Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

31 stycznia 2017

JAK OCALIĆ...

Korzystając z darowanego mi w nadmiarze czasu (uczucie bycia kloszardem, bezdomnym, wygnańcem, emigrantem nie jest mi obce), pomimo internetu działającego jak na Francję fatalnie, udało mi się obejrzeć najpierw stary polski kryminał z Horowianką i Łapickim, a potem z wielką przyjemnością pooglądałem „Cztery pory roku” Andrzeja Kondratiuka. Jak zwykle wkroczyłem w przecudny świat natury, w krainę podstawowych pojęć, z których w tym akurat obrazie dominująca jest synowska miłość do ciężko chorego ojca. Bohaterowie tego filmu (obaj bracia Kondratiukowie: Andrzej i Janusz) pragną z całych sił przywrócić zdrowie ich ojcu, usiłują pokonać mijający bezpowrotnie czas i wyrwać ojca z ramion śmierci.
To prawda, Andrzejowi Kondratiukowi do końca życia towarzyszyć obsesja mijającego czasu, którego choćby najdrobniejszą cząstkę trzeba koniecznie zachować.
Więcej o tym filmie...
a, póki co, obejrzeć można go tutaj...


a ta piosenka z mijającym czasem ma wiele wspólnego...



[31.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]

MACHINA CZASU - (fragment "Prowincji")

- Oprowadzę cię po miasteczku. Podaj rękę.
- Będziesz moim cicerone?
- Będę. A teraz przymykając oczy przedostaniemy się przez kurtynę czasoprzestrzeni. Robisz to? Przymykasz oczy?
- Przymykam. Czuję ciepło twoich dłoni i ucisk w piersi. Jakiś szum, świst….
- Teraz nic nie mów.

Wychodzimy z kościoła na rozległy jak na miasteczko plac. Zrobiłem to dla ciebie, bo wiesz, ja nie jestem tak pilny do modlitwy, chociaż, słyszałaś, w tym kościele naprawdę się modlono. Za kilkadziesiąt lat będzie inaczej, możesz nie poznać. 
Ta harcerka i ta pani w różowej sukience pojawiają się zwykle po sumie. Podchodzą do nas i przypinają szpileczkami papierowa plakietkę z czerwonym krzyżykiem. Mam tu gdzieś złotówkę. Nie masz? Zapłacę za ciebie. Rozpoznajesz? Polski Czerwony Krzyż. Chodzę dumny jak paw z tym znaczkiem. Ciepło jak w maju, prawda. Ustawie się w tej kolejce, możesz zaczekać na ławce. Usiądź na słoneczku. W kościele było chłodno. Wezmę po dwie kuleczki. Polecam śmietankowe. Są jeszcze czekoladowe i owocowe, ale ja najbardziej lubię śmietankowe.
Tak, kochanie, to najlepsze lody w mieście. A jaki smaczny ten wafelek. Uważaj, w kącikach ust masz łezki śmietanki. Przetrę ci je chusteczką. Czysta. Wyprasowana. Zjedzmy do końca.

Jestem kobietą w sile wieku. Rozwódka, lat pięćdziesiąt trzy. Z Adamem nie widziałam się przez trzydzieści osiem lat i kiedyśmy się spotkali, od razu powiedziałam o tym matce. Matka go sobie przypomina. Chyba go lubiła, tak, lubiła go. Kiedyś powiedział mi, że byłby dla mnie dobrą partią. Nie posłuchałam jej i wyszło, jak wyszło. Od dwudziestu lat jestem sama, z dwoma córkami. Były mąż rozpił się. Wątroba nie wytrzymała. W jego imieniny, w naszą rocznicę ślubu oraz w święta odwiedzam jego grób. Nie chowam złych wspomnień. Córki mają 25 i 23 lata. Założyły swoje rodziny.
Kiedy Adam powiedział mi o tym, że możemy jednak powrócić dzięki tej jego machinie czasu, zgodziłam się, acz nie bez wahania.

Pozostajemy na skwerze, tym placu poniżej kościoła otoczonym lipami. Wewnątrz gazony z kwiatami - tulipany, narcyzy, bratki; wszędzie zieleń skoszonych po raz pierwszy w tym roku traw, ławki naokoło, przystanek autobusowy z czterema stanowiskami naprzeciwko miejskiej bursy. Byłem tam raz. Pokoje nic ciekawego, jak to w starych kamieniczkach, ciemne, chłodne, tyle że przytulne. Ty wiesz, że właściwie nasze miasteczko nie ma rynku? No, nie ma. Chyba że ten trójkątny, z którego wąską dróżką prowadzącą pomiędzy ceglanym płotem przechodzi się na plac targowy. Nie pamiętasz? No tak, machina czasu, która stworzyłem reaguje jedynie na moje wspomnienia, a ty, choć wywodzisz się z tego miasteczka, nie pamiętasz nic, ot, jak przez mgłę widzisz swoje dzieciństwo i młodość. Skończyłaś?
Przechodzimy na południową stronę. Na samym rogu cukiernia, obok kwiaciarnia. Chcesz wuzetkę? Nie teraz… jak wrócimy… no tak. Widzisz, jest niedziela a kwiaciarnia otwarta. Ludzie czasami kupują w niedziele kwiaty. Narzeczony dla narzeczonej, jakieś imieniny, a najczęściej na groby, bo w niedziele chodzi się czasami na cmentarz. Nie mają zbyt wielu kwiatów. Ładne są te doniczkowe palemki, fikusy, trzykrotki, takie podobne do bratków, a może to są bratki.
Mijamy cukiernie i kwiaciarnię i schodzimy w dół. Będziemy szli ta główna ulica miasteczka aż do rzeki. Zaraz po lewej pasmanteria, wchodzi się od strony placu po schodkach. Dalej, w dół ulicy, również po schodkach - rzeźnik. Sklep masarski, pobliski kiosk Ruchu i wszystko  co poniżej, w stronę mostu na rzece znajduje się już po dawnej żydowskiej części miasteczka. Idziemy dalej, nie opuszczając prawej strony, patrząc w stronę odległej rzeczki. Mijamy gospodę po schodkach. Rzadko tam bywałem, ale ilekroć tu zaglądałem, zawsze wychodziłem najedzony. Przechodzimy ulicę poprzeczną do głównej. Stąd po trzystu metrach moglibyśmy dojść do synagogi zburzonej w okupację i nie odbudowanej, ot zamknięta na cztery spustu bryła - ruina. Idziemy dalej. Popatrz, apteka otwarta do osiemnastej; później trzeba nacisnąć ten guzik - wtedy pani magister otworzy. Sufit głównego pomieszczenia apteki wyłożony jest najpiękniejszą w mieście sztukaterią. Nie chcesz wstąpić? Jeżeli boli cię wątroba, pani magister przygotuje ci odpowiednią miksturę. Nie tylko zresztą na wątrobę, bo i na anginę, na katar sienny, na serce, na uspokojenie.

- Niczego nie pamiętam. Dlaczego niczego nie pamiętam… ale od czego cię mam, mój cicerone…

Pomyślałem sobie, że ma pięćdziesiąt trzy lata i jeszcze czas na to, aby sobie ułożyć życie.
- Czy chciałabyś pozostać ze mną pozostać w tym czasie, w którym teraz jesteśmy? - pytam nagle.
- A moje córki? Nie mogłabym ich opuścić - odpowiada.


Idziemy dalej. Po prawej stronie jest warsztat i sklep kapelusznika. (cdn.)


[31.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]

30 stycznia 2017

WYPOŻYCZALNIA (6) DAMY, NIE RAŃCIE POETÓW, ZWŁASZCZA NORWIDA

Jakże zawiłe bywają meandry miłości poety do kobiety, która piękną i powabną jest, lecz tyleż samo dumną i niedostępną. Rozmawiać z taką? Jak, skoro rozmowa z nią bywa ulotna i zgoła niepoważna, a może i z drwiną w jej głosie, z pióropuszem wachlarza w ręce. A można też kwiecień być obdarowanym „między oczy”. A cóż to za partia dla damy? Poeta?
Albo… niech poeta nie żąda od damy choćby wstążeczki błękitnej - zbyt jest jej droga; niech nie pożąda jej ciała, ba, niech nie waży się nasycić swoich uczuć jej cieniem, który zmiennym jest jak sama dama.
Cóż pozostało poecie prócz uwielbienia? Usunąwszy ramię poprzestać na czymś niewielkim, nietrwałym, na byle listku przyklejonym do szyby, na dżdżystej łezce deszczu….
Damy, nie rańcie tak głęboko poetów.

Poniżej dwa prześwietne wiersze Cypriana Kamila Norwida: „Jak…”
i „Daj mi wstążkę błękitną…”

Jak…

Jak gdy kto ciśnie w oczy człowiekowi 
Garścią fiołków i nic mu nie powie...
Jak gdy akacją z wolna zakołysze, 
By woń, podobna jutrzennemu ranu, 
Z kwiaty białymi na białe klawisze 
Otworzonego padła fortepianu...

Jak gdy osobie stojącej na ganku 
Daleki księżyc wplata się we włosy, 
Na pałającym układając wianku 
Czoło - lub w srebrne ubiera je kłosy...

Jak z nią rozmowa, gdy nic nie znacząca, 
Bywa podobną do jaskółek lotu, 
Który ma cel swój, acz o wszystko trąca, 
Przyjście letniego prorokując grzmotu, 
Nim błyskawica uprzedziła tętno - 
Tak...

Lecz nie rzeknę nic - bo mi jest smętno.


Daj mi wstążkę błękitną…

Daj mi wstążkę błękitną — oddam ci ją 
Bez opóźnienia… 
Albo — daj mi cień twój z giętką twą szyją: 
— Nie! nie chcę cienia. 
Cień zmieni się, gdy ku mnie skiniesz ręką, 
Bo on nie kłamie! 
Nic od ciebie nie chcę, śliczna panienko, 
Usuwam ramię… 

Bywałem ja od Boga nagrodzonym, 
Rzeczą mniej wielką: 
Spadłym listkiem, do szyby przyklejonym, 
Deszczu kropelką.

[30.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]


STYCZNIOWE ZAPISKI (5)

1.
Wyjątkowo kiepsko idzie mi czytanie. Na chwilę odłożyłem „Raj tuż za rogiem” Llosy, aby skupić się nad opowiadaniami Józefa Hena, wśród których jest takie cacko jak „Mgiełka” - rzecz o rozwiązłości bohaterów końca lat sześćdziesiątych/początku siedemdziesiątych ubiegłego wieku w stolicy. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że ów starannie zarysowany wątek „miłości obyczajowej” dotyczy celebrytów. To dłuższe opowiadanie ma nieźle skonstruowaną fabułę oraz całkiem do przyjęcia rozwiązania psychologiczne. Nie urzeka natomiast inne opowiadanie „Przeżyć w Paryżu”, mające konotacje odnoszące się do artystycznej emigracji obecnej nieśmiało w stolicy Francji. Świetne są natomiast opowiadania powiązane tematycznie z okupacją, ot choćby „Kłopot z psem” lub tytułowe opowiadanie „Bokser i śmierć”.
Przeczytałem też po raz kolejny „Kartotekę” i „Grupę Lakoona” - lubię dramaty Różewicza.
Czytam „Nadal wariuję” Jadwigi Śmigiery, utrzymując, że jest to świetna lektura, jak zwykle u tej autorki, dostarczająca mnóstwo historyczno-architektonicznej wiedzy, od której odwykłem, nie będąc już od lat zagorzałym czytelnikiem historii, a szkoda. Książka jest o tyle ciekawa, że pozwala na całkowitą, chronologiczną dowolność w wyborze poszczególnych opowiadań, czy to tych, bardzo bliskich autorce, wątków tatrzańskich, czy też peregrynacji po świecie. Ot, otwierasz sobie książkę na dowolnej stronie i wczytujesz się w zawsze ciekawą, często z humorem opisaną opowieść. Nadto podziwiam u autorki tę łatwość (pewnie popartą dobrą pamięcią i przygotowaniem materiału do opowieści) w przedstawianiu wątków autobiograficznych z pewnym dystansem, także do siebie, no i bardzo to miłe, że pani Jadwidze udaje się wyjść poza tzw. „literaturę babską”, nadmiernie egzaltowaną. A na koniec te reprinty rzeźb… prawdziwe cudo.
Zabrałem się też za „Wygnanie i królestwo” Alberta Camusa, ale o tym innym razem.

2.
Do poczytania wybieram sobie pozycje, nigdy nie kierując się panującą modą, aktualnością czy polecanym akuratnie nazwiskiem autora. Dokonuję wyboru zawsze na podstawie własnych zainteresowań, nie dbając o to, czy sięgam po daną książkę po raz pierwszy, drugi czy enty. To trochę tak jak z zakupami bułeczek i chlebka. Mam ci ja własną piekarenkę, w której się zaopatruję w pieczywo (przesadzam, nie mam, miałem, ale dla przykładu podaję) i z niej korzystam, ufając, że oferowany produkt mnie nie zawiedzie. A dlaczego do tych samych książek sięgam ponownie, znając przecież ich treść? Otóż w celach czysto albo okołoformalnych. Jeżeli bowiem interesuje mnie kwestia prowadzenia narracji, to czyż można pozbawić się przyjemności zaczytywania się Dostojewskim, dla mnie geniuszem w konstruowaniu przesyconej psychologia fabuły? Albo niepowtarzalny klimat utworów Kafki, czyż można sobie odmówić wejścia w ów niepowtarzalny, niepokojący świat neurastenicznej narracji autora „Zamku”? Niezwykle cenię sobie prozę Iwaszkiewicza, za tę delikatność, tę filmowość opisów. Albo Czechow - tu mówimy o dramatach. Jakim wnikliwym obserwatorem ludzkich namiętności (kobiet) był ten dramaturg. Cortazar, choć ideowo mi bliski, za bardzo się czytelnikiem bawi, a już taki Marquez takie perełki wyczynia ze słowem, że trudno się oderwać od jego prozy. Albo Conrad… ten dopiero zrewolucjonizował powieść, przemieszczając w czasie poszczególne jej wątki. Dzisiaj nie jest to niezwykłość w literaturze, ale dawniej? Żeromski z kolei, bardzo bliski ideowo, choć zanurzony w trudnym dzisiaj do odbioru modernizmie, wciąż do mnie przemawia, aczkolwiek kiedy spojrzeć na dzisiejsza rzeczywistość to idea szklanych domów, Judymów i siłaczek sięgnęła bruku - ale przecież nie Żeromski jest temu winien. Mógłbym jeszcze bardzo wiele podawać przykładów na moje ulubione z literaturą spotkania, ot choćby wymienić najlepsze opowiadanie napisane kiedykolwiek przez poetę (mam na myśli, rzecz jasna „Moją córeczkę” Różewicza, ale musiałbym nie jeden dzień poświęcić na to, a czas biegnie, przechodzi obok, mija.  

[30.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]

DNO (III)

III.

Zdarzyło mi się to po raz pierwszy od niepamiętnych lat. Możesz to sobie wyobrazić? Wysiadam z pociągu z walizką w ręku (tylko lokomotywa jest inna, spalinowa) i przed dworcem czeka na mnie jednokonny zaprzęg. Chłopak podbiega do mnie, chwyta w ręce mój tobół i zaprasza do sań. Wskakuję na tylne siedzenie, on wspina się na kozła, zacina batem konia i wyruszamy zaśnieżoną drogą w stronę lasu. Obok, na siedzeniu, czekał na mnie pled. Przykrywam nim nogi i walizkę. Spod końskich kopyt rozbryzguje się suchy, zlodowaciały śnieg. Wjeżdżając do lasu, pomiędzy młode zagajniki świerków, płozowy wolant zwalnia, koń kroczy szybkim stępem a chłopak zapala papierosa.
- Zdążymy przed zmrokiem, zapali pan?
- Nawet przyjemniej będzie, gdy drogę do leśniczówki pokonamy powoli - mówię. – Nie teraz, dodaję.
Chłopak zapala, zdejmując wcześniej rękawiczki – skórkowe, ciemnobrązowe.
- Teraz, Kaśka, tak jak lubisz, po swojemu – zwraca się do szpakowatej klaczy, która potrząsa łbem i rzeczywiście zaczyna stąpać własnym rytmem i wydłużając krok płynnie, jakby bez wysiłku ciągnie za sobą sanie, podążając po własnych śladach, jakie pozostawiła jadąc na stację.
- Jesteś bratem Niny? – pytam.
- Stryjecznym. Mówiła panu o mnie? Piotr – przedstawia się patrząc przed siebie i zaciągając papierosowym dymem.
- A mówiła. Mówiła, że świetnie się znasz na koniach i przewidywała, że jeśli wyjedziesz po mnie to saniami.
- Ja, panie Karski, mogę tak? – waha się jakby zawołanie po nazwisku wiązało się z pewną dozą skrępowania. – parę miesięcy te sanie remontowałem. Kupiliśmy je we wsi. Stare, z widocznymi pęknięciami, z płozami ze zdartymi listwami stali. Trzeba to było wszystko naprawić, wymienić, co się da. Znam się na tym.
- Słyszałem, że w technikum leśniczym się uczysz? Ostatni rok, prawda?
- Prawda. Z ojcem zostanę, nie to co Nina. Ona już u nas rzadkim jest gościem.
- Każdy wedle swoich umiejętności i zainteresowań życie powinien prowadzić – oświadczam pouczającym tonem. – Twoja siostra dobrze się zapowiada. Zdolna, pracowita, ambitna.
- I mocna w gębie – dodaje.
- W życiu trzeba walczyć o swoje. Gęba czasami się przydaje.
 - Wiem, ojciec nas uczył tej walki, chociaż mnie do ludzi aż tak bardzo nie ciągnie. Co innego las, drzewa, zwierzęta i majsterkowanie.
- Leśniczy ma jednak pod sobą ludzi.
- To prawda. Wycinki, sadzenie lasu, pielęgnacja drzewostanu i zwierząt - do tego są potrzebni ludzie. Albo, dajmy na to pobieranie żywicy.
- To jeszcze to się robi? Myślałem, że chemia załatwiła wszystko.
- Jest taki stary rewir leśny, gdzie jeszcze żywicę się zbiera. Najwięcej pracy z wiatrołomami i dzikami, które wchodzą w szkodę.
- Chciałbyś tu zostać? Nie marzy ci się jakiś inny las?
- Tutaj sporo pracy. Trochę też ziemi mamy. Trzeba uprawiać, bo inaczej zjałowieje, a ojciec i wcześniej dziadek, sami wydarli parę hektarów lasowi. Po wielkim pożarze. Nie pamiętam tego.
Rozmowa jaką toczyliśmy przypominała pozytywistyczne monologi i oracje dydaktycznych powieści Orzeszkowej oraz zasłyszane dawniej dialogi licealistów, które sam prowokowałem, gdym, ufając słowom wybujałej młodzieńczości, objeżdżał kraj wzdłuż i wszerz, notując, a nierzadko, nagrywając konwersacje ambitnych i zbuntowanych młodych. Piotr z jego zapatrywaniem na świat dorosłości, w który wkraczał, zdawał mi się być jednym z ostatnich, których wydała ziemia nie dla nowoczesności, lękającej się szczerych wyznań, lecz dla pracy, w jakiej widzi się sens. Zastanawiałem się nad tym, jak bardzo nietypowa lub odwrotnie, jak pospolita jest taka postawa młodych i jak wielki na nią wpływ miał ten człowiek, do którego w umówioną gościnę jechałem. Jednocześnie do cna przesiąknięty zwyczajem sporządzania notatek, a z braku możliwości ich prowadzenia, dokładnym archiwizowaniem w pamięci słuchanego tekstu, gromadziłem w mózgu poszczególne słowa i słów powiązania, jakbym zakładał, że będą mi one potrzebne, gdy tylko opatrzność podsunie mi pretekst do wykreowania opowieści, w której mógłbym wykorzystać kontekst zasłyszanych słów. Myślę sobie, że w określonych warunkach obiektywnie niedogodnym jest bycie pisarzem, który miast cieszyć się z innymi, przeżywać, odnosić sukcesy lub cierpieć, uruchamia tę część swego mózgu, która odpowiada za tworzenie własnych słów i opowieści. Słyszysz sobie pewną historię, opowiadaną tobie, nie pisarzowi, i już ją przetrawiasz po swojemu, dokładasz anegdotę, zmieniasz kontekst, rytm, stylizujesz, wprowadzasz nowego narratora, stajesz ponad opowieścią i, co najsmutniejsze, stajesz się złodziejem myśli i słów, które wykradłeś rozmówcy.
Krok po kroku, a raczej stęp po stępie przybliżaliśmy się do leśniczówki, oddając się przyjemności korzystania z dobrodziejstw uśpionej snem zimowym natury, lasu, który narastał i dziczał za każdym zakosem drogi, wspinał się i potężniał wysokimi ramionami sosen i tu i ówdzie rozsianymi masztami dębów, w pojedynkę chełpiących się swoją starczą potęgą. Już sama podróż odbywana nietypowo, uspakajała mnie i odpędzała niepokój, jaki nagromadził się ostatnio, burząc sen i budząc myśli, których nie chciałem nigdy doświadczać. Omdlenie jakiemu uległem w sercu miasta, omdlenie wymazujące z pamięci kilka chwil życia, odchodziło precz. Doprowadzony zostałem do stanu, w którym podświadomie zapominałem o swoich upadkach i powoli zaczynałem odzyskiwać nadzieję.
Piotr pokazywał mi zajęcze i sarnie tropy, jakich nie napotkał jadąc w stronę dworca i głowę bym dał za to, że jego uszy rozpoznawały odległe odgłosy wydawane przez stado saren spieszących do paśnika. Co i rusz uzyskiwałem informacje o najlepszych miejscach na grzybobranie, o pobliskich polanach wypełnionych jagodowym poszyciem, o miejscach, w których buszują dziki i o krzyżu, który wetknięty w kopczyk ubitej i okrytej darnią ziemi, nosi sobą nieodkrytą tajemnicę.
I znów, kiedy o krzyżu była mowa, nieszczęsna fantazja poruszyła moją wyobraźnię. Gdyby nie bliskość zmroku, gdyby nie grudniowa zmarzlina i śnieg sięgający w tym miejscu kolan, pewnie kazałbym chłopcu stanąć i spenetrowałbym to miejsce zaznaczone krzyżem. Chciałbym się przekonać, czy jakiej tablicy, kamienia, jakiegoś znaku nie umieszczono, aby uchylić rąbek tajemnicy. Nie może tak być, aby bez dania powodu ludzka ręka pozostawiła po sobie ów ślad znaczący.
- Nic ci o tym krzyżu nie wiadomo? – zapytałem, gdyśmy przemierzyli paręset metrów, skręcając na rozwidleniu dróg w alejkę, która miała nas już doprowadzić bezpośrednio do leśniczówki.
- Różnie mówią, ale to najpewniej bajki – odparł beznamiętnie Piotr, jakby moje zapytanie wprawiło go w zakłopotanie.
- Coś jednak wiesz o tym krzyżu – kontynuowałem próbę dowiedzenia się czegokolwiek.
- Jedni mówią, że to krzyż samobójczyni, zniewolonej przez panicza i oddanej na pośmiechowisko ubogiej chłopki; inni, że to miejsce śmierci kłusownika, który wpadł we własne sidła w zamieć śnieżną, przez co nie zdołał wezwać pomocy na czas i zginął z ran i zimna. Jeszcze inni mówią o rannym żołnierzu-dezerterze z pierwszej wojny światowej, którego dopadły wilki, gdy siły tracił, umykając pościgowi.
- Ciekawe. I nikt nie dociekał prawdy?
- Nie żyją już ludzie, którzy mogliby znać prawdę. Ojciec mówił mi, że chyba tylko jego dziadek mógłby ją znać. To bardzo stary krzyż.
- Z pewnością stary.
- Pan pewnie sobie pomyślał, że nasza pamięć tutaj nieczuła, że jeśli krzyż, to koniecznie trzeba poznać przyczynę. W lesie nie tylko ludzie giną, nie tylko pamięć o człowieku przepada. Giną drzewa, zwierzęta, wysychają źródła i przepadają cietrzewie, które toczyły w tych lasach przed wojną.
- Ja tylko z ciekawości tak… - usprawiedliwiłem się, choć już odzywała się we mnie druga strona osobowości – ta poddana kreatywnej wyobraźni. Ale lepiej już jedźmy, myślałem, pozwólmy tej i innych niezbadanym historiom trwać. Niech inni zdobędą się na odwagę ich odkrywania.
Znużony byłem, nie podróżą, bo ta wiodła przez krainę dawno nie odwiedzaną przeze mnie lub z rzadka. Prowadziłem dotąd stadne życie wśród ludzi i było mi wśród nich raz gorzej, raz lepiej. Rozmawiałem z nimi językiem prostym, szczerym i uczciwym; czasami prowadziłem dyskusje, debaty; innym razem próbowałem sił w perswazji, albo też grałem rolę szamana nauczającego innych tego, co zdołałem z życia pojąć. Im głębiej dostawałem się w przeszłość własnych myśli, tym bardziej poznawałem ich nikczemny bezład, naiwną wartość i ulotność. Bezpowrotnie minął czas, w którym próbowałem przekonywać  i wierzyć w siłę słów jakimi się posługiwałem, choć nadal wierzę w słowo, aczkolwiek kieruję je teraz do samego siebie, albo czytam słowa innych, nie dbając o to, dla kogo są przeznaczone. No cóż, jestem w wieku, który skłania do refleksji. To trywialne i pewnie dotyka każdego z nas w czasie przesytu życiem, kiedy się wie, że niewiele dróg zostało do przejścia sprawnymi nogami, a szybkie tempo marszu zastąpione zostało niezgrabnym krokiem, coraz wolniejszym, wymagającym odpoczynku po wspięciu się na byle wzniesienie. Banalna jest ta świadomość przemijania, lecz istnieje rzeczywiście tak jak istnieje srebrny, sztampowy i oklepany blask księżyca. Możesz nie wiadomo jakimi słowami opisać tę luminację, zaprząc nocnego gościa do powozu ciągnionego przez metafory, a srebrny księżyc pozostanie w pełni, dopóki nie zgaśnie zasypany spopielałą chmurą, albo zniknie za horyzontem poranka. Lecz inny głos podpowiada mi, że trywialność księżycowego blasku należy wzbogacić własnym spojrzeniem i zdać z niego relację, uruchamiając semantyczne desygnaty tkwiące w każdym słowie, a słowo posiada znaczenie i w określonym kontekście poddawane jest subiektywnemu opisowi za pomocą konglomeratu innych znaczeń. Nie o samo światło księżyca chodzi, lecz o to, czy jest sens zapuszczać się w metaforykę słów, czy nie gubi się przy okazji znaczenia słowa danemu temu, kto odczuwa to, co obiektywnie dane jest każdemu z nas. Ważna jest również szczerość wypowiedzi, a ta korzysta z najprostszych, nierzadko prymitywnych środków.
Dość o tym. Narasta pomrok. Słońce dopala się gdzieś hen za zasłoną lasu, ledwie żarzy się, nie dając ciepła i zmuszony jestem naciągnąć na siebie szczelniej pled. Im bardziej zbliżam się do kresu podróży, tym silniej odczuwam niepokój, choć wiem, że przyjeżdżając na miejsce nie będę sam, a chłopak, roztropny i odnoszący się do mnie przyjaźnie, rozładuje tę nową dla mnie sytuację, w której się znajdę. To trochę dziwne, że w moim wieku mogę jeszcze odczuwać zaniepokojenie z powodu uczestnictwa w czymś nowym - spotkaniem z nieznanymi mi ludźmi, z miejscem, w którym dane mi będzie przeżyć ułamek swojego życia. Tułając się po świecie, powinienem był dorosnąć do zmian, powinienem był być raczej przewodnikiem, aniżeli oczekiwać na poprowadzenie mnie za rękę przez osobistego „cicerone”. Dzisiaj ten chłopak, a jutro…? Kto to wie? Może ona czeka tam na mnie i liczy minuty dzielące nas od spotkania. Czemu nie zdecydowałem się na wspólną z nią podróż? Ach tak, ona jeszcze miała odwiedzić grób ojca, bo matka zbyt słaba tej zimy i nic dobrego nie wyniknęłoby z jej peregrynacji na cmentarz. No cóż, nadejdzie taki dzień, kiedy i ja nie będę w stanie przemieszczać się samodzielnie, kiedy podróż do moich świętych miejsc stanie się ponad moje siły. Ostatnie omdlenie jakiego doświadczyłem może być przecież dla mojego organizmu symptomem zmian na gorsze. Medycyna zna wszakże rozliczne przypadki, w których kondycja psychiczna oddziałuje na konstrukcję somatyczną i w ogóle jakość funkcjonowania człowieka. Czyżbym znajdował się już w takim stanie?
Podczas wizyty u mnie Nina podarowała mi telefon. - „Nie będę dzwonić bez potrzeby, nie martw się. Chciałam tylko przykazać ci, że jeśli będzie coś nie tak z tobą, kiedy poczujesz się źle, masz obowiązek zadzwonić do mnie, rozumiesz?” – tak powiedziała i dotrzymała obietnicy. Nie dzwoniła i nie powiadamia mnie esemesowym tekstem (i tak miałbym trudność z jego odczytaniem). Szanuje moją niezależność i niechęć do rozmów. Ciekawe, że to ja skorzystałem z dobrodziejstwa pozostawania „w zasięgu” i w pociągu zadzwoniłem do sąsiadki, na której kolana osunąłem się podczas omdlenia, powiadamiając ją o tym, że jestem w podróży, nic mi nie dolega i niczego nie potrzebuję. Złożyłem jej życzenia świąteczne, odebrałem jej i,  tak mi się wydaje, była wzruszona, bo nigdy wcześniej nie składałem jej życzeń przez telefon, ba, prawdopodobnie nigdy z nią przez telefon nie rozmawiałem. Robię się sentymentalny. Straszne.
Im bliżej celu, tym bardziej jestem zaintrygowany sposobem, w jaki zostanę powitany. Odzywa się nieskromność moja, podłe własne ego, z jakim miałem dawniej do czynienia. Po prostu przyjadę, przywitam się, wymienimy grzeczności, będzie trochę wzruszenia i spróbuję zajrzeć w oczy tej małej i jestem ciekaw, czy coś w nich zobaczę innego, niż wtedy u mnie w domu. Nakarmią mnie i napoją i, jak to bywa w takich sytuacjach, będziemy rozmawiać o wszystkim, jak to się mówi: o życiu, o świętach i pracy (o tym delikatnie, bo pewnie Nina przygotowała stryja na okoliczność moich kłopotów). Potem wskażą mi mój pokój. Zapewne Nina mnie do niego zaprowadzi i otwierając drzwi jej serce zabije mocniej, gdy będzie czekać na moją reakcję. Ale mnie spodoba się ten pokój i spodoba mi się jej stryj, stryjenka i matka Niny, która pomimo dolegliwości wątrobowych tę wczesną kolację spędzi ze wszystkimi i nawet zabawiać mnie będzie rozmową, a jej wzrok będzie kursował pomiędzy mną a jej córką. Matka Niny, ufająca córce, z której zawsze była i jest dumna, będzie miała w swoich oczach niepokój, jaki towarzyszy wszystkim matkom świata. Kiedy powiem sakramentalne: „dziękuję ci, pokój jest taki, jak opowiadałaś”; kiedy dodam: „masz wspaniałą rodzinę”, rzadko wzruszająca się publicznie Nina uśmiechnie się do mnie i żegnając się ze mną, życząc dobrej nocy, zbiegnie na dół, aby odebrać z kolei relację najbliższych w stosunku do mojej osoby.
Dopiero wtedy zasnę.

[poprawiony dn. 30.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]

29 stycznia 2017

ARCYPOLITYCZY TEKST

Albowiem poniższy tekst będzie miał charakter czysto polityczny, przeto w tym właśnie miejscu konieczne jest wyjaśnienie, iż nie skomponowałem go, aby obecnej władzy kadzić, powiem więcej, jestem za, a nawet wręcz przeciwnie i naprzeciw, i aby tego dowieść upraszam o rozciągnięcie  mnie na takowym kole…


zakucie w dyby…


albo dokonanie na mnie aktu sprawiedliwości dziejowej tym oto mieczem kata, gdybym miał kiedykolwiek na PIS zagłosować, a nie uczynię tego z przyczyn zasadniczych, albo, jak kto woli, posługując się poetyką pana Macierewicza, powiem, że niby wiem, ale nie powiem. 



Ale do rzeczy.
Zamierzam przejechać się amerykańskim czołgiem po nosie tych wszystkich, którzy gremialnym chórem rządzące obecnie krajem koleżeństwo w czambuł potępiają i aby myśl swą rozwinąć snadnie, posłużę się definicją, która dziwnym zbiegiem okoliczności styczną jest do moich poglądów, jeśli nawet nie w całości, to jednak nietrudno mi się z nią nie zgodzić.
Pora na cytatę:
DETERMINIZM (łac. determinare — oddzielić, ograniczyć, określić) — pogląd przyjmujący uzależnienie we wszechświecie stanów późniejszych od wcześniejszych (uprzedniość wyznacza następczość); podstawa teorii fizykalnych, biologicznych, psychologicznych i socjologicznych, postulujących jednoznaczne przewidywanie zjawisk.
Upraszczając (dla siebie, nie wątpię bowiem w elokwencję czytelników), ów determinizm polega na tym, że jest wielce prawdopodobne iż zjawisko B nie nastąpiłoby, gdyby uprzednio nie wystąpiło zjawisko A.
Przejdźmy od razu do konkretów: stawiam tezę, że rządy PIS-u nie miałyby prawa się ziścić, gdyby nie dokonania rządów poprzednich, w których na pierwszych skrzypcach przygrywała PO. 
Teraz trochę fizjologii. 
Weźmy w łapkę długą łodyżkę trawki i posmyrajmy nią gardziołko… och jak łaskocze…. a teraz głębiej… coś kłuje… i jeszcze głębiej… oho, pora na torsje. Przez wzgląd na wrażliwość czytelników nie będę kontynuował opisu.
Otóż i nasza ukochana PO łaskotała nasze podniebienia, łaskotała, aż zapuściła trawkę głębiej… i stało się, nie pomogły zapewnienia o wszechmądrości platformianych osobistości, organizm nie wytrzymał.
Zaprawdę, powiadam wam, zwłaszcza tym, co za Platformą stali murem, uwierzcie, że do tego, co PIS wyprawia w naszej rodzimej piaskownicy, użyliście własnych grabek, łopatek i plastykowych wiadereczek.
Już, już zbliżam się do konkretów.
Jak powszechnie wiadomo za PIS-em stoją określone siły pod wspólnym wszakże mianownikiem: elektorat partii pana Jarosława to ludzie, którzy czują się pokrzywdzeni tym wszystkim, co się zadziało po tak zwanej transformacji ustrojowej. Jego (elektoratu) racje są w tym przypadku kwestią drugorzędną. Należy się zgodzić z tym, że odczucia części społeczeństwa są właśnie takie jakie są. Tak jak każdy człowiek ma prawo klaskać, tak i jego prawem jest być niezadowolonym. 
Czy jednak można być niezadowolonym, mieszkając w kraju, w którym na wszystkich rządowych, telewizyjnych mapach panował kolor zielony (rządy pierwszego Tuska)?
Jeżeli ktoś odpowie przecząco na tak postawione pytanie, przyzna, 
- że majątek po nieboszczce PRL został podzielony równo i sprawiedliwie, znaczy się konieczne było rozparcelowanie tegoż, sprzedaż za bezcen po uprzednim doprowadzeniu do stanu upadłości, że majątek ten trafił ten we właściwe ręce, znaczy się dostał go ten, co najsumienniej pracował, a ten co się wałkonił na bruk i po zupkę do Kuronia;
- że III RP jest państwem prawa, w którym nie wyrzucano z pracy nie za lenistwo lecz z powodu racji stanu, która nakazywała zniszczyć polską gospodarkę, aby na jej gruzach mogło powstać nowe pod rządami obcych lub wybranych przez nowe władze (gdzież się podziewały sądy?),
- że nie sprzedawano kamienic wraz z ludźmi tak jak sprzedawane bywa zboże na pniu albo inwentarz z oborą (gdzież się podziewały sądy?),
- że przeciętny obywatel (a bywali też nieprzeciętni i przedsiębiorczy) nie musiał całymi latami walczyć o swoje (znowu te sądy)
- że wielkim zaszczytem dla obywatela było zatrudnianie go na umowach śmieciowych, które nie miały wpływu na warunki w jakich w przyszłości dopadnie go świadczenie emerytalne…
Kontynuować?
Może inaczej.
Przeciętny obywatel, acz głupszy, zwykle biedniejszy, starszy, często schorowany i moherowym nazwany obserwował przecież, że ta ukwiecona łąka nie jest tą, po której podążał będzie do wiecznego raju. Widział przecież i odczuwał jak przepastnie zwiększają się dysproporcje pomiędzy zarobkami poszczególnych obywateli. Liczył po swojemu, może nieudolnie, ale jakoś nie dowierzał tej średniej krajowej, która pnie się w górę odwrotnie proporcjonalnie do jego własnych dochodów. Dostrzegał to, że najlepiej mają się u nas lichwiarze, kombinatorzy, ziomale polityków, kumple, rodziny, znajomi i tych znajomych znajomi. Widział to, że te niby konkursy to o kant pośladków potłuc, bo i tak wygrywają w nich swoi. Nawet trójkowy gimnazjalista kiedy dostarczono mu dane odnośnie sum przechwycanych przez państwo na służbę zdrowia i emerytury był w stanie obliczyć, że to, iż na ten przykład emerytalna kasa zaczyna świecić pustkami, to skutek tego, że ponad dwa miliony ludzi przez ładnych parę lat wyniosło się do pracy za granicę i tej zagranicy oddaje emerytalno-socjalny haracz, a tymczasem rządowi marginalizują ten problem i wyskakują jak Filip z konopi z pomysłem o przedłużenie czasu pracy.
Jeszcze inny obywatel przyłapał z kolei pana finansistę Rostkowskiego na tym, że uprawiając radosną księgowość zaczerpnął do lewej kieszeni po aktywa z tak zwanych funduszy emerytalnych, aby umieścić je w kieszeni prawej. A tak na marginesie tego szalbierstwa, tenże obywatel raczył był mnie zapytać, co by to było, gdyby tak dzisiaj PIS-owski minister finansów wykonał Rostkowskiego przedsięwzięcie. I zaraz dodaje, że jest wielce prawdopodobne, że pan Petru powiadomiłby o tym fakcie nie Komisję Wenecką, nie UE, a sam ONZ, albo wręcz domagałby się zwołania Rady Bezpieczeństwa.
Kolejny obywatel trzeciej kategorii wspomniał coś o aferach (Matko Boska, jakież afery, skoro nie masz uczciwszych ludzi na tej planecie nad platformersów) zamiatanych pod dywan. Otóż moher ten utrzymuje, że państwo Tuska i poprzedników toleruje i lichwę, i piramidy finansowe, że państwo na ten proceder umywa ręce, łapiąc zbrodniarzy kradnących batoniki, zamykając oczy na szwindle na wyższych szczeblach
Jeszcze jeden obywatel wspomniał z kolei (także w kontekście afer, no, powiedzmy, aferek) pewnego przystojnego pana, który u pana premiera Tuska robił w branży transportowej. Ów minister przez pomyłkę chlapnął gafę albo atramentu mu nie stało, dość powiedzieć, że zegareczka w rubryce „przychód” nie zaznaczył. Ile to potem nasz biedny miś się wycierpiał. Aż mu z pomocą przyszła mamusia czy teściowa, która wszystkiego sobie odmawiała, suchy chleb z omastą albo i bez pożywała, byle synusiowi za parędziesiąt tysiączków złotych zegareczek kupić.
Albo wspomina inny te podsłuchiwania, te ucieszne rozmówki elity, o tej kupie kamieni, o tych śmiesznych sześciu tysiącach, za które nie warto pracować jak frajer. Tenże niezadowolony moher wielce był zdziwiony nie tym, że z moralnością podsłuchane państwo wspólnego nic nie ma, ale tym, że głównym winowajcą w tej aferowej sprawie był ten, który ważył się rozmówki szlachetnych polityków-biznesmenów podsłuchać.
Mógłbym tak jeszcze… czasu mało.
Tak, państwo KOD-owcy, Nowocześni, Schetynowcy - gdyby Platforma Obywatelska raczyła rządzić wedle prawa i sprawiedliwie, bacząc na dobro wszystkich obywateli, PIS nie miałby dzisiaj racji bytu. Eksperymentalna hodowla zwolenników Jarosława Kaczyńskiego Platformie się udała, oj udała.
To wy odpowiadacie za PIS, za jego dzisiejsze rozróby i skończcie z tą histerią o niedemokratycznych rządach PIS-u. To dzięki wam PIS wygrał wybory i jeśli rzeczywiście opowiadacie się za demokracją, to wolę ludu winniście szanować. 
I jeszcze na koniec kładę wisienkę na torcie… wiem, bardzo ryzykuję.
Otóż mam pewne powody przypuszczać, że ta wierchuszka KOD-u, PO i Nowoczesnej opłacana jest… przez PIS… bo jak inaczej wytłumaczyć istnienie tak wyżętej z intelektualiów opozycji? Ja wiem, że zapodaję teraz kolejną spiskującą teorię, ale proszę mi uwierzyć, że na to to wszystko wygląda. 
Czy przy władzach umysłowych jest pan Kijowski, który kreując się na lidera społecznego ruchu nie radzi sobie z płaceniem alimentów - biedny miś, informatyk, pieniążków nie ma wcale, bo on wcześniej to kosteczki pamięci dokładał do komputerków, a nakupował ich, oho, albo i więcej, tyle że z tymi czterema dziureczkami, a że teraz komputerki są nowsze to potrzebują pamięci z pięcioma otworkami, więc jakże tu dopasować… i misio klepie biedę i nijak go nie stać na pieniążki dla dzieci, a te cholery nic tylko dawaj i dawaj, więc nasz misiaczek pomyślał sobie utworzyć KODaka i zaoferował się ze skrzyneczek obywateli wykasowywać spamy… może choć na fryzjera coś mu kapnie.
Albo nasz wiarygodny pan Petru - portugalski opozycjonista, zmieniający zdanie dalibóg częściej niż kobieta, erotyczny podróżnik, gość w sam raz na lidera opozycji.
Albo pan Schetyna, co to miast odnosić się do zapodanych przez PIS spraw merytorycznie, najpierw wyżyna Tuskowych, a potem szarpie się z podróżnikiem o tę portugalską palmę pierwszeństwa.
Albo pani Mucha i te wszystkie damy obu partii - intelektualna, psia mać, elita.
I wy chcecie wygrać kolejne wybory? Bawcie się tak dalej
Determinizm się odzywa. Przyczyna rodzi skutek.
Ale się naraziłem… wiem… szczerość nie jest w cenie.

[29.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]

28 stycznia 2017

DNO (II)

II
Trzeba wyjść i popatrzeć na świat z perspektywy skopanego psa. Wychodzę więc w pełni dnia. Czternasta. Jasno jeszcze i śnieżnie. Dzień ten dzięki śniegowi zdaje się być jaśniejszy. Wiotkie, drobniutkie jak kasza manna płatki śniegu zasypują oczy, łaskoczą powieki, kiedy moja noga wstępuje na biały, szklisty chodnik przed frontowym wejściem do kamienicy. Sąsiadka z parteru macha do mnie dłońmi na powitanie. Że też zawsze rozpozna mnie po krokach. Słyszę niewyraźnie: "jak pan wróci, bierzemy się za odśnieżanie”. Potwierdzam skinieniem głowy. Wychodzę na miasto. Stąpam powoli po zaśnieżonej zmarzlinie chodnika, idąc w kierunku głównego placu miasta. Mijam przechodniów z torbami w rękach, polujących na mięso, wędliny i świąteczne podarunki. Już czuć święta. W tej części miasta witryny sklepowe rozdygotane ledowymi pulsarami, żarzą się upstrzonymi światełkami choinek, skrzącą się tandetą zabawek, pluszowymi bałwankami, aniołkami i nakrapianymi złotą farbą bombkami. Mają zadanie przyciągać klientów blichtrem pomady, pod którą zalega prostacki, nieociosany plastyk. Idąc powoli, dla bezpieczeństwa przed upadkiem na śliskim zimowym podłożu, zerkam w stronę tych witryn, obserwując wyszukany tłok wewnątrz pomieszczeń handlowych. Drzwi otwierają się i zamykają i przez moment czuję powiew ciepłego powietrza dobywającego się z wnętrza zabudowanych kramów. Na zabawkowe cuda nie spoglądam długo. Przechodzę dalej, omijając kafejki i sklepy z promocyjnymi cenami odkurzaczy i telewizorów. Zaglądam do cukierni, wchodzę po schodkach i otwieram drzwi, lecz nie dostaję się do środka. Patrzę jedynie na półki i szerokie łoża oszklonych chłodni i stwierdziwszy, że słodkości starczy dla mnie, kiedy będę szedł tędy w drodze powrotnej, schodzę powoli na chodnik i znów staję się jednym z przechodniów. Idąc w kierunku centrum, zbaczam wąską uliczką, biegnącą łagodnym zakosem w dół. Wkraczam na targowisko z ponad setką straganów, gdzie handel odbywa się pod zadaszeniem, choć i tutaj wiatr czyni spustoszenie, podwiewając wystawioną przed klientami dla klientów odzież i całe mnóstwo rozmaitości mniej lub bardziej związanych ze świętami. Prawdę mówiąc na targowisku można kupić wszystko i tego dnia interes kwitnie, i trwał będzie do piątej po południu. Przedzierając się przez tłum, spostrzegam znajome twarze wśród sprzedających, jak i tych, którzy za wszelką cenę postanowili z premedytacją własnoręcznie ograbić swoje portfele. Stanowczo za mało mamy czasu na zagajenie rozmowy, ot, wypowiadamy sakramentalne powitania i pożegnania, czasami bezsensownie pytając się „jak tam leci” lub wyrażając ubolewanie nad faktem, że nie widzieliśmy się tak długo. Szybkie życzenia zawsze zdrowych i wesołych świąt kończą rozmowę, po czym uśmiech na ustach znika, a oczy biegną już w stronę kolejnej postaci, jaka wyłania się zza wiszących kożuchów i kurtek, postaci, która przypomina nam kogoś. Słyszę słowne zachęty do kupna właśnie tych towarów i widzę cierpliwość handlowców, którzy godzą się na przymierzanie kolejnych par butów, koszul, kurtek i spodni przez wybrednych klientów. Tu i ówdzie ustawiają się kolejki do psiego i kociego żarcia; gdzie indziej zmarznięte dłonie kupujących przebierają wśród jabłek i cebuli. Powodzeniem cieszą się przymulone karpie i surowy morski śledź. W innym miejscu sprawdza się sprawność światełek na choinkę i harmonijny układ gałązek na żywym drzewku świerka. Gdzieś obok głównego szlaku handlu rozsiadają się dostarczyciele jemioły, siana i wymyślnych stroików. Ktoś przystaje popatrzeć tylko; inny po parominutowych targach odchodzi uszczęśliwiony z zakupem pod pachą.
 Mnie interesowały śledzie i słodycze. Zaopatrzony, wyszedłem z targowiska, niosąc w jednej torbie starannie oddzielone od siebie zakupy i wkroczyłem na ulicę wiodącą bezpośrednio do głównego placu miasta.
Na tym placu, w feerii lampionów, jakimi udekorowano drzewa wokół placu i frontony budynków publicznych, trwały przygotowania do wigilii w mieście przeznaczonej dla najuboższych. Niebawem miała się rozpocząć msza. której intencją było podzielenie się opłatkiem z biednymi. Przed pomnikiem bojownika o niepodległość wystawiono kuchnię polową, serwującą biały barszcz z kiełbasianą wkładką, co miało ukoić ból i zaspokoić na tę chwilę głód potrzebujących. Modlitwa miała natomiast sprawić rychłą poprawę stanu ducha u tych, którzy najbardziej potrzebują poratowania swoich żołądków i ocieplenia mieszkań, tych, którym za długi odłączono ogrzewanie. Modlono się za bezrobotnych, choć było wiadomo, że takie modlitwy to czynność przypominająca zaklinanie węża. Powoli na placu gęstniał tłum. Pod zadaszoną sceną kręcili się już pierwsi oficjele i specjaliści od nagłośnienia. Czekano jeszcze na tych najważniejszych, na burmistrza, przewodniczącego rady i kapłana. Zamiast nich Zanim przybyli rozpętała się prawdziwa śnieżna zamieć, aż przymknięto kotły z zupą. Rychło wystartował telebim z kolędą „Bóg się rodzi”. Śpiewał chór dzieciaków z podstawówki. Potem jeszcze jedna kolęda, i jeszcze jedna, aż wreszcie przed proscenium ukazał się biały nissan, z którego wysiedli oczekiwani goście. Po kilku minutach gospodarz miasta przemówił. A mówił składnie, dziękując mieszkańcom za przybycie, za docenienie tego faktu, że wigilijna msza, która nastąpi za chwilę, poświęcona będzie najbiedniejszym. Burmistrz przemawiał w kożuchu wielbłądzim. Mówiący po burmistrzu Zabierający po nim głos kapłan poinformował, że dzisiejsza taca przeznaczona będzie na paczki dla najuboższych i ma nadzieję, że się zapełni, bo wprawdzie święta tuż, tuż, to jednak czas jeszcze na zakup najpotrzebniejszych darów serca na najbardziej potrzebujących. Tłum gęstniał jak śniegowy opad. 
Poczułem się źle. Na tyle źle, że nie dosłyszałem, co miał do powiedzenia przewodniczący miejskiej rady. Wydawało mi się (było to bezpośrednio przed utrata przytomności), że przewodniczący rady patrzy w moją stronę. 
Ktoś z tłumu mnie wyniósł. Zastrzyk. Kategoryczny brak pozwolenia na odwóz do szpitala - tyle pamiętałem. Po dożylnej iniekcji poczułem się na tyle dobrze, że postanowiłem wrócić do domu Wróciłem o własnych siłach. Jeszcze raz kategorycznie sprzeciwiłem się zabraniu mnie do szpitala, a jak wiadomo, wola pacjenta to rzecz święta. choć pod opieką. Byłem pod opieką i choć trudno w to uwierzyć, ale opiekunką moją opiekunką była sąsiadka z parteru, która umawiała się ze mną na odśnieżanie.
Krząta się teraz przy mnie. Wzdycha. Bada puls i przez cały czas rozmawia ze mną, milczącym, wyciągniętym na łóżku, w szlafroku, którego nie lubię i nie wiem, jak to się stało, że znalazł się na mnie. Taki ze mnie chojrak, a tymczasem powinienem odpocząć – mówi. Ona zna moją sprawę, bo cała kamienica o tym gada. - To pewnie z tamtego powodu i z przemęczenia zemdlałem - mówi. Żebym sobie wybił z głowy raz na zawsze sprzątanie klatki schodowej. A z tym odśnieżaniem to ona przeprasza. Ładnie by wyglądała, gdybym, na ten przykład, wyłożył się podczas robienia łopatą. I niech się nie martwię, bo ona jest już gotowa do świąt i może ze mną zostać tak długo, ile trzeba. Takie omdlenie w moim wieku to niepokojący sygnał, ona wie o tym doskonale. Teraz mam odpoczywać i żadnej kawy. Wie, że piję zbyt dużo kawy. Niech się nie pytam, skąd wie. Ale ja nie zamierzałem nawet pytać, bo jej monolog, pomimo tego, że puszczany mimo uszu, uniemożliwia mi zabranie głosu. Puls mam dobry i na twarz powróciły mi „kolory”. Jest więc lepiej, ale ona zostanie tak długo, aż przyjdzie Nina. Skąd ona wie o Ninie? Pewnie musiałem coś powiedzieć. Jak umiejscowić pod względem medycznym tę nagłą utratę pamięci? - zastanawiam się. - Czy to nie dziwne, że niemal w tym samym czasie, w tym samym dniu stałem się przedmiotem opieki dwu kobiet?
-  Ale ładny nieporządek pan ma – słyszę wyraźnie jej głos, który nie jest wyrzutem, lecz raczej politowaniem.
Przez cały ten czas sprząta mieszkanie - kuchnię, pokój i sypialnię. Do gabinetu nawet nie zagląda, tak jakby brała pod uwagę to, że gabinet jest dla mnie miejscem bardziej intymnym niż sypialnia. Słyszę puszczaną wodę w kuchni i typowe dźwięki towarzyszące myciu naczyń. Szybko wraca do mnie. Lepiej? Jak się czuję? Ale mam mówić prawdę. Coraz lepiej się czuję, lecz walczę z sennością. Mówię jej o tym. Pytam o godzinę. Dopiero piąta. Szybko analizuję, że Nina nie pojawi się wcześniej, niż o ósmej. Do tego czasu, ho, ho, będę zdrów jak ryba. Oddycham spokojnie, z kocem podciągniętym pod samą szyję. Moja głowa spoczywająca na poduszce jest w najlepszej pozycji do odpoczynku, nie odczuwam bólu kręgów szyjnych i pewnie z tego powodu, zrelaksowany, być może będący jeszcze pod wpływem zastrzyku, łagodnie odchodzę w sen. Nie zdołałem jednak uchwycić tego momentu przejścia. Czuję jedynie, jak moje ciało staje się lekkie i bezwładne. Śnię.

- Niestety wskutek koniecznych działań oszczędnościowych, urząd postanowił o zawieszeniu dotacji do prowadzonego przez pana projektu na czas nieokreślony. Pan rozumie, że podmiotów ubiegających się finansowe wsparcie jest zawsze więcej, aniżeli środków, jakie mamy do dyspozycji. Trzeba było wybierać i to, co niezmiernie istotne, pomiędzy samymi dobrze zapowiadającymi się projektami. Na pocieszenie powiem panu, że pański projekt nie jest jedyny, który przepadł… tym razem przepadł. Czy do końca? Na te chwilę trudno powiedzieć, a o ewentualnych zmianach decyzji, zostanie pan poinformowany.
Patrzyłem uważnie na te trzy sylwetki siedzące naprzeciwko mnie, na podwyższeniu, za biurkiem. Środkowa, należąca do kobiety, referującej decyzję rady, skupiona była wzrokiem na czytanym tekście. Tembr jej głosu nie zdradzał jakichkolwiek uczuć. Sąsiednie sylwetki, należące tym razem do mężczyzn nie wyrażały niczego innego poza zniecierpliwieniem. Kiedy kobieta skończyła czytać, głowy mężczyzn uniosły się, a ich wzrok z dawał się potwierdzać konieczną decyzję, jaka zapadła w mojej sprawie. Byłem przekonany, że tym wzrokiem starano się wybadać mój stosunek do przedstawionych mi na piśmie i odczytanych racji. Siedziałem w milczeniu, nie chcąc ustosunkować się do decyzji, jaką usłyszałem i na propozycję zabrania głosu odpowiedziałem kręcąc odmownie głową.
- W takim razie dziękujemy panu – przemówiła referująca – i zapewniamy, że o każdej zmianie stanu rzeczy zostanie pan pisemnie poinformowany - powtórzyła.
Pożegnawszy tych trojga podając im swoją ciepłą dłoń, wyszedłem z gabinetu.

- Wie pan doskonale, że nasze wydawnictwo działa korzystając z pomocy finansowej darczyńców z fundacji i naszych przemysłowych sponsorów. W obecnej sytuacji nie zdołaliśmy pozyskać dodatkowych środków na tę publikację, choć mieliśmy względem niej zaawansowane plany. Jest nam przykro z tego powodu, tym bardziej, że rekomendacje, jaki pan uzyskał, wróżyły sukces pana książce, a w dodatku ubolewamy nad tym, że musimy przekazać odpowiedź odmowną literatowi, który, bądź co bądź, wywodzi się z naszego, miejskiego środowiska. W obecnej sytuacji, nie znajdując wystarczającego wsparcia ze strony naszych przyjaciół, zmuszeni jesteśmy wstrzymać pańską publikację, aż do chwili, kiedy uzyskamy środki, przynajmniej takie, które zabezpieczą koszty wydruku.

- Mariusz Mikuć – 42 głosy; Adam Karski – głosów 27; głosów nieważnych oddano 14.
Oklaski. Mikuć wstaje, obraca się na pięcie, kłania się tym z tyłu, zerka na mnie i przeciska się pomiędzy wstającymi a oparciami krzeseł w rzędzie poprzedzającym ten, w którym obaj zasiedliśmy.
- Tym samym, prezesem regionalnego stowarzyszenia kulturalnego został pan Mariusz Mikuć.
Oklaski potężnieją. Mikuć podchodzi do mnie. Wymieniamy uściski dłoni. Wypowiadam szeptem kilka słów do zwycięskiego rywala i trzymając go mocno, unoszę jego rękę. Potem wyciągam go na zewnątrz, doprowadzam do przejścia między rzędami. Dalej podąża sam, kierując się do mównicy, wchodzi za nią i wykonuje gest zmuszający stojących do zajęcia miejsca na kinowych fotelach. Siadam i ja, odtwarzając z pamięci zakończenie swojego wystąpienia.
Słucham Mikucia.
Przed nowym zarządem stowarzyszenia stoją teraz niezmiernie trudne zadania polegające na odwróceniu negatywnych tendencji, jakich wyrazem był znaczący spadek autorytetu twórców kultury. Padają głosy, że poprzedni zarząd niedostatecznie zabiegał u władz samorządowych o środki przeznaczane na kulturę. Młodzi artyści, muzycy i pisarze mieli ogromne trudności w dostępie ich prac do odbiorców. Zapewniam Państwa Mariusz Mikuć zapewnia, że strategią nowo wybranego zarządu będzie ściślejsze powiązanie twórczości młodych z mecenatem, za jaki uważa środowiska biznesowe w naszym województwie.” 
W dalszej części artykułu przedstawiono pokrótce swego wystąpienia Mikuć przedstawia w miarę szczegółowy plan powiązania wyżej wymienionych środowisk. Odnajduję w nim własne słowa, które wypowiadałem podczas kampanii przedwyborczej. Mikuć nie zmienił nawet kolejności punktów. Po przeczytaniu artykułu w całości, odłożyłem gazetę, zostawiłem na stoliku banknot za podaną mi kawę i wyszedłem z kafejki.
Wypiłem duszkiem kawę i wyszedłem z sali.

- Proszę mnie zrozumieć. Byłabym przedłużyła z panem umowę, ale mam kłopoty z zapewnieniem pełnego etatu naszym nauczycielom.  Dlatego też z tą maturalną klasą nie może pan mieć w drugim semestrze tym roku dodatkowych zajęć. Ogromnie mi przykro z tego powodu, ale niewiele mogę panu pomóc.
- Proszę się nie martwić. To tylko dwie godziny zajęć i przecież, jak to już mówiłem, traktowałem je jako moje hobby, poważne wprawdzie, lecz jednak coś, czym uzupełniałem swoje zainteresowania, z korzyścią dla obu stron, mam nadzieję.
- O tak, będzie nam brakować pana doświadczenia.

- Ależ się pan rozgadał – poczułem jej dłoń na swoim czole – ma pan w zwyczaju mówić przez sen?
- Pierwsze słyszę – otworzyłem oczy i powoli zmieniłem pozycje na łóżku na siedzącą. – Nie podejrzewałem siebie o to, że mówię rozmowę przez sen. Cóż takiego mówiłem?
- Nie chciałbym pana urazić, ale skoro chce pan wiedzieć, to mówił pan niewyraźnie i do tego bez sensu. Ledwie co dziesiąte słowo zrozumiałam.
- Może to i lepiej, bo nie pamiętam snu.
- Jak się pan czuje?
- Świetnie. Pamiętam, że upadłem. Potem karetka i pani się mną zajęła, czy tak?
- Mniej więcej tak było – uśmiechnęła się do mnie. – Z jednego tylko muszę się panu zwierzyć…
- Proszę mówić śmiało. Jestem, bądź co bądź, pani dłużnikiem.
- Ech, niech pan nie żartuje. No dobrze, to już powiem. Kiedy zobaczyłam pana w oknie, idącego na miasto w tę zamieć, postanowiłam pójść za panem.
- Śledziła mnie pani?
- Można tak powiedzieć. Niech pan się nie pyta, dlaczego. Poszłam za panem i już, ale nie od razu pana znalazłam, bo chyba zboczył pan na targowisko. W końcu domyśliłam się, że znajdzie się pan na placu, tam gdzie odbywać się będzie to widowisko.
- Widowisko? – roześmiałem się.
- Mniejsza o słowa. Miałam szczęście, bo stałam akurat za panem, kiedy osunął się pan na ziemię, znaczy się na śnieg. Niestety, nie zdążyłam zapobiec upadkowi, lecz, na szczęście, nie uderzył pan głową o bruk. Pana głowa zatrzymała się na moich kolanach. Próbowałam pana ocucić, a ktoś ze stojących w pobliżu wezwał pogotowie. Nie czekaliśmy długo, bo karetka znajdowała się już na placu.
- No cóż – westchnąłem – dziękuję pani.
- Nie ma o czym mówić. Teraz proponowałabym, aby się pan umył i ubrał w coś, co nie jest szlafrokiem. Za pół godziny będzie pan miał gościa.
- Wie pani o tym?
- Kiedy chcieli zabrać pana do szpitala, zaprotestował pan, mówiąc, że oczekuje gościa, swoją studentkę Ninę, czy jak jej tam.
- No tak, to wszystko wyjaśnia. Niestety nie przypominam sobie tego faktu.
- Jak snu – skojarzyła poprawnie.
- Jak snu.

[Poprawiony 28.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]

SZCZĘŚCIE (3) POMYŁKA

Na kolejowym dworcu
stacji przesiadek
betonowej skorupie peronu
siedzisz na ławce
z której opada łupież farby
zauważam w twoich dłoniach
nie większych niż zaciśnięta piąstka niemowlęcia
ogromny pachnący bukiet
ten specyficzny pisk kół
żelaznej karety
poprzedza automatyczne otwarcie drzwi
w których pojawia się
wreszcie wychodzi
kieruje się w twoją stronę
wstajesz
wyciągasz tę piąstkę
z naręczem czerwonych róż
przechodzi obok ciebie
pozostawiając to co określasz
jako muśnięcie kosmyka włosów
na twojej skroni
widzę jak z twoich pokłutych dłoni
odpadają starannie przycięte żagle roślin
płatki wirują wirują
a łezki krwi 
przenikają przez paluszki
zaciśnięte w piąstkę niemowlęcia.

[28.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]

SZCZĘŚCIE (2) - TO NIE JEST WIERSZ

Namaluj dla mnie wiersz
twoje słowa są uczesane
oszlifowałeś ostre krawędzie
linijek opowieści
łatwiej mi połknąć taka tabletkę
o kształtach zaokrąglonych
jak brzemienne łono kobiety

rysuj dla mnie w dzień
głaszcz nocą
podawaj wargami
do moich uszu
łaknę słów

dziecinko
ja nie piszę wierszy
ja tylko chwytam się brzytwy
aby nie utonąć.

[27.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]

SZCZĘŚCIE (1) - NA POWIERZCHNI

Nikt mi nie wierzy
że nie trzeba umieć pływać
wystarczy położyć się na plecach
woda uniesie w taki sposób
że ponad jej powierzchnią
będą wystawać nos i usta
czy do szczęścia potrzeba czegoś więcej?

[27.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]

KAWIARENKA (79) NIE DAĆ SIĘ CHOROBIE i CZEKAĆ NA NOWE ŻYCIA

- Albowiem kiedy panuje grypa lub ma się grypopodobne objawy, należy tym bardziej zwracać uwagę na właściwy ubiór, na higienę oraz przeprosić się z naszych babć przepisami w tym względzie; a mianowicie należy jak najwięcej jeść owoców i warzyw, zajrzeć do konfitur i buteleczek z czarnymi porzeczkami, malinami, wzbogacać naszą dietę o czosnek i cytrynę, spożywać ciepłych posiłków jak najwięcej, pić więcej, a kieliszek koniaku przed snem nie zawadzi; lekarstwa w ostateczności, choć prostej reguły, proszę państwa, nie ma, bo w sumie każdy organizm inaczej reaguje na infekcje. Natomiast jeśli nie jesteśmy pewni, jak sobie poradzić ze nadszarpniętym zdrowiem, to o każdej porze dnia i nocy do siebie zapraszam.
Po takim wykładzie, który wprawdzie wielkim odkryciem dla przyjaciół nie był, pani Janeczka Szydełko przemyślała sobie, że w gruncie rzeczy stosuje się do wszystkich zaleceń pana doktora, tym niemniej ośmieliła się zabrać głos ad rem:
- Panie doktorze, a jeszcze do tego radzi się nam, abyśmy unikali przebywania w tłumie, gdzie o zarażenie nietrudno.
- To prawda, pani Janeczko, ale przecież z tego powodu nie zrezygnuje pani z pracy, nauczycielka czy dzieciaki z chodzenia do szkoły, a parafianie z niedzielnej mszy. W tym przypadku zalecana jest higiena, dobre odżywianie, ubiór właściwy - innego wyjścia nie ma - tłumaczył pan doktor Koteńko.
- Pani Janeczka, mój kochany, myślała zapewne o tym naszym niedzielnym przedstawieniu teatralnym, na które i my się wybieramy, a zanosi się na to, że sala będzie pękać w szwach - zauważyła pani Zofia.
- No cóż, chyba że ktoś już jest chorobą złożony, jak żona pana inżyniera, to odradzam. Dla nas pozostałych nie widzę przeszkód… chociaż… - tu pan doktor zamyślił się przez dłuższą chwilę, gdyż nie dalej jak wczoraj i dzisiaj omawiał niniejszą kwestią z zainteresowanymi osobami.
- Panie doktorze - odezwał się z kolei stary pisarz - czy wobec tego mleko, które, jak pan wie, uwielbiam (wymownie spojrzał na swój w połowie już pusty kubek mleka), może mnie nie obronić przed infekcją?
- No, nie wiem, na ból gardła i anginowe bóle moja nieboszczka matka zalecała dodanie do gorącego mleka sporej łyżki smalcu i miodu.
- I można to wypić - zadziwił się i obruszył z niesmakiem stary pisarz.
- Skoro moja matka piła i pomagało jej, to dlaczego nie? 
Widać było, że stary pisarz pomimo tych zapewnień z wielką rezerwą odniósł się do pomysłu skalania swego ulubionego napoju smalcem i zaproponował nieco inne rozwiązanie, i to w momencie, kiedy to do stolika, przy którym siedziało czworo przyjaciół zbliżyła się kelnerka Edyta.
- Droga pani Edytko, zechciałaby nam pani służyć czterema kieliszkami przedniego koniaku? 
A kiedy śliczne dziewczę ze zdziwieniem w krasnych oczętach przyjęło zamówienie (rzadki to i na kominie pisany przypadek, kiedy stary pisarz zamawia alkohol), stary pisarz dopowiedział:
- To dla naszej zdrowotności, pani Edytko.
Czy w takiej sytuacji przyjaciele mogli odmówić staremu pisarzowi?
Dziewczyna kiwając głową, ulotniła się czym prędzej w stronę baru, a kiedy z trunkiem powróciła do stolika, pan doktor Koteńko ponownie zabrał głos:
- Drodzy państwo, żeby tak nawiązać do kwestii zdrowotnych oraz po części do tego rychłego przedstawienia, chciałem wam powiedzieć (ty wiesz, skarbie - zwrócił się do żony - ale i tak posłuchaj), że byłem wczoraj z wizytą u państwa Joanny i Piotra Kosmowskich w Ciżemkach.
- Stało się tam coś, stało? - energicznie zareagowała na słowa pana doktora Janeczka?
- Nic niekorzystnego. Odwiedziłem naszą przyszłą mamę, Joasię. W połowie lutego będzie rozwiązanie, a więc niezależnie od tego, że jest pod świetną opieką naszego pana ginekologa, nie zawadziło sprawdzić, czy przypadkiem nie cierpi z innych, pozamacierzyńskich chorób.
- Niechże pan opowiada, słuchamy - domagała się pani Szydełko.
- Otóż wszystko w należytym porządku. Apetyt jej dopisuje, ciążowe zachcianki miewa, a jakże, Piotr wokół niej skacze, też, chwała Bogu zdrów, bracia tych obojga szczęśliwą parę doglądają. A chciałbym również w tym miejscu dodać to, że te dwie studentki, które już w czerwcu bronić będą licencjacką pracę, właśnie egzaminy z ostatnich przedmiotów zdają i, jak mi się wydaje, akurat przed lub tuż po rozwiązaniu do państwa Kosmowskich na dłużej zjadą, odciążając pana Piotra od wielu zajęć, którym się obecnie poświęca.
- Tak pan mówi, doktorze. Oj coś mi się zdaje, że te panienki naprawdę zaczynają poważnie myśleć o pozostaniu w Ciżemkach przy Kosmowskich - rzekła pani Janeczka.
- To prawda. Ja się wprawdzie sam nie dopytywałem, ale pani Joasia mówiła mi cos o tym, że te panie - Beata i Zuzanna rozpatrują możliwość utworzenia w Ciżemkach… jak by to wyrazić… domu spokojnej starości dla zwierząt, głównie dla koni, choć nie tylko. Mówiono mi, że zamierzają na ten cel pozyskać jakieś unijne środki. 
- To byłoby bardzo piękne - wtrącił stary pisarz - tyle że otworzyć tam? w Ciżemkach? Przecież one u Kosmowskich kątem zamieszkują.
- Myślę, że oni tam w czworo już tę sprawę przedyskutowali i kto wie, czy inicjatywa nie wyszła także z pana Piotra strony.
- A to i możliwe - dodała żona pana mecenasa. - W końcu nie od dzisiaj wiemy o tym, że Piotr i Joanna całe bogactwo świata znajdują w zwierzętach. Ludzkie sprawy schodzą u nich na plan dalszy.
- Tak pani sądzi? Możliwe - wyrzekł stary pisarz.
- Tyle że teraz, znaczy się, kiedy im się już to dzieciątko urodzi, ludzkie sprawy nabiorą również dodatkowej wartości - podsumowała pani Janeczka, po czym cała czwórka wypiła koniaczek za własne zdrowie i w intencji nienarodzonego dziecka pani Joanny.
Przemądry los zechciał z kolei sprawić, aby w trakcie spijania przez przyjaciół zdrowotnego napoju do stolika, przy którym siedzieli, zbliżyła się Maria z widoczna brzemiennością swego łona. Na niezadane ustami pytanie, odpowiedziała bez zażenowania, przeciwnie…
- W marcu, u mnie w marcu.
- Aleście się pięknie zgrały z sobą, ty i Joanna - zauważyła pani Janeczka.
- Także szczęścia chodzą parami - wyraził swoją opinię stary pisarz. - Co będzie?
Maria filuternie zabłysła oczami.
- Nie dowiadywałam się. Nie chciałam się dowiedzieć… bo i tak wiem…. będzie chłopak - odpowiedziała stanowczo.
- Też tak myślę, Marysiu, że będzie chłopak. Ale, ale… tak przy okazji… chciałbym zobaczyć, jak tam się miewa Róża. Przed wyjściem wpadnę do niej na górę.
I tak jak zapowiedział, pan doktor Koteńko zrobił: zajrzał do Różyczki, a znajdując ją w jak najlepszym zdrowiu, zszedł na dół do rozmawiającej z kelnerką Edytą żony, aby się mogli wspólnie udać do domu w ten mroźny, styczniowy wieczór.

[27.01.2017, Saint-Hilare-le-Chatel w Normandii, Francja]