Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

14 września 2026

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (15)

 

R. VI - W JAKI SPOSÓB NOWI LUDZIE UKAZUJĄ SIĘ NAD STARYMI HORYZONTAMI.


[…] Początek kwietnia, jeden z tych miesięcy, które służą za przejście między zimą i wiosną. Śnieg już zniknął, ale nie ukazała się jeszcze zieloność; drzewa są czarne, trawniki szare i niebo szare: wygląda jak marmur poprzecinany srebrnymi i złotawymi nitkami. Jest około piątej po południu. Panna Izabela siedzi w swoim gabinecie i czyta najnowszą powieść Zoli¹⁴⁸: Une page d’amour¹⁴⁹. Czyta bez uwagi, co chwilę podnosi oczy, spogląda w okno i półświadomie formułuje sąd, że gałązki drzew są czarne, a niebo szare. Znowu czyta, spogląda po gabinecie i półświadomie myśli, że jej meble kryte błękitną materią i jej niebieski szlafroczek mają jakiś szary odcień i że festony białej firanki są podobne do wielkich sopli śniegu. Potem zapomina, o czym myślała w tej chwili, i pyta

się w duchu: „O czym ja myślałam?… Ach, prawda, o kweście wielkotygodniowej…” I nagle czuje ochotę przejechania się karetą, a jednocześnie czuje żal do nieba, że jest takie szare, że złotawe żyłki na nim są tak wąskie… Dręczy ją jakiś cichy niepokój, jakieś oczekiwanie, ale nie jest pewna, na co czeka: czy na to, ażeby chmury się rozdarły, czy na to, ażeby wszedł lokaj i wręczył jej list zapraszający na wielkotygodniową kwestę? Już taki krótki czas, a jej nie proszą.

Znowu czyta powieść, ten rozdział, kiedy podczas gwiaździstej nocy p. Rambaud naprawiał zepsutą lalkę małej Joasi. Helena tonęła we łzach bezprzedmiotowego żalu, a opat¹⁵⁰ Jouve radził, ażeby wyszła za mąż. Panna Izabela odczuwa ten żal i kto wie, czy gdyby w tej chwili ukazały się na niebie gwiazdy, zamiast chmur, czy nie rozpłakałaby się tak jak Helena. Wszak to już ledwo parę dni do kwesty, a jej jeszcze nie proszą. Że zaproszą, o tym wie, ale dlaczego zwłóczą¹⁵¹?… [...]

---------------------------------------------------------------------

¹⁴⁸Zola Emil (1840–1902) — znakomity powieściopisarz francuski, twórca naturalizmu w literaturze.

¹⁴⁹„Une page d’amour” (fr.) — Kartka miłości, powieść Zoli, wówczas nowość wydawnicza. W dalszym ciągu Prus wspomina o bohaterce powieści Helenie Grandjean, w której kocha się pan Rambaud.

¹⁵⁰opat — tytuł przełożonego w niektórych klasztorach.

¹⁵¹zwłóczyć — dziś: zwlekać; ociągać się.

----------------------------------------------------------------------

[…] „Te kobiety, które zdają się tak gorąco szukać Boga, bywają niekiedy nieszczęśliwymi

istotami, których serce wzburzyła namiętność. Idą do kościoła, ażeby tam wielbić mężczyznę” — mówił opat Jouve.

„Poczciwy opat, jak on chciał uspokoić tę biedną Helenę!” — myśli panna Izabela i nagle odrzuca książkę. Opat Jouve przypomniał jej, że już od dwu miesięcy haftuje pas do kościelnego dzwonka i że go jeszcze nie skończyła. Podnosi się z fotelu i przysuwa do okna stolik z tamburkiem¹⁵², z pudełkiem różnokolorowych jedwabiów z kolorowym deseniem; rozwija pas i zaczyna gorliwie wyszywać na nim róże i krzyże. Pod wpływem pracy w sercu budzi się otucha. Kto tak, jak ona, służy Kościołowi, nie może być zapomnianym przy wielkotygodniowej kweście. Wybiera jedwabie, nawłóczy¹⁵³ igły i szyje wciąż. Oko jej przebiega od wzoru do haftu, ręka spada z góry na dół, wznosi się z dołu do góry, ale w myśli zaczyna rodzić się pytanie dotyczące kostiumu na groby i toalety na Wielkanoc. Pytanie to wkrótce zapełnia jej całą uwagę, zasłania oczy i zatrzymuje rękę. Suknia, kapelusz, okrywka i parasolka, wszystko musi być nowe, a tu tak niewiele czasu i nie tylko nic nie zamówione, ale nawet nie wybrane!… Tu przypomina sobie, że jej serwis i srebra już znajdują się u jubilera, że już trafia się jakiś nabywca i że dziś lub jutro będą sprzedane. Panna Izabela czuje ściśnięcie serca za serwisem i srebrami, lecz doznaje niejakiej ulgi na myśl o kweście i nowej toalecie. Może mieć bardzo piękną, ale jaką?…

Odsuwa tamburek i ze stolika, na którym leżą Szekspir, Dante, album europejskich znakomitości tudzież kilka pism, bierze: „Le Moniteur de la Mode”¹⁵⁴ i zaczyna go przeglądać z największą uwagą. Oto jest toaleta obiadowa; oto ubiory wiosenne dla panienek, panien, mężatek, młodych mężatek i ich matek; oto suknie wizytowe, ceremonialne, spacerowe; sześć nowych form kapeluszy, z dziesięć materiałów, kilkadziesiąt barw… Co tu wybrać, o Boże?… Niepodobna wybierać bez naradzenia się z panną Florentyną i z magazynierką… Panna Izabela z niechęcią odrzuca monitora mody i siada na szezlongu¹⁵⁵ w postaci półleżącej. Ręce splecione jak do modlitwy opiera na poręczy, głowę na rękach i patrzy w niebo rozmarzonymi oczyma. Kwesta wielkotygodniowa, nowa toaleta, chmury na niebie, wszystko miesza się w jej wyobraźni na tle żalu za serwisem i lekkiego uczucia wstydu, że go sprzedaje.

„Ach, wszystko jedno!” — mówi sobie i znowu pragnie, ażeby chmury rozdarły się choć na chwilę. Ale chmury zgęszczają się, a w jej sercu wzmaga się żal, wstyd i niepokój. Spojrzenie jej pada na stolik stojący tuż obok szezlonga i na książkę do nabożeństwa oprawną w kość słoniową. Panna Izabela bierze do rąk książkę i powoli, kartka za kartką,

wyszukuje w niej modlitwy: Acte de resignation¹⁵⁶, a znalazłszy, zaczyna czytać: „Que votre nom soit beni à jamais, bien qui avez voulu m’éprouver par cette peine.”¹⁵⁷. W miarę jak czyta, szare niebo wyjaśnia się, a przy ostatnich słowach… „et d’attendre en paix votre divin secours…”¹⁵⁸, chmury pękają, ukazuje się kawałek czystego błękitu, gabinet panny Izabeli napełnia się światłem, a jej dusza spokojem. Teraz jest pewna, że modły jej zostały wysłuchane, że będzie miała najpiękniejszą toaletę i najlepszy kościół do kwesty. W tej chwili delikatnie otwierają się drzwi gabinetu; staje w nich panna Florentyna, wysoka, czarno ubrana, nieśmiała, trzyma w dwu palcach list i mówi cicho:

— Od pani Karolowej.

— Ach, w sprawie kwesty — odpowiada panna Izabela z czarującym uśmiechem. —

Cały dzień nie zaglądałaś do mnie, Florciu.

— Nie chcę ci przeszkadzać. […]

-----------------------------------------------------------------------

¹⁵²tamburek — bębenek, na którym naciąga się materiał do haftowania.

¹⁵³nawłóczyć — dziś: nawlekać.

¹⁵⁴„Le Moniteur de la Mode” (fr.) — monitor mody: tytuł żurnala mód paryskich (monitor: doradca, nauczyciel).

¹⁵⁵szezlong — rodzaj wyściełanej sofy.

¹⁵⁶Acte de resignation (fr.) — akt poddania się woli bożej.

¹⁵⁷Que votre nom soit beni à jamais… (fr.) — „Niech imię Twoje będzie błogosławione na wieki, mimo że chciałeś mnie doświadczyć przez to cierpienie.”

¹⁵⁸…et d’attendre en paix votre divin secours… (fr.) — „…i oczekiwać w pokoju Twej boskiej pomocy.” […]

-----------------------------------------------------------------------

— W nudzeniu się?… — pyta panna Izabela. — Kto wie, czy nie byłoby nam weselej

nudzić się w jednym pokoju.

— List… — mówi nieśmiała osoba w czarnej sukni, wyciągając rękę do Izabeli.

— Znam jego treść — przerywa panna Izabela. — Posiedź trochę u mnie i jeżeli nie zrobi ci subiekcji¹⁵⁹, przeczytaj ten list.

Panna Florentyna siada nieśmiało na fotelu, delikatnie bierze z biurka nożyk i z największą ostrożnością przecina kopertę. Kładzie na biurku nożyk, potem kopertę, rozwija papier i cichym, melodyjnym głosem czyta list pisany po francusku:

Droga Belu! wybacz, że odzywam się w sprawie, którą tylko ty i twój ojciec macie prawo rozstrzygać. Wiem, drogie dziecię, że pozbywasz się tego serwisu i sreber, sama mi zresztą o tym mówiłaś. Wiem też, że znalazł się nabywca, który ofiarowuje wam pięć tysięcy rubli, moim zdaniem za mało, choć w tych czasach trudno spodziewać się więcej. Po rozmowie jednak, jaką miałam w tej materii z Krzeszowską, zaczynam lękać się, ażeby

piękne te pamiątki nie przeszły w niewłaściwe ręce. Chciałabym temu zapobiec, proponuję ci więc, jeżeli zgodzisz się, trzy tysiące rubli pożyczki na zastaw wspomnianego serwisu i sreber. Sądzę, że dziś wygodniej będzie im u mnie, gdy ojciec twój znajduje się w takich kłopotach. Odebrać je będziesz mogła, kiedy zechcesz, a w razie mojej śmierci nawet bez zwracania pożyczki. Nie narzucam się, tylko proponuję. Rozważ, jak ci będzie wygodniej, a nade wszystko pomyśl o następstwach. O ile cię znam, byłabyś boleśnie dotkniętą usłyszawszy kiedyś, że nasze rodzinne pamiątki zdobią stół jakiego bankiera albo należą do wyprawy jego córki. Zasyłam ci tysiące pocałunków.

Joanna

P. S. Wyobraź sobie, co za szczęście spotkało moją ochronkę. Będąc wczoraj w sklepie tego sławnego Wokulskiego przymówiłam się o mały datek dla sierot. Liczyłam na jakie kilkanaście rubli, a on, czy uwierzysz, ofiarował mi tysiąc, wyraźnie: tysiąc rubli, i jeszcze powiedział, że na moje ręce nie śmiałby złożyć mniejszej sumy. Kilku takich Wokulskich, a czuję, że na starość zostałabym demokratką.”

Panna Florentyna skończywszy list nie śmiała oderwać od niego oczu. Wreszcie odważyła się i spojrzała: panna Izabela siedziała na szezlongu blada, z zaciśniętymi rękami.

— Cóż ty na to, Florciu? — spytała po chwili.

— Myślę — odparła cicho zapytana — że pani Karolowa na początku listu najtrafniej osądziła swoje stanowisko w tej sprawie.

— Co za upokorzenie! — szepnęła panna Izabela, nerwowo bijąc ręką w szezlong.

— Upokorzeniem jest proponować komuś trzy tysiące rubli na zastaw sreber, i to wówczas, gdy obcy ofiarowują pięć tysięcy… Innego nie widzę.

— Jak ona nas traktuje… My chyba naprawdę jesteśmy zrujnowani…

— Ależ, Belciu!… — przerwała ożywiając się panna Florentyna. — Właśnie ten cierpki list dowodzi, że nie jesteście zrujnowani. Ciotka lubi być cierpką, ale umie oszczędzać nieszczęście. Gdyby wam groziła ruina, znaleźlibyście w niej tkliwą i delikatną pocieszycielkę.

— Dziękuję za to.

