ŻYCZENIA

ZDROWYCH, POGODNYCH I RADOSNYCH ŚWIĄT

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

21 kwietnia 2024

LOT

 

LOT

Wiesz, budzę się parokrotnie podczas nocy, a szczególnie nad ranem; wtedy może wizyta w toalecie, a bardzo rzadko telewizor włączony po cichu, bo oczywiście po takim nagłym przebudzeniu się, wstawaniu z konieczności, zasypiać trudno, czasami niemożliwie, więc ślęczę na pół siedząc, leżąc lub wręcz jak na obrazach Chagalla unoszę się w powietrzu nad miastem, nad wysoką wieżą kościoła, neogotycką lub z późnego średniowiecza, nie wiem… w końcu moje oczy zostają przyprószone piaskiem powodującym sen.

I wtedy… wtedy wybudza mnie metaliczny dźwięk dzwonu kościoła, nad którym fruwałem; i wiesz co, leciałem tam z tobą, trzymaliśmy się za ręce, byłaś w czerwonej sukience, Małgorzato, a ja byłem Wolandem. Tak, tak, wszystko to mi się przyśniło, co wcale nie oznacza, że nie chciałbym tak z tobą, no wiesz… tymczasem słucham sześciu czy może siedmiu uderzeń dzwonu. Szczerze? Uwielbiam dźwięk dzwonów. Czuję wtedy, jakby ktoś mnie przywoływał do siebie, niekoniecznie do świątyni, bo te od dawna zawładnięte są przez złe moce i boję się do nich wchodzić; nie chcę się kolegować z tymi obleśnymi staruchami, nie chcę na nich patrzeć, wstrętni oszuści…

Tak, że lecę sobie z tobą o szóstej lub o siódmej rano nad strzelistą wieżą neogotyckiego kościoła, krążymy sobie ponad miastem, jego najstarszą częścią i w końcu docieramy do okienka naszej wiekowej kamieniczki oddalonej o dwie przecznice od głównego placu starego miasta; okienko otwarte, wlatujemy przez nie jak para gołębi, przysiadamy na bielutkich krzesełkach (sama takie wybrałaś) naszej kuchni, odpoczywamy chwilę, ja stawiam czajnik z wodą na blat elektrycznej kuchni, ty wydobywasz z górnych półek białego (sama wybrałaś taki kolor) kredensu ciastka, pamiętasz, takie robione przez maszynkę, znaczy się słodka, maślana, mleczna, jajeczno-mączna masa przekręcana przez foremkę założoną na maszynkę do mięsa; potem jemy te ciasteczka, popijamy herbatą, a czy ty wiesz, że moja babcia maczała w herbacie te ciasteczka i tak zmiękczone wsuwała do ust, a szklanka z herbatą wyglądała wtedy nieestetycznie, ale to nic, skoro tej starej kobiecie to smakowało. W końcu idziemy do łóżka, bo dla nas te okolice szóstej lub siódmej rano to straszny czas i musimy się zanurzyć w siebie i w pościel, bo jeśli tego nie zrobimy, przez cały dzień będziemy chodzić jak otumanieni, senni i niezdatni do robienia czegokolwiek. Później, jeszcze przed południem wstanę sam, bo przecież ciebie nie ma.

Kiedy naprawdę się obudziłem, to pomyślałem sobie, jakie figle wyczynia ze mną sen. Jak bardzo on przekłamuje rzeczywistość. Choćby ten lot nad miastem – przecież go nie było; fizyczna niemożliwością było n a s z e wpłynięcie przez uchylone okienko do n a s z e g o mieszkanka.

Powód jest prosty - c i e b i e nie ma, przestałaś być dla świata, dla świata, lecz nie dla mnie; dla mnie cały czas istniejesz i jeszcze dzisiaj się z tobą zobaczę, nie, nie zobaczę, nie mam dla ciebie swoich oczu, jedynie wezmę z sobą ten list, który napisałem wczoraj, przedwczoraj, może wcześniej, i wsadzę go pod tą doniczkę, w której zaczynają rozkwitać kwiaty nasturcji, drobniutkie, kremowe i lekko pomarańczowe… zatem idę, mijam bramę, kieruję się w prawo, alejką tuż przy murku, doliczyłem się dwunastu grobów, teraz w prawo, grób twój jest w drugim rzędzie… zatrzymuję się nagle!

- Ty? Przyszedłem jak listonosz, mam list do ciebie – spoglądam w stronę grobu, nasturcje kwitną - Chcę włożyć ten list – mówię – po to tu przyszedłem – skąd tu się wzięłaś? - pytam.

Konsternacja, pełna konsternacja.

- Bierzesz mnie za kogoś innego – słyszę – za moją matkę… tak bardzo jestem podobna? Pokaż ten list.

Zabiera mi z ręki, rozkłada, zaczyna nieśmiało czytać.

- Tak bardzo jestem podobna do mojej matki? - powtarza.

- Bardzo… nawet wydaje mi się, że ty jesteś… nią…

- Może tak, może nie, zgadnij.

Umyka mi jej obraz. Widzę, jak lipcowy, silny, taki jaki zwykle występuje przed burzą, porywa kartkę papieru, przechwyconą najpierw przez nią, a potem… potem powstaje wir, słychać pierwszy grzmot, pierwsze błyskawice rozdzierają zamaszyste brunatne, ciemne grząskie chmury.

- To jesteś t y - mówię – jak mogłem tego nie wiedzieć. Błagam cię wróć… jutro znów polecimy, daleko, wysoko, wprost do nieba.

Obudziłem się.


[21.04.2024, Toruń]

ZAPISKI Z CZASÓW PO OBALENIU PISOWSKIEJ DYKTATURY (46 / 1033) ŚCIEMA

 

46 / 1033

W związku z kolejną falą ocieplania się klimatu, nikt w mediach nie zauważa tego zjawiska. Spece od klimatu są zapewne rozczarowani. - Jak to się stało? Czy obecny kwiecień nie będzie kolejnym setnym lub dwusetnym miesiącem cieplejszym od momenty, kiedy prowadzone są operacje meteorologiczne? No, tragedia… widać, że kwiecień anno domini 2024 popsuje plany straszenia ludności, że za chwilę nasza planeta się zagotuje. A, tak przy okazji. Faktem jest, że ocieplenia następuje. Na przykład końcowe lata XX wieku były chłodniejsze od obecnych, ale może ktoś odpowie mi na pytanie: dlaczego uznajemy, że klimat panujący w XX wieku należy traktować jako normę? A może dopiero teraz zmiana klimatyczna jaką obserwujemy, zbliżą nas do normy i za dziesięć, dwadzieścia lat czy za pół wieku temperatura podniesie się o te trzy – cztery stopnie i dopiero wtedy zaistnieje prawdziwa normalność? Może normą będzie to, że poziom wód się podniesie, że anomalie pogodowe będą częstsze, a śnieg zacznie padać dopiero od pewnej wysokości ponad poziom morza. Dlaczego za normalne uważamy to, że Sahara jest pustynią, a nienormalna ma być pustynia, która może powstać po drugiej stronie Morza Śródziemnego?

To, co jest normą, a co nią nie jest zależy przecież od naszego stanowiska w tej kwestii, stanowiska zajętego tu i teraz.

Z globalnym ociepleniem wiążą się liczne, ja to tak nazywam, „ściemy”, które produkuje się na naszych oczach i wciska w nasze uszy. Każą nam nie pozostawiać śladu węglowego Unii Europejskiej, podczas gdy ponad 90 procent świata – takie Stany Zjednoczone, Chiny i Indie na ten przykład pozostawiają tego śladu mnóstwo. Się pytam, czy ekologiczna Europa zajmująca nie więcej, a pewnie mniej niż 10 procent powierzchni świata uratuje naszą planetę przed ociepleniem, skoro w innych częściach globu następuje i postępuje „grzanie” na potęgę?

Niektóre działania ekologiczne mnie rozśmieszają. W tym miejscu zaznaczę, że nie wypowiadam się przeciwko ekologicznemu sposobowi życia; jestem za oszczędnością energii wszędzie tam, gdzie można to zrobić, nie pogarszając warunków życia ludzi. Zapewne wielu z nasz zna pannę Greta Thunberg, młodą Szwedkę – ikonę walki o przyjazny człowiekowi, ba, całej planecie klimat, kobiety, która zachęca ludzkość do korzystania z rowerów zamiast przemieszczania się po świecie paliwożernymi pojazdami. Ostatnio pannę Gretę widziano na protestach w Holandii, gdzie protestowała przeciwko wykorzystaniu paliw kopalnych do produkcji energii. Tu należy zauważyć, że Greta jest Szwedką, a w tym kraju, a jakże, działają reaktory atomowe, zaś paliwem jest jak najbardziej kopalina zwana uranem i jeśli panna Thunberg chce sobie zrobić poranną kawę, to właśnie przy pomocy energii pochodzącej z paliwa kopalnego to uczyni. Nie uwierzę w to, że panna aktywistka przyjechała do Holandii kłaść się na ulicy (można złapać „wilka”, co dla zdrowia korzystne nie jest) rowerem, choć w sumie powinna dawać przykład, prawda? Prawdopodobnie zjawiła się w kraju polderów i tulipanów wsiadając do paliwożerczego samolotu lub też przedostała się ze Szwecji promem posiadającym silnik diesla. Wręcz ubóstwiam tę pannę, podobnie jak kocham wszelkiej maści fanatyków, którzy kompletnie nie liczą się ze skutkami swych działań.

Naszą fanatyczkę, panią Annę Marię Żukowską, też kocham za to, co prawi jej pogłębiony umysł, a prawi to, że powinniśmy sobie kupić już teraz samochody elektryczne, gdyż nie zostawiają one wspomnianego wyżej węglowego śladu (rzeczywiście, w Warszawie właśnie spłonął amerykańskiej produkcji samochód - Lucid Air – wartość określa się na 1 milion złotych <mam nadzieję, że pani Żukowska nie opowiada się za tym autkiem dla mas>. Strażacy mieli przy okazji uciechę, bo aby doszczętnie ugasić takie autko, potrzeba kilku godzin). Lucid Air naprawdę śladu węglowego dużo nie zostawił – widziałem zdjęcia z pożaru.

Przed snem jeszcze raz zastanowię się nad tym, co ja – jednostka ludzka zbliżająca się do kresu swych dni, mam zrobić, aby tego śladu węglowego po sobie nie pozostawić.

Tymczasem w przyszły wtorek kolejna tomografia.


[21.04.2024, Toruń]

20 kwietnia 2024

FILMY (45) PIER PAOLO PASOLINI - ACCATTONE

 


Świetny film należący do stylu powojennego neorealizmu włoskiego przedstawiający trudne i pozbawione perspektyw życie ubogich robotników i bezrobotnych żyjących w nędznych warunkach na przedmieściach Rzymu.

Autorem „Włóczykija” jest legendarny, znakomity reżyser, scenarzysta i pisarz Pier Paolo Pasolini, twórca takich filmów jak: "Mamma Roma", "Król Edyp" czy "Medea".

Vittorio, znany jako „Accattone”, prowadzi stosunkowo spokojne życie jako alfons na obrzeżach Rzymu. Jednak jego świat zostaje zakłócony, gdy rywalizujący gang rani jego prostytutkę Maddalenę, która trafia do więzienia z powodu fałszywych zeznań. Po utracie dochodów i niewielkim zainteresowaniu stałą pracą Accattone początkowo próbuje pogodzić się z matką swojego dziecka, z którą był w separacji, ale spotyka się z odrzuceniem ze strony krewnych. Zwracając się do prostej, pracującej dziewczyny o imieniu Stella, stara się namówić ją do prostytucji. Accattone na krótko próbuje pracować będąc ładowaczem metali na ciężarówkę, ale rezygnuje z tego wysiłku już po jednym dniu. Dręczony snami o własnej śmierci, wraz z kilkoma przyjaciółmi zaczyna prowadzić życie pełne kradzieży, co ostatecznie kończy się tragicznie w wypadku drogowym podczas próby uniknięcia policji na skradzionym motocyklu.

Accattone

Tytuł oryginalny: Accattone

Kraj produkcji: Włochy

Rok: 1961

Reżyseria: Pier Paolo Pasolini

Scenariusz: Pier Paolo Pasolini (we współpracy z Sergio Citti )

Zdjęcia: Tonino Delli Colli


Obsada

  • Franco Citti - Accattone

  • Franca Pasut - Stella

  • Silvana Corsini - Maddalena

  • Paola Guidi - Ascenza

  • Adriana Asti - Amore

  • Luciano Conti - Il Moicano

  • Luciano Gonini - Piede d'oro

  • Renato Capogna - Il Capogna


Poniżej recenzja – rozważania autorstwa Mateusza Górniaka na temat filmu opublikowane na portalu FILM/ORG/PL w roku 2014


[…] Pierwszy film Pasoliniego odbił się na Półwyspie Apenińskim głośnym echem. Dyskutowano przede wszystkim o precyzyjnej analizie społecznej środowiska lumpenproletariatu, w której autor popisał się niebywałym wyczuciem neorealisty – ukazał bowiem jednostki w świecie szerszej społeczności i przewrotne zależności między dwoma obliczami Rzymu. „Włóczykij” stanowił dla ówczesnych Włochów przenikliwy reportaż z przedmieść stolicy, które wtedy znaczyły tyle samo, co trzeci świat zamieszkiwany przez drobnych złodziejaszków, wałkoni i alfonsów. Gdzie mało kto odważyłby się zaglądać, tam właśnie Pasolini szukał swojego człowieka. Pełnego życia i nieposkromionego romantyzmu.

Choć włoski reżyser operował w świecie wręcz paradokumentalnym, pozostał poetą. Jego wczesne kino to uderzająca malowniczość i wybitny słuch na symbol. Na początku lat 60’ chyba tylko Bunuel potrafił tak sprawnie przejść z codziennego porządku realizmu na pole symboli i wielkich uogólnień (inscenizujący ostatnią wieczerzę bezdomni pijacy w „Viridianie”). Tylko o ile Bunuel był raczej w „Virdianie” świętokradcą i burzycielem wygodnych, katolickich mitów, Pasolini religijnych odniesień używał do opisania współczesnych mu ludzi, do pochylenia się nad nimi i znalezienia w nich istoty swojego humanizmu.

Accattone, bohater Pasoliniego to alfons i nierób. Wykorzystuje kobiety, kradnie i kombinuje. Jest w nim jednak pewna cecha, która włoskiego reżysera interesuje mimo wszystko. Coś, co wynosi go ponad sprawiedliwy i rzetelny opis rzeczywistości. Kiedy w tytułowym Włóczykiju eksplodują emocje, kiedy po raz kolejny ucieka, czy łapie strzępki swojego życia… słowem – gdy znowu bierze się za bary z niedogodnościami świata zastanego, Pasolini widzi w nim wielką chęć życia i witalność, która każe wierzyć, że mimo wszelkich skaz, upadków i upośledzeń – zasługuje na bezgraniczną miłość. Eksponuje ją poeta kina swoim, jak wyraził się w jednej z wypowiedzi, posępnym estetyzmem. W filmie mnóstwo liryzmu, reżyser nie stara się ukryć swojej fascynacji światem ludzi upadłych, ale chcących oddychać pełną piersią. Błądzących, ale chcących żyć i szukać w swoim otoczeniu uniesień i godności.

Kiedy kilkanaście lat po premierze „Włóczykija” film Pasoliniego ukazał się w telewizji, świat wyglądał już inaczej. Według włoskiego poety i reżysera wyglądał wręcz całkowicie inaczej – w eseju „Mój Włóczykij w telewizji po ludobójstwie” Pasolini zauważył, że w jego debiucie zarejestrowana została rzeczywistość ludzi zgładzonych przez nowy system. Przez ludobójstwo burżuazji, która narzucając jedyny styl życia, przemieniła dziarskich lumpenproletariuszy w istoty bez życia, pozbawione osobowości, umęczone swoim stanem materialnym. Praca publicystyczna Pasoliniego dopełniła więc tragizmu Włóczykija. Kiedy ginął jako lumpenproletariacki romantyk, wiadomo było, że przegrał ze złym światem. Z jakąś siłą ponad nim, być może i egzystencjalną, albo po prostu – ze złymi ludźmi. Pasolini dopowiedział, że zginął Accattone w konfrontacji z burżujami. I w ten sposób komunistyczna ideologia reżysera połączyła się z chrześcijańskim umiłowaniem człowieka, stworzyła pełną całość tak sprawnie ubraną w dwa, przenikające się style neorealizmu i kina poetyckiego. Odtąd bohaterowie pierwszych filmów Włocha są nie tylko obiektem głębokiego, bezinteresownego humanizmu, ale także społecznej pretensji do ludzi, którzy odpowiadają za zagładę lokalnych kultur i nieskrępowanych jednostek. Ecce homo – zdaje się mówić Pasolini. Jego Włóczykij to męczennik z koroną cierniową nałożoną przez bezduszną burżuazję. [...]


[20.04.2024, Toruń]

SŁOWNICZEK (386 - 400)

 

386) acpan

dawniej: tytuł grzecznościowy, skrót od wyrażenia "waszmość pan", zwykle jako zwrot kierowany wprost do rozmówcy, odpowiadający dzisiejszemu "pan", "wy" (zwykle z odcieniem lekceważenia); aćpan, aspan, waćpan, wacpan, waspan, asan, acan


387) acpani

staropolski tytuł grzecznościowy kierowany do kobiety, skrót zwrotu: waszmość pani


388) Acre

[czytaj: AKre] stan w Brazylii


390) Acrobat Reader

[czytaj: akrobat rider] program firmy Adobe, służący do czytania publikacji elektronicznych w formacie PDF


391) acrojoga

joga w połączeniu z akrobatyką sportową; AcroYoga, acroyoga


392) ACTA

[czytaj: akta] skrót od: Anti-Counterfeiting Trade Agreement - umowa handlowa dotycząca zwalczania obrotu towarami podrabianymi


393) acta est fabula

[czytaj: akta est FAbula] z łaciny:

1. sztuka jest skończona, zwrot używany w starożytnym teatrze gdzie nie było kurtyny;

2. wszystko jest skończone


394) Acta Sanctorum

[czytaj: akta sanktorum] encyklopedyczny zbiór żywotów świętych opartych na źródłach


395) ACTH

hormon wytwarzany przez przedni płat przysadki; kortykotropina, adrenokortykotropina


396) acting-out

[czytaj: ekting ałt] w psychoanalizie: zachowanie uzewnętrzniające konflikty przeżywane przez daną osobę, mające na celu odreagowanie; wyładowanie


397) actio

[czytaj: aktio] w prawie rzymskim: środek procesowy przysługujący osobie pokrzywdzonej, której uprawnienia zostały naruszone


398) action directe

[czytaj: aksJĄ diREKT] działanie natychmiastowe, bezpośrednia interwencja


399) action painting

[äkszn pejnting] gatunek malarstwa współczesnego; malarstwo akcji; malarstwo gestu


400) activum

[czytaj: aktiwum] w językoznawstwie: strona czynna w odmianie czasowników



[20.04.2024, Toruń]

18 kwietnia 2024

FILOZOFOWIE I ICH POGLĄDY - KLEOBULOS

 



Kleobulos

ok. r. 600 p. n. e.


Kleobulos, syn Euagorasa, pochodził z Lindos albo, jak mówi Duris, z Karii. Inni jednak podają, że ród jego wywodził się οd Heraklesa. Odznaczał się siłą i urodą i był też obznajmiony z filozofią egipską. Miał córkę Kleobulinę, która układała zagadki w heksametrach i o której wspomina także Kratinos w dramacie pt. Kleobuliny. On to miał odbudować świątynię Ateny wzniesioną przez Danaosa. Zostawił pieśni i zagadki, razem około 3000 wierszy. Niektórzy mówią, że Kleobulos jest też autorem epigramatu na grobie Midasa:

Jam jest spiżowa dziewica: spoczywam na grobie Midasa.

Dopóki tryska źródło i smukłe drzewo zakwita,

dopóki słońce świeci i księżyc jaśnieje,

dopóki płyną rzeki i morze brzegi omywa,

dopóty tkwiąc tu na łzami oblanym grobie

będę obwieszczała przechodniom: tu pogrzebany jest Midas.

I na dowód przytaczają następujące słowa z pieśni Simonidesa:

Któż w pełni rozumu pochwali

mieszkańca Lidos, Kleobulosa,

który płytę nagrobną uznał za równie trwałą

jak woda wiecznie płynąca,

jak kwiatów powroty na wiosnę,

jak światło słońca i złotego księżyca, jak odmęty wzburzonego morza?

Wszakże wszystkie rzeczy stworzone są niczym wobec potęgi bogów,

kamień nawet śmiertelne potrafią rozbić ręce. Tylko głupiec może tak sądzić.

Nie jest więc ten epigramat dziełem Homera, który, jak mówią, żył na wiele lat przed Midasem.

A oto najbardziej znane z jego sentencji:

  • Brakiem kultury odznacza się większość śmiertelnych, za to słów mają nadmiar; ale chwila stosowna zrobi swoje.

  • Kieruj myśl zawsze ku dobremu.

  • Nie bądź zuchwale niewdzięczny.

Pouczał, że córki należy wydawać za mąż we właściwej porze, kiedy mają wiek dziewczyny, a umysł kobiety, wskazujące w ten sposób, że i dziewczęta należy kształcić.

Mawiał, że przyjaciołom należy dobrze czynić, aby stali się jeszcze lepszymi przyjaciółmi, a nieprzyjaciołom należy także dobrze czynić, aby pozyskać ich przyjaźń. Strzec się bowiem należy nagany przyjaciół, a zdrady nieprzyjaciół.

Pouczał, że gdy ktoś wychodzi z domu, powinien pomyśleć, co zamierza uczynić, a kiedy wraca, niech pomyśli, co uczynił.

Doradzał ciało starannie ćwiczyć.

A także

  • chętniej słuchać niż mówić, raczej lubić niż nie lubić się uczyć.

  • Posługiwać się językiem, aby mówić dobrze.

  • Mieć cnotę za swoją towarzyszkę, a zło za wroga.

  • Unikać wyrządzania ludziom krzywd.

  • Doradzać państwu to, co jest najlepsze.

  • Z umiarem zażywać przyjemności.

  • Nie stosować nigdy przemocy.

  • Dzieci starannie wychowywać.

  • Nie zachowywać wrogości.

  • W obecności obcych osób ani nie pieścić żony, ani z nią się nie kłócić: pierwsze oznacza brak mądrości, drugie szaleństwo.

  • Nie karcić pijanych domowników, bo to robi wrażenie, że się samemu jest pijanym.

  • Brać żonę sobie równą, bo kto weźmie żonę z warstw wyższych, temu krewniacy będą panami.

  • Nie śmiej się z wyszydzanych, bo staną się twymi wrogami.

  • Gdy cieszysz się powodzeniem, nie wynoś się nad innych, w biedzie nie upadaj na duchu.

  • Przeciwności losu naucz się dzielnie znosić.


Kleobulos zakończył życie jako starzec siedemdziesięcioletni. Poświęcono mu taki epigramat nagrobny:

Mędrca Kleobulosa stratę opłakuje ojczysta Lindos morzem otoczona.

Zasada Kleobulosa brzmiała: Najlepszy jest umiar.

Do Solona wysłał taki list:

Kleobulos do Solona

Masz wprawdzie wielu przyjaciół i wszędzie dom, ale sądzę, że najwygodniej będzie dla Solona zamieszkać w demokratycznym mieście Lindos. Jest to bowiem wyspa na morzu i jeśli tam zamieszkasz, nic ci nie będzie groziło ze strony Pizystrata, a przyjaciele zewsząd będą się do ciebie zjeżdżali.



[18.04.2024, Toruń]

17 kwietnia 2024

KARTKA Z KALENDARZA - 17.04.2024

 

Kartka z kalendarza na dzień 17 kwietnia 2024 roku

Środa


Imieniny dzisiaj obchodzą: Klara, Robert oraz Anicet, Aniceta, Eliasz, Innocenty, Izydor, Izydora, Jakub, Józef, Katarzyna, Paweł, Radociech, Roberta, Salwator, Stefan, Teodora


Przysłowia na dziś:

Jak w kwietniu mróz, to na pagórku siana wóz”

Suchemu kwietniowi chłop się nie raduje, bo kwiecień mokry dobry rok zwiastuje”


Słońce

Świt: 04:54

Wsch. Sł.: 05:31

Zenit: 12:35

Zach. Sł.: 19:39

Zmierzch: 20:15


Cytat dnia:

Celem nie jest bycie lepszym od kogoś innego, lecz bycie lepszym od tego,

kim samemu było się wcześniej” - Dalajlama XIV


17 kwietnia 1796 roku w Dzikowie urodził się Stanisław Jachowicz - poeta, pedagog, działacz charytatywny, czołowy bajkopisarz polski. [zm. 24 grudnia 1857 roku w Warszawie]



Poniżej bajka poety „Piesek i biedny koteczek”.

PIESEK I BIEDNY KOTECZEK

Spotkał raz piesek koteczka biednego

I temi słowy przemawia do niego:

Żyliśmy kiedyś koteczku w niezgodzie,

Wszystko minęło, gdyś w nędzy i głodzie.

Oto najlepsze daję ci kosteczki,

Mięsa kawałek i trochę bułeczki:

Jedz mój koteczku, żal mi cię, niebożę!

Pomnij, że piesek dzieli się, czem może;

I ten, co warczy, potrafi być tkliwy,

Nie pytam się, kto jesteś, dość, żeś nieszczęśliwy.


[17.04.2024, Toruń]

14 kwietnia 2024

SZTUKA - PIETER BREUGER STARSZY

 

Pieter Bruegel Starszy – malarz holenderski epoki renesansu, urodzony około 1525/1530 (?) prawdopodobnie w Bredzie; zmarł 9 września 1569 w Brukseli, zwany de Drol „zabawnym” lub „chłopem Bruegelem”, był malarzem okresu Holenderski renesans. Jest powszechnie znany ze swoich przedstawień życia wiejskiego w XVI-wiecznym Księstwie Brabancji (Holandia i Flandria).

Istnieje wiele różnych pisowni imienia. Na rycinach opartych na jego dziełach, oprócz Brueghela, Breugela i Breughela, można znaleźć pisownię taką jak Brügel, Brügl, Brögel, a nawet Briegel, która rejestruje rzeczywistą lub przypuszczalną wymowę w pisowni niemieckiej.

Sam artysta początkowo sygnował swoje dzieła Bruegelem, jednak od 1559 roku świadomie zmienił tę pisownię na Bruegel; jednak przyczyna tego nie jest znana. Jego dwaj synowie również przez całe życie używali różnej pisowni.

Niewiele wiadomo na pewno o życiu Pietera Bruegla: według Het Schilderboeck („Księgi malarzy”) Carela van Mandera, opublikowanej w Amsterdamie w 1604 r., Bruegel był uczniem antwerpskiego artysty Pietera Coecke van Aelsta. Bruegel został tam mistrzem w 1551 roku i początkowo pracował w ważnym warsztacie miedzi Hieronima Cocka w Antwerpii. Podczas podróży do Włoch w latach 1552–1555, podczas której głównym tematem jego twórczości stało się przedstawianie pejzażu, od 1553 r. mieszkał przez pewien czas w Rzymie, gdzie pracował dla malarza miniatury Giulio Clovio. Następnie wrócił do Antwerpii, aby pracować w warsztacie miedzi Cocka.

W 1563 roku w kaplicy kościoła w Brukseli poślubił Mayken Coecke (czasami nazywaną także Marią Coecke van Aelst), córkę swojego byłego nauczyciela. W końcu osiadł na Hoogstraat 132, niedaleko kościoła. Pierwszy syn Pieter Młodszy urodził się w 1564 r., drugi syn Jan w 1568 r. Bruegel zmarł 9 września 1569 r. i podobnie jak jego żona Maria został pochowany w kaplicy kościoła w Brukseli.

Do zwolenników Bruegla należeli kardynał Antoine Perrenot de Granvelle (minister króla Hiszpanii Filipa II i doradca gubernatora Holandii Małgorzaty Parmeńskiej), Niclaes Jonghelinck (bogaty kolekcjoner z Antwerpii i brat rzeźbiarza Jacques’a Jonghelincka) i Abraham Ortelius (geograf z Antwerpii, kartograf i księgarz).

Malarstwo flamandzkie osiągnęło swój szczyt wraz z Bruegelem; mistrzowskie wykonanie i głębia jego dzieł nigdy nie były równe ani przed, ani po jego życiu.Jednym z jego wielkich wzorców do naśladowania był Hieronima Bosch, którego obrazowość często cytował, zwłaszcza we wczesnych pracach.

Wraz ze swoimi synami, Pieterem Brueghelem Młodszym i Janem Brueghelem Starszym założył dynastię artystów Brueghel. Pieter Brueghel Młodszy przejął materiały warsztatowe ojca i wykonywał niemal seryjne kopie jego utworów. Jan Brueghel Starszy skopiował jedynie część obrazów swojego ojca, ale w swoim własnym, miniaturowym stylu, a następnie na początku XVII wieku stał się najważniejszym malarzem gabinetowym w Antwerpii. Malowali także syn Jana i syn Jana. Żaden z potomków nie odniósł jednak takiego sukcesu jak Pieter Bruegel Starszy.


1. WALKA KARNAWAŁU Z POSTEM



2. PRZYSŁOWIA HOLENDERSKIE



3. PEJZAŻ Z UPADKIEM IKARA



4. GRY DZIECIĘCE



5. ROZTROPNOŚĆ



6. UPADEK ZBUNTOWANYCH ANIOŁÓW



7. WIEŻA BABEL



8. TRIUMF ŚMIERCI




[14.04.2024, Toruń]

KAWIARENKA - ROZDZIAŁ 107 - PRZEJAŻDŻKA ROWEROWA

 

ROZDZIAŁ 107 - PRZEJAŻDŻKA ROWEROWA

Umówili się na rowerową przejażdżkę w sobotni poranek. Maria z Adamem i czteroletnią Różą (jeszcze w foteliku przymocowanym do roweru taty; roczny Kubuś został na czas podróży oddany po czułą i chętną opiekę Natalii Potulickiej, chrzestnej Róży - państwo „kawiarenkowiczostwo” uznało bowiem, że ich synek nie sprosta trudom wojażu), pani Wanda, żona inżyniera Beka, pan inżynier oraz państwo Szydełkowie.

W tę sobotę absolutną władzę w kawiarence objęła pani kucharka Rybotycka wraz z całym personelem i personelu znajomymi, albowiem doczekaliśmy się długo oczekiwanego wesela: ślubują kawiarenkowa kelnerka Karolina oraz prawa ręka radcy Kracha, adwokat, pan Sławomir Brożyna. Rzecz jasna Kawiarennik Adam z małżonką, tudzież dwie odbywające z nimi rowerową przejażdżkę pary pojawią się o wyznaczonej porze w kawiarence jako goście weselni, ale personelowe towarzystwo zadecydowało, aby Kawiarennikowi dać do godziny osiemnastej wychodne - niech użyje wiosennej pogody, niech odpocznie od codziennej krzątaniny przy klienteli. I tym sposobem szacowne grono przyjaciół siadło na pożyczone od przedsiębiorcy Kołodziejczyka rowery, ruszając w stronę Ciżemek i dalej, biegiem rzeczki Mętnicy i lasu, zatrzymując się to tu to tam u znajomych.

A odwiedzać było kogo. Najsampierw posiadłość Joanny i Piotra Kosmowskich i ich trzynastomiesięcznej Leny. Koniki w stępie i galopie; pierwsze w hipoterapeutycznej roli, drugie - dla adeptów quasi sportowej jazdy. Joanna przy Lenie, czasami zmienia ją matka, która przyjechała w odwiedziny; wtedy młoda pani Kosmowska przyucza do jazdy jakąś nowicjuszkę. Piotr w gabinecie - spora kolejka cierpiących stworzeń, głównie psów. Sporo pracy mają Beata z Zuzanną; pierwsza też prowadzi hipoterapię, a druga ma tego dnia trzech amatorów jeździectwa. Znalazłoby się więcej, ale obie młode osóbki proszone na ślub i wesele muszą znaleźć więcej niż zwyczajowo czasu dla siebie, a o szesnastej przyjeżdżają po damy Wojtek z Krzysztofem, niestrudzeni obu pań adoratorzy.

Rowerowi podróżnicy długo u państwa Kosmowskich nie zabawili, widząc jak bardzo są zajęci. Porozmawiali niewiele, zapytali o Lenę, a pan inżynier Bek zauważył istotną zmianę w ciżemkowskim pejzażu - na skraju polany, pośród brzóz samosiejek stoją już fundamenty. Faktycznie - Beata z Zuzanną budują się. Budują się na kawałku odstąpionej przez Kosmowskich ziemi, a to przy walnej zachęcie Wojtka. Dlaczego? O tym innym razem. Na chwilę obecną rowerowe towarzystwo wie, że dumne fundamenty są zaczątkiem pokaźnego domu-bliźniaka, w którym oddzielnie zamieszkają Beata i Zuzanna. Ale czy same?

Pani Janeczka Szydełko jest innego zdania.

- Pani Wandziu kochana, ten przyszły dom to uwertura do kolejnych zaślubin.

- Tak pani sądzi?

- Nie inaczej. Pani wie, że mam w sobie coś takiego, że czy to starzy, czy młodzi zwierzają mi się, choć niepytani. Oczywiście nie jest to żadna tajemnica w mieście, że Wojtek lgnie do Zuzanny już od roku, podobnie jak Krzysztof do Beaty. Tym razem jednak obie dziewczyny uświadomiły mi, że sprawa zrobiła się na tyle poważna, aby pomyśleć o małżeństwie.

- I dlatego ta budowa? - wtrąciła Maria. - Żeby być po ślubie na swoim…

- Owszem, Marysiu.

- Ale dlaczego obok siebie? - zapytała pani inżynierowa Wanda.

- No cóż, Wandziu, Beata z Zuzanną znają się od dziecka, zawsze razem, szkoła, studia, zainteresowania… tylko chłopców mają innych… chociaż… podobnych do siebie.

- Krzysztof starszy…

- To prawda.

- Ale pozwolić sobie na taki dom? Nie wiem, czy bym zaryzykowała - Wanda była sceptycznie nastawiona do tej budowy.

- Dadzą radę. Już Wojtek się o to postarał.

Musieli jechać dalej. Wanda pozostała z uszczerbkiem informacji, ale wiedziała, że nadejdzie taka chwila, gdy pozna rolę Wojtka w tej sprawie.

Zajechali do Anny i Wołodii.

- Anna w pensjonacie - mówi Wołodia - a ja odwożę za chwilę dwie starsze panie na dworiec - dodaje. - U mnie jeszcze trochę czasu. Zajrzycie do Basi? Teściowa z moją mamą są teraz z nią. Zobaczycie jak wyrosła.

Wołodia niemal biegle mówi po polsku, czasami wtrąca rosyjskie wyrazy, niektóre przekręca, wypowiadając je dodatkowo ze śpiewnym wschodnim akcentem. Jest teraz wraz z Anną współzarządcą pensjonatu, choć Fiodor zatrudnił dodatkowo panią, która zajmuje się bezpośrednio zagadnieniami medycznymi ośrodka, włada lekarzami i rehabilitantami. Córka radcy Kracha stara się zapanować nad ekonomią, klientów ściąga Wołodia mający ogromne wsparcie w Fiodorze, głównym inwestorze przedsięwzięcia, który z kolei zachęca do odwiedzenia ośrodka obcokrajowców. Pan mecenas z Adamem widzą trzy auta na zagranicznych „blachach”.

- Są już u nas zarubieżnicy. Na tę chwilę niewielu, ale to czas przed sezonem. Najwięcej zamówień na lipiec i sierpień - tłumaczy.

- A co z pokojami dla tych, których nie będzie stać na kuratoryjny luksus? Nie zmieniliście zdania? - pyta mecenas Szydełko.

- Mamy dwa. Trójkę i dwójkę. Oba zajęte. Ksiądz Kącki postarawszy się.

- Dobrze to świadczy o Fiodorze - zauważa Adam. - W końcu oferujecie luksusowe warunki.

- Fiodor, pan Adam, ma dużo pieniędzy. To bohatyj czieławiek. Dla niego to splunąć. Taki miał kaprys, ale to naprawdę dobry i solidny czieławiek. Żeby pan nie pomyślał sobie, że jak już Rosjanin i do tego bohatyj, to krow wypije. Przyjeżdża z żoną we wrześniu.

- Nic takiego nie powiedziałem, Wołodia. Jak dotąd pensjonat cieszy się dobra opinią.

- A ile u nas problemu, aby dobyć miano uzdrowiskowego kurorta? Prijechali, wodu badali, prima sort powiadają, siarczany, sole, więc powinni od ręki, a i okolica czysta jak nigdzie. Drzewa my zasadzili, będzie park, brzeg rzeki czysty, elektryczność ze słońca, ciepło z wody, cisza i spokój, a jak burmistrzowi i staroście uda się powiększyć zalewisko, to i my będziem mieć do niego dostęp.

- To już wiecie, że są takie plany? - zainteresował się inżynier Bek.

- Otiec mówił… znaczy się pan Krach.

- Nasz pan radca namącił wszystkim w głowie - wyrzekła z radością w głosie pani Janeczka Szydełko. - Najpierw dla was dom wyremontował, potem podsunął myśl z tą gorącą mineralną wodą…

- Z tą drugą wiadomością to przyszedł do kawiarenki nieżyjący już niestety dziadek naszej nauczycielki Alinki, kochanie - przypomniał żonie pan mecenas.

- Wiem, pamiętam, ale to pan radca pchnął sprawę we właściwą stronę.

- O, tak, otiec ma głowę.

- A nie przebąkuje przypadkiem o swoich najbliższych planach? - zapytała Janeczka Szydełko Wołodii, rzecz jasna z czystej ciekawości, ale w porę zmiarkowała, że może nie nadszedł odpowiedni czas na rozwijanie tego wątku. - Ech, nic, pewnie jeszcze niczego nie ustalił.

- A pani Alinka z córką zamówiła sobie wczasowisko na sierpień. Jej dieduszka miał zagwarantowaną opiekę medyczną w kurorcie dożywotnio… niestety nie doczekał… więc po nim wnuczka z córką…

Maria, żona Kawiarennika Adama, która bodajże raz tylko tutaj była, i to w czasie, gdy stawiano fundamenty pod ośrodek, była pod ogromnym wrażeniem tego, co w tym miejscu powstało. Trzypiętrowy budynek, z dachem pokrytym w południowej jego części solarowym dachem, trzydzieści pokoi licząc od pierwszego pietra, bo na parterze sale i bawialnie; winda i ciągnący się na parterze ukwiecony łącznik prowadzący do gabinetów zabiegowych, stołówki i dalej do basenu. Ośrodek naturalnie otoczony sześcioma wielkimi świerkami, rzucającymi od zachodu i południa szeroki cień na budynek zabiegowy i stołówkę. Bliżej budynku zalążki parku: dużo soczysto zielonej trawy, kwiaty, całkiem spore iglaki - wszystko przemyślane z konceptem właściwym pani Różańskiej i pana Iłowieckiego, którzy dokonali nasadzeń jeszcze jesienią, gdy obiekt nie był gotowy. Budowa doprawdy imponująca i chociaż oddana do użytku z opóźnieniem, w połowie marca, to i tak, przynajmniej dla Marii, błyskawicznie.

Rowerowe towarzystwo ruszyło w dalszą drogę wzdłuż Mętnicy, potem mostkiem na drugą stronę rzeki - do lasu, później drożyną ciągnąca się wzdłuż wąskotorowej trasy daleko, aż po Wolę Dąbrowską. Tam odpoczynek u wejścia do pałacowego parku. Teren ogrodzony wprawdzie kamienno-ceglanym, na dwa metry wysokim murem, lecz ten w wielu miejscach zniszczony, wyłupany. Przez te w ogrodzeniu wyłomy rozpościera się widok na klasyczny szlachecki dworek, murowany, z dwuspadzistym polskim dachem, z gankiem jak w Mickiewicza poemacie, z kolistym skwerem, na którym ongiś musiały istnieć kwiatowe rabaty. Dworek w stanie niepięknym, aczkolwiek rowerowi podróżnicy zauważyli (nie sposób było nie zauważyć) drabiniaste rusztowania wokół budynku, pnące się po odrapanych z tynku ścianach aż po dach. Na rusztowaniach robotnicy; jeden dźwig podaje na górę murarską zaprawę, drugi niesie dachówki ku dwóm pracownikom przypiętym do lin na dachu. Jednym słowem trwa remont.

Wprowadzili rowery do wnętrza posiadłości i już stamtąd spostrzegli, że remontowe prace dotyczą także budynku gospodarczego - schowanej na uboczu obory-stodoły i przylegającej do niej komory, która mogła kiedyś służyć już to za pomieszczenie kuchenne dworu, jak i też mieszkania dla służby. Podróżnicy udali się w tamtą stronę. Obchodząc dwór zobaczyli za nim, w miejscu, które było zapewne wstępem do sadowego ogrodu dwa wojskowe namioty, opróżnione z mieszkańców, bo ci - wszyscy młodzi ludzie - zajęci byli pracą wewnątrz stodoły-obory i poza nią.

Adam uświadomił sobie, że prace remontowe ruszyły w posiadłości pełna parą, a inżynier Bek fachowym wzrokiem objął miejsce przebudowy; ruszył ku najbliżej stojącemu młodzianowi.

- Widzę, że przed panami sporo jeszcze pracy, ale widząc ich tak wielu, mniemam, że robota posuwa się błyskawicznie. Kim jesteście?

Młody człowiek postąpił kilka kroków w stronę dochodzących obieżyświatów, witając się z każdym z nich oddzielnie.

- My studenci. Nasze dwie uczelnie wyznaczyły nas do tych prac. Nie wszystkich, jak leci, tylko tych, którzy cokolwiek znają się na murarce i chętni do pracy.

- Znaczy się mają państwo pracowite wcześniejsze wakacje - zauważyła pani Janeczka Szydełko.

- Niekoniecznie. Podzielono nas na trzy grupy. My jesteśmy pierwsza z nich zamówioną na dziesięciodniowy termin. Potem się zmieniamy i tak do zakończenia prac.

- Zauważyłam pośród was dziewczyny. I one pracownice? - zdumiała się pani Wanda Bek.

- W naszej grupie są dwie. Raczej w roli kucharek, bo prace wyczerpujące a jeść trzeba.

- Ot i o wszystkim pomyślano - zauważył Adam. - Rozumiem, że wy skupiacie się na pracy przy gospodarskim zapleczu, a fachowcy zajmują się dworem.

- Słuszna uwaga - odrzekł młodzian. - Specjaliści pracują pod okiem konserwatora zabytków. W naszym przypadku te oba obiekty przy których pracujemy, z zewnątrz wyglądać muszą jak dawniej, ale wewnątrz… zapraszam państwa.

Wprowadził podróżników do środka.

W obszernej oborze-stodółce poprowadzono dwie kondygnacje. Sklepienia wykonali fachowcy jeszcze w lutym. Młodzieniec objaśniał: na górze osiem dwuosobowych pokoi, cztery łazienki; na dole dwie trójki z dwoma łazienkami i większa sala. Jadalnia w sąsiednim pomieszczeniu obok kuchni.

Kawiarenkowi przyjaciele wiedzieli o zamiarach profesorów z dwóch wielkomiejskich uczelni. Ma w tym miejscu powstać ośrodek uczelniany na sympozja i seminaria, tudzież dom pracy twórczej. W części gospodarczej, jak się okazało, miejsc noclegowych będzie dwadzieścia sześć, w samym dworze - osiem. W przyszłości zaś, od strony ogrodu ma stanąć pawilon w miejscu, gdzie była stajnia. Ten akurat obiekt, na terenie którego stoją obecnie wojskowe namioty, złym zrządzeniem losu popadł w największą ruinę i postanowiono go nie odbudowywać, lecz postawić nowy, acz skonstruowany wedle starych planów, tyle że nie konie i powozy w nich zamieszkają, lecz ludzie, co powiększy stan lokalowej bazy o dwadzieścia dwuosobowych pokoi. Kosztowna i pracochłonna to będzie inwestycja, lecz profesorska w tym rzecz, aby pozyskać dla niej uczelniane i nie tylko uczelniane fundusze. Największym, jak zwykle w tego typu budowach, problemem jest wodno-kanalizacyjna i elektryczna infrastruktura; mniejszym samo postawienie obiektu. Póki co w miarę sprawnie trwają prace przy renowacji dworu i zabudowań gospodarskich. Wbrew negatywnym oczekiwaniom stan dworku nie wymaga rewelacyjnych zabiegów przywracających uprzedni stan budynku dworu; do najistotniejszych i najtrudniejszych należy wymiana instalacji cieplnej i kanalizacyjnej pamiętającej przedwojenne czasy, gdy w obiekcie mieściła się szkoła ludowa. Te prace akurat trwają, ale przy okazji stawiany jest nowy dach, po czym nastąpi gruntowna renowacja elewacji. Aby przyspieszyć renowację całości posiadłości władze uczelniane zdecydowały się wspomóc działania profesjonalnej firmy budowlanej zastępami braci studenckiej, przy czym liczebność tych pomocników zwiększona zostanie w okresie wakacyjnym. Rzecz jasna wszystko musi się odbywać na zasadzie dobrowolności, tudzież rekrutacja do tych prac winna obejmować tych młodych ludzi, którzy o pracach budowlanych niejakie pojęcie mają.

Odwiedzając dwór w Dąbrowskiej Woli, kawiarenkowicze przekonali się naocznie o tym, że możliwa jest współpraca profesjonalistów z niefachowcami, jeśli tylko ci drudzy będą postępować ściśle według zaleceń kierownika budowy, który w owym dniu był obecny, spotkał się z gośćmi, rozmawiał z nimi, lecz o terminie zakończenia prac nie wspomniał ani słowem.

- Moi państwo, pierwsza rzecz to fundusze. Jeśli będziemy je uzyskiwać na czas i do tego systematycznie, moja w tym głowa, aby renowacja nie przeciągnęła się ponad miarę. A druga sprawa to nasi pomocnicy; jeśli kolejne grupy pracować będą tak wytrwale jak ta obecna, to możemy spać spokojnie.

Podróżnicy na sen nie mieli ochoty. Pozostało przed nimi jeszcze jedno miejsce - leśniczówka, w której na nich czekano, a tam… leśniczy Gajowniczek wraz ze swą żoną przygotowali prawdziwa ucztę dla strudzonych rowerową jazdą. Nie mogło się obejść bez gęstej grochówki i bigosu ze swojską kiełbasą, zeszklonego staropolskim miodem z pasieki leśniczego.


[Pierwsze pisanie nastąpiło 28.04.2018 roku w Aire des Vignobles, Nierve we Francji]


[14.04.2024, Toruń]