Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

06 października 2026

SZTUKA - FRANCISCO GOYA - PORTRETY

 

1. Francisco Goya (Hiszpania, 1746–1828)

Autoportret (1815)

Museo del Prado, Madryt


Goya był wielkim artystą swojej epoki, a jego umiejętności rysunkowe nie miały sobie równych; zakres technik, które opanował, był niezrównany. Jego twórczość obejmowała szeroki wachlarz form, od grawerunków drukowanych, przez gobeliny i freski kościelne, po znakomicie wykonane płótna. Jego portrety są odkrywczym obrazem charakteru; jego obrazy rodzajowe doskonale oddają ducha czasu i miejsca; jego obrazy historyczne uchwyciły dramatyzm chwili; jego obrazy religijne ukazują autentyczną pobożność zmieszaną z powściągliwym sceptycyzmem; i oczywiście, jak wie każdy, kto zna jego twórczość, miał dar do tworzenia zjadliwej, często brutalnej satyry. Jednak w średnim wieku, po wyleczeniu z długotrwałej choroby, wkroczył na ścieżkę, która uczyniła go nie tylko artystą swojej epoki, ale artystą na wieki.


2. Francisco Goya

Rodzina infanta dona Luisa (ok. 1783–84)


Brat króla Karola III – wygnany z dworu za zawarcie małżeństwa poniżej swojej rangi – zlecił wykonanie tego portretu grupowego swojej rodziny i służby. Jest wieczór, pan domu gra w karty, a jego żona pozwala się czesać.


3. Francisco Goya

Portret Marii Teresy de Vallabriga na koniu (1783)

Galeria Uffizi, Florencja


Latem 1783 roku infante Don Luis de Borbón, brat Karola III, zaprosił Goyę do swojej rezydencji w Arena de San Pedro, gdzie malarz wykonał serię portretów (prawdopodobnie szesnaście) przedstawiających rodzinę Dona Luisa. Goya wspomina o portrecie konnym Marii Teresy de Vallabriga, żony Don Luisa, w liście do swojego przyjaciela Martina Zapatera z 2 lipca 1784 roku.


4. Francisco Goya

Księżna Alby i jej duenna (1795)

Museo del Prado, Madryt


Na tym niewielkim płótnie odzwierciedlony jest żywiołowy, nieco dziecinny charakter Cayetany, księżnej Alby. Jest odwrócona plecami do widza, ale można ją rozpoznać po bujnych, kręconych czarnych włosach. Bawi się w straszenie swojej dueny, Rafaeli Luisy Velázquez, znanej jako „la Beata” („Pobożna”). Księżna pokazuje starszej kobiecie koralowy amulet, który ma odstraszać złe oko. Ta z kolei chroni się krzyżem, jakby miał do czynienia z samym diabłem. Obie postacie mają na sobie białe suknie; księżna z czarną koronką i gorsetem. Obraz składa się głównie z odcieni bieli i czerni naniesionych szerokimi pociągnięciami pędzla, natomiast suknie są obrysowane akcentami jaskrawej żółci. Postacie są umieszczone na płaskim, czarnym tle, które izoluje tę chwilę i usuwa wszelki kontekst.


5. Francisco Goya

Młoda dama w mantyli i basquinie (ok. 1800–1805)

National Gallery, Waszyngton



Mantylia, nakrycie głowy z gazy i koronki opadające na ramiona kobiety, jest charakterystycznym elementem hiszpańskiego stroju. Również charakterystyczna dla Hiszpanii jest basquiña, suknia z krótkimi rękawami przeznaczona do noszenia na zewnątrz. Obraz ten, znany od ponad wieku jako „Żona księgarza”, może w rzeczywistości przedstawiać studium postaci kobiety z wyższych sfer. Choć nie została ona jeszcze zidentyfikowana, przypomina niektóre postacie z gobelinów Goi, które przedstawiają Hiszpanów z różnych środowisk.


6. Francisco Goya

Aktorka Antonia Zárate (ok. 1810–1811)

Muzeum Ermitaż, Sankt Petersburg



Antonia Zárate (1775–1811) była hiszpańską aktorką. Urodziła się jako Antonia de Aguirre y Murguía, a jej imię rodowe wskazuje na baskijskie pochodzenie rodziny. Była córką aktora Pedro de Zárate Valdésa, dyrektora trupy teatralnej, która w czasie jej narodzin występowała „na ziemiach Aragonii” [1] Wydaje się, że przybyła do Kadyksu pod koniec XVIII wieku. Cotarelo śledził jej karierę w madryckich teatrach – odnosiła sukcesy w całej Hiszpanii, ale występowała głównie w stolicy. W 1797 roku wspomniano o niej jako o osobie przebywającej w Madrycie wraz z Ritą Luną i Isidoro Máiquezem w zespole Luisa Navarro, który miał kontrakt z Coliseo de la Cruz. Rok później Cotarelo wspomina o jej występach wokalnych wraz z Manuelą Correa i tą samą trupą, która teraz występowała w Coliseo del Príncipe. W sezonie 1801–02 nadal tam występowała, opisywana jako „aktorka o poważnej postacie”, a rok później odnotowano, że pracowała w Teatro de los Caños del Peral w ramach trupy operowo-dramatycznej kierowanej przez Máiqueza, Antonię Prado i innych czołowych hiszpańskich aktorów tamtego okresu.



[06.10.2026, Toruń]

ODKURZONE (BEZ TYTUŁU)

 

(...) A jeszcze muszę ci powiedzieć, że zaobserwowałem wielką przemianę w jego zachowaniu. Przypominasz sobie, kim był, kiedy tutaj przybył po ostatecznym rozstaniu się ze stronicami mojego rękopisu. Napisałem: przyjdź do nas i tak zrobił, ale potem, kiedy stal się realnym człowiekiem, przestał być sterowany przeze mnie. Zaczął nowe życie, poddając się całkowicie narzuconym mu obowiązkom, a więc: pełnił funkcję odźwiernego, recepcjonisty i sprzątacza pokojów na najwyższym piętrze, na którym oferowaliśmy noclegi. Musisz przyznać sama, że z każdego z tych obowiązków wywiązywał się należycie, by nie powiedzieć z pasją. Skromny, małomówny, skrupulatny i punktualny, wiódł życie ascetyka, kogoś, kto odkłada na bok swoje marzenia, a, i to możliwe, nie posiada własnych marzeń.

Tę przemianę zaobserwowałem przypadkowo, kiedy pewnego wieczoru nie zszedł do jadalni na kolację. Byłem tym zaniepokojony, bo wcześniej nigdy to się nie zdarzyło. Otworzyłem drzwi do jego mieszkanka na poddaszu i, niezauważony, podszedłem do niego. Zaskoczyłem go w chwili, gdy wertował jakąś księgę. Położyłem dłoń na jego ramieniu. Ocknął się i zamknął księgę, choć nie miałem zamiaru rozszyfrowywać jaka to księga tak bardzo zajęła jego uwagę, że zapomniał o wieczerzy. Wtedy wstał, odwrócił się do mnie, spojrzał mi w oczy, w których zauważyłem blask uśmiechu. O tak, oczy zdradzają stan naszej duszy, nawet jeśli spojrzeniu tych oczu nie towarzyszy żaden uzupełniający nastrój i samopoczucie gest. Odtąd Dżoko w dalszym ciągu wykonywał swoją pracę sumiennie, lecz wypełniał ją nie tłumiąc w sobie tej dziwnej i trudno wytłumaczalnej radości. (...)


[06.10.2026, Toruń]

HOMER - ILIADA - KSIĘGA VIII (27)

 

[…] Co to jest walka z ojcem, obaczy Pallada».

To powiedziawszy, poszła Irys nieleniwa.

Do Pallady zaś smutna Hera się odzywa:

— «Pallado, serce moje na to nie zezwoli,

Aby walczyć z Zeusem dla śmiertelnych doli.

Niech giną albo żyją, jak wyrok rozrządzi,

Niechaj podług mądrości swojej Kronid sądzi,

Trojan lub Greków szczęście przedłuża czy skraca».

To mówi i natychmiast nazad⁵⁶⁵ konie zwraca.

Hory je tam wyprzęgły, zdjęły szor⁵⁶⁶ wspaniały

I w żłobach ambrozyjską⁵⁶⁷ paszę im podały,

A piękny wóz o ścianę błyszczącą oparły.

Zasępiły się smutkiem, złością się rozżarły,

Siadły jednak boginie w inszych bogów gronie.

I Kronid pędzi z Idy do Olimpu konie:

Lecą bystre rumaki do bogów mieszkania.

Posejdon⁵⁶⁸ je wyprząga, wóz pyszny zasłania

Świecącym się pokryciem, w miejscu postawiony.

Wstępuje ojciec bogów na swój tron wzniesiony:

Olimp się trząsł po każdym chmurowładcy kroku.

Gniewna Hera z Palladą siedziały na boku,

Złość zapala ich serca, upór wargi ścina;

Postrzegł ich myśli Kronid i pierwszy zaczyna:

— «Skąd, Hero i Pallado, umysł wasz stroskany?

W krótkiej potyczce od was⁵⁶⁹ zniesione⁵⁷⁰ Trojany,

Którymeście nienawiść wieczną poprzysięgły?

Wiedzcie, choćby się na mnie wszystkie bogi sprzęgły,

Wszystkie legną pod mojej prawicy zamachem.

Lecz przejęte zbawiennym wprzód⁵⁷¹ byłyście strachem,

Niżeli was ujrzały w polu krwawe boje;

Bo powiadam, a znacie⁵⁷², czym są słowa moje:

Gdybyście waszej chciały dokonać niecnoty,

Uderzone ode mnie piorunnymi groty⁵⁷³

Już byście nie wróciły do bogów siedliska!

Na te słowa z Palladą Hera wargi ściska;

W obu piersiach na Troi zgubę złość zaciekła.

Siedziały blisko siebie, Pallas nic nie rzekła,

Chociaż ją w głębi serca straszliwy gniew zjada,

Hera wstrzymać nie może, tak więc odpowiada:

— «I dlaczego nas martwisz surowym wyrazem?

Dlaczego się z tak srogim rozwodzisz przekazem?

Któż nie wie, że się twojej nic nie oprze sile?

Żałujem tylko Greków, których legło tyle

I nad którymi jeszcze smutna wisi dola.

Wstrzymamy się od wojny, gdy to twoja wola…

— «Skoro światu Jutrzenka złotym błyśnie włosem,

Obaczysz, Hero — groźnym rzekł Kronida głosem

Jak Hektor będzie Greki bił ręką zwycięską, [...]

-----------------------------------------------------------------------

⁵⁶⁵nazad — z powrotem.

⁵⁶⁶szor — uprząż.

⁵⁶⁷ambrozyjski — przymiotnik od ambrozji, pokarmu bogów.

⁵⁶⁸Posejdon (mit. gr.) — bóg morza, żeglarzy, trzęsień ziemi, brat Zeusa; przedstawiany z trójzębem.

⁵⁶⁹od was (daw.) — przez was.

⁵⁷⁰zniesiony (daw.) — pokonany.

⁵⁷¹wprzód — najpierw.

⁵⁷²znać (daw.) — tu: wiedzieć.

⁵⁷³groty — dziś popr. forma N.lm: grotami.

