Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

10 maja 2016

NIEDZIELE NA HANKI SAWICKIEJ

A niedziele przeznaczone były dla miasteczka. Były to czasy, kiedy chodziło się do kościoła. Możliwe, że przez wzgląd na babcię - matkę ojca, która już o ósmej rano była z powrotem w domu po porannej mszy. Z drugiej strony mama była wierząca, podobnie jak jej rodzice, mieszkający w miasteczku najpierw przy ulicy Łukasińskiego, potem Narutowicza i w końcu przy HANKI SAWICKIEJ, więc może nie tylko ze względu na babcię Mariannę systematycznie w każdą niedzielę chodziła do kościoła.
Dziadek, ojciec ojca, miał swojego Boga i kościół w ogrodzie i pewnie tam się modlił, więc do kościoła w miasteczku nie chodził. Właściwie powinienem napisać: nie dojeżdżał, bo do kościoła mieliśmy prawie cztery kilometry. Swoją drogą dziwię się bardzo, jak mogło nie dochodzić nie dochodzić do kłótni czy scysji pomiędzy dziadkiem a babcią w kwestii tego kościoła, czy szerzej - wiary. Nie przypominam sobie wojen religijnych w naszym domu. Nie było też konfliktów na tle politycznym. Z opowiadań, a choćby i z książek w domowej biblioteczce sprawa przedstawiała się tak, że dziadek, ojciec ojca zawołanym był Piłsudczykiem, babcia natomiast, nota bene szlachcianka, pochodziła z rodziny sympatyzującej z Dmowskim. Wyrodny syn, znaczy się mój ojciec, po powojennej przygodzie z esbecją, kiedy to z chłopakami noszącymi jeszcze porcięta w zębach próbował wysadzić w powietrze monument ku czci radzieckich wyzwolicieli, postawiony w mieście K., ten syn wyrodny zapisał się do partii. Jak oni się nie pozabijali nawzajem, pozostanie to dla mnie słodką tajemnicą.
Ojciec wprawdzie do miasteczka z mamą i ze mną dojeżdżał, ba, nawet podprowadzał nas pod sam kościół, ale chwilę później zaszywał się w mieście na te circa czterdzieści pięć minut, kupował ciastka w cukierni, odbierał w zaprzyjaźnionym kiosku tygodniową prasę i wstępował na pięćdziesiątkę do gospody po schodkach.
Spotykaliśmy się wszyscy przy cukierni, kupowaliśmy lody i szliśmy na ulicę HANKI SAWICKIEJ, na obiad do rodziców mamy.
Najczęściej był rosół z kury kupowanej w każdy czwartek na targu; do tego jakiś kotlecik schabowy lub mielony, albo ta kurka, ziemniaczki, rzecz jasna, no i jakaś surówka czy sałatka. Babcia Helena na każdą niedzielę piekła tez ciasto - niewyszukane, ot piaskowa babka, zawsze z prodiża i zawsze taka przyjemnie wilgotna. Dziadek Władek z kolei przygotowywał na ten dzień słynną na całe miasteczko „przepalankę”. Świętowaliśmy niedzielę do późnego popołudnia w szóstkę, bo do biesiady dołączał się też młodszy brat matki lub w siódemkę, kiedy ten brat, mój imiennik, dał się pochwycić na małżeńskie lasso.  
Rosołku starczało akurat, podobnie z drugim daniem i przepalanką, którą mnie, zgrozo, nie częstowano, racząc moje pragnienie kompotem z truskawek lub wiśni.
Po obiadku wychodziło się, a jakże na spacer, na słynną, kasztanową ulicę Narutowicza. Szło się potem albo aż do Żeromskiego, albo skracając sobie drogę spaceru do MARCHLEWSKIEGO, po czym przez generała Dąbrowskiego dochodziło się do WARYŃSKIEGO, aby przejść Sienkiewiczem i Tuwimem do JANKA KRASICKIEGO i w końcu wrócić na HANKI SAWICKIEJ.
Na tej HANKI SAWICKIEJ, po spacerze, babcia robiła wszystkim herbaty, która popijaliśmy piaskową babkę, oglądając w telewizji koncert życzeń, jakiś mecz albo „Bonanzę”, którą uwielbiał dziadek.
Na HANKI SAWICKIEJ grało się też w karty, najczęściej w tysiąca i jak zwykle wygrywała babcia Helena a dziadek Władek przegrywał, rozwiązywano krzyżówki oraz bawiono się w „loteryjkę”.
Każdy z graczy miał prostokątną, niezbyt wielką, ponumerowaną planszę. Gospodarz gry i zarazem jej uczestnik, wyciągał losowo z woreczka okrągłe, tekturowe numerki i ten, kto posiadał ten numer na swojej planszy, zakrywał nim właściwe pole, a komu poszczęściło się zebrać wszystkie kartoniki, ten wygrywał. Najbardziej los sprzyjał, jak zwykle w wszelkich grach, babci, a dziadek zawsze pomstował na nią, prosząc swoją małżonkę o to, aby choć raz dała mu wygrać.
Ojciec w tej zabawie zwykle nie uczestniczył. Odwiedzał kuzyna matki, który tak jak on, zbierał znaczki. Wymieniali się nimi, albo też ojciec kupował od tamtego jakąś markę, którą uzupełniał swoją kolekcję.
I w końcu przed wieczorem opuszczaliśmy miasteczko, to jednopokojowe mieszkanko przy ulicy HANKI SAWICKIEJ.
Minęła kolejna niedziela.

[09.05.2016, Dobrzelin]

6 komentarzy:

  1. Moja jedna babcia też miała na imię Marianna, ale w odwiedziny chodziliśmy do babci Stefanii, bo Marianna mieszkała z nami. Wiele cudownych wizyt pamiętam i pysznych potraw i wspaniałych, choć skromnych świąt...
    To znamienne, ze praktykom religijnym oddawały się głównie kobiety, w mojej rodzinie też, a dziadkowie chociaż niby wierzący, ale do kościoła nie chodzili...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ponieważ ja też z Marianną mieszkałem, a w dodatku te wcześniejsze imienne, tudzież cukrownicze zbieżności, coraz bardziej zastanawiam się nad tym, czy rozpoznaję w Tobie moją siostrę :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja babcia miała też Marianna, a druga Jadwiga, a mama Stefania. Myślę, że imiona przechodziły z ojca na syna, bo Jaśków i Franków było najwięcej.
    W niedzielę zwykle był rosół i dostawałam ulubione skrzydełko. W ciągu tygodnia nie jadało się mięsa, czasem na chleb kładziono paski wędzonej słoniny lub okraszono ziemniaki podane do żuru lub zalewajki. Moi dziadkowie też nie chodzili do kościoła. dziadek Jan dodawał: pomódl się za mnie, to wystarczy. I wierzę, że wystarczyło, bo dobry i pracowity był ten człowiek.
    Pewnie już tych ulic nie ma, zastąpili je innymi nazwami, które za jakiś czas znów będą niesłuszne.Ta historia to nieźle manipuluje, a rację zawsze ma zwycięzca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no popatrz, jak to z tymi dziadkami bywało.
      Trudno mi jednoznacznie orzec, czy mięsko było codziennie... pewnie nie. Zdaje się, że na pewno były kartofelki, jakoś tam kraszone, zsiadle mleko, jajka sadzone i mizeria na ostro z cebulą, pieprzem, na śmietance.
      Co do tych nazw ulic, to z pełną premedytacją wielką literą je napisałem... z przekory, a także z przekonaniem, że ... co tu takiego ulica zawiniła...?

      Usuń
  4. Mizeria była skrapiana octem i polana śmietaną z solą i koprem. U mnie w domu najwięcej było dań mącznych, czyli pierogów, naleśników, kopytek, klusek z serem. Sama też serwuję te dania.

    OdpowiedzUsuń
  5. I ciągle mam przed oczami to pytanie:"Jak oni się nie pozabijali nawzajem"?
    Teraz trzebaby ich rozdzielać.
    :-)
    A wspomnienia jak zwykle piękne.

    OdpowiedzUsuń