Jesteśmy z Marią w
podobnym wieku, ja starszy, mam emeryturę, niewielką, jak to w
budżetówce, ona też ma, choć przezornie żyje z tej
po mężu,
ale nie są to jakieś wielkie pieniądze, więc dla niej to moje
zaangażowanie finansowe w jej rezydencję nie jest bez znaczenia.
Nie rozmawiamy o tym, jakoś nam głupio roztrząsać kwestie
finansowe. Prawdę mówiąc, po dołożeniu środków ze sprzedaży
mieszkania w mieście (ta jedna trzecia, o której wspomniałem
wcześniej) Maria protestowała. Fakt, że byliśmy najbliższymi
przyjaciółmi kłócił się nieco z finansowym zaangażowaniem z
mojej strony, ale w końcu dała się przekonać, że skoro mam u
niej spędzić resztę swojego życia, to rozsądne jest to, że
inwestuję w dom, mieszkanie, czy jak to tam nazwać. Pogodziła się
z moim punktem widzenia, ale jednocześnie zaproponowała, ba,
zażyczyła sobie, aby aktem notarialnym ustanowić mnie
współwłaścicielem domu oraz przylegającego do niego sadu i
ogrodu. Nie zgodziłem się na to, Mario, to jest twój dom, twoja
posiadłość, a kiedy opowiedziałem o moim stanowisku córce, ta
oznajmiła,
że przy całym szacunku do mnie, jestem frajerem; także syn
oświadczył, że nie tak załatwia się sprawy własnościowe i że
w Anglii, gdzie mieszka, tego typu odstąpienie od praw własności
to świadectwo skrajnej naiwności. Może rzeczywiście byłem
naiwny, ale nie zaprzątało to mojej głowy. Poszedłem jednak na
ugodę z Marią. Zmusiła mnie wręcz do tego, abym według zapisu
notarialnego w przypadku jej śmierci przejął całą jej posiadłość
na siebie w ramach spadku. Nie dziwiłem się temu, zwłaszcza że
nie dopuszczałem do siebie myśli, że Maria może umrzeć przede
mną… zresztą mówienie o śmierci w pewnych sytuacjach to temat
tabu dla mnie.
Ale starzeję się i
w związku z tą nieuchronnością myśli o śmierci nie są mi już
tak obce, jak miało to miejsce jeszcze w niedawnej, nieodległej
przeszłości. Rzecz jasna są to trudne myśli, bo jak tu sobie
wyobrazić świat bez siebie. Powiedziałem Marii, że kiedy już
zostanę zabrany na tamtą stronę, to dam jej znać, czy mi się tam
podoba, czy widzę tę jasność, światło mówiące o tym, że
jednak warto żyć, skoro żyje się dwa razy. Odparła, że nie chce
tego wiedzieć, nie chce słuchać, co miałbym jej wtedy do
powiedzenia, gdyż musiałbym być wtedy duchem, a ona z duchami nie
sympatyzuje i raczej się ich boi, gdyż kilka takich zdołała
rozpoznać we śnie i potem cały dzień miała zmarnowany.
Leżymy zatem, ona na
tapczanie, ja na materacu; kto dołoży na ogień, ot i pojawiła się
problem; niech zgadnę, Maria udaje, że śpi, więc kolej na mnie,
nie muszę wychodzić do komórki, bo w wiadrze są trzy kloce
drewna, osika albo zwykła topola, dwoma suchymi wypełniam kuchnię
węglową, fajerki nieco wystają ponad poziom.
Przed tygodniem,
kiedy właściwie nie było jeszcze zimy, zaproponowałem Marii,
abyśmy przejechali się pociągiem do K. – to jakieś trzydzieści
kilometrów, trasa ciekawa, drzewa, kilka mostów na rzece wzdłuż
której odbywa się podróż, a do tego pogoda śliczna, dużo
słońca, choć ból w kościach podpowiada, że teraz to już
naprawdę zacznie się zima.
- Człowieku, to nie
zamknęli jeszcze tej trasy? – zareagowała Maria. – Tam jeździła
ostatnimi czasy spalinówka, która wlokła się niemiłosiernie.
Gdybyś zaproponował mi podróż szybką koleją, to co innego.
Stanęło na tym, że
jednak pojechaliśmy. W czasie drogi rozmawialiśmy na podróży,
mój Boże, a czyż to nie ma lepszych tematów, rozmawialiśmy na
temat opłacalności tej trasy - całość 42 kilometry, cztery
przystanki, ludzi niewiele, chociaż znaleźliby się pasażerowie do
jeżdżący do pracy i do szkół, i są tacy, ale niewielu.
- Podoba ci się taka
jazda? – zapytała, dodając, że powinniśmy raczej delektować
szybkimi pociągami i zażyć podróży z prędkością dwustu
kilometrów na godzinę, a nie wlec się czterdzieści, pięćdziesiąt
na godzinę, i przymykać oczy na to, że wyprzedza nas rowerzysta.
- Mario, czy naprawdę
liczy się w naszym życiu jego
szybkość,
czy nie dość nam tego, że i tak czas nam ucieka, przysparzając
nam kolejnych lat życia, które zbliżają nas do ostateczności?
Ale zejdźmy z tej górnolotnej metafory – przyspieszając podróż
z godziny do kwadransa, ileż tracimy – rozmowa z współpasażerami
omija nas, nie zdołamy nawet zjeść przygotowanej przed podróżą
kanapki, możemy nawet nie zakończyć partyjki w tysiąca lub
kierki, ileż tracimy, nie mogąc nasycić się widokiem twarzy
przepięknej
dziewczyny siedzącej naprzeciwko nas, zanim pomyślimy, którym
autobusem dojechać z docelowej stacji do centrum miasta, już musimy
wysiadać i to szybko, bo nasz ekspresowy pociąg zaraz rusza i
połyka kolejnych pasażerów, ba, nawet nie skorzystamy z kolejowej
toalety, nie mówiąc już o konsumpcji posiłku w wagonie
restauracyjnym. Czy my, Mario, naprawdę musimy się tak śpieszyć?
Z tymi pytaniami to
było tak, jakbym zadawał je sobie i sam na nie odpowiadał. Maria
przyznała mi rację, gdyż i ona była pod ciągłą presją
upływającego czasu. Tak, pośpiech nie jest w interesie nas obojga.
Faktem jest to, że w naszym wieku, kiedy posiadamy zabezpieczenie
finansowe na bieżące potrzeby – nie są to wielkie pieniądze,
ale pozwalają nam skromnie żyć – nie musimy już zabiegać o
dodatkowe środki do życia, nie nosimy na swoich barkach dzieci,
którym musielibyśmy pomóc, możemy więc skupić się na sobie,
własnych potrzebach i zainteresowaniach; planów wielkich nie mamy,
bo już je mieliśmy, a teraz takie pozostawienie nas na bocznicy
życia nie jest klęską, jest nieuchronnością i chociaż zawęża
ono nasz horyzont myślenia i działania, to godzimy się na taki
stan rzeczy, próbujemy cieszyć się życiem i posiadaniem tego, co
mamy. I tak znajdujemy się w lepszym położeniu niż dziesiątki
tysięcy naszych rówieśników. [...]
[24.02.2026, Toruń]