Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

31 października 2016

KAMYCZKI - POWIEŚĆ W ODCINKACH (26)

W takie małe, drobniutkie, białe kropeczki - deseń granatowej sukienki, ani frywolnie wybujałej, ani nazbyt obcisłej, z białym kołnierzykiem wokół szyi, znikał z domu, kiedy wszyscy spali, po piątej rano. Kropeczki błyszczały latem w krwistych refleksach młodziutkiego słońca; zimą wyglądały jak przedranne gwiazdeczki przygarnięte przez tren bawełnianego sukna, kołyszącego się z każdym poczynionym krokiem.
Wąską ścieżką biegnącą nad stojącą wodą do bramy żelaznej i dalej przesmykiem między kolejnymi wodami aż do drogi. Tam pierwszym autobusem do miasteczka. Piąta czterdzieści siedem. A w nim, wystanym, wyczekanym, senność pasażerów i ciepły silnik pod skórzaną kopułą maski. Rześka konduktorka wydaje bilety, granatowa sukienka siada, woreczek z pieniędzmi między piersiami, torebka w ręku, moneta na tacę w oddzielnej przegródce.
Podczas mszy milczenie i modlitwa cicha, nastrojowa, i śpiew ledwie w myślach, śpiew tak samotny jak ona, właścicielka sukienki z deseniem w drobniutkie kropeczki.
Powrót do domu w bezsłownej samotności. Jedynie odkłania się jedną ósmą obrotu głowy; na niej kapelusik pamiętający czasy Apolonii Chałupiec.
Niedzielny poranek. Już słońce podniesione jak mszalny kielich. Powróciła przed ósmą. Wygrzebują się z pościeli z wyjątkiem męża, który albo przy pszczołach, albo tak sobie, bez istotnej przyczyny spaceruje po ogrodzie, przysiada na ławeczce, rozmawia z gawronami albo rzuca ziarno wróblom i sikorkom. 
Ale w kuchni już napalone, nie zapomniał. Ciepło. Rozgrzewa dłonie nad blatem, rozbiera się. Sukienka na górną półkę szafy. Wdziewa fartuch. Śpią jeszcze. Przewracają się z boku na bok. Teraz cichutko, na palcach do kuchni. Ustawia na otwartym palenisku czajnik z wodą. Chleb, masło, ser, wędlina, konfitury a dla chłopca kakao - dzisiaj ziołowe, nieprawdziwe i pachnące wszystkimi zapachami łąki.
- A ty skąd tu się wziąłeś? - pyta. - Aleś mnie wystraszył.
Schował się za lodówką, w samym rogu kuchni pod oknem.
- Nie patrz, nie patrz, proszę - odpowiada czymś zajęty.
Ona krząta się po kuchni, lecz zgodnie z obietnicą nawet nie zerka, co tam się pod oknem dzieje. Nawet kiedy otwiera lodówkę, choć ciekawość ją uwiera, nie spojrzy się, tylko pyta:
- A ciepło ci tam pod oknem? Nie ciągnie?
- Nie babciu - słyszy w odpowiedzi.
A reszta domu wstaje mozolnie, powoli, przeciąga się, podkasłuje; potem do łazienki; woda w misce chlupoce, szczoteczki trą zęby, a potem człap, człap do pokoju, ścielą łóżka.
Jest niedziela, więc śniadanie zjedzą w stołowym.
- Pomogę ci mamo - oferuje się synowa, wchodząc do kuchni.
- Kiedy ja już przygotowałam wszystko - odpowiada siedząc przy kuchennym stole nad szklanką bardzo mocnej herbaty. - Nakryj w pokoju stół obrusem. Niedziela jest.
Synowa poprawia na sobie podomkę, zerkając w lustro. Może być.
- Jak mama może pić tak mocną herbatę?
Nie odpowiada, choć pewnie w myślach powiada sobie: -„mocna herbata jest najlepsza, zobaczysz, moja droga, że sama będziesz taką piła”.
Nie omyliła się. Synowa nauczyła się pić herbatę przypominającą barwą esencję z czajniczka.
Młodsza z kobiet przeszła do pokoju i nakryła stół bielutkim, wykrochmalonym obrusem. Wróciła do kuchni.
- I znów mama nic nie jadła. Tak nie można.
- Dziecko, przecież wiesz, że ja w niedzielę zawsze czekam na was, a w dodatku…
Nie musi kończyć. Synowa wie, że w niedzielę Pana Boga przyjmuje się na czczo, a w każdy piątek tylko woda, herbata i ryba są dozwolone, a w pierwszy piątek miesiąca, obejdzie się nawet bez ryby. Ma z tym walczyć?
- Mamo… mnie tylko chodzi o mamy zdrowie - upiera się synowa, choć ten upór załamuje się wraz z jej głosem.
- Wiem, dziecko. Ja przecież do niczego was nie namawiam, nie zmuszam, a ja, moja droga, tak to już sobie postanowiłam i pan Jezus mnie rozumie.
Tak… synowa myśli sobie, skąd w tej kobiecie tyle postanowienia, uporu; skąd w niej tyle dobroci i pokory, a złego słowa to chyba od niej nigdy nie usłyszała, nikt nie usłyszał.
Przenoszą do stołowego obie tacę z kanapkami, talerze, miód, ciasto i konfitury na słodką przystawkę, i herbatę. Wchodzi dziadek.
- Kakao gotowe - oznajmia starsza kobieta.
A mały wielki nieobecny wyłania się zza prostopadłościanu lodówki z plikiem pociętych gazet.
- Zobacz, babciu, jak równiuteńko wyciąłem dla ciebie wszystkie odcinki tej ostatniej powieści.
Pokazuje. Podaje kobiecie.
Idealnie wycięte wzdłuż esowatej linii.
Matka wchodzi głębiej do kuchni. Spogląda za lodówkę. Gazetowe obcinki utworzyły na podłodze pokaźną stertę.
- No i nabałaganiłeś babci - mówi mama. - Kto to teraz sprzątnie?
Teściowa uśmiecha się, że serdeczniej pewnie nikt by nie potrafił.
- Ja sprzątnę, moja droga. Popatrz tylko na tę jego robotę. Jak równiutko powycinał.
Chłopiec nagrodzony tym stwierdzeniem pomyślał sobie, że miło jest być chwalonym.
- I uporządkowałem po kolei każdy odcinek - stwierdza z dumą.
- Widzę, widzę. A ja zrobiłam ci takie kakao, jakie lubisz - mówi starsza kobieta.
- Bo ja, babciu, przeczytałem wszystkie odcinki.
Starsza kobieta nie jest tym faktem zaskoczona.
- Wiedziałaś o tym? - pyta synowej.
Chwila milczenia - zaskoczenia. 
- Nie wiedziałam.
Przeszli do pokoju, gdzie chłopiec przyznał, że kakao smakowało tej niedzieli wyjątkowo. 

