Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

18 sierpnia 2026

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (8)

 

R.3. PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA (cd.)


[…]

— Proszę krochmalu…

— Dać migdałów za dziesiątkę…

— Lukrecji⁹² za grosz…

— Szarego mydła…

Około południa zmniejszał się ruch za kontuarem towarów kolonialnych, a za to coraz częściej zjawiali się interesanci po stronie prawej sklepu, u Jana. Tu kupowano talerze, szklanki, żelazka, młynki, lalki, a niekiedy duże parasole, szafirowe lub pąsowe. Nabywcy, kobiety i mężczyźni, byli dobrze ubrani, rozsiadali się na krzesłach i kazali sobie pokazywać mnóstwo przedmiotów targując się i żądając coraz to nowych.

Pamiętam, że kiedy po lewej stronie sklepu męczyłem się bieganiną i zawijaniem towarów, po prawej — największe strapienie robiła mi myśl: czego ten a ten gość chce naprawdę i — czy co kupi? W rezultacie jednak i tutaj dużo się sprzedawało; nawet dzienny dochód z galanterii był kilka razy większy aniżeli z towarów kolonialnych i mydła. Stary Mincel i w niedzielę bywał w sklepie. Rano modlił się, a około południa kazał mi przychodzić do siebie na pewien rodzaj lekcji.

— Sag mir⁹³ — powiedz mi: was ist das? co to jest? Das ist Schublade — to jest szublada.

Zobacz, co jest w te szublade. Es ist Zimmt — tojest cynamon. Do czego potrzebuje się cynamon? do zupe, do legumine potrzebuje się cynamon. Co to jest cynamon? Jest taki kora z jedne drzewo. Gdzie mieszka taki drzewo cynamon? W Indii mieszka taki drzewo. Patrz na globus — tu leży Indii. Daj mnie za dziesiątkę cynamon… O, du Spitzbub!…⁹⁴ jak tobie dam dziesięć razy dyscyplin, ty będziesz wiedział, ile sprzedać za dziesięć groszy cynamon…

W ten sposób przechodziliśmy każdą szufladę w sklepie i historię każdego towaru. Gdy zaś Mincel nie był zmęczony, dyktował mi jeszcze zadania rachunkowe, kazał sumować księgi albo pisywać listy w interesach naszego sklepu. Mincel był bardzo porządny, nie cierpiał kurzu, ścierał go z najdrobniejszych przedmiotów. Jednych tylko dyscyplin nigdy nie potrzebował okurzać dzięki swoim niedzielnym wykładom buchalterii⁹⁵, jeografii⁹⁶ i towaroznawstwa. Powoli, w ciągu paru lat, tak przywykliśmy do siebie, że stary Mincel nie mógł obejść się beze mnie, a ja nawet jego dyscypliny począłem uważać za coś, co należało do familijnych stosunków. Pamiętam, że nie mogłem utulić się z żalu, gdy raz zepsułem kosztowny samowar, a stary Mincel zamiast chwytać za dyscyplinę — odezwał się:

— Co ty zrobila, Ignac?… Co ty zrobila!…

Wolałbym dostać cięgi wszystkimi dyscyplinami, aniżeli znowu kiedy usłyszeć ten drżący głos i zobaczyć wylęknione spojrzenie pryncypała. Obiady w dzień powszedni jadaliśmy w sklepie, naprzód dwaj młodzi Minclowie i August Katz, a następnie ja z pryncypałem. W czasie święta wszyscy zbieraliśmy się na górze i zasiadaliśmy do jednego stołu. Na każdą Wigilię Bożego Narodzenia Mincel dawał nam podarunki, a jego matka w największym sekrecie urządzała nam (i swemu synowi) choinkę. Wreszcie w pierwszym dniu miesiąca wszyscy dostawaliśmy pensję (ja brałem 10 złotych). Przy tej okazji każdy musiał wylegitymować się z porobionych oszczędności: ja, Katz, dwaj synowcy i służba. Nierobienie oszczędności, a raczej nieodkładanie co dzień choćby kilku groszy, było w oczach Mincla takim występkiem jak kradzież. Za mojej pamięci przewinęło się przez nasz sklep paru subiektów i kilku uczniów, których pryncypał dlatego tylko usunął, że nic sobie nie oszczędzili. Dzień, w którym się to wydało, był ostatnim ich pobytu. Nie pomogły obietnice, zaklęcia, całowania po rękach, nawet upadanie do nóg. Stary nie ruszył się z fotelu⁹⁷, nie patrzył na petentów⁹⁸, tylko wskazując […]

------------------------------------------------------------------------

⁹²Lukrecja — wyciąg z korzenia drzewa lukrecjowego o charakterystycznym słodko–mdłym smaku, stosowany w lecznictwie.

⁹³Sag mir (niem.) — powiedz mi. (Tu i w dalszym ciągu rozmowy stary Mincel sam tłumaczy łamaną polszczyzną wyrażenia niemieckie.)

⁹⁴O, du Spitzbub!… (niem.) — O, ty łobuzie!…

⁹⁵buchalteria — księgowość, rachunkowość.

⁹⁶jeografia — geografia. [

⁹⁷fotelu — tej formy Prus używa konsekwentnie w całym utworze; dziś: fotela.

⁹⁸petent — tu: proszący.

----------------------------------------------------------------------

[…] palcem drzwi wymawiał jeden wyraz: fort! fort!…⁹⁹ Zasada robienia oszczędności stała się już u niego chorobliwym dziwactwem. Dobry ten człowiek miał jedną wadę, oto — nienawidził Napoleona. Sam nigdy o nim nie wspominał, lecz na dźwięk nazwiska Bonapartego dostawał jakby ataku wścieklizny; siniał na twarzy, pluł i wrzeszczał: szelma! szpitzbub! Rozbójnik!… Usłyszawszy pierwszy raz tak szkaradne wymysły nieomal straciłem przytomność. Chciałem coś hardego powiedzieć staremu i uciec do pana Raczka, który już ożenił się z moją ciotką. Nagle dostrzegłem, że Jan Mincel zasłoniwszy usta dłonią coś mruczy i robi miny do Katza. Wytężam słuch i — oto co mówi Jan:

— Baje stary, baje! Napoleon był chwat, choćby za to samo, że wygnał hyclów Szwabów.

Nieprawda, Katz?

A August Katz zmrużył oczy i dalej krajał mydło. Osłupiałem ze zdziwienia, lecz w tej chwili bardzo polubiłem Jana Mincla i Augusta Katza. Z czasem przekonałem się, że w naszym małym sklepie istnieją aż dwa wielkie stronnictwa, z których jedno, składające się ze starego Mincla i jego matki, bardzo lubiło Niemców, a drugie, złożone z młodych Minclów i Katza, nienawidziło ich. O ile pamiętam, ja tylko byłem neutralny.

W roku 1846 doszły nas wieści o ucieczce Ludwika Napoleona z więzienia¹⁰⁰. Rok ten był dla mnie ważny, gdyż zostałem subiektem, a nasz pryncypał, stary Jan Mincel, zakończył życie z powodów dosyć dziwnych. W roku tym handel w naszym sklepie nieco osłabnął, już to z racji ogólnych niepokojów¹⁰¹, już z tej, że i pryncypał za często i za głośno wymyślał na Ludwika Napoleona. Ludzie poczęli zniechęcać się do nas, a nawet ktoś (może Katz?…) wybił nam jednego dnia szybę w oknie. Otóż wypadek ten, zamiast całkiem odstręczyć publiczność, zwabił ją do sklepu i przez tydzień mieliśmy tak duże obroty jak nigdy; aż zazdrościli nam sąsiedzi. Po tygodniu jednakże sztuczny ruch na nowo osłabnął i znowu były w sklepie pustki.

Pewnego wieczora w czasie nieobecności pryncypała, co już stanowiło fakt niezwykły, wpadł nam drugi kamień do sklepu. Przestraszeni Minclowie pobiegli na górę i szukali stryja, Katz poleciał na ulicę szukać sprawcy zniszczenia, a wtem ukazało się dwu policjantów ciągnących… Proszę zgadnąć kogo?… Ani mniej, ani więcej — tylko naszego

pryncypała oskarżając go, że to on wybił szybę teraz, a zapewne i poprzednio… Na próżno staruszek wypierał się: nie tylko bowiem widziano jego zamach, ale jeszcze znaleziono przy nim kamień… Poszedł też nieborak do ratusza. Sprawa po wielu tłomaczeniach i wyjaśnieniach naturalnie zatarła się; ale stary od tej chwili zupełnie stracił humor i począł chudnąć. Pewnego zaś dnia usiadłszy na swym fotelu pod oknem już nie podniósł się z niego. Umarł oparty brodą na księdze handlowej, trzymając w ręce sznurek, którym poruszał kozaka.

Przez kilka lat po śmierci stryja synowcy prowadzili wspólnie sklep na Podwalu i dopiero około 1850 roku podzielili się w ten sposób, że Franc został na miejscu z towarami kolonialnymi, a Jan z galanterią i mydłem przeniósł się na Krakowskie, do lokalu, który zajmujemy obecnie. W kilka lat później Jan ożenił się z piękną Małgorzatą Pfeifer, ona zaś

(niech spoczywa w spokoju) zostawszy wdową oddała rękę swoją Stasiowi Wokulskiemu,

który tym sposobem odziedziczył interes prowadzony przez dwa pokolenia Minclów. Matka naszego pryncypała żyła jeszcze długi czas; kiedy w roku 1853 wróciłem z zagranicy, […]

-----------------------------------------------------------------------

⁹⁹fort! fort!… (niem.) — precz! precz!…

¹⁰⁰ucieczka Ludwika Napoleona z więzienia — 25 maja 1846 r. Ludwikowi Napoleonowi udało się uciec z francuskiej twierdzy Ham do Anglii.

¹⁰¹ogólne niepokoje… — od roku 1840 wzmogła się we wszystkich zaborach działalność spiskowa. Tajne organizacje demokratyczne przygotowywały ogólnopolskie powstanie, wyznaczając termin na 22 lutego 1846 roku. W Warszawie spisek rozgałęziony był głównie wśród inteligencji i drobnomieszczaństwa, docierał również do proletariatu. Policja pruska i rosyjska wpadły jednak na trop organizacji i przeprowadziły liczne aresztowania, co udaremniło wybuch powstania (poza Krakowskiem). W Królestwie jedyną próbą walki był nieudany napad Pantaleona Potockiego na Siedlce. W następstwie tego władze carskie ogłosiły stan oblężenia; czterech uczestników napadu skazano na śmierć, wiele osób na zesłanie i ciężkie roboty. W początkach 1847 roku działalność konspiracyjna została w Królestwie wznowiona. Na wiosnę 1848 roku policja aresztowała niektórych uczestników spisku, a w ciągu dwu następnych lat rozgromiła go zupełnie.

-------------------------------------------------------------------------

[…] zastałem ją w najlepszym zdrowiu. Zawsze schodziła rano do sklepu i zawsze mówiła:

— Gut Morgen meine Kinder! Der Kaffee ist schon fertig…

Tylko głos jej z roku na rok przyciszał się, dopóki wreszcie nie umilknął na wieki. Za moich czasów pryncypał był ojcem i nauczycielem praktykantów i najczujniejszym sługą sklepu; jego matka lub żona były gospodyniami, a wszyscy członkowie rodziny pracownikami. Dziś pryncypał bierze tylko dochody z handlu, najczęściej nie zna go i najwięcej troszczy się o to, ażeby jego dzieci nie zostały kupcami. Nie mówię tu o Stasiu Wokulskim, który ma szersze zamiary, tylko myślę w ogólności, że kupiec powinien siedzieć w sklepie i wyrabiać sobie ludzi, jeżeli chce mieć porządnych. Słychać, że Andrassy zażądał sześćdziesięciu milionów guldenów na nieprzewidziane wydatki¹⁰². Więc i Austria zbroi się, a tymczasem Staś pisze mi, że — nie będzie wojny. Ponieważ nigdy nie był fanfaronem, więc chyba być musi bardzo wtajemniczonym w politykę; a w takim razie siedzi w Bułgarii nie przez miłość do handlu. Ciekawym, co on zrobi! Ciekawym!…

------------------------------------------------------------------------

¹⁰²Andrassy zażądał sześćdziesięciu milionów guldenów –– po zawarciu pokoju w San Stefano, w marcu 1878 r., zebrały się w Wiedniu delegacje sejmu austriackiego i parlamentu węgierskiego, od których ówczesny minister spraw zagranicznych, hr. Juliusz Andrassy (1823–1890), zażądał nadzwyczajnych kredytów w wysokości 60 milionów guldenów



[18.08.2026, Toruń]



17 sierpnia 2026

SZTUKA WEIMARSKA II

 

65. George Grosz

Zwierzę pociągowe - 1928
Akwarela, pióro i tusz na papierze



66. Alois Erbach (Niemiec, 1888–1972).

„Górnik”, 1930 r., akwarela.

Muzeum w Wiesbaden.



Erbach, syn ślusarza, od zawsze pragnął zostać malarzem. Studiował w Królewskiej Szkole Sztuki Użytkowej w Monachium, a później w Monachijskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Podczas I wojny światowej Erbach służył w wojsku, a jednocześnie pracował jako niezależny artysta. W 1919 roku był współzałożycielem düsseldorfskiej grupy „Das Junge Rheinland”. Należał również do grupy „Drezdeńska Secesja” oraz do kręgu artystycznego skupionego wokół właścicielki galerii Johanny Ey w Düsseldorfie.

Erbach nawiązywał do ekspresjonizmu, jednak w późniejszych pracach widoczne są wpływy surrealizmu i nowej rzeczywistości.

Pod pseudonimem „Aleus” Erbach rysował karykatury dla czasopism.

Erbach utrzymywał bliskie kontakty z Dixem, Georgem Groszem, Otto Griebelem i Heartfieldem, a także z kręgiem innych artystów skupionych wokół wydawnictwa Malik oraz z dadaistami.

W noc pożaru Reichstagu Erbach został aresztowany przez gestapo, ale później zwolniony. Znajdował się wówczas w poważnym niebezpieczeństwie i w 1933 roku wyemigrował na Majorkę. W 1937 roku jego dzieła zostały skonfiskowane z kolekcji publicznych w ramach kampanii przeciwko „sztuce zdegenerowanej”.


67. Jesekiel David Kirszenbaum (urodzony w Polsce, 1900–1954).

„Woźnica w sztetlu”, 1928 r., akwarela;



Kirszenbaum został zmuszony do opuszczenia swojego rodzinnego miasta w Polsce, aby zarówno uciec przed prześladowaniami jako Żyd, jak i rozwijać swoją twórczość artystyczną. Wyemigrował do Niemiec, ale w 1933 roku ponownie uciekł do Paryża.

Podczas niemieckiej okupacji jego pracownia została splądrowana, a ponad 600 obrazów i rysunków zrabowano – stanowiło to niemal całość jego dorobku artystycznego.

Był więziony w różnych obozach pracy, w tym w obozie koncentracyjnym Camp du Vernet. Jego żona, wraz z wszystkimi członkami rodziny w Polsce, została deportowana do obozu koncentracyjnego i tam zamordowana przez nazistów.


68. Max Carl Friedrich Beckmann (12 lutego 1884 r., Lipsk – 27 grudnia 1950 r., Nowy Jork, USA) był niemieckim malarzem, rysownikiem, grafikiem, rzeźbiarzem i pisarzem.

„Das Nizza im Frankfurt am Main”

autor: Max Beckmann, 1921 r.

Olej na płótnie

Kunstmuseum Basel, Szwajcaria



We Frankfurcie nad Menem, na brzegu rzeki Main w dzielnicy Sachsenhausen, znajduje się park porośnięty roślinnością śródziemnomorską, znany jako „Das Nizza”. Został on zaprojektowany przez ogrodników, którzy kształcili się w okolicach Nicei.


69. Wilhelm Heise (Wiesbaden 1892 - München 1965)

Blooming Spring - Autoportret jako radiowizjer, 1926



70. Ernst Ludwig Kirchner (6 maja 1880 r. w Aschaffenburgu, Niemcy – 15 czerwca 1938 r.

„Mleczarka w Alpach”, znana również jako „Dostarczająca mleko w Alpach”


był niemieckim malarzem i grafikiem ekspresjonistycznym. Był jednym z założycieli grupy artystycznej „Die Brücke” („Most”), która odegrała kluczową rolę w powstaniu ekspresjonizmu w sztuce XX wieku. Kirchner zgłosił się na ochotnika do służby wojskowej podczas I wojny światowej, ale wkrótce doznał załamania nerwowego i został zwolniony ze służby. W 1933 roku naziści uznali jego twórczość za „zdegenerowaną”.



[17.08.2026, Toruń]

HOMER - ILIADA - KSIĘGA VI cd. (22)

 

Syn mój między Trojany⁴⁶¹ jak ja sławny będzie,

Niechaj z odwagą berło dziadowskie dziedziczy!

Gdy wróci z boju, pełen zwycięskiej zdobyczy,

Niechaj wtenczas kto powie: on ojca przechodzi⁴⁶²!

Niech się tym słowem matce uradować godzi⁴⁶³».

To rzekł i syna oddał swojej młodej żonie;

Ta z płaczliwym uśmiechem ciśnie go na łonie.

Widok taki wskroś serce Hektora przeszywa,

Zatem głaszcze ją ręką i tak się odzywa:

— «Niech cię, najmilsza żono, los mój tak nie boli,

Nikt mi życia nie weźmie bez wyroku woli;

Od wyroku zaś żaden człek się nie wybiega,

Równie mu i bohater, i gnuśnik⁴⁶⁴ podlega.

Wróć do domu, weź w ręce kądziel⁴⁶⁵ i wrzeciono⁴⁶⁶,

Pilnuj robót służebnic, ukochana żono!

O wojnie męże niechaj Ilijonu pomną⁴⁶⁷,

A najszczególniej Hektor». Rzekł i wraz⁴⁶⁸ ogromną

Przyłbicę bierze z ziemi i kładzie na głowie.

Andromacha się wraca po smutnej rozmowie,

Ale biedna za każdym ogląda się krokiem

I rzęsistym oblewa lice⁴⁶⁹ łez potokiem.

Skoro weszła w ozdobne Hektora pokoje,

Zastała zgromadzone służebnice swoje.

Przejmują smutek, panią gdy we łzach obaczą,

Żyjącego Hektora rzewnie w domu płaczą,

Bo się nie spodziewały, żeby przed Achiwy

Mógł się wybiegać w polu i powrócić żywy.

I Parys dłużej w swoim pałacu nie siedzi.

Ale ubrany w zbroję z świecącej się miedzi

Idzie; że szybki w nogach, wielce ufa sobie.

Jak wypasły⁴⁷⁰ koń, długo trzymany przy żłobie,

Zerwawszy uwiązanie bieży, piasek miece⁴⁷¹,

I przywykły się kąpać w przeźroczystej rzece,

Pyszny swoją pięknością, leci, dumnie pląsa,

Głowę do góry wznosi, a grzywą potrząsa

I pędzi na znajome sobie klacz pastwiska:

Tak Parys w świetnej zbroi, co wkoło blask ciska

Jak słońce, z pergamskiego zamku⁴⁷² prędko śpieszy

I dumną myśl przyszłymi triumfami cieszy.

W tym samym właśnie miejscu i w tej samej porze,

Gdzie się z żoną rozłączył, stanął przy Hektorze.

— «Bracie — piękny rzekł Parys — możem się zabawił⁴⁷³

I nie dość prędko według rozkazania stawił?

Hektor na to: — «Ktokolwiek zdrowo sądzi rzeczy,

---------------------------------------------------------------------

⁴⁶¹Trojany — dziś popr. forma N. lm.: Trojanami.

⁴⁶²on ojca przechodzi — sens: jest lepszym wojownikiem niż ojciec.

⁴⁶³godzi — tu: da, pozwoli.

⁴⁶⁴gnuśnik — człowiek apatyczny, niechętny do działania.

⁴⁶⁵kądziel — pęk włókien do przędzenia.

⁴⁶⁶wrzeciono — przyrząd do przędzenia ręcznego w formie wałka zaostrzonego na obu końcach.

⁴⁶⁷pomnieć — pamiętać.

⁴⁶⁸wraz (daw.) — zaraz, natychmiast.

⁴⁶⁹lico — twarz.

⁴⁷⁰wypasły — dobrze utrzymany.

⁴⁷¹miece — tu: wzburza (kopytami podczas biegu).

⁴⁷²z pergamskiego zamku — Pergamon to historyczna kraina w Azji Mniejszej, gdzie znajdowała się Troja.

⁴⁷³zabawić (daw.) — zwlekać, zmarnować czas.

----------------------------------------------------------------------

Ten ci do dzieł rycerskich zdatności nie przeczy:

Masz serce, ale z własnej opuszczasz się woli

I gnuśności⁴⁷⁴ poddajesz; a mnie dusza boli,

Gdy słyszę Trojan srodze szarpiących twą sławę,

Którzy tyle przez twoją muszą cierpieć sprawę.

Ale się łatwo z sobą pogodzim w tej mierze,

Gdy bogom nieśmiertelnym przy świętej ofierze

Czarę z winem poświęcić Zeus da życzliwy,

Skoro dumne od Troi odpędzim Achiwy».

----------------------------------------------------------------------

⁴⁷⁴gnuśność — niechęć do działania.



[17.08.2026, Toruń]

MITOLOGIA GRECKA - NARODZINY ŚWIATA [WG. JANA PARANDOWSKIEGO [3]

 

Prometeusz

[...]

Inne podania głosiły, że człowiek jest tworem jednego z tytanów — Prometeusza, który ulepił go z gliny pomieszanej ze łzami. Duszę zaś dał mu z ognia niebieskiego, którego parę iskier ukradł z rydwanu słońca. Niedaleko miasta Panopeus pokazywano chatę z cegieł, gdzie Prometeusz ongi dokonywał swej pracy. Dokoła leżały odłamki gliniastej ziemi, a szedł z nich zapach jakby ciała ludzkiego. Były to bowiem resztki nie zużytego materiału. Dziś jeszcze czerwona ziemia beocka przypomina baśń o stworzycielu rodu ludzkiego.

Człowiek Prometeusza był słaby i nagi. Palce miał zakończone zbyt kruchymi paznokciami, by mu były obroną przed pazurami dzikich zwierząt. Jedynie jego postać, niepodobna do otaczających stworzeń, była widocznym obrazem bogów. Brakowało mu tylko ich siły. Niby mdłe zjawy senne błądzili ludzie, bezradni wobec potęg przyrody, której nie rozumieli. Wszystkie ich czyny były nieświadome i bezładne. Widząc to Prometeusz ponownie zakradł się do wielkiego spichlerza ognia niebieskiego i przyniósł na ziemię pierwsze zarzewie. W siedzibach ludzkich zapłonęły jasne ogniska ogrzewając mieszkańców i płosząc drapieżne bestie. Mądry tytan uczył ludzi umiejętnego używania ognia, sztuk i rzemiosł.

Nie podobało się to Dzeusowi. Mając w pamięci niedawną walkę z gigantami, obawiał się wszystkiego, co pochodzi z ziemi. Kazał wtedy Hefajstosowi, z bogów najbieglejszemu

we wszystkich kunsztach, stworzyć kobietę cudnej urody, na wzór bogiń nieśmiertelnych.

Gdy misterne to dzieło już było gotowe, Atena nauczyła pierwszą niewiastę pięknych robót

kobiecych; Afrodyta otoczyła jej oblicze wdziękiem i w oczy wlała urok uwodzicielski; Hermes dał jej skryty i pochlebczy charakter wraz z darem kuszącej wymowy; w końcu

ubrano ją w złoto i uwieńczono kwiatami. I nazwano ją Pandorą, albowiem była ona darem dla ludzi od wszystkich bogów i każdy z bogów obdarzył ją jakąś szczególną właściwością. W posagu otrzymała glinianą beczkę szczelnie zamkniętą, której zawartości nikt nie znał.

Tak wyposażoną Pandorę zaprowadził Hermes, posłaniec bogów, na ziemię i zostawił

ją przed chatą Prometeusza. Mądry tytan wyszedł przed dom przyjrzeć się pięknej nieznajomej i od razu zwietrzył jakiś podstęp. Nie przyjął jej więc, ale odprawił i innym

doradzał tak samo postąpić. Lecz Prometeusz miał brata nie bardzo rozumnego, imieniem Epimeteusz, co się wykłada: “wstecz myślący". Ten nie tylko nie wygnał Pandory, lecz natychmiast z nią się ożenił. Pandora ciekawa była zajrzeć do owej beczki, którą bogowie dali jej we wianie. Ale przyszedł Prometeusz, odwiódł brata na stronę i przestrzegał: “Niemądry Epimeteuszu — rzekł — zrobiłeś już jedno głupstwo, żeś tę niewiastę, na zło chyba stworzoną przez bogów, przyjął do domu. Nie czyń przynajmniej drugiego głupstwa i nie otwieraj beczki ani żonie nie pozwalaj, bo tak mi się zdaje, że w niej jakieś wielkie licho siedzi".

Epimeteusz przyrzekł, że się nad tym zastanowi. Miał zwyczaj myśleć bardzo długo i powoli, tak że zanim zdążył rozważyć słowa brata, szybkomówna Pandora nakłoniła go do otwarcia beczki. I oczywiście stało się nieszczęście. Ledwo podniesiono wieko, wyleciały na świat wszystkie smutki, troski, nędze i choroby i jak kruki obsiadły biedną ludzkość. Prometeusz chciał teraz bogom podstępem za podstęp odpłacić. Zabił wołu i podzielił go na dwie części: osobno złożył mięso, które owinął skórą, oddzielnie zaś kości, i nakrył je

tłuszczem. Za czym poprosił Dzeusa: “Którą część weźmiesz, będzie odtąd bogom poświęcona".

Dzeus wybrał tę, gdzie było więcej tłuszczu, domyślając się pod jego grubą warstwą najdelikatniejszego mięsa. Natychmiast przekonał się, że były to same kości, okryte najgorszym tłuszczem. Ale wyrok był nie cofniony: te właśnie części zwierząt składano w

ofierze bogom niebieskim.

Dzeus zemścił się okrutnie. Na jego rozkaz przykuto Prometeusza do skały Kaukazu.

Co dzień zgłodniały orzeł zlatywał, by mu wyjadać wątrobę, która wciąż odrastała. Wokoło

było pusto i głucho. Skazaniec nie słyszał głosu ludzkiego ani nie ukazywała mu się twarz

przyjazna. Palony gorącymi, promieniami słońca, bez ruchu i spoczynku, trwał Prometeusz, niby wieczny wartownik, dla którego zawsze za późno przychodzi noc w płaszczu gwiaździstym i za późno zorza poranku roztapia się w ciepłocie dnia. Jego próżne jęki spadały w przepaść gór jak martwe kamienie.

Prometeusz jest jedną z najwznioślejszych postaci w mitologii — bóg, który cierpiał

przez miłość dla ludzi. Zanim do nich przemówił, byli jak ślepcy i brodzili w mroku, nie wiedząc ani o sobie nic, ani o świecie otaczającym, były im obce budowy kamienne, strzelające ku słońcu, nie znali sztuki ciesielskiej. Nie umieli powiedzieć, kiedy następuje kres zimy lub kwietnej wiosny albo jesieni bogatej w plony. Żyli jak mrówki w ciemnych jaskiniach, aż on im pokazał, gdzie wschodzą gwiazdy i kędy zachodzą. Dał im naukę o liczbach, najprzedniejszą wiedzę i objawił kunszt pisma, ten skarbiec pamięci i źródło poezji. Oswoił zwierzęta, konie zaprzągł do wozu i na słone morze spuścił płóciennoskrzydłe statki. Dał chorym lekarstwa kojące i wynalazł zioła, które ból usuwają. W głębi ziemi wyśledził cenne metale i objawił, jak ze snu, lotu ptaków i głosów w przyrodzie odgadywać przyszłość.

Prometeusz w człowieku rozbudził ducha i dał mu moc panowania nad światem.

Gdy zabrakło jego mądrego kierownictwa, ludzie, nękani cierpieniami, pełni żądz, których poskramiać nie umieli, stawali się źli i występni. Bogowie, ilekroć zeszli na ziemię, narażali się na zniewagi i obelgi. Na Olimpie mówiono, że winna temu zbrodnicza krew gigantów, którą przesiąknięta była ziemia, z jakiej Prometeusz ulepił ludzi. Gdy więc i Dzeusa spotkała śmiertelna obraza — król Lykaon poczęstował go mięsem ludzkim podczas wieczerzy — na radzie niebieskiej postanowiono wytępić ród ludzki potopem. Wysłano wiatry, aby zewsząd pospędzały chmury. Z pierwszym gromem spadły wielkie deszcze. Morza i rzeki wystąpiły z brzegów. Najwyższe domy skryły się pod wodą. Nie było granicy między ziemią i morzem. Człowiek żeglował po polach, po których niedawno chodził za pługiem. Nereidy, zdumione i przerażone, pływały po ulicach miast zatopionych. Wszystko ratowało się bezładną ucieczką. Z białych fal wychylały się płowe grzywy lwów, a wilk prowadził trzodę owiec do nie istniejącej przystani. Ptaki znużone lotem, nie widząc nigdzie oparcia, spadały w głębinę. Ziemię zaległa cisza i pustka. Bogowie ze szczytów Olimpu słyszeli tylko oddech bezkresnego morza.

Najwyższe góry znikły. Ponad falami wyrastał jeden wierch Parnasu, w Beocji. Na bezbrzeżnym oceanie kołysało się nędzne czółno, a w nim drżało z trwogi dwoje staruszków: Deukalion i Pyrra. Ich słaby wzrok nie mógł ogarnąć całego bezmiaru klęski. Po dziewięciu dniach i dziewięciu nocach wędrowania czółno stanęło na szczycie Parnasu. Wody zaczęły opadać. Z wolna ukazywały się wzgórza, po nich wyższe płaszczyzny, wreszcie niziny pełne szlamu, w którym leżały trupy ludzi i zwierząt. [...]



[17.08.2026, Toruń]

16 sierpnia 2026

FRAZEOLOGIZMY II (441 – 460)

 

441. dodatek szkodliwy - pot. żart. dodatek za pracę w warunkach szkodliwych dla zdrowia

442. dogodzić sobie - iron. lub żart. użyć czegoś ponad miarę i zaszkodzić tym sobie; iron. lub żart. zrobić sobie krzywdę, nadwyrężyć sobie coś, skaleczyć się itp.; dosł. posp. dostarczać samemu sobie rozkoszy seksualnej

443. dojna krowa - roln. krowa dająca mleko; przen. market. produkt lub przedsięwzięcie generujące stałe wysokie dochody; przen. ktoś nieświadomie wykorzystywany przez innych

444. dolewać oliwy do ognia - zwiększać czyjeś niezadowolenie lub rozdrażnienie, eskalować spór i potęgować negatywne emocje

445. dom bez klamek - pot. eufem. szpital psychiatryczny

446. dom wariatów - pot. zakład dla osób z zaburzeniami psychicznymi; pot. brak ładu

447. domek z kart - budowla z kart do gry, najczęściej mająca kształt piramidki; przen. coś, co jest nietrwałe

448. dostać arbuza - daw. otrzymać odmowną odpowiedź po wyrażeniu propozycji matrymonialnej

449. dostać baty - pot. zostać zbitym przez kogoś; kib. ponieść sromotną porażkę

450. dostać cykora - pot. przestraszyć się, bać się

451. dostać czarną gałkę - przest. przegrać wybory

452. dostać czarną polewkę - daw. otrzymać odmowną odpowiedź po wyrażeniu propozycji matrymonialnej

453. dostać gila - gw. poznańska - zwariować

454. dostać kopa w górę - pot. otrzymać awans na stanowisko teoretycznie wyższe, ale pozbawione wpływów

455. dostać kosza - otrzymać odmowną odpowiedź po wyrażeniu propozycji matrymonialnej

456. dostać kupić - gw. poznańska - kupić

457. dostać małpiego rozumu - zacząć się wygłupiać; zacząć się zachowywać w sposób dziwaczny lub nieobliczalny, stracić rozsądek, panowanie nad sobą, zwariować

458. dostać po kieszeni - pot. ponieść stratę pieniężną

459. dostać po nosie - pot. zostać zganionym, ostro skarconym

460. dostać pomieszania zmysłów - zgłupieć, zwariować



[16.08.2026, Toruń]

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (7)

 

R.3. PAMIĘTNIK STAREGO SUBIEKTA (cd.)


[...]

— Boże miłosierny — jęknęła ciotka — ten drab już chyba na mnie pluć zacznie, kiedy brata nie stało… Oj! nieszczęśliwa ja sierota!…

— Wielka rzecz! — odezwał się pan Raczek. — Wyjdź jejmość za mąż, to nie będziesz sierotą.

— A gdzież ja znajdę takiego głupiego, co by mnie wziął?

— Phi! może i ja bym się ożenił z jejmością, bo nie ma mnie kto smarować — mruknął pan Raczek, ciężko schylając się do ziemi, ażeby wypukać popiół z fajki. Ciotka rozpłakała się, a wtedy odezwał się pan Domański:

— Po co robić duże ceregiele. Jejmość nie masz opieki, on nie ma gospodyni; pobierzcie się i przygarnijcie Ignasia, a będziecie nawet mieli dziecko. Jeszcze tanie dziecko, bo Mincel da mu wikt i kwaterę, a wy tylko odzież.

— Hę?… — spytał pan Raczek patrząc na ciotkę.

— No, oddajcie pierwej chłopca do terminu, a potem… może się odważę — odparła ciotka. — Zawsze miałam przeczucie, że marnie skończę…

— To i jazda do Mincla! — rzekł pan Raczek podnosząc się z krzesełka. — Tylko jejmość nie zrób mi zawodu! — dodał grożąc ciotce pięścią.

Wyszli z panem Domańskim i może w półtorej godziny wrócili obaj mocno zarumienieni. Pan Raczek ledwie oddychał, a pan Domański z trudnością trzymał się na nogach, podobno z tego, że nasze schody były bardzo niewygodne.

— Cóż?… — spytała ciotka.

— Nowego Napoleona wsadzili do prochowni!⁷⁶ — odpowiedział pan Domański.

— Nie do prochowni, tylko do fortecy. A–u… A–u… — dodał pan Raczek i rzucił czapkę na stół.

— Ale z chłopcem co?

— Jutro ma przyjść do Mincla z odzieniem i bielizną — odrzekł pan Domański. — Nie do fortecy A–u…, A–u… tylko do Ham–ham czy Cham… bo nawet nie wiem…

— Zwariowaliście, pijaki! — krzyknęła ciotka chwytając pana Raczka za ramię.

— Tylko bez poufałości! — oburzył się pan Raczek. — Po ślubie będzie poufałość, teraz… Ma przyjść do Mincla jutro z bielizną i odzieniem… Nieszczęsny Napoleonie!…

Ciotka wypchnęła za drzwi pana Raczka, potem pana Domańskiego i wyrzuciła za nimi czapkę.

— Precz mi stąd, pijaki!

— Wiwat Napoleon! — zawołał pan Raczek, a pan Domański zaczął śpiewać:

Przechodniu, gdy w tę stronę zwrócisz swoje oko,

Przybliż się i rozważaj ten napis głęboko…

Przybliż się i rozważaj ten napis głęboko.

Głos jego stopniowo cichnął, jakby zagłębiając się w studni, potem umilkł na schodach, lecz znowu doleciał nas z ulicy. Po chwili zrobił się tam jakiś hałas, a gdy wyjrzałem oknem, zobaczyłem, że pana Raczka policjant prowadził do ratusza⁷⁷. Takie to wypadki poprzedziły moje wejście do zawodu kupieckiego. Sklep Mincla znałem od dawna, ponieważ ojciec wysyłał mnie do niego po papier, a ciotka po mydło. Zawsze biegłem tam z radosną ciekawością, ażeby napatrzeć się wiszącym za szybami zabawkom. O ile pamiętam, był tam w oknie duży kozak, który sam przez się skakał i machał rękoma, a we drzwiach — bęben, pałasz i skórzany koń z prawdziwym ogonem.

Wnętrze sklepu wyglądało jak duża piwnica, której końca nigdy nie mogłem dojrzeć z powodu ciemności. Wiem tylko, że po pieprz, kawę i liście bobkowe szło się na lewo do stołu, za którym stały ogromne szafy od sklepienia do podłogi napełnione szufladami. Papier zaś, atrament, talerze i szklanki sprzedawano przy stole na prawo, gdzie były szafy.[...]

------------------------------------------------------------------------

⁷⁶Nowego Napoleona wsadzili do prochowni — zamach stanu Ludwika Napoleona w r. 1840 nie powiódł się. Ludwik Napoleon został wzięty do niewoli, skazany przez Izbę Parów na dożywotnie więzienie i 7 października 1840 r. osadzony w twierdzy Ham (w północnej Francji). Prochownią nazywano więzienie w Warszawie, które mieściło się w dawnej prochowni przy ulicach Rybaki i Boleść.

⁷⁷Ratusz mieścił się w przebudowanym pałacu Jabłonowskiego na placu Teatralnym (zniszczony w czasie powstania warszawskiego). W budynku ratusza znajdowały się biura policyjne

... z szybami, a po mydło i krochmal szło się w głąb sklepu, gdzie było widać beczki i stosy

pak drewnianych. Nawet sklepienie było zajęte. Wisiały tam długie szeregi pęcherzy naładowanych gorczycą i farbami, ogromna lampa z daszkiem, która w zimie paliła się cały dzień, sieć pełna korków do butelek, wreszcie — wypchany krokodylek, długi może na półtora łokcia⁷⁸. Właścicielem sklepu był Jan Mincel, starzec z rumianą twarzą i kosmykiem siwych włosów pod brodą. W każdej porze dnia siedział on pod oknem na fotelu obitym skórą, ubrany w niebieski barchanowy kaftan, biały fartuch i takąż szlafmycę. Przed nim na stole leżała wielka księga, w której notował dochód, a tuż nad jego głową wisiał pęk dyscyplin⁷⁹, przeznaczonych głównie na sprzedaż. Starzec odbierał pieniądze, zdawał gościom resztę, pisał w księdze, niekiedy drzemał, lecz pomimo tylu zajęć, z niepojętą uwagą czuwał nad biegiem handlu w całym sklepie. On także, dla uciechy przechodniów ulicznych, od czasu do czasu pociągał za sznurek skaczącego w oknie kozaka i on wreszcie, co mi się najmniej podobało, za rozmaite przestępstwa karcił nas jedną z pęka dyscyplin. Mówię: nas, bo było nas trzech kandydatów do kary cielesnej: ja tudzież dwaj synowcy starego — Franc i Jan Minclowie. Czujności pryncypała i jego biegłości w używaniu sarniej nogi⁸⁰ doświadczyłem zaraz na trzeci dzień po wejściu do sklepu. Franc odmierzył jakiejś kobiecie za dziesięć groszy rodzynków. Widząc, że jedno ziarno upadło na kontuar (stary miał w tej chwili oczy zamknięte), podniosłem je nieznacznie i zjadłem. Chciałem właśnie wyjąć pestkę, która wcisnęła mi się między zęby, gdy uczułem na plecach coś, jakby mocne dotknięcie rozpalonego żelaza.

— A, szelma! — wrzasnął stary Mincel i nim zdałem sobie sprawę z sytuacji, przeciągnął po mnie jeszcze parę razy dyscyplinę, od wierzchu głowy do podłogi. Zwinąłem się w kłębek z bólu, lecz od tej pory nie śmiałem wziąć do ust niczego w sklepie. Migdały, rodzynki, nawet rożki miały dla mnie smak pieprzu. Urządziwszy się ze mną w taki sposób, stary zawiesił dyscyplinę na pęku, wpisał rodzynki i z najdobroduszniejszą miną począł ciągnąć za sznurek kozaka. Patrząc na jego półuśmiechniętą twarz i przymrużone oczy, prawie nie mogłem wierzyć, że ten jowialny staruszek posiada taki zamach w ręku. I dopiero teraz spostrzegłem, że ów kozak widziany z wnętrza sklepu wydaje się mniej zabawnym niż od ulicy. Sklep nasz był kolonialno-galanteryjno-mydlarski. Towary kolonialne wydawał gościom Franc Mincel, młodzieniec trzydziestokilkoletni, z rudą głową i zaspaną fizjognomią⁸¹. Ten najczęściej dostawał dyscypliną od stryja, gdyż palił fajkę, późno wchodził za kontuar, wymykał się z domu po nocach, a nade wszystko niedbale ważył towar. Młodszy zaś, Jan Mincel, który zawiadywał galanterią i obok niezgrabnych ruchów odznaczał się łagodnością, był znowu bity za wykradanie kolorowego papieru i pisywanie na nim listów do panien. Tylko August Katz, pracujący przy mydle, nie ulegał żadnym surowcowym⁸² upomnieniom. Mizerny ten człeczyna odznaczał się niezwykłą punktualnością. Najraniej przychodził do roboty, krajał mydło i ważył krochmal jak automat; jadł, co mu podano, w najciemniejszym kącie sklepu, prawie wstydząc się tego, że doświadcza ludzkich potrzeb. O dziesiątej wieczorem gdzieś znikał. W tym otoczeniu upłynęło mi osiem lat, z których każdy dzień był podobny do wszystkich innych dni, jak kropla jesiennego deszczu do innych kropli jesiennego deszczu.

Wstawałem rano o piątej, myłem się i zamiatałem sklep. O szóstej otwierałem główne drzwi tudzież okiennicę. W tej chwili gdzieś z ulicy zjawiał się August Katz, zdejmował surdut, kładł fartuch i milcząc stawał między beczką mydła szarego a kolumną ułożoną z cegiełek mydła żółtego. Potem drzwiami od podwórka wbiegał stary Mincel mrucząc: Morgen!⁸³, poprawiał szlafmycę, dobywał z szuflady księgę, wciskał się w fotel i parę razy [...]

⁷⁸łokieć — dawna miara długości, łokieć warszawski — ok. 58 cm.

⁷⁹dyscyplina — przyrząd (kilka rzemieni umocowanych do rękojeści) służący do wymierzania kar cielesnych.

⁸⁰sarnia noga — rękojeść dyscypliny z wykonana z sarniej nogi.

⁸¹fizjognomia (a. fizjonomia) — twarz.

⁸²surowcowy — surowiec: rzemień wyrżnięty ze skóry surowej.

⁸³Morgen — skrócone powitanie poranne w języku niemieckim: dzień dobry.

---------------------------------------------------------------------

… ciągnął za sznurek kozaka. Dopiero po nim ukazywał się Jan Mincel i ucałowawszy stryja w rękę stawał za swoim kontuarem, na którym podczas lata łapał muchy, a w zimie kreślił palcem albo pięścią jakieś figury. Franca zwykle sprowadzano do sklepu. Wchodził z oczyma zaspanymi, ziewający, obojętnie całował stryja w ramię i przez cały dzień skrobał się w głowę w sposób, który mógł oznaczać wielką senność lub wielkie zmartwienie. Prawie nie było ranka, ażeby stryj patrząc na jego manewry nie wykrzywiał mu się i nie pytał:

— No… a gdzie, ty szelma, latała?

Tymczasem na ulicy budził się szmer i za szybami sklepu coraz częściej przesuwali się przechodnie. To służąca, to drwal, jejmość w kapturze, to chłopak od szewca, to jegomość

w rogatywce szli w jedną i drugą stronę jak figury w ruchomej panoramie⁸⁴. Środkiem ulicy toczyły się wozy, beczki, bryczki — tam i na powrót… Coraz więcej ludzi, coraz więcej wozów, aż nareszcie utworzył się jeden wielki potok uliczny, z którego co chwilę ktoś wpadał do nas za sprawunkiem.

— Pieprzu za trojaka⁸⁵…

— Proszę funt⁸⁶ kawy…

— Niech pan da ryżu…

— Pół funta mydła…

— Za grosz liści bobkowych…

Stopniowo sklep zapełniał się po największej części służącymi i ubogo odzianymi jejmościami. Wtedy Franc Mincel krzywił się najwięcej: otwierał i zamykał szuflady, obwijał

towar w tutki⁸⁷ z szarej bibuły, wbiegał na drabinkę, znowu zwijał, robiąc to wszystko z żałosną miną człowieka, któremu nie pozwalają ziewnąć. W końcu zbierało się takie mnóstwo interesantów, że i Jan Mincel, i ja musieliśmy pomagać Francowi w sprzedaży. Stary wciąż pisał i zdawał resztę, od czasu do czasu dotykając palcami swojej białej szlafmycy, której niebieski kutasik zwieszał mu się nad okiem. Czasem szarpnął kozaka, a niekiedy z szybkością błyskawicy zdejmował dyscyplinę i ćwiknął⁸⁸ nią którego ze swych synowców. Nader rzadko mogłem zrozumieć: o co mu chodzi? synowcy bowiem niechętnie objaśniali mi przyczyny jego popędliwości.

Około ósmej napływ interesantów zmniejszał się. Wtedy w głębi sklepu ukazywała się gruba służąca z koszem bułek i kubkami (Franc odwracał się do niej tyłem), a za nią — matka naszego pryncypała, chuda staruszka w żółtej sukni, w ogromnym czepcu na głowie, z dzbankiem kawy w rękach. Ustawiwszy na stole swoje naczynie, staruszka odzywała się schrypniętym głosem:

— Gut Morgen, meine Kinder! Der Kaffee ist schon fertig…⁸⁹

I zaczynała rozlewać kawę w białe fajansowe kubki. Wówczas zbliżał się do niej stary Mincel i całował ją w rękę mówiąc:

— Gut Morgen, meine Mutter!⁹⁰

Za co dostawał kubek kawy z trzema bułkami. Potem przychodził Franc Mincel, Jan Mincel, August Katz, a na końcu ja. Każdy całował staruszkę w suchą rękę, porysowaną niebieskimi żyłami, każdy mówił:

— Gut Morgen, Grossmutter!⁹¹

I otrzymywał należny mu kubek tudzież trzy bułki. A gdyśmy z pośpiechem wypili naszą kawę, służąca zabierała pusty kosz i zamazane kubki, staruszka swój dzbanek i obie znikały. Za oknem wciąż toczyły się wozy i płynął w obie strony potok ludzki, z którego co

chwila odrywał się ktoś i wchodził do sklepu. [...]

⁸⁴panorama — rozległy obraz wewnątrz okrągłego budynku, dający widzom złudzenie rzeczywistości.

⁸⁵trojak — trzy grosze (pół kopiejki), drobna polska moneta będąca eszcze wówczas w obiegu.

⁸⁶funt — dawna jednostka wagi, funt warszawski był równy dzisiejszym 405 gramom.

⁸⁷tutki — (z niem.) tu: zwinięte torebki papierowe.

⁸⁸ćwiknąć (gwar.) — uderzyć. [

⁸⁹Gut Morgen, meine Kinder! Der Kaffee ist schon fertig… (niem.) — dzień dobry, moje dzieci, kawa jest już gotowa.

⁹⁰Gut Morgen, meine Mutter! (niem.) — dzień dobry, moja matko!

⁹¹Gut Morgen, Grossmutter (niem.) — dzień dobry, babciu!



[16.08.2026, Toruń]

PODEBRANE INTERNETOWI (1-8)

 

Będę tu umieszczał zdjęcia miast, zabytków i inne, do których dotarłem przeszukując internet. Ponieważ uwielbiam czeskie klimaty, zaczynam właśnie od Czech.


1. Zamek Rožmberk



2. Zamek Hluboká nad Wełtawą



3. Zamek Kratochvíle



4. Zamek w Českim Krumlovie



5. Zamek Jindřichův Hradec



6. Zamek Nové Hrady



7. Zamek Nové Hrady (z innej strony)



8. Twierdza Žumberk




[16.08.2026, Toruń]