Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

31 października 2015

Z WYKOPALISK [CZERWIEŃ]

Czerwień na drzewcu kojarzona jest 
z czymś o czym nie wolno pamiętać,
kiedy szedłem na spotkanie
z ojcem powracającym z pracy
mijałem olbrzymi magazyn 
wypełniony truskawkami,
wracając do domu w czerwcowe popołudnie
widziałem wysokie czoło ojca
zasunięte  krwawą opalenizną
która po jakimś czasie brązowiała,
przechodząc obok magazynu
nieznajoma kobieta 
wręczyła nam kobiałkę truskawek,
ręce kobiety ociekały czerwienią,
pewnego dnia
w dojrzewającym zaniedbanym życie
zrywałem maki
a dziewczynka
z czerwonymi wstążkami we włosach
rumieniła się na samą myśl
że za chwilę podaruję jej
bukiet zachodzącego słońca.

[czerwiec 2008, poprawiony]

UPADEK

Jak wygląda upadek? Z tej, z innej strony, z bliska i z dalekiej perspektywy. Podejdź i przyjrzyj się, być może tego nie doświadczysz.
To bardzo prawdopodobne, że upadek nie stanie się udziałem wielu. Mowa o prawdziwym, bolesnym upadku. 
Wczesnym ranem, o godzinie szóstej czterdzieści siedem odszedł od nas ukochany ojciec, stryj, mąż i dziadek. Zakończył swój żywot podczas pięknej katastrofy, którą zauważono po dwóch tygodniach, wskutek czego ciało naszego nieodżałowanego ojca, stryja, męża i dziadka znajdowało się w stanie zaawansowanego gnicia, ulegając zwykłego w takich okolicznościach rozpadowi.
Prawdopodobnie gdyby nie ten odór towarzyszący procesowi stopniowej degradacji materii, nieobecność ojca, stryja, męża i dziadka byłaby niezauważalna.
Sąsiadka denata wietrzyła codziennie pokój, otwierając okna na przestrzał, albowiem sądziła, że ten przykry zapach (sąsiadka jest niezgorzej wychowana i z tego powodu nie posłuży się językiem rynsztoku) ma związek z kierunkiem wiatru wiejącym od północy, gdzie usytuowano rzeźnię trzody chlewnej. Tymczasem ten zapach to wynik rozpadu zwłok sąsiada.
To oczywiście pewien skrajny przypadek upadku - unicestwienia żywego organizmu, który był człowiekiem i przestał nim być.
Istnieją również inne formy upadku, z których prawdopodobnie najczęstszą jest ta, charakteryzująca się stopniowym zanikaniem, a może inaczej - znikaniem człowieka, który nie ma już powodu do życia.
Obił mi się o uszy jeszcze jeden szczególny przypadek.
W telefonicznej, mailowej, jakiejkolwiek innej rozmowie interlokutor zdradził, że był ciężko chory i, na szczęście (albo na nieszczęście) powrócił do zdrowia.
- To byłeś chory? Nie wiedziałam. Nic mi nie mówiłeś - usłyszał lub odczytał.
- Miałem nadzieję, że wyzdrowieję i nie będę musiał mówić o swojej chorobie. Teraz, kiedy najgorsze jest już poza mną, mogę się pochwalić tym, że zwalczyłem chorobę i czuję się dobrze - była bliska płaczu i pozostawała w stanie głębokiego wzruszenia do czasu, kiedy się okazało, że jej rozmówca nie jest tym, o kim myślała. Niezwykły przypadek sprawił, że wzięła go za kogoś innego i gdy sprawa się wyjaśniła, powiedziała:
- Wiesz, tak bardzo się o niego bałam. Nie pomyślałam o tym, że może być chory. Jak to dobrze, że był i jest zdrowy.
Nie odpowiedział jej nic, bo zasnął.
Tak mi się wydaje, że w chwili upadku człowiek jest najbardziej samotny. Wchodząc na szczyt to możesz nawet liczyć na to, że ktoś poklepie cię po plecach, doda otuchy, albo dyskretnie chwyci cię za pasek od spodni, aby znaleźć się na szczycie razem z tobą.
A kiedy schodzisz w dół, zbiegasz lub wręcz staczasz się, nie pilnując powrotnej drogi, jesteś albo przedmiotem wdzięcznej obserwacji, albo też nikt się za tobą nie obejrzy.

28 października 2015

CZOŁÓWKA

Mój osobisty Anioł polecił mi skręcić kierownicą w prawo, lecz nie za mocno, bo u nas jest moda na głębokie pobocza, więc wszystko jedno czy odebrać uderzenie na wprost, czy fiknąć autkiem pięknego koziołka. 
Skończyło się na całkiem głośnym huku i eksplozji lusterka.
Tylko czemu tamten uparł się, aby wyprzedzać "na trzeciego". Życie mu, podobnie jak mnie, nimiłe, czy sobie zażartował?
Czasami ma się tego farta... do kiedy?

26 października 2015

NAD STAWAMI (fragment 4.)

I co mam z tym począć? Nieoczekiwany obraz, przeżycie, wspomnienie, déjà vu… jak wtedy, gdy miałem jeszcze tyle sił, aby móc projektować swoją przyszłość, lecz teraz nie mam sił, mam ich coraz mniej i z każdym razem mniej, więc nie ma to sensu. Przykryję ją jeszcze tym kawałkiem brezentu… nogi, zwłaszcza nogi, bo od nóg wiele zależy. 
A tu szyby mokną, popłakują sobie, po chłodnych taflach zsuwają się drobne kropelki wilgoci, przytulają się do siebie, łączą, ogromnieją, zmieniają trasę podróży po oknie, przyspieszają bieg i  rozpływają się gdzieś na wypłaszczonej, chropowatej powierzchni podszybia. 
Ona śpi i jej ciało nie jest już podkulone, zwinięte; korzysta z możliwości swobodnego przemieszczania się po posłaniu, a krępuje ją jedynie ta sterta pościeli w postaci koców, dzięki którym nie odczuwa chłodu. A za oknami auta tuż przed rozbłyskiem słońca zapanował chłód. Właśnie powrócił stamtąd zauroczony widokiem oszroniałych traw, tej zmrożonej, osiadłej na wodach mgły, tej przenikliwej ciszy, która pogłębiała uczucie odosobnienia.
Powinienem uruchomić silnik, bo nad ranem jest najzimniej i kiedy się obudzi, nie powinna odczuwać tego chłodu, lecz jeśli to zrobię przerwę ten sen niewinny, spokojny, pożądany, więc lepiej już nałożyć na jej ciało kolejną ochronną warstwę w postaci tego brezentu. Przypominam sobie, że podobnie było w tej mojej pierwszej opowieści. Ten obraz opieki nad zlęknionym, niewinnym ciałem tamtej postaci wciąż mnie prześladuje i, proszę, powraca teraz, i muszę konfrontować wyobraźnię z rzeczywistością.
Tak, teraz jest dobrze. Dotknąłem jej stopy. Świadomie dotknąłem jej stopy, aby się przekonać, czy jest ciepła… i jest ciepła… dobrze…. zawinę ją jeszcze, zanim narzucę brezent.
A tak w ogóle to powinienem się nią zająć i rozpytać, dlaczego się włóczy, co jest tego przyczyną, i muszę ją koniecznie nakarmić i odwieźć do domu, bo tam się o nią martwią, a ona jest zbyt młoda, aby wiedzieć, co robi, i muszę jej powiedzieć, że ten jej bunt nie ma sensu, i w ogóle powinna się zachowywać racjonalnie, a jeżeli ma jakieś problemy, także z sobą, to może lepiej niech poszuka u kogoś pomocy, no przecież każdemu można pomóc, nawet w tych naszych, zidiociałych czasach. Tak, muszę postępować rozsądnie. Oczywiście postaram się nie być apodyktyczny… bez żadnej tam przesiąkniętej dydaktyzmem perswazji… nie, na spokojnie to jej powiem.
A jeżeli będzie inaczej? Jeżeli nie zdołam jej przekonać, wyperswadować… a jej włóczęga nie jest kaprysem niedojrzałej nastolatki a jej świadomym wyborem? Przecież ja również dokonałem wyboru.

- Pan zawsze mówi do siebie? - usłyszał nagle jej głos.
- Nie zawsze… czasami - odparł.
- Proszę mnie wyswobodzić. Chciałabym do toalety - powiedziała.
- Do toalety?… - zastanowił się, rzucając w jej stronę szczery uśmiech - jak wyjdziesz z auta, druga w prawo.
- A, dziękuję. Jak chcę, bywam pojętna. Teraz na pana kolej - wydobywała się z pościeli.
- Na mnie kolej?
- Teraz pan ma się przespać, jasne?
W tym momencie ostry promień słońca wdarł się do wnętrza busa przez wciąż zamglone okno po wschodniej stronie.
- Jasne - odparł, podtrzymując nader swobodny charakter rozmowy.
- Ma pan coś zapalić?
- Jest coś w szafce pod radiem, ale…
- Tak, wiem, nie powinnam palić.
- Nie powinnaś.
- Powinien pan wiedzieć, że nie uzależniam się od palenia.
- To bardzo dobrze.
- Nie zrozumiał pan, albo ja nie wypowiedziałam tego dostatecznie jasno. Ja się nie uzależniam tylko od  p a l e n i a.
- Ciekawe…
- Też tak myślę. No, dobrze, kiedy wrócę z toalety, chciałabym widzieć pana zagrzebanego w te koce. Pozostawiłam po sobie trochę ciepła pod nimi.
- Ależ doceniam to.
- To dobrze. Kiedy będzie pan spał, pozwolę sobie pobuszować w pana zapasach i zrobię dla nas dwojga przepyszne śniadanie. 
- Buszuj sobie, buszuj.
- Aha, przepraszam za tę rybę. Mogłam ja podciąć. Wiem, jak to się robi.
- Nie ma sprawy… w wędkarstwie złowienie ryby nie jest najważniejsze.
Wyszła do „toalety”.

24 października 2015

NAD STAWAMI (fragment 3.)

- Zanim się auto rozgrzeje, okręć się tym - powiedział, rzucając w jej stronę koc.
Chwyciła go i owinęła nim plecy i szyję. Siedząc na wędkarskim krzesełku, pochylona, niemal cała zakryta kocem, którego dwie węższe krawędzie zaciskała kolanami, sprawiała wrażenia niższej, niż nią była w istocie, ot przypominała takie skulone, zamknięte w sobie, zwinięte w kłębek zwierzątko.
- Jak dziecko, zupełnie jak dziecko - mówił do niej powracając z samochodu, którego silnik nabierając temperatury, turkotał teraz coraz równiej.
Podszedł do niej i przeciągnął otwartymi dłońmi po jej plecach, od szyi po biodra. Rozcierał je, nie zachowując należytej delikatności.
- Teraz zadzwoń. Ktoś tam na ciebie czeka i niepokoi się. Masz chyba komórkę? - tłumaczył może nie agresywnym, ale szorstkim głosem.
Skinęła głową bez przekonania, jak gdyby tym nieśmiałym potwierdzeniem chciała choć na chwilę uciszyć mentorski ton głosu, jakim się do niej zwracał. Spodziewając się, że zadzwoni, wrócił do auta, nastawił czajnik z wodą na turystyczną butlę gazową i zrobił kanapkę z żółtym serem. Czekał jeszcze chwilę, aż woda zacznie wrzeć i wtedy zrobi jej gorącej herbaty. Chociaż warkot silnika przewyższał swą mocą każdy głos, w przypadku, gdyby rzeczywiście prowadzili z sobą konwersację, poczuł, że dziewczyna jednak rozmawia przez telefon i chyba nawet zobaczył rozbłyski wyświetlacza jej komórki.
- Nad ranem, jak mi Bóg miły, będzie przymrozek, a ona w takiej zwiewnej kurteczce nad wodę się wybrała - mówił do siebie - zupełne szaleństwo.
W końcu zalał wrzątkiem okrągłą torebkę herbaty, dodał do wywaru dwie łyżeczki lejącego się miodu, zamieszał, postawił szklankę z herbatą i talerzyk z kanapką na niewielkiej, okrągłej tacy, i z tym wszystkim poszedł do niej. Przykucnął przy niej i podsunął tacę niemal pod sama jej twarz.
- Najpierw się napij, to najważniejsze - powiedział - rozmawiałaś?
Podniosła z tacy szklankę z herbatą i pociągnęła z niej dwa solidne łyki. Potem zaczęła jeść.
- Dzwoniłam do ciotki. Powiedziałam, że zostałam na noc u koleżanki - odparła.
- Będąc twoja ciotką, nie dawałbym wiary twoim słowom. Ale nic, najważniejsze, że usłyszała twój głos, a burę i tak dostaniesz, tyle że później. Ty wiesz, dziewczyno, że się włóczysz? Nie boisz się włóczyć po nocy?
- Mnie jest wszystko jedno, czy w nocy, czy w dzień - wykrztusiła przełknąwszy kęs bułki z serem.
- Co ty nie powiesz? Wszystko ci jedno?
- Pan nigdy tak nie miał? To znaczy nie włóczył się pan?
- Czasami, ale nigdy w takim letnim wdzianku w październikowe chłodne noce.
- Tak wyszło. Nie słuchałam prognozy pogody.
- Zdaje się, że masz problemy za słuchaniem tego, co do ciebie mówią rozsądne osoby. Nie chcę się wymądrzać, ale to nie był dobry pomysł - skwitował - nie wypijaj do końca herbaty!
Znów oddalił się od niej, wszedł do samochodu i powrócił nad wodę trzymając w prawej dłoni dwa kieliszki wypełnione w trzech czwartych wódką. Zawartość jednego z nich wlał do herbaty, którą piła.
- Widzisz do czego to doszło? Karmię małolatę alkoholem. Ale nie marudź, wypij to, rozgrzejesz się, niestety nie mam żadnego lekarstwa.
- Jeśli o to panu chodzi, to skończyłam osiemnaście lat.
- Ciekawe, wcale nie wyglądasz na to, że skończyłaś.
Zrobiła jeden, bardzo powolny łyk. 
- A jaki jest powód tego, że dzisiaj zboczyłaś z drogi do domu? Powiesz?
Dziewczyna odwróciła od niego głowę. Jeszcze raz zaczerpnęła alkoholowej herbatki i nie przerwała milczenia.
- Dobra, na ten czas nie musisz nic mówić. Nie to jest teraz najważniejsze - stwierdził - najważniejsze jest twoje zdrowie.
Wypił przyniesioną wódkę, odstawił na bok kieliszek i ponownie zaczął rozcierać jej plecy zasunięte kocem. - No jak, lepiej już?
- Lepiej - powiedziała - dziękuję. Już nie jest mi zimno. Tylko nogi…
- Przygotowałem ci posłanie i jak tylko dopijesz herbatkę, przejdziesz grzecznie do auta i jeszcze grzeczniej położysz się spać. Puściłem ogrzewanie. Nie zginiesz z zimna.
Spodziewał się jakiejś formy buntu z jej strony, lecz nic takiego nie nastąpiło, co tłumaczył sobie tym, że jest zmęczona.
- Dobrze - powiedziała ugodowo, lecz po chwili zapytała: - A pan?
- Ja przyjechałem tutaj na ryby - odparł beznamiętnym tonem głosu.
- Na ryby? - zastanowiła się - to w takim razie będzie pan musiał założyć żyłkę do jednej z wędek. Kiedy był pan w aucie, najpierw usłyszałam dźwięk dzwoneczka, potem jedna z wędek wygięła się tak strasznie i usłyszałam taki świst i „plum”. Zdaje się, że ryba ukradła panu żyłkę.
Nie widział przecież jej twarzy, lecz nabrał przekonania, że nagle pojawił się na niej uśmiech, którego jeszcze teraz nie oczekiwał.
- Masz ci los - westchnął, a kiedy dopiła herbatę, podprowadził ją do samochodu, rozsunął boczne drzwi, a kiedy weszła, zasunął je i przeszedł nad wodę, w której grasowała ta sprytna ryba.

