Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

09 lutego 2022

W CAŁOŚCI - ERNEST HEMINGWAY - STARY CZŁOWIEK PRZY MOŚCIE

 

Miranda nad Ebro

    Czy kiedykolwiek myślałem o tym, że znajdę się w swoim życiu nad największą hiszpańską rzeką - Ebro? Nie, nie myślałem. A tu, proszę, kilka razy przejeżdżałem tym mostem nad Ebro w Mirandzie jadąc od, do i przez Kraj Basków. Rzeka wpływa jednak do Morza Śródziemnego, zbierając wody z południowych stoków Pirenejów.

    Dalej na wschód, w Katalonii, w 1938 roku toczyły się nad Ebro walki sił demokratycznych z faszystowskimi oddziałami generała Franco. Walki zakończyły się klęską demokratów, co w Katalonii zostało zapamiętane do tego stopnia, że dzisiaj jest to region stosunkowo najbardziej lewicujący i separatystyczny (podobnie jak Kraj Basków) w Hiszpanii.

    Aby uczcić poległych demokratów, w tym wielu lewicowych Polaków, w tym komunistów walczących przeciwko Frankistom przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie widniała tablica z napisem: "EBRO 24 VIII 1938”. Po przemianie ustrojowej tablicę zdjęto, co jest o tyle ciekawe, że sojusznikami nacjonalistów hiszpańskich generała Franco byli faszyści niemieccy i włoscy, a podczas okupacji to niemieccy hitlerowcy zniszczyli Pałac Saski i większość kolumnady, której częścią jest czczony przez Polaków symboliczny Grób Nieznanego Żołnierza.

    Wychodzi na to, że w pewnym momencie historii współczesnej państwo polskie pod patronatem Solidarności stanęło po stronie faszyzmu. Między innymi dlatego nie znoszę historii.

    Przegrana przez hiszpańskich demokratów Bitwa nad Ebro była jednym z kamieni milowych, które za rok doprowadziły do napaści Niemiec na Polskę, do wybuchu II wojny światowej. Po stronie demokratów walczyli zarówno komuniści z całej Europy, jak i też osoby czujące się demokratami i które były przeciwnikami faszyzmu.

    Pośród nich znajdował się Ernest Hemingway - pisarz mojej wczesnej młodości. Poniżej zamieszczam w całości jego chyba najkrótsze opowiadanie pod tytułem: "Stary człowiek przy moście". Wieść głosi, że zostało one podyktowane przez autora do Ameryki drogą telegraficzną.


Stary człowiek przy moście


    Stary człowiek w okularach o stalowej oprawie i w bardzo zakurzonym ubraniu siedział przy drodze. Na rzece był most pontonowy, przez który ciągnęły wozy, ciężarówki, sunęli mężczyźni, kobiety i dzieci. Furmanki zaprzęgnięte w muły z trudem wjeżdżały na stromy brzeg, a żołnierze pomagali im podpierając szprychy kół. Ciężarówkom wspinanie się na brzeg szło łatwiej i oddalały się szybko, a chłopi wlekli się mozolnie, po kostki w kurzu. Lecz starzec siedział bez ruchu. Był zbyt zmęczony, aby iść dalej. Moim zadaniem było przekroczenie mostu, zbadanie przyczółka i stwierdzenie, do jakiego miejsca dotarł nieprzyjaciel. Uczyniłem to i powróciłem na drugą stronę rzeki. Było tam teraz znacznie mniej furmanek i bardzo niewielu pieszych, ale starzec wciąż siedział na swoim miejscu.

— Skąd jesteście? — spytałem go.

— Z San Carlos — odpowiedział i uśmiechnął się.

    Było to jego rodzinne miasteczko i wymawianie tej nazwy sprawiało mu przyjemność, więc uśmiechnął się.

— Opiekowałem się zwierzętami — dodał.

— O — powiedziałem tylko, niezupełnie rozumiejąc, o co mu chodzi.

— Tak — powiedział. — Pozostałem, by zaopiekować się zwierzętami. Byłem ostatnim człowiekiem, który opuścił San Carlos.

    Nie wyglądał na pastucha i spojrzawszy na jego czarne, zakurzone ubranie,

na jego szarą, zakurzoną twarz i okulary w stalowej oprawie, spytałem:

— A co to były za zwierzęta?

— Różne zwierzęta — odpowiedział. — Musiałem je opuścić.

    Obserwowałem most i afrykański niemal krajobraz dorzecza delty rzeki Ebro i myślałem o tym, ile czasu minie, zanim zetkniemy się z wrogiem. Nasłuchiwałem pierwszych odgłosów sygnalizujących owo zawsze tajemnicze zjawisko zwane kontaktem z nieprzyjacielem, a starzec wciąż siedział na swoim miejscu.

— Jakie to były zwierzęta? — spytałem.

— Trzy zwierzęta wszystkiego razem — tłumaczył mi. — Dwie kozy i jeden kot, no i jeszcze cztery pary gołębi.

— I musieliście je opuścić? — spytałem.

— Tak. Z powodu artylerii. Kapitan kazał mi iść z powodu artylerii.

— I nie macie żadnej rodziny? — spytałem obserwując drugi brzeg, gdzie ostatnie furmanki pośpiesznie zjeżdżały ze skarpy.

— Nie — odpowiedział. — Tylko te zwierzęta, które wymieniłem. Z kotem, oczywiście, nie ma zmartwienia. Koty same sobie dają radę, ale nie chcę nawet myśleć o tym, co będzie z resztą.

— Jakie macie poglądy polityczne? — spytałem.

— Nie mam żadnych — odpowiedział. — Mam siedemdziesiąt sześć lat. Zrobiłem dwanaście kilometrów i wydaje mi się, że dalej już nie pójdę.

— To nie jest dobre miejsce na postój — powiedziałem. — Jeżeli możecie, to pójdźcie jeszcze szosą do skrzyżowania na Tortosę. Tam są samochody.

— Poczekam Jeszcze chwilę— powiedział — i pójdę. Dokąd jadą te samochody?

— Do Barcelony — powiedziałem.

— Nie znam tam nikogo — odpowiedział — ale dziękuję wam bardzo. Jeszcze raz bardzo dziękuję.

Spojrzał na mnie zmęczonym, beznamiętnym wzrokiem i z wielkiej potrzeby

podzielenia się z kimś swoją troską, powtórzył:

— Kot na pewno da sobie radę. Nie ma się co martwić o kota. Ale tamte.

Jak wam się zdaje, co z nimi będzie?

— Nic, pewnie jakoś przeżyją. .

— Tak myślicie?

— Czemu nie? — powiedziałem patrząc na drugi brzeg, gdzie nie widać już było furmanek.

— Ale co zrobią, jak zacznie strzelać artyleria? Przecież mnie kazali iść z powodu artylerii.

— Czy otworzyliście gołębnik? — spytałem.

— Tak...

— Gołębie odfruną.

— Tak, na pewno. Na pewno odfruną. Ale tamte. Lepiej nie myśleć o tamtych—powiedział.

— Jeżeli odpoczęliście już trochę, to ruszcie w drogę — nalegałem. — Wstańcie teraz i spróbujcie iść.

— Dziękuję — powiedział i wstał, zachwiał się i zaraz siadł z powrotem w przydrożnym kurzu.

— Opiekowałem się zwierzętami — powiedział głucho, ale już nie do mnie. — Opiekowałem się tylko zwierzętami.

    Nic nie mogłem dla niego zrobić. Była Niedziela Wielkanocna i faszyści nacierali w kierunku rzeki Ebro. Dzień był szary, chmury wisiały nisko, tak że nie używali samolotów. To i jeszcze fakt, że koty same sobie dają radę, to było wszystko, na co liczyć mógł ten stary człowiek.

                                            Przełożyła Mira Michałowska


[09.02.2022, Toruń]


08 lutego 2022

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (648 - 649) CO ZA KULTURA! INNE ZAJĘCIE.

 

Hieronim Bosch (1450 - 1516)
"Leczenie głupoty"

648.

Kiedy moim zamiarem było obejrzeć w "kulturze" "Noce Cabirii" Felliniego, musiałem uzbroić się w anielską cierpliwość wyłuchując, a w zasadzie wyłączyć odsłuchiwanie idiotyzmów, jakie mieli do przekazania pseudointeligenci - polityczni żołnierze kurskiego, którzy starali się wmówić mnie, ale przecież nie tylko mnie, że to, co robi Europa jest be, a to czym zajmuje się rząd polski (pisowski) jest cacy i takie tam pierdoły, że Niemcy to oczywiście samo zło. Oto dlaczego, aż mną wstrząsa oglądanie i słuchanie czegokolwiek, co ukazuje się w pisowskiej telewizji - pisowska propaganda "wpluwana" w usta ćwierćinteligentów w marynarkach. Znieść tego nie można z dwóch przynajmniej powodów: otóż rozmówców było trzech i każdy popierał zdanie pisowskiego przedmówcy, i drugi powód - zdaje się, że "kultura" jest kanałem kulturotwórczym, gdzie wręcz obowiązkiem jest przedstawianie różnych poglądów widzenia, a nie tylko tych zarezerwowanych dla pisowców.

Zgiń, przepadnij, siło nieczysta - przeskoczyłem pilotem na inny kanał w obawie przed zwymiotowaniem kolacji, a powróciłem dopiero na Felliniego.

649.

Jestem wprawdzie człowiekiem zajętym, ale kiedy mam tylko czas, kulturalnie czytam, piszę, oglądam... niby nic nowego, ale moją pasją było jest, i będzie gromadzenie książek w wersji on-line na dysku. Pamięta, że wiele, wiele lat temu, odkąd zaistniał Internet w moim domu, zajmowałem się gromadzeniem tych kulturalnych dokumentów ze stron, które dzisiaj już nie istnieją, a były to czasy, w których Google'a nie było, a w sieci dominowała wyszukiwarka AltaVista, później na początku XXI stulecia wykupiona przez Yahoo i jakiś czas potem odeszła w krainę cieni.

Akurat teraz próbuję wskrzesić "Biegunów" pani Olgi Tokarczuk. Mam wersję pdf tej powieści systematycznie przerabiam go na wersję rtf.


[08.02.2022, Toruń]

FILMY (4) NOCE CABIRII - FEDERICO FELLINI

 

"Noce Cabirii"

Reżyseria: Federico Fellini

Scenariusz: Federico Fellini, Ennio Flaiano, Tullio Pinelli, Pier Paolo Pasolini

Producent: Dino De Laurentiis

Dystrybucja włoska:  Paramount Italiana

Zdjęcia: Aldo Tonti, Otello Martelli

Muzyka Nino Rota,

obsada:

Giulietta Masina: Cabiria

François Périer: Oscar D'Onofrio

Amedeo Nazzari: Alberto Lazzari, gwiazda filmowa

Aldo Silvani: hipnotyzer

Franca Marzi: Wanda, przyjaciółka Cabirii

Dorian Gray: Jessy, narzeczona Lazzariego

Pina Gualandri: Matilda

Polidor: mnich

Leo Catozzo: człowiek od worków

Ennio Girolami: Hamlet, alfons

Sandro Moretti: alfons

Gianni Baghino: Gianni

Christian Tassou: Christian

Jean Molier: Marco

Riccardo Fellini: widz w kinie

Maria Luisa Rolando: Luisella

Amedeo Girard: Amedeo

Loretta Capitoli: Loretta



    Maria Ceccarelli to prostytutka z Acilii - Cabiria mieszkająca w ruderze w pobliżu Via Ostiense. Pewnego dnia, podczas spaceru z Giorgio, którego uważa za swojego chłopaka, wpada do rzeki, a ten ucieka z jej torebką. Ledwo uratowana, Cabiria wraca do domu, wciąż niedowierzając temu, co się stało. Tam koleżanka, Wanda, otwiera jej oczy na naturę jej związku, który nie jest dla Cabirii. Dziewczyna niszczy wszystkie rzeczy związane w Giorgio.

    Później, w pracy, wdaje się w bójkę z inną prostytutką, która z niej szydzi, a następnie zostaje zabrana przez grupę przyjaciół, którzy zostawiają ją na świetnej rzymskiej ulicy - Via Veneto. Przypadkowo spotyka tam aktora Alberto Lazzari, którego właśnie rzuciła dziewczyna. Alberto, w odwecie na kobietę, wsiada Cabirię do swojego kabrioletu i zabiera ją najpierw do nocnego klubu, a potem do swojego domu. Wkrótce jednak dołącza do nich narzeczona aktora, a Cabiria jest świadkiem zbliżenia tych dwojga ukrywających się w łazience, aby następnego dnia rano zostać pospiesznie zwolnioną.

    Kolejnej nocy koledzy prostytutki postanawiają udać się do sanktuarium Madonna del Divino Amore, aby towarzyszyć kalekiemu wujkowi jednego z alfonsów. W międzyczasie Cabiria zostaje zabrana przez klienta i pozostawiona w odosobnionym miejscu, w "Grotte". Tam w naturalnych wąwozach mieszkają bezdomni. Cabiria śledzi losy człowieka, który przynosi jedzenie ubogim. Cabiria wraca do Rzymu w towarzystwie tego dobroczynnego mężczyzny, kiedy jest już ranek.

    W sanktuarium, do którego Cabiria również przybywa, daje się ponieść pobożności wiernych i prosi o łaskę zmiany swojego życia. Jednak po opuszczeniu kościoła ani kaleka nie odzyskuje władzy w nogach, ani też Cabiria nie dostrzega poprawy w swoim życiu.

    Później idzie na przedstawienie, gdzie iluzjonista wzywa ją na scenę wraz z innymi młodymi ludźmi. Mężczyźni wybrani do seansu są zahipnotyzowani, wierząc, że są na łodzi na wzburzonym morzu, Cabirii natomiast wydaje się, że jest na spotkaniu z niewidzialnym mężczyzną o imieniu Oscar.

