Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

01 lipca 2026

POEZJA (97) ZENON PRZESMYCKI - SERENADA

 

Dokoła cisza. Srebrzysty glob miesiąca

Jasności morze na śpiący rzuca świat.

W młodzieńczej piersi krew burzy się gorąca,

W toń złudnych marzeń zanurzam skroń swą rad.


Drzew szczyty szumią. Jak tkliwa — pieśń ich smętna!

Jak lustro błyszczy srebrzysta stawu toń.

I z serca prośba wyrywa się namiętna:

Ach, stań tu przy mnie, o skroń mą oprzyj skroń!


Świat cały zasnął. Ach, pójdź, o, pójdź, o droga,

Na ustach moich swe słodkie usta złóż!

Niech w ciszy nocy, u szczęścia stojąc proga,

Harmonię znajdę w pragnieniach naszych dusz.


W objęciach drżących, wsłuchani w serc swych bicie,

Śnić będziem błogo najsłodszy życia sen.

Za chwilę taką, za rozkosz tę — me życie,

Bo czemże przy niej jest smutny żywot ten?


O, pójdź! — I czekam. Lecz zwolna gwiazdy gasną.

Zbladł miesiąc. W krzewie senny się zbudził ptak.

I błysnął ranek. Więc znowu gwiazdę jasną

Straciłem jedną. Czyż wiecznie będzie tak?



[01.07.2026, Toruń]

HOMER - ILIADA - KSIĘGA 5 (16)

I zbliżywszy się, rzecze: — «Gdzież się więc podziały

I twój łuk, i niechybne, cny Pandarze, strzały?

Gdzie sława od nikogo tu nie zaprzeczona

I w kraju, że nad syna nie masz Likaona?

Wznieś do Zeusa ręce, a na tego męża

Puść ostrą z łuku strzałę, który nas zwycięża.

Ktokolwiek jest, okrutną rzeź w zastępach zrobił,

Tylu wsławionych Troi bohaterów pobił.

Może to i bóg jaki, gniewny o ofiary:

Gniewne bogi ciężkimi zwykły chłostać kary».

«Ajnejaszu! — rzekł Pandar — Ty wojska nadzieja!

Wcale²⁸² ten mąż podobny do syna Tydeja:

Tak z koni, tak z przyłbicy, tak sądzę z puklerza;

Lecz może i bóg postać wziął tego rycerza.

A jeśli jest Diomed, od bogów ma wsparcie,

Bez nich by się nie miotał w boju tak zażarcie.

Pewnie kto z nieśmiertelnych ukryty w obłoku

Zwraca strzały do jego wymierzone boku.

Jużem grot nań wypuścił, kirys²⁸³ na nim przeszył,

Jużem ramię mu zranił, jużem się ucieszył,

Że odwiedzi Hadesa²⁸⁴, lecz nie mogłem zwalić:

Jakiś mi bóg niechętny musiał go ocalić…

Już grot mój Diomeda i Atrydę²⁸⁵ ruszył,

Dobył z nich krwi, lecz tylko bardziej ich rozjuszył.

Złym ja wyrokiem zdjąłem te łuki ze ściany,

Kiedy od szlachetnego Hektora wezwany,

Powolny²⁸⁶ jego chęci, przyszedłem pod Troję.

Lecz jeżeli ojczyznę jeszcze ujrzę moję

I dom luby, i żonę kochaną uprzejmie,

Niechaj mi nieprzyjaciel głowę z karku zdejmie,

Jeśli ich nie dam ogniom, potrzaskanych w sztuki,

Bo widzę, że mi próżnym ciężarem te łuki».

«Przestań! — Ajnejasz rzecze — tak podle e cenić!

Inaczej się los wojny nie może odmienić,

Aż my się z tym zajadłym spotkamy rycerzem.

Siadaj na wóz, obadwa na niego uderzym.

Doświadczysz koni Trosa, jak zręcznie koleją

I nacierać, i bystro uciekać umieją;

Te nas ocalą, jeśli mimo nasze męstwo²⁸⁷

Zeus Diomedesowi zechce dać zwycięstwo.

Ja się bić będę, w twojej bicz i lejce dłoni,

Lub ty walcz, a ja wezmę kierowanie koni».

Na to Ajnejaszowi Pandar odpowiada:

«Niechaj raczej wędzidłem twoja ręka włada:

Pod znaną ręką więcej będzie wóz bezpieczny.

Jeżeliby nas przemógł²⁸⁸ Diomed waleczny,

Zbiegłszy się i nie czując swego pana głosu,

Nie mogłyby nas wyrwać od zgubnego ciosu;

Nieprzyjaciel zaś, nieład obaczywszy taki,

I nas by samych zabił, i zabrał rumaki.

-------------------------------------------------------------------

Padł, a oręż i świetna zbroj na nim szczękły;

Tym jękiem się ogniste rumaki przelękły

I skacząc, w tył się nagłym usunęły zwrotem,

A on z lubym na zawsze rozstał się żywotem.

By Grecy nie porwali trupa do obozu,

Z długą dzidą Ajnejasz wyskakuje z wozu,

Jak lew, w moc zaufany, staje nad rycerzem.

Obchodzi go i wielkim zasłania puklerzem;

A ktokolwiek się zbliża dla wzięcia zdobyczy,

Temu zagraża śmiercią i straszliwie krzyczy.

Jednak mężny Diomed placu nie odbieżał,

Chwycił ogromny kamień, co na ziemi leżał

(Który dzisiaj dwóch ludzi, choć z największą mocą,

Niżeli z miejsca ruszą, dobrze się zapocą,

Lecz Diomed podźwignął z małym bardzo trudem,

Uderzył w miejsce między biodrami i udem.

Łamie kość, rwie głaz żyły i skórę rozdziera:

On pada na kolana, ręką się podpiera,

A cień mu czarny zaraz się w oczach rozwinął.

Już by był Ajnejasza zły wyrok nie minął,

Już by się jego dusza była nie wybiegła,

Gdyby w niebezpieczeństwie syna nie postrzegła

Kiprys, co go powiła ojcu, gdy pasł woły.

Ta go pieszczoną dłonią uchwyciwszy wpoły

I śnieżnymi dokoła okrywszy zasłony,

Aby od kogo z Greków nie został raniony

I duszy nie wyzionął, unosiła z pola.

Stenelowi pamiętna Diomeda wola;

Więc daleko od wrzawy Aresa, na stronie,

Swoje lejcem do wozu przywiązuje konie,

A Ajnejasza z grzywą przepyszną rumaki

Czym prędzej między greckie prowadzi orszaki.

Miłego Deipila tą pracą obciążył,

Ażeby z nimi z pola do okrętów dążył;

W nim sobie mężny Stenel najwięcej podoba,

W jednym są wieku, jedne mają myśli oba.

To zrobiwszy, lejc bierze, na wóz pyszny wsiada

I wkrótce przyjaciela swojego dopada.

Tydeid spiżem lśniącą uzbrojony dzidą,

Widząc, że mdła²⁹⁵ bogini, ścigał za Kiprydą…

Wreszcie ją długim goniąc śmiały rycerz biegiem,

Dopędził między Trojan walecznych szeregiem.

Natychmiast oszczep rzucił i dosięgnął ręki,

Przebił boską zasłonę, którą tkały Wdzięki,

I zdarł jej trochę skóry żeleźcem pociska:

Zaraz z niej krew, a raczej sok czysty wytryska.

Inny jest pokarm ludzi, inny władców nieba,

Nie znają oni wina, sił nie ciągną z chleba,

Więc krwi nie mając, żywot nieśmiertelny wiodą.

Raniona Kiprys, z bogiń najpierwsza urodą,

Krzyczy i rzuca syna. Apollo go bierze,

I by mu życia greccy nie wzięli rycerze,

Nieprzejrzanym dokoła cieniem go oblecze.

Do Kiprydy zaś Tydejd groźnym tonem rzecze:

«Idź stąd, córo Zeusa, nie tu twe zalety:

------------------------------------------------------------------

²⁹⁵mdły (daw.) — słaby. [przypis edytorski]



[01.07.2026, Toruń] 

29 czerwca 2026

PROZĘ CZYTAM - EDWARD STACHURA - KONIEC MIESIĄCA MARZEC

 

I DZIELĘ SIĘ - KONIEC MIESIĄCA MARZEC


Śpię w ogrodzie. W budzie, gdzie syn gospodarza albo jakiś stary wynajęty pilnuje latem czereśni, a jesienią orzechów przed złodziejaszkami i przed takim jak ja. Ale teraz jest koniec marca i nie ma o tym mowy. W ogóle nie ma nawet żadnej mowy o najmniejszym kawałku zielonego czegoś, pączku jakimś na drzewkach, czy żeby się kora zaczynała lekko zielenić, a co dopiero mówić tam o czereśniach. O orzechach to nawet jeszcze marzyć nie warto w tej chwili. To byłby bardzo stracony czas. Jest koniec marca, mówię, a nie wygląda wcale, żeby to był koniec miesiąca marzec. Wygląda, jakby to był sam środek miesiąca styczeń albo miesiąca luty. Wygląda, jakby to było drugie rozkwitanie tamtych miesięcy. Od tygodnia już przeszło mróz trzyma ostry, wiatry wieją przeklęte północno-wschodnie, coś jak wilk mi dzisiaj mignęło w lesie, w tych stronach równinnych to jest niepodobne. Tak, nie wygląda wcale, że po miesiącu marzec ma być miesiąc kwiecień za parę dni. Nie wygląda zupełnie, żeby się miało zaczynać budzić nowe. To był chyba lis. Po nocach nic nie słyszę takiego. Były dwa ładne dni: słońce grzało już dosyć i tak było jaśniejąco, każdy najmniejszy robaczek myślał już sobie chyba, że to się zaczęło, że teraz będzie coraz weselej z dnia na dzień, coraz cieplej, coraz, coraz. Sprawdzałem dzisiaj wnyki w lesie. Znowu nic się nie złapało, a tu już mi się zaczyna robić niedobrze w głowie z głodu. Drugi dzień nic nie jem. Drugi dzień nic nie jem i nie wygląda wcale na to, żebym miał coś dzisiaj przekąsić cokolwiek. Nie wygląda na to. Czereśnie, orzechy — to są rzeczy niesamowite. Lepiej się było wcale nie ruszać z budy, widzę teraz, tylko leżeć spokojnie i robić jak najmniej ruchów. Bo one na pewno denerwują jakoś apetyt. Więc lepiej było leżeć spokojnie. Jeszcze ziemia była dosyć ciepła od wczorajszego ognia, co go rozpaliłem pod wieczór w samej budzie właśnie, w środku, żeby się ziemia nagrzała na noc na spanie. Paliło się z pół godziny, nie za mocno, pilnowałem, żeby nie za mocno, żeby się nie zapaliła buda moja od ognia. Dymiło z początku straszliwie, na dwór musiałem co chwila wychodzić, a potem już w środku siedziałem, jak przestało kopcić. Żarzyło się jeszcze spory czas, bardzo dobrze, potem rozdeptywałem wszystko nogami równo po całej budzie. Potem rozłożyłem na to kapotę i sam też się rozłożyłem. I leżałem spokojnie, bo to już był cały boży dzień, jak nie jadłem, więc nie chciałem wychodzić i robić niepotrzebne ruchy, choć była noc, jasna i gwiaździsta, widziałem jak zapadała, śnieg lśni w takie noce niezmiernie wspaniale i chrzęści pod butami, błyszczy pod księżycem i cisza jest, dostojność niewymowna wprost, że to są noce zupełnie nie dla ludzi stworzone. Absolutnie nie. Ale nie wywlokłem się z budy, chociaż wiedziałem, że tak właśnie jest na dworze, jak napisałem, albo i jeszcze ładniej nawet. Byłem głodny i tu się usprawiedliwiam. Nie chciałem chodzeniem denerwować głodu. Jakbym nie był głodny, to już by mnie taka noc dwadzieścia pięć razy wyciągnęła i zaniosła na horyzont. Ale ponieważ byłem głodny, to leżałem spokojnie i myślałem o wielu różnych, różnych fantastycznych rzeczach, bo ja mam zdolność myślenia straszliwą. Nie mówię przez to, że moje myśli są straszliwie mądre i piękne wszystkie, takie jak te siedem cudów świata na przykład albo jak perły na dnie morza. Nie. Są takie i takie. Różne. Ach, jakie smutne mam nieraz myśli w głowie, Jezus mój. Dlatego właśnie powiedziałem przedtem, że mam zdolność myślenia straszliwą. Dlatego tak właśnie nazwałem przedtem tę moją zdolność: że ona jest straszliwa. Ach, jakie smutne ja miałem wczoraj myśli, jak tak leżałem w ciemnościach z otwartymi oczami. Ja nie mówię tego, żeby się skarżyć. To nie są absolutnie słowa uskarżające. Ja jestem od tego bardzo daleki. A te myśli były od tego jeszcze dużo dalej. Te moje wczorajsze myśli to nie były myśli, co by się do kogoś albo do czegoś odnosiły, do jakiegoś żywego czy do jakiegoś martwego człowieka, czy do jakiejś rzeczy. To były myśli na wolnym powietrzu i one do niczego się nie odnosiły. To były myśli straszliwie smutne, mogę powiedzieć, takie smutne, mogę powiedzieć, że się w tym czasie przestaje istnieć zupełnie, że się przestaje żyć. To jest takie, że to już nie jest nawet smutne w dalszym ciągu. To jest na pewno straszliwie smutne z początku, ale potem to już przechodzi w zastyganie zupełne, w zatrzymanie się życia i czasu, na czystym, na wolnym powietrzu jest człowiek rozciągnięty. Na samej przestrzeni. Nic innego nie ma, tylko jest ta przestrzeń jedynie i to ona jest straszliwa. O, tak, tak. Nigdy nie byłem tak blisko tego wytłumaczenia, tego spróbowania wytłumaczenia stanów tych moich, które mnie nieraz napadają i tak rozciągają, rozwieszają na przestrzeni. Tyle o tym mówię i tak przejmująco cały czas, bo to mnie właśnie tak przejmuje zawsze do głębi, jak to sobie przypomnę, wszystko na bok odstawiam i tylko na tym próbuję skupić całą moją logikę, nad tym jej się każę zastanowić: jak by to można było wytłumaczyć coś takiego. W tej chwili nawet, kiedy taki głodny leżę w budzie, zmęczony jestem, przez całe rano sprawdzałem wnyki w lesie, nic się nie złapało, co zrobić, w tej chwili nawet, kiedy taki głodny leżę, południe już minęło, półtora dnia nie miałem nic w zębach, to myślę o tym, bo mi się przypomniało, jak mnie wczoraj napadło to zjawisko. Mogę jeszcze trochę powiedzieć, że to zjawisko mnie nieraz spotyka przy średnim słońcu, kiedy już, już, ma wyjść słońce zza chmury, ale jeszcze nie wyszło, i jest takie światło wtedy niezmierne wyraźne i wszystko jest takie bardzo wyraźne dookoła, ogólny widok i szczegóły, że się przestaje wierzyć w to wszystko, przestaje się to widzieć, no i zaczyna się ta moja dziwna dola. Ale starczy już na dzisiaj. […]



[29.06.2026, Toruń]

DANTE - PIEKŁO - PIEŚŃ XVII

 

(Gerion. Ostatni z koła III: lichwiarze. Odjazd.)

«Zarażająca świat tchem jadowitym,

Oto z ogonem stalowym bestyja²⁶⁴.

Którym broń łamie i mury przebija!»

Tak mówił wódz mój, a na zwierza skinął,

Aby z powietrza do nas lot swój zwinął,

Na brzeg, gdzie szliśmy nadrzecznym granitem.

I oszukaństwa spadł obraz obrzydły;

Wysunął głowę, pierś pod stopy nasze,

Lecz nie położył ogona na tamie.

Ten latający dziwoląg, nie kłamię,

Sprawiedliwego miał oblicze męża,

A skóra na nim błyszcząca i miękka,

Resztą był ciała podobny do węża.

A miał dwie łapy zakrzywione w widły,

Podszyte puchem pod samo podpasze;

Pierś, grzbiet i boki jak hieroglif jaki

Były pisane w kółka i gzygzaki:

Piękniej Arachny nie dzierzgała ręka,

Tkań, jaką snuje piękna odaliska,

Większym bogactwem barwy nie połyska.

Jak czasem stoją w brzegach rzeki łodzie,

Na pół na ziemi, a na poły w wodzie,

Jak bóbr do walki po pas wynurzony,

-------------------------------------------------------------------

²⁶⁴Oto z ogonem stalowym bestyja — Obraz potworny oszukaństwa podnoszący się z ósmego do siódmego kręgu znaczenie ma takie: że oszukaństwo często podnosi się do gwałtu, jak nawzajem gwałt często zniża się do oszukaństwa, które tu symbolicznie przedstawia Gerion. Według mitu starożytnego Gerion jest to olbrzym o trzech głowach, urodzony ze krwi Meduzy. Całe przedstawienie tego obrazu dziwnie jest plastyczne, a myśl jego alegoryczna przeźroczysta i jasna. Potwór oszukaństwa broni swojej, jaką walczy, to jest ogona, na brzegu nie kładzie, ale ciągle wywija nim swobodnie, ażeby nie stracić jednej chwili w potrzebie jego użycia. Łapy przykryte ma włosem, ażeby pod nim ukryć szpony i ażeby ich stąpanie było lekkie i ciche: węzły, kółka i gzygzaki zdobiące jego skórę symbolem są oszukaństwa, które nigdy prostą drogą nie chodzi.

------------------------------------------------------------------

W kraju, gdzie żyją żarłoczne Teutony²⁶⁵,

Tak zajmowała ta bestyja dzika

Brzeg, co step piasków granitem zamyka.

Całym ogonem potwór na wiatr miotał,

Jak skorpion żądłem zatrutym migotał,

A wódz mi mówił: «Teraz nam z wybrzeży

Zstąpić przystoi, gdzie ten potwór leży».

I schodząc w prawo (któż ostrożność zgani?),

Jeszcze dwa dałem kroki tym wybrzeżem

Z myślą, że w stepie ognia się ustrzeżem.

Gdyśmy stanęli przed tym ptako-zwierzem,

Nieco opodal, u progu otchłani,

Duchy, widziałem, na piasku siedziały²⁶⁶.

A mistrz: «Ażebyś poznał krąg ten cały,

Idź, poznaj bliżej ich stan i katusze,

Lecz z nimi długą nie baw się rozmową:

Nim wrócisz, spytać tej bestyi muszę,

Czy nam do jazdy grzbietu nie użyczy».

I sam poszedłem w dolinę stepową,

Gdzie krańcem siódmy krąg z ósmym graniczy,

Tam gdzie siedziały nieszczęśliwe duchy.

Boleść tryskała przez oczy ich łzami,

Podnosząc ręce od ruchu mdlejące,

Żar odsuwały, to piaski gorące;

Jak psy w skwar letni pyskiem, to łapami

Ich kąsające opędzają muchy.

Próżno oczyma przeglądałem twarze

Okaleczałe w tym bolesnym żarze.

Nikogo w takiem zebraniu niemałem,

Nie mogłem poznać, lecz zauważałem,

Z każdego szyi zwisała kaleta,

Godłem i barwą każda rozmaita;

Ich oczy, zda się, że pasły się nimi.

Podszedłszy bliżej, oczyma własnymi

Widziałem, jak na błękitnej kalecie

Siedział lew bury i tonął w błękicie:

Tak robiąc przegląd, postrzegłem z daleka

Drugą kaletę jak w krwi farbowaną,

A na tle krwawym gęś bielszą od mleka;

Jeden, któremu tło białego wora

Zdobiła świnia, błękitna maciora,

Przemówił do mnie: «Co tu robisz żywy?

Wiedz, że mój były sąsiad Witaliano²⁶⁷

Siądzie tu przy mnie, po mej lewej stronie:

Padwianin jestem w florentynów gronie,

Często mnie głuszy ich okrzyk wrzaskliwy:

»Oby mąż nadszedł krokiem uroczystym,

---------------------------------------------------------------------

²⁶⁵żarłoczne Teutony — Tym szyderczym przydomkiem poeta przygania Niemcom, którzy w średnich wiekach często swoimi wojskami grasując po Włoszech, dali się we znaki miast i wsi mieszkańcom swą żarłocznością.

²⁶⁶Duchy, widziałem, na piasku siedziały — Tu jesteśmy jeszcze w kręgu gwałtowników, w trzecim jego oddziale, gdzie są karani ci, co popełnili gwałt przeciwko Bogu. Z tych liczby są lichwiarze, którzy tu pod deszczem ognia na stepie piaszczystym siedzą. Zwieszone worki na ich szyjach, co są godłem ich chciwości zbierania pieniędzy, podają zarazem poecie zręczność przedstawienia herbów familijnych tych lichwiarzy, co najwięcej w wieku XIII słynęli we Włoszech. Lwa mieli w herbie Gianfigliazzowie, gęś Ubriacchowie, wieprza

Scrovagniowie, rody szlacheckie we Florencji i w Padwie. Poeta szydzi z ducha kramarskiego, który wtedy opanował arystokrację tych miast.

²⁶⁷Vitaliano — sławny lichwiarz rodem z miasta Padwy.

----------------------------------------------------------------------

Który ma worek o dziobie troistym²⁶⁸«».

A potem dziko żar oczyma wskrzesił,

Wykrzywił wargę i język wywiesił

Jako wół, kiedy swoje nozdrza liże.

A ja z bojaźni, czy nie zabawiłem

Dłużej nad zakres według słów przestrogi,

Grzbiet do tych nędznych duchów obróciłem.

Patrzę, zwierz dziki już oczyma strzyże,

Na grzbiecie jego siedział mój wódz drogi

I mówił: «Teraz bądź krzepki i śmiały!

Ktokolwiek tutaj chce zstąpić z tej skały,

Musi drabiną schodzić tylko taką.

Siądź z przodu, moje do ogona siodło,

Aby cię jego ostrze nie ubodło».

Jak chory febrą zmęczony czworaką,

Patrząc na blade paznokcie, już całem,

Nim dreszcz chorobę poczuje, drży ciałem,

Słowa te wstrzęły mnie drżeniem nieznanem;

Na koniec strach mój na wstyd się przesila,

Który przed dobrym krzepi sługę panem.

Siadłem na barkach szerokich zwierzęcia;

Chciałem rzec: «Trzymaj, weź mnie w swe objęcia!»

Lecz głos nie wyszedł uwięzły w mym łonie.

On, co mię wyrwał z niebezpieczeństw tyla,

Gdym siadł, w ramiona tulił mnie jak dziecię

I mówił: «Teraz ruszaj, Geryjonie!

Tylko pamiętaj, że nie cienie duchów,

Lecz nowy ciężar niesiesz na twym grzbiecie;

Szerokim łukiem spuszczaj się do ziemi».

Jak łódź od brzegu ruchy leniwemi

Zrazu się sunął; a potem, a potem,

Kiedy już poczuł swobodę swych ruchów,

Podniósł się w górę i zwinnym obrotem

Ogon ku piersi przerzucił nad nami,

Rozciągnął ogon, jak węgorz nim miotał,

W powietrzu dwiema wiosłując łapami.

Czy ode mnie Faeton, nie uwierzę,

Czuł większą trwogę, gdy rydwan zdruzgotał

I lejc upuścił pod sferą słoneczną,

Tor swój nieszczęsny znacząc drogą mleczną²⁶⁹,

Lub Ikar widząc topniejące pierze,

Gdy ojciec krzyczał: «Słoneczna pożoga

Spali ci skrzydła, zuchwała to droga!»

Jakaż w tej chwili była moja trwoga,

Gdy wszystkie z oczu straciwszy przedmioty

Widziałem tylko powietrze i zwierze!

Ptak-zwierzę płynąc powoli, powoli,

Na przemian skręcał, to zniżał swe loty,

Ledwo odgadłem, co się działo ze mną,

Z wiatru, co dął mi w twarz mą i pode mną.

Otchłań na prawo, podsłuchałem potem,

Grzmiała pod nami potężnym łoskotem;

Na tak straszliwy łoskot mimo woli

------------------------------------------------------------------

²⁶⁸Worek o dziobie troistym — z potrójnym otworem, herb jednego z największych lichwiarzy florenckich, rycerza Boiamenti de Bicci, który wtedy żył jeszcze.

²⁶⁹Tor (…) znacząc drogą mleczną — Zbiór gwiazd przez astronomów zwany drogą mleczną według mitu starożytnego i nauki pitagorejczyków ma oznaczać drogę nieszczęśliwego Faetona.

----------------------------------------------------------------------

Z trwogą spuściłem w dół oczy i głowę:

Wtenczas ta otchłań prawie o połowę

Zwiększyła we mnie grozę przerażenia,

Widziałem ognie, słyszałem jęczenia

I cały drżący w sobie się zebrałem.

Czegom nie widział, w tej chwili widziałem,

Że się spuszczamy między wielkie męki,

Słysząc zbliżone szlochanie i jęki.

Sokół gdy długo na skrzydłach się waży,

A sokolniczy stojący na straży

Nie widząc długo ptaka i zdobyczy:

«Sam tu²⁷⁰ sokole!» niecierpliwie krzyczy;

Z chmur, gdzie daremnie setne kreślił koła,

Spuszcza się skrzydło znużone sokoła

I ptak, bo wre w nim żółć gniewem zagrzana,

Spada z daleka od swojego pana: —

Tak nas Geryjon wysadził na skałę

Sterczącą na dnie głębokiego jaru

I pierzchnął, zbywszy naszego ciężaru,

Jak widzim z łuku pierzchającą strzałę.

------------------------------------------------------------------

²⁷⁰sam tu (daw.) — chodź tu.



[29.06.2026, Toruń]

27 czerwca 2026

ODKURZONE - KOBIETA Z WÓZKIEM

 

- A może puszki ma pan jakie? Za aluminium można dostać dobrą cenę.

- Może coś się znajdzie. Niech pani usiądzie. Herbaty zrobię. Głodna pani?

- Co się pyta. Głodna. Ale przywykłam.

- Można przywyknąć do głodu?

- Pewnie, że można. W zimie to mi dają więcej. Od wiosny po jesień czasami na zarobek chodzę, grzybki, zioła i jagody zbieram. Po stodołach sypiam w zimie. Tu, w leśniczówce też spałam.

- Nie dali pozostać dłużej? Cała zimę?

- Daliby, chcieli, ale ja, jak tylko mróz odtajał, w dalszą drogę się wybrałam. A pan sam na gospodarstwie? Parobek?

Uśmiechnąłem się.

- Może być i parobek. Rozjechali się do miasta po dzieci. sam zostałem i doglądam wszystkiego.

- Ja sobie zaraz pójdę. Lepiej, żeby mnie nie widzieli.

- Pokorscy to bardzo dobrzy ludzie. Nie mieliby nic przeciwko temu, aby panią tu zastali i gościli.

- Pan tak ładnie do mnie mówi: „pani”, a mnie wołają Weronka, albo „starucha”. Ale nie przepędzają, choć niektórzy chleba dadzą, mleka i czegoś tam inszego, ale nie pogadają.

Wlałem jej herbaty. Podałem dwa odgrzane gołąbki z chlebem.

- Gdzie pani na stałe się zatrzymuje?

- Po pegeerze taki barak stoi za lasem. Ktoś wykupił, ale nie mieszka, więc ja zajęłam. Mam tam wszystko, bez wody i elektryczności. Ale staw jest, a pokój jaśniutki, pobielony. Resztę sobie przyniosłam, ludzie dali, skombinowałam.

- A jak nowy właściciel przyjdzie i każe się wynosić?


- Pójdę gdzie indziej. A mało tu świata do zwiedzania

- Pewnie, że dużo, tyle że samemu trudniej.

- A bo to ja dbam o to, aby nie być sama. Przywykłam i dobrze mi samej. Czasem kogo poznam, to i pogadam sobie, jak z panem. A pan to przypadkiem nie typ samotnika? Coś mi się widzi, że nie przepada pan za tłumem.

- To prawda. Za tłumem nie przepadam. Los dał mi poznać czym jest samotność. Niech pani je, bo ostygnie.

- Co to Los z ludźmi dzisiaj wyrabia… widzi mi się, że pana coś uciska na sercu.

- Każdego coś ciśnie.

- Prawda. Przywyknąć trzeba. Nie wolno rozpamiętywać.

- Myśli pani, że da się tak bez rozpamiętywania?

- Co ma się nie dać, kiedy trzeba. Ja panu to mówię, bo stara już jestem i przeżyłam niejedno.

Skończyła pierwszego gołąbka.

- Będzie dużo pracy przy sianie a potem przy grodzeniu przed dzikami poletka ziemniaków.

- Pan to tak sam z siebie mówi, czy leśniczy kazał.

- Sam z siebie. Gospodarz wspominał, więc znam jego plany.

- Zobaczy się, może i przyjdę, jak sprzedam towar.

Spojrzałem na wypełniony po brzegi metalem wózek.

- I daje pani radę to ciągnąć za sobą?

- Co mam nie dać, kiedy trzeba. Latem wożę nim jagody, jesienią ładuję do niego grzyby na sprzedaż. Będzie dziesięć lat, jak tak jeżdżę. Dobre ludzie w okolicy. Kupują. Karmią. Nocują, gdy poproszą, albo same zapraszają.

- Może jednak zaczeka pana na gospodarza. Dobrze zapłaci, jak się pani zdecyduje.

- Może. A panu płaci?

- Mnie dał cały pokój do mieszkania. Nie za pieniądze pomagam.

- Ja sprzedaję towar za pieniądze, lecz tak jak pan odrabiam ludziom za jedzenie, ubranie i coś do jedzenia. A będę się mogła wykąpać?

Skinąłem głową.

- Wykąpię się i przebiorę. W wózku mam całkiem nową sukienkę.

- Zrobię pani wodę. Gorąca kąpiel od czasu do czasu się przydaje.

- A potem sobie pójdę. Za dwa dni wrócę, to może wtedy się do czego przydam, ale złom sprzedać najpierw muszę.


- Rozumiem.

Zanim Pokorscy wrócili po kobiecie pozostał na piaszczystej drodze ślad wyżłobiony kołami wózka.



[27.06.2026, Toruń]

MUZYCZNE POCZTÓWKI - LUDWIG VAN BEETHOVEN - SONATA FORTEPIANOWA NR 17.


Ludwig van Beethoven, Sonata fortepianowa nr 17 „Burza”, op. 31 nr 2, część III „Allegretto” – wykonawczyni - GALINA EFIMOWA


[27.06.2026, Toruń]


 

IGNACY KRASICKI - MIKOŁAJA DOŚWIADCZYŃSKIEGO PRZYPADKI - KSIĘGA I /4/

 

IV.

Wprawiony już nie tylko w rozumienie, ale i mówienie po francuzku, żebym nie tylko coraz bardziej wzmacniał się w tym języku, ale i począł nabierać pierwsze sentymentów elementa: osądził za rzecz potrzebną Jmć Pan Damon, abyśmy się udali do xiąg miłośnomoralnych. W domu, oprócz heroiny, głosu synogarlicy, i ołtarzyka wonnego kadzenia, żadnej inszej xiążki nie znaleźliśmy.

Za wielkiem Jmci Pana Damona staraniem, po kilku miesięcznem oczekiwaniu, przybyły nakoniec romanse Cyrusa i Klelji. Nie przestraszyła mnie bynajmniej niezmierność tak przeciągłych historyj; owszem, takiegom nabrał gustu w słuchaniu, gdy je Pan Damon czytał, iż chcąc czasem dójść końca zawiłej intrygi, trawiłem bezsenne nocy dla wielkiego Alkandra, lub wiernej Mandany. Duchem bohatyrstwa napełniony, nie mając jeszcze żadnej Dorynny, lub Kleomiry, wzdychałem przecie; uskarżałem się na bogi; i ażeby mogło powtarzać echo żałośne jęczenia, nie raz wykradałem się do blizkiego rezydencyi naszej gaiku.

Raz gdym właśnie, najżałośniejszy rozdział czytał historyi Hippolita, leżąc u stoku na miękkiej murawie, wołać począłem żałośnym głosem: « Czemuż się nademną zlitować nie chcesz kochana Julianno? pastwisz się nad tym który uznałby się za najszczęśliwszego, gdyby mógł być wiecznym twoim sługą... Rozkaż!... wszystko dla ciebie uczynić gotowem, byleś mię tylko nie chciała tak niemiłosiernie prześladować!... Pójdę w świat gdzie mnie oczy poniosą... »

Ach! nie czyń mi Wmć Pan tej krzywdy, rzekła w tym punkcie stojąca przy mnie młoda matki mojej wychowanica, tegoż właśnie imienia, która trafunkiem przechodząc się po tym lasku, właśnie za mną stała wtenczas, gdym się ja na te heroiczne okrzyki zdobywał. « Nie rozumiem, rzekła dalej, iżby postępki moje miały komukolwiek czynić przykrość, a dopieroż synowi tej, która w mojem sieroctwie matką mi się staje! »

Nie wiem, czyli tak osobliwy przypadek, czyli głos wdzięczny i zarumienienie się, gdy mówiła, Julianny, czyli natężona z romansów imaginacya, ten we mnie w momencie sprawiła skutek, iż w tym punkcie zdała mi się być boginią. Padłem jej do nóg, łzami oblewając jej ręce, uczyniłem protestacyą miłości wiecznej; i gdyby była gwałtem z rąk moich nie wydarła się, rozumiem, iż cokolwiek Cyrus Mandanie, Hippolit Julji powiedział, wszystkoby to była usłyszała przy tym moim wstępie, w sentymentowe awantury. Respekt nadzwyczajny nie pozwolił mi dalej sprzeciwiać się jej rozkazom.

Zostałem na temże miejscu, i tracąc ją z oczu, dopierom rozmawiać począł z rzeczką, drzewami i pagórki, zgoła kopijując wszystkie, które mi tylko przyjść mogły na myśl oryginały; nie opuściłem najmniejszej okoliczności, i tych, które w romansach czytałem przy każdym pierwszym poznaniu.

Do tego czasu piękność Julianny, lubo była wyborna, nie nader wielką czyniła we mnie impresyą. Przyzwyczajony do jej widoku, zachowywałem się w granicach należytego względem płci damskiej uszanowania; ten osobliwy przypadek tak mi się zdał być niezwyczajnem losu przeznaczeniem, iż każde Julianny wzruszenie wskróś serce moje przerażało: to zaś mając już prawdziwe objektum, nie zatrudniało się fantastycznemi awanturami.

Gdym do domu powrócił, postrzegłem, iż za mojem przybyciem twarz jej się zarumieniła, i skorom wszedł, spuściła oczy. Nie dobrze jeszcze istotnych romansów świadom, zdało mi się, iżem niedyskrecyą na jej gniew zasłużył; i tak mnie ta myśl zasmuciła, iż nadzwyczaj byłem ponury i zamyślony, czekając czasu spoczynku, żebym w cichości zgryzotę serca ulżył. Noc ta była prawie bezsenna: Julianna raz w takiej postaci, jakem ją w lasku widział, zagniewana; drugi raz stała mi ustawicznie w oczach: i gdy przededniem zmorzone powieki sen zamknął, marzyła się przecie ustawicznie jej postać wdzięczna i miła.


[27.06.2026, Toruń]



FRAZEOLOGIZMY II (321-340)

 

321. czarny humor - przedstawienie rzeczy tragicznych w sposób humorystyczny

322. czarny jak heban - o czymś lub o kimś bardzo czarnym lub ciemnym

323. czarny jak smoła - o czymś lub o kimś bardzo czarnym lub ciemnym

324. czarny koń - przen. ktoś, kto nieoczekiwanie zwycięża lub odgrywa wielką rolę w jakichś wydarzeniach, choć nikt się tego nie spodziewał; dosł. koń karej maści

325. czarny rynek - ekon. działalność gospodarcza zakazana przez prawo

326. czary-mary - rodzaj zaklęcia; niezrozumiałe rzeczy, praktyki

327. czekać jak kania dżdżu - książk. bardzo mocno i niecierpliwie chcieć czegoś

328. czekać jak na zbawienie - niecierpliwie na coś czekać; usilnie pragnąć, by coś się stało, spełniło

329. czekać na Godota - książk. czekać na coś (lub kogoś), co nigdy nie nadejdzie

330. czepiać się jak pijany płotu - nieustannie doszukiwać się czegoś negatywnego aby ostro to krytykować; zwracać komuś stale uwagę

331. czerwona burżuazja - elita władzy komunistycznej

332. czerwony jak burak - zaczerwieniony na twarzy z powodu silnej emocji, najczęściej zawstydzenia

333. czerwony kur - książk. Pożar

334. czesać książki - oznacza mieć wielki bałagan w dokumentach lub notatkach

335. czeski błąd - pot. jęz. literówka polegająca na przestawieniu dwóch sąsiednich ze sobą znaków[

336. czeski film - żart. sytuacja, w której nie wiadomo o co chodzi; dosł. film produkcji czeskiej

337. cześć pieśni - pot. to, o czym była mowa, się skończyło lub się skończy; to już koniec

338. cześć pracy - żart. forma powitania lub pożegnania używana w stosunku do osób, z którymi mówiący jest w bliskich stosunkach

339. często-gęsto - pot. żart. bardzo często

340. częstochowski rym - przen. rym banalny, prosty, o znikomych wartościach artystycznych, w którym rymujące się wyrazy mają często tę samą formę gramatyczną; żart. iron. utwór wierszowany na niskim poziomie artystycznym, kojarzony z pieśniami odpustowymi i kantyczkami pielgrzymów


[27.06.2026, Toruń]