Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

30 maja 2017

ILUZJA

A dzisiaj tylko to, trochę inaczej

Автор текста (слов):
Зиновьев Н. 
Композитор (музыка):
Морозов А. 
Текст (слова) песни «Иллюзия»(распечатать)


О, ты - моя Азия, из зноя фантазия,
А ты из реальности, из лютой зимы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.

Ты милая, нежная, из города снежного,
А ты переменчивый, как ветер весны.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.

Ночь кажется сказкою, согрей, согрей меня ласкою,
Но мы очень разные, ты это пойми.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.

Душа разрывается, глаза разбегаются,
А всё называется причуды судьбы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.
Такая иллюзия, что тайными узами,
Случайными узами повенчаны мы.


[30.05.2017, Dover, Kent w Anglii]


29 maja 2017

KAWIARENKA (89) RANDKA

Na pierwszą randkę, dodajmy zbiorową, dwaj młodzi przyjaciele: Wojtek i Krzysztof, obaj aktorzy i radiowcy „Weroniki” w jednej osobie, umówili się w kawiarence, przybywając do niej późnym popołudniem i, jak obyczaj każe, stawili się wcześniej, aniżeli wybranki ich dwudziestokilkuletnich serc: Beata i Zuzanna, które pracują wytrwale przy ciżemkowskich konikach.
To czworokątne towarzystwo poznało się podczas chłodnej, rowerowej majówki i jak to z młodymi bywa, przylgnęli do siebie, a wyglądało to tak, jakoby czyjaś niewidzialna dłoń wydobyła ich z korca maku.
Obaj młodzi panowie dysponowali już, dzięki radiu, dobrze znanym w okolicy głosem, na co zwróciły uwagę przy pierwszym spotkaniu panny licencjatki i tak słowo do słowa młode towarzystwo doszło do wniosku, że kiedy pogoda się poprawi, a i czasu wolnego los nie poskąpi, tedy najpierw w kawiarence przepędzą chwil kilkanaście, a potem… potem przyszłość sprawi, co zechce.
Sporo pracowitego czasu upłynęło zanim cała czwórka znalazła wspólne miejsce w kalendarzu, lecz co, jak widać, było przesądzone, to i stać się musiało, zwłaszcza że wiosna rozkwitła i należało się cieszyć każdą jej chwilą.
Przy stoliku obok starsze i jednorodne płciowo towarzystwo, w tej liczbie panowie: radca Krach, mecenas Szydełko, inżynier Bek i doktor Koteńko posilało się sympatyczną pewnie rozmową, lecz myśli młodych panów korzystały z innej fali UKF-u i na tej to częstotliwości wymieniali swoje spostrzeżenia odnośnie niewiast, na które czekali. Można nawet powiedzieć, że gdyby tak kto spojrzał w stronę tych młodzianów, spostrzegłby w ich rozmowie zafrasowanie a niepewność, nerwowość a tremę, która ponoć w teatrze i radiostacji towarzyszy im od zarania dziejów. Czyż to się godzi, panowie? Dwudziestopięcioletni Krzysztof i o rok z odkładem młodszy od niego Wojtek trzpiotami wszakże nie byli i winni mieć doświadczenie z młodymi paniami, tymczasem zachowywali się tak paradnie, że prócz mowy drżącej, prócz serc kołatania, od czego poczynały brzęczeć same w sobie łyżeczki ustawione przepisowo na podstawku pod kawą, zalewali swoje czaszki zimnym potem, a niecierpliwym wzrokiem wychodzili poza kawiarniane okno na ryneczek.
Nareszcie przyszedł jednak kres niepokojom i niech nikt się nie zdziwi, że nastąpiło to w chwili pojawienia się w kawiarence panien Beaty i Zuzanny. Młodzi panowie powstali, a ci starsi, siedzący przy sąsiednim stoliku przywitali niewiasty powitalnym spojrzeniem, a pan radca to nawet pozwolił sobie na westchnięcie. Czemu? Otóż obie młode panie przyzwyczaiły oczy starszej i młodszej społeczności miasteczka i okolic do obserwowania kobiecych przymiotów duszy, ale prędzej ciała, w stroju cokolwiek roboczym; a więc w dżinsowych lub z grubego szutru spodniach, podniszczonych skórzanych buciskach z cholewami, w przydługich bawełnianych koszulach w kratę z rękawami wywiniętymi ponad łokcie, w filcowych kapeluszach lub toczkach naciągniętych na mocno spięte włosy, a w czas ostrego słońca również w okularach silnie przyciemnionych, za którymi nie zobaczy się oczu właścicielki lustrzanej szybki; jedynie samemu można się w niej przejrzeć.
A dzisiejszego późnego popołudnia Beata z Zuzanną w kwieciste sukienki były ubrane, bardzo do siebie podobne; jedna w róż pełną z drobniutkimi cyklamenami jako deseń, druga również w cyklameny przybrana, tyle że na ciemnym błękicie. Obie sukienki tyleż były przyjazne spojrzeniom, albowiem odsłaniały obu panien kolana i łydki, choć nie posunęły się, a szkoda, dalej i wyżej. Miast skórzanych butów z długimi cholewami, jakie spotyka się w stajniach i na padoku, obuły nasze panie zgrabne stópki w trzewiki lekkie, na średnim obcasie, jak najbardziej dostosowane do klimatycznego maja, w kolorach dopasowanych do sukien. Włosy stajennych dam nie krępował już kok ściśle podwiązany; były one przepięknie rozpuszczone - blond jasny, falujący i ciemniejszy, z drobniejszą, acz dłuższą falą; brwi z kolei delikatną kreską podkreślone, podobnież usta niekrzyczącą na świat cały pomadką, a na policzkach, skroniach i podbródkach matowiał w rozsądnych proporcjach do karnacji skóry dobrany brzoskwiniowopodobny puder. 
Postronny i niezaangażowany uczuciowo obserwator dostrzegłby bez wahania nadzwyczajne podobieństwo obu panien, podobieństwo wyrażające się tak w posturze sylwetek, jak i właściwie we wszystkich szczegółowych elementach budowy ciała, tudzież ubioru. Nie oznacza to bynajmniej tego, że mamy w tym wypadku do czynienia z bliźniaczkami, lecz styl, w jakim dziewczyny zaprezentowały się w kawiarence oczekującym na nie młodzianom był aż nadto jednaki.
Tenże obserwator, gdyby z kolei wzrok swój przeniósł na chwilę w kierunku Krzysztofa i Wojciecha, doszedłby do wniosku, że obaj panowie w momencie witania się z niewiastami (i jeszcze wcześniej) zostali wyglądem tychże wprawieni w stan radosnego upojenia, która to okoliczność pozytywnie wróżyła dalszemu ciągowi randkowego spotkania. 
Kiedy już miejsca przy stoliku zasiedlono męska połowa towarzystwa poprosiła panie, aby wybrały dla siebie słodkości, ewentualnie przekąski oraz ciepłe napoje. Ten chłodny w postaci szampana zamówiony był przez Krzysztofa i w chłodnym miejscu oczekiwał na uroczyste podanie do stołu, co też wkrótce stało się faktem i po przebiegłym wzburzeniu butelki wystrzelił korek, płyn sprawną ręka kawiarennika spłynął do kielichów, a pan radca Krach nie wiedzieć czemu westchnął ponownie.
W ten oto sposób bąbelkowy napój rozsupłał randkowiczom języki, a o czym młódź zawzięcie dyskutowała, o tym w swoich myślach notował stary pisarz, który w międzyczasie zasilił grono czterech panów okupujących sąsiedni stolik.
Panna Beata z rozbrajająca szczerością opowiedziała młodzieńcom o pracy przy koniach w ciżemkowskiej zagrodzie, o tym, że oprócz stałych zajęć z hipoterapii ona z koleżanką prowadzą coraz częstsze kursy jazdy konnej, co bywa zadaniem uciążliwym i pracochłonnym, lecz jeśli kto w koniach jest zakochany, to taka praca zamienia się w przyjemność.
Panna Zuzanna dodała, że faktycznie mają pracy wiele, bo pani Joasia Kosmowska z małą Leną spędza większość czasu, no chyba, że z odsieczą przybywają do Ciżemek na zmianę matki-teściowe; wtedy i ona wdziewa strój roboczy i z końmi gania.
Beata z kolei pochwaliła się panom, że gospodarstwo Kosmowskich, w którym pracują, staje się powolutku tak intratnym biznesem, że właściciele koni tudzież innych czteronogich stworzeń zatrudnili stajennego z sąsiedniej wioski, który przejął wiele gospodarskich obowiązków od nich i od męża Joasi, który jako wspinający się po szczeblach kariery weterynarz ma też i swoje zawodowe obowiązki.
Zuzanna zdradziła też plany Kosmowskich odnośnie zakupu (jeszcze przy pomocy rodzin obojga małżonków) dwóch nowych klaczy, albowiem z tą nauką jazdy konnej to naprawdę zaczyna się ruch nie byle jaki; ot, nastała taka moda, której nikt w Ciżemkach się nie sprzeciwia.
Nareszcie Beata zdradziła własny, bardzo osobisty plan obu licencjatek, któremu na imię „dom pogodnej starości dla koni”. Owszem, obie młode panie myślą o utworzeniu takiego przytuliska dla koników starych i schorowanych, którym chciałyby zapewnić przyszłość o niebo lepszą niż ta, która czekałaby ich w rzeźni. Plany te być może w dalszą przyszłość jeszcze zapatrzone, lecz godne są pochwały i jak najbardziej do zaakceptowania przez młodych Kosmowskich, którzy gotowi by byli partycypować w ponoszeniu kosztów w budowie nowej, skromnej stajni, nadto wystawionej na ich ziemi, bo też ani Beata, ani Zuzanna posiadaczkami ziemskimi nie są i siedzą kątem u Kosmowskich, usadowiwszy się w jednym z ich pokojów.
Zuzanna w tym miejscu dodała, że może w miasteczku znaleźliby się ludzie (tutaj wzrok Zuzanny skupił się na siedzącym do niej bokiem panu radcy), którzy doradziliby, jakim to sposobem można by pozyskać na to przedsięwzięcie fundusze. 
Młodzi mężczyźni, którzy w tej rozmowie (jak to zwykle bywa, kiedy strona męska dyskutuje z damską) byli w przeważającym stopniu słuchaczami, bezsłownie podziwiali zapał swoich interlokutorek, aż w końcu Wojtek zdecydował się zadać jedno z sakramentalnych pytań, jakie wcisnęły się na jego usta:
- A co z waszą przyszłością, moje drogie? Dzisiaj mieszkacie u boku Piotra i Joanny, snujecie plany na przyszłość, stajnia, przytulisko dla koni - to sprawy bez wątpienia szczytne, lecz jak miałoby wyglądać wasze osobiste życie? Wasz dom…?
Zuzanna poczuła się wezwana do odpowiedzi.
- Wojtku, będę wdzięczna, jeśli mnie zrozumiesz. Mnie, a właściwie nas… bo my to takie dwie szalone baby, z jednej pochodzimy wioski, a szalone, no cóż, na punkcie koni, zwierząt, natury. Poruszałyśmy się dotąd obie jak siostry rodzone, i wcześniej, i teraz… a nawet niektórzy ze studiów znajomi, podejrzewali nas o to, że… - tu szczodry uśmiech zagościł na jej twarzy - że my nie tylko przyjaciółki od serca, ale i kochanki, tak, tak, ludzi czasami mylą pozory… ale do rzeczy, jeśli już obrałyśmy własną drogę życia, a ta wśród natury, wśród tego krajobrazu przebiega, to łatwiej nam znosić codzienne niewygody, a kiedy spotkamy w końcu kogoś na tej drodze, to tym bardziej będzie nam łatwiej we dwoje, w czworo… wtedy i o dom własny nietrudno. No cóż, takie właśnie jesteśmy, dozgonnie wierne sobie, wierne przyjaźni, co może nie tak często zdarza się między kobietami. Ja wiem, Wojtku, że może i na co dzień wyglądamy obie jak dziewczyny z innej planety, kto by tam je zrozumiał… dzisiaj może jest inaczej, dzisiaj starałyśmy się być przy was zwykłymi kobietami… ale wiesz co, Wojtku, nawet jako te dziewczyny z innej planety mamy podobne marzenia jak Ziemianki… dom, rodzina, miłość… ale… jeśli myślisz… jeśli myślicie tak zupełnie poważnie o nas, to musielibyście zaakceptować nas takie, jakimi jesteśmy… zapewniam cię, że wszystko, co stanie się potem, będzie łatwiejsze.
I zatoczyła od tej pory rozmowa szersze kręgi, przy kawie, sławnych cynamonowych ciasteczkach i lodach, a dwaj młodzieńcy (co w niedługi czas po tej rozmowie zgodnie przyznali), że napotkali na  s w o j e j  drodze o s o b y,  jakich wcześniej nie widywali, a że sami mieli swoje, choć jakże odmienne pasje, tedy ten szczery zapał, jaki przedstawiła im w monologu Zuzanna ustawili na poziomie przynajmniej równym urodzie obu dziewczyn.
Po słodkim podwieczorku w kawiarence ta urocza czwórka młodych ludzi udała się „na miasto” i korzystając z ciepłego wieczoru dopełniła randkowe spotkanie, a przed pożegnaniem obaj panowie zaprosili dziewczyny na inauguracyjną wyprawę nowo otwartą wąskotorową kolejką, jaka z początkiem czerwca rusza ku uciesze społeczności miasteczka i okolic. Zapewnili też, że wręczą obu paniom bilety na „Damy i huzary”, jeśli tylko uda się ustalić datę premiery teatralnej, a tym bardziej im na oficjalnym przekazaniu zaproszeń wybrankom duszy zależało, gdyż w tym przedstawieniu grają niepoślednie role. 

[26/27.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

PRZYJACIEL

Mówisz, że podebrał ci dziewczynę. Tę dawno temu? Rozumiem. Skończyliście obaj szkołę i wybraliście się na tańce, wiejskie tańce; park, asfaltowy plac ogrodzony metalowymi barierkami. Słyszałeś, że uznawał tylko jazz, no i beatlesów; płyty dostawał od starszego brata, który studiował w Warszawie i nagle zaciągnął cię na wiejską zabawę. Obciach. A czy ty nie wiedziałeś, że jemu zawsze z oczu patrzyło źle; mówił to, robił tamto, nigdy nie spojrzał ci prosto w twarz. Z tą dziewczyną to było tak: właściwie to były dwie, przyszły razem: Wiktoria i Marta.  Może nawet nie to, że chciały się zabawić, ale poobserwować i szeptem do siebie: ten taki, przystojny, ale zawadiaka, w dodatku nie stroni od alkoholu, inny znów zalatuje maminsynkiem, ułożony, nieśmiały albo po prostu gapa, nie odezwie się, nie rozweseli dowcipem, tylko tak jakoś tajemniczo patrzy na ciebie; jeszcze jeden to dusza towarzystwa, gadatliwy aż nadto, ale z tym z kolei nie chciałabyś się pokazać w towarzystwie, bo kiedy Pan Bóg dawał urodę, ten najwidoczniej spał. No i zerkacie na te dwie małe: blondyneczkę i ciemniejszą. Obie, owszem, niczego sobie, a że młodsze, że jeszcze pstro mają w głowie, to i co w tym strasznego, przynajmniej dadzą się wychować, więc wybieracie: tobie przypadła Marta, ciemniejsza, z bursztynowym spojrzeniem, a tamtemu Wiktoria, blondynka z błękitem w oczach. Skradacie się do nich, ale wcześniej konieczna korekta włosów grzebykiem wsuniętym w tylną kieszonkę polskich dżinsów (w drugiej kieszonce na odwrotnej stronie maleńkiego zwierciadła Bardotka u niego, u ciebie Zośka Loren). Przystępujecie do akcji. Że koleżanki pewnie wybrały się, aby potańczyć? Co, nieciekawie grają? Lepiej byłoby czego posłuchać z płyt. Beatlesów na ten przykład, bo mój kolega ma kolekcję ich krążków, pożyczonych od brata. Brat studiuje handel zagraniczny, a my, no cóż… kolega wymarzył sobie prawo, a ja rusycystykę. My tuż przed egzaminami i głównie z tego powodu przyszliśmy się rozerwać; w poniedziałek wyjeżdżamy, a koleżanki? One z nudów. Tak sobie przyszłyśmy popatrzeć, nas wiejskie potańcówki nie kręcą. Co innego w mieście albo na wczasach. Teraz modne są dyskoteki, „five o’clocki”, na których zbiera się zgrane towarzystwo albo prywatki. To wy już bawicie się na prywatkach? A czy to dziwne? Po siedemnaście lat mamy. Rodziców odsyła się do rodzinki, albo do kina, ale u nas w miasteczku nieciekawe filmy mają, więc raczej do rodzinki; do północy możemy się pobawić, chłopcy przynoszą dla nas wiśniówkę albo quracao, a sami czystą mieszają z piwem, a tutaj, popatrzcie, gra muzyka, a wszyscy wokół placu stoją, a w remizie to ściany podpierają.
Wobec tego zatańczmy, zamiast się zastanawiać, powiedział tamten i ruszył do blondyneczki, pamiętasz? A się dopasowali, bo ona jaśniutka jak niedopalone słońcem siano, a w oczach len, zgrabna cholera i cienka w pasie jak jagniątko, szyja sarnia i sama w sobie gibka, a w tańcu jakby ją kto na sznureczku prowadzał, taka podatna, ale że modnie zagrali, dyskotekowo, to tańczyli razem z sobą i osobno i, mówię ci, że to ona, ta małolata wiodła prym w tym tańcu, a on podrygiwał zabawnie i obserwował, i starał się nauczyć reagowania na ruchy jej ciała. Kontrastowało pomiędzy nimi, bo on, jak syn smolarza, czarny, cera śniada, z wąsami Zorro, w polskich dżinsach i koszuli w kratę.
A tobie przypadła ta ciemniejsza, równie ładna, choć może bardziej onieśmielona, nieco niższa od tamtej i mniej widowiskowa w tańcu; zdaje się, że nie lubiła szybkich, natomiast przy „Małym księciu”, aha, rozpłynęła się nostalgicznie za tym, który ją kochał z wszystkich sił, a może przez ułamek chwili pomyślała, że to ty wymknąłeś się z kart książeczki właśnie dla niej. 
I „ustawiliście” się z nimi na niedzielę, tuż przed wyjazdami na egzaminy, a potem… potem przyszłość miała okazać, że on po niezdanych powrócił do dom, ty zaś po zdanych zostałeś wysłany na przeduczelniane praktyki, a kiedyś powrócił już ta ciemniejszą, że bardziej romantyczna, że zakochana, była ci przez niego podebrana, i naturalne polskie owocowe wino wypiłeś z tej okazji paroma haustami w samotności, aby zobaczyć świat lepszym niż ten z tą małą, co księcia z bajki szukała i w końcu znalazła.
Cóż z tego, że on niewiele się z nią zabawił; upolował inną, podatną na smagłość jego skóry, na wąsy Zorro, na te jego czcze gadanie. Zostawił ją również dla prawa, zakuwając do przyszłorocznych egzaminów, słuchając beatlesów i jazzu z płyt starszego brata.
Ćwierć wieku go nie widziałeś, nie żałuj; nie miałbyś z nim o czym porozmawiać. Zamknął się we własnym, elitarnym świecie prawniczego stadła, hermetycznie odizolowany od środowiska, w którym żył i dorastał. Nabył przyjaciół z górnej półki… czy przyjaciół?
I co masz mi jeszcze więcej do powiedzenia o nim? Zamówimy po setce żytniówki..?
Że po tym ćwierćwieczu cię nie poznał, kiedy zadzwoniłeś do jego drzwi, a był już wtedy uznanym sędzią i sądziłeś, że może ci pomóc w pewnej sprawie. Stał przed tobą w otwartych drzwiach w nieskazitelnie białym szlafroku, na tle którego smagłość jego twarzy, wciąż czarne włosy i wąsy wychodzące nieznacznie poza kąciki ust utwierdzały podobność tej urody do południowca. Przyszedłeś do niego z prośbą, ufając, że jest jedyną osobą, która może ci pomóc i chociaż również i ty doszedłeś do czegoś w życiu, poczułeś się tam, za progiem jego wilii jak najuboższy z krewnych. Nie rozpoznał cię, bo podobno zmieniłeś się bardzo na twarzy, na której rozlały się zmarszczki, a twoja dawna sprawność i gibkość ciała, twoja przystojność powlekła się tłuszczem poniżej torsu, wysuszając jednocześnie mięśnie twoich nóg i ramion. Wreszcie rozpoznał cię, kiedy wymówiłeś swoje imię, ale nawet wtedy trzymał dłoń na klamce, nie pozwalając na szersze otwarcie drzwi. Wtedy to, kiedy traciłeś już ochotę na wyłuszczenie sprawy, z jaką do niego przyszedłeś, zapytał cię o co chodzi i poprosił, abyś wyjaśnił w czym rzecz szybko i konkretnie, bo właśnie przygotowuje się z żoną do pójścia na proszoną kolację. Nie chciałeś mu przeszkadzać, więc w kilkunastu słowach przedstawiłeś swój problem, na co on, że sprawa jest i błaha i poważna, ale aby ją właściwie ocenić, należałoby poznać, co w tej kwestii ma do powiedzenia druga strona. Niepotrzebnie wierzyłeś, że samo opisanie problemu przez ciebie wystarczy, aby on, w końcu niewidziany przez lata przyjaciel z młodości zaufał twoim słowom i na ich podstawie zasugerował procedurę prowadzącą do rozwiązania nurtującej cię kwestii prawnej. Byłeś już zdecydowany wycofać się; przeniosłeś nawet środek ciężkości swego ciała w stronę nogi zakrocznej, kiedy on wypowiedział imię przyjaciela - prawnika, którego może ci polecić i który za poradę prawną nie zedrze z ciebie skóry, bo wystarczy, że będzie wiedział, kto go poleca. Stałeś zaklęty w stuporze odrętwienia, a wtedy on wypowiedział głośno imię swojej żony, prosząc, aby przyniosła mu wizytówkę Iksa i aby na odwrocie napisała numer ich domowego telefonu. Kobieta (w półmroku przedpokoju wydawała się o kilkanaście lat młodsza od niego) w błękitnej podomce i z ręcznikiem osadzonym na głowie jak turban wcisnęła mu w dłoń, którą nie wspierał klamki beżowy kartonik. Wręczył go tobie i poprosił, abyś do niego zadzwonił po spotkaniu z Iksem, a tak w ogóle to miło by mu było spotkać z tobą i kiedy tylko będziesz w stolicy, możesz do niego zadzwonić.
Może to i dobrze, że pomimo dobrej rady twego przyjaciela, nie stawiłeś się wtedy po poradę u Iksa, a potem zapodziałeś gdzieś ten beżowy kartonik z wypisanym na odwrocie numerem jego telefonu. W końcu wygrałeś ten proces, choć straciłeś sporo kasy, a najwięcej nerwów, ale na szczęście masz przy sobie kogoś i wcale nie siebie mam na myśli, tylko odzyskaną Martę. Wypijmy.
Kiedy tylko weszła, od razu skierowała się w róg knajpy, gdzie zwykle zajmowałeś stolik.
- Znów pijesz - powiedziała, a w jej głosie nie było zaskoczenia.
- Dzisiaj wyjątkowo z okazji spotkania z przyjacielem - odparł patrząc na mnie. - Poznajesz go?
Przysiadła się do nas. Wymieniliśmy serdeczności i delikatne muśnięcia wargami o policzki. Zamówiła kawę.
- Nic a nic się nie zmieniłaś - oznajmiłem jej. 
Bursztyn w jej oczach nie przyblakł, a ciemnoblond włosy toczyły dawną, delikatną falę wieczornej bryzy. Podziękowała uśmiechem.
- Rozmawialiśmy o nim, wiesz? - powiedziałem.
- Domyśliłam się - odrzekła. - Kiedy trochę wypije, ma zwyczaj myśleć o nim.
Miała zasmuconą twarz mówiąc te słowa.
- A przecież tyle razy przepraszałam go za tamto, za to, że odeszłam od niego bez słowa i dałam się tamtemu uwieść. No, powiedz sam, ile to lat już upłynęło.
- Ależ Adam nie ma ci tego za złe. Było, minęło, ważne, że jesteście razem.
- To najważniejsze - stwierdziła.
A ty raptownie wpadłeś w sen i miałem nadzieję, że przynajmniej we śnie nie będziesz wspominał swojego najlepszego przyjaciela z młodości.

[23.05 i 28.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

KIEDY OPADŁ MROK

Moje szczęście zapukało do drzwi.
Truchcikiem, na paluszkach do klamki;
otwieram i wpuszczam Jasne Powietrze, 
a mrok już rozproszony.

Obudziłam? Spałeś?
Śniłem.
Na jedno wychodzi.
Oj, nie.

No nic, posiedzę po podróży.
To ja zrobię herbaty.
Przywiozłam ciasteczka, spróbujesz?
Uwielbiam słodkości.

Gdzie się u ciebie przygasza światło?
To ty nie wiesz?
Skąd mam wiedzieć? Jestem tu po raz pierwszy.
Nieprawda.

Nieprawda?

Byłaś już u mnie.
kiedy śniłem tak jak teraz.
Zdejmij płaszcz i tylko nie oparz się herbatą.

To gdzie się przygasza światło?

U mnie nie ma choćby jednej żarówki.
Wniosłaś sobą pochodnię.
Oczy płoną jak len,
a włosy
kosmiczne promienie,
usta żarzące się neony
nawet nosek,
potrę go,
delikatnie,
ciepły pulsar,
nie przymykaj oczu.
Ty naprawdę tego nie wiesz?
nie czujesz,
ile luksów światła
podarowałaś temu pokojowi?

Moje szczęście siedzi teraz
na tak bardzo niewygodnym krześle
i powolutku
zaczyna rozumieć,
lecz jeszcze nie wierzy
a po jej policzkach,
spływają dwie brylantowe łzy.

O, mój Boże, zapomniałam chusteczki.


P.S.
Nie szkodzi,
mój ciepły oddech
unieważniłby cały diamentowy strumień.

[26.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 



PRZYDROŻNE MONOLOGI (11)

Ja tam nie wiem, jak i gdzie, ale tutaj, w Campigneulles Les Grandes jest lato, pełnia lata. 
Campingneulles to mała wioska, co najwyżej sześćdziesiąt „dymów”, a może i mniej. Wróciłem do niej z Anglii z pewnym opóźnieniem, bo po drodze z Calais zatrzymałem się przy KFC, gdzie dostałem internetowa łączność ze światem. Wróciłem, kiedy wstąpiła już noc i jak zwykle: kąpiel, pranie i posiłek, i pisanie przed snem.
A taka wokół cisza, takie gwiazd przedstawienie, że nic tylko zapatrzeć się w Drogę Mleczną ku zbawieniu duszy.
Przez całą drogę spod Derby i potem z Feltham pod Heathrow układałem sobie myśli i zapisywałem je podczas postojów. W ten sposób powstał plan nowej książeczki. Wprawdzie kontynuuję pisanie „Peryferii”; trochę spowolniłem, ale mimo wszystko dobrnąłem już do połowy, a już mam pomysł na kolejną dłuższą prozę. Tym razem zaczynam od innej strony, to jest od planu. Ci, którzy pamiętają „przerabianie” szkolnych lektur, przypominają sobie zapewne, że jednym z elementów sprawdzenia, czy w ogóle przeczytało się książkę, jest opracowanie planu: ogólnego lub szczegółowego z podpunktami. W przypadku tego ostatniego mojego zamysłu postąpiłem odwrotnie: najpierw szczegółowy plan, a potem pisanie według niego opowieści. To dla mnie nowość. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Jednym słowem mówiąc, gdybym tak teraz zasiadł do pisania na podstawie przygotowanego planu, wynikłaby z tego fabuła od A do Z napisana. Czasami żałuję, że nie potrafię, po prostu nie da się pisać szybciej.
W zamyśle ta rzecz wygląda w taki oto sposób: bohaterem będzie pan nie stary jeszcze, co najwyżej w „sile wieku” (bywają też inne interpretacje tego wieku: tam, gdzie „siła” występuje „słabość”), po kulturalnych „przejściach”. „Przejścia” oznaczają ni mniej, ni więcej rozstanie i także w tym przypadku mają konotacje negatywne. Otóż mój bohater, z konieczności raczej, aniżeli z wyboru, podejmie próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości. W tym miejscu koniecznym jest wyrażenie słowa „próba” w liczbie mnogiej, gdyż faktycznie wysiłki pana w „sile”/”słabości” wieku będą wielokrotnie ponawiane i uświadomią mu, że czas, ten nieubłagany harcownik po życiu, przemija i będąc w nieustannym ruchu rodzi nieuniknione konsekwencje (przy „konsekwencjach” postawiłbym określnik „przykre”).
Oczywiście mając przed sobą plan, znam już zakończenie tej opowieści, zakończenie, którego nie zdradzę, poza stwierdzeniem, że może się okazać zaskakujące. I jeszcze jedno: w zamyśle ta „rzecz” będzie nieco odważniejsza, biorąc pod uwagę stosunki występujące pomiędzy odmiennymi płciami. Zobaczymy, co z tego wyniknie.
A niebo na Campigneulles Les Grandes gardzi dzisiaj chmurami.
W nocy szykuje mi się kolejny wyjazd.  
Hm… odwołany.

[26.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

WYPOŻYCZALNIA (15) EDWARD STACHURA - „OTO” (wyjątki)

Edward Stachura - poeta, pisarz, bard, myśliciel, człowiek cieszący się życiem, cierpiący, zaprzyjaźniony z rzeczami małymi, starymi, niepozornymi, brzydkimi, zwyczajnymi; przyjaciel człowieka i natury, która go inspiruje, wróg wojny, walki i głupoty; zakochany romantyk czerpiący z miłości i przyjaźni najwartościowsze pokarmy dla życia.
W „Oto” -  rozproszonym zbiorze myśli, poglądów, wierszy, wskazówek mieści się cała wrażliwa jaskrawość człowieka spełnionego i nieszczęśliwego zarazem, przedwcześnie zeszłego z tego świata z winy losu, który zgotował mu chorobę, której nie sprostał.
„Oto” jest swoistą biblią napisaną na użytek człowieka i współczesnego mu świata. Jest w niej zaprzeczenie koniunkturalizmu, odwaga, indywidualizm, subiektywność i pewność tego, że idąc w ślad za dobrym i rozumnym słowem, jeszcze nie jest za późno, aby człowiek potrafił oddzielić ziarno od plew.
„Oto” przywołują mi na myśl notatki poczynione przed snem, o poranku, przy posiłku; w nich zawarł całe swoje człowieczeństwo.
Wyboru tych myśli dokonałem przypadkowo, lecz jednocześnie świadomie. Oto co Sted ma do powiedzenia na temat świata:
*
Powiedział brat mój Stare Dziecko:
Jeżeli świat jest na właściwej drodze, rozkulbaczone wierzchowce pracują w polu.
Jeżeli świat jest na niewłaściwej drodze, rumaki bojowe
rosną w liczbę na przedmieściach.

…a dalej o umiarkowaniu, o żądzy zdobywania:

Nie ma cięższej pomyłki jak zadośćuczynić pragnieniom.
Nie ma gorszego nieszczęścia jak być nienasyconym.
Nie ma straszniejszej zarazy jak uczucie chciwości.
Kto się umie miarkować,
będzie mieć zawsze dość.

Oto, co Stachura nazywa obłędem, chorobą, która toczy człowieka, a w zakończeniu cenne i często obecne w jego twórczości poglądy pacyfistyczne.
**
Dowiedz się teraz od siebie, co jest obłędem, najmilszy człowieku.
Obłędem przede wszystkim jest zawsze to samo: być nieuważnym i niepoważnym. Obłędem jest udawać, że jest się kimś innym niż tym, którym jest się. Obłędem jest samooszukiwać się na własne pohańbienie. Obłędem jest pusta gadanina, że owszem jest źle, ale powinno być inaczej. Obłędem jest pocieszać się, że owszem jest źle, ale kiedyś będzie lepiej (lepiej źle!). Obłędem jest dowcipkować, że owszem jest źle, ale nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Obłędem jest parskać niewiedzącym śmiechem tam, gdzie — też niewiedzący, ale — płacz przystoi. Obłędem jest wznosić pomniki i gromko głosić zwycięstwo tam, gdzie poległ chociażby jeden człowiek (nieważne, z której strony barykady). Obłędem jest dawać się bezwładnie ponosić słówkom własnym czy cudzym, nic słysząc ich. Obłędem jest przymykać powieki na to, co skacze do oczu, żeby być zobaczone. Obłędem jest czcić wszelaką martwotę w samym środku pulsującego, kwitnącego życia. Obłędem jest być nieprawym, będąc prawym ciałem obdarzonym, albowiem ciało — każde jest prawe. Obłędem jest udawać odważnego tam, gdzie lękać się nie byłoby udawaniem. Obłędem jest hałaśliwie głosić, że coś wie się, tam gdzie zdać sobie sprawę ze swojej niewiedzy i uciszyć się jawi się pod słońcem zachowaniem jak najbardziej naturalnym. Obłędem jest poznawać świat przez mikroskop czy teleskop, będąc obdarzonym taką cudownością, jaką są żywe widzące oczy. Obłędem jest walczyć z własnym cieniem nieodmiennie i nieuchronnie daremnie, miast bez wysiłku i bez szelestu zlać się z nim w jedno i tym samym od niego raz po wszystkie czasy uwolnić się. Obłędem jest mówić, że się nie ma czasu, kiedy jest się niczym innym jak czasem właśnie, tylko czasem, całkowicie tylko czasem. Obłędem jest obrażać się na człowieka, który zwraca nam na coś uwagę, miast poszukać w sobie, o co tu idzie, w czym rzecz, dotyczy nas to, czy nie dotyczy; jeżeli dotyczy — nąjnormalniej pod słońcem podziękować temu człowiekowi; jeżeli nie dotyczy — no to nie dotyczy (gdzież tu miejsce na obrazę? Nie ma w normalności, w zdrowiu, miejsca na obrazę). Obłędem jest hodować w sobie myśl o zemście, tego węża-dusiciela, który zawsze kończy sam przez siebie zaduszony. Obłędem jest, mając słowa i mając słowa za wszystko, posługiwać się nimi nieuważnie, niepoprawnie, lekkodusznie, literacko, wprowadzając na przykład ludzką i tylko ludzką terminologię militarną o do zjawisk natury i mówić „natarcie fali mrozów", „kraj zbombardowany śniegiem", „powszechna mobilizacja dla _ odparcia ataku zimy". (…)
Obłędem jest nie liczyć się z drugim człowiekiem.

…i znów umiar w pożądaniu rzeczy, mamony, z widocznym nawiązaniu do Biblii, zwłaszcza do „Księgi Kaznodziei Salomona”
***
Powiedział brat mój Syn Człowieczy:
Był bogacz, który miał dużo pieniędzy. Rzekł: Użyję moich pieniędzy na to, aby siać i sadzić, i zbierać, i napełniać gumna bogactwem, i abym sobie żył w zbytku.
Tak myślał w sercu swoim. I tej nocy zmarł. Kto ma uszy ku słuchaniu, niechaj słucha.
Królestwo Ojca podobne jest człowiekowi, który posiadał lik towarów i pokazano mu perłę. Ten człowiek był roztropny. Sprzedał wszystko, co miał, i nabył tę jedną jedyną perłę.
Wy także szukajcie skarbu, co nie zawodzi, co trwały jest; co nie ma do niego przystępu mól, by go pożreć, ani żaden robak.
A także:
Jeśli macie pieniądze, nie pożyczajcie na procent, lecz dajcie je temu, który wam ich nie zwróci.
A także:
Się dopowiada:
Nie zwróci wam ich, bo gdy mu dacie, już nigdy więcej nie będziecie ich potrzebować. Kto ma uszy ku słuchaniu, niechaj słucha.

[24.05.2017, Markfield, Leicestershire w Anglii]


25 maja 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI (10)

Najprawdopodobniej nadchodząca noc spędzę na „bujance” przy wjeździe na autostradę M1 prowadzącą w stronę Derby. Ta „bujanka” to taki parking bezpośrednio przy drodze i na nim zwykle buja samochodem od pędu powietrza przejeżdżających aut. Tym razem jednak postawiłem renówkę w takim miejscu, że przejeżdżające obok mnie samochody nie zdążą się jeszcze rozpędzić na tyle, aby „mną” miotało na wszystkie strony. Jest więc dobrze, a i pogoda letnia, bo w najcieplejszym okresie dnia temperatura wynosił 27 stopni. Jest też dobrze, bo wyruszyłem w trasę dobrze przygotowany. W związku z tym, że przyjeżdżałem do Francji i wyjeżdżałem z niej w takich godzinach, że nie mogłem sobie pozwolić na zakup chleba i napojów, musiałem zaplanować specjalny jadłospis na Anglię. Zamiast chłodnych napojów przygotowałem sobie trzy półtoralitrowe butle: mocnej, słodzonej kawy, gorzkiej herbaty i wody z sokiem (plus „kranówka” do mycia, ale też i do wypicia). Zrobiłem sobie coś gotowanego, choć spożywanego na zimno - to taka mieszanka ryżu, kaszy, makaronu, kiełbaski i przypraw. O dziwo, udało mi się wyeliminować powietrze z dwóch słoików, a więc nie ma obawy, że przez dwa dni (na taki okres czasu planuję pobyt w Anglii podczas tego kursu) moje królewskie pożywienie się popsuje. W rezerwie mam jeszcze skomponowany przez siebie twarożek z cebulką, ser żółty w plasterkach (szczelnie pakowany), masłopodobne mazidło do smarowania chleba (no, mam go jeszcze) i miód.
Jest dobrze, bo znacznie ograniczyłem od kilku dni palenie.
Ale to nie koniec dobrego. Udało mi się pojeździć dzisiaj mniej uczęszczanymi drogami, a taka podróż dla mnie to raj: wąskie wiejskie drogi, małe wioski, szpalery krzewów wzdłuż szosy, zielone pola i pastwiska, owieczki, krówki i koniki i tylko ten jeden restaurator, co wyszedł na ulicę popalić, bo jakoś mu się goście do oberży nie garną. Ale tam, przyjdą pod wieczór, taki jest zwyczaj w Anglii, w ogóle na Zachodzie, że knajpki prosperują świetnie tuż przed zachodem słońca i później.
Dochodzi dwudziesta wg. angielskiego czasu. Jeszcze świeci słońce i temperatura 21 stopni, jak nie w Anglii. Przykro tylko, że znów był jakiś zamach w Manchesterze. Scotland Yard ma jakieś podejrzenia (podejrzanych). Niewiele o tym wiem, bo albo radyjko mam wyłączone, albo też słucham BBC Radio3 lub Classic FM, a to radiostacje puszczające muzykę klasyczną. Nadają wprawdzie wiadomości, ale nie zawsze się na nie trafi… cóż praca i jazda.
Dotąd nie mam jeszcze zlecenia podjazdu po towar. Jak znam życie  i spedytora jutro od rana zaczną się załadunki. Jeśli będzie kurs na Zamudio w Hiszpanii, to takich załadunków będzie z pięć i pół dnia zajmą mi te podjazdy. Myślę, że do „domu” powrócę z czwartku na piątek, a może w piątek nad ranem. I w ten sposób szybciej minie mi czas.

[24.05.2017, Markfield, Leicestershire w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (9)

Po 24 godzinach spędzonych w „domu” znów wyruszam do Anglii. Tym razem mam trzy rozładunki: w Dover, w Land Roverze w Salihull pod Birmingham i pod Leicester.
Autko, którym jadę ma jakąś awarię wskaźnika paliwa, który pokazuje cały czas, że zbiornik jest jedynie w połowie wypełniony, tymczasem zatankowałem go do pełna. Awaria zniknie samoistnie po trzecim rozładunku, kiedy to włączyłem przelewanie paliwa ze zbiornika rezerwowego do głównego. W tym miejscu mała uwaga. Otóż w firmie, w której obecnie pracuję renówki mają wmontowany dodatkowy zbiornik na olej napędowy. Tankowane są one niezależnie. Główny mieści około 120 litrów, natomiast zapasowy 170. Kiedy istnieją obawy, że paliwa z głównego zbiornika zabraknie, na postoju uruchamia się wajchą przelew paliwa. Drugi zbiornik szczególnie przydaje się na Wyspach, gdzie paliwo kosztuje średnio od 1,18 do 1,30 funta, natomiast na Kontynencie można zakupić olej napędowy też w podobnej rozpiętości cenowej, tyle że kwota liczona jest w euro, co oczywiście przynosi wymierne oszczędności.
Jeden z ładunków był bardzo pilny i w związku z tym kazano mi jechać tunelem. W porównaniu z czasem spędzanym podczas przeprawy promowej (1,45 - 1,50 h.), przejazd tunelem, gdzie auta wjeżdżają na specjalnie przygotowane do tego celu wagony, zajmuje 35 minut. Osobiście jednak wolę przeprawę promową.
Skończyłem „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” Vargasa Llosy. Powieść świetna, nietuzinkowa z nienagannie zbudowaną, zajmującą fabułą, z wartko prowadzoną narracją. Powieść Llosy jest w gruncie rzeczy romansem dziejącym się na przestrzeni ponad trzydziestu lat pomiędzy bohaterem ujawniającym się w pierwszej osobie, a wymienioną w tytule dziewczynką, później. „Dziewczynka” nie wyobraża sobie, jak można nie żyć w luksusie; mężczyzna zaś, chorobliwie w niej zakochany, stara się ją zdobyć, „oswoić” i ustatkować. Okazuje się, że ten bezlitośnie zakochany altruista i naiwniak, nie chce, a pewnie i nie może wyrwać się ze szponów kobiety, która… ale przecież nie będę opowiadał fabuły.
Tak czy inaczej polecam tę powieść Mario Vargasa Llosy, zwłaszcza tym, których nie gorszą scenki erotyczne, których się na kartach książki trochę nazbierało. Ale w końcu, na co wskazuje tytuł, ta „dziewczynka” jest przecież niegrzeczna.
A teraz… do „Zamieci” Stefana Żeromskiego. 

[24.05.2017, w tunelu Calais - Folkestone

BLADOLILIOWA SUKIENKA

- Założyła panienka tę bladoliliową sukienkę i teraz jest panience zimno - zauważył.
Rzeczywiście powiało chłodem i jej sukienka drżała na wietrze jak ostatni, pomarszczony i dotknięty mrozem liść.
- Zawsze panienka tak wcześnie wdziewa na siebie te lekkie sukieneczki w czasie, kiedy wiosna dopiero wydaje z siebie pierwszy oddech ciepła, a wszystko, co rodzi się przedwcześnie jest słabe i bywa karcone.
Wypowiadał się z wyszukanym dostojeństwem i dawało się odczuć, że wykorzystuje swą przewagę, na co pozwalał mu sędziwy wiek.
- Zamiast prawienia mi morałów, mógłby pan coś zrobić z tym zimnem - ofuknęła.
- A co mianowicie miałbym zrobić?
- Nastroszyć się, czy jak? Sprawić, aby chłód nie owiewał mnie z pana strony.
- Moja panno, gdybyś pomyślała rozsądniej, wiedziałabyś, że ja ubieram się w nowe szaty dopiero wtedy, gdy wiosna rozgości się na dobre. Gdybyś poprosiła mnie o ochronę przed wiatrem za jakieś trzy tygodnie, proszę bardzo, spełniłbym twój kaprys, ale ty wolałaś już dzisiaj kusić los sukieneczką, która dobra jest na letnie kanikuły, ale nie na obecną, niepewną pogodę.
- Ale musi pan przyznać, że wyglądam w niej ładnie - zrezygnowała z naburmuszonego tonu głosu i puściła do niego zawadiacko oczko.
- Moja droga, aczkolwiek jestem osobnikiem dużo starszym od ciebie i pewnie podejrzewasz, że w tym wieku nie miewa się fascynacji młodziutkimi istotami, ale szczerość i przyzwoitość nakazuje mi oświadczyć, że nie tylko w tej bladoliliowej sukni jest ci do twarzy, ale cała, jak tu stoisz nieopodal mnie, jesteś urodziwa.
- Miło mi słyszeć te słowa - uśmiechnęła się. - Pan również wygląda niczego sobie.
- Niczego sobie, też mi określenie. Owszem, przewyższam panienkę wzrostem, także siłą, ale w tym momencie, kiedy tak gawędzę z panną, jestem świadom swojej pospolitości. Niech panienka przyzna, że swoim wyglądem sprawiam wrażenie zasuszonego starca.
- Nie jest tak źle, niech się pan nie przejmuje swoją łysiną. W zeszłym roku, kiedy po raz pierwszy założyłam o tej porze swoją ulubioną sukienkę, wyglądał pan rzeczywiście na zasuszonego staruszka, a później… później nie mogłam oderwać oczu od pana fizjonomii. Poczułam się taka malutka, stojąc obok pana… i dawał mi pan ochronę przed słońcem.
- A ja zerkałem na panienkę przez całe lato i połowę jesieni.
- A ta druga połowa jesieni, a zima?
- Kiedy słońce taje, a coraz dłuższa noc zaczyna urągać dniowi, kiedy wicher zaczyna grać na moich kościach, wtedy przysypiam, na całą zimę i budzę się kiedy już wszyscy wokół są przebudzeni.
- Czy to wina pana starczego wieku? O przepraszam, nie chciałam pana urazić.
Przyjął jej słowa z dobrotliwym uśmiechem. - Cóż ona winna? - pomyślał - młodość ma swoje prawa.
- I wieku, i obyczaju, moja droga. Wrodziłem się w swoich rodziców, których prochy dawno już temu rozwiał wiatr. Przesypiam prawie pół roku - taki jest mój zwyczaj. A ty w tym miejscu od niedawna, prawda?
- Moi państwo przeprowadzili się w to miejsce przed dwoma laty i podobno wymarzyli sobie mnie. Czy pan myśli, że spełniłam ich oczekiwania?
- Jak najbardziej. Jesteś śliczna. 
Po raz pierwszy tego dnia poczuła w sobie ciepło. Czyżby rozmowa, jaką z sobą prowadzili, miała sama w sobie coś, co ocieplało atmosferę.
- Tyle że twoi państwo nie powinni dopuścić do tego, abyś cierpiała z powodu zimna - dodał.
- To znaczy, że nie powinni mi pozwolić na założenie sukienki.
- Niekoniecznie. Mogliby na przykład zadbać o to, aby otulić cię pelerynką, przezroczysta pelerynką, aby każdy mógł przez nią zobaczyć twoją bladoliliową sukienkę.
- To miłe, co pan mówi… a jeszcze chciałabym się dowiedzieć… - zawahała się.
- Śmiało, moja droga.
- Hm, ja wiem, że trochę nie wypada mi o to pytać, ale skoro nie ma pan nic przeciwko temu… czy był pan kiedyś zakochany? Czy miał pan kogoś…?
Zamyślił się, a w tym zamyśleniu poczuł ciepło w każdym członku swego ciała. Ile to czasu minęło, kiedy wspominał swą młodość.
- To było bardzo dawno temu. Byliśmy sobie bliscy. Czułem na dłoniach jej palce, schylaliśmy się ku sobie; co to były za pieszczoty? Tak, kochałem ją. I któregoś dnia mi ją zabrali, a było to w czasach, gdy wytyczali drogę pomiędzy pałacem a wioską. Zostałem sam, zupełnie sam, aż do tej chwili.
- No, ale chyba teraz nie odczuwa pan już samotności - zagadnęła śmiało podnosząc wzrok w jego stronę.
Pomyślał nad odpowiedzią, ale tylko przez chwilkę.
- Nie jestem już samotny, Magnolio - wyrzekł i koniuszkiem palca musnął jej bladoliliowej sukni.
- I ja się cieszę, że rosnę tuż obok ciebie, panie Dębie.

 [21.05.2017, Crewe, Cheshire w Anglii]
 


KAWIARENKA (88) POWRÓT STAREGO PISARZA

- A czy to tak ładnie, stary pisarzu, zapominać o przyjaciołach? Wszak miesiąc z odkładem minął i nic… cisza.
Pani Janeczka Szydełko ścisnęła mocno wychudłą, opaloną dłoń starego pisarza. Ten nieco się zmieszał i z tego zmieszania wydobyła go uśmiechem pani Zofia Koteńko.
- Przecież wiemy, wiemy doskonale, że przez te pięć tygodni nasz rekonwalescent kurował się w wodach - dodała pani Janeczka. - Zdrowie, mistrzu, najważniejsze.
- To prawda - odparł stary pisarz całkiem już uspokojony - i muszę paniom powiedzieć, że rzeczywiście oddech mi się poprawił, męczę się jakby mniej, a i serce rytmiczniej bije. Tyle, że to tak długo trwało, no i co tu gadać, stęskniłem się za wami.
- Prawdę powiedziawszy - wtrąciła pani Zosia - te dodatkowe dziesięć dni to sprawka mojego męża.
- Toż ja od samego początku wiedziałem o tym. Ten lekarz, który się mną zajmował w sanatorium już podczas pierwszego badania oznajmił, że pobyt mój się przedłuży. Początkowo nawet się przestraszyłem, bo jakże to, aż tak źle jest ze mną? No ale kiedy w końcu padło nazwisko pani męża, zrozumiałem, że to on przyczynił się do moich tortur, znaczy się do kąpieli błotnych, inhalacji, spacerów, masaży i zażywania słonych, smakujących wapnem i siarka płynów.
Mecenas Szydełko, który powrócił właśnie od barku wymieniwszy kilkanaście słów z kawiarennikiem, natrafiając na końcówkę rozmowy, pospiesznie dodał:
- Do końca tego roku a już najpewniej w przyszłym, stary pisarzu, pan doktor Koteńko nie będzie cię odsyłał do dalekich wód, a zapowie cię w naszym sanatorium, które buduje się w iście piorunującym tempie.
- Podejrzewałem, że tak się dzieje - odparł stary pisarz - ale od podejrzewać do zobaczyć daleka droga.
- O, tak - mój drogi - odezwała się pani Janeczka - wiele straciłeś przebywając na tym słusznym wygnaniu. Zaczęło się od naszego przeuroczego wojażu do Grodka na zaproszenie pań Popławskiej i Zgadkiewiczowej, gdzie uczyniono nam iście królewskie przyjęcie, częstując nas wyśmienitymi świątecznymi potrawami.
- To prawda, do dzisiaj czuję smak karpi w galarecie, chrzanu ze śmietaną, który można kroić nożem, makiełek i mazurków - wspominała pani Zofia.
- A te makowce, serniki, jaja pod każdą postacią - dodała zachwycona Janeczka.
- I, co najważniejsze, powymienialiśmy przepisy na okoliczność świąt, a nasza pani Rybotycka i ten młody kawiarenkowy kucharz też zaskoczyli grodkowe panie sałatkami i kaczką a’la zając - wtrąciła pani Zofia.
- I mnie przy tym nie było - westchnął stary pisarz.
- Bo ty, przyjacielu, wciąż przy garnuszku mleka przesiadujesz - roześmiał się pan mecenas. - Pewnie pogardziłbyś tymi frykasami.
- A nic podobnego. Dobrze zjeść lubię, tyle że w skąpych ilościach.
- A potem, drogi pisarzu, mieliśmy chrzciny kawiarenkowego Kubusia i ciżemkowskiej Leny, a zaraz potem wystartowało radio „Weronika” - kontynuowała pani Janeczka.
- Tego trzeba nam było - skwitował pan mecenas Szydełko. - Słyszysz przyjacielu tę muzykę? Pan Adam puszcza to radyjko, o ile w kawiarni nie ma jakiejś muzycznej imprezy albo pan doktor do pianina nie zasiada.
- Ponadto, mój drogi, w zeszła sobotę towarzystwo udało się pierwszy raz na rowerową majówkę nowym szlakiem pana leśniczego - poinformowała starego pisarza pani Zofia. - Ech, gdybyż wtedy pogoda nam dopisała… gdyby nie grochówka, którą w leśniczówce nas poczęstowano, pewnie byśmy się pochorowali, ale co dobrego, to jeszcze przed nami, więc zapowiedzieliśmy kolejną wyprawę za dwa tygodnie, dłuższą, bo pan Gajowniczek nie omieszkał przygotować jakąś edukacyjna niespodziankę związaną z florą i fauną okolicznych lasów.
- Widać, że dużo straciłem i trzeba by nadrobić zaległości. Przynajmniej na tę rowerowa wyprawę się zaproszę.
- A nade wszystko, powinien pan przyjacielu, częściej zachodzić do kawiarenki - poradził pan mecenas. - Tutaj zawsze dowiesz się czegoś ciekawego.
- Powiedział ten, który do kawiarenki chadza często - odezwała się do męża z nutką sarkazmu pani Janeczka.
- Kiedy wiesz, że ja mam mnóstwo spraw wyjazdowych.
- I do tego pracę w stowarzyszeniu, przez co podróżujesz po całym kraju i rzadko kiedy widuję cię w domu.
- Skoro tak trzeba…
- No, jeśli trzeba… nic nie mówię, ale mógłbyś może zachęcić kogoś do współpracy, kogoś, kto wyręczyłby cię w tym czy owym.
- Sama wiesz, jakie to trudne.
- No tak, przede wszystkim liczą się pieniądze, które w adwokackiej profesji nie są do pogardzenia, a pracować za psi grosz, albo żaden bronić klientów nie wypada.
- Otóż to, kochana. A bronić trzeba. Przede wszystkim bronić słabych.
- Idealista.
Rozmowa miłych gości kawiarenki pewnie stoczyłaby się głębiej w stronę zawiłości prawnych, gdyby kawiarennik nie podał do stolika zamówionego przez pana mecenasa koniaczku, któremu towarzyszyły słynne cynamonowe ciasteczka.
- Mam nadzieję, że nasz pisarz, zrobi wyjątek i napije się z nami, odstawiając na chwilę na bok kubek z mlekiem, wszak został był już sanatoryjnie zaleczony.
I stało się tak, jak przewidziała pani Zofia. Czworo przyjaciół na dwa razy opróżniło kieliszek francuskiego koniaczku, po wypiciu którego rozmowa potoczyła się dalej, a stary pisarz co i rusz dowiadywał się, co tam z tegoroczną maturą, jak mają się sprawy z ośrodkiem wypoczynkowym, jak funkcjonuje market, czy pan Pokorski nie narzeka na brak tematów do gazety, co słychać u państwa Gajowniczków, bo słyszał to i owo i jakichś ich osobistych planach, no i w końcu zapytał, dla jakiej to przyczyny nie zobaczył w kawiarence pana radcy Kracha, z którym miał wiele do pomówienia.

[15.05.2017, Dover, Kent w Anglii

PRZYDROŻNE MONOLOGI (8)

Chociaż po ostatnim powrocie z Anglii spedytor powiadomił mnie o tym, że kolejny będę miał w niedzielę z „domu” wyruszyłem w piątek (zmiana planów).
W Marck, gdzie przesiadamy się na vany prowadzone z Europy przez Ukraińców, spotykam swego imiennika, Andrieja.
Tym razem mam 3 miejsca rozładunku: dwa pod Coventry (firmy - Bruse i Jaguar) oraz trzeci do montowni Benlteya w Crewe, niedaleko Manchesteru. Rozładunek w „Bruse” mam zaplanowany na ósma rano w sobotę, a pozostałe dwa na poniedziałek od samego rana, a zatem pewne jest, że w Anglii pozostanę do poniedziałku, względnie do wtorku. No cóż, będzie może mniej komfortowo, ale za to czas nie będzie się tak dłużył.
Andriej natomiast skorzysta na tej zmianie, bo może się mnie spodziewać najwcześniej w nocy z poniedziałku na wtorek, a zatem cały weekend spędzi w „domu”.
Niestety z powodu prac drogowych na autostradzie M25 (Anglicy naprawiają autostrady zwykle nocą) nawigacja prowadzi mnie niemal przez drogowe centrum Londynu, tak że muszę przejechać tunelem Blackwall pod Tamizą, no i oczywiście włączyć się w spowolniony ruch miejski. Ponieważ Londyn mijam przed północą, nie jest tak tłoczno, choć to piątek, a piątki obfitują w korki.
W firmie „Bruse” pod Coventry (byłem w niej zaraz na początku pracy w obecnej firmie) melduję się około drugiej w nocy, a ze jest gdzie zaparkować, pitraszę sobie kolację i kładę się spać (chłodno, zaledwie plus siedem stopni).
Tuż po ósmej rano w sobotę uwalniam się z pierwszego ładunku i jadę pod drugi rozładunek, po drugiej stronie Coventry. Wprawdzie miałem być w „Jaguarze” w poniedziałek rano, ale jaki problem spróbować… może rozładują mnie w sobotę. Nie przeliczyłem się. Pozbyłem się kolejnego towaru i mogę sobie spokojnie podjechać pod Manchester do „Bentleya”, ale bez przesady, stawie się tam w poniedziałek z samego rana.
Pogoda typowo angielska - zmienna. Krótkie okresy ze słońcem przeplatają się z trwającym dłużej zachmurzeniem, wzbogaconym ponadto o przelotny deszcz. Jeśli budząc się o szóstej rano widzi się bezchmurne niebo, można być przekonanym, że o dziewiątej to samo niebo przykryte zostanie chmurami, z których spadnie deszcz. Kiedy piszę te słowa w niedzielę przed południem świeci wprawdzie słońce, ale i chmur nie brak, tych niskich szaroburych, i tych wysokich, wyglądających tak, jakby kto rozpostarł na nieboskłonie wąską, rozczesaną warstwę waty. Południowo-wschodni wiatr wskazywałby na zmianę pogody na lepsze (tak zwykle bywa w Polsce), ale tutaj, na Wyspach, wszystko jest na odwrót i wszystko może się zdarzyć.
Andriej pozostawił w aucie biblię w języku rosyjskim. Ciekawe, dlaczego nie wziął jej z sobą do „domu”; może zapomniał, a może…?
Biblia otwarta jest na rozdziale: „Wtoraja Kniga Carstw”
Zaznaczona jest 18-tka; tam czytam: „I osmotrieł Dawid ljudiej, bywszich s nim, i postawił nad nimi tysiaczjenaczalnikow i sotnikow…”.

[19.05.2017, na promie Calais - Dover i 21.05.2017, Meriden, West Midlands w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (7)

Wypijam dwie cappuccino, które mocno słodzę. Wszystkie gorące napoje, które zawierają w sobie mleko lub śmietankę wymagają w moim wypadku słodzenia, natomiast czarną kawę, czy jakąkolwiek herbatę wypijam gorzkie.
Dla uzupełnienia płynów dobrałem sobie colę. Wszystko na słodko, wzięte za free z barku w części promu przeznaczonego dla kierowców, gdzie można się dostać dzięki wręczonemu na odprawie biletowi. Czasami pokonuję Kanał przebywając właśnie w restauracyjno-wypoczynkowych salach, gdzie gromadzą się kierowcy wielkich ciężarówek, mniejszych trucków i autobusów. Posiadanie „biletu kierowców” pozwala na skorzystanie z darmowych napojów gazowanych i niegazowanych, mleka, herbaty i kawy; jest tez możliwość wzięcia prysznicu. Można też coś zjeść po niższej cenie, ale wyboru wielkiego nie ma, a tez i nie jadam, bo w trasę ruszam zwykle syty. Co innego z napojami - kawą nie pogardzę. Częściej korzystam z sekcji dla kierowców zmierzając do Anglii, bo wtedy ma się w perspektywie dłuższą trasę i zazwyczaj jedzie się na noc lub bardzo późnym popołudniem. Wracając z kolei do Francji, mam świadomość, że niebawem znajdę się w „domu”, gdzie mogę sobie zafundować posiłek, wziąć kąpiel i przytulić się do poduchy. W końcu od portu w Calais, dzieli mnie od „domu” 85 kilometrów, czyli godzina jazdy. Bywa jednak, że jestem zmęczony po przejechaniu trasy w Anglii, a może bardziej długim oczekiwaniem na prom w Dover i w takim przypadku rozpatruję dwie możliwości: albo zdrzemnąć się byle gdzie na promie, albo też oszukać zmęczenie i senność kawą.
Zaletą przebywania w części promu udostępnionej kierowcom jest cisza, przerywana czasami, ale nieszkodliwie, przez zaciekłych opowiadaczy (zawsze się taki trafi) albo na ten przykład Węgrów, których dynamiczny, twardy język wyróżnia się siła i ostrością spośród pozostałych języków obecnych na promie, chociaż nie można powiedzieć, aby Węgrzy mówili głośniej niż inni.
Kursując promem dostrzegam dobitnie monotonność swojej pracy za kółkiem. Jeździ się nawet do tych samych firm, tymi samymi trasami, co z jednej strony wyklucza możliwość pobłądzenia, lecz z drugiej ta jednostajność i automatyzm nuży. Czasami trafia się jednak na korki i aby je ominąć, trzeba trochę pokombinować i przejechać się nieuczęszczanymi dotąd drogami. Ma się też swoje ulubione trasy, jak i te, którymi z różnych względów lepiej nie jechać. Na przykład wolę objeżdżać Londyn od południa (czasami się nie da), bo wtedy większa pewność, że nie zaliczy się spowolnień w ruchu i pomimo krótszej trasy, przejeżdża się nią dłużej.
Mam też swoje ulubione trasy: w stronę Bristolu, albo drogi wokół Derby czy Stoke.
Monotonia bierze jednak górę i nie ma mowy, aby, przynajmniej w Anglii, traktować podróży jako quasi turystyczne. Nic z tego. Ale cóż - to moja praca - jeżdżę busem dla pieniędzy.

[19.05.2017, na promie Calais - Dover]