Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

21 sierpnia 2026

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (9)

R.4. POWRÓT


[…]

Jest niedziela, szkaradny dzień marcowy; zbliża się południe, lecz ulice Warszawy są prawie puste. Ludzie nie wychodzą z domów albo kryją się w bramach, albo skuleni uciekają przed siekącym ich deszczem i śniegiem. Prawie nie słychać turkotu dorożek, gdyż dorożki stoją. Dorożkarze opuściwszy kozioł wchodzą pod budy swoich powozów, a zmoczone deszczem i zasypane śniegiem konie wyglądają tak, jakby pragnęły schować się pod dyszel i nakryć własnymi uszami. Pomimo, a może z powodu tak brzydkiego czasu pan Ignacy siedzący w swoim zakratowanym pokoju jest bardzo wesół. Interesa sklepowe idą wybornie, wystawa w oknach na przyszły tydzień już ułożona, a nade wszystko — lada dzień ma powrócić Wokulski. Nareszcie pan Ignacy zda komuś rachunki i ciężar kierowania sklepem, najdalej zaś za dwa miesiące wyjedzie sobie na wakacje. Po dwudziestu pięciu latach pracy — i jeszcze jakiej! — należy mu się ten wypoczynek. Będzie rozmyślał tylko o polityce, będzie chodził, będzie biegał i skakał po polach i lasach, będzie świstał, a nawet śpiewał jak za młodu. Gdyby nie te bóle reumatyczne, które zresztą na wsi ustąpią…

Więc choć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, choć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łóżka gitarę, dostraja

ją i wziąwszy kilka akordów, zaczyna śpiewać przez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej naturze

Witana rzewnym słowików pieniem;

W zielonym gaju, ponad strumieniem,

Kwitną prześliczne dwie róże.

Czarowne te dźwięki budzą śpiącego na kanapie pudla, który poczyna przypatrywać się jedynym okiem swemu panu. Dźwięki te robią więcej, gdyż wywołują na podwórzu jakiś ogromny cień, który staje w zakratowanym oknie i usiłuje zajrzeć do wnętrza izby, czym zwraca na siebie uwagę pana Ignacego.

„- Tak, to musi być Paweł” — myśli pan Ignacy.

Ale Ir jest innego zdania, zeskakuje bowiem z kanapy i z niepokojem wącha drzwi, jakby czuł kogoś obcego. Słychać szmer w sieniach. Jakaś ręka poszuku􀰗e klamki, nareszcie otwierają się drzwi i na progu staje ktoś odziany w wielkie futro upstrzone śniegiem i kroplami deszczu.

— Kto to? — pyta się pan Ignacy i na twarz występują mu silne rumieńce.

— Jużeś o mnie zapomniał, stary?… — cicho i powoli odpowiada gość.

-----------------------------------------------------------------------

¹⁰²Andrassy zażądał sześćdziesięciu milionów guldenów –– po zawarciu pokoju w San Stefano, w marcu 1878 r., zebrały się w Wiedniu delegacje sejmu austriackiego i parlamentu węgierskiego, od których ówczesny minister spraw zagranicznych, hr. Juliusz Andrassy (1823–1890), zażądał nadzwyczajnych kredytów w wysokości 60 milionów guldenów.

------------------------------------------------------------------------

Pan Ignacy miesza się coraz bardziej. Zasadza na nos binokle, które mu spadają, potem wydobywa spod łóżka trumienkowate pudło, śpiesznie chowa gitarę i toż samo pudełko wraz z gitarą kładzie na swoim łóżku. Tymczasem gość zdjął wielkie futro i baranią czapkę, a jednooki Ir obwąchawszy go poczyna kręcić ogonem, łasić się i z radosnym skomleniem przypadać mu do nóg. Pan Ignacy zbliża się do gościa wzruszony i zgarbiony więcej niż kiedykolwiek.

— Zdaje mi się… — mówi zacierając ręce — zdaje mi się, że mam przyjemność…

Potem gościa prowadzi do okna mrugając powiekami.

— Staś… jak mi Bóg miły!…

Klepie go po wypukłej piersi, ściska za prawą i za lewą rękę, a nareszcie oparłszy na jego ostrzyżonej głowie swoją dłoń wykonywa nią taki ruch, jakby mu chciał maść wetrzeć w okolicę ciemienia.

— Cha! cha! cha! — śmieje się pan Ignacy. — Staś we własnej osobie… Staś z wojny!… Cóż to, dopiero teraz przypomniałeś sobie, że masz sklep i przyjaciół? — dodaje, mocno uderzając go w łopatkę. — Niech mię diabli wezmą, jeżeli nie jesteś podobny do żołnierza albo marynarza, ale nigdy do kupca… Przez osiem miesięcy nie był w sklepie!… Co za pierś… co za łeb…

Gość także się śmiał. Objął Ignacego za szyję i po kilka razy gorąco ucałował go w oba policzki, które stary subiekt kolejno nadstawiał mu, nie oddając jednak pocałunków.

— No i cóż słychać, stary, u ciebie? — odezwał się gość. — Wychudłeś, pobladłeś…

— Owszem, trochę nabieram ciała.

— Posiwiałeś… Jakże się masz?

— Wybornie. I w sklepie jest nieźle, trochę zwiększyły się nam obroty. W styczniu i lutym mieliśmy targu za dwadzieścia pięć tysięcy rubli… Staś kochany!… Osiem miesięcy nie było go w domu… Bagatela… Może siądziesz?

— Rozumie się — odpowiedział gość siadając na kanapie, na której wnet umieścił się Ir i oparł mu głowę na kolanach.

Pan Ignacy przysunął sobie krzesło.

— Może co zjesz? Mam szynkę i trochę kawioru.

— Owszem.

— Może co wypijesz? Mam butelkę niezłego węgrzyna, ale tylkoj􀰗eden cały kieliszek.

— Będę pił szklanką — odparł gość.

Pan Ignacy zaczął dreptać po pokoju, kolejno otwierając szafę, kuferek i stolik. Wydobył wino i schował je na powrót, potem rozłożył na stole szynkę i kilka bułek. Ręce i powieki drżały mu i sporo czasu upłynęło, nim o tyle się uspokoił, że zgromadził na jeden punkt poprzednio wyliczone zapasy. Dopiero kieliszek wina przywrócił mu silnie zachwianą równowagę moralną.

Wokulski tymczasem jadł.

— No, cóż nowego? — rzekł spokojniejszym tonem pan Ignacy trącając gościa w kolano.— Domyślam się, że ci chodzi o politykę — odparł Wokulski. — Będzie pokój.

— A po cóż zbroi się Austria?

— Zbroi się za sześćdziesiąt milionów guldenów?… Chce zabrać Bośnię i Hercegowinę ¹⁰³. Ignacemu rozszerzyły się źrenice.

— Austria chce zabrać?… — powtórzył. — Za co?…

— Za co? — uśmiechnął się Wokulski. — Za to, że Turcja nie może jej tego zabronić.

— A cóż Anglia?

— Anglia także dostanie kompensatę.

— Na koszt Turcji?

— Rozumie się. Zawsze słabi ponoszą koszta zatargów między silnymi.

— A sprawiedliwość? — zawołał Ignacy.

----------------------------------------------------------------------

¹⁰³zabrać Bośnię i Hercegowinę — Bośnia; kraina w północno–zachodniej części Jugosławii na południe od rzeki Sawy (główne miasto Sarajewo). Hercegowina znajduje się między Bośnią a Czarnogórzem. Po zawarciu pokoju w San Stefano Austria zażądała okupacji Bośni i Hercegowiny, które należały wówczas do Turcji. [...]

-----------------------------------------------------------------------

— Sprawiedliwym jest to, że silni mnożą się i rosną, a słabi giną. Inaczej świat stałby się domem inwalidów, co dopiero byłoby niesprawiedliwością. Ignacy posunął się z krzesłem.

— I ty to mówisz, Stasiu?… Na serio, bez żartów?

Wokulski zwrócił na niego spokojne wejrzenie.

— Ja mówię — odparł. — Cóż w tym dziwnego? Czyliż to samo prawo nie stosuje się do mnie, do ciebie, do nas wszystkich?… Za dużo płakałem nad sobą, ażebym się miał rozczulać nad Turcją.

Pan Ignacy spuścił oczy i umilkł. Wokulski jadł.

— No, a jakże tobie poszło? — zapytał Rzecki już zwykłym tonem.

Wokulskiemu błysnęły oczy. Położył bułkę i oparł się o poręcz kanapy.

— Pamiętasz — rzekł — ile wziąłem pieniędzy, gdym stąd wyjeżdżał?

— Trzydzieści tysięcy rubli, całą gotówkę.

— A jak ci się zdaje: ile przywiozłem?

— Pięćdzie… ze czterdzieści tysięcy… Zgadłem?… — pytał Rzecki, niepewnie patrząc

na niego.

Wokulski nalał szklankę wina i wypił ją powoli.

— Dwieście pięćdziesiąt tysięcy rubli, z tego dużą część w złocie — rzekł dobitnie. — A ponieważ kazałem zakupić banknoty, które po zawarciu pokoju sprzedam, więc będę miał przeszło trzysta tysięcy rubli…

Rzecki pochylił się ku niemu i otworzył usta.

— Nie bój się — ciągnął Wokulski. — Grosz ten zarobiłem uczciwie, nawet ciężko, bardzo ciężko. Cały sekret polega na tym, żem miał bogatego wspólnika i że kontentowałem się cztery i pięć razy mniejszym zyskiem niż inni. Toteż mój kapitał ciągle wzrastający był w ciągłym ruchu. — No — dodał po chwili — miałem też szalone szczęście… Jak gracz, któremu dziesięć razy z rzędu wychodzi ten sam numer w rulecie. Gruba gra?… prawie co miesiąc stawiałem cały majątek, a co dzień życie.

— I tylko po to jeździłeś tam? — zapytał Ignacy.

Wokulski drwiąco spojrzał na niego.

— Czy chciałeś, ażebym został tureckim Wallenrodem?…¹⁰⁴

— Narażać się dla majątku, gdy się ma spokojny kawałek chleba!… — mruknął pan

Ignacy kiwając głową i podnosząc brwi.

Wokulski zadrżał z gniewu i zerwał się z kanapy.

— Ten spokojny chleb — mówił zaciskając pięści — dławił mnie i dusił przez lat sześć!… Czy już nie pamiętasz, ile razy na dzień przypominano mi dwa pokolenia Minclów albo anielską dobroć mojej żony? Czy był kto z dalszych i bliższych znajomych, wyjąwszy ciebie, który by mię nie dręczył słowem, ruchem, a choćby spojrzeniem? Ileż to razy mówiono o mnie i prawie do mnie, że karmię się z fartucha żony, że wszystko zawdzięczam pracy Minclów, a nic, ale to nic — własnej energii, choć przecie ja podźwignąłem ten kramik, zdwoiłem jego dochody… Mincle i zawsze Mincle!… Dziś niech mnie porównają z Minclami. Sam jeden przez pół roku zarobiłem dziesięć razy więcej aniżeli dwa pokolenia Minclów przez pół wieku. Na zdobycie tego, com ja zdobył pomiędzy kulą, nożem i tyfusem, tysiąc Minclów musiałoby się pocić w swoich sklepikach i szlafmycach. Teraz już wiem, ilu jestem wart Minclów, i jak mi Bóg miły, dla podobnego rezultatu drugi raz powtórzyłbym moją grę! Wolę obawiać się bankructwa i śmierci aniżeli wdzięczyć się do tych, którzy kupią u mnie parasol, albo padać do nóg tym, którzy w moim sklepie raczą zaopatrywać się w waterklozety…

— Zawsze ten sam! — szepnął Ignacy.

Wokulski ochłonął. Oparł się na ramieniu Ignacego i zaglądając mu w oczy rzekł łagodnie:

— Nie gniewasz się, stary?

— Czego? Albo nie wiem, że wilk nie będzie pilnował baranów… Naturalnie… [...]

-----------------------------------------------------------------------

¹⁰⁴Czy chciałeś, ażebym został tureckim Wallenrodem? — aluzja do bohatera poematu Mickiewicza Konrad Wallenrod (1823). Wokulski zostałby „tureckim Wallenrodem”, gdyby wykorzystując swoje stanowisko dostawcy armii rosyjskiej działał na jej szkodę w interesach Turcji. Tym ironicznym pytaniem Wokulski podkreśla, że jego działalność nie miała żadnego związku z polityką.



[21.08.2026, Toruń]


ZAPISKI EMIGRANTA (1427) PACYNKA I MASZA

 

1427.

Miło jest obserwować jak nasze nieco ponad dwutygodniowa Pacynka (tak, nie Wendy dla mnie ani Lola) uspołecznia się. Początkowo uciekała i nie szczekała, aż nawet mieliśmy zadzwonić do poprzedniej właścicielki, czy potrafi szczekać. Potrafi i to jak. Masza szczeka, kiedy chce się pobawić piłeczką, Pacynka, kiedy ktoś wchodzi do mieszkania. Tu uwidaczniają się odmienne charaktery suczek: Masza podbiega, aby się przywitać; Pacynka delikatnie, choć głośno obszczekuje wchodzącego. Ale prawdziwe cuda dzieją się, kiedy żona i córka wracają do domu – obie dziewczynki urządzają spektakl powitania, łaszą się, każda wymaga głasków, a Pacynka wręcz podbiega na dwóch tylnych nogach, czemu towarzyszy szczekanie.

Młodsza szybko się zaadoptowała, nie warczą na siebie, a kiedy jedną coś zaboli i pisknie, druga rzuca się na ratunek – tak dzieje się w obie strony. Oczywiście Masza jest bardziej ułożona. Powie się jej, żeby zjadła albo wypiła, albo też aby zrobiła siusiu, wykonuje polecenie natychmiast, choć prawdę powiedziawszy, nie uczymy ją tego. Przy Maszy Pacynka też nauczyła się załatwiać swoje potrzeby w odpowiednim miejscu. Pieski naprawdę uczą się od siebie, naśladują swoje zachowania. Są zazdrosne, to fakt, jeśli chce się pogłaskać jedną, nie można zapominać o drugiej. Mają też swoje miejsca na łóżku, znaczy się na tapczanie, gdzie mają swoje kocyki i legowiska. Często zmieniają je, ale nie kłócą się. Jedyny powód do warczenia (dotyczy to Maszy) jest wtedy, gdy starsza z psinek kładzie się przed miseczką z pokarmem, nie zjada go natychmiast, tylko zostawia sobie na później, wpatrując się w karmę jak w święty obrazek. Lepiej żeby wtedy Pacynka nie podchodziła. Pacynka z kolei przypomina bardzo zmarłą 17 stycznia ubiegłego roku Adelkę – wskakuje na tapczan i zajmuje pozycję Sfinksa.

Wczoraj były u weterynarki – Pacynka zdrowiutka, Masza ma niestety nadwagę i problemy z tchawicą. Aha, dziewczynki chodzą, a właściwie jeżdżą na spacery w wózeczku. Ten wózeczek został wymyślony właśnie ze względu na Maszę. Która niestety nie może długo chodzić na swoich krótkich łapkach. Suczki uwielbiają spacery, grzecznie czekają na założenie ich obróżek i przyzwyczaiły się jeździć razem, a wywołują przy tych radosne uwagi przechodniów. Pacynka tak bardzo przywiązała się do żony i córki, że nie odstępuje ich na krok, co doprawdy wygląda śmiesznie, tak jakby była przywiązana. Masza nie musi walczyć o względy kogokolwiek z nas, byle tylko o niej nie zapominać. Jeśli chodzi o stosunek Pacynki do mnie, to jest trochę wycofana, chociaż mnie akceptuje. Podejrzewam, że u poprzednich właścicieli mogła być bita, i to przez mężczyznę. Ciekawe, że boi się klapki na muchy… ale przyzwyczai się do tego, że nikt jej u nas krzywdy nie zrobi.



[21.08.2026, Toruń]

20 sierpnia 2026

EZOP - BAJKI

 

Mysz na wsi i mysz w mieście

Pewnego razu mysz z miasta przyszła odwiedzić swą przyjaciółkę na wsi. Częstowana gościnnie ziarnkiem jęczmienia, grochem polnym, kawałkami sera i orzechami, mysz zaledwie tknęła tych przysmaków, namawiając jednocześnie do opuszczenia wsi a zamieszkania w mieście.

— Żyjesz jak żółw w skorupie — mówiła - nie rozumiem jak cięta jednostajność nie nuży… Zgodziła się myszka na miasto. Gdy przyszły była już północ. Mysz zaprowadziła swą przyjaciółkę do domu, w którym mieszkała, gdzie właśnie odbywała się wspaniała uczta imieninowa. W jadalni nie było nikogo, na stole zaś stały resztki przepysznych potraw i owoców. Wskoczywszy na stół, najadały się przysmakami, gdy naraz drzwi się otworzyły i weszli goście. Ledwie zdołały uciec i skryć się do nory, oczekując odejścia gości i psa, który groźnie szczekał.

Myszka ze wsi przysunęła się bliziutko do swej przyjaciółki i szepnęła:

- Nie podoba mi się takie życie, wolę moje ziarnka jęczmienia, spożywane w spokoju, od najdelikatniejszych potraw, jedzonych w strachu i trosce. Lepsze jedno jajko w spokoju, niż wół cały na wojnie.



Kogut i perła

Pewien kogut grzebał w słomie na podwórzu i znalazł wspaniałą perlę.

— Ach! — odezwał się smutnie — piękna jesteś, to prawda, ale wolałbym ziarnko jęczmienia od najpiękniejszych pereł w świecie. Pożytek przede wszystkim.



Wilk i pies

Pewien wilk wychudzony i zgłodniały, widząc psa dobrze spasionego, zapytał go w jaki sposób, gdy on, wilk, nie może sobie nigdzie zdobyć jadła, on ma wygląd wspaniały i widać, że głodnym nie jest nigdy.

— Rób to co ja — rzekł pies — a będziesz miał co jeść…

— Cóż takiego? — Pilnuj domu swojego pana!

— Tylko tyle! o, z chęcią! 

I poszedł z psem, aby się do służby nająć. Idąc z brysiem, spostrzegł u niego obrożę.

— Co to takiego? — spytał wilk.

— Nic nadzwyczajnego, to obroża, do której jestem przywiązany...

— Przywiązany! — wykrzyknął wilk — a więc nie możesz biec dokąd chcesz i kiedy chcesz?

— Naturalnie, czasem uwiązany jestem i dzień cały...

— Do widzenia! — zawołał wilk — usuwając się od brytana, wolę starą kromkę chleba i swobodę, niż bogactwa królewskie i łańcuch. Milsza nędza w swobodzie, niż skarby w niewoli.



[20.08.2026, Toruń]

PISZMY POPRAWNIE - INTERPUNKCJA (27-28)

 

Przecinek przed oraz że

Wyrażenie oraz że powstało z połączenia dwóch spójników, przy czym pierwszy z nich jest spójnikiem łącznym, przed którym – gdy występuje samodzielnie – nie umieszczamy przecinka. Drugi natomiast tego przecinka wymaga.


Nie ma zasady, która by określała, jak powinna wyglądać w tym przypadku interpunkcja. Językoznawcy jednak są zgodni, że wyrażenie oraz że wprowadza pewną równorzędną konstrukcję składniową („A oraz B”) i dlatego też nie należy jej poprzedzać przecinkiem. Ponadto nie stawiamy przecinka, jeśli spójnik podrzędny (w tym przypadku że) został powtórzony po spójniku łącznym (w tym przypadku oraz).


Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.

Oświadczam, że nigdy nie byłem karany oraz że obecnie nie toczy się przeciwko mnie żadne postępowanie.

Mężczyzna twierdził, że dokonał tego czynu pod wpływem impulsu oraz że kierował się tylko chęcią zysku.


Przecinek przed ponieważ

Ponieważ to spójnik, który wprowadza zdanie podrzędne w zdaniu złożonym. Wyraża on przyczynę zaistnienia jakiejś sytuacji. Przed tym spójnikiem zawsze stawiamy przecinek.


Nie poszłam dziś do pracy, ponieważ źle się czułam.

Zamknąłem restaurację, ponieważ przestała przynosić dochody.

Dostałam szóstkę, ponieważ rozwiązałam wszystkie zadania.


Jeśli spójnik ponieważ znajduje się na początku zdania złożonego, to przecinkiem należy oddzielić całe zdanie składowe, które wprowadza.


Ponieważ nie wywiązał się pan z umowy, muszę wstrzymać przelew.

Ponieważ zepsuł mi się komputer, nie przygotowałam prezentacji.

Ponieważ kupiłam zły rozmiar bluzki, musiałam ją zwrócić.



[20.08.2026, Toruń]

PODEBRANE INTERNETOWI (9-16)


9. Ruiny zamku Pořešín


10. Zamek Borovany



11. Ruiny zamku Helfenburk niedaleko Bavorova



12. Zamek Strakonice



13. Dolna twierdza Kestřany



14. Górna twierdza Kestřany



15. Zamek Dívčí Kámen (Dziewczęca Skała)



16. Zamek Písek




[20.08.2026, Toruń]

19 sierpnia 2026

DANTE - PIEKŁO - PIEŚŃ XXII

 

(Ciąg dalszy. Hulanka szatanów).

Widziałem jezdne na przeglądach roty³⁴¹,

Szyk ich łamany, natarcie, odwroty,

Widziałem w mieście Arezzo przed laty,

Jako rabują podjazdowe czaty,

Widziałem turniej, gdy na ostre gonią,

Gdy w kolej trąby, to dzwony gomonią³⁴²,

Stosownie jakie hasła dają z wieży

Dla narodowych i obcych rycerzy.

Lecz nigdy trąba jazdę czy piechotę

Nie poruszała na tak dziką notę,

Nigdy tak sprzeczne tony, tak nieczyste,

Nie brzmiały razem na morzu, na ziemi.

Dziesięć szatanów szło w krok nasz za krokiem,

O, towarzystwo okropne zaiste!

Ale w kościele jestem ze świętymi,

W sądzie z jurystą, w garkuchni z żarłokiem.

Jednak badałem to smolne jezioro

Z całą uwagą i tych, co w nim gorą.

A jak grające delfiny przed burzą³⁴³

Skaczą nad wody i majtkom źle wróżą,

Tak niejednego grzbiet nagi grzesznika

Dla ulgi w bólu nad smolne powierzchnie

Błyśnie, to na dno błyskawicą pierzchnie;

A jako w stawie, przy ścieku poników³⁴⁴,

------------------------------------------------------------------------

³⁴¹Widziałem jezdne na przeglądach roty — Pieśń tę poczynając, poeta uroczystym i poważnym tonem epopei, nastręcza swojemu czytelnikowi przeczucie tonu komicznego, jakim wyśpiewa dalszy je ciąg i koniec. W tej pieśni walka szatanów z oszustami, którzy są pod ich strażą, wzajemne ich szermy i figle przedstawiają dziki, a zarazem komiczny obraz. Poeta na początku tej pieśni dowodzi, jak wielostronne było jego ukształcenie, i że nie obce były jemu przeglądy i obroty wojenne.

³⁴²gomonić (daw.) — hałasować.

³⁴³A jak grające delfiny przed burzą — Delfiny zwykle pokazują się na powierzchni morza przed zbliżającą się burzą. Porównanie to i następne dziwnie jest trafnie i stosownie użyte.

³⁴⁴ponik — strumyk. [przypis edytorski]

-----------------------------------------------------------------------

Trzoda żab z wody swe głowy wytyka,

Podobnie głowy sterczały grzeszników.

Lecz Jeżobroda gdy przyszedł, wespoły

Szybko do wrzącej rzucali się smoły:

Widziałem, myśląc teraz, czuję dreszcze,

Jeden się spóźnił, nie dał nurka jeszcze,

Jak widzim żabę na cichym wód łonie

Zostaje jedna, kiedy druga tonie.

A Drapigraca stojąc przy nim z bliska,

Zahaczył jego osmolone włosy,

Na brzeg jak wydrę dobył w okamgnieniu.

Wiedziałem wszystkich szatanów nazwiska,

Bo wybór diabli szedł na żywe głosy,

I sami siebie zwali po imieniu.

Wtem zagrzmiał diabłów krzyk i wrzask straszliwy:

«Sam, Gniewożarze, twym hakiem grzesznika

Ściągnij po grzbiecie i drzyj go na łyka!»

A ja: «Mów, mistrzu, kto ten nieszczęśliwy?

Mój wódz do niego zbliżył się i mówi:

«Skąd i kto jesteś?» On odrzekł wodzowi³⁴⁵:

«Jam się urodził w królestwie Nawarry.

Matka do dworskiej oddała mnie służby;

Ojciec mój strwonił fortunę i zdrowie,

Z niej ledwo został kęs na życie wdowie.

Wkrótce mnie dworskie oślepiły blaski,

A dumny z króla Teobalda drużby,

Kryjomie³⁴⁶ pańskie frymarczyłem łaski;

Za grzech ten w smolne wrzucono mnie żary».

Zęboknur, który jak dzik wkoło pyska

Dwa kły zakrzywia, stojąc tuż przed nami,

Dał jemu uczuć, jak kaleczy kłami.

Lecz mysz trafiła na koty nieuki;

Już Jeżobroda potężnie go ściska

I mówi: «Odejdź, on nam nie uciecze».

A obrócony do wodza, tak rzecze:

«Pytaj go, jeśli co chcesz wiedzieć jeszcze,

Ja między nogi wziąłem go jak w kleszcze.

Niech mówi, nim go rezerwą na sztuki».

A wódz: «Mów, duchu, czy tu, w waszym kole

Jaki Łacinnik warzy się w tej smole³⁴⁷?»

A on: «Niedawno rozstałem się z jednym,

Gdybym z nim skrył się, zwyczajem powszednim

Od tych by haków zakryła mnie smoła».

— «Dość cierpliwości,» tu Ostrohak woła

I widłą³⁴⁸ jego zahaczył o ramię,

Aż kość ramienną hak na druzgi łamie.

Chciał Drapigraca schwycić go za nogę³⁴⁹,

Lecz na spojrzenie srogie dekuriona

Orszak dziewięciu uderzył na trwogę.

-----------------------------------------------------------------------

³⁴⁵Skąd i kto jesteś? On odrzekł wodzowi — Cień tu mówiący nazywał się Ciampolo, historię życia swojego sam opowiada.

³⁴⁶kryjomie — dziś popr. forma: po kryjomu.

³⁴⁷Łacinnik — Włoch.

³⁴⁸widłą — dziś popr. forma: widłami (tu prawdopodobnie forma wydłużona/skrócona dla zachowania rytmu jedenastozgłoskowca).

³⁴⁹Chciał Drapigraca schwycić go za nogę — Widzimy tu, że głównym typem piekła jest bezrząd, czyli anarchia. Naczelnik szatanów Jeżobroda, którego poeta ironicznie nazywa dekurionem, kapitanem, nie może utrzymać grozą swojego urzędu żadnego porządku między swymi podwładnymi.

----------------------------------------------------------------------

Gdy ścichła trochę gawiedź rozjuszona,

Mój wódz znów ducha kalekiego pyta:

«Kto jest ten, który ciebie rzucił w chwili,

Gdyśmy przy brzegu twą postać zoczyli³⁵⁰?»

On odpowiedział: «Jest to mnich Gomita³⁵¹,

Rządca Gallury, urna zabrukana;

Mając w swym ręku wrogów swego pana,

Tych puszcza, drugich do więzienia sadzi,

W sposób, że z niego wszyscy byli radzi;

Wielu dał wolność, ale brał ich złoto,

Jak sam powiadał, i różną niecnotą

W różnych urzędach brukał się wiek cały,

Niemierny, był to szalbierz doskonały.

Z nim często gwarzy Zanke z Lagodoro³⁵²;

O Sardyniji³⁵³, choć im wargi gorą,

Dosyć się z sobą nagadać nie mogą.

Spojrzyj, ten drugi jak wytrzeszczył ślepie,

Zgrzyta zębami i biciem wygraża,

Lękam się, czy mi skóry nie wytrzepie».

«Wara, zły ptaku!» Tak stukał Figlarza,

Iskrząc oczyma naczelnik szatanów³⁵⁴.

«Jeśli chcesz widzieć Lombardów, Toskanów,»

Przemówił znowu cień rażony trwogą:

«I ci, i owi przyjdą jak z rozkazu.

Lecz niech w bok zejdzie orszak Ostroszpony,

Strach mi ich zemsty; z miejsca niewzruszony

Gdy świsnę, siedmiu zjawi się do razu,

To nasze zwykłe hasło i nienowe,

Gdy z warów smolnych wytykamy głowę».

I na te słowa Psiakrew warknął pyskiem:

«O! Czy słyszycie,» tak mówił z przyciskiem,

«Jaką wymyślił złość ten nicdobrego,

Aby mógł wskoczyć do waru smolnego?»

Ale cień pełen figlów i wybiegów,

«Zaiste,» odrzekł, «złość knuję bezkarnie,

Chcę moich braci przywabić do brzegów,

By ich na większe narazić męczarnie».

Tu Łapidusza nie stawił oporu

I rzekł doń, mimo towarzyszów sporu:

«Jeśli w tę smołę przedsięwzięciem śmiałem

Wskoczysz, za tobą nie pogonię cwałem,

Tylko nad tobą skrzydła me zawarczą;

Brzeg i wysokość niech będzie twą tarczą,

Chcę tylko widzieć i przekonać siebie,

Czy od nas wszystkich chytrzejszy bies z ciebie».

--------------------------------------------------------------------------

³⁵⁰zoczyć — zobaczyć.

³⁵¹On odpowiedział: Jest to mnich Gomita — Sardynia będąc pod zarządem pizanów, podzielona była na cztery okręgi: Lagodoro, Kallari, Gallura i Alborea. Okręgiem Gallury zarządzał Mino Visconti, którego pierwszym ulubieńcem był mnich Gomita. Mnich ten nadużywając zaufania pańskiego, sprzedawał urzędy, frymarczył publicznym skarbem, wsadzonych do więzienia za okup wypuszczał na wolność i tym podobne broił bezprawia; na koniec został powieszony.

³⁵²Zanke z Lagodoro — Michał Zanke także skażonym był urzędnikiem, zarządzając okręgiem Lagodoro.

³⁵³Sardyniji — Sardynii; tu: forma wydłużona (zgodna z daw. wymową) dla zachowania rytmu jedenastozgłoskowca.

³⁵⁴Iskrząc oczyma naczelnik szatanów — Widzimy w dalszym ciągu tej pieśni, jak oszuści potępieńcy oszukują swoich nadzorców, ażeby z ich szpon co prędzej umknąć i zanurzyć się w smołę. Scena ta pełna ruchu i życia przypomina mimo woli, że i poza obrębem piekła podobne sceny wzajemnego oszukaństwa rządzących i rządzonych dziać się mogą.

-----------------------------------------------------------------------

Tu, czytelniku, poznasz figiel nowy:

Szatani na bok odwrócili głowy,

Nawarczyk wnet się rzucił do wybiegu,

Skorzystał z chwili, już stanął na brzegu

I jednym skokiem skacząc w smolne wary,

Na nice diable wywrócił zamiary.

Szatani stali z zasmuconą miną;

Lecz ilem dostrzegł, między ich drużyną

Stał najsmutniejszy sprawca ich kłopotu

I rączym skrzydłem, myśląc, że go złapie,

Poleciał krzycząc: «Już cię mam w swej łapie».

Daremnie, piętna wstydu już nie zetrze,

Strach skorsze skrzydła miał od diabła lotu,

Ten skrył się w smołę, on wzleciał w powietrze;

Tak czatujący jastrząb na kaczora,

Gdy ten nurkuje przed nim dnem jeziora,

Precz leci cały wściekły i znużony.

Łasy, gdy stali towarzysze smutni,

Gniewny pogonił skrzydłem rozdąsanem

I ciągle latał za drugim szatanem,

O cień, co zniknął, szukając z nim kłótni.

Podczas gdy oszust znikł wśród smolnej głębi,

W grzbiet towarzysza zatopił swe szpony,

Lecz Łapidusza, z czystej krwi Jastrzębi,

Łasego wyzwał na oręż ten samy

I oba padli wśród kipiącej jamy.

Gorąca smoła rozjęła³⁵⁵ walczących,

Lecz tam ich większa spotkała przygoda,

Nie mogli podnieść piór do smoły lgnących.

Nierad z wypadku ich wódz Jeżobroda,

Śle czterech swoich, by krążąc brzegami

W skok im na pomoc śpieszyli z hakami

Ci brzegiem jamę obiegłszy w półkole,

Na środek jamy haki wyciągnęli,

Ratując wpadłych do smolnej topieli;

Tak zostawiłem zagrzęzłych w tej smole.

----------------------------------------------------------------------

³⁵⁵rozjąć — rozdzielić.




[19.08.2026, Toruń]

PROFESOR TUTKA (34) PROFESOR TUTKA O SNACH

 

PROFESOR TUTKA O SNACH


I rejent, i doktor, i sędzia twierdzili, że śni im się do tej pory szkoła, lata płyną, tyle rozmaitych przeżyć, a ta powraca do nich we śnie.

— Tak — powiedział Profesor Tutka — zastanawiamy się często nad tym, co to jest sen, staramy się znaleźć wyjaśnienia u teoretyków, czasami dajemy wyjaśnienia własne. Ja, na przykład, mogę panom odpowiedzieć, dlaczego w ciągu paru dni i nocy byłem, już jako człowiek dojrzały, w snach swoich dzieckiem. Jechałem samochodem. Szosa gładka, można było jechać i sto kilometrów na godzinę. Wiózł mnie człowiek młody, mający dużo fantazji i polotu, i pędził tak, że wskazówka mówiła — 120 kilometrów! Chciałem nawet zapytać: «czy nie za szybko?», ale właśnie człowiek młody, wesoły, zaczął mi opowiadać dowcipną anegdotkę. Znałem ją nawet, ale żeby zrobić przyjemność człowiekowi, przygotowywałem twarz do śmiechu; wiem jeszcze, że mijaliśmy pierwsze domki jakiegoś miasta i... co było więcej, nie pamiętam. Wiem tylko tyle, że stałem się małym siedmioletnim chłopczykiem. Chodziłem po zielonej łące, a mała dziewczynka zbierała tam żółte kwiatki.

— Podobasz mi się — powiedziałem — i chciałbym się z tobą ożenić!

— Dobrze — odpowiedziała — mieszkam tam w białym domku, pójdź ze mną zobaczyć moje lalki.

Poszedłem za nią, a ona weszła do białego domku, aby przynieść mi swe lalki. Przed domkiem stał koń na biegunach, dosiadłem konika, zaczął cwałować, oderwał się od ziemi i niósł coraz wyżej, coraz wyżej, aż gdzieś pod obłoki, czuję jakąś rozkosz, jakiej nigdy nie

zaznałem w życiu, i nagle... coś strasznego: spadam, spadam, uderzam o ziemię. I jestem teraz w jakimś białym pokoiku, wszystko białe, stolik i krzesło białe, dwie postacie nade mną także białe. Zrozumiałem, że leżę w łóżku, a te postacie, mężczyzna i kobieta, to lekarze.

— Czy jestem w szpitalu? — spytałem.

— Tak — odpowiedziała łagodnie z uśmiechem kobieta — spotkał pana wypadek, tuż koło tego domu. Umieszczono pana tutaj. Zdaje pan już sobie ze wszystkiego sprawę, więc wszystko będzie dobrze. Tylko trzeba leżeć spokojnie, spokojnie. Wydawało mi się, że kobieta mówi do mnie trochę jak do dziecka.

— A gdzie jest ten wesoły człowiek, z którym jechałem?

— Wesoły człowiek jest już u Bozi... — mówiła do mnie znów łagodnie, a nawet czule, i znów zdawało mi się, że mówi do dziecka.

Proszę panów: po wypadku samochodowym straciłem nagle przytomność. Szpital na krańcach miasta, w którym mnie umieszczono, był szpitalem dziecięcym. Lekarze to pediatrzy i z przyzwyczajenia mówili do mnie jak do dziecka. Łóżko, jak się dowiedziałem później, wypożyczyła mi pielęgniarka, gdyż wszystkie inne były dla nieletnich. Same dzieci. Tylko ja jeden człowiek dojrzały. Sny, które krążyły nad tym domem, aby ukazywać dzieciom w gorączce rzeczy śliczne, kolorowe, czy też straszne, przerażające — traktowały mnie po prostu jako jeszcze jedno dziecko. W ten sposób, proszę panów, wytłumaczyłem sobie, dlaczego nawiedzały mnie tam sny dziecięce.



[19.08.2026, Toruń]