Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

03 sierpnia 2026

JULIUSZ SŁOWACKI - ANHELLI - ROZDZIAŁ III

 

ROZDZIAŁ III

  • A oto raz nocą, obudził Szaman Anhellego mówiąc mu: Nie spij, ale chodź ze mną, albowiem są rzeczy ważne na pustyni.

  • Wdziawszy więc białą szatę Anhelli udał się za starcem, i szli przy blasku gwiazd.

  • Niedaleko więc zaszedłszy ujrzeli obóz cały małych dzieciątek i pacholąt gnanych na Sybir, które odpoczywały przy ogniu.

  • A we środku gromadki siedział pop na tatarskim koniu, mający u siodła dwa kosze z chlebem.

  • I zaczął owe dzieciątka nauczać podług nowéj wiary ruskiej i podług nowego katechizmu.

  • I pytał dzieci o rzeczy niegodne, a pacholęta odpowiadały mu przymilając się, albowiem miał u siodła kosze z chlebem i mógł je nakarmić; a były głodne.

  • Więc obróciwszy się ku Anhellemu Szaman rzekł: Powiedz! nie przebrałże miary ten ksiądz zasiewając złe ziarno i każąc czystość dusz tych maleńkich?

  • Oto zapomniały już płakać po matkach swoich i tu się wdzięczą do chleba jak małe szczeniątka; szczekając rzeczy złe i które są przeciwko wierze.

  • Powiadając, że car jest głową wiary i że w nim jest Bóg i że nic nie może rozkazać przeciwko Duchowi świętemu, nakazując nawet rzeczy podobne zbrodniom, albowiem w nim jest Duch święty.

  • Użyję więc przeciwko temu księdzu ognia niebieskiego, aby go spalić, i stracę go w oczach dzieciątek.

  • A skoro wyrzekł Szaman słowo przekleństwa, zapalił się ów pop na koniu, i wyszły mu z piersi płomienie, które się złączyły w powietrzu nad głową.

  • I przelękniony koń unosić go zaczął po stepie palącego się; a potem wzdrygnąwszy się zrzucił z siebie węgiel siedzący na siodle do ostatka.

  • A oto na owem próchnie człowieka chodziły skry..... jak owe iskierki, które są na spalonym papierze błędne i snujące się w różne strony.

  • Przybliżywszy się więc Szaman ku dzieciątkom rzekł: Nie lękajcie się; Bóg z wami.

  • Ogień przestraszył was jak gołąbki śpiące, aleście zasypiały w domie pożaru i ciałka wasze już więdły.

  • I wyciągały do starca rączki owe dzieciny krzycząc: Staruszku, weź nas z sobą!

  • I rzekł Szaman: Gdzież Was zaprowadzę? Oto ja idę w drogę śmierci; chcecież, abym was wziął i ukrył pod płaszczem i wysypał was z poły mojej przed Panem Bogiem?

  • Odpowiedziały mu dzieciątka: Weź nas i zaprowadź nas szerokiemi gościńcami aż do matek naszych.

  • I wszystkie krzyczéć zaczęły z wielką dumą: My Polaki, odprowadź nas do ojczyzny i do matek naszych - aż Szaman począł płakać uśmiechając się...

  • I nie mógł odejść, bo mu jedna dziecina usnęła na płaszczu, i na pole płaszcza jego, wtenczas gdy rozmawiał.

  • A przybywszy Kozacy patrzali w zadumieniu na owe dzieło; i zaczęli odganiać dzieciątka od ludzi obcych, nie śmiejąc jednak bić żadne pamiętni na ów ogień.



[03.08.2026, Toruń]

02 sierpnia 2026

MITOLOGIA GRECKA - NARODZINY ŚWIATA [WG. JANA PARANDOWSKIEGO]

Narodziny śwata  1/3 


Na początku był Chaos. Któż zdoła powiedzieć dokładnie, co to był Chaos? Niejedni widzieli w nim jakąś istotę boską, ale bez określonego kształtu. Inni — a takich było więcej — mówili, że to wielka otchłań, pełna siły twórczej i boskich nasieni, jakby jedna masa nieuporządkowana, ciężka i ciemna, mieszanina ziemi, wody, ognia i powietrza. Z tej napełnionej otchłani, kryjącej w sobie wszystkie zarodki przyszłego świata, wyłoniły się dwa potężne bóstwa, pierwsza królewska para bogów. Uranos — Niebo i Gaja — Ziemia. Oni dali początek wielu pokoleniom bogów.

Z ich małżeńskiego związku wyszedł wielki ród tytanów, wśród których najstarszy był Okeanos, bóg potężnej rzeki, co szerokim, błękitnym kręgiem opływa całą ziemię dokoła.

Młodszym rodzeństwem tytanów byli kiklopowie (cyklopi) i hekatonchejrowie — sturęcy. Cyklopi, potwornego wzrostu, o dzikim wyglądzie, mieli jedno oko w środku czoła, a hekatonchejrowie o stu rękach przerażali swą siłą niezłomną. Uranos nie był zadowolony z tego potomstwa, które było szkaradne lub okrutne. Wszyscy oni napełniali go strachem i odrazą. Nie spodziewając się po nich ani wdzięczności, ani poszanowania swej władzy ojcowskiej, strącił ich w bezdenne czeluści Tartaru. Stamtąd nie było już powrotu. Tartar rozciągał się tak głęboko pod ziemią, jak wysoko ponad nią roztacza się niebo. Kowadło z brązu, rzucone z wysokości nieba, leciałoby dziewięć dni i dziewięć nocy, zanim dosięgłoby powierzchni ziemi*. Podobnie długo, a może jeszcze dłużej wędrowałoby owo kowadło do głębin Tartaru, gdzie panuje noc potrójna. Ktoś, kto by tam wszedł, nie zdołałby przez rok cały dojść do ostatecznych granic tego bezmiaru ciemności, ów zabłąkany podróżny pielgrzymowałby bez przerwy, unoszony gwałtownym wichrem podziemnych huraganów. Wieść niesie, że gdzieś pośrodku tych straszliwych mroków stoi smutne dworzyszcze Nocy, otoczone nieprzeniknionymi chmurami. Gaja słyszała jęk potępionych tytanów dobywający się z przepastnych wnętrzności ziemi. Znienawidziła wyrodnego ojca i zaczęła knuć spisek przeciw jego władzy bezwzględnej. Namowom matki uległ najmłodszy z tytanów — Kronos, dotychczas nie pozbawiony wolności. Uzbrojony w żelazny sierp, zaczaił się na Uranosa, okaleczył go haniebnie i strącił ze świetlistego tronu niebios. Z krwi, która wyciekła z rany powalonego boga, zrodziły się trzy straszne boginie zemsty, Erynie, o włosach wężowych. Uranos, ukryty w błękitach nieba, zeszedł z widowni dziejów boskich.

Razem z bogami rodził się świat. Nad ziemią, która jako ląd stały wydobyła się z chaosu, świeciło młode słońce, a z chmur spadały deszcze obfite. Podniosły się pierwsze lasy i ziemię przykryła wielka, szumiąca puszcza. Po nieznanych wzgórzach błądziły rzadkie zwierzęta. Z wolna rzeczy zaczęły przybierać znajome kształty. Źródła znalazły swe groty, a jeziora wygodne kotliny; góry śnieżnym grzebieniem zarysowały się na jasnym niebie. Gwiazdy lśniły w ciemnych przestworzach nocy, a kiedy one bladły, ptaki wydzwaniały jutrzence swą pierwszą pieśń powitalną. Nad światem rządził Kronos wraz z małżonką Reją. Był to władca ponury i podejrzliwy. Większą część uwięzionych braci pozostawił w otchłaniach Tartaru. Zachował w pamięci klątwę ojca, który mu przepowiedział, że i jemu syn odbierze berło. Każde więc dziecko, które powiła Reja, natychmiast połykał. W ten sposób pięcioro dzieci dostało się do potwornych wnętrzności tytana. Gdy urodziło się szóste dziecko, Reja podała Kronosowi kamień zawinięty w pieluszki. Kronos połknął kamień sądząc, że połyka syna. Tymczasem Reja zeszła na ziemię. Chciała umyć niemowlę, ale nigdzie nie mogła znaleźć źródełka. Pomodliła się do Gai i uderzyła berłem o skałę. Z twardego głazu wypłynął jasny strumień wody. Wykąpawszy małego, nadała mu imię: Dzeus [gdzie indziej Zeus]. Powędrowała na Kretę i w złotej kołysce złożyła go w grocie idajskiej, której wejście osłaniał gęsty las, a po ścianach pełzały lśniące zwoje bluszczu. Dzeus chował się pod opieką nimf górskich, karmiony mlekiem kozy Amaltei. Dziecko kochało ją bardzo. Kiedy Amalteja złamała sobie jeden róg, Dzeus wziął go w swe boskie ręce i pobłogosławił, tak że odtąd napełniał się on wszystkim, czego zapragnął ten, kto go posiadał. Tak powstał róg obfitości, zwany rogiem Amaltei.

Złotą kołyskę nowego boga otaczała miłość całej przyrody. Gołębie znad brzegów Oceanu przynosiły mu ambrozje, a orzeł co wieczór nadlatywał niosąc w szponach kubek pełen nektaru. Pszczoły zbierały dlań miód najsłodszy. Jedna z nimf sporządziła cudowną zabawkę. Była to przeźroczysta kula ze złotych pierścieni, między którymi wił się bluszcz. Gdy rzucona w powietrze spadała, zostawiała za sobą bruzdę jaśniejącą. Aby zaś płacz i kwilenie dzieciątka Dzeusa nie doszło do uszu czujnego Kronosa, kapłani Rei, kureci, wykonywali nad jego kołyską hałaśliwe tańce wojenne wśród grania bębnów, rogów i piszczałek.

Dzeus dorósł i wyszedł z ukrycia, miał teraz stanąć do walki z ojcem. Poradził matce, aby przede wszystkim dała Kronosowi potajemnie środek na wymioty. Wtedy Kronos, wśród straszliwych męczarni, wyrzucił z powrotem połknięte potomstwo. Był to wcale piękny zastęp młodych bogów: synowieHades i Posejdon, i trzy siostryHera, DemeterHestia. Właśnie umarła dobra koza Amalteja. Nawet po śmierci oddała swemu wychowankowi jeszcze jedną przysługę, albowiem z jej skóry uczynił sobie Dzeus puklerz, którego nie mógł przebić żaden pocisk. Tak powstała egida, cudowna tarcza, którą Dzeus brał zawsze do bitwy. Pierwsza, którą stoczył, była przeciw ojcu. Polem walki były równiny Tesalii. Kronos z tytanami zajął góry Otrys, Dzeus ze swoimi sprzymierzeńcami opanował śnieżne szczyty Olimpu. Dziesięć lat trwała wojna bez widocznego skutku, gdy Dzeus postanowił wprowadzić nowe siły do tych śmiertelnych zapasów. Uwolnił mianowicie z Tartaru cyklopów i sturękich, trzech olbrzymów, z których każdy miał sto rąk i głów pięćdziesiąt. W owym dniu wywiązała się zaciekła bitwa. Z gwałtownym hukiem morza mieszał się jęk ziemi i nieba. Pod nogami nieśmiertelnych drżał Olimp, a drżenie to dawało się odczuć w najdalszej głębi Tartaru. Z obu stron podnosił się zgiełk nieopisany. Gwiazdy spadały z firmamentu. Ze szczytów Olimpu Dzeus bez przerwy ciskał pioruny, które dniem i nocą wykuwali cyklopi. Gromy rozbiegały się po górach, a na równiny lał się ogień święty. Ziemia pękała w płomieniach, lasy całe paliły się jak smolne pochodnie. Morza i rzeki wrzały. Płomienne opary otoczyły tytanów, którym oczy ślepły od niesamowitego blasku. Gwałtowne wiatry wzbijały tumany pyłu, zdawały się unosić w czarnych skrętach pioruny i błyskawice. Gdy na chwilę rozpraszały się chmury, widać było w pierwszym rzędzie walczących trzech olbrzymich sturękich, którzy za każdym razem ciskali w tytanów trzysta skał, okrywając ich jakby chmurą kamienną. Lecz nie byli oni tak groźni jak pioruny Dzeusa, wobec których stawali tytanowie ogłuszeni i bezradni, albowiem nikt z nich dotąd nie widział tej straszliwej ognistej broni. Raz wraz któryś z nich padał omdlały i bezwładny, w potoku czerwonego światła i wśród przeraźliwego huku gromów. Wówczas olbrzymi sturęcy (hekatonchejrowie) chwytali te ogromne ciała, z których, zda się, życie uciekło, i wrzucali je w przepaści Tartaru, między wygasłe i dymiące kratery, cuchnące bagna i lodowe góry, gdzie brał ich już w swe wieczyste posiadanie nieprzenikniony mrok i noc nieskończona. Jak wprzód dostojny Uranos, tak obecnie Kronos zwalił się w nicość zapomnienia, z której dochodziły już tylko słabe echa. U ludu nie mówiono o nim źle. Obchodzono ku jego czci prastare święto Kronia, podczas którego weselono się na pamiątkę złotego wieku, jaki za jego czasów panować miał na ziemi. Kronos nie posiadał ani świątyń, ani ołtarzy. W Olimpii istniało wzgórze jego imienia, a nie opodal stało szanowne Metroon, przybytek Rei,matki bogów". Na posągach, które pojawiają się bardzo rzadko, wyobrażano Kronosa jako poważnego, starszego mężczyznę z brodą: głowę ma nakrytą połą płaszcza. Małżonkę jego, Reję, utożsamiali Grecy z azjatycką boginią Kybele i przedstawiali jako tęgą niewiastę na wozie w lwy zaprzężonym, trzymającą gałąź lub wieniec dębowy i klucz, na głowie zaś miała diadem z obronnych wież i bastionów.

Nowe pokolenie bogów niedługo pożywało owoce zwycięstwa. Powstał przeciw nim ród gigantów, synów Ziemi. Jedni z nich byli podobni do ludzi, chociaż kształtów olbrzymich, inni mieli potworne cielska zakończone splotami wężów. Z gór poprzerzucanych stworzyli barykady, aby się dostać na Olimp. Trwoga opanowała bogów, gdy posłyszeli z dołu idące okrzyki i ujrzeli na stokach swej świętej góry odważnych napastników. Dzeus tylko, spokojny i nieustraszony, wyznaczył każdemu z bogów stanowisko i sam jął razić wroga piorunami. Giganci nie ustępowali. Ciskane przez nich skały sypały się niby grad, a spadając do morza zostawały wśród jego fal jako wyspy. Pioruny nie wyrządzały im szkody. Dzeus, zajrzawszy do księgi Przeznaczenia, dowiedział się, że pokonać gigantów może tylko człowiek śmiertelny. Wtedy Atena sprowadziła Heraklesa.

[...]



[02.8.2026, Toruń]

PROFESOR TUTKA (32) POŻEGNANIE PROFESORA TUTKI.

 

Nie działo się to dziś w kawiarni, ale w zamkniętej salce znanej restauracji. Ponieważ Profesor Tutka wybierał się w podróż, przyjaciele postanowili pożegnać go bankietem. W pewnej chwili wstał sędzia. Przemówił:

— Drogi Profesorze! Jako najstarszy w tym gronie pozwalam sobie powiedzieć słów parę. Odjeżdżasz od nas i jutro nie zobaczymy się przy stoliku naszej kawiarni. Słuchając ciebie, sprzeczałem się niekiedy, oponowałem. Należę do ludzi, którzy lubią zawsze iść drogą prostą i lubią rzeczy zawsze jasne, zrozumiałe. Znane jest powiedzenie o filozofach, iż jakoby o rzeczach prostych i zwyczajnych mówili oni w sposób zawikłany. O panu. Profesorze, nie można tego powiedzieć: wszystko, co podajesz, to jasne i proste. Można wyczuć nawet wyraźną tendencję do prostoty. W opowiadaniu o wykładzie w wyższej szkole handlowej dostrzegliśmy skłonności popularyzatora. Ale ja osobiście odczuwałem niekiedy pewne zasadzki, zboczenia z prostej drogi, niespodzianki. To mnie czasem, przyznam się, irytowało. Ale zwykle po namyśle przestawałem się gniewać. Jak wspomniałem, staram się iść zawsze prostą drogą. Gdy raz tak szedłem do sądu, przekonany, że dojdę, kawałek gzymsu spadł mi na głowę. Musiałem zboczyć do ambulatorium. Tam w sądzie trzymam się zawsze litery prawa, paragrafów. Ale chociaż jestem przybrany w togę i wyraz twarzy mam poważny, litery te płatały mi złośliwe figle, a paragraf potrafił się zamienić w znak zapytania. W opowiadaniach swoich brałeś, zdaje się, pod uwagę te figle, te niespodzianki, czyhające na człowieka zbyt pewnego siebie. Umiałeś nas pocieszyć: gdyby ktoś powiedział, że złamał nogę, znalazłbyś opowiadanie o człowieku, co złamał dwie nogi, ale z tego powodu nic się we wszechświecie nie zmieniło i, jak przedtem, po dniu przyjdzie noc, po piątku sobota.

