Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

2.

Z głową wtuloną w miękki brezent plecaka, nasłuchuję dźwięku organów; ich przeciągła, wykoślawiona melodia dociera do moich uszu pomimo znacznej odległości kościoła od mojego posłania. Być może strumień brzmienia najlepiej rozchodzi się na wysokości kolan, czyli mniej więcej na poziomie siedliska ławki. Muszę wstać. Poluźniam i naprężam mięśnie ramion, karku i nóg. Krew zdaje się krążyć szybciej w meandrach żył, którymi poszatkowane jest moje ciało. Po raz pierwszy odczuwam ciepło płynące od wewnątrz.
Patrzący z wysoka po tym jak olśnił oczy funkcjonariuszy jadących autem, zajrzał przez kolorowe szkiełka witraży do świątyni, a potem przebiegł prędkim wzrokiem w stronę ławki, na której leżał człowiek, by po chwili zesłać nam kosmyk słonecznego promienia. Zauważył też bezdomnego psa i pomyślał sobie, aby go posłać do leżącego. Niech mokrym pyskiem dotknie jego policzka.
Nie odpędzam psa, który wsuwa głowę pod kurtkę i przytyka nos do moich uszu, liże mój podbródek i długim, szorstkim językiem otwiera mi powieki.
A jednak przyszedłeś, mówię w półśnie, kładąc otwartą dłoń na jego kosmatej głowie i powolutku wstaję, wstaję ociężale, jakbym był okuty w zbroję. Kości mi trzeszczą, opadam siedzeniem na ławkę, wsuwam lewą dłoń do niedomkniętego wnętrza plecaka, wyciągam bułkę, suchą, nadgryzioną uprzedniego wieczoru, odłamuję całkiem spory kawałek. Pies kąsa nieświeże śniadanie i jest być może rozczarowany, że takie suche i bez smaku, lecz z apetytem rozdrabnia podarunek i nasyciwszy się przysiada przede mną, a jego oczy wypatrują mojego uśmiechu. Jem i ja. Sięgam po raz wtóry do plecaka i wygrzebuję stamtąd półlitrową, plastykową butelkę, w której chluszcze wczorajsza woda. Najpierw popijam z niej ja, a później ulewam wąskie strużki płynu na wysunięty z pyska, żarłoczny język psa.
Ten z wysoka tymczasem unosi słońce wyżej i wyżej, i sadza je na niebie, z którego wypędził już chmury. Pies kładzie się przy moich stopach obutych w płócienne kamasze, słyszę jeszcze jakiś spłoszony akord. Kobieta w czerni stawia krok na pierwszym stopniu schodów.

[03.07.2017, Dobrzelin] 

1 komentarz: