- No i udało się
panu wyprząc mnie z tego kieratu. I dobrze, choć nie narzekam. Ja
nie jestem z tych, co narzekają, choć życie nie jest łatwe, pan
sam wie. Po czym poznałam? Wygląda mi pan na zatroskanego, co to
niejedno w życiu przeżył, a teraz, choć na wypoczynku, tylko w
połowie jest pan myślą w tych górach i lasach. Ta druga pana
połowa jest gdzie indziej. Zgadłam?
Owszem,
nie mogła tego lepiej sprecyzować. Każde moje wakacje - a starałem
się przynajmniej raz na rok gdzieś wyjeżdżać - wyglądały
podobnie; nie potrafiłem cieszyć się nimi bezgranicznie, zawsze
coś mi przeszkadzało. Taki jestem.
-
Pielęgniarka wzięła dzisiaj mamę na rehabilitację. Nie zawsze
tak jest. Zwykle to ja z mamą jadę, ale rozumiem, że Gośka, ta
pielęgniarka, o której mówię, nie zawsze ma czas, ma swoich
pacjentów. Swoją drogą dobra z niej dziewczyna. Przyjechała z
własnej woli na to pustkowie, pracowita bardzo, uczynna i cierpliwa.
Rehabilitantka musi być cierpliwa. Tylko, wie pan, obawiam się, że
jej osobiste życie się nie ułoży. Młodzi faceci, czemu się nie
dziwię, szukają swych połówek tam, gdzie gospodarstwo. Tak
wiecznie było i jest na wsi, w górach czy nie w górach, a taka
rehabilitantka to czym może im zaimponować? Tym skromnym
mieszkankiem w ośrodku zdrowia, mniejszym, bo to większe zajmuje
lekarz z żoną i dwójką dzieci? Panie Adamie, ona się u nas
zmarnuje, zwłaszcza że nie należy do przebojowych kobiet, a
powiedziałabym, że sprawia wrażenie zahukanej, choć serce ma
złote… ale, panie Admie, kto to dzisiaj doceni.
Droga
nasza wiodła szlakiem spacerowym pod górę. Marta chciała mi
pokazać źródełko, z którego bije uzdrawiająca woda. Ona
wprawdzie nie wierzy bajaniom o cudowności tego źródła, ale
przekonała mnie, że woda w źródełku naprawdę posiada wybitne
wartości smakowe, a do tego jest przyjemnie zimna, co nie jest bez
znaczenia dla wędrowców szukających wrażeń podczas spacerów po
górach.
-
Mama jest już trzy lata po udarze. Początkowo ani ręką ani nogami
nie ruszała - tylko jedną rękę miała władną; mówiła wolno i
niewyraźnie. Sześć tygodni była w szpitalu. Nie powiem, postawili
ją na nogi, dosłownie, ale cóż z tego, skoro na tych nogach nie
mogła chodzić - kilka kroków w chodziku - to wszystko, na co było
ją stać, ale mowa jej się poprawiła, to trzeba przyznać.
Rokowania niejasne. Trzeba ćwiczyć i ćwiczyć. Pan rozumie, że
człowiek po takim udarze, jaki przeszła moja mama to najpierw traci
resztki wiary w wyzdrowienie i nie odczuwa żadnego, choćby
minimalnego postępu, ot, że może poruszać palcami unieruchomionej
dłoni, że wykrzywione usta jakby odzyskują dawny kształt, że
zrobiła dzisiejszego dnia dwa kroki więcej niż wczoraj. Nadchodzą
takie chwile, kiedy płacz pojawiający się z nienagła zaczyna być
treścią życia, jedzenie nie smakuje, bo niby po co ma jeść,
skoro nawet spożywając najbardziej energetyczny posiłek, nie
wzmocni nim organizmu. Dochodzą do tego samooskarżenia i pretensja
do świata: dlaczego właśnie ją to spotkało? Przeżywałam to.
Jak ja to przeżywałam! Tym bardziej, że zostałyśmy same, bo
ojciec odszedł na drugą stronę rok przed mamy udarem. Jest brat -
siedzi na gospodarstwie w sąsiedniej wsi. Nie powiem, o matce nie
zapomina, ale przecież ma pracę. Ja też miałam, pracowałam w
gminie do czasu śmierci ojca. Potem otworzyłam w domu maleńkie
biuro podatkowe - coś trzeba robić, aby przeżyć. Śmierć ojca, a
później choroba matki mogły mi pokrzyżować nawet i to zajęcie,
ale wie pan, w moim biurze zaczęli się pojawiać nowi klienci. Tak
sobie myślę, że rekomendowali mi ich moi koledzy z pracy. Że
byłam bardzo dobrą księgową i znam się na swojej robocie?
Bynajmniej. Chyba raczej z litości. Ale czy mogłam nie przyjmować?
Potem
z bratem ustaliliśmy, że te trzy pokoje na górze można by
odstąpić turystom, a że je jakoś ogarnęliśmy to zasługa brata.
On sam ma dwa, które wynajmuje z żoną, no i ta jego żona dba o
to, aby nie stały puste przynajmniej latem i zimą. I tak właśnie
dorabiamy sobie, a mnie dodatkowo przyszło gotować dla gości, bo
to od nas do miasteczka spory kawałek, a turysta jak głodny, to i
najpiękniejsze góry mu się nie spodobają, a jak zje, do tego w
miarę tanio, to pan wie….
Odbiliśmy
od głównego szlaku w lewo, też zaznaczonym szlakiem, ale pod
bardziej strome wzniesienie. Droga ciągnęła się zakosami pośród
starych, rozłożystych świerków; była kamienista, a podchodzenie
nią pod górę w stronę źródełka wymagało sporego wysiłku.
Marcie przywykłej do chodzenia po górach ta wąska ścieżyna nie
sprawiała trudności; ja z kolei, objuczony plecakiem, choć
niepełnym, czułem, że dysponuję coraz krótszym oddechem, więc w
paru miejscach przystawaliśmy na wyraźne życzenie Marty, która
przewidziała, jak sądzę, tę komplikację, jaką niesie z sobą
mieszkaniec rozległych nizin.
-
No i jakoś ciągniemy to nasze życie, bezbarwne, bez atrakcji,
zresztą, był pan u nas w kwietniu, więc ma pan obraz tych dni. Od
kwietnia do września nie zmieniło się tak wiele; może tylko mama
porusza się znów odrobinę sprawniej, chociaż tego nie zauważa, a
ja wiem, ja wierzę, że jest lepiej, bo jeszcze przed rokiem nie
wychodziła na spacery tak często jak teraz. Owszem, w prawym ręku
ma kulę, lewym ramieniem wspiera się na moim, ale już tak bardzo
nie powłóczy nogami, nie szura. Zdarza się też, że przejdzie
parę kroków samodzielnie po równym, ale czy nastąpi taka poprawa,
aby mogła się poruszać tak zgrabnie jak przed udarem - nie sądzę.
Najważniejsze jest, że nie wypłakuje się do poduszki tak jak
dawniej, a i przy obiedzie pomoże - obiera ziemniaki, włoszczyznę,
na siedząco przy kuchni przypilnuje gotowanego. Ostatnio kazała
sobie kupić zeszyt i coś w nim zapisuje. Zerkam czasami, ale nie
daje poczytać. Gryzmoli coś powoli niewyraźnym pismem, ale lekarz
powiedział, że to dobrze, bo chcąc nie chcąc, ćwiczy sobie tę
chorą rękę, a i ja myślę sobie, że mama to właśnie dlatego
wzięła się za pisanie, aby wyszkolić tę dłoń i palce. Trzy
lata takiej monotonnej harówki, panie Adamie, ale nie żałuję ani
jednego dnia z tych lat, bo tak jakoś poczułam, że jeszcze
bardziej zbliżyłyśmy się do siebie, chociaż zawsze byłyśmy z
sobą blisko, jak to córka z matką. Ale gdy brat przyjedzie z
synową i dziećmi - trójkę ich mają - to mama jeszcze bardziej
odżywa, a wydaje mi się, że wtedy próbuje okazać się zdrowszą
niż jest w istocie, nie pokazuje kalectwa, z którego z tak wielkim
mozołem się wydostaje. No i oczywiście chwali mnie przy gościach,
powiada, że gdyby nie ja, pewnie dawno by gryzła ziemię, bo
jeszcze w jakieś pół roku po nieszczęściu miała myśli
samobójcze. Ja wtedy rumienię się, bo w końcu nic takiego
wielkiego nie robię. Miałabym zostawić mamę samą sobie? W naszej
wsi, tyle że poniżej, jest taka rodzina, która oddała najstarszą
z rodu, babkę do domu opieki. Dom wielki mają, jak pensjonat, nie
to co nasz - czworo dorosłych ludzi, dzieci w nastoletnim wieku -
też czworo, gospodarzą na paru hektarach, trzymają owce, ale całe
wielkie piętro z poddaszem wynajmują letnikom; pobudowali też
drugi domek, niedaleko, na polanie - dobrze im się wiedzie, syn i
wnuczek tej babki stawiają dachy, ba, całe chałupy i wille z
drewna, więc nawet gdy turystów zabranie, dają sobie radę… i
widzi pan - babkę oddali do domu opieki. Nie potrafiłabym tak.
Wskazała
ręką przed siebie i w górę, gdzie świerki niższe, jakby
skarłowaciałe. Będzie jakieś sześćdziesiąt metrów pod górę,
a wspinając się wijącą drożyną - ze dwieście.
Zauważyłem,
że Marta unika opowiadania bezpośrednio o sobie, a pojawia się
zwykle w kontekście opowieści o swojej matce. Mówiąc o
pielęgniarce - rehabilitantce, współczuła jej losowi, a przecież
mogłaby przyłączyć siebie do tego obrazu kobiet, które nie
troszczą się o swój los w taki sposób, w jaki opiekują się
innymi. Już drugi raz jestem gościem w jej domu, zaprzyjaźniliśmy
się nawet, już od pierwszego dnia mojego pobytu w tamtym chłodnym
jeszcze kwietniu poczułem do niej sympatię, ale ani przedtem, ani
teraz nie opowiadała o sobie wprost, o sobie jako o Marcie, która
oprócz swej pracy w mikroskopijnym biurze podatkowym, oprócz opieki
nad matką i zajmowaniem się gośćmi, jest przecież kobietą i
powinna mieć własne, oddane tylko sobie życie. Ale nigdy nie
widziałem jej przygnębioną, zniechęconą codziennością i
monotonią zajęć, jakie wykonuje, a jeśli nawet nie uśmiecha się
zbyt często, nie kipi energią od świtu do nocy, to miałem
wrażenie, że jest bezgranicznie szczęśliwa, chociaż…
-
To jesteśmy prawie na miejscu. Jeszcze kilkadziesiąt kroków. Pan
zmęczony?
A
jakże, byłem zmęczony, ale czy powinienem się z tym zdradzać?
Właśnie teraz, gdy jesteśmy tak blisko celu?
-
Najgorsze mam już za sobą - wyjaśniłem. - Kiedy się już widzi
miejsce, do którego się dążyło, zmęczenie mija –
stwierdziłem.
Źródełko
ujęte było w kamienne, przez człowieka utworzone kręgi. Bokiem z
jego wnętrza wypływała niewielka i niehałaśliwa struga, tocząca
zdrową i magiczną wodę, o czym poinformowała mnie Marta, do
strumienia opadającego niezliczonymi meandrami zakrętów w stronę
kamienistej, wzbierającej często podczas ulewnych deszczów rzeki.
Będąc tuż przy źródle, zanurzyłem w nim dłonie i z tych dłoni
wypijałem krystalicznie czystą, metalicznie twardą wodę o posmaku
magnezu.
-
Wziął pan z sobą butelki? Bardzo dobrze. Nie wierzę w jej
uzdrawiającą moc, ale może nasz organizm nie wie, że jest zdrowa
jak żadna inna - powiedziała Marta. - W każdym razie niech pan do
pełna nabierze tej wody, a po powrocie do domu odleję sobie trochę
dla mamy. Ona wierzy w jej cudowną moc.
Schodziliśmy
raźniej, a plecak jaki taszczyłem na grzbiecie, choć ważący
teraz cztery kilo więcej, nie ciążył tak jak wtedy, gdy szliśmy
pod górę.
Marta
zerknęła na zegarek, po czym spojrzała na mnie z satysfakcją.
-
Kiedy dojdziemy, będziemy mieli jeszcze trzy kwadranse, zanim mama
przyjedzie z rehabilitacji. Zjemy sobie pierogów z jagodami. Mam je
w lodówce. Lubi pan pierogi z jagodami?
-
Oczywiście, że lubię – odrzekłem.
[12.05.2026,
Toruń]