Drogi Profesorze, żegnamy cię, myśląc, że znów po odbytej podróży ujrzymy cię w naszym gronie. Żegnamy z żalem, z radością powitamy.

Wstał Profesor Tutka.

— Drodzy przyjaciele! Nie wiem, jak długo trwać będzie nasze rozstanie. Wybieram się daleko, a podróż daleka ma w sobie zawsze coś niewiadomego. Jeżeli wrócę, jeszcze wam opowiem, com widział i czegom się nauczył. Jeżeli nie wrócę... no... to nie opowiem.

W tej mojej podróży chcę poznać rzeczy nowe i odwiedzić stare. Wstąpię więc do miasta, w którym mieszkałem jako młody chłopiec. W mieście tym odnajdę dużą kamienicę, ciemną, nieładną, jeden z domów dochodowych wybudowanych w dziewiętnastym stuleciu. Jako młodzieniec byłem administratorem tego domu. Właściciel, który tam nie mieszkał, dał mi pokoik, wyznaczył małą pensyjkę, polecił prowadzić odpowiednie księgi i w ogóle zajmować się kamienicą.

Będąc administratorem, mogłem poznać wszystkich mieszkańców domu, znać wnętrza ich mieszkań. Nieraz wzywany byłem, abym się przekonał, że piec dymi, tynk od sufitu odpada lub łazienka jest nie do użycia. Załatwiałem te sprawy grzecznie, przyznawałem rację, obiecywałem, że braki zostaną usunięte. Więc często twarze, początkowo groźne, rozchmurzały się i zostawałem nawet zapraszany na herbatę.

O trojgu ludziach z wielkiego domu chcę wam opowiedzieć dzisiaj. Byli to ludzie, których ich bliźni określają najczęściej mianem — dziwaków. Krzywdy nikomu nigdy nie zrobili, a dostarczali innym wiele przyjemności: patrząc na nich, człowiek miał poczucie, że jest mądrzejszy; miał temat do rozmowy i mógł się z nich pośmiać. Zaprzyjaźniłem się z tym trojgiem mieszkańców wielkiego domu, pokochałem nawet i chcę ich po latach jeszcze raz odwiedzić. Na parterze od podwórza, przy małej cieplarence, którą sobie dobudował, mieszka ogrodnik, amator, co hoduje rododendrony. Nie azalie, nie amarylisy, ale rododendrony. Nie pytałem nigdy, dlaczego te kwiaty, a nie inne. Ta moja dyskrecja i uznanie dla jego pracy sprawiły, że mogłem być mile widzianym gościem w jego pracowni. Jednego dnia, pamiętam, wybuchła w mieście strzelanina, palił się w pobliżu arsenał, a gdy parę zbłąkanych kuł rozbiło cieplarnię, człowiek ten wołał: «moje rododendrony, moje rododendrony!» Wspominam o tym nie dlatego, aby go chwalić czy ganić, zainteresowała mnie sprawa inna: oto człowiek ten miał Pisma wszystkie poety, który mówił — «nie czas róż płakać, kiedy płoną lasy». I ogrodnik musiał znać te słowa, bo znają je nawet ci, co Pism wszystkich nie czytali. Pod wpływem rzeczy widzianych napisałem wówczas coś w rodzaju aforyzmu: «I głupcy są na świecie potrzebni, bo podniecają mądrych, aby pouczali». Dodam, że osobiście nie straciłem sympatii do człowieka, który, nie słuchając wieszcza, w tak niewłaściwej chwili «rododendronów płakał». Pójdę później po schodach, gdzie jest narożne mieszkanie. Będę miał z sobą najpiękniejszą różę, jaką można znaleźć wśród pięknych róż w tym mieście. Podam ją pani, która mnie na pewno pozna i powita. Ma już dzisiaj siwe włosy, a twarz zawsze piękną. Kobietę tę kochałem i kocham dzisiaj, wiedząc, że nigdy ona mnie kochać nie będzie. Związana jest bowiem ze swym narzeczonym. Jej narzeczony niegdyś, przed laty, wyjechał na morze i nie wrócił. Mijały lata — nie wracał. Mówiono do niej: «Trudno... nie wróci... Jesteś piękna, niezwykle piękna, niejeden uklęknie przed twoją urodą». Ale zapatrzona, jak by nie widząc domów, tylko morza dalekie, wciąż czeka. Mijały lata, romantyzm wyśmiano, mijały lata — ona, spokojna, łagodna i piękna, czeka na dzień, kiedy się znów z ukochanym połączy. Żem nie śmiał się z tej niedorzeczności, żem jej nie mówił, aby nie czekała, a tylko w hołdzie przynosił jej różę wybraną z najpiękniejszych róż, jakie były w mieście, za to zyskałem jej przyjaźń.

Wysoko, na najwyższym piętrze tego domu, w pokoiku, gdzie jest tylko stół, dwa krzesła i łóżko, mieszka humorysta. Ma on jeszcze piecyk żelazny, ale mało się w nim pali. Kawałek sufitu — szklany, jak w malarskiej pracowni, i dlatego zimno, ale za to można widzieć w nocy gwiazdy. Podczas ostatnich odwiedzin w mieszkaniu tego człowieka widziałem na stole tylko kawałek razowego chleba, a przy nim czerwienił się pomidor. To był obiad. Człowiek ten bowiem zarabiał niedużo. Niedużo, bo książkę, którą napisał, kupiło tylko trzynastu ludzi. Jeden z tych, co kupił, odesłał książkę do połowy rozciętą, z notatką, że ma dosyć już tej połowy. Jeden egzemplarz nabył biblioman, który książek nie czytał, a tylko je zbierał. O innym egzemplarzu autor się dowiedział, że zirytowana matka oddała go dziecku, aby zrobiło sobie latawiec. Ale dziesięciu ludzi prawdopodobnie tę książkę przeczytało. Humorysta ten należał do pisarzy «trudnych». Może przypominacie sobie, panowie, rozmowę moją z wiedźmą w lesie. Kobieta owa powiedziała mi, że chociaż nie wszystko, co ludziom opowiem, będzie zrozumiane, to jednak powinienem dbać o to, aby przynajmniej trzy czwarte w moim opowiadaniu było przystępne. To wystarczy, aby nie stracić ze słuchaczami kontaktu. Otóż w pismach tego humorysty nie ma owych trzech czwartych, nie ma tego, co pozwala wam mnie wysłuchać. Sprawy, o których mówi, dzieją się daleko śród słońc i księżyców, mlecznych dróg i komet. A chociaż są to sprawy ludzkie, bo nie wychodzą poza krąg możliwości ludzkiego umysłu i ludzkiej wyobraźni, ale dzieją się bez stukania butów, bez dźwięku talerzy, na których jemy, bez pieniędzy, słowem, bez rzeczy ważnych a powszechnie zrozumiałych w naszym życiu czy bytowaniu. Stąd przyczyna niepopularności tego humorysty i stąd opinia, a wybieram z tej opinii słowo najgrzeczniejsze, że jest «trudny». Pójdę do tego człowieka i poproszę go o przeczytanie nowego opowiadania. Będę przeżywał rozkosze pokonywania rzeczy trudnych, gdy z przymkniętymi oczyma, z uwagą napiętą wsłucham się w mowę mistrza. Odwiedzę światy wysokie, coraz wyższe i wyższe, aż pełen szczęścia i uśmiechu, wyląduję po trudnych przygodach. Wyjdę z mieszkania poety jakby oczyszczony, doskonalszy niż przed odwiedzinami; ale wiem, że wrócę do swoich «trzech czwartych», które kobieta w lesie radziła utrzymać. Czy miała rację? W każdym razie to kobieta nie pozbawiona tego, co nazywamy «mądrością życiową»; ja dzięki jej radom doczekałem się wystawnej uczty, którą mnie żegnacie, tamten, do którego się wybieram, może już umarł z głodu.

Panowie! Powiedziałem, że podróż daleka ma w sobie zawsze coś niewiadomego. Jeżeli nie wrócę, od czasu do czasu zjawię się między wami. Tacy jak ja «opowiadacze, facecjoniści kawiarniani», jak zapewne będę określany, żyją we wspomnieniach o nich nawet bardzo długo. Czasem mnie ktoś wskrzesi, opowiadając o tym, co opowiadałem, i zarysuję się przed wami jak żywy. Tylko że niejeden coś ujmie, coś doda, zmieni szyk wyrazów i o dwa słowa w zdaniu powie za dużo. Ktoś będzie się starał nawet mnie poprawić, ktoś drugi po latach zmiesza mnie, pomyli z opowiadaczem innym. Jeżeli ten inny będzie lepszy ode mnie, oczywiście — zyskam; jeżeli gorszy — stracę. Tak czy inaczej, gdy zjawię się w opowiadaniu, będzie to jak kopia mego portretu, wykonana, wybaczcie, przez nietęgiego majstra. Tamten, prawdziwy Profesor Tutka, kłaniać się wam będzie z innego brzegu swoim melonikiem.

Panowie! W tej chwili posłyszałem jakby stuk młotków na statku, którym odpłynę. Już tam kończą ostatnie przygotowania. Bądźcie zdrowi, przyjaciele!




[02.08.2026. Toruń]

FRAZEOLOGIZMY II (401 – 420)

 

401. dawać po pysku - posp. bić, uderzać kogoś

402. dawać się we znaki - zachowywać się uciążliwie

403. dawać radę - radzić coś komuś, przekazywać komuś jakąś radę; umieć coś zrobić, radzić sobie

404. dać / dawać za wygraną - poddać się, pogodzić się z czymś, odstąpić od swoich planów, zrezygnować z czegoś

405. dawno i nieprawda - pot. coś wydarzyło się w odległej przeszłości i nie ma związku z obecnymi zdarzeniami, nie wpływa na nie, nie warto o tym wspominać

406. dawnymi czasy - dawniej, kiedyś, w dalekiej przeszłości

407. dbać o linię - odchudzać się; pilnować, aby nie przytyć

408. deptać po piętach - już prawie doganiać kogoś, ścigać, tropić

409. diabelski młyn - rodzaj karuzeli mającej postać wielkiego koła obracającego się w płaszczyźnie pionowej

410. diabeł ogonem nakrył - coś zginęło, przepadło

411. diabeł tkwi w szczegółach - najtrudniejsze do rozwiązania jest to, co z pozoru wydaje się błahe

412. diabeł wie / diabli wiedzą - pot. słowa wyrażające różne wątpliwości

413. diabli nadali - pot. o czymś (lub o kimś) niechcianym

414. diabła wart - pot. oceniany negatywnie, niezasługujący na zaufanie

415. dmuchać na zimne - być bardzo ostrożnym, stosować środki zapobiegawcze

416. dmuchać w kaszę - oznacza obrażać się, fochować się lub dąsać, często bez wyraźnego powodu lub w reakcji na coś błahego.

417. do białego rana - przez całą noc, aż do rana

418. do diaska - wykrzyknik wyrażający poczucie beznadziejności, bezradności lub zniecierpliwienia

419. do góry nogami - dnem, spodnią częścią w kierunku góry, obrócony o 180 stopni w osi równoległej do podstawy; w sposób nieoczekiwany, niezamierzony, odmienny od uważanego za prawidłowy, typowy

420. do greckich kalend - przen. przest. do bliżej nieokreślonego terminu w przyszłości



[02.08.2026, Toruń]

ZAPISKI EMIGRANTA (1416 - 1418)) ZMIANA NARRACJI. ROCZNICA. POGODA.

 

1416.

Od paru dni media zmieniły narrację. Rozwodowi w pisie i grillowi u kłamczucha morawieckiego (wróble ćwierkały o tym, że wszyscy uczestnicy grillowej zabawy przyjechali na imprezę elektrykami – izerami). Teraz tematem numer jeden jest uderzenie rosyjkiej rakiety na ziemię polską. I od razu rozległ się szum: jedni uważają, że należało ją zniszczyć, inni sugerują, aby zaufać wojsku, które, działając zgodnie z procedurami, pozwoliło rakiecie spaść na teren niezabudowany. Nie znam się na tych sprawach, więc wypowiadać się na ten temat nie chcę, choć takie oto przyplątało się pytanie retoryczne: a może nie potrafimy jeszcze zwalczać tych rakiet?


1417.

Niepostrzeżenie minęła 25. rocznica śmierci prywódcy naszego kraju Edwarda Gierka. Oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy wszyscy powinniśmy się wyrzec PRL-u, dla obecnych elit politycznych lepiej nie wspominać pierwszego sekretarza PZPR, chociaż pozostawił on po sobie wiele gospodarczych dzieł, zbliżył nas do Zachodu, a przecież wiadomo w jakiej działał rzeczywistości politycznej. Dla mnie, człowieka, który kształcił się w epoce Gierka, najważniejsze było to, że panował w Polsce spokój, że mogłem żyć w sprzyjających rozwojowi osobowemu czasach. Dla mnie Edward Gierek jest ostatnim polskim mężem stanu, działajśącym na rzecz Polski.


1418.

Pogoda poprawiła się. Czasami jest parno, deszczowo, ale niezbyt gorąco. Zrobiło się zielono; do czasu, kiedy znów ktoś wpadnie na pomysł zrównania z ziemią trawy, a przecież żyją w niej rozmaite żyjątka. Niestety dzisiejszy popołudniowy deszcz miał swoją słabą stronę – zmoczył mi poduszkę i kołdrę, które wystawiłem delikatnie w oknie. Na szczęście mam inną pościel.



[02.08.2026, Toruń]

01 sierpnia 2026

SŁOWA JAKIE DRZEWIEJ BYWAŁY


2550. Zakrulić, zakrólić oczy - spojrzeć dziko, postawić oczy dziko

2551. Zakrwawić - rozłakomić na krew

2552. Zakrycie - skrytka, schowanko

2553. Zakryć, zakrywać - ukryć, skryć, zataić

2554. Zakryć się - ukryć się, skryć się, schować się, zasłonić się, wymówić się

2555. Zakrystjańczyk - chłopiec do posług w zakrystii.

2556. Zakryto - zakrycie, skrycie, tajemnie, tajemniczo, potajemnie

2557. Zakrytość - skrytość, tajnik

2558. Pod zakrytością, pod zakrytościami - pod pokrywką, pod figurą, alegorycznie

2559. Zakrywka - zakrycie, pokrywka, płaszczyk, pozór, pretekst

2560. Zakryzmolić - zagryzmolić

2561. Zakrzemienić, zakrzemieniać - zakamienić, zatwardzić

2562. Zakrzewie, zakrzew - zarośl, miejsce zakrzewione

2563. Zakrzęt - zabiegi, krzątanie się, skrzętność

2664. Zakrzosać - zakrzesać

2565. Zakrzywdzić komuś - zawinić krzywdząc go

2566. Zakrzywić, zakrzywiać - wykrzywiać

2567. Zakrzyżować - ukrzyżować

2568. Zaksyknąć, zakszyknąć - syknąć, zasyczeć

2569. Zakuć, zakować - skuć, okuć

2570. Zakup, zakupno, zakupne - zaliczka dana najemnikowi, żołnierzowi, rekrutowi

2571. Zakupić, zakupować - wziąć w zastaw, zapłaciwszy

2572. Zakupić kogoś - przekupić, podkupić

2573. Zakupieniec - niewolnik kupny.

2574. Zakupień, zakupnik - ten, co przed innemi wykupuje coś, przekupień; dzierżawca;

2575. Zakupieństwo, zakupność - możność zakupienia, zapewnienia przez kupno

2576. Zakupny - przekupny, sprzedajny

2577. Zakurzyć - zakadzić, zasmrodzić

2578. Zakurzyć się - zawichrzyć, zapalić się, zająć się

2579. Zakusić, zakuszać - zakąsić, przejeść, spróbować, skosztować

2580. Zakwas - zakwaszenie; to, co zakwaszono, przydać zakwasu; ferment

2581. Zakwasić, zakwaszać - zakwasować, zagryźć, zaszczypać (

2582. Zakwasować - zakwaszać

2583. Zakwcie - zakwitnie

2584. Zakwiść - zakwitnąć

2585. Zaląg - zalężenie się

2586. Zalecać coś - szczycić się, chełpić się, popisywać się czymś

2587. Zalecalny - zalecający, rekomendacyjny np. list

2588. Zalecanie, zalecanie się - zaloty, konkury



[01.08.2026, Toruń]

HOMER - ILIADA - KSIĘGA 6 - (19)

 

Gdy z pola³³¹ do Olimpu³³² bogowie wrócili,

Wątpliwy na przemianę los wojny się chyli

I między Symoentu a Ksantu koryty³³³

Z obydwu stron spiżowe latają dziryty³³⁴.

Mur Greków, Telamona syn³³⁵, postrachy sieje³³⁶,

Łamie zastęp trojański, odżywia nadzieje.

Eusora syn, Akamas, rycerz między Traki³³⁷

I najdzielniejszy bronią, i jak olbrzym jaki

Wzrostem ciała ogromny, legł z jego prawicy.

Silną włócznią uderzył w czub twarde􀰗 przyłbicy;

Ta przeszła aż do czoła, zgruchotała kości:

Zwalił się, oczy wieczne zamknęły ciemności…

A Menelaj³³⁸ żywego dostaje Adrasta³³⁹.

Gdy biegły przestraszone rumaki do miasta,

O pniak się zawadziły; tak przy smutnej tamie

Wóz się na końcu dyszla Adrastowi łamie:

Konie lecą z innymi wozami przez pole,

A on twarzą na ziemię stoczył się przy kole.

Leży w piasku, wtem widzi, że w rękach Atryda³⁴⁰

Do piersi jego długa wymierzona dzida.

Więc żebrząc zmiłowania chwyta go za nogi:

— «Weź mnie żywym, Atrydo, cofnij wyrok srogi,

Bo hojnej za to możesz pewnym być zapłaty.

Mnóstwo ma rzeczy drogich mój ojciec bogaty,

Ma złoto, miedź i różne w żelazie narzędzie;

Niczego on dla syna żałować nie będzie,

Nieskończonymi ciebie darami nagrodzi,

Gdy usłyszy, że żyję u achajskich łodzi³⁴¹».

Tak żebrał, a król jego łzą i prośbą tknięty,

Już rozkazywał słudze wziąć go na okręty

--------------------------------------------------------------------

³³¹z pola — tu: z pola walki.

³³²Olimp — góra w Grecji, uważana za siedzibę bogów.

³³³koryty — dziś popr. forma N.lm: korytami.

³³⁴dziryt — rodzaj krótkiej włóczni.

³³⁵Telamona syn — Ajas.

³³⁶postrachy sieje — dziś powiedziano by: sieje postrach.

³³⁷Traki — dziś popr. forma N. lm.: Trakami.

³³⁸Menelaos (mit. gr.) — syn Atreusa, król Sparty; jego żona Helena została porwana przez Parysa, co doprowadziło do wojny trojańskie.

³³⁹Adrast — wojownik trojański (pojawiający się w dalszych partiach tekstu bohater o tym samym imieniu to król Sikionu).

³⁴⁰Atryd — syn Atreusa (tu: Menelaos).

³⁴¹żyję u achajskich łodzi — jestem w greckiej niewoli.

-------------------------------------------------------------------

Wtem przybiegł Agamemnon³⁴² i z zapałem rzecze:

— «O słaby wojowniku! O miękki człowiecze!

Tyż³⁴³ nikczemnej litości możesz teraz użyć!

Musieli ci się dobrze Trojanie zasłużyć.

Niechaj zdrajcy trupami naszą legną dzidą,

Niech dzieci z łona matek na łup śmierci idą,

Niech z hańbą, bez pogrzebu, wyginą Trojanie,

I niechaj po nich nawet śladu nie zostanie!»

Rzekł i odmienił brata: już gniewem oddycha,

Więc próżno żebrzącego Adrasta odpycha,

Agamemnon zaś w piersiach dzidę mu utopił.

Konający padł na wznak i krwią ziemię skropił,

Król wyrwał pocisk, trupa nastąpiwszy nogą.

Wtedy się z taką Nestor³⁴⁴ odzywa przestrogą:

— «Rycerze! Boga wojny uczniowie, Danaje³⁴⁵!

Niechaj mi się z was żaden w tyle nie zostaje,

By przyszedł do naw³⁴⁶ mnogim obciążony łupem.

Usiłujmy słać teraz nieprzyjaciół trupem;

Potem, gdy już Trojanie przestaną nacierać,

Będziecie, podług woli, zdobycze odzierać».

Tymi słowy zapala umysł boju chciwy³⁴⁷.

Byliby przed mężnymi uciekli Achiwy³⁴⁸

I aż w mieście szukali schronienia Trojanie,

Kiedy przy Ajnejaszu³⁴⁹ i Hektorze³⁵⁰ stanie

Helen³⁵¹, z wieszczów³⁵² najlepszy, i tak się odzywa:

— «Ajnejaszu! Hektorze! Na was dwu spoczywa

Lików³⁵³ i Trojan ufność, w was nadzieję kładą,

Wy pierwsi do wszystkiego i męstwem, i radą,

Biegajcie, zatrzymujcie lud trwożny przed bramy,

Bo się na nieprzyjaciół szyderstwo wydamy,

Jeśli wbiegłszy do miasta, na ręku żon padną.

Gdy wojsku oszczędzicie hańbę tak szkaradną

I męstwo zagrzejecie, my tu będziem stali;

Choćby z największą siłą Grecy nacierali.

Nie ustąpimy kroku; tak każe potrzeba.

Tymczasem ty, Hektorze, kochany od nieba³⁵⁴,

Idź do miasta, mów matce: niech matrony zwoła,

Z nimi niech do Pallady³⁵⁵ uda się kościoła Ofiara

I szatę, która wszystkich zbiorów jest ozdobą,

Najpiękniejszą, największą, niechaj weźmie z sobą

I złoży na kolanach błękitnej bogini.

Niech także zabić dla niej ślub święty uczyni

³⁴²Agamemnon (mit. gr.) — syn Atreusa, króla Myken, wódz greckiej wyprawy przeciw Troi, brat Menelaosa, którego żona, Helena, została porwana przez Trojan.

³⁴³tyż — ty z partykułą -ż.

³⁴⁴Nestor (mit. gr.) — król Pylos, najstarszy uczestnik wojny trojańskiej, symbol wieku i związanego z nim doświadczenia.

³⁴⁵Danaje — Grecy (dosł.: mieszkańcy Argos, założonego przez Danaosa).

³⁴⁶nawa (daw.) — statek, okręt.

³⁴⁷boju chciwy — żądny walki.

³⁴⁸przed… Achiwy — dziś popr. forma N.lm: przed Achajczykami (Grekami).

³⁴⁹Ajnejasz (mit. gr.) — lepiej znany jako Eneasz, bohater wojny trojańskiej, pojawia się w wielu mitach. Rzymski poeta Wergiliusz poświęcił mu poemat pt. Eneida.

³⁵⁰Hektor (mit. gr.) — syn Priama i Hekaby, króla Troi, brat Parysa i Helena.

³⁵¹Helen — syn Priama i Hekaby.

³⁵²wieszcz — tu: wróżbita.

³⁵³Likowie — obywatele Licji, sprzymierzeńcy Trojan

³⁵⁴od nieba — dziś popr.: przez niebo.

³⁵⁵Pallada (mit. gr.) — przydomek Ateny, bogini mądrości i sprawiedliwej wojny, w Iliadzie sprzyjającej Grekom.



[01.08.2026, Toruń]

POEZJA (100) TADEUSZ RÓŻEWICZ - OJCIEC

 

Ojciec

Idzie przez moje serce

stary ojciec

nie oszczędzał w życiu

nie składał

ziarnka do ziarnka

nie kupił sobie domku

ani złotego zegarka

jakoś nie zebrała się miarka


Żył jak ptak

śpiewająco

z dnia na dzień

ale

powiedzcie czy może

tak żyć niższy urzędnik

przez wiele lat


Idzie przez moje serce

ojciec

w starym kapeluszu

pogwizduje

wesołą piosenkę

I wierzy święcie

że pójdzie do nieba



[01.08.2026, Toruń]

30 lipca 2026

POEZJA (99) SERGIUSZ JESIENIN - LIST DO MATKI

 

List do matki

Żyjesz jeszcze, biedna stara matko?

I ja żyję. Pozdrowienia ślę.

Niechaj sączy się nad twoją chatką

To wieczorne światło w sinej mgle.


Mnie pisano, ze ukrywasz trwogę,

Tęsknisz za mną, że cię trapi żal,

Że wychodzisz często znów na drogę

W swej salopie śmiesznej - patrzeć w dal.


A gdy siny mrok na wieś się kładzie,

Często widzisz, niby blisko tuż,

Jak ktoś mi nagle w karczemnej zwadzie

Wbił po serce fiński nóż.


Głupstwo mamo! Spokój nade wszystko.

To igraszka tylko sennych mar,

Już nie takie ze mnie pijaczysko,

Bym bez ciebie gdzieś tam z dala zmarł.


Po dawnemu łaknę twej pieszczoty

I o jednym marzę tylko w snach,

Bym czym prędzej od tej złej tęsknoty

Znów powrócić pod nasz niski dach.


Wrócę, wrócę, kiedy w słońca blasku

Rozwiosenni się nasz biały sad.

Tylko ty już więcej mnie o brzasku

Nie budź tak, jak osiem temu lat.


Nie rusz tego, co sie odmarzyło,

Nie budź tego, co na wieki śpi.

Zbyt mnie wcześnie życie doświadczyło.

Strata złud i nuda wszystkich dni.


I modlitwy nie ucz mnie. Bo po co?

Co odeszło, juz nie wróci, nie.

Tyś jedyną łaską i pomocą,

Tyś jedyne moje światło w śnie.


Więc zapomnij już tę swoją trwogę,

Przestań tęsknić, porzuć zbędny żal.

I nie wychodź tak często na drogę,

W swej salopie śmiesznej - patrzeć w dal.



[30.07.2026,Toruń]