23 października 2015

NAD STAWAMI (fragment 2.)

- Przecież że połów nie polega na tym, aby koniecznie złapać rybę - powiedział do siebie, zastanawiając się, czy przypadkiem jego głos nie jest niepotrzebnie przez kogoś słyszany, bo nad wodą cichą i spokojną, każdy szept może wzniecić pożar słów, które po tamtej stronie akwenu zapłoną w uszach tych, co słyszeć i słuchać potrafią. 
Zapalił latarkę, kierując smugi srebrzystego światła w miejsca, gdzie kąpały się spławiki obu wędzisk. Nie poruszały się; jedynie kołysały łagodnie, wtórując drobnej, niemal niedostrzegalnej, martwej fali. Nie słyszał też dźwięku dzwoneczków przytroczonych do żyłek, których to metaliczny pogłos jako pierwszy meldowałby o tym, że jakieś wodne stworzenie zainteresowało się przynętą, opływa ją, zbliża pysk, wreszcie trąca ją i skuszone ruchem, a może i zapachem, połyka wraz z hakiem, ciągnie w głębinę, a żyłka napręża się, a szczytówka wędki staje się napiętym łukiem.
Nic takiego dotąd nie miało miejsca, więc siedział wygodnie na składanym krzesełku, a dłonie ogrzewał ciepłą szklanką, którą przed chwilą zalał herbatą. Opróżniał ją bardzo powoli, gasząc pragnienie gorzką esencją ulubionego napoju.
Przypomniał sobie, że w pobliżu tego łowiska, które teraz zajmował, zlokalizował scenę jednego z pierwszych swoich opowiadań. Chodziło w nim o oddanie tego specyficznego klimatu rodzącej się miłości dwojga młodych ludzi, nie podejrzewających tego, że nagła zmiana pogody zbliży ich do siebie i zatracą się w tym zgoła nieoczekiwanym związku, i niszcząc za sobą mosty uciekną przed ludźmi jak wygnańcy z raju, i ślad wszelki o nich zaginie.
Albo ten fresk opowiadający o ostatniej podróży kolejką wąskotorową - symbolem upadku minionego świata - to opowiadanie umieścił również w scenerii tych okolic, w miejscu gdzie pobliskie łąki odgradza od pól uprawnych torowisko, dzisiaj zarosłe chwastem, wyszabrowane z podkładów, z szyn, po których dawniej przemieszczały się wagony towarowe i podróżne, słowem nastąpił upadek nikomu nie potrzebnego już świata.
Przysypiał z przymkniętymi oczami, a może nie, może gromadził kolejne obrazy, pragnąc z nastaniem dnia zapisać je w notesie ku pamięci; a czynił to ostatnio coraz częściej, gdyż z wiekiem przybywało mu myśli, z którymi często nie dawał sobie rady. Tak wiele ich było, że musiał je porządkować, uwalniać jedne kosztem uwięzienia w pamięci drugich.
I nagle usłyszał jakby szelest, jakby czyjeś kroki, a w każdym bądź razie coś przerwało mu to zamyślenie, w jakie popadł. Być może był to również dźwięk czyjegoś głosu, a może to tylko urojenie lub dźwięczący dowód na to, że znalazł się na krawędzi snu, a ów odgłos właśnie ze snu pochodzi, a nie z tego świata. Tak mocno słuch swój natężył, a wciąż nie odwracał głowy, że posłyszał jakby oddech… wciąż „jakby”, bo niczego nie mógł być pewien. Drżał już z zimna; chłód nocy objął jego nogi, potem szyję i plecy, lecz nie chciał jeszcze powstać, chciał jeszcze raz usłyszeć ten szelest, dźwięk nieznany, poszum oddechu i w pewnej chwili, aby nie wzbudzać w sobie lęku powiedział na głos, co nocą mogłoby się wydawać krzykiem:
- Kto tu jest?
I nie uzyskał odpowiedzi, a kiedy echo jego głosu przepadło bezpowrotnie, topiąc się w zimnej, stojącej wodzie stawu, zdawało mu się, że po wypowiedzeniu tych kilku słów zapadła jeszcze głębsza cisza. On jednak powtórzył zapytanie:
- Kto tu jest?
Dopiero wtedy wstał, obrócił się na pięcie i ujrzał jak z olszynowej gęstwy wypływa rumiany półbochen księżyca, a pomiędzy tym blaskiem a miejscem, w którym stał ukazała się czyjaś postać, szara, niemal grafitowa.
- Zimno mi - usłyszał - bardzo mi zimno.

21 października 2015

NAD STAWAMI (fragment 1.)

Nad wodami mętny dym mgławicy uniósł się i natychmiast poszarzał, i chociaż do zmroku akurat tyle czasu pozostało, ile do obejścia wszystkich pięciu stawów, jakaś ponura szarość zapanowała nad łąkami, nie pozwalając wciąż jeszcze wysokiemu słońcu toczyć złocisty krążek po półkuli niebios.
Przystanął w tym miejscu, gdzie spokojne wody najmniejszego i najodleglejszego od osiedla stawu, zamkniętego od zachodu szeroką, piaszczystą plażą, odbijały w swej matowej toni olszynowy lasek, ciągnący się wąskim pasem wzdłuż skromnej, wąskiej rzeczki zmierzającej ku miastu.
W październikowe popołudnie ciepło wspominał ten zakątek świata, gdzie spędzał swoje dziecięce i młodzieńcze chwile, był wyludniony. Mógł zatem swobodnie postawić auto tam, gdzie zechciał, na mokrym, zbitym piasku plaży, w niewielkim oddaleniu tak od brzegu stawu, jak i też od olch dostojnie panujących na wzgórzu nad rzeczką.
Miał tu w pobliżu jedno takie miejsce, w którym odległymi czasy łowił szczupaki i węgorze. Była to niewielka zatoczka wciśnięta pomiędzy szpalery sitowia, do której dochodziło się suchą nogą, gdyż ktoś tam zadbał o to, aby podsypać dróżkę aż po krawędź wodną grubokamienistym żwirem. Jeszcze raz zapragnął popróbować swych sił w wędkarskim rzemiośle, czego już dawno nie czynił, lecz ciągnęło go do tej samotnej przyjemności przebywania w towarzystwie natury i własnych myśli, a także do poprowadzenia rozmów z samym sobą z dala od ludzi.
Miał przygotowane wszystko do tej przynajmniej jednonocnej wyprawy. Jeśli chodzi o połów - dwa wędziska, przynętę, latarki, stołeczek, ciepłe ubranie na chłodne październikowe noce, kuchenkę gazową i trochę wódki, gdyby nie poskutkowały inne metody rozgrzania wnętrzności.
Przygotowany był również na spędzenie nocy, a zwłaszcza przedświtu w aucie - starym, przestronnym busie, którego największą zaletą było to, że po usunięciu dwóch rzędów siedzeń mógł w nim rozwinąć materac, położyć na nim koce, a i tak zostawało miejsce na bagaż, prowiant, na wciśnięcie wędzisk, na stolik, przy którym mógł w przypadku niepogody przygotować i spożyć posiłek. Ta samowystarczalność i darowany czas były chyba najpiękniejszym prezentem od losu, jaki dostał, i nawet ta mglista szarość panująca nad krainą jego młodości nie zdołała zakłócić dobrego samopoczucia, w jakim się pojawił, dawno tutaj nie widziany. A zagnały go w te miejsce wspomnienia i chęć konfrontacji z nimi rzeczywistego stanu, w jakim obecnie pozostawały stawy, łąki, drzewa zasadzone kiedyś na ich obrzeżach, sięgające aż po dalekie pola i torowisko nieistniejącej już kolei wąskotorowej. Dlatego pierwsze, co zrobił, to przechadzka po łąkach, objęcie dłońmi solidnych wysokich brzóz, które sam sadził, dotarcie do prastarych jabłoni, rodzących twarde słodkie kosztele (ze zdziwieniem przekonał się, że staruszki mają jeszcze owoce i poczęstował się nimi), spędzenie kilku w nostalgię ubranych mostków przeciągniętych ponad przewężeniami stawów. Przypomniał sobie ten czas, kiedy któregoś lata postanowił przepłynąć wszystkie stawy wzdłuż, a te dwa trzy większe to nawet opłynął wokoło brzegów. Tak, to było co najmniej pięć kilometrów pływania… i nie czuł zmęczenia… nie to, co dzisiaj.
I kiedy wracał w miejsce, gdzie pozostawił auto, mgła nagle uniosła się w przestworza, zabłysło rumiane przedwieczorne słońce, a na niebiesiech pozostały jedynie okruchy chmur, ciągnące się wąską, przerzedzoną smużką na wschodnim skraju horyzontu.
Powoli na ziemię zstępował chłód wieczoru.

20 października 2015

DE BA TA

Jakże to tak… w porządnej kawiarence debatująca polityka? Trudno, pójdę do tej Canossy we włosienicy, ukorzę się, zażądam dla siebie kary.
Po pierwsze ta debata pomiędzy paniami to naciąganie prawa, zgoda na nierówny dostęp do mediów, wskazywanie na zwycięzców na podstawie sondaży wyborczych, nieliczenie się z tym, że wszystkie komitety, którym zezwolono na utworzenie list wyborczych we wszystkich okręgach spełniły wymagania złożenia określonej liczby podpisów poparcia, a zatem każda z tych partii powinna mieć takie samo prawo dostępu do prezentowania swoich programów, wyrażania własnych opinii i poglądów.
A bo to pierwszy raz w Polsce łamane jest prawo? Kogo to obchodzi?
Zatem telewizja publiczna jasno określiła, kto może być zwycięzcą: - PIS lub PO. 
Gdybyśmy teraz przeszli z politycznego bagna na piłkę nożną, która, nota bene, również niewesoło pachnie za uszami, to organizując kolejne mistrzostwa świata, wystarczyłby na tę chwilę pojedynek Niemiec z Argentyną, bo piłkarskie reprezentacje obu tych krajów zajmują dwa czołowe miejsca w rankingu FIFA.
Ale nie będę się pastwił nad „publiczną”, bo to nie ma sensu. Widzowie i sympatycy obu partii mieli swój show, to najważniejsze.

Kto mnie zna, lepiej czy gorzej, ten wie, że w wyborach nie uczestniczę i jest to mój świadomy wybór; także dlatego, że nie lubię takich „ustawek” i nie chcę głosować przeciw komuś, lecz za.
Z natury, a także z wychowania jestem lewicowcem, lewicowcem dinozaurem, dodam, obracającym się wokół pewnych myślowych schematów takich jak: równość, sprawiedliwość, praca dla tych, którzy chcą pracować, równy dostęp do edukacji, kultury, służby zdrowia; państwo neutralne światopoglądowo, lecz nie zwalczające żadnych religii, w gospodarce: i własność prywatna, i spółdzielczość i własność państwowa, a obcy kapitał, proszę bardzo - na identycznych zasadach jak krajowe podmioty; w polityce zagranicznej: najlepsze stosunki ze wszystkimi sąsiadami, UE na równych zasadach, wyjście z NATO, bo wojenek nie znoszę, a na pierwszym miejscu człowiek: likwidacja tej przerażającej dysproporcji w zarobkach, a policja i wymiar sprawiedliwości służbą na rzecz społeczeństwa, tych wszystkich poszkodowanych, oszukanych, tych, których nierzadko nie stać na obronę swojej godności, nie zaś prawo konstruowane pod wymogi i dyktando korporacji, bandytów, złodziei i hochsztaplerów… mógłbym tak ciągnąć dalej.
Niesamowite wymagania, prawda? Dla mnie normalne.

Jeśli więc wspomniałem o lewicowości swojej, to czemu nie stawiam krzyżyka przy Zjednoczonej Lewicy? Czemu? Bo z mojej perspektywy lewicą nie jest, lecz zlepkiem ludzi o oportunistycznej wizji świata. Już za samo przymierze z USA, za tę każdorazową, pokorną zgodę na wszystko, czego zażądają od nas jankesi, „lewicy” nie szanuję. Nazwałbym to dobitniej, gdybym był trochę gorzej wychowany, więc ograniczę się do alegorii, w której występuje język i pewna, nie zawsze sympatyczna w odbiorze część ciała.
Czy to tak trudno zrozumieć, że nie chcę, aby Polska, wprowadzała demokrację do wszystkich niemal krajów świata, wzorem Stanów Zjednoczonych, siłą?
W ogóle to mierzi mnie to, co obecnie aż w nadmiarze w naszej, polskiej, platformianej racji stanu występuje, ta skłonność do pouczania innych, ba, nie tylko przywódców, ale i całych narodów. Niby dlaczego Rosja ma być państwem rządzonym na takich samych zasadach jak Francja czy Wielka Brytania? Dlaczego autorytarne rządy Arabii Saudyjskiej są cacy a Białoruś Łukaszenki jest be? 
Dla mnie to idiotyzm, to cyniczna hipokryzja, ideologiczna i polityczna poprawność, która może doprowadzić do szału wszystkich tych, którzy potrafią myśleć samodzielnie i nie działać pod wpływem sugestii stetryczałego guru polskich elit, fanatycznego nieprzyjaciela Rosji Putina, imć Michnika, którego poglądy niejednemu zdołały zrobić z mózgu wodę.
Na „lewicę” zatem nie zagłosuję, gdybym miał głosować, i kiedy tak się po różnych komitetach rozglądam, to pewnie najbliżej by mi było do „Partii Razem”, choć, jak wspomniałem wyżej, publiczna telewizja już ustaliła, że „Partia Razem” wyborów wygrać nie może.
Owszem, przepiękną „gadanę” wyczynia czasami PSL-owski Piechociński, lecz, zapewne przez przeoczenie, nie wspomina, że reprezentuje on partię, w której najcudowniej rozwinęło się rodzinne i pozarodzinne kumoterstwo, więc program PSL-u jest nie dla mnie, bo nie zamierzam Piechocińców całować po łokciach, i prosić, aby mi fuchę w jakiej agencji załatwili. Tak mam.
Kukiza to trochę mi żal. On rzeczywiście sprawia wrażenie antysystemowca, co jest miodem na moje ciało, lecz tak naprawdę to nie wiem, co on by chciał pozamieniać w Polsce, bo na same JOW-y to ja się nie piszę.
Korwin, owszem, zdania nie zmienia, co jak na polityka, jest niespotykaną wręcz zaletą i w paru kwestiach podpisuję się pod jego zdaniem obiema łapami… tyle, że jak korwinowcy dorwią się do władzy, to rewolucja być musi; ja nie straszę, broń Boże, po prostu tak uważam, bo może i by się Korwinowi to udało, co mówi i zapowiada, ale przedtem musiałby zaistnieć przepiękny chaos, a jeśli chaos to i rewolucja, a ja na rewolucję za stary jestem.
Nowoczesna Balcerowicza… o, przepraszam, pana Petru, to nic nowego na świecie - to stary, dobry neoliberalizm z nową twarzą, a największą zaleta pana Petru jest właśnie to, że w swojej kampanii nie pokazuje oblicza swojego promotora, pana Balcerowicza, którego twarz co niektórym bardzo obrzydła, by nie powiedzieć, wywołuje u oglądaczy torsje. Tam gdzie Balcerowicz, nawet z twarzą Petru, tam mnie być nie może.
Dochodzimy więc do kolejnej partii, na któraą nie zagłosuję - PIS-u, partii o wielu twarzach. I znów, pewnie, że i w jej programie znajduję coś, czemu bym przyklasnął… bo mimo wszystko jest to partia ludzi, inaczej powiem, sympatykami tej partii są w dużej mierze ludzie utrąceni przez system, starzy, schorowani, wystawieni na margines. Ale i w tej partii są świnie, są ludzie, którzy robotą się nie zhańbili, jako ten mój nieszczęsny sąsiad, co, choć teraz nie w PIS-ie, to z jego listy startuje. I rzecz niezwykle ważna, decydująca dla mnie, bo osobista. Pan prezes określił był swego czasu moich rodziców, jako ludzi będących przestępcami, należącymi do jakowejś bandy, a ja tego faktu, choć z ojcem swoim i matką przebywałem znacznie dłużej niż pan prezes, ja tego faktu sobie nie przypominam, więc choćby ze względu na samą pamięć o tych, co mi życie dali, nie zagłosuję, nawet pomimo tego, że pani Szydło, co wyszło jak szydło z worka po debacie, na fotel premiera bardziej od pani Kopacz zasługuje.
O pani Kopacz, panu Tusku, o Platformie, to ja już sił mówić nie mam i musiałbym na serce jakie prochy brać, a to znowu wątroba mi siądzie i nie ma przeproś. I tylko tak się zastanawiam, jak to jest: pani premierka mówi do mnie tak, a ja słyszę co innego i się do tego śmieję, jak jaki wariat?
No bo, weźmy taki przykład przykładowy. Pani Kopacz mówi, że Polska tak pięknie się rozwinąwszy (tu procentami sypie) potrzebuje teraz, aby ludziska w Polsce pięknie zarabiali, bo zarabiają grosze… i jeszcze prosi młodych, żeby za granicę nie wyjeżdżali, bo już za chwileczkę, już za momencik zarobią tyle co za granicą… tak sobie zażartowała.
- Jezuuuuuu - wykrzyknąłem - na świętego Kryspina, toż te Platformersy osiem lat rządzili krajem i po lat ośmiu, pierwsza dama polityki odkryła, że Polacy za mało zarabiają, że na śmieciówkach opierają swoją przyszłość - o, matko, ale zapłon, podobny do tego, jakim popisał się pan były prezydent Komorowski, gdy po dostaniu łupnia w pierwszej turze wyborów stwierdził, że teraz to już wie, że wyborców słuchać należy. 
No dobra… teraz zajrzę, czy kawiarenka stoi jeszcze w jednym kawałku, czy się zanadto nie zgorszyła, czytając to, com przed chwilką zakończył płodzić.