— I nie potrzebujesz obawiać się tego. Jutro wpłynie nam pięć tysięcy rubli, za które

można prowadzić dom przez pół roku… choćby przez kwartał. Za parę miesięcy…

— Zlicytu􀰗ą nam kamienicę…

— Prosta forma, i nic więcej. Owszem, możecie zyskać, podczas gdy dzisiaj kamienica

jest tylko ciężarem. No, a po ciotce Hortensji dostaniesz ze sto tysięcy rubli. Zresztą —

dodała po chwili panna Florentyna podnosząc brwi — ja sama nie jestem pewna, czy

i ojciec nie ma jeszcze majątku. Wszyscy są tego zdania…

Panna Izabela wychyliła się z szezlonga i ujęła rękę panny Florentyny.

— Florciu — rzekła zniżając głos — komu ty to mówisz?… Więc naprawdę uważasz mnie tylko za pannę na wydaniu, która nic nie widzi i niczego nie pojmuje?… Myślisz, że nie wiem — domówiła jeszcze ciszej — że już miesiąc, jak pieniądze na utrzymanie domu pożyczasz od Mikołaja… […]

------------------------------------------------------------------------

¹⁵⁹subiekcja — kłopot.



[14.09.2026, Toruń]

13 września 2026

BIBLIA WARSZAWSKA - STARY TESTAMENT - I KSIĘGA MOJŻESZOWA [9]

 

Przymierze Boga z Noem


9:1 I pobłogosławił Bóg Noego i synów jego, i powiedział do nich: Rozradzajcie się i rozmnażajcie, i napełniajcie ziemię.

9:2 A bojaźń i lęk przed wami niech padnie na wszystkie zwierzęta ziemi i na wszelkie ptactwo niebios, na wszystko, co się rusza na ziemi i na wszystkie ryby morskie; wszystko to oddane jest w ręce wasze.

9:3 Wszystko, co się rusza i żyje, niech wam służy za pokarm; tak jak zielone jarzyny, daję wam wszystko.

9:4 Lecz nie będziecie jedli mięsa z duszą jego, to jest z krwią jego.

9:5 Będę też żądał krwi waszej, to jest dusz waszych. Będę jej żądał od każdego zwierzęcia. A od człowieka będę żądał duszy człowieka, za życie brata jego.

9:6 Kto przelewa krew człowieka, tego krew przez człowieka będzie przelana, bo na obraz Boży uczynił człowieka.

9:7 Wy zaś rozradzajcie się i rozmnażajcie! Niech zaroi się od was ziemia i niech was będzie dużo na niej!

9:8 Nadto rzekł Bóg do Noego i do jego synów, którzy byli z nim, mówiąc:

9:9 Oto Ja, Ja ustanawiam przymierze moje z wami i z potomstwem waszym po was,

9:10 I z wszelkimi istotami żyjącymi, które są z wami, z ptactwem, z bydłem i z wszystkimi dzikimi zwierzętami, które są z wami, z tymi wszystkimi, które wyszły z arki wraz z wszystkimi zwierzętami ziemi.

9:11 I ustanawiam przymierze moje z wami, że już nigdy nie zostanie wytępione żadne ciało wodami potopu i że już nigdy nie będzie potopu, który by zniszczył ziemię.

9:12 Potem rzekł Bóg: To będzie znakiem przymierza, które Ja ustanawiam między mną a między wami i między każdą istotą żyjącą, która jest z wami, po wieczne czasy;

9:13 Łuk mój kładę na obłoku, aby był znakiem przymierza między mną a ziemią.

9:14 Kiedy zbiorę chmury i obłok będzie nad ziemią, a na obłoku ukaże się łuk,

9:15 Wspomnę na przymierze moje, które jest między mną a wami i wszelką istotą żyjącą we wszelkim ciele i już nigdy nie będzie wód potopu, które by zniszczyły wszelkie ciało.

9:16 Gdy tedy łuk ukaże się na obłoku, spojrzę nań, aby wspomnieć na przymierze wieczne między Bogiem a wszelką istotą żyjącą, wszelkim ciałem, które jest na ziemi.

9:17 I rzekł Bóg do Noego: To jest znak przymierza, które ustanowiłem między mną a wszelkim ciałem, które jest na ziemi.

Noe i jego synowie

9:18 Synami Noego, którzy wyszli z arki, byli: Sem, Cham i Jafet; a Cham był ojcem Kanaana.

9:19 Ci trzej byli synami Noego i z nich wywodzi się cała ludność ziemi.

9:20 Noe, który był rolnikiem, pierwszy założył winnicę.

9:21 Gdy potem napił się wina, upił się i leżał odkryty w namiocie swoim,

9:22 A Cham, ojciec Kanaana, zobaczył nagość ojca swego i opowiedział o tym poza namiotem obu swoim braciom.

9:23 Wtedy Sem i Jafet wzięli szatę, nałożyli ją sobie na ramiona i podeszli tyłem, i przykryli nagość ojca swego, a ponieważ oblicza ich były odwrócone, nie widzieli nagości ojca swego.

9:24 A gdy Noe obudził się po upiciu się winem i dowiedział się, co mu uczynił jego najmłodszy syn,

9:25 Rzekł: Niech będzie przeklęty Kanaan, niech będzie najniższym sługą braci swoich!

9:26 Potem rzekł: Błogosławiony nich będzie Pan, Bóg Sema, a Kanaan niech będzie sługą jego!

9:27 Niech da Bóg i Jafetowi przestrzeń szeroką i niech zamieszka w namiotach Sema, a Kanaan niech będzie sługą ich!

9:28 Po potopie żył Noe trzysta pięćdziesiąt lat.

9:29 Noe żył więc dziewięćset pięćdziesiąt lat i umarł.



[13.09.2026, Toruń]

12 września 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1429)

 

1429.

Już niedługo podejdziemy pod Psków, staniemy na Placu Czerwonym, a możliwe, że zatrzymamy się dopiero na Kamczatce. Polska się zbroi i staje się mocarstwem, w którym mafia kryptowalutowa rządzi politykami. W tej samej Polsce nie ma od lat pomysłu na rozwiązanie problemów w dziedzinie służby zdrowia, a ceny leków – i piszę tu nie o jakichś nowoczesnych medykamentach – a o pospolitych lekarstwach przeciwko przeziębieniu, kaszlowi, grypie, anginie, itp. są niezauważalne przez rząd. Zdaje się, że inflacja znowu spada dzięki temu, że potaniały lokomotywy. A skąd wzięły się pomysły na drożyznę w farmakologii? Zdaje się, że reklama leków kosztuje, więc nic dziwnego, że ma swój udział w cenach w naszych aptekach. Oczywiście skłamałbym, gdybym obciążał jedynie obecny rząd za stan służby zdrowia. Otóż w końcu XX wieku „mądrzy” ludzie doszli do wniosku, że aby ulżyć pacjentom, należy rozwinąć sektor prywatny, gdzie rzeczywiście kolejki do usług medycznych są mniejsze albo nie ma ich wcale, lecz trzeba za nie słono zapłacić. Wniosek nasuwa się sam – przygotowujemy się do wojny, straszymy nią ludzi, którzy pierwej umrą, rezygnując z coraz droższego leczenia, aniżeli zginą trafieni dronami.

Polska to wciąż dziwny kraj. Mówi się nam, że paliwa na stacjach nie zabraknie, choć oczywiście niedługo cena benzyny i oleju napędowego stanie się zaporą dla kupna paliwa dla przeciętnego obywatela. Czy obecny rząd jest temu winien? Nie, ale pomysł pana premiera, aby obniżyć cenę paliwa w końcu sierpnia, aby wracający z wakacji Polacy zapłacili na stacjach paliw mniej, uważam za chybiony. Ten, kto podróżuje daleko i stać go na wakacje, musi się liczyć z kosztami tych podróży. Martwi mnie co innego. Brak mi zdecydowanej, stanowczej reakcji rządu – kto jest winien podwyżkom paliw. Rządzący unikają tego tematu, nie chcąc drażnić błazna – prezydenta USA. I nie ma się czemu dziwić, że prawicowi idioci oskarżają właśnie premiera Tuska za wysokie ceny paliw. W ogóle dziwi mnie to, że demokratyczny świat Zachodu (może z wyjątkiem Hiszpanii i Kanady) nie jest w stanie przeciwstawić się idiotycznej polityce trumpa. Rozumiem te wszystkie uwarunkowania polityczne, ale brak zjednoczonych działa to nie tylko porażka, ale i tchórzostwo.



[12.09.2026, Toruń]

ODKURZONE - BEZ TYTUŁU - 2018

 

Ruchliwy jest ten fragment ulicy, chociaż na światłach kończy się tu dwupasmówka i przechodzi w jednokierunkową. Pomiędzy jezdniami na wysokości szerokiego w tym miejscu przejścia dla pieszych - chodnikowy cypel. Tam właśnie stała. Nawet zwrócił na nią uwagę, przechodząc na zielonym świetle w stronę baru. Spieszył do niego, więc poza przelotnym rzuceniem oka na kobietę nie zdobył się na żaden dodatkowy gest względem tej, która stała przy metalowym słupie sygnalizacji świetlnej.

- Jak dawno pana nie widzieliśmy! Kiedyż to było?

Wlewała do kufla piwo, porządnie, trzymając szklanicę pod kątem piętnastu stopni, aby nie przeholować z pianą.

- Będzie trzy miesiące temu. Nie pamięta pani?

- Daty nie pamiętam, ale okoliczności ostatniego pana pobytu u nas jak najbardziej. Dostał pan wtedy pracę i zaprosił kilku przyjaciół.

- No właśnie. Bo macie najlepsze, najzimniejsze piwo i można u was porządnie zjeść za nieduże pieniądze.

- To miłe, co pan mówi, ale… - postawiła przed nim piwo mieniące się bursztynowym blaskiem na tle blado-białego oświetlenia zawieszonego nad ladą - … ale w takim razie, dlaczego dopiero po trzech miesiącach zajrzał pan do nas ponownie?"

- Kręciła się tutaj w pobliżu taka wysoka, piwnooka szatynka.

- A była taka. Każdy chłop zwracał na nią uwagę.

- A ona? Interesowała się mężczyznami?

- Trudno powiedzieć. Chyba nie miała nikogo. Była sama.

- A teraz? – zaniepokoił go czas przeszły w tej zdawkowej opowieści.

- To nic pan nie wie? – sama była zaskoczona tym, w jaki kierunek potoczyła się rozmowa.

- A niby co mam wiedzieć?

- Podam panu piwo… prosto z lodówki. – Martę przejechała ciężarówka na przejściu dla pieszych.

Już pierwszym łykiem zmrożonego piwa zachłysnął się.



[12.09.2026, Toruń]

MITOLOGIA GRECKA - [WG. JANA PARANDOWSKIEGO [6]

 

BOGOWIE OLIMPIJSCY - DZEUS (JUPITER] (1)


Imię najwyższego boga Grecji spokrewnione jest z indyjskim Dyaus, staroniemieckim Ziu i łacińskim Jupiter (od: Diovis pater), gdzie pobrzmiewa wspólny indoeuropejski pierwiastek div, co wyraża: rzucać, strzelać, błyszczeć. Jakoż Dzeus jest przede wszystkim panem błyskawic i piorunów. Zmienny jak niebo, nad którym panuje, co chwila daje poznać inne oblicze. W rozjaśnionym lazurze greckim, w eterycznej przejrzystości poranków czuje się łaskawe spojrzenie ojca światłości. On zsyła deszcz, on ziemię okrywa w gronostaje śniegu. Wśród gromów i burzy objawia się potęga władcy, który gromadzi czarne kłębowiska chmur, huraganem podnosi ołowiane fale morza, rozmiata piasek ziemskich dróg i, otwierając upusty niebieskich wód, na szczytach gór zapala ognie grzywiaste. Dzień i noc na dnie dymiących wulkanów cyklopi kują pioruny dla Dzeusa. Prawdziwie możny bóg. Gdyby linę ze złota uczepić na szczycie niebios i gdyby się na niej uwiesili wszyscy bogowie i wszystkie boginie, nie zdołaliby ściągnąć Dzeusa na ziemię. Lecz gdyby on sam z kolei poderwał linę, wszystkich bogów wraz z morzem i ziemią podniósłby do góry i uwiązał dokoła skały Olimpu. Tak przynajmniej sam się przechwalał. Ares, bóg wojny, który na niewielu rzeczach tak dobrze się rozumiał, jak na wszystkim, co dotyczy siły fizycznej, oburzał się głośno: “Nie przeczę — mówił — że Dzeus jest silniejszy i potężniejszy od każdego z nas, ale żebyśmy wszyscy razem tak mało wobec niego znaczyli, to już nie mieści mi się w głowie". I przypomniał, jak to raz za dawnych czasów wybuchł spisek przeciw Dzeusowi. Hera, Atena i Posejdon napadli go i skrępowali tak mocno, że nie mógł się ruszyć. Nie wiadomo, co byłoby się stało, gdyby nie boginka morska, Tetyda, późniejsza matka Achillesa. Zbiegła prędko do Tartaru, sprowadziła sturękiego Briareusa i ten uwolnił pana niebios. Tak, to prawda, wszyscy go pamiętali. Ale od Aresa w tym dniu stronili. Przezorny Hermes zbliżył się chyłkiem do wojowniczego boga i szepnął mu na ucho:

“Daj spokój. Ani mnie nie jest bezpiecznie słuchać podobnych rzeczy, ani tobie mówić". Miał słuszność. Dzeus był popędliwy i unosił się łatwo, a gdy się rozsierdził, rzucał bez miłosierdzia bogami po salach swego pałacu, aż drżały ściany ze złota. Wyobrażenie, jakie mieli Grecy o Dzeusie, zmieniało się z postępem cywilizacji helleńskiej. Gdy byli jeszcze na wpół barbarzyńcami, cenili w nim przede wszystkim siłę i złowrogą moc niszczenia. Później ozdabiali go coraz doskonalszymi zaletami serca i umysłu, aż powstał idealny obraz najwyższego bóstwa, którego mądrej władzy podlegają wszystkie dziedziny życia. Dzeus jest opiekunem praw i jako Horkios ze szczytów swojego tronu, na którego stopniach siedzi bogini Sprawiedliwości, przestrzega świętości przysięgi, którą ludzie składają wznosząc ręce i oczy do nieba i wymawiając jego imię; jako Ksenios broni nienaruszalnego prawa gościnności, jest patronem przybyszów proszących o pomoc i przytułek, pod jego opieką pozostają posłowie i heroldowie, nawet najlichszy żebrak broni się przed zniewagą groźnym imieniem Dzeusa i gdy dłoń położy na krawędzi ogniska

domowego, włos mu z głowy spaść nie może. Dzeus jest krzewicielem uczuć szacunku,

łagodności i miłosierdzia, przestrzega, aby ludzie nie byli względem siebie surowi i nieubłagani. Stojąc na straży całości społeczeństwa Dzeus żąda posłuchu dla praw moralnych. Dobry i łagodny, otacza opieką wszelką pracę ludzką. Na złotych szalach waży losy śmiertelnych i wedle wskazań tej wagi zsyła dobro i zło, dolę lub niedolę. Każda osada ma swego Dzeusa z przydomkiem Herkejos (patron zagrody), który czuwa nad prawem własności i nierozerwalnością rodu lub gminy. Wreszcie otrzymał Dzeus piękne imię Hellenios, jako bóstwo narodowe, które różnorodne szczepy greckie łączy w jedną całość i nie pozwala im przepaść w morzu sąsiednich plemion barbarzyńskich. [...]



[12.09.2026, Toruń]

11 września 2026

SŁOWA JAKIE DRZEWIEJ BYWAŁY

 

2874. Zamżyć oczy - zamrużyć oczy

2875. Zanadrzany - tyczący się zanadrza

2876. Zanadrzysty - mający szerokie zanadrza

2877. Zanarzać - zanurzać

2878. Zanęcić, zanęcać - nęcąc zachęcić

2879. Zanędznieć - znędznieć

2880. Zanęta - zachęta nęcąca, ponęta

2881. Zaniechać, zaniechawać, zaniechywać - zaniechaj, daj spokój

2882. Zaniechać kogoś - zostawić kogoś w pokoju, porzucić go, dać mu spokój, nie przeszkodzić mu

2883. Zaniecić, zaniecać - wzniecić, zapalić

2884. Zaniecić kogoś - wzburzyć

2885. Zanieczcić - sprofanować, zbezcześcić

2886. Zanieczyściać - zanieczyszczać

2887. Zaniedbalec - ten, co zaniedbał albo co zaniedbał się, niedbalec

2888. Zaniedbalstwo, zaniedbałość - niedbalstwo

2889. Zaniedbały - niedbały

2890. Zaniedbawać - zaniedbywać

2891. Zaniemić, zaniemiać - zrobić niemym, niemową.

2892. Zaniepróżnić, zanieprażniać - nie zostawić próżnym, zapełnić, zaprzątnąć, zająć

2893. Zanierychło - zapóźno, nie rychło już

2894. Zanieść się, zanosić się, zanaszać się - zabrać się, mieć się ku czemu, szykować się Z. się na kogo ręką

2895. Zanieść się - zamierzyć się, podnieść na niego rękę, targnąć się; zapędzić się, zabrnąć, dać się unieść czemu, odnosić się, tyczyć się

2896. Zaniszczeć - pójść w niwecz, zniszczeć

2897. Zaniszczyć, zaniszczać - niszcząc zagładzić, zatrzeć

2898. Zankiel, zenkiel, zaponka - klamra

2899. Zanklarz, zenklarz - rzemieślnik robiący klamry

2900. Zanorzyć - zanurzyć; zanurzyć się; utonąć

2901. Zanośny - mogący być zaniesionym.

2902. Zanurzyć, zanorzyć, zanurzać - zanurzyć, zatopić, pogrążyć

2903. Zaoblatować - zapisać do akt, zaregiestrować

2904. Zaobłoczyć - zakryć, zaciągnąć, zaciemnić obłokiem.

2905. Zaobozować - zaciągnąć do obozu, zakwaterować w obozie

2906. Zaognić, zaogniać - zapalić

2907. Zaokręglić - zaokrąglić

2908. Zaostrzyć - zaostrzać

2909. Zaostrzyć na kogoś - zajątrzyć, poduszczyć, podbechtać; zachęcić, zagrzać zapalić

2010. Zapachnąć, zapachać - zaorać

2911. Zapad - zapadanie, zapadnięcie; miejsce, gdzie coś się zapada

2912. Zapad słońca - zachód słońca

2913. Zapadlina - miejsce zapadłe, rozpadlina, rysa, szczelina

2914. Zapadni, zapadowy - tyczący się zapadu, zachodni

2915. Zapadnienie - zatracenie, potępienie

2916. Zapaktować, zapaktowywać - zaarendować, zadzierżawić

2917. Zapalacz - podpalacz (sprawca pożaru)



[11.09.2026, Toruń]

ODKURZONE [BEZ TYTUŁU] 2012

 

[…] Wąska smużka światła otworzyła powieki jego oczu. Pomyślał, że stała się rzecz prawie niemożliwa, bo czy mógł przypuszczać, że w tej komórce, czy może stodółce zbitej z desek tak dokładnie, istnieje możliwość, przedostania się przez nie słonecznych promieni światła? Owinięty w koc i zagłębiony w miękkie gniazdo siana nie spodziewał się, że poranek odnajdzie go i wyrwie ze snu. Bardziej liczył na to, że zbudzi go gospodarskie ptactwo, może kot polujący o świcie na myszy albo ujadający pies, do którego nozdrzy dotrze zapach nieznajomego człowieka.

A nieznajomy człowiek, człowiek znikąd, nie bywa mile przyjmowany, choć, w gruncie rzeczy, jest mu wszystko jedno, czy być przeganianym czy źle przyjętym w nowym miejscu. Najlepiej przeganiają człowieka przyjaciele, stwierdziwszy, że nie jest już potrzebny nikomu. Zrozumiał tę zależność i nie miał wątpliwości co do tego, że przebudzony niepotrzebnie o świcie, czuje się właśnie w ten sposób, niepotrzebny nikomu do jego szczęścia. Prędzej byłby potrzebny parze synogarlic, które upatrzyły sobie parapet uchylonego okna wychodzącego na północ. Kiedy wstał wreszcie, nie bez trudu i pomimo ogromnej niechęci do ustawienia swego ciała w pozycji wyprostowanej, napotkał spojrzenie tej pary szarych, nieudomowionych gołębi, które z ciekawością przypatrywały się zjawisku pod tytułem „nieznajomy”. I gdyby wtedy wymacał dłonią na klepisku garść zeszłorocznego zboża, gdyby pochwycił je dłonią i delikatnie rzucił w stronę ptaków, mógłby być im potrzebny. Nieważne, że w pierwszej chwili, spłoszone, poderwałyby się do lotu; po pewnym czasie z tą samą co uprzednio ciekawością spostrzegłyby rozrzucone po parapecie, a także na zewnątrz okna ziarenka i spróbowałyby ich skosztować na śniadanie. […]



[11.09.2026, Toruń]

PODEBRANE INTERNETOWI (26-31)

 26. Pałac w Rogalinie



27. Neorenesansowy pałac w Tułowicach (opolskie, gm. Tułowice)



28. Pałac w Brynku (Górny Śląsk)



29. Pałac w Jędrzychowicach (Dolny Śląsk)



30. Pocysterski Zespół Klasztorno-Pałacowy w Rudach.



31. Pałac w Przytoku (Lubuskie)




[11.09.2026, Toruń]

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (14)

 

R. 5. DEMOKRATYZACJA PANA I MARZENIA PANNY Z TOWARZYSTWA dokończenie


Jedna rzecz w wysokim stopniu ułatwiała je wyjście za mąż dla stanowiska. Oto panna Izabela nigdy nie była zakochaną. Przyczyniał się do tego jej chłodny temperament, wiara, że małżeństwo obejdzie się bez poetycznych dodatków, nareszcie miłość idealna, najdziwniejsza, o jakiej słyszano. Raz zobaczyła w pewnej galerii rzeźb posąg Apollina¹³⁵,

który na niej zrobił tak silne wrażenie, że kupiła piękną jego kopię i ustawiła w swoim gabinecie. Przypatrywała mu się całymi godzinami, myślała o nim i kto wie, ile pocałunków

ogrzało ręce i nogi marmurowego bóstwa?… I stał się cud: pieszczony przez kochającą kobietę głaz ożył. A kiedy pewnej nocy zapłakana usnęła, nieśmiertelny zstąpił ze swego piedestału i przyszedł do niej w laurowym wieńcu na głowie, jaśniejący mistycznym¹³⁶ blaskiem. Siadł na krawędzi jej łóżka, długo patrzył na nią oczyma, z których przeglądała wieczność, a potem objął ją w potężnym uścisku i pocałunkami białych ust ocierał łzy i chłodził jej gorączkę. Odtąd nawiedzał ją coraz częściej i omdlewającej w jego objęciach szeptał on, bóg światła, tajemnice nieba i ziemi, jakich dotychczas nie wypowiedziano w śmiertelnym języku. A przez miłość dla niej sprawił jeszcze większy cud, gdyż w swym boskim obliczu kolejno ukazywał jej upiększone rysy tych ludzi, którzy kiedykolwiek zrobili na niej wrażenie.

Raz był podobnym do odmłodzonego jenerała-bohatera, który wygrał bitwę i z wyżyn swego siodła patrzył na śmierć kilku tysięcy walecznych. Drugi raz przypominał twarz najsławniejszego tenora, któremu kobiety rzucały kwiaty pod nogi, a mężczyźni wyprzęgali

konie z powozu. Inny raz był wesołym i pięknym księciem krwi jednego z najstarszych domów panujących; inny raz dzielnym strażakiem, który za wydobycie trzech osób z płomieni na piątym piętrze dostał legię honorową¹³⁷; inny raz był wielkim rysownikiem, który przytłaczał świat bogactwem swoje fantazji, a inny raz weneckim gondolierem albo cyrkowym atletą nadzwyczajnej urody i siły.

Każdy z tych ludzi przez pewien czas zaprzątał tajemne myśli panny Izabeli, każdemu poświęcała najcichsze westchnienia rozumiejąc, że dla tych czy innych powodów kochać go nie może i — każdy z nich za sprawą bóstwa ukazywał się w jego postaci, w półrzeczywistych marzeniach. A od tych widzeń oczy panny Izabeli przybrały nowy wyraz jakiegoś nadziemskiego zamyślenia. Niekiedy spoglądały one gdzieś ponad ludzi i poza świat; a gdy jeszcze jej popielate włosy na czole ułożyły się tak dziwnie, jakby je rozwiał tajmniczy podmuch, patrzącym zdawało się, że widzą anioła albo świętą.

Przed rokiem w jednej z takich chwil zobaczył pannę Izabelę Wokulski. Odtąd serce jego nie zaznało spokoju. Prawie w tym samym czasie pan Tomasz zerwał z towarzystwem i na znak swoich rewolucyjnych usposobień zapisał się do Resursy Kupieckiej. Tam z pomiatanymi niegdyś garbarzami, szczotkarzami i dystylatorami¹³⁸ grywał w wista, głosząc na prawo i na lewo, że arystokracja nie powinna zasklepiać się w wyłączności, ale przodować oświeconemu mieszczaństwu, a przez nie narodowi. Za co wywzajemniając się dumni dziś garbarze, szczotkarze i dystylatorzy raczyli przyznawać, że pan Tomasz jest jedynym arystokratą, który pojął swe obowiązki względem kraju i spełnia je sumiennie. Mogli byli dodać: spełnia co dzień od dziewiątej wieczór do północy. I kiedy w ten sposób pan Tomasz dźwigał jarzmo stanowiska, panna Izabela trawiła się w samotności i ciszy swego pięknego lokalu. Nieraz Mikołaj już twardo drzemał w fotelu, panna Florentyna, zatkawszy sobie uszy watą, na dobre spała, a do pokoju panny Izabeli sen jeszcze nie zapukał odpędzany przez wspomnienia. Wtedy zrywała się z łóżka i odziana w lekki szlafroczek całymi godzinami chodziła po salonie, gdzie dywan głuszył jej kroki i tylko tyle było światła, ile go rzucały dwie skąpe latarnie uliczne. Chodziła, a w ogromnym pokoju tłoczyły się jej smutne myśli i widziadła osób, które tu kiedyś bywały. Tu drzemie stara księżna; tu dwie hrabiny informują się u prałata¹³⁹, […]

---------------------------------------------------------------------

¹³⁵posąg Apollina — Apollo: w greckiej mitologii starożytnej bóg słońca i sztuk pięknych, zwykle przedstawiany w sztuce jako idealnie piękny młodzieniec.

¹³⁶mistyczny — tu w znaczeniu: tajemniczy, nadprzyrodzony.

¹³⁷legia honorowa — na􀰗wyższy order francuski ustanowiony przez Napoleona w 1802 r.

¹³⁸dystylator — tu: fabrykant wódek (dziś: destylator).

¹³⁹prałat — wyższy duchowny w Kościele katolickim.

---------------------------------------------------------------------

[…] czy można dziecko ochrzcić wodą różaną¹⁴⁰? Tu rój młodzieży zwraca ku niej tęskne spojrzenia albo udanym chłodem usiłuje podniecić w niej ciekawość; a tam girlanda panien, które pieszczą ją wzrokiem, podziwiają albo jej zazdroszczą. Pełno świateł, szelestów, rozmów, których większa część, jak motyle około kwiatów, krążyły około jej piękności. Gdzie ona się znalazła, tam obok niej wszystko bladło; inne kobiety były jej tłem, a mężczyźni niewolnikami. I to wszystko przeszło!… I dziś w tym salonie — chłodno, ciemno i pusto… Jest tylko ona i niewidzialny pająk smutku, który zawsze zasnuwa szarą siecią te miejsca, gdzie byliśmy szczęśliwi i skąd szczęście uciekło. Już uciekło!… Panna Izabela wyłamywała sobie palce, ażeby pohamować się od łez, których wstyd jej było nawet w pustce i w nocy. Wszyscy ją opuścili, z wyjątkiem — hrabiny Karolowej, która, kiedy wezbrał jej zły humor, przychodziła tu i szeroko zasiadłszy na kanapie, prawiła wśród westchnień:

— Tak, droga Belciu, musisz przyznać, że popełniłaś kilka błędów nie do darowania. Nie mówię o Wiktorze Emanuelu, bo tamto był przelotny kaprys króla trochę liberalnego ¹⁴¹ i zresztą bardzo zadłużonego. Na takie stosunki trzeba mieć więcej — nie powiem: taktu, ale — doświadczenia — ciągnęła hrabina, skromnie spuszczając powieki. — Ale wypuścić czy — jeśli chcesz — odrzucić hrabiego Saint-Auguste, to już daruj!… Człowiek młody, majętny, bardzo dobrze, i jeszcze z taką karierą!… Teraz właśnie przewodniczy jednej deputacji¹⁴² do Ojca świętego i zapewne dostanie specjalne błogosławieństwo dla całej rodziny, no a hrabia Chambord¹⁴³ nazywa go cher cousin¹⁴⁴… Ach, Boże!

— Myślę, ciociu, że martwić się tym już za późno — wtrąciła panna Izabela.

— Alboż ja chcę cię martwić, biedne dziecko! I bez tego czekają cię ciosy, które ukoić

może tylko głęboka wiara. Zapewne wiesz, że o􀰗ciec stracił wszystko, nawet resztę twego

posagu?

— Cóż ja na to poradzę?

— A jednak ty tylko możesz radzić i powinnaś — mówiła hrabina z naciskiem. — Marszałek nie jest wprawdzie Adonisem¹⁴⁵, no — ale… Gdyby nasze obowiązki były do

spełnienia łatwe, nie istniałaby zasługa. Zresztą, mój Boże, któż nam broni mieć na dnie duszy jakiś ideał, o którym myśl osładza najcięższe chwile? Na koniec, mogę cię zapewnić, że położenie pięknej kobiety, mającej starego męża, nie należy do najgorszych. Wszyscy interesują się nią, mówią o niej, składają hołdy jej poświęceniu, a znowu stary mąż jest mniej wymagający od męża w średnim wieku…

— Ach, ciociu…

— Tylko bez egzaltacji, Belciu! Nie masz lat szesnastu i na życie musisz patrzeć serio. Nie można przecie dla jakiejś idiosynkrazji¹⁴⁶ poświęcić bytu ojca, a choćby Flory i waszej służby. Wreszcie pomyśl, ile ty przy twym szlachetnym serduszku mogłabyś zrobić dobrego rozporządzając znacznym majątkiem.

— Ależ, ciociu, marszałek jest obrzydliwy. Jemu nie żony trzeba, ale niańki, która by mu ocierała usta.

— Nie upieram się przy marszałku, więc baron…

— Baron jeszcze starszy, farbuje się, różuje i ma jakieś plamy na rękach.

Hrabina podniosła się z kanapy.

— Nie nalegam, moja droga, nie jestem swatką, to należy do pani Meliton. Zwracam tylko uwagę, że nad ojcem wisi katastrofa.

— Mamy przecie kamienicę.

— Którą sprzedają najdalej po św. Janie, tak że nawet twoja suma spadnie.

— Jak to — dom, który kosztował sto tysięcy, sprzedadzą za sześćdziesiąt?…

— Bo on nie wart więcej, bo ojciec za dużo wydał. Wiem to od budowniczego, który oglądał go z polecenia Krzeszowskiej. […]

-------------------------------------------------------------------------

¹⁴⁰woda różana — rozczyn wodny olejku różanego.

¹⁴¹liberalny — tu: w znaczeniu zwolennika swobody obyczajów.

¹⁴²deputacja — poselstwo.

¹⁴³hrabia Chambord (18201883) — potomek rodu Bourbonów, wnuk Karola X, pretendent do tronu francuskiego, znany pod imieniem Henryka V.

¹⁴⁴cher cousin (fr.) — drogi kuzynie.

¹⁴⁵Adonis — w mit. gr. piękny młodzieniec, kochanek bogini Afrodyty.

¹⁴⁶idiosynkrazja — wstręt do pewnych przedmiotów, pokarmów, osób.

------------------------------------------------------------------------

[…] — Więc w ostateczności mamy serwis… srebra… — wybuchnęła panna Izabela załamując ręce.

Hrabina ucałowała ją kilkakrotnie.

— Drogie, kochane dziecko — mówiła łkając — że też właśnie ja muszę tak ranić ci serce!… Słuchaj więc… Ojciec ma jeszcze długi wekslowe, jakieś parę tysięcy rubli. Otóż te długi… uważasz… te długi ktoś skupił… kilka dni temu, w końcu marca. Domyślamy się, że to zrobiła Krzeszowska…

— Cóż za nikczemność! — szepnęła panna Izabela. — Ale mniejsza o nią… Na pokrycie

paru tysięcy rubli wystarczy mój serwis i srebra.

— Są one warte bez porównania więcej, ale — kto dziś kupi rzeczy tak kosztowne?

— W każdym razie spróbuję — mówiła rozgorączkowana panna Izabela. — Poproszę panią Meliton, ona mi to ułatwi…

— Zastanów się jednak, czy nie szkoda tak pięknych pamiątek.

Panna Izabela roześmiała się.

— Ach, ciociu… Więc mam wahać się pomiędzy sprzedaniem siebie i serwisu?… Bo na to, ażeby zabierano nam meble, nigdy nie pozwolę… Ach, ta Krzeszowska… to wykupywanie weksli… co za ohyda!

— No, może to jeszcze nie ona.

— Więc chyba znalazł się jakiś nowy nieprzyjaciel, gorszy od niej.

— Może to ciotka Honorata — uspokajała ją hrabina — czy ja wiem? Może chce dopomóc Tomaszowi, ale zawieszając nad nim groźbę. Lecz bądź zdrowa, moje kochane dziecię, adieu¹⁴⁷…

Na tym skończyła się rozmowa w języku polskim, gęsto ozdobionym francuszczyzną, Słowo co robiło go podobnym do ludzkiej twarzy okrytej wysypką. [...]

-----------------------------------------------------------------------

¹⁴⁷adieu (fr.) — do widzenia.



[11.09.2026, Toruń]

10 września 2026

SZTUKA - JÓZEF CHEŁMOŃSKI - REALIZM

 

Józef Chełmoński (Boczki k. Łowicza 1849 - Kuklówka k. Grodziska Maz. 1914)


Józef Chełmoński Studiował w Warszawie u Wojciecha Gersona i w Klasie Rysunkowej. W 1871-75 przebywał w Monachium, gdzie związał się z polską kolonią artystyczną, skupioną wokół Józefa Brandta i Maksymiliana Gierymskiego. W 1875-87 pracował w Paryżu. Powrócił do Polski i w 1889 r. osiadł we wsi Kuklówka.

Realizm i wrażliwość na piękno rodzimego pejzażu znalazły odbicie w krajobrazach (Żurawie 1870), a żywiołowy temperament i wirtuozeria formy przejawiły się w przedstawieniach pędzących zaprzęgów konnych (Czwórka 1881) i w scenach rodzajowych o tematyce wiejskiej (Sprawa u wójta 1873, Przed deszczem 1873).

Oryginalność i egzotyka obrazów Chełmońskiego zapewniły mu popularność oraz liczne zamówienia, które obniżyły poziom artystyczny wykonywanych płócien. Po powrocie do kraju ponowne zetknięcie Chełmońskiego z przyrodą (liczne podróże po Ukrainie i Podolu) wpłynęło na odrodzenie jego malarstwa. Do tego okresu należą nastrojowe, liryczne pejzaże ożywione niekiedy motywem dzikiego ptactwa (Kuropatwy na śniegu 1891) i sceny podkreślające związek człowieka z naturą (Bociany 1900, Przed burzą 1896).


1. Jesień (1875)



2. Jeździec / Posłaniec (1879)



3. Kaczki nad wodą (1880)



4. Przed karczmą (1882)



5. Rankiem w puszczy (1870)



6. Odlot żurawi (1871)



7. Podczas deszczu (1873)



8. Babie lato (1875)




[10.09.2026, Toruń]