Wszystkim odwiedzającym kawiarenkę

Wszystkim odwiedzającym kawiarenkę
oby był zdrowszy, pogodniejszy, słowem, lepszy od mijającego

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

19 stycznia 2018

KRAJOWE ZAPISKI - DOBRE NOWINY

… brutalne morderstwo kobiety…
… oto jak ukarano duchownego pedofila…
… mocne słowa o Korei Płn…
... w Europie Zachodniej są pierwsze śmiertelne ofiary…
… wychowawca domu dziecka molestował dziewczynkę…
… bestialski mord i gwałt na 32-latku…
… matka podpaliła syna, gdy ten spał…
… dziecko zmarło w samochodzie…
… nie żyje 23-letnia gwiazda filmów porno…
… ciało 15-latka znalezione w rowie…
… bezmyślny żart 11-letniej dziewczynki…
… kupiłeś ten produkt w Decathlonie? Jest śmiertelnie niebezpieczny…  
… nie żyje dziennikarka Agnieszka Kluk-Kochańska…
… 15-latka naga i owinięta kocem uciekła do sąsiadów, wcześniej zgwałcił ją..
… nie żyje Olivia Nova…
… tragedia na weselu…
… powiesił się w Boże Narodzenie…
… 23-letnia nauczycielka oskarżona o gwałt i pedofilię…

To nie jest manipulacja. Nie dokonałem wyboru tych fragmentów w/w tytułów. Wszystkie pochodzą z jednej strony internetowej pewnej bardzo popularnej rozgłośni radiowej.
Na innych stronach "radyjka" można sobie posłuchać sympatycznych piosenek, ale najlepiej słuchać ich podczas czytania wiadomości o tak bardzo inspirujących tytułach.
Jeśli dołączyć do tego serial polityczny, w którym trwa niekończąca się relacja z wzajemnego wyżynania się partyjnych oponentów, gdy dodamy jeszcze telewizyjne "reality show" (okazuje się, że ilość zbrodni, chamstwa i innego dziadostwa popełnianego w "realu" i przedstawianego jako "newsy" jest niewystarczająca), jeśli dorzucimy głupawe filmy, w których standardem jest rynsztokowe słownictwo i pokryjemy to wszystko tak długo i cierpliwie oczekiwanymi katastrofami i zamachami, gdy podeprzemy to wszystko wyzwiskami, widoczkami konających dzieci i maltretowanych zwierząt, to stanie nam przed oczami przecudny świat, w którym żyjemy i niepocieszeni tym, że mimo wszystko atrakcji mogłoby być więcej, kładziemy się spać z nadzieją, że może jutro, może pojutrze będzie jeszcze zabawniej.

[19.01.2018, "Dobrzelin"]  


16 stycznia 2018

MUZYCZNE POCZTÓWKI (7) - DOLORES O'RIORDAN R.I.P.

"Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim, Moja droga Dolores, tym zniknieniem swoim" chciałoby się parafrazować słowa Jana z Czarnolasu.
Dolores O’Riordan, irlandzka piosenkarka, kompozytorka i poetka, wokalistka zespołu "The Cranberries" odeszła wczoraj, 15 stycznia, przeżywszy zaledwie 46 lat.
Kilka piosenek Dolores miało się znaleźć w muzycznych pocztówkach, lecz nie sądziłem, nie przypuszczałem, że stanie się to po jej śmierci.
Dlaczego oprócz zrozumiałego, ludzkiego żalu po stracie kobiety, która mogła żyć, tworzyć i cieszyć tak liczną publiczność, dla jakiej śpiewała, pojawia się to tak pięknie przez Jana Kochanowskiego uczucie pustki?
Chyba siłą sprawczą tego uczucia jest osobowość artystki, która nigdy nie okazywała tego, że jest gwiazdą... także jej rozpoznawany, nie do podrobienia głos, jej wrażliwość, talent muzyczny i poetycki (jest kompozytorką i autorka wszystkich przedstawionych poniżej utworów); także urok osobisty....
Sztandarową jej piosenką jest antywojenny song "Zombie", w którym w sposób dramatyczny Dolores O'Riordarn wyraża swój sprzeciw przeciwko wojnie. Sięgając wielokrotnie po ten utwór w internetowej sieci, nie sadziłem, że oficjalny teledysk z tą piosenką wyświetlany był ponad 650 milionów razy. Ciekawe jest to, że wyrosło nam nowe pokolenie słuchaczy tego songu. "Zombie" jest rozpoznawalna przez młodzież, ba, wręcz dzieci, których nie było na świecie, kiedy ta piosenka powstawała.

Zombie
"Rozumiesz, że to nie ja, to nie moja rodzina.
W twojej głowie, w twojej głowie, oni walczą.
czołgami, bombami,
bombami i strzelbami.
W twojej głowie, w twojej głowie... płaczą."

"But you see, it's not me, it's not my family.
In your head, in your head, they are fighting.
With their tanks and their bombs,
And their bombs, and their guns.
In your head, in your head, they are crying."


Przepiękna, romantyczna, jedna z najpiękniejszych "tanecznych" piosenek jakie słyszałem -  "Kiedy odszedłeś", przedstawia Dolores jako kobietę, której uczucia są takie same, jak wszystkich kobiet na Ziemi, którym zły los odebrał szczęście.
When you’re gone
 "Trzymaj się moich dłoni, czuję, że tonę,
Tonę bez Ciebie
I moim zdaniem, wszystko cuchnie
Cuchnie bez Ciebie.

Hold on to my hands, I feel I'm sinking,
Sinking without you.
And to my mind, everything's stinking,
Stinking without you."


"Ode to my family" to pieśń z nieco innym przesłaniem. Piosenkarka odwołuje się w niej do pełnego szczęścia swojego dzieciństwa, do rodziny, która w przypadku dla Dolores znaczy może więcej, niż dla wielu innych piosenkarek bez reszty podporządkowanych swojej karierze, ale w końcu była jednym z siedmiorga dzieci, a to do czegoś zobowiązuje.
Przy okazji piosenki "Ode to my family" warto zauważyć, Dolores O'Riordan (wraz z zespołem The Cranberries) miała szczęście współpracować ze świetnymi operatorami kamer, reżyserami, którzy potrafili w krótkich przecież teledyskach oddać niepowtarzalny klimat jej pieśni; nastrojowych, melodyjnych, lubianych przez "starych" i "młodych" fanów. Osobiście uważam, że wizualna "interpretacja" "Ode to my family" to mistrzostwo świata; te czarno-białe obrazy, szczere w swej prostocie, wzruszają, ściskają serce...
  
"Kiedy byłam mała, nieszczęścia
Nie obchodziły nas.
Bo byliśmy wychowywani
Aby życie traktować jako zabawę zabawą 
i byśmy brali z niego jak najwięcej.
Moja mama, moja mama tuliła mnie.
Czy przytulała mnie wtedy?
Mój tata, mój tata, mnie lubił,
Och, jak on mnie lubił. Czy kogoś to obchodzi?

Unhappiness where's when I was young
And we didn’t give a damn
’cause we were raised
To see life as fun and take it if we can
My mother, my mother she hold me
Did she hold me, when I was out there
My father, my father, he liked me
Oh he liked me, does anyone care."


I wreszcie "Animal Instinct", pełen optymizmu i wiary.
"Więc weź mnie za ręce i chodź ze mną
Zmienimy rzeczywistość
Więc weź mnie za ręce i będziemy się modlić
Nie zabiorą Cię ode mnie
Nigdy nie sprawią, że będę płakała, nie
Nigdy nie sprawią, że umrę.

So take my hands and come with me
We will change reality
So take my hands and we will pray
They won't take you away
They will never make me cry, no
They will never make me die."


...tak naprawdę nie umarłaś... przeszłaś tylko na drugą stronę...

[16.01.2018, "Dobrzelin"]

15 stycznia 2018

KRAJOWE ZAPISKI - KIEDY ODDZIAŁY ZAMKNIĘTE NIE FUNKCJONUJĄ NALEŻYCIE

Myślę, że jednym z koniecznych zadań, jakie winien wykonać nowy Minister Zdrowia, zadań, które nie pociągają z sobą zwiększenia środków wydawanych na leczenie jest wydanie rozporządzenia, aby oddziały psychiatryczne były rzeczywiście zamykane i to nie tylko na noc.
Nie jestem też pewien, czy pan minister nie powinien uczulić personelu szpitalnego oddziałów zamkniętych na to, aby pacjenci z ciężkimi schorzeniami umysłowymi mieli ograniczony dostęp do internetu.
W przeciwnym razie może dochodzić do bardzo przykrych sytuacji, jak ta w której została postawiona prezydencka para, pan prezydent Duda i jego małżonka.
Być może nazbyt kluczę, pisząc to wprowadzenie, ale sądzę, że sprawa jest na tyle poważna, że nie wystarczy w paru zaledwie słowach opisać to, co mnie, przeciętnego obywatela zabolało, a zabolało na tyle, że postanowiłem złożyć donos w sprawie lżenia prezydenckiej pary. Jako Polak żyjący w katolickim kraju, nie mogę dopuścić do tego, aby posługując się wobec prezydenckiej pary niecnym łgarstwem, sprawca tego czynu pozostawał bezkarny i nie wymierzono mu surowej kary (nie, nie chodzi mi o karę śmierci), albo przynajmniej nie był przez opinię publiczną moralnie potępiony.
Panie Prezydencie Duda, że posłużę się apostrofą, czy Pan i Pańska Małżonka… ciężko przechodzi mi przez usta to zapytanie… czy Państwo rzeczywiście wspieracie aborcję? czy jesteście za eutanazją?
Może jestem słabowitej wiary i dlatego trudno mi uwierzyć, że na tak postawione pytanie usłyszę od prezydenckiej pary odpowiedź twierdzącą.
Moje drugie „ja” dorwało się do głosu i powiada:
Jeżeli Pan, Panie Prezydencie, i Pańska Małżonka nie propagujecie ani aborcji, ani eutanazji, to dlaczego nie słuchacie miłościwie nam panującego Polaka - papieża Tomasza Terlikowskiego, który korzystając z otwartych drzwi oddziału zamkniętego (panie Ministrze Zdrowia, to pana działka) umknął do najbliższej internetowej kawiarenki i pozwolił sobie upuścić takiego oto twitta: „Wspierając WOŚP i Owsiaka wspieramy aborcję i eutanazję. Warto o tym pamiętać”
I właśnie z tego niesłuchania Pan, Panie Prezydencie i Pańska Małżonka, pozwoliliście sobie na przekazanie Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy parę fantów w postaci elementów Państwa garderoby, co oczywiście nie uszło uwadze prostego ludu, który teraz ma prawo podejrzewać Państwo o wspieranie aborcji i eutanazji.
Nasz przemiły pan Terlikowski (proszę docenić to, z jaką estymą i sympatią odnoszę się do tego pana… spotkałem się bowiem z opinią, że w kontaktach z osobami chorymi psychicznie należy zachowywać delikatność i uprzejmość, broń Boże nie kierować się agresją, przeciwnie, obdarzać je uśmiechem i dobrodusznie poklepując delikwentów po plecach, potwierdzać każde wypowiadane przez nich słowa) najwidoczniej powziął skądś wiadomość, że przez te minione dwadzieścia pięć lat grania Orkiestry, z zebranych przez wolontariuszy środków WOŚP zakupiła sprzęt do usuwania ciąży oraz aparaturę, dzięki której chorym pacjentom łatwiej zejść na drugą stronę.
Za parę miesięcy poznamy kwotę zebraną podczas tegorocznego grania; znacznie trudniej będzie określić liczbę darczyńców - tych angażujących wcale pokaźne środki pieniężne, jak i też tych, którzy wrzucali do „puszek” wolontariuszy z serca darowane „drobne”. Gdyby pokusić się o zliczenie tych ludzi, starych, w średnim wieku, młodych i całkiem młodziutkich, mogłoby się okazać, że jest ich parę ładnych milionów minus rodzina Terlikowskich, Jakich, Pawłowiczów i takich tam, co to serca wywinięte mają na drugą stronę.
Z tych obliczeń, gdyby je przeprowadzono, mogłoby wyniknąć, że jak Polska długa i szeroka, żyjemy po to, aby zabijać i pomagać w zabijaniu.
A co do pana, panie Terlikowski, to poproszę popić tę niebieską tabletkę i do łóżeczka…  

[15.01.2018, „Dobrzelin”]

13 stycznia 2018

KRAJOWE ZAPISKI - OBRAZA UCZUĆ

Będzie o tym, jak to panu Kuczokowi Wojciechowi (taki w średnim wieku, średnio utalentowany pisarz; Kuczok to nazwisko) nie podoba się okazywanie uczuć religijnych przez skoczków narciarskich, Kamila Stocha i Dawida Kubackiego. Okazywanie tychże religijnych uczuć, które obrażają uczucia ateistyczne Kuczoka Wojciecha, odbywa się poprzez  wykonywanie znaku krzyża przez sportowców tuż przed zjazdem z pochylni rozbiegu skoczni.
Zacznę od tego, że Kuczok Wojciech, który dorabia sobie w Wyborczej pisaniem felietonów sportowych musi być, tak mi się wydaje, kibicem sportowym, skoro o sporcie pisze. Nie wiem, czy jest kibicem obu wymienionych wyżej polskich skoczków, ale zakładam, że nie wyrwał sobie wszystkich włosów z głowy i nie załamał się psychicznie po sukcesie Stocha w konkursie czterech skoczni, może nawet się ucieszył, ale tę swoją radość okupił doznaniem obrazy uczuć przez te znaki krzyża.
Gdybym był tak zagorzałym kibicem jak Kuczok Wojciech, mnie osobiście nie przeszkadzałoby, gdyby nasi skoczkowie modlili się przed skokiem do Pallas Ateny, tudzież Światowita, albowiem, w emocjach, mógłbym nawet tego nie zauważyć.
Co innego Kuczok Wojciech, który średnio utalentowanym pisarzem jest, ale jest, i musi mieć się cały czas na baczności, znaczy się, musi uważać, czy przypadkiem podczas trwania zawodów nie zostanie bezczelnie obrażony. Kiedy się obrażonym poczuje, napisze:
„Sportowcy manifestujący wiarę podczas transmitowanych zawodów obrażają moje uczucia ateistyczne, choć mniej mnie drażnią tacy, którzy po odniesionym sukcesie dziękują Bogu, niż ci, którzy wzywają go na pomoc przed startem. Skoczek, który pół roku temu miażdżył rywali jeszcze bezlitośniej, niż czyni to obecnie Kamil Stoch, nie powinien się zachowywać jak pan Zenek z aerofobią, który umiera ze strachu w kołującym aeroplanie. Mateczko Boska, jak się nie przeżegnam, to spadniemy. A przecież Bóg nie ogląda skoków narciarskich – od kiedy istnieje TV Trwam, nie przełącza na inne kanały”.
Nie chcę być złośliwy, ale skąd u Kuczoka Wojciecha ateisty ta wiedza o Bogu, że poza telewizją "Trwam" niczego innego nie ogląda.
Kuczoka Wojciecha, średnio utalentowanego pisarza - felietonisty, cenić należy za to, że pomimo doznanej obrazy swego majestatu, znajduje w swym felietonie miejsce na humor. Oczyma wyobraźni widzę rozdziawioną od ucha do ucha buźkę Kuczoka Wojciecha, gdy wypisuje słowa: „w żadną pracę z psychologiem nie uwierzę, dopóki to nerwowe Wymię ojca będzie poprzedzało każdy dojazd do progu”.
Na "wymieniu ojca" Kuczok Wojciech nie poprzestaje. W odniesieniu do skoczka Dawida Kubackiego z ubolewaniem spostrzega, że ten "nie przestaje się żegnać przed skokiem", a jego "żona (Kuczoka Wojciecha) uznaje to za jeszcze jeden dowód na przewagę narciarstwa alpejskiego. Mówi, że nie byłoby problemu, gdyby miał kijki”.
Setnie się uśmiałem, bo jest to żart na miarę tego o dwóch żydach, którzy poszli na lody; jeden dostał dwie kulki, a drugi z automatu.
Powstaje na koniec pytanie: po co Kuczokowi Wojciechowi taka reklama, skoro i tak nie wydostanie się ponad swoją literacką przeciętność? Skąd u niego taka mania prześladowcza krzyża. "Kuczoka mianowicie strasznie łupie w krzyżu. A najbardziej – w krzyżu na Giewoncie" [za Rzeczpospolitą]. Ten Giewont też go boli, bo zauważa, że "Zakopiańczycy na przełomie wieków zmontowali tę kupę złomu", co pewnie też dla Kuczoka Wojciecha jest obrazą... jakiś taki obrażalski jest.
Nic nie stoi na przeszkodzie, aby Kuczok Wojciech wszedł na wierch i własnoręcznie rozmontował ten krzyż z Giewontu. Nie może tak być, że będzie go jeno obrażał i obrażał jako to czynią nasi skoczkowie.
A że po zejściu na hale baciary porysują Kuczokowi Wojciechowi wte i wewte ryło, to akuratna to cena za jego głupotę

[13.01.2018, "Dobrzelin"]

12 stycznia 2018

KRAJOWE ZAPISKI - OD XORIMAXU DO SCHOPENHAUERA

Okazało się, że jedna tabletka Xorimaxu 500, austriackiego antybiotyku, poprawiła mój stan zdrowia na tyle, że za dzień, półtora powrócę zapewne do niedawnej kondycji. Tylko się z tego cieszyć.

Podobnie byłem ucieszony parę dni temu, ucieszony z tego, że z kolędą nie przybył do mnie proboszcz z naszej parafii, bo mógłby mieć problem, jak przed rokiem, z dostaniem się do mieszkania. Odwiedził nas natomiast 85-letni ksiądz-emeryt, dla którego drzwi były i będą zawsze otwarte. Dlaczego? Odpowiem za Vonneguthem: - „zdarza się”.

Chyba przedwczoraj, a i wczoraj, otwierając rybne konserwy, czyniłem to z wielką ostrożnością, obawiając się o to, aby z metalowego ich wnętrza wyskoczył Petru ze swoim planem. Przypomniałem sobie moment powstawania Nowoczesnej Petru. Bodajże na dwa tygodnie przed powstaniem tej partii, miała ona w sondażach wynik powyżej 10%. Cud, czy jak? Żałuję, że nie mogłem być osobiście na konferencji, na której Petru oznajmił o rychłym powstaniu Petru-Stowarzyszenia. Zapytałbym go dokąd i z kim planuje tym razem polecieć.

Wiadomości o poparciu Nowoczesnej i PO dla społecznego projektu liberalizującego prawo aborcyjne okazały się być fikcją. Nie podzielam wściekłości pani Lubnauer, albowiem od dawna wiem, że opozycja dobra jest w gębie, nie w czynach.

Czytelniczki kawiarenki co jakiś czas zastanawiają się nad tym, czy moje bazgrołki to tzw. „real”, autentyk, czy też zamęczam je fikcją. Mógłbym odpowiedzieć najprościej jak umiem: tam gdzie pod tekstem widnieje etykieta „prywata”, tam jest to „prawda czasu i prawda ekranu”, czyli moje opowiastki mają bardzo wiele wspólnego z rzeczywistością; natomiast teksty podpisane „inwazja słów” są fikcją.
Sprawa jest trochę bardziej skomplikowana. Sądzę, że niemal każdy pisarz lub „ten, kto pisze” wydobywa ze swojego życia, ze swojej biografii pewne fakty, wydarzenia i odczucia, które rzeczywiście miały miejsce w „realu”, ale są one jedynie swoistą aluzją, pretekstem do utworzenia własnego świata ubranego w fikcyjne szaty.
Myślę, że nie jestem gotów na to, aby moje bazgrołki miały w całości charakter biograficzny, czy wręcz autobiograficzny. Wiem, że w ten sposób utrudniam rozpoznanie, co w moich opowiastkach jest rysem rzeczywistości, a co fikcją i fantazją. Nie mniej jednak ta strategia, jaką obrałem, opiera się na całkiem zdrowych podstawach. Otóż nie chciałbym swoją pisaniną uczynić komukolwiek krzywdy, zwłaszcza osobom żyjącym, które znam lub znałem. Nie prowadząc w przeszłości sumiennego dziennika czy pamiętnika, mógłbym w sposób niezamierzony (ubytki pamięci) przekręcić istotne fakty, które przedstawiałyby moich „bohaterów” w innym, także niekorzystnym świetle. Łatwiej, sprawiedliwiej i bezpieczniej jest zatem posługiwać się fikcją, która nikomu zaszkodzić nie może, ale, z drugiej strony ci, którzy czytali moją drugą, piątą, czy dziesiątą opowieść zapewne spostrzegą, że przewija się przez nie jakiś miś występujący pod wspólnym mianownikiem. Wynika to zapewne z pewnego przesłania, w którego istotę wierzę i które jak mantrę powtarzam: pisarz, albo „ten kto pisze” pisze w swoim życiu jedną wielką, acz podzieloną na wiele rozdziałów księgę. Także i ja cierpię na tę przypadłość.

Cierpię też i na inną chorobę.
Zapewne goszczący w kawiarence nie zwrócili uwagę na dosyć przewrotny podtytuł tego bloga, wyrażający się słowami „życie jest fikcją”. Jest to przetransponowana na język pogodnej ironii wobec rzeczywistości i siebie samego kwintesencja poglądów filozoficznych Artura Schopenhauera, przedstawiciela myśli pesymistycznej w filozofii, który powiada, że świat, jaki widzimy, jest naszym wyobrażeniem, a człowiek postrzega go za pośrednictwem własnej natury.
Moja choroba polega więc na tym, że odnajduję owo życie (świat) jako wyobrażenie, które w rzeczy samej, będąc subiektywnie odczuwanym, musi być fikcją.
A tak przy okazji, wdepnijmy przynajmniej czubkiem buta na filozoficzną ścieżkę fenomenalizmu Schopenhauera. 
A jeśli naprawdę, z perspektywy wszechświata to, co widzimy, co przeżywamy, co dotykamy jest tylko naszym wyobrażeniem? fikcyjną ułudą?

[12.01.2018, „Dobrzelin”]

11 stycznia 2018

MUZYCZNE POCZTÓWKI - "NEW ROMANTIC"

Zdaje się, że jesteśmy już w karnawale i pora na muzyczne dźwięki, na taniec, które to przecież towarzyszą rodowi ludzkiemu bodajże od czasu, kiedy zeskoczył z drzewa, a był już po wieczerzy.
Jednakowoż w kawiarence pojawią się za chwilę dźwięki, które kojarzone są niekoniecznie z karnawałową porą, co wcale nie umniejsza ich wartości i przyjemności przynajmniej wysłuchania melodii nienowych, lecz nie tak znowu odległych w czasie, aby były zapomniane.
Dzisiaj zasłuchamy się, mam nadzieję, w melodie lat osiemdziesiątych, które charakteryzowały się także dosyć specyficznym, nastrojowym klimatem bliskim romantyzmu. Ten rodzaj muzyki, jaki pragnę w kawiarence zaprezentować ochrzczono mianem "New Romantic".
Zespoły muzyczne preferujące ten przyjazny uszom styl posługiwały się elektronicznym brzmieniem syntetyzatorów, wykonawcy wykonywali swe piosenki tak jakby wyższym tonem, współgrającym ze specyficznym rytmem i brzmieniem. Nadto artyści podkasanej muzy spod znaku "New Romantic" cieszyli wzrok odbiorców tej muzyki nienagannym, stylizowanym ubiorem - miało być romantycznie, uczuciowo i estetycznie. I jeszcze jedno. To właśnie na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku następował dynamiczny rozwój produkcji "clipów" muzycznych, przy pomocy których wykonawcy romantycznych pieśni starali się powiadomić publiczność o swoich twórczych osiągnięciach.
Dokonałem zatem subiektywnego wyboru artystów i artystek tego okresu.
Na początek...
1) Who's that girl" - Eurythmics
A kim jest śpiewająca dziewczyna? Annie Lennox, znana z wielu romantycznych, muzycznych opowieści.


Kolejnym zespołem, jaki wpisał się na trwałe w klimat epoki "New Romantic" jest 2)  Bronski Beat  z jego "Smalltown boy". W tym miejscu zwróciłbym uwagę na niepowtarzalny głos Jimmy'ego Somervilla (to głos męski) oraz właściwe temu gatunkowi muzycznemu brzmienie perkusji.


Nieco niższy głos posiada z kolei wokalista Fiction Factory, ale piosenka 3) "Feels like Heaven" jak najbardziej mieści się w romantycznym klimacie stylu "New Romantic"



W duecie Yazoo i piosence 4) "Happy people" ważną rolę odgrywa syntetyzator, perkusja, prostota muzycznej wypowiedzi i wiara w to, co wynika z tekstu, że ludzie pragną być szczęśliwi.



Kolejna piosenka 5) "Never, never comes"  - wykonywana przez solistę zespołu Classix Nouveaux jest mi bliska z tego samego powodu, co i była bliska wielu Polakom. Classix Nouveaux był bowiem zespołem bardziej popularnym w Polsce, aniżeli na Zachodzi. Dlaczego? Może powodem była ta własnie piosenka. 


A skoro jesteśmy przy Salu Solo, to chyba niemożliwe, abyśmy zapomnieli o tym jego wykonaniu... 6) "San Damiano". 


 Na koniec dowód na to, że muzyka "New Romantic" zstąpiła również na naszą rodzimą estradę. Przykładem niech będzie  7) "Nasze randez wous" - w wykonaniu Kombi (solista - Grzegorz Skawiński)


To by było na tyle... do kolacji.

[11.01.2018, "Dobrzelin"]

CIĄGNIEMY OPOWIEŚĆ DALEJ

Nie był to sen, a raczej wspomnienie wciskające się pomiędzy przymknięte powieki; innym razem wyobrażenie o tym, jak moja matka i matka Anny spotykają się na alejce w parku, albo na wyasfaltowanym placu, na którym odbywały się tańce, a zimą, gdy asfalt był zalany wodą, ta stężała i zaszkliła się, służył dzieciakom za lodowisko. 
Wtedy, kiedy nasze matki się spotykały, nie mieliśmy z Anną zielonego pojęcia ani o parku, ani o tym kwadratowym placu, na jakim zmieściłyby się cztery boiska do siatkówki. Być może czuliśmy błogi chłód kwietniowego południa, gdyż matki siadały na ławeczkach w zacienionych miejscach, nie pozwalając na to, aby intensywne wczesną wiosną tego roku słońce roztapiało plastykowe dachy naszych wózków. Najprawdopodobniej spaliśmy sobie w najlepsze, czasami rozkołysani, nie wiedząc, o czym nasze młode mamy rozmawiają i dlaczego spotykają się regularnie o tej porze dnia, i czemu przychodzą tu same, bez mężów. Nie wiedzieć czemu nasze mamy nie pozwoliły nam z sobą porozmawiać, bo kiedy wybudzaliśmy się i kołysanie wózka nie zdołało nas zainteresować ponownym zaśnięciem, obie wstawały nagle, żegnały się z sobą i odjeżdżały każda w swoją stronę, a ja, jako starszy od Anny o całe trzy miesiące przysiadałem w tej swojej czterokołowej karecie i odprowadzałem wzrokiem wózek, z wnętrza którego rozlegał się płacz, tak inny od mojego, rzadszy, bardziej rozwlekły, zaśpiewany w wyższej tonacji. 
A w sierpniu to już sam pchałem wózek, bo skończywszy dziewięć miesięcy życia zacząłem chodzić i właśnie pod koniec lata mijały dwa miesiące, odkąd chodziłem samodzielnie, a najlepiej i najbezpieczniej czułem się wtedy, gdy spacerowałem sobie z rączkami wczepionymi w przednie oparcie wózka. Oczywiście popisywałem się przed Anną tą moją umiejętnością chodzenia i pchania przed sobą wózka. Anna siedziała w swoim i czasami aż wyrywała się, aby wstać, zeskoczyć z niego i podbiec do mnie. Te trzy miesiące różnicy wieku między nami to szmat czasu, bariera nie do przeskoczenia przez Annę… a dzisiaj? Trzy miesiące, jakie występują pomiędzy datami naszego narodzenia, nie odgrywają żadnej roli, jesteśmy równolatkami, chociaż Annę od znalezienia się w innym kalendarzu, dzieliło zaledwie kilka godzin. Zrobiła niespodziankę rodzicom, wydostając się na świat ostatniego grudnia, choć bilet wstępu miała na drugiego stycznia. Ale tym sposobem, gdy oboje podrośliśmy, dostaliśmy się do tej samej klasy w szkole, a nawet siedzieliśmy w sąsiednich ławkach. Anna wcale nie wyglądała na najmłodszą, ale, nie wiedzieć czemu, spotykała się z syndromem najmłodszej siostrzyczki, która jeszcze nie dorosła i nigdy nie dorośnie do tego, aby zrównoważyć wiek szkolny swoich starszych sióstr i braci, tu koleżanek i kolegów. W szkole podstawowej, w klasie, do której oboje chodziliśmy, utarł się zwyczaj, że „rządzili” w niej najstarsi, ze stycznia, lutego i marca. Ja, schyłkowy wrzesień, nie miałem najlepszych notowań, choć wobec Anny zyskałem przewagę.
Swoją drogą jestem ciekaw, czy przypadkiem syndrom najmłodszej siostrzyczki nie sprawił tego, że Anna miała się okazać najpilniejszą uczennicą w klasie. W każdym bądź razie była ambitna i pracowita, czym pokrywała kompleksy, nie tylko ten związany z tym, że urodziła się najpóźniej, że w związku z tym przy przyjmowaniu do szkoły, kierownik poddawał jej zachowanie szczególnie wnikliwej obserwacji, aby w końcu przekonać się, że mała Ania da sobie radę w grupie nieco starszych dzieci, wśród których najwięcej było „styczniowców”, „marców”, „kwietniów” i , „czerwców”, a więc sporo starszych także ode mnie. Kolejny kompleks dotyczył czego innego i nie byłem jego świadomy, aż do trzeciej klasy, kiedy to upoważniony przez wychowawczynię, w drodze powrotnej ze szkoły do domu, zaszedłem do cierpiącej na jakąś chorobę Anny, aby zadać jej lekcje.
Rodzice Anny mieszkali na krańcu wioski w jednej z dwóch, pożal się Boże, starych i zaniedbanych kamienic, które właściwie były czworakami. Kiedy wspiąłem się na drugie piętro kamienicy, na poddasze, zwróciłem uwagę na to, w jak ciasnych i niskich klitkach mieszka Anna z rodzicami i młodszym braciszkiem. Dwa pokoiki, kuchnia, na trzy kroki długa sionka, bez toalety - to było całe bogactwo rodziny S.. Owszem, schludność i czystość wszystkich pomieszczeń mogła imponować, ale w powietrzu czuć było swąd ciasnoty, wilgoć dobywająca się z nieszczelnych okien, to znów duszną spiekotę, gdy z wnętrza kaflowej kuchni unosił się żar, a ostre słońce roztapiając w samo południe lepik na bliskim dachu dokładało swoje trzy grosze do niezdrowego, stęchłego powietrza, którym wypełnione był całe mieszkanie.
Do Anny nie przychodziły koleżanki i jej kamienicy oraz z sąsiednich. Bawiła się z nimi zwykle przed domem.
(...)

[11.01.2018, „Dobrzelin”]

10 stycznia 2018

KRAJOWE ZAPISKI - O TYM i O OWYM

Unieruchomiony na przedłużającym się urlopie. Powód jest raczej prozaiczny. Na święta zjeżdża do firmy większość aut i zjechało ich ponad czterdzieści, a że trzeba je sprawdzić, czasami naprawić, to i nie dziwota, że potrzeba na to czasu. Mechanicy nie wyrobili się.
Ma to tę dobrą stronę, że akurat dopadło mnie przeziębienie (przeziębiam się zwykle, jeśli już, to po przyjeździe do kraju), więc wyruszenie w dalszą podróż nieco później niż planowałem, nie jest wielkim dla mnie rozczarowaniem.
Czy akurat fakt, iż będąc przeziębiony, wymyśliłem sobie opowiastkę, w której bohaterowi stawiane są bańki. Absolutnie nie, bo rozmyślałem nad tą opowieścią, zanim popadłem w konflikt z tą „chorobą”. A może było zgoła odwrotnie. Zwolennicy teorii spiskowych powiedzieliby, że przeziębiłem się właśnie dlatego, że napisałem o przeziębieniu.
Co porabiam podczas przedłużającego się urlopu? Niewiele. Sprzątam sobie, a najwięcej piorę, bo dzień bez prania jest dla mnie dniem straconym. Zajmuję się czytaniem i pisaniem (też mi rewelacja) a nawet wymyślam jakieś zupy. Ponadto patrzę w telewizor, w którym jest mniej niż w dawnych czasach, gdy była jedynka i dwójka. Mniej dla mnie, bo mój mózg ma awersję na amerykański chłam, niekończące się seriale komediowe i szczekające pyszczki polityków. Może ktoś mi wyjaśni, dlaczego właśnie mnie zdarzają się takie rzeczy, kiedy przebiegam po kanałach, tj.
1) w 90 procentach trafiam na reklamy,
2) w 95 procentach słyszę, jak w „Rodzince” Kożuchowska drze się wniebogłosy, a Karolak cały czas uczy się czytać… a jeszcze jest ten trzeci, nie posiadający rodziny, który albo się też wydziera (nie tak subtelnie jak Kożuchowska; jej nie dorówna żaden samuraj) albo udaje głupka.
Na Kożuchowską mam alergię, choć z jej darciem stykam się na jakieś dwie, trzy sekundy (to wina pilota, który nie potrafi szybciej zmieniać programów), wiem, powinienem się leczyć.
Człowiek chyba do końca życia nie przestanie być zaskakiwany… ja tym, że istnieje prawdopodobieństwo, iż serial „Rodzinka” jest oglądany, a co niektórym podoba się rycząca Kożuchowska.
Po Stochu przyszła kolej na Morawieckiego. Z rozdygotanymi przedsionkami serca, piłując a obgryzając szpony, niecierpliwie oczekiwałem na wyniki rekonstrukcji i w końcu około południa mile spędziłem czas, oglądając „Czterdziestolatka”.
Ale, co tam. Co się odwlecze, to nie uciecze. Morawiecki zabrał żołnierzyków Macierewiczowi, nad czym ubolewa pani Pawłowicz, ale nie przejąłem się tym, albowiem pani posłanka ma inaczej zbudowany mózg.
A ’propos mózgu. Tę uwagę zrozumieją ci, którzy posiadają czworonogi - jak to się dzieje, że Adelka, dwuipółletni biewer a la pom pom, posiadając tak skromnej wielkości mózg, rozumie tak wiele? Jak to możliwe, że yorkowaty biewer jest mądrzejszy od jednej pani posłanki?
Chwała premierowi Morawieckiemu, że przepędził Radziwiłła, odebrał ołowianych Macierewiczowi, a przy okazji strącił Szyszkę. Powie ktoś, ba, też mi sukces wykopnąć Antoniego, skoro nawet dzieci nie za bardzo lubiły się z nim bawić w piaskownicy, ale nie chcę być tak do końca złośliwy. Powiem więcej, niech się pan premier stara w tej Brukseli i odkręca Kaczyńskiego. Nie życzę mu źle, choć na PIS nie głosowałem i nigdy nie zagłosuję z kilku istotnych powodów oraz z tego najistotniejszego, o którym, wzorem Macierewicza wiem wiele ale nie powiem. Nie życzę źle rządowi, tak jak nie życzyłem źle żadnemu z poprzednich i, jak Boga kocham, jeśli tylko się nawrócą oraz sprawią, że nie będę się za nich wstydził, to niech sobie rządzą do końca kadencji. Dlaczego nie życzę źle? Bo pamiętam dawne czasy… dawno, dawno temu, za pierwszej Solidarności, co nastała, a nazywano ją Jutrzenką Swobody, pośród świetlanych umysłów solidarnościowej braci pojawiło się hasło: „im gorzej (dla rządu), tym lepiej”. Obok tego wezwania funkcjonowało solidarnościowe klaskanie na wieść o wprowadzonych przez aktora Regana sankcjach gospodarczych wobec Polski. Od tej pory datuje się moja alergia na wszystko, co z Solidarnością związane. I tak już zostało.
A życzyć komuś źle to niemęskie zajęcie, a życzyć śmierci wyimaginowanym wrogom ojczyzny (chełpi się tym niejaki Rzymkowski, poseł od Kukiza, z Kutna, psia krew, taki tam, „zerowaty”) to w chorym swym pomyślunku kombinować, kogo tu uznać za ojczyzny wroga, bo ja tam na przykład posła Rzymkowskiego za wroga ojczyzny nie uważam, lecz za wroga rozumu… dlaczego nie.

[09.01.2018, „Dobrzelin”]

08 stycznia 2018

KOLEJNY WĄTEK

Leżałem więc przykryty kołdrą na brzuchu ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, leżałem i przysypiałem, a nade mną trwała rozmowa pomiędzy Anną a Kaśką, czyli moją żoną a naszą wspólną przyjaciółką, bo muszę dodać, że jesteśmy z tego samego rocznika i aż do matury trzymaliśmy się razem. Katarzyna, od tej chwili tak będę ją nazywał, po maturze zdała na medycynę, jest geriatrą, pracuje w szpitalu w wojewódzkim mieście, mężatka, dwoje dzieci, można powiedzieć, że życie ułożyło się jej tak jak chciała, do K. przyjeżdża regularnie, co dwa miesiące, odwiedza ojca i matkę; trzymają się nieźle jak na swój wiek i może ma to związek z tym, że zarówno ojciec jak i matka Katarzyny pochodzą z rodzin, które cieszyły się dobrym zdrowiem i długowiecznością. Dwa, trzy razy do roku widujemy się z nią, najczęściej zapraszamy ją do siebie, ale tym razem powodem jej wizyty była moja choroba. Też mi choroba - przeziębienie, ale Anna uparła się, aby przyszła i przemówiła mi do rozsądku, abym wziął się za siebie, bo za rok sześćdziesiątka na karku, a ja lekarzy nie chcę znać, ale z jakiej przyczyny mam się z nimi przyjaźnić, skoro jestem zdrowy jak ryba i przez całe lata nic poważnego mi nie dolegało, a przeziębienie nie jest przecież chorobą; każdemu to się przydarza, choćby nie wiem jak się starał i nie wiem jak by się nim opiekowano.
- Widzisz, jak naciągnęły? - pokazuje mi zdejmowane z pleców bańki w kolorze jasnego fioletu.
- To wszystko przez to, że mam urlop i mój organizm popuścił wodze fantazji. Postanowił sprawić mi psikusa - tłumaczę się nielogicznie i niezdarnie.
Anna tymczasem wciera w moje plecy spirytus, potem czuję już nie masaż, lecz solidne uderzenia otwartymi dłońmi.
- Jeśli się nie poprawi jutro, daj mu te tabletki - instruuje Annę Katarzyna, zostawiając na stoliku stojącym przy moim łóżku listek z lekarstwami, tabletkami w kolorze intensywnej zieleni. - Trzy razy dziennie po jednej po jedzeniu.
Wychodzi odprowadzona tylko przez Annę. Poza wyjściami do toalety powinienem zostać w łóżku i przespać w cieple całą noc.
Kładę się na plecach, które są teraz obolałe, jakby nie należały do mnie. Sięgam po książkę leżącą na stoliku u wezgłowia i próbuję czytać. Po kilkuminutowych próbach dotarcia do wątku, na jakim zakończyłem czytanie do pokoju powraca Anna, demonstracyjnie bierze ode mnie książkę, zamyka ją, gasi nocną lampkę i wsuwa się do łóżka obok mnie.
- Masz spać. Dzisiaj żadnego czytania!
W narastającej ciemności, jaka zawładnęła pokojem po zgaszeniu lampki, na krótką chwilę zabłysły oczy Anny, po czym i te światełka zgasły; poczułem natomiast na lewym policzku dotyk jej chłodnych, wilgotnych warg.
- Dobranoc - usłyszałem.
- Nie boisz się? - zapytałem.
- Czego?
- Że cię zarażę.
- Nie boję się. Śpij głuptasie.
(...)