    Po zakończeniu hipnozy Cabiria budzi się rozczarowana, czując się oszukana. Wychodząc z teatru, zostaje jednak zatrzymana przez mężczyznę zafascynowanego jej szczerością. Przypadkowo ma na imię Oscar - tak samo, jak ów mężczyzna poznany w hipnotycznym transie. Cabiria jest sceptyczna co do kolejnego związku, jednakowoż umawia się z Oskarem na stacji Termini.

    Zaczynają się coraz częściej widywać, a Cabiria zaczyna fantazjować o tym, czy nie zbliża się do punktu zwrotnego w jej życiu. Wydaje się, że zmiana życia Cabirii jest na wyciągnięcie dłoni - dziewczyna sprzedaje dom, wypłaca wszystkie oszczędności z banku i wyrusza z przyszłym mężem w podróż nad jezioro Albano. Tego dnia, po wspólnym posiłku, Oskar zabiera ją w odosobnione miejsce nad jeziorem.

    Podczas przechadzki Cabiria jest w bardzo dobrym nastroju, natomiast Oskar jest ponury i zdystansowany. Dopiero wtedy Cabiria zdaje sobie sprawę z tego, że została oszukana. Dochodzi do sytuacji, w której dziewczyna już się raz znalazła. Podejrzewa, że Oskar chce ją zepchnąć z wysokiego klifu jeziora. Zrozpaczona spontanicznie oddaje mężczyźnie torebkę z pieniędzmi i prosi, aby ją zabił. Oskar jednak ucieka z pieniędzmi. Cabiria zostaje sama. Wychodzi na ulicę, gdzie otacza ją grupa muzyków i wesołków, którym mimo wszystko udaje się wywołać uśmiech na jej twarzy.

Kilka ujęć z tego filmu. Oczywiście z Giuliettą Masimą:











    Bardzo piękna, wzruszająca opowieść o samodzielnej, samotnej dziewczynie, która straciła wszystko, lecz póki życie trwa, ona musi się w nim odnaleźć. Genialna rola Giulietty Masiny, prywatnie żony Federico Felliniego. Film najwyższej klasy.


[08.02.2022, Toruń]


07 lutego 2022

SZTUKA - GÁBOR TÓTH - REALIZM "ILUSTRATYWNY"

 

Gábor Tóth jest węgierskim artystą urodzonym w 1950 roku. Malarstwem zainteresował się już we wczesnym dzieciństwie. Uczyć się go na poważnie w towarzystwie literackim i dyskusyjnym, prowadzonym przez znanych artystów, poznając techniki obrazów malowanych w starym stylu. Inspiracją jego obrazów były przede wszystkim dzieła niemieckich i austriackich malarzy i rysowników. Maluje głównie farbami olejnymi na płótnie, drewnie i miedzianej płycie. Specjalizuje się w scenkach rodzajowych, martwej naturze i pejzażach miejskich. Motywami jego obrazów bywają dzieci i kobiety. Twórczość Tótha mieści się gatunku realistycznym, jak i też ilustracyjnym. Urzeka prostotą wypowiedzi o stonowanej kolorystyce.

1.Dzieci na sankach


2. Szentendre


3. Wenecja


4. Dzieci bawiące się na wagarach


5. Czerwone wino Cabernet z białych winogron


6. Włoscy karciarze



7. Kobieta w cieniu wierzby



8. Akt w ogniu


9. Londyn w deszczu



[07.02.2022, Toruń]

06 lutego 2022

PIERWSZA JAZDA TRAMWAJEM

 

Ten łódzki tramwaj jedzie akurat na Chojny
zdjęcie dzięki uprzejmości   http://baedekerlodz.blogspot.com/


PIERWSZA JAZDA TRAMWAJEM


    Przypomniał sobie, że dwa miesiące temu, no może trzy, jechał dwójką, tramwajem podążającym na przeciwległy skraj miasta, to znaczy takim, który przecinał miasto na pół. Oczekiwał na wyniki pisemnego egzaminu i był jakiś przygnębiony, bo nie należał do pewnych siebie, więc wcale nie uważał, że zda, a jeśli nawet nie obleje pisemnego, to przecież kandydatów jest o wielu więcej niż miejsc dla pierwszoroczniaków. Niepokojąc się o ten swój wynik, popadł w jakąś żołądkową przypadłość, co skończyło się fatalnie. Na dwa, trzy przystanki przed celem podróży (jechał do starowinki - ciotki) poczuł się na tyle źle, że bliski był zwymiotowania zawartości żołądka wprost na tylną szybę drugiego wagoniku tramwaju, którym jechał. Wprawdzie do tego nie doszło, gdyż miał jeszcze w sobie wystarczająco dużo sił, aby się kontrolować, to jednak jego wygląd i być może jego przykry zapach jaki roznosił po wnętrzu wagoniku spowodowały, że nieliczni o tej porze dnia pasażerowie ostentacyjnie zaczęli się od niego odwracać i przemieszczać do przodu. Niektórzy komentowali tę godną pożałowania scenę jakiej byli świadkami. Dowiedział się, że jest pijakiem, osobnikiem patologicznym; nawet żałowano go, że w młodym wieku mógł się tak zeszmacić i czy jego matka wie o tym, bo "od mojej, gdyby się dowiedziała w jakim stanie upojenia alkoholowego wracam do domu, dostałym na dzień dobry po twarzy, a ojciec by mi tak poprawił, że przez tydzień ze wstydu nie wychodziłbym z domu".

    Gdzieś tam pośrodku wagonu siedziała dziewczyna w jego wieku, może trochę młodsza i kiedy obracał się na pięcie kurczowo obejmując niklowaną poręcz, ta dziewczyna spoglądała na niego ze smutkiem i współczuciem, jednakowoż przysłuchując się komentarzom współpasażerów, nie ośmieliła się podejść do niego i zapytać, czy czego nie potrzebuje. Zrobiła to dopiero wtedy, gdy wysiadła za nim na tym samym przystanku. Chłodne nieruchome powietrze późnego popołudnia widocznie mu pomogło i poczuł się przez chwilę lepiej, czego wyrazem było to, że spoglądał ukradkiem na idącą za nim dziewczynę, która w pewnym momencie dogoniła go i zapytała:

- Źle się czujesz? Czy mogę ci w czym pomóc?

- Czuję się już znacznie lepiej, ale dziękuję - odparł przybierając pogodniejszy wyraz twarzy, choć miał świadomość, że jest to chwilowa poprawa i będzie zdany na pomoc ciotki, która posiada wiele medykamentów niemal na wszystkie choroby. Po kilku minutach dziewczyna idąca obok niego zdobyła się na słowne pożegnanie w rodzaju:

- No to się trzymaj i uważaj na siebie.

Zareagował w bólach narodzonym uśmiechem, wiedząc, że gdyby nie ta żołądkowa przypadłość, pewnie kontynuowałby rozmowę z tą miłą, jak się okazało, dziewczyną.


[08.02.2022, Toruń]


ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (646 - 647) OSWAJANIE

 

Plakat do sztuki "Tygrys Pietrek" granej swego czasu w Teatrze Groteska

646.

    Oswajam się z nowym miejscem i z tego powodu zaniedbałem kawiarenkę, doprowadzając do remanentu, ale też i czasy nastały cięższe niż mogłoby się wydawać, bo to kolejne ważne pisma trzeba tworzyć z pełnym zaangażowaniem, a ich pisanie odbiera mi koncentrację i jakąś taką niechęć odczuwam z powodu tych sprzeciwów i odpowiedzi na apelacje, i tak dalej i dalej, a tu Adelka po raz kolejny nie domaga i aż się chce zapłakać, dlaczego na tę wrażliwą psinę tyle kłopotów na jej mądry łepek spadło, a z tego wszystkiego aż się żyć odechciewa, ale żyć trzeba, choć trudno się z tym pogodzić, że bywają na świecie tak bezczelni i głupi ludzie, z którymi trzeba się mierzyć bezustannie, i wciąż to samo pytanie pojawia się w ich obliczu, skąd się tacy wzięli i po co. Ech, trzepnąć by takiego po łbie, lecz nie uchodzi głupca po zakutej pale walić mądrzejszemu, i natura nie taka. Mam nadzieję jednak, że przyszłość nie będzie tak łaskawa dla głupców, bo i po co, tyle że cierpliwość jest już na ukończeniu.

647.

    Minęły dwie doby od ostatniego wpisu. W dalszym ciągu przyzwyczajam się do nowego miejsca. Dobrze że przynajmniej Adelce się polepszyło, ale z jej trzustką nie jest najlepiej. Trochę optymizmu wlała też pani papużka. Może wreszcie skończą się te problemy, od których wszystko się zaczęło.


[08.02.2022, Toruń]

01 lutego 2022

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (642 - 645) AMUNICJA OBRONNA. O PANI DOROCIE SŁÓW PARĘ. UMYKA NASZEJ UWADZE. PRZEKRĘT

 

DOROTA CHRÓŚCIELEWSKA

 ***

"Tę drogę ja minęłam Ta droga mnie mija
Noc minęła spokojnie Już niemal rok minął
Po której stronie lustra dziś jestem naprawdę
Kiedy jestem naprawdę W śnie czy przebudzona (...)"


642.

    Minął kolejny miesiąc dyktatury pisu. Od czasu do czasu pojawiają się sondaże, których interpretacja jest niezmienna - pis traci, KO się zbliża, ale cały czas to partia kaczyńskiego prowadzi. Optymizm komentatorów przejawia się w tym, że pis samodzielnie nie będzie w stanie rządzić, gdy tymczasem nie można wykluczyć koalicji z konfederacją i jeśli prawicy zabraknie paru procent głosów, to przecież mogłaby liczyć na PSL, jak i też, co może zabrzmi nieprawdopodobnie, lecz tylko na pozór, istnieje możliwość, że i nowa lewica zagłosuje za koalicją z pisem pod pewnymi warunkami finansowymi, bo przecież obie partie zgodnie uważają, że za całe zło dziejące się w naszym kraju odpowiada Tusk.

    Na marginesie tego niechcianego powyżej wpisu, dowiedziałem się, że w związku z konfliktem Rosji z Ukrainą polski sejm zdecydował, że prześle do Kijowa amunicję obronną - nie pudełeczka z taśmą kapiszonów, nie "korki", nie "ślepe" naboje, a amunicję obronną, czyli taką, która w domyśle skierowana będzie przeciwko pociskom zmierzającym w stronę tego, kto się broni... trochę to, a może bardzo, śmieszne.

643.

    Tadeusza Chróścielewskiego nie znałem, poza tym, że był ojcem pani Doroty Chróścielewskiej, poetki, wykładowczyni Uniwersytetu Łódzkiego, która prowadziła ze mną zajęcia z poezji współczesnej. Tadeusza Chróścielewskiego czytam "Szkołę dwóch dziewcząt", jedną z jego powieści, chociaż wolałbym raz jeszcze wspomnieć o pani Dorocie. Była osobą bardzo wrażliwą - taką ją pamiętam, trochę w tym naszym świecie zagubioną. Zapamiętałem ją także z milczenia i pięknych wielkich oczu. Zmarła prawdopodobnie na nowotwór.

    Szukałem jej wierszy. Znalazłem kilka w internecie i zamieszczę dwa - trzy w specjalnym okienku z poezją. Przykre jest to, że w Internecie zauważyłem, że ktoś ma zamiar sprzedać jeden z tomików jej wierszy za 3 złote... przykra ta niewysoka cena.

644.

    Chociaż czasu na własne gryzmolenie nie mam zbyt wiele, zwłaszcza teraz, gdy znajduję się w innym miejscu, piszę sobie opowiadanka, takie króciutkie okruszki, w którym zamieszczam przemycone do fikcji fragmenty własnej, przedawnionej biografii. Nie ukrywam, że lubię czerpać z własnych przeżyć, ale tylko szczątki tego, o czym wspominam nadają się do zamieszczenia w prozie, już to z tej racji, że przeszłość nie może być do końca zapamiętana. Ale metoda wstawiania do świata przedstawionego utworu elementów realnych wydaje mi się interesująca i często ją stosuję, budując całkiem inną, zmyślona opowieść.

    W tym miejscu zastanawiam się nad tym, ile ciekawych zdarzeń umyka naszej uwadze, nie miało dalszego ciągu i po latach przychodzi nam się nad tym zastanawiać. Czasami obwiniamy się za to, że na przykład, nie kontynuowaliśmy znajomości, choć być może byłaby ona ważniejsza od tych, które jednak zawarliśmy. Oczywiście "co było a nie jest..." nie ma teraz, po upłynięciu tylu a tylu lat, większego znaczenia, ale czy naprawdę? I to już nawet nie chodzi o to, że taka znajomość mogłaby diametralnie zmienić koleje naszego losu. Chodzi o to, że może straciliśmy coś / kogoś ważnego, kto dodałby na siły, gdy tej może i pewnie kiedyś nam zabraknie.

645.

    I jeszcze jedno. Swego czasu napisałem w kawiarence o pojawiających się fałszywkach inicjowanych na facebooku przez zwolenników pisu, bądź wręcz z rządowego polecenia. Anonimowe firmy zachwalają więc orlen i obiecują na przykład, że wpłacając jednorazowo 900 złotych, można zarobić 30.000 miesięcznie. Od ładnych dwóch czy więcej miesięcy na stronie tego społecznościowego portalu trwa fałszerstwo na ogromną skalę. Firmy, które się ogłaszają nie istnieją, facebook pobiera opłatę za reklamę, ta opłata pochodzi z naszych - społeczeństwa pieniędzy, facebook oczywiście nie reaguje, bo ma kasę, a na te moje około 200 zgłoszeń oszustwa administratorzy facebooka odpowiadają soczystym śmiechem.

    Poniższa reklama sugeruje, że to prezydent Wałęsa poleca zarabianie w orlenie. Śmiem twierdzić, że również prezydent Wałęsa nie dał pozwolenia na wykorzystanie jego wizerunku.

Czego się nie robi dla kasiory.




[01.02.2022, Toruń]

KAWIARENKA. ROZDZIAŁ 36. COŚ DLA DUSZY I CIAŁA.

 

Wiktor Zin (1925 - 2007) "Dworek szlachecki"


ROZDZIAŁ 36. COŚ DLA DUSZY I CIAŁA 

(w którym poznajemy wielce interesujące przedsięwzięcie pani Zofii Koteńkowej oraz wsparty przez bywalców kawiarenki pomysł pana Adama)

    W kawiarence w te listopadowe i grudniowe popołudnia i wieczory ciepło przytulało się do każdego, kto zechciał przekroczyć jej progi. A miało one tę specyficzną cechę, że nawet gdyby w kawiarnianych pokojach nie palono, to i tak nie zaznano by w nich chłodu; ten pozostawał na ulicy, a we wnętrzu letnie niemal powiewy emanowały z każdego ciała i duszy zawsze mile tu widzianego gościa.

    Pani Zofia Koteńkowa zapraszała na filmowe i teatralne seanse młodzież, którą douczała, ale też i inni z tej przyjemności korzystali. Przy herbacie, kawie, ciasteczkach, ale też poważniejszej dla ciała strawie (wszakże od pewnego czasu wiadomo było, że obiadowe i kolacyjne dania na równi ze słodyczami oferowano) oglądano to, czego w żadnej telewizji nie zobaczysz.

    Razu pewnego po zakończonej sukcesem „Dziadów” prezentacji, pani Zofia wpadła na pomysł taki, że w grudniu w kawiarence „Pan Tadeusz” będzie czytany przez nią, przez młodzież i przez innych gości, którzy głosem dysponują nie od parady. Umyśliła sobie, że na każdy wieczór jedna księga przypadnie, zaś ostatni seans odbędzie się w przeddzień Adamowego święta, aby tym sposobem uczcić wieszcza pamięć. 

    Tak i do tych czytań przystąpiono, a każdy z lektorów przed publiczną prelekcją miał zadanie przygotować się należycie, aby nie ubliżyć poematowi jąkaniem albo inną językową herezją. Niektórzy dzielili mickiewiczowskie księgi na dwoje; inni gotowi byli sami zmierzyć się Soplicowem. Doszło do tego, że pani Zofia, autorka pomysłu, ledwie połowę księgi pierwszej na początek odczytała, albowiem chętnych było tak wielu. A ci, nazwijmy ich tak: przypadkowi goście, kiedy do kawiarenki zachodzili, degustując dania, dziwili się temu wcześniej nieoglądanemu i niesłyszanemu przedsięwzięciu, i chociaż swoją degustację zakończyli, nie omieszkali pozostawać aż do końca księgi, którą ich tutaj raczono.

    Kawiarennik był w kolejności drugi i za panią Zofią pierwszą kończył  księgę; na czytanie całej się nie odważył, bo głos miał nieco podupadły po niedawno przebytym przeziębieniu. A jednak udało mu się nie podpaść za bardzo miłośnikom recytacji i nawet nieśmiałe otrzymał oklaski po swoim wystąpieniu. 

    Pan Adam oprócz tego czytania miał jeszcze w zanadrzu inny pomysł, który z nastaniem grudnia począł realizować. Zanim jednak do niego przystąpił, zebrał najbliższych przyjaciół: mecenasa Szydełkę, inżyniera Beka, doktora Koteńkę, redaktora Pokorskiego, Starego Pisarza i pana radcę Kracha (choć ten z wiadomych powodów ostatnimi dniami rzadziej się pojawiał w kawiarni) i objaśnił miłemu towarzystwu swoją chęć przyjmowania w kawiarence obiadem tych wszystkich obywateli miasteczka, którym się w życiu nie przelewa albo wręcz już im się przelało.

- Panowie - wyrzekł Kawiarennik - mnie w końcu nie ubędzie tak wiele, a ile tym sposobem zyskam, tego nikt nie zgadnie.

- Wiedziałem, przyjacielu - odezwał się mecenas Szydełko - że wpadniesz na taki pomysł, lecz nie życzę sobie, abyś odrzucił naszą pomoc. Wszak mamy stowarzyszenie, a redaktor Pokorski w każdym numerze tłustą czcionką podaje numer konta, na który spływają pieniądze od zacnych obywateli miasteczka i okolic. Obraziłbym się ciężko, abyś wzgardził naszą pomocą.

- To prawda, panie Adamie - dostał się do głosu pan redaktor „Naszego Głosu” - paczki świąteczne i bezpośrednia pomoc najuboższym to jedno, ale i na wspomożenie twojej kuchni też zostanie.

    Milczący doktor Koteńko przytaknął śmiało głową; inżynier Bek niemal dłońmi przyklasnął, zaś radca Krach ni z tego, ni z owego położył na blacie stolika setkę. 

Kawiarennik nie śmiał nawet dyskutować z przyjaciółmi, poczuł się milej i raźniej, choć zadręczała go jedna myśl, z którą samemu poradzić sobie nie potrafił.

- Wdzięczny jestem za tak obiecujące wsparcie, lecz zastanawiam się nad tym, w jaki sposób ogłosić światu, że kawiarenka zaprasza na sytny posiłek każdego dnia bez konieczności zapłaty. Nie chciałbym urazić ubogich, że usiądą przy stołach z innymi, co za konsumpcję płacić będą.

- Ja ciebie rozumiem, przyjacielu - ozwał się radca Krach - ale to pestka. Wprowadzisz pan bony i tym sposobem korzystający poczują się równouprawnionymi gośćmi. Ale, broń Boże, nie sadzaj ich w jakichś szczególnych miejscach jedynie dla nich przeznaczonych, aby nie czynić tej grupy osób gorszymi od innych.

- Tak i ja pomyślałem, panie radco.

- A ja to w naszej gazetce tak pięknie opiszę - zapewnił Stary Pisarz - że każdy obywatel miasteczka zrozumie, iż ubóstwo ciała nie oznacza utraty bogactwa duszy, zaś jaki los oczekuje na naszą przyszłość, trudno dociec, natomiast dzielić się z potrzebującymi to nasz wspólny obowiązek… wszak w gazetce o tym sam napisałeś, Adamie.

    I tym sposobem doszło z nastaniem grudnia do owych obiadów o godzinie piętnastej serwowanych. Początkowo niewiele pojawiało się osób, tych śmielszych, choć wielce zmieszanych, wątpiących, niepewnych, lecz bez dwóch zdań ciekawych, co też się kryje za tą przekazywaną medialnie i z ust do ust ofertą. Na samym progu witała ich kawiarenkowa Maria, witały dwie rodzone siostry zakonne, wtajemniczone w przedsięwzięcie, a że owo powitanie nie różniło się od tych, jakich doświadczają pozostali goście, pierwsi ubodzy ciałem a bogaci duchem poczuli się tak, jakby odwiedzali kawiarenkę nie od dzisiaj.

    Stało się zatem tak, jak to sobie Kawiarennik wymarzył. Oto wypełniał swój miły obowiązek. Nie dość, że karmił, to i też przysiadał się do nowych biesiadników, słuchając ich gorzkich opowieści, których nie życzyłby nikomu, a osładzał je nie tylko podawanym do obiadu ciastem, lecz również życzliwym słowem, które często więcej znaczy niż wypełniony po brzegi talerz.

    Gości z dnia na dzień przybywało, choć może nie stanowili oni sobą tłumu, to jednak ta całkiem spora grupa obywateli miasteczka dawała i Kawiarennikowi, i jego przyjaciołom wiele do myślenia. A co niektórzy z nich do późnego wieczora zostawali, przysłuchując się recytacjom „Pana Tadeusza” lub oglądając ruchome obrazy, a pan radca Krach to w pewnej chwili w swoim własnym stylu mówienia przemówił do Kawiarennika takimi oto słowy:

- A ja myślę sobie, panie Adamie, jak to by pięknie było, gdyby każde miasteczko zakwitło takimi właśnie kawiarenkami. Dopieroż mielibyśmy do czynienia z prawdziwym ociepleniem klimatu.

[Pierwowzór w Esztergom, na Węgrzech, w grudniu 2015 r. ]

[01.02.2022, Toruń]

BAJKI EZOPA (3) WIĄZKA PRĘTÓW.

 


    

Diego Rivera (1886 - 1957) Meksyk - "Proletarian Unity" 


WIĄZKA PRĘTÓW

Pewien ojciec miał trzech synów. Nie godzili się nigdy ze sobą, a ciągłe spory i kłótnie zatruwały życie staruszkowi. Namowy i prośby nie pomagały, postanowił, więc ich pouczyć na przykładzie. Zawołał do siebie i kazał przynieść po parę prętów.

    Gdy przynieśli związał je i polecił każdemu z osobna przełamać wiązkę. Żaden nie mógł tego dokonać, było to nad ich siły. W tedy ojciec rozwiązał pręty i dając każdemu po parę, kazał łamać. Natychmiast przełamano je z łatwością.

- Dzieci moje - rzekł ojciec - widzicie jak trudno jest coś przełamać, gdy jest związane, a jak łatwo gdy jest rozłączone. T samo dzieje się z ludźmi. Gdy wspólnie walczą zwycięstwo pewne, gdy rozłączą ich niezgody - będą pobici. W jedności i zgodzie nasza siła.


[01.02.2022, Toruń]