Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

01 lipca 2026

HOMER - ILIADA - KSIĘGA 5 (16)

I zbliżywszy się, rzecze: — «Gdzież się więc podziały

I twój łuk, i niechybne, cny Pandarze, strzały?

Gdzie sława od nikogo tu nie zaprzeczona

I w kraju, że nad syna nie masz Likaona?

Wznieś do Zeusa ręce, a na tego męża

Puść ostrą z łuku strzałę, który nas zwycięża.

Ktokolwiek jest, okrutną rzeź w zastępach zrobił,

Tylu wsławionych Troi bohaterów pobił.

Może to i bóg jaki, gniewny o ofiary:

Gniewne bogi ciężkimi zwykły chłostać kary».

«Ajnejaszu! — rzekł Pandar — Ty wojska nadzieja!

Wcale²⁸² ten mąż podobny do syna Tydeja:

Tak z koni, tak z przyłbicy, tak sądzę z puklerza;

Lecz może i bóg postać wziął tego rycerza.

A jeśli jest Diomed, od bogów ma wsparcie,

Bez nich by się nie miotał w boju tak zażarcie.

Pewnie kto z nieśmiertelnych ukryty w obłoku

Zwraca strzały do jego wymierzone boku.

Jużem grot nań wypuścił, kirys²⁸³ na nim przeszył,

Jużem ramię mu zranił, jużem się ucieszył,

Że odwiedzi Hadesa²⁸⁴, lecz nie mogłem zwalić:

Jakiś mi bóg niechętny musiał go ocalić…

Już grot mój Diomeda i Atrydę²⁸⁵ ruszył,

Dobył z nich krwi, lecz tylko bardziej ich rozjuszył.

Złym ja wyrokiem zdjąłem te łuki ze ściany,

Kiedy od szlachetnego Hektora wezwany,

Powolny²⁸⁶ jego chęci, przyszedłem pod Troję.

Lecz jeżeli ojczyznę jeszcze ujrzę moję

I dom luby, i żonę kochaną uprzejmie,

Niechaj mi nieprzyjaciel głowę z karku zdejmie,

Jeśli ich nie dam ogniom, potrzaskanych w sztuki,

Bo widzę, że mi próżnym ciężarem te łuki».

«Przestań! — Ajnejasz rzecze — tak podle e cenić!

Inaczej się los wojny nie może odmienić,

Aż my się z tym zajadłym spotkamy rycerzem.

Siadaj na wóz, obadwa na niego uderzym.

Doświadczysz koni Trosa, jak zręcznie koleją

I nacierać, i bystro uciekać umieją;

Te nas ocalą, jeśli mimo nasze męstwo²⁸⁷

Zeus Diomedesowi zechce dać zwycięstwo.

Ja się bić będę, w twojej bicz i lejce dłoni,

Lub ty walcz, a ja wezmę kierowanie koni».

Na to Ajnejaszowi Pandar odpowiada:

«Niechaj raczej wędzidłem twoja ręka włada:

Pod znaną ręką więcej będzie wóz bezpieczny.

Jeżeliby nas przemógł²⁸⁸ Diomed waleczny,

Zbiegłszy się i nie czując swego pana głosu,

Nie mogłyby nas wyrwać od zgubnego ciosu;

Nieprzyjaciel zaś, nieład obaczywszy taki,

I nas by samych zabił, i zabrał rumaki.

-------------------------------------------------------------------

Padł, a oręż i świetna zbroj na nim szczękły;

Tym jękiem się ogniste rumaki przelękły

I skacząc, w tył się nagłym usunęły zwrotem,

A on z lubym na zawsze rozstał się żywotem.

By Grecy nie porwali trupa do obozu,

Z długą dzidą Ajnejasz wyskakuje z wozu,

Jak lew, w moc zaufany, staje nad rycerzem.

Obchodzi go i wielkim zasłania puklerzem;

A ktokolwiek się zbliża dla wzięcia zdobyczy,

Temu zagraża śmiercią i straszliwie krzyczy.

Jednak mężny Diomed placu nie odbieżał,

Chwycił ogromny kamień, co na ziemi leżał

(Który dzisiaj dwóch ludzi, choć z największą mocą,

Niżeli z miejsca ruszą, dobrze się zapocą,

Lecz Diomed podźwignął z małym bardzo trudem,

Uderzył w miejsce między biodrami i udem.

Łamie kość, rwie głaz żyły i skórę rozdziera:

On pada na kolana, ręką się podpiera,

A cień mu czarny zaraz się w oczach rozwinął.

Już by był Ajnejasza zły wyrok nie minął,

Już by się jego dusza była nie wybiegła,

Gdyby w niebezpieczeństwie syna nie postrzegła

Kiprys, co go powiła ojcu, gdy pasł woły.

Ta go pieszczoną dłonią uchwyciwszy wpoły

I śnieżnymi dokoła okrywszy zasłony,

Aby od kogo z Greków nie został raniony

I duszy nie wyzionął, unosiła z pola.

Stenelowi pamiętna Diomeda wola;

Więc daleko od wrzawy Aresa, na stronie,

Swoje lejcem do wozu przywiązuje konie,

A Ajnejasza z grzywą przepyszną rumaki

Czym prędzej między greckie prowadzi orszaki.

Miłego Deipila tą pracą obciążył,

Ażeby z nimi z pola do okrętów dążył;

W nim sobie mężny Stenel najwięcej podoba,

W jednym są wieku, jedne mają myśli oba.

To zrobiwszy, lejc bierze, na wóz pyszny wsiada

I wkrótce przyjaciela swojego dopada.

Tydeid spiżem lśniącą uzbrojony dzidą,

Widząc, że mdła²⁹⁵ bogini, ścigał za Kiprydą…

Wreszcie ją długim goniąc śmiały rycerz biegiem,

Dopędził między Trojan walecznych szeregiem.

Natychmiast oszczep rzucił i dosięgnął ręki,

Przebił boską zasłonę, którą tkały Wdzięki,

I zdarł jej trochę skóry żeleźcem pociska:

Zaraz z niej krew, a raczej sok czysty wytryska.

Inny jest pokarm ludzi, inny władców nieba,

Nie znają oni wina, sił nie ciągną z chleba,

Więc krwi nie mając, żywot nieśmiertelny wiodą.

Raniona Kiprys, z bogiń najpierwsza urodą,

Krzyczy i rzuca syna. Apollo go bierze,

I by mu życia greccy nie wzięli rycerze,

Nieprzejrzanym dokoła cieniem go oblecze.

Do Kiprydy zaś Tydejd groźnym tonem rzecze:

«Idź stąd, córo Zeusa, nie tu twe zalety:

------------------------------------------------------------------

²⁹⁵mdły (daw.) — słaby. [przypis edytorski]



[01.07.2026, Toruń] 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz