Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

10 września 2026

SZTUKA - JÓZEF CHEŁMOŃSKI - REALIZM

 

Józef Chełmoński (Boczki k. Łowicza 1849 - Kuklówka k. Grodziska Maz. 1914)


Józef Chełmoński Studiował w Warszawie u Wojciecha Gersona i w Klasie Rysunkowej. W 1871-75 przebywał w Monachium, gdzie związał się z polską kolonią artystyczną, skupioną wokół Józefa Brandta i Maksymiliana Gierymskiego. W 1875-87 pracował w Paryżu. Powrócił do Polski i w 1889 r. osiadł we wsi Kuklówka.

Realizm i wrażliwość na piękno rodzimego pejzażu znalazły odbicie w krajobrazach (Żurawie 1870), a żywiołowy temperament i wirtuozeria formy przejawiły się w przedstawieniach pędzących zaprzęgów konnych (Czwórka 1881) i w scenach rodzajowych o tematyce wiejskiej (Sprawa u wójta 1873, Przed deszczem 1873).

Oryginalność i egzotyka obrazów Chełmońskiego zapewniły mu popularność oraz liczne zamówienia, które obniżyły poziom artystyczny wykonywanych płócien. Po powrocie do kraju ponowne zetknięcie Chełmońskiego z przyrodą (liczne podróże po Ukrainie i Podolu) wpłynęło na odrodzenie jego malarstwa. Do tego okresu należą nastrojowe, liryczne pejzaże ożywione niekiedy motywem dzikiego ptactwa (Kuropatwy na śniegu 1891) i sceny podkreślające związek człowieka z naturą (Bociany 1900, Przed burzą 1896).


1. Jesień (1875)



2. Jeździec / Posłaniec (1879)



3. Kaczki nad wodą (1880)



4. Przed karczmą (1882)



5. Rankiem w puszczy (1870)



6. Odlot żurawi (1871)



7. Podczas deszczu (1873)



8. Babie lato (1875)




[10.09.2026, Toruń]

PROZĘ CZYTAM - NIKOS KAZANTZAKIS - OSTATNIE KUSZENIE

 

I DZIELĘ SIĘ - OSTATNIE KUSZENIE


ROZDZIAŁ I

Ogarnął go chłodny niebiański powiew. Nad jego głową rozkwitły tysiące gwiazd; na ziemi para unosiła się z kamieni rozgrzanych żarem upalnego dnia. Niebo i ziemia tchnęły spokojem i słodką, głęboką ciszą odwiecznych odgłosów nocy, które zapadały w wieki milczenia. Panowała ciemność, zbliżała się północ. Słońce i księżyc, oczy Boga, były niewidoczne, zamknięte we śnie, a młody człowiek, którego umysł unosiła łagodna bryza, pogrążył się w błogiej medytacji. Lecz gdy myślał - jakaż samotność, co za raj! - nagle wiatr zmienił kierunek i przybrał na sile; nie był to już niebiański powiew, ale smrodliwy, mazisty wyziew, jak gdyby w gęstych zaroślach czy wilgotnym sadzie u jego stóp bezskutecznie próbowało zasnąć jakieś zdyszane zwierzę. Powietrze stało się gęste i niespokojne. Ciepławe oddechy ludzi, zwierząt i elfów mieszały się z ostrym odorem kwaśnego ludzkiego potu, świeżo wyjętego z pieca chleba i olejku laurowego, który kobiety wcierały sobie we włosy.

Czuło się to wszystko, ale nic nie było widać. Dopiero po chwili oczy zaczęły powoli przyzwyczajać się do mroku, skąd wyłamał się najpierw srogi, prosty kształt cyprysu ciemniejszego niż noc, potem kępa palm daktylowych przypominających fontannę i kołyszących się na wietrze, a na końcu prawie pozbawione liści drzewa oliwkowe, które błyszczały srebrzyście w ciemności. W plamie zieleni w tle widać było grupę pobielonych, nędznych chat, stojących razem bądź pojedynczo, zbudowanych z nocy, błota i cegieł. Zapach i brud sprawiały wrażenie, że ludzkie postaci śpią na dachach, niektóre pod białymi prześcieradłami a inne odkryte.

Cisza zniknęła. Błogą, bezludną noc przepełnił ból. Ludzkie dłonie i stopy skręcały się, nie mogąc znaleźć ukojenia. Serca wzdychały. Rozpaczliwe, uparte krzyki z setek ust łączyły się w niemym chaosie, próbując wyrazić to, co czują. Ale ich wołanie rozpraszało się i ginęło w bezładnym majaczeniu. Nagle z najwyższego dachu dobiegł ostry, rozrywający serce krzyk:

- Panie Izraela, Panie Izraela, Adonai, jak długo jeszcze?

To nie jeden człowiek lecz cała wieś śniła i krzyczała, cała ziemia izraelska kryjąca kości zmarłych i korzenie drzew, ziemia izraelska bezskutecznie usiłująca zrodzić nowe życie. Po długiej chwili ciszy powietrze między ziemią a niebem ponownie rozerwał krzyk, tym razem bardziej gniewny i pełen żalu:

- Jak długo jeszcze? Jak długo?

Psy we wsi zbudziły się z głośnym ujadaniem, a na płaskich, glinianych dachach przerażone kobiety kryły twarze w ramionach swoich mężów. Młodzieniec drgnął we śnie na odgłos krzyku; sen spłoszył się i zaczął umykać. Góra odsłoniła swoje wnętrze. Grupa olbrzymich, gniewnych mężczyzn wielkimi krokami podążała na szczyt. Ich wąsy, brody, brwi i wielkie, długie ręce wydłużały się w jego umyśle w delikatne nici i rozpływały jak chmury rozganiane przez wiatr. Jeszcze chwila, a zniknęłyby zupełnie z jego myśli.

Jednak zanim to nastąpiło, głowa zaczęła mu ciążyć i znów zapadł w głęboki sen. Góra na powrót stała się skałą, a chmury ciałem i kośćmi. Usłyszał sapanie i pospieszne kroki; na szczycie pojawił się rudobrody mężczyzna. Miał bose stopy, czerwoną twarz i pocił się niemiłosiernie. Za nim podążał liczny tłum, wciąż skryty między ostrymi skałami zbocza. Niebo było znów solidną kopułą, ale teraz wisiała na nim tylko jedna, wschodnia gwiazda, wielka jak ogniste wrota. Wstawał dzień.

Młodzieniec leżał na posłaniu z trocin, oddychając głęboko i odpoczywając po pracowitym dniu. Podniósł na chwilę powieki, jak gdyby uderzony światłem Gwiazdy Porannej, ale nie obudził się: jeszcze raz ogarnął go sen. Śniło mu się, że rudobrody mężczyzna zatrzymał się. Pot spływał mu spod pach, z nóg i z wąskiego, pociętego głębokimi zmarszczkami czoła. Śliniąc się z wysiłku i gniewu chciał cisnąć przekleństwo, ale opanował się i tylko wymamrotał ponuro:

- Jak długo, Adonai, jak długo?

Jego gniew nie wygasł jednak zupełnie. Odwrócił się i ruszył naprzód szybkim jak błyskawica krokiem.

Góry wsiąkły w ziemię, ludzie zniknęli. Sen przeniósł się w inne miejsce i młodzieniec zobaczył teraz Ziemię Obiecaną, jak haftowane powietrze, wielokolorowe, bogato zdobione i drżące. Na południu, jak grzbiet leoparda, rozciągała się pustynia Idumea. Dalej trujące i gęste Morze Martwe pochłaniało światło. Jeszcze dalej znajdowało się nieludzkie Jeruzalem, otoczone z każdej strony przykazaniami Jahwe. Jego ulicami płynęła krew ofiar Boga - jagniąt i proroków. Potem przed oczami stanęła mu Samaria, nieczysta, zamieszkała przez bałwochwalców, z kobietą wyciągającą wodę ze studni, a zupełnie na północy, pokryta zielenią, słoneczna, skromna Galilea. Jeden koniec snu łączyła z drugim rzeka Jordan, królewska arteria Boga, która przepływa przez piaszczyste nieużytki i urodzajne sady, mija Jana Chrzciciela i heretyków, nierządnice i rybaków z Genezaret, obmywając obojętnie ich wszystkich. […]




[10.09.2026, Toruń]

09 września 2026

HOMER - ILIADA - KSIĘGA VIII (25)

 

KSIĘGA VIII

Już w szkarłatne Jutrzenka przybrana odzienie

Siała złote po całym okręgu promienie,

Gdy oJciec nieśmiertelnych, co piorunem włada⁵¹⁷,

Na wierzchołku Olimpu radę bogów składa.

Wszyscy milczą, on myśli obwieszcza w tej mowie:

— «Słuchajcie mnie boginie, słuchajcie bogowie,

I poznajcie niezmienne wyroki mej woli!

Niech przeciw nim wystąpić sobie nie pozwoli

Nikt z bogów ani bogiń! Chylcie się do zgody,

Bym spełnił me zamysły bez żadnej przeszkody!

A ktokolwiek z niebiańskiej wysunie się rzeszy

I Trojanom lub Grekom na wsparcie pośpieszy,

Ranny wróci do nieba: lub go sam pochwycę

I aż w okropną wtrącę Tartaru⁵¹⁸ ciemnicę,

W te dalekie, pod ziemią wydrążone jamy,

Które wzmacnia próg z miedzi, a z żelaza bramy

Tak głęboko pod Hadem, jak nad ziemią nieba:

Pozna, żem najmocniejszy, że mnie słuchać trzeba.

Na dowód, jak przeciw mnie słabiście i niscy.

Uwiążcie łańcuch złoty, ciągnijcie go wszyscy;

Lecz pracując z największym siły natężeniem,

Ściągnąć nie potraficie złączonym ramieniem

Zeusa rządzącego światem samowładnie.

A ja go wziąwszy w ręce wszystko zrobię snadnie⁵¹⁹,

Pociągnę ziemię, morza i wszelkie istoty;

Gdy do wierzchu Olimpu łańcuch przypnę złoty.

U góry wisieć będzie ten rzeczy zbiór mnogi:

Takem wyższy nad ludzi, tak wyższy nad bogi⁵²⁰…

Zeus zaprzągł z miedzianymi rumaki kopyty⁵²¹,

Włos im na pysznych karkach pływa złotolity;

Równie złotą na boskie ciało szatę wkłada, [...]

-------------------------------------------------------------------------

⁵¹⁷ojciec nieśmiertelnych, co piorunem włada — Zeus.

⁵¹⁸Tartar (mit. gr.) — najciemniejsza i najstraszniejsza część krainy umarłych.

⁵¹⁹snadnie (daw.) — łatwo.

⁵²⁰nad bogi — dziś popr. forma B.lp: nad bogów.

⁵²¹kopyty — dziś popr. forma N.lm: kopytami

-------------------------------------------------------------------------

Złoty bicz w rękę bierze i na wozie siada.

Ruszył lejc, zaraz bystre suwają rumaki

Między ziemią i nieba gwiaździstego szlaki;

Na wierzchołek wyniosłej Idy prosto zmierza,

Oblanej krynicami⁵²², płodnej matki zwierza.

Na poświęconym sobie wnet staje Gargarze⁵²³,

Gdzie się kadzidłem jego kurzyły ołtarze.

Tam ojciec nieśmiertelnych zatrzymuje konie

I wyprzągłszy je, w mglistej ukrywa zasłonie.

Sam, chwałą otoczony, usiada wysoko,

Skąd i Troję, i flotę widzi jego oko.

W namiotach swych posiłek wziąwszy greccy męże,

Zaraz kładli na siebie z pośpiechem oręże.

Trojanie w murach miasta przywdziewają zbroje,

A lubo⁵²⁴ mniejsi w liczbie, gotowi na boje:

Każdy śmiały, potrzebą twardą przynaglony,

Stawić piersi szlachetne za dzieci i żony.

Pełne miasto od miedzi błyszczącej się broni,

Otwarte wszystkie bramy: i mężów, i koni

Cisną się hurmem w pole niezliczone tłoki,

A zgiełk i pomieszanie przebija obłoki.

Gdy się na polu walki oba wojska znidą⁵²⁵,

Wnet się z puklerzem⁵²⁶ puklerz, dzida miesza z dzidą.

Siła walczy na siłę, tarcza trze się z tarczą,

Zgiełk się szerzy, pociski na powietrzu warczą,

Krzyczą zwycięzcy, smutnie jęczą zwyciężeni,

Ziemia płynie, od krwawych rozmiękła strumieni.

Póki się dzień przy świetle jutrzenki rozwijał,

Wzajemnie się srogimi razy⁵²⁷ lud zabijał;

Lecz gdy słońce ubiegło połowę swej drogi,

Ten, pod którego władzą i ludzie, i bogi,

Wziął złote w ręce szale, włożył dwa wyroki,

W których był oznaczony śmierci sen głęboki;

Ich ciężar przyszłość obu ludów zapowiada.

Waży je, wraz nieszczęście na Greki wypada,

Bo ich do ziemi na dół zniżają się losy,

A trojańskie się w górę wznoszą pod niebiosy.

Sam zaczął grzmieć na Idzie. Skoro gromy padły,

Zmieszały się Achaje⁵²⁸, zadrżały i zbladły.

Nie śmiał stać Idomenej ni Atryd⁵²⁹, ni drudzy,

Ni dwa Ajasy, godni Aresowi słudzy.

Sam Nestor⁵³⁰, czuwający w polu i obozie,

Został, choć mimo chęci: koń przy jego wozie

Ranny w głowę, gdzie z czoła zaczyna się grzywa,

A tam raz odebrany najszkodliwszy bywa;

Od Parysa⁵³¹ rzucony grot mu w mózgu siedzi,

Wspina się koń na nogi i pląta się w miedzi.

-------------------------------------------------------------------------

⁵²²krynica — źródło.

⁵²³Gargar — jeden z wierzchołków Idy.

⁵²⁴lubo (daw.) — chociaż.

⁵²⁵znijść się (daw.) — zejść się.

⁵²⁶puklerz — rodzaj okrągłej tarczy.

⁵²⁷raz — cios, uderzenie.

⁵²⁸zmieszały się Achaje — dziś popr.: zmieszali się Achajowie (tj. Grecy).

⁵²⁹Atryd — syn Atreusa (Agamemnon bądź Menelaos).

⁵³⁰Nestor — król Pylos, najstarszy uczestnik wojny trojańskiej, symbol wieku i związanego z nim doświadczenia.

⁵³¹od Parysa (daw.) — przez Parysa.

-------------------------------------------------------------------------

Gdy wstawszy, lejce starzec swym mieczem przecina.

Niosą Pryjamowego bystre konie syna:

Hektor leci, którego niezwalczona cnota.

Już by był koniec, starcze, twojego żywota,

Gdyby cię nie wsparł Tydejd⁵³² smutnym tknięty losem;

Więc zawołał straszliwym na Itaka głosem:

— «Zacny synu Laerta, mądry Odyssesie,

Co czynisz? Dokąd ciebie niegodny strach niesie?

Strzeż się, by cię kto z tyłu nie dostał orężem;

Zostań, zasłońmy starca przed zajadłym mężem!»

Tak wołał. Odyseusz tym głosem nie tknięty,

Choć zahartowan w bojach, bieżał na okręty;

Sam się więc Tydejd rzuca na dzidy, na miecze,

Starca wóz swym zasłania wozem i tak rzecze:

— «Przemagają się młodzi, bo są w wieku kwiecie,

Ciebie siła opuszcza i lat ciężar gniecie:

Sługa słaby, mdłe⁵³³ konie. Więc w tak ciężką porę,

Siadaj, szanowny mężu, na mój wóz cię biorę.

Doświadczysz koni Trosa, jak zręcznie koleją

I cofać się na polu, i natrzeć umieją,

Wzięte Ajnejaszowi przez krwawe spotkanie.

O twoich koniach słudzy mieć będą staranie,

Te zwróćmy na Trojany, wnet Hektor obaczy,

Ile ten oszczep w ręku Diomeda znaczy».

Tej przyjacielskiej radzie starzec był przychylny.

Eurymedon⁵³⁴ cnotliwy, a z nim Stenel silny

Zaraz Nestora konie na stronę odwiedli,

Dwaj zaś bohaterowie na jeden wóz wsiedli;

Nestor wziął lejc do ręki. Krótka była pora,

Gdy się do walecznego zbliżyli Hektora,

Który na świetnym wozie biegł na nich wzajemnie.

Pierwszy Tydejd grot rzucił, ale nadaremnie:

Chybił Hektora, tylko ostrzem swoje broni

Enijopa utrafił, stróża jego koni.

Padł z wozu, konie nagłym cofnęły się zwrotem,

A on z lubym⁵³⁵ na zawsze rozstał się żywotem.

Nie mógł Hektor nie uczuć nad tą stratą bolu,

Ale choć z umartwieniem⁵³⁶, zostawił go w polu.

Sam patrzy, czy gdzie jeździec nie nada się śmiały;

Niedługo rządcy jego bieguny⁵³⁷ czekały:

Widzi Archeptolema, mężnego rycerza,

Wraz go sadza na wozie i lejc mu powierza.

Byłyby srodze zbite dardańskie⁵³⁸ narody

I do miasta wpędzone jak do stajni trzody,

Gdyby tego nie postrzegł władca wiekuisty;

Zatem strasznie grzmieć zaczął i piorun ognisty

Tuż przed bystrymi końmi Diomeda cisnął;

Z zajętej na powietrzu siarki płomień błysnął.

Tym przestraszone konie pod dyszlem upadły,

Świetny lejc z rąk upuszcza sam Nestor wybladły

--------------------------------------------------------------------------

⁵³²Tydejd — syn Tydeusa; chodzi o Diomedesa, króla Argos, greckiego wojownika, którym opiekowała się Atena.

⁵³³mdły (daw.) — słaby.

⁵³⁴Eurymedon — woźnica Agamemnona.

⁵³⁵luby (daw.) — miły.

⁵³⁶umartwienie — tu: zmartwienie.

⁵³⁷biegun — koń.

⁵³⁸dardański — trojański



[09.09.2026, Toruń]

07 września 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1428)

 

1428.

W ciągu ostatnich 15 dni doliczyłem się minimum dziesięciu z opadami deszczu, co cieszy mnie niepomiernie, bo raz, że w Wiśle pod koniec sierpnia mało było wody, a dwa, że naprawdę deszcz był potrzebny, nie tylko rolnikom.

I tak doszliśmy do września, i z tej okazji miałem skrobnąć parę słów o nowym roku szkolnym, ale tego nie zrobiłem. Nie wiem, czy dobrze, gdyż gros mojego dorosłego życia, a także i wtedy, gdy byłem uczniakiem, to życie związane było ze szkołą. Nawet wtedy, gdy jeździłem sobie po Europie i jeździłem na początku września, to zauważałem idące do szkół dzieci, także te doroślejsze, i wtedy myślałem sobie, że gdyby los inaczej mną rozporządził, to znów czekałbym na przyjście do szkoły uczniów, i stanąłbym z nimi twarzą w twarz w klasie. Ale los zechciał inaczej.

Tak się zastanawiam, czy jest coś, co zdoła mnie zaskoczyć, sprawić, abym skwitował tę niespodziankę stwierdzeniem „to niemożliwe”. Myślę, że przed wybuchem drugiej wojny światowