O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

14 października 2018

[KAMYCZKI] UPARTY SZCZEPAN

- Zobacz, słońce już podniosło swoją rumianą głowę, zaraz zażółci się jak to pole rzepaku za strumykiem i wygoni nocną rosę z traw. Jak pięknie w taki dzień hałaśliwy świergotem wróbli i piskami kosów wybrać się na spacer… a zresztą pora na śniadanie, prawda?
- Prawda. Czekałam na ciebie, mamo.
- I taką w sobie mam ulgę, taką ulgę.
Młoda spojrzała na nią mętnym wzrokiem, wciąż jeszcze przyprószonym poranną mgiełką.
- Mamo, a czy to cię nie boli? - spojrzała na matkę w wiadome miejsce.
- A gdzież tam! Szczepanowa to chyba w całej wsi jest najdelikatniejsza, a przy tym pogłaszcze po szyi, powie dobre słowo. Zobaczysz sama, jak na ciebie przyjdzie kolej. Ale teraz dosyć gadania, chodźmy. Prawdę mówiąc zgłodniałam.
- Ja też, mamo.
Poszły. Jedna z drugą, noga za nogą, obok siebie. Minęły czupurne osiki dające rozległy cień, szły wesoło, a uśmiechnięte jakby to ich był pierwszy spacer po zimowej porze, a to przecież początek lata. Jaki długi ten dzień po najkrótszej nocy! Starsza oczywiście wiedziała gdzie iść, gdzie zaprowadzić swoją pociechę. Małoż to razy szła tą ścieżką? Przeszły z pięćdziesiąt kroków, matka się obejrzała - Szczepanowa patrzyła za nimi. Dobra kobieta, nie szukać innej na tym świecie.
Młoda nie odstępowała matki. Bywało, że niby to przypadkiem, przytulała się do niej i wtedy czuła ciepło oddechu tej starszej. Co i rusz zatrzymywała się, ale matka kazała jej iść obok siebie. - Nie tutaj, jeszcze dalej - mówiła do młodej, a trochę i do siebie.
- O, tam pójdziemy - pokazała wzrokiem. - Ranek jeszcze chłodnawy, trzeba nam na mocne słońce iść, tam zjemy śniadanie.
I doszły tam, gdzie w istocie słońce, choć jeszcze niskie, przypiekało czerwcowo.
- No, masz, to dla ciebie, popróbuj.
Młoda odetchnęła z ulgą. Zabrała się do jedzenia, a pomyślała sobie, że matka wie, co dobre, co najlepiej jej smakuje.
- Ale nie jedz tak łapczywie. Nikt ci jedzenia nie wymawia, ale jedz powoli, mamy tyle czasu.
Sama też wzięła się za swoje śniadanie, co chwila zerkając na córkę, pilnując, aby nie wybierała co najsmaczniejsze, a jadła wszystko, co było dla niej przygotowane.
Tak i nasyciły się i jeszcze radośniej zrobiło im się na sercu. Matka była dumna z córki, że taka posłuszna, że kiedy powie „jedz”, to je, a kiedy zakomenderuje „koniec”, to młoda przestanie, bo starsza zawsze mówiła, że należy jeść z przerwami, żeby się „w żołądku wszystko porządnie ułożyło”. Niezależnie od tego jedzenia, matka aż kipiała dumą z córki także z tego powodu, że była ona śliczna. Opowiadała znajomym ze wsi, że co jak co, ale córka to jej się udała i niech każdy tej piękności jej zazdrości.
- Mamo, położę się na chwilę.
- A cóż to, noc przecież przespałaś? Zaglądałam do ciebie.
- Nogi mnie bolą. Chciałabym je wyprostować.
- Ech, ty trzpiocie, ciebie bolą nogi? Ciebie? W tym wieku? No, poleż sobie, poleż. Rozłóż się tam w wysokiej trawie, będzie ci miękko, a i chyba śladu po rosie na niej nie zostało.
Córka pobiegła we wskazane miejsce. Położyła się na boku, zaczęła majdać nogami; potem na drugim, plecami do słońca. A potem się jej przysnęło - drzemała już, kiedy matka poczęła się zachwycać łąką, łanami rzepaku rosnącego po tamtej stronie strugi, skowronkami co wysoko pod samym niebem chwaliły świat dzwoneczkami swoich pieśni.
A kiedy się wybudziła, dalejże hasać po łące, jak to dziecko lubiące ruch na świeżym powietrzu. Matka tylko się przyglądała.
- A ciesz się ciesz, tylko czego sobie nie złam.
W końcu młoda się znudziła. Wróciła do matki z chrapliwym oddechem, umęczona.
- Mamo, chce mi się pić! - wykrzyknęła.
- Po takim brykaniu wcale się nie dziwię. Widzisz, tam? Szczepan specjalnie dla nas przygotował.
- Ten Szczepan, mamo, to bardzo porządny człowiek..
- O, tak, moja mała, na Szczepana zawsze można liczyć.
Mała pobiegła tam, gdzie mogła ugasić pragnienie, a jakiej ochłody doświadczyła. Znów przybiegła do matki, aby dokończyć śniadanko, ale tak to już bywa z dziećmi, że przy jednej czynności nie wytrwają długo.
- A pozwolisz mi mamo, abym się popluskała w wodzie, choćby po kolana?
Starsza wiedziała, że chodzi o ten strumyk oddzielający łąkę od pola.
- A toż nie wiem, czy będzie ci w nim po kolana? A idź, pobrykaj sobie w wodzie. Ja podejdę też w tamtą stronę, bo prawdę powiedziawszy…
Ale młoda nie usłyszała dalszego ciągu. Jak ta sarenka pomknęła w stronę strugi. Nie było stromo. Młoda zagłębiła się w wypłaszczony wąwóz rzeczułki, starsza szła w jej kierunku i słyszała pluski. Sama jednak nie podeszła pod strumyk - odwracając głowę ujrzała na skraju Szczepanowej łąki, przy zagrodzie, dwie postaci. Nie poznała ich jednak z takiej odległości. Młoda tymczasem jak ta koza wyskoczyła z rzeczki i przybiegła do matki jak na zawołanie.
- Zobacz, jak ty wyglądasz! Popatrz na swoje nogi - szlam a błocko. Przebiegnij się po tej wysokiej trawie, poszuraj nogami, wytrzyj je z błota, tylko mi do wody nie wchodź ponownie - zakrzyknęła starsza.
Nie trzeba było młodej mówić kilka razy - pogoniła w wysoką trawę, wyszorowała ją nogami i jak odnowiona wróciła do matki.
Ta spojrzała ponownie w stronę zagrody. Dwie postaci powoli ale sukcesywnie wkraczały na łąkę. W końcu je rozpoznała - to Szczepan i jego sąsiad Grabek dążyli ku nim.
- Ech, czemu ja jej kazałam wytrzeć nogi? - pomyślała matka. - Powinnam młodej przykazać, aby cała wytarzała się w tym błocie.
- Chodź no tutaj, córeczko - rzekła w końcu - i stań tam, o tam właśnie, stań pod słońce, tak aby…
Młoda, ma się rozumieć, i tym razem posłuchała matki, której teraz zależało na tym, aby sąsiada Grabka podchodzącego do nich ze Szczepanem coraz bliżej słońce kłuło w oczy promieniami, słowem, żeby Grabek nie mógł się porządnie przyjrzeć młodej.
A ci dwaj podeszli już na tyle blisko, że mogła usłyszeć ich rozmowę. Skupiła się i nadstawiła uszy.
- Kiedy już ci mówiłem, sąsiedzie, nic z tego nie będzie.
- Ależ z ciebie uparciuch, Szczepanie.
- Nie będzie z tego nic i już.
- Nie pożałujesz, przecież nie chcę za darmo.
- A ty wciąż swoje, Grabku. Nie ubijemy interesu.
- A choć popatrzeć mogę?
- Dyć po to przyszliśmy. A patrz sobie, podziwiaj.
Patrzył, podziwiał, lecz gdyby nie to słońce….
- Dam ci za nią siódemkę prosiaków. Dorodne, nie pożałujesz.
- Grabku, za takie cielątko, to bym i nie chciał dwudziestu siedmiu prosiąt. Popatrz no tylko na nie. Widzisz jak przepięknie przez naturę uformowane? A to spojrzenie? Te oczy? Kiedy tak sobie na nie popatrzę, to myślę sobie, że ono wszystko rozumie, tylko go mówić nie nauczono. Ma to po matce. I spójrz - plamka w plamkę matka. A jak idą obok siebie do zdroju, albo na popaskę, to łby ku siebie zwrócone, jakby coś tam ze sobą rozmawiały, jakby krasula coś tej drugiej tłumaczyła. Nie, Grabku, to cielątko nie jest do sprzedania.
Na te ostatnie słowa starsza aż podskoczyła jak źrebak, przed którym rozwarto furtę stajni. Dalejże podbiegła do młodej.
- Chodź, córko, tym razem wykąpiemy się obie w strudze! Co tam szlam! Co tam błocko!
I pobiegły, noga w nogę, obok siebie.
A starsza, nie wiedzieć czemu, bo tego w życiu nie robiła, wyryczała na głos:
- Szczepanie, jakie to szczęście, że jesteś uparty!


[11.10.2018, Lierop, Północna Brabancja w Holandii i 12.10.2018, Bedburg (rastsatte) w Niemczech ]

07 października 2018

[KAMYCZKI] JORDI MA REFLEKS


- No to mów! Kiedyśmy się to ostatnim razem widzieli? Cztery? Pięć lat temu?
Teraz po wypiciu trzeciego kufla piwa stawał się bardziej wylewny, odważniejszy. Nie, Jordi nie miał mocnej głowy do alkoholu, nawet tego niskoprocentowego pachnącego słodem i jęczmieniem.
- Wszedłem do tego dyskontu, a tam, wiesz, jak zwykle w takich instytucjach, ogonek do kasy. Pięć kas i tylko dwie czynne, a ludzi tłum. Stanąłem w kolejce rozwidlającej się tuż przed sąsiadującymi z sobą kasami. Ona stała bezpośrednio przede mną. Właściwie to tak jak ja nie wiedziała, do której kasy podejść, ale kiedy otworzyli tę trzecią, oboje skierowaliśmy się właśnie do tej ostatniej. Była szczupła, niska, zadbana. Czarne włosy spięte gumką, odsłonięta szyja. Twarz miała śniadą, ale, co najważniejsze, na ręku trzymała dziecko. Ile mogło mieć? Cztery - pięć miesięcy - dziewczynka. Pisz, wymaluj - uroda matki, tylko policzki pełne, oczka czarniutkie smagały bystrym spojrzeniem to tu, to tam, a jedną rączką dotykała towarów ustawionych na ostatniej półce przed dojściem do kasy. Staliśmy sporo czasu, bo przed nami jakieś dwie panie i małżeństwo wystawiali na taśmociąg tyle towaru - spożywki, że przez miesiąc bym tego nie zjadł. A dziewczątko nic - żadnego zniecierpliwienia, płaczu, grzeczniutkie takie. A jej matka - dałbym jej lat osiemnaście, góra dziewiętnaście, mówię ci, ślicznotka, w tym drugim ręku trzymała kilogramową torebkę ryżu, pewnie w promocyjnej cenie, bo zdążyłem zobaczyć, że wielu kupujących miało w swoich wózkach po kilka takich torebek. W dłoni pod tą torbą ryżu młoda matka - spostrzegłem to - ściskała dwie monety o niskim nominale. Wtedy to pomyślałem sobie: jakże to tak, to małżeństwo i te dwie panie przed nami zapłacą za swoje sprawunki ze czterysta złotych każde z nich, a ta drobna panienka nie więcej niż dwa złote? Ten ryż to z pewnością dla dziecka. Ugotuje na mleku, zmiksuje, posłodzi i taką papką nakarmi dzidziusia. Głowę bym dał, że ten ryż jest dla dziecka. Może, myślę sobie, nie stać jej na gotowe jedzenie dla dzieci? Ale w sumie taki ryż, jeśli tylko przygotuje się go jak dla dziecka, też jest dobry i pożywny.
Czekanie na obsługę przedłużało się, gdyż akurat zabrakło papieru w naszej kasie fiskalnej, a mnie zaczęło coraz bardziej dręczyć to, czemu ta dziewczyna przyszła do sklepu sama. Co robi jej mąż? Chłopak? A może jest samotna? Samotna matka wychowująca dziecko? Tak może być, pomyślałem sobie i nawet trochę zrobiło mi się jej żal, chociaż naprawdę była zadbana, nie mówiąc już o urodzie. Ale z drugiej strony mogę się mylić. Młody ojciec może jest teraz w pracy, bo musi w końcu utrzymać te swoje dziewczyny. Pewnie młoda bierze też zasiłek, ale chyba niezbyt wysoki, skoro stać ją tylko na ryż po promocyjnych cenach… chociaż ta jej córeczka jest porządnie ubrana i, jak to jest z dziewczynkami, różowy kolor jej bluzeczki, czystej jakby wprost ze sklepowej lady, przepięknie kontrastuje z ciemną karnacją jej skóry.
Mówię ci, tak się w nie obie zapatrzyłem, tak zapatrzyłem, że zacząłem sobie Bóg wie co wyobrażać, że ona i ja… rozumiesz, że to dziecko to moja sprawka i w ogóle, że my oboje to para…. Wiem, to głupie, ale tak wtedy myślałem. Nachyliłem się nad jej szyją - jakże ona pachniała, subtelny konwaliowy zapach, skądś go znam. Oczywiście starałem się nie dać po sobie znać, że dziewczyna wpadła mi w oko, broń Boże, nie zbliżyłem się do niej na tyle, aby mogła poczuć na szyi i policzkach mój oddech, broń Boże, nie dotknąłem jej, ale w pewnej chwili torebka z ryżem wysunęła się jej z rąk i możesz to sobie wyobrazić - zdążyłem ją chwycić zanim upadła na podłogę. Podałem jej. Uśmiechnęła się nieznacznie i podziękowała, a ja próbowałem zapamiętać ten uśmiech.
Ale najciekawsze zostawię ci na koniec. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. O co chodzi? Wyjąłem z plecaka aparat fotograficzny. Na ladzie przed sąsiednią kasą, po lewej, ustawiono pajacyka reklamującego jakieś czekoladki. Oczy pajacyka świeciły na niebiesko, a nogi i ręce poruszały się zabawnie: góra - dół, a kiedy jego nogi zatrzymały się na chwilę w poziomie, ukazał się poniżej tułowia świecący na żółto batonik. Chciałem uchwycić ten moment aparatem… żartuję, to był tylko pretekst. Skierowałem obiektyw aparatu w stronę pajacyka; dziewczyna zorientowała się, że zamierzam zrobić zdjęcie tej „żywej” reklamie i nawet uchyliła się, robiąc mi miejsce, tymczasem w pewnym momencie przekierowałem aparat w jej stronę, nacisnąłem dwukrotnie przycisk. Czy się zorientowała? Kto wie? Nie pytałem. Poczekaj, zaraz ci pokażę - oba zdjęcia wyszły nad podziw świetnie.
Wsunął rękę do swego słynnego granatowego plecaka i wyjął z niego niewielką minoltę, uruchomił ją, wszedł do archiwum zdjęć i podał Zachariaszowi do obejrzenia. Ten aż pokiwał głową, a patrzył na oba zdjęcia przez dobrą minutę.
- No i co, Jordi, co dalej się stało? - zapytał.
- No co, w końcu doszliśmy do kasy. Najpierw ona. Paręnaście sekund to trwało - miała odliczoną kasę. Potem ja. Pomarańcze, pomidory, chleb, masło, cukier, coś tam jeszcze… zapłaciłem szybko… co z tego? Dziewczyna z dzieckiem zniknęła. Wybiegłem z dyskontu i tak jak przy przejściu przez jezdnię - w prawo, potem w lewo, później na wprost, i znowu w lewo, w prawo… nigdzie jej nie było. No powiedz, Zachar, jak tu żyć? Śmiejesz się ze mnie, człowieku, a śmiej się, śmiej, zakochałem się po uszy, od pierwszego wejrzenia. To co, że ma dziecko? Gwarantuję ci, że ten ojciec dziecka to taki ptak odlatujący na zimę do cieplejszych krajów, mówię ci, mam takie przeczucie. Pasuje mi nie tylko urodą, subtelnością, ale i wiekiem - góra pięć lat różnicy miedzy nami. Stary, zamówmy jeszcze po piwie, bo się rozklejam, ale gdybyś ją widział „na żywo” w naturze, to dziecko - kropla w kroplę matka… ale nie ma jej, rozumiesz, nie ma i nie wiem, czy ją kiedykolwiek jeszcze zobaczę.
Zachariusz zostawił na chwilę kumpla, po czym wrócił z dwoma kuflami piwa.
Tamten wciąż w stanie wskazującym na rozkład emocjonalny bezwiednie pochwycił swój kufel.
- Powiedziałbym ci coś, Jordi, ale się najpierw napij i pociągnij ostro, prawie do dna.
Jordi posłuchał, ale było mu wszystko jedno.
- Jordi, jeśli chcesz poznać moją siostrę, to możesz do nas wpaść jutro wieczorem… wytrzeźwiejesz do tego czasu, co? Przeczucie cię nie myliło - jest sama, a ojciec jej dziecka to rzeczywiście taki ptak, o którym mówiłeś. Ale muszę cię przestrzec - Kaja chce wszystko, czego pragnie osiągnąć w życiu, zawdzięczać sobie. Z pomocy naszych starych korzysta tylko w ostateczności, a jak mała podrośnie, siostra pójdzie do pracy… już teraz stara się o taką, którą może wykonywać przy dziecku…
Kufel z resztką piwa wysunął się Jordiemu z ręki i potoczył po śliskim, plastykowym blacie stolika, i pewnie by za chwilę upadł na podłogę, gdyby nie to, że Jordi nawet po wypiciu prawie czterech półlitrowych piw miał refleks i zdążył chwycić ten cholerny kufel, zanim zdołał się on roztrzaskać o kamienną posadzkę piwnego baru.

[05.10.2018, Pouilly-en-Auxois, Cote-d’-Or i 06.10.2018, Portes-les-Valence we Francji]

KAWIARENKA (115) NOWE OSIEDLE


Dyrektor cukrowni Gaworzewski doczekał się tego, że pierwsze składy wagoników kolejki wąskotorowej dojechały bezpiecznie z surowcem do zakładu. Nie było fanfar, orkiestry i przecinania wstęgi - była natomiast satysfakcja z tego, że udało się doprowadzić przedsięwzięcie do pomyślnego końca. Zaletą tej niemal trzydziestokilometrowej trasy było to, że prowadziła ona wprost przez pola obsiewane burakami i znacznie skracała drogę od gospodarzy, od przykolejowych składów (było takich pięć) do cukrowni. Koszty transportu zmniejszyły się też znacznie, a to głównie z powodu krótszej drogi oraz faktu, że transport drogowy, biorąc pod uwagę wzrost cen paliwa stawał się coraz droższy.
Ale nie była to jedyna korzyść płynąca ze wskrzeszenia dawnej linii wąskotorowej. Pan burmistrz z wydatną pomocą pana starosty dopięli swego. Udało im się wydzierżawić od kolei dwuwagonowy zestaw osobowy na wzór podmiejskiej kolejki, który już z końcem października połączy powiatowe miasto z Różanowem i dalej z cukrownią. Nie było to zadanie logistycznie łatwe, trzeba było uruchomić cztery przejazdy z automatyczną sygnalizacją, zaś w dwu pozostałych przypadkach, gdzie kolej przecinała obrzeża lasu, należało uzbroić przejazdy w zapory obsługiwane tymczasowo przez dróżników. Linia kolejowa liczyła sobie 34 kilometry, miała 6 przystanków, a czas jazdy pomiędzy punktami docelowymi wynosił 55 minut, co wprawdzie nie stanowiło o szybkości podróży, ale podobnie jak w przypadku transportu towarowego, kolejka docierała do miejscowości, z których łatwiej będzie się dostać tak do powiatu jak i do Różanowa koleją, zwłaszcza młodzieży szkolnej oraz całkiem sporej liczbie osób dojeżdżających do pracy w obu miastach.
Na stacjach przelotowych odnowionych już przez poszczególne gminy i sołectwa, tudzież przez pracowników leśnych, bo jeden z przystanków znajdował się w bliskim sąsiedztwie leśniczówki, umocowano na tablicach rozkład jazdy i tak od dnia 29 października na trasie: powiat - cukrownia kursować będą cztery pociągi, przy czym ten najwcześniejszy do Różnanowa i dalej do cukrowni startować będzie już o 6.15 z Woli Dąbrowskiej (stąd do cukrowni jest 25 minut jazdy). A Wolę Dąbrowską wybrano głównie z tego powodu, że w tym właśnie miejscu zachowało się doskonale torowisko wraz z bocznicami.
A co z tą starą lokomotywą i wagonami wyremontowanymi przez pracowników cukrowni? Na chwilę obecną kursować nie będzie, choć ponoć szykowana jest na Sylwestra, dwa razy w karnawale i na pierwszy dzień wiosny, a od maja wznawia okolicznościowe kursy turystyczne.
W gabinecie pana burmistrza Wojciecha Pilarskiego trwa tymczasem rozmowa, w której bierze udział odchodzący już na emeryturę przewodniczący rady miejskiej pan Klimowski oraz panowie: radca Krach, inżynier Bek, redaktor Pokorski, stary pisarz i mecenas Szydełko oraz wójt sąsiadującej z Różanowem gminy.
Rzecz dotyczy przegłosowanych onegdaj planów rozwoju przestrzennego miasta i przyległej gminy. Obraz z rzutnika pokazuje na tablicy mapę Różanowa i okolic: jest więc samo miasto, przecinająca je Mętnica, po prawej stronie zalew z budującym się ośrodkiem wypoczynkowym, niżej w górę rzeki Ciżemki z gospodarstwami Kosmowskich i Majewskich, z ośrodkiem uzdrowiskowym Wołodii; po drugiej stronie rzeki las, przed nim kolejka wąskotorowa i ścieżka biegnąca do woli Dąbrowskiej i dalej do powiatowego miasta. Ale szczególną uwagę zacni panowie przywiązują teraz do terenów położonych po lewej stronie drogi, licząc, od Różanowa, ciągnących się naprzeciwko wspomnianych gospodarstw i uzdrowiska. Tam w planach przewiduje się rozpocząć indywidualną zabudowę - ma powstać osiedle domków jednorodzinnych. Nie tylko plany są gotowe, ale i wybrany już został inwestor strategiczny, który wkroczy tu wiosną, kiedy to miasto i gmina uzbroją teren w kanalizację i sieć elektryczną. Docelowo powstanie w tym rejonie sześćdziesiąt domków bazujących na trzech projektach, o czym już kiedyś była mowa. Domy te o różnych powierzchniach mają posiadać wspólne architektoniczne oblicze. Początkowo rajcy miejscy mieli niejakie obawy, co do faktu wyboru przez władze takich a nie innych projektów - wszak to zabudowa typowo indywidualna i niektórym przyszłym lokatorom osiedla może się nie spodobać to, że o wyglądzie ich domów decydować się będzie odgórnie, ale pan burmistrz przekonał w końcu radnych, że chodzi mu także o estetykę całego osiedla i ukrócenie samowoli budowlanej. Nowe osiedle ma być również wizytówką miasta, z czym w końcu się zgodzono, ogłoszono przetarg, w którym zastrzeżono, że minimum 30% prac wykonane zostanie przez lokalne firmy.
Tak i dyskutowano na ten temat, sprzeczano o to, skąd miasto i gmina ma wziąć środki na zabezpieczenie infrastruktury, przewodniczący rady miasta przedstawił wyliczenia odnośnie prognozowanych kosztów z wyodrębnieniem tych, które muszą ponieść przyszli lokatorzy. Wójt gminy zwrócił uwagę na to, że cennym elementem projektu jest to, że z uwagi na trzy wersje domów, jakie planuje się zbudować, znajdą się chętni także wśród ludzi o mniej zasobnych portfelach. Pan radca Krach zakomunikował z kolei, że na podstawie informacji jaką uzyskał od państwa Majewskich, jest wielce prawdopodobne, że na nowym, różanowskim osiedlu zjawią się całkiem zamożni ich znajomi z branży artystycznej, którzy porzucą wielkie miasto, aby osiąść tu na stałe. Pan inżynier Bek zapewnił, że jego córka z mężem skuszą się zapewne tą ofertą i zamiast gnieżdżenia się w trzech niewielkich pokojach w starym budownictwie, zgłoszą swój akces na nowe miejsce. Jednym słowem przedyskutowano całą sprawę dokumentnie i tylko pan burmistrz wyraził niejakie zakłopotanie z tego powodu, aby tylko projekt, który firmuje swoim nazwiskiem nie został odebrany jako li tylko obietnica wyborcza.
Pan redaktor Pokorski uspokoił jednak burmistrza, że w „Naszym Głosie” przedstawi wkrótce obszerny materiał na temat przyszłego osiedla, no i oczywiście czeka tylko na stosowne polecenie odnośnie rekrutacji na nowych lokatorów.

[07.10.2018, Portes-les-Valence we Francji]

06 października 2018

[KAMYCZKI] NIEDZIELNY OBIAD


- Wszystko jedno, Jadzia z mężem przyjechała, a ty się spóźniasz.
- Mówiłem, że idę na mecz. Dzisiaj był o dwunastej.
- Tak, mamcia, mówił - przypomniał Heli mąż. - Mówił, że to ważny mecz, bo przyjechał lider.
- Już nie lider - Andrzej był pełen zapału. - Dostali trzy do koła, rozumiesz?
- I bardzo dobrze. Stąd było słychać wrzaski. Widać, że po strzelonych bramkach.
- Wszystko jedno, Władek, bierzesz jego stronę, a tobie powiem, że to nieładnie, gdy się w niedzielę czeka. Co miałam robić? Podałam. Umyj ręce i marsz do pokoju.
Wpadł jak burza do łazienki i przemknął do stołowego jeszcze zanim matka weszła z wazą. Karol z Jadzią pałaszowali już rosół, mały Maciek zasysał domowy makaron, ojciec po odniesieniu swojego talerza wrócił do towarzystwa.
- Mecz ważniejszy od niedzielnego obiadu, patrzcie no?
- Co ja zrobię, że dzisiejszy mecz był nie tak jak zwykle o czternastej, a w samo południe.
- A bo to specjalnie tak ułożyli, aby ludzie nie byli na sumie. Jak ja nie lubię odgrzewać zupy.
Wlewała rosół do talerza Andrzeja.
- Mamcia, toż oni z samego Sieradza przyjechali. Droga daleka, więc dlatego ten mecz o takiej porze.
- Co ty nie powiesz? Władek, niedzielny obiad u nas zawsze o pierwszej, nie tak, Jadziu?
- Tak, mamo, ale to w końcu pierwszy raz, kiedy mój brat spóźnia się na niedzielny obiad - Jadwiga próbowała udobruchać matkę.
- Właściwie to nie spóźnił się, a przyszedł później z powodu meczu - dodał Karol. - Jaki wynik?
- Co wy wszyscy z tym meczem? Jakby się umówili.
Helena wlała również sobie rosołu, bo dotąd nie towarzyszyła córce i zięciowi podczas posiłku.
- Przynajmniej dobrze zrobiłam, że nie wstawiłam wcześniej ziemniaków.
- Wygrali trzy do zera i odrobili punkt straty do Warty. Od dzisiaj są liderem okręgówki - poinformował Andrzej. - A gdybyście przyszli wcześniej - spojrzał na małego Maćka - wziąłbym cię na mecz i pokazał jak nasi grają. Nie to co w telewizorze.
- Ty lepiej jedz, nie gadaj, skoro nabroiłeś. Widzisz, że ojciec z Karolem już skończyli? - Helenie odpuściły już nerwy, ale przecież musiała kontynuować narzekanie na syna; w końcu to niedzielny obiad.
- A Rączka to strzelił gola prawie z połowy boiska tuż przed przerwą, a Staniek w drugiej połowie przedryblował czterech i w końcu założył siatkę bramkarzowi - chwalił graczy obecnego lidera okręgówki Andrzej. - Już jem. Co na drugie?
- Jakbyś nie wiedział - mielone, a dla mnie, Jadzi i Maciusia gotowane z kury.
- Ja wolałbym mielonego - odezwał się Maciek.
- Dostaniesz, jak zjesz cały rosół.
- A znalazłoby się coś na dolewkę dla mnie - zapytał Karol.
- To mi się podoba. Wleję ci, póki jeszcze ciepły.
Helena wstała i przeszła do kuchni po makaron. Włożyła go później do talerza Karola i zalała rosołem z wazy.
Podziękował.
- To ja przyniosę przepalanki - poinformował Władysław.
- Znaczy się pod to drugie danie będzie coś mocniejszego? - zauważył Karol.
- A kiedy nie było? Chłodzi się w lodówce.
Władysław wyszedł z pokoju.
- Tato jak zwykle ze spirytusu robi - rzekł Andrzej nabierając pospiesznie rosołu wielką łyżką marki Gerlach. - Wypijemy za powodzenie naszej drużyny.
- Wszystko jedno, ale w naszym domu pije się przede wszystkim za zdrowie gości, a ty spóźnialski, powinieneś tym razem obejść się smakiem wódki ojca.
- Oj mamo, długo jeszcze będziesz mi wypominała?
- Dobrze już. No, co ja pocznę, Jadziu, przecież wiesz, że u nas w domu niedzielny obiad to święto. Tak było zanim wyszłaś za mąż i tak jest teraz.
- Wiem, mamo.
Władysław wrócił trzymając w ręku butelkę z przepalanką. Karolowi zaiskrzyły oczy, a Maciek pomyślał o tym, kiedy nadejdzie czas, gdy dozwolone mu będzie wychylić kieliszek tej słynnej wódeczki, po której wszyscy w domu dziadków czują się jak w siódmym niebie.
W końcu było już po rosole. Jadwiga zebrała głębokie talerze i udała się z matką do kuchni.
W pokoju zapanowało niecierpliwe oczekiwanie na dalszą część obiadu. Karol podszedł do okna, uchylił je i zobaczył jak ulicą pomiędzy blokami przechodzi tłum głównie mężczyzn powracających zapewne ze stadionu, Andrzej natomiast zdawał z kolei Maćkowi relację z meczu, sugerując, że za dwa tygodnie, a będzie to przedostatni mecz w sezonie, musi z nim koniecznie pójść na spotkanie z Orłem, który ma tylko trzy punkty straty do lidera i może jego drużtnę jeszcze przeskoczyć w tabeli.
Helena i Jadwiga weszły do stołowego.
- Tłuczone ziemniaki dla Karola i Maćka, tak? - poinformowała Helena. - A ty, że tak pięknie zjadłeś rosół - to do wnuka - masz swojego mielonego.
- Mogę prosić o jak najwięcej tłuszczyku? - zapytał Karol.
Jadwiga, która rozkładała kotlety i mięso z kury była przygotowana na to, że jej mężowi najlepiej smakują tłuczone ziemniaki okraszone tłuszczem.
Helena po nałożeniu ziemniaków - każdemu według życzenia - wróciła do kuchni.
- Jeszcze nie jedzcie. Będzie sałata.
Nareszcie wszyscy zasiedli do drugiego dania. Władysław jako gospodarz ośmielił się wlać do kieliszków przepalanki - Jadzi i Helenie po połowie kieliszka.
- A gdzie kompot? Władek, miałeś przynieść kompot, a widzę tylko szklanki na stole.
Rad nie rad Władysław wstał i przeszedł do kuchni i po chwili dzbanek z truskawkowym kompotem znalazł się na stole. Jadwiga wypełniła nim szklanki.
- No to najlepszego! - ogłosił Władysław unosząc kieliszek z przepalanką, gdy wszyscy biesiadnicy posmakowali już drugiego dania.
- Najlepszego! - podjął Karol.
- Za naszą drużynę - dodał Andrzej patrząc ukradkiem na matkę.
- Za zdrowie młodych i Maciusia - oznajmiła Helena, wlewając do ust swoją połowę kieliszka, otrząsnęła się po wypiciu i stwierdziła, że Władek chyba przesadził dziś z procentami.
Przeciwnego zdania był Karol.
Po drugiej kolejce atmosfera polepszyła się na tyle, że nie słyszano już narzekań Heleny na temat zbyt mocnej tej niedzieli wódki, ani też jej połajanek w stosunku do syna. Nie inaczej było wtedy, gdy Helena z córką wniosły ciasto - domową babkę pieczoną w prodiżu, obsypaną cukrem pudrem, dobrze wyrośniętą i delikatnie wilgotną, co było specjalnością tego wypieku Heleny. Nie mogło się też obejść bez herbaty, bez której Jadwiga nie wyobrażała sobie obiadu.
Prowadzono beztroskie rozmowy, a to na temat drugiej córki Heleny - Ireny, która ostatnio napisała do matki długi list, w którym zapowiadała się z wizytą z początkiem lipca, to znów Helena oznajmiła, że w przyszłym tygodniu wyjeżdża z kościelnym chórem na wycieczkę, a Jadwiga poinformowała rodziców, że zamówiła w pracy wczasy nad morzem na drugą połowę lipca.
Kiedy posilono się babką, Karol, co było jego niedzielnym zwyczajem, wyszedł z Maćkiem do ciotki, a właściwie do jej syna, aby wymienić się znaczkami.
Władysław włączył telewizor, w którym akurat szedł koncert życzeń, ale najstarszy z Kikowskich czekał na western, który wcale nie interesował ani Heleny, ani Jadwigi - one wolały ten poobiedni czas spędzić w kuchni na rozmowie, jak to matka z córką, bardziej osobistej i takiej, która niekoniecznie nadawała się do podejmowania w szerszym gronie. Andrzej przeglądał sobotnio-niedzielną prasę przyniesioną przez Karola, po czym zajął się rozwiązywaniem krzyżówki. Miał niezwykłą łatwość w odgadywaniu haseł, a poszczególne litery w kratkach wpisywał ze starannością właściwą jedynie inżynierom posługującym się kaligrafią w opisach rysunków technicznych.
Kiedy Karol wrócił z synem rozpromieniony tym, że znów udało mu się zdobyć jakiś cenny znaczek w drodze wymiany, w butelce pozostało jeszcze tyle przepalanki, której starczało na jedną, ostatnią kolejkę.
Przed siedemnastą skończył się niedzielny obiad i Helenie nie pozostawał nic, jak tylko zapakować do torebki parę kawałków ciasta dla Maciusia.
Siedem minut po siedemnastej odjechał autobus z przystanku, na którym wsiedli młodzi.
Władysław zwinął obrus i umieścił go w pralce, Andrzej wyszedł z domu do kolegów, a Helena zrobiła jeszcze dla siebie herbatę z cytryną, której jednak nie wypiła, bo siedząc przy stole i patrząc na jakiś program w telewizji, chwyciła ją drzemka.
- Helcia, połóż się jak człowiek na tapczanie. Pościelić ci?
- Władek, ja przecież nie śpię.   

[30.09.2018, Chelthenham, Gloucester, w Anglii]

[KAMYCZKI] W MARKECIE


Wchodząc do wielkiego supermarketu uderzył go strumień ciepłego, suchego powietrza, jakże inny od tego mroźnego styczniowego chłodu, jaki rozpościerał się na zewnątrz. Tam nad miastem iskrzyło granatowo-purpurowe niebo gwieździstego wieczoru - tu płonęły żarówki, świetlówki i ledowe neony sklepików otaczających zwartym kręgiem właściwy sklep wielobranżowy.
Przy wejściu otrzepał podeszwy butów z resztek zmrożonego śniegu i zdjął kurtkę zawieszając ją na przedramieniu. Miał zamiar przespacerować się po galerii bez intencji kupowania czegokolwiek, ot postanowił nacieszyć się bogactwem poświątecznych promocji i zaobserwować, co też interesuje ludzi, którzy tłumnie odwiedzali ten jeden z największych marketów w zagranicznej stolicy.
Nie był zaskoczony wielością zgromadzonych tutaj towarów, jak i też tym, jakie produkty cieszyły się największą popularnością - poza żywnością wiezioną w typowych wózkach dominowała elektronika i kupiona w promocji odzież.
Przechodząc wzdłuż stoisk z wyrobami perfumeryjnymi, butami, artykułami sportowymi i biżuterią dotarł do niewielkiej kafejki, w której można się było napić czegoś ciepłego lub przygotowywany na miejscu sok z pomarańczy albo jabłek, zjeść lody i ciasteczka oraz zamówić sobie drinka. Niewiele myśląc podszedł do sprzedawczyni i poprosił o setkę gruszkówki, następnie zajął miejsce przy jednym ze stolików. Sączył niezbyt mocny trunek ze satysfakcją, delektując się wyjątkowo aromatycznym smakiem napoju alkoholowego, jakiego nigdy wcześniej nie pił. W pewnej chwili do jego stolika przysiadła się kobieta, z wyglądu znacznie młodsza od niego. Kobieta po zdawkowym upewnieniu się, czy mężczyzna nie ma nic przeciwko temu, aby się do niego przysiadła, postawiła przed sobą wysoką szklankę wypełnioną ciemnym, słodowym piwem.
- Lubię pić w towarzystwie - powiedziała do niego.
- Pani nie Słowaczka? - zapytał.
- Nie, mam męża Słowaka.
- Rozumiem… i tak sama…?
- Sama. Mąż jest chirurgiem i ma akurat dyżur do rana, dzieci u teściowej. Odbieramy je z mężem jutro, gdy będzie po dyżurze.
- A zatem ma pani chwilę spokoju. Ale nie widzę, aby poświęcała pani ten czas na zakupy.
Powiedział tak, bo oprócz damskiej torebki przewieszonej teraz przez poręcz krzesła kobieta nie miała przy sobie żadnej torby.
- Rzadko robię sama zakupy. Jeśli już, to z mężem. Dziwi się pan?
- Nie, dlaczego?
- Z mężem i z dziećmi. Dwie dziewczynki. Zabieramy je do marketu raz na tydzień, a ja, pan sobie wyobrazi - nie pracuję, więc teoretycznie mogłabym zachodzić tutaj czy gdzie indziej częściej.
Był trochę zaskoczony tym, z jaką chęcią i łatwością kobieta opowiada o sobie.
- Mam nadzieję, że pan nie widzi w tym nic złego, że mężatka z dwójką dzieci korzystając z wolnego czasu raczy się piwem i, co gorsza, przysiada się do faceta, który sączy niskoprocentowego drinka. 
- Absolutnie nie mam nic przeciwko temu….
- Bo, widzi pan, nie chciałabym, aby pan pomyślał sobie, że jestem tutaj, bo szukam towarzystwa, rozumie pan, co mam na myśli?
- Owszem, rozumiem.
- Po prostu zastanawiam się nad tym, jak tu przekonać męża do tego, aby pozwolił mi pracować.
- Zabrania pani pracować?
- Tego nie powiedział, ale chyba wygodnie mu, gdy jego kobieta oczekuje na niego z obiadem, dziewczynki są dopilnowane, chociaż chodzą przecież do przedszkola.
- Musi więc pani o swoim zamiarze powiedzieć mężowi.
- Właśnie do tego zmierzam. Trafiła mi się praca na pół etatu w biurze. Nic szczególnego wprawdzie, ale przynajmniej pobędę wśród ludzi…. A pan wybrał się do marketu na drinka?
- Jestem właśnie na kilkudniowym, międzynarodowym sympozjum i akurat dzisiaj, przedostatniego dnia miałem nieprzyjemną scysję z paroma jego uczestnikami.
- I przyszedł pan zapić skołatane nerwy… ale czy koniecznie gruszkówką? Musiałby pan przynajmniej jeszcze ze dwa razy zamówić to samo, aby podziałało.
- Ale tam, mnie interesuje smak, smak tej wódeczki.
- Pomyślałam sobie…
- Tak?
- Ech, już nic.
- Po skończeniu sympozjum chciałem jeszcze pozostać na dzień, dwa w Bratysławie i zrobić jakieś zakupy dla żony i syna.
- Pan też lubi kupować?
- Nie znoszę…
- … ale czego się nie robi dla żony.
- To prawda.
- I co, zostaje pan w hotelu?
- Mam zamówione jeszcze dwie noce, ale problem w tym, że zajmuję pokój wraz z jednym z moich antagonistów.
- Wie pan, na tę jedną, dzisiejszą noc, to mogłabym pana przenocować u siebie…
- Zrobiłaby to pani?
Po chwili namysłu.
- Oczywiście, że nie. Ja tylko tak. No, gdyby był mąż, to co innego…
- Pościeliłaby mi pani w jego łóżku? - roześmiał się.
- To mogłoby być zabawne, ale mamy jeden wolny, gościnny pokój.
- W takim razie szkoda, że pani mąż ma teraz dyżur.
- Tak pana zniesmaczyli ci antagoniści?
- Owszem.
- Przejdzie panu. Nie warto o tym myśleć. Prawdę mówiąc, to mógłby mi pan być pomocny…
- Ja? A mianowicie w czym?
- Mógłby pan przekonać męża co do moich planów w kwestii tej pracy.
- Aż tak pani na niej zależy? I spodziewa się pani sprzeciwu męża?
- To w sumie bardzo dobry człowiek, ale może mieć obiekcje. Powie mi, że jest w stanie zarobić na naszą rodzinę, a nawiasem mówiąc, mój mąż jest bardzo cenionym chirurgiem, więc zarabia świetnie.
- Myślę, że uda się pani go przekonać bez mojego wstawiennictwa.
- Nawet wysokoprocentowa i bardzo smaczna śliwowica nie skusiłaby pana?
- Kto wie… tymczasem, jeśli pani pozwoli, zamówię jeszcze jedną setkę gruszkówki.
Uśmiechnęła się i spędzili z sobą jeszcze dobrą godzinę: on przy gruszkówce, ona przy drugiej szklance ciemnego piwa.
Kiedy wychodzili razem z marketu, zaczął prószyć drobny śnieg. Odprowadził ją do tramwaju, a ona wcisnęła mu do ręki bilecik wizytowy swojego męża. Tak na wszelki wypadek.


[29/30.09.2018, Chelthenham, Gloucester, w Anglii]

W STRONĘ JESIENI (3) TRASA DO ANGLII


Tymczasem od zeszłego wtorku jestem w trasie i po kilku dniach podróżowania po Niemczech wysłano mnie z kursem na Anglię.
Zameldowałem się więc w Weil Am Rhein - to jest o rzut beretem od Bazylei i tuż przy granicy z Francją do takiej sporej logistycznej firmy o wdzięcznej nazwie Vitra, której chyba nie zapomnę, bom spędził w niej 5 godzin zanim mnie załadowano, narażając na możliwość spóźnienia do Chelthenham w Anglii, gdzie miałem być w sobotę na ósmą rano. Na załadunku było jeszcze o tyle ciekawie, że w czasie, gdy się w niej znalazłem, przejeżdżając z magazynu C do D, potem z D do C, następnie z C do E i z powrotem z E do D w Vitrze zjawiały się grupy zwiedzających, którym zapewne przewodnicy wciskali kit, jak to pięknie funkcjonuje ten logistyczno-magazynowy kompleks. Aż chciało się wyjść z auta i wypowiedzieć przed wycieczkowiczami parę cierpkich słów na temat organizacji pracy w tej firmie.
Ale tam… było, minęło.
Do Calais podróżowałem najpierw przez Francję, Luksemburg (tańsze paliwo) i potem znów wjechałem znów do Francji, a z konieczności jechałem szybko. Na szczęście nie czekałem długo na prom i w Dover miałem całą godzinę „do przodu”, lecz wkrótce trafił mi się objazd, bo akurat na M20 w nocy „usprawniano autostradę”.
Pojechałem zatem objazdem, o którym moja nawigacja nie miała zielonego pojęcia, ale od czego są przewodnicy, to znaczy głównie ciężarówki, których kierowcy mają zakupione do swych aut nawigacje aktualizowane na bieżąco, dzięki którym można swobodnie ominąć korki lub, jak to było w niniejszym przypadku, zablokowane fragmenty trasy. Jedzie się więc za takim „ciężarowcem” w ciemno, aż do czasu, gdy własna nawigacja sama wpadnie na pomysł wytyczenia nowej trasy. I tak było tym razem. Za Oxfordem wjechałem na A40 i tam na „bujance” (parking tuż przy trasie, na którym podmuchy powietrza przejeżdżających aut kołyszą niemiłosiernie stojącym w zatoczce aucie) uciąłem sobie piętnastominutową drzemkę. W ten sposób miałem jeszcze dziesięć minut „przewagi” i na miejsce rozładunku zajechałem parę minut przed czasem.
Czekał mnie jeszcze drugi rozładunek - w stronę Birmingham, ale dopiero na poniedziałek rano, a zatem ruszając w dalsza drogę przemyśliwałem o tym, że warto by było znaleźć miejsce do prawdziwego przespania się, bo przecież jechałem prawie bez odpoczynku całą noc. I udało się. Tuż po wyjeździe z miasta Chelthenham spostrzegłem parking, taki porządny, na którym nie „buja” - wprost wymarzone miejsce do zatrzymania się na dłużej. Nawiasem mówiąc przy trasach oznaczanych w Anglii literą A znajdują się „porządne” parkingi, na których można stanąć i skorzystać z oferowanych przez mobilne, kanapkowe bary posiłków. muszę powiedzieć, że te przydrożne jadłodajnie cieszą sporym powodzeniem wśród kierowców. Jedynie w niedziele są nieczynne, ale pewnie i w niedziele miałby zbyt na kanapki, szaszłyki i tym podobne rarytasy prosto z pieca.
Ja oczywiście nie skorzystałem z oferty dań serwowanych przez te wehikuły z żywnością - mam wszak pełną spiżarnię i możliwość przygotowywania sobie gorących posiłków, ale skorzystałem do bólu z samego parkingu; przespałem od 10 to 18.00, co jak na mnie jest jednym z rekordów czasu przeznaczanego na sen.
A wieczorem, już po kolacji, śledziłem losy meczu siatkarskiego Polska - USA i aż miło zrobiło mi się na sercu, gdy wynik spotkania okazał się dla nas pomyślny. Teraz kolej na Brazylię.

[30.09.2018, Chelthenham, Gloucester, w Anglii]

24 września 2018

W STRONĘ JESIENI (2)


1.
Pozostawiłem w „archiwum” dwa quasi polityczne teksty napisane w ostatnich dwóch tygodniach. W założeniu miały być one dosyć ostrą polemiką z wypowiedziami rządzących w naszym kraju, ale pomyślałem sobie, że mój kolejny głos przypominałby dyskusję z pacjentami szpitala psychiatrycznego o zaostrzonym rygorze, więc szkoda zachodu na tę publikację.
Doszedłem do wniosku walka na słowa sensowna jest wtedy, gdy druga strona posiada w zanadrzu jakieś argumenty, które mógłbym odeprzeć, albo przyznać im rację. Niestety po tej drugiej stronie usadowiła się próżnia.
Drugi wniosek jaki przyszedł mi do głowy (tym razem po wdaniu się w rozmowę na jednym z portali z podrzędnymi przedwyborczymi pisiakami) jest taki, że moi rozmówcy to osoby naprawdę niebezpieczne. Oni naprawdę wykonując polecenie swego guru - ociężałego umysłowo starca z Nowogrodzkiej - aby chwycić bejsbolowe pały i ruszyć z nimi na myślących inaczej niż pisiaki… zrobiliby to bez zmrużenia oka.
W tym politycznym temacie mam do powiedzenia jeszcze jedno: po czym poznać tchórza? Po tym, że kieruje on oskarżenia pod adresem pewnej nieokreślonej do końca zbiorowości, unikając stawiania konkretnych zarzutów konkretnej osobie. Tchórz boi się konsekwencji swoich słów.
2.
Źle się stało, że podczas ostatniej trasy nie wziąłem w podróż książek wypożyczonych z biblioteki. Zdołałem przeczytać w całości zaledwie „Ojca Goriot” Balzaka, „Ptasi gościniec” Auderskiej i parę opowiadań Stachury - wszystko wyciągnięte z własnej biblioteczki. Myślę, że czytanie książek bibliotecznych bardziej mnie mobilizuje.
3.
Po powrocie do kraju czytam Hłaskę, oglądam polskie filmy na YouTube (znów Andrzej Kondratiuk i „Kramarz” Barańskiego, który akurat w niedzielę emitowany był w TVP Kultura). Oczywiście udało mi się obejrzeć Shanghai Masters w snookerze, w tym finałowy pojedynek moich (pięknie się złożyło) ulubieńców: O’Sullivana i Hawkinsa, oglądałem też mecze naszych siatkarzy i unikałem jak ognia politycznych idiotów. Zbliża się kolejny wyjazd, już jesienny. Praca i odpoczynek zarazem.

[22/23.09.2018, Dobrzelin]