------------------------------------------------------------------------

[…] Aż powszechną narodu poruszony klęską

Wielki stanie Achilles na pobojowisku,

Niosąc wsparcie Achajom w ostatnim uścisku…

Ty, choćbyś krańce ziemi i morza obiegła,

Gdzie Kronosa z Japetem⁵⁷⁴ jaskinia odległa

Kryje, którzy Tartarem⁵⁷⁵ czarnym otoczeni

Nie znają wiatrów tchnienia ni światła promieni

Choćbyś tam nawet poszła, twe gniewy mam za nic,

Bo wiem, że zuchwałości żadnych nie znasz granic».

Na to i słowa Hera zmartwiona nie rzekła.

Tymczasem ziemię czarnym kirem⁵⁷⁶ noc powlekła,

A słońce świetną głowę skryło w oceanie.

Z żalem gasnące światło widzieli Trojanie;

Przeciwnie Grekom, tyle cierpiącym od rana,

Przyjemna noc i trzykroć była pożądana.

Ściągnąwszy lud na przestrzeń od trupów daleką,

Hektor miał Trojan radę nad Skamandru rzeką;

Zsiedli z wozów, słuchali słów z ust Pryjamida.

Jedenastołokciowa w ręku jego dzida,

Błyszczy się ostrze złotym objęte pierścieniem;

Wódz tak mówi otoczon licznym zgromadzeniem:

— «Słuchajcie mnie, Trojanie i Dardany mężne,

I wiernych sprzymierzeńców zastępy potężne!

Mniemałem, że zniszczywszy achajskie narody,

Wrócę dzisiaj zwycięzcą w Ilijonu grody:

Ale noc nieprzyjazne rozpostarła cienie,

Jej winni Grecy swoje i naw ocalenie.

Czarnej ustąpmy nocy, gotujmy wieczerze,

I koń wyprzężon z wozu niech posiłek bierze.

Sprowadźcie z miasta wszystko, co do uczty trzeba:

Woły, owce i wino, i dostatkiem chleba.

Drzewa także przywieźcie, aby niźli ranna

Wnidzie⁵⁷⁷ Jutrzenka, światłość biła nieustanna

I błyszczące płomienie, aż do nieba wzniosła;

Bo może Grecy, szybkie zgotowawszy wiosła,

Uciekać zechcą skrycie przez morskie odmęty:

Niech przynajmniej nie wsiędą spokojnie w okręty,

Niech strzała ich dosięgnie albo grot miedziany

I aż w domach głębokie opatrują rany!

Niech klęska ich narodom za naukę stoi,

Aby nigdy nieść wojny nie śmiały do Troi!

Woźni zaś w mieście wielkim to powiedzą głosem,

By młodzież i poważne starce z siwym włosem

Wstąpiły na stawiane boską ręką wieże;

Płeć niechaj ognie pali i niech każdy strzeże,

Ażeby się zdradziecko Achaje nie skradły

I w miasto pozbawione obrońców nie wpadły.

Tak uczyńcie, jak mówię, Trojanie waleczni!

Obmyśliłem, żebyśmy dziś byli bezpieczni…

Dziś przez całą noc pilnie odprawujmy straże!

Rano, skoro się pierwsza Jutrzenka pokaże,

Poniesiem bój okrutny aż pod same nawy. […]

------------------------------------------------------------------------

⁵⁷⁴Japet (mit. gr.) — jeden z Tytanów, strącony do Tartaru za bunt przeciwko Zeusowi.

⁵⁷⁵Tartar (mit. gr.) — najciemniejsza i najstraszniejsza część krainy zmarłych.

⁵⁷⁶kir — czarny materiał, symbolizujący żałobę.

⁵⁷⁷wnijść (daw.) — wejść.

-------------------------------------------------------------------------

Obaczę, czy Diomed⁵⁷⁸, ów rycerz tak żwawy,

Do murów mnie odpędzi, czy sam legnie trupem

I ozdobi prawicę moją świetnym łupem…

Obym się tak nie starzał i tak nie umierał

I taką cześć jak Pallas i jak Feb⁵⁷⁹ odbierał,

Jak pewny jestem w dzień ten Achajów zagłady!

Rzekł, a na to niezmierny powstał okrzyk rady.

Czynią rozkaz rycerze: wraz każdy wyprząże

I do wozu spocone konie lejcem wiąże.

Z miasta zaś sprowadzają, co do uczty trzeba:

Woły, owce i wino i dostatkiem chleba.

Zwożą drzewo, palą się mnogie w polu stosy,

A wiatry wznoszą gęste dymy pod niebiosy.

Przez noc dumną Trojanie pasąc się nadzieją,

Siedzą zbrojni w swych szykach, ognie zaś goreją.

Jako gwiazd grono pięknie przy księżycu błyszczy,

Gdy wiatr tak przyjemnego widoku nie niszczy,

Góry widać i wzgórki, i zielone gaje,

Całe się niebo w swojej świetności wydaje,

A pasterz w miłym sercu raduje się szczerze:

Tak też, gdzie Ilijonu czerniły się wieże,

Między achajską flotą i Skamandrem czystym

Całe się świeci pole płomieniem rzęsistym⁵⁸⁰.

Tysiąc ogniów się pali, a przy każdym siedzi

Pięćdziesiąt bohaterów błyszczących od miedzi.

Jęczmień i owies chrupiąc, wyglądają konie,

Aż się Jutrzenka wzniesie na różanym tronie.

------------------------------------------------------------------------

⁵⁷⁸Diomedes — syn Tydeusa, Diomedesa, króla Argos, grecki wojownik, którym opiekowała się Atena.