[27.10.2016, Rouen w Normandii, Francja]

NOWA UTOPIA (fragmenty)

1. Odczepiono lokomotywę i zostaliśmy sami na pustkowiu, zepchnięci na boczny tor zanurzony w wysokiej trawie, otoczony zewsząd szpalerami wybujałych, kolczastych krzewów.
1.1 Którejś nocy, kiedy byliśmy już na etapie przyzwyczajania się do nowego miejsca, zauważyliśmy, że rozkręcono szyny, ciągnące się długimi brunatnymi strużkami aż do odległego rozjazdu, a stamtąd do miasteczka. Taki oto był los tej wąskotorowej kolei. Któżby pomyślał, że jednej nocy odcięta zostanie droga powrotu. 
1.2 Pewna kobieta dowiedziawszy się o tym fakcie oznajmiła, że prosiła Boga o takie rozwiązanie. – Wyśniłam to i wiedziałam, że się spełni. Moje sny są prorocze.
1.3 Być może wielu z nas myślało podobnie, lecz nikt oprócz niej nie miał odwagi przyznać się do swoich szczególnych marzeń. Po długich godzinach milczenia, jakie wtedy zapadło, godzinach będących wyrazem naszych wątpliwości i reakcją na ów dziwny stan naszej świadomości, postanowiliśmy położyć kres naszemu zwątpieniu i apatii. 
1.4 Przystąpiliśmy do świętowania każdego dnia i poczuliśmy się wreszcie właścicielami nowego życia. Czuliśmy, że uczestniczymy w odkrywaniu i nazywaniu otaczających nasz przedmiotów, roślin i zwierząt. Chwaliliśmy naturę, jej nowych bogów i czarowników. Znaleźliśmy się w zaklętym korowodzie radości, jaka spłynęła na nas niby ożywczy powiew morskiej bryzy. Oto w jednej chwili staliśmy się dziećmi z lekkim bagażem wspomnień i ciężkimi tobołami nadziei. Odurzeni narkotycznym tańcem nie wierzyliśmy, aby los gotował nam gorzką ucztę i jedynie dla pokusy łaskotał nasze podniebienia fałszywym słodem. 
1.5 Otóż i ziemia nasza, jak okiem sięgnąć, dziewiczo piękna, cicha i tylko pozornie obumarła. I na tej ziemi tych kilkanaście wagonów, stojących jeszcze na szynach cywilizacji, ta nasza oaza, domostwa, spiżarnie i warsztaty pracy – to wszystko, co wzięliśmy z sobą szpeciło tę krainę, choć jednocześnie było dla nas na ten czas niezbędnym łącznikiem ze światem, od którego odeszliśmy.
1.6 Nie wiedzieliśmy na jak długo starczą nam zapasy żywności. Zanim zaczniemy żyć naprawdę, trzeba będzie czas jakiś korzystać z dobytku, który przytaszczyliśmy z sobą. W tej chwili był on nam do życia potrzebny jak tlen. 
1.7 Zasiadając do pierwszego ogniska, nie mogliśmy się oprzeć zdziwieniu, jak ogromny ciężar dźwignęła lokomotywa, przenosząc go na nowe miejsce. Wspomnieliśmy tę szczególną podróż, podczas której, z racji jej powolności, wyskakiwaliśmy w czasie jazdy z wagonów i podążaliśmy skrajem torowiska obok ślamazarnie połykającej przestrzeń kolejki.
1.8 A potem... potem, nasyciwszy się na tej pierwszej wieczerzy w innym świecie, rozmyślaliśmy wiele o naszej przyszłości, rozmawiając długo i bezustannie słuchając jedno drugiego. Uwierała nas nie troska o przetrwanie i lęk przed nieznanym, lecz ten potężny balast naszych przyzwyczajeń. 
1.9 Pragnęliśmy tego, aby wszelkie zło tamtego świata, jakie przywieźliśmy z sobą, można było wyrzucić z pamięci, jak ten sen drażliwy przed brzaskiem, budzący niepokój, lecz znikający natychmiast po pierwszym spojrzeniu w poranne promienie słońca.

2. Trzeba żyć.
2.1 Dziękowaliśmy opatrzności, która wyrzuciła nas na brzeg Nieznanego w czasie zbiorów. Kraina, w której nas pozostawiono, była dziewicza, ogromna jak na nasze potrzeby i obfitowała w żywność, jaką trzeba było zdobyć siłami własnych rąk, sprytem i zapobiegliwością. Puszcza mogła wykarmić nas owocami leśnego runa, łąka ziołami, zapuszczone pola samosiejkami prosa i żyta, dzikie jabłonie, grusze i śliwy obfitym, aczkolwiek skarłowaciałym plonem, jezioro rybami, rzeczne źródło czystą wodą.
2.2 Pierwsze zastępy koczowników zapuściły się w najodleglejsze rejony nowej ziemi, napotykając dziki i zające, gniazda leśnych pszczół i ociekające sokiem brzozy, żyzną, próchniczą ziemię i zasuszone torfowiska, wiklinę i pokłady gliny, piaszczyste mierzeje i wiatrołomy zagubione po ostatniej powodzi, cierpiące z nie wydojenia krowy i zdziczałe konie oraz watahy bezpańskich psów.
2.3 Wiedzieliśmy, że musimy zacząć od nowa, musimy przeżyć i trzeba nam zjednoczenia. 
2.4 Trzej najstarsi zebrali nas na wspólnym wiecu, na którym i kobiety i dzieci miały prawo głosu.
2.5 Pierwszy z rady starszych zarządził zbiory, które miały trwać aż do późnej jesieni.
2.6 Drugi z rady utrzymywał, że powinniśmy już gromadzić zapasy opału na zimę, która w tej krainie była długa i mroźna.
2.7 Trzeci zapowiedział, że zajmie się zaprowadzeniem porządku w wiosce wokół domów na szynach.
2.8 Wszyscy trzej zarządzili spis wszystkich rzeczy, jakie w wiosce posiadano, szczególną wagę przywiązując do narzędzi ułatwiających nam pracę.
2.9 Obrano spośród kobiet rachmistrzynię, która spisała nasz dobytek.
2.10 Obrano też kobietę, która miała zorganizować pracę z dziećmi.
2.11 Zapisano nas do prac zgodnie z zaleceniami rady starszych i podzielono nas na grupy.
2.12 Ci z nas, którym przypadło zaopatrzenie naszej społeczności w jadło, poświęcili się zbieractwu i łowom.
2.13 Ci, którzy zajmowali się gromadzeniem opału, znosili naręcza drzew i krzewów, i dostarczali do wioski torf.
2.14 Dla tych, którym powierzono zadbanie nad porządkiem w wiosce, wyznaczono ustawianie płotów, wytyczanie dróg i wraz z drugą grupą zajmowanie się ocieplaniem chat na szynach oraz budową pieców.
2.15 Byli wybrańcy, którzy zajęli się wypalaniem garnków i tacy, którzy zobowiązali się pochwycić rozproszone po ostatniej powodzi zwierzęta.
2.16 Niektóre z kobiet prowadziły szkołę; inne tworzyły miejsce pod przyszłą świątynię, aby można było w niej podziękować opatrzności za cud ocalenia.
2.17 Prace trwały przez wiele tygodni, sześć dni w tygodniu, albowiem siódmy należał do każdej rodziny i tego dnia rada starszych odpoczywała wraz z innymi.

3. Siódmy dzień każdy z nas poświęcał rodzinie, swojej żonie, mężowi, matce, ojcu i dzieciom.
3.1 A kto był samotny, tego przygarniała rodzina z sąsiedztwa. Samotność w nowej wiosce była wprawdzie akceptowana, lecz zdawano sobie sprawę z tego będąc samotnym życie staje się trudniejsze i nie każdy jest w stanie je znieść godnie.
3.2 Siódmy dzień był również okazją do wspólnych zabaw, tańców i śpiewów.
3.3 A był to dzień, w którym spełniała się fizyczna miłość między małżonkami.
3.4 Dzień siódmy był właściwym momentem do łączenia się tych z nas, którzy byli samotni i były tego przykłady, aczkolwiek niektórzy z nas wybrali samotność na dalszą drogę życia.
3.5 W tym dniu szczególną troską otaczano ludzi starych i chorych, których ręce i nogi były zbyt słabe, aby uczestniczyć w budowaniu nowego świata. Byli oni wszelako niezastąpionym skarbem dla pozostałych. Czerpano z nich mądrość życiową i doświadczenie, ale też z racji ich wieku zasługiwali oni na szczególny szacunek.
3.6 W wielu domach tego dnia czytano, słuchano nawzajem opowieści i prowadzono kronikę nowych czasów.
3.7 W tym dniu modlono się do bogów, jednakowoż nie było przymusu modlitwy. Ci, dla których modlitwa nie była ukojeniem, rozmyślali o życiu.  
3.8 Dzień siódmy był równie wyczerpujący jak pozostałe, choć czekano na niego z utęsknieniem.
3.9 Godne przeżycie dnia siódmego gwarantowało to, że następujący po nim dzień pierwszy nigdy nie był rozczarowaniem.
 (…)

[28.10.2016, Rouen w Normandii, Francja]

28 października 2016

TROCHĘ BEETHOVENA

Beethoven nie należy do moich najulubieńszych kompozytorów. Być może dlatego, że jest dla mnie zbyt "pompatyczny". Natomiast nie można mu odmówić perfekcyjnego muzycznego obrazowania. U Beethovena każdy dźwięk jest na swoim miejscu, a w poniższej sonacie muzyk w sposób genialny rozwija zasadniczy, bardzo melodyjny temat, przekształcając go, dodając nowe dźwięki i akordy, regulując tempo opowieści.
Wydaje się zresztą, że o sile geniuszu kompozytora świadczy właśnie to w jaki sposób potrafi przekształcić i wzbogacić główny motyw muzyczny, oprowadzając tym samym słuchacza nie tylko po największej i najbardziej znanej parkowej alei, ale też kierować nasze zmysły w stronę tych pomniejszych, równie pięknych, choć mniej uczęszczanych, aby w końcu powrócić inną ścieżyną do tej najważniejszej.
Poniżej sonata nr 8 c-moll, Op. 13 (patetyczna) w arcymistrzowskim wykonaniu Krystiana Zimermana.





[28.10.2016, Rouen we Francji]

Z ARCHIWUM - PRZYSTAŃ

Wierszydło liczy sobie lat ponad trzydzieści, a napisane zostało na kopercie któregoś lata w Krakowie.
Kopert takich było siedem lub osiem. Cztery się ostały. Atrament wyblakł, pismo kaligraficznie niedoskonałe - w świetle księżyca poczynione bazgroły da się jednak odczytać.
Cykl siedmiu czy ośmiu wierszydeł pod wspólnym tytułem „Przystań” opowiadał o Krakowie, po którym spacerowały moje młode, zdrowe nogi. Każda koperta to inny, dopiero co odkryty zakątek tego miasta z odrobiną refleksji własnej. Słowa nieporadnie dobrane, a całość właściwie nie do publikacji. Niech mi będzie wybaczone, ale za dwa - pięć lat ślady po piórze przepadną na zawsze. Może nie powinny…
Przystań I
A kiedy byłem w Rydlówce
tom zaczął kochać strasznie 
te zdjęcia i listy poety
a taka myśl chochola
zakradła się do mnie
wyobraziłem sobie
że może kiedyś
do drzwi moich ktoś zastuka 
pokłoni się czapką z piór
wejrzy zobaczy jak żyję
i pokręci głową z politowaniem
żem samotnik
bo nie mam do kogo pisać listów
i wyjdzie oburzony.

.. i listów nie piszę, a szkoda

[27.10.2016, Cleon w Normandii, Francja]

TYPOWY DZIEŃ

W St Jean de Vedas, gdzie 26 października wyładowuje się w Leroy Merlin tuż po siódmej rano jest ciepło. Nic dziwnego. Morze Śródziemne blisko. Po wyładunku odsypiam ponad 700-kilometrową podróż i w końcu dostaję namiary na załadunek w Viviez w średnich Pirenejach. Stamtąd mam jechać do Cleon w Normandii. Wraz z dojazdem trasa do Vievez trasa będzie liczyć 860 kilometrów, ale załadunek mam zaplanowany na godzinę 21, a więc mam sporo czasu na spokojny dojazd.
Jadę niedaleko Montpellier drogą 750, która później przechodzi w 75-tkę. Pisałem już kiedyś, że 75-ka to chyba najpiękniejsza droga w całej Francji. Widoki niesamowite. Przed Millau zbaczam w prawo, bo w tym miejscu autostrada jest płatna, gdyż trzeba pokonać długi i wysoki wiadukt - techniczne cacko, który, jeśli się nim jedzie, zaoszczędza tak mniej więcej 25-30 kilometrów drogi. Ale nie żałuję, bo na tej bocznej trasie zatrzymuję się w miejscu, gdzie fantastycznie widać Millau. Robię zdjęcia.
Dalej jadę w stronę Rodez aż do Viviez. To już Pireneje. Niezbyt wysokie, ale drogi tu kręte i momentami niebezpieczne, zwłaszcza o zmroku.
Melduję się w zakładzie (produkują tu części do Renault, a w Cleon również jest zakład montażowy tej marki samochodu) tuz po dwudziestej i, jak wcześniej sądziłem, przychodzi mi sporo czasu czekać na załadunek. Ostatecznie wyruszam 3.30 rankiem. Przez ten czas jem kolację i robię sobie drzemkę.
Tak na marginesie. Jechałem już kursem Vievez - Cleon, a było to podczas lipcowej bodajże powodzi we Francji. Nie mogłem się przedostać przez Loarę pod Orleanem, jechałem przez Tour z przygodami i straciłem koło trzech godzin czasu.
Dzisiaj nic z tych rzeczy poza mgłą, ale to normalne wilgotną jesienią.
W Cleon, jak zwykle w „samochodówkach” mnóstwo ceregieli i biurokracji przy rozładunku. Rozładowano mnie przed trzecia po południu, po prawie dwóch godzinach oczekiwań.
Dzisiaj nie mam już kursu. Jutro od rana mam wyjechać spod Rouen aż po Cannes na południu Francji - będzie około tysiąca kilometrów. Ale to na poniedziałek, więc nie ma się czym kłopotać.
Z mniej miłych rzeczy.
Rozleciała mi się osobista komórka. Rozpadł się wyświetlacz. Nic nie da się zrobić. Ze służbowej z kolei nie mogę wysyłać sms-ów, choć odbierać mogę… no i dzwonić z niej mogę, ale nie jestem z niej zadowolony. Mam nadzieję, że ta druga się utrzyma w całości do końca trasy.
Z milszych: we France Musique wspaniały koncert Francuskiej Orkiestry Narodowej. Między innymi  Saint-Saëns, Ravel i Musorgski.
I tak się kończy jeden z typowych, podróżniczych dni.

[27.10.2016, Cleon w Normandii, Francja]

26 października 2016

OGŁOSZENIE

Aha... dziękuję za wszystkie komentarze.
Niestety brak czasu uniemożliwia mi na wyrażenie krytycznego do nich stosunku :-)
Nadrobię tę zaległość z pewnością, jeśli tylko los pozwoli. To ostatnie zdanie dotyczy również czytania zaprzyjaźnionych blogów.
Zatem - do wiosny! Wróć... może trochę szybciej :-)

[26.10.2016, Millau we Francji]

O PODRÓŻOWANIU

Ponieważ zbliża się Dzień Zaduszny? Może. Opowieść o podróżowaniu, poruszaniu się i jego formach. Zaprzeszłe dzieje.
Za moich dawnych pięknych, a dzisiaj pogardzanych czasów, poruszało się przy pomocy własnych nóg… najczęściej, a także wykorzystując siłę mięśni (rower).
Tak się zadziało w mojej rodzinie, że w kwestii poruszania się po świecie moi rodzice dobrali się na zasadzie przeciwieństwa. Łączyło ich chodzenie na własnych nogach. A co dzieliło? No cóż, nie jestem tego pewien, ale z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzam, że moja matka nie umiała (lub nigdy tego nie robiła) jeździć na rowerze. Ojciec, a jakże. I na rowerze i na motorowerze, popularnym „Komarze”, jeszcze na pedały. Mama zdobyła natomiast samochodowe prawo jazdy i kiedyśmy kupili sobie limuzynę - syrenkę sto cztery, to ona prowadziła auto. Tato nigdy nie miał zamiłowania do czterech kółek, ani ambicji, aby spróbować pojeździć samochodem jako kierowca. Pływał natomiast świetnie, czego nie potrafiła, bojąca się wody mama. Ojciec pokonywał także wodne dystanse kajakiem i łodzią. Marzył o żeglowaniu, ale w tych czasach żeglarstwo było zbyt drogą dla nas rozrywką.
Aby wydostać się na zewnątrz naszego ukochanego grajdołka korzystaliśmy z dobrodziejstwa komunikacji publicznej. Dominował autobus, aczkolwiek kolej też była brana pod uwagę. Autobusem dojeżdżało się głównie do pobliskiego miasteczka - Żychlina, do dalszego Kutna i jeszcze dalszej Łodzi. W kolejowym rozkładzie dominowała stolica, Częstochowa, Kraków i Szczecin. Samolotem odbyłem z matką niezapomnianą (nudności) podróż z Krakowa do Warszawy. 
Podróżowało się też autokarami. Czym się różni autobus od autokaru? Tym, że autobus służy częstym, nierzadko codziennym podróżom; autokar natomiast jest od wielkiego święta - jeździ się nim na wakacje nad morze i w góry, do teatru, opery i operetki, nad jeziora.
Rzeczywiście w tych minionych, niesłusznych czasach czerpało się radość z podróży - zwłaszcza pociągiem i autokarem. Wyjeżdżało się daleeeko, och jak bardzo daleko, a ile kto co zobaczył, to jego i na zawsze w nim pozostanie. Chociaż… autokarem można było podróżować całkiem blisko. Na przykład nad najbliższe jezioro, do pracowniczych domków letniskowych. Pamiętam jedną z takich wypraw. Autobus był cukrowniczy, stary, z pogranicza wojny i pokoju, skoda, czy jakiś austriacki albo niemiecki. Jeździło się nim z zawrotną prędkością czterdziestu kilometrów na godzinę (z górki sześćdziesiąt) i po przygodach z przebitą oponą i gotującą się w chłodnicy wodą, dojechało się do upragnionego celu. Jak smażący się na piaszczystej plaży przy jeziorku wczasowicze zazdrościli nam tej podróży i wielce zabawnego, nawet jak na tamte czasy, wieloosobowego auta! Aż żal było patrzeć jak odjeżdża potem w samotności, a każdy z podróżujących nim, machając chusteczką na pożegnanie, prosił Boga, aby kierowcy udało się dojechać szczęśliwie do celu i aby po dwóch tygodniach zdołał powrócić po tę zgraję „wypływanych”, „wyleżakowanych” i opalonych bumelantów.
Tak… były to czasy, w których chyba bardziej niż obecnie, cieszono się z drobnych rzeczy.
Ojciec, rzecz jasna, tak całkowitym wrogiem motoryzacji nie był, co to, to nie. Wypuszczał się tym motorowerem, kajakiem, łódką, czy jako pasażer autka… no gdzie? A pewnie, że na ryby, choć nie tylko. Uwielbiał grzybobranie, ot to. Czyli… podsumowując ojca - jeśli auto miało czemuś służyć, to istniało po to, aby dojechać do rzeczki, nad jeziorko i do lasu. Od dalszych podróży jest autobus, autokar i pociąg.
Coś mi się wydaje, że mój ojciec w zaprzeszłych swoich żywotach musiał prowadzić łowiecko-zbieracki tryb życia. Nie wrodził się więc w swego ojca, a mojego dziadka, a także dziadków ze strony matki, których przodkowie zapewne pochodzili w prostej linii od jakiegoś plemienia pasterskiego, ewentualnie zamieszkującego podgrodzie zamczyska.
Matka nie za długo cieszyła się prowadzeniem autka. Pewnego dnia (był to dzień uroczysty - jechaliśmy na chrzciny), skręcając z głównej drogi - kasztanowej alei, w prawo, w poboczną uliczkę, wjechało w naszą syrenkę drzewo. Matka oczywiście starała się zapobiec niecnym zamiarom sporego kasztanowca, lecz pech zechciał, że pomyliła pedał gazu z hamulcem i w ten sposób doszło do najbliższego z możliwych spotkań. Skończyło się na niewielkich stłuczeniach (z wyjątkiem wujka siedzącego obok mamy, który dostał solidne uderzenie w kolano), zgnieceniu zderzaka, błotnika i zarysowaniu maski. Mama jednak już nigdy potem za kierownicę nie wsiadła. Zdarza się.
Zreperowane autko stało sobie czas jakiś w garażu, a do podróży nim wynajmowaliśmy kierowcę. Ojciec bardzo się z tego faktu ucieszył, bo mógł wreszcie do woli jeździć na łowy i do lasu. W końcu stanęło na tym, że zarówno z tym kierowcą, panem Tadkiem, jak i jego żoną, moi rodzice się zaprzyjaźnili. Syrenka została po jakimś czasie sprzedana, a przyjaźń (a niech będzie nawet i dobre koleżeństwo) do grobowych desek pana Tadeusza, mojego ojca i matki pozostała. Ostała się pośród żywych pani Wala.

Tak oto nieuchronnie dochodzimy do grobów cmentarną aleją.
Jakież będzie to święto tych, którzy w myślach wciąż obecni są  z nami, a także ze mną, którego go w ten dzień los rzuci zapewne w obce strony? Ze mną, który, choć to może nie do uwierzenia, jest w stanie pamiętać o wszystkich nieobecnych….
Kwiaty i światła, woń steryny, chłód z ciepłem spleciony w uścisku daremnym, i dymna mgławica nad cmentarzem, i dzwonów rozmowa, i uszanowania składane sobie przy grobach, i ciemna zieleń świerków, i jakaś postać w samotności nie godząca się ze śmiercią najbliższej osoby, i wspomnienia, dzięki którym istniejemy.

[26.10.2016, St Jean de Vedas pod Montpellier we Francji]

WIZYTA NA WSI - KAWIARENKA (73)

Zaczęło się od tego, że samochód pana doktora Koteńki był w naprawie, a bez niego ani rusz. Swoim zwyczajem w co drugi poniedziałek, jeśli tylko nie miał dyżuru w szpitalu lub w pogotowiu, wyruszał pan doktor na wieś do swoich pacjentów. Zabierał z sobą część kartoteki chorobowej, niezbędne instrumenty, a nie zapominał też o dobrym, pełnym pociechy słowie, które chyba w każdej zdrowotnej przypadłości pacjentowi się przydaje.
Zawitał zatem pan doktor do kawiarenki niepocieszony ale dziwnie spokojny, że dzięki panu Adamowi ze złośliwością losu sobie poradzi.
Kawiarennik, aczkolwiek nie uprzedzony wcześniej o fakcie awarii auta przyjaciela, nie znalazł innego wyjścia poza tym, że należy wspomóc przyjaciela swoją limuzyną i odbyć nią podróż wespół z panem doktorem.
Los zechciał, że w owo poniedziałkowe wczesne popołudnie w kawiarence przy jednym stoliku zasiadali, kończąc obiadek ksiądz Kącki wraz z nowym proboszczem, księdzem Andrzejem, który przed ledwie dwoma tygodniami miejsko-wiejską parafię objął.
Obaj księża, choć spożywaniem obiadu zajęci, mieli otwarte uszy na rozmowę pana doktora z kawiarennikiem dotyczącą problemów pana Koteńki z autem.
- Słuchaj, mój drogi, a może byś tak ty… - zaczął nie kończąc ksiądz Kącki do proboszcza.
- Nie wiem, czy wypada tak… wpraszając się…. Ksiądz zna tych ludzi znacznie lepiej ode mnie.
- Pora wie, abyś i ty poznał ich lepiej. Posłużę ci za pośrednika. Mnie pan Adam nie odmówi, bądź tego pewien.
- No… nie wiem. Spróbować można… chociaż…
- Sam przecież w homilii mówiłeś, że pragniesz zbliżyć się do ludzi, chcesz ich poznać… no i masz okazję.
- No, dobrze, mój opiekunie.
Ksiądz Andrzej nie miał wielkiego wyboru. Po pierwsze: świadom był wagi swoich słów wypowiedzianych do wiernych przed ołtarzem, słów, które przyjęli z ukontentowaniem, słów nie rzucanych na wiatr. Po drugie: bardzo doceniał rolę księdza Kąckiego w przejęciu parafii po poprzednim proboszczu i czuł się, poniekąd, zobowiązany postępować wedle zaleceń starszego, doświadczonego i nade wszystko, lubianego kapłana. Prawdę mówiąc ksiądz Kącki, dopóki nie przeszedł na emeryturę, był jego zwierzchnikiem w ostatniej parafii był dla niego wzorem proboszcza i, jak sądził, jeszcze wiele wody w przepływającej przez miasteczko rzeczce upłynie, zanim stanie się podobnym do swego mentora.
Pozostawiwszy księdza Andrzeja w pokornym zamyśleniu, ksiądz Kącki udał się do pana Adama i prośbę swoją przedstawił. Odmowy nie usłyszał, a nawet sprytnie pomyślał sobie, że może to i lepiej, gdy dwie pieczenie na jednym upiecze ogniu: panu doktorowi dopomoże w dojechaniu do swoich pacjentów, a księdza Andrzeja zapozna z parafianami.
I pojechali. A objazd schorowanych pacjentów z wiosek zabrał im czas do wieczora. O ile doktora Koteńkę spodziewano się w domach, ba szykowano mu nie byle jaki poczęstunek, o tyle obecność księdza srodze zadziwiła cierpiących i ich rodziny.
- Czyżby było aż tak źle - pytały oczy.
- Nic podobnego. Zgodnie z wypowiedzianym słowem, mam zamiar poznać swoich parafian. Nie tylko od wielkiego święta. Nie tylko w czasie kolędy - odpowiadał ksiądz Andrzej.
Kawiarennik przyglądał się tym obrzędom nie bez satysfakcji i jakkolwiek znał zwyczaje pana doktora, jego pasję pomagania ludziom w potrzebie, to przecież pierwszy raz uczestniczył w takich wizytach i serce mu rosło, że los darował mu przyjaźnić się z panem Koteńko. A do tego ksiądz Andrzej. Pan Adam wiedział doskonale, że obecność księdza Andrzeja w tym objeździe wynikała również z filozofii księdza Kąckiego, który, gdyby nawet sukmany nie nosił, wielce był wśród miejskiej i wiejskiej społeczności szanowany. W każdym bądź razie z niekłamaną satysfakcją powitał to księdza Andrzeja otwarcie się na ludzi.
Wracali z wycieczki w strugach zimnego, październikowego deszczu, a serca tych trojga były gorące. 


[24/25.10.2016, Saint Julien du Sault we Francji]

LEKCJA W KAWIARENCE - KAWIARENKA (72)

Październik zagroził miasteczku porannym przymrozkiem, przedpołudniowym chłodem, srogim wiatrem, deszczem okrutnym i nakazując obywatelom umiejętne obchodzenie się z kapryśną aurą, odzwyczajał ich pomału od noszenia letniej odzieży, tudzież zwracał uwagę na prawidłowe odżywianie. Bywały wprawdzie dni pogodne, w których pajęcza sieć babiego lata unosiła się nad przepełnionymi wilgocią, parującymi za dnia trawami, lecz słonecznych westchnień z każdym dniem ubywało. Uliczki miasteczka pustoszały przed zmierzchem w niepogodę, choć tu i ówdzie widywano głównie młodych, którzy pogodzić się z pełnią jesieni nie chcieli.
Pani Zofia Koteńko jak przed rokiem zbierała młodzież w kawiarence na przedmaturalne nauki, a dumna była z tego, że tym razem do swego eksperymentu potrafiła zachęcić większą grupę nauczycieli, nie tylko uczących w miejskim liceum. Udało się jej pozyskać dwóch matematyków, biolożkę, geografa, anglistę i „francuza”, historyka, chemiczkę i koleżankę ze swego fachu. Zajęcia odbywały się o ustalonych godzinach w nowej części kawiarenki, o czym informowało przymocowane na jednym z okien budynku ogłoszenie, ale też zbierano się na nauki w pomniejszych salach domu kultury, na co pan dyrektor Korfanty nie dość, że zgodę swą wyraził, ale też sugerował, aby całe przedsięwzięcie w całości odbywało się w progach jego oświatowo-kulturalnej uczelni. Pani Zofia wraz z podopiecznymi nie podzieliła jednak zdania pana dyrektora, utrzymując, że dopóki przez pana Adama precz z kawiarenki wyrzucona nie będzie, to ona tradycji szlachetnej wierną pozostanie. Stanęło na tym, że nauki zostały podzielone pomiędzy te dwie kulturotwórcze instytucje, z korzyścią, jak się wydaje, dla wszystkich zainteresowanych.
Dnia pewnego, właśnie w chwili, gdy poezje Skamandrytów omawiano, pojawił się w kawiarence redaktor z kamerzystą ze stołecznego, telewizyjnego programu (później okazało się, że maczał w tym palce mąż pani Majewskiej - aktorki). Wizyta obu panów związana była w głównej mierze z rodzącym się miejskim teatrem. Kiedy jednak po rozmowie z dyrektorem Korfantym i panią Weronika Majewską dowiedzieli się, że drugim płucem teatru jest pani Zofia, nie omieszkali i z nią zamienić słów parę.
- Gdzież możemy znaleźć tę panią - miał się zapytać pan redaktor.
- W kawiarence przy rynku. Zdaje się, że ma tam dzisiaj po południu lekcję literatury - miał odpowiedzieć pan Korfanty.
- Lekcja w kawiarence? - wyraził zdziwienie pan redaktor. - Ciekawe.
I tym sposobem rozmowa o Skamandrytach została brutalnie przez panów reporterów przerwana. Brutalnie, dodajmy, ale ze wdziękiem.
Miały na sam początek paść pytania o teatr, tymczasem panów redaktorów zaciekawiło to zestawienie: kawiarnia i lekcje. I trzeba było wyjaśniać, że jest to pomysł na poszerzenie wiedzy w niebanalny sposób, bez stresu i stopni, w nowych warunkach, w miejscu, gdzie można się poczuć swobodniej przy herbacie i kawie, gdzie można obejrzeć film i teatr, i komentować je na bieżąco, gdzie oprócz młodzieży przy kawiarnianych stolikach zasiadają pozostali goście i ze znużenia sali nie opuszczają, gdzie cała „impreza” odbywa się dobrowolnie i bezpłatnie, a taka biolożka, gdy jej zajęcia akurat w kawiarence przypadają, bierze z sobą pięcioletnią córeczkę, która ma swój własny stolik i zabawki, ale najbardziej lubi zaglądać do córki pana Adama i Marii, małej Róży. 
Pani Zofia opowiadała o tym wszystkim do kamery i aczkolwiek przywykła do publicznych wystąpień, to musiano co jakiś czas zmieniać ujęcia, bo pani Koteńko nie była do końca ze swej mowy zadowolona. Chwała za to młodzieży, która dzielnie wsparła swoją nauczycielkę i w końcu wywiązała się spontaniczna dyskusja, której finał zabrzmiał tymi słowy: lubimy taką szkołę, uwielbiamy tu przychodzić i mogą panowie to w Warszawie powiedzieć, że takiej nauczycielki jak pani Zofia to w samej stolicy nie ma; i jej, i tych nauczycieli, których do pracy z nami zachęciła.
- Ale że bezpłatnie? - wyraził zdumienie pan redaktor.
- Proszę pana. Jak pan usłyszał ode mnie i od tych młodych ludzi - tłumaczyła pani Zofia - zbieramy się w tym miejscu dla przyjemności poznawania czegoś inaczej, w inny sposób. Przychodzimy tutaj, aby z sobą porozmawiać, podzielić się opiniami, podyskutować. Równie dobrze moglibyśmy sobie poplotkować, pomówić o pogodzie, o polityce. Czy rozmowy o polityce są płatne? Dlaczegóż mieliby ci młodzi płacić mi za to, że z racji wieku i doświadczenia wiem cokolwiek więcej o nich? A oprócz tego - ciągnęła pani Zofia - moja umowa z pozostałymi nauczycielami była taka: to jest kwestia dobrowolności, nie chcesz, nie wchodź w to, lecz jeśli wejdziesz, miej świadomość tego, że nie czynisz tego za pieniądze. Te dostajesz w szkole. Tam jest twoja praca. Ale jeśli jesteś rozumnym nauczycielem, dobrze wiesz, że w szkole nie jesteś w stanie oddać z siebie wszystkiego. Napięte, przeładowane programy - o tym wie każdy nauczyciel. A jeszcze sprawa tych uczniów, którzy z różnych względów rady sobie nie dają. Są może i niedouczeni, onieśmieleni, bez wiary we własne siły, zniechęceni, niedopilnowani lub tacy, którzy nie potrafią się uczyć w samotności domowych pieleszy. Tym chcemy dać szansę, a czy z niej skorzystają, to już inna sprawa. I tak sobie myślę, że jeżeli dzisiaj my dajemy im szansę, to oni w przyszłości dadzą ją innym, młodszym od siebie… a także i nam… bo w końcu to oni zapracują w przyszłości na nasze emerytury.
Tak właśnie mówiła pani Zofia, a wszyscy, nawet pozostali gości kawiarenki, jej słuchali, a pan radca Krach, który w sąsiedniej sali z panem inżynierem Bekiem opróżniał drugą filiżankę kolumbijskiej kawy, powstał z miejsca, stanął w progu nowej sali i w dłonie zaklaskał.
A teatr?
No cóż. Na grudniową porę wyznaczono pierwszą premierę. Czasu niewiele zostało. Pani Zofia myśli, że jednak się z tekstem uporają. Jeśli nie, przedstawienie przełoży się na styczeń. Co wybrali? Na początek, coś, co każdy znać powinien, spektakl dla każdego. Innymi słowy „Zemstę”.
- Klara, Papkin i rejent Milczek są wśród nas. Powstańcie proszę - poprosiła pani Zofia.
Dziarsko wstali.

[24.10.2016, Saint Julien du Sault we Francji]

KAMYCZKI - NZYWANIE ŚWIATA (25) - WILK

- Nie bój się zwierząt - powiedział. - Lękaj się ludzi.
Szli trzymając się za ręce. Mała dłoń w dużej dłoni może nie czuła się zbyt wygodnie, nie miała upragnionej wolności, ale była bezpieczniejsza, obejmowana przez tą większą.
Nie wszystkich ludzi się lękał. Względem tych, po których można było się spodziewać zagrożenia, miał się na baczności, uważał na nich, ale nie schodził im z drogi. O wiele gorsi byli ci, którym jak najlepiej patrzało z oczu, a na ich twarzach pojawiał się nieuzasadniony uśmiech, a ich słowa były przesadnie przyjazne.
Rozmowa jaką ci ludzie z nim prowadzili, posiadała przynajmniej trzy warstwy. Ta pierwsza, powierzchowna dotykała spraw tak banalnych, że zapamiętanie z niej chociaż niewielu słów, nie mówiąc już o całej treści, było niemożliwe.
Druga warstwa konwersacji odbywała się na płaszczyźnie przenikania w zakres słów niewypowiedzianych. W podobny sposób pracuje umysł śledczego, który nastawiony jest nie tyle na znaczenie wypowiadanych słów i przytaczanych faktów, ile koncentruje się na zachowaniu interlokutora, mimice jego twarzy, ruchu gałek ocznych, na tym, czy podczas rozmowy poci się, reaguje nerwowym tikiem, spowalnia lub przyspiesza swoja wypowiedź, załamuje głos, bądź też jego organizm reaguje arytmią uderzeń serca. Rozmawiasz z takim i czujesz się na wskroś obserwowany, egzaminowany, choć sama rozmowa nie ma kompletnie nic wspólnego z sytuacja stresową, jak to bywa w przypadku egzaminu.
Trzecia warstwa rozmowy z człowiekiem, którego należy się lękać, nosi znamiona ukrytego szyderstwa lub kpiny. Rozmawiasz z takim, dajmy na to o śmierci znanej ci i bliskiej osoby, patrzysz mu w oczy i dostrzegasz w nich diabełki tańczące wokół wypełnionej gorącą smołą kadzi.
- O tak, to bardzo przykre. Współczuje panu.
Słyszysz te słowa, a podskórnie dociera do ciebie myśl, że wypowiada je osoba, która odczuwa ulgę, by nie powiedzieć, satysfakcję z powodu odejścia z tego świata bliskiej ci osoby.

Tak, bał się tych ludzi, choć nauczył się ich rozpoznawać z daleka. Byli jak wiązka światła skierowana na lustro jego mózgu. To właśnie te świetlne promienie uruchamiały to lustro.
Uciekał przed tymi ludźmi.

Któregoś dnia po jednej z takich ucieczek znalazł się w przysłowiowym głębokim lesie, a na jego drodze stanął przysłowiowy głodny i szczerzący ostre kły wilk.
Wyjął zza pazuchy swoje drugie śniadanie, odwinął je z pergaminowego papieru i rozłożył na otwartej dłoni kanapkę z wędzonym serem.
Wilk podszedł do niego, dyskretnie chwycił zębami podarunek, przysiadł na tylnych łapach i spałaszował w okamgnieniu jego drugie śniadanie.
Potem siedzieli naprzeciwko siebie, rozmawiając na błahe tematy, które, prawdę powiedziawszy, były tak banalne, że nudziły ich obu.
Podczas rozmowy patrzyli sobie prosto w oczy, a on nie dostrzegł w oczach zwierzęcia obłudy, nie widział w nich diabełków tańczących wokół kadzi wypełnionej gorącą smołą.
Mogli tak siedzieć naprzeciwko siebie i rozmawiać z sobą całą noc, ale w końcu musieli się rozstać, choć dla wilka czy dzień, czy noc, nie robiło to większej różnicy.

[23.10.2016, Saint Julien du Sault we Francji]

DOBRE I ZŁE SNY

Dopóki nie zacząłem jeździć na poważnie, nie doceniałem wagi snów. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie miałem nigdy sennych obrazów - przeciwnie, lecz nie w takiej ilości jak obecnie, jak te roje sierpniowych meteorytów.
Tymczasem będąc w trasie, długiej trasie, kiedy człowiek posila się nawet dwudziestominutowym odpoczynkiem z zamkniętymi oczami, w tym krótkim przedziale czasu potrafią przyjść do głowy, jeśli nie całe zastępy, co zastępy strzępów snów. Nie umiem sobie tego wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje.
A i owszem, senne marzenie i wizje najczęściej rozpływają się we mgle przebudzenia, w chwili, kiedy budzik przywraca świadomość, gdy otwarte powieki każą oczom, a te dłoni odszukać tę elektroniczną przyczynę zerwania ze światem ułudy. Czasami jednak jakaś senna mara nie zdoła uciec na tyle daleko, aby jej nie spróbować, choćby mimowolnie, pochwycić.
Niejednokrotnie taki przyłapany na ucieczce obraz staje się inspirującym przyjacielem, z którym można pobuszować w fikcji, stającej się bliską rzeczywistością. Bywa tak, że jakiś ważny fragment opowieści „mojego przyjaciela” staje się zaczynem do kontynuacji własnej, przefiltrowanej przez umysł podatny na słowa, umysł, który coś uprości, zmieni, a także i doda.
Są jednak również tacy dopadnięci uciekinierzy, których chciałoby się jak najszybciej zagnać z powrotem do celi, skąd prysnęli tuż przed moim przebudzeniem. Tych widzieć nie chcę i nie chcę z nimi rozmawiać - to nie są moi przyjaciele, to wrogowie raczej, koszmary, majaki, jak je zwał tak zwał, dość, że są personami non grata.
Nie będę ukrywał, że przerażająca większość tych maszkar ma swoje pochodzenie w moim długoletnim doświadczeniu ze szkołą, zwłaszcza tą ostatnią, w której zmarnowałem dobre paręnaście lat swojego życia. 
Niestety, wciąż pojawiają się one w różnego rodzaju okolicznościach i kontekstach i… to chyba najgorsze… zaśmiecają moją pamięć o tym, o czym chciałbym ostatecznie zapomnieć.
Taka scena.
Tuż przed obecną trasą. Jestem w powiatowo-miejskiej bibliotece w Kutnie. Wypożyczam, jak zwykle, książki „na trasę”. Nagle, gdy pani bibliotekarka „sczytuje” skanerem pozycje, jakie sobie wybrałem, do jej biurka podchodzi pewna pani.
- Skąd ja pana znam? - pyta się, kierując wzrok w moją stronę.   Ach tak, pan dyrektor! Bardzo mi miło pana znów zobaczyć.
Konsternacja z mojej strony. Twarz kobiety zdaje się być mi znana, lecz nazwiska i okoliczności, w jakich się wcześniej widzieliśmy, nie kojarzę. Musi to być, domyślam się, któraś z obecnych lub byłych dyrektorek kutnowskich lub okolicznych szkół, jakaś nauczycielka albo pani z wydziału oświaty miasta lub powiatu.
Co jej odpowiedziałem? W tym miejscu muszę dodać, że zdarzyło to mi się w ostatnich dwu - trzech latach kilka razy.
- Już nie. Już nie jestem dyrektorem - odpowiadam, a w tonie mojego głosu można przecież wyczuć satysfakcję.
- Nie szkodzi. Wiem - odpowiada kobieta - ale wie pan, że ta funkcja, czy pan tego chce, czy nie, przy panu pozostaje.
A ja nie chcę. Nie chcę. Zapomnieć i tyle.

Zastanawiałem się ostatnio nad tym, jak nazywano staw w mojej rodzinnej miejscowości, staw przylegający bezpośrednio do ceglanego muru cukrowni.
I proszę, dzisiaj nadeszło dobre „mzimu”, ten sen, który dał mi odpowiedź. Zdążyłem go dopaść i pochwycić. Przypomniałem sobie: ten staw zwanom „Pod kominem”. Pewnie, że z racji bliskości sąsiedztwa komina fabrycznego. Eureka!
Sięgam do pamięci.
Ojciec: - Idę na ryby. Dzisiaj na pewno będą brać po takim deszczu. Przynieś mi kolację.
Ja: - A gdzie będziesz łowił tato?
Ojciec: - Będę pod kominem.
Jak miło mieć taki sen za przyjaciela.

[24.10.2016, Saint Julien du Sault we Francji]

PAŹDZIERNIKOWY DESZCZ

Pada, wciąż pada, od wczorajszego popołudnia i jeśli można odnaleźć w tym fakcie coś optymistycznego, to temperatura - jest cieplej niż w Niemczech i Holandii, bo te trzynaście stopni w dzień jak na jesień całkiem mnie zadowala.
Do Saint Julien zajechałem wczoraj przed dziewiętnastą, pomny tego, że zrzutkę miałem zaplanowaną na szóstą rano, a zatem wspiąłem się na grzędę jeszcze przed północą.
O piątej dwadzieścia budzi mnie pukanie do drzwi. Czyżby już? Nie pomyliłem się. Świetnie. Podjeżdżam pod rampę i po dziesięciu minutach jestem rozładowany. Będzie czas na dospanie nocy, a nie ukrywam, że właśnie nad samym ranem najbardziej jestem „nie do życia”.
W końcu jednak okazało się, że chyba ten poniedziałek będzie dniem wolnym od jazdy - pierwszym wolnym dniem podczas tej trasy, choć notuje te słowa przed szesnastą, a więc jeszcze może się coś zmienić.
Korzystając z „wolnego” jeszcze wczoraj dokończyłem „Zgon” Tiendriakowa - taka wcale udatna powieść wiejsko-kolchoźnicza dotykająca stalinowskich czasów na rosyjskiej prowincji. Autor opisuje dzieje wspaniale prosperującego kołchozu na tle sąsiednich, podupadłych i źle zarządzanych. Świetnie psychologicznie zarysowane postaci wraz z motywem kultu jednostki - wieloletniego przewodniczącego kołchozu to atuty książki. Zakończenie jednak mdłe. Nie takiego oczekiwałem.
Dzisiaj sięgnąłem po „Kocią kołyskę” Vonneguta - rzecz o amerykańskim, holenderskiego pochodzenia fizyku - Hoennikerze, twórcy bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę. Vonneguta, tego kapryśnego, antywojennego pisarza jak zwykle interesują kwestie ostateczne. W „Kociej kołysce” interesuje go tyleż postać sławnego naukowca - noblisty, ile ów dzień, kiedy Stany Zjednoczone jako pierwsze państwo na globie użyło dla unicestwienia japońskiego miasta; innymi słowy: co w tym jedynym w swoim rodzaju dniu porabiali i myśleli ludzie związani w jakiś sposób z Hoennikerem. Styl powieści, jak zwykle u Vonneguta, jest mieszaniną dystansu i szyderstwa; wymowa antywojenna, by nie powiedzieć pacyfistyczna.
I cały czas pada. Ślęczę na ekonomicznej strefie, nie wyjeżdżając nigdzie, bo i po co. Obok pożółkły, październikowy grab - znak jesieni, pięknej, lecz przeraźliwie wilgotnej. Pod wczorajsze wysokie chmury, z których przelotnie spływały, jeszcze nieśmiało, krople deszczu, nasunęły się niższe, ciemniejsze, gąbczaste, broniące dostępu do nieba, przez co jest cieplej, ale, jak na razie, bez nadziei na rozpogodzenie.
A wiatr? Wiatr ustał wilgocią z chmur płynącą przerażony… i odpoczywa wraz ze mną.

