Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

08 kwietnia 2015

ROZMOWA POD KLUBEM (2/2)

Opróżnili butelkę i błogie ciepło przeszyło ich ciała, dając solidny odpór chłodnemu, październikowemu wieczorowi, który przychodził jak zwykle nagle i z miejsca przywdziewał brunatnoszary całun. Jedyna naga żarówka zawieszona nad niedomkniętymi drzwiami klubu sączyła nikłe, żółtawe światło i poczynała się chwiać na wzmagającym swą siłę wietrze.
- Oho, idzie zmiana pogody – zauważył Stanisław, chcąc jakby tym stwierdzeniem dać do zrozumienia Ceglarzowi, że na nich pora i niczego więcej nie wysiedzą na najwyższym stopniu schodów.
- Ktoś uszkodził zamek. Zauważyłeś? – Ceglarz odwrócił głowę w stronę drzwi, które przy mocniejszym podmuchu wiatru delikatnie skrzypiały w zawiasach.
- Nie ma czego pilnować. Co mieli rozkraść, rozkradli – odparł filozoficznie Stanisław.
- A nieprawda. Są jeszcze instrumenty. Wprawdzie drzwi do magazynu zamknięte na kłódkę, ale jak się jeden z drugim dostanie do środka przez te niedomknięte, to i kłódce bez pośpiechu dadzą radę – stwierdził Ceglarz.
- Co komu po instrumentach? Kto miałby na nich grać?
- Co tam, grać. Dadzą na złom, albo przehandlują.
- Myślisz? – w głosie Stanisława pobrzmiało sceptycyzmem – a pamiętasz, jak wzięli się za bibliotekę? Klucz im się gdzieś zapodział i wystawili drzwi. Komuś przydały się regały i krzesła, a książki porozrzucali na podłogę. Ile tak leżały? Pewnie z tydzień.
- Przecież byłem tu wtedy i widziałem. Leżały. Prędzej by podpalili, aniżeli wzięli.
- Bo ci powiem, tam Marksy i Leniny były i jakaś starzyzna.
- Starzyzna? – żachnął się Ceglarz – Ile Mickiewiczów i Słowackich się walało? Prusów, Sienkiewiczów, Kraszewskich. Powiem ci, że ludzie na książki nie zważają.
- A makulatura w cenie – uśmiechnął się Stanisław – tyle że trzeba chłopa, aby to przenieść. Nie ma nic darmo. Trzeba się natrudzić.
- Nawet o tym myślałem, aby wziąć to i na makulaturę oddać, ale patrzę sobie, że Prusów pełno, Orzeszkowych, Conradów, więc może w chałupie by się zdały, choćby dla córki, bo ta czytać lubi.
- I wziąłeś?
- Wziąłem. Cały worek. Ledwiem zataszczył do domu.
- Nikt tego nie pilnował?
- Nikt. Potem się dowiedziałem, że mają wszystkie pójść na przemiał. Czekali tylko na transport, więc jak zaszedłem do domu, wszystkim sąsiadom powiedziałem, żeby, jeśli potrzebują, niech pójdą i sobie wezmą, co komu się podoba.
- Brali?
- Niewiele. Wiem, że kryminały poszły wszystkie. Ale za dwa dni rzeczywiście podjechał samochód i władowali resztę na krypę i do Więckowskiego, co ma skup. Powiedz mi, Stasiu, jak to jest? Za naszych czasów to się wiele książek na zapisy pożyczało. A teraz… szlag to trafił. Oj, gdyby nasza bibliotekarka żyła, przypłaciłaby zdrowiem te porządki.
- Ech, Antoś… gdyby żyła… Co to była za kobieta! Inteligentna, uczona. Lepiej, że tego nie widzi. Nic na to nie poradzisz. Czasy się zmieniły. Chodź do domu. Nic tu po nas. 
- Instrumenty rozkradną – tłumaczył Ceglarz – w orkiestrze byłeś i co, nie rusza cię, że twój puzon przepadnie?
- Najważniejsze, Antoś, że my żyjemy. Co mi po puzonie albo klarnecie, skoro orkiestry i tak nie będzie?
Ceglarz zamyślił się i przymrużył oczy, jak gdyby dopiero spod przymkniętych powiek był w stanie powrócić do przeszłości.
- A kiedyście grywali, pamiętasz?
Stanisław bez zająknięcia wyliczył:
- Pierwszego maja zawsze, w pochodzie się szło, to graliśmy, na lipcowe święto, a wcześniej na Zielone Świątki i Noc Kupały. Później w dożynki, na pierwszego września, w święto wojska i jedenastego listopada.
- Jedenastego listopada też graliście?
- A jakże. Na żołnierskim cmentarzu. Ja już nie liczę wyjazdowych koncertów.
- Ta… mieliście nagrody. Sławna była ta nasza fabryczna orkiestra.
- I jeszcze na pogrzebach…
Ceglarz wstał nagle. Stanisław też powstał. Pusta flaszka wraz ze szklankami znalazły swe niedawne miejsce w obszernych kieszeniach kurtki.
- Idziemy – rzekł zdecydowanym głosem – na moim nie zagracie.
Poszli równym, prostym krokiem w stronę osady. Nie wypadało starym przyjaciołom zdradzać niepewnym chodem, że są po wypiciu.
Pożegnali się przed kapliczką, która od wieków pilnowała skrzyżowania dwu głównych ulic fabrycznego osiedla. Ceglarz miał dalej do domu. Musiał przejść jeszcze z pół kilometra drożyną pomiędzy stawami.
Nazajutrz pod klub podjechała ciężarówka, na którą załadowano instrumenty i resztę walających się po pokojach przedmiotów. Nowy właściciel założył zamki do zewnętrznych drzwi, a po południu na teren parku otaczającego boisko zajechała ekipa stawiająca wysoką siatkę. Nie upłynął tydzień, kiedy cały teren został ogrodzony, a boisko potraktowane czteroskibowym pługiem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz