Tekst - Bogdan Olewicz
Muzyka - Zbigniew Hołdys
[01.04.2025, Toruń]
...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...
...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...
Tekst - Bogdan Olewicz
Muzyka - Zbigniew Hołdys
[01.04.2025, Toruń]
I DZIELĘ SIĘ…
[...]
Nazywała się Pilar Ternera i uczestniczyła w przeprawie przez góry zakończonej założeniem Macondo. Rodzina siłą zabrała z sobą dziewczynę, aby ją oddalić od mężczyzny, który zgwałcił ją, gdy miała czternaście lat, i kochał ją przez następnych lat osiem, ale nigdy nie zdecydował się tego ujawnić, bo należał do innej kobiety. Przyrzekł pójść za nią na kraj świata, ale później, gdy załatwi swoje sprawy, a ona miała już dość czekania na niego zawsze tak jak na któregoś z tych mężczyzn, wysokich i niskich, blondynów i brunetów, których przyrzekały jej karty na drogach ziemi i morza, za trzy dni, trzy miesiące lub trzy lata. W tym oczekiwaniu uda jej utraciły swoją krzepkość, a piersi jędrność, zapomniała o tkliwości, lecz zachowała nienaruszony szaleńczy żar swego serca.
Oszołomiony tą cudowną zabawką, Jose Arcadio co noc szukał drogi do niej poprzez labirynt ciemnego pokoju. Pewnej nocy zastał drzwi zamknięte na zasuwę i zastukał kilka razy, wiedząc, że skoro ośmielił się zastukać po raz pierwszy, musi dobijać się aż do skutku, póki wreszcie po nie kończącym się oczekiwaniu nie otworzyła mu drzwi. W ciągu dnia słaniając się z niewyspania czerpał tajemną rozkosz ze wspomnień poprzedniej nocy. Ale kiedy ona wchodziła do ich domu, wesoła, obojętna, rozgadana, nie musiał się wysilać, aby ukryć swoje napięcie, bo ta kobieta, której głośny śmiech płoszył gołębie, nie miała nic wspólnego z niewidzialną potęgą, która uczyła go tłumić oddech i opanowywać uderzenia serca i pozwoliła zrozumieć, dlaczego ludzie boją się śmierci. Tak był pogrążony w swoich myślach, że nie uczestniczył nawet w ogólnej radości, gdy ojciec i brat przewrócili do góry nogami cały dom wieścią, że udało im się roztopić metalową skorupę i wydzielić z niej złoto Urszuli.
Istotnie, po skomplikowanych i wytrwałych próbach cel został osiągnięty. Urszula była uszczęśliwiona i nawet dziękowała Bogu za wynalezienie alchemii, gdy mieszkańcy wsi tłoczyli się w laboratorium, częstowani przez gospodarzy ciastkami i konfiturą z gujawy, a Josę Arcadio Buendia pokazywał im tygiel z odzyskanym złotem, jak gdyby sam je przed chwilą wynalazł. Obnosząc go tak między wszystkimi, podszedł w końcu do swego starszego syna, który ostatnimi czasy prawie nie zaglądał do laboratorium. Podsunął mu pod oczy suchą żółtawą bryłkę metalu i spytał:
„No, widzisz teraz, jak to wygląda?". A Jose Arcadio szczerze odpowiedział:
- Jak psie gówno.
Ojciec wierzchem dłoni trzepnął go gwałtownie po ustach, aż trysnęła krew i łzy. Tej nocy Pilar Ternera przyłożyła mu okład z arniki na spuchnięte wargi, znalazłszy po ciemku flaszeczkę i watę, a potem zrobiła wszystko, na co miał ochotę, tak by on sam nie potrzebował się trudzić i żeby kochając go nie urazić bolącego miejsca. Doszli do takiego stopnia intymności, że w chwilę później, nie zdając sobie z tego sprawy, zaczęli ze sobą szeptem rozmawiać.
- Chcę być z tobą sam - mówił. - Któregoś dnia wszystko wszystkim powiem i będzie koniec z kryjówkami. Ona nie próbowała go uspokoić.
- To byłoby wspaniałe - powiedziała. - Gdybyśmy byli sami, nie gasilibyśmy lampy, żeby dobrze się widzieć, ja mogłabym krzyczeć do woli i nikt by się nie wtrącał, a ty mówiłbyś mi na ucho wszystkie świństwa, jakie ci przyjdą do głowy.
Ta rozmowa, zacięta uraza do ojca i wizja niczym nie skrępowanej miłości natchnęła go spokojną odwagą. Spontanicznie, bez żadnych wstępnych napomknień, opowiedział o wszystkim bratu. […]
[01.04.2025, Toruń]
KONIEC WAKACJI
Rok produkcji: 1974
Premiera: 1975. 03. 31
Lokacje: Szopienice, Bytom (KWK "Szombierki"), Świętochłowice (ul. Figuły, była kopalnia "Śląsk", hałda "Ajska"), Katowice (ul. Gliwicka), dworce kolejowe: Chorzów Miasto i Warszawa Centralna (tymczasowy).
Streszczenie wg https://www.filmpolski.pl/
Ekranizacja znanej powieści Janusza Domagalika, tłumaczonej na wiele języków, nagrodzonej m.in. państwową nagrodą austriacką i wpisanej na międzynarodową, honorową Listę im. Hansa Christiana Andersena. Akcja filmu rozgrywa się na Śląsku (zdjęcia realizowano głównie w Szopienicach). Reżyserowi Stanisławowi Jędryce, który sam pochodzi z Sosnowca, zależało na oddaniu niepowtarzalnego śląskiego pejzażu i specyficznego lokalnego klimatu. Kilka tygodni wakacji to dla 14-letniego bohatera okres przyspieszonego dojrzewania. Przeżywa pierwszą miłość i pierwszy poważny dramat spowodowany rozpadem małżeństwa rodziców. Pierwszy raz świadomie przeciwstawia się agresji w swoim środowisku i po raz pierwszy w życiu czuje się odpowiedzialny za drugiego człowieka, ciężko chorego starego nauczyciela. W trudnych, konfliktowych sytuacjach musi samodzielnie oceniać rzeczywistość i dokonywać własnych wyborów. Tak staje się dojrzałym, krytycznie myślącym człowiekiem.
Ostatni dzień roku szkolnego. Podczas uroczystości słabnie w dusznej auli stary nauczyciel, któremu spieszy z pomocą jeden z uczniów, ósmoklasista Jurek. Chłopiec staje się mimowolnym świadkiem szantażowania jednego z kolegów przez grupę żądających pieniędzy rozwydrzonych chłopców; próbuje skłonić poszkodowanego do wyjawienia nazwisk prześladowców, lecz ten zastraszony woli milczeć, by się nie narazić paczce.
W domu spotyka Jurka następne rozczarowanie: nie zastaje tam ani matki, ani jej rzeczy. Poruszony biegnie do kopalni, by od ojca dowiedzieć się, dokąd wyjechała, ale ojciec zbywa go opowieścią o nagłej konieczności wyjazdu do sanatorium - Jurek czuje, że nie jest to cała prawda...
Ukojenia szuka zawiedziony chłopiec wśród stadka ulubionych gołębi; w trakcie kolejnych poszukiwań swego pupila "Rudego" poznaje tajemniczą dziewczynę. Wkrótce spotyka Elżbietę ponownie, dowiaduje się, że przebywa na wakacjach u krewnych i wkrótce wraca do rodziców, do Warszawy. Wracając znad stawu spotykają szkolną koleżankę Jurka, Irenę, która nie ukrywając sympatii do chłopca złośliwie drażni Elżbietę. Urażona biernością Jurka Elżbieta zostawia go bez słowa na ulicy; wtedy dopiero chłopiec zdaje sobie sprawę, jak bardzo ją polubił...
Zazdrosny o ładną kuzynkę Zbyszek zawiadamia Jurka o rzekomym wyjeździe Elżbiety, ale gdy zmartwiony chłopiec szuka pocieszenia wśród gołębi, nagle zjawia się tam i dziewczyna; po wyjaśnieniu nieporozumienia wybiegają pogodzeni na ulicę i nawet rzęsista ulewa nie mąci ich radości. Dopiero niespodziewany widok pijanego ojca przywraca Jurkowi wspomnienie wyjazdu matki; chłopiec pojmuje, że złe przeczucia nie myliły go...
Któregoś dnia odwiedza Jurka "Gruby", kolega z klasy, prosząc o pomoc w sprowadzeniu lekarza do ciężko chorego starego nauczyciela. W pierwszej chwili Jurek odmawia, ale ostatecznie rezygnuje ze spotkania z Elżbietą i decyduje się na czuwanie przy chorym...
Podczas wizyty u dziadków Jurek przypadkowo dowiaduje się, że matka nie wyjechała do sanatorium, ale odeszła od ojca. Zbulwersowany, pragnie poważnie porozmawiać z ojcem, poznać przyczyny decyzji matki - ojciec zbywa go jednak półprawdami, stara się omijać przykry i drażliwy temat. Rozdrażniony i zniecierpliwiony postawą ojca Jurek postanawia wyjechać do matki, przebywającej u siostry w Warszawie i od niej dowiedzieć się wszystkiego.
Pobyt u ciotki staje się jednak kolejnym rozczarowaniem: okazuje się, że matka wyjechała nad morze, że odeszła od ojca i postanowiła połączyć się z innym. Jurek rozumie, że jego przyjazd do Warszawy był pomyłką, że powinien wrócić do ojca, któremu na pewno będzie potrzebny. Po powrocie wprost z dworca idzie do kopalni. Ojciec ze wzruszeniem dostrzega w nim teraz partnera i przyjaciela; nie wie jednak, że gdy przekazuje mu od Elżbiety maskotkę - kościanego słonika, radość zamąci chłopcu wspomnienie z warszawskiego dworca, gdy ujrzał, jak Elżbietę witał inny chłopak…
Stanisław Jędryka to znakomity reżyser specjalizujący się w filmach dla młodzieży. Warto w tym miejscu wspomnieć takie filmy i seriale jak: „Paragon gola”, „Do przerwy 0-1” „Wakacje z duchami”, „Podróż za jeden uśmiech”, Stawiam na Tomka Banana” czy „Szaleństwo Majki Skowron”. Każdy z tych filmów opisuje wiernie i szczegółowo atmosferę końca lat sześćdziesiątych i lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku, a kieruje swoje obserwacje w stronę bardzo młodych i młodych ludzi, którzy zwykle mają swoje problemy albo też przeżywają pełne przygód szczęśliwe dzieciństwo. Jędryka nie idealizuje rzeczywistości, pokazuje prawdziwe przeżycia swych niedorosłych bohaterów, którzy, nierzadko, jak ma to miejsce w „Końcu wakacji”, stykają się z problemami ludzi dorosłych, z jakimi nie są w stanie sobie poradzić. Niestety współczesna polska kinematografia nie doczekała się następców urodzonego w Sosnowcu, wrażliwego na problemy młodzieży reżysera, a przy okazji zginął bezpowrotnie materialny świat, w którym żyli bohaterowie Jędryki, choć kłopoty młodych ludzi pozostały.
Reżyseria - Stanisław Jędryka
Scenariusz - Janusz Domagalik
Zdjęcia - Jacek Korcelli
Obsada aktorska
Marek Sikora - Jurek
Agata Siecińska - Elżbieta
Józef Nalberczak - ojciec Jurka
Tadeusz Białoszczyński - profesor Pilarski "Parasol"
Bolesław Płotnicki - dziadek Jurka
Krystyna Borowicz - Ewa Chmielewska, ciotka Jurka
Halina Buyno-Łoza - babcia Jurka
Teofila Koronkiewicz - sąsiadka Lepiszewska
Jerzy Bończak - górnik Rudolf
Emir Buczacki - lekarz pogotowia
Henryk Bąk - sekretarz partii w kopalni
Witold Dederko - staruszek na karuzeli
Jan Himilsbach - mężczyzna ze szczeniakiem na dworcu
Marek Kondrat - Staszek Chmielewski, kuzyn Jurka
Krzysztof Kowalewski - nauczyciel
Włodzimierz Nowak - żołnierz prowadzący konia
[01.04.2025, Toruń]
Kiedy wciskam klawisz
i czekam na wiekopomną chwilę
jaką podarował mi nowoczesny
Tidal Hi-Fi Plus świat dźwięków
i Ultra HD kosmos obrazów
i czekam aż błyśnie i zagrzmi
Bóg o przekątnej pięćdziesięciu cali
drżę jak ten który odkrył Amerykę
(byłoż ich wielu)
przykładając do nowego lądu swe oko
i błysnęło rozgorzało
podobne ludziom stado kretynów
po tamtej stronie
potrafi odgryźć rękę
gdy chcesz przyciszyć zgiełk
potrafi chwycić cię za szyję
kiedy próbujesz przełączyć obrazach
na stację której
zdegustowany pilot nie posiada
jeśli tego nie zrobisz
nie spróbujesz
bądź pewien
że Bóg na żywym dźwięczącym obrazie
pożre twój mózg
i wydali na twoich oczach
na sympatyczne rozpoczęcie programu
[31.03.2025, Toruń]
Kartka z kalendarza na dzień 31. marca 2025 roku
Poniedziałek
Imieniny dzisiaj obchodzą: Balbina, Beniamin, Kornelia oraz Achacjusz, Achacy, Amos, Bonawentura, Dobromiera, Dobromira, Gwido, Gwidon,
Joanna, Myślidar, Nela
Przysłowia na dziś:
„Kiedy w marcu plucha, to w maju posucha”
„Marzec, co z deszczem chadza, mokry czerwiec sprowadza”
„Gdy gęś dzika w marcu przybywa, ciepła wiosna bywa”
Wschód, Zachód i Długość Dnia 31 Marca 2025 w Toruniu
06:19:49 19:19:19 12h59'30"
Cytat dnia:
Cogito ergo sum – Myślę, więc jestem
René Descartes – Kartezjusz
31 marca 1596 roku w La Haye (obecnie Descartes) urodził się René Descartes – Kartezjusz - francuski filozof, matematyk i fizyk, jeden z najwybitniejszych uczonych XVII wieku [zm. 11 lutego 1650 roku w Sztokholmie]
Poniżej wybrane cytaty Kartezjusza.
Całe szczęście i pomyślność naszego życia zależy od dobrego użytku, jaki zrobimy z naszych namiętności.
Często uważałem, że ludzie małoduszni są najbardziej aroganccy i pyszni, podobnie jak wielkoduszni są najbardziej skromni i pokorni.
Czytanie dobrych książek jest niczym rozmowa z najwspanialszymi ludźmi minionych czasów.
Doświadczenie uczy, że ci, którymi najbardziej miotają ich namiętności, najmniej je znają.
Filozofia uczy nas z pozorem prawdy mówić o wszystkim i przynosi podziw tych, którzy są mniej niż my uczeni.
Ilekroć niezgodne są ze sobą sądy dwóch ludzi o tym samym przedmiocie, jest rzeczą pewną, iż przynajmniej jeden z nich jest w błędzie.
Intuicja ogłada teraźniejszość.
Istniejesz, więc i wiesz, że istniejesz, a o tym wiesz dlatego, ponieważ wątpisz.
Jestem podległy błędom równie jak każdy inny, odrzucam jako błędne wszystkie racje, które wziąłem poprzednio za dowody.
Jeśli ktoś postawi sobie zadanie zbadania wszystkich prawd, do których poznania rozum ludzki jest zdolny – a wydaje mi się, że to raz w życiu każdy musi uczynić, kto myśli poważnie nad tym, jak dojść do mądrości – ten zaiste za pomocą danych prawideł stwierdzi, że niczego nie można poznać pierwej od intelektu.
Każdy człowiek jest zobowiązany do tego, aby przyczynić się, ile w jego mocy do dobra drugich i zaiste nic nie wart ten, kto nikomu do niczego się nie przydaje.
[31.03.2025, Toruń]
Jeden z panów powiedział podczas rozmowy
— «nieładna, ale interesująca».
— «Interesująca»... — powtórzył w zamyśleniu Profesor Tutka. — Takiego określenia użyłem przed laty. Tak... znałem kobietę «interesującą». Czy opowiedzieć wam, panowie, o niej?
— Oczywiście, niech pan opowie. I kobieta, i w dodatku interesująca... Przypuszczamy, że będzie to coś ciekawego.
— Jako student klepałem po prostu biedę. W większym mieście prowincjonalnym mieszkała moja ciotka, kobieta bardzo zamożna. Napisałem raz do niej, prosząc, aby mi pomogła. Ciotka w odpowiedzi wyliczyła mi dwanaście nazwisk wielkich ludzi, którzy za młodu nie mieli pieniędzy, co im nie przeszkodziło stać się później sławnymi w całym świecie. Ciotka uważała, iż i mnie obecny niedostatek wyjdzie na dobre i może jeszcze zahartować w walce z przeciwnościami. Przyjąłem to do wiadomości i postanowiłem już o pieniądze więcej nie prosić. Dowiedziałem się w parę lat później o śmierci mojej ciotki i testamencie, jaki zrobiła. Ciotka dużą sumę przeznaczyła na budowę domków dla śpiewającego ptactwa, na stowarzyszenie kobiet powstrzymujących się od palenia tytoniu, na przytułek dla starców nie tracących ducha i, o dziwo, nie zapomniała o mnie. Zapisała mi sumę pokaźną, którą określiłem nawet, jako biedak, nazwą «suma zawrotna». Adwokat, pełnomocnik ciotki, powiedział, że sprawa jest prosta, należne pieniądze po przeprowadzeniu zwykłych formalności zostaną mi wypłacone. Chyba że jako jedyny najbliższy krewny zechcę obalić testament. Nie chciałem obalać, nie miałbym sumienia, aby pozbawić ptactwo śpiewające domków, żeby skrzywdzić stowarzyszenie kobiet powstrzymujących się od palenia tytoniu lub nie uszanować starców, co nie tracą ducha.
Adwokat wypłacił mi nawet. większą sumę na poczet pieniędzy spadkowych, abym mógł przyjemnie spędzić okres przeprowadzania formalności. Jak widzimy, ciotka moja była kobietą interesującą, ale nie o niej będę mówił w dalszym ciągu.
Co robić w cichym prowincjonalnym mieście, w którym postanowiłem mieszkać parę tygodni? Obejrzałem dokładnie zabytki, to jest katedrę i resztki murów dawnej twierdzy. Zwiedziłem muzeum regionalne, w którym przyglądałem się wyrobom okolicznych garncarzy i malarstwu na szkle. Parę świątków przydrożnych i kilkanaście jajek wielkanocnych z wyskrobanymi na nich kogutkami — to mniej więcej wszystko, co w tym muzeum mogłem zobaczyć. Poszedłem do najlepszej restauracji i wybrałem najdroższe dania. Przyjemnie jest zjeść coś dobrego, ale nie będę się co dzień tak objadał: i niezdrowo, i niekulturalnie. Po raz pierwszy w życiu miałem tyle pieniędzy, byłem z tego zadowolony, ale również jakby wytrąciło mnie to z równowagi. Nagle powstawały w głowie mojej myśli: szaleć! Ale jak tu szaleć w tym spokojnym mieście?
Już podczas pierwszego dnia pobytu wybrałem się do miejscowego teatru. Po drugim akcie wniesiono na scenę kosz kwiatów dla artystki, która rozkosznym uśmiechem dziękowała za owacje. Aktorka ta, to «gwiazda» tego teatru. Gdybym był złośliwy, powiedziałbym — gwiazda odkryta już dawno przez astronomów. Ale nie byłem usposobiony złośliwie, raczej — łagodnie. Łagodnie oceniałem jej nieszczególną grę. Na uboczu stała skromnie młodziutka aktoreczka, która w roli subretki powiedziała w całym akcie tylko parę słów. Nie zaciekawiła mnie ani jako artystka, ani — kobieta. Wydała mi się nieładna, powiedziałbym nawet — brzydka.
Nazajutrz po bytności w teatrze poszedłem z rana do kwiaciarni i kazałem ułożyć w koszu najpiękniejsze kwiaty. Napisałem na kopercie imię i nazwisko skromnej
aktoreczki, a na kartce dwa słowa: «Interesującej artystce». Kazałem odesłać to wieczorem do teatru. Po drugim akcie, jak wczoraj, wniesiono kosz kwiatów i ustawiono przed gwiazdą, która z uśmiechem dziękowała. Był to ten sam uśmiech, co wczoraj, i zdaje się, ten sam kosz, który otrzymała poprzedniego wieczoru. I tu nagle sensacja: wnoszą mój kosz i stawiają go u nóg skromnej aktoreczki. Kwiaty okazalsze, piękniejsze niż te, które dostała jej starsza zasłużona koleżanka.
Nie myślcie, panowie, że był to z mej strony krok do nawiązania znajomości z dziewczyną. Nie. To po prostu żart, figiel młodzieńca, któremu nadmiar pieniędzy, do jakich nie był przyzwyczajony, zmącił nieco w głowie, a myśl jego szukała zabawek, nie mających nic wspólnego z rozsądkiem. Nazajutrz znów poszedłem do kwiaciarni, zamówiłem kosz najpiękniejszych kwiatów i poleciłem odesłać je pod tym samym, co wczoraj, nazwiskiem. I znów po drugim akcie dwie aktorki, dwa kosze kwiatów, oklaski, słowem, to samo, co poprzedniego wieczoru. Spostrzegłem tylko — może mi się to zresztą zdawało — zdenerwowanie starszej gwiazdy; twierdziłem dalej w myśli, że młoda aktoreczka jest nieładna: ale zgrabna, ładnie się porusza; ma miły głos; te kilka słów, które powiedziała, brzmiały przyjemnie. Buzia — znów oceniłem w myśli — zdecydowanie nieładna. Ale twarzyczka nie pozbawiona wyrazu. Nie jest pospolita. Tak: dziewczyna interesująca.
Poszedłem z rana do kwiaciarni. Poprosiłem właścicielkę o jak najdalej posuniętą dyskrecję: niech nikomu nie mówi, kto posyła kwiaty. Właśnie nadszedł transport storczyków, zakupiłem wszystkie. Poleciłem następnie, aby w ciągu najbliższego tygodnia codziennie wieczorem zanoszono do teatru kosz pełen najpiękniejszych kwiatów z kartką zawierającą tylko imię i nazwisko młodej aktorki i słowa: «Interesującej artystce». Sam do teatru już nie chodziłem, nie chcąc zwrócić uwagi, że jestem tak częstym gościem. Ale codziennie bywałem w cukierni, do której po próbach schodzili się aktorzy. Ludzie ci odznaczają się przeważnie wyraźniejszą dykcją niż inni obywatele i dlatego słyszałem przy swym stoliku nie tylko poszczególne słowa, ale i cale zdania. Posłyszałem, że mówią o «mojej» aktorce i o kwiatach, które jej posłałem. Zwłaszcza kosz storczyków wzbudził zainteresowanie; słyszałem takie słowa, jak: «kto to może być?»... «z nikim jej nie widać»... «jeżeli to jakiś milioner, to chyba nie z tego miasta, bo tu i milioner jest, jak reszta mieszkańców, na pewno oszczędny i nie kupowałby storczyków». A więc wywołałem poruszenie, zainteresowanie. Mój żart, mój figiel udał się doskonale. Po trzech dniach wpadło mi do ucha, że ta «moja» ma otrzymać większą rolę.
«Oszaleli, żeby jej to dawać!» — powiedziała jedna ze starszych koleżanek.
— «Położy się» — powiedziała inna.
— «Jak długa» — dodała trzecia.
Nie znalem języka fachowego aktorów, ale domyślałem się, że jeżeli koleżanka «położy się», a w dodatku «jak długa», to znaczy, że nie podoła roli. Stary siwy aktor odezwał się na to w zamyśleniu:
«Kto wie... kto wie... ta mała jest... interesująca».
— «Poślij jej storczyki!» — powiedziała z pasją rozdrażniona aktorka. Bawiłem się doskonale.
Sam byłem ciekawy, czy sprawdzą się przepowiednie koleżanek, czy może zrobi ona niespodziankę, jaką przewidywał stary aktor. Niestety zobaczyć tego nie mogłem. Ceniony przeze mnie profesor, od którego chciałem się jeszcze wiele nauczyć, wzywał mnie natychmiast do przyjazdu. Miałem zostać jego asystentem. Sprawy spadkowe powierzyłem adwokatowi, zrezygnowałem z pobytu w tym mieście, z dalszych żartów czy figlów, a rozpocząłem poważny żywot młodego naukowca.
Wszystko szłoby jak najlepiej, ale zauważyłem, że często, zbyt często, widzę postać mojej aktoreczki-kopciuszka, mówiącej miło parę swoich słów, a poruszającej się ładnie. Widziałem ją zwłaszcza taką, jak pierwszego wieczoru, gdy oklaskiwano jej koleżankę: stała skromna, rozumiejąc, że oklaski są nie dla niej. Twarzyczkę miała smutną a pełną wyrazu. Widywałem ją teraz w końcu alei parkowej, gdy poszedłem na spacer, w wagonie, w mieszkaniu, a nawet w swojej pracowni.
Hm... — myślałem — wciąż ją widzę... Czyż byłbym zakochany? Ech, głupstwo! Nawet wypowiadałem pod swoim adresem słowa obelżywe
— «o, durniu, durniu».
Nic nie pomagało. Mijały miesiące, gdy miałem parę dni wolnych, postanowiłem jechać do miasta, które miało teatr, a w tym teatrze występowała — ona.
Poszedłem do cukierni, w której zbierali się aktorzy. Stary kelner poznał mnie, a ponieważ cukiernia była jeszcze pusta, miał czas, aby ze mną trochę pogawędzić. Pytałem o to i owo, wreszcie skierowałem rozmowę na sprawy teatralne, które znał dobrze; wymieniłem parę nazwisk i niby mimochodem wspomniałem nazwisko dziewczyny, która mnie interesowała.
«Tak — powiedział kelner — ona jest interesująca».
— «Interesująca» — podchwyciłem z zaciekawieniem. Ale w tej chwili kelnera odwołano, rozmowa się urwała. Wziąłem miejscową gazetę, leżącą na stoliku, i zacząłem czytać notatkę z wczorajszej premiery. Dowiedziałem się z tej notatki, że ta, dla której tu przyjechałem, «jest interesująca». Kelner wrócił do mnie i ciągnął przerwaną rozmowę. Mówił, iż pół roku temu nikt na dziewczynę nawet nie spojrzał. Potem nagle zrobił się ruch, jak by kto uderzył w ul, wszyscy zaczęli o niej mówić. Dostaje teraz duże role i ma poparcie.
«Poparcie?» — zapytałem. Kelner obejrzał się i mówił ciszej. Opowiedział, że najznakomitszy tutejszy adwokat (z paru danych wiedziałem, że mowa o tym, co przeprowadzał mi sprawę spadkową) uznał ją za interesującą. Interesującą więcej niż jego żona i dzieci. Chce się nawet żenić. Całe miasto już mówi o tym, a że to miasto solidne, więc jest zgorszone.
W tej chwili weszła gwarna grupa aktorów. Zabiło mi serce, gdyż zobaczyłem i tę, dla której tu przyjechałem. Towarzystwo zajęło stoliki pod oknem, gdy ja siedziałem naprzeciw pod ścianą. Tę «moją» widziałem teraz z bliska, wyraźnie. Wyglądała inaczej niż ów skromny, zahukany kopciuszek, którego widziałem niegdyś na scenie, a później widywałem tak często w parku, w wagonie, w pracowni. Dziewczyna,dobrze ubrana, miała obecnie dużo swobody i pewności siebie. Była inna. Spojrzała parę razy w moją stronę, ale nie dlatego, że ja tam siedziałem; nad głową moją na ścianie wisiało wielkie lustro. Miałem jakąś skrytą nadzieję, że mnie jednak zauważy. Bo przecież to ja, który z niej zrobił kobietę interesującą. Ja, to ten, który zwrócił na nią uwagę i pierwszy ją tak określił. To ja, który sam w to określenie uwierzyłem. Ale ona przesuwała po mnie wzrok swój obojętnie: jak gdybym był nie człowiekiem, a szybą. To mnie nawet przygnębiło. Przyszła do mnie nagle fala silnej woli:
dziś wyjadę z tego miasta. «Nie chcę cię już widzieć; nie skorzystam z biletu, który kupiłem z rana, gdy na afiszu zobaczyłem twoje nazwisko... A ten adwokat także mi się nie podoba... Słowo „poparcie”, jakie słyszałem od kelnera, wydało mi się ohydne. Najbliższym pociągiem wracam dziś do domu, do pracy». I wkrótce z sercem ściśniętym opuszczałem miasto.
Profesor Tutka siedział zamyślony. Panowie rozumieli, że skończył już swe opowiadanie,
nawet dziś obszerniejsze niż zwykle.
— No i cóż, cierpiał pan długo? — zapytał po chwili jeden z panów.
— Dwa tygodnie. W trzecim poznałem kobietę jeszcze bardziej interesującą.
[31.03. 2025, Toruń]
1371.
Odeszła dwa i pół miesiąca temu i właściwie nie ma dnia, abym o niej nie myślał. To fakt, jest jeszcze Masza, która stara się wypełnić pustkę po Adelce, ale to się nie uda, chociaż wszyscy kochamy ją bardzo, czasami nawet imituje pewne zachowania starszej psinki. Mam sporo zdjęć Adelki, także te robione przed jej śmiercią… tych ostatnich nie odważę się opublikować, bo pragnę pamiętać Adelkę szczęśliwą, radosną, bawiącą się Hipkiem czy Żółwikiem, wiecznie głodną, energiczną wskakująca na moje łóżko, aby dospać resztę nocy.
1372.
Źle się dzieje, bo chodzenie sprawia mi coraz więcej problemu. Co ciekawe, mniej cierpi moja „powypadkowa” noga, a więcej ta zdrowa, zwłaszcza łydka. Wiem, że powinienem chodzić jak najwięcej, ale kiedy po pięćdziesięciu metrach muszę przystawać, tracę motywację do chodzenia. Przygotowuję się na to, że w pewnym momencie przszłości przestanę po prostu chodzić, wyłączywszy mieszkanie.
[30.03.2025, Toruń]
1. Georges Seurat (Francja, 1859-1891)
Niedzielne popołudnie na wyspie La Grande Jatte (1884-86)
Olej na płótnie, 207,6 x 308 cm.
The Art Institute of Chicago
Dzięki temu obrazowi Georges Seurat przekształcił impresjonizm, wykorzystując jako przewodników zarówno teorię optyczną, jak i idealistyczną estetykę. Kiedy po raz pierwszy pokazano go w 1886 roku, na ósmej i ostatniej wystawie impresjonistów, ten imponujący obraz paryżan z klasy średniej relaksujących się na wyspie na Sekwanie na zachód od miasta przyciągnął znaczną uwagę i nic dziwnego. Chociaż wielu artystów przedstawiało podobne tematy w ostatnich latach, żaden nie używał tak rygorystycznego i schematycznego stylu. Hieratyczne postacie, ukazane głównie z profilu lub na wprost, przypominają starożytne egipskie płaskorzeźby, a przemyślane rytmy kompozycyjne stanowią wyraźną krytykę impresjonistycznej efemeryczności.
2. Georges-Pierre Seurat
Angelika na skale (1878)
Olej na płótnie, 83 x 66,3 cm.
Norton Simon Art Foundation, Pasadena
Georges-Pierre Seurat, jeden z najbardziej innowacyjnych artystów końca XIX wieku, spędził jednak wczesne lata swojego życia, kształcąc się w ramach tradycyjnych akademickich rygorów École des Beaux-Arts.
3. Georges Seurat
Kosiarz (ok. 1881-82)
Olej na drewnie, 16,5 x 25,1 cm.
Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork
4. Georges Seurat (Francuz, 1859-1891)
Kąpiący się w Asnières (ok. 1883-84)
Olej na płótnie, 201 x 300 cm.
National Gallery, Londyn
Asnières to przemysłowe przedmieście na zachód od Paryża nad Sekwaną. Prezentowany obraz przedstawia grupę młodych robotników odpoczywających nad rzeką. Była to pierwsza z wielkoformatowych kompozycji Seurata. Narysował kredkami konturowymi studia poszczególnych postaci, korzystając z żywych modeli, a na miejscu wykonał małe szkice olejne, których użył do zaprojektowania kompozycji i zarejestrowania efektów światła i atmosfery. Zachowało się około 14 szkiców olejnych i 10 rysunków. Ostateczna kompozycja, namalowana w studio, łączy w sobie informacje z obu tych źródeł.
5. Georges Seurat
Wędkarze (1883)
Olej na płycie, 54,2 x 24,8 cm.
Musee d'Art Moderne, Troyes
6. Georges Seurat
Sekwana w Courbevoie (ok. 1885)
Olej na płótnie, 81 x 65 cm.
Kolekcja prywatna, Paryż
7. Georges Seurat (francuski, 1859-1891)
Port-en-Bessin (1888)
Olej na płótnie, 67 x 84,5 cm.
Minneapolis Institute of Art
Latem 1888 roku Georges Seurat pracował w Port-en-Bessin, małej wiosce rybackiej w Normandii. Namalował sześć widoków portu morskiego i otaczających go krajobrazów. Jego intencją było „jak najdokładniejsze oddanie świetlistości pleneru, ze wszystkimi jego niuansami”. Chociaż Seurat podzielał cel impresjonistów, jakim było przetłumaczenie światła i koloru natury, chciał również uczynić impresjonizm bardziej precyzyjnym. Chciał zastąpić jego spontaniczne, improwizacyjne cechy bardziej systematycznym, obiektywnym podejściem, które mogłoby odzwierciedlać podstawowe struktury krajobrazu, a nie tylko jego przejściowe efekty.
8. Georges Seurat
Cyrk (1891)
Olej na płótnie, 185 x 152 cm.
Musée d'Orsay, Paryż
Cyrk to trzeci z serii obrazów Seurata poświęconych popularnym atrakcjom nowoczesnego miasta i jego nocnym rozrywkom. Temat cyrku był często podejmowany w latach 80. XIX wieku, zwłaszcza przez Renoira, Degasa i Toulouse-Lautreca.
[30.03.2025, Toruń]
Śnieżyca nie zakończyła się ani do południa, ani do szesnastej, kiedy robiło się już ciemno. Trzy umęczone wędrówką studentki spały sprawiedliwie na materacach pod kożuchami, a Maurycy z Ernestem już to utrzymywali wysoką temperaturę w piecyku, już to co jakiś czas krzątali się między drewutnią a schroniskiem, nosząc drwa; całkiem sporo było tych sosnowych szczap, którymi palono tak wspaniale, że rura odprowadzająca spaliny do komina czerwieniła się radośnie, dostarczając tak potrzebnego ciepła. Na szczęście krwawą barwą mieniące się rury były zabezpieczone w miejscu zetknięcia się z kominem solidną blachą, tak że mężczyźni nie martwili się o to, że wzniecając bystry ogień mogą doprowadzić do pożaru.
Ernest, który przeczesał doszczętnie drewutnię mógł się pochwalić znaleziskami w postaci dwóch wiader wypełnionych węglem, prymusa na spirytus i dwóch lamp naftowych. Ukryte to było pod stertą słomy; najwidoczniej nie chciano, aby znalazło się to w rękach nie turystów, a pospolitych złodziejaszków. Kiedy wiadra z węglem znalazły się w pomieszczeniu schroniska, Maurycy ucieszył się bardzo, słusznie przewidując, że zbliżająca noc będzie spokojniejsza, bo podsypując kostki węgla, nie będzie się on palił tak szybko jak drewno.
- Cóż tam jeszcze widziałeś w tej drewutni? - zapytał Maurycy, a w odpowiedzi usłyszał, że zaraz przy wejściu stoi chyba stulitrowa beczka po piwie lub winie, a obok niej metalowy, ocynowany kociołek. Usłyszawszy to Maurycy stwierdził, że i beczka, i kobciołek przydadzą się, bo panie, gdy odtają ze snu, pewnie chętnie obmyłyby się w ciepłej wodzie, którą uzyska się ze stopionego śniegu. Tak więc obaj przyjaciele przystąpili do działania – napełnili cały kocioł śniegiem (potem uzupełniali go) i postawili na blacie piecyka. Śnieg tajał wprawdzie powoli, a i zrobiło się ciut chłodniej wewnątrz pomieszczenia, lecz po godzinie białe szaleństwo stopniało niemal całkowicie, a powstała zeń woda z każdą minutą nabierała przyjaznej temperatury.
Maurycy z Ernestem zrobili sobie legowisko tuż obok pieca, uruchomili prymuskę, postawili nań czajnik z wodą z butelki i szybciutko sporządzili herbatę, którą uzupełnili sporą dawką rumu. Dziwili się przy okazji, czemu trzy młode panie śpią jak śnięte ryby podczas przyduchu w stawie i dopiero później miało się okazać, że studentki jeszcze przed atakiem śnieżycy zabłądziły, a że urwało się połączenie ze stacją pośrednicową, ich komórki stały się zupełnie bezużyteczne, nie mogąc wskazać zagubionym kobietom właściwej drogi choćby do najbliższej wioski. Tymczasem zaczął padać śnieg i zdając się na przypadek lub wręcz dobrą wolę Najjaśniejszego, poczęły wędrować dalej, aż w końcu piekielnie utrudzone dotarły do schroniska, gdzie wręcz padły po zjedzeniu skromnego posiłku i napiciu się gorącej herbaty z rumem, którą je poczęstowano. Początkowo nic a nic nie mówiły o zbłądzeniu. Młodzi ludzie, zwrócił uwagę Maurycy, bardzo często nie przyznają się do własnych ułomności, do drobnych nawet niepowodzeń, co zakłóciłoby ich pozytywne relacje w środowisku, w którym funkcjonują. Nie biorą pod uwagę faktu, że prędzej czy później te nawet minimalne dysfunkcje ujrzą światło dzienne, a wtedy staną twarzą w twarz z krytyką ich poczynań w sposób tyleż okrutny, co ubarwiony ciętym humorem.
- A zatem może lepiej, że nasze boginie spią teraz – zawyrokował Maurycy – a jak sen je opuści, może wtedy dowiemy się czegoś więcej na temat powodów i przebiegu ich wędrówki.
Ernest zauważył, że mija właśnie dziesiąta godzina snu studentek i zastanawiał się, jak długo przyjdzie im wspólnie dzielić pomieszczenie schroniska. Wprawdzie powoli opad śniegu stawał się mniej intensywny, jednakowoż małe były szanse na to, aby wyruszyć w stronę dolin następnego dnia – szlaki turystyczne był pokryte nawet metrową, jak przypuszczali mężczyźni, warstwą śniegu i chociaż uprzednie prognozy atmosferyczne mówiły o tym, że zbliża się poważne ocieplenie, to jednak należało się liczyć, że pobyt w schronisku może potrwać około tygodnia, czyli mniej więcej tyle czasu aż skończą się zapasy jedzenia.
[29.03.2025, Toruń]
Kartka z kalendarza na dzień 28. marca
Piątek
Imieniny dzisiaj obchodzą: Aniela, Jan oraz Aleksander, Doroteusz, Gedeon, Guntram, Ingbert, Joanna, Kastor, Krzesisław, Krzysław, Malachiasz, Malkolm, Pryskus, Renata
Przysłowie na dziś:
„Gdy chcesz poznać pogodę w czerwcu roku tego,
uważaj jak będzie w Jana Damasceńskiego”
Wschód, Zachód i Długość Dnia 28 Marca 2025 w Toruniu
05:26:53 18:14:01 12h47'08"
Cytat dnia:
Prawdziwy nauczyciel powinien być zawsze najpilniejszym uczniem
Maksym Gorki
28 marca 1868 roku w Niżnym Nowogrodzie urodził się Maksym Gorki - rosyjski pisarz i publicysta. [zm.18 czerwca 1936 roku w Moskwie
Poniżej początkowy fragment powieści Gorkiego „Matka”
Codziennie nad osadą robotniczą, w zadymionym, oleistym powietrzu, drżał i wył przeciągły gwizd fabrycznej syreny. I posłuszni jej wezwaniu wybiegali z małych, szarych domków, niby wystraszone karaluchy, ponurzy ludzie nie zdążywszy orzeźwić snem zmęczonych mięśni. W chłodnym mroku szli po niewybrukowanej ulicy ku wysokim, kamiennym klatkom fabryki, a ona z obojętną pewnością siebie czekała na nich, oświetlając błotnistą drogę dziesiątkami zatłuszczonych, kwadratowych oczu. Błoto chlupotało pod nogami. Rozlegały się ochrypłe nawoływania sennych głosów, ordynarne przekleństwa przecinały powietrze. A na spotkanie ludzi płynęły inne dźwięki — ciężka, zdyszana krzątanina maszyn, warczenie pary. Ponuro i surowo majaczyły wysokie, czarne kominy niby wzniesione nad osadą grube pałki.
Wieczorem, kiedy zachodziło słońce i na szybach domów ostatnim wysiłkiem zapalały się jego czerwone promienie, fabryka wyrzucała ludzi ze swego kamiennego wnętrza jak zużyty żużel. Szli znowu przez ulice zakopceni, z czarnymi twarzami rozprzestrzeniając lepki zapach smarów, błyskając zgłodniałymi zębami. W głosach ich dźwięczało teraz ożywienie, a nawet radość — na dzisiaj skończyła się katorga pracy, w domu czekała wieczerza i odpoczynek.
Dzień połykała fabryka — maszyny wysysały z ludzkich mięśni tyle sił, ile im było potrzeba. Dzień był bez śladu wymazany z ludzkiego życia, człowiek posunął się jeszcze o krok ku mogile. Ale widział przed sobą rozkosz odpoczynku, radość zadymionej karczmy i — był zadowolony.
W święta spali po dziesięć godzin, po czym ludzie stateczni i żonaci wkładali najlepsze ubrania i szli słuchać mszy łając po drodze młodzież za jej obojętność dla kościoła. Z cerkwi wracali do domu, jedli pierogi i znowu kładli się spać — do wieczora.
Zmęczenie, nagromadzone od lat, odbierało ludziom apetyt. Żeby móc jeść, pili dużo drażniąc żołądek palącą podnietą wódki.
Wieczorem spacerowali leniwie po ulicach. Kto miał kalosze, wkładał je, choćby nawet było sucho, a kto posiadał parasol, nosił go ze sobą, choćby nawet świeciło słońce.
Spotykając się ze sobą, mówili o fabryce, o maszynach, klęli majstrów — rozmawiali i myśleli tylko o tym, co było zwiążane z pracą. Pojedyncze iskry nieudolnej i bezsilnej myśli ledwie migotały w nudnej jednostajności dni. Po powrocie do domu kłócili się z żonami i często bili je nie szczędząc pięści. Młodzież przesiadywała w karczmach, albo urządzała u siebie wieczorynki. Grano na harmonijkach, śpiewano sprośne i brzydkie piosenki, tańczono, opowiadano ordynarne dowcipy i pito. Wyczerpani pracą ludzie upijali się szybko, a wówczas budziło się w nich niezrozumiałe, chorobliwe rozdrażnienie. Rozdrażnienie to potrzebowało ujścia. I skwapliwie chwytając każdą sposobność wyładowania tego niepokojącego uczucia, ludzie rzucali się na siebie o byle głupstwo jak rozwścieczone zwierzęta. Wybuchały krwawe bójki, które kończyły się niekiedy ciężkim okaleczeniem, rzadziej — zabójstwem.
W stosunkach między ludźmi dominującym uczuciem była przyczajona złość. Była ona tak samo zastarzała jak nieuleczalne znużenie mięśni. Ludzie przychodzili już na świat z tą chorobą duszy dziedzicząc ją po ojcach, i towarzyszyła im ona jak czarny cień aż do grobu pobudzając ich w ciągu całego życia do szeregu postępków, odrażających w swoim bezcelowym okrucieństwie. […]
[28.03.2025, Toruń]