[24.10.2016, Saint Julien du Sault we Francji]

23 października 2016

LITERACKI NOBEL

Niestety jest to spóźniony komentarz na temat literackiego Nobla.
Z ostatniej (z mojego punktu widzenia jako podróżnika będącego poza nurtem bieżących wydarzeń) chwili dowiaduję się, że Bob Dylan nie bardzo jest zainteresowany odbiorem Literackiej Nagrody Nobla, jaką mu przyznano. Czy może to mieć związek z opiniami, jakie pojawiły się bezpośrednio po ukazaniu się informacji o tegorocznej nagrodzie? A trzeba przyznać, że tu i ówdzie rozlegały się głosy miałkości tegorocznego wyboru - bo jakże to honorować poetę wprawdzie, ale jednak w głównej mierze piosenkarza. Być może powód jest nieco inny: oto artysta po raz kolejny ukazał się jako nonkonformista i niepokorny buntownik albo, czego niektórzy nie wykluczają, megaloman pragnący ukazać światu, że jego „opera omnia” jest ponad wszelkie próby zakwalifikowania go jako poetę przez ludzi w białych kołnierzykach.
Prędzej czy dowiemy się, jak to z Bobem Dylanem było po decyzji szwedzkich akademików. Na dzień dzisiejszy pozostaje nam spekulować.
Jeśli chodzi o mnie, to Nagroda Nobla przyznana Dylanowi wcale mnie nie szokuje. Bardziej szokował mnie to, że nie został nia uhonorowany Tadeusz Różewicz. A sam fakt, że to wyróżnienie przypadło popularnemu bardowi, który prezentuje swą twórczość na scenie przy akompaniamencie gitary, dziwić nikogo nie powinno. Wszak poezja zrodziła się z pieśni.
W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o przynajmniej trzech poetach - wykonawcach, którzy w równym stopniu na to literackie wyróżnienie zasłużyli. Mam na myśli Włodzimierza Wysockiego, Bułata Okudżawę i Leonarda Cohena.
Abstrahując już od samej Nagrody Nobla, należy powiedzieć, że popularność artysty nie może pozostawać w sprzeczności z motywacją jego nagradzania. A w tych czterech wymienionych przypadkach - poetów - bardów,  należy zwrócić uwagę na wpływ jaki miała na społeczeństwo światowe ich twórczość. Taka jest prawda.

Oddajmy szacunek Dylanowi.



Mama, take this badge off of me
I can't use it anymore.
It's gettin' dark, too dark to see
I feel like I'm knockin' on heaven's door.

Knock, knock, knockin' on heaven's door
Knock, knock, knockin' on heaven's door
Knock, knock, knockin' on heaven's door
Knock, knock, knockin' on heaven's door

Mama, put my guns in the ground
I can't shoot them anymore.
That long black cloud is comin' down
I feel like I'm knockin' on heaven's door.

Knock, knock, knockin' on heaven's door
Knock, knock, knockin' on heaven's door
Knock, knock, knockin' on heaven's door
Knock, knock, knockin' on heaven's door

Niby prosty tekst. Facet nie chce strzelać do nikogo.

Nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował  skonfrontować Boba Dylana z innym śpiewającym poetą, mniej buntowniczym, bardziej romantycznym, poetę chodzącym w słynnym niebieskim prochowcu

FAMOUS BLUE RAINCOAT
It's four in the morning, the end of December 
I'm writing you now just to see if you're better 
New York is cold, but I like where I'm living
There's music on Clinton street all through the evening
I hear that you're building your little house deep in the desert
You're living for nothing now 
I hope you're keeping some kind of record 

Yes, and Jane came by with a lock of your hair 
She said that you gave it to her 
That night that you planned to go clear
Did you ever go clear?

On the last time we saw you, you looked so much older 
Your famous blue raincoat was torn at the shoulder 
You'd been to the station to meet every train 
You came home without Lili Marlene 
You treated my woman to a flake of your life
And when she came back she was nobody's wife 
Well; I see you there with a rose in your teeth 
One more thin gypsy thief 
Well I see Jane's awake 
She sends her regards 

And what can I tell you, my brother, my killer 
What can I possibly say 
I guess that I miss you, I guess I forgive you 
I'm glad you stood in my way 
If you ever come by here, for Jane or for me 
Well, your enemy is sleeping and his woman is free 

Yes, and thanks for the trouble you took from her eyes 
I thought it was there for good so I never tried 
And Jane came by with a lock of your hair 
She said that you gave it to her 
That night that you planned to go clear

Sincerely, 
L. Cohen

Jest czwarta nad ranem, końcówka grudnia.
Piszę do Ciebie tylko po to, by się upewnić, że już ci lepiej.
W Nowym Jorku jest zimno, ale podoba mi się moje mieszkanie.
Przez cały wieczór na Clinton Street grała muzyka.
Słyszę, że budujesz swój mały domek głęboko w pustyni.
Nie masz już po co żyć.
Mam nadzieję, że jakoś o siebie dbasz.

Tak, i Jane przyszła z lokiem Twoich włosów.
Powiedziała, że to Ty jej go dałeś,
Tej nocy, gdy planowałeś się ulotnić.
Czy kiedykolwiek się ulotniłeś?

Ostatnim razem, gdy Cię widzieliśmy, wyglądałeś o wiele starzej,
Twój słynny niebieski prochowiec był rozerwany na ramieniu.
Chciałeś być na stacji, by złapać jakikolwiek pociąg
I wróciłeś do domu bez Lili Marlene.
I traktowałeś moją kobietę jak płomyk swojego życia,
A kiedy wróciła była żoną nikogo.
Cóż, widzę Cię tu z różą w zębach,
To kolejny cygański trik.
Cóż, widzę, że Jane się obudziła,
Przysyła pozdrowienia.

I co mogę Ci powiedzieć, mój brat, mój zabójca,
Jakkolwiek mogę to nazwać.
Chyba za Tobą tęsknię, chyba Ci wybaczyłem,
Cieszę się, że stanąłeś mi na drodze.
Jeśli kiedykolwiek tu wrócisz, dla Jane lub dla mnie,
Cóż, Twój wróg śpi, a jego kobieta jest wolna.

Tak, i dziękuję za kłopoty, które spędziłeś z jej oczu.
Myślałem, że powinny tam być, więc nigdy nie próbowałem.
I Jane przyszła z lokiem Twoich włosów.
Powiedziała, że to Ty jej go dałeś,
Tej nocy, gdy planowałeś się ulotnić.

Serdecznie pozdrawiam,
L. Cohen

Niech ktoś powie, że nie jest to czysta poezja...

[23.10.2016, Sens we Francji]