R. VIII MEDYTACJE
Znalazłszy się na ulicy Wokulski stanął
na chodniku, jakby namyślając się, dokąd iść. Nie
ciągnęło go nic w żadną stronę.
Dopiero gdy przypadkiem spojrzał w prawo, na swój nowo
wykończony sklep, przed którym już
zatrzymywali się ludzie, odwrócił się ze wstrętem i poszedł w
lewo.
„Dziwna rzecz, jak mnie to wszystko mało
obchodzi” — rzekł do siebie. Potem myślał o tych kilkunastu
ludziach, którym już daje zajęcie, i o tych kilkudziesięciu,
którzy od pierwszego maja mieli dostać u niego zajęcie, o tych
setkach, dla których w ciągu roku miał stworzyć nowe źródła
pracy, i o tych tysiącach, którzy dzięki jego tanim towarom
mogliby sobie poprawić nędzny byt — i — czuł, że ci wszyscy
ludzie i ich rodziny nic go w tej chwili nie interesują.
„Sklep odstąpię, nie zawiążę spółki
i wyadę za granicę” — myślał.
„A zawód, jaki zrobisz ludziom, którzy
w tobie położyli nadzieję?”
„Zawód?… Alboż mnie samego nie
spotkał zawód?…”
Wokulski idąc poczuł jakąś niewygodę;
lecz dopiero zastanowiwszy się osądził, że męczy go ciągłe
ustępowanie z drogi; przeszedł więc na drugą stronę ulicy, gdzie
ruch był mniejszy.
„A jednak ten Mraczewski jest infamis¹⁸⁶!
— myślał. — Jak można mówić takie rzeczy w sklepie? »Za
parę dni otrzymam bilecik, a potem — schadzka!… Ha, sama sobie
winna, nie trzeba kokietować błaznów… Zresztą — wszystko mi
jedno.”
Czuł w duszy dziwną pustkę, a na samym
jej dnie coś, jakby kroplę piekącej goryczy. Żadnych sił,
żadnych pragnień, nic, tylko tę kroplę tak małą, że jej
niepodobna dojrzeć, a tak gorzką, że cały świat można by nią
zatruć.
„Chwilowa apatia, wyczerpanie, brak
wrażeń… Za dużo myślę o interesach” — mówił.
Stanął i patrzył. Dzień przedświąteczny
i ładna pogoda wywabiły mnóstwo ludzi na bruk miejski. Sznur
powozów i pstrokaty falujący tłum między Kopernikiem i Zygmuntem
¹⁸⁷ wyglądał jak stado ptaków, które właśnie w tej chwili
unosiły się nad miastem dążąc ku północy. [...]
-------------------------------------------------------------------------
¹⁸⁶infamis (łac.) — człowiek bez
czci, niegodziwy.
¹⁸⁷między Kopernikiem i Zygmuntem…
— tj. wzdłuż całego Krakowskiego Przedmieścia: pomnik Kopernika
wzniesiony został w r. 1830 według modelu słynnego duńskiego
rzeźbiarza Bertolda Thorwaldsena (1770–1844). Zygmunt: znana
kolumna z posągiem króla Zygmunta III Wazy (1587–1632),
wzniesiona w r. 1644 przez jego syna Władysława IV na Placu
Zamkowym.
---------------------------------------------------------------------------
[…] „Szczególna rzecz — mówił. —
Każdy ptak w górze i każdy człowiek na ziemi wyobraża sobie, że
idzie tam, dokąd chce. I dopiero ktoś stojący na boku widzi, że
wszystkich razem pcha naprzód jakiś fatalny prąd, mocniejszy od
ich przewidywań i pragnień. Może nawet ten sam, który unosi smugę
iskier wydmuchniętych przez lokomotywę podczas nocy?… Błyszczą
przez mgnienie oka, aby zgasnąć na całą wieczność, i to nazywa
się życiem.
Mijają ludzkie pokolenia
Jak fale, gdy wiatr morzem zmąci;
I nie masz godów ich pamięci,
I nie masz bólów ich wspomnienia.¹⁸⁸
Gdzie ja to czytałem?… Wszystko jedno.”
Nieustanny turkot i szmer wydał się Wokulskiemu nieznośnym, a
wewnętrzna pustka straszliwą. Chciał czymś się zająć i
przypomniał sobie, że jeden z zagranicznych kapitalistów pytał go
o zdanie w kwestii bulwarów nad Wisłą¹⁸⁹. Zdanie już miał
wyrobione:
Warszawa całym swoim ogromem ciąży i
zsuwa się ku Wiśle. Gdyby brzeg rzeki obwarować bulwarami,
powstałaby tam najpiękniejsza część miasta: gmachy, sklepy,
aleje…
„Trzeba spojrzeć, jak by to wyglądało?”
— szepnął Wokulski i skręcił na ulicę Karową¹⁹⁰.
Przy bramie¹⁹¹ wiodącej tam zobaczył
bosego, przewiązanego sznurami tragarza, który pił wodę prosto z
wodotrysku; zachlapał się od stóp do głów, ale miał bardzo
zadowoloną minę i śmiejące się oczy.
„Jużci, ten ma, czego pragnął. Ja,
ledwiem zbliżył się do źródła, widzę, że nie tylko ono
znikło, ale nawet wysychają moje pragnienia. Pomimo to mnie
zazdroszczą, a nad nim każą się litować. Co za potworne
nieporozumienie!”
Na Karowej odetchnął. Zdawało mu się,
że jest jedną z plew, które już odrzucił młyn wielkomiejskiego
życia, i że powoli spływa sobie gdzieś na dół tym rynsztokiem
zaciśniętym odwiecznymi murami.
„Cóż bulwary?… — myślał. —
Postoją jakiś czas, a potem będą walić się, zarośnięte
zielskiem i odrapane, jak te oto ściany. Ludzie, którzy je budowali
z wielką pracą, mieli także na celu zdrowie, bezpieczeństwo,
majątek, a może zabawy i pieszczoty. I gdzie oni są?… Zostały
po nich spękane mury, jak skorupa po ślimaku dawnej epoki. A cały
pożytek z tego stosu cegieł i tysiąca innych stosów będzie, że
przyszły geolog nazwie je skałą ludzkiego wyrobu, jak my dziś
koralowe raj albo kredę nazywamy skałami wyrobu pierwotniaków.
I cóż ma z trudu swego człowiek?…
I z prac tych, które wszczął pod
słońcem?…
Znikomość — jego dzieła gońcem,
A żywot jego mgnieniem powiek.
Gdziem ja to czytał, gdzie?… Mniejsza o
to.” Zatrzymał się w połowie drogi i patrzył na ciągnącą się
u jego stóp dzielnicę między […]
--------------------------------------------------------------------------
¹⁸⁸Mijają ludzkie pokolenia… —
ten i następne wierszowane cytaty w tekście tego rozdziału pochodzą
z poematu Włodzimierza Zagórskiego (1834–1902) Król Salomon
(dedykowanego Bolesławowi Prusowi), opartego na motywach biblijnej
księgi Eklezjastes. Fragment, z którego pochodzi ten i następne
cytaty, ukazał się w zbiorze Z teki Chochlika w r. 1881.
¹⁸⁹…w kwestii bulwarów nad Wisłą
— sprawa budowy bulwarów nad Wisłą była wtedy rzeczywiście
aktualna. „Kurier Warszawski” z 2 kwietnia 1879 roku donosi o
powstaniu towarzystwa polsko–francuskiego, które zamierza
wybudować te bulwary kosztem 25 milionów rubli. Projekt jednak nie
został urzeczywistniony.
¹⁹⁰ulica Karowa, Dobra, Garbarska,
Topiel, Radna, Browarna, Tamka — wymienione w tym rozdziale, są to
ulice Powiśla, dzielnicy Warszawy między Krakowskim Przedmieściem
a Wisłą, zamieszkiwanej przez biedotę. Położona w bezpośrednim
sąsiedztwie śródmieścia, jaskrawo z nim kontrastowała. Przed
1939 r. część Powiśla bardzo się unowocześniła, jednak dopiero
w ostatnich latach nowe budownictwo wyparło resztki starych ruder,
pamiętających czasy Prusa.
¹⁹¹Przy bramie — wejście z
Krakowskiego Przedmieścia na Karową prowadziło przez wielką
stylową bramę (projektu Marconiego) z dwoma wodotryskami w bocznych
kolumnach. Zburzono ją przy budowie hotelu „Bristol” w 1899 r.
-------------------------------------------------------------------------
[…] Nowym Zazdem¹⁹² i Tamką.
Uderzyło go podobieństwo do drabiny, której jeden
bok stanowi ulica Dobra, drugi — linia od
Garbarskiej do Topieli, a kilkanaście uliczek
poprzecznych formują jakby szczeble.
„Nigdzie nie wejdziemy po tej leżącej
drabinie — myślał. — To chory kąt, dziki kąt.” I rozważał
pełen goryczy, że ten płat ziemi nadrzecznej, zasypany śmieciem z
całego miasta, nie urodzi nic nad parterowe i jednopiętrowe domki
barwy czekoladowej i jasnożółtej, ciemnozielonej i pomarańczowej.
Nic, oprócz białych i czarnych parkanów, otaczających puste
place, skąd gdzieniegdzie wyskakuje kilkupiętrowa kamienica jak
sosna, która ocalała z wyciętego lasu, przestraszona własną
samotnością.
„Nic, nic!…” — powtarzał tułając
się po uliczkach, gdzie widać było rudery zapadnięte niżej
bruku, z dachami porosłymi mchem, lokale z okiennicami dniem i nocą
zamkniętymi na sztaby, drzwi zabite gwoździami, naprzód i w tył
powychylane ściany, okna łatane papierem albo zatkane łachmanem.
Szedł, przez brudne szyby zaglądał do mieszkań i nasycał się
widokiem szaf bez drzwi, krzeseł na trzech nogach, kanap z wydartym
siedzeniem, zegarów o jednej skazówce z porozbijanymi cyferblatami.
Szedł i cicho śmiał się na widok wyrobników wiecznie czekających
na robotę, rzemieślników, którzy trudnią się tylko łataniem
starej odzieży, przekupek, których całym majątkiem jest kosz
zeschłych ciastek — na widok obdartych mężczyzn, mizernych dzieci
i kobiet niezwykle brudnych. „Oto miniatura kraju — myślał —
w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną
z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby
karmić niedołęgów; miłosierdzie hodue bezczelnych
próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się na sprzęty otacza
się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest
wczesna śmierć. Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko
sprzysięgło się, ażeby ją spętać i zużyć w pustej walce —
o nic.”
Potem w wielkich konturach przyszła mu na
myśl jego własna historia. Kiedy dzieckiem będąc łaknął wiedzy
— oddano go do sklepu z restauracją. Kiedy zabijał się nocną
pracą będąc subiektem — wszyscy szydzili z niego, zacząwszy od
kuchcików, skończywszy na upijającej się w sklepie inteligencji.
Kiedy nareszcie dostał się do uniwersytetu — prześladowano go
porcjami, które niedawno podawał gościom. Odetchnął dopiero na
Syberii. Tam mógł pracować, tam zdobył uznanie i przyjaźń
Czerskich¹⁹³, Czekanowskich¹⁹⁴, Dybowskich¹⁹⁵. Wrócił
do kraju prawie uczonym, lecz Syberia gdy w tym kierunku szukał
zajęcia, zakrzyczano go i odesłano do handlu…
„To taki piękny kawałek chleba w tak
ciężkich czasach!”
No i wrócił do handlu, a wtedy zawołano,
że się sprzedał i żyje na łasce żony, z pracy Minclów. Traf
zdarzył, iż po kilku latach żona umarła zostawiając mu dość
spory majątek. Pochowawszy ją, Wokulski odsunął się nieco od
sklepu, a znowu zbliżył się do książek. I może z galanteryjnego
kupca zostałby na dobre uczonym przyrodnikiem, gdyby znalazłszy się
raz w teatrze nie zobaczył panny Izabeli. Siedziała w loży z ojcem
i panną Florentyną, ubrana w białą suknię. Nie patrzyła na
scenę, która w tej chwili skupiała uwagę wszystkich, ale gdzieś
przed siebie, nie wiadomo gdzie i na co. Może myślała o
Apollinie?… Wokulski przypatrywał się jej cały czas. Zrobiła na
nim szczególne wrażenie. Zdawało mu się, że już kiedyś ją
widział i że ją dobrze zna. Wpatrzył się lepiej w jej rozmarzone
oczy i nie wiadomo skąd przypomniał sobie niezmierny spokój
syberyjskich pustyń, gdzie bywa niekiedy tak cicho, że prawie […]
-------------------------------------------------------------------------
¹⁹²Nowy Zjazd biegł od Placu Zamkowego
do żelaznego mostu na Wiśle i tworzył rodzaj wiaduktu na arkadach,
w połączeniu z nasypem ziemnym (wiadukt Pancera). Nowy Zjazd był
bardzo ruchliwym punktem Warszawy ze wzglądu na most (Kierbedzia)
łączący Warszawę z Pragą. Tędy przechodzi obecnie Trasa W-Z i
Most Śląsko-Dąbrowski.
¹⁹³Czerski Jan (1845–1892) —
przyrodnik i geolog, zesłany w r. 1863 na Syberię, badał tam faunę
i pokłady węgla.
¹⁹⁴Czekanowski Aleksander (1810–1876)
— geograf i geolog, zesłany w r. 1863 na Syberię.
¹⁹⁵Dybowski Benedykt (1833–1930) —
uczony polski, zesłany w r. 1864 na Syberię, badał tamtejszą
przyrodę, antropologię i języki ludów syberyjskich.
----------------------------------------------------------------------------
[…] słychać szelest duchów wracających
ku zachodowi¹⁹⁶. Dopiero później przyszło mu na
myśl, że on nigdzie i nigdy jej nie
widział, ale — że jest tak coś — jakby na nią od dawna
czekał.
„Tyżeś to czy nie ty?…” — pytał
się w duchu, nie mogąc od niej oczu oderwać.
Odtąd mało pamiętał o sklepie i o
swoich książkach, lecz ciągle szukał okazji do widywania panny
Izabeli w teatrze, na koncertach lub na odczytach. Uczuć swoich nie
nazwałby miłością i w ogóle nie był pewny, czy dla oznaczenia
ich istnieje w ludzkim języku odpowiedni wyraz. Czuł tylko, że
stała się ona jakimś mistycznym punktem, w którym zbiegają się
wszystkie jego wspomnienia, pragnienia i nadzieje, ogniskiem, bez
którego życie nie miałoby stylu, a nawet sensu. Służba w sklepie
kolonialnym, uniwersytet, ożenienie się z wdową po Minclu, a w
końcu mimowolne pójście do teatru, gdy wcale nie miał chęci —
wszystko to były ścieżki i etapy, którymi los prowadził go do
zobaczenia panny Izabeli.
Od tej pory czas miał dla niego dwie fazy.
Kiedy patrzył na pannę Izabelę, czuł się absolutnie spokojnym i
jakby większym; nie widząc — myślał o niej i tęsknił.
Niekiedy zdawało mu się, że w jego uczuciach tkwi jakaś omyłka i
że panna Izabela nie jest żadnym
środkiem jego duszy, ale zwykłą, a może
nawet bardzo pospolitą panną na wydaniu. A wówczas przychodził mu
do głowy dziwaczny projekt:
„Zapoznam się z nią i wprost zapytam:
czy ty jesteś tym, na co przez całe życie czekałem?…
Jeżeli nie jesteś, odejdę bez pretensji i żalu…”
W chwilę później spostrzegał, że
projekt ten zdradza umysłowe zboczenie. Kwestię więc: czym jest, a
czym nie jest, odłożył na bok, a postanowił, bądź co bądź,
zapoznać się z panną Izabelą. Wtedy przekonał się, że między
jego znajomymi nie ma człowieka, który mógłby go wprowadzić do
domu Łęckich. Co gorsze: pan Łęcki i panna byli klientami jego
sklepu, lecz taki stosunek, zamiast ułatwić, utrudniał raczej
znajomość. Stopniowo sformułował sobie warunki zapoznania się z
panną Izabelą. Ażeby mógł nic więcej tylko szczerze rozmówić
się z nią, należało:
- Nie być kupcem albo być bardzo bogatym
kupcem.
- Być co najmniej szlachcicem i posiadać
stosunki w sferach arystokratycznych.
- Nade wszystko zaś mieć dużo pieniędzy.
Wylegitymowanie się ze szlachectwa nie
było rzeczą trudną. W maju roku zeszłego Wokulski wziął się do
tej sprawy, którą jego wyjazd do Bułgarii o tyle przyspieszył, że
już w grudniu miał dyplom¹⁹⁷, z majątkiem było znacznie
trudniej; w tym przecie dopomógł mu los. W początkach wojny
wschodniej¹⁹⁸ przejeżdżał przez Warszawę bogaty moskiewski
kupiec, Suzin, przyjaciel Wokulskiego jeszcze z Syberii. Odwiedził
Wokulskiego i gwałtem zachęcał go do przyjęcia udziału w
dostawach dla wojska.
— Zbierz pieniędzy, Stanisławie
Piotrowiczu, ile się da — mówił — a uczciwe słowo, zrobisz
okrągły milionik!…
Następnie półgłosem wyłożył mu swoje
plany. Wokulski wysłuchał jego projektów. Do wykonania jednych nie
chciał należeć, inne przyjął, lecz wahał się. Żal mu było
opuścić miasto, w którym przynajmniej widywał pannę Izabelę.
Ale gdy w czerwcu ona wyjechała do ciotki, a Suzin począł naglić
go depeszami, Wokulski zdecydował się i podniósł całą gotówkę
po żonie w ilości rs¹⁹⁹ trzydzieści tysięcy, którą
nieboszczka trzymała nietykalną w banku. Na kilka dni przed
wyjazdem zaszedł do znajomego lekarza Szumana, z którym po mimo
obustronnej życzliwości widywali się nieczęsto. Lekarz, Żyd,
stary kawaler, żółty,
mały, z czarną brodą, miał reputację
dziwaka. Posiadając majątek leczył darmo […]
--------------------------------------------------------------------------
¹⁹⁶słychać szelest duchów
wracających ku zachodowi — prawdopodobnie reminiscencja epizodu w
Anhellim (1838) Juliusza Słowackiego, kiedy dusza bohatera, wywołana
przez Szamana, pragnie powrócić do ojczyzny.
¹⁹⁷dyplom — tu: dokument
stwierdzający pochodzenie szlacheckie.
¹⁹⁸wojna wschodnia — wojna
rosyjsko-turecka
¹⁹⁹rs — skrót: rubli srebrnych.
[31.10.2026, Toruń]