R. VI - W JAKI SPOSÓB NOWI LUDZIE
UKAZUJĄ SIĘ NAD STARYMI HORYZONTAMI. (cd.)
[…] — Wokulski?… no, nie — mówił
pan Tomasz. — Jest to człowiek szalonej energii, ale co się tyczy
daru kombinowania, nie powiem, ażeby posiadał go w wysokim stopniu.
— Zdaje mi się, że składa tego dowody.
— Wszystko to są dowody tylko energii —
odpowiedział pan Tomasz. — Dar kombinacji, genialny umysł poznaje
się w innych rzeczach, choćby… w grze. Ja z nim dosyć często
grywam w pikietę¹⁶⁸, gdzie koniecznie trzeba kombinować.
Rezultat jest taki, że przegrałem osiem do dziesięciu rubli, a
wygrałem około siedemdziesięciu, chociaż — nie
mam pretensji do geniuszu! — dodał
skromnie.
Pannie Izabeli wypadł z ręki widelec.
Pobladła i chwyciwszy się za czoło szepnęła:
— A!… a!…
Ojciec i panna Florentyna zerwali się z
krzeseł.
— Co ci jest Belu?… — spytał
zatrwożony pan Tomasz.
— Nic — odpowiedziała wstaąc od
stołu — migrena. Od godziny czułam, że będę ją mieć… To
nic, papo…
Pocałowała ojca w rękę i wyszła do
swego pokoju.
— Nagła migrena powinna by przejść
zaraz — rzekł Pan Tomasz. — Pójdź do niej, Florciu. Ja na
chwilę wyjdę do miasta, bo muszę zobaczyć się z kilkoma osobami,
ale wcześniej wrócę. Tymczasem czuwaj nad nią, kochana Florciu,
proszę cię o to — mówił pan Tomasz ze spokojną fizjognomią
człowieka, bez którego poleceń albo prośby nie może być dobrze
na świecie.
— Zaraz do niej pójdę, tylko tu zrobię
porządek — odpowiedziała panna Florentyna, dla której ład w
domu był sprawą ważniejszą od czyjejkolwiek migreny.
Już mrok ogarnął ziemię… Panna
Izabela jest znowu sama w swoim gabinecie; upadła na szezlong i obu
rękami zasłoniła oczy. Spod kaskady tkanin spływających aż na
podłogę wysunął się jej wąski pantofelek i kawałek pończoszki;
ale tego nikt nie widzi ani ona o tym nie myśli. W tej chwili jej
duszę znowu targa gniew, żal i wstyd. Ciotka ją przeprosiła, ona
sama będzie kwestować przy najładniejszym grobie i będzie miała
najpiękniejszy kostium; lecz mimo to — jest nieszczęśliwą…
Doznaje takich uczuć, jak gdyby wszedłszy do pełnego salonu
ujrzała nagle na swym nowym kostiumie ogromną tłustą plamę
obrzydłej formy i koloru, jakby suknię wytarzano gdzieś na
kuchennych schodach. Myśl o tym jest dla niej tak wstrętna, że
ślina napływa jej do ust. Co za straszne położenie!… Już
miesiąc zadłużają się u swego lokaja, a od dziesięciu dni jej
ojciec na swoje drobne wydatki wygrywa pieniądze w karty… Wygrać
można; panowie wygrywają tysiące, ale — nie na opędzenie
pierwszych potrzeb, i przecież — nie od kupców. Ach, gdyby można,
upadłaby ojcu do nóg i błagała go, ażeby nie grywał z tymi
ludźmi, a przynajmniej nie teraz, kiedy ich stan majątkowy jest tak
ciężki. Za kilka dni, gdy odbierze pieniądze za swój serwis, sama
wręczy ojcu paręset rubli prosząc, ażeby je przegrał do tego
pana Wokulskiego, ażeby wynagrodził go hojniej, niż ona wynagrodzi
Mikołaja za zaciągnięte długi. Ale czyż je wypada zrobić to, a
nawet mówić o tym ojcu?…
„Wokulski?… Wokulski?… — szepcze
panna Izabela. — Któż to jest ten Wokulski, który dziś tak
nagle ukazał się jej od razu z kilku stron, pod rozmaitymi
postaciami. Co on ma do czynienia z jej ciotką, z ojcem?…”
I otóż zdaje się jej, że już od kilku
tygodni coś słyszała o tym człowieku. Jakiś kupiec niedawno
ofiarował parę tysięcy rubli na dobroczynność, ale nie była
pewna, czy to był handlujący strojami damskimi, czy futrami. Potem
mówiono, że także jakiś kupiec podczas wojny bułgarskiej¹⁶⁹
dorobił się wielkiego majątku, tylko nie uważała, czy dorobił
się szewc, u którego ona bierze buciki, czy jej fryzjer? I dopiero
teraz przypomina sobie, że ten kupiec, który dał pieniądze na
dobroczynność, i ten, który zyskał duży majątek, są jedną
osobą, że to właśnie jest ów Wokulski, który do jej ojca
przegrywa w karty, a którego jej ciotka, znana z dumy hrabina
Karolowa, nazywa: „mój poczciwy Wokulski!…” […]
-----------------------------------------------------------------------
¹⁶⁸pikieta — gra w karty na dwie
osoby.
¹⁶⁹wojna bułgarska — wojna ta
została wypowiedziana Turcji przez Rosję pod pretekstem obrony
Bułgarów i toczyła się głównie na terenie Bułgarii; stąd
nazwa bułgarskiej
-----------------------------------------------------------------------
[…] W tej chwili przypomina sobie nawet
fizjognomię tego człowieka, który w sklepie nie chciał z nią
mówić, tylko cofnąwszy się za ogromne japońskie wazony
przypatrywał się jej posępnie. Jak on na nią patrzył…
Jednego dnia weszła z panną Florentyną
na czekoladę do cukierni, przez figle. Usiadły przy oknie, za
którym zebrało się kilkoro obdartych dzieci. Dzieci spoglądały
na nią, na czekoladę i na ciastka z ciekawością i łakomstwem
głodnych zwierzątek, a ten kupiec — tak samo na nią patrzył.
Lekki dreszcz przebiegł pannę Izabelę. I to ma być wspólnik jej
ojca?… Do czego ten wspólnik?… Skąd jej ojcu przyszło do głowy
zawiązywać jakieś towarzystwa handlowe, tworzyć jakieś rozległe
plany, o których nigdy dawniej nie marzył?… Chce przy pomocy
mieszczaństwa wysunąć się na czoło arystokracji; chce zostać
wybranym do rady miejskiej, której nie było i nie ma?… Ależ ten
Wokulski to naprawdę jakiś aferzysta, może oszust, który
potrzebuje głośnego nazwiska na szyld do swoich przedsiębiorstw.
Bywały takie wypadki. Ileż pięknych nazwisk szlachty niemieckiej i
węgierskiej unurzało się w operacjach handlowych, których ona
nawet nie rozumie, a ojciec chyba nie więcej.
Zrobiło się już zupełnie ciemno; na
ulicy zapalono latarnie, których blask wpadał do gabinetu panny
Izabeli malując na suficie ramę okna i zwoje firanki. Wyglądało
to jak krzyż na tle jasności, którą powoli zasłania gęsty
obłok.
„Gdzie to ja widziałam taki krzyż, taką
chmurę i jasność?…” — zapytała się panna Izabela. Zaczęła
przypominać sobie widziane w życiu okolice i — marzyć. Zdawało
się jej, że powozem jedzie przez jakąś znaną miejscowość.
Krajobraz jest podobny do olbrzymiego pierścienia, utworzonego z
lasów i zielonych gór, a jej powóz znajduje się na krawędzi
pierścienia i zjeżdża na dół. Czy on zjeżdża? bo ani zbliża
się do niczego, ani od niczego nie oddala, tak jakby stał w
miejscu. Ale zjeżdża: widać to po wizerunku słońca, które odbija
się w lakierowanym skrzydle powozu i drgając, z wolna posuwa się w
tył. Zresztą słychać turkot… To turkot dorożki na ulicy?…
Nie, to turkoczą machiny pracujące gdzieś w głębi owego
pierścienia gór i lasów. Widać tam nawet, na dole, jakby jezioro
czarnych dymów i białych par, ujęte w ramę zieloności. Teraz
panna Izabela spostrzega ojca, który siedzi przy niej i z uwagą
ogląda sobie paznokcie, od czasu do czasu rzucając okiem na
krajobraz. Powóz ciągle stoi na krawędzi pierścienia niby bez
ruchu, a tylko wizerunek słońca, odbitego w lakierowanym skrzydle,
wolno posuwa się ku tyłowi. Ten pozorny spoczynek czy też utajony
ruch w wysokim stopniu drażni pannę Izabelę.
„Czy my jedziemy, czy stoimy?” — pyta
ojca. Ale ojciec nie odpowiada nic, jakby jej nie widział; ogląda
swoje piękne paznokcie i czasami rzuca okiem na okolicę…
Wtem (powóz ciągle drży i słychać
turkot) z głębi jeziora czarnych dymów i białych par wynurza się
do pół figury jakiś człowiek. Ma krótko ostrzyżone włosy,
śniadą twarz, która przypomina Trostiego, pułkownika strzelców
(a może gladiatora z Florencji?), i ogromne czerwone dłonie. Odziany
jest w zasmoloną koszulę z rękawami zawiniętymi wyżej łokcia; w
lewej ręce, tuż przy piersi, trzyma karty ułożone w wachlarz, w
prawej, którą podniósł nad głowę, trzyma jedną kartę,
widocznie w tym celu, aby ją rzucić na przód siedzenia powozu.
Reszty postaci nie widać spośród dymu.
„Co on robi, ojcze?” — pyta się
zalękniona panna Izabela.
„Gra ze mną w pikietę” — odpowiada
ojciec, również trzymając w rękach karty.
„Ależ to straszny człowiek, papo!”
„Nawet tacy nie robią nic złego
kobietom” — odpowiada pan Tomasz.
Teraz dopiero panna Izabela spostrzega, że
człowiek w koszuli patrzy na nią jakimś szczególnym wzrokiem,
ciągle trzymając kartę nad głową. Dym i para, kotłujące w
dolinie, chwilami zasłaniają jego rozpiętą koszulę i surowe
oblicze; tonie wśród nich — nie ma go. Tylko spoza dymu widać
blady połysk jego oczów, a nad dymem obnażoną do łokcia rękę i
— kartę.
„Co znaczy ta karta, papo?…” —
zapytuje ojca.
Ale ojciec spokojnie patrzy we własne
karty i nie powiada nic, jakby jej nie widział.
„Kiedyż nareszcie wyjedziemy z tego
miejsca?…”
Ale choć powóz drży i słońce odbite w
skrzydle posuwa się ku tyłowi, ciągle u stopnim widać jezioro
dymu, a w nim zanurzonego człowieka, jego rękę nad głową i —
kartę. Pannę Izabelę ogarnia nerwowy niepokó, skupia
wszystkie wspomnienia, wszystkie myśli, ażeby odgadnąć co znaczy
karta, którą trzyma ten człowiek?… Czy to są pieniądze, które
przegrał do ojca w pikietę? Chyba nie. Może ofiara, jaką złożył
Towarzystwu Dobroczynności? I to nie. Może tysiąc rubli, które
dał ciotce na ochronę, a może to jest kwit na fontannę, ptaszki i
dywany do ubrania grobu Pańskiego?… Także nie; to wszystko nie
niepokoiłoby jej. Stopniowo pannę Izabelę napełnia wielka bojaźń.
Może to są weksle jej ojca, które ktoś niedawno wykupił?… W
takim razie wziąwszy pieniądze za srebra i serwis spłaci ten dług
najpierwej i uwolni się od podobnego wierzyciela. Ale człowiek
pogrążony w dymie wciąż patrzy jej w oczy i karty nie rzuca. Więc
może… Ach!… Panna Izabela zrywa się z szezlonga, potrąca w
ciemności o taburet i drżącymi rękoma dzwoni. Dzwoni już drugi
raz, nie odpowiada nikt, więc wybiega do przedpokoju i we drzwiach
spotyka pannę Florentynę, która chwyta ją za rękę i mówi ze
zdziwieniem:
— Co tobie, Belciu?…
Światło w przedpokoju nieco oprzytomnia
pannę Izabelę. Uśmiecha się.
— Weź, Florciu, lampę do mego pokoju.
Papa jest?
— Przed chwilą wyjechał.
— A Mikołaj?
— Zaraz wróci, poszedł oddać list
posłańcowi. Czy gorzej boli cię głowa? — pyta panna Florentyna.
— Nie — śmieje się panna Izabela —
tylko zdrzemnęłam się i tak mi się coś majaczyło. Panna
Florentyna bierze lampę i obie z kuzynką idą do jej gabinetu.
Panna Izabela siada na szezlongu, zasłania ręką oczy przed
światłem i mówi:
— Wiesz, Florciu, namyśliłam się, nie
sprzedam moich sreber obcemu. Mogą naprawdę dostać się Bóg wie w
jakie ręce. Siądź zaraz, jeżeliś łaskawa, przy moim biurku i
napisz do ciotki, że… przyjmuję jej propozycję. Niech nam
pożyczy trzy tysiące rubli i niech weźmie serwis i srebra.
Panna Florentyna patrzy na nią z
nawyższym zdumieniem, wreszcie odpowiada:
— To jest niemożliwe, Belciu.
— Dlaczego?…
— Przed kwadransem otrzymałam list od
pani Meliton, że srebra i serwis już kupione.
— Już?… Kto je kupił? — woła panna
Izabela chwytając kuzynkę za ręce.
Panna Florentyna jest zmieszana.
— Podobno jakiś kupiec z Rosji… —
mówi, lecz czuć, że mówi nieprawdę.
— Ty coś wiesz, Florciu!… Proszę cię,
powiedz!… — błaga ją panna Izabela. Jej oczy
napełniają się łzami.
— Zresztą tobie powiem, tylko nie zdradź
tajemnicy przed ojcem — prosi kuzynka.
— Więc kto?… No, kto kupił?…
— Wokulski — odpowiada panna
Florentyna.
Pannie Izabeli w jednej chwili obeschły
oczy nabierając przy tym barwy stalowej. Odpycha z gniewem ręce
kuzynki, przechodzi tam i na powrót swój gabinet, wreszcie siada na
foteliku naprzeciw panny Florentyny. Nie jest już przestraszoną i
zdenerwowaną pięknością, ale wielką damą, która ma zamiar
kogoś ze służby osądzić, a może wydalić.
— Powiedz mi, kuzynko — mówi pięknym
kontraltowym głosem — co to za śmieszny spisek knujecie przeciwko
mnie?
— Ja?… spisek?… — powtarza panna
Florentyna, przyciskaąc rękoma piersi. — Nie rozumiem cię,
Belu…
— Tak. Ty, pani Meliton i ten… zabawny
bohater… Wokulski…
— Ja i Wokulski?… — powtarza panna
Florentyna. Tym razem zdziwienie jej jest tak szczere, że wątpić
nie można.
— Przypuśćmy, że nie spiskujesz —
ciągnie dalej Panna Izabela — ale coś wiesz…
— O Wokulskim wiem to, co wszyscy. Ma
sklep, w którym kupujemy, zrobił majątek na wojnie…
— A o tym, że wciąga papę do spółki
handlowej, nie słyszałaś?
Wyraziste oczy panny Florentyny zrobiły
się bardzo dużymi. […]
[27.09.2026, Toruń]