[08.01.2017. "Dobrzelin"]

07 stycznia 2018

W MIĘDZYCZASIE

Ponieważ dalsza część "Kołyski" podlega jeszcze torturom korekt, nie mogąc się doczekać, obmyśliłem kolejne opowiadanie, bardzo długie, niestety i bez roboczego tytułu, z którego pochodzi niniejszy fragmencik.
(...)
Tymczasem sprawy potoczyły się inaczej… Skończyłem. 
Zbadała mi jeszcze raz puls i przykazała, abym pił jak najwięcej przegotowanej wody z cytryną, niesłodzonej, albo ewentualnie kompot, ten z szarych renet; drzewa wciąż owocowały, mniej niż w czasach ich młodości, intensywniej co drugi rok, a że mijał właśnie ten płodniejszy, więc Anna po zerwaniu ze mną dwóch koszy jabłek przykazała mi, abym zrobił dla nich miejsce w piwnicy; każde jabłko należało dokładnie wytrzeć suchą ściereczką i rozłożyć na sosnowych półkach w taki sposób, aby nie stykały się z sobą. Podobnie musiałem robić z warzywami na rosół i sałatki, gruszkami i zielonymi, lekko tylko zarumienionymi pomidorami, aby dojrzewały w zaciszu przewiewnej piwnicy, w której temperatura była niezmienna aż do nastania największych mrozów, które jednak zdarzały się coraz rzadziej. Ponieważ gospodarna Anna dbała o to, aby obficie zgromadzone zapasy owoców i warzyw wystarczały aż do połowy marca, mniej więcej do Wielkanocy, chcąc nie chcąc, musiałem wykonać sześć kondygnacji piętrowo ułożonych półek, bo w przeciwnym wypadku nasza piwnica, choć obszerna, dwukomorowa, nie zdołałaby pomieścić płodów ogrodu i sadu. Marudziłem trochę na te wskazania i wymogi odnośnie konstrukcji półek, jakimi mnie obarczyła, ale jeszcze przed nastaniem jesieni wykonałem to zadanie w zamian za to, że będę mógł sporządzić wino z dzikiej róży; Anna z kolei zażyczyła sobie, abym w małym, dziesięciolitrowym balonie przygotował dla niej słodki, gęsty zacier z limonek, który zaleje się potem spirytusem i powstanie z tego wysokoprocentowa nalewka, którą przed spożyciem przechowuje się przez dobę w zamrażalce. Niech ktoś sobie nie pomyśli, że oboje z Anną popadamy na stare lata w uzależnienie alkoholowe, nic podobnego. Zarówno jej nalewka jak i też moje wino z dzikiej róży przeznaczamy na prezenty dla najbliższej rodziny oraz przyjaciół, którzy nas nawiedzają w późnojesienne i zimowe popołudnia i wieczory, a bywa i tak, że te nasze napoje uczestniczą w braterskiej wymianie na wysoko przetworzone towary konsumpcyjne: soki, ciasta, konfitury czy też specjalnie dla nas przygotowane dania, o których sporządzeniu pojęcia nie mamy.
Znajoma lekarka, dla mnie Kaśka, z którą chodziłem do jednej klasy w podstawówce i liceum, wyszła właśnie z naszego mieszkania z półlitrową buteleczką nalewki pozostałej jeszcze z zeszłorocznych zapasów. Przedtem uspokoiła Annę, że ze mną nie jest tak źle; to nie zapalenie płuc, ale muszę się porządnie wygrzać i na razie obejdzie się bez antybiotyków, a na takie solidne przeziębienie najlepiej jest postawić bańki, wypocić się i uzupełniać płyny lekko schłodzoną wodą z cytryną albo kompotem. Oboje z Anną byliśmy zdziwieni, że Kaśka preferuje tak tradycyjne metody leczenia i nie miałbym nawet nic przeciwko zastosowaniu ich na mnie, gdyby nie fakt, że czułem lekką obawę przed tą procedurą, bo oczywiście Anna odnalazła w szufladzie szafy bańki, znalazła też spirytus i powierzyła moje plecy lekarce, i przeżyłem dawno niezaznane tortury… żartuję, ale bańki mocno wyciągały ze mnie chorobę, a obie panie zabawiały się w tym czasie rozmową, nie zważając na mnie, cierpiącego i pozbawionego możliwości wykonania najprostszych ruchów.
- Leż spokojnie, bo ci odpadną i będę zmuszona postawić jeszcze raz, tym razem „cięte”.
(...)

[07.01.2018, "Dobrzelin"]

06 stycznia 2018

ZAPISKI KRAJOWE - UCZTA

Ojojoj, to ci dopiero, zanosi się na ucztę. Będąż na niej szlachetne borowiki, smardze, rydze, trufle, małże jadalne i winniczki, jesiotrowy kawior, karczochy, polędwiczki z rekinów, dziczyzna w najwyższym sorcie, przepiórki, głuszce, karmazyny i marliny, pstrągi i łososie, wędzone węgorze, do tego burgundy, Bordeaux, szampany, koniaki, szkocka whisky, „finlandia” i żubrówka, słodkie „porto, metaxa, becherovka; ciasta francuskie, karpatki, mazurki, serniki, czekolada w płynie, crème brûlée, ananasy, pomarańcze i mandarynki, prowansalskie winogrona, raki, steki wołowe, schabowe kotlety z kością, pierogi, sery francuskie i włoskie makarony?
Czy w taki sposób przedstawia się uczta, która mnie nie ominie?
Będzie coś innego - równie smaczne danie, z samych słów złożone, albo, jak kto uważa, z wyrazów.
Zacząłem czytać „Wesela w domu” Bohumila Hrabala i ucztuję.
Smak czeskich potraw językowych szczególnie mi odpowiada, bo to oprócz Hrabala Kundera i Fuks, Hašek i Drda, Hůlová i Macourek. I czuję się jak w domu przez wielkie D (profesor Miodek rzekłby przez duże).
I tak jakoś błogo się poczułem, kiedy zyskałem pewność, że Hrabal w tych „Weselach” to pisze także dla mnie, a ma do powiedzenia niemało. 
W ogóle to lubię słuchać, czytać i obserwować ludzi, którzy coś do powiedzenia mają, a przecież zdarzają się tacy, co nie mówią nic, albo ja jestem ślepy i głuchy na to co mówią i piszą… albo, kiedy zaczynam patrzeć na coś, co miało być podobno filmem, stwierdzam, że ta obrazkowa opowieść jest o niczym.
A zdarza się więcej niż często, że potykam się o słowa, o mnóstwo słów, o całą nadętą armię słów i wiem, że znaczą one tyle, ile można się dowiedzieć od poruszającego skrzelami po wyłowieniu z jeziora leszcza, co ledwie dyszy świeżym powietrzem smogu.
A najwięcej ich, gdy otwieram płaską skrzyneczkę z wyświetlaczem i już czuję się świrem Koterskiego, gdzie wyrywają sobie z gardeł flagę narodową tej „naszejszej” Polski, gdzie codzienna modlitwa Polaka, "żeby mu okradli garaż,  żeby go zdradzała stara, żeby mu spalili sklep, żeby dostał cegłą w łeb”. Oczy przecieram, kto to mówi? Glisty, karaluchy, szarańcza, szczurza rodzina, komary, płazińce, tarantule, pluskwy i żmije.
I wracam do Hrabala, bo, wiedzą panie, że cały ratunek w literaturze, muzyce i sztuce, koło ratunkowe dla zbyt głośnej samotności. Na ile dni i nocy, tygodni, miesięcy, lat (niepodobna, aby wiele), starczy ten gambit Spasskiego - poświęcasz pionki, czasami skoczka lub gońca, aby zabezpieczyć sobie środek, złoty środek Horacego, aby wygrać życie:
„Auream quisquis mediocritatem
diligit, tutus caret obsoleti
sordibus tecti, caret inuidenda
sobrius aula.”

/Kto złoty sobie upodobał umiar,
ten się uchroni przed nikczemną nędzą
i przed zawiścią, która zawsze ściga
bogate dwory./

Czy jeszcze do wygrania, skoro czas podkrada lata?
Dobrze, że „Wesela w domu” jeszcze nieskończone, bom ostatnio głodny i pazerny na ucztowanie.
A był taki czas, kiedy o północy rozlegał się z głośników „Mazurek Dąbrowskiego”. Jestliże teraz? 
Spróbowałem, czekałem, a tu…
„Hymn polskich parlamentarzystów”




[05.01.2018, „Dobrzelin”]

04 stycznia 2018

JURGA MARTIN RAZ JESZCZE

Jurga Martin, artystka pochodząca z Litwy, obecnie mieszkająca i tworząca w Burgundii we Francji pojawiła się już w kawiarence, ale nie ma się czemu dziwić, bo też jej rzeźby cieszą się nieustającą moją sympatią.
Wdzięcznym tworzywem w artystycznych dłoniach Jurgi jest glina, z której rodzą się postaci - laleczki i lalki jak żywe, z duszą, zamyślone i zaskakujące realnością kształtów.
Co ciekawe, rzeźby Jurgi potwierdzają moją tezę, że wielcy artyści właściwie tworzą jedno dzieło, odmieniając je we wszystkich przypadkach. 
Wybrałem z internetowej strony Jurgi na fejsbuku takie oto obrazki:









Na You Tube z kolei można zobaczyć pracownię Jurgi znajdującą się w Beaune we Francji.


Jeśli ktoś z gości kawiarenki posiada konto na fejsbuku będzie mógł obejrzeć  impresję filmową przedstawiającą śpiącą dziewczynkę


https://www.facebook.com/jurgasculpteur/videos/10157059136129899/

[04.01.2018, "Dobrzelin"]

KRAJOWE ZAPISKI - W DESZCZU

Łączność z Kutnem, a ściślej z kulturą w mieście Kutnie odbyła się bardzo późnym popołudniem, gdy jechałem własnym autem do biblioteki. A jechałem w solidnym deszczu z domieszką mokrego, łatwo topiącego się śniegu, jechałem powoli, bo oczy nie zdążyły się przez te sześć kilometrów przywyknąć do szarości zmroku, a w licznych kałużach wcale nie odbijały się gwiazdy, jedynie brudny pomarańcz świateł przydrożnych latarni. A pomyślałem sobie, że w dawniejszych czasach zamiast tego deszczu w świetle reflektorów auta widziałbym bezlitosną napaść na miasto śniegu, który najpierw pobieliłby pobocza, pola pokryte oziminą, dachy domów, podrzędne uliczki i chodniki, aż wreszcie nakryłby drogę, którą jechałem śnieżnym, przymarzającym do asfaltu kobiercem. To co w dawnych czasach zdawało się być normalnym, typowym przykładem zimowej pogody, śnieżnej i mroźnej, dzisiaj jest anomalią pogodową i odwrotnie. I jak zawsze zadaję sobie pytanie, ile jest człowieka w tych pogodowych zawirowaniach na naszej szerokości geograficznej.
W bibliotece wybrałem sobie między innymi Hena, Hrabala, Dygata, Iwaszkiewicza i Redlińskiego, a skoro wybrałem, to znak to niechybny, że niedługo ruszam w kolejną podróż.
Życzyłem pomyślności w nowym roku obsługującej mnie bibliotekarce i temu starszemu panu ze skwaszoną miną siedzącemu w szatni. Oboje odpowiedzieli na moje życzenia.
W drodze powrotnej do domu nawet nie starałem się nawet pomyśleć o tym, czego sobie życzę w nowym roku i jakie mógłbym mieć postanowienia. Jeżeli już, to powrócić bezpiecznie w jednym kawałku, niczego więcej.
Nie składam sobie życzeń. Ot, aby przeżyć tych kilka dni, tygodni, miesięcy… może lat?

[04.01.2018, „Dobrzelin”]

03 stycznia 2018

KOŁYSKA (1/2)

Widziała jak samochód zatrzymał się po drugiej stronie zaśnieżonej drogi. Otwierała właśnie okno na podwórze, aby postawić na zaokiennym parapecie kamionkowy garnek z przykryciem, wypełniony w dwóch trzecich przyrządzoną przez siebie warzywną sałatką. Garnek nie mieścił się w lodówce, ale na dworze było dostatecznie zimno, aby móc pozostawić go na noc bez obawy, że sałatka się zepsuje. Oboje z Wojciechem lubili tę sałatkę składającą się z własnych warzyw, jabłek i jajek; nawet majonez był własnej roboty.
Ktoś, zapewne mężczyzna, wysiadł z auta, pozostawionego na jałowym biegu i niezgaszonych światłach, i skierował się do gospodarstwa sąsiadów. Ale nie otworzył furtki, bo Zabłoccy wypuszczali na noc psy, które niechętne były odwiedzinom obcych o tej porze. Zresztą Zabłockich nie było w domu, a zatem psy, dwa bure, kudłate mieszańce przywitały nieznajomego bardziej hałaśliwie niż, gdyby domownicy byli obecni.
Gromkie ujadanie trwało dobre dwie minuty, a osłabło nieco dopiero wówczas, gdy mężczyzna odstąpił od drewnianego płotu, wrócił do samochodu, zgasił silnik i wyłączył światła. 
Musiał spojrzeć w stronę jej domu; z pewnością zauważył, że pali się światło w kuchennym oknie; może nawet usłyszał jak je przymykała; może spostrzegł, jak kobieta wycofuje się spod okna, a potem jej postać znika w całkiem sporej przestrzeni pomieszczenia; może nie uszedł jego uwadze dym ciągnący się wąską stróżką z ceglanego, wystającego poza szczyt dachu domu komina.
Po chwili usłyszała skrzypliwy odgłos otwieranej przez nieznajomego bramy, a następnie chrzęst kroków stawianych przez mężczyznę zmierzającego w niewysokim, zmrożonym śniegu ku głównemu wejściu.
Nie, nie odczuwała lęku, choć nadeszła już noc i poza tym światłem jakie rozświetlało kuchenną izbę i światełkiem dobywającym się z drewutni, całe obejście skrywała szczelna zasłona nocy, gwiaździstej wprawdzie, ale ciemnej, granatowej i nieprzezroczystej. Wiedziała, że w każdej chwili może zawołać Wojciecha, który ma przecież dobry słuch i jeżeli zaszłaby taka konieczność pospieszyłby żonie z pomocą. 
Postąpiła kilka kroków w stronę sieni, przygotowując się otwarcia drzwi.
Zapukał w nie. Oboje chwycili klamki równocześnie. Rześkie, mroźne powietrze dworu wdarło się dołem do sieni, a to ciepłe, wionące z kuchni, płynęło wysoko tuż pod sklepieniem sionki i przepoczwarzając się w mglisty, rozedrgany obłok, wydostawało się na zewnątrz.
Mężczyzna jeszcze się nie przywitał, zatrzasnął za sobą drzwi; prawdopodobnie pomyślał o tym, aby nie wychłodzić wąskiego pomieszczenia, w którym się znalazł i dopiero wtedy, gdy zagrodził zamknięciem drzwi dostęp do późnowieczornego, grudniowego chłodu powiedział:
- Dobry wieczór pani. Przepraszam, że niepokoję o tej porze, ale chciałem wstąpić na chwilę do pani sąsiada z przeciwka, a tam ciemno… tylko psy… czy wyjechali? Wie pani coś o tym?
Stała w bezruchu twarzą w twarz z nieznajomym. Podświadomy lęk ustępował. Znikł zupełnie, kiedy ośmieliła się zapalić światło w sieni; to dobywające się z otwartych kuchennych drzwi nie wystarczało.
- Pewnie gospodarze są u Zajkowskich. To niedaleko, trzeci dom w stronę lasu. Na Zenona poszli, na imieniny. Od lat się szanują i zachodzą do siebie na rodzinne święta. Ale do północy wrócą - wyjaśniła, rozumiejąc, że skoro o tej porze ktoś życzy sobie odwiedzić Zabłockich, to pewnie przybywa z jakąś ważną sprawą.
- Mógłbym zaczekać? W aucie…
- Co też pan - przerwała mu. - W samochodzie będzie pan siedział? Pan wejdzie do kuchni.
Nie odmówił. Przepuściła go przed siebie, a gdy weszli do kuchni, powiedziała, że zrobi herbatę, albo, najlepiej kawę, która choć na chwilę zwalczy senność. 
Podbitą futrem brunatną kurtkę powiesił na oparciu krzesła. Poczuł ciepło.
- Pani sobie wyobrazi, że skończyłem ostatni kurs i na śmierć zapomniałem, że obiecałem żonie kupić karpie. Sklepy już pozamykane, ale przypomniałem sobie, że naprzeciwko jest gospodarstwo rybackie; mają stawy hodowlane i pewnie jakieś rybki dostanę.
- O, tak, Zabłoccy hodują karpie. Trzy stawy mają. Ruch u nich przed świętami wielki i chociaż oddają ryby do sklepów, to na pewno trzymają dla swoich klientów ryby w wielkich wannach, a takie karpie, pan wie, to najlepsze, bo porządnie odszlamione i niezbyt wielkie, bo, panie, karpie nie mogą być stare, przetłuszczone i cuchnące mułem. Pan na taksówce? - zapytała spoglądając przez okno. Akurat wychynął księżyc i oświetlił srebrnym światłem zabudowania z przeciwka, oświetlił też stojące nieopodal domu Zabłockich duże, białe, osobowe auto.
- Tak. Miałem właśnie kurs w okolice szkoły we wsi. Wtedy przypomniałem sobie o karpiach i o tym gospodarstwie.
- To utarg ma pan pewnie spory tuż przed świętami. Nie każdy do rodziny własnym autem przyjeżdża - stwierdziła.
- Nie każdy. Aleśmy z żoną ustalili, że w tym roku jeżdżę do dzisiaj, do dwudziestego drugiego. W końcu to święta. Pracy w domu sporo, dzieci malutkie, na choinkę czekają, na Mikołaja. A ja na Sylwestra sobie odrobię.
- Słusznie. To przecież święta, a w święta rodzina się liczy najbardziej. Może pan co zje? Późno, ale skoro jeździł pan cały dzień, pewnie głodny.
- Jeśli pani taka dobra, to napiłbym się kawy, tylko kawy.
Niedługo na nią czekał, bo wypełniony wodą i postawiony na żeliwnym blacie kuchni czajnik szumiał i wystarczyło go jedynie ustawić w miejscu, gdzie żar z paleniska największy, aby pobudzić wodę do wrzenia.
Zalała dwie łyżeczki rozpuszczalnej kawy wrzątkiem; sobie do szklanki wlała z czajniczka trochę esencji i rozcieńczyła ją gotującą się wodą. Pomimo tego, że nie życzył sobie niczego prócz kawy, postawiła na stole duży talerz z kruchymi ciasteczkami własnego wypieku.
- A do pani przyjeżdża rodzina na święta? - zapytał.
- Do nas - poprawiła. - Mąż w drewutni siedzi. Oczy psuje - westchnęła - ale spróbuj go wywołać od roboty, nie przyjdzie. Powiedział, że o północy będzie. I tak czekam tu na niego. Nie, panie. Sami będziemy w te święta, bo córka od półtora roku w Irlandii siedzi z zięciem i dwojgiem dzieci. Wcześniej przyjeżdżała, a jakże, ale teraz, gdy jest wciąż na dorobku, postanowili zostać. Mówiła przez telefon, że na następne święta to już na pewno przyjedzie, bo teraz to musi się odkuć. Dostała, panie, robotę. Nie zgadnie pan… trzypokojowe mieszkanie wynajęli i w jednym pokoju urządziła przedszkole, czy jak tam to nazwać. Pan wie, tam w okolicy sporo Polaków, małżeństwa z małymi dziećmi, więc umówiła się z taką jedną, że jak rodzice w pracy, to one tymi dzieciakami się zaopiekują, no i mają tam teraz dziewiątkę malców. Miejsca mało, to prawda, wysłała mi zdjęcia, ale wiosną czy latem to te dzieciaki hasają po ogródku, bujawki tam, piaskownica, zabawek pełno. No i, co najważniejsze, ma stały dochód, bo rodzice płacą. Może niewiele, ale jest to pewien grosz, który córka składa właśnie na wyjazd. A zięć, choć to nauczyciel z zawodu, załapał się na jakieś remonty. Pan sobie wyobrazi, że za hydraulika pracuje i nie narzeka sobie. Ale że są jeszcze na dorobku, to jeszcze w te święta nie przyjadą. Tyle co porozmawiamy sobie przez telefon, w komputerze się zobaczymy, a komputer, prawie nowy, to nam córka zaraz po przyjeździe do tej Irlandii przysłała, żebyśmy mogli się za darmo widzieć i pogadać z sobą. Wojciech musiał umówić jakiegoś speca od komputerów, bo ani on, ani ja nie wyznajemy się na nich… to dobra rzecz taki komputer.
W pewnej chwili doszło do niej, że może nie powinna tak się rozpowiadać przed, bądź co bądź, nieznanym mężczyzną, choć tamtemu dobrze z oczu patrzyło. Ma żonę, dwoje dzieci, chce rodzinnie spędzić święta, więc chyba z niego nie może być zły człowiek i ją zrozumie, że się tak rozgadała o córce.
- A pani mąż gdzie? - zapytał nagle.
- Oj, panie, ile to mogłabym o Wojciechu powiedzieć… ale niech pan przekąsi ciasteczkiem. Wyszły mi tym razem. Zeszłym za bardzo przypiekłam, a Wojciech takich nie lubi. Mąż, panie, w drewutni siedzi.
Nagle zorientował się, że przecież już mu o tym mówiła. Zmieszał się. Pomyślał, że może ze zmęczenia zadał to zbędne pytanie, bo wyjechał taksówką na dworzec o szóstej i do tej pory (już było pół godziny do północy) cały czas miał kursy: miasto - wieś, dworzec - szpital albo cmentarz.
- A co można robić w drewutni o tak późnej porze? - zapytał.
Wysiorbała dwa spore łyki herbaty, odstawiła szklankę i wsparła prawą dłonią podbródek. 
- Co można robić, panie? Kołyskę.
(...)

[02/03.01.2018, „Dobrzelin”]