Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

28 grudnia 2015

CEROWANIE SKARPETEK

Aby wykazać wyższość zacznijmy od skarpetek… tych przetartych na piętach albo gdzieś w miejscu kontaktu paznokcia wielkiego palucha z materiałem… nazwijmy rzecz po imieniu - chodzi o skarpetki z dziurami.
Tedy brało się filiżankę lub szklankę (może być musztardówka), naciągało na nią koniecznie wypraną skarpetkę, przygotowywało się miękką bawełniczkę o zbliżonym kolorze i tańcującą igłę,  i… wzdłuż a potem w poprzek nicowało się, nicowało… ech… nawet w szkole tego uczyli. Niwelowało się też rozprucia, przyszywało guziki. Oczywiście było też wyszywanie, robienie na drutach, cierpliwe prace z szydełkowym orężem w dłoni, ale mnie nie o sztukę chodzi, lecz o to rzemieślnicze cerowanie.
Kto by dzisiaj skarpetki cerował? Kto? Po to jest kosz, aby podkolanówkę taką w nim porzucić. Jakiż to problem za cztery złote zakupić na ryneczku pół tuzina skarpeteczek, a za zgubionym guziczkiem też przecież nie będziemy penetrować szuflad pasmanteryjnych marketów. Się nową koszulkę kupi: chińską, wietnamską albo ekstra hinduską.
No i kto powie, że drzewiej lepiej bywało… a nic podobnego!
A ileż to, jeden z drugim, programów w swoim telewizorze miałeś? A czy w ogóle telewizor miałeś? A jeśli miałeś, to czy kolorowy? Teraz masz coś około setki programów i każdy z nich ciekawszy od poprzedniego na liście. Kiedyś to nawet w poniedziałki filmu nie uświadczyłeś, bo teatr dawali, a w czwartki - kryminały; w środy jakaś idiotyczna „Filmoteka Arcydzieł”; dopiero w soboty i niedziele coś ekstra, po amerykańsku, włosku, szwedzku, francusku lub rosyjsku. A jak w porciętach chodziłeś to dręczyli cię jakimś Zwierzyńcem, Ekranem z Bratkiem, Telesforem albo Telerankiem, nie mówiąc już o Dobranocce. 
A dzisiaj telewizja uczy cię oglądania filmów na pamięć. W końcu, jeśli obejrzysz po raz czterysta dwunasty  „Czterech Pancernych” to nie ma siły, abyś nie zapamiętał dialogów.
Zdarzyło mi się tak, że przed ostatnim wyjazdem na trzy tygodnie włączyłem jeden z ulubionych kanałów, na którym szedł dostojnie film X. Wracam więc po tych dwudziestu jeden dniach, włączam ulubiony kanał i… proszę bardzo… film X powrócił ze mną.
W jakim to kraju filmowe media tak o ciebie dbają? 
Oj tak, w dawnych, niesłusznych czasach było tylko gorzej. Nie było tej wolności, nie było. Religii nie było, nie było Kościoła, kościołów nie budowano… no po prostu nie można się było modlić, a matka i dwie babki do kościoła chodziły… co tydzień, a czasami częściej. Zachodzę w głowę, jak im się udało uniknąć spotkania z plutonem egzekucyjnym, bo były to czasy, kiedy komuniści chodzili po ulicach i strzelali. A jeden dziadek to komunistą nie był i Wolnej Europy słuchał, ale do kościoła nie chodził, bo kościół miał w swoim ogrodzie. Ojciec trochę się w swego ojca wdał z tym „niechodzeniem”, ale na religię złego słowa nie powiedział. Matce swojej zaprenumerował nawet dwa katolickie tygodniki. Oj złe to były czasy, złe. Także dlatego, że gorzej się jadło, a w piątki to już tragicznie, bo w piątki karmiono mnie rybami albo dawano coś bez mięsa, kluchy jakieś czy co. No, źle było, źle. Nie powiem, sześć dni w tygodniu jadło się jakieś mięso, ale wstrętne było bo z naturalnie karmionych wieprzków i bydlątek, kur i kaczek łażących po podwórkach albo gęsi i indyczek. A po mleko to szło się do chłopa z bańką… ale jakieś tłuste było, łąką pachniało, a jak się je „dało na zsiadłe” to nożem można było kroić… paskudne. Na święta to szynka obowiązkowa była, ale taka z paskami tłuszczu, po staremu, a wiadomo, że tłuszcz to największa trucizna i zaraza, a jadło się to albo sklepowe, albo przez ojca uwędzone. A ryby to nie od święta były, zwłaszcza te lubiące się pluskać w słodkiej wodzie, ale to nie dziwota, skoro ojciec często wędziska w stawach maczał.
A już z tymi ciastami to istna rozpusta była. Ojca matka jak piekła na bożonarodzeniowe święta, to do połowy lutego ze spiżarni można było brać i paskudnie słodyczą zaprawiać żołądkowe soki, a przecież żadnych chemicznych utrwalaczy nie stosowała. Matka matki z kolei, mniej wytrawna w kucharskiej profesji piekła na każdą niedzielę smakowitą, wilgotną babkę; formowała też oszczędne, kruche ciasteczka, które podsyłała do zaprzyjaźnionego kucharza - zwykle dwie porządne blachy z tego wychodziły czyli cały kubełeczek. 
No, po prostu było tragicznie. Do jakiegoś głupiego kina się chodziło na niemądre filmy, do paskudnego teatru, jeździło się na pożal się Boże, bałtyckie albo jeziorowe wczasy, czytało się idiotyczne książki, prasę codzienną i tygodniową i chodził człowiek cały w tych nerwach, że komuna nie pozwala korzystać z internetu.

8 komentarzy:

  1. Oj prawda, prawda.
    A najprawdziwsza prawda to ta, że każdy miał pracę...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a prawda jest też taka, że każda epoka ma swoje blaski i cienie, natomiast nie jest prawdą, że w poprzedniej epoce odżywialiśmy się jedynie octem i musztardą

      Usuń
  2. A ja na niektóre aspekty ówczesnego życia chętnie bym sie zamieniła, oprócz cerowania, bo tego nie lubiłam nigdy!
    Tak się własnie zastanawiam: w moim mieście kościołów jak banków i zawsze pełne, to skąd tyle tego zła na świecie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przykro mi, ale nie potrafię na Twoje pytanie odpowiedzieć :-)

      Usuń
  3. Miły post z przymrużeniem oka, no bo jak może być paskudne mleko świeżo udojone, rosół z kury biegającej po podwórku? A szkolne wyjazdy do stolicy, by zobaczyć spektakle Hanuszkiewicza pamiętam do dziś. Chodziłam w pocerowanych skarpetach, a potem w pończochach oddawanych do repasacji. Obecnie wiele się natrudziłam, by pokazać wnukowi żywą świnię, krowę, kozę. Na wsi już gospodarze nie hodują zwierząt.Jajka, mleko, kurczaki kupują w Biedronce. Współcześnie ilość nie przeszła w jakość. Dotyczy to nie tylko jedzenia, ale i kultury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie... masz rację... ja naprawdę w ocenie przeszłości staram się być obiektywny i myślę, że w tej nostalgii to nie tylko chodzi o to, że było się wtedy pięknym i młodym i dlatego te przeszłość tak pięknie wspominamy... otóż były takie dziedziny życia, które dzisiaj niepotrzebnie spaprano

      Usuń
  4. A kto to dziś pamięta, że rapasaczki były? Gdy rajstopki dwa złote kosztują...
    A co do kultury - Mamidło ze dwadzieścia lat wspominało wyjazd na ,,Balladynę'' w reżyserii Hanuszkiewicza! Ilekroć widziała na małym ekranie panią Dykiel, to padały sakramentalne słowa: - To ta, co na motorze po scenie jechała...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. i ja tę "Balladynę" pamiętam... i naprawdę zagorzałe dyskusje na tym, czy aby Hanuszkiewicz nie za bardzo przesadził ze współczesnym odczytaniem Słowackiego. Szczerze wątpię w to, czy w obecnych czasach zajmowano by się Melpomeną. Dzisiaj mamy tragikomedię pod nazwą "Trybunał Konstytucyjny"

      Usuń