Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

29 czerwca 2026

PROZĘ CZYTAM - EDWARD STACHURA - KONIEC MIESIĄCA MARZEC

 

I DZIELĘ SIĘ - KONIEC MIESIĄCA MARZEC


Śpię w ogrodzie. W budzie, gdzie syn gospodarza albo jakiś stary wynajęty pilnuje latem czereśni, a jesienią orzechów przed złodziejaszkami i przed takim jak ja. Ale teraz jest koniec marca i nie ma o tym mowy. W ogóle nie ma nawet żadnej mowy o najmniejszym kawałku zielonego czegoś, pączku jakimś na drzewkach, czy żeby się kora zaczynała lekko zielenić, a co dopiero mówić tam o czereśniach. O orzechach to nawet jeszcze marzyć nie warto w tej chwili. To byłby bardzo stracony czas. Jest koniec marca, mówię, a nie wygląda wcale, żeby to był koniec miesiąca marzec. Wygląda, jakby to był sam środek miesiąca styczeń albo miesiąca luty. Wygląda, jakby to było drugie rozkwitanie tamtych miesięcy. Od tygodnia już przeszło mróz trzyma ostry, wiatry wieją przeklęte północno-wschodnie, coś jak wilk mi dzisiaj mignęło w lesie, w tych stronach równinnych to jest niepodobne. Tak, nie wygląda wcale, że po miesiącu marzec ma być miesiąc kwiecień za parę dni. Nie wygląda zupełnie, żeby się miało zaczynać budzić nowe. To był chyba lis. Po nocach nic nie słyszę takiego. Były dwa ładne dni: słońce grzało już dosyć i tak było jaśniejąco, każdy najmniejszy robaczek myślał już sobie chyba, że to się zaczęło, że teraz będzie coraz weselej z dnia na dzień, coraz cieplej, coraz, coraz. Sprawdzałem dzisiaj wnyki w lesie. Znowu nic się nie złapało, a tu już mi się zaczyna robić niedobrze w głowie z głodu. Drugi dzień nic nie jem. Drugi dzień nic nie jem i nie wygląda wcale na to, żebym miał coś dzisiaj przekąsić cokolwiek. Nie wygląda na to. Czereśnie, orzechy — to są rzeczy niesamowite. Lepiej się było wcale nie ruszać z budy, widzę teraz, tylko leżeć spokojnie i robić jak najmniej ruchów. Bo one na pewno denerwują jakoś apetyt. Więc lepiej było leżeć spokojnie. Jeszcze ziemia była dosyć ciepła od wczorajszego ognia, co go rozpaliłem pod wieczór w samej budzie właśnie, w środku, żeby się ziemia nagrzała na noc na spanie. Paliło się z pół godziny, nie za mocno, pilnowałem, żeby nie za mocno, żeby się nie zapaliła buda moja od ognia. Dymiło z początku straszliwie, na dwór musiałem co chwila wychodzić, a potem już w środku siedziałem, jak przestało kopcić. Żarzyło się jeszcze spory czas, bardzo dobrze, potem rozdeptywałem wszystko nogami równo po całej budzie. Potem rozłożyłem na to kapotę i sam też się rozłożyłem. I leżałem spokojnie, bo to już był cały boży dzień, jak nie jadłem, więc nie chciałem wychodzić i robić niepotrzebne ruchy, choć była noc, jasna i gwiaździsta, widziałem jak zapadała, śnieg lśni w takie noce niezmiernie wspaniale i chrzęści pod butami, błyszczy pod księżycem i cisza jest, dostojność niewymowna wprost, że to są noce zupełnie nie dla ludzi stworzone. Absolutnie nie. Ale nie wywlokłem się z budy, chociaż wiedziałem, że tak właśnie jest na dworze, jak napisałem, albo i jeszcze ładniej nawet. Byłem głodny i tu się usprawiedliwiam. Nie chciałem chodzeniem denerwować głodu. Jakbym nie był głodny, to już by mnie taka noc dwadzieścia pięć razy wyciągnęła i zaniosła na horyzont. Ale ponieważ byłem głodny, to leżałem spokojnie i myślałem o wielu różnych, różnych fantastycznych rzeczach, bo ja mam zdolność myślenia straszliwą. Nie mówię przez to, że moje myśli są straszliwie mądre i piękne wszystkie, takie jak te siedem cudów świata na przykład albo jak perły na dnie morza. Nie. Są takie i takie. Różne. Ach, jakie smutne mam nieraz myśli w głowie, Jezus mój. Dlatego właśnie powiedziałem przedtem, że mam zdolność myślenia straszliwą. Dlatego tak właśnie nazwałem przedtem tę moją zdolność: że ona jest straszliwa. Ach, jakie smutne ja miałem wczoraj myśli, jak tak leżałem w ciemnościach z otwartymi oczami. Ja nie mówię tego, żeby się skarżyć. To nie są absolutnie słowa uskarżające. Ja jestem od tego bardzo daleki. A te myśli były od tego jeszcze dużo dalej. Te moje wczorajsze myśli to nie były myśli, co by się do kogoś albo do czegoś odnosiły, do jakiegoś żywego czy do jakiegoś martwego człowieka, czy do jakiejś rzeczy. To były myśli na wolnym powietrzu i one do niczego się nie odnosiły. To były myśli straszliwie smutne, mogę powiedzieć, takie smutne, mogę powiedzieć, że się w tym czasie przestaje istnieć zupełnie, że się przestaje żyć. To jest takie, że to już nie jest nawet smutne w dalszym ciągu. To jest na pewno straszliwie smutne z początku, ale potem to już przechodzi w zastyganie zupełne, w zatrzymanie się życia i czasu, na czystym, na wolnym powietrzu jest człowiek rozciągnięty. Na samej przestrzeni. Nic innego nie ma, tylko jest ta przestrzeń jedynie i to ona jest straszliwa. O, tak, tak. Nigdy nie byłem tak blisko tego wytłumaczenia, tego spróbowania wytłumaczenia stanów tych moich, które mnie nieraz napadają i tak rozciągają, rozwieszają na przestrzeni. Tyle o tym mówię i tak przejmująco cały czas, bo to mnie właśnie tak przejmuje zawsze do głębi, jak to sobie przypomnę, wszystko na bok odstawiam i tylko na tym próbuję skupić całą moją logikę, nad tym jej się każę zastanowić: jak by to można było wytłumaczyć coś takiego. W tej chwili nawet, kiedy taki głodny leżę w budzie, zmęczony jestem, przez całe rano sprawdzałem wnyki w lesie, nic się nie złapało, co zrobić, w tej chwili nawet, kiedy taki głodny leżę, południe już minęło, półtora dnia nie miałem nic w zębach, to myślę o tym, bo mi się przypomniało, jak mnie wczoraj napadło to zjawisko. Mogę jeszcze trochę powiedzieć, że to zjawisko mnie nieraz spotyka przy średnim słońcu, kiedy już, już, ma wyjść słońce zza chmury, ale jeszcze nie wyszło, i jest takie światło wtedy niezmierne wyraźne i wszystko jest takie bardzo wyraźne dookoła, ogólny widok i szczegóły, że się przestaje wierzyć w to wszystko, przestaje się to widzieć, no i zaczyna się ta moja dziwna dola. Ale starczy już na dzisiaj. […]



[29.06.2026, Toruń]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz