Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

15 maja 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1396) COŚ O MNIE

 

1396.

Co mnie wciąga, a co nie? Przyznaję, że lubię na fb czytać o zwierzętach, zwłaszcza w kontekście pomocy jaką udzielają im ludzie dobrego serca oraz w sytuacjach, gdy zwierzątka różnych gatunków potrafią z sobą żyć lepiej niż ludzie z sobą. Czasami bohaterowie filmików są naturalni, czasami sztuczna inteligencja wkracza do historyjek, ale jakoś w tym szczególnym przypadku nie mam jej tego za złe.

Nie lubię z kolei tego obrazów wykonanych przez AI publikowanych przez ludzi mających krytycznie niewielką wiedzę o sztuce, stawiających sobie za cel oszukanie odbiorcy, że ów wirtualny obraz został namalowany przez, dajmy na to, Moneta czy Cezanne’a.

Co mnie przeraża? Czołobitność, służalczość polskiego rządu wobec trumpa i Amerykanów. Przed oczami mam obraz leżących krzyżem Tuska, Kosiniaka-Kamysza i Sikorskiego, którzy w takiej pozycji uwielbiają rozmowy z amerykańskim rządem. O nawrockim nie wspominam – ten zlizuje kurz z butów pomarańczowego narcyza.

Przeraża mnie też nienachalna inteligencja większości parlamentarzystów. Czasami sobie myślę, kierując do tych egzemplarzy pocieszenia takie oto słowa: - człowieku, o czym ja mam z tobą rozmawiać, kiedy ty jesteś wciąż na poziomie dziecka baraszkującego w piaskownicy. Innym znów razem posługuję się w wyimaginowanej rozmowie z posłem takim oto tekstem, jaki wypowiada Cześnik Raptusiewicz wobec Papkina:

Słuchaj: mówiąc między nami,

Bez mej chluby, twej urazy,

Więcej niż ty, mój Papkinie,

Mam rozumu tysiąc razy.”





[15.05.2016, Toruń]

FILOZOFIA - ARYSTOTELES - ETYKA EUDEMEJSKA [WYJĄTKI]

 

K s i ę g a      p i e r w s z a

Sposoby osiągania szczęścia i rola dobra najwyższego:

doskonałości, rozsądku i przyjemności

Człowiek, który na Delos wyjawił swoją myśl przed bogiem, zapisał na bramie świątyni Latony wiersze, rozróżniając w nich dobro, piękno i przyjemność, jako właściwości, które nie przynależą tej samej rzeczy:

Najpiękniejsze to, co najsprawiedliwsze, najlepsze zaś zdrowie,

a ze wszystkich rzeczy najprzyjemniejszą jest osiągać cel pragnień.

Ale my się z nim nie zgadzamy. Szczęście bowiem, które jest ze wszystkich rzeczy najpiękniejsze i najlepsze, jest najprzyjemniejsze. Spośród wielu istniejących problemów te, które dotyczą poszczególnej sprawy i poszczególnej istoty rzeczy, sprawiają kłopot i wymagają zbadania, i jedne z nich zmierzają tylko do poznania, inne natomiast dotyczą sposobu zdobywania rzeczy i działania. A zatem te sprawy, które mają jedynie teoretyczny charakter, powinno się omówić przy nadarzającej się okazji, o ile to odpowiada metodzie badań.

Najpierw natomiast powinniśmy zbadać, od czego zależy życie szczęśliwe i w jaki sposób można je osiągnąć; czy wszyscy, którzy zasługują na miano ludzi szczęśliwych, są szczęśliwi z natury, jak to jest na przykład z ludźmi małego i dużego wzrostu, i w przypadku ludzi różniących się kolorem skóry; czy przez naukę, jak gdyby szczęście zależało od jakiejś umiejętności praktycznej; czy ani z natury, ani przez naukę, ale z przyzwyczajenia: złe rzeczy tym, którzy przyzwyczaili się do zła, a dobre tym, co do dobra. Czy w żaden z powyżej przedstawionych sposobów, ale jednym z dwóch: bądź z natchnienia jakiegoś boga, jak gdyby znajdowali się w ekstazie, podobnie do ludzi nawiedzonych przez nimfy lub bogów, bądź przez przypadek; wielu bowiem twierdzi, że tym samym jest szczęście i pomyślność.

Nie jest więc tajemnicą, że szczęście pojawia się wśród ludzi albo za przyczyną wszystkich wymienionych sposobów, albo niektórych, albo jakiegoś jednego, bo prawie wszystkie formy stawania się podpadają pod te same zasady, gdyż każde działanie, dokonane po namyśle, można sprowadzić do działania, które wynika z wiedzy praktycznej. Szczęście natomiast oraz życie szczęśliwe i piękne mieszczą się głównie w zakresie tych trzech rzeczy, które, jak się zdaje, szczególnie są godne wyboru: jedni bowiem twierdzą,

że największym dobrem jest wiedza teoretyczna inni, że doskonałość, a jeszcze inni, że przyjemność. I niektórzy ludzie wiodą spór o znaczenie tamtych rzeczy dla szczęścia twierdząc, że jedno [dobro] bardziej przyczynia się do szczęścia aniżeli drugie. Bo jedni mówią, że wiedza teoretyczna jest większym dobrem niż cnota, inni, że cnota od rozsądku, a jeszcze inni, że od tamtych dwóch — przyjemność. I jednym zdaje się, że życie szczęśliwe zależy od wszystkich wymienionych rzeczy, innym, że od dwóch, a jeszcze innym, że życie szczęśliwe zależy od jakiejś jednej z nich.

2. Niezbędne warunki zapewniające szczęście

Skoro teraz zgodziliśmy się co do tego, że każdy, kto może żyć według własnego wyboru, zakłada jakiś cel dla pięknego życia: albo zaszczyty, albo sławę, albo bogactwo, albo kulturę i, na ten cel mając oczy zwrócone, spełnia każdy czyn (ponieważ brak podporządkowania życia określonemu celowi jest dowodem wielkiej bezmyślności), to powinniśmy w tej chwili określić w nim przede wszystkim to, co jest najważniejsze — ani zbyt pochopnie, ani zbyt opieszale; w jakiej mierze od nas zależy życie szczęśliwe i bez czego ludzie nie są w stanie go osiągnąć. Bo nie jest tym samym to, co jest niezbędnym warunkiem zdrowia i bez czego człowiek nie może być zdrowy oraz zdrowie. Podobnie również ma się sprawa z wielu innymi rzeczami, tak iż piękne życie i środki, bez których pięknie żyć nie można, to nie jest to samo, ale niektóre spośród tych rzeczy nie są wyłącznie charakterystyczne dla zdrowia lub dla życia, lecz krótko mówiąc, są wspólną właściwością trwałych dyspozycji i działań, jak np. bez oddychania, albo czuwania, albo ruchu nie moglibyśmy mieć żadnego udziału ani w tym, co dobre, ani w tym, co złe, a z drugiej strony tego nie można przeoczyć, że dla dobrego stanu zdrowia spożywanie mięsa i spacer po posiłku nie są właściwymi cechami, podobnie jak te, o których mówiliśmy. Te szczegółowe cechy stanowią bowiem przyczyny sporu na temat zdobycia szczęścia, jego istoty i jego powstania.

Niektórzy mianowicie uważają, że to, bez czego nie można być szczęśliwym, jest cząstką szczęścia. […]





[15.05.2026, Toruń]

12 maja 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1395) NIESĄD

 

1395.

Między innymi dlatego pozostaję emigrantem. Między innymi, bo Polska nie jest krajem praworządnym. Nie jest praworządnym kraj, w którym byle ziobro ucieka, gdzie pieprz rocznie, a prezes trybunału konstytucyjnego naigrywa się z konstytucji, której powinien być strażnikiem. Prokurator generalny stawia zarzuty przestępcom i nic a nic z tego nie wynika, bo sądy wolą skazać samochodowego mordercę za zabójstwo dwóch kobiet na półtora roku więzienia, co daje 9 miesięcy za morderstwo jednej osoby. Rzygać się chce.



[12.05.2026, Toruń]

ODKURZONE - ŹRÓDEŁKO

 

- No i udało się panu wyprząc mnie z tego kieratu. I dobrze, choć nie narzekam. Ja nie jestem z tych, co narzekają, choć życie nie jest łatwe, pan sam wie. Po czym poznałam? Wygląda mi pan na zatroskanego, co to niejedno w życiu przeżył, a teraz, choć na wypoczynku, tylko w połowie jest pan myślą w tych górach i lasach. Ta druga pana połowa jest gdzie indziej. Zgadłam?

Owszem, nie mogła tego lepiej sprecyzować. Każde moje wakacje - a starałem się przynajmniej raz na rok gdzieś wyjeżdżać - wyglądały podobnie; nie potrafiłem cieszyć się nimi bezgranicznie, zawsze coś mi przeszkadzało. Taki jestem.

- Pielęgniarka wzięła dzisiaj mamę na rehabilitację. Nie zawsze tak jest. Zwykle to ja z mamą jadę, ale rozumiem, że Gośka, ta pielęgniarka, o której mówię, nie zawsze ma czas, ma swoich pacjentów. Swoją drogą dobra z niej dziewczyna. Przyjechała z własnej woli na to pustkowie, pracowita bardzo, uczynna i cierpliwa. Rehabilitantka musi być cierpliwa. Tylko, wie pan, obawiam się, że jej osobiste życie się nie ułoży. Młodzi faceci, czemu się nie dziwię, szukają swych połówek tam, gdzie gospodarstwo. Tak wiecznie było i jest na wsi, w górach czy nie w górach, a taka rehabilitantka to czym może im zaimponować? Tym skromnym mieszkankiem w ośrodku zdrowia, mniejszym, bo to większe zajmuje lekarz z żoną i dwójką dzieci? Panie Adamie, ona się u nas zmarnuje, zwłaszcza że nie należy do przebojowych kobiet, a powiedziałabym, że sprawia wrażenie zahukanej, choć serce ma złote… ale, panie Admie, kto to dzisiaj doceni.

Droga nasza wiodła szlakiem spacerowym pod górę. Marta chciała mi pokazać źródełko, z którego bije uzdrawiająca woda. Ona wprawdzie nie wierzy bajaniom o cudowności tego źródła, ale przekonała mnie, że woda w źródełku naprawdę posiada wybitne wartości smakowe, a do tego jest przyjemnie zimna, co nie jest bez znaczenia dla wędrowców szukających wrażeń podczas spacerów po górach.

- Mama jest już trzy lata po udarze. Początkowo ani ręką ani nogami nie ruszała - tylko jedną rękę miała władną; mówiła wolno i niewyraźnie. Sześć tygodni była w szpitalu. Nie powiem, postawili ją na nogi, dosłownie, ale cóż z tego, skoro na tych nogach nie mogła chodzić - kilka kroków w chodziku - to wszystko, na co było ją stać, ale mowa jej się poprawiła, to trzeba przyznać. Rokowania niejasne. Trzeba ćwiczyć i ćwiczyć. Pan rozumie, że człowiek po takim udarze, jaki przeszła moja mama to najpierw traci resztki wiary w wyzdrowienie i nie odczuwa żadnego, choćby minimalnego postępu, ot, że może poruszać palcami unieruchomionej dłoni, że wykrzywione usta jakby odzyskują dawny kształt, że zrobiła dzisiejszego dnia dwa kroki więcej niż wczoraj. Nadchodzą takie chwile, kiedy płacz pojawiający się z nienagła zaczyna być treścią życia, jedzenie nie smakuje, bo niby po co ma jeść, skoro nawet spożywając najbardziej energetyczny posiłek, nie wzmocni nim organizmu. Dochodzą do tego samooskarżenia i pretensja do świata: dlaczego właśnie ją to spotkało? Przeżywałam to. Jak ja to przeżywałam! Tym bardziej, że zostałyśmy same, bo ojciec odszedł na drugą stronę rok przed mamy udarem. Jest brat - siedzi na gospodarstwie w sąsiedniej wsi. Nie powiem, o matce nie zapomina, ale przecież ma pracę. Ja też miałam, pracowałam w gminie do czasu śmierci ojca. Potem otworzyłam w domu maleńkie biuro podatkowe - coś trzeba robić, aby przeżyć. Śmierć ojca, a później choroba matki mogły mi pokrzyżować nawet i to zajęcie, ale wie pan, w moim biurze zaczęli się pojawiać nowi klienci. Tak sobie myślę, że rekomendowali mi ich moi koledzy z pracy. Że byłam bardzo dobrą księgową i znam się na swojej robocie? Bynajmniej. Chyba raczej z litości. Ale czy mogłam nie przyjmować?

Potem z bratem ustaliliśmy, że te trzy pokoje na górze można by odstąpić turystom, a że je jakoś ogarnęliśmy to zasługa brata. On sam ma dwa, które wynajmuje z żoną, no i ta jego żona dba o to, aby nie stały puste przynajmniej latem i zimą. I tak właśnie dorabiamy sobie, a mnie dodatkowo przyszło gotować dla gości, bo to od nas do miasteczka spory kawałek, a turysta jak głodny, to i najpiękniejsze góry mu się nie spodobają, a jak zje, do tego w miarę tanio, to pan wie….

Odbiliśmy od głównego szlaku w lewo, też zaznaczonym szlakiem, ale pod bardziej strome wzniesienie. Droga ciągnęła się zakosami pośród starych, rozłożystych świerków; była kamienista, a podchodzenie nią pod górę w stronę źródełka wymagało sporego wysiłku. Marcie przywykłej do chodzenia po górach ta wąska ścieżyna nie sprawiała trudności; ja z kolei, objuczony plecakiem, choć niepełnym, czułem, że dysponuję coraz krótszym oddechem, więc w paru miejscach przystawaliśmy na wyraźne życzenie Marty, która przewidziała, jak sądzę, tę komplikację, jaką niesie z sobą mieszkaniec rozległych nizin.

- No i jakoś ciągniemy to nasze życie, bezbarwne, bez atrakcji, zresztą, był pan u nas w kwietniu, więc ma pan obraz tych dni. Od kwietnia do września nie zmieniło się tak wiele; może tylko mama porusza się znów odrobinę sprawniej, chociaż tego nie zauważa, a ja wiem, ja wierzę, że jest lepiej, bo jeszcze przed rokiem nie wychodziła na spacery tak często jak teraz. Owszem, w prawym ręku ma kulę, lewym ramieniem wspiera się na moim, ale już tak bardzo nie powłóczy nogami, nie szura. Zdarza się też, że przejdzie parę kroków samodzielnie po równym, ale czy nastąpi taka poprawa, aby mogła się poruszać tak zgrabnie jak przed udarem - nie sądzę. Najważniejsze jest, że nie wypłakuje się do poduszki tak jak dawniej, a i przy obiedzie pomoże - obiera ziemniaki, włoszczyznę, na siedząco przy kuchni przypilnuje gotowanego. Ostatnio kazała sobie kupić zeszyt i coś w nim zapisuje. Zerkam czasami, ale nie daje poczytać. Gryzmoli coś powoli niewyraźnym pismem, ale lekarz powiedział, że to dobrze, bo chcąc nie chcąc, ćwiczy sobie tę chorą rękę, a i ja myślę sobie, że mama to właśnie dlatego wzięła się za pisanie, aby wyszkolić tę dłoń i palce. Trzy lata takiej monotonnej harówki, panie Adamie, ale nie żałuję ani jednego dnia z tych lat, bo tak jakoś poczułam, że jeszcze bardziej zbliżyłyśmy się do siebie, chociaż zawsze byłyśmy z sobą blisko, jak to córka z matką. Ale gdy brat przyjedzie z synową i dziećmi - trójkę ich mają - to mama jeszcze bardziej odżywa, a wydaje mi się, że wtedy próbuje okazać się zdrowszą niż jest w istocie, nie pokazuje kalectwa, z którego z tak wielkim mozołem się wydostaje. No i oczywiście chwali mnie przy gościach, powiada, że gdyby nie ja, pewnie dawno by gryzła ziemię, bo jeszcze w jakieś pół roku po nieszczęściu miała myśli samobójcze. Ja wtedy rumienię się, bo w końcu nic takiego wielkiego nie robię. Miałabym zostawić mamę samą sobie? W naszej wsi, tyle że poniżej, jest taka rodzina, która oddała najstarszą z rodu, babkę do domu opieki. Dom wielki mają, jak pensjonat, nie to co nasz - czworo dorosłych ludzi, dzieci w nastoletnim wieku - też czworo, gospodarzą na paru hektarach, trzymają owce, ale całe wielkie piętro z poddaszem wynajmują letnikom; pobudowali też drugi domek, niedaleko, na polanie - dobrze im się wiedzie, syn i wnuczek tej babki stawiają dachy, ba, całe chałupy i wille z drewna, więc nawet gdy turystów zabranie, dają sobie radę… i widzi pan - babkę oddali do domu opieki. Nie potrafiłabym tak.

Wskazała ręką przed siebie i w górę, gdzie świerki niższe, jakby skarłowaciałe. Będzie jakieś sześćdziesiąt metrów pod górę, a wspinając się wijącą drożyną - ze dwieście.

Zauważyłem, że Marta unika opowiadania bezpośrednio o sobie, a pojawia się zwykle w kontekście opowieści o swojej matce. Mówiąc o pielęgniarce - rehabilitantce, współczuła jej losowi, a przecież mogłaby przyłączyć siebie do tego obrazu kobiet, które nie troszczą się o swój los w taki sposób, w jaki opiekują się innymi. Już drugi raz jestem gościem w jej domu, zaprzyjaźniliśmy się nawet, już od pierwszego dnia mojego pobytu w tamtym chłodnym jeszcze kwietniu poczułem do niej sympatię, ale ani przedtem, ani teraz nie opowiadała o sobie wprost, o sobie jako o Marcie, która oprócz swej pracy w mikroskopijnym biurze podatkowym, oprócz opieki nad matką i zajmowaniem się gośćmi, jest przecież kobietą i powinna mieć własne, oddane tylko sobie życie. Ale nigdy nie widziałem jej przygnębioną, zniechęconą codziennością i monotonią zajęć, jakie wykonuje, a jeśli nawet nie uśmiecha się zbyt często, nie kipi energią od świtu do nocy, to miałem wrażenie, że jest bezgranicznie szczęśliwa, chociaż…

- To jesteśmy prawie na miejscu. Jeszcze kilkadziesiąt kroków. Pan zmęczony?

A jakże, byłem zmęczony, ale czy powinienem się z tym zdradzać? Właśnie teraz, gdy jesteśmy tak blisko celu?

- Najgorsze mam już za sobą - wyjaśniłem. - Kiedy się już widzi miejsce, do którego się dążyło, zmęczenie mija – stwierdziłem.

Źródełko ujęte było w kamienne, przez człowieka utworzone kręgi. Bokiem z jego wnętrza wypływała niewielka i niehałaśliwa struga, tocząca zdrową i magiczną wodę, o czym poinformowała mnie Marta, do strumienia opadającego niezliczonymi meandrami zakrętów w stronę kamienistej, wzbierającej często podczas ulewnych deszczów rzeki. Będąc tuż przy źródle, zanurzyłem w nim dłonie i z tych dłoni wypijałem krystalicznie czystą, metalicznie twardą wodę o posmaku magnezu.

- Wziął pan z sobą butelki? Bardzo dobrze. Nie wierzę w jej uzdrawiającą moc, ale może nasz organizm nie wie, że jest zdrowa jak żadna inna - powiedziała Marta. - W każdym razie niech pan do pełna nabierze tej wody, a po powrocie do domu odleję sobie trochę dla mamy. Ona wierzy w jej cudowną moc.

Schodziliśmy raźniej, a plecak jaki taszczyłem na grzbiecie, choć ważący teraz cztery kilo więcej, nie ciążył tak jak wtedy, gdy szliśmy pod górę.

Marta zerknęła na zegarek, po czym spojrzała na mnie z satysfakcją.

- Kiedy dojdziemy, będziemy mieli jeszcze trzy kwadranse, zanim mama przyjedzie z rehabilitacji. Zjemy sobie pierogów z jagodami. Mam je w lodówce. Lubi pan pierogi z jagodami?

- Oczywiście, że lubię – odrzekłem.




[12.05.2026, Toruń]

10 maja 2026

POEZJA (94) CZESŁAW MIŁOSZ - PIOSENKA O KOŃCU ŚWIATA

 

Czesław Miłosz - Piosenka o końcu świata


W dzień końca świata

Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,

Rybak naprawia błyszczącą sieć.

Skaczą w morzu wesołe delfiny,

Młode wróble czepiają się rynny

I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.


W dzień końca świata

Kobiety idą polem pod parasolkami,

Pijak zasypia na brzegu trawnika,

Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa

I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,

Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa

I noc gwiaździstą odmyka.


A którzy czekali błyskawic i gromów,

Są zawiedzeni.

A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,

Nie wierzą, że staje się już.

Dopóki słońce i księżyc są w górze,

Dopóki trzmiel nawiedza różę,

Dopóki dzieci różowe się rodzą,

Nikt nie wierzy, że staje się już.


Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,

Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,

Powiada przewiązując pomidory:

Innego końca świata nie będzie,

Innego końca świata nie będzie.



[10.05.2026, Toruń]

09 maja 2026

MUZYCZNE POCZTÓWKI - LEONARD COHEN - FAMOUS BLUE RAINCOAT

 


Jest czwarta nad ranem, koniec grudnia

Piszę do Ciebie teraz, żeby tylko sprawdzić, czy ci lepiej.

W Nowym Jorku jest zimno, ale lubię okolicę, w której teraz mieszkam

Na Clinton Street muzyka gra cały wieczór.

Słyszałem, że budujesz swój mały domek na odludziu.

Żyjesz teraz bez kosztów, bez celów

Mam nadzieję, że piszesz jakiś dziennik

Tak, a Jane przyszła z puklem Twoich włosów.

Powiedziała, że to Ty jej go dałeś,

Tamtej nocy, gdy planowałeś się ulotnić.

Czy kiedykolwiek się ulotniłeś?

Ostatnim razem, gdy Cię widzieliśmy, bardzo się postarzałeś

Twój słynny niebieski prochowiec był porwany na ramieniu.

Chodziłeś na stację, na każdy pociąg

Wróciłeś do domu bez "Lili Marlene"

I ofiarowałeś mojej kobiecie okruch swojego życia,

A kiedy wróciła, nie była już niczyją żoną.

Cóż, widzę Cię tam z różą w zębach,

Jeszcze jeden drobny cygan - złodziejaszek

I widzę, że Jane się przebudziła.

Przesyła pozdrowienia.

I cóż mogę Ci powiedzieć, mój bracie, mój morderco,

Co w ogóle mogę powiedzieć?.

Chyba za Tobą tęsknię, chyba Ci wybaczyłem,

Cieszę się, że stanąłeś na mojej drodze.

Jeśli kiedykolwiek tu wrócisz, dla Jane albo dla mnie,

Cóż, Twój wróg śpi, a jego kobieta jest wolna.

Tak, i dziękuję za ten smutek, który wygnałeś z jej oczu.

Myślałem, że rozgościł się tam na dobre więc nigdy nie próbowałem.

A Jane przyszła z puklem Twoich włosów.

Powiedziała, że to Ty jej go dałeś,

Tamtej nocy, gdy planowałeś się ulotnić.

Szczerze pozdrawiam,

L. Cohen




[09.05. 2026, Toruń]

ŁACIŃSKIE MĄDROŚCI (141-160)

 

141. Amicum cum vides, obliviscere miserias.

Na widok druha zapomnij o biedzie.

142. Amicum laedere ne ioco quidem licet.

Urazić przyjaciela nie wolno nawet w żarcie.

143. Amicum perdere est damnorum maximum.

Stracić przyjaciela to największa ze strat.

144. Amicum proba, probatum ama.

Przyjaciela wypróbuj, ale wypróbowanego kochaj.

145. Amicus amico (sum).

Przyjacielem dla przyjaciela (jestem).

146. Amicus certus in re incerta cernitur.

Pewnego przyjaciela poznasz w sytuacji niepewnej.

Prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

147. Amicus cognoscitur amore, more, ore, re.

Przyjaciela poznaje się po miłości, obyczaju, słowie i czynie.

148. Amicus hominis, inimicus causae.

Przyjaciel człowieka, ale wróg sprawy.

149. Amicus humani generis.

Przyjaciel rodzaju ludzkiego.

150. Non habet eventus sordida praeda bonos.

Nieuczciwa zdobycz nie przynosi korzyści.

151. Non male vixerunt et tum, quo tempore terris nullus adhuc auri divitis usus erat.

Nie żyli źle ludzie i w tych czasach, kiedy na ziemi nie znano jeszcze użytku złota.

Jan Kochanowski

152. Non qui parum habet, sed qui plus cupit, pau per est.

Nie ten jest biedny, kto ma mało, lecz ten, kto więcej pragnie.

153. Non tam cumulus bonorum esse potest iu cun dus quam molesta decessio. Cyceron

Nie tyle może być przyjemne nagromadzenie dóbr, ile przykry ich ubytek.

154. Nullis decretis damnatur opus locupletis.

Żadnym dekretem nie potępisz czynu bogacza. Głupstwa bogacza uchodzą zawsze za mądrość.

155. Nunquam expletur divitiarum satis.

Bogactw nigdy dość.

156. O, dives, dives, non omni tempore vives! Nudus ad infernas, stulte, vehere rates!

O, bogaczu, bogaczu, nie będziesz żył wiecznie! Nagi pójdziesz do podziemnych łodzi!

157. Omnia mea mecum porto!

Wszystko swoje ze sobą noszę.

158. Parvum addas parvo, magnus acervus erit.

Dodawaj małe do małego, a powstanie wielki stos. Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka.

159. Pauper ubique iacet.

Biedny zawsze sponiewierany. Biednemu zawsze wiatr w oczy wieje.

160. Pauper ubique iacet, dives ubique placet.

Biedak wszędzie zapomniany, bogacz wszędzie podoba się.



[09.05.2016, Toruń]

PROZĘ CZYTAM - TADEUSZ RÓŻEWICZ - OWOC ŻYWOTA

 

I DZIELĘ SIĘ - OWOC ŻYWOTA


Źródło tekstu:

Tadeusz Różewicz, Owoc żywota,

Czytelnia, nowynapis.eu, 2019


Nad osadą stał księżyc. Oświetlał biały klasztor i czarny komin fabryczki. Zasłonięte okna domów. Liście drzew. Źdźbła trawy. Była cisza i nic nie działo się w miasteczku. Mur otaczający posterunek żandarmerii był wysoki i milczący. Jego grzbiet usiany był błyszczącymi kolcami z rozbitych butelek. Wartownik czuwał wewnątrz budynku. Oddziały partyzanckie przechodziły nocami przez osadę, ale żandarmi byli ukryci. Tylko rakiety spływały z czarnego nieba na znak, że tam za murem żyją uzbrojeni obcy ludzie, którzy wyjdą ze wschodem słońca i zaczną swoją robotę. Teraz była cisza. Biały klasztor stał wśród drzew jak lodowa góra. W kaplicy przed wielkim ołtarzem leżał rozkrzyżowany człowiek. Leżał z twarzą przyciśniętą do zimnej posadzki. Jego bezkrwiste wargi poruszały się, dotykając wilgotnego kamienia. Leżał z ramionami odrzuconymi w bok i modlił się; słowa zatapiały się w mrocznej rzece snu i odpływały od niego. Zapomniał, gdzie jest i co robi. Kiedy unosił twarz, widział przed sobą czerwone światełko. Modlił się często o dobrą i szczęśliwą śmierć dla siebie. I była to jedyna rzecz, o którą prosił. Nad złocistym domkiem tabernakulum, wśród promieni, stała figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Dokoła ścian w kaplicy wisiały szeregi niewielkich, olejno malowanych obrazków. Na każdym obrazku wymalowane było cudowne wydarzenie. Najstarsze obrazki pochodziły z bardzo dawnych lat. Napisy łacińskie i polskie mówiły o kasztelanach, hetmanach, starostach, mieszczanach i kmieciach, którzy dostąpili łaski. Były tam pożary zgaszone, tak jak się gasi świece. Były miasta i sioła chronione od zarazy niebieskim płaszczem. Były dzieci utopione i martwe, które ożyły. Szara figurka unosiła się w obłoku. Tej nocy zakonnik nie modlił się o szczęśliwą śmierć dla siebie, modlił się za dwóch nieznanych ludzi, których ciała leżały na śmietniku, za fabryczką... Co to byli za ludzie? Bandyci, żołnierze?... Może nawet przed śmiercią nie zdążyli westchnąć: „Jezus, Maryja”... Leżeli tam na śmieciach nadzy i czekali na Sąd Ostateczny. Będą radowali się w niebie.

Na wieży klasztornej pohukiwała sówka. Poruszyły się czarne gałęzie drzew w księżycowym świetle. Nic się nie działo w osadzie. Okna domów były ślepe. Krótka jest letnia noc. Dzień przychodzi szybko, oświetla ciała na śmietniku i płonie w rozbitych szkłach.

Tutaj, koło śmietnika, za fabryczką wód gazowych, często bawiły się dzieci. Szukały białych porcelanowych korków, zielonych i różowych szkiełek, kolorowych nalepek na butelki. Obok śmietnika wznosiła się wielka piramida usypana z trocin. Powierzchnia tej piramidy wysuszona była przez słońce, ale wnętrze było wilgotne i zimne. Krył się tam lód. Kawałeczki i odpryski tego lodu można było znaleźć u stóp piramidy; sopelek lodowy w lipcowy gorący dzień roztapiał się w gardle tak jak zimą.

Tego dnia dwie dziewczynki pędzące krowy na pobliskie łąki zatrzymały się koło śmietnika i nie poszły za krowami. Dziewczynki stały przy śmietniku i nic nie mówiły. W popiele i w śmieciach leżały dwa nagie ciała. Jedno z nich na boku, zwinięte, z kolanami dotykającymi prawie brody. Drugie z twarzą zwróconą do nieba, z rozrzuconymi ramionami i nogami. Słońce oświetlało śmietnik jak małą plażę. Dziewczynki trzymały się za ręce i w skupieniu patrzyły na ciała. Było cicho. Od strony przyklasztornych lip szedł pachnący wiatr. Po dłuższej chwili dziewczynki odeszły.

Widziałaś? Te chłopy, co tam leżą, są zabite, chodźmy tam jeszcze, zobaczymy.

To grzech.

Ale, grzech... ja polecę...

Mówię ci, że grzech. Zaraz uklęknij i zmówimy pacierz. – Przyklękły w rowie, trawa była mokra od porannej rosy, pierwsze przebudzone bielinki z czarnymi kropkami na skrzydłach przelatywały w słonecznym świetle.

– „Zdrowaś Maryja, łaskiś pełna! Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego…”

Ale oni nie mieli ubrań ani koszul, widziałaś, ani butów.

Musieli im ubranie ukraść.

To pewnie Żydy.

Żydów już nie ma na świecie.

To skąd one się tam wzięły, te chłopy?

Pewnie ich Śwarcmajer zastrzelił.

Koło śmietnika stała gromadka ludzi. Milczeli. Jeden z mężczyzn wyciągnął ze śmieci kawał szarego papieru do pakowania i nakrył tym papierem leżącego na wznak trupa. Kobiety kiwały głowami, żegnały się, płakały. Od strony posterunku szli żandarmi. Już dobiegały ich głosy. Były to słowa i dźwięki obce wśród tych drzew, drewnianych domów, marnych poletek i ludzi, którzy milczeli. Dźwięki tej mowy rozlegały się ostro i dziko pod przezroczystym wysokim niebem. Ludzie odstąpili od śmietnika. Jedni znikali w drzwiach domów, inni odchodzili pośpiesznie w stronę klasztoru. Do śmietnika maszerowali dwaj żandarmi, w błyszczących żółtych butach, z karabinami na pasie. Jeden z nich trzymał dużą białą kartę. Kiedy zbliżyli się do śmietnika, kiwnął palcem na młodego chłopaka. Ten podszedł bliżej i zdjął czapkę. Żandarm mówił coś do niego i pokazywał ręką na śmietnik. Chłopak wszedł tam i zdarł papier z zabitego. Żandarm podał mu białą kartkę; chłopak przywiązał ją sznurkiem do nogi trupa. Teraz żandarmi zawołali kobiety. Kilka z nich podeszło do śmietnika. Na białej karcie napisane było czarnymi wielkimi literami: BANDITEN. Żandarm podniósł do góry wskazujący palec i mówił do ludzi: „Nie wolno przykrywać. Zostawić tak leżeć. Kto bez rozkazu pochowa, będzie rozstrzelany na śmierć. Władze pochowają... Trzeba patrzeć, jak władze ukarały bandytów”.

Żandarm mówił do dorosłych, tak jak nauczyciel mówi do dzieci. Ludzie milczeli. Żandarmi poprawili pasy i odmaszerowali w stronę posterunku.

Czy to ptaki budziły się w nocy? W ciemności słychać było kwilenie. Z czarnego nieba spadały ziarna deszczu. Leżeli sami w ciemności. Nie było o tej porze ludzi. Ludzie spali. I tamci też spali na swoim posłaniu. Nikt nie stał przy nich. Nie przyglądał się odkrytemu ciału. Nikt nie płakał, nie zaciskał pięści, nie przysięgał zemsty. Nie było tu zaciekawionych i przestraszonych oczu małych dziewczynek, które podglądały odkrytą tajemnicę płci. W ciszy, pod niebem, gniły dwa ciała. Przywiązana sznurkiem do nogi bielała kartka z napisem: BANDITEN.

Czy to ptaki budziły się w nocy? Było słychać w ciemności czyste głosy, jakby spadały szklane krople. Kobieta podwinęła nogi i leżała cicho zagrzebana w pościeli jak pod ziemią. Tamci, wyrzuceni na powierzchnię, leżeli odkryci i bezbronni. Kobieta przywarła ciałem do mężczyzny. Zdawało jej się, że są zakopani w norze. W ciepłej podziemnej norze mają swoje posłania i nie potrzebują wychodzić na powierzchnię ziemi, na światło dzienne. Mężczyzna trzymał rękę na jej brzuchu, słyszał gęstniejący urywany oddech. Jakby biegła gdzieś zmęczona. Ale ona leżała tu, przy nim, nieporuszona, pewnie spała. Pod dłonią czuł ciepły, napięty brzuch. Czuł pod palcami pulsowanie, jakby drżenie, a potem wyraźne ruchy. Ono się tam pod skórą poruszało, „kopało”... Kobieta nie odzywała się. W milczącym świecie, który składał się z ciemności otoczonej krwią i ciałem, poruszało się ich ślepe i nieme jeszcze dziecko. Spytał cicho: „Śpisz?”, ale kobieta nie odezwała się. Jego ręka znieruchomiała, leżała jeszcze jakiś czas na brzuchu, wreszcie, wyziębiona i ciężka jak przedmiot, spadła z pulsującego ciała kobiety na prześcieradło.

Kobieta oddychała nierówno. Nie spała. „Czy oni długo tak będą leżeć?”. Kiedy zadała to pytanie? Czy upłynęło już pół nocy? Mężczyzna nie odpowiedział. Spał odwrócony do niej plecami. Przyłożyła wargi do jego ramienia. Poczuła trochę soli wydzielanej z potem przez skórę. Widziała ich teraz w skrzyni śmietnika, oświetlonych słońcem. Jeden miał głowę wciśniętą w miękkie trociny. Ramionami osłonił twarz tak, że było widać tylko trochę szarych włosów i kawałek białego ucha. Ten drugi leżał z otwartymi oczami i ustami. Długie czarne włosy otaczały jego twarz. Ręce miał dziwnie ułożone, dłonie odwrócone do nieba, jakby chciał nabrać w nie światła. Koło południa było gorąco, słońce przypiekało. Szła z obiadem dla męża do fabryczki. Wiedziała, że oni tam leżą na śmietniku. Widziała ich rano. Kiedy zbliżała się do śmietnika, zamknęła oczy i tak z zamkniętymi oczami ominęła to miejsce. A kiedy wracała do domu, znów odwróciła głowę i patrzyła na biały klasztor, na dzwonnicę, w której nie było dzwonów. Szła przez słodki zapach lip i nic nie widziała. Ale oni tam leżeli. Teraz w nocy widziała ich przez zamknięte powieki. Białe, bezbronne ciało, rozwarte nogi i ciemne podbrzusze. Widziała przez zamknięte powieki las. Sosny w lesie. Błyszczący kopiec. Siebie i Józia, braciszka, który utopił się w stawie. Stali nad mrowiskiem z długimi patykami. Józio uśmiechał się do niej i mówił, ale nic nie słyszała. W rękach trzymali długie kije. Najpierw wrzucali do kopca liście, gałązki, kamienie. Las tonął w szarej rzece cały czarny i tylko na jednym pniu siedziało światło. Kamienie były wielkie, okrągłe jak bochny chleba. Na każdym kamieniu roiły się błyszczące mrówki. Rzucali coraz więcej kamieni. Śmiali się i krzyczeli, a potem w milczeniu zaczęli rozgrzebywać mrowisko kijami. Rozwalali i rozkopywali mrowisko z wściekłością. Wbity głęboko kij rozwalił ścianę kopca i odkrył gronka białych jajeczek. Mrówki unosiły te jajeczka, uciekały. Kotłowało się w mrowisku. Jajeczka były miękkie, wilgotne w środku. Mrówki znikały w głębszych korytarzach kopca. Kiedy wszystkie jajeczka zostały ukryte, kije wbiły się jeszcze głębiej w igliwie i wyrzuciły znowu na powierzchnię ziemi mrówki i białe jajeczka. Chwycili olbrzymi kamień, cisnęli w sam środek rozwalonego mrowiska i pobiegli do lasu.

Błyskawica rozdarła noc od ziemi do nieba. Grzmot. Światło wtargnęło do izby, gdzie ułożyli sobie gniazdo. Podziemną norkę przebiło ostrze ze światła. Było zakrzywione jak szabla, odwaliło bryłkę ziemi, na dnie skręcały się niemrawo robaki o białych odwłokach. Kobieta otworzyła oczy. Było ciemno. „Nie – powiedziała – nie śpię”. Obok spoczywało nieruchome ciało męża. Ręka kobiety gładziła lekko głowę śpiącego. Czuła suche twarde włosy pod palcami, czuła każdy włos jakby osobno. Suchy, ostry, ciepły. Ręka przesuwała się po zamkniętych oczach i wargach. Zatrzymała się. Ciepłe, wilgotne tchnienie wypełniło dłoń.

Zbudź się – prosiła.

Ciało jego poruszyło się i posłusznie przylgnęło do jej ciała. Mężczyzna spał jeszcze, ale jego ciało przebudzone i czujne zaczęło napełniać się krwią.



[09.05.2026, Toruń]


08 maja 2026

BIBLIA GDAŃSKA (1632) - KSIĘGA KAZNODZIEI SALOMONA [KOHELETA] KSIĘGA 9.

 

9:1

Zaprawdęm to wszystko uważał w sercu swem, abym to wszystko objaśnił, że sprawiedliwi i mądrzy z sprawami swemi są w rękach Bożych, a iż ani miłości, ani nienawiści nie zna człowiek ze wszystkich rzeczy, które są przed obliczem jego.

9:2

Wszystko się dzieje jednakowo wszystkim; jednoż przychodzi na sprawiedliwego i niezbożnego, na dobrego i na czystego i nieczystego, na ofiarującego i na tego, który nie ofiaruje; na dobrego, i na grzesznego, na przysięgającego, i na tego, co się przysięgi boi.

9:3

A toć jest najgorsza między wszystkiem, co się dzieje pod słońcem, iż jednoż przychodzi na wszystkich; a owszem, że serce synów ludzkich pełne jest złego, a iż głupstwo trzyma się serca ich za żywota ich, a potem idą do umarłych.

9:4

Albowiem ktokolwiek się towarzyszy ze wszystkimi żywymi, ma nadzieję, (Gdyż i pies żywy lepszy jest, niż lew zdechły;)

9:5

Boć ci, co żyją, wiedzą, że umrzeć mają; ale umarli o niczem nie wiedzą, i nie mają więcej żadnej zapłaty, gdyż w zapamiętanie przyszła pamiątka ich.

9:6

Owszem i miłość ich, i zazdrość ich i nienawiść ich już zginęła, a nie mają więcej działu na wieki we wszystkiem, co się dzieje pod słońcem.

9:7

Idźże tedy, jedz z radością chleb twój, a pij z dobrą myślą wino twoje; albowiem już wdzięczne są Bogu sprawy twoje.

9:8

Na każdy czas niech będą szaty twoje białe, a olejku na głowie twojej niech się nie przebiera.

9:9

Zażywaj żywota z żoną, którąś umiłował, po wszystkie dni żywota marności twojej, któreć dał Bóg pod słońcem po wszystkie dni marności twojej; boć ten jest dział twój w żywocie twoim i w pracy twojej, którą podejmujesz pod słońcem.

9:10

Wszystko, co przedsięweźmie ręka twoja do czynienia, czyń według możności twojej, albowiem niemasz żadnej pracy, ani myśli, ani umiejętności, ani mądrości w grobie, do którego ty idziesz.

9:11

Potem obróciwszy się ujrzałem pod słońcem, że bieg nie jest w mocy prędkich, ani wojna w mocy mężnych, ani żywność w mocy mądrych, ani bogactwo w mocy roztropnych, ani łaska w mocy pomyślnych; ale czas i trafunek wszystko przynosi.

9:12

Bo człowiek nie wie czasu swego; ale jako ryby, które bywają łowione siecią szkodliwą, i jako ptaki łapane bywają sidłem; tak ułowieni bywają synowie ludzcy we zły czas, gdy na nie nagle przypada.

9:13

Nadto widziałem i tę mądrość pod słońcem, która jest wielka u mnie:

9:14

Miasto małe, a w niem ludzi mało, przeciw któremu przyciągnął król możny, i obległ je, i usypał przeciwko niemu wały wielkie;

9:15

I znalazł się w niem mąż ubogi mądry, który wybawił miasto ono mądrością swoją; choć nikt nie wspomniał na onego męża ubogiego.

9:16

Przetożem ja rzekł: Lepsza jest mądrość, niżeli moc, aczkolwiek mądrość onego ubogiego była wzgardzona, i słów jego nie słuchali.

9:17

Słów ludzi mądrych spokojnie słuchać należy, raczej niż krzyku panującego między głupimi.

9:18

Lepsza jest mądrość niż oręże wojenne; ale jeden grzesznik psuje wiele dobrego.



[08.05.2026, Toruń]

20 kwietnia 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1394) DARCIE GĘBY I REKLAMY

 

1394.

W sumie to w telewizorze oglądam siatkówkę, snookera, Columbo i stare polskie seriale. Ale jak się przeszukuje pilotem po szczególne programy, to zawsze człowieka coś zaskoczy. Przeskakuję ja sobie po programach i nagle słyszę jakiś wrzask, ryk, tak jakby kogoś na żywca obdzierano ze skóry. Oj, myślę sobie, czyżby to nasz prezydent musztrował żołnierzy? Cofnąłem więc oprogramowanie pilota w to wrzaskliwe miejsce… nie, to nie batyr, to kożuchowska nadziera się na swą rodzinkę. Okazuje się, że w polskiej telewizorni są dwie okoliczności, w wyniku których poziom decybeli przekracza hałas wywoływany startem samolotu na Okęciu – są to: reklamy i kożuchowska.

A skoro jesteśmy przy reklamach, to jestem osobą (chyba już kiedyś o tym wspomniałem) całkowicie niepodatną na reklamy, do tego stopnia niepodatną, że gdyby ludziska podobni byli do mnie w tym względzie, telewizja i radio musiałyby skończyć z nadawaniem programów, ot takiej „Rodzinki” czy innego badziewiastego „Rancza”.

Mało tego, posiadam też taką właściwość, że gdybym nawet jakimś sposobem uzyskał „podatność”, to w przypadku niektórych reklam nigdy, ale to nigdy nie zakupiłbym niektórych reklamowanych produktów. Nie zakupiłbym dwóch marek gumy do żucia (jedna przedstawia obrazek człowieczka, któremu na czole wyrosła gęba, w drugiej inny człowieczek, przepraszam za słowo, rzyga bąbelkami. Choćby mnie przypalano propano-butanem, nie zakupiłbym produktu zwanego z polska „czarny” oraz nie kupiłbym autka marki Jeep, nawet, gdybym posiadał nadmiar gotówki i nie wiedziałbym, czy opłacić czteroletni pobyt batyra w zakładzie bez klamek, czy też sfinansować odblokowanie cieśniny Ormuz.

Ale żeby nie wyszło na to, że nic a nic nie akceptuję reklam, to rzeknę, iż podobają mi się reklamy żelków Haribo.



[20.04.2026, Toruń]