że nie ma na co liczyć, aby pomieszczone tutaj zdjęcia miały cokolwiek zmienić w umysłach naszej politycznej elity oraz mediów, którym powyższe obrazki psują obraz Ukrainy Turczynowa i Jaceniuka, Ukrainy, która wymaga bezwzględnego poparcia ze strony Zachodu.  
Myślę też, że dla wielu, tzw. przeciętnych Polaków, urabianych przez propagandę antyrosyjską te zdjęcia niewiele znaczą. Dla nich w dalszym ciągu Putin i Rosja są złem samym w sobie i gotowi są nieść pomoc humanitarną dla obrońców majdanu, także dla tych dziewczynek, szykujących śmiertelną broń dla ludzi, którzy myślą inaczej niż one.
Aby jeszcze na chwilę pozostać przy sarkastycznym tonie niniejszego wpisu, ośmielam się zauważyć, że tak naprawdę to NATO obrało złą taktykę, gromadząc u rubieży państw należących do paktu floty myśliwców. Wystarczy każdemu dac do ręki butelkę z benzyną.

Post Scriptum...
A oto co pisze "onet"
"Julia Tymoszenko przybyła do Odessy, by odwiedzić ludzi dotkniętych terrorystycznymi atakami, zorganizowanymi przez rosyjskie służby specjalne oraz by spotkać się z osobami popierającymi Majdan, które bronią miasta przez separatystami".
Śmiać się, czy płakać???

02 maja 2014

Bardziej ludzki papież

Papież Franciszek kompletnie nie pasuje do dzisiejszych czasów, w których człowiek jest przedmiotem manipulacji globalnego, liberalnego, konsumpcyjnego społeczeństwa. Oczywiście odnoszę to do tak zwanego świata Zachodu, gdzie raz kwitnie, raz więdnie kapitalizm.
Papież Franciszek nie pasuje też do dzisiejszego duchowieństwa. Oczywiście odnoszę tę tezę do rodzimego kleru. 
Po raz pierwszy i to po wielokroć, głowa kościoła katolickiego w sposób tak jednoznaczny wypowiada się z szacunkiem i w obronie najuboższych, wykluczonych i nie w pełni korzystających z dobrodziejstw cywilizacji. Ateiści lub wręcz przeciwnicy Kościoła i religii, ludzie symatyzujący z lewicą nie mogą tego stanowiska nie docenić, nawet jeśli pozostają przy swych ideowych poglądach na świat. Papież Franciszek zwraca uwagę na niesprawiedliwość społeczną, wypowiada się w tym temacie w sposób bezpośredni, nierzadko nie odwołując się do cytatów z Pisma Świętego. On po prostu widzi tę niespotykaną w historii najnowszej dysproporcję pomiędzy bogatymi a biednymi, stawia człowieka przed kapitałem, dążeniem do dobrobytu za wszelką cenę, rynkiem, który promuje najsilniejszych kosztem najsłabszych. Więcej, to ten papież, na tyle, na ile to możliwe, stara się żyć bez ekstrawagancyjnych wydatków towarzyszących posłudze wiernym i wymaga tego samego podejścia od podwładnych.
W Polsce, niestety, z marnym skutkiem, bo nasz Kościół raczej zabiega o dodatkowe dochody, aniżeli skłanie się ku oszczędnościom. U nas biskupi  i księża gonią dżendera, chowają pod dywan brzydkie aspekty życia w sutannie, najlepiej znają się na seksie, mówią plugawym językiem, kopią dołki pod niepokornymi księżmi i potrafią nawet na złość kościół przed wiernymi zamknąć. *
Jest wielce prawdopodobne, że gdyby jedynie polscy duchowni mieli możliwość wyboru papieża, Jorge Mario Bergoglio nigdy by nim nie został.
Niestety jest to ta negatywna spuścizna Jana Pawła II, który wprawdzie dokonał przemiany duchowej Polaków, to usankcjonował konserwatywne myślenie naszego kleru, zwłaszcza jeśli chodzi o stosunek do szeroko rozumianej polityki społecznej.
Żyję już parę ładnych lat, lecz nie przypominam sobie jakiejś szczególnie silnej kampanii na rzecz osób, ba, całych grup zawodowych i społecznych, które traciły i wciąż tracą na przemianach gospodarczych. Owszem, Kościół ma też swoje zasługi na polu charytatywnym, lecz w podobny sposób działają świeckie fundacje i stowarzyszenia. Chodzi mi o jasny, wyraźny głos biskupów określajacy ich stanowisko wobec dramatycznego rozwarstwienia społecznego, bezrobocia przechodzącego z pokolenia na pokolenie czy zdecydowanie nadmiernej emigracji zarobkowej. Takiego głosu nie było i nie ma, nawet, jeśli słyszane były wypowiedzi na ten tenat ze Stolicy Piotrowej Karola Wojtyły.
No cóż, wydaje się, że priorytety polskiego kościóła katolickiego w ostatnim dwudziestopięcioleciu skupiały się raczej na odzyskaniu dóbr materialnych, na ochronie życia poczętego, na walce z antykoncepcją, na mniej lub bardziej udanej walce z przeciwnikami (lub uznawanymi za przeciwkników) Kościoła. Prosty człowiek pozostawiony został samemu sobie; mógł jedynie liczyć na rozgrzeszenie, współczucie, słowo pocieszenia, lecz nigdy na zdecydowaną reakcję, choćby symboliczną.
Papież Franciszek tworzy z całą pewnością nową jakość w stosunku do wierzących i niewierzących, do pracodawców i pracobiorców, do bezrobotnych, kobiet i samego duchowieństwa.
Myli się tatałajstwo** w postaci redaktora naczelnego "Frondy", Tomasza Terlikowskiego, że papież Franciszek nie robi nic nowego w Kościele, że jako głowa Kościoła mówi to, co od dawna było znane.
Otóż nie. Franciszek jest Kościoła Katolickiego nadzieją, tak jak Terlikowski twardogłowym betonem, który uważa, że im jest twardszy, tym gorliwsza i bliższa Bogu jest jego religia.