19 października 2015

ZAKŁOPOTANIE RADCY KRACHA

Dni nastały tak nieprzezroczyste, tak mglistą wilgocią nabrzmiałe, że zdawać by się mogło, iż jakiś żartowniś wspiął się na grzywiaste chmurzyska po długiej drabinie, tam zuchwale je miętosił i ugniatał, aby w końcu miękką deszczówką spłynęły na jesienne pola, łąki i na lasy, na miasteczko, i na kawiarenkę, gdzie akurat nad ogródkiem stawiano zadaszenie.
Kawiarennik, rzecz jasna, cieszył się, że konstrukcję postawiono w rozmiarach jak najbardziej do potrzeb dopasowanych, lecz wiedział, że przyszły tydzień przepędzi z inżynierem Bekiem i dwoma od elektryczności fachowcami na „pociągnięciu” instalacji; również tej, co miała wnętrze budowli ogrzać.
Jako że czynna była jedynie ta prastara część kawiarenki, to każdego wieczora niemal wszystkie stoliki były zajęte i dawna ciasnota wkradła się do pomieszczenia, lecz nikt nie narzekał, bo to i w tłumie cieplej, i ciekawość wśród gości podsuwała niecierpliwe pytanie: jak tam w tej ogródkowej części lokalu będzie? 
Dla radcy Kracha oczywiście miejsce musiało się znaleźć i kiedy przed godziną dwudziestą na mocną kawę przybył, Maria szybkim wzrokiem wskazała stolik, przy którym doktor Koteńko zdobywał wbrew zaleceniom żony kalorie w postaci serniczka i keksu. Pan doktor, oczywista, przywitał się serdecznie z panem radcą, lecz zanim doszło pomiędzy panami do rozmowy, prędziutko pożywienie swoje kończył, albowiem był to czas, kiedy mógł się spodziewać w kawiarence swojej małżonki, która piątkowe lekcje dawane szkolniakom ukończywszy, mogła w każdym momencie na herbatkę z rumem wstąpić i swoim czujnym okiem sprawdzić, czy przypadkiem mężowi kalorii niepotrzebnych nie przybywa. 
Kiedy zatem konsumpcję skończył, a pani Maria talerzyk do kuchni wyniosła, zamieniając go na kawę dla pana radcy i zieloną herbatkę dla doktora, pan Koteńko spostrzegł w oczach pana radcy niewielkie zakłopotanie. Pan radca zdawał się również być troszeczkę zmęczonym, albo też coś jego duszę uwierało, dlatego też pan doktor ośmielił się jako pierwszy zagadnąć przyjaciela:
- Pogoda nie dopisuje, prawda, panie radco? Pan pewnie ze swojej posiadłości powraca?
- Gdybyż to tylko pogoda, doktorze. I gdyby tylko ten leśny domek, którego remont już jest ukończony.
- Widzę, że nastrój u pana radcy mizerny, jakby nie w sosie. Pastylki na wzmocnienie przepiszę - doradził pan doktor.
- Z nastrojem to ja sobie poradzę, doktorze. Mam problem poważniejszej wagi.
- Tedy niech pan, przyjacielu naświetli, w czym rzecz się zasadza.
Po dwóch łykach kolumbijskiej kawy wreszcie radca Krach rozwiązał swój język.
- Przyjacielu, moja córka Anna z Wołodią w ostatnim tygodniu października przyjeżdżają, rozmawialiśmy z sobą długo.
- To raczej przyjemna jest wiadomość. Leśny domek wykończony.
- To prawda, panie doktorze. Ale ja parę dni temu odwiedziłem tego staruszka, który prawił o tym odwiercie, z którego jeszcze przed wojną ciepłe źródło trysnęło.
- Czyżby okazało się to nieprawdą?
- Przeciwnie, doktorze. Jeszcze raz z owym staruszkiem i dwoma inżynierami podjechaliśmy w to miejsce, a znajduje się ono w takim trójkącie pomiędzy ciżemkowską posiadłością z tymi konikami, moim kawałkiem ziemi i podleśnym nieużytkiem, w posiadaniu leśnictwa będącym.
- Cóż w związku z tym, panie radco?
- Otóż, przyjacielu, ja zasięgałem języka wielokrotnie o tych cieplarnianych źródłach i, jak się wydaje, znajdują się one i to wcale nie na tak przepastnej głębokości, aby nie móc do nich dotrzeć.
- Toć przecież lepiej niż gorzej.
- To prawda, doktorze. Rzecz w tym, że ja o tych źródłach ze swoją córką i zięciem rozmawiałem.
- No cóż, skoro pokłady gorących źródeł znajdują się na tej posiadłości, którą, drogi przyjacielu, przeznaczyłeś dzieciom… dobrze, że o tym wiedzą.
- Też tak myślę, panie doktorze, lecz sęk w tym, że Wołodia strasznie się do nich zapalił. Powiada, że on, co w syberyjskich krainach ropy poszukiwał, złota i innych metali… powiada, że i z wodą sobie poradzi.
- Być może się nie myli.
- Ale, przyjacielu. Ja mówię do niego: - Taka inwestycja przekracza moje finansowe możliwości, a pewnie i twoje, bo jeśli poważnie potraktować twój zapał, to chyba nie powinno się skończyć na samym odwiercie, lecz postawieniu jakiegoś ośrodka sanatoryjnego, czy czegoś w tym rodzaju. On mi na to, że rozumie i jest w stanie dać sobie i z tym radę, że niby znajdzie na to środki. Wtedy ja mu mówię, że klimat ci u nas na rosyjskie inwestycje bardzo ostatnio nieprzyjazny, a on mi prawi, że być może na rosyjskie to rzeczywiście nieciekawy, ale na szwajcarskie to już lepiej.
- Na szwajcarskie? - zadziwił się pan doktor.
- Ja podobnie byłem zadziwiony, kiedy to usłyszałem. Okazuje się, że nasz Wołodia posiada przyjaciela, bardzo zamożnego, który podróżując po Europie napotkał pod Lyonem panienkę z bardzo szacownego domu, nie dość że piękną, to jeszcze bogatą i, jak to bywa, spodobali się sobie, i do Szwajcarii, do Lozanny się wybrali, gdzie osiedli na stałe. Tam przyjaciel naszego Wołodii, o dziesięć lat od niego starszy, rozwinął się w złotniczej branży, zaś jego żona z całkiem znośnym powodzeniem jakiś dom mody prowadzi. Słowem, panie doktorze, jak mówi Wołodia, to przepysznie bogaci ludzie i, jak na bogactwo, którym dysponują, jeszcze normalni są na tyle, aby z nimi gadać i interesy prowadzić. Dodam, że oboje na szwajcarskich paszportach funkcjonują i z tego powodu Wołodia mnie tak uspokaja…
- Myśli pan, panie radco, że Wołodia potrafiłby skłonić tamtych państwa do zainwestowania w Ciżemkach w te wody?
- Owszem, przyjacielu. Tam pomiędzy Wołodią i tym, jak mu tam, Fiodorem, w przeszłości doszło do jakiejś honorowej sprawy, że niby ten Fiodor życie by postradał, gdyby nie nasz Wołodia. Szczegółów nie znam, bo i o nie pytać się nie wypada, dość powiedzieć, że Wołodia ręczy za tego pana, z którym już podobno rozmawiał i wszystko ma się rozstrzygnąć w listopadzie, kiedy to szwajcarskie małżeństwo do Ciżemek przyjedzie. 
- Rozumiem, pana zamieszanie w głowie, panie radco - wyrzekł doktor Koteńko.
- Bo ja… wie pan, przyjacielu, ja do rozwiązywania wszelkich pomysłów skory jestem, lecz z tymi wodami, no wie pan, to mnie trochę przerasta.
- Ale, przyjacielu, co parę głów, to nie jedna. Wołodia będzie, córka, co w bystrość jej umysłu nikt nie wątpi, a zechcesz się nas poradzić, to słowo do słowa rzekniemy coś do otuchy, a takie, panie radco sanatorium niemal w samym mieście, pan wie, co to by było?
Radca Krach, gdyby samochodem do kawiarenki zajechał, pewnie by na te ostatnie słowa wypowiedziane przez doktora Koteńkę, zamówieniem kieliszka koniaczku zareagował, lecz ta przepiękna myśl nagle uleciała mu z głowy, gdyż oto przed przyjaciółmi stanęła jak na zew pani Zofia, pana doktora osobista małżonka.
- Skarbie, ty tu sobie ciasteczka zajadasz, a jedna z rodzonych sióstr zakonnych cierpi  i oby nie było to ciężkie zapalenie płuc - powiedziała - pan radca wybaczy, że męża swojego od pana wypożyczę.
Radca, rzecz jasna, że się nie sprzeciwiał, a pan doktor Koteńko westchnąwszy głęboko z miejsca swego powstał, dłoń panu radcy uścisnął i opuszczając kawiarenkę z panią Zofią, dziwił się szalenie, jakim to sposobem jego małżonka dowiedziała się, że spożywał ciasteczka. 

18 października 2015

ULICZKA KASZTANOWA

- Panie jubilacie, niechże pan na mnie zaczeka. Tak, do pana mówię.
Ten odwrócił głowę, zwracając ku tamtemu całą przednią część swojego ciała. Zauważył, że tamten szura podobnie jak on, noga za nogą, przy czym posunięcie prawej było dłuższe, bardziej posuwiste i zaokrąglone. Nawet był zdziwiony, że spotkał kogoś powłóczącego nogami tak jak on.
- Jeżeli nazywa mnie pan jubilatem, to pewnie ma pan rację, sąsiedzie, choć nie znam pana i przypomnieć sobie nie mogę.
- Powiedziałem „jubilacie”, bo dokładnie 10 lat temu, no może nawet było to siedem lat z kawałkiem, spotkaliśmy się w tym miejscu - mówił tamten - a ja szedłem wtedy tą parkową uliczką z córką mojej córki.
- Tak pan mówi? Niech pan podejdzie.
I tamten podszedł do niego, a szurał niemal tak samo jak on.
- W tych spadłych liściach kasztanowca cudownie się szura - powiedział ten do tamtego, gdy doszedł zupełnie blisko - z wnuczką pan był wtedy? Nie pamiętam.
- Bo to mogło być z pięć lat temu, jeśli nie sześć - odparł tamten - razu pewnego - ciągnął tamten temat szurania, omalże nie nadepnąłem na ogon wiewiórce.
- Wiewiórce? 
Szli dalej razem, szurając krok za krokiem.
- Robiła zapasy na zimę, panie jubilacie, rozumie pan, kasztany…
- Od kiedy to wiewiórki robią zapasy z kasztanów?
- Od zawsze, panie jubilacie, od zawsze.
- A ja myślałem, że wolą żołędzie. Zresztą, nie pamiętam.
- A raz to udało mi się wyszurać szczura, raz człowieka, który zasnął i się już więcej nie obudził.
- Mówi pan?
- Bodajże pod tym największym kasztanowcem - wskazał laską na najbliższe, bezlistne już drzewo - była taka sterta liści. Mówię sobie, teraz użyję, przedrepczę sobie… no i trafiłem na zmarzlaka.
- Nie żył?
- Nie tylko, że nie żył, ale nie dał się obudzić. Taki był twardy, zwinięty w kłębek, choć nie było mrozu.
- To dziwne - westchnął ten - mnie nigdy nic takiego się nie przydarza. Chyba że nie pamiętam.
- Zawodzi pana pamięć, jubilacie?
- Zawodzi. Najlepiej nie pamiętać… no może z wyjątkiem powrotnej drogi do ośrodka.
- Tak… to będziemy sąsiadami. Ja od dzisiaj pod siódemką odparł tamten.
- Nie może pan mieszkać pod siódemką, skoro pod siódemką mieszka ten z miasta, taki energiczny a starszy ode mnie.
- Panie jubilacie przedwczoraj był jego pogrzeb.
- Co pan powie? Umarł?
- I zrobił dla mnie miejsce - tamten niemal się uśmiechnął - córka mi o tym powiedziała. Powiedziała: - tatusiu, nareszcie nie będziesz musiał spacerować samotnie, a my ten twój pokoik wynajmiemy. No i widzi pan, jubilacie, mieć taką córkę to prawdziwy skarb. Tak szybciutko się z tym miejscem w ośrodku uwinęła.
- Szkoda, że ja nie miałem takiej córki - westchnął ten - chociaż nie wiem, nie pamiętam, czy to syn mi załatwił to mieszkanko pod szóstką, czy ja sam.
- To bez znaczenia, jubilacie. Teraz to już aż do pierwszego śniegu będziemy razem szurać po parku, prawda?
- Prawda… tylko musi mi pan zawsze przypominać o powrocie…
- Rozumiem, jubilacie. Pan mógłby zapomnieć.
- Tak, właśnie.
- Załatwione… to teraz, jeśli pan pozwoli, przypomnę panu ten dzień, kiedy spotkałem pana po raz pierwszy. Szedłem sobie właśnie tą uliczką z córką mojej córki, gdy nagle…

17 października 2015

ODDAM W DOBRE RĘCE

A więc to już? Już?
Nie zaczynaj zdania od „a więc”, bo dostaniesz po łapach!
Czasami trzeba.
A mógł Stachura nazwać tomik swoich opowiadań „Się”? Mógł?
Edward Stachura powiesił się na sznurze umocowanym do haka w suficie.
Edward Żentara (też Edward - sic!), odtwórca roli Janka Pradery w filmie „”Siekierezada”, opartym na powieści Stachury odszedł z tego świata w wieku 55 lat podcinając sobie żyły.
Bohumil Hrabal w 1997 roku wypadł z piątego piętra kamienicy… podobno karmił gołębie… podobno.
Hrabalowi nota bene mam do zarzucenia to, że podebrał ode mnie tytuł jednej ze swoich książek: „Zbyt głośna samotność”. Mam nadzieję, że uczynił to nieświadomie, ale kiedy się z nim spotkam, musimy to sobie wyjaśnić na spokojnie.
To już… prawie już.
Przez tę swoją nieuwagę nie zauważyłem, że bateria jest na wyczerpaniu, a moja ładowarka nie działa.
Myślałem sobie, że jeśli wystawić baterię na słońce, to naładuje się samoczynnie, przynajmniej przedłużę w ten sposób jej żywotność. Nic z tego! Choćbym nie wiem jak się starał, aby dostarczyć jej ciepła, nie przyjmie tej energii. Podobnie zresztą z wszystkim innym. Chcesz człowieku jak najlepiej, masz za swoje.
Dlatego trzeba być i żyć w pogotowiu, że wszystko może się zdarzyć i należy się z tym pogodzić.
Czasami myślę… o, nie myślę cały czas i to mnie gubi, że w sumie, to oszukuję siebie, opowiadając bajki o życiu, wymyślając sobie te alternatywne rozwiązania, wierząc głęboko w to, że może jednak jest coś, dla którego to coś warto nie dospać nocy. Widocznie nie ma. Widocznie nie widzę tego.
„Coś ty Atenom zrobił Sokratesie?” Widocznie coś takiego zrobiłeś, a cykuta była jedynie wybawieniem. 
A więc to już? Już? Nareszcie. Nareszcie! Nikt nie woła.
Właściwie to nic takiego po sobie nie pozostawiam, a jeśli już, to nie ma to żadnego znaczenia, żadnej wartości dla mnie. Podobałaby mi się taka sytuacja, że nikt nie wie, co się ze mną stało i stopniowo pamięć się zaciera, ginie, jak ta energia zgromadzona w baterii. Broń Boże mnie szukać. Nie pozwalam!
Ja już naprawdę nie chcę jeszcze raz powracać.
Pewnie są tacy, co gdy ich wypędzisz drzwiami, oknem wlezą… ja, niekoniecznie.
A kawiarenkę oddam w dobre ręce.
Zegarmistrz światła purpurowy tuż tuż.




ZŁO

I wtedy powiedziała mu, żeby zapominał o wszystkich niedobrych uczynkach, jakie spotkały go w życiu, o tym złu, którego doświadczał od innych, i będzie go je doświadczał, bo że spotka się z ludźmi, którzy niesłusznie go ocenią, zwymyślają albo odtrącą, to pewne. Musisz być dzielny, chłopcze. Ja wiem, że najbardziej jest przykre dostawanie po głowie od życia wtedy, kiedy się najmniej tego spodziewasz, a mówię to po to, abyś był przygotowany, przygotowany na wszystko.
Mówiła te słowa i powtarzała je, a on był może zbyt młody, aby zrozumieć, dlaczego ma nie pamiętać krzywd i czemu spotykają one właśnie jego. Nie rozumiał, dlaczego nie powinien odpłacać się złem.
Oto wielka tajemnica, której nigdy nie zdołał rozwikłać.

Z każdym rokiem było coraz gorzej. Starał się być dzielny, ale i zło miało się coraz lepiej. Powoli okrążyło go ze wszystkich stron, a on wciąż był dzielny, chociaż coraz mniej przygotowany.
U schyłku życia doszedł do przekonania, że winny istnieniu zła są nie tylko ci, co je czynią, lecz również ci, którzy pozwalają sobie na odwoływanie się do znanych frazesów: zło jest, było i będzie; jest tu i tam, i u nas i tam, gdzie nas nie ma; zło mówi we wszystkich językach świata i nie ma sensu podejmować walki, a ten, co próbuje… tylko śmiech, współczucie, niedojrzałość, naiwność, idealizm - do kosza z tym!
A on, nawet wtedy, gdy śmierć przysiadła na jego łóżku i była tak cierpliwa, a w cierpliwości swej uśmiechnięta, on nawet wtedy w jej oczach dopatrywał się szklanych domów i gotów był spuścić wodę ze stawu i, używając do tego łopaty z szerokim ostrzem, odmulić go, pozbyć się zgniłego zapachu i tych komarów roznoszących choroby, i znów doprowadzić do stawu czystą, źródlaną wodę.

16 października 2015

VERMEER Z BLISKA

Johannes Vermeer to jeden z najciekawszych malarzy holenderskich tworzących w XVII wieku, mistrz malarstwa rodzajowego, w którym dominują sceny z życia codziennego a "bohaterkami" jego płócien są zwykle kobiety zajmujące się zwykłą pracą.
Najsłynniejszym obrazem Vermeera jest bez wątpienia "Dziewczyna z perłą", niezwykle przejmujący portret urodziwej, młodej dziewczyny o pięknych, głębokich, lśniących oczach.
W kawiarence przedstawię dzisiaj dwa inne obrazy ze zwróceniem uwagi na pewne detale, które w przypadku malarstwa rodzajowego, a na pewno u Vermeera znaczą wiele i zaświadczają o jego artyzmie. 
Pierwszym z nich jest "Mleczarka".


Ot, zwykła kobieta nalewająca mleko, pewnie szykujaca posiłek. A w tym obrazie zaintrygowała mnie ta biała strużka przelewanego z dzbana mleka. W powiększeniu ten detal wygląda tak:.



Lewa dłoń kobiety obejmuje od spodu  dzban wypełniony w części mlekiem; palce prawej dłoni przytrzymują ucho dzbana i... ta realistycznie oddana stużka bardzo starannie, powoli przelawanego mleka. Niemal czuje się ten specyficzny szum przelewania - świetne.

Kolejny obraz to "Ważąca perły" albo "Kobieta z wagą".


Tutaj istotna jest dla mnie ta część obrazu, która przedstawia kobiecą dłoń trzymającą ręczną wagę, którą waży się zloto i perły. Tę delikatną czynność zdecydowanie dokładnie "odczytać" w zbliżeniu.


Widać w nim tę delikatność, z jaką kobieta przytrzymuje w pozycji poziomej palcem wskazujacym i kciukiem uchwyt wagi.
Czasami takie detale decydują o wartości dzieła, a jakże często umykają naszej uwadze, kiedy patrzymy na obraz z oddali, choć trzeba przyznać, że czasami jest odwrotnie. Jeśli na Vermeera należy nade wszystko spoglądać z bliska, o tyle impresjonistycznym pejzażom lepiej przyglądać się z dalszej perspektywy.

15 października 2015

IMIENINOWO

Opadła mgła i natychmiast przybrudził ją zmierzch. O tej porze czekało się na gości…. czekałaś, a przygotowania do wieczerzy były już zakończone. Coś ciepłego, pewnie bigos, kotlety, zrazy i pieczona szynka pod przykryciem prażyły się na wolnym ogniu. Sałatki, śledziki, ogóreczki, marynowane grzybki wypełniały powierzchnię nakrytego już stołu. Sztućce, talerze i talerzyki, kieliszki do jarzębiaku, serwetki, jakiś kwiat w wazonie pośrodku białej tafli stołu nakrytego porządnie wyprasowanym obrusem dopełniały architekturę wnętrza pokoju, gdzie zwykle biesiadowano.  A na kuchni słodko bulgotał rosołek albo flaczki. 
Nie lubiłaś, kiedy się spóźniano. Pilnowałaś tej godziny, przysłuchując się odgłosom otwieranych drzwi, potem krokom na korytarzu. Po tych kilku, kilkunastu latach wiedziałaś doskonale, kto zjawi się pierwszy a kto ostatni. Wiedziałaś o której godzinie przyjeżdża autobus i wyliczałaś, że mniej więcej za dziesięć minut pojawią się ci pierwsi, a ci którzy mieszkają najbliżej, przyjdą paradoksalnie jako ostatni.
To twoje święto, stałe, niezmienne, zawsze piętnastego.
Dlaczego nigdy nie obchodziłaś urodzin? Dzień urodzin to przyjaciel upływającego czasu, z którym człowiek jest w permanentnym sporze… może dlatego.
Jakkolwiek te przygotowania zawsze są najgorsze, bo to przecież i w pracy należy poczęstunkiem odpowiedzieć na życzenia, ale kiedy już pojawili się w komplecie wszyscy ci, co przyjść mieli, to jakoś zmęczenie schodziło na plan dalszy, a rozmowom nie było końca. O czym? No, mój Boże, niemal o wszystkim: o nadzionku, zupce i bigosie, które smakowały najbardziej, filmie, książce, telewizji, muzyce i sporcie; o polityce, szkolnictwie i pracy; o tych, co zbyt szybko odeszli i o tych, co na świat przybyli niedawno; o życiu pełnym zgrzytów i niespodzianek przykrych ale też i radosnych; opowiadano też rozliczne anegdoty, które jakby na tę, imieninową okoliczność przygotowywano… a alkohol, w przyzwoitych, niezbyt wielkich ilościach spożywany dodawał rumieńców na twarzach i potęgował poczucie humoru.
Ciekaw jestem, jak tam teraz spędzasz swoje święto wśród tych, do których dołączyłaś… do swojej matki i ojca, do ciotek, stryjenek, stryjków i wujków, do przyjaciół i przyjaciółek, do nauczycieli, kolegów i koleżanek z pracy, do dziadków, których pewnie nie pamiętasz, do tych wszystkich ludzi, z którymi spotkałaś się okazyjnie, przypadkowo, a mimo wszystko zabolała cię ich śmierć. Jak tam ci się dzieje?
Bo u mnie, jak zwykle, po staremu… jakoś tam… leci.

WAFELEK [1/2]

To zdarzyło się akurat wtedy, kiedy na moment zgasło światło. Wystarczyła chwila, aby przy wejściu obok kas zebrała się ciżba, mrowie ludzi, tłum, który chciał jak najprędzej wydostać się z obszernej, ciemnej hali.
Oddajmy teraz głos temu młodzieńcowi odpowiadającemu za techniczną logistykę w supermarkecie.
- W chwili obecnej sprawdzamy, jak to się stało, że nie zadziałało oświetlenie awaryjne. Na tę chwilę trudno wyrokować, co było tego przyczyną.
- A czy już wiecie, na jak długo pozbawieni zostaliście elektryczności?
- Przez cztery minuty nie mieliśmy elektryczności.
- Rozumiem, że w związku z tym automatyczne drzwi były zamknięte? - dopytywała się dziennikarka.
- Drzwi wejściowe od strony północnej były rzeczywiście zamknięte, natomiast te od strony zachodniej pozostały otwarte, gdyż w przejściu znajdowali się kupujący, którzy własnymi ciałami, że się tak wyrażę, uniemożliwili automatyczne zamknięcie się drzwi wejściowych.
- I tymi drzwiami wydostawali się ludzie?
- Prawdopodobnie tak.
Kamera kieruje się teraz w stronę kobiety siedzącej przy kasie znajdującej się najbliżej zachodniego wyjścia. Obok niej stoi pracownik ochrony w nieskazitelnej białej koszuli, granatowych i granatowych spodniach. Mężczyzna poprawia granatowy krawat; wcześniej otwartą dłonią przyczesywał swoje krótkie, szpakowate włosy.
- Zwracam się teraz do pani Anny, która podczas tego niezwyczajnego wydarzenia, siedziała tak jak teraz przy tej kasie - komunikowała dziennikarka patrząc prosto w oko kamery - niech nam pani powie, czy po tym, jak zgasło światło, zdarzyło się coś niezwykłego?
- Pamiętam, że w pewnej chwili zablokowała mi się kasa i po omacku próbowałam wyczuć palcami, czy szufladka z pieniędzmi jest zamknięta. Rozległy się głosy… takie szemranie, rozumie pani. Wydawało mi się, że stojący w kolejce ludzie zaczynają się skupiać tuż obok mnie.
- Czy miała pani wrażenie, że tłum ulega panice?
- W ten sposób bym tego nie określiła. Ludzie byli zdumieni, podekscytowani, a część osób, tak mi się przynajmniej wydaje, kierowała się do wyjścia.
- Razem z towarami, które wzięli z półek i umieścili w koszykach?
- Nie widziałam tego. Trudno mi się wypowiadać na ten temat. Pamiętam jedynie to, że pilnowałam kasy i zwróciłam się do klientów z apelem, aby się nie denerwowali, bo za chwilę ponownie puszczą prąd.
- A zatem, co wynika z wypowiedzi pani Anny - dziennikarka ponownie zajrzała do oka kamery - w supermarkecie nie doszło do paniki a pani kasjerka uspokajała klientów i jednocześnie pilnowała kasy. Tuż obok mnie stoi pan Piotr, pracownik ochrony, który stał właśnie w tym miejscu, przy kasie, czy mam rację? - skierowała pytanie do pana Piotra.
- Tak, pani redaktor. Często stoję w tym miejscu, obserwując jak klienci pakują do toreb zakupione i zeskanowane przez panią kasjerkę towary. Tak było i tym razem. Kiedy światło zgasło, natychmiast zadzwoniłem do szefa ochrony.
- W jakim celu?
- Aby uzyskać odpowiedź, czy zastosować plan „Blokada”.
- Na czym polega ten plan?
- Najogólniej mówiąc chodzi o to, aby nie dopuścić do tego, aby ludzie opuszczali pomieszczenie. W ciemnościach łatwo niezauważenie wynieść coś ze sklepu…
- … ukraść.
- Tak, ukraść. 
- Jaka była dyspozycja?
- Szef ochrony zalecił nam, zgodnie z procedurą, zajęcie miejsca przy drzwiach wejściowych. Jest nas piątka, więc podeszliśmy po dwóch do każdych drzwi, a ten piąty miał zadanie pilnować kas.
- Sprawdzaliście zawartość toreb klientów? W ciemności?
- To było utrudnione. Szef przez tubę wydał polecenie klientom, aby pozostali na swoich miejscach, trzymając obok siebie towar. Oczywiście poprosił o zachowanie spokoju, bo za chwilę zostanie uruchomione zasilanie awaryjne.
- Ale, jak rozumiem, awaryjne zasilanie nie zadziałało.
- Tak, ale po tych czterech minutach, włączono prąd i po pewnym czasie można było uruchomić kasy.
- Czyli wszystko powróciło do poprzedniego stanu? - pytała dziennikarka.
- Można tak powiedzieć. Wszystko wróciło do normy.
- W takim razie dlaczego po zamknięciu marketu natychmiast przystąpiono do swego rodzaju inwentaryzacji? Jeśli nie było, dzięki ochronie, możliwości, aby ktoś mógł wynieść cos niepostrzeżenie z marketu, to dlaczego zdecydowano się na ten audyt?
- Takie są procedury. Wypełnialiśmy, jako pracownicy ochrony, zadania opisane w procedurze.
- Zajęło to wam całą noc. Nie mylę się?
- Ma pani rację. Inwentaryzację zakończyliśmy po czwartej nad ranem.
- To i tak, jak mi się wydaje, szybko uporaliście się z tym problemem.
- Nasze oprogramowanie umożliwia na stosunkowo szybkie zliczenie towarów, które danego dnia „zeszły” z półek.  Troszkę trudniej wygląda to w przypadku zliczenia towarów ważonych. To zajmuje trochę więcej czasu.
- I z tego też powodu ściągnięty został cały personel, włącznie ze sprzedawczyniami, które miały tego dnia wolne.
- Cóż… była to sytuacja nadzwyczajna.
- I jakie były wyniki tej specjalnej inwentaryzacji? Co ustaliliście?
- Ustaliliśmy brak jednego wafelka.
- Jednego wafelka?
- Tak. jednego wafelka, który kosztował jeden złoty i czterdzieści dziewięć groszy.
(…)