Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

29 czerwca 2017

NIC

1256 opublikowanych (z niniejszym) postów, ponad 100 skasowanych, 33 nieopublikowane, a te dane dotyczą jedynie "kawiarenki". Wcześniej było jeszcze 5 blogów, z których pierwszy powstał bodajże jeszcze w 2006 roku. Minęło zatem ponad 10 lat mojej aktywności w tak zwanej blogosferze, lecz zamiast celebrować (z opóźnieniem) tę okrągłą rocznicę, po dogłębnym przemyśleniu całej sytuacji, dodajmy, w burzliwych okolicznościach przyrody, podjąłem decyzję o zaprzestaniu wydawania kawiarnianych posiłków w postaci edytowanego słowa, muzyki i obrazu.
Pragnę podziękować wszystkim gościom kawiarenki, tym stałym, abonamentowym oraz wszystkim pozostałym, trafiającym do kawiarenki rzadko, sporadycznie lub przypadkowo.
Dziękuję też za Wasze, drodzy goście, komentarze, które mobilizowały mnie do tego, abym systematycznie zaopatrywał lodówkę coraz to nowymi pomysłami, po czym otwierał ją i dzielił się roztopionymi mrożonkami, dodając do nich małe "conieco" świeżyzny, tudzież zerwanych w sadach, na polach i w ogrodach witamin. Jeśli nie smakowało, mam na swą obronę to, że na kucharza papierów nie posiadam, a na to, co mam, się nie przydaje i w sumie należałoby spieniężyć te archiwalia na olx lub allegro, aby za pozyskane w ten sposób środki zakupić dwie torebki granulowanej herbaty, za którą przepadam.
Niestety nie mogę zagwarantować tego, że pisywać przestanę, że kawiarenkowa baśń, opowieści, wierszydła i tym podobne słowne harce i swawole zanikną u mnie jak trądzik u chłopczyka, co to dorosłym mężczyzną się stanie. Tego i Wam, i sobie obiecać nie mogę, bo z tego nałogu, jak widać inaczej się nie wychodzi, jak tylko nogami do przodu.
Zapełniać nimi będę jako to drzewiej bywało, szuflady, piwnice a pawlacze i niechaj pięknie w kurz obrastają, aż w końcu zamienią się w nieczytelne, zrudziałe karteluszki nadające się na podpałkę do grilla. Niech przypominają proch, w który, tak czy owak, to co dzisiaj żyje, zamienia się w żyjące inaczej.
A żegnam się sympatyczną piosneczką Elektrycznych Gitar.

  Haj.

[29.06.2017, Dobrzelin]

28 czerwca 2017

27 czerwca 2017

„ARCYDZIEŁO BOGA”

Na forum internetowym portalu You Tube odczytałem taki komentarz: „Ballady: pierwsza, druga i trzecia to arcydzieła, natomiast ballada czwarta jest arcydziełem Boga”.
W taki właśnie krótki, lecz jakże sugestywny sposób wyraził swoją opinię komentator po wysłuchaniu ballady nr 4 f-moll z opusu 52 Fryderyka Chopina [tempo andante con moto - umiarkowanie z ożywieniem].
Nie sądzę, aby internetowy słuchacz ballady nr 4 w interpretacji Krystiana Zimermana mylił się w swojej opinii. To muzyczne dzieło dojrzałego już Fryderyka jest chyba jednym z najdoskonalszych utworów muzycznych, jakie przydarzyły się najdoskonalszym kompozytorom wszechczasów. Chopin zadziwia zarówno ogromnym rozmachem swego dzieła wykraczającego poza strukturę ballady, melodyjnością (zwłaszcza głównego motywu), niebywałą  ekspresją i dramaturgią w kulminacyjnych partiach utworu. Jest też przy okazji ballada nr 4 niebywałą okazją do wirtuozowskiego popisu dla pianistów, gdyż w rzeczy samej obfituje ona we fragmenty wymagające od wykonawców prawdziwej maestrii.
Utwór rozpoczyna się około 35-sekundowym wstępem, w tempie dostojnym i umiarkowanym, zapraszającym do opowieści muzycznej, której treści jeszcze nie zdradza, po czym następuje wprowadzenie głównego tematu muzycznego, tajemniczego, niezwykle lirycznego. Kompozytor prowadzi ten zasadniczy wątek, rozwijając go, wciąż jednak przy zachowaniu wyznaczonego tempa, aż do około 2.25 minuty trwania utworu, kiedy to następuje wyciszenie, po którym główny temat muzyczny podlega romantycznym wariacjom; czujemy brzmienie walca, a granie: ciszej - głośniej, szybciej - wolniej wzmaga dynamizm opowieści i towarzyszy jej jakże charakterystyczne dla Chopina wirtuozyjne rozwinięcie tematu. W pewnej chwili dostrzegamy, że główny motyw muzyczny ustępuje miejsca kolejnemu, który będąc bardziej refleksyjny niż liryczny jest opowieścią skonstruowaną jakby przez innego narratora. Powoli następuje jego wyciszenie i można się poczuć w tej scenerii, jakby wiatr tracił na sile, a woda w kamienistym strumieniu płynęła ciszej i spokojniej.
Po siódmej minucie Chopin powraca do podstawowego wątku muzycznego, najpierw andante, potem in poco, by przejść do moto, aż po crescendo. Jakże melodyjny motyw, który pojawił się niemal na samym początku utworu jest teraz poddany rozmaitym wariacjom, modyfikowany i ożywiany coraz to bardziej dynamicznym brzmieniem, po czym, około 10 minuty trwania utworu następuje uśpienie tego motywu.
I wreszcie pojawia się pełne ekspresji i dynamizmu zakończenie. Kołyszące się pasaże, wymagające niebywałej sprawności technicznej i umiejętności odczytania partytury kończą opowieść, choć jej brzmienie wciąż pozostaje w naszych zmysłach jako dzieło wręcz nie człowieka a Boga.
Zamieszczam pod niniejszym tekstem dwa wykonania ballady nr 4 Fryderyka Chopina:
- Krystiana Zimermana, który potraktował balladę w sposób oddający wręcz idealnie partyturę, zachowując specyfikę romantycznej, lirycznej, acz nie pozbawionej dynamiki faktury dzieła i
- Yulianny Avdeevej, która stosując ową zmienność tempa muzycznego - rubato (za co bywa ganiona) dostosowała dzieło Chopina niejako do wymagań i charakterystyki swojej osobowości.
Nie jest moim zamiarem dokonanie wartościujących obie interpretacje porównań i wskazanie, które z wykonań jest lepsze; wykonawstwo na tak wysokim poziomie, według mnie, nie może podlegać sportowej rywalizacji.
Ważne jest, że i u Zimermana i u Avdeejevej rozpoznaję mistrzostwo muzyki Chopina.



[27.06.2017, Murzasichle]

26 czerwca 2017

OD WYPADKU DO PATA W KWESTII EMIGRACJI

Tym razem zupełnie niewakacyjnie a wspomnieniowo, choć te wspomnienia dotyczą tej niedalekiej przeszłości.
Akurat byłem w Anglii, kiedy zdarzył się ten tragiczny wypadek z udziałem polskiego kierowcy renówki Mastera. 
W swoich częstych kursach na Wyspy nie dojeżdżam do tego miejsca. Skręcam jakiś kilometr bliżej z autostrady A16 na Marck, gdzie zamieniamy się z Ukraińcami przy kierownicy, a wypadek miał miejsce nieco dalej, w stronę Dunkierki.
Teoretycznie do tego wypadku mogło dojść na innym fragmencie autostrady A16 i bliżej Calais, ale w okolicach Guemps znajduje się obóz azjatycko-afrykańskich imigrantów, a że w grupie (psychologia tłumu) zawsze łatwiej wpaść na pomysł popełnienia dowolnego przestępstwa to tam, gdzie jest więcej potencjalnych miłośników podróży na gapę do Anglii prościej jest zablokować drogę, obrzucić auto kamieniami, przeciąć plandekę lub sforsować zamek do naczepy, albo wręcz wedrzeć się do kabiny samochodu nocą, zastraszając obudzonego kierowcę nożem lub jakimkolwiek innym sprzętem występującym w roli zamiennika wizy i biletu na prom.
Na A16 jadąc na tunel albo do portu w Calais od strony Boulogne jest trochę bezpieczniej, choć czasami dostrzega się spacerujące po autostradzie ofiary wojny w Syrii. Jedna z tych ofiar została nawet potrącona lusterkiem przez jednego z naszych kierowców udających się do Anglii tunelem. Przy bramkach wjazdowych na kolejową przeprawę tunelem, gdzie wszystkie pojazdy sprawdzane są przez policyjne psy, jeden z takich piesków dopadł do tego bocznego lusterka renówki, czyniąc niesamowity rwetes, albowiem mądre pieski bezbłędnie rozróżniają zapachy europejskiego potu, od tych azjatycko-afrykańskich, nawet jeśli pozostawiła je osoba trącona przez ułamek sekundy lusterkiem.
Niewątpliwie rok czy dwa lata temu było znacznie gorzej. Tuż przed samym portem zdarzyło mi się dwa razy przyspieszyć i  umykać w lewo przed wybiegającymi wprost pod samochód biedakami. Manewr w obu przypadkach przyniósł powodzenie, ale nie każdy transportowiec miał tyle szczęścia ile go miałem ja, co zdołałem zobaczyć we wstecznym lusterku, gdy podążającego za mną tira obrzucono kamieniami. 
Teraz na długości około 4 kilometrów przed portem na poboczu drogi wyrosło kolczaste ogrodzenie i człowiek czuje się jakby wjechał na teren więzienia.
Skłamałbym, gdybym powiedział, że francuska policja nie robi nic, aby wyruszający na przeprawę promową kierowcy czuli się bezpieczni. Właściwie to policjanci patrolują wszystkie miejsca parkingowe wokół Calais, ale nie są, jak widać, w stanie zabezpieczyć przed ofiarami wojen autostrady i nic dziwnego, że została ona zablokowana, co w konsekwencji doprowadziło do tego tragicznego wypadku.
Oczywiście powie ktoś, że na drodze trzeba uważać bez względu na to gdzie i kiedy się poruszamy, ale proszę mi wierzyć, że nie zawsze udaje się przewidzieć każdej sytuacji wzbudzającej niepokój. W końcu kierowca ma prawo sądzić, że na autostradzie, gdzie maksymalna prędkość wynosi 130 kilometrów na godzinę, nie napotka na swojej drodze celowo ustawionej przeszkody przez…
… no właśnie, przez kogo?
Wkraczam teraz na teren zarezerwowany dla politycznych dywagacji, ale zacznę od własnych spostrzeżeń. Otóż nie udało mi się dostrzec w grupach zdesperowanych emigrantów ze wschodu i południa osób, które w jakikolwiek sposób przypominałyby wyglądem ludzi naznaczonych piętnem wojny. Nie ma w tych grupach ludzi starych, schorowanych, rannych, okaleczonych, zagłodzonych; nie ma kobiet z dziećmi na rękach. Są to ludzie młodzi, dobrze wysportowani, w przedziale wieku 18-30 lat, nadający się jak najbardziej do pracy, z której mogliby utrzymywać swoje rodziny, lecz ludzie ci zdeterminowani są do tego, aby znaleźć się w miejscu/kraju, gdzie po wmieszaniu się w tłum przebywający już od lat w takich Niemczech, Francji czy Anglii, można korzystać z dobrodziejstwa systemu opieki społecznej. Nie będę chyba odosobniony w swoich poglądach, gdy powiem, że owym emigrantom, jakkolwiek by ich nie nazwać nie jest w głowie poszukanie i zdobycie pracy. Nastawieni są na to, że przyjmujące je ze względów humanitarnych państwo ma obowiązek zapewnić im bezpłatnie mieszkanie, wyżywienie i opiekę finansową na okres właściwie bezterminowy.
Godząc się i rozumiejąc, że nowoczesne państwo powinno wspierać najsłabszych i najuboższych, kreślę jednak granicę, która powinna być wytyczona wszędzie tam, gdzie łamane jest prawo. Nie ma mojej zgody na to, aby wspierać materialnie i rzeczowo przestępców, a tym mianem określam ludzi, którzy w sposób pośredni doprowadzili do ostatniej katastrofy pod Calais, którzy obrzucają auta kamieniami, tną plandeki, wdzierają się do ciężarówek przemocą, tych, którzy kradną, gwałcą, napadają i zastraszają mieszkańców krajów, które udzieliły emigrantom gościny.
Miejsce przestępców jest w więzieniach i nie jest dla mnie usprawiedliwieniem to, że ci właściwie dzisiaj bezkarni ludzie dopuszczający się pospolitych przestępstw, że ich czyny usprawiedliwione są tym, że uciekli z regionów, w których toczy się lub toczyła wojna.
Niestety wydaje mi się, że uchodźcy cieszą się dzisiaj większą  wolnością, aniżeli na przykład kierowcy polskich ciężarówek, którzy zgodnie z obowiązującym we Francji prawem chroniącym interesy francuskich przewoźników, podlegają restrykcjom większym, aniżeli osobnicy, którzy dokonują zamachu na życie i mienie tychże polskich kierowców.
To jeden z wielu paradoksów, jakie niesie z sobą polityka unijna, pobłażliwa wobec emigrantów, niespójna, prowadzona przez ludzi, którzy nie potrafią wyciągnąć wniosków z przyczyn emigracji oraz nie znajdują sposobu na odizolowanie tych emigrantów, którzy bezpośredniej pomocy naprawdę potrzebują od pospolitych przestępców, cwaniaków, nierzadko fanatyków, zdających się kompletnie nie przejmować tym, że wkraczając na teren dowolnego europejskiego państwa powinni zaakceptować obowiązujące w nich prawo.
Niestety niektóre pomysły i działania polityków, którzy zachowują się w kwestii obecnej emigracji jak istoty pochodzące z innej planety, nakręcają dodatkowo przeciwników przyjmowania uchodźców do Europy i nie wydaje się, aby doszło w najbliższym czasie do zbliżenia poglądów tych opowiadających za pomocą i tych, którzy chcieliby czym prędzej „pogonić” z Europy islamizujących ją emigrantów.
Przykładem takiego nieodpowiedzialnego zachowania jest dosyć oryginalny pomysł na rozwiązanie kwestii emigracji przedstawiony niedawno przez panią Keller. Cytuję za „Wprost”
„Kontrowersyjny pomysł europosłanki ws. uchodźców. „Przesiedlmy całe syryjskie wioski do Europy Wschodniej”. (…) Ska Keller stwierdziła, że problemem jest również to, że migranci mogą nie chcieć mieszkać w krajach takich jak Polska czy Czechy, gdzie będą się czuli osamotnieni. Eurodeputowana zwróciła uwagę na fakt, iż w krajach tych mniejszość muzułmańska praktycznie nie występuje. Polityk Zielonych zaproponowała własne rozwiązanie tego problemu. W opinii Keller, jeśli uchodźcy nie chcą mieszkać w Europie Wschodniej, ponieważ nie ma tam ich rodaków, wówczas przykładowo na Łotwę lub do innych krajów Europy Wschodniej można by przesiedlić całe syryjskie wioski. Według niemieckiej polityk dzięki temu integracja i asymilacja przybyszów z Bliskiego Wschodu stanie się znacznie łatwiejsza”.
Skomentuję ten osobliwy pomysł własnym: opowiadam się za tym, ażeby każdy polityk (inna osoba sugerująca rozwiązania kwestii uchodźców na modłę pani Keller) przyjęła pod dach swojego domu choćby jedną uchodźczą rodzinę, dając tym samym najbardziej chwalebny przykład właściwego podejścia do emigrantów, będący wzorem postępowania dla innych obywateli UE, ba, dla poszczególnych krajów.
Tak oto niniejszy post zaczął się od przypomnienia tragicznego wypadku pod Calais, a zakończył na ledwo pewnie słyszalnym, moim własnym głosie w sprawie emigracji, głosie z pewnością w sposób niewystarczalny poruszający temat, którym bawią się, tak właśnie myślę - bawią się politycy wszystkich chyba opcji w kraju i za granicą, a gdzie zabawa, tam nikłe szanse na znalezienie właściwego wyjścia, tam prosta droga do szachowego pata.  

[26.06.2017, Murzasichle]

24 czerwca 2017

MUZYCZNO-WAKACYJNIE

Będzie muzycznie w kawiarence... wszelako zaległości należy nadrabiać
Żeby nie wyszło na to, że w kawiarence to tylko Alessio Nanni grywa Erika Satie, a doktor Koteńko po wyczerpującym dyżurze zasiada do pianina i spod jego palców pobrzmiewają "Serenada" czy "Melodia węgierska" Schuberta, to dzisiaj coś lżejszego i bardziej wakacyjnego mam na uwadze, a mianowicie "Baciary".
Na przykład taka oto piosenka:
Nie wiem, jak komu, ale mnie baciarskie wykonania się podobają... może dlatego, że już słyszałem te piosenkę, ba może już ją w kawiarence zaśpiewano. Ale czy słyszano tę drugą???
[ta druga niestety do posłuchania tylko w u pana You Tube]
W sumie to do "Baciarów" mam przez wzgórze teraz, bo jest to zespół z Poronina. Mówcie co chcecie, ale podobają mi się głosy solistów - wiadomo, góralskie.
A jeśli ktoś jednak nie przepada za "zreformowanym" góralskim folklorem i brzmieniem... no dobrze, wróćmy do Schuberta.
Najpierw prześwietne wykonanie Davida Fraya, obecnej już w przeszłości w kawiarence "Melodii węgierskiej".
A teraz "Serenada" w wykonaniu sławnego Itzhaka Perlmana, a przy fortepianie Rohan de Silva.
A teraz, po wysłuchaniu, proszę spojrzeć prosto w moje niepiękne oczy i wyrzec, że te dwa "kawałeczki" Schuberta się Wam nie podobają.
Dobranoc.

[25.06.2017, Murzasichle]




WCZASY

Po 47 dniach europejsko-wyspiarskiej podróży i ostatnim 1600-kilometrowym kursie dotarłem wreszcie do kraju i po nieprzespanej nocy trzeba się było szykować do kolejnej podróży, tym razem na południe kraju na czterodniowy urlop. Tak i znalazłem się po raz wtóry w Murzasichle, w innym miejscu niż w zeszłym roku, na Budzowej, skąd widoczki przepiękne na Tatry (Giewont z niespotykanej strony) na Cyrhlę i na zalesione wzgórza, za którymi Poronin.
Zachód słońca też się udał, a wczasowisko podobnie - obszerne, sześciołóżkowe, choć posłane cztery łoża: dla żony, córki, piszącego i psa - Adelki, która najdłuższą w swoim krótkim życiu podróż zniosła dzielnie, bez zbytecznego skomlenia.
Cena za pomieszczenie plus dwa posiłki dziennie przystępna, jedzenie jak dotąd znakomite, sąsiedztwo ciche (turystów przybędzie po niedzieli), a zatem idzie wypocząć, a jeśli chodzi o mnie, to może bardziej odespać niż odpocząć, bo wypoczęty jestem, przywyknąwszy do zagranicznych rozjazdów.
Pierwszego wieczora przegoniliśmy Adelkę na spacerze, aby nie rozrabiała po nocy, przechodząc parę kilometrów wiejskimi drogami Murzasichli. Pogoda jak się patrzy, powyżej dwudziestu pięciu, żyć nie umierać.
Ot takie obrazki udało się pstryknąć żonie:
1) Na pierwszym zapoznaję się z jednym z tubylców



2) Na drugim jestem sportretowany z Adelką (ta z prawej)
Jednym słowem... urlopuję

[24.06.2017, Murzasichle]

POWODZENIE

Urocza dziewczynka z pszenicznymi loczkami swobodnie opadającymi na zaokrąglone, pulchniutkie ramiona, uśmiecha się szczerze, serdecznie, a z pomiędzy rozchylonych, czereśniowych warg błyskają iskierkami perełki ząbków. Ubrana w kwiecistą, podkasaną sukienkę z dominującym różem biegnie po łączce, całej w stokrotkach i bąbelkach mniszka, ścigając przelatującego na wysokości jej czoła motylka. Widać, że szczęśliwa, beztroska i zdrowa, a wszystko to z powodu korzystania z zestawu witamin dla dzieci w wieku 5-9 lat, co uwidoczniono poniżej zdjęcia wyraźna, pogrubioną czcionką, ale i tak fotografia córeczki Joanny zajmuje dwie trzecie powierzchni plakatu reklamującego niezbędne dla organizmu witaminizowane mikroelementy produkowane przez firmę farmaceutyczną starającą się zaistnieć na rynku poprzez propozycję zestawów przeznaczonych dla siedmiu grup wiekowych, w odróżnieniu od firm oferujących leki skierowane do co najwyżej czterech przedziałów wiekowych potencjalnych klientów. To pomysł marketingowców, opierający się prawdopodobnie na założeniu, że jeśli istniejące dotychczas na rynku firmy proponują niemal identyczny skład preparatów i występuje on u wszystkich pod postaciami tabletek, substancji sproszkowanej lub w płynie, należało zastanowić się nad precyzyjniejszym zaadresowaniem produktu, aby klient nie miał problemu z wyborem najwłaściwszego opakowania. Joanna oczywiście dostała w prezencie dla siebie i dla córki te najlepiej przystające do ich wieku substancje, ale, prawdę mówiąc, najbardziej cieszyło ją to, że wybrano akurat jej córkę, a było to dziełem przypadku. Szczęśliwy traf spowodował, że na portalu społecznościowym pan zajmujący się wizerunkiem produktu firmy dotarł do jej profilu i obejrzał umieszczone w nim zdjęcia, jak się później wyraził, zjawiskowej Kingi.
Joanna najpierw otrzymała powiadomienie na portalu, potem napisano do niej maila, aż w końcu doszło do rozmowy telefonicznej. Nawet po tej miłej i obiecującej rozmowie Joanna nie mogła uwierzyć, że spotkało ją i córkę takie szczęście. Nigdy dotąd nie miała szczęścia ani w grach liczbowych, ani też w korzystaniu z jakichkolwiek gratisowych promocji, a tymczasem dowiedziała się, że firma nie tylko zaakceptowała wygląd Kingi, ale że za jej wizerunek zapłaci, zorganizuje odpłatną sesję zdjęciową, która spowoduje, że twarz córki stanie się dla firmy czymś w rodzaju logo produktu. Czy mogła się na to nie zgodzić?
Nie chcąc przed córka ukrywać niczego, co dotyczyło bezpośrednio niej, omówiła z Kingą plany, jakie marketingowiec powziął wobec dziecka, najpierw podczas telefonicznej rozmowy, potem przy kawie w małej knajpce w śródmieściu w bezpośredniej rozmowie. Joanna przezornie nie zabrała Kingi na to spotkanie, zostawiła ją u swojej matki. Tak lepiej, myślała, gdyby miało się okazać, że interes, w który obie wchodziły jest niepewny, więc bezpieczniej  oszczędzić córce ewentualnego rozczarowania.
Rozczarowania nie było, był sukces, tyleż niespodziewany, co może i niezasłużony, bo ładniutkich dziewczątek w wieku Kingi jest tak wiele, więc równie dobrze można było wybrać którąkolwiek z pozostałych ślicznotek, gdy tymczasem… tymczasem zaszkliły się jej oczy, gdy brała do ręki banknoty za sesję zdjęciową oraz tę wybraną fotografię do reklamowania preparatów witaminowych, a były też inne zdjęcia, które miały pojawić się na etykietach stopniowo wprowadzanych na rynek kolejnych produktów firmy. Na dodatek Joanna dostała dwa bilety, dla siebie i dla córki, które upoważniały je do spędzenia tygodnia w luksusowym apartamencie jednego z najdroższych hoteli w kraju.
- Matko Boska, to ja za te pieniądze miałabym dwumiesięczne wczasy z córką - wykrzyknęła do mężczyzny, który zajmował się ją i jej córką przez cały czas trwania sesji zdjęciowej.
Już nawet nie pamięta, jakimi słowami uprosiła patrona, aby zamienił luksusowy pobyt w spa - hotelu na gotówkę. I to się udało. Była przeszczęśliwa, ale o tej zamianie nie powiedziała córce. Wciąż nie wierzyła swemu szczęściu, podejrzewając, że to obdarowanie, jakiego doświadczyła musi przecież z wynikać z jeszcze czegoś innego i dlatego otrzymawszy ten dar, najszybciej jak to możliwe, spakowała swoje i córki rzeczy, i opuściła czym prędzej stolicę….
(możliwa kontynuacja)

[21.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]  

BYŁ SOBIE NASTRÓJ

Edvard Munch - norweski malarz, grafik, symbolista i jeden z prekursorów ekspresjonizmu, trwale zapisał się w pamięci publiczności oglądającej jego obrazy jako mistrz nastroju przygnębienia i rozpaczy, obawy przed chorobą i świadek śmierci; twórca obrazów o ostrych kontrastach kolorystycznych, zdominowanych zwłaszcza w początkowym okresie twórczości przez czerń, mocno zarysowanej linii konturów sylwetek. Malując portrety indywidualne lub zbiorowe, przedstawiane przez Muncha ludzkie twarze, zdradzają silne emocje niepokoju i przerażenia.
Jeśli nawet kto nie podziela pełnego destrukcji, ciasnego nastroju jaki jest obecny w niemal każdym płótnie tego norweskiego artysty, trudno przejść obok jego dzieł obojętnie i nie docenić ich oryginalności.

"Niepokój" - jedna z ulubionych scenerii Muncha - postaci zgromadzone na moście.

"Melancholia", która aż nadto emanuje z przedstawionej sylwetki mężczyzny... jest w tym obrazie coś z Cezanne'a, może nawet Gauguina.

"Taniec życia", w którym można dostrzec także osamotnienie.

"Wieczór na ulicy Karla Johana" - jakże charakterystyczny rys sylwetek ludzkich na tle przygnębiającego portretu ulicy.

Czy "Dziewczyna przy oknie" modli się? czeka na kogoś? cierpi? marzy?

Pomyślałem sobie, że emocje jakie towarzyszą oglądaniu obrazów Muncha współgrają z tymi, jakie udzielają się przy słuchaniu Erika Satie. Poniżej Gnossienne nr 4 w wykonaniu niezrównanego Alessio Nanniego.


[24.06.2017, Dobrzelin]

20 czerwca 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI (20) „POWSTAŃCZE ŚWIRY” (pamflecik)

Tytuł kolejnego monologu postanowiłem zaczerpnąć z mądrości Manueli Gretkowskiej, a konkretnie z jej powieści „Belladonna”, jaką mam akurat nieprzyjemność czytać. Te „świry” to dla jednego z głównych bohaterów książki - Kamila - powstańcy (styczniowi, z 1863 roku najprawdopodobniej), którzy potracili rozum i majątki, aby zabawić się w wojenkę, po której i po nich pozostały skrzyżowane szable pod obrazami Malczewskiego. Kamilowi nie podobają się zresztą także te obrazy; straszą go te „wypchane grochówą i kartoflami cielska, kurhany kobiecości”.  Z kolei „Kamil w półmroku rodzicielskiej sypialni, pod tymi wisiorami cyców posiniaczonych fioletem, wyjmował chłopięcego fiutka i boleśnie, heroicznie targał nim do łez młodzieńczego wytrysku”.
Jest też w tej fascynującej powieści pani Gretkowskiej taki opis:
„Ekran z modelkami na wybiegu. Poranione dziewczyny w cierniowych koronach. Czoła oklejone podpaskami ze sztuczną krwią (czemu nie naturalną, chciałby się zapytać). Półnagie zakonnice, efebowie obwieszeni dewocjonaliami. Kieszonka na prezerwatywy z gorejącego serca Chrystusa. Publiczność nabożnie milczy”.
Cytować dalej? Bez przesady. Wystarczy.
Po tych i po wielu jeszcze innych podobnych, a napotkanych w „Belladonnie” obrazach, aż prosi się o zadanie retorycznego pytania: - o czym, do diaska, z panią Manuelą miałbym rozmawiać?
O niczym, pomijając ewentualnie, że się niegrzecznie wyrażę: „o dupie Maryni”, albowiem powieść jest o niczym właśnie, wbrew temu, co sugeruje redakcyjna notka, że Manuela Gretkowska przedstawia dwie historie o miłości, namiętności i obsesji… no może z tą ostatnią to prawda, bo pisarka istotnie ma obsesję pisania, czego niestety robić nie potrafi.
Jej narracja jest wprawdzie nieco bogatsza od natchnionych wpisów w przydrożnych, męskich toaletach (czy są takowe w damskich, nie wiem, nie sprawdzałem), ale w swojej poetyce niewiele od tych kloacznych mądrości odbiega. Gdybym odważył się być odrobinę bezczelniejszy, powiedziałbym, że ta popularna, czytywana i nagradzana pisarka miewa, przynajmniej miewa problemy z własną seksualnością, bo tak sobie tłumaczę to, że każe zaspokajać się jednej z bohaterek mężczyzny pięścią.
Ale skończmy z tymi opisami, bo jeszcze się okaże, że ulegam fantazjom zdziwaczałej feministki.
Język jakim opowiada autorka swoje niedorzeczne historie jest aż do przesady ubogi. Krótkie pojedyncze zdania, jakimi posługuje się pani Manuela w nadmiarze, nie służą zdynamizowaniu akcji (co jakże często ma miejsce w dobrej literaturze), lecz są pochodną niedostatku wyobraźni, która, jeśli występuje, to ogranicza się do wątków fizycznego „bara-bara” (nie napisałem „fizycznej miłości”, bo też jej w książce nie ma).
Wydaje się także, iż nasza literatka nie ma zbyt wrażliwego ucha na ludzkie, zasłyszane rozmowy. Nie będę zbyt odkrywczy, kiedy powiem, że znaczna część dobrej polskiej i światowej prozy, w której dialog odgrywa niepoślednią rolę, czerpie swoje źródła także z języka tak zwanej ulicy, języka potocznego, niekoniecznie dystyngowanego, ale wyrażającego jakieś istotne lub też i banalne myśli, które później, przetransponowane przez autora, przemyca on do własnej opowieści. W przypadku „Belladonny” dialogi są, nie dość że nic niemówiące, ale i sztuczne, by nie powiedzieć fałszywe. Przypominają strzępy rozmów podobne tym, którymi onegdaj bawiliśmy się w towarzyskiej zabawie w „głuchy telefon”.
Podejrzewam też, że poszatkowana na 73 króciutkie rozdziały „Belladonna” to wynik - moje nazewnictwo - „pospiesznego nieprzemyślenia” opowieści. Ot, wyobrażam sobie, że pani Manuela wstała wcześniej niż zwykle i jeszcze przed poranną kawą postanowiła sobie na papierze (w edytorze tekstu) zaszaleć nad myślą zrodzona o brzasku. Szybciutko przystąpiła zatem do pracy, lecz pragnienie bogatego w kofeinę napoju okazało się być silniejsze i pisarka czym prędzej postawiła kropkę w pół akapitu.
To nie jest profesjonalne podejście do pisarstwa.
Owszem, „Belladonna” mieści się w kręgu powieści postmodernistycznych i cokolwiek by nie powiedzieć o twórczości Cohello, Eco, współczesnych prozaików francuskich czy o dziełach starzejących się „iberoamerykanów”, ta moda na dywagacje z samym z sobą, na kreowanie bohatera, za którego czyny pisarz nie bierze odpowiedzialności i nawet go nie ocenia, nie jest szkodliwa, a często bywa interesująca w odbiorze czytelniczym. Ale powiastka pani Gretkowskiej wydaje się być nieudolnym naśladownictwem tej nowej, choć powoli przebrzmiewającej, fali współczesnego pisarstwa, choć przyznać trzeba, że  element rozpasanej, wolnej, feministycznej „miłości” jest w przypadku prozy Gretkowskiej znamiennym, choć w sumie nieciekawym wyróżnikiem.
Czy zatem dobrnę do 73 rozdziału „Belladonny”? Nie wiem. Zgodnie z intencją autorki prędziutko przeskakuję z akapitu na akapit, pochłaniam jednym spojrzeniem dialogi, które i tak większego znaczenia w książce nie mają, a że rozdziałki nieobszerne, tedy pomiędzy jedną a drugą kromką chleba z omastą daję sobie z nimi radę… chociaż…
…chociaż książka Manueli Gretkowskiej nie dostarczy mi jakiejkolwiek wiedzy o życiu, nie zaciekawią mnie opisywane przez nią historie, nie rozbawi mnie, nie wzruszy i nie zezłości, nie zainspiruje, nie zastanowi, nie będę pod urokiem jej narracji, nie uczynię cennych obserwacji odnośnie kunsztu słownictwa, składni i oryginalnego obrazowania, nie dostrzegę, z jakim trudem, lecz i z determinacją autorka buduje akcję, konstruuje wyraziste lub rozchwiane psychologicznie postaci.
Ale będę przynajmniej wiedział, czego czytać się nie godzi.

[19.06.2017, Parking na A 361 pod Tiverton, Devon, Anglia]

BIAŁY KOŁNIERZYK

Grunt to wyprasowana koszula, a więc niezbędną inwestycją jest żelazko, najlepiej Philipsa, ale i inne wchodzą w grę, z ceramiczną powierzchnią grzewczą i najlepiej z odłączanym przewodem, który wtedy nie plącze się podczas prasowania, ona to robi za niego i jest to jedyna rzecz, jaką potrafi robić, bo że ma dwie lewe ręce do roboty to wiedział od samego początku, kiedy ją poznał, teraz już nawet nie ma się nad czym zastanawiać, dlaczego wybrał właśnie ją, była młodsza, urodziwa, pewnie to zdecydowało, bo teraz to może nawet nie spojrzałby na nią, jest wprawdzie wysoka, nie przytyła, ale łysieje, wszystko przez tę chemię, mówił jej tyle razy, aby nie robiła sobie włosów tak często, ale nie o tę łysinę się rozchodzi, tylko o to, czy do niego pasuje, w końcu jest dygnitarzem i pokazuje się w środowisku, spotkania, rauty, wycieczki, a ona teraz wyprowadziła psa na spacer i szybciutko dwa razy okrąża blok, że aż sunia musi załatwiać się w locie, bo smycz cały czas jest naprężona, ale przywykła do tej sterowanej przebieżki ze skórzanym paskiem wbijającym się w jej pozbawioną włosów wątłą, zaróżowioną delikatność szyi…
ten papieros trzymany w dwóch długich i wysuszonych palcach prawej dłoni, którego co chwila wtyka sobie między wyszminkowane wargi i którym zaciąga się tak mocno, że zachłystuje się dymem, starcza akurat na dwuokrążeniowy marszobieg, z którego powraca na drugie piętro, gdzie mieszka z mężem i córką, przedtem jeszcze z parką dorosłych już dzieci, przy wtórze skowyczących jęków suczki, która chciałaby jeszcze oblecieć niewysokie, syberyjskie świerki na skwerze…
on też pali, niedużo, w towarzystwie, przy kawie i alkoholu, w przerwach pomiędzy polityczną rozmową, a wykonywaniem patriotycznych pieśni przy gitarze, patriotyczne pieśni wychodzą mu najlepiej na imieninach po północy i jeśli w sąsiednim bloku są trzy miejsca, gdzie kultywuje się tradycje piosenek biesiadnych, u niego dominują maki, rozmaryny, brygady i ułani i dopiero przed trzecią nad ranem zaczyna dominować bieżący folklor…
sprawdza jeszcze ostrze białego kołnierzyka, zapina go i odchyla ku górze, aby zacisnąć wokół szyi krawat, o tak, krawat wiąże osobiście, nie musi nawet patrzeć się w lustro przy wiązaniu, lecz później, gdy chowa pod kołnierzem jedwabne powrozy i umieszcza tuż pod grdyką supeł kokonu, sprawdza dokładnie, jak prezentuje się w koszuli i krawacie z taniego bazaru, a zaraz potem w garniturze kupionym na oko, nie na miarę, jeszcze tylko lakierki, zawiązuje je na dwa oka, stawiając na przemian to lewą, to prawą nogę na wiaderku ze śmieciami, z przykryciem i kiedy już żona myśli, że stanie się cud, gdy jej mąż po makijażu i opryskaniu się fiołkową wodą chwyci za kabłąk wiaderka i uda się z nim do kosza na śmieci, on tymczasem zerka z wysokości drugiego piętra na garaże, sprawdzając, czy synuś wyprowadził czarnego mercedesa, i wyprowadził, a zatem trzeba schylić się jeszcze po skórzaną torbę, w której pomieścił całą swoją mądrość z przemowami i dokumentami niezmiernej wagi państwowej, żegna się z żoną, a niepocieszona córeczka przymuszona do wyniesienia śmieci, burczy coś pod nosem, ale nie zapomina zabrać z sobą komórki, bo pokonując te osiemdziesiąt metrów, jakie dzieli ją od wyjścia z klatki schodowej do pojemnika na śmieci, ma czas na wykonanie przynajmniej jednej rozmowy z chłopakiem, a jak złośliwcy utrzymują, z dziewczyną…
synuś zdążył jeszcze otrzeć z wczorajszego kurzu pysk maski mercedesa klasy S oraz błotniki, co teraz jarzą się głębią czerni w popołudniowym słońcu, zdążył nawet otworzyć drzwi od strony kierowcy, co tatuś powitał z więcej niż aprobatą, ale w końcu dwuletni volkswagen, którego tatusiowi udało się sprezentować pierworodnemu, wart jest wycierania irchą limuzyny dygnitarza, a w dodatku rodzonego taty, a przecież nie zawsze stosunki na linii ojciec - syn układały się poprawnie, bo synuś był krnąbrny, uczył się tyle o ile i nie doceniał tego, co jego ojczulek jest w stanie zrobić dla rodziny przez najzwyklejsze w świecie znajomości oraz to, że było nie było, jest od niepamiętnych czasów partyjnym dygnitarzem, o, tak, kłopotów było z nim co niemiara, ale w końcu, gdy egzaminy jakoś tam pozdawał, co było warunkiem załatwienia mu przez tatusia jakiejś roboty, przy której nie zaharowałby się na śmierć, a później samochodu, młodszy nareszcie się opamiętał i coraz bardziej wdawał się w ojca…
zdaje się po raz pierwszy tak na poważnie przypadli sobie młody ze starym do gustu, kiedy to tatuś zmuszony był na własną rękę poszukiwać zwycięskich głosów w wyborach parlamentarnych, bo stało się tak, że podpuszczony przez jeszcze ważniejszego niż on sam dygnitarza, na jakiś czas odłączyli się matki - krowy, partii, która pozwalała się wydoić ze stanowisk i rozlicznych apanaży, rad nie rad, wykonując z grupą politycznych przyjaciół tę voltę, na szczęście nie o całe sto osiemdziesiąt stopni wykonaną, nie miał innej możliwości niż wziąć we własne ręce kampanię wyborczą i gdzie tylko można przekonywał niezdecydowanych, ale też nie zabrakło takich, którymś w przeszłości coś tam przyobiecał, a że załatwić nie mógł, to przez ten układ, co to przy korycie konsumował przysmaki, innych odeń odpychając, i tak tatuś wpadł na pomysł taki, aby do starego, nadwątlonego przez rdzę mitsubishi żony podpiąć przyczepkę, na której umieścił swoje uśmiechnięte po szczurzemu podobizny nadrealnie potężnego formatu z niezbędną nazwą partii i koniecznym numerem na liście, synuś ocenił wtedy błyskawicznie, że jego ojciec opuszczając zasłużoną partię i zamieniając ją na mniejszą może mieć niejakie kłopoty w przedłużeniu pobytu w parlamencie, a do tego przecież obaj plus żona i córki dopuścić nie chcieli, ocenił tedy synek sytuację jak przystało na młode, polityczne, tatusiowe zaplecze i razem ze swoim mentorem objeżdżali tym dyliżansem miasta, wioski i miasteczka, aby wizerunek dygnitarza utrwalić w pamięci przydrożnej społeczności, a jeśli ktoś zapyta, dlaczegóż to ciągnikiem karawanu nie uczyniono czarnego mercedesa klasy S, odpowiedź jest prosta, aby nie koleć w oczy bogactwem, już to nie promować niemieckiej firmy samochodowej, albowiem ze wcześniejszych publicznych wystąpień tatusia wynikało, że strasznie jest przeciwny korzystaniu z gadżetów, zwłaszcza udostępnianych społeczeństwu przez niemiecką nację, w każdym bądź razie lepiej dmuchać na zimne, gdy wybory tuż tuż…
plan wypalił, w czym zasługa i karawaningowych peregrynacji, i wystąpień na wiecach, spotkaniach, zebraniach, po mszy, na targowicach, na ulicznych deptakach, w strażackich remizach, na szkolnych akademiach i uroczystych obchodach rocznic wielkich i małych, sławiących zwycięstwa i klęski, także z powodu plakatów przystrajających dorodne drzewa i ogłoszeniowe słupy, witryny sklepowe i opustoszałe tablice ogłoszeń dygnitarz zyskiwał popularność i mniejsza o to, że podlakierowanej buźce tatusia domalowywano sumiaste wąsy pod nosem, a na nich okulary Harrego Pottera, liczył się wizerunek byle jaki, ale rozpoznawalny…
kiedy już dostąpił zaszczytu bycia posłem i przebolał był utratę oszczędności, jakie zainwestował w kampanię, okazało się, że mniejsi bracia ponownie zasilili wymiona krowy - matki, owej partii, co ich przez lata karmiła i wraz z nią przejęli w najwłaściwsze ręce insygnia i inne przymioty władzy, a zatem tatuś mógł ze śmiałością pomyśleć o korzystnym wydaniu za mąż starszej córki, o zakupie mieszkanka dla nowożeńców, o samochodziku dla córeczki, tudzież interesującej a niekłopotliwej pracy dla niej, a przecież przez lata systematycznie przeznaczał też swoje kieszonkowe na daczę nad jeziorem, która niechcąco rozrosła się do postaci pałacowego domu, gdzie na stare lata, a może i wcześniej, bo dygnitarze starzeją się długo i ociężale, można by sobie pomieszkać godniej niż w trzypokojowym mieszkaniu na drugim piętrze odnowionego, ale w końcu tylko bloku…
mercedes klasy S puścił za sobą ekologiczny dym na znak, że tatuś, wyprasowany, wypachniony i pod krawatem opuszcza rodzinne gniazdko, w którym synuś zażywać będzie popołudniowej sjesty, popijając schłodzone piwo, żoneczka szlifując pazury, obmyśli do jakiego tym razem ma się udać salonu, aby pozwolić sobie zrobić z tej resztki włosów, co jej została na głowie, kolejną trwałą, najmłodsze dygnitarskie dziecko wda się w sms-owe łamigłówki z chłopakiem, złośliwi przysięgną, że z dziewczyną i tylko starsza córka, korzystnie pożeniona, ileż to wycierpi się przy zmianie pieluch swej pociechy, bo dzieci nawet u dygnitarskich córek się zdarzają…
pojechał był nasz tatuś, mężuś i dygnitarz w jednej skromnej osobie, aby gdzieś tam w salce byle jakiej, kinie, szkole, remizie, na stadionie, na mieście, na przystrojonej zawczasu balowej sali przemówić z kartki i bez, aby zapewnić, obiecać, a jeśli trzeba, a trzeba, naurągać tym, których jeszcze w perspektywie kolejnych, municypalnych tym razem wyborów, należało powymieniać na lepszych, lojalnych, dobrze się kojarzących, bardziej prawdziwych od innych, i gdzieś tam na wiecu, spotkaniu, zebraniu, raucie, będąc zaproszonym lub wpraszając się oknem a drzwiami roztoczyć miał przed publicznością plany skomentowane oklaskami na stojąco, zachęcające tatusia, aby zasiadł do przygotowanej przezornie gitary i zaśpiewał o makach, rozmarynach, brygadach i ułanach…
a na odchodnym, dłonie wyciągnięte ku niemu ściskając, już pożegnawszy się, przy wyjściu, tatulek rozpiął najwyższy guzik i poluzował krawat i już rozmyślał o tym, czy żonka zdążyła żelazkiem marki Philips wyprasować mu kolejną bieluchną koszulę, którą nabył był po znajomości na bazarze.