Wybór fragmentów wypowiedzi papieża Franciszka dotyczących kwestii społecznych

1. "W adhortacji apostolskiej "Evangelii Gaudium" (Radość Ewangelii) będącej "programem" jego pontyfikatu Franciszek napisał: "Dzisiaj musimy powiedzieć «"nie" dla ekonomii wykluczenia i nierówności społecznej». Ta ekonomia zabija. Nie może tak być, że nie staje się wiadomością dnia fakt, iż z wyziębienia umiera starzec zmuszony, by żyć na ulicy, natomiast staje się nią spadek na giełdzie o dwa punktyTo jest wykluczenie. Nie można dłużej tolerować faktu, że wyrzuca się żywność, podczas gdy są ludzie cierpiący głód. To jest nierówność społeczna. Dzisiaj wszystko poddane jest prawom rywalizacji i prawu silniejszego, gdzie możny pożera słabszego. W następstwie tej sytuacji wielkie masy ludności są wykluczone i marginalizowane: bez pracy, bez perspektyw, bez dróg wyjścia. Samego człowieka uważa się za dobro konsumpcyjne, które można użyć, a potem wyrzucić. Daliśmy początek kulturze «odrzucenia», którą wręcz się promuje. Nie chodzi już tylko o zjawisko wyzysku i ucisku, ale o coś nowego: przez wykluczenie zraniona jest w samej swej istocie przynależność do społeczeństwa, w którym człowiek żyje, ponieważ nie jesteśmy w nim nawet na samym dole, na peryferiach czy pozbawieni władzy, ale poza nim. Wykluczeni nie są «wyzyskiwani», ale są odrzuceni, są «niepotrzebnymi resztkami»".
2. Podczas Mszy św. w Domu św. Marty 1 maja 2013 r. Franciszek powiedział: "Nie można określić jako sprawiedliwe takie społeczeństwo, które nie daje wszystkim pracy lub wyzyskuje pracujących".
"Praca daje nam godność! Ten, kto pracuje, ma szczególną godność, godność osoby: mężczyzna i kobieta pracujący są ludźmi posiadającymi godność. Natomiast ci, którzy nie pracują, pozbawieni są tej godności. Jest jednak tak wiele osób, które chcą pracować, a nie mogą. Obciąża to nasze sumienie, bo kiedy społeczeństwo jest zorganizowane w taki sposób, że nie każdy ma możliwość pracy, żeby być namaszczonymi godnością pracy, to takie społeczeństwo nie funkcjonuje dobrze: nie jest sprawiedliwe! Sprzeciwia się samemu Bogu, który chciał, aby nasza godność od tego zaczynała" - stwierdził Ojciec Święty.
3. Papież zacytował średniowiecznego rabina, który swojej żydowskiej wspólnocie opowiadał historię Wieży Babel. "Kiedy cegła, przez pomyłkę, upadła, był straszliwy problem wręcz skandal: «Popatrz, co zrobiłeś». Ale jeśli jeden z tych, którzy wznosili wieżę spadł: mówiono «Wieczny odpoczynek...», i nie troszczono się o człowieka. Ważniejsza była cegła od osoby. Mówił o tym ów średniowieczny rabin i to także dzieje się teraz! Ludzie są mniej ważni niż rzeczy, które dają zysk tym, którzy mają władzę polityczną, społeczną, gospodarczą. ***

* - rzecz jasna nie mam na myśli całego kleru in corpore
** - tatałajstwo - wyraz zapożyczony od redaktora Terlikowskiego, który w pierwszomajowej publikacji "Frondy"użył tego terminu dla określenia osób, których nie darzy szacunkiem.
*** - cytaty zaczerpnięte z tekstu "Franciszek o pracy, bezrobociu i wykluczeniu" zamieszczonego na stronie http://www.deon.pl/