Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

ZE STACHURY

  • I niech sobie będą wszyscy mądrzy ze swoimi rozumami, a ja z moją miłością niech sobie będę głupi.
  • Niech przeklęty będzie zegar, w którym czas nie może być cofniony.
  • Nie można zmartwychwstawać, nie doznawszy najwyższych upokorzeń, czyli w górę nie trzeba być ciśniętym, rzuconym, kopniętym na samo dno, żeby móc ulecieć w górę. Żeby zmartwychwstać.

30 kwietnia 2014

W pociągu śpiewanie

Oprócz czytania... w pociągu, przerywnik śpiewny, ku serc pokrzepieniu






Krucha idea szklanych domów

Powiedzmy, że rzecz dzieje się w przedziale wagonu pociągu osobowego-przyśpieszonego (były takie pociągi), połykającego nieśpiesznie przestrzeń pomiędzy Gdynią a Krakowem. Nie wiem, czy taki pociąg w wersji osobowej jeszcze istnieje i z tej zdawkowej informacji wynika, że ta beznadziejnie nudna historyjka winna dotyczyć przeszłości.
Dzieje się podróż skromna, zwykle nieprzepełniona; w odwrotną stronę, w lecie, bywało odwrotnie, gdy naród nad Zatokę dążył, potem aż na Hel, być może. Jest więc stoliczek w przedziale, mrugajace światło i czerń nocy za oknem. Czasami ktoś się przysiadł. Dla pomyślności nie tylko zakupów ale i podróży samej - zakonnica. Innym razem studentka, pan małomówny, zadumany, rodzinka skromniutka, trzyosobowa z malcem, co całą bożą drogę przesypiał ku ogólnej szczęśliwości pasażerów. Bywało też, że samotność szczęśliwa grzeszyła nudą i sennością i wtedy M. wyjmował z nesesera najprawdziwszego Żeromskiego w miękkiej oprawie. Ukończywszy "Różę" ze "Snem o szpadzie", pochwycił w drogę Judyma i z nim, buntownikiem idei, ludzi leczył, stawy osuszał, do czworaków właził. Przeciskał się zmęczonymi oczami przez młodopolskie krajobrazy kwietnych łąk, kiedy niekiedy wodził wzrokiem po słowach nieco archaicznych, lecz pełnych zapału. 
M. zakochany był w idei służebnej masom nieoświeconym i chociaż wokół w owych czasach nie doświadczał spotkań z biedakami, to zapłodniony słowem wieszcza, inne cele wynajdywał, wieńcząc je szklanymi domami. I dobrze, że w tym przedziale z rozedrganym światłem, przy czytaniu, świadków nie uświadczył. Wolał tak w samotności marzyń na poły nieszczęśliwie rozmyślając nad tym, do jakiego miejsca posunąć się może, aby osobistego szczęścia nie niszcząc, być wiernym idei.
Pociąg zmierzał do celu, turkotał dźwięcznie, repetując momotonnie rytm podróży. I w pewnej chwili M. zasnął, uderzając głową w zimną taflę czarnej szyby...
A kiedy po wielu, wielu latach się obudził, zastał na stoliczku ksiegę zamknioną, a po otworzeniu - nieczytelną. Rozlały się po papierze sympatycznym atramentem pisane słowa, z których nie sposób było sklecić idei w jaką był wierzył. Szklane domy rozpadły się na miliony nikomu niepotrzebnych ziarneczek. 

29 kwietnia 2014

Teczka

Stary pisarz powraca po popołudniowej włóczędze. Park tli się jeszcze po zachodnim pożarze słońca. Mgła zmartwychwstaje z wilgotnych traw. 
- Należy powrócić do pierwszych słów, prostych, a przez prostotę swą doskonałych - myśli stawiając czajniczek na ruszcie gazowej kuchni - co mam zrobić w obliczu tej śmierci?
Zanim nastąpi wrzenie, chwyta telefon, dzwoni.
- Wiesz,  w końcu uświadomiłem sobie, że powinienem kroczyć wytyczoną już drogą. Muszę za nim nieść tę teczkę z cielęcej skóry, na zatrzask. Kojarzysz? To taki stary model teczki, jaki nosili robotnicy, a także, może przede wszystkim, urzędnicy do pracy. Zabierali je wyjeżdżając w delegację. Można tam było włożyć kanapkę i termos z gorącą, mocną herbatą, a powracając, załadować ją jabłkami, ba, czasami zakupioną chałką, no i koniecznie gazetą. Kiedy jedziesz autobusem albo pociągiem, poczytać sobie można, zjeść, wypić. Wracasz i kładziesz ją na swoim miejscu, bo taka teczka musi mieć koniecznie swoje miejsce.
- Ta teczka jest bardzo ważna - mówi po chwili, kiedy nie słyszy już głosu w słuchawce - i jeśli jej dzisiaj nie otworzę, nie otworzę nigdy. Jest w niej człowiek, którego uwikłano w okrutną historię stworzona przez drugiego człowieka. Wiesz, jak trudno jest pisać po przeżyciu tego okrucieństwa? Z jednej strony mamy do czynienia z ideologią śmierci, a później z nowoczesnymi formami niszczenia podstawowych prawd; z drugiej strony jest człowiek, słaby, lecz w tej słabości piękny, który raz w życiu chciałby umrzeć śmiercią naturalną, ze starości. Doszedłem do wniosku, że muszę chronić to prawo i po raz kolejny walczyć z ogłupiającą propagandą, która wymknęła się spod kontroli i podsuwa prostemu człowiekowi fałszywe, atrakcyjne sposoby spędzania wolnego czasu bez uruchamiania mózgu. 
A teraz... nie poparzyć się przy zalewaniu wrzątkiem zwiniętych listków herbaty pochodzącej ze wzgórz prowincji Yunnan.

28 kwietnia 2014

Na ławeczce poeta

Mój Boże, a co on tutaj tak stoi?
o, teraz siada
ławka spłukana poranną rosą
wiatr wysuszył do ostatniej kropli
można się nie martwić o spodnie
laska oparta jak się należy
takie drewniane listwy użyte jako oparcie
masują kręgosłup
widać przecież jak ociera się grzbietem o listewki
podejdę tak niepewnie przypadkiem
zbliżę się jakby na niby
a tu nagle rdzawy płomień swiatła
przedostaje się przez rozchylone ramiona kasztanowca
aż przymyka oczy
słońce głaszcze delikatne policzki
wiatr chłodzi matczyną dłonią
zasypia z tym serdecznym uśmiechem
na twarzy życia.


25 kwietnia 2014

Tadeusz Różewicz żyje

Właściwie to starego pisarza nie ma wcale. Jest Wielki Poeta. Na tym blogu, póki los w kawiarence skrzesanych słów nie każe kończyć, Wielki Poeta zostanie i będzie żywym, nie ożywionym.
Jeśli się moje, pożal się Panie Boże, "pisarstwo", ma w sobie mizerne ziarenko prawdy, jeśli te moje bajania od rzeczy, lecz od serca zarazem, cokolwiek pod mikroskopem świata znaczą, to największym w tej materii podejrzanym o sprawstwo jest Tadeusz Różewicz.
On to mnie wychował swoim prostym a dosadnym słowem. On - przyjaciel ludzkości zwykłej, szarej, pospolicie godnej i uczłowieczonej. Skromny, stroniący od fałszywych pokus życia, a genialny w myśli na papier przelewanej. Mistrz bialego wiersza i kompozycji, pochylający się nad każdym istnieniem ludzkim; przyjaciel ludzi starych, niepozornych, potrafiący wyrwać słowem z ich wnętrza nie tylko poezję ale też miłość do ludzi. Operujący słowem - obrazem tak oczywistym, że aż prawdziwym do bólu.
Wielki Poeta, jak go nazwał Stanisław Grochowiak - "głowa komety a reszta to ogon" do dni swych ostatnich rozmawiał w swoich wierszach i poematach z całym ożywionym i nieożywionym światem, brał się za bary z poezją, całą mocą pragnął odkryć uzasadnienie dla swojego życia, które obdarzyło go mocą słów, silnią poezji. 
Niniejszym kategorycznie zaprzeczam śmierci Wielkiego Poety.
Panie Tadeuszu, jeszcze nie raz porozmawiamy sobie przy lampce czerwonego wina... pozbieram z Panem jagody w lesie... 

W środku życia 

Po końcu świata 
po śmierci 
znalazłem się w środku życia 
stwarzałem siebie 
budowałem życie 
ludzi zwierzęta krajobrazy 

to jest stół mówiłem 
to jest stół 
na stole leży chleb nóż 
nóż służy do krajania chleba 
chlebem karmią się ludzie 

człowieka trzeba kochać 
uczyłem się w nocy i w dzień 
co trzeba kochać 
odpowiadałem człowieka 

to jest okno mówiłem 
to jest okno 
za oknem jest ogród 
w ogrodzie widzę jabłonkę 
jabłonka kwitnie 

kwiaty opadają 
zawiązują się owoce 
dojrzewają 

mój ojciec zrywa jabłko 
ten człowiek który zrywa jabłko 
to mój ojciec 

siedziałem na progu domu 
ta staruszka która 
ciągnie na powrozie kozę 
jest potrzebniejsza 
i cenniejsza 
niż siedem cudów świata 
kto myśli i czuje 
że ona jest niepotrzebna 
ten jest ludobójcą 

to jest człowiek 
to jest drzewo to jest chleb 

ludzie karmią się aby żyć 
powtarzałem sobie 
życie ludzkie jest ważne 
życie ludzkie ma wielką wagą 
wartość życia 
przewyższa wartość wszystkich przedmiotów 
które stworzył człowiek 
człowiek jest wielkim skarbem 
powtarzałem uparcie 

to jest woda mówiłem 
gładziłem ręką fale 
i rozmawiałem z rzeką 
wodo mówiłem 
dobra wodo 
to ja jestem 
człowiek mówił do wody 
mówił do księżyca 
do kwiatów deszczu 
mówił do ziemi 
do ptaków 
do nieba 

milczało niebo 
milczała ziemia 
jeśli usłyszał głos 
który płynął 
z ziemi wody i nieba 
to był głos drugiego człowieka
 Tadeusz Różewicz

24 kwietnia 2014

Gęba każe dać na wstrzymanie

Siedem prawdziwych milionów za wyborczego ruchomego spota wydał nasz miłościwie panujący premijer i aże się nie zająknął piejąc "Hej Jude" po anglijsku, acz z akcentem znad Zatoki Gdańskiej.
Gdybyż Gęba do tych pór wahała się między kowadłem a mlotem na kogóż piękniejszego puścić losa, to onym spotem  założyłaby parol w przekonaniu, że na grasantów ze z Platformy nie zagłosuje. Raz, że Gęba nijakim reklamom nie hołduje; dwa, że wydanie tych milionów siedmiu się Gębie nie podobuje. I ni ma z czego się rechotać, panie premijerze pode gołowąsem, a śpiwać. A nie byłoby to lepij, gdyby tak (o... tera to się zewsząd mądrale zlecą i wykraczą, że Gęba populizmem opita i bredzi) zakupić za tę kasę siedem milionów bułków, równo je rozkroić, chlasnąć margaryną maślaną, ciepnąć na takie podłoże wiotki plasterek szyneczki, zamknąć i najmłodszym ludkom na śniadanie polecić? Toć zaraz by młodzieniaszki ząbki swe w onę pychotkę zanurzyli, a może by i znalazł się jaki niejadek, coby samej Gębie gryza odstąpił?
Teraz to platformiane najmądrzejsze z najmadrzejszych profesorów rzekną, że aże 85 procentów z onych milionów siedmiu to sama Unija podarowała i zakazała pod groźbą sankcyi na żarcie dla zgłodniałych wydawać, ino na promocyję unijnych zakonów.
Ot, mamy i problema. Gęba upiornie niepoprawna retorycznie się zapytuje, czy ta Unija te piniędze to tak, paluszkami pstryknąć, stworzyła jak Ów w Galilejskiej Kanie? Czy może na one 85 procentów to składają się pracujący ludkowie we w Europie? Gęba daje sobie gębę obić, że gdyby tak pracujacym ludkom zadała pytanie, czy zebrana kasa lepij, aby zgłodniałym posłużyła, abo też czy jeszcze lepij by było, aby premijerowa drużyna z niej spota zrychtowała, to obawiam się, że odpowiedź wielce by pijarowca pana premijera rozczarowała.
Gęba sobie myśli a knuje, że jakie tam by nie były te kapitalisty i ci, co dla nich rabotają, to wolałyby one, choć od czasu do czasu, zrzucić się na młodzieniaszków, co do szkoły drugiego śniadania zapominają, a na dobrego filma to oni sobie i tak do kina pójdą, abo do samego pana You Tube.
A jeśli już stało się, jak się stało, a źle i głupio się stało - Gęba snadnie ku puencie zmierza - to we w europejskim sejmie potrzeba właśnie ludków takich, coby wydawanie kasy na pierdoły wstrzymały,
hej

23 kwietnia 2014

Tyle komunikat

W późnych godzinach popołudniowych na trasie 702 znaleziono zwłoki mężczyzny, który, wedle relacji kierowcy, dostał się pod koła ciężarówki, wchodząc po jadący z dużą prędkością pojazd. Mężczyzna zginął na miejscu. Policja poszukuje świadków zdarzenia, aby potwierdzić albo wykluczyć pojawiające się informacje o tym, że bezpośrednią przyczyną wypadku było targnięcie się mężczyzny na własne życie.

22 kwietnia 2014

Deszcz za oknem

Wyobraź sobie, że trzeba było całą podłogę zrywać, a kiedy zerwali, okazało się, że należy poziomy wyrównać, więc remont się przedłuży. Sadzonki nowe kupiłam. Myślisz, że jeszcze iglaczki się przyjmą. Trochę za sucho jest, chociaż padało. A wychodziłeś dzisiaj z domu? W parku musi być pięknie. U nas też. Dzisiaj ludzi było i na ulicach i w kościele. Wychodziłeś więc? Dzisiaj czuję się już lepiej. Pewnie dlatego, że ciśnienie wzrosło. Wczoraj to ledwie wróciłam. A do Rzymu wyjeżdżam w czwartek. Jedną noc prześpimy się gdzieś na północy Włoch. Będę wiedziała gdzie, to zadzwonię. Kupię ci coś tam świętego, aby ci się wiodło. Nie wiem, co jeszcze, ale pamiątkę ci przywiozę, jak zwykle. I oczywiście zdjęć porobię. Myślę, że jutro to sobie wolne w pracy zrobię, bo wciąż mnie łamie, a do tego przecież muszę się do tego wyjazdu przyszykować. I jak tam u ciebie? W porządku? No to dobrze….
Przez ten tydzień, to zarosłem tak, że się w lustrze nie poznaję. Niech jedzie i niech się pomodli za mnie, tego gorszego, co to już nawet nie pamięta, jaka pogoda była w święta. Jak to dobrze, że mnie nie zaprosiła tym razem, bo musiałbym czym wyłgać, jakąś chorobą, gośćmi, którym, nie wiedzieć czemu było po drodze i wstąpili. W święta najlepiej tak przez telefon pogadać, bo zawsze można uprzedzić, że zasięg zanika i trzeba raz dwa kończyć. O czymże ona gadała? O remoncie? Sadzonkach? A mnie to akurat obchodzi. I ten wyjazd… pojedzie, przyjedzie, a u mnie zarost posiwieje… no chyba, że odważyłbym się ogolić, bo powoli przywykam do takiego stanu.
Człowiek to do wielu rzeczy potrafi przywyknąć, tylko dobrze, żeby miał usprawiedliwienie. Ot, na przykład chciałoby się, aby jutro deszcz padał rzęsisty i wiatr gnał chmury po niebie, jak szalone. Wtedy nie ma potrzeby wychodzić.
Ale najgorsza jest ta noc. Chciałoby się ją przespać tak bardzo, aby zahaczyć o kolejną, a może i nie obudzić się wcale, bo po co wstawać, kiedy za oknem szaro, zimno i krople deszczu spływają po szkle.

Taki deszcz to tylko pod iglaczki dobry. 

W stronę piekła

Dzień gasnął, wszystko, co żyje na ziemi,
Ukołysane trudy i niewczasy
W czarniawe nocy topiło wezgłowie;
Jam się uzbrajał jeden iść w zapasy
Z drogą, z rzeczami litości godnymi,
Co pamięć moja bez błędu opowie.
O genijuszu, bądź po mojej chęci!
Ty, co pisałeś, com widział, pamięci!
Tu się pokaże twoje uszlachcenie.
«Poeto!» rzekłem, «wprzód osądź, czy mogę
O własnej sile iść w tak wielką drogę?*

*fragment pieśni II "Boskiej Komedii" Dantego Alighieri

Caravaggio - "Supper at Emmaus" 


21 kwietnia 2014

Gęby świętowanie

Gęba jeno w samej sobie świętowała, bez niczyjej pomocy, bo sama ostała na ten czas. Chwytała się czytadeł jakiś, to znów filmów się naobejrzała i w internecie poczytała, co tam u Franciszka się wyprawia i gdzie indziej na bożym świecie.
A na poczesnych stornicach portali Gębę cięgiem straszyli. Uczone pany gadoją tam, że pan Putin, to zaraz napadnie nie tylko na Ukrainę, ale i na insze kraje, a na nasz to już najbardziej i zbroić się trzeba.
Niby w Genewie pokój ustroili i mieli na kołkach automaty powiesić, coby ludkowie zmartwychwstanie świętowali, a dyć w nocy strzylali. Na internecie pisali, że strzylali. Najsampierw gadali, że prawomocny sektor napadał, potem, że to separatczyki piersze strzelali, bo tak prawomocny sektor powiedział. No i na koniec, jak to u nas, gdzie propagandy nijakiej ni ma, na pasku zostało, że racja po prawomocnej stronie, bo kto by tam wschodnim Ukraińcom wierzył, co za ruskimi stoją, a skoro za ruskimi, to pewnikiem kłamią a oszukują.
A Gęba sobie myśli, że najpewniej sam Putin granicę przeszedł, kałacha chycił i prowokacyję napoczął ubiwając po paru z obu stron. Są takie polityki a redachtory u nas, co potwierdzą, że widzieli, a jak nie widzieli, to petycyję do Amerykanów skrobną, żeby te satelitarną fotografię pożyczyli, a tam pewnikiem dowody się najdą.
Tak że u nas i we święto straszą, zbroją się i każą majdanowcom karabiny dawać, coby ruskich odegnali, bo te z wojskiem swoim w Rosji wedle granic ukraińskich stoją, a przecie wiadomym jest, że po zachodniemu zakonu, ruskim nie wojska mieć na terenie własnym. Wolno jeno amerykańskim po świecie się włóczyć a poniewierać - takie prawo.
A Putina to ciurkiem obśmiewają za gadanie przez telewizję ze swoimi ludkami. Mądre nasze gadają, że wszyćko ustawione a reżyserowane. To tylko u nas w Polszcze inaczej jest. Czy widział kto jakiego pijara, który kazałby naszym politykom się podlizać widowni? A skądże znowu. U nas politykiery samą prawdę gadają i z umowów się wywiązują.
Nie tylko z pana Putina mądre nasze głowy się rechotają, ale też ze z tych ruskich, co to rozumu nie mają i gardłują za swym prezydentem, choć podług naszego zakonu, czynić tego nie powinni, bo to grzech śmiertelny.
Ale najgorzej z tą racyja stanu jest. Dla prostej a krzywej jednako Gęby racyja stanu jest taka, coby robotę ludkowie mieli, pieniędze z niej na żarcie i opłaty; aby się dzieciska uczyły, starzyki wypoczywały, a te w srednim wieku po robocie mogły sobie uśmiechnięte po parku pochodzić, do teatra a kina zajrzeć, i tak dalej. Również Gęba uważa, że w międzynarodowych materiach należałoby jak najlepsze stosunki z sąsiadami posiadać i nie oglądac sie na to, czy na wschodzie Putin, czy kto inszy na kremlowskim fotelu zasiędzie. Zważając na historię naszą i geologiczne położenie, wypadałoby mieć te stosunki nie gorsze od tych jakie posiadają niemce z ruskimi, bo kiedy na koleżeńskich warunkach będziem handlować a ukulturalniać sie, to i po jasną cholerę rakiety a czołgi naprzeciw siebie wystawiać. Otóż i Gęby myślenie, przy czym dodać należy, że ze z każdym narodem tako być powinno.
Aliści u nas politykierów uczą zasię na inną modłę. My tam swojego mamy wroga i będziem go czcić a utrwalać,
hej

20 kwietnia 2014

O tym, co kamień dźwignął

- Siądźże tutaj - powiedział. Kamień pokryty był mchem; na nim koc założony lub dywan, ręcznej roboty, kraśny, miękki, jakby podbity gąbką.
- Tyżesz mi ten kamień odsuwał?
Zamyślił się. Papierosa kurzył, lecz dmuchał przez prawe ramię, żeby dym szedł poza ich obu twarze.
- Ja - odparł krucho - ale z innymi, co tam niedaleko czuwali. A ziąb był taki i księżyc w pełni.
- Chwali ci się, żeś go dźwignął z innymi i po to cię wezwałem - rozpłonił na twarzy uśmiechem i brodę zgarnął.
- A ja właśnie dziwiłem się, czemu mnie wzywasz. Wracam sobie ze spaceru, a tu list z pieczęcią, wiec zrywam ją, otwieram i czytam, i nie wierzę...
- Nie wierzysz? Przecież dźwignąłeś.
- Nie gniewaj się, ale dźwignąłbym, choćby i ciebie tam w lochu nie było, a jakiś inny nieszczęśnik tam siedział. Powiedziałem sobie, że dźwignę, bo może wody trzeba komu. A noc wybrałem jasną, aby ten, co w loch trzyman, wzroku od słońca nie potracił.
- To wierzysz?
- Przecież widzę, więc jak mam nie wierzyć.
Teraz to jemu cała twarz w zmarszczkach serdecznego śmiechu ukazała oblicze nieznane.
- Jak Tomasz, zupełnie jak Tomasz. Nie pal tyle - dodał patrząc na upadłą na kamienne podłoże garstkę popiołu.
- Tyle mi tego zostało, że zapalić mogę. Ty mnie pewnie potępiasz za to, bo to grzech, ja wiem, lecz bez tego grzechu żyć mi gorzej.
- A grzech. Ale nie o tym bym chciał z tobą pogadać... jak ci się widzi ten mój przybytek na górze?
Zamyślił się i tak jakby jeszcze raz rozejrzał po świecie, do oglądania którego był zaproszony.
- Jakoś to wszystko inaczej wygląda, niż myślałem. Wyobrażałem sobie, że to nijakich krajobrazów nie ma prócz nieskończonej bieli, anielskich skrzydeł; że wszędzie urządzone będę jakoweś pokoje, jak w sanatorium, a tu... normalny świat, ludzie, domy... a jednak inaczej. 
- Nie podoba ci się?
- A jakże, podoba, tylko nie myślałem, że tu w górze może być tak bardzo podobnie, a to przecież raj niebieski.
- O nim to tak własnie gadają ci, którzy tu nie bywali, a ci którzy są, to przecież że nie powracają, tylko żyją sobie skromnie i nie narzekają.. Jutro, jak z rana wstaniesz, to cię oprowadzę po tych, co nieskorzy do podróży w druga stronę.
Zamyślił się na takie gadanie.
- A może tyś mię zwabił tym listem i chcesz, aby został przy tobie na zawsze?
- Ech, cudaku - rzekł Pan Bóg i dłonią poklepał go po ramieniu - i ty przesiądziesz się na kolej śmierci. Dzisiaj chciałem cię wziąć do siebie, abyś ze smutkiem się nie wadził tam na dole, bo cosik czuję, żeś postradał dawną pogodę ducha. Widzisz, jakem cię przejrzał. Od tego Panem Bogiem mnie zwią, abym znał takie sprawy. A to, żeś kamień dźwignął, to wiedz, że wtedy pomyślałem sobie o tobie, że pewnie dobrym chłopem jesteś i żal mi ciebie, że sobie nie radzisz.
- A jakbym teraz chciał zostać przy tobie i nie powracać?
- Grzechem jest to twoje myślenie, ale i grzesznych przytulę ... chodź teraz na bułkę z masłem i rzodkiewką... i w niebie pojeść trzeba.

19 kwietnia 2014

Prymitywny byt kulturalnego Filipa

W bardzo kulturalnym programie pana Mellera w efekcie rozmów chodzilo o wykazanie, że potrzeba wolności jest istotniejsza, niż poczucie bezpieczeństwa. W tym kontekście starano się wykazać wyższość obecnego ustroju nad minionym. Pomimo drobnych uwag pisarki i dziennikarki Pauliny Wilk, że w ostatecznym rozrachunku z życiem czynnik bezpieczeństwa i braku obawy przed utratą pracy też jest istotny, słuszny ustrój, zgodnie z planem pozostawił PRL w daleko w tyle.
Pan Filip Łobodziński, dziś redaktor bardzo kulkturalny; wcześniej aktor - Duduś z "Podróży za jeden uśmiech" utrzymywał, że gotów był poświęcić swoj dobrobyt za przemiany wolnościowe, bo pan Łobodziński bardzo ale to bardzo nie lubi ustroju, w którym grywał jako aktor młodzieżowy.
Pan Łobodziński - człowiek renesansu, bo i na instrumantach gra, i spiewa, i tekstu pisuje, to jeszcze iberystykę studiował, co musiało go skłonić do poczytywania sobie literatury hiszpańskiej i południowoamerykańskiej. Jako że właśnie zszedł był z tego świata jeden z najznakomitszych pisarzy przełomu wieków - Gabriel Garcia Marquez, zapytano kulturalnego dziennikarza o jego zdanie, co do autora "Szarańczy". A i owszem, Marqueza czytał, po łebkach, ale go szanuje, natomiast ma mu za złe, że z niejakim Castro się zna, że sympatykiem rewolucjonistów był, co skomentował "pfff".



SŁOWA NA WIELKANOC

Serdeczne życzenia wszystkim 
odwiedzającym ten blog.

NIECH WIELKA NOC MIŁOŚCI W SERCU KAŻDEGO ZAPŁONIE,
TEGO KTO WIERZY, KTO WĄTPI
I TEGO PO PRZECIWLEGŁEJ WIARY STRONIE
ODRZUĆMY GŁAZ NIENAWIŚCI



Stanisław Grochowiak "Pieśń wielkanocna"

W górze stały chmury
W dole lasy czarne
Kiedy szły do grobu
Trzy posępne Marie

A gdy Marie przyszły
Anioł im powiedział
Chrystus Pan zmartwychwstał
Białą chmurą wzleciał

A dokąd Aniele?
Ja nie wiem o Mario
Wzlatując pogasił
Strażnikom latarnie

I poszedł i zginął
Więc chodzi wśród ludzi
A może się schował
Na dnie pustej studni

A może u wilków
A może u saren
Może w gołębniku
W miasteczku Nazaret

Więc poszły trzy Marie
Śpiewały pokornie
Chodziły szukały
Pana nie znalazły

Chrystus Pan szedł drogą
Nie bał się nikogo
Napotkał Piłata
Zaśmiał się wesoło

Napotkał Annasza
Napotkał Kajfasza
Wielkich Panów ziemi
Śmiechem swym przestrasza

Chodziły trzy Marie
Śpiewały pokornie
Chodziły szukały
Pana nie znalazły

Bo on raz za świerkiem
A raz w lisiej dziupli
A raz z chmurki zerknie
A raz znów ze studni

Pomóżcie nam ludzie
Pana Boga szukać
Wiązkę przebiśniegów
Wdzięcznym sercem mu dać!

Niech choć cieniem błyśnie
Niech zaśpiewa pięknie
Albo niech przyleci
Zgłodniałym wróbelkiem

Leonardo da Vinci - "Ostatnia Wieczerza"

18 kwietnia 2014

Z punktu widzenia Cicerone

Ciekawe, jak by wyglądał bez zarostu. Tak czy inaczej, pierwsze wrażenie było takie, że stary pisarz ma brata bliźniaka. Ta sama niepewność ruchów, oszczędność w wyrażaniu uczuć, watły uśmiech i wzrok umiejscowiony poza obiektem, na jaki patrzy. Przywitał nas bez nadzwyczajnej egzaltacji, choć uprzejmie. Męski nieporządek wywował wyzwolenie nerwowych ruchów i gestów. Dopiero przyjaźnie, lecz mocno przyłożona na jego ramię dłoń starego pisarza spowodowała uspokojenie. Siedli obok siebie jak dwaj podstarzali pensjonariusze domu opieki społecznej po długim i męczącym spacerze - słowo daję, tak właśnie wyglądali. I kiedy tak patrzyłam na nich, zrozumiałam, o co chodziło staremu pisarzowi, gdy opowiadał mi o swoich książkowych, wymyślonych postaciach. Mówił wtedy, że tak naprawdę autor przez całe swoje życie pisze jedną wielką powieść i tylko pozornie zmienia bohaterów, bo tak naprawdę pisze wciąż o sobie, przywdziewając coraz to nowe maski. Kiedy patrzyłam na Tamtego mężczyznę, cały czas widziałam w nim starego pisarza, który tym razem stał się bezradnym człowiekiem, któremu życie przeciekło przez palce i nie oczekiwał już dalszego ciągu, nie cieszył się nim, lecz jedynie faktem, że udaje mu się wstać z nastaniem kolejnego dnia. Zresztą, nie jestem pewna, czy można tu mówić o satysfakcji z przebudzenia się o poranku. Przerażający był ten smutek w oczach, może nawet nie smutek, lecz zniechęcenie, apatia, poczucie braku wartości, braku potrzeby życia z innymi, pośród nich, dla kogoś.
Stary pisarz nie sprecyzował dokładnie, co takiego się stało z życiem Tamtego, że oto obserwujemy jego kres, a ja nie pytałam i wtedy, podczas spotkania, wcale nie oczekiwałam odpowiedzi. Od starego pisarza przyjęłam zasadę: nie pytać o nic; przyjmować człowieka takim, jakim jest. I przyjmowałam.
Potem zaczęłi wreszcie rozmawiać. Słuchałam, oberwując ruchy warg obu mężczyzn, tak jakbym koniecznie chciała sprawdzić, czy rzeczywiście wypowiadają  słowa, jakie słyszę. 
A jednak byłam nieuważna, bo w pewnym momencie przed oczami pojawił mi się obraz wielorybów przybyłych na nieznaną, oceaniczną plażę, aby na niej dokonać życia - taka nierozwiązana zagadka - zbiorowe samobójstwo. Wysupływałam z pamięci obraz jakiegoś starca z indiańskiego plemienia, który nie chcąc być zawadą dla młodych, udaje się na skaliste wybrzeże i rozstaje z życiem, skacząc z urwiska.
Ten mężczyzna przypomniał mi tamtego indianina, tyle że wybrał drogę powolnej, niezauważalnej śmierci.
Zastanowiłam się nad tym, dlaczego tak trudno przychodzi nam rozpoznanie ludzi umierających najpowolniejszą ze śmierci, śmierci wpisanej we wzrok człowieka. Może dlatego, że często takiemu powolnemu odchodzeniu towarzyszy uśmiech na twarzy? Ludzie nie chcą, aby ktoś zaglądał im do oczu, aby nie wypatrzył zawczasu ostatecznego wyroku. A może nie chcemy lub nie potrafimy tego zauważyć? 
Trochę bałam się tego, że po powrocie do domu, stary pisarz zauroczy się przemijaniem i podobnie jak Tamten zadrwi sobie z życia, wmówi sobie, że jest niepotrzebny.
Kiedy wysiedliśmy przed jego domem, kończąc podróż, w pewnej chwili stary pisarz oswiadczył:
- Moja Cicerone, muszę w końcu pozałatwiać wszystkie swoje sprawy związane z pisaniem, nie sądzisz? 
A kiedy poczułam niespotykaną suchość w gardle, dodał?
- Musisz mi w tym pomóc.
W myślach obiecałam sobie nie pomagać. Spojrzałam mu prosto w oczy. Momentalnie przymknął powieki.

Post scriptum
17 kwietnia w wieku 87 lat zmarł Gabriel García Márquez, kolumbijski powieściopisarz, dziennikarz i działacz społeczny, jeden z najwybitniejszych twórców tzw. realizmu magicznego, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1982) za „powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm łączą się w złożony świat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu”.
--- sto lat samotności bez Márqueza--- ciężko--- odpoczywaj w pokoju---



17 kwietnia 2014

Łapka

- Mieliśmy jechać, a ty się tak paskudnie zachowałeś. Pokaż tę rękę.
Stary pisarz odwinął bandaż.
- Czuje, że maścią posmarowałeś, ale lepiej by było, gdybyś zadzwonił po mnie i prześwietlilibyśmy to, co wycudowałeś.
- Dajże spokój. Mam ją unieruchomioną. Zrośnie się. Przecież widać, że jeśli co, to tylko pęknięcie.
- I nie zamierzasz nic z tym zrobić?
- Byłem na tyle grzeczny, że wziąłem sobie te przeciwbólowe tabletki, jakie kiedyś mi zostawiłaś.
- Dobre i to ale i tak prześwietlić trzeba.
- Wiesz, że i tak się nie zgodzę. No, może po świętach.
- Za późno będzie. Odłożysz tę wizytę i pojedziemy do szpitala.
- W żadnym wypadku.
Spasowała, wiedząc, że i tak go nie przekona. Uszykowała śniadanie z zieloną, tym razem, herbatą. Zjedli w milczeniu.
- Boli cię, co?
- Mniej, moja Cicerone, choć wczoraj nie mogłem pisać. Dzisiaj z kolei muszę jednak cię prosić o to, abyś prowadziła samochód.
- Jedyna mądra rzecz, na jaką cię stać. Ale i tak nie powiedziałeś mi jak do tego doszło? Jeden dzień mnie nie było, a tu spuchnięta łapa.
- Drobnostka. Idą święta, więc chciałem cokolwiek zrobić. Kurze pościerać, okna umyć, no i jakoś tak się osunąłem, na tę samą łapę padłem...
- Nieszczęśniku....
Zauważyła, że był już przygotowany do drogi. Ubrał się nawet starannie w koszulę, którą chyba musiał uprasować, bo kołnierzyk trzymał przyzwoity kant i nawet na plecach nie dostrzegła śladów zgniecenia.
- Cholera, tobie chyba musi zależęć na tym wyjeździe - powiedziała.
- Owszem, zbliżają się przecież święta. On tam sam, jak ten palec.
- Ale moglibyśmy choć o jeden dzień odłożyć. Zobaczymy co na tym zdjęciu wyjdzie. Unieruchomią ci łapkę i będzie na medal.
- Cicerone, nie gadaj tyle. Moja ręka to najmniejszy problem. On tam na mnie czeka. Wiem, że nigdy mi tego nie powie, że czeka, ale czeka. Nikt nie chce być sam w święta, choć nie wiem jak by się zarzekał, że nie potrzebuje nikogo.
- Stary pisarzu, znów puszczasz sentymentalną płytę - uśmiechnęła się - za dobrze cię znam... zrozumiem, że ci zależy na nim.
- My starzy, zapuszczeni przez los, powinniśmy się trzymać razem.
- Coś w tym jest, ale zanim pojedziemy, wymienię ci bandaż i zawinę porządnie tę łapkę.
- A zawiń...


15 kwietnia 2014

Majdańce portki świsnęli

Bida na majdanie aże piszczy i skrzipi – odezwała się Gęba po obaczeniu w internecie jako to kijowskie chłopaki, ze z kandydata na prezydenta Ukrainy, Cariowa, po wcześniejszym pobiciu, portki z onego ściągnęli i dalejże pokazywać majdańskim ludkom, co to sława a chwała bohatyrom krzyczeli. A przecie charitasy u nas w Polszcze działają i we w pakunkach dla majdańców gaciów a szarawarów było ciut ciut i do licha. Ale one swobodne i prawosektorowe to sobie życzą jeno kandydackie galoty, więc nie dziwota, że paska odpięli od Cariowa portów i dalejże łupić, a potem machać nimi, jak jakim sztandarem.
Cariow powracał był w trakcie tej operacji specjalnej ze z programu pod fajnym tytułem „Wolność słowa”. Tamże kandydat na prezydenta miał rzec, że nie będzie się kochał z banderowcami, co ludków Majdańskich do żywego wkurzyło i podnieśli nań prawosektorową łapę. To tylko świadczy o tym – rzecze Gęba – że na Ukrainie wolność słowa funkcjonuje ładnie: możesz się wypowiedzieć we wszystkich materiach snadnie gębą swoją i łacno za onę wypowiedź po mordzie a pysku (do wyboru) dostaniesz.
Prawda, że o tych portkach kandydata na prezydenta, o tym po biciu w pysk w naszych mediach jakoś nieskładnie gadają? Pierony, to Gęba musi się wydzierać o tem. I znów ludkowie rzekną, że Gęba taka uprzedzona wobec sokołów zza Buga, że się czepia jak rzep jeża czy innej gadziny.
Naszym rządowym a parlamentarnym to w graj. Une abo uszu nie czyszczą, abo oczu nie myją. Więcej – rzecze Gęba – one to nawet  
taką demokracyję piąchy i buciora cenią a we wszechświecie chwalą. Bo tam, na majdanowym polu, to ludkowie z barykad co i rusz zachodnich politycznych łebków a redachtorów się pytają:
- My chcemy wiedzieć, czy my są tam, we w wolnym świecie, chwalone czy ganione?

Gęba niniejszym zapewnia bohatyrów: - chwalone żeśta i to jak, tylko te portki oddajcie.

14 kwietnia 2014

Zarząd Azora rekomenduje wszystko mimo

Jeśli ludkowie pamiętają psa Azora, któren aplikacyję ze z własnem siwi na robotę ogłoszeniową wysłał, to Gęba uprzejmie informuje, że piesek ma się dobrze i ze z Gębą w eremie biesiaduje, pode drzwiami celi pilnuje, aby jaki dijabeł nie zawitał, coby później nie trza było egzorcyzmów odprawować.
Dzisiaj z rana pies Azor listonosiciela za nogawkę ułapił i trzymał do czasu, aż ten źwierzęciu liścika we w łapę podał.
A beł ten liścik ode samego zarząda, co to do Azora pisze,, ale posłuchajcie bracia miła.
Witamy!
Pragniemy przypomnieć, iż Twoja kandydatura została pozytywnie
rozpatrzona. Jednakże po upłynięciu 72h nie otrzymaliśmy od Ciebie
odpowiedzi zwrotnej z odpowiedziami. W tym celu zarząd zdecydował
się aby udzielić Ci ostatniej szansy na odesłanie formularzy. Zajmują
one dosłownie kilka minut! Jest to ostatni etap rekrutacji.
Pliki do pobrania:
mirror1 - http://flamefile.com/kandydatura
mirror2 - http://tinyfileshost.com/download/197224/FlZDIwM/1
Na Twoją odpowiedź czekamy 72h, w innym przypadku kandydatura
zostanie odrzucona!
Problema jeno taka się wywinęła, że braciszkowie zakazują pobierać, bo same żarcie psu rzucają, aże go utuczyli jak ta lala. Druga rzecz, że tam we w linkach mirrory dwa się ukazują, a we w eremie lusterka zbytkiem są i basta. Roboty wprawdzie szkoda; gorzej, jak o straconej szansie Azorowi wyperswadować.

13 kwietnia 2014

Śpiewanie księdza się nie podobuje

Gęba, pewnie jako i ludkowie błądzący po internetowej sieci, napotkali na wdzięczne księdza irlandzkiego na ślubie śpiewanie pod poety Leonarda Cohena melodię. W tak zwanym międzyczasie pomiędzy politycznym dawaniem sobie po pysku (wybory tuż tuż) i okołomajdanową paranoją, takiż obrazek zaśpiewany podczas ważnej życiowej uroczystości balsamicznie duszę, jeśli kto takową posiada, uspokaja.
Wydawałoby się, że co jak co, ale księdza wdzięczne a niesfałszowane śpiewanie w kościele w takim momencie młodych a kochających się ludków żywota, nijakiej hańby nie przyniesie. Albowiem ludkowie, założyłbym się o garniec przedniego grogu, że wielu z was, których córki i synowie, gdyby zechcieli łapki i serca swoje połączyć przede Bogiem, to pewnie uradowałoby się, gdyby irlandzki ksiądz tak zaśpiewał składnie.
Wydawałoby się … ale nie w Polszcze.
U nas to najtęższe rozumy w liturgii kształcone mieszczą się w gazecie Gość Niedzielny pode nazwiskiem Kucharczyk Franciszek.
Panu Kucharczykowi cosik tam zgrzytnęło i mu się nie podobuje. Gęba ku śmieszności Kucharczyka pana, cytaty zapoda:
„A tu coś zgrzyta. Bo to jednak występ. Gwiazdorski. Nagle kapłan występuje tylko w swoim imieniu, bo chce coś fajnego zaprezentować.” – i Bogu dzięki, że nie we w imieniu Kucharczyka pana ksiądz występował, bo, myśli Gęba, musiałoby się z tego cosik niefajnego zrodzić.
Kolejne cytaty godają o tem, jako to w owych klapkach na oczach panu Kucharczykowi jest do twarzy
„Jasne, że ślub to sytuacja szczególna i często tam a to skrzypek zagra, a to śpiewaczka operowa zaśpiewa – ale to jednak co innego niż gdy w roli artysty-wykonawcy występuje celebrans.” [Gęba musi sobie zapamiętać celebransa.]
„Z pewnością ksiądz ów miał dobre intencje, a i dobrze mu z oczu patrzy, niemniej ta sława, jaką zyskał dzięki światowej popularności filmiku, przynosi, uważam, więcej szkody niż pożytku. Szkoda polega na spłyceniu Mszy św.” [Gęba se myśli, że większego spłycenia materii dziennikarskiej autorstwa pana Kucharczyka, to ni ma.]
„Jako uczestnik Mszy czułbym pewnie prywatny niesmak i tyle.” – gada pan Kucharczyk Franciszek, przesadnie dający wiarę w to, że mógłby być na uroczystość weselną wpuszczony.
Gęba obaczyła filmik po raz drugi pode kątem odbioru księżego śpiewania przez kościół zapchany ludkami i nijakiego niesmaku nie obaczyła, a wręcz przeciwnie.
Wysupłuje Gęba wniosek taki, że ani ten filmik, ani księdza śpiewanie to materie nie na betonowy łeb redaktora Franciszka Kucharczyka. Ot, chłopisko nie miało co diełać i napisało, co wiedziało, a że nie za wiela wiedziało, to i jako rozumem swym objąć umiało, ujęło, co Gębie wiela uciechy sprawiło.

Hej.


A poniżej redaktorskie arcydzieło celebransa Kucharczyka

12 kwietnia 2014

PAUL GAUGUIN - Schubert piano trio n°2


Zimno,
jak mi zimno. Dajcie mi ten koc. Okryję się. Jeszcze szyja, tył głowy i ramiona. Kulę się jak pies. A teraz chuchać do środka, pod pościel. Skoro tu jeszcze jesteście, rzućcie na mnie to palto. Niczego sobie. Pamięta mojego ojca. Wełna w nim jest. Takie w jodełkę. Resztę możecie wynieść, chłopcy. Sprzedajcie nawet szafę, bo szkoda ją na rozpałkę dawać do pieca. (....)


Zamiast zimna Schubert i ukochany Gauguin


11 kwietnia 2014

Czego się Gęba z cyferków wywiedziała

Gęba wyjątkowo przysiadła sobie do cyferków i do ogródka ministra od bezrobocia, pana Kosiniaka-Kamysza w papuciach miękkich wlazła. Intencją Gęby było obaczyć, jak tam materia ofert dla bezrobotnych się przedstawia w takim mieście, nad Wisłą leżącym, Płocku. A Płock, ludkowie mili, sto i dwadzieścia tysięcy zamieszkańców ma, więc jak na warunki w Polszcze panujące, nie jest miasteczniem maluśkim, chociaż gdzie mu tam do stolicy. Atoli pod uwagę brać i to należy, że rozglądnąwszy się po mapie, cós Gębie się zdawa, że i pomniejszych od Płocka miasteczek kupę.
Co sobie Gęba przemyśliła? Ana zajrzała do portala dla bezrobotnych dla Płocka i okolicy, wzięła kalkulatora i przeliczyła, jak się należy, a teraz publikacyję swoja naukową niniejszym przedstawia.
1)  We w samym Płocku we w miesiącu lutym, bez pracy nieboraków zarejestrowanych było sztuk 9.300.
2) Ofertów pracy za okres miesiąca zakonotowano sztuk 125, co daje jeden, koma od cholery trójek procenta szans na dostanie roboty.
3) Następnie Gęba obaczyła sobie one oferty i pogrupowała je, pod uwagę biorąc kasę jaką można ucapić, kiedy już ten 1,33 procenta ciepniętych na bruk dostanie z pocałowaniem ręki abo innego kolana. Wyszło jej tak:
- 100 ofertów za pokaźny pieniądz 1680 brutto, co stanowić będzie circa 80% od całości
- 8 ofertów za 2500 brutto, co daje procentów 6,4
- 8 ofertów roboty kolejno za 2000, 1800, 1700 i 4000 (po dwie w każdej grupie, jak w mordę strzelił, tyż brutto), co się równa 6,4 %
- 6 ofertów kolejno za 840, 3000, 3500, 5000, 1900 i 2200 (po jednej na łba, brutto) co daje – 4,8 %
-  pozostałe oferty w liczbie 3 warunków doktorskiego laborata nie spełniały. Abo pensyi w nich nie podano, abo też stawkę godzinną wliczono. W tym drugim przypadku nie dalo się obliczyć pensyi z godzinów, albowiem roboty te miały charakter tymczasowy i gdyby ludek się najął, to po pół roku do Kosiniaka-Kamysza by się stawić musiał z tacą.
We wnioskach Gęba bezczelnie pozwoli sobie na podanie średniej pensyi brutto we w gospodarce narodowej za miesiączek luty roku obecnego. Wynosi ona ni mniej, ni więcej jak 3.856,56 pieniędzy z groszami po przecinku. Znakiem tego urzędniki od Kosiniaka-Kamysza dla Płocka i okolic proponuję 2 spośród 125 robotów, które przewyższają onę średnia krajową,  co czyni jeden, koma sześć dziesiątych procenta – czyli nieco mniej niż dla prac naukowych statystyczna oszibka.
Gęba przy okazji chciałaby się wywiedzieć, ile to urzędników pan minister Kosiniak-Kamysz na łańcuchu swym prowadza. Ile to urzędników we w wojewódzkich a powiatowych urzędach bezrobocia pracuje, bo gdyby tak, Panie Boże zachowaj, jakoweś nieszczęście połączone z wyciepaniem na bruk wszystkich co do joty urzędników spotkało, to łacno by w laboracie dochtorskim udowodniono, że szansa na robotę mierzona była nie w procentach, a promilach – co akurat ucieszyłoby drogowych policjantów.
Sumując rozważania, Gęba docenia starania rządu, aby się zbroić i nie oglądać na gospodarcze sankcyje, ino je w żywot wprowadzać. Zaś ministrowi Kosiniakowi-Kamyszowi Gęba proponuje, aby specjalnie dla bezrobotnych wprowadzić wielce trendowy zawód – zombiego-drona, któren się przyda, aby ziemię naszą kochaną ukraińską przede ciemiężcą bronić i jeszcze na wschód odleglejszy, jako miąsko ludzkie w wycieczkach wojennych wykorzystać.