Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

06 września 2026

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (13)

 

R. 5. DEMOKRATYZACJA PANA I MARZENIA PANNY Z TOWARZYSTWA cd.


[…] Bywali tam wreszcie sławni malarze, a nade wszystko natchnieni poeci, którzy w sztambuchach ¹²⁴ hrabianek pisywali ładne wiersze, mogli kochać się bez nadziei i uwieczniać wdzięki swoich okrutnych bogiń naprzód w gazetach, a następnie w oddzielnych tomikach, drukowanych na welinowym papierze¹²⁵. Cała ta ludność, między którą ostrożnie przesuwali się wygalonowani¹²⁶ lokaje, damy do towarzystwa, ubogie kuzynki i łaknący wyższych posad kuzyni, cała ta ludność obchodziła wieczne święto. Od południa składano sobie i oddawano wizyty i rewizyty albo zjeżdżano się w magazynach. Ku wieczorowi bawiono się przed obiadem, w czasie obiadu i po obiedzie. Potem jechano na koncert lub do teatru, ażeby tam zobaczyć inny sztuczny świat, gdzie bohaterowie rzadko kiedy jedzą i pracują, ale za to wciąż gadają sami do siebie — gdzie niewierność kobiet staje się źródłem wielkich katastrof i gdzie kochanek, zabity przez męża w piątym akcie, na drugi dzień zmartwychwstaje w pierwszym akcie, ażeby popełniać te same błędy i gadać do siebie nie będąc słyszanym przez osoby obok stojące. Po wyjściu z teatru znowu zbierano się w salonach, gdzie służba roznosiła zimne i gorące napoje, najęci artyści śpiewali, młode mężatki słuchały opowiadań porąbanego kapitana o murzyńskiej księżniczce, panny rozmawiały z poetami o powinowactwie dusz, starsi panowie wykładali inżynierom swoje poglądy na inżynierię, a damy w średnim wieku półsłówkami i spojrzeniami walczyły między sobą o podróżnika, który jadł ludzkie mięso. Potem zasiadano do kolacji, gdzie usta jadły, żołądki trawiły, a buciki rozmawiały o uczuciach lodowatych serc i marzeniach głów niezawrotnych. A potem — rozjeżdżano się, ażeby w śnie rzeczywistym nabrać sił do snu życia. Poza tym czarodziejskim był jeszcze inny świat — zwyczajny. O jego istnieniu wiedziała panna Izabela i nawet lubiła mu się przypatrywać z okna karety, wagonu albo z własnego mieszkania. W takich ramach i z takiej odległości wydawał on się jej malowniczym i nawet sympatycznym. Widywała rolników powoli orzących ziemię — duże fury ciągnione przez chudą szkapę — roznosicieli owoców i jarzyn — starca, który tłukł kamienie na szosie — posłańców idących gdzieś z pośpiechem — ładne i natrętne kwiaciarki — rodzinę złożoną z ojca, bardzo otyłej matki i czworga dzieci, parami trzymających się za ręce — eleganta niższej sfery, który jechał dorożką i rozpierał się w sposób bardzo zabawny — czasem pogrzeb. I mówiła sobie, że tamten świat, choć niższy, jest ładny; jest nawet ładniejszy od obrazów rodzajowych¹²⁷, gdyż porusza się i zmienia co chwilę. I jeszcze wiedziała panna Izabela, że jak w oranżeriach rosną kwiaty, a w winnicach winogrona, tak w tamtym, niższym świecie, wyrasta􀰗ą rzeczy jej potrzebne. Stamtąd pochodzi jej wierny Mikołaj i Anusia, tam robią rzeźbione fotele, porcelany, kryształy i firanki, tam rodzą się froterzy¹²⁸, tapicerowie, ogrodnicy i panny szyjące suknie. Będąc raz w magazynie kazała zaprowadzić się do szwalni i bardzo ciekawym wydał się jej widok kilkudziesięciu pracownic, które krajały, fastrygowały i układały na formach fałdy ubrań. Była pewna, że robi im to wielką przyjemność, ponieważ te panny, które brały jej miarę albo przymierzały suknie, były zawsze uśmiechnięte i bardzo zainteresowane tym, ażeby strój leżał na niej dobrze. I jeszcze wiedziała panna Izabela, że na tamtym, zwyczajnym świecie trafiają się ludzie nieszczęśliwi. Więc każdemu ubogiemu, o ile spotkał ją, kazała dawać po kilka złotych; raz spotkawszy mizerną matkę z bladym jak wosk dzieckiem przy piersi oddała jej bransoletę, a brudne, żebrzące dzieci obdarzała cukierkami i całowała z pobożnym uczuciem. Zdawało się jej, że w którymś z tych biedaków, a może w każdym, jest utajony Chrystus, który zastąpił jej drogę, ażeby dać okazję do spełnienia dobrego czynu. W ogóle dla ludzi z niższego świata miała serce życzliwe. Przychodziły jej na myśl słowa Pisma świętego: „W pocie czoła pracować będziesz.”¹²⁹. Widocznie popełnili oni [...]

-----------------------------------------------------------------------

¹²⁴sztambuch — album, pamiętnik.

¹²⁵welinowy papier — biały gładki papier, wysokiego gatunku.

¹²⁶wygalonowani — w liberii obszytej galonami, czyli złotą lub srebrną taśmą.

¹²⁷obrazy rodzajowe przedstawiają ludzi jako typy pewnych warstw społecznych wśród codziennych zajęć.

¹²⁸froter — pracownik zajmujący się woskowaniem i polerowaniem podłóg.

¹²⁹W pocie czoła pracować będziesz — w Starym Testamencie słowa Boga skierowane do Adama po popełnieniu przez niego grzechu pierworodnego.

-----------------------------------------------------------------------

[...]

jakiś ciężki grzech, skoro skazano ich na pracę; ależ tacy jak ona aniołowie nie mogli nie ubolewać nad ich losem. Tacy jak ona, dla której największą pracą było dotknięcie elektrycznego dzwonka albo wydanie rozkazu. Raz tylko niższy świat zrobił na niej potężne wrażenie. Pewnego dnia, we Francji, zwiedzała fabrykę żelazną. Zjeżdżając z góry, w okolicy pełnej lasów i łąk, pod szafirowym niebem zobaczyła otchłań wypełnioną obłokami czarnych dymów i białych par i usłyszała głuchy łoskot, zgrzyt i sapanie machin. Potem widziała piece, jak wieże średniowiecznych zamków, dyszące płomieniami — potężne koła, które obracały się z szybkością błyskawic — wielkie rusztowania, które same toczyły się po szynach — strumienie rozpalonego do białości żelaza i półnagich robotników, jak spiżowe posągi, o ponurych wejrzeniach. Ponad tym wszystkim — krwawa łuna, warczenie kół, jęki miechów, grzmot młotów i niecierpliwe oddechy kotłów, a pod stopami dreszcz wylęknionej ziemi. Wtedy zdało się jej, że z wyżyn szczęśliwego Olimpu zstąpiła do beznadziejnej otchłani Wulkana¹³⁰, gdzie cyklopowie¹³¹ kują pioruny mogące zdruzgotać sam Olimp. Przyszły jej na myśl legendy o zbuntowanych olbrzymach, o końcu tego pięknego świata, w którym przebywała, i pierwszy raz w życiu ją, boginię, przed którą gięli się marszałkowie i senatorzy, zdjęła trwoga.

— To są straszni ludzie, papo… — szepnęła do ojca.

Ojciec milczał, tylko mocniej przycisnął jej ramię.

— Ale kobietom oni nic złego nie zrobią?

— Tak, nawet oni — odpowiedział pan Tomasz.

W tej chwili pannę Izabelę ogarnął wstyd na myśl, że troszczyła się tylko o kobiety. Więc szybko dodała:

— A jeżeli nam, to i wam nie zrobią nic złego…

Ale pan Tomasz uśmiechnął się i potrząsnął głową. W owym czasie dużo mówiono o zbliżającym się końcu starego świata, a pan Tomasz głęboko odczuwał to, z wielkimi trudnościami wydobywając pieniądze od swoich pełnomocników. Odwiedziny fabryki stanowiły ważną epokę w życiu panny Izabeli. Z religijną czcią czytywała ona poezje swego dalekiego kuzyna, Zygmunta¹³², i zdawało się jej, że dziś znalazła ilustrację do Nie-Boskiej komedii. Odtąd często marzyła o zmroku, że na górze kąpiącej się w słońcu, skąd zjeżdżał jej powóz do fabryki, stoją Okopy Św. Trójcy¹³³, a w tej dolinie zasnutej dymami i parą było obozowisko zbuntowanych demokratów, gotowych lada chwila ruszyć do szturmu i zburzyć jej piękny świat.

Teraz dopiero zrozumiała, jak gorąco kocha tę swoją duchową ojczyznę, gdzie kryształowe pająki zastępują słońce, dywany—ziemię, posągi i kolumny—drzewa. Tę drugą ojczyznę, która ogarnia arystokrację wszystkich narodów, wykwintność wszystkich czasów i najpiękniejsze zdobycze cywilizacji. I to wszystko miałoby runąć, umrzeć albo rozpierzchnąć się!… Rycerska młodzież, która śpiewa z takim uczuciem, tańczy z wdziękiem, pojedynkuje się z uśmiechem albo skacze na środku jeziora w wodę za zgubionym kwiatkiem?… Mają zginąć te ukochane przyjaciółki, które okrywały ją tyloma pieszczotami albo siedząc u jej nóg opowiadały jej tyle drobnych tajemnic, albo oddalone od niej pisywały takie długie, bardzo długie listy, w których tkliwe uczucia mieszały się z nader wątpliwą ortografią? A ta dobra służba, która ze swymi panami postępuje tak, jakby zaprzysięgała im dozgonną miłość, wierność i posłuszeństwo? A te modystki, które zawsze witają ją z uśmiechem i tak pamiętają o najdrobniejszym szczególe jej toalety, tak dokładnie wiedzą o jej triumfach? A te piękne konie, którym jaskółka mogłaby zazdrościć lotu, a te psy mądre i przywiązane jak ludzie, a te ogrody, gdzie ręka ludzka powznosiła pagórki, wylewała strumienie, modelowała drzewa?… I to wszystko miałoby kiedyś zniknąć?… […]

------------------------------------------------------------------------

¹³⁰Wulkan — w mitologii rzymskiej bóg ognia i opiekun kowalstwa.

¹³¹cyklopowie — w mitologii greckiej demony ognia, jednookie olbrzymy, które sporządzały dla Zeusa pioruny.

¹³²Zygmunt — mowa o Zygmuncie Krasińskim.

¹³³Okopy Św. Trójcy — dawna warownia przy ujściu Zbrucza do Dniestru, pod Kamieńcem Podolskim. W Nie-Boskiej komedii (1835) Krasiński przedstawił Okopy Św. Trójcy jako ostatnią twierdzę, gdzie broni się arystokracja.

-----------------------------------------------------------------------

[…] Od tych rozmyślań przybył pannie Izabeli na twarz nowy wyraz — łagodnego smutku, który ją robił jeszcze piękniejszą. Mówiono, że już zupełnie dojrzała. Rozumiejąc, że wielki świat jest wyższym światem, panna Izabela dowiedziała się powoli, że do tych wyżyn wzbić się można i stale na nich przebywać tylko za pomocą dwóch skrzydeł: urodzenia i majątku. Urodzenie zaś i majątek są przywiązane do pewnych wybranych familii, jak kwiat i owoc pomarańczy do pomarańczowego drzewa. Bardzo też jest możliwym, że dobry Bóg widząc dwie dusze z pięknymi nazwiskami, połączone węzłem sakramentu, pomnaża ich dochody i zsyła im na wychowanie aniołka, który w dalszym ciągu podtrzymuje sławę rodów swoimi cnotami, dobrym ułożeniem i pięknością. Stąd wynika obowiązek oględnego zawierania małżeństw, na czym najlepiej znają się stare damy i sędziwi panowie. Wszystko znaczy trafny dobór nazwisk i majątków. Miłość bowiem, nie ta szalona, o jakiej marzą poeci, ale prawdziwie chrześcijańska, zjawia się dopiero po sakramencie i najzupełniej wystarcza, ażeby żona umiała pięknie prezentować się w domu, a mąż z powagą asystować jej w świecie. Tak było dawniej i było dobrze, według zgodnej opinii wszystkich matron. Dziś zapomniano o tym i jest źle: mnożą się mezalianse i upadają wielkie rodziny. „I nie ma szczęścia w małżeństwach” — dodawała po cichu panna Izabela, której młode mężatki opowiedziały niejeden sekret domowy. Dzięki nawet tym opowiadaniom nabrała dużego wstrętu do małżeństwa i lekkiej wzgardy dla mężczyzn. Mąż w szlafroku, który ziewa przy żonie, całuje ją mając pełne usta dymu z cygar, często odzywa się: „A dajże mi spokój”, albo po prostu: „Głupia jesteś!…” — ten mąż, który robi hałasy w domu za nowy kapelusz, a za domem wydaje pieniądze na ekwipaże dla aktorek, to wcale nieciekawe stworzenie. Co najgorsze, że każdy z nich przed ślubem był gorącym wielbicielem, mizerniał nie widząc długo swej pani, rumienił się, kiedy ją spotkał, a nawet niejeden obiecywał zastrzelić się z miłości. Toteż mając lat osiemnaście, panna Izabela tyranizowała mężczyzn chłodem. Kiedy Wiktor Emanuel raz pocałował ją w rękę, uprosiła ojca, że tego samego dnia wyjechali z Rzymu. W Paryżu oświadczył się jej pewien bogaty hrabia francuski; odpowiedziała mu, że jest Polką i za cudzoziemca nie wyjdzie. Podolskiego magnata odepchnęła zdaniem, że odda swoją rękę tylko temu, kogo pokocha, a na co się jeszcze nie zanosi, a oświadczyny jakiegoś amerykańskiego milionera zbyła wybuchem śmiechu. Takie postępowanie na kilka lat wytworzyło dokoła panny pustkę. Podziwiano ją i wielbiono, ale z daleka; nikt bowiem nie chciał narażać się na szyderczą odmowę. Po przejściu pierwszego niesmaku panna Izabela zrozumiała, że małżeństwo trzeba przyjąć takim, jakie jest. Była już zdecydowana wyjść za mąż, pod tym wszakże warunkiem, aby przyszły towarzysz — podobał się jej, miał piękne nazwisko i odpowiedni majątek. Rzeczywiście, trafiali się jej ludzie piękni, majętni i utytułowani; na nieszczęście jednak, żaden nie łączył w sobie wszystkich trzech warunków, więc — znowu upłynęło kilka lat.

Nagle rozeszły się wieści o złym stanie interesów pana Tomasza i — z całego legionu konkurentów — zostało pannie Izabeli tylko dwu poważnych: pewien baron i pewien marszałek¹³⁴, bogaci, ale starzy.

Teraz spostrzegła panna Izabela, że w wielkim świecie usuwa jej się grunt pod nogami, więc zdecydowała się obniżyć skalę wymagań. Ale że baron i marszałek pomimo swoich majątków budzili w niej niepokonaną odrazę, więc odkładała stanowczą decyzję z dnia na

dzień. Tymczasem pan Tomasz zerwał z towarzystwem. Marszałek nie mogąc się doczekać odpowiedzi wyjechał na wieś, strapiony baron za granicę i — panna Izabela pozostała kompletnie samą. Wprawdzie wiedziała, że każdy z nich wróci na pierwsze zawołanie, ale — którego tu wybrać?… jak przytłumić wstręt?… Nade wszystko zaś, czy podobna robić z siebie taką ofiarę mając niejaką pewność, że kiedyś odzyska majątek, i wiedząc, że wówczas znowu będzie mogła wybierać. Tym razem już wybierze, poznawszy, jak ciężko jej żyć poza towarzystwem salonów […]

¹³⁴marszałek — tu przedstawiciel szlachty z całej guberni prowadzący zarazem księgi rodowodowe szlachty



[06.09.2026, Toruń]

ŁACIŃSKIE MĄDROŚCI (321 – 340)

 

321. bona diagnosis, bona curatio - dobre rozpoznanie, dobre leczenie

322. bona valetudo melior est quam maximae divitiae - dobry stan zdrowia jest lepszy niż największe bogactwo

323. caeca invidia est - zazdrość jest ślepa

324. carpe diem - chwytaj dzień (korzystaj z chwili, ciesz się chwilą) [Horacy]

325. cedant arma togae - niech oręż ustąpi przed togą

326. cibi condimentum est fames - dosł. głód jest przyprawą dla każdego posiłku

327. cogitationum poenam nemo luit - nikt nie cierpiał kary za myślenie

328. cogito ergo sum - filoz. myślę, więc jestem [Kartezjusz]

329. concordia civium murus urbium - zgoda mieszkańców murem miasta

330. conditio sine qua non - praw. warunek niezbędny

331. coniugium sine prole est quasi dies sine sole - małżeństwo bez dzieci jest jak dzień bez Słońca

332. consuetudinis vis magna est - wielka jest siła przyzwyczajenia

333. consuetudo altera natura est - przyzwyczajenie jest drugą naturą

334. contraria contrariis curantur - przeciwne (leczy się) przeciwnym

335. contraria sunt complementa - przeciwieństwa się uzupełniają

336. contra vim mortis non est medicamen in hortis - przeciwko sile śmierci nie ma lekarstwa w ogrodach

337. cuius regio, eius religio - czyj region (lub: kraj, władza, rząd), tego religia

338. cuiusvis hominis est errare, nullius nisi insipientis in errore perseverare - każdy człowiek może zbłądzić, [a] uparcie trwać przy błędzie tylko głupi

339. culpam poena premit comes - winie depcze po piętach kara

340. cultus domesticus - troska o dom



[06.09.2026, Toruń]

PISZMY POPRAWNIE - INTERPUNKCJA (31-32)

 

Przecinek przed zarówno

Wyraz zarówno nigdy nie występuje samodzielnie, ponieważ jest składnikiem spójnika złożonego zarówno…, jak (i, też), który oznacza, że cechy lub stany rzeczy opisywane przez dwa zdania lub ich składniki odnoszą się do tego samego desygnatu.

Przed wyrazem zarówno nie umieszczamy przecinka, musimy jednak postawić go w środku spójnika, w skład którego wchodzi, a dokładnie przed wyrazem jak.


Te rozwiązania sprawdzą się zarówno w małych, jak i dużych pomieszczeniach.

Czarna sukienka to kreacja, która pasuje zarówno do biura, jak też na randkę.

W sali bankietowej można zorganizować zarówno kameralne przyjęcie w gronie najbliższych, jak i duże wesele.


Przecinek przed poprzez

Wyraz poprzez pełni w zdaniu funkcję przyimka, który:

1) informuje o tym, że ktoś lub coś się przemieszcza;

2) wraz z przyłączanym rzeczownikiem opisuje jakieś działanie będące środkiem do osiągnięcia celu;

3) przyłącza miejsce lub czas wykonania danej czynności;

4) przyłącza nazwę osoby, instytucji lub rzeczy, której ktoś używa lub korzysta z jej pośrednictwa.

Przed wyrazem poprzez nie stawiamy przecinka. Wyjątkiem jest tylko zdanie zawierające konstrukcję od… poprzez… aż do / aż pow takiej sytuacji przecinki są dopuszczalne (mogą nadawać rytm wypowiedzi), ale ich użycie nie jest konieczne.


Droga do chaty wiedzie poprzez mokradła.

Sygnał można wzmocnić poprzez zastosowanie anteny.

Działalność firmy w Albanii była prowadzona poprzez przedstawicieli firmy.

Nasza firma oferuje kompleksowe wykańczanie wnętrz: od koncepcji poprzez realizację aż po finalną prezentację klientowi.

Droga do pełni szczęścia wiedzie od zrozumienia własnych słabości, poprzez zaakceptowanie ich, aż do eliminacji takich cech z naszego charakteru.



[06.09.2026, Toruń]

DANTE - PIEKŁO - PIEŚŃ XXIV

 

PIEŚŃ XXIV

(Kręg VIII. Tłumok I. ZłodzieJe. Fuccio.)


Gdy słońce w porze młodocianej roku

Promiennym włosem po Wodniku brodzi³⁶⁶

A noc już dniowi nie narzuca zmroku;

-----------------------------------------------------------------------

³⁶⁶słońce (…) promiennym włosem po Wodniku brodzi — Słońce w trzeciej kwadrze miesiąca stycznia wstępuje w znak Wodnika i tak stoi przez pierwsze dwie kwadry miesiąca lutego. Czas, o którym tu mowa, przypada na środek lutego, kiedy noc, doliczywszy do niej wieczór i zmrok poranny, trwa około dwunastu godzin. W tym czasie słońce we Włoszech już tak świeci i grzeje, że śniegi do rzadkości należą. Całe to porównanie wieśniaka, który widząc ubielone śniegiem pastwiska, a nie mając w zapasie karmy, drży o los swojej trzody i załamuje dłonie, zaleca się szczególną prawdą i stosownością jego użycia do obecnego położenia poety, gdy nawykły widzieć zawsze wypogodzone czoło swojego mistrza, widzi je zachmurzonym.

---------------------------------------------------------------------

Jeśli ubieli ziemię zamróz ostry,

Udając barwy swojej białej siostry,

Lecz trwa niedługo i chłód swój łagodzi:

Wieśniak, któremu braknie suchej paszy,

Widząc wokoło bielące się błonie,

Wraca do domu, załamuje dłonie,

Jak nieszczęśliwy, co widmem się straszy;

Potem wychodzi i pełen nadziei,

Widząc weselszy świat po śnieżnej wiei,

Pochwyca laskę i na łąk zielenie

Z obór wesołe swoje trzody żenie³⁶⁷ —

Podobnie mistrz mnie przeląkł po niewoli,

Gdym widział jego zachmurzone czoło,

Podobnie maść on przyłożył, gdzie boli.

Gdy nad strzaskaną przyszliśmy arkadę,

On patrzał na mnie słodko i wesoło

Jak u stóp góry; sam z sobą wszedł w radę

i opatrzywszy skałę z każdej strony,

Mnie otwartymi pochwycił ramiony.

Jak ten, co pracę poczyna z baczeniem,

Wpierw, co ma zrobić, rozważa myśleniem,

Tak on, podnosząc mnie na wierzch opoki,

Wskazywał palcem drugi głaz wysoki

I mówił: Trzymaj dłonie w pogotowiu,

Obejmij głaz ten, lecz wprzódy oczyma

Rozpatruj pilno, czy twój ciężar strzyma».

Jak się wpatrzyłem, nie była to droga

Dla tych, co noszą kapice z ołowiu;

Bo ja i wódz mój, tak lekki Wirgili,

Ledwośmy z głazów na głazy kroczyli;

Gdyby nie krótsza ścieżka między skałą,

Sam nie wiem, co by z mym wodzem się stało,

Mnie by pokonał trud, a w końcu trwoga.

Lecz jako skały zwane Złe Tłumoki

Pochyło schodzą w zrąb studni głębokiej,

Każda dolina, którą się przebiega,

Tu ma wyniosłość, tam spadzistość brzega.

W końcuśmy doszli do progu opoki,

Gdzie głaz ostatni czołem prostopadłem

W dół się powalił i w otchłań się rzuca:

Już mi zabrakło oddechu na płuca,

Już iść nie mogłem dalej i usiadłem.

«Z wady lenistwa wyzuj się w tej dobie!»

Mistrz mówił, «w puchu lub w pierzu kto lega,

Temu do sławy za daleka droga;

A kto na ziemi po krótkim przechodzie

Bez wieńca sławy położy się w grobie,

Ten tyle śladu zostawi po sobie,

Co dym w powietrzu, co bańka na wodzie.

Wstań, wolą ducha trud pokonasz snadnie³⁶⁸,

Duch w każdej walce tryumfator wroga,

Gdy pod ciężarem ciała nie upadnie. [...]

------------------------------------------------------------------------

³⁶⁷żenie (daw.) — wypędza.

³⁶⁸snadnie (daw.) — łatwo.

------------------------------------------------------------------------

Mamy do przejścia jeszcze dłuższe wschody³⁶⁹,

Nie dosyć przebyć skał tych występ nagi,

Niech ta uwaga doda ci odwagi».

Wstałem z uczuciem rzeźwiącej ochłody,

A piersi moje swobodniej dyszały,

Mówiąc: «Idź dalej, jam krzepki i śmiały!»

Szliśmy, a głazy przed nami, pod nami,

Coraz wyższymi sterczały garbami,

Szedłem bez przerwy gwarząc to i owo,

Mocując wolę z słabymi siłami,

Gdy z drugiej fosy głos przemówił słowo.

Co mówił, nie wiem, choć byłem na szczycie

Arkady mostu, co w poprzek otchłani

Sklepiać swe łuki zawisła tam na niej.

Głos mówiącego zdradzał gniew nieskrycie,

Jam wzrok w dół spuścił, ale żywe oko

Dna nie dościgło przez ciemność głęboką.

«Mistrzu!» tak rzekłem po chwili niedługiej,

«Przechodźmy most ten, zstępujmy w krąg drugi.

Bo stąd ja słyszę, a nic nie rozumiem,

Widzę, nic jednak rozpoznać nie umiem».

A mistrz: «Zadosyć słusznemu życzeniu,

Jako przystoi, odpowiem w milczeniu».

I wnet przeszliśmy łuk mostu ten samy,

Który przytyka aż do ósmej tamy;

Wtenczas ujrzałem cały otwór jamy³⁷⁰

Dno jej zapełnia żmija, wąż, gadzina,

Gdy wspomnę, jeszcze krew się we mnie ścina!

Libijskie piaski nad brzegiem swych stoków

Nie rodzą tyle płazów, hyder, smoków,

Kraj ponad Morzem Czerwonym nie roni

Tyle zabójczych pomorów i jadów.

Przez te obrzydłe mnóstwa wężów, gadów

Wylękły, nagi oddział potępieńców

Biegł bez nadziei ujścia ich pogoni.

Ręce ich na tył związane wężami,

Wijąc się, węże w kształt ruchomych wieńców

Bodły ich nerki ogonem, głowami.

Z tych nieszczęśliwych jeden przerwał ciszę

Przeciągłym krzykiem, kąsany od żmii

W miejscu, gdzie ramię przytyka do szyi:

I nikt tak szybko O lub J nie pisze,

Jak on się ogniem zajął w okamgnieniu,

I w proch się cały rozsypał w płomieniu.

Lecz proch, co płomię³⁷¹ zgryzło i rozwiało, […]

----------------------------------------------------------------------

³⁶⁹Mamy do przejścia jeszcze dłuższe wschody — Tu napomyka Wergiliusz o wschodach, jakimi trudniej będzie poecie wchodzić na górę czyśćcową. Sens tych słów wyraźnie mówi: że daleko więcej trudności jest do zwalczenia przy pozbyciu się grzechu jak przy jego uznaniu.

³⁷⁰Wtenczas ujrzałem cały otwór jamy — W siódmym oddziale kręgu ósmego karani są złodzieje, widzimy ich pod postacią wężów i gadów, to pod postacią człowieka, za lada dotknięciem przemieniają swoje postaci, jeden w drugiego kształty przechodzi, a każdy broni się od przyobleczenia się w kształty nieswojskie; nawzajem radzi sobie szkodzą i wzajem się nienawidzą. W tej i następnej pieśni poeta zadziwia czytelnika bogactwem swojej fantazji, która po głębszej rozwadze nie wyda się wszakże tylko próżną grą wyobraźni, ale najlogiczniej zastosowaną do charakteru występku, jaki się tu karze. Wiadomo jest, że choć złodzieje łączą się z sobą w złym zamiarze, udzielają sobie nawzajem swych wiadomości i praktyk i tak niejako przemieniają się jeden w drugiego, przecie lada większa korzyść waśni ich, w razie potrzeb jeden drugiego nie szczędzi i na ofiarę poświęca. Że potępieni są wzajemnym narzędziem swojej kary w piekle, nic w tym dziwnego; zdarza się to między złymi ludźmi i na ziemi.

³⁷¹płomię — dziś rz. r.m.: płomień.

-----------------------------------------------------------------------

Zebrał się w siebie i spoił się w ciało;

Tak Feniks kona, jak bają po świecie,

Tak się odradza co piąte stulecie,

Karmi się w życiu nie ziarnem, rośliną,

Lecz wonią, łzami, co z kadzideł płyną;

Z mirry i nardu na palmie wysokiej

Stos pogrzebowy przed zgonem układa,

I w ogniu z dymem wzlatuje w obłoki.

Jak człowiek, który sam nie wie, jak pada,

Przez kurcz chorobny, czy przez moc szatana,

Gdy wstaje, wodzi wokoło oczami,

Dziwi go boleść, mdłość tak niespodziana:

Podobnie grzesznik wstał z prochu przed nami.

O, jak surowa sprawiedliwość Boga,

Gdy zemsta jego tak straszna i sroga!

Mój wódz, kto on jest, zapytał grzesznika.

On odpowiedział: «Widzisz Toskańczyka,

Wpadłem w tę jamę, jeszcze nie ma roku.

W życiu zwierzęcym całą rozkosz czułem

I nie człowiekiem, byłem istnym mułem.

Imię jest moje Fucci, a Pistoja

Była to godna mnie jaskinia moja³⁷².

A ja do wodza: «Niech nie rusza kroku!

Spytaj, w tę jamę wtrącono go za co?

Znałem go, był on krewki i ladaco».

Grzesznik to słysząc, nie unikał wzroku,

Zwrócił się do mnie z twarzą obojętną,

Na której smutne wstyd wycisnął piętno.

«W takiej mię nędzy» duch przemówił potem

«Widząc, o! większym nabawiasz kłopotem

Niż gdym się z moim rozstawał żywotem.

Zadość uczynić twojej chęci muszę,

Skradłem kościelne sprzęty i ozdobę,

Winę zwalając na drugą osobę;

Lecz wprzód nim wyjdziesz z tych piekielnych cieni,

Gdybyś nie patrzał rad na me katusze,

Daj ucho na głos nowej wieści mojej.

Czarnych jak miotłą wymiotą z Pistoi³⁷³,

Lud i obyczaj Florencyja zmieni;

Dolinę Magry Mars dymem zachmurza,

Z jego obłoków zstąpi silna burza,

I szał swój wywrze na piceńskie błonie:

Z chmur błyskawicą zamigocą bronie,

Walczący muszą broń na ziemię rzucić,

I wszystkich białych huragan pochłonie.

Taką nowiną chciałem się zasmucić³⁷⁴». [...]

³⁷²Fucci de Lazeri — z Pistoi, fanatyczny zwolennik gwelfów czarnych. Przytrzymany za kradzież świętych naczyń kościelnych, zrzucił winę na notariusza Vanni della Mona, w którego mieszkaniu złożył był skradzione rzeczy. Notariusz, niewinna ofiara swej uprzejmości, powieszonym był zamiast rzeczywistego złodzieja.

³⁷³Czarnych jak miotłą wymiotą z Pistoi — Biali gwelfowie na początku brali górę w Pistoi i wypędzili czarnych, lecz wkrótce ze zmianą losu gwelfów białych, poeta jako należący do ich stronnictwa wygnanym był z Florencji. Markiz Malaspina (zwany „Mars”) stanąwszy na czele gwelfów czarnych z Pistoi, zadał ogromną klęskę białym na dolinie piceńskiej, przez którą przepływa rzeka Magra, na pograniczu samym Toskanii a Genui.

³⁷⁴Taką nowiną chciałem się zasmucić — Dante należący do stronnictwa gwelfów białych, spotkał w tym kręgu Fuccia, który był gwelfem czarnym; ten zagniewany, że poeta widział go w takiej piekielnej męce, z rozkoszą przepowiada jemu upadek ostateczny gwelfów białych. Rys dość charakterystyczny zajadłości stronnictw politycznych.


[06.09.2026, Toruń]

FILOZOFIA - BERTRAND RUSSELL - SZKICE SCEPTYCZNE

 

MARZENIA I FAKTY

I

Wiemy z codziennej obserwacji o tym, że nasze życzenia wpływają na kształtowanie się naszych wierzeń, ale mylimy się na ogół co do charakteru tego wpływu. Przypuszczamy zazwyczaj, że większość naszych sądów opiera się na jakimś rozumowaniu, a pragnienie jest tylko przypadkową siłą, zakłócającą jego bieg. Antyteza tego twierdzenia byłaby bliższa prawdy: przeważająca część sądów kierujących naszym codziennym życiem jest po prostu ucieleśnieniem pragnień, skorygowanym tu i ówdzie w poszczególnych punktach za pomocą silnego zderzenia się z faktem. Człowiek jest w gruncie rzeczy marzycielem, który budzi się czasem na chwilę za sprawą jakiegoś szczególnie natrętnego elementu świata zewnętrznego, lecz szybko powraca do miłych rojeń, podsuwanych mu przez wyobraźnię. Freud pokazał, jak dalece nasze sny nocne są obrazowym ujęciem naszych życzeń, i zupełnie słusznie zaliczył do tej samej grupy sny na jawie; a mógł był dołączyć i te sny na jawie, które nazywamy wierzeniami.

Irracjonalne pochodzenie naszych przekonań może być udowodnione w trojaki sposób:

- za pomocą psychoanalizy, która rozpoczyna od badań nad histerykami i obłąkanymi, po czym stopniowo wyjaśnia, jak mało te ofiary choroby różnią się zasadniczo od zdrowych ludzi;

- następnie metodą sceptycznego filozofa, wykazującego, jak nikłe są dowody na korzyść nawet najdroższych naszemu sercu wierzeń;

- wreszcie na drodze zwykłej obserwacji ludzi. Zamiarem moim jest uwzględnić tylko ten ostatni sposób.

Najdziksze plemiona ludzkie, opisane w pracach antropologów, świadome swej niewiedzy, bynajmniej nie szukają drogi po omacku pośród zjawisk, do których zrozumienia nie roszczą sobie pretensji. Przeciwnie, mają one niezliczone wierzenia, których trzymają się tak mocno, że poddają ich kontroli wszystkie swoje ważniejsze czyny. Wierzą na przykład, że spożycie mięsa zwierzęcia lub wojownika pozwala zdobyć zalety posiadane przez ofiarę za życia. Wiele szczepów wierzy, że wymówienie imienia ich wodza jest świętokradztwem powodującym natychmiastową śmierć; posuwają się nawet tak daleko, że zmieniają wszystkie słowa, w których to imię występuje jako jedna z sylab; gdybyśmy,

dajmy na to, mieli króla imieniem Jan, musielibyśmy nazywać janowiec (powiedzmy) piotrowcem, a safian — safpiotrem. Plemiona, które przechodzą do rolnictwa, skutkiem czego ich zaopatrywanie się w żywność staje się zależne od stanu pogody, wierzą, że magiczne zaklęcia lub rozpalanie małych ognisk sprowadzi deszcz lub nakaże słońcu jasno świecić. Wierzą też, że duch zamordowanego ściga zabójcę, aby się pomścić, lecz można go zbić z tropu za pomocą jakiegoś prostego przebrania, jak pomalowanie twarzy na czerwono lub włożenie żałoby. Pierwsza część tego wierzenia została najwidoczniej wymyślona przez tych, którzy obawiali się, że ich zamordują, druga — przez tych, którzy morderstwo popełnili.

Irracjonalne wierzenia nie są wyłączną własnością dzikich. Ogromna większość rodu ludzkiego ma przekonania religijne różniące się od naszych, a przeto, jak uważamy, bezpodstawne. Z wyjątkiem zawodowych polityków, ludzie interesujący się polityką bronią namiętnie swoich poglądów na niezliczone kwestie, w których każda nieuprzedzona osoba musiałaby się powstrzymać od wydania decyzji. Dobrowolni pomocnicy w akcji wyborczej zawsze wierzą, że ich stronnictwo zwycięży, choćby mieli wszelkie powody do oczekiwania porażki.

Nie ulega wątpliwości, że w jesieni 1914 r. olbrzymia większość narodu niemieckiego była bezwzględnie pewna zwycięstwa Niemiec. W tym wypadku marzenie prysło w zetknięciu z faktem. Gdyby jednak można było w ten czy inny sposób zmusić wszystkich obcych historyków, aby zaprzestali pisać w ciągu najbliższych stu lat, marzenie odżyłoby z dawną siłą; pamięć o pierwszych tryumfach utrwaliłaby się, a ostateczna klęska poszłaby w zapomnienie.

Grzeczność jest to traktowanie z szacunkiem tej części wierzeń człowieka, która dotyczy jego zalet lub wartości jego grupy. Każdy człowiek, gdziekolwiek podąży, otacza się chmurą pocieszających przekonań, krążących dokoła niego jak muchy w letni dzień. Niektóre z tych przekonań odnoszą się do jego własnej osoby: mówią mu o jego cnotach i doskonałościach, o niezmordowanej energii, jaką rozwija pomimo słabego zdrowia, o przywiązaniu przyjaciół i szacunku znajomych oraz o różowych widokach na przyszłość. Dalej idzie przekonanie o wyższości jego rodziny: ojciec jego odznaczał się nieugiętą prawością, tak rzadką w obecnych czasach, i wychował swoje dzieci staranniej, niż to rodzice czynią obecnie; synowie odnoszą sukcesy w grach szkolnych, a córka nie zawarłaby nigdy nierozważnego małżeństwa. Potem następują wierzenia związane z jego klasą, która, zależnie od jego stanowiska, posiada najlepsze maniery, najwięcej inteligencji lub też najważniejsze zasługi moralne w porównaniu z innymi klasami społeczeństwa — chociaż wszyscy się zgadzają, że pierwsza z tych zalet jest bardziej pożądana niż druga, a druga bardziej niż trzecia.

Niemal każdy człowiek żywi również miłe złudzenia w stosunku do swego narodu. „Obce narody, przykro mi to powiedzieć, żyją po dawnemu”. Tak powiedział p. Podsnap, wyrażając tymi słowy jedno z najgłębiej zakorzenionych w ludzkim sercu uczuć. Na ostatek dochodzimy do teorii, które wychwalają całą ludzkość, rozważaną osobno lub też w porównaniu z „niemym stworzeniem”. Ludzie mają dusze, choć zwierzęta ich nie mają; człowiek jest „rozumnym zwierzęciem”; wszelki szczególnie okrutny lub przeciwny naturze czyn nazywa się „brutalnym” lub „bestialskim” (aczkolwiek w rzeczywistości do podobnych

czynów jedynie ludzie są zdolni); Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, a pomyślność rodu ludzkiego jest ostatecznym celem wszechświata. Pocieszające nas wierzenia grupują się więc hierarchicznie: najpierw idą te, które są osobistą własnością jednostki, dalej te, które podziela także jej rodzina, następnie poglądy wyznawane przez klasę lub naród, do którego należy, wreszcie mniemania sprawiające jednakową przyjemność całej ludzkości. Jeśli pragniemy być z kimś w dobrych stosunkach, musimy szanować te wierzenia; dlatego inaczej się wyrażamy o danym człowieku w jego obecności, a inaczej za jego plecami. Różnica ta jest tym większa, im dalej od niego stoimy. Rozmawiając z bratem, nie potrzebujemy silić się na grzeczność względem jego rodziców. Potrzeba grzeczności najmocniej daje się odczuć podczas rozmów z cudzoziemcami i jest tak uciążliwa, że niemal paraliżuje ludzi, którzy dotąd obcowali tylko z rodakami. Przypominam sobie, że wspomniałem raz pewnemu nie obeznanemu jeszcze ze światem Amerykaninowi, że istnieje, być może, kilka drobnych punktów, w których konstytucja angielska wytrzymałaby zwycięsko porównanie z konstytucją Stanów Zjednoczonych. Rozmówca mój wpadł natychmiast w straszny gniew; ponieważ nigdy przedtem nie słyszał takiej opinii, nie mógł więc wyobrazić sobie, żeby ktoś obstawał przy niej na serio. Wykroczyliśmy obaj przeciw grzeczności i rezultat był katastrofalny.

Rezultaty niegrzeczności, choćby nawet godne pożałowania z punktu widzenia życia towarzyskiego, są jednak doskonałe, gdy chodzi o rozwianie mitu. Skorygowanie naszych naturalnych wierzeń następuje albo na drodze zetknięcia się z faktem, jak w wypadku, gdy bierzemy trujący grzyb za jadalny i wskutek tego doświadczamy bólu, albo też wtedy, gdy nasze wierzenia wchodzą w sprzeczność nie bezpośrednio z obiektywnym faktem, lecz z odmiennymi wierzeniami innych ludzi. Jeden człowiek sądzi, że wolno jest jeść wieprzowinę, ale zakazuje sobie wołowiny; inny je wołowinę, ale odrzuca wieprzowinę. Zwykłym rezultatem tej różnicy poglądów były dotąd krwawe starcia; stopniowo jednak zaczyna się ustalać racjonalistyczne mniemanie, że zarówno w jednym, jak i w drugim sposobie postępowania nie ma, być może, nic naprawdę grzesznego.

Skromność, idąca zawsze w parze z grzecznością, polega na udawaniu, że nie stawiamy siebie i tego, co nam przynależy, wyżej od człowieka, z którym rozmawiamy, i jego otoczenia.

Tylko Chińczycy znają gruntownie tę sztukę. Mówią mi, że jeśli kto zapyta się chińskiego mandaryna o zdrowie jego żony i dzieci, usłyszy w odpowiedzi: „Racz się dowiedzieć Wasza Dostojność, że ta marna flądra i jej plugawe potomstwo cieszą się końskim zdrowiem” . Ale na taką wyszukaną grzeczność zdobędzie się jedynie człowiek wiodący spokojny i pełen godności żywot; jest ona niemożliwa w krótkich, lecz ważnych rozmowach, dotyczących interesów lub polityki. Krok za krokiem stosunki z ludźmi rozwiewają wszystkie mity, pozwalając je zachowywać jedynie tym, którzy mają największe powodzenie. Bracia zadają śmiertelny cios zarozumiałości osobistej, koledzy — rodzinnej, polityka — klasowej, a porażki handlowe lub wojenne — narodowej. Pozostaje jednak zarozumiałość ogólnoludzka, a na tym terenie ustaje już działanie stosunków towarzyskich, skutkiem czego zdolność tworzenia mitów cieszy się nieograniczoną swobodą. Nauka częściowo rozprasza to złudzenie, ale tylko częściowo, gdyż bez pewnej domieszki łatwowierności sama rozpadłaby się w gruzy.



[06.09.2026, Toruń]

PROFESOR TUTKA (35) O POTĘDZE TEATRU

 

O POTĘDZE TEATRU


Dyrektor teatru przysiadł się do stolika, przy którym byli panowie wraz z Profesorem Tutką. Dyrektorowi nie udało się czegoś załatwić w ministerstwie, więc rozgoryczony, zaczął narzekać, iż teatr jest wciąż nie doceniany przez niektórych ludzi jako wielka pomoc dla pedagogów w kształtowaniu charakterów młodzieży. Bo żadna sztuka — dowodził — nie działa tak silnie, bezpośrednio. Teatr to potęga!

— Tak, zgadzam się z panem dyrektorem — powiedział Profesor Tutka. — Przypomniał mi się w tej chwili wieczór, który spędziłem w nieznanym mi do owej pory mieście. Styczeń, mróz trzaskający, wstąpiłem do pierwszego lepszego teatru, przyznam się, aby spędzić w cieple parę godzin. Był to teatr tak zwanych «małych form». Dwa pierwsze numery programu niezbyt mnie zainteresowały. Bez wielkiej ciekawości czekałem na coś, co ma nastąpić i w afiszu nazwane zostało — Nokturn. Podniesiono kurtynę, widać wielki księżyc i dach jakiejś chałupy. W pobliżu ciemna, nieruchoma plama: to kotka. Nieprawdziwa: dziewczyna przebrana za kotkę. Obciągnięta czarnym trykotem, grzbiet miała przedłużony ogonem, okrągła główka i stojące uszka. Kotka uniosła się, stanęła na czterech łapkach, ziewnęła, przeciągnęła, wygięła grzbiet do góry, po czym siadła, myjąc łapkami pyszczek.

Robiła to z takim wdziękiem i tak «po kociemu», że chciało się do niej przemówić: «cacy, cacy, koteczko, przyjdą goście, prawda?»...

Proszę panów! Wszystko, co kotka przedstawiała, czy kiedy zaniepokoił ją jakiś szmer i widziało się, że czujnie nadsłuchuje, czy kiedy w pewnej chwili złapała mysz — wszystko to było tak sugestywne, że zatracała się po prostu granica między przebraną za kotkę kobietą a kotką prawdziwą. Można by powiedzieć, że w tej dziewczynie jest jakaś «dusza kocia». W pewnej chwili kotka skupiła się w sobie i z niewypowiedzianą lekkością skoczyła na dach. Spojrzała na księżyc i cichutko zamiauczała. Proszę panów! był styczeń, mróz trzaskający, ale tam w teatrze, odczuli wszyscy, że to marzec. I ja sam w pewnej chwili chciałem zerwać się z krzesła, skoczyć na dach i miauknąć rozdzierająco jak stary kocur!

Tak, proszę panów. Teatr to potęga, a dzięki swym cechom, dzięki swej sile sugestywnej, może mieć i wielkie znaczenie wychowawcze.



[06.09.2026, Toruń]

05 września 2026

PODEBRANE INTERNETOWI (17-25)

 

17. Pardubice


Pardubice łączą w sobie urocze historyczne centrum z swobodną atmosferą wschodnich Czech. W Pardubicach, w Czechach, kolorowe renesansowe i barokowe budynki otaczają tętniący życiem plac Pernštýn, a imponujący zamek odzwierciedla arystokratyczną przeszłość miasta. Nad starym miastem góruje charakterystyczna Zielona Brama, stanowiąca niezapomniany punkt orientacyjny i pozwalająca zajrzeć do średniowiecznego dziedzictwa miasta. Dzięki eleganckiej architekturze, spokojnym uliczkom i silnej tożsamości lokalnej Pardubice są miejscem, które warto zwiedzać bez pośpiechu.


18. Skały Prachowskie


Skały Prachowskie to spektakularny krajobraz złożony z wysokich formacji piaskowcowych, wąskich przejść i leśnych szlaków, ukształtowany przez miliony lat naturalnej erozji. W Skałach Prachowskich w Czechach imponujące skalne wieże wznoszą się nad spokojnym lasem, tworząc atmosferę, która budzi zarówno ducha przygody, jak i sprawia wrażenie nieziemskiej. Punkty widokowe wzdłuż szlaków oferują imponujące panoramy na okolicę, dzięki czemu ten niezwykły zakątek Czeskiego Raju jest idealnym miejscem do podziwiania przyrody na wielką skalę.


19. Uničov


Uničov to urocze, zabytkowe miasteczko, którego ciche uliczki i dobrze zachowana architektura odsłaniają kolejne warstwy historii Moraw. W Uničovie, w Czechach, główny rynek otaczają kolorowe fasady, zabytkowe domy i zabytki, które odzwierciedlają średniowieczne korzenie miasta. Panująca tu swobodna atmosfera sprzyja zwiedzaniu w spokojnym tempie, pozwalając po drodze odkrywać drobne detale architektoniczne i zaciszne zakątki. To urocze miejsce, w którym można doświadczyć skromnego charakteru czeskiej wsi.


20. Olomouc


Ołomuniec to miasto pełne okazałych placów, eleganckich zabytkowych budynków i niezwykłego dziedzictwa kulturowego. W Ołomuńcu, w Czechach, nad Górnym Rynkiem wznosi się Kolumna Trójcy Świętej – niezwykłe arcydzieło barokowe i symbol miasta. Ozdobne fontanny, kościoły, kolorowe fasady i ciche uliczki nadają miastu niepowtarzalny charakter. Dzięki warstwom historii widocznym w całym historycznym centrum Ołomuniec oferuje urzekające połączenie architektonicznego piękna i autentycznej morawskiej atmosfery.


21. Jindřichův Hradec


Jindřichův Hradec urzeka swoim historycznym charakterem, którego sercem jest imponujący renesansowy zamek i malownicza starówka. W Jindřichovie Hradcu w Czechach kolorowe domy, eleganckie zabytkowe budynki i ciche uliczki tworzą spokojną atmosferę ukształtowaną przez wielowiekową historię Południowych Czech. Kompleks zamkowy góruje nad miastem jako jego charakterystyczny punkt orientacyjny, a wąskie uliczki i spokojne place zachęcają do spokojnego zwiedzania tej pięknie zachowanej miejscowości.


22. Třebíč


Třebíč to miasto, w którym wielowiekowa historia pięknie wplata się w codzienne życie. W Třebíżu, w Czechach, historyczna dzielnica żydowska, romańsko-gotycka bazylika św. Prokopa oraz kręte uliczki tworzą niepowtarzalną atmosferę ukształtowaną przez różne tradycje kulturowe. Zachowana architektura nadaje miastu silne poczucie autentyczności, a zaciszne zakątki i nadrzeczne ścieżki pozwalają w spokojnym tempie odkrywać jego charakter. To fascynująca destynacja dla wszystkich, których pociąga historia, dziedzictwo kulturowe i ponadczasowy urok miasta.


23. Mikulov


Mikulov to jedno z najbardziej malowniczych miast południowej Morawy, gdzie zabytkowa architektura wznosi się pośród winnic i łagodnych wzgórz. W Mikulovie w Czechach elegancki zamek góruje nad kolorowymi uliczkami, a z pobliskiego Wzgórza Świętego rozciąga się rozległy widok na otaczający region winiarski. Połączenie barokowych zabytków, tradycyjnej kultury winiarskiej i malowniczych krajobrazów tworzy w tym mieście swobodną atmosferę, która zachęca odwiedzających do zwolnienia tempa i rozkoszowania się urokiem tego niezwykłego zakątka Moraw.


24. Karlowe Wary


Karlowe Wary słyną z eleganckiej architektury uzdrowiskowej, okazałych kolumnad oraz kojącego działania źródeł mineralnych położonych w malowniczej, zalesionej dolinie. W Karlowych Warach w Czechach wzdłuż rzeki Teplá stoją bogato zdobione zabytkowe budynki, tworząc pełen wdzięku krajobraz miejski, który sprawia wrażenie zarówno wyrafinowanego, jak i spokojnego. Turyści mogą spacerować po pięknych promenadach, degustować słynne wody źródlane miasta oraz podziwiać charakterystyczne połączenie elementów barokowych, neoklasycystycznych i secesyjnych, które definiują tę słynną miejscowość uzdrowiskową.


25. Pilzno



Pilzno to miasto, w którym historyczna architektura i silna tożsamość kulturowa łączą się z tętniącą życiem, nowoczesną atmosferą. W Pilźnie, w Czechach, imponująca katedra św. Bartłomieja góruje nad głównym rynkiem, a otaczają ją kolorowe budynki i przyjazne uliczki. Miasto jest również ściśle związane z tradycją piwowarską, dzięki której zasłynęło na całym świecie. Od okazałych zabytków po zachęcające przestrzenie miejskie – Pilzno oferuje fascynujący wgląd w charakter zachodnich Czech.



[05.08.2026, Toruń]