[18.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji i 19.06.2017, Parking na A 361 pod Tiverton, Devon, Anglia]


18 czerwca 2017

KAWIARENKA (91) DOROTKA

- Ależ proszę się temu nie dziwić, Teresko - pani Janeczka Szydełko pocierała ramię siedzącej tuż obok niej żony pana leśniczego. - Chociaż jestem kobietą, nietrunkową zaznaczam, to może i bym postąpiła podobnie. To wielkie szczęście dla was obojga i bardzo rozumiem pana leśniczego.
- Ale jak my autem dostaniemy się do tego sądu? Ja jeszcze prawa jazdy nie mam, ha, czy ja w ogóle za kierowcę się nadaję, a on taką mi niespodziankę zrobił. Jeszcze przed czternastą zwołał zebranie wszystkich pracowników leśnych, w tej pakamerze, gdzie zwykle się stołowali… wchodzą, patrzą, a tu stół zastawiony pieczystym, warzywami, owocami… w bibliotece jeszcze siedziałam i nic o jego planach nie wiedziałam… musiał zamówić gotowe dania, czy jak… no i wytoczył chyba ze dwa litry miodowej nalewki, co to tylko na specjalne okazje była przeznaczona. Zasiedli zdumieni, a on wtedy rozpoczął preorę: -„Dziwicie się, panowie, że raczę was dzisiaj poczęstunkiem, który oby wszystkim nam wyszedł na zdrowie, ale chwila to niebagatelna przed nami. Jutro o tej porze w tym oto leśnym domu zobaczycie panowie córkę państwa Gajowniczków - Dorotkę, która odtąd będzie ozdobą nie tylko naszej leśniczówki, ale i całego lasu. Świętujemy dzisiaj jutrzejsze przybycie do nas istotki, która, jestem pewien, wniesie w nasze życie blask podobny brzaskowi letniego poranka, a blask ten tak okrutnie był przeze mnie oczekiwany, że… że postanowiłem podzielić się nim z wami…”. To jego słowa, pani Janeczko. Jeden z robotników o nieco mocniejszej głowie niż pozostali zrelacjonował mi słowo po słowie mojego męża.
- To bardzo miłe z jego strony - wtrąciła pani Jadzia Krach, małżonka pana radcy. - W takich chwilach człowiek rad jest, kiedy może podzielić się dobrą nowiną z tymi, których zna i ich szanuje.
- Też i ja byłam przyjemnie zaskoczona, ale ten alkohol… głowę daję, że mąż nie wytrzeźwieje na tyle, aby posadzić go za kierownicę. Przecież my jedziemy do sądu… i co tam pomyślą? Przecież nie oddadzą dziecka nietrzeźwemu ojcu?
- Do jutra, kochanie, wszystko wyparuje, bądź pewna, a sędzia czasami też człowiek, zrozumie - zapewniła pani Szydełko, lecz w głębi duszy przemyśliwała nad występkiem pana leśniczego, uznając go w istocie swojej za nazbyt nierozsądny.
Ale wtedy przybliżył się do pań siedzących w kawiarence przy jednym stoliku pan radca Krach, zajęty do tych pór jakąś intensywnie wyglądającą rozmową z kawiarennikiem, przybliżył się i czy to podświadomie wyczuł, o czym czcigodne panie rozmawiają, czy też wręcz wsłuchał się (niby przypadkiem) w treść ich rozmowy, z miejsca, jeszcze na krzesełku nie przysiadając, zabrał  swój cenny głos gromkim barytonem.
- Jeśli chodzi o dostanie się do powiatowego sądu, to nic nie stoi na przeszkodzie, abyście państwo skorzystali z usług mojego auta i mnie samego jako kierowcy. Zmierzam właśnie do powiatu, aby wyprostować ścieżki, a właściwie torowisko naszej wąskotorówki, zgodnie z obietnicą, jaką poczyniłem wobec pana dyrektora cukrowni, tak że miło mi będzie towarzyszyć waszemu szczęściu.
Pani Tereska nawet nie była zdziwiona ofertą usłyszaną z ust pana radcy, gdyż było powszechnie wiadomo, że nie tylko przemawia za panem Krachem rozum i rozsądek, ale i serce swoje nosi pod klatką piersiową nie od parady, jednakowoż pospieszyła przedmówcy serdecznie podziękować, gdyż w swym zrozumiałym podnieceniu sądową sprawą nie mogła znaleźć lepszego rozwiązania nad to, które zgotował jej zasłużony bywalec kawiarenki.
- To trzeba na to aż sprawy sądowej? - dopytywała się pani Jadzia, niby nie rozumiejąc procedury adopcji, lecz w gruncie rzeczy chodziło jej o to, aby pani Tereska jak najwięcej o Dorotce powiedziała.
- Tak, pani Jadziu i Dorotka wie już o tym, że aby zostać z nami na stałe, czeka nas wszystkich ten miły obowiązek, chociaż, jak państwo wiecie doskonale, że w sądzie, mając nawet wygraną sprawę, jest miejsce na zdenerwowanie.
- Ale chyba powodów do niepokoju nie ma? - zapytała jeszcze pani Krach.
- Pani dyrektor domu dziecka powiedziała, że to formalność, aczkolwiek i ona, i pani psycholog, która prowadziła sprawę Dorotki, będą jeszcze zabierać głos przed sądem.
- Toż przecież żadnego złego słowa na temat państwa nie powiedzą - wyrzekł pan radca - a swoją drogą, szybkoście się państwo z tą adopcją uwinęli - dodał z podziwem w głosie radca Krach.
- To prawda. Poszło jak po maśle, choć najbardziej baliśmy się tego, że nasz wiek będzie przeszkodą prawie nie do zwalczenia…
-… gdy tymczasem nie odegrał on tak wielkiej roli, jakiej się spodziewaliście - uzupełnił pan Krach.
- W rzeczy samej. Dominowały warunki bytowe, jakie możemy małej zapewnić oraz ta więź, która pomiędzy Dorotką a nami się zawiązała. I powiem otwarcie, że jest w tym wszystkim największa zasługa samej Dorotki, bo, jak uczyła nas pani psycholog, w dobrze przygotowanej adopcji to nie przyszli rodzice wybierają dziecko, lecz dziecko ich wybiera i gdyby nie zachowanie Dorotki, pewnie czekalibyśmy na swoje szczęście nie cztery miesiące, a rok cały, albo i dłużej.
- Nie znam, nie widziałem, ale słusznie podejrzewam, że będziecie mieli państwo nie tylko ukochaną, ale i mądrą córeczkę - stwierdził z całą powagą pan radca, wsparty pozytywnym skinieniem głowy obu siedzących po jego lewicy i prawicy pań.
I w tejże samej chwili, kiedy pan radca wygłaszał zasłużone pochwały nad bystrością umysłu Dorotki, przy stoliku, gdzie rozmawiano, pojawiła się kawiarennika żona, Marysia, prowadząc za rękę drepczącą wesoło Różę (Kubuś, po mlecznym posiłku i wymianie pieluchy spał w najlepsze).
- Różyczka będzie rada, pani Teresko, prawda - zwróciła się toż samo i do pani leśniczyny, i do córki - kiedy Dorotka zajdzie niedługo do kawiarenki. Może zostaną przyjaciółkami, choć pani córeczka to pięciolatek, prawda?
- Owszem, przed miesiącem skończyła pięć lat. Radzi bylibyśmy nie puszczać jej z domu, chowając ją z mężem jak pod kloszem, ale przecież musi iść pomiędzy dzieci w jej wieku do przedszkola. A do kawiarenki oczywiście zajrzy. Jestem pewna, że zaprzyjaźni się z Różą.
- I takim to sposobem kolejna ważna osoba stanie się gościem kawiarenki, do tego bardzo młodym - powiedział radca Krach i zaraz dodał: - No powiedz, Jadziu, jak to przyjemnie mieć tę świadomość, że kiedy nas, starych zabraknie, kolejne generacje zajmą nasze miejsce w tym łańcuchu pokoleń.
- Normalnie, filozofujesz, mój mężu - odparła pani Jadzia.
Rześkie powietrze wpłynęło szerokim strumieniem do kawiarnianej przestrzeni, a najbardziej się nim zachłysnęła pani Tereska.

[16/17.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (19) OPOWIEŚCI ROMANA

*
Mnie to się wydaje, że dziecko i osoba starsza, bardzo stara, są do siebie podobni. Na starość człowiek staje się dzieckiem, dziecinnieje. Zauważyłem, że małe dziecko często opowiada o tym, kim było, tak jakby rzeczywiście przed swoim narodzeniem było kimś innym. Myślę, że kiedy człowiek umiera, umiera jego ciało, a dusza… ona przechodzi w momencie narodzin na kogoś innego, na narodzone dziecko. Nie wiem, czy potrafię to inaczej wyrazić.
**
Wiesz, ja jestem chłopak ze wsi, a charakter mam taki, że zawsze z każdym rozmawiałem, czy to z chłopakami, czy z dziewczynami. A tak w ogóle to miałem wiele dziewczyn, najdłużej chodziłem z nimi dwa miesiące. W naszej wiosce była taka sala, do której przychodziliśmy po robocie w polu porozmawiać, potańczyć, wypić sobie. Nigdy nie odmawiałem. Aż pewnego razu coś takiego mnie tknęło, żeby nie pić. Chodziłem od jednej grupy chłopaków do drugiej, namawiali mnie, wypij i wypij. A ja nic. Coś mi mówiło, nie pij, choć byłem zdrowy i nigdy nie odmawiałem. Koledzy patrzyli na mnie dziwnie, dziewczyny też. Dochodziła północ, kiedy wracałem do domu. Na progu przywitała mnie mama. Powiedziała, że na babcię nadszedł czas. Umarła. Nic nie wskazywało na to, że umrze tej nocy. Nie wiedząc o tym, że umrze, czułem podświadomie, że nie mogę tego wieczora pić. Rozumiesz coś z tego?
***
Jak ją zapoznałem? Zacznę od tego, że miałem pierwszy we wsi samochód. Umiałem jeździć. Orałem pola traktorem, obsiewałem, a samochód był trochę na pokaz. Zabierałem nim na przejażdżkę kolegów. Nie powiem, czasami się wypiło, ale kto tam wtedy o to dbał. Niedługi czas po mnie niektórzy kumple też mieli swoje auta. Jeździliśmy z wioski do wioski popisać się przed dziewczynami. Czasem zabieraliśmy je z sobą, ale najczęściej odmawiały, bo jeździliśmy na gazie.
Ona mieszkała na drugim krańcu wsi i miała parę kilometrów do szkoły, w której uczyła. Pewnego razu mieli w szkole zebranie, które przeciągnęło się dłużej niż zwykle, a ja beztrosko uganiałem się za dziewczynami swoim autkiem i traf chciał, że przejeżdżałem obok szkoły, kiedy z niej wychodziła. Zaproponowałem jej podwózkę do domu. Pamiętam, że wtedy nie piłem, chociaż ona sądziła, że nie jestem trzeźwy, bo wiele razy widziała mnie podchmielonego. Wahała się: wsiąść do samochodu czy nie. W końcu wsiadła, a kiedy dojechaliśmy do jej domu, zaprosiła mnie do środka. Byłem nieco speszony, bo to nie ubrałem się należycie, a ona… ona nauczycielka, więc co sobie pomyślą jej rodzice, kiedy mnie zobaczą. A ona, kiedy zaparzyła nam herbatę i podała jakieś ciasto, wtedy powiedziała, że jest zaskoczona, bo myślała, że jestem takim lumpem - łazikiem, a tymczasem okazałem się grzecznym chłopakiem. Nigdy już więcej nie piłem prowadząc samochód. Odwoziłem ją czasami ze szkoły do domu i przyszedł czas, kiedy wybieraliśmy się samochodem do okolicznych wiosek na tańce. Tak to się zaczęło.
****
Ja też nie wierzyłem, ale stało się tak, że sąsiad, który kolegował się z moim ojcem, starszy od niego, przeszedł parę operacji w miejskim szpitalu. Było z nim coraz gorzej i odwieźli go do domu, aby sobie spokojnie zmarł w swojej chałupie. Działo to się akurat w czasie, gdy przyjechałem do wioski na urlop, a byłem wtedy w wojsku. Widziałem, jak sanitariusze wynosili go z karetki na noszach. Nikt mu nie dawał szans, że przeżyje miesiąc.
Po roku skończyłem służbę i wróciłem do wioski. Patrzę, a ten sąsiad porusza się na silnych nogach, dogląda krów, chodzi z nimi na popas, ba, wódkę pije jak młody. A uleczyła go jedna starucha ziołami. Cały czas go leczyła. i, popatrz, mojemu ojcu, młodszemu od niego zmarło się, a jego sąsiad przeżył go o dwanaście lat.
*****
Mnie się przez te cztery lata pracy w Anglii naprawdę podobało. Człowiek potrafi przywyknąć do wszystkiego. Pracę też wspominam jak najlepiej. Było ciężko, ale na budowie można było dobrze zarobić. W takim Woking przynajmniej dwa razy w tygodniu chodziliśmy do aquaparku. Były tam trzy różnej wielkości baseny, cztery zjeżdżalnie, jacuzzi, prysznice, kafejka, bar. Za trzy funty można było balować tam cały dzień, a co to było trzy funty, kiedy zarabiałem wtedy sto funtów dziennie.
Za te zarobione w Anglii pieniądze kupiliśmy mieszkanie w mieście i wyprowadziliśmy się z wioski. To takie ciche miasteczko, chyba jedno z najspokojniejszych w całej Ukrainie. Podoba mi się. Ale kiedy w pierwszych latach mojej pracy w Anglii wracałem na urlop z zagranicy, jeździłem do swojej wioski. Pozostała w niej mama i brat. Byłem w szoku, bo zdążyłem się już przyzwyczaić do wygód na Wyspach, a we wsi, nie ma przeproś, budzisz się o piątej rano, a to żniwa, to znów sianokosy, zbieranie kartofli. Ani się spostrzeżesz, jak dopada cię noc. Boli cię w krzyżu, ale jesteś tak zmęczony, że szybko zasypiasz. I całe szczęście, bo o piątej znów pobudka.
Po takiej robocie wracałem do nowego mieszkania w mieście. Tam spokój i cisza, ale tak sobie pomyślałem, że najbardziej to lubię wieś, moją wioskę. Nieważne, że się narobię, ale czuję się w niej najlepiej. Teraz też, kiedy przyjeżdżam, rozumiesz, cześć i cześć, przyjaciele, ludzie, których dobrze znam. Uwielbiam swoją wieś.
******
Żona i córka uważają, że nie ma sensu resztę życia spędzić na Ukrainie. Żona chciałaby osiedlić się w Niemczech, a córka w Anglii. Ale na dziś podjęliśmy już z żoną decyzję odnośnie edukacji córki. Znalazłem dla niej szkołę w Warszawie. Jak tylko skończy te dziewięć klas, pójdzie na studia. Wiem, że ta uczelnia wysyła na praktyki do Stanów. Córka już teraz mówi perfekcyjnie po angielsku (uczy się cały czas polskiego), więc jak się będzie dobrze uczyła, ma szansę dostać się na te praktyki. Ona rozumie, że chcemy dla niej jak najlepiej. Przekonała ją o tym także historia dwóch kuzynów, którzy skończyli studia na Ukrainie i teraz nie mogą znaleźć pracy w swoim fachu. Oczywiście, że i na Ukrainie można znaleźć dobrą pracę, ale żeby ją dostać, trzeba mieć plecy i większe pieniądze od tych, jakie mamy. Zanim jednak córka zrealizuje nasze wspólne plany, osiedlimy się w Polsce. Mam Kartę Polaka, więc będzie nam łatwiej. Chciałbym jeszcze dostać kartę stałego pobytu, a potem uzyskać polskie obywatelstwo. Nie, podwójne obywatelstwo mnie nie interesuje. Tak mi się wydaje, że obecnie w Ukrainie władzom jest na rękę, że ludzie wyjeżdżają za granicę. Zostajesz w kraju - przysparzasz państwu niepotrzebnych kłopotów, bo to trzeba cię rejestrować w biurze bezrobotnych, trzeba ci jakieś pieniądze dawać, abyś mógł przeżyć, jak zachorujesz to kolejny problem… a tak, wyjedziesz sobie, to ci pięknie pomachają ręką na pożegnanie i w duchu pomyślą: „obyś już nie powrócił”.
A ja i tak wciąż będę tęsknił za rodzinną wioską. 

