Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

12 maja 2026

ODKURZONE - ŹRÓDEŁKO

 

- No i udało się panu wyprząc mnie z tego kieratu. I dobrze, choć nie narzekam. Ja nie jestem z tych, co narzekają, choć życie nie jest łatwe, pan sam wie. Po czym poznałam? Wygląda mi pan na zatroskanego, co to niejedno w życiu przeżył, a teraz, choć na wypoczynku, tylko w połowie jest pan myślą w tych górach i lasach. Ta druga pana połowa jest gdzie indziej. Zgadłam?

Owszem, nie mogła tego lepiej sprecyzować. Każde moje wakacje - a starałem się przynajmniej raz na rok gdzieś wyjeżdżać - wyglądały podobnie; nie potrafiłem cieszyć się nimi bezgranicznie, zawsze coś mi przeszkadzało. Taki jestem.

- Pielęgniarka wzięła dzisiaj mamę na rehabilitację. Nie zawsze tak jest. Zwykle to ja z mamą jadę, ale rozumiem, że Gośka, ta pielęgniarka, o której mówię, nie zawsze ma czas, ma swoich pacjentów. Swoją drogą dobra z niej dziewczyna. Przyjechała z własnej woli na to pustkowie, pracowita bardzo, uczynna i cierpliwa. Rehabilitantka musi być cierpliwa. Tylko, wie pan, obawiam się, że jej osobiste życie się nie ułoży. Młodzi faceci, czemu się nie dziwię, szukają swych połówek tam, gdzie gospodarstwo. Tak wiecznie było i jest na wsi, w górach czy nie w górach, a taka rehabilitantka to czym może im zaimponować? Tym skromnym mieszkankiem w ośrodku zdrowia, mniejszym, bo to większe zajmuje lekarz z żoną i dwójką dzieci? Panie Adamie, ona się u nas zmarnuje, zwłaszcza że nie należy do przebojowych kobiet, a powiedziałabym, że sprawia wrażenie zahukanej, choć serce ma złote… ale, panie Admie, kto to dzisiaj doceni.

Droga nasza wiodła szlakiem spacerowym pod górę. Marta chciała mi pokazać źródełko, z którego bije uzdrawiająca woda. Ona wprawdzie nie wierzy bajaniom o cudowności tego źródła, ale przekonała mnie, że woda w źródełku naprawdę posiada wybitne wartości smakowe, a do tego jest przyjemnie zimna, co nie jest bez znaczenia dla wędrowców szukających wrażeń podczas spacerów po górach.

- Mama jest już trzy lata po udarze. Początkowo ani ręką ani nogami nie ruszała - tylko jedną rękę miała władną; mówiła wolno i niewyraźnie. Sześć tygodni była w szpitalu. Nie powiem, postawili ją na nogi, dosłownie, ale cóż z tego, skoro na tych nogach nie mogła chodzić - kilka kroków w chodziku - to wszystko, na co było ją stać, ale mowa jej się poprawiła, to trzeba przyznać. Rokowania niejasne. Trzeba ćwiczyć i ćwiczyć. Pan rozumie, że człowiek po takim udarze, jaki przeszła moja mama to najpierw traci resztki wiary w wyzdrowienie i nie odczuwa żadnego, choćby minimalnego postępu, ot, że może poruszać palcami unieruchomionej dłoni, że wykrzywione usta jakby odzyskują dawny kształt, że zrobiła dzisiejszego dnia dwa kroki więcej niż wczoraj. Nadchodzą takie chwile, kiedy płacz pojawiający się z nienagła zaczyna być treścią życia, jedzenie nie smakuje, bo niby po co ma jeść, skoro nawet spożywając najbardziej energetyczny posiłek, nie wzmocni nim organizmu. Dochodzą do tego samooskarżenia i pretensja do świata: dlaczego właśnie ją to spotkało? Przeżywałam to. Jak ja to przeżywałam! Tym bardziej, że zostałyśmy same, bo ojciec odszedł na drugą stronę rok przed mamy udarem. Jest brat - siedzi na gospodarstwie w sąsiedniej wsi. Nie powiem, o matce nie zapomina, ale przecież ma pracę. Ja też miałam, pracowałam w gminie do czasu śmierci ojca. Potem otworzyłam w domu maleńkie biuro podatkowe - coś trzeba robić, aby przeżyć. Śmierć ojca, a później choroba matki mogły mi pokrzyżować nawet i to zajęcie, ale wie pan, w moim biurze zaczęli się pojawiać nowi klienci. Tak sobie myślę, że rekomendowali mi ich moi koledzy z pracy. Że byłam bardzo dobrą księgową i znam się na swojej robocie? Bynajmniej. Chyba raczej z litości. Ale czy mogłam nie przyjmować?

Potem z bratem ustaliliśmy, że te trzy pokoje na górze można by odstąpić turystom, a że je jakoś ogarnęliśmy to zasługa brata. On sam ma dwa, które wynajmuje z żoną, no i ta jego żona dba o to, aby nie stały puste przynajmniej latem i zimą. I tak właśnie dorabiamy sobie, a mnie dodatkowo przyszło gotować dla gości, bo to od nas do miasteczka spory kawałek, a turysta jak głodny, to i najpiękniejsze góry mu się nie spodobają, a jak zje, do tego w miarę tanio, to pan wie….

Odbiliśmy od głównego szlaku w lewo, też zaznaczonym szlakiem, ale pod bardziej strome wzniesienie. Droga ciągnęła się zakosami pośród starych, rozłożystych świerków; była kamienista, a podchodzenie nią pod górę w stronę źródełka wymagało sporego wysiłku. Marcie przywykłej do chodzenia po górach ta wąska ścieżyna nie sprawiała trudności; ja z kolei, objuczony plecakiem, choć niepełnym, czułem, że dysponuję coraz krótszym oddechem, więc w paru miejscach przystawaliśmy na wyraźne życzenie Marty, która przewidziała, jak sądzę, tę komplikację, jaką niesie z sobą mieszkaniec rozległych nizin.

- No i jakoś ciągniemy to nasze życie, bezbarwne, bez atrakcji, zresztą, był pan u nas w kwietniu, więc ma pan obraz tych dni. Od kwietnia do września nie zmieniło się tak wiele; może tylko mama porusza się znów odrobinę sprawniej, chociaż tego nie zauważa, a ja wiem, ja wierzę, że jest lepiej, bo jeszcze przed rokiem nie wychodziła na spacery tak często jak teraz. Owszem, w prawym ręku ma kulę, lewym ramieniem wspiera się na moim, ale już tak bardzo nie powłóczy nogami, nie szura. Zdarza się też, że przejdzie parę kroków samodzielnie po równym, ale czy nastąpi taka poprawa, aby mogła się poruszać tak zgrabnie jak przed udarem - nie sądzę. Najważniejsze jest, że nie wypłakuje się do poduszki tak jak dawniej, a i przy obiedzie pomoże - obiera ziemniaki, włoszczyznę, na siedząco przy kuchni przypilnuje gotowanego. Ostatnio kazała sobie kupić zeszyt i coś w nim zapisuje. Zerkam czasami, ale nie daje poczytać. Gryzmoli coś powoli niewyraźnym pismem, ale lekarz powiedział, że to dobrze, bo chcąc nie chcąc, ćwiczy sobie tę chorą rękę, a i ja myślę sobie, że mama to właśnie dlatego wzięła się za pisanie, aby wyszkolić tę dłoń i palce. Trzy lata takiej monotonnej harówki, panie Adamie, ale nie żałuję ani jednego dnia z tych lat, bo tak jakoś poczułam, że jeszcze bardziej zbliżyłyśmy się do siebie, chociaż zawsze byłyśmy z sobą blisko, jak to córka z matką. Ale gdy brat przyjedzie z synową i dziećmi - trójkę ich mają - to mama jeszcze bardziej odżywa, a wydaje mi się, że wtedy próbuje okazać się zdrowszą niż jest w istocie, nie pokazuje kalectwa, z którego z tak wielkim mozołem się wydostaje. No i oczywiście chwali mnie przy gościach, powiada, że gdyby nie ja, pewnie dawno by gryzła ziemię, bo jeszcze w jakieś pół roku po nieszczęściu miała myśli samobójcze. Ja wtedy rumienię się, bo w końcu nic takiego wielkiego nie robię. Miałabym zostawić mamę samą sobie? W naszej wsi, tyle że poniżej, jest taka rodzina, która oddała najstarszą z rodu, babkę do domu opieki. Dom wielki mają, jak pensjonat, nie to co nasz - czworo dorosłych ludzi, dzieci w nastoletnim wieku - też czworo, gospodarzą na paru hektarach, trzymają owce, ale całe wielkie piętro z poddaszem wynajmują letnikom; pobudowali też drugi domek, niedaleko, na polanie - dobrze im się wiedzie, syn i wnuczek tej babki stawiają dachy, ba, całe chałupy i wille z drewna, więc nawet gdy turystów zabranie, dają sobie radę… i widzi pan - babkę oddali do domu opieki. Nie potrafiłabym tak.

Wskazała ręką przed siebie i w górę, gdzie świerki niższe, jakby skarłowaciałe. Będzie jakieś sześćdziesiąt metrów pod górę, a wspinając się wijącą drożyną - ze dwieście.

Zauważyłem, że Marta unika opowiadania bezpośrednio o sobie, a pojawia się zwykle w kontekście opowieści o swojej matce. Mówiąc o pielęgniarce - rehabilitantce, współczuła jej losowi, a przecież mogłaby przyłączyć siebie do tego obrazu kobiet, które nie troszczą się o swój los w taki sposób, w jaki opiekują się innymi. Już drugi raz jestem gościem w jej domu, zaprzyjaźniliśmy się nawet, już od pierwszego dnia mojego pobytu w tamtym chłodnym jeszcze kwietniu poczułem do niej sympatię, ale ani przedtem, ani teraz nie opowiadała o sobie wprost, o sobie jako o Marcie, która oprócz swej pracy w mikroskopijnym biurze podatkowym, oprócz opieki nad matką i zajmowaniem się gośćmi, jest przecież kobietą i powinna mieć własne, oddane tylko sobie życie. Ale nigdy nie widziałem jej przygnębioną, zniechęconą codziennością i monotonią zajęć, jakie wykonuje, a jeśli nawet nie uśmiecha się zbyt często, nie kipi energią od świtu do nocy, to miałem wrażenie, że jest bezgranicznie szczęśliwa, chociaż…

- To jesteśmy prawie na miejscu. Jeszcze kilkadziesiąt kroków. Pan zmęczony?

A jakże, byłem zmęczony, ale czy powinienem się z tym zdradzać? Właśnie teraz, gdy jesteśmy tak blisko celu?

- Najgorsze mam już za sobą - wyjaśniłem. - Kiedy się już widzi miejsce, do którego się dążyło, zmęczenie mija – stwierdziłem.

Źródełko ujęte było w kamienne, przez człowieka utworzone kręgi. Bokiem z jego wnętrza wypływała niewielka i niehałaśliwa struga, tocząca zdrową i magiczną wodę, o czym poinformowała mnie Marta, do strumienia opadającego niezliczonymi meandrami zakrętów w stronę kamienistej, wzbierającej często podczas ulewnych deszczów rzeki. Będąc tuż przy źródle, zanurzyłem w nim dłonie i z tych dłoni wypijałem krystalicznie czystą, metalicznie twardą wodę o posmaku magnezu.

- Wziął pan z sobą butelki? Bardzo dobrze. Nie wierzę w jej uzdrawiającą moc, ale może nasz organizm nie wie, że jest zdrowa jak żadna inna - powiedziała Marta. - W każdym razie niech pan do pełna nabierze tej wody, a po powrocie do domu odleję sobie trochę dla mamy. Ona wierzy w jej cudowną moc.

Schodziliśmy raźniej, a plecak jaki taszczyłem na grzbiecie, choć ważący teraz cztery kilo więcej, nie ciążył tak jak wtedy, gdy szliśmy pod górę.

Marta zerknęła na zegarek, po czym spojrzała na mnie z satysfakcją.

- Kiedy dojdziemy, będziemy mieli jeszcze trzy kwadranse, zanim mama przyjedzie z rehabilitacji. Zjemy sobie pierogów z jagodami. Mam je w lodówce. Lubi pan pierogi z jagodami?

- Oczywiście, że lubię – odrzekłem.




[12.05.2026, Toruń]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz