Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

09 sierpnia 2026

SZTUKA - GEORG EMIL LIBERT - REALIZM

 

Georg Emil Libert (2 sierpnia 1820 – 19 maja 1908) był duńskim malarzem pejzażystą. Specjalizował się w przedstawianiu pejzaży duńskich, niemieckich i norweskich. Libert urodził się w Kopenhadze w Danii. Był synem Johana Christiana Liberta (1790–1846) i jego pierwszej żony, Andrei Margrethe Hassing (1796–1820). Jego ojciec był stolarzem. Libert ukończył Królewską Akademię Sztuk Pięknych w Kopenhadze. W 1845 roku złożył wniosek o stypendium podróżnicze do Akademii, które przyznano mu w 1846 roku, a następnie przedłużono w 1847 roku. W latach 1857–1859 przebywał za granicą, głównie w Niemczech i Szwajcarii. Inspirację czerpał przede wszystkim z monachijskich pejzaży. Wiele swoich prac wystawiał w Charlottenborgu oraz w Kunstforeningen. Najbardziej znany jest z obrazów przedstawiających bałtycką wyspę Bornholm; jedna ze skał w Helligdomsklipperne, Libert's Rock (Libertsklippen), została nawet nazwana jego imieniem. Wiele z jego dzieł znajduje się obecnie w Duńskiej Galerii Narodowej i Muzeum Thorvaldsena.


1. Georg Emil Libert

Krajobraz wieczorny



2. Georg Emil Libert

Ruina w świetle księżyca



3. Georg Emil Libert

Para w blasku księżyca nad jeziorem



4. Georg Emil Libert

Krajobraz z chłopcem siedzącym przed kurhanem



5. Georg Emil Libert

Widok na Sommerspiret, klify wyspy Møn



6. Georg Emil Libert

Widok na Helligdomsklipperne, Bornholm




[09.08.2026, Toruń]

PROFESOR TUTKA (33) NOWE OPOWIADANIA

 

Profesor Tutka nie jest pesymistą doskonałym

Sędzia twierdził, że pesymiści myślący mają pewien mocny argument: dowodzą mianowicie, iż rzecz przykra, bolesna, chociaż uważana za małą czy błahą, jest odczuwana przez człowieka silniej niż rzecz niekiedy wielka, piękna czy wzniosła. Takich rzeczy przykrych, bolesnych ma człowiek w swoim życiu dużo; tę przykrość, ten ból człowiek odczuwa jako coś konkretnego, coś, co istnieje naprawdę: jest — bo to boli; reszta — nawet rzeczy piękne i wzniosłe, tu już można mówić i o względności, o nieuchwytności, o fikcji. Ból przeważa, ma swój ciężar zdecydowany, jak kamień. A chociaż dzieciom zadają podstępne pytania: «co jest cięższe, czy funtowy kamień, czy funt łabędziego puchu?» — my dorośli, którym nieraz kamień leżał na sercu, możemy odpowiedzieć śmiało, że jednak cięższy jest kamień.

— Tak! — odezwał się doktor. — Przypomniał mi się dzień wczorajszy. Siadłem do fortepianu i zacząłem grać jedną z ulubionych sonat Beethovena. Zapomniałem o domu, o pacjentach, o świecie. Weszła żona, położyła mi na fortepianie kartkę i powiedziała: «zobacz, co ci przysłali». Był to podatek, zwany — domiarem. Suma ogromna! Panowie. Zapewniam was, że nie istniał w owej chwili «Beethoven», istniał «domiar».

— I ja zgadzam się z panami — powiedział Profesor Tutka — zgadzam się, ale niecałkowicie. Szedłem w nocy drogą śród pól. Noc ciepła, sierpniowa, na niebie mnóstwo

gwiazd. Podniosłem głowę i zapatrzony w gwiazdy, odczułem silnie wielkość wszechświata. Dusza moja śpiewała bez słów, może deklamowała bez słów, nie wiem już, jak to nazwać, jedno jest pewne, że był to jakiś hymn na cześć ogromu wszechświata. I nagle nastąpiłem na coś miękkiego. Uczucie tak przykre, tak niespodziewane, że hymn został przerwany, a ja — zakląłem. Nic zresztą osobliwego śród czarów naszych pól: przedtem szła tędy krowa. Zacząłem iść dalej, podniosłem głowę ku gwiazdom, dusza moja znów śpiewała przerwany hymn czy poemat.

— Panie doktorze! — mówił po chwili dalej Profesor Tutka. — Rozumiem wielkość rzeczy przykrych czy bolesnych, rozumiem ich wagę, ich siłę. Rozumiem i wielkość owego domiaru. Ale są to wielkości przemijające. Trzeba było zapłacić albo napisać odwołanie i podejść znów do fortepianu. Beethoven to wielkość już na miarę wieków. Ta wielkość pochłonęłaby w sobie nawet taką potęgę, jak «urząd podatkowy».



[09.08.2026, Toruń]

BIBLIA WARSZAWSKA - STARY TESTAMENT - I KSIĘGA MOJŻESZOWA [4]

 

Kain i Abel


4:1 Adam obcował z żoną swoją Ewą, a ta poczęła i urodziła Kaina. Wtedy rzekła: Wydałam na świat mężczyznę z pomocą Pana.

4:2 Potem urodziła jeszcze brata jego Abla. Abel był pasterzem trzód, a Kain uprawiał rolę.

4:3 Po niejakim czasie Kain złożył Panu ofiarę z plonów rolnych;

4:4 Abel także złożył ofiarę z pierworodnych trzody swojej i z tłuszczu ich. A Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę.

4:5 Ale na Kaina i na jego ofiarę nie wejrzał; wtedy Kain rozgniewał się bardzo i zasępiło się jego oblicze.

4:6 I rzekł Pan do Kaina: Czemu się gniewasz i czemu zasępiło się twoje oblicze?

4:7 Wszak byłoby pogodne, gdybyś czynił dobrze, a jeśli nie będziesz czynił dobrze, u drzwi czyha grzech. Kusi cię, lecz ty masz nad nim panować.

4:8 Potem rzekł Kain do brata swego Abla: Wyjdźmy na pole! A gdy byli na polu, rzucił się Kain na brata swego Abla i zabił go.

4:9 Wtedy rzekł Pan do Kaina: Gdzie jest brat twój Abel? A on odpowiedział: Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?

4:10 I rzekł: Cóżeś to uczynił? Głos krwi brata twego woła do mnie z ziemi.

4:11 Bądź więc teraz przeklęty na ziemi, która rozwarła paszczę swoją, aby przyjąć z ręki twojej krew brata twego.

4:12 Gdy będziesz uprawiał rolę, nie da ci już plonu swego. Będziesz tułaczem i wędrowcem na ziemi.

4:13 Wtedy rzekł Kain do Pana: Zbyt wielka jest wina moja, by można mi ją odpuścić.

4:14 Oto dziś wypędzasz mnie z tej ziemi i muszę ukryć się przed obliczem twoim. Będę tułaczem i wędrowcem na ziemi, a każdy, kto mnie spotka, zabije mnie.

4:15 I rzekł Pan do niego: Nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie. Położył też Pan na Kainie znak, aby go nikt nie zabijał, kto go spotka.

4:16 I odszedł Kain sprzed oblicza Pana, i zamieszkał w ziemi Nod, na wschód od Edenu.


Potomkowie Kaina

4:17 I obcował Kain z żoną swoją, a ta poczęła i urodziła Henocha. Potem zbudował miasto i nazwał je imieniem syna swego: Henoch.

4:18 A Henochowi urodził się Irad. Irad zaś zrodził Mechujaela, a Mechujael zrodził Metuszaela, a Metuszael zrodził Lamecha.

4:19 Lamech pojął sobie dwie żony. Imię jednej było Ada, a imię drugiej Sylla.

4:20 Ada urodziła Jabala, który był praojcem mieszkających w namiotach i przy trzodach.

4:21 A imię brata jego było Jubal, który był praojcem wszystkich grających na cytrze i na flecie.

4:22 Również i Sylla urodziła Tubalkaina, który wykuwał wszelkie narzędzia z miedzi i żelaza. Siostrą Tubalkaina była Naama.

4:23 I rzekł Lamech do swych żon: Ado i Syllo, słuchajcie głosu mojego! Wy, żony Lamecha, nadstawcie ucha na słowo moje! Męża gotów jestem zabić, jeśli mnie zrani, a chłopca, jeśli mi zrobi siniec.

4:24 Jeżeli Kain miał być pomszczony siedem razy, to Lamech siedemdziesiąt siedem razy.


Potomkowie Seta

4:25

I obcował Adam jeszcze raz z żoną swoją, a ona urodziła syna i dała mu imię Set, mówiąc: Bóg dał mi innego potomka zamiast Abla, którego zabił Kain.

4:26 Setowi także urodził się syn i nazwał go Enosz. Wtedy zaczęto wzywać imienia Pana.




[09.08.2026, Toruń]

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (3)

 

R.2. RZĄDY STAREGO SUBIEKTA

Pan Ignacy od dwudziestu pięciu lat mieszkał w pokoiku przy sklepie. W ciągu tego czasu sklep zmieniał właścicieli i podłogę, szafy i szyby w oknach, zakres swojej działalności i subiektów; ale pokój pana Rzeckiego pozostał zawsze taki sam. Było w nim to samo smutne okno, wychodzące na to samo podwórze, z tą samą kratą, na której szczeblach zwieszała się, być może, ćwierćwiekowa pajęczyna, a z pewnością ćwierćwiekowa firanka,

niegdyś zielona, obecnie wypłowiała z tęsknoty za słońcem. Pod oknem stał ten sam czarny stół obity suknem, także niegdyś zielonym, dziś tylko poplamionym. Na nim wielki czarny kałamarz wraz z wielką czarną piaseczniczką²³, przymocowaną do tej samej podstawki — para mosiężnych lichtarzy do świec łojowych, których już nikt nie palił, i stalowe szczypce, którymi już nikt nie obcinał knotów²⁴. Żelazne łóżko z bardzo cienkim materacem, nad nim nigdy nie używana dubeltówka, pod nim pudło z gitarą, przypominające dziecinną trumienkę, wąska kanapka obita skórą, dwa krzesła również skórą obite, duża blaszana miednica i mała szafa ciemnowiśniowej barwy stanowiły umeblowanie pokoju, który, ze względu na swoją długość i mrok w nim panujący, zdawał się być podobniejszym do grobu aniżeli do mieszkania.

Równie jak pokój, nie zmieniły się od ćwierć wieku zwyczaje pana Ignacego. Rano budził się zawsze o szóstej; przez chwilę słuchał, czy idzie leżący na krześle zegarek, i spoglądał na skazówki, które tworzyły jedną linię prostą. Chciał wstać spokojnie, bez awantur; ale że chłodne nogi i nieco zesztywniałe ręce nie okazywały się dość uległymi jego woli, więc zrywał się, nagle wyskakiwał na środek pokoju i rzuciwszy na łóżko szlafmycę²⁵, biegł pod piec do wielkiej miednicy, w której mył się od stóp do głów, rżąc i parskając jak wiekowy rumak szlachetnej krwi, któremu przypomniał się wyścig. Podczas obrządku wycierania się kosmatymi ręcznikami, z upodobaniem patrzył na swoje chude łydki i zarośnięte piersi, mrucząc: „No, przecie nabieram ciała.”

W tym samym czasie zeskakiwał z kanapki jego stary pudel Ir z wybitym okiem i mocno otrząsnąwszy się, zapewne z resztek snu, skrobał do drzwi, za którymi rozlegało się pracowite dmuchanie w samowar. Pan Rzecki, wciąż ubierając się z pośpiechem, wypuszczał psa, mówił dzień dobry służącemu, wydobywał z szafy imbryk, mylił się przy zapinaniu mankietów, biegł na podwórze zobaczyć stan pogody, parzył się gorącą herbatą,

czesał się nie patrząc w lustro i o wpół do siódmej był gotów. Obejrzawszy się, czy ma krawat na szyi, a zegarek i portmonetkę w kieszeniach, pan Ignacy wydobywał ze stolika wielki klucz i trochę zgarbiony, uroczyście otwierał tylnem drzwi sklepu obite żelazną blachą. Wchodzili tam obaj ze służącym, zapalali parę płomyków gazu i podczas gdy służący zamiatał podłogę, pan Ignacy odczytywał przez binokle ze swego notatnika rozkład zajęć na dzień dzisiejszy.

„Oddać w banku osiemset rubli, aha… Do Lublina wysłać trzy albumy, tuzin portmonetek…

Właśnie!… Do Wiednia przekaz na tysiąc dwieście guldenów²⁶… Z kolei odebrać transport… Zmonitować²⁷ rymarza²⁸ za nieodesłanie walizek… Bagatela²⁹!… Napisać list do Stasia… Bagatela…”

Skończywszy czytać, zapalał jeszcze kilka płomieni i przy ich blasku robił przegląd towarów w gablotkach i szafach.

„Spinki, szpilki, portmonety… dobrze… Rękawiczki, wachlarze, krawaty… tak jest…

Laski, parasole, sakwojaże³⁰… A tu — albumy, neseserki³¹… Szafirowy wczoraj sprzedano, naturalnie!… Lichtarze, kałamarze, przyciski… Porcelana… Ciekawym, dlaczego ten wazon odwrócili?… Z pewnością… Nie, nie uszkodzony… Lalki z włosami, teatr, karuzel… Trzeba na jutro postawić w oknie karuzel, bo już fontanna spowszedniała.

----------------------------------------------------------------------

²³piaseczniczka — naczynko do piasku, używanego zamiast bibuły do suszenia świeżego pisma atramentowego.

²⁴para mosiężnych lichtarzy do świec łojowych, których już nikt nie palił, i stalowe szczypce, którymi już nikt nie obcinał knotów — w tym czasie do powszechnego użytku weszła lampa nafowa.

²⁵szlafmyca — czapka nocna.

²⁶gulden — austriacka moneta srebrna.

²⁷Zmonitować — napomnieć.

²⁸rymarz — rzemieślnik wyrabiający uprząż, siodła i inne akcesoria jeździeckie (przede wszystkim ze skóry).

²⁹Bagatela — drobnostka

³⁰sakwojaż — walizka (podróżna).

³¹neseserka — mała podróżna walizka.

--------------------------------------------------------------------

Bagatela!… Ósma dochodzi… Założyłbym się, że Klejn będzie pierwszy, a Mraczewski ostatni. Naturalnie… Poznał się z jakąś guwernantką i już jej kupił neseserkę na rachunek

i z rabatem… Rozumie się… Byle nie zaczął kupować bez rabatu i bez rachunku…” Tak mruczał i chodził po sklepie przygarbiony, z rękoma w kieszeniach, a za nim jego pudel. Pan od czasu do czasu zatrzymywał się i oglądał jakiś przedmiot, pies przysiadał na podłodze i skrobał tylną nogą gęste kudły, a rzędem ustawione w szafie lalki małe, średnie i duże, brunetki i blondynki, przypatrywały się im martwymi oczami.

Drzwi od sieni skrzypnęły i ukazał się pan Klejn, mizerny subiekt, ze smutnym uśmiechem na posiniałych ustach.

— A co, byłem pewny, że pan przyjdziesz pierwszy. Dzień dobry — rzekł pan Ignacy.

— Paweł! gaś światło i otwieraj sklep.

Służący wbiegł ciężkim kłusem i zakręcił gaz. Po chwili rozległo się zgrzytanie ryglów, szczękanie sztab i do sklepu wszedł dzień, jedyny gość, który nigdy nie zawodzi kupca. Rzecki usiadł przy kantorku³² pod oknem, Klejn stanął na zwykłym miejscu przy porcelanie.

— Pryncypał³³ jeszcze nie wraca, nie miał pan listu? — spytał Klejn.

— Spodziewam się go w połowie marca, najdalej za miesiąc.

— Jeżeli go nie zatrzyma nowa wojna.

— Staś… Pan Wokulski — poprawił się Rzecki — pisze mi, że wojny nie będzie.

— Kursa jednak spadają, a przed chwilą czytałem, że flota angielska wpłynęła na Dardanele³⁴.

— To nic, wojny nie będzie. Zresztą — westchnął pan Ignacy — co nas obchodzi wojna, w której nie przyjmie udziału Bonaparte.

— Bonapartowie skończyli już karierę.

— Doprawdy?… — uśmiechnął się ironicznie pan Ignacy. — A na czyjąż korzyść MacMahon z Ducrotem układali w styczniu zamach stanu³⁵?… Wierz mi, panie Klejn, bonapartyzm³⁶ to potęga!…

— Jest większa od niej.

— Jaka? — oburzył się pan Ignacy. — Może republika³⁷ z Gambettą³⁸?… Może Bismarck?…

— Socjalizm… — szepnął mizerny subiekt kryjąc się za porcelanę.

Pan Ignacy mocniej zasadził binokle i podniósł się na swym fotelu, jakby pragnąc jednym zamachem obalić nową teorię, która przeciwstawiała się jego poglądom, lecz poplątało mu szyki wejście drugiego subiekta z brodą.

— A, moje uszanowanie panu Lisieckiemu! — zwrócił się do przybyłego. — Zimny dzień mamy, prawda? Która też godzina w mieście, bo mó zegarek musi się spieszyć. Jeszcze chyba nie ma kwadransa na dziewiątą?…

— Także koncept!… Pański zegarek zawsze spieszy się z rana, a późni wieczorem —

odparł cierpko Lisiecki ocierając szronem pokryte wąsy.

— Założę się, żeś pan był wczoraj na preferansie³⁹.

---------------------------------------------------------------

³²kantorek — dawna nazwa biurka.

³³Pryncypał — przełożony, osoba najważniejsza w danej instytucji.

³⁴flota angielska wpłynęła na Dardanele — w czasie wojny z Rosją Turcja odwołała się do interwencji państw zachodnich. W związku z tym Anglia zażądała od Rosji wstrzymania kroków wojennych. Ponieważ ze strony Rosji nie było odpowiedzi, flota angielska w połowie lutego przepłynęła Dardanele i zajęła stanowisko naprzeciw Konstantynopola.

³⁵MacMahon z Ducrotem układali w styczniu zamach stanu — August Aleksander Ducrot (1817–1882) generał fancuski, monarchista. Jako dowódca korpusu w Bourges brał udział w przygotowaniach do monarchistycznego zamachu stanu, który nie powiódł się jednak, m.in. wskutek niezdecydowanego stanowiska MacMahona.

Skompromitowany Ducrot otrzymał dymisję 18 stycznia 1878 r.

³⁶bonapartyzm — tu: ideologia i ruch polityczny popierający ród Bonaparte w dążeniach do władzy.

³⁷republika… — po klęsce cesarza Napoleona III, we Francji 3 września 1870 r. została proklamowana republika. Ustrój republikański został ostatecznie wprowadzony konstytucją 1875 roku. Skrajna prawica dążyła jednak do przywrócenia monarchii. Poszczególne odłamy monarchistów wysuwały na tron różnych kandydatów, m. in. syna Napoleona III, który przybrał imię Napoleona IV.

³⁸Leon Gambetta (1838–1882) — wybitny polityk fancuski; należał do umiarkowanego skrzydła partii republikańskiej; proklamował w r. 1870 republikę.

³⁹preferans — rodzaj gry w karty na trzy osoby.




[09.08.2026, Toruń]

08 sierpnia 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1423) PIESKI DWA.

 

Z lewej nowy nabytek – biewerka Wendy (Lola). Z prawej, nieco w tyle yoreczka Masza.

Wydawać by się mogło, że Wendy jest większym psiakiem niż Masza – nic podobnego. Wielkością oraz wagą Masza przewyższa śmieszną Lolę.



[08.08.2026, Toruń]


POEZJA (101) CZESŁAW MIŁOSZ - CAMPO DI FIORI

 

W Rzymie na Campo di Fiori

Kosze oliwek i cytryn,

Bruk opryskany winem

I odłamkami kwiatów.

Różowe owoce morza

Sypią na stoły przekupnie,

Naręcza ciemnych winogron

Padają na puch brzoskwini.


Tu na tym właśnie placu

Spalono Giordana Bruna,

Kat płomień stosu zażegnął

W kole ciekawej gawiedzi.

A ledwo płomień przygasnął,

Znów pełne były tawerny,

Kosze oliwek i cytryn

Nieśli przekupnie na głowach.


Wspomniałem Campo di Fiori

W Warszawie przy karuzeli,

W pogodny wieczór wiosenny,

Przy dźwiękach skocznej muzyki.

Salwy za murem getta

Głuszyła skoczna melodia

I wzlatywały pary

Wysoko w pogodne niebo.


Czasem wiatr z domów płonących

Przynosił czarne latawce,

Łapali skrawki w powietrzu

Jadący na karuzeli.

Rozwiewał suknie dziewczynom

Ten wiatr od domów płonących,

Śmiały się tłumy wesołe

W czas pięknej warszawskiej niedzieli.


Morał ktoś może wyczyta,

Że lud warszawski czy rzymski

Handluje, bawi się, kocha

Mijając męczeńskie stosy.

Inny ktoś morał wyczyta

O rzeczy ludzkich mijaniu,

O zapomnieniu, co rośnie,

Nim jeszcze płomień przygasnął.


Ja jednak wtedy myślałem

O samotności ginących.

O tym, że kiedy Giordano

Wstępował na rusztowanie,

Nie znalazł w ludzkim języku

Ani jednego wyrazu,

Aby nim ludzkość pożegnać,

Tę ludzkość, która zostaje.


Już biegli wychylać wino,

Sprzedawać białe rozgwiazdy,

Kosze oliwek i cytryn

Nieśli w wesołym gwarze.

I był już od nich odległy,

Jakby minęły wieki,

A oni chwilę czekali

Na jego odlot w pożarze.


I ci ginący, samotni,

Już zapomniani od świata,

Język nasz stał się im obcy

Jak język dawnej planety.

Aż wszystko będzie legendą

I wtedy po wielu latach

Na nowym Campo di Fiori

Bunt wznieci słowo poety.



[08.08.2026, Toruń]

FRAZEOLOGIZMY II (421 – 440)

 

421. do grobowej deski - na zawsze, do śmierci

422. jasna cholera / do jasnej cholery - wulg. przekleństwo wyrażające zdenerwowanie i brak akceptacji

423. do jasnej ciasnej - posp. przekleństwo wyrażające poczucie beznadziejności, bezradności, zniecierpliwienia

424. do kurwy nędzy - wulg. emocjonalne i ekspresywne wyrażenie pretensji, wskutek odczuwania niezadowolenia, niedowierzania, dezaprobaty, frustracji

425. do niczego - tandetny, kiepski, marny, lichy, nie nadający się do użytku, niespełniający oczekiwanej funkcji; o samopoczuciu: zły, słaby, bez energii do życia, zmęczony

426. do ostatniego tchu - robić coś do samego końca, do ostatnich sił

427. do ostatniej kropli krwi - robić coś do samego końca, do ostatnich sił

428. do rzeczy [mówić] - mówić rozsądnie, z sensem

429. do siego roku - forma życzeń noworocznych, dosł. do tego roku (obyśmy dożyli)

430. do szaleństwa - przen. bardzo, mocno, niezwykle, szczególnie, skrajnie

431. do szpiku kości - do głębi, na wskroś, całkowicie, bardzo

432. do tańca i do różańca - o kompanie lub przyjacielu, który sprawdza się zarówno w sprawach zabawnych jak i poważnych

433. do trzech razy sztuka - trzecia próba czegoś będzie zapewne udana, za trzecim razem może się wreszcie powieść; coś może się udać tylko dwa razy, a za trzecim razem już nie

434. dobra myśl - pozytywne myślenie; dobry pomysł; daw. uczta, zabawa, biesiada, bankiet; gw. (Bukowina Rumuńska) bot. lebiodka pospolita

435. dobra wola - tendencja i gotowość, aby sprzyjać innym, bezinteresownie im pomagać lub w inny sposób działać korzystnie na ich rzecz

436. dobrać się do dupy - wulg. zainteresować się gruntownie czyjąś działalnością z zamiarem porachowania się z nim, dokuczenia mu; poznać czyjeś niecne sprawki, by ukrócić jego samowolę, ukarać go, pognębić, osaczyć; wulg. sprawić komuś lanie; wulg. przystąpić do spółkowania z kimś (o mężczyźnie)

437. do usranego końca / dfousranej śmierci - wulg. długo, bez końca i bez istotnego rezultatu

438. dobrać się do skóry - pot. zainteresować się gruntownie czyjąś działalnością z zamiarem porachowania się z nim, dokuczenia mu; poznać czyjeś niecne sprawki, by ukrócić jego samowolę, ukarać go, pognębić, osaczyć; pot. sprawić komuś lanie

439. dobre maniery - umiejętność porządnego, kulturalnego zachowywania się; dobre wychowanie

440. dodać dwa do dwóch - skojarzyć ze sobą proste fakty i zorientować się w sytuacji



[08.08.2026, Toruń]

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (2)

 

R.1. Jak wyglądała firma J. Mincel i S. Wokulski przez szkło butelki. [cd.]


— Wcale nie! Bo kiedy po Warszawie rozeszła się wieść, że subiekt Hopfera chce wstąpić do Szkoły Przygotowawczej, tłumy zaczęły tam przychodzić na śniadanie. Osobliwie roiła się studenteria.

— I poszedł też do Szkoły Przygotowawczej?

— Poszedł i nawet zdał egzamin do Szkoły Głównej. No, ale co pan powiesz — ciągnął

radca uderzając ajenta w kolano — że zamiast wytrwać przy nauce do końca, niespełna

w rok rzucił szkołę…

— Cóż robił?

— Otóż, co… Gotował wraz z innymi piwo, które do dziś dnia pijemy²⁰, i sam w rezultacie oparł się aż gdzieś koło Irkucka²¹.

— Heca, panie! — westchnął ajent handlowy.

— Nie koniec na tym… W roku 1870 wrócił do Warszawy z niewielkim fundusikiem. Przez pół roku szukał zajęcia, z daleka omijając handle korzenne, których po dziś dzień nienawidzi, aż nareszcie przy protekcji swego dzisiejszego dysponenta²², Rzeckiego, wkręcił się do sklepu Minclowej, która akurat została wdową, i w rok potem ożenił się z babą grubo starszą od niego.

— To nie było głupie — wtrącił ajent.

— Zapewne. Jednym zamachem zdobył sobie byt i warsztat, na którym mógł spokojnie pracować do końca życia. Ale też miał on krzyż Pański z babą!

— One to umieją…

— Jeszcze jak! — prawił radca. — Patrz pan jednakże, co to znaczy szczęście. Półtoran roku temu baba objadła się czegoś i umarła, a Wokulski po czteroletniej katordze został wolny jak ptaszek, z zasobnym sklepem i trzydziestu tysiącami rubli w gotowiźnie, na którą pracowały dwa pokolenia Minclów.

— Ma szczęście.

— Miał — poprawił radca — ale go nie uszanował. Inny na jego miejscu ożeniłby się

z jaką uczciwą panienką i żyłby w dostatkach; bo co to, panie, dziś znaczy sklep z reputacją i w doskonałym punkcie!… Ten jednak, wariat, rzucił wszystko i pojechał robić interesa na wojnie. Milionów mu się zachciało czy kiego diabła.

— Może je będzie miał — odezwał się ajent.

— Ehe! — żachnął się radca. — Daj no, Józiu, piwa. Myślisz pan, że w Turcji znajdzie jeszcze bogatszą babę aniżeli nieboszczka Minclowa?… Józiu!…

— Służę piorunem!… Jedzie ósma…

— Ósma? — powtórzył radca — to być nie może. Zaraz… Przedtem była szósta, potem siódma… — mruczał zasłaniając twarz dłonią. — Może być, że ósma. Jak ten czas leci!… Mimo posępne wróżby ludzi trzeźwo patrzących na rzeczy, sklep galanteryjny pod firmą J. Mincel i S. Wokulski nie tylko nie upadł, ale nawet robił dobre interesa. Publiczność zaciekawiona pogłoskami o bankructwie coraz liczniej odwiedzała magazyn, od chwili zaś kiedy Wokulski opuścił Warszawę, zaczęli zgłaszać się po towary kupcy rosyjscy. Zamówienia mnożyły się, kredyt za granicą istniał, weksle były płacone regularnie, a sklep roił się gośćmi, którym ledwo mogli wydołać trzej subiekci: jeden mizerny blondyn, wyglądający, jakby co godzinę umierał na suchoty, drugi szatyn z brodą filozofa, a ruchami księcia i trzeci elegant, który nosił zabójcze dla płci pięknej wąsiki, pachnąc przy tym jak laboratorium chemiczne.

Ani jednak ciekawość ogółu, ani fizyczne i duchowe zalety trzech subiektów, ani nawet ustalona reputacja sklepu może nie uchroniłyby go od upadku, gdyby nie zawiadował nim

czterdziestoletni pracownik firmy, przyjaciel i zastępca Wokulskiego, pan Ignacy Rzecki.

-----------------------------------------------------------------------

²⁰gotował wraz z innymi piwo, które do dziś dnia pijemy — mowa o udziale Wokulskiego w powstaniu styczniowym. Warto zwrócić uwagę na fakt, że Bolesław Prus używa w tym miejscu języka ezopowego, czyli nie mówi wprost o powstaniu styczniowym, a jedynie sugeruje czytelnikowi utajone treści. Języka ezopowego używali pisarze, by uniknąć ingerencji cenzury.

²¹Irkuck — miasto we wschodniej Syberii nad rzeką Angara.

²²dysponent — zastępca kierownika w zakładzie handlowym.



[08.08.2026, Toruń]

MUZYCZNE POCZTÓWKI - MAREK GRECHUTA - SERCE

 



SERCE

Za smutek mój, a pani wdzięk

Ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii

I lekkomyślnie dałem słowo,

Że kwiat kwitnie księżycowo,

A liście mrą srebrzyście

Pani zdziwiona mówi:

"Cóż, to przecież bukiet zwykłych róż

" tak, rzeczywiście więc cóż Ci dam?

Dam Ci serce szczerozłote

Dam konika cukrowego

Weź to serce, wyjdź na drogę

I nie pytaj się "Dlaczego?"

Weź to serce, wyjdź na drogę

I nie pytaj się "Dlaczego?"

Stara baba za straganem

Wyrzuciła wielki kosz

Popatrz jak na złota drogę

Twój cukrowy konik skoczył

Popatrz jak na złotą drogę

Twój cukrowy konik skoczył

Za smutek mój, a pani wdzięk

Ofiarowałem pani pęk czerwonych melancholii

A pani cóż, nie chce tych róż

Że takie brzydkie, że czerwone

I że z kolcami więc cóż Ci dam?

Dam pierścionek z koralikiem

Ten niebieski jak twe oczy

Popatrz jak na złotą drogę

Twój cukrowy konik skoczył

Popatrz jak na złotą drogę

Twój cukrowy konik skoczył

Dam Ci serce szczerozłote

Dam konika cukrowego

Weź to serce, wyjdź na drogę

I nie pytaj się "Dlaczego?"

Weź to serce, wyjdź na drogę

I nie pytaj się "Dlaczego?"


Słowa - Liliana Wiśniowska, Andrzej Nowicki

Muzyka - Jan Kanty Pawluśkiewicz



[08.08.2026, Toruń]


07 sierpnia 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1419 – 1422 ) UPAŁ I PEWNE SUGESTIE. LALKA W BLOGU? ICH CZTERECH I PIES [TAK MÓWIŁ MÓJ TATO]. WENDY VEL LOLA.

 

1419.

Upał nie rozpieszcza, aczkolwiek parę dni temu oraz wczorajszej nocy spadło trochę deszczu, a teraz, gdy piszę te słowa, jest na plusie siedemnaście stopni, więc powiedziałbym – rześko. Niestety z wiekiem (ciekaw jestem, czy u innych jest podobnie) gorzej znoszę wysoką temperaturę. Orócz tego martwię się tym, że jako społeczeństwo, także państwo, nie potrafimy się przeciwstawić klimatycznym zmianom. Najwyższy czas zacząć na poważnie szanować wodę, gromadzić ją podczas ulew, próbować w lasach stworzonymi przez człowieka nitkami wodnymi oddzielać poszczególne połacie leśne, aby te wodne strumienie chroniły drzewostan od powodzi, wydać wojnę betonowej zabudowie placów miejskich, przywrócić zieleń i, na Boga, nie ścinać traw, które giną podczas suszy. Wydajemy miliardy na zbrojenia, a niszczymy przyrodę i klimat, a stajemy się bezbronni wobec żywiołów.


1420.

Mój blog, który jest wypowiedzią niszową o różnorodnej tematyce zgodnej z moimi zainteresowaniami zaczął się wzbogacać publikacją „Lalki” Bolesława Prusa. Oczywiście parę razy czytałem tę chyba najlepszą polska powieść, ale publikacja jej w odcinkach pomoże mi w pracy, jaką się zajmuję. Umieszczanie fragmentów albo wręcz całości tekstów takich jak „Boska komedia”, „Iliada”, „Beniowski” czy Anhelli ma związek z moją pamięcią – nie chcę, aby mnie zawiodła i stąd publikuję ję dla siebie przede wszystkim, ku pamięci.


1421.

Jestem nocnym Markiem i czasami kiedy wszyscy śpią, lubię sobie na coś popatrzeć w nocy, także za dnia, gdy się zdarzy. Do niedawna oglądałem odcinki „Columbo” w Polsacie – Seriale, ale już ich nia ma, a na „Strażnika Teksasu” nie mam ochoty patrzeć. Ostatnio natrafiłem na drugą część „Czterech pancernych i psa”. Serial ten nadawany jest dwukrotnie na TVP – Historia o 14.30 i gdzieś po drugiej piętnaście w nocy. Zdarza mi się oglądać te odcinki dwukrotnie.


1422.

Mamy drugiego pieska – biewerkę (bardzo bliska yorkowi) Wendy vel Lola. „Dziewczynka” jest na etapie adaptacjnym, zaprzyjaźnia się z Maszą. Jest niezwykle aktywną suczką i potrafi wskoczyć na łóżko (Masza, która jest „niskopodwoziowym” yorkiem dostaje się na łózko po schodkach. Wendy jest dosyć bojaźliwa, co upodadnia ją do Adelki, która od nas odeszła. Nazywam ją czasami latawicą, bo naprawdę potrafi się przemieszczać po domu z prędkością, za którą dostaje się mandaty. Obie psiny wychodzą oczywiście na dwór, ale tylko wtedy, gdy nie ma upału. Pewnie jeszcze skrobnę coś na temat nowej członkini naszej rodziny.



[07.08.2026, Toruń]