PIEŚŃ XXIV
(Kręg VIII. Tłumok
I. ZłodzieJe. Fuccio.)
Gdy słońce w porze
młodocianej roku
Promiennym włosem po
Wodniku brodzi³⁶⁶
A noc już dniowi nie
narzuca zmroku;
-----------------------------------------------------------------------
³⁶⁶słońce (…)
promiennym włosem po Wodniku brodzi — Słońce w trzeciej kwadrze
miesiąca stycznia wstępuje w znak Wodnika i tak stoi przez pierwsze
dwie kwadry miesiąca lutego. Czas, o którym tu mowa, przypada na
środek lutego, kiedy noc, doliczywszy do niej wieczór i zmrok
poranny, trwa około dwunastu godzin. W tym czasie słońce we
Włoszech już tak świeci i grzeje, że śniegi do rzadkości
należą. Całe to porównanie wieśniaka, który widząc ubielone
śniegiem pastwiska, a nie mając w zapasie karmy, drży o los swojej
trzody i załamuje dłonie, zaleca się szczególną prawdą i
stosownością jego użycia do obecnego położenia poety, gdy
nawykły widzieć zawsze wypogodzone czoło swojego mistrza, widzi je
zachmurzonym.
---------------------------------------------------------------------
Jeśli ubieli ziemię
zamróz ostry,
Udając barwy swojej
białej siostry,
Lecz trwa niedługo i
chłód swój łagodzi:
Wieśniak, któremu
braknie suchej paszy,
Widząc wokoło
bielące się błonie,
Wraca do domu,
załamuje dłonie,
Jak nieszczęśliwy,
co widmem się straszy;
Potem wychodzi i
pełen nadziei,
Widząc weselszy
świat po śnieżnej wiei,
Pochwyca laskę i na
łąk zielenie
Z obór wesołe swoje
trzody żenie³⁶⁷ —
Podobnie mistrz mnie
przeląkł po niewoli,
Gdym widział jego
zachmurzone czoło,
Podobnie maść on
przyłożył, gdzie boli.
Gdy nad strzaskaną
przyszliśmy arkadę,
On patrzał na mnie
słodko i wesoło
Jak u stóp góry;
sam z sobą wszedł w radę
i opatrzywszy skałę
z każdej strony,
Mnie otwartymi
pochwycił ramiony.
Jak ten, co pracę
poczyna z baczeniem,
Wpierw, co ma zrobić,
rozważa myśleniem,
Tak on, podnosząc
mnie na wierzch opoki,
Wskazywał palcem
drugi głaz wysoki
I mówił: Trzymaj
dłonie w pogotowiu,
Obejmij głaz ten,
lecz wprzódy oczyma
Rozpatruj pilno, czy
twój ciężar strzyma».
Jak się wpatrzyłem,
nie była to droga
Dla tych, co noszą
kapice z ołowiu;
Bo ja i wódz mój,
tak lekki Wirgili,
Ledwośmy z głazów
na głazy kroczyli;
Gdyby nie krótsza
ścieżka między skałą,
Sam nie wiem, co by z
mym wodzem się stało,
Mnie by pokonał
trud, a w końcu trwoga.
Lecz jako skały
zwane Złe Tłumoki
Pochyło schodzą w
zrąb studni głębokiej,
Każda dolina, którą
się przebiega,
Tu ma wyniosłość,
tam spadzistość brzega.
W końcuśmy doszli
do progu opoki,
Gdzie głaz ostatni
czołem prostopadłem
W dół się powalił
i w otchłań się rzuca:
Już mi zabrakło
oddechu na płuca,
Już iść nie mogłem
dalej i usiadłem.
«Z wady lenistwa
wyzuj się w tej dobie!»
Mistrz mówił, «w
puchu lub w pierzu kto lega,
Temu do sławy za
daleka droga;
A kto na ziemi po
krótkim przechodzie
Bez wieńca sławy
położy się w grobie,
Ten tyle śladu
zostawi po sobie,
Co dym w powietrzu,
co bańka na wodzie.
Wstań, wolą ducha
trud pokonasz snadnie³⁶⁸,
Duch w każdej walce
tryumfator wroga,
Gdy pod ciężarem
ciała nie upadnie. [...]
------------------------------------------------------------------------
³⁶⁷żenie (daw.)
— wypędza.
³⁶⁸snadnie
(daw.) — łatwo.
------------------------------------------------------------------------
Mamy do przejścia
jeszcze dłuższe wschody³⁶⁹,
Nie dosyć przebyć
skał tych występ nagi,
Niech ta uwaga doda
ci odwagi».
Wstałem z uczuciem
rzeźwiącej ochłody,
A piersi moje
swobodniej dyszały,
Mówiąc: «Idź
dalej, jam krzepki i śmiały!»
Szliśmy, a głazy
przed nami, pod nami,
Coraz wyższymi
sterczały garbami,
Szedłem bez przerwy
gwarząc to i owo,
Mocując wolę z
słabymi siłami,
Gdy z drugiej fosy
głos przemówił słowo.
Co mówił, nie wiem,
choć byłem na szczycie
Arkady mostu, co w
poprzek otchłani
Sklepiać swe łuki
zawisła tam na niej.
Głos mówiącego
zdradzał gniew nieskrycie,
Jam wzrok w dół
spuścił, ale żywe oko
Dna nie dościgło
przez ciemność głęboką.
«Mistrzu!» tak
rzekłem po chwili niedługiej,
«Przechodźmy most
ten, zstępujmy w krąg drugi.
Bo stąd ja słyszę,
a nic nie rozumiem,
Widzę, nic jednak
rozpoznać nie umiem».
A mistrz: «Zadosyć
słusznemu życzeniu,
Jako przystoi,
odpowiem w milczeniu».
I wnet przeszliśmy
łuk mostu ten samy,
Który przytyka aż
do ósmej tamy;
Wtenczas ujrzałem
cały otwór jamy³⁷⁰
Dno jej zapełnia
żmija, wąż, gadzina,
Gdy wspomnę, jeszcze
krew się we mnie ścina!
Libijskie piaski nad
brzegiem swych stoków
Nie rodzą tyle
płazów, hyder, smoków,
Kraj ponad Morzem
Czerwonym nie roni
Tyle zabójczych
pomorów i jadów.
Przez te obrzydłe
mnóstwa wężów, gadów
Wylękły, nagi
oddział potępieńców
Biegł bez nadziei
ujścia ich pogoni.
Ręce ich na tył
związane wężami,
Wijąc się, węże w
kształt ruchomych wieńców
Bodły ich nerki
ogonem, głowami.
Z tych
nieszczęśliwych jeden przerwał ciszę
Przeciągłym
krzykiem, kąsany od żmii
W miejscu, gdzie
ramię przytyka do szyi:
I nikt tak szybko O
lub J nie pisze,
Jak on się ogniem
zajął w okamgnieniu,
I w proch się cały
rozsypał w płomieniu.
Lecz proch, co
płomię³⁷¹ zgryzło i rozwiało, […]
----------------------------------------------------------------------
³⁶⁹Mamy do
przejścia jeszcze dłuższe wschody — Tu napomyka Wergiliusz o
wschodach, jakimi trudniej będzie poecie wchodzić na górę
czyśćcową. Sens tych słów wyraźnie mówi: że daleko więcej
trudności jest do zwalczenia przy pozbyciu się grzechu jak przy
jego uznaniu.
³⁷⁰Wtenczas
ujrzałem cały otwór jamy — W siódmym oddziale kręgu ósmego
karani są złodzieje, widzimy ich pod postacią wężów i gadów,
to pod postacią człowieka, za lada dotknięciem przemieniają swoje
postaci, jeden w drugiego kształty przechodzi, a każdy broni się
od przyobleczenia się w kształty nieswojskie; nawzajem radzi sobie
szkodzą i wzajem się nienawidzą. W tej i następnej pieśni poeta
zadziwia czytelnika bogactwem swojej fantazji, która po głębszej
rozwadze nie wyda się wszakże tylko próżną grą wyobraźni, ale
najlogiczniej zastosowaną do charakteru występku, jaki się tu
karze. Wiadomo jest, że choć złodzieje łączą się z sobą w
złym zamiarze, udzielają sobie nawzajem swych wiadomości i praktyk
i tak niejako przemieniają się jeden w drugiego, przecie lada
większa korzyść waśni ich, w razie potrzeb jeden drugiego nie
szczędzi i na ofiarę poświęca. Że potępieni są wzajemnym
narzędziem swojej kary w piekle, nic w tym dziwnego; zdarza się to
między złymi ludźmi i na ziemi.
³⁷¹płomię —
dziś rz. r.m.: płomień.
-----------------------------------------------------------------------
Zebrał się w siebie
i spoił się w ciało;
Tak Feniks kona, jak
bają po świecie,
Tak się odradza co
piąte stulecie,
Karmi się w życiu
nie ziarnem, rośliną,
Lecz wonią, łzami,
co z kadzideł płyną;
Z mirry i nardu na
palmie wysokiej
Stos pogrzebowy przed
zgonem układa,
I w ogniu z dymem
wzlatuje w obłoki.
Jak człowiek, który
sam nie wie, jak pada,
Przez kurcz chorobny,
czy przez moc szatana,
Gdy wstaje, wodzi
wokoło oczami,
Dziwi go boleść,
mdłość tak niespodziana:
Podobnie grzesznik
wstał z prochu przed nami.
O, jak surowa
sprawiedliwość Boga,
Gdy zemsta jego tak
straszna i sroga!
Mój wódz, kto on
jest, zapytał grzesznika.
On odpowiedział:
«Widzisz Toskańczyka,
Wpadłem w tę jamę,
jeszcze nie ma roku.
W życiu zwierzęcym
całą rozkosz czułem
I nie człowiekiem,
byłem istnym mułem.
Imię jest moje
Fucci, a Pistoja
Była to godna mnie
jaskinia moja³⁷².
A ja do wodza: «Niech
nie rusza kroku!
Spytaj, w tę jamę
wtrącono go za co?
Znałem go, był on
krewki i ladaco».
Grzesznik to słysząc,
nie unikał wzroku,
Zwrócił się do
mnie z twarzą obojętną,
Na której smutne
wstyd wycisnął piętno.
«W takiej mię nędzy»
duch przemówił potem
«Widząc, o!
większym nabawiasz kłopotem
Niż gdym się z moim
rozstawał żywotem.
Zadość uczynić
twojej chęci muszę,
Skradłem kościelne
sprzęty i ozdobę,
Winę zwalając na
drugą osobę;
Lecz wprzód nim
wyjdziesz z tych piekielnych cieni,
Gdybyś nie patrzał
rad na me katusze,
Daj ucho na głos
nowej wieści mojej.
Czarnych jak miotłą
wymiotą z Pistoi³⁷³,
Lud i obyczaj
Florencyja zmieni;
Dolinę Magry Mars
dymem zachmurza,
Z jego obłoków
zstąpi silna burza,
I szał swój wywrze
na piceńskie błonie:
Z chmur błyskawicą
zamigocą bronie,
Walczący muszą broń
na ziemię rzucić,
I wszystkich białych
huragan pochłonie.
Taką nowiną
chciałem się zasmucić³⁷⁴». [...]
³⁷²Fucci de
Lazeri — z Pistoi, fanatyczny zwolennik gwelfów czarnych.
Przytrzymany za kradzież świętych naczyń kościelnych, zrzucił
winę na notariusza Vanni della Mona, w którego mieszkaniu złożył
był skradzione rzeczy. Notariusz, niewinna ofiara swej uprzejmości,
powieszonym był zamiast rzeczywistego złodzieja.
³⁷³Czarnych jak
miotłą wymiotą z Pistoi — Biali gwelfowie na początku brali
górę w Pistoi i wypędzili czarnych, lecz wkrótce ze zmianą losu
gwelfów białych, poeta jako należący do ich stronnictwa wygnanym
był z Florencji. Markiz Malaspina (zwany „Mars”) stanąwszy na
czele gwelfów czarnych z Pistoi, zadał ogromną klęskę białym na
dolinie piceńskiej, przez którą przepływa rzeka Magra, na
pograniczu samym Toskanii a Genui.
³⁷⁴Taką nowiną
chciałem się zasmucić — Dante należący do stronnictwa gwelfów
białych, spotkał w tym kręgu Fuccia, który był gwelfem czarnym;
ten zagniewany, że poeta widział go w takiej piekielnej męce, z
rozkoszą przepowiada jemu upadek ostateczny gwelfów białych. Rys
dość charakterystyczny zajadłości stronnictw politycznych.
[06.09.2026, Toruń]