Nie działo się to dziś w kawiarni, ale w zamkniętej salce znanej restauracji. Ponieważ Profesor Tutka wybierał się w podróż, przyjaciele postanowili pożegnać go bankietem. W pewnej chwili wstał sędzia. Przemówił:
— Drogi Profesorze! Jako najstarszy w tym gronie pozwalam sobie powiedzieć słów parę. Odjeżdżasz od nas i jutro nie zobaczymy się przy stoliku naszej kawiarni. Słuchając ciebie, sprzeczałem się niekiedy, oponowałem. Należę do ludzi, którzy lubią zawsze iść drogą prostą i lubią rzeczy zawsze jasne, zrozumiałe. Znane jest powiedzenie o filozofach, iż jakoby o rzeczach prostych i zwyczajnych mówili oni w sposób zawikłany. O panu. Profesorze, nie można tego powiedzieć: wszystko, co podajesz, to jasne i proste. Można wyczuć nawet wyraźną tendencję do prostoty. W opowiadaniu o wykładzie w wyższej szkole handlowej dostrzegliśmy skłonności popularyzatora. Ale ja osobiście odczuwałem niekiedy pewne zasadzki, zboczenia z prostej drogi, niespodzianki. To mnie czasem, przyznam się, irytowało. Ale zwykle po namyśle przestawałem się gniewać. Jak wspomniałem, staram się iść zawsze prostą drogą. Gdy raz tak szedłem do sądu, przekonany, że dojdę, kawałek gzymsu spadł mi na głowę. Musiałem zboczyć do ambulatorium. Tam w sądzie trzymam się zawsze litery prawa, paragrafów. Ale chociaż jestem przybrany w togę i wyraz twarzy mam poważny, litery te płatały mi złośliwe figle, a paragraf potrafił się zamienić w znak zapytania. W opowiadaniach swoich brałeś, zdaje się, pod uwagę te figle, te niespodzianki, czyhające na człowieka zbyt pewnego siebie. Umiałeś nas pocieszyć: gdyby ktoś powiedział, że złamał nogę, znalazłbyś opowiadanie o człowieku, co złamał dwie nogi, ale z tego powodu nic się we wszechświecie nie zmieniło i, jak przedtem, po dniu przyjdzie noc, po piątku sobota.
Drogi Profesorze, żegnamy cię, myśląc, że znów po odbytej podróży ujrzymy cię w naszym gronie. Żegnamy z żalem, z radością powitamy.
Wstał Profesor Tutka.
— Drodzy przyjaciele! Nie wiem, jak długo trwać będzie nasze rozstanie. Wybieram się daleko, a podróż daleka ma w sobie zawsze coś niewiadomego. Jeżeli wrócę, jeszcze wam opowiem, com widział i czegom się nauczył. Jeżeli nie wrócę... no... to nie opowiem.
W tej mojej podróży chcę poznać rzeczy nowe i odwiedzić stare. Wstąpię więc do miasta, w którym mieszkałem jako młody chłopiec. W mieście tym odnajdę dużą kamienicę, ciemną, nieładną, jeden z domów dochodowych wybudowanych w dziewiętnastym stuleciu. Jako młodzieniec byłem administratorem tego domu. Właściciel, który tam nie mieszkał, dał mi pokoik, wyznaczył małą pensyjkę, polecił prowadzić odpowiednie księgi i w ogóle zajmować się kamienicą.
Będąc administratorem, mogłem poznać wszystkich mieszkańców domu, znać wnętrza ich mieszkań. Nieraz wzywany byłem, abym się przekonał, że piec dymi, tynk od sufitu odpada lub łazienka jest nie do użycia. Załatwiałem te sprawy grzecznie, przyznawałem rację, obiecywałem, że braki zostaną usunięte. Więc często twarze, początkowo groźne, rozchmurzały się i zostawałem nawet zapraszany na herbatę.
O trojgu ludziach z wielkiego domu chcę wam opowiedzieć dzisiaj. Byli to ludzie, których ich bliźni określają najczęściej mianem — dziwaków. Krzywdy nikomu nigdy nie zrobili, a dostarczali innym wiele przyjemności: patrząc na nich, człowiek miał poczucie, że jest mądrzejszy; miał temat do rozmowy i mógł się z nich pośmiać. Zaprzyjaźniłem się z tym trojgiem mieszkańców wielkiego domu, pokochałem nawet i chcę ich po latach jeszcze raz odwiedzić. Na parterze od podwórza, przy małej cieplarence, którą sobie dobudował, mieszka ogrodnik, amator, co hoduje rododendrony. Nie azalie, nie amarylisy, ale rododendrony. Nie pytałem nigdy, dlaczego te kwiaty, a nie inne. Ta moja dyskrecja i uznanie dla jego pracy sprawiły, że mogłem być mile widzianym gościem w jego pracowni. Jednego dnia, pamiętam, wybuchła w mieście strzelanina, palił się w pobliżu arsenał, a gdy parę zbłąkanych kuł rozbiło cieplarnię, człowiek ten wołał: «moje rododendrony, moje rododendrony!» Wspominam o tym nie dlatego, aby go chwalić czy ganić, zainteresowała mnie sprawa inna: oto człowiek ten miał Pisma wszystkie poety, który mówił — «nie czas róż płakać, kiedy płoną lasy». I ogrodnik musiał znać te słowa, bo znają je nawet ci, co Pism wszystkich nie czytali. Pod wpływem rzeczy widzianych napisałem wówczas coś w rodzaju aforyzmu: «I głupcy są na świecie potrzebni, bo podniecają mądrych, aby pouczali». Dodam, że osobiście nie straciłem sympatii do człowieka, który, nie słuchając wieszcza, w tak niewłaściwej chwili «rododendronów płakał». Pójdę później po schodach, gdzie jest narożne mieszkanie. Będę miał z sobą najpiękniejszą różę, jaką można znaleźć wśród pięknych róż w tym mieście. Podam ją pani, która mnie na pewno pozna i powita. Ma już dzisiaj siwe włosy, a twarz zawsze piękną. Kobietę tę kochałem i kocham dzisiaj, wiedząc, że nigdy ona mnie kochać nie będzie. Związana jest bowiem ze swym narzeczonym. Jej narzeczony niegdyś, przed laty, wyjechał na morze i nie wrócił. Mijały lata — nie wracał. Mówiono do niej: «Trudno... nie wróci... Jesteś piękna, niezwykle piękna, niejeden uklęknie przed twoją urodą». Ale zapatrzona, jak by nie widząc domów, tylko morza dalekie, wciąż czeka. Mijały lata, romantyzm wyśmiano, mijały lata — ona, spokojna, łagodna i piękna, czeka na dzień, kiedy się znów z ukochanym połączy. Żem nie śmiał się z tej niedorzeczności, żem jej nie mówił, aby nie czekała, a tylko w hołdzie przynosił jej różę wybraną z najpiękniejszych róż, jakie były w mieście, za to zyskałem jej przyjaźń.
Wysoko, na najwyższym piętrze tego domu, w pokoiku, gdzie jest tylko stół, dwa krzesła i łóżko, mieszka humorysta. Ma on jeszcze piecyk żelazny, ale mało się w nim pali. Kawałek sufitu — szklany, jak w malarskiej pracowni, i dlatego zimno, ale za to można widzieć w nocy gwiazdy. Podczas ostatnich odwiedzin w mieszkaniu tego człowieka widziałem na stole tylko kawałek razowego chleba, a przy nim czerwienił się pomidor. To był obiad. Człowiek ten bowiem zarabiał niedużo. Niedużo, bo książkę, którą napisał, kupiło tylko trzynastu ludzi. Jeden z tych, co kupił, odesłał książkę do połowy rozciętą, z notatką, że ma dosyć już tej połowy. Jeden egzemplarz nabył biblioman, który książek nie czytał, a tylko je zbierał. O innym egzemplarzu autor się dowiedział, że zirytowana matka oddała go dziecku, aby zrobiło sobie latawiec. Ale dziesięciu ludzi prawdopodobnie tę książkę przeczytało. Humorysta ten należał do pisarzy «trudnych». Może przypominacie sobie, panowie, rozmowę moją z wiedźmą w lesie. Kobieta owa powiedziała mi, że chociaż nie wszystko, co ludziom opowiem, będzie zrozumiane, to jednak powinienem dbać o to, aby przynajmniej trzy czwarte w moim opowiadaniu było przystępne. To wystarczy, aby nie stracić ze słuchaczami kontaktu. Otóż w pismach tego humorysty nie ma owych trzech czwartych, nie ma tego, co pozwala wam mnie wysłuchać. Sprawy, o których mówi, dzieją się daleko śród słońc i księżyców, mlecznych dróg i komet. A chociaż są to sprawy ludzkie, bo nie wychodzą poza krąg możliwości ludzkiego umysłu i ludzkiej wyobraźni, ale dzieją się bez stukania butów, bez dźwięku talerzy, na których jemy, bez pieniędzy, słowem, bez rzeczy ważnych a powszechnie zrozumiałych w naszym życiu czy bytowaniu. Stąd przyczyna niepopularności tego humorysty i stąd opinia, a wybieram z tej opinii słowo najgrzeczniejsze, że jest «trudny». Pójdę do tego człowieka i poproszę go o przeczytanie nowego opowiadania. Będę przeżywał rozkosze pokonywania rzeczy trudnych, gdy z przymkniętymi oczyma, z uwagą napiętą wsłucham się w mowę mistrza. Odwiedzę światy wysokie, coraz wyższe i wyższe, aż pełen szczęścia i uśmiechu, wyląduję po trudnych przygodach. Wyjdę z mieszkania poety jakby oczyszczony, doskonalszy niż przed odwiedzinami; ale wiem, że wrócę do swoich «trzech czwartych», które kobieta w lesie radziła utrzymać. Czy miała rację? W każdym razie to kobieta nie pozbawiona tego, co nazywamy «mądrością życiową»; ja dzięki jej radom doczekałem się wystawnej uczty, którą mnie żegnacie, tamten, do którego się wybieram, może już umarł z głodu.
Panowie! Powiedziałem, że podróż daleka ma w sobie zawsze coś niewiadomego. Jeżeli nie wrócę, od czasu do czasu zjawię się między wami. Tacy jak ja «opowiadacze, facecjoniści kawiarniani», jak zapewne będę określany, żyją we wspomnieniach o nich nawet bardzo długo. Czasem mnie ktoś wskrzesi, opowiadając o tym, co opowiadałem, i zarysuję się przed wami jak żywy. Tylko że niejeden coś ujmie, coś doda, zmieni szyk wyrazów i o dwa słowa w zdaniu powie za dużo. Ktoś będzie się starał nawet mnie poprawić, ktoś drugi po latach zmiesza mnie, pomyli z opowiadaczem innym. Jeżeli ten inny będzie lepszy ode mnie, oczywiście — zyskam; jeżeli gorszy — stracę. Tak czy inaczej, gdy zjawię się w opowiadaniu, będzie to jak kopia mego portretu, wykonana, wybaczcie, przez nietęgiego majstra. Tamten, prawdziwy Profesor Tutka, kłaniać się wam będzie z innego brzegu swoim melonikiem.
Panowie! W tej chwili posłyszałem jakby stuk młotków na statku, którym odpłynę. Już tam kończą ostatnie przygotowania. Bądźcie zdrowi, przyjaciele!
[02.08.2026. Toruń]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz