Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

31 stycznia 2015

Nowi osadnicy Ciżemki

Radca Krach po osiemnastej w poniedziałki zwykle nie był w kawiarence widziany jak i też większość kawiarenkowych gości, gdyż poniedziałki bywały tymi najspokojniejszymi i najbardziej sennymi dniami tygodnia, więc i rozmowy przy stolikach prowadzone mogłyby jedynie senność ową urzeczywistnić.
Jakież było zdziwienie Marii, gdy krzątając się wokół jedynej na sali „średniowiekowej” pary, wchodzącego do sali radcę Kracha dostrzegła w nieznanym towarzystwie dwojga młodych, mocno przez zaokienny wiatr stratowanych ludzi. Odstawiwszy na wieszaki wierzchnie odzienia, troje nieoczekiwanych gości zasiadło przy pana radcy Kracha stoliku.
- Pani Marysiu kochana – ozwał się radca Krach – dla nas po większym koniaczku, a dla tej młodej damy herbatkę z podwójnym rumem. Mam nadzieję, że rum podwójny nie wykaże – to ostatnie zdanie wyrzekł do niewiasty jasnowłosej, nie dość szczuplej, takiej w sobie się mieszczącej, niewielkiej postury, za to z ogromnymi oczami w kolorze  namiętnych, dorodnych bławatów.
- Na jednej nóżce przyniosę – zaśmiała się Maria, a radca popędził za nią słowem:
- A gdzież to złe, świszczące na wietrze licho wygnało pana Adama?
Maria już po drugiej stronie bufetu będąc, odpowiedziała z uśmiechem, nawet jak na nią, niespotykanym.
- Przy naszej Róży.
- Dalibóg, przecudne wybraliście imię, wasze imię – to mówiąc pogodnie spojrzał na współsiedzącą parę i do niej to zwrócił się tymi słowy:
- A zapatrzcie się na naszą przemiłą Marysię, to i wam Pan Bóg pobłogosławi.
Siedzących z nim aż pierwsze gorące oblały poty; wszak nie poznali jeszcze, jak ciętym a niepokornym językiem radca Krach dysponuje. Uśmiechnęła się paradnie i ta para w średnim wieku będąca, co dotąd posępnie czułe słówka do siebie szeptała.
Marysia jako rzekła, tak i na jednej nóżce do gości powróciła, kielichy z koniakiem i rumową herbatkę przed nimi stawiając. Przyniosła też przepyszne ziołowe herbatniki, dla których smaku a zapachu wielu szacownych obywateli miasteczka zmysły potraciło.
Gdy Marii zamiarem było oddalenie się do obowiązków swoich, niezbyt zresztą licznych, bo poniedziałkowych, radca Krach wstał nagle, upraszając matkę Róży o pozostanie na czas oficjalnej części programu.
- Pozwolicie, młodzi, że was sobie przedstawię. Marysiu, oto nowi obywatele podmiejskich Ciżemek, państwo narzeczeństwo: Joanna, konnej jazdy instruktorka oraz pan Piotr, najsłynniejszy z młodych weterynarzy. Następnie radca odwrócił się na pięcie dla powiadomienia młodych, że przed nimi kwitnie przeuroczo Marysia, matka młodziutka, oblubienica znanego na cały kraj kawiarennika, mistrza Adama, który nareszcie przez rzeczoną niewiastę poskromion, tatusiem być się uczy dla pięknej Róży.
Młodzi wymienili między sobą czułe uściski powitania, a niewiasty także wdzięczne policzków pocałunki.
Radca Krach, który zawołanym był dżentelmenem, natychmiast podsunął Marysi krzesełko do spoczęcia na nim.
- Gdybyż nie twój karmiący stan, niewiasto, musiałabyś okruszynko naruszyć butelczynę wiśnióweczki, za którą przepadasz, na to powitanie. Posłuchaj, kochana, jaką ci nowinę przynoszę. Będziesz pierwszą, jeszcze przed Adamem, która się dowie, że ci mili państwo zakupili małe gospodarstwo w krainie Ciżemek i na tym odludziu, posłuchaj, co też zamierzają.
W tym miejscu radca Krach zamilknął, aby nie pozostać echem tego, o czym z ust pierwszych dowiedzieć się było można.
- Chcemy otworzyć przychodnię dla zwierząt – niepewnie pochwalił się pan Piotr weterynarz.
- Zamierzamy prowadzić niewielką stajenkę, docelowo z jazdą konną i hipoterapią – uzupełniła miłośniczka konnych swawoli.
- Prawda, że przepiękne plany?  - zachwycił się radca Krach – sam byłem i widziałem. Młodzi o poradę prawną do mnie przybieżeli, więc aby słusznie ocenić na co się decydują, ciżemkowski obiekt musiałem naocznie sprawdzić.
- I co? I co? – pytały Marysine oczęta.
- I ja jestem ciekaw – usłyszeli za sobą głos kawiarennika, który, o święta godzino, przed bufet wkroczył z ukołysanym zawiniątkiem w ramionach, nie takim małym, gdyż dziecię do pięciu miesięcy dobiegało.
- Wykapany tatuś – radca Krach głos z nagła przyciszył i oko rozpuścił do Piotra – Przypatrzże się młodzianie, to samo cię czeka, więc teraz wiesz, do kogo po naukę się zgłosić.
Kto to wie, może to panienki Joanny lica zapłonęły bardziej, aniżeli temu, któremu radca przygadał tak niezłośliwie.
Wypili zatem zdrowie młodych, nie zapominając o Adamie, choć ten już dawno wyrósł był z młodzieńczej odzieży.
- Pytacie o moje zdanie – ciągnął radca Krach swoją opowieść – więc powiem do szczerości bólu. Byłem, kochani… przerażony. Niska cena posiadłości jak najbardziej przystaje do jej zaniedbania. Domek może i schludny, lecz niewielki, z piecowym, starożytnym ogrzewaniem. Gospodarcze budynki pod solidnym dachem, lecz wnętrza w opłakanym stanie. Łąka z tego najpiękniejsza, otoczona i przedzielona szpalerami brzózek i olch, ale też lasek maleńki, świerkowy na wzgórzu, przez które potoczek przepływa, nieduże wodne oczko w dolince tworząc. Ja, stary, z wiekowym sił ubytkiem, zapłakałbym się nad tą perspektywą… ale oni? Nie masz w powiecie bardziej zapalonych głów nad tych dwoje. Jeszcze mnie proszą, abym im przy projekcie unijnym pomógł. Mądre a cudaczne umysły, pełne pomysłów głowy. I jakże tu takim nie pomóc? nie dodać otuchy? nie wskrzesić nadziei?
Rozkołysany kawiarennik na chwilę objął pamięcią swoje młode lata, pokiwał głową i nagle ciężar pamięci z siebie zrzucił, bo właśnie wtedy podeszła doń Maria, tedy w nią się zapatrzył, i w sercu odmłodniał, i na twarzy.

W Normandii

W tej rozłożystej, wielko-pagórkowatej, kamiennej, zielonej, mokrej i wietrznej Normandii trzeba mieć swojego Pecha i Opiekuna – Anioła Stróża.
Dzień zaczął się od nie mającego sobie porównania wiatru i przesłynnej ulewy, znanej dotąd z kraju zapomnianego przez boga, kraju niegrzecznych, źle wychowanych kierowców, przeuroczej, posępnej Belgii. Tenże dzielny wiatr (w domyśle huragan) omalże uniemożliwił mi osadzenie na swoim miejscu plandeki, czyniąc zeń szalony, samotny biały żagiel puszczony na łaskę i niełaskę gburnego Kanału La Manche.
Mój Anioł Stróż – Opiekun, On dodał moim członkom siłę. Zaprawdę, powiadam Ci, dokonałeś cudu – uczyniłeś coś takiego, co pozwoliło mi stawić czoła mocy tytanów.
Wszechwładny Pech spowodował też problemy z tak zwaną komórką, jedynym łącznikiem ze światem; nadto doprowadzi do szału moją dżipieskę. Ta bowiem, nie informując mnie dobrym słowem o swoim pomyśle, obrała kierunek na Kamczatkę albo na niejaki Bedryczów, gdzie, jak wiadomo, wieści giną bezpowrotnie. Skończyło się na tym, że mój peżocik zmuszony był przedzierać się przez krainę pięknych sielskich krajobrazów, lecz drożyn tak wąskich, że ledwo przypasowanych do jednego autka. Stwierdziłem więc, że coś niedobrego na rzeczy być może i na jednym z niewielu skrzyżowań, na takiej trawiastej wysepce wpasowanej pomiędzy dróżki przystanąłem, aby spróbować przywrócić dżipiesce właściwe tory myślenia. No i rzeczywiście, byłem zabłąkany jak ten japoński turysta na Saharze bez aparatu. Naprawiłem coś tam. Przybliżone, lecz inne parametry wpisałem i gotów jestem do drogi.
Niestety, po ostatnich ulewach trawa tak bardzo namokła, że łapki mojego peżocika bez litości ugrzęzły w błotku, co kryło się pod trawiastą darnią. Oj, napracowało się autko, wyżłobiło przednimi nóżkami nie byle jaką smoczą jamę, a Pech stał za krzakami i śmiał się do rozpuku. Nie dawaliśmy rady. Próbowałem odszukać jakąś pomoc w niedalekich wiejskich domkach. Nic z tego. Pechowy brak właścicieli, a zdałaby się najzwyklejsza łopata, bo pazurami ciężko wychodzi mi ziemna praca, zwłaszcza od czasu, kiedy kretem być przestałem.
I w tych niesprzyjających okolicznościach przyrody (należy zważyć, że miałem dojechać na czas pod więcej niż konkretny załadunek) nadarzył się Normandczyk młody a przystojny, który zechciał (zaprawdę, mój Aniele, kazałeś mu podążać w te zagubione strony) wyciągnąć z kłopotów. Przytroczyliśmy więc pas do jego Clio (nie kłamię, malutka klijówka miała czelność wydostać ciężarowego peżocika z błocka) i, na wstecznym daliśmy radę, a Pech w tych krzakach zębiskami zgrzytał.
Dzięki ci zatem, Normandczyku młody a przystojny. Niechże ci cię na onych „wąskodrożach” szczęści razem z twoim samochodzikiem, który mojemu dopomógł w chwili bliskiej rozpaczy.
W tym miejscu głowę swą pochylam nad Nim, Opiekunem, stróżującym Aniołem, który oby żył jak najdłużej i dbał o swoje cenne zdrowie, aby mieć sił wiele do walki z Pechem moim, za krzakami schowanym.

08 stycznia 2015

Terrorystycznie


"As a muslim, I strictly condemn any act of violence in the name of Islam. Freedom of speech and no matter how hateful is, should never be paid back by violence, or murder. What happened is terroristic act, and it doesn't have anything common with teaching of Islam."
Jako muzułmanka, surowo potępiam każdy akt przemocy czyniony w imię islamu. Wolność słowa i nie ważne jak bardzo jest nienawistna, nigdy nie powinna być odpłacana przemocą, czy morderstwem. To, co się stało to akt terrorystyczny, a nie ma nic wspólnego z nauczaniem islamu.
Zatem będzie na poważnie, bo kolejne niepotrzebne ofiary pochłonął dzisiejszy zwariowany świat. Będzie na poważnie, choć większość ofiar to osoby w codziennym pracowitym życiu posługiwały się żartem i humorem i, o ironio, za te niewinne żarciki zapłaciły życiem.
Proponuję spojrzeć na podyktowany przez życie temat z innej strony. Otóż mamy rodzinę, małżonkę, męża, najbliższych przyjaciół, mamy dzieci. Czy tak trudno sobie wyobrazić, że w dzisiejszych czasach nasze dzieci, małżonka, mąż, rodzina, najbliżsi przyjaciele poddawani są systematycznej nagonce wyśmiewania. Ot, takie niewinne żarciki, że żona nieurodna, mąż przytęgi i ospały, dzieci niezbyt uzdolnione albo w sobie zamknięte, rodzina z całym mnóstwem przywar, odmienna od innych, przyjaciele niezaradni albo wręcz przeciwnie. Aż śmiechem szczerym parskamy na tę menażerię całą, bo w ramach wolności słowa, możemy powiadać o innych, co chcemy, czego dusza nasza zapragnie. Śmiechem serdecznym poprawiamy sobie nastrój, za nic sobie mając uczucia innych. Podobnie obśmiewamy cudze poglądy, idee, obyczaje, religię, nie zważając na to, że po tamtej stronie też człowiek stoi i swoje prawa posiada; i ten człowiek, jeśli mniej jest spolegliwy, mniej na śmiech odporny, ten człowiek knuje coś za naszymi plecami, może tak być, że knuje, że reaguje nie celną słowną odpowiedzią, nie podobnym ośmieszającym żartem, lecz agresją, okrutną, nieadekwatną, szaloną, zamówioną przez kogoś, albo poczętą w szaleństwie.
Jeśli ktoś myśli, że powyższy, zakończony wątek jest z mojej strony rozgrzeszeniem zbrodni, to najsłynniejszą w świecie popełnia pomyłkę. Ja dzielę słowa owej cytowanej, nieznanej mi czeskiej muzułmanki i próbuję zwrócić uwagę na jeden z czynników, który może niektórych ludzi aż do zbrodni popychać.
Tym są słowa, obrazy, głosy, gesty, które poniżają, które obrażają, wyśmiewają, wyszydzają, uogólniają, nie dostrzegając same w sobie niczego złego, bo oto szlachetną mamy wolność, a skoro nam wolno, to wolno absolutnie wszystko, bez ograniczeń.
Jakaś pani, Francuzka, mówi zszokowana do kamery: "- Żyjemy w wolnym kraju. Chcemy mieć prawo rysowania tego, co chcemy." Czy rzeczywiście wszystkiego? Czy nasza wolność ma oznaczać przymus rysowania, wykonywania każdej innej czynności bez ograniczeń? 
Nawet Bóg nie ma takiego prawa, bo sam wyznacza przestrzeń dobra i zła, wyznacza granice, poza które nawet On nie wychodzi.
I jeszcze, z innej strony patrząc na zło, które pochłonęło ludzkie istnienia, jeszcze to uogólnianie, ta odpowiedzialność zbiorowa za czyny niewielu. Skąd my to znamy? Obwinianie całych społeczności, narodów za wyrządzone zło. Utarte stereotypy głupiego Kacapa, pazernego Żyda, Niemca faszysty, Araba terrorysty ale i Komucha, Lewaka, Nacjonalisty, Mohera i Homoseksualisty. I każdy z nich to nasz wróg, i każdego trzeba nienawidzić. Bo do nienawiści mamy prawo, tak jak mamy prawo do rysowania czegokolwiek.
Na dobrą sprawę, gdyby uwierzyć w to, że islam równa się terroryzm, i biorąc pod uwagę fakt, że 1/5 ludzkości to muzułmanie, świat nasz piękny przestałby już istnieć.
Tymczasem terroryzm nie jedno ma imię, a imię Allaha jest imieniem przybranym, wykorzystywanym dla uzasadnienia własnych najczęściej, wyimaginowanie słusznych celów.
Prawdopodobnie ten towarzyszący islamowi terroryzm ma inne, o wiele bardziej złożone przyczyny, wśród których obecna jest nie zasypana przepaść między kulturami, pogłębiana dodatkowo względami czysto politycznymi, a wszystko to wyrastające na podłożu ekonomicznej frustracji, postrzeganiu przez muzułmanów, że są gorsi i wykorzystywani przez cywilizację Zachodu, wykorzystywani do walki między sobą, zaś nagrodą dla zwycięzców w tej walce ma być demokracja w zachodnim, amerykańskim stylu, której albo przyjąć nie chcą, albo nie potrafią.
Oczywiście zawsze w takim przypadku, gdy zamachowcami są terroryści islamscy będący jednocześnie obywatelami państwa, w którym zamachu dokonano (zanosi się, że tak było i tym razem), nasze zdumienie sięga zenitu. Jak to? Przecież to nasze społeczeństwo ich wychowało, dało szkołę, pracę, prawa i wolności obywatelskie. Skąd zatem ta nienawiść? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo też trudno zrozumieć człowieka, który z premedytacją dąży do pozbawienia kogoś życia. Myślę jednak, że w tym przypadku my, jako Europejczycy, także nie jesteśmy bez winy. Zajęci pogonią za bogactwem, stając się sprzedawcami i klientami usług i towarów, przestaliśmy hodować uniwersalne wartości, rozmieniając je na nadawanie przywilejów tym wszystkim, którym udzieliliśmy gościny; bo to poprawne politycznie, bo jesteśmy coraz bardziej na świat otwarci. Rządy i społeczeństwa Europy zamiast tworząc prawo równe dla wszystkich, zapisują prawa na kolanie i przymykają oczy na to, że postępując poprawnie politycznie w gruncie rzeczy pozwalają na tych praw łamanie. Prędzej więc surowa ręka sprawiedliwości dosięgnie kradnącego kostkę masła, aniżeli tego, co korzystając z wolności słowa głosi nienawiść. I terroryści islamscy na tym korzystają.
Może ktoś mnie zruga za słowa, które przytoczę poniżej, które wypowiedział ktoś, kogo, przynajmniej w Polsce trzeba nienawidzić, bo nie jest zachodnim demokratą, bo w ogóle demokratą nie jest. Zaryzykuję.
"Każdy przedstawiciel mniejszości, pochodzący z dowolnego miejsca na świecie, jeżeli chce żyć i pracować w Rosji, powinien mówić po rosyjsku, i przestrzegać rosyjskiego prawa. Jeśli muzułmanin woli prawo szariatu to radzimy mu, aby przeniósł się do tych krajów, miejsc gdzie szariat obowiązuje."(...),  "Mogą krzyczeć głośno o dyskryminacji. Nie będziemy tolerować braku szacunku dla naszej rosyjskiej kultury.Takie samobójstwo kulturowe ma miejsce w Ameryce, Anglii, Holandii i Francji. Muzułmanie przechwycą władzę w tych krajach."
To słowa Putina, ale, jak powszechnie wiadomo, polska racja stanu każe się z nimi nie zgadzać. Czy aby na pewno???

06 stycznia 2015

Politycznie

To trochę odgrzewany temat, sprzed niemal dwu lat, skojarzony poprzez fejsbukowe przypomnienie. Mnie, temu niepoprawnemu, pod prąd idącemu, czasami bezkompromisowego wobec postaw, które uważam za haniebne, to niemal jak danie po pysku, jak bicz siekący nagie plecy. Ale do rzeczy.
"Jeżeli spytamy dzieci, czy jadły śniadanie, to niestety dużo dzieci powie, że nie. Kultura jedzenia śniadań w Polsce nie istnieje - przekonywała na antenie Superstacji Julia Pitera."
Powiedziane to zostało w kontekście przeprowadzonych przez jakąś fundację badań dotyczących biedy w polskich rodzinach, ze szczególnym odniesieniem do dzieci, które nie zawsze z pełnym żołądkiem zmierzają do szkoły. Potem podano pod wątpliwość wiarygodność tych badań, bo rządowi pana Tuska nie po myśli z takim faktem się pogodzić, że dzieci w III Rzplitej mogą być niedożywione. Jakby tam nie było, uważam, że problem istnieje, choć możemy (niepotrzebnie) wykłócać się o skalę zjawiska.
Dalej pani Pitera powiada: "Gdyby oprócz pytania dzieci, czy jadły śniadanie, co jest pytaniem po prostu głupim, losowo wybrała jakiś procent dzieci z tych pytanych i zasięgnęła opinii w MOPS-ie jaka jest sytuacja materialna tej rodziny, to to badanie zaczęłoby być interesujące". Po czym kończy w następujący sposób:
"Doskonale pamiętam, ile razy było mówione: rano nie ma apetytu, on się strasznie długo budzi, nie chce nic rano jeść. To jest zupełnie normalne".
Przytoczone wypowiedzi obecnej europosłanki dają mi podstawę do wyrażenia sądu, że nawet bycie osobą publiczną, rozpoznawalną, pełniącą rozliczne państwowe i społeczne funkcje pozwalają tej pani drwić z tematu, z którego drwić się nie powinno. Ja oczywiście pójdę dalej, uważając, że popełniając niniejsze wypowiedzi, dla pani Pitery miejsca w przestrzeni publicznej być nie powinno. I wcale nie chodzi o liczbę niedożywionych dzieci; nie chodzi nawet o to, czy dla pani europosłanki papierem lakmusowym biedy jest spożywanie przez dzieci szczawiu i przydrożnych śliwek, jak to otrzymuje jej partyjny kolega, pan Niesiołowski. Chodzi o to, że pewnych kwestii się nie wypowiada, zwłaszcza w sytuacji, gdy wypowiadająca je osoba miała to szczęście, że nie musiała swego dziecka karmić szczawiem, a jedynym jej problemem było to, że jej synek z rana nie miał apetytu. Jest jeszcze jedna moja uwaga. Otóż bezczelnie uważam, że osoby przez ogół wybierane powinny świecić przykładem dla innych, głupstw i bezmyślności nie rozpowiadać i mieć tę wrażliwość, która zabrania szyderstw w stosunku do kogokolwiek, nawet jeśli jest się na górze i z wysokiego,  prestiżowego punktu widzenia zabiera się głos, a ten, o którym się powiada, jest w jednostkowości swej indywidualny. Zatem, gdyby nawet chodziło o jedno niedożywione dziecko w Polsce, które do szkoły bieży bez śniadania, to nie wolno nazywać głupim pytanie tegoż dziecka, czy śniadanie pierwsze zjadło oraz przekonywać społeczeństwo, że powodem pustego żołądka dziecka jest brak kultury spożywania śniadania w tej jednostkowej rodzinie.
Czy jest to problem samej pani Pitery? Nie sądzę. Dotyczy on bardzo wielu z wyboru społeczeństwa umieszczonych w społecznej hierarchii wyżej od nas będących. Dlaczego jednak takich wybieramy? Dlaczego rok po tej wypowiedzi pani Julia Pitera uzyskała mandat europosłanki? Czy jest tak, że każdy, kto oddał głos na te panią nie zwrócił uwagi na wypowiadane przez nią słowa, albo uwagę zwrócił, lecz nijakiej zdrożności w nich nie zauważył. A może wyborcy pani Pitery mają trudność w czytaniu/słuchaniu ze zrozumieniem? w odczytywaniu jej myśli? w tym, że jest zaślepiona sprawowaną władzą? w tym, że gardzi człowiekiem? A może wyborcy pani Julii Pitery dokumentnie podzielają jej poglądy? nie zauważają biedy, bo skryci są za ścianą własnych domostw, na które ciężko pracowali; domostw, do których dostępu bronią nie tylko wzmocnione drzwi i testowane zamki, lecz również zamykana i otwierana pilotem wysoka, metalowa brama?
A może po prostu ja zwariowałem, wymagając czegoś, co nieosiągalne u ludzi? Dodajmy - ludzi dzisiejszych, szczęśliwych czasów.
Onegdaj, w jednym z politycznych ugrupowań będąc, zaproponowano mi kandydowanie w samorządowych wyborach do powiatowej rady. Pewnie nie dlatego, abym ucieszył moją fałszywą dumę zwycięstwem, ale aby partia statystycznie lepiej wypadła, co jest typowym wyborczym rozegraniem. Kiedym jednak powziął wieści, że z tego samego ugrupowania do powiatowej rady kandyduje człowiek słynny z oportunizmu i zawołany karierowicz, bez krztyny idei w umyśle swoim, jedynie do mamony się modlący, ot zwykły typowy krętacz pospolity, czym prędzej z kandydowania odmówiłem; mało tego: czas żałoby przerywając, polityczne ugrupowanie prędko opuściłem, bo sama myśl o wspólnym z owym panem zbieraniu głosów była tak niestworzona, że dla mnie wręcz niepojęta i, pomyślałem sobie, że niewiele ta partia warta, co kibicować durniom każe. Przyznaję, jestem ewenementem i część decyzji podejmuję instynktownie, czasami po samej gębie widzę, kto zacz jest ten, co się kłania podle; po słowach rozszyfrowuje nie gorzej niż po czynach.
Nadziwić się też nie mogę, dlaczego sama Platforma z pani Pitery nie zrezygnowała, lecz to zdziwienie płonnym jest, bo widać w Platformie takie są standardy, bo tam ręka rękę myje, bo odpowiedzią na aferki jest głosów większość od koalicjanta uzyskana, bo tam nikt nic złego na drugiego nie powie, bo gdyby powiedział, gdyby się wyrzekł, to strach, że władza przez palce przecieknie, a partia jest od sprawowania władzy, od konfitur, więc akademickie dysputy na temat pospolitej uczciwości to rzecz banalna jak śnieg przedwczorajszy. 
Zresztą, czy to tylko Platforma...
Tak się stało, że w polityce nastały amerykańskie obyczaje. Dwie główne partie; jakby demokratyczna i republikańska ze swojskim akcentem w postaci PSL-u, klinicznej wersji partii "stanowiskowo" wynagradzającej swoich członków, ba, chlubiącej się swym słynnym nepotyzmem.
I tak już na lat dziesięć, dwadzieścia zostanie. Im "republikańskie" PIS mocniejsze, tym silniejsza "demokratyczna" PO, i PSL, ten u wagi jęzor. Lewicę, co prędzej z dolarem czy euro się zaprzyjaźni, aniżeli ze sprawiedliwym wyrównywaniem szans,  jasny trafił szlag, wyparowała wraz z pierwszym burzowym deszczem. Kościół o biedzie, czasem nędzy a częściej o niesprawiedliwości z uszanowania dla kapitalistycznej klasy nie powie; prędzej o seksie gadać będzie, o gejach i lesbijkach da naukę . Tak i my popadli w śliczne i wyśmienite bagno, gdzie przyzwoitość i prawda jako to, co w polityce niezbędne i chyba nie tak bardzo znów nadzwyczajne, ledwo dyszy, by nie powiedzieć, w deliryjnym jest stanie.  


Pozostawiam na moment

A będzie mi dane powrócić? 
Zaprzyjaźniłem się z wyjazdami i powrotami, choć wiem, że ten pierwszy dzień i ta noc pierwsza nie zdołają mnie jeszcze przejść do innego wymiaru. Potem będzie łatwiej. A jeszcze później nostalgia rozwinie skrzydła.
Najważniejsze, że zapominam. Zapominam stopniowo, majestatycznie i bezwolnie, odruchowo, o tym, o czym chciałbym zapomnieć, jak i też o tym zapomnieniu, do którego mnie przymuszono. 
Ktoś powie, że próżno i niepotrzebnie rozdrapuję rany, ale musi wiedzieć, że niektórym trudno jest natychmiastowo pozbyć się nałogu. Mnie to dotyczy. Nie potrafię tak od razu, na zew odpowiedzieć.
Dzisiaj, nocą, kolejny raz zwijam w rulon księgę napoczętą, która może i życie ratuje takim, jakim jest, jakim się stało i przy pomocy niewielu przyjaciół tli się jeszcze, czasem płomieniem rozbłyśnie czystym, zdrowym. I jeśli będzie mi dane, rozwinę, bo jeszcze coś do zrobienia mam, niewielkiego i niepozornego, lecz własnego.
Przyjaciół pozostawiam na ten moment, błysk krótki w długiej wieczności; przyjaciół rzeczywistych i tych w tej krainie pozostawionych, mniemam w dobrym zdrowiu i kondycji, niech im się szczęści i niech czekają, niech odpoczną, niech sobie pomyślą, że dobry gość to ten, który się nie naprzykrza i potrafi odejść na bok, jednocześnie zostając.
Chciałbym też sobie z Nim porozmawiać, bo dawno nie rozmawiałem, a wiem, że ilekroć zapraszam Go, przychodzi, nie czyniąc mi złośliwości, że tak rzadko jest zapraszany. I porozmawiam. Siądziemy naprzeciw siebie i pogadamy, bo czasami samo milczenie nie wystarcza.
Upuściłem też wspomnienie o ojcu i pewnie kontynuować będę, gdyż akurat w tym wypadku pamięć wciąż odżywa, i dobrze, bo coś tam pamiętać trzeba, a najlepiej wspominać dobre, złe zapominając.
A teraz choć odrobinę snu. Już czuję się zmęczony.

05 stycznia 2015

Sadze (szkic...fragment)

Z komina płynęły sadze. Drobniutkie okruszki niedopalonego węglowego miału krążyły w powietrzu z wiatrem. Czasami wpadały do oczu. Ich ostre, mikroskopijne krawędzie sprawiały ból.
W zależności od kierunku wiatru śnieg był czarny i płozy sanek hamowały nawet podczas zjazdów z niewielkich wzniesień na pochyłościach terenu. Aby zjeżdżać z górek należało więc przysypać trasę śniegiem podebranym spod spodu, a potem zalać tak spreparowany szlak wodą, aby powstał lód. 
Im dalej od zakładu, tym śnieg był bielszy, a oczy można było otwierać szeroko. 
Śniegu było dużo, bo zima przychodziła wtedy, gdy trzeba i najczęściej święta bieliły się śnieżnym puchem, a to zawsze przyjemniej niż po zmarzniętych grudach błota chodzić lub wręcz taplać się w ziemio-gliniastej mazi.
Na święta przynosiliśmy choinkę ze szkółki, w której dorastały świerki. Ojciec wybierał największe drzewko, sam je spiłowywał albo pozbawiał życia siekierą. Holowaliśmy drzewko na saniach, przedostając się przez zaspy. 
Nasza choinka nie miała szklanego czuba; miała gwiazdę, której jedno z ramion dotykało sufitu. Była przystrojona dziesiątkami bombek, srebrzystym anielski włosiem, nanizanymi na nici błyskotkami, soplami landrynkowych cukierków i łańcuchami.
Za oknem paliła się inna choinka - wielopiętrowy piec, który trawił kamień wapienny, aby w dalszym procesie defekacji rozdrobnione wapno dodane do cukrowego soku wytrącało kwas fosforowy i inne niecukry. Piec był oświetlony i właśnie z powodu licznie osadzonych na jego zewnętrznej powłoce lamp, nazywany był choinką. Do zasypnika pieca w wózkach poruszających się na szynach i wciąganych na górę przy pomocy mechanizmu wykorzystującego metalowe oblinowanie, dostarczane było wapno i węgiel. Co dwie minuty rozlegał się metaliczny, głuchy odgłos upadających węglowych i wapiennych kamieni.
Ojciec spędzał święta w domu przy choince oraz w zakładzie wytwarzającym cukier. Było mi go żal, że nie spędza z nami całych świąt, a trzeba dodać, że czasami pracował parę tygodni pod rząd po 12 godzin na zmianę. Ojciec wypoczywał w ostatnim z "przechodnich" pokojów. Nie spał jednak zbyt długo, nawet wtedy, kiedy był zmęczony i potrzebował więcej snu. Nigdy nie spóźniał się do pracy; wychodził wcześnie, po cichu, nie budząc nikogo.

Całe szczęście, że umarł i dzięki temu nie usłyszał z ust jednego z polityków, że organizacja, do której należał, była grupą przestępczą. 

Przymknięte oczy i głowa zwrócona ku ziemi zapobiegały przedostawaniu się do oczu niewielkich grudek sadzy. Trzeba się było nauczyć chodzić z opuszczoną głową, choć ilekroć wspominam ojca, nie opuszczam głowy; ignoruję sadzę oraz tego człowieka, który nazwał mojego ojca przestępcą.
(...)

03 stycznia 2015

Teatr jednego aktora

- Sprzątałam sobie, zamiatałam, od sceny paliłam światło; przechodzę dalej, między rzędami krzeseł i tam, pomiędzy czwartym a piątym, w samiuśkim środku, aż się przestraszyłam, zobaczyłam go; leży i drzemie, jakoś tak niechrapiąco, a czuć od niego alkohol, ale nie za bardzo, chyba jakiś smakowy; trącam go, a ten jak na nogi stanie; przestraszyłam się i to jak, zbladłam zaraz, a on dopiero co wstał i tłumaczy, że mu się coś śniło straszliwego i do rąk mi pada, i całuje, bo wziął mnie za wybawczynię od tego snu, co go tak poruszył; jak wstał, to wyglądał nawet przystojnie; chciał pomóc, więc mu szczotkę na mokro dałam, takiego mopa, niech po moim suchym pojedzie, kiedy do roboty skory.
Powiedzieć skąd jest, nie powiedział; tylko że z daleka, usłyszałam, a na przedstawienie przybył nie żeby się wyspać, ale że teatr lubi, nawet w takim miasteczku jak to, gdzie objazdowy przyjeżdża, a tak, to zwykle amatorzy grywają.
Dawniej, za moich czasów i córki, co teraz błąka się po świecie, za cyrkówkę-treserkę robi, to teatry pełne aktorów przyjeżdżały, nie jak teraz, jeden aktor przez całą godzinę deklamował; mówią, że dlatego, aby było taniej.
Wnuczka w mamę nie poszła. Domatorka. Jakby łańcuchem do tej pipidówy przywiązana; oświatą w mieście się zajmuje, bo skończyła studia i się zna. To ona tego aktora zamówiła. Raz dwa przyjechał, bo teraz aktory za pieniędzmi gonią zupełnie tak samo jak ludzie i choćby na zasraną prowincję, a przyjadą, zrobią ten występ i grzecznie pokwitują odbiór gotówki.
Wnuczka to aktorów, śpiewaków, zespoły rozmaite co tańczą, grają i śpiewają zaprasza, także literatów, choć do nich to trzeba prowadzić nabór ze szkół. Zaprasza, bo mówi, że chce, aby się coś we wsi działo, we wsi i miasteczku, bo u nas to niby jest miasto, ale takie mocno podupadłe, wsiowe. 
Sprzątnęliśmy, nie powiem, pół godziny nadrobiłam, więc pytam się jego, czy może głodny, bo jeśli głodny, na pewno głodny, to wnuczka w domu jest, to coś nawarzy, a ciasto to ma upieczone i jeszcze jej zostało, bo upiekła dla tego aktora. Grzeczny był, pochwalił, pojadł, ale taki małomówny był, jakby żałował słów i szykował je na spektakl.
Chciałam, żeby sobie wnuczka życie ułożyła, ale jak ma sobie ułożyć, gdy towarzystwa nijakiego nie ma, dom i praca, bez żadnej zabawy, a jak przyjaciółka przyjdzie jaka, to o tej robocie rozmawiają w kółko. Dawniej przychodził jeden, ale taki jakiś spryciarz był, wiele o sobie mówiący i dobrze, że sobie poszedł i nie przychodził potem wcale. Ale mnie wnuczki żal, taka zaradna, ładna i mądra... i nic. Powiedziała mi, że ona nadałaby się do Czechowa, a ja głupia nie zrozumiałam, bo zaraz zapytałam, czy ja go znam i czy go już zaprosiła, a ona wtedy, babciu, to taki pisarz, co pisał o takich jak ja. Już więcej się nie rozpytywałam, bo nie czytałam tego Czechowa, a że o wnuczce napisał, to bardzo miło z jego strony. 
Odmawiał, odmawiał, ale jakoś tak bez przekonania, bo głodny był, wiedziałam, a że z daleka, to pewnie strudzony. Jak można, będąc strudzonym, wyspać się na trzech twardych krzesłach bez obicia?
Dlatego poszedł za mną, poszedł jak ten owczarek sąsiadki, co to za każdym razem pod sklep mnie podprowadza i czeka aż wyjdę. A wychodzę późno, bo ze sprzedawczynią od dziecka się znamy, razem w jednym miesiącu żeśmy ślubowały i obie w jednym roku mężów swoich pochowały, to i mamy o czym gadać. A owczarek, choćby nie wiem co się działo, siedzi i czeka, to mu daję kawałek kaszanki, albo serdelka rzucę za tę jego wierność.
Jak ten owczarek za mną szedł; do domu go wprowadziłam; Agnieszka zdziwiona patrzy na niego, rada by nie wpuszczać za próg nieznajomego, ale mrugnęłam do niej, więc wpuściła; ten znów się wziął za rąk całowanie, dobrze wychowany, a ona przecież nie przywykła do tego i z tego zaskoczenia to się nawet do niego uśmiechnęła i gadali potem przy odgrzanym bigosie, co go ze świeżym chlebem podała, a potem przy cieście i kawie, a ja sobie odpoczęłam we własnym pokoju, lecz nawet nie zmrużyłam oka, bo myślałam.
Potem wnuczka puściła taka muzykę, co jej słucha często; nawet ja ja polubiłam, kiedy mi powiedziała, że takie smętne pieśni śpiewali gondolierzy w tej Wenecji, mieście na wodzie położonym, kiedy turystom zakochanym pokazywali pałace i kościoły. Pomyślałam sobie, że to pewnie muzyka o zakochanych jest, więc może i dobrze, że wnuczka z nim słucha, choć on pochodzi z daleka i nic a nic nie wiemy o nim, a napił się może tylko ze zmęczenia, z pragnienia, a może z samotności, bo z tej samotności to czasami się pije, bo nie ma z kim porozmawiać.
Potem zasnęłam, choć nie chciałam, a chyba późną nocą to wnuczka przyszła do mnie, aby mnie przykryć, tak myślałam, a ona wyrwała mnie ze snu, że niby chce ze mną porozmawiać, no i musiałam się odsunąć, bo Agnieszka powiedziała, że tej nocy nie może spać w swoim łóżku, bo temu nieznajomemu pościeliła, więc co miała robić; przyszła do mnie i rozmawialiśmy do rana, i ucieszyłam się z tej rozmowy, odetchnęłam z ulgą i tak mocno, tak mocno zacisnęłam kciuki.

A moje nazwisko "Waga"

Czy to jest z tego powodu, że w horoskopie dano mi na imię Waga, tego nie wiem; więcej, nie zważam na astrologiczne przepowiednie, mrugając na nie lewym okiem (prawym nie potrafię). Jednakowoż ta waga kojarzy mi się zawsze z szalami, na których umieszcza się odważniki (jedna) i towar - na drugiej. Zatem typowa "starożytna" waga pracuje poprzez uchylanie się podszalowych siodełek, to w jedną, to w drugą stronę i aby dojść do tego złotego środka równowagi, dziobki obu stron winny się zetknąć w namiętnym pocałunku. Zanim jednak w tę rozkosz popadną, pracująca waga uchyla się w strony obie, tak jak w życiu: raz jest się na dole, raz na górze.
Inni niektórzy prawią, że posiadacze imienia Waga cennie potrafią odmierzać ludzkie uczynki i sprawiedliwie je oceniają. Posiadają jakże ważną a pozytywną cechę wyważania dobra i zła w człowieku, takoż i wszelkie stany i sytuacje rozgrywające się wokół człowieczej jednostki pięknie mierzą. Nie wiem, czy im dowierzać, choć gdyby tak istotnie było, to pyszniłbym się z tej niezwykle budującej cechy posiadania.
Bliżej mi jednak do takiego wyjaśnienia losów zodiakalnej wagi, że potrafi być zmienną, że jej szale szaleją, to unosząc się na przypływu falach, to znów opadając wraz z zanikającym pływem.
Takoż i ja balansuję na uczuciach całkiem do siebie niepodobnych, jak te różnoimienne bieguny magnesu, co odpychają metal jedną swoją stroną, aby przyciągać drugą. Ten, kto mnie zna doskonale dowiedział się przecie, że mogę raz bratem-łatą być uśmiechniętym z kpiarskim spojrzeniem, humorem niespożytym, pomocnym i odpowiedzialnym. Z drugiej zaś strony bywam zgorzkniały, zamknięty dla innych, ponury jak chmura gradowa, okopujący się we własnym ciasnym i nieprzystępnym dla turystów świecie, przekornym jak mało które stworzenie.
Czasami jedno z drugim się miesza, próbując złapać równowagę, lecz tylko próbując, bo święty, niepokalany środek, stoicki, horacjański, zdaje się zbyt trudnym do zdobycia.
Z wiekiem, na przekór teoriom o przewadze doświadczenia nad młodzieńczą ulotnością, owym słomianym ogniem wysokopłonnym; z wiekiem głupieję, stając się przy tym hardym i ubogim w kompromisy z każdym, z którym mi nie po drodze. Bo też uznaję, że wiek mój w lata przebogaty dozwala mi na pozostanie nieco na uboczu głównej drogi i oną zaciekłość obrony poglądów swoich, i na zajęcie stanowiska wbrew innym, co masą nad urwisko lezą, co w stadnym pędzie akceptują wszystko, co im powiedziano za garść judaszowych sreber. Tak uważam siebie i stać mnie na to, abym zbliżając się do kresu wędrówki swojej, pozbył się tego, czego wcześniej mnie pozbawiano. Gotów więc jestem zrezygnować raz na zawsze (o czym tak pięknie pisałem) z przeszłości swojej nędznej i nietrafionej i tych wszystkich jej namiastek śmiesznie dzisiaj brzmiących. Stać mnie na to, abym pożegnał się z obywatelstwem swoim sparszywiałym, bo niczego już na ziemi, na tej ziemi nie osiągnę, bo usunięto mi spod tyłka ten mój kawałek podłogi i obracam się w krainie amoralnych dziwolągów, kłamstw łapanych jak motyle, durniów zasiadających na stołkach i durniów usiłujących tym pierwszym stołki spod ich rzyci odkopnąć. Takowoż dorosłem do wystawienia na przetarg publiczny swoich dyplomów wartych tyle, że (jako wyrzekał mój ojciec płynący już charonową łodzią) można je o kant pewnej części ciała potłuc, bo  mnie i innym nic po nich, no chyba że za muzealnym szkłem pochowane zostaną, ku przestrodze potomności. Co zresztą chcecie ze mną zrobić, zróbcie i nie chowajcie mnie zacnie, a za cmentarnym murem, bo wielce zgrzeszyłem i wobec mnie grzeszono srodze.
Takie to myśli obłąkane, lecz do bólu trzewi prawdziwe jedną z szal Wagi, nazwiska mego, dociskają do dna, a odważników równoważących ciężar przeogromny brakuje i deficytowo nie wystarczy, jak emerytur dla pospólstwa.
A że żyć mi jeszcze los kapryśny dozwala, to wielką jest tajemnicą niezgłębioną, a sensu tej tajemnicy wyszukać nie da się.   



01 stycznia 2015

Przedzimowe wieczory

W przedzzimowe wieczory i te zimowe, choć przesunięte w czasie albo zgoła nieobecne, do dawniejszych nie podobne, w te wieczory senne, mgliste; innym razem wietrzne, pierwszym śniegiem sypiące, siadam przy kominku, piecyku z symfoniczną, do czerwoności pomalowaną żarem rurą, przy piecu kaflowym, do którego przytulam policzek nieogolony; siedzę kołem z innymi na rozpostartej płachcie płótna, na folii, fasolę łuskam, obieram cebulę, dziadkiem orzechy łamię, drę gęsinie pierze albo... 
albo świeczki palę, aby rozpoznać rzędy wyrazów, aby starożytnymi rycinami, obrazami, malunkami nasycić wzrok własny, coraz słabszy, uzbrojony w szkło oprawne; słucham też, nie tylko kominowego wiatru i tego, co w niedomkniętych oknach świszczy; słucham tej muzyki skrzypiącej, dawnej, taneczne ronda i faranadole, pavany i gawoty albo słów opowiadanych w radioodbiorniku, a tam historie niezwykłe, czasami wręcz poetycko wzniosłe i tajemnicze i....
i rozmyślam przy tej pitnej czekoladzie, przy herbacie z rumem, rozgrzewając każdy atom swego ciała, a elektrony pędzące aż mrowią, dreszczy przydają ciału; rozmyślam i ołówki strugam, całą garść ołówków, cały ich kubek gliniany po promocyjnej kawie, po czym zapisuję, ach jak ja zapisuję te myśli słonymi smużkami ze skroni płynące, i niczego mi nie brak, niczego a ...
a jeśli zasypiam to wtedy, gdy oczy pijane, gdy nogi bezwładnie toczą się po wypastowanych podłogowych deskach, gdy głowa ciąży, kołysze się sztormowo; zatem przedostaję się przez te ciężkie powietrze, cięższe od mgły, jakby ścianą wody było; zatem płynę, dopływam, odpływam w sen boski, cudownie natychmiastowy i niczego mi więcej nie potrzeba, niczego... 

Noworoczne plany

Radca Krach małżonkę swoją ucałował i natychmiast po godzinie pierwszej trzydzieści udał się na posesję mecenasa Szydełki, który uczyniwszy podobnie względem swojej żony, telefonicznie przywołał inżyniera Beka, który z kolei już podążał śladem radcy, więc we trójkę niebawem się spotkali. Natomiast doktor Koteńko niespodziankę zrobił wszystkim, pojawiając się w charakterze pasażera pojazdu prowadzonego przez swoją żonę, która, jak się okazało, sama przez się zadeklarowała czterech panów bezpiecznie do kawiarenki dowieźć, choć przecie miasto niewielkie, aby koniecznie się w nim gubić chciano. Po drodze zatem pani Zofia Koteńkowa, spiskujących w noc pierwszostyczniową panów, do auta swego zabrała i bezpiecznie pod samą kawiarenkową posiadłość odstawiła, a pożegnawszy się z małżonkiem oświadczyła, że pobudkę ma na dziesiątą, więc jeśli dostojni panowie zechcą autem powrócić, to jedynie po tej godzinie, kiedy ona  pedagogiczne swoje oczy zamierza otworzyć.
W kawiarence był już stary pisarz, co z innej strony miasta pochodził, więc na podwózkę liczyć nie miał prawa oraz redaktor Pokorski, który ostatnimi czasy rzadko w kawiarence bywał, lecz czule przez radcę Kracha przekonywany, poprawną podjął decyzję o uczestnictwie swoim w szampańskim pasjansie, przez pana Adama, znanego w mieście kawiarennika, układanym.
Dziatwa zebrała się zatem przy złożonym z dwóch stole, wedle pieca i w pobliżu okna, skąd widok piękny się rozpościerał na one girlandy świecące nad miastem jak gwiezdnych komet pióropusze.
Oni tu na dole, a w komnacie na górze przepędzała tę noc wyjątkową, Maria z dziewczęcym dzieckiem swoim, tak przez wszystkich polubionym, a najbardziej przez kawiarennika, który prawił, że maluchne dzieciątko, jedynie do niego tak pięknie bezzębną swoją buźkę do uśmiechu składa, jakby to jego z całego miasta najbardziej polubiło. Litowano się tedy nad panem Adamem, gdyż każdy kto dziewczynkę niewielką postrzegł, ta do wszystkich się uśmiechała najpiękniej, bo też dzieckiem pogodnym była i płaczów niepotrzebnych nie wyczyniała. Z Marii z kolei, pierwsze zadziwienie ustępowało, zamieniając się w sporego rozmiaru radość, której jakoś ukryć nie ukrywała. Jakaś taka bardziej kobieca się stała, a też i mówiono, że nadmiar kobiecości w niej rozkwita i nie jest już tym dziewczątkiem podlotnym, smukłym a ulotnym; ot, macierzyństwo, na szczęście, krągłości jej ciału przyniosło, co też pan kawiarennik Adam docenił najbardziej. Czy aby nie zanadto?
Dośćże o piękniejszym świecie gadania; przełóżmy je na potem, bo dzisiejszym celem wizytacji miała być noc pierwsza, styczniowa, w ściśle męskim towarzystwie przepędzona, przy koniakowym alkoholu z samego miasta Cognac pochodzącym, przeto wytrawnie wyborowym, od którego głowa, jeśli się zakręci, to zakręci cudownie wokół osi ciała i też na właściwą orbitę się wznosząc, samymi najlepszymi pomysłami błyska.
Któż nie zna tych cudownych, słynnych mocy koniaku.
Pierwsza butelka służyła wspomnieniom o minionym roku, nostalgicznym, z rzadka uśmiechniętym, a to względem świata, który co i rusz swoje niecne oblicze pokazywał, nie chcąc, aby się nim cieszono. Stanęło jednak na tym, że w przyjaźni siła, więc i raźniej w zgranej komitywie odbierać kopniaki od życia, bo mniej bolą, a w razie potrzeby oddać można i skutecznie odpowiedzieć mądrością wspólną na ogłupiałe knowania tych, co światem rządzą jak chcą i jak chcą rządzą. W ten sposób butelka pierwsza zakończyła się może nawet nie na świętach całych, lecz na Marii powrocie, co wspólnie uznano za wydarzenie minionego roku i przyczynek do otwarcia nowej flaszki.
Druga butelczyna, a z nią, ku zazdrości nieobecnych, trzecia,  wiodły swój żywot pośród planów i noworocznych postanowień. Ponieważ w kawiarence odbyło się ono planowanie, to nie trudno zgadnąć, że dotyczyło ono w znacznej mierze kawiarenkowych treści. Podczas gdy rozochocony kulinarnym sukcesem inżynier Bek obmyślił sobie urządzić kiedyś kulinarne zawody, pan doktor Koteńko napomknął coś o fortepianie, który warto by w sali postawić i wykorzystać godnie (a wywiedział się, gdzie takowy mebel niesłusznie niszczeje). Panowie Krach i Szydełko umyślili sobie na wiosnę jakowyś plener na obrzeżach kawiarni zainstalować, aby później ściany kawiarenki ucieszyć malarskimi widoczkami. Pan redaktor Pokorski tym pomysłem zachłannie się zachwycił, albowiem sam para się rzemiosłem bazgrania po płótnie, lecz on głównie w portretach gustuje, więc z chęcią na pierwszy ogień obrałby panią Marię z dzieciątkiem. Zadziwił tym wyznaniem kawiarennika Adama, który w pierwszym geście zaskoczonych oczu pokazał nie byle jaką zazdrość, lecz prędko zważył w sumieniu swoim to niegrzeczne uczucie, dochodząc do wniosku, że taki portret nad wspólnym z Marią łożem, widzianym byłby przez niego więcej niż uprzejmie. W tym miejscu, po zajrzeniu do myśli pana Adama, myśli o tym wspólnym łożu okazało się, że tajemnica dzielenia wspólnej nie tylko komnaty z niewiasta młodą a w macierzyństwie zwłaszcza, urodziwą, warta się stała funta kłaków. Aby przepędzić na chwilę znaczącą przyjaciół swoich myśli o sekretach alkowy, które sekretami być przestawały, kawiarennik oświadczył, że skoro tak rozległe szykują się plany, to on raz a porządnie pod plenerową imprezę ogród na zapleczu będący uporządkuje, aby zaświecił przykładem zachęty dla artystów.
Natenczas milczący w kącie podokiennym, ze sławnym kajetem w ręce stary pisarz, z wysiłkiem dwóch butelek koniaku głos zabrał z cicha.
- Panie Adamie, a czy mieszkanko, jakie onegdaj zajmował pan Edward, przed wyjazdem na wieś (dla niewtajemniczonych, pan Edward, postać bezrobotna, przez kawiarennika czas jakiś temu pod dach przyjęta, gdzie mu mieszkanko niewielkie zapewniono, aż do czasu, kiedy na łono rodziny swojej odległej, do wsi równie odległej wyjechał, aby tam miało się okazać, że uczynnym i zgodnym współdomownikiem został, o czym zresztą rodzina Edwarda w korespondencji do kawiarennika skierowanej donosiła), czy to mieszkanko na jakiś czas wolnym pozostanie?
- Wolnym będzie - potwierdził Adam - czyżby spotkała pana jakaś przykrość związana z mieszkaniem- zapytał.
- Nie, nie - zaprzeczył stanowczo stary pisarz - tak się stało, że zaprosiłem jedną kobietę do siebie, to znaczy nie do siebie dosłownie, lecz do naszego miasteczka i tak się zastanawiam, czy zamiast w hotelu, nie spróbować tutaj pomieścić ją na czas niedługi.
- Serdecznie zapraszam pańską przyjaciółkę - odparł Adam - a przy okazji pozna się z Marią, więc, jak sądzę, warto i tę pieczeń upiec.
- No to Alena się ucieszy - wyszeptał stary pisarz.
Skończono trzecią butelkę; zaczęto... o nie, trop fałszywy... zaczęto przed piątą rano od kawy...