O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

03 czerwca 2020

BUSZUJĄCY W KSIĄŻKACH

Pobuszujemy sobie po literaturze, świetnej w dodatku i czeskiej. 
Przechadzając się pomiędzy zastawionymi książkami bibliotecznymi regałami lubię chwycić w dłonie pierwszą, środkową lub ostatnią w rzędzie książkę i jeżeli tym razem nie zapomniałem okularów, odczytuję kilka pierwszych zdań tekstu, po czym odkładam książkę na bok lub wsuwam ją z powrotem w miejsce, w którym sobie żyła. Nie zawsze tak jest, bo czasami wiem, co wypożyczyć, ale sprawia mi przyjemność taka zabawa w odczytanie pierwszych kilku zdań. 
Prawdopodobnie w taki sposób dotarłem do prześwietnej książki Ladislava Fuksa "Śledztwo prowadzi radca Heumann". Zatem te zdania. Śliczny, charakterystyczny dla Fuksa opis. Dla tych, których wszelkie opisy bywają udręką, ten poniższy będzie, dla odmiany, zachętą.  

"Na miasto sypał drobny połyskliwy śnieg. Szerokie asfaltowe jezdnie i chodniki powoli robiły się białe, podobnie jak niezliczone ilości aut, pomniki w parkach i kamienne balustrady mostów. I choć zbliżało się dopiero południe, zapalały się stopniowo tysiące barwnych reklam, wszystkie te bajecznie kolorowe światła tkwiły uwięzione w oszronionym igliwiu, a z wnętrz sklepów płynął na ulice słodki śpiew dzieci, dzwonków i organów. "
(...)

Przebiegamy przez kilka linijek tekstu i dochodzimy do dialogu; tu wypowiadanego przez pana profesora do swoich uczniów przed rozejściem się do domów w związku z zimowo-świątecznymi feriami. Odnajdujemy w tym miejscu charakterystyczną dla Fuksa narrację: profesor stoi za nowoczesnym stołem, który wyobraża (?) katedrę; do tego kręci głową i mówi....
W innym miejscu pojawia się kolejna stylistyczna zagwozdka. Otóż pan profesor informując młodzież o dziewięciodniowym "wolnym" zostaje napomniany przez uczniów z tylnych ławek, że tych wolnych dni będzie jednak trzynaście. Pan profesor bez irytacji stwierdza: "No więc trzynaście, chwała Bogu..." nie przejmując się ani swoim błędem, ani też podpowiedzią uczniów. To niby taki malutki szczegół, ale po tym poznaje się stylistykę Ladislava Fuksa. Wielokrotnie w jego powieściach dochodzi do takich sytuacji, w których wykreowany bohater za nic sobie ma popełnione niedociągnięcie czy błąd i najczęściej z humorem wychodzi z poczynionej sobie komplikacji obronną ręką.
Prześledźmy ten fragment.
"Profesor stał za nowoczesnym stołem, który wyobrażał katedrę, kręcił głową i mówił:
- Większość z was jest już, lub w najbliższym czasie będzie, pełnoletnia. Wielu bywa już w winiarniach i prowadzi auta. Niektórzy z was pisują już nawet listy miłosne... Ale żebyście mieli dobrze w głowie... Za pół godziny pójdziecie do domu, przed wami dziesięć wolnych dni...
- Trzynaście... - odezwały się głosy z tylnych ławek, a profesor za stołem skinął głową i rzekł:
- No więc trzynaście, chwała Bogu, ale wy nie możecie się już doczekać. Myślicie, że nie wiem, że w czasie pauzy chcieliście uciec? Cieszcie się, że możecie się uczyć, że macie do tego głowę. Chociaż wydaje mi się - profesor podniósł wzrok - że właściwie nie. Że trafiliście tu przez jakąś dziwną pomyłkę."
Nadto proszę zwrócić uwagę na końcową w tym miejscu i wiele mówiącą ocenę uczniów, którzy trafili do szkoły "przez jakąś dziwną pomyłkę"... ale my czytelnicy jakoś nie mamy do pana profesora pretensji za to w gruncie rzeczy humorystyczne (co także zdarza się u Fuksa bardzo często) określenie.

Drugą pozycją po której sobie pobuszuję jest zbiór opowiadań Bohumila Hrabala "Taka piękna żałoba", a właściwie przytoczę poniżej wstęp do tego zbiorku, który został nazwany przekornie przez tego świetnego czeskiego prozaika "Zamiast wstępu"
Myślę, że im dłużej idzie człowiek przez życie, tym bardziej odczuwa potrzebę powrotu do swojego dzieciństwa, tym większe odczuwa pragnienie powrotu w głąb wyobraźni chłopca, do jego postaci, by urzeczywistnić to, o czym jako dziecko myślał, o czym marzył. Zamykając krąg swoich cykli, zatrzymałem się przy tych kilku latach szkoły powszechnej, kiedy umiałem latać nie znając zasad lotu, kiedy potrafiłem myśleć dokładniej niż później, kiedy nie rozstawałem się z książkami i wszystko stawiałem na wykształcenie. I tak oto w tych opowiadaniach zatrzymałem piękne obrazy, które nie starzeją się wraz ze mną; w książce tej pozostaję niezmiennie chłopczykiem w marynarskim ubranku, z tornistrem pełnym książek i zeszytów na plecach, wciąż jednak pogrążonym w szczelnym dzwonie świadomej nieświadomości, wciąż wybiegającym naprzeciw tajemnicy i zdziwieniu wywołanemu osłupieniem tym, co się wokół niego dzieje. I czując obumieranie ciała stwierdziłem, iż ten chłopiec we mnie jest nie tylko moim domowym korepetytorem, nie tylko światłem w gęstniejącym zmierzchu, lecz także miarą wszystkich owych rzeczy, których nie dotyczy ani umieranie, ani śmierć.

Czyż w tych kilku zdaniach skreślonych przez pana Hrabala nie ma samej prawdy? Czyż ja tego uczucia nie doświadczam, a ze mną dziesiątki, może nawet setki innych?
Dzieciństwo piękne jest nawet wtedy, gdy było trudnym, żmudnym i niepięknym. Ma rację pan Bohumil - w tym świecie dziecięcym nie ma jeszcze i mowy być nie może o umieraniu, o śmierci. Świat przed taką gałązką stoi otworem.
Czy po przeczytaniu takiego wstępu nie nabiera się ochoty na przeczytanie całego zbiorku opowiadań?
Na zakończenie dwa obrazki przedstawiające:
1) Bohumila Hrabala (po lewej) wraz z jego przyjacielem, awangardowym artystą  Vladimírem Boudníkiem, którego pisarz kilkukrotnie uczynił bohaterem swoich opowiadań,
2) Jedna z abstrakcyjnych grafik Boudníka.

1)

2)

PS. Oczywiście zachęcam do przeczytania obu książek

[03.06.2020, Toruń]

8 komentarzy:

  1. często po pierwszych zdaniach wiem czy książka jest z tych ulubionych, czy potrafi zaciekawić od początku.
    Znawcą sztuki nie jestem i ta grafika jakoś do mnie nie przemawia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... a czasami jest odwrotnie, początek dobry, reszta słaba, ale zapewniam, że nie w tym przypadku.
      Grafika - toć przecież ja, konkretnie moja głowa z szyją, wspieram się leżąc na podbródku - tak teraz wyglądam

      Usuń
  2. Nie uwierzysz że ..... ni z tego ni z owego... wróciłam do dobrego wojaka Szwejka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie i ja powrócę do dobrego wojaka. Czeska literatura, ba kultura cała, ma swój niepowtarzalny urok.

      Usuń
  3. Trzeba przyznać, że dziwny zbieg okoliczności sprawił iż 3 osoby postanowiły wspomnieć o literaturze czeskiej. Ty wychwalasz Fuksa,Stokrotka czyta "Szwejka", a ja wtrącam wątek osobisty. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...albowiem skoro nieszczęścia lubią chodzić parami, to przyjemności spowodowane kontaktem z literaturą tego pięknego kraju, chadzają sobie trójkami :-)

      Usuń
  4. Niestety, nie znam literatury czeskiej, choć w młodości z przyjemnością i to kilkakrotnie czytałam Jana Drdy "Miasteczko na dłoni", a potem w telewizji oglądałam cudowne "Igraszki z diabłem" we wspaniałej obsadzie aktorskiej.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytałem Drdę, "Igraszki z diabłem" to jedna z najradośniejszych komedii Teatru Telewizji, a czeską literaturę cenię za m.in. za to, że nie ma w niej tyle pseudopatriotycznego zadęcia, liczy się człowiek, jego codzienne małe radości i smutki oraz to, że Czesi w ogóle mają dystans do samych siebie, potrafią się śmiać z własnych ułomności i wad w równym stopniu, jak to czynią w odniesieniu do współbraci... pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń