Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

19 lipca 2026

JULIUSZ SŁOWACKI - ANHELLI - ROZDZIAŁ II

 

ROZDZIAŁ II

  • Rozpatrzywszy się Szaman w sercach owéj zgrai wygnańców, rzekł sam w sobie: Zaprawdę nie znalazłem tu, czegom szukał; oto serca ich słabe są i dadzą się podbić smutkowi.

  • Dobrzy byliby z nich ludzie w szczęściu, ale je nędza przemieni w ludzi złych i szkodliwych. Co uczyniłeś, Boże?

  • Azaż każdemu kwiatowi nie dajesz dokwitać tam, gdzie mu jest ziemia i życie właściwe? Dlaczegoź ci ludzie mają ginąć?

  • Wybiorę więc jednego z nich i ukocham go jak syna, a umierając oddam mu ciężar mer, i większy ciężar, niż mogą unieść inni; aby w nim było odkupienie.

  • I pokażę mu wszystkie nieszczęścia téj ziemi, a potem zostawię samego w ciemności wielkiej z brzemieniem myśli i tęsknot na sercu.

  • To powiedziawszy przywołał do siebie młodzieńca imieniem Anhelli i położywszy na nim ręce wlał w niego miłość serdeczną dla ludzi i litość.

  • A obróciwszy się do gromady rzekł: Odejdę z tym młodzieńcem, abym mu pokazał wiełe rzeczy bolesnych, a wy zostaniecie sami uczyć się, jak znosić głód, nędzę i smutek.

  • Ale miejcie nadzieję; bo nadzieja przejdzie z was do przyszłych pokoleń i ożywi je; ale jeśli w was umrze, to przyszłe pokolenia będą z ludzi martwych.

  • A to, o czem pomyślicie, wypełni się i wielka radość będzie na ziemi w on dzień zmartwychwstania.

  • Lecz wy będziecie w grobach, i całuny będą na was spróchniałe; wszakże wasze groby będą święte, a nawet Bóg od ciał waszych odwróci robaki, i ubierze was w umarłych dumną powagę... będziecie piękni.

  • Tak jak ojcowie wasi, którzy są w grobach; bo spojrzycie na każdą czaszkę ich: nie zgrzyta ani cierpi, lecz spokojną jest i zdaje się mówić: Dobrzem uczyniła.

  • Czuwajcie nad sobą, bo jesteście jak ludzie stojący na podniesieniu; a ci, co przyjdą, widzieć was będą.

  • Oto powiedziałbym wam tajemnicę, że jednych dusze idą w słońce, a drugich dusze oddalają się od słońca na ciemne gwiazdy, lecz nie zrozumiecie mnie!

  • Powiedziałbym wam, dlaczego żyjecie i dlaczego się rodzą milijony dusz nowych i na jaki cel dane jest ciało: lecz nie pojmiecie mnie!

  • Lecz mówię wam, bądźcie spokojni nie o jutro, lecz o dzień, który będzie jutrem śmierci waszéj.

  • A gorsze jest jutro życia, niż jutro śmierci. Choć nie tak myślą ludzie podli i ludzie małego serca.

  • Rzekły więc do Szamana zgraje: Któż ci dał władzę nauczać o życiu i o śmierci? Oto mamy między sobą księży, do nich należy słowo Boskie.

  • Na to im odpowiedział Szaman: Słyszeliście o Mojżeszu i o cudach, które czynił? Jam jest Mojżesz między sybirskim ludem, a cudy czyniłem straszniejsze niż tamten, co przed wiekami.

  • A nie wyszedłże z zorzy północnej Anioł, kiedym go wywołał z płomieni? spytajcie ludu mojego.

  • Na moje słowo ten śnieg stał się krwią, a te słońce szczerniało jak węgiel; wiele bowiem we mnie jest Boga.

  • Lecz nie kuście mnie o cudy; albowiem jesteście ludem starym, a wskrzesić was cudem jest. O to proście Boga.

  • Aby was wskrzesił, mówię, i dobył z mogiły i uczynił was narodem, który drugi raz kładziony jest w kołysce i spowity; by wyrósł prosty i nie skrzywiony na ciele.

  • Tak mówił Szaman; i nie śmieli mu odpowiedzieć wygnańce; lecz przyrzekli z ludem sybirskim chować przymierze.



[19. 07.2026, Toruń]

PROFESOR TUTKA (31) ŚNIEG PRZESZŁOROCZNY

 

Śnieg przeszłoroczny

Do towarzystwa, z którym siedział Profesor Tutka, zbliżył się jeden z gości i powiedział:

Przepraszam najmocniej, ale kiedy zobaczyłem śród panów Profesora Tutkę, nie mogłem przezwyciężyć chęci zbliżenia się do tego stolika. Czy pozwolą panowie, że siądę na chwilę, dosłownie na chwilę, gdyż nie chcę przeszkadzać, a poza tym spieszę.

Panowie powiedzieli «prosimy», a gość przedstawił się panom.

Ach, to pan! — powiedział Profesor Tutka. — Nie poznałem pana w pierwszej chwili. — Po czym przywitał gościa bardzo serdecznie.

Tak, nic dziwnego — mówił gość — że mnie pan nie poznał. Tam mieliśmy krótko strzyżone głowy, poza tym parę lat i przeżycia zmieniają człowieka. Po czym zwrócił się do panów:

Profesor Tutka jest moim kolegą więziennym. Spędziliśmy czas pewien razem, w warunkach... powiedzmy, dość ciężkich... a przy tym wisiał nad nami wciąż miecz na włosku, każdy ruch w nocy na dziedzińcu wzbudzał pytanie: «Czy to już po nas przyjechali, żeby nas uśmiercić, czy jeszcze nie po nas?» Może ten i ów z panów przeżywał to samo, ale wątpię, czy który natrafił w więzieniu na takiego towarzysza. Profesor Tutka w chwilach najcięższych opowiadał nam historie, które nas, kolegów z jednej celi, bardzo pocieszały. Pamiętam dobrze zwłaszcza jedną historię pocieszającą:

Profesor Tutka, idąc przez las, obliczał, wiele przypuszczalnie zgniótł bożych krówek, mrówek, gąsienic, zarodków motyli. Obliczywszy, powiedział, że choć zgniótł, świat pozostał taki sam. I nas jak uśmiercą, świat będzie szedł naprzód i nawet się za nami nie obejrzy. Ponieważ powiedziane to zostało w sposób bardziej interesujący, niż ja to podaję, i tak plastycznie przedstawiona została wielkość wszechświata, że nas, małych ludzi, to uspokoiło i zasnęliśmy tego wieczora pocieszeni.

Gość spojrzał na zegarek.

Uprzedziłem panów — powiedział — że nie będę przeszkadzał. Spieszę na kolej.

Pożegnał panów i poszedł.

Bardzo miły człowiek — powiedział sędzia. Potem zwrócił się do Profesora Tutki: — Opowiedział pan nam dużo historii ze swego życia, ale nigdy ani słowem nie wspomniał pan o swych przeżyciach więziennych.

Bardzo wielu historii ze swego życia panom nie opowiedziałem. A tamte chwile więzienne... Tylu moich rodaków to przeżywało i wielu o tym mówiło, więc nie uważam, aby to miało być specjalnie interesujące.

A jednak — mówił sędzia — niech nam pan z tych przejść coś opowie. W pańskim

oświetleniu może to będzie jednak interesujące. Nie wymagamy, aby to miało być wesołe. Niech dziś będzie smutne.

W tej chwili sędzia zwrócił się do kelnera:

Proszę o ptysia, tylko żeby krem był świeży! — po czym dalej mówił do Profesora Tutki: — Nic pan nam dzisiaj nie opowiedział. Dajemy panu temat i słuchamy.

Profesor Tutka zachmurzył się trochę, milczał, ale po chwili zaczął mówić, z wolna i melancholijnie.

Ubiegłej zimy, gdy się pewnego dnia obudziłem, podszedłem do okna: w nocy niespodzianie spadł obfity śnieg. Śnieg na gałęziach, na dachach, śnieg na balkonach, wszędzie, gdzie oczy widzą, wszędzie puszysty biały śnieg. Północny poeta, bajka, lecące łabędzie, sanna w dalekim dzieciństwie — to wszystko sunęło cicho, gdy spoglądałem na ten świeżo opadły śnieg.

Profesor Tutka zatrzymał się na chwilę, po czym mówił dalej:

Zapewne nie zauważyliście panowie, że w tym, co powiedziałem, nie użyłem do tej pory ani razu litery r. Nie jest to łatwe w naszej mowie: literę r spotykamy na każdym kroku. Lubi ona osiadać zwłaszcza w takich słowach, jak tragizm, rozpacz, piorun, krew lub armata. Ja chciałem powiedzieć łagodnie o bieli, ciszy, o śniegu.

Ponieważ Profesor Tutka przestał mówić, odezwał się sędzia:

Przyznaję, że wstęp był oryginalny. Słuchałem z zaciekawieniem i nie dotknąłem nawet podanego mi ptysia. Czekamy teraz na ciąg dalszy.

To nie był wstęp. To wszystko, co chciałem powiedzieć.

O przeżyciach więziennych?

Nie. O śniegu przeszłorocznym i o literze r.

Tematem miały być przeżycia więzienne.

Spotka pan, panie sędzio, niejednego, który woli czasem zmienić temat i mówić o czymś innym. A poza tym... cóż poza tym?... Panie sędzio, niech pan już zje tego ptysia z kremem, którego miał pan jeść podczas mego opowiadania o przeżyciach więziennych.



[19.07.2026, Toruń]

FRAZEOLOGIZMY II (361-380)

 

361. czyn społeczny - nieodpłatna praca dla dobra ogółu wykonywana często w celu uczczenia jakiejś rocznicy czy święta narodowego; zob. też czyn społeczny

362. czynić honory domu - gościć z szacunkiem i jako gospodarz

363. czynić wstręty - stpol. stawiać opór

364. czyste sumienie - poczucie, że zachowało się w sposób właściwy moralnie i uczciwy

365. czysty jak łza - nieskazitelnie czysty; pot. niemający żadnego związku z jakąś sprawą

366. czysty kintop - gw. (Poznań) ale uciecha, zabawa

367. czytać jednym tchem - czytać szybko, z zapałem

368. czytać między wierszami - domyślać się z treści jakichś faktów i informacji chociaż nie zostały one wyrażone wprost

369. czytać w kimś jak w otwartej księdze - z łatwością odgadywać czyjeś uczucia, nastrój i myśli

370. dach nad głową - dom, mieszkanie

371. dach świata - przen. Mount Everest; czasem też całe Himalaje, Tybet

372. dać arbuza - daw. odrzucić czyjąś propozycję matrymonialną

373. dać czarną polewkę - daw. odrzucić czyjąś propozycję matrymonialną

374. dać drapaka - pot. uciec, zwiać

375. dawać dupy - wulg. o kobiecie: odbywać stosunki seksualne z mężczyznami; wulg. o mężczyźnie: pozwalać penetrować się doodbytniczo innemu mężczyźnie; wulg. nie wykonywać powierzonego zadania; psuć coś; dawać się oszukać

376. dać dyla - pot. uciec, zwiać

377. dać kopa w dupę - wulg. pozbyć się kogoś, wyrzucić kogoś brutalnie

378. dać kosza - nie dać szansy drugiej osobie (w sprawach miłosnych); odmówić komuś (np. przy oświadczynach)

379. dać nogę - pot. uciec, zwiać

380. dać plamę - pot. skompromitować się, źle coś zrobić



[19.07.2026, Toruiń]

PROZĘ CZYTAM - ALBERT CAMUS - MIT SYZYFA

 

I DZIELĘ SIĘ - MIT SYZYFA


Albert Camus - MIT SYZYFA

Z wyroku bogów Syzyf musiał nieustannie toczyć pod górę głaz, który, znalazłszy się na szczycie, spadał siłą własnego ciężaru. Bogowie nie bez racji doszli do wniosku, że nie ma straszniejszej kary niż praca bezużyteczna i bez nadziei.

Jeśli wierzyć Homerowi, Syzyf był najmądrzejszym i najbardziej przezornym ze śmiertelnych. Wedle innej tradycji jednak miał skłonności zbójeckie. Nie widzę w tym sprzeczności. Opinie wyjaśniające, dlaczego został bezużytecznym pracownikiem piekieł, są rozmaite. Zarzuca się Syzyfowi przede wszystkim, że traktował bogów z niejaką lekkością. Zdradzał ich tajemnice. Egina, córka Asoposa, została porwana przez Jowisza. Ojciec, zaskoczony tym zniknięciem, poskarżył się Syzyfowi. Ten wiedząc w czym rzecz, przyrzekł Asoposowi, że się tym zajmie, pod warunkiem jednak, że Korynt otrzyma od niego wodę. Wolał błogosławieństwo wody od piorunów niebieskich, za co został ukarany w piekle. Homer opowiada również, że Syzyf uwięził śmierć. Pluton nie mógł ścierpieć widoku swego pustego i niemego królestwa. Pchnął boga wojny, który wyzwolił Śmierć z rąk jej zwycięzcy.

Podobno też Syzyf, gdy był bliski śmierci, chciał nieprzezornie wypróbować miłość swojej żony. Nakazał jej, aby nie grzebała jego ciała, ale rzuciła je na plac publiczny. I tak trafił do piekieł. Rozdrażniony postępkiem żony tak sprzecznym z ludzką miłością, wyjednał sobie u Plutona powrót na ziemię, aby ją ukarać. Ale gdy znów zobaczył świat i zakosztował smaku wody i słońca, ciepłych kamieni i morza, nie chciał powrócić do cieni piekielnych. Nie pomogły wezwania, gniewy i ostrzeżenia. Żył jeszcze długie lata mając przed oczami łuk zatoki, olśniewające morze i uśmiechy ziemi. Trzeba było aż wyroku bogów. Zjawił się Merkury, by pochwycić zuchwalca; i pozbawiając Syzyfa jego radości, siłą zaciągnął go do piekieł, gdzie czekał już przygotowany kamień. Nietrudno zrozumieć, że Syzyf jest bohaterem absurdalnym tak przez swoje pasje, jak i udręki. Za pogardę dla bogów, nienawiść śmierci i umiłowanie życia zapłacił niewypowiedzianą męką: całe istnienie skupione w wysiłku, którego nic nie skończy. Oto cena, jaką trzeba zapłacić za miłość do tej ziemi. Nie wiemy nic o Syzyfie w piekle.

Po to są mity, by ożywiała je wyobraźnia. Tu widać ciało napięte, aby dźwignąć ogromny kamień i pchnąć go w górę po stoku, setki już razy przebytym; widać ściągniętą twarz, policzek przy kamieniu, pomocne ramię, o które wspiera się oblepiona gliną masa, stopę odnajdującą równowagę, palce sprawdzające pozycję głazu i dwie pełne ziemi, niezawodne ludzkie dłonie. U końca tego długiego wysiłku, mierzonego przestrzenią bez nieba i czasem bez głębi, cel jest osiągnięty. Syzyf patrzy wówczas, jak kamień w kilka chwil spada na dół, skąd trzeba będzie go znów wynieść na górę. Schodzi na równinę. Interesuje mnie Syzyf podczas tego powrotu, podczas tej pauzy. Twarz, która cierpi tak blisko kamieni, sama jest już kamieniem. Widzę, jak ten człowiek schodzi ciężkim, ale równym krokiem ku udręce, której końca nie zazna. Ten czas, który jest jak oddech i powraca równie niezawodnie jak przeznaczone Syzyfowi cierpienie, jest czasem jego świadomości. W każdej z owych chwil, kiedy ze szczytu idzie ku kryjówkom bogów, jest ponad swoim losem. Jest silniejszy niż jego kamień.

Jeśli ten mit jest tragiczny, to dlatego, że bohater jest świadomy. Bo też na czym polegałaby jego kara, jeśli przy każdym kroku podtrzymywałaby go nadzieja zwycięstwa? Współczesny robotnik poświęca wszystkie dni życia jednemu zadaniu i ten los nie mniej jest absurdalny. Ale nie jest tragiczny prócz tych rzadkich chwil, kiedy robotnik osiąga świadomość swego losu. Bezsilny i zbuntowany Syzyf, proletariusz bogów, zna własny w całej pełni: o nim myśli, kiedy schodzi. Jasność widzenia, która powinna mu być udręką, to jednocześnie jego zwycięstwo. Nie ma takiego losu, którego nie przezwycięży pogarda.

Jeśli zatem to zejście w pewne dni jest cierpieniem, w inne może być radością. W tym określeniu nie ma przesady. Wyobrażam sobie także Syzyfa powracającego do kamienia w dniach pierwszej udręki. Kiedy obrazy ziemi zbyt mocno trzymają się pamięci, a głos przyzywający szczęście nazbyt nagli, smutek wzbiera w sercu człowieka: to zwycięstwo kamienia, to sam kamień. Bezgraniczną rozpacz trudno udźwignąć; przychodzą nasze noce w Getsemani. Ale druzgocąca prawda ginie, gdy zostaje rozpoznana. I tak Edyp wpierw posłuszny jest przeznaczeniu, którego nie zna. Tragedia zaczyna się, kiedy Edyp wie. Ślepy, bez żadnej nadziei, stwierdza jednak, że jest coś, co łączy go ze światem: chłodna dłoń młodej dziewczyny. I wówczas padają wielkie słowa: „Choć tak bardzo zostałem doświadczony, wiek mój podeszły i dusza moja znająca wielkość mówią mi, że wszystko jest dobre”. Edyp Sofoklesa, podobnie jak Kiriłow Dostojewskiego, daje więc formułę zwycięstwa absurdalnego.

Antyczna mądrość łączy się z bohaterstwem nowoczesnym. Nie odkrywa się absurdu bez pokusy ułożenia kilku reguł szczęścia. "Jakże to, idąc ścieżką tak wąską...?" Ale świat jest tylko jeden, a szczęście i absurd są dziećmi tej samej ziemi. Są nierozłączne. Błędem byłoby powiedzieć, że szczęście siłą rzeczy rodzi się z odkrycia absurdalnego. Zdarza się również, że poczucie absurdu rodzi się ze szczęścia. "Mówię, że wszystko jest dobre" - oświadcza Edyp i te słowa są święte. Rozbrzmiewają w okrutnym i ograniczonym świecie człowieka. Uczą, że wszystko nie jest i nie zostało wyczerpane. Bóg, który znalazł się w tym świecie razem z upodobaniem do niepotrzebnych cierpień, zostaje wygnany. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi. Stąd płynie milcząca radość Syzyfa. Los jest jego własnością, kamień jego kamieniem. Podobnie człowiek absurdalny: gdy zgłębi swoją udrękę, zamilkną bogowie. Cisza zostaje nagle przywrócona światu i słychać tysiące głosów ziemi. Wołania nieświadome i tajemne idą od wszystkich ziemskich twarzy: to jest ta druga strona i nagroda za zwycięstwo. Nie ma słońca bez cienia i nie można nie znać nocy. Od chwili gdy człowiek absurdalny mówi: tak, jego wysiłkom nie będzie końca. Lecz jeśli istnieje los, nie został dany z wysokości, dane jest tylko rozwiązanie nieuchronne; człowiek absurdalny stwierdza, że jest ono nieuchronne i godne pogardy. Wszystko inne

do niego należy. Powraca do życia, Syzyf do swego głazu. Syzyf rozważa działania następujące po sobie i pozbawione związku, które stają się jego losem — stworzonym przez niego, spojonym jego pamięcią; przypieczętuje je śmierć. Przeświadczony o ludzkim początku wszystkiego, co ludzkie, ślepiec, który chce widzieć, a wie, że nie ma końca ciemnościom, nie ustaje nigdy. Kamień toczy się znowu.

Zostawiam Syzyfa u stóp góry. Człowiek zawsze odnajdzie swój ciężar. Syzyf uczy go wierności wyższej, tej, która neguje bogów i podnosi kamienie. On także mówi, że wszystko jest dobre. Świat bez władcy nie wydaje mu się ani jałowy, ani przemijający. Każda z cząsteczek kamienia, każdy poblask minerału w tej górze pełnej nocy same w sobie tworzą świat. Aby wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom. Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym.

(A. Camus, Dwa eseje. Mit Syzyfa. Artysta i jego epoka, tłum. J. Guze, Warszawa 1991, s. 107-110.)



[19.07.2026, Toruń]

SZTUKA - LUCIAN FREUD - EKSPRESJONIZM / SURREALIZM

 

Lucian Freud (1922 – 2011) był brytyjskim artystą, znanym z portretów i autoportretów malowanych w ekspresyjnym, neofiguratywnym stylu. Urodził się w Berlinie, jako wnuk rewolucyjnego psychologa Zygmunta Freuda, syn architekta Ernsta Freuda i historyczki sztuki Lucie Brasch.

Publiczne reprezentacje Freuda korespondowały z wizerunkiem artysty bohemy. Nieposłuszny wobec wszystkich władz, został w młodym wieku wydalony z kilku szkół, a później jego lekkomyślne zachowanie miało być przyczyną pożaru w jednej z nich. Zwracał na siebie uwagę, gdziekolwiek się udał ze swoim towarzyszem – jastrzębiem na nadgarstku lub ramieniu. Freud spędzał całe dnie na kolacjach, hazardzie i spędzaniu czasu w towarzystwie brytyjskich arystokratów, bywalców salonów i artystów. Wśród nich był malarz Franciszek Bacon, który wywarł ogromny wpływ na twórczość Freuda – aż do końca ich przyjaźni, co było nieuniknione, biorąc pod uwagę ich charaktery i brak wzajemnego szacunku dla późniejszej twórczości.

Freud należał do Szkoła Londyńskiej - grupy artystów zajmujących się malarstwem figuratywnym. Podejście to było wysoce kontrowersyjne w świecie sztuki, w którym w tamtym czasie dominowała abstrakcja. W porównaniu z innymi wybitnymi malarzami tej szkołynFreud był stylistycznie bardziej konwencjonalnym artystą. Malował ludzi, nie idealizując ich, podkreślając cechy płciowe i niedoskonałości ludzkiego ciała. W swoich obrazach opisywał niepokój lub w jakiś sposób zaburzone stany psychiczne konkretnych osób, ale także ludzi w ogóle.

Zainspirowany wczesną erą XX wieku – ekspresjonizmem płótna Freuda przywodzą na myśl sztukę Edwarda Muncha i Egon Schiele. Pod koniec lat 60. kreski Freuda stały się cięższe i bardziej wielowarstwowe. Jego styl ewoluował w kierunku rozpoznawalnych, ekspresyjnych portretów nagich, przedstawiających zdeformowane i nieprzyjemne ciała. Później, w latach 80. i 90., gdy zyskał na popularności, Freud portretował wiele znanych postaci. Freud słynie również z autoportretów, które malował obsesyjnie. Tworzył je wytrwale przez ponad sześć dekad, co przypomina nam tradycję Rembrandta i Schiele. Jego autoportrety ukazują głęboką introspekcję, szczegółową analizę mimiki twarzy i emocji, które się za nią kryją.

Po wyrobieniu sobie rozpoznawalnego stylu, Freud nie zmienił go aż do końca swojej kariery artystycznej. Jego długie i męczące sesje z modelami można porównać do psychoanalitycznej praktyki jego dziadka.


1. Dziewczyna z białym psem



2. Pokój malarzami



3. Głowa kobiety (Portret Lady Elizabeth Cavendish)



4. Sypialnia hotelowa



5. .Autoportret - odbicie



6. Skrzynka z jabłkami w Walii



7. Wnętrze w Paddington



8. Ojciec i córka




[19.07.2026, Toruń]

18 lipca 2026

FILOZOFOWIE I ICH POGLĄDY - PLATON (3)

 

Państwo” – frgmenty. „Jaskinia platońska”


- Zobacz! Oto ludzie są niby w podziemnym pomieszczeniu na kształt jaskini. Do groty prowadzi od góry wejście zwrócone ku światłu, szerokie na całą szerokość jaskini. W niej oni siedzą od dziecięcych lat w kajdanach; przykute mają nogi i szyje tak, że trwają na miejscu i patrzą tylko przed siebie; okowy nie pozwalają im obracać głów. Z góry i z daleka pada na nich światło ognia, który się pali za ich plecami, a pomiędzy ogniem i ludźmi przykutymi biegnie górą ścieżka, wzdłuż której widzisz murek zbudowany równolegle do

niej, podobnie jak u kuglarzy przed publicznością stoi przepierzenie, nad którym oni pokazują swoje sztuczki.

- Widzę - powiada.

- Więc zobacz, jak wzdłuż tego murku ludzie noszą różnorodne wytwory, które sterczą ponad murek; i posągi, i inne zwierzęta z kamienia i z drzewa, i wykonane rozmaicie, i oczywiście jedni z tych, co je noszą, wydają głosy, a drudzy milczą.

- Dziwny obraz opisujesz i kajdaniarzy osobliwych.

- Podobnych do nas - powiedziałem. - Bo przede wszystkim czy myślisz, że tacy ludzie mogliby z siebie samych i z siebie nawzajem widzieć cokolwiek innego oprócz cieni, które ogień rzuca na przeciwległą ścianę jaskini?

- Jakimże sposobem? - powiada - gdyby całe życie nie mógł żaden głową poruszyć? [...]

- Więc gdyby mogli rozmawiać jeden z drugim, to jak sądzisz, czy nie byliby przekonani, że nazwami określają to, co mają przed sobą, to, co widzą?

- Koniecznie.

- No, cóż? A gdyby w tym więzieniu jeszcze i echo szło od im przeciwległej ściany, to, ile razy by się odezwał ktoś z przechodzących, wtedy, jak myślisz? Czy oni by sądzili, że to się odzywa ktoś inny, a nie ten cień, który się przesuwa?

- Na Zeusa, nie myślę inaczej - powiada.

- Więc w ogóle - dodałem - ci ludzie tam nie co innego braliby za prawdę, jak tylko cienie pewnych wytworów.

-- Bezwarunkowo i nieuchronnie - powiada.

- A rozpatrz sobie – dodałem - ich wyzwolenie z kajdan i uleczenie z nieświadomości. Jak by to było, gdyby im naturalny bieg rzeczy coś takiego przyniósł; ile razy by ktoś został wyzwolony i musiałby zaraz wstać i obrócić szyję, i iść, i patrzeć w światło, cierpiałby robiąc to wszystko, a tak by mu w oczach migotało, że nie mógłby patrzeć na te rzeczy, których cienie poprzednio oglądał. Jak myślisz, co on by powiedział, gdyby mu ktoś mówił, że przedtem oglądał ni to, ni owo, a teraz coś bliższego bytu, że zwrócił się do czegoś, co

bardziej istnieje niż tamto, więc teraz widzi słuszniej; i gdyby mu ktoś teraz pokazywał każdego z przechodzących i pytaniami go zmuszał, niech powie, co to jest. Czy nie myślisz, że ten by może był w kłopocie i myślałby, że to, со przedtem widział, prawdziwsze jest od tego, co mu teraz pokazują?

- Z pewnością – powiada.

- Nieprawdaż? A gdyby go ktoś zmuszał, żeby patrzał w samo światło, to bolałyby go oczy, odwracałby się i uciekał do tych rzeczy, na które potrafi patrzeć, i byłby przekonany, że one są rzeczywiście jaśniejsze od tego, co mu teraz pokazują?

- Tak jest - powiada.

- A gdyby go ktoś - dodałem - gwałtem stamtąd pod górę wyciągał po kamieniach i stromiznach ku wyjściu i nie puściłby go prędzej, ażby go wywlókł na światło słońca, to czy on by nie cierpiał i nie skarżyłby się, i nie gniewał, że go wloką, a gdyby na światło wyszedł, to miałby oczy pełne blasku i nie mógłby widzieć ani jednej z tych rzeczy, o których by mu teraz mówiono, że są prawdziwe?

- No nie - powiada - tak nagle przecież.

- I myślę, że musiałby się przyzwyczajać, gdyby miał widzieć to, co na górze. Naprzód by mu najłatwiej było dojrzeć cienie, potem w wodach odbicia ludzi i innych przedmiotów, ciała niebieskie i niebo samo po nocy łatwiej by mógł oglądać, patrząc na światło gwiazd i księżyca, niż po dniu widzieć słońce i światło słoneczne.

- Jakżeby nie?

- Dopiero na końcu, myślę, mógłby patrzeć w słońce; nie na jego odbicie w wodach i nie mieć go tam, gdzie ono nie jest u siebie, ale słońce samo w sobie i na swoim miejscu mógłby dojrzeć i mógłby oglądać, jakie ono jest.

- Koniecznie - powiada.

- Potem by sobie wymiarkował o nim, że od niego pochodzą pory roku i lata i że ono rządzi wszystkim w świecie widzialnym, i że jest w pewnym sposobie przyczyną także i tego wszystkiego, co oni tam poprzednio widzieli.

- Jasna rzecz, że do tego by potem doszedł.

- Więc cóż? Gdyby sobie swoje pierwsze mieszkanie przypomniał i tę mądrość tamtejszą, i tych, z którymi razem wtedy siedział, wspólnymi kajdanami skuty, to czy nie myślisz, że uważałby sobie za szczęście tę odmianę, którą przeszedł, a litowałby się nad tamtymi? […]



[18.07.2026, Toruń]

17 lipca 2026

ŁACIŃSKIE MĄDROŚCI (221 – 240)

 

221. amicum perdere est damnorum maximum - stracić przyjaciela to największa ze strat

222. amicum proba, probatum ama - dosł. przyjaciela próbuj, wypróbowanego — kochaj [Platon]

223. amicus certus in re incerta cernitur - prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie; dosł. przyjaciel pewny w rzeczy niepewnej jest dostrzegany

224. amicus optima vitae possessio - przyjaciel to największy skarb w życiu

225. amicus Plato, sed magis amica veritas - przyjacielem Platon, lecz większą przyjaciółką prawda [Arystoteles]

226. amicus rara avis est - przyjaciel to (jak) biały kruk (rzadko się przydarza)

227. amicus stultorum similis efficietur - kto z kim przestaje, takim się staje, dosł. przyjaciel głupich stanie się do nich podobny.

228. amittit merito proprium, qui alienum appetit - słusznie traci swoje, kto sięga po cudze

229. amo te, ama me - kocham cię, kochaj mnie

230. amor caecus est - miłość jest ślepa [Teokryt]

231. amor Dei urget me - bibl. nagli mnie miłość do Boga

232. amor magister optimus - miłość najlepszym nauczycielem [Pliniusz Młodszy]

233. amor non quaerit, amor reperit - miłość nie szuka, miłość znajduje

234. amor omnibus idem - miłość dla wszystkich jednaka [Wergiliusz]

235. amor patriae nostra lex - miłość ojczyzny naszym prawem (naszą zasadą)

236. amor tollit timorem - bibl. miłość usuwa lęk [List św. Jana 4,18]

237. amor vincit omnia - miłość zwycięża wszystko

238. amore, more, ore, re iunguntur amicitiae - przyjaźń zawiązuje się z miłości, zwyczaju, wyglądu, czynu

239. anathema sit - bibl. niech będzie wyklęty

240. anceps remedium melius quam nullum - niepewne lekarstwo lepsze niż żadne



[17.07.2026, Toruń]

16 lipca 2026

DOKUMENT - POLSKA KRONIKA FILMOWA 10B/65 - KWIATEK

 

  • Napis: „Kwiatek”. W tle Zdzisław Leśniak stojący na ulicy z tulipanem w ręce.

  • Zdzisław Leśniak próbuje wręczyć kwiatek kolejnym kobietom.

  • Milicjantka ruchu drogowego na służbie.

  • Zdzisław Leśniak z tulipanem w ręce.




[16.07.2026, Toruń]

IGNACY KRASICKI - MIKOŁAJA DOŚWIADCZYŃSKIEGO PRZYPADKI - KSIĘGA I /5/

 

V.

Gdybym chciał na wzór inszych amantów opisać piękność tej, którąm ukochał, fatygowałbym czytelników zbyt przeciągłem wyobrażeniem. Lilije i róże, perły i rubiny, kształt Dyany, wdzięk Wenery, byłyby zapewne na placu. Ale jako piękność prawdziwa nie potrzebuje przysad, tak styl mój prosty i szczery, nie wyrównałby żądaniu mojemu.

Julianna nie miała tego blasku płci, która jak mówią romanse, lilije zawstydza: nie chcę ja różom, ani lilijom krzywdy czynić, powiem więc zprosta, iż była biała, rumieniec miała piękny; a co najbardziej przymilało jej postać, była skromność przedziwna w ułożeniu. Oko czarne, lubo żywe i pełne, nie bujało przecie na wszystkie strony, ani zbyt pierzchliwą jaskrawością uprzedzało cudze spójrzenia; chód był pomiarkowany, choć lekki, głos wdzięczny, lubo nie pieszczony. Możeby się dla tych przywar innym nie podobała; mnie przypadła do serca.

Nie daleko naszego dworu był staw obszerny: ku tamtej stronie matka moja z Julianną wyszły na przechadzkę, i chodziły w cieniu drzew, zasadzonych na grobli: ja tymczasem obaczywszy u brzegu małą łódkę, wsiadłem w nią, i puściłem się na wodę. Gdym prawie był na samym środku, zawołany od matki, chcąc raptem skręcić w biegu łódkę, ta się tak nagle przechyliła, iż straciwszy wagę, wpadłem w wodę i zanurzyłem się. Skoczyli zaraz domowi, i już nieraz pogrążonego, z wielką ciężkością i hazardem wpół prawie nieżywego na brzeg wynieśli.

Gdym pierwszy raz po otrzeźwieniu oczy otworzył, postrzegłem płaczącą Juliannę. Widok ten taką we mnie uczynił rewolucyą, iż straciwszy powtórnie zmysły, wtenczas dopiero przyszedłem do siebie, gdy mnie zaniesionego do domu na łóżku położono. Szukałem ciekawie, skorom do siebie przyszedł, jeżeli Julianny nie zobaczę, i gdym się o nią matki pytał, odpowiedziała, iż powtórna moja słabość tak ją przestraszyła, że zemdloną ledwo się było można dotrzeźwić, teraz dla nabrania sił u siebie spoczywa. Jeżeli słabość Julianny była mi przyczyną żalu, okazya słabości orzeźwiła serce moje; skutek jednak, czyli z przestrachu, czyli zaziębienia, tak był dzielny, iż przez kilka niedziel z łóżka wstać nie mogłem. Przez czas słabości mojej ustawicznie prawie przesiadywała przy mnie matka: raz gdy wyszła z pokoju, kazała Juliannie zostać się przy mnie, mówiąc, iż zaraz powróci.

Skorom się sam bez świadków, z Julianną obaczył, uczułem takową bojaźń i pomięszanie, żem ust otworzyć nie śmiał; przezwyciężając jednakże wstręt nadzwyczajny, rzekłem drżącym głosem: « Mamże mieć nadzieję, że moja niedyskretna może porywczość znajdzie odpuszczenie!.... czyż wiarę pozyskam, gdy to, com przyrzekł, stokrotnie potwierdzę!..... » Z początku zbyła milczeniem pytania; jam w nię oczy wlepiwszy, czekał wyroków szczęścia, lub nieszczęścia mojego. Nakoniec westchnąwszy ciężko, na tę się zdobyła odpowiedź. « Nie zdaje mi się, aby to było z dobrem domu tego, w którym się prawie z miłosierdzia mieszczę, iżby jedyny tak znacznej fortuny dziedzic, do takowego brał się postanowienia, któreby mu nic więcej może nie przyniosło, nad prawdziwe przywiązanie i wdzięczność. Nie taję się, żebym była szczęśliwą, ale lepiej będzie, że mnie powinność uczyni nieszczęśliwą, aniżeli niewdzięczną. Przestańmy o tym mówić: postrzegam, iżem więcej powiedziała, niż mówić należało. » Rozrzewniony tak boleśną, a niemniej pożądaną odpowiedzią, otwierałem usta, chcąc jej niewczesną delikatność przełamać, matka w tym punkcie nadeszła, i zaraz się o czem inszem dyskurs zaczął.

Szukałem przez długi czas sposobnej okazyi do wynurzenia żądań moich. Widząc raz matkę w dobrym humorze, rozmawiającą o przyszłem mojem postanowieniu; mówiąc niby w powszechności, rozwodzić się szeroce nad tem począłem, jako w zamęściu szukać posagu i bogatej wyprawy, jestto upadlać tak święte związki: zacząłem dalej wyliczać przymioty, jakiebym chciał znaleźć w przyszłej małżonce, i nieznacznie czyniłem definicyą Julianny. Nie wiem, czy się domyśliła fortelu mojego matka, czy postrzegła w attencyach moich więcej, niż grzeczność, czy oczy Julianny wydały: pod pretextem doskonalszej edukacyi, postanowiła odwieźć ją do blizkiego klasztoru panien zakonnych, i żadnej w tem nie używając affektacyi, w potocznym dyskursie spytała mnie, czyli jestem w tej mierze jednego z nią zdania? Wydał mnie nieprzygotowanego nagły rumieniec; ocuciwszy się jednak nieco, zacząłem szeroce przekładać defekta edukacyi klasztornej, i tak, mniemam, natenczas byłem wymównym, iż gdyby nie była wiadoma matce przyczyna tych remonstracyj, przedsięwzięta podróż nie wzięłaby skutku.

Przyszedł nakoniec dzień smutny rozstania naszego. Cośmy wzajemnie ucierpieli, wieleśmy skrytych łez wylali, wiele przysiąg i oświadczeń zobopólnie uczynionych było! ten chyba pojmie, który się w podobnym razie znajdował. Po odjeździe Julianny, postrzegła matka moja nadzwyczajną we mnie melancholią; strzegłem się towarzystwa, a najmilsza, i prawie jedyna zabawa moja była uczęszczać do miłego, a teraz jeszcze szacowniejszego lasku. Bojąc się więc, żeby zbyteczna melancholia zdrowiu mojemu nie zaszkodziła, chcąc uczynić dywersyą, tak niewczesnemu, jak mniemała, kochaniu, za radą brata swego, umyśliła mnie wysłać do cudzych krajów. Żeby zaś raz poznany od wuja mego Pan Damon, nie był odłączony do mego towarzystwa, tak wyjazd mój naglił, iż w niedziel kilka, wszystko już było gotowe do podróży.



[16.07.2026, Toruń]

HOMER - ILIADA - KSIĘGA 5 - (17)

 

Alboż nie dość, że słabe uwodzisz kobiety?

Jeśli ci jeszcze wojny pożądać się zdarzy,

Sama jej wzmianka róże z twojej spędzi twarzy».

Tak mówił, ona wolną stopą rzuca pole,

Pomieszana i ostre z rany cierpiąc bole…

A tymczasem Diomed Ajnejasza ściga,

Wie, że go w swoim ręku sam Apollo dźwiga,

Lecz się nawet i boga wielkiego nie boi,

Pragnie zabić rycerza i odrzeć ze zbroi.

Po trzykroć nań zabójczym dzirytem²⁹⁶ naciera;

Po trzykroć go Feb silną swą tarczą odpiera,

Lecz gdy jak bóg, czwarty raz groził zgubnym ciosem,

Apollo tak do niego rzekł straszliwym głosem:

«Umiarkuj się, Tydejdo, w szalonym zapędzie

I nie chciej się z bogami w jednym stawiać rzędzie!

Inny ród bogów, górne dzierżących siedlisko,

Inny ludzi, po ziemi wlekących się nisko».

Uchodzi ani dalej ścigać się ośmiela,

Chroniąc się gniewu boga, który śmiercią strzela.

Apollo do Pergamu zaniósł Ajnejasza,

Do świątyni, gdzie Troja moc jego ogłasza:

Tam Leto i Artemis mają o nim pieczą²⁹⁷

I w przysionku wspaniałym bohatera leczą.

Łudząc Greki, gdzie ranny Ajnejasz się podział,

Feb marę w jego postać i zbroję przyodział.

Przy niej równie trojańscy, jak greccy rycerze

Długimi dzirytami ogromne puklerze

I lekkie tłuką tarcze: trwała walka sroga,

Gdy bóg srebrnego łuku rzekł do wojny boga:

«Ares, Ares, okrutny! Co gubisz narody,

Przelewasz krew i w gruzy mienisz²⁹⁸ pyszne grody!

Nie pójdzieszże usunąć z boju tego męża,

Co by się na Zeusa porwał do oręża?

Naprzód Kiprydę zranił zuchwalec, a potem

Mnie, równając się z bogi, krwawym ścigał grotem».

To rzekłszy, na wyniosłym Pergamie²⁹⁹ usiada.

Ares, którego sercem zapalczywość włada,

Nie mógł dłużej spokojnie na miejscu pozostać;

Wziąwszy więc Akamasa, wodza Traków, postać,

Zapala bohatery trojańskiej krainy,

I szlachetne Pryjama tak zachęca syny:

«Wielkiego króla plemię, możnego w dostatki,

Pókiż z rot waszych Grecy czynić będą jatki?

Czekacie-li, aż przyprą bój pod same bramy?

Mąż, co go jak Hektora czcimy i kochamy,

Ajnejasz, syn Anchiza, rozciągnion na piasku:

Wyrwijmy towarzysza spośród krwi i wrzasku!

Tak to Ares im wszystkim śmiałości dodaje…

Więc Hektor z wozu skacze, oszczepy wykręca,

Licznie obiega szyki, do bo􀰗u zachęca.

Idą mężni Trojanie; Grecy roty zwarli,

I murem nieprzełomnym nieprzyjaciół sparli.

Jak gdy wieją rolnicy, czyste ziarnka ciska

-------------------------------------------------------------------

²⁹⁶dziryt — rodzaj włóczni.

²⁹⁷piecza — opieka.

²⁹⁸mienić — dziś: zmieniać.

²⁹⁹Pergamon — tu: forteca wewnątrz Troi, w obrębie której znajdowały się świątynie.

-------------------------------------------------------------------

Demeter³⁰⁰, a plewami bielą się klepiska:

Tak lud achajski cały kurzem był okryty,

Który konie twardymi wzruszały kopyty.

Wracają wozy, jeźdźcy nową walczą mocą,

A Ares okrył pole nieprzejrzaną nocą…

Feb³⁰¹ Ajnejasza w swoim krytego kościele³⁰²,

Tchnąwszy mu ogień w piersi, postawia na czele;

Niezmiernie towarzysze jego się cieszyły,

Że im wrócił wódz pełen zdrowia, męstwa, siły,

Ale nikt go nie pyta: bitwa nie pozwala,

Którą Feb, Ares, krwawa niezgoda zapala.

Achajom niezwalczeni dowodzą mężowie,

Odyseusz i Diomed, i dwaj Ajasowie;

Nic ich siły trojańskie, nic nie trwożą krzyki,

Sto􀰗ą na ich wstrzymanie mężne Greków szyki.

Jak się wydają chmury wśród cichych błękitów,

Zawieszone przez Zeusa u urwistych szczytów,

Kiedy Boreasz³⁰³ z wiatry innymi uśpiony,

Bo mgły najgrubsze w różne wnet rozpędzi strony:

Tak stale Trojan greckie oczekują roty.

Agamemnon obiega, dodaje ochoty:

«Walczcie śmiało, mężami chciejcie się pokazać,

A nade wszystko hańbą lękajcie się zmazać!

Ludzi, cześć kochających, więcej się ochroni —

Dla tchórza i czci nie masz, i śmierć go dogoni»…

Postrzegł ich wśród zastępów Hektor zapalony,

Leci, pole głośnymi napełniając krzyki,

Za nim tłumem trojańskie śpieszą wojowniki.

Wnet Ares na ich czele i Enijo³⁰⁴ stanie:

Ta zgiełk szerzy i smutne bojów zamieszanie;

Ares dzidą wstrząsając, by się we krwi skąpał,

Już przed, już za Hektorem wielkim krokiem stąpał.

Ujrzawszy go, Diomed uczuł w sercu drżenie.

Jak człek wędrowny, długie obiegłszy przestrzenie,

Nad niezgłębionej rzeki wstrzymuje się brzegiem,

Która nurty do morza bystrym pędzi biegiem

I w tył uchodzi, groźnym przerażony szumem:

Tak się cofnął Diomed i rzekł między tłumem:

«Widzicie, jaki Hektor, mężni przyjaciele,

Jak śmiało dzidą robi, jak zastępy ściele:

Nieustannie go boska zasłania opieka;

Teraz Ares jest przy nim w postaci człowieka.

Cofnijcie się, do Trojan obróciwszy czoła,

Nic przeciw bogom wasza prawica nie zdoła!»…

Gdy został bój straszliwy przez Aresa wszczęty,

Ni z podłą Grecy trwogą biegną na okręty,

Ni nadchodzą, lecz kroku cofają niewiele,

Słysząc, że Ares Troi przywodził na czele…

Widziała z nieba Hera³⁰⁵ Achajów tysiące,

Pod Hektora, Aresa żelazem ginące,

---------------------------------------------------------------------

³⁰⁰Demeter (mit. gr.) — bogini urodzaju.

³⁰¹Feb — przydomek Apollina.

³⁰²kościół — tu ogólnie: świątynia.

³⁰³Boreasz (mit. gr.) — bóg wiatru północnego.

³⁰⁴Enijo (mit. gr.) — Popłoch, personifikacja strachu odczuwanego podczas bitwy.

³⁰⁵Hera (mit. gr.) — siostra i żona Zeusa, w poemacie sprzyjająca Grekom.

-------------------------------------------------------------------

I zaraz do Pallady³⁰⁶ tymi rzecze słowy:

«Można córo, z Zeusa urodzona głowy!

Jakże więc obietnica nasza się ostoi,

Że Menelaj³⁰⁷ powróci po zburzeniu Troi,

Jeżeli dłużej Ares tyle broić będzie?

Śpieszmy prędzej w szalonym wstrzymać go zapędzie».

Słucha Pallas, co niebios królowa 􀰗e􀰗 radzi:

Zaraz Hera pod złoty szor³⁰⁸ konie prowadzi,

Śliczna zaś Hebe³⁰⁹ koło do wozu wynosi,

Wartkim biegiem krążące na żelaznej osi.

Ośm szprych niezłomnych sztuczna³¹⁰ dała im robota,

Spiżowa wzmacnia blacha obwody ze złota;

Z czystego srebra piasty³¹¹, a świetne rzemienie

Utrzymują na sobie wspaniałe siedzenie;

Do przywiązania lejców było dwie obwódek,

Nareszcie dyszel srebrny wybiegał na przodek,

Do niego piękna Hebe złote jarzmo³¹² wiąże,

A gdy równie bogate cugle³¹³ mocno sprząże,

Chciwa³¹⁴ czym prędzej zbrojne odwiedzić orszaki,

Sama Hera pod jarzmo prowadzi rumaki.

Idzie do ojcowskiego mieszkania Pallada,

Tam przy nogach fałdzista z niej okrywka spada,

Dzieło cudowne, wyszłe z jej przemyślnej ręki.

Sama śpiesząc na walkę, płodną w płacz i jęki,

Gromów boga kirysem³¹⁵ piersi swoje kryje:

Mnóstwo wężów na groźnej egidzie³¹⁶ się wije,

Strach ją wkoło otacza i co na krew dyszy,

Zwada, Przemoc i Napaść tam jej towarzyszy;

Na środku znak gniewnego Zeusa skrwawiony:

Okrutnego potworu³¹⁷, srogiej łeb Gorgony³¹⁸.

Czterokitny na głowę mocny szyszak bierze,

Którego nie przełamią ze stu miast rycerze.

Siada na wóz bogini tak groźnie okryta:

Długą, ciężką, ogromną dzidę w rękę chwyta;

Tą, kiedy gniew lub zemsta serce jej zapala,

Największych bohaterów zastępy obala.

Hera biczem ostrzegła bystre konie swoje;

Same się skrzypiąc niebios otwarły podwoje,

Których Hory³¹⁹ pilnują czuwającym okiem:

Te niebo i otworzą, i zamkną obłokiem.

Tedy boginie bystre poganiają konie;

Znajdują siedzącego Zeusa na stronie,

Na wyniosłym Olimpie. Tam niebios królowa

Wstrzymuje wóz i rzecze do męża w te słowa;

³⁰⁶Pallada (mit. gr.) — przydomek Ateny, bogini mądrości i sprawiedliwej wojny.

³⁰⁷Menelaos — król Sparty; porwanie przez Parysa jego żony, Heleny, stanowiło przyczynę wojny trojańskie.

³⁰⁸szor (daw.) — uprząż.

³⁰⁹Hebe (mit. gr.) — córka Zeusa i Hery, personifikująca młodość.

³¹⁰sztuczny (daw.) — tu: umiejętnie wykonany.

³¹¹piasta — część, którą koło styka się z osią.

³¹²jarzmo — rodzaj prostej uprzęży.

³¹³cugle — lejce.

³¹⁴chciwy — tu: chętny.

³¹⁵kirys — rodzaj pancerza osłaniającego korpus.

³¹⁶egida (mit. gr.) — tarcza wykonana przez Hefajstosa, którą posługiwali się Zeus i Atena.

³¹⁷potworu — dziś popr. forma D.lp: potwora.

³¹⁸Gorgona (mit. gr.) — potwór, którego spojrzenie zmieniało przeciwników w kamień.

³¹⁹Hory (mit. gr.) — personifikacja pór roku.


[16.07.2026, Toruń]