⁵⁷⁹Febus a. Feb (mit. grec.) — przydomek Apollina, przewodnika dziewięciu muz, boga sztuki, wróżbiarstwa i gwałtownej śmierci.

⁵⁸⁰rzęsisty — mocny, intensywny (zwykle o opadzie lub o świetle).



[06.10.2026, Toruń]

BIBLIA WARSZAWSKA - STARY TESTAMENT - I KSIĘGA MOJŻESZOWA [13]

 

Rozstanie Abrama z Lotem


13:1 Wyruszył tedy Abram z Egiptu z żoną swoją i wszystkim, co do niego należało, do Negebu, a Lot był z nim.

13:2 A Abram był już bardzo zasobny w trzody, srebro i złoto.

13:3 I wędrował, zatrzymując się na postojach, z Negebu aż do Betelu, do miejsca, gdzie poprzednio był jego namiot, między Betelem i Ai,

13:4 Do miejsca, gdzie przedtem zbudował ołtarz. Tam wzywał Abram imienia Pana.

13:5 Również Lot, który wędrował z Abramem, miał owce, bydło i namioty.

13:6 Lecz kraj nie mógł ich obu utrzymać, bo dobytek ich był tak wielki, że nie mogli przebywać razem.

13:7 Między pasterzami stad Abrama a pasterzami stad Lota powstał spór. A Kananejczycy i Peryzyci mieszkali wówczas w kraju.

13:8 Wtedy rzekł Abram do Lota: Niechże nie będzie sporu między mną a tobą i między pasterzami moimi a twoimi, jesteśmy przecież braćmi.

13:9 Czyż cały kraj nie stoi przed tobą otworem? Odłącz się więc ode mnie! Jeśli chcesz pójść w lewo, ja pójdę w prawo, a jeśli chcesz pójść w prawo, ja pójdę w lewo.

13:10 Wtedy Lot podniósłszy oczy, widział, że cały okręg nadjordański - zanim Pan zniszczył Sodomę i Gomorę - był obfity w wodę, jak ogród Pana, jak ziemia egipska, aż do Soaru.

13:11 I wybrał sobie Lot cały okręg nadjordański. I wyruszył Lot na wschód. Tak rozstali się obaj ci mężowie.

13:12 Abram zamieszkał w ziemi kanaanejskiej, natomiast Lot przebywał w miastach okręgu nadjordańskiego i rozbijał swe namioty aż do Sodomy.

13:13 A mieszkańcy Sodomy byli źli i bardzo grzeszni wobec Pana.

13:14 I rzekł Pan do Abrama po odłączeniu się Lota od niego: Podnieś oczy swoje i spojrzyj z miejsca, na którym jesteś, na północ i na południe, i na wschód i na zachód,

13:15 Bo całą tę ziemię, którą widzisz, dam tobie i potomstwu twemu na wieki,

13:16 I rozmnożę potomstwo twoje jak proch ziemi, tak że jeśli kto zdoła policzyć proch ziemi, również potomstwo twoje będzie mogło być policzone.

13:17 Wstań i przejdź ten kraj wzdłuż i wszerz, bo tobie go dam.

13:18 Wtedy Abram zwinął namioty i przybył, by zamieszkać w dąbrowie Mamre pod Hebronem. Tam zbudował Panu ołtarz.



[06.10.2026, Toruń]

MITOLOGIA GRECKA - [WG. JANA PARANDOWSKIEGO [8]

 

BOGOWIE OLIMPIJSCY - HERA


Hera (Junona)

Z ciemnych obłoków wysuwają się dwa pawie. Za nimi druga para, trzecia, czwarta — cały rój pawi. Roztaczają szeroko skrzydła, z których słońce dobywa ogni różnobarwnych. Błękitnawe szyje ptaków wyginają się w locie. Ciągną złocisty rydwan. Lejce, delikatne jak

przędza pajęcza, trzyma w białych dłoniach bogini Iris o skrzydłach tęczowych. Tuż za nią,

wsparta na berle, stoi druga bogini: wysoka, dumna, ubrana w fałdziste szaty, na głowie ma diadem z gwiazd, spod którego patrzą ciemne, surowe, rozkazujące oczy — Hera, królowa nieba, małżonka Dzeusa. Odbywa ranną przejażdżkę nad światem, który uważa za swoją własność.

W istocie jednak mało się dzieje wedle jej woli. Dzeus ulega jej często, ale nie zawsze, raczej aby uniknąć kłótni, do której Hera jest skora. Gdy mu zbraknie cierpliwości, daje jej odczuć swą wyższość w sposób nieco gwałtowny. Raz związał ją złotym łańcuchem i powiesił za ręce u szczytu Olimpu, a dla większej męczarni przydał do nóg dwa ciężkie kowadła. Dopiero na prośbę bogów uwolnił ją w kilka dni później.

Była bardzo wrażliwa na wszystko, co mówiono o jej urodzie. Nie znosiła żadnych porównań, w mniemaniu, że królowa nieba powinna być najpiękniejsza na świecie. Poeci,

chcąc się jej przypodobać, chwalili olśniewającą białość jej ramion i wielkie, ciemnobłękitne oczy, które przyrównywali do ócz młodej jałówki. Ale kobiety sądziły o tym inaczej. Córki króla Projtosa mówiły głośno, że jej nie ustępują w piękności. Hera zesłała na nie szaleństwo, a one uciekły do lasu, beczały, pasły się na łąkach i uważały siebie po prostu za krowy. Inne, podobnie zarozumiałe panny ukarała w ten sposób, że je zamieniła w kamienne schody prowadzące do świątyni. Ojciec ich, który był kapłanem, stąpał codziennie po skamieniałych ciałach córek i słyszał cichy jęk dzieci pod swymi stopami. Białoramienna bogini była patronką niewiast. Do niej modliły się panny w dniu ślubu, ona opiekowała się macierzyństwem i niosła pociechę wdowom. W Olimpii, gdzie stała jedna z najstarszych świątyń Hery, odbywały się co pięć lat igrzyska dziewcząt. W krótkich koszulkach, z rozpuszczonymi włosami, biegły do mety walcząc o nagrodę, którą była gałązka oliwna i kawał pieczeni ze zwierząt ofiarnych. Zresztą w każdym mieście miała Hera świątynię, kaplicę lub ołtarz. W czasach pierwotnych jej wizerunkiem był prosty słup lub belka. Później przedstawiano ją jako poważną matronę o majestatycznej urodzie. Tak ją wyrzeźbił Poliklet w kolosalnym posągu, który stał w świątyni Hery w Argos. Bogini siedziała na tronie trzymając w jednej ręce jabłko granatu, symbol płodności, w drugiej berło z kukułką, ptakiem jej poświęconym.



[07.10. 2026, Toruń]

04 października 2026

MUZYCZNE POCZTÓWKI - BOB MARLEY - NO, WOMAN NO CRY

 

No, woman, no cry (x4)


Cause I remember when we used to sit

In the government yard in Trenchtown,

Oba - obaserving the 'ypocrites

As they would mingle with the good people we meet.

Good friends we have, oh, good friends we've lost

Along the way.

In this great future, you can't forget your past;

So dry your tears, I seh.


No, woman, no cry;

No, woman, no cry.

'Ere, little darlin', don't shed no tears:

No, woman, no cry.


Said - said - said: I remember when-a we used to sit

In the government yard in Trenchtown.

And then Georgie would make the fire lights,

As it was logwood burnin' through the nights.

Then we would cook cornmeal porridge,

Of which I'll share with you;

My feet is my only carriage,

So I've got to push on through.

But while I'm gone, I mean:


Everything's gonna be all right! (x4)

I said, everything's gonna be all right-a!

Everything's gonna be all right!

Everything's gonna be all right, now!

Everything's gonna be all right!


So, woman, no cry;

No - no, woman - woman, no cry.

Woman, little sister, don't shed no tears;

No, woman, no cry.


I remember when we used to sit

In the government yard in Trenchtown.

And then Georgie would make the fire lights,

As it was logwood burnin' through the nights.

Then we would cook cornmeal porridge,

Of which I'll share with you;

My feet is my only carriage,

So I've got to push on through.

But while I'm gone:


No, woman, no cry;

No, woman, no cry.

Woman, little darlin', say don't shed no tears;

No, woman, no cry.


Eh! (Little darlin', don't shed no tears!

No, woman, no cry.

Little sister, don't shed no tears!

No, woman, no cry.)


muzyka i tekst - Vincent Ford




Nie, kobieto, nie płacz (x4)


Mówię: Pamiętam, jak siadywaliśmy

Na podwórku w Trenchtown

Obserwując hipokrytów przemieszanych w tłumie

z dobrymi ludźmi których spotykamy.

Mamy dobrych przyjaciół, Och, dobrych przyjaciół straciliśmy

Po drodze.

W tej wspaniałej przyszłości,

Nie możesz zapominać swojej przeszłości;

Więc osusz swoje łzy - mówię!


Nie, kobieto, nie płacz

Nie, kobieto, nie płacz

Kochanie, nie tocz już łez:

Nie, kobieto, nie płacz


Pamiętam, jak siadywaliśmy

Na podwórku w Trenchtown

A Georgie zapalał latarnie,

Płonęły nocne ogniska

Pichciliśmy owsiankę

Jedliśmy razem;

Wędruję piechotą,

Stopy mnie niosą gdzieś w dal.

Nim pójdę, powiem ci tak:


Wszystko będzie okej! (x4)

Mówię ci, będzie okej!

Wszystko będzie okej!

Już wszystko będzie okej!

Wszystko będzie okej!


Nie, kobieto, nie płacz

Nie, kobieto, nie płacz

Kochanie, nie tocz już łez,

Nie, kobieto, nie płacz


Pamiętam, jak siadywaliśmy

Na podwórku w Trenchtown

A Georgie zapalał latarnie,

Płonęły nocne ogniska

Pichciliśmy owsiankę

Jedliśmy razem;

Wędruję piechotą,

Stopy mnie niosą gdzieś w dal.

Nim pójdę, powiem ci tak:


Nie, kobieto, nie płacz

Nie, kobieto, nie płacz

Kochanie, nie tocz już łez:

Nie, kobieto, nie płacz


Ech! (skarbie, nie tocz już łez!

Nie, kobieto, nie płacz

Siostrzyczko, nie tocz już łez!

Nie płacz kobieto, nie płacz.)



[04.10.2026, Toruń]


28 września 2026

OBRAZKI - HERBATA

 

Jest podstawą. Popatrz, w tym metalowym zielonym pudełku znajdują się grubo pocięte listki yunnan – matka lubi ją najbardziej, a babka przyzwyczajona jest do madras. A tak, zalana wrzątkiem nabiera intensywnej niemal brunatnej barwy w czajniczku pozostawionym na ciepłej, choć nie gorącej żeliwnej płycie kuchni. Wchodzi sąsiadka, listonosz, który kończy właśnie pracę i przychodzi z rentą do Józefa – trzeba podać herbatę. Wprawdzie wiadomo, że listonosz pan Grzegorz, wpada tutaj na kieliszek wyborowej wódki, no może na dwa kieliszki, bo jak tu nie rozmawiać z przytupem o życiu bez wódeczki, ale herbata musi być do ciasteczek, tych kruchych, wyrobionych przez maszynkę do mięsa, upieczonych w piekarniku albo nawet zaniesionych do znajomej piekarni. Pan listonosz właściwie pod pięćdziesiątkę zjadłby śledzika lub moskalika, ale babka oponuje, mówiąc, że śledziki są w piątki, tak samo jak karmazyny lub dorsze. Zjadłby więc, ale konsumuje ciasteczka, popijając je herbatką z prowincji Madras. Przybyła mniej więcej o tej samej porze sąsiadka Ciesielska, ta co raczy wszystkich zawołaniem „Boże zachowaj”, jakoś tak tęsknie zerka na buteleczkę wyborowej, która już w połowie wypita, ale przecież nie wypada jej powiedzieć: „Marianno, polej i mnie, Boże zachowaj, co się na tym świecie dzieje”. I nagle babka Marianna wstaje od stołu, podchodzi do kredensu i wyjmuje buteleczkę araku… nie, to szklący się na brązowo rum. Przynosi tę butelczynę, stawia na stole i wlewa do herbatki sąsiadki jakieś dwie łyżeczki rumu; sobie tylko parę kropli… i piją dwie słusznego wieku panie ich wzmocnioną procentami herbatę madras.

Ciekawe, że tego dnia matka wróciła z pracy wcześniej – wszystkich zwolnili wcześniej, bo było jakieś święto w pracy, jakaś rocznica czy co… Dochodziła pierwsza. Babka Marianna przestraszona, że obiad jeszcze nie przygrzany, ale matka powiada, że w pracy coś tam z okazji święta zjadła, więc może skonsumować obiadek później.

- Mamo, zrób mi tymczasem herbaty. Może być ta twoja madras, ale koniecznie z cytryną.

A pisałem przecież, że herbata to podstawa.





[28.09.2026, Toruń]

27 września 2026

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (17)

 

R. VI - W JAKI SPOSÓB NOWI LUDZIE UKAZUJĄ SIĘ NAD STARYMI HORYZONTAMI. (cd.)



[…] — Wokulski?… no, nie — mówił pan Tomasz. — Jest to człowiek szalonej energii, ale co się tyczy daru kombinowania, nie powiem, ażeby posiadał go w wysokim stopniu.

— Zdaje mi się, że składa tego dowody.

— Wszystko to są dowody tylko energii — odpowiedział pan Tomasz. — Dar kombinacji, genialny umysł poznaje się w innych rzeczach, choćby… w grze. Ja z nim dosyć często grywam w pikietę¹⁶⁸, gdzie koniecznie trzeba kombinować. Rezultat jest taki, że przegrałem osiem do dziesięciu rubli, a wygrałem około siedemdziesięciu, chociaż — nie

mam pretensji do geniuszu! — dodał skromnie.

Pannie Izabeli wypadł z ręki widelec. Pobladła i chwyciwszy się za czoło szepnęła:

— A!… a!…

Ojciec i panna Florentyna zerwali się z krzeseł.

— Co ci jest Belu?… — spytał zatrwożony pan Tomasz.

— Nic — odpowiedziała wsta􀰗ąc od stołu — migrena. Od godziny czułam, że będę ją mieć… To nic, papo…

Pocałowała ojca w rękę i wyszła do swego pokoju.

— Nagła migrena powinna by przejść zaraz — rzekł Pan Tomasz. — Pójdź do niej, Florciu. Ja na chwilę wyjdę do miasta, bo muszę zobaczyć się z kilkoma osobami, ale wcześniej wrócę. Tymczasem czuwaj nad nią, kochana Florciu, proszę cię o to — mówił pan Tomasz ze spokojną fizjognomią człowieka, bez którego poleceń albo prośby nie może być dobrze na świecie.

— Zaraz do niej pójdę, tylko tu zrobię porządek — odpowiedziała panna Florentyna, dla której ład w domu był sprawą ważniejszą od czyjejkolwiek migreny.

Już mrok ogarnął ziemię… Panna Izabela jest znowu sama w swoim gabinecie; upadła na szezlong i obu rękami zasłoniła oczy. Spod kaskady tkanin spływających aż na podłogę wysunął się jej wąski pantofelek i kawałek pończoszki; ale tego nikt nie widzi ani ona o tym nie myśli. W tej chwili jej duszę znowu targa gniew, żal i wstyd. Ciotka ją przeprosiła, ona sama będzie kwestować przy najładniejszym grobie i będzie miała najpiękniejszy kostium; lecz mimo to — jest nieszczęśliwą… Doznaje takich uczuć, jak gdyby wszedłszy do pełnego salonu ujrzała nagle na swym nowym kostiumie ogromną tłustą plamę obrzydłej formy i koloru, jakby suknię wytarzano gdzieś na kuchennych schodach. Myśl o tym jest dla niej tak wstrętna, że ślina napływa jej do ust. Co za straszne położenie!… Już miesiąc zadłużają się u swego lokaja, a od dziesięciu dni jej ojciec na swoje drobne wydatki wygrywa pieniądze w karty… Wygrać można; panowie wygrywają tysiące, ale — nie na opędzenie pierwszych potrzeb, i przecież — nie od kupców. Ach, gdyby można, upadłaby ojcu do nóg i błagała go, ażeby nie grywał z tymi ludźmi, a przynajmniej nie teraz, kiedy ich stan majątkowy jest tak ciężki. Za kilka dni, gdy odbierze pieniądze za swój serwis, sama wręczy ojcu paręset rubli prosząc, ażeby je przegrał do tego pana Wokulskiego, ażeby wynagrodził go hojniej, niż ona wynagrodzi Mikołaja za zaciągnięte długi. Ale czyż je wypada zrobić to, a nawet mówić o tym ojcu?…

„Wokulski?… Wokulski?… — szepcze panna Izabela. — Któż to jest ten Wokulski, który dziś tak nagle ukazał się jej od razu z kilku stron, pod rozmaitymi postaciami. Co on ma do czynienia z jej ciotką, z ojcem?…”

I otóż zdaje się jej, że już od kilku tygodni coś słyszała o tym człowieku. Jakiś kupiec niedawno ofiarował parę tysięcy rubli na dobroczynność, ale nie była pewna, czy to był handlujący strojami damskimi, czy futrami. Potem mówiono, że także jakiś kupiec podczas wojny bułgarskiej¹⁶⁹ dorobił się wielkiego majątku, tylko nie uważała, czy dorobił się szewc, u którego ona bierze buciki, czy jej fryzjer? I dopiero teraz przypomina sobie, że ten kupiec, który dał pieniądze na dobroczynność, i ten, który zyskał duży majątek, są jedną osobą, że to właśnie jest ów Wokulski, który do jej ojca przegrywa w karty, a którego jej ciotka, znana z dumy hrabina Karolowa, nazywa: „mój poczciwy Wokulski!…” […]

-----------------------------------------------------------------------

¹⁶⁸pikieta — gra w karty na dwie osoby.

¹⁶⁹wojna bułgarska — wojna ta została wypowiedziana Turcji przez Rosję pod pretekstem obrony Bułgarów i toczyła się głównie na terenie Bułgarii; stąd nazwa bułgarskiej

-----------------------------------------------------------------------

[…] W tej chwili przypomina sobie nawet fizjognomię tego człowieka, który w sklepie nie chciał z nią mówić, tylko cofnąwszy się za ogromne japońskie wazony przypatrywał się jej posępnie. Jak on na nią patrzył…

Jednego dnia weszła z panną Florentyną na czekoladę do cukierni, przez figle. Usiadły przy oknie, za którym zebrało się kilkoro obdartych dzieci. Dzieci spoglądały na nią, na czekoladę i na ciastka z ciekawością i łakomstwem głodnych zwierzątek, a ten kupiec — tak samo na nią patrzył. Lekki dreszcz przebiegł pannę Izabelę. I to ma być wspólnik jej ojca?… Do czego ten wspólnik?… Skąd jej ojcu przyszło do głowy zawiązywać jakieś towarzystwa handlowe, tworzyć jakieś rozległe plany, o których nigdy dawniej nie marzył?… Chce przy pomocy mieszczaństwa wysunąć się na czoło arystokracji; chce zostać wybranym do rady miejskiej, której nie było i nie ma?… Ależ ten Wokulski to naprawdę jakiś aferzysta, może oszust, który potrzebuje głośnego nazwiska na szyld do swoich przedsiębiorstw. Bywały takie wypadki. Ileż pięknych nazwisk szlachty niemieckiej i węgierskiej unurzało się w operacjach handlowych, których ona nawet nie rozumie, a ojciec chyba nie więcej.

Zrobiło się już zupełnie ciemno; na ulicy zapalono latarnie, których blask wpadał do gabinetu panny Izabeli malując na suficie ramę okna i zwoje firanki. Wyglądało to jak krzyż na tle jasności, którą powoli zasłania gęsty obłok.

„Gdzie to ja widziałam taki krzyż, taką chmurę i jasność?…” — zapytała się panna Izabela. Zaczęła przypominać sobie widziane w życiu okolice i — marzyć. Zdawało się jej, że powozem jedzie przez jakąś znaną miejscowość. Krajobraz jest podobny do olbrzymiego pierścienia, utworzonego z lasów i zielonych gór, a jej powóz znajduje się na krawędzi pierścienia i zjeżdża na dół. Czy on zjeżdża? bo ani zbliża się do niczego, ani od niczego nie oddala, tak jakby stał w miejscu. Ale zjeżdża: widać to po wizerunku słońca, które odbija się w lakierowanym skrzydle powozu i drgając, z wolna posuwa się w tył. Zresztą słychać turkot… To turkot dorożki na ulicy?… Nie, to turkoczą machiny pracujące gdzieś w głębi owego pierścienia gór i lasów. Widać tam nawet, na dole, jakby jezioro czarnych dymów i białych par, ujęte w ramę zieloności. Teraz panna Izabela spostrzega ojca, który siedzi przy niej i z uwagą ogląda sobie paznokcie, od czasu do czasu rzucając okiem na krajobraz. Powóz ciągle stoi na krawędzi pierścienia niby bez ruchu, a tylko wizerunek słońca, odbitego w lakierowanym skrzydle, wolno posuwa się ku tyłowi. Ten pozorny spoczynek czy też utajony ruch w wysokim stopniu drażni pannę Izabelę.

„Czy my jedziemy, czy stoimy?” — pyta ojca. Ale ojciec nie odpowiada nic, jakby jej nie widział; ogląda swoje piękne paznokcie i czasami rzuca okiem na okolicę…

Wtem (powóz ciągle drży i słychać turkot) z głębi jeziora czarnych dymów i białych par wynurza się do pół figury jakiś człowiek. Ma krótko ostrzyżone włosy, śniadą twarz, która przypomina Trostiego, pułkownika strzelców (a może gladiatora z Florencji?), i ogromne czerwone dłonie. Odziany jest w zasmoloną koszulę z rękawami zawiniętymi wyżej łokcia; w lewej ręce, tuż przy piersi, trzyma karty ułożone w wachlarz, w prawej, którą podniósł nad głowę, trzyma jedną kartę, widocznie w tym celu, aby ją rzucić na przód siedzenia powozu. Reszty postaci nie widać spośród dymu.

„Co on robi, ojcze?” — pyta się zalękniona panna Izabela.

„Gra ze mną w pikietę” — odpowiada ojciec, również trzymając w rękach karty.

„Ależ to straszny człowiek, papo!”

„Nawet tacy nie robią nic złego kobietom” — odpowiada pan Tomasz.

Teraz dopiero panna Izabela spostrzega, że człowiek w koszuli patrzy na nią jakimś szczególnym wzrokiem, ciągle trzymając kartę nad głową. Dym i para, kotłujące w dolinie, chwilami zasłaniają jego rozpiętą koszulę i surowe oblicze; tonie wśród nich — nie ma go. Tylko spoza dymu widać blady połysk jego oczów, a nad dymem obnażoną do łokcia rękę i — kartę.

„Co znaczy ta karta, papo?…” — zapytuje ojca.

Ale ojciec spokojnie patrzy we własne karty i nie powiada nic, jakby jej nie widział.

„Kiedyż nareszcie wyjedziemy z tego miejsca?…”

Ale choć powóz drży i słońce odbite w skrzydle posuwa się ku tyłowi, ciągle u stopnim widać jezioro dymu, a w nim zanurzonego człowieka, jego rękę nad głową i — kartę. Pannę Izabelę ogarnia nerwowy niepokó􀰗, skupia wszystkie wspomnienia, wszystkie myśli, ażeby odgadnąć co znaczy karta, którą trzyma ten człowiek?… Czy to są pieniądze, które przegrał do ojca w pikietę? Chyba nie. Może ofiara, jaką złożył Towarzystwu Dobroczynności? I to nie. Może tysiąc rubli, które dał ciotce na ochronę, a może to jest kwit na fontannę, ptaszki i dywany do ubrania grobu Pańskiego?… Także nie; to wszystko nie niepokoiłoby jej. Stopniowo pannę Izabelę napełnia wielka bojaźń. Może to są weksle jej ojca, które ktoś niedawno wykupił?… W takim razie wziąwszy pieniądze za srebra i serwis spłaci ten dług najpierwej i uwolni się od podobnego wierzyciela. Ale człowiek pogrążony w dymie wciąż patrzy jej w oczy i karty nie rzuca. Więc może… Ach!… Panna Izabela zrywa się z szezlonga, potrąca w ciemności o taburet i drżącymi rękoma dzwoni. Dzwoni już drugi raz, nie odpowiada nikt, więc wybiega do przedpokoju i we drzwiach spotyka pannę Florentynę, która chwyta ją za rękę i mówi ze zdziwieniem:

— Co tobie, Belciu?…

Światło w przedpokoju nieco oprzytomnia pannę Izabelę. Uśmiecha się.

— Weź, Florciu, lampę do mego pokoju. Papa jest?

— Przed chwilą wyjechał.

— A Mikołaj?

— Zaraz wróci, poszedł oddać list posłańcowi. Czy gorzej boli cię głowa? — pyta panna Florentyna.

— Nie — śmieje się panna Izabela — tylko zdrzemnęłam się i tak mi się coś majaczyło. Panna Florentyna bierze lampę i obie z kuzynką idą do jej gabinetu. Panna Izabela siada na szezlongu, zasłania ręką oczy przed światłem i mówi:

— Wiesz, Florciu, namyśliłam się, nie sprzedam moich sreber obcemu. Mogą naprawdę dostać się Bóg wie w jakie ręce. Siądź zaraz, jeżeliś łaskawa, przy moim biurku i napisz do ciotki, że… przyjmuję jej propozycję. Niech nam pożyczy trzy tysiące rubli i niech weźmie serwis i srebra.

Panna Florentyna patrzy na nią z na􀰗wyższym zdumieniem, wreszcie odpowiada:

— To jest niemożliwe, Belciu.

— Dlaczego?…

— Przed kwadransem otrzymałam list od pani Meliton, że srebra i serwis już kupione.

— Już?… Kto je kupił? — woła panna Izabela chwytając kuzynkę za ręce.

Panna Florentyna jest zmieszana.

— Podobno jakiś kupiec z Rosji… — mówi, lecz czuć, że mówi nieprawdę.

— Ty coś wiesz, Florciu!… Proszę cię, powiedz!… — błaga ją panna Izabela. Jej oczy

napełniają się łzami.

— Zresztą tobie powiem, tylko nie zdradź tajemnicy przed ojcem — prosi kuzynka.

— Więc kto?… No, kto kupił?…

— Wokulski — odpowiada panna Florentyna.

Pannie Izabeli w jednej chwili obeschły oczy nabierając przy tym barwy stalowej. Odpycha z gniewem ręce kuzynki, przechodzi tam i na powrót swój gabinet, wreszcie siada na foteliku naprzeciw panny Florentyny. Nie jest już przestraszoną i zdenerwowaną pięknością, ale wielką damą, która ma zamiar kogoś ze służby osądzić, a może wydalić.

— Powiedz mi, kuzynko — mówi pięknym kontraltowym głosem — co to za śmieszny spisek knujecie przeciwko mnie?

— Ja?… spisek?… — powtarza panna Florentyna, przyciska􀰗ąc rękoma piersi. — Nie rozumiem cię, Belu…

— Tak. Ty, pani Meliton i ten… zabawny bohater… Wokulski…

— Ja i Wokulski?… — powtarza panna Florentyna. Tym razem zdziwienie jej jest tak szczere, że wątpić nie można.

— Przypuśćmy, że nie spiskujesz — ciągnie dalej Panna Izabela — ale coś wiesz…

— O Wokulskim wiem to, co wszyscy. Ma sklep, w którym kupujemy, zrobił majątek na wojnie…

— A o tym, że wciąga papę do spółki handlowej, nie słyszałaś?

Wyraziste oczy panny Florentyny zrobiły się bardzo dużymi. […]



[27.09.2026, Toruń]