[17.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 


PRZYDROŻNE MONOLOGI (18) ZJAZDY, ROCZNICOWO


*
Wczoraj wyjechali do kraju Jurek i „mały” Jacek, spóźnieni o dwa dni, ale jednak im się udało. Zabrali się z Olegiem z Połtawy (ten z komicznym śmiechem podczas oglądania filmów), który poprosił o wcześniejszy zjazd, bo żona mu zachorowała (musi opłacić lekarzy) i jego studiujący informatykę syn dostał kartę powołania do wojska. Oleg obawia się, że wyślą syna na wschód na wojnę, więc musi wracać, aby i tę sprawę załatwić (pieniędzmi, rzecz jasna), a do Połtawy z Polski trzeba jechać prawie dwie doby.
Teraz, po wyjeździe „dużego” Jacka do Irlandii w domu pozostało nas dwóch: ja i Sebastian. Obaj czekamy na zjazd. Sebastian musi do Polski zdążyć na swój ślub (z Ukrainką) i najpóźniej we wtorek powinien wyruszyć spod Calais. Mnie z kolei termin zjazdu wypada na poniedziałek lub wtorek; raz, że 21 czerwca, czyli w środę muszę zwrócić do biblioteki książki (w tym nieszczęsnego Vargę), a dwa, że mamy zaplanowane króciutkie wczasy w górach od 23-go (taki niby „prezent” na niedawną „osiemnastkę” córki). A tu tymczasem dostaję kurs do Birmingham z rozładunkiem na wtorek rano i przy bardzo dobrym układzie wystartuję z „domu” pod Calais w nocy z wtorku na środę, albo w środę rano. Warunkiem jest kurs z ładunkiem do kraju, a to nie jest takie pewne.
Istnieje nadzieja, że zabiorę się z Ukraińcem Romanem, z którym w marcu wyruszyliśmy wspólnie w trasę w naszej obecnej firmie, ale pierwszeństwo zjazdu, co zrozumiałe, będzie miał Sebastian.
Inna możliwość to zjazd Citroenem Berlingo, w którym należy wymienić filtr paliwa, a może i przeczyścić zbiornik, bo strasznie nam to autko „przerywa”, i, odpukać, może w pewnej chwili odmówić posłuszeństwa.
A zatem, „na los szczęścia Baltazarze”, należy czekać i liczyć na pomyślny splot okoliczności. O ile na „wczasy” jest szansa zdążyć, to książek z biblioteki nie zwrócę na czas.
Zadzwoniłem więc do znajomego Andrzeja - bibliotekarza, z którym pracowaliśmy jeszcze w szkole, aby wstawił się, za tą moją niezależną ode mnie zwłoką - nienawidzę wprost spóźniania się w sprawach objętych wyznaczonym terminem.

**
Z garści informacji z kraju, o jakie się upominam dominują te najbanalniejsze: o pogodzie, o zdrowiu członkiń i członków rodziny, o perypetiach szkolno- (córka) -zawodowych, jak i też o tym, co w kraju nad Wisłą się najnowszego dzieje i czy jest szansa, że nasza piękna ojczyzna istnieje.
Spośród tychże wieści wybrałem do opowiedzenia taką, która dotyczy „mojej” szkoły, w której „przenauczycielowałem” i przedyrektorowałem parę ładnych lat.
Szkółka ta w bieżącym roku obchodzi 105-tą rocznicę istnienia, z której to okazji zorganizowano uroczysty zjazd. Za „moich” niesłusznych czasów rozsyłano zaproszenia dla nauczycieli - emerytów, także tych, którzy pracowali w szkole przez jakiś czas, dla dawnych dyrektorów, kierowników, których zawodowa kariera otarła się w sposób znaczący o mury naszej sędziwej uczelni. Przypominam sobie ileż to razy dokonywaliśmy operacji polegającej na ustalaniu aktualnych adresów, pod którymi żyły niektóre owoce pedagogicznego grona, boć przecież toć nie honor pamiętać o Iksie, zapominając Igreka. Fakt faktem, że nie każdy z tych „namierzonych” decydował się na odwiedzenie szkoły, w której przepędził szmat swojego żywota, a swój podpis pozostawił czy to w dzienniku lekcyjnym, czy też w protokolarnej księdze zebrań pedagogicznej rady, ale w końcu chodziło nam wszystkim o to, aby dać świadectwo temu, że chociaż żyjemy w jak najbardziej bieżącym zespole powołanym do realizacji szczytnego celu powszechnej edukacji, to jednak pamiętamy o tych, co przed nami trudzili się niemało.
Przypominam sobie, że na okrągłą, setną rocznicę narodzin naszej szkoły, kiedym już nie był pedagogicznym członkiem jej społeczności, napotkałem z żoną (też pedagog) zaproszenia dla nas na rocznicową celebrację na wycieraczce przed naszym mieszkaniem, a przecież na klatce schodowej; otworzysz blokowe wrota i masz zaraz po lewej zestaw skrzyneczek na listy z takim poprzecznym otworkiem na koperty, więc nic trudnego wsunąć weń zgięty na pół kartonik o powierzchni jednej drugiej typowej listownej koperty.
Tym razem władczyni szkoły uznała, że na sto piątą rocznicę nie uchodzi zarzucać wycieraczkę zaproszeniami, skoro znacznie lepiej w ogóle ich nie wypisywać.

[16.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (17) CO TEŻ O POLSCE NAPOTKANI NA ZACHODZIE RODACY PRAWIĄ

*
Do „domu” przyjechał na parę dni jego rzeczywisty właściciel. Przyjechał z kierowcą busem - blaszakiem - volkswagenem. Obaj od ponad dwudziestu lat mieszkają we Francji. Właściciel prowadzi jakieś biznesy w Maroku i Tunezji, a obecnie mieszka w Paryżu. Dom w cichym Campigneulles Les Grandes wynajmuje firmie, w której pracuję. Być może wreszcie podłączą nam internet; pan Andrzej interweniował. Problem zasadza się w tym, że kable należą do francuskiej telekomunikacji a firma SFR dostarcza po nich sygnał internetowy i dopóki telekomunikacja nie zrestartuje łącza, SFR nie zrobi nic. Normalka. W Polsce jest podobnie, także z kolejami (szyny należą do X, dworzec do Y, parowozy z wagonikami do Z).
Rozmawiamy o pracy, a właściwie egzotycznych podróżach właściciela, bo do Maroka i Tunezji dochodzi jeszcze Senegal. Dwa podstawowe tematy to brak tamże wody i afrykańska kuchnia. Pan Andrzej ma dosyć skonkretyzowane poglądy na temat UE, roli w niej Niemiec oraz polskiej polityki, która przez lata, jego zdaniem, polegała na systematycznej wyprzedaży majątku państwowego. Nie jest w swych opiniach odosobniony. Podróżując po Europie, a ostatnio na trasie Francja - Wielka Brytania kwestia wyprzedaży tego, co budowały zeszłe pokolenia bardzo często pojawia się w rozmowach i bez względu na domniemane orientacje polityczne każdy polski kierowca, jak i też Polacy, których w takiej choćby Anglii spotyka się co krok, mają niemal identyczne zdanie: kraj nasz jako niezależny podmiot gospodarczy nie istnieje. Więcej, opinie są takie, że to, czego Hitler nie zrobił przy pomocy podbojów, obecne Niemcy czynią to samo drogą pokojową. Przesada? Nie sądzę. Naprawdę wystarczy trochę pojeździć po Europie z towarami, przypatrzeć się, w jaki sposób funkcjonuje ten europejski organizm gospodarczy i wyciągnąć wnioski, nie opierając się na mediach, które przecież w zdecydowanej większości nie są w polskich rękach. Ludzie bardzo psioczą na PO, Tusk to karierowicz; mniej na PIS, choć ten przegina w kwestii religii i absolutnym nieporozumieniem jest Macierewicz, ale PIS przynajmniej próbuje się Zachodowi postawić. Myślę jednak, że pracując na Zachodzie Europy, Polacy skłonni są bardziej zawierzyć PIS-owi, bo Platformiana elita to… tu padają mocne słowa… lepiej nie przytaczać, a tak w ogóle to „uwierzę, że w Polsce zmieni się na lepsze, jeśli wypuszczą z więzień niepłacących alimenty (powinni na nie zapracować), a znajdą się w nich ci wszyscy „przekręciarze”, którzy jak Polska długa i szeroka pozostają bezkarni”.

[15.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

WYZNANIE

Brakuje mi ciebie
ty która śmiało wkraczasz
w materię oblekającą moje ciało
a jeżeli potrafisz ukłuć boleśnie
to obwiniam o to siebie
że nie potrafię
jestem nieostrożny
moje oczy nie dostrzegają
dotyk moich palców jest niestaranny
i obejmując cię
zagłębiam się tobą bez wyczucia
wyszarpuję niezręcznie
zapętlam się za tobą
albo zrywam więzi
a przecież 
kiedy podążamy z sobą wspólnie
potrafimy uczynić tak wiele
połączyć nierozerwalnie
tak bardzo mi ciebie brakuje 
jak teraz bez twojej pomocy
zszyję swoje znoszone portki
o Igło moja najdroższa.

[15.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

CO MAM CI DO POWIEDZENIA (2)

Kiedy tak z gosposią naprzeciwko siebie siedzieli przy stole, wciąż jeszcze oświetlonym przez jęzor słonecznej jasności, a siedzieli już przy ziołowej herbatce, która dla obojga Romanowa w trymiga przyrządziła, nie zdążył nawet z pytaniem do niej o proboszcza; sama napoczęła śliski temat.
- Ja przecie widzę, proszę księdza, że jego myśli lgną do naszego księdza Mariusza, któremu chyba jeden Pan Bóg ścieżki wyprostować może, nie żaden człowiek, bo to charakter taki, że naprawianie go przez ludzkie gadanie nie pomoże.
- Trzeba ufać, Romanowa, że w końcu się opamięta, a może mnie, starszego wreszcie posłucha, bo przecież tak dalej być nie może.
- Nie może być, a jest, proszę księdza. On już z tego wszystkiego, albo śpi, albo ledwie zakończywszy posługę, w samochód wsiada i Bóg jeden wie, gdzie jedzie. Domyślam się, że do miasta, gdzie jako osoba mniej znana, kupuje sobie wytrawne wina, że niby do mszy, lecz ja wiem, że wypija je w samotności. Jedyna pociecha, że nie pokazuje się ludziom pijany; na to go jeszcze stać, ale jak długo w tym wytrzyma? 
- Nie wytrzyma, Romanowo, nie wytrzyma, bo zabrnął za daleko i w końcu ludzie dowiedzą się, jaką niespodziankę im sprawił.
- A czy to już dzisiaj nie wiedzą? Cała wieś bierze go na języki, choć są takie parafianki, co to we wszystkim, co robi usprawiedliwiają go i mówią, że ksiądz też człowiek, a i mężczyzna przy okazji, więc przymykają oczy.
- Ale większość parafian…?
- Przecież ksiądz się domyśla, jak jest, a są tacy, co gotowi by i do samego biskupa pojechać i poskarżyć się na to, jak się ksiądz Mariusz prowadzi, a ludzkie gadanie ma za nic, no i wstydu, że za grosz nie ma.
Rozdwojony pomiędzy szacunkiem dla osoby, która i jemu szacunek oddała, a gosposią, która samą prawdę mówiła, ksiądz Kazimierz miał nie lada twardy orzech do zgryzienia, ale trwał mocno w swoim zamyśle, że rozwiązać problem musi; nie on to kto? Jego młody proboszcz posłucha, ugnie się przed głosem starszego wiekiem kapłana, tyle że nie wiedział jeszcze, jak tu się do tej sprawy zabrać, aby przy okazji dziecka z kąpielą nie wylać.
- To bardzo prawdopodobne, Romanowo, że biskup się za tę sprawę weźmie, bo też i rozgłos więcej szkody przyniesie, gdy go w porę nie pohamować. Aleć jeszcze do biskupa nie napisali? wizyty mu nie złożyli?
- Jeszcze nie. Przebąkują coś o ostatecznej z księdzem Mariuszem rozmowie: niechże się określi, bo inaczej, choć za porządnych katolików się mają, to gotowi są pójść na całość.
- A że się tak naiwnie zapytam, czy aby to prawda, co ludzie mówią? Może to potwarz?
Romanowa tylko pokiwała głową, a wzrok w księdzu emerycie utkwiła taki, że zdradziła się nim jak Judasz, gdy wydał Chrystusa.
- Toć to pewne. Nie dalej jak przed tygodniem ona przed konfesjonałem u proboszcza klęczała, że to na spowiedź przyszła, a już po niej widać było, że pod sercem nosi to brzemię, które ciąży teraz obojgu. Ale mnie, proszę księdza, najbardziej boli to, że ksiądz Mariusz do czasu jak nie spomknął się z tą kobietą, uchodził za nieprzejednanego w katolickiej moralności kapłana. Jakież on kazania układał? Jak przemożnie zatwardziałym był przeciwnikiem cielesnych uciech i rozpusty, pozamałżeńskich stosunków? Słuchało się go z przejęciem, a całe ciało drżało od tych rzucanych na bezbożników gromów. A na niektóre jego słowa młodzież to nawet głowy odwracała, bo to czasy teraz inne, liberalne, powiadają, a księża, co to uciech życia znać nie powinni, jakież mają prawo do sądzenia, toż od tego jest sam Pan Bóg, który i tak widzi najlepiej, i do osądzenia najpierwszy.
Kiedy gosposia rozprawiała tak o proboszczu, dodając jeszcze pewne wypowiedzi na jego temat posłyszane w sklepie, na głównym placu wioski przed domem weselnym i remizą, ale też przed kościołem, gdy wiernym zaraz po mszy rozsupływały się język, ksiądz Kazimierz pomyślał sobie, że w gruncie rzeczy to on sam, choćby z racji sędziwego wieku powinien był karmić parafian konserwatywnymi poglądami, nie dopuszczając do głosu nowego myślenia bliskiego współczesnemu, zateizowanemu światu, tymczasem nie zauważał u siebie tego wstecznego rygoryzmu, co mogło wynikać z jego charakteru, ale też z tego powodu, że Pismo Święte miał w jednym palcu, czytywał mądre myśli nie tylko świętych i teologów, lecz również pisarzy i filozofów, którzy wypowiadali się na temat wiary. Przypomniał sobie te zażarte dysputy, jakie prowadził chodząc z kolędą. Może nawet bardziej pamiętał te domy, gdzie przyjmowano go, jeśli nie niechętnie bądź z rezerwą, to pośród domowników występowała duszyczka krnąbrna, która widząc katolickiego księdza albo zaszywała się w niedostępną gościom głębię swojej mieszkalnej komory, albo też wchodziła z nim na samym początku w przekorny spór, aby wykazać swą zuchwałą niechęć do wszystkiego, z czym klecha przychodził. Jednakowoż ksiądz Kazimierz będąc osobą bezgranicznie cierpliwą i potrafiącą słuchać argumentów rozmówcy, z którymi nawet jeśli się nie zgadzał, to umiał po ich wysłuchaniu tak pokierować rozmową, aby i jego usłyszano i zrozumiano. Nierzadko taki zaprzysięgły antyklerykał, nienawrócony przecież przez księdza, oczekiwał z niecierpliwością na kolejną rozmowę z osobą duchowną, na kontynuację zaczętej dyskusji, czasami sporu, aby uzbroiwszy się w nowe argumenty stawić czoło temu, kto słuchać potrafił i w pewnym momencie, po wysłuchaniu wywodu zaczynał swoją przemowę z odwiecznym, sakramentalnym „a teraz posłuchaj, co ja mam ci do powiedzenia”. Ale były to czasy, kiedy „po kolędzie” chodziło się nie tylko z wyszeptaną pospiesznie modlitwą dla domowników, z obrazkiem dla dziecka, z oczekiwaniem na kopertę z zawartością, ale także, a może przede wszystkim po to, aby porozmawiać, a w tej rozmowie być i słuchaczem, i opowiadaczem wyjątków z własnego życia. Przynajmniej ksiądz Kazimierz miał taką potrzebę i wcale nie uważał za nieroztropne dzielenie się z domownikami własnymi radościami, ale i smutkami, których nie szczędziło mu życie, choć wydawać by się mogło, że w służbie Bogu nie ma miejsce osobiste problemy. Nic tez dziwnego, że taka wizyta potrafiła się skończyć poczęstunkiem domową nalewką albo przepalanką, której wspólna konsumpcja niedawny spór odkładała do lamusa i dziwnym sposobem łagodziła treści, jakie zawierał. 
Ale było to dawno temu w latach trudniejszych dla religii, lecz z drugiej strony łatwiejszych, bo wiara nie nabrała jeszcze śmiałości do polityki, a ci, którzy ją nosili, przekonywali do niej z apostolską pokorą.
- Tak, zanim parafianie odbędą z księdzem Mariuszem tę ostateczną rozmowę, ja muszę z nim porozmawiać - oświadczył ksiądz emeryt, gdy w jego szklance pozostało jeszcze trochę ziołowej herbatki, akurat tyle, aby popić nią przepisaną przez lekarza tabletkę na rozrzedzenie krwi.
Gosposia z kolei, będąc przekonana, że ksiądz Kazimierz dopnie swego i dołoży starań, aby wyprostować wyboistą drogę, jaką podążał proboszcz, gosposia rozmyślała też o obiedzie, który nie może być ani nazbyt syty, ale też powinien wspomóc rekonwalescencję przywróconemu do życia księdzu.
(…) cdn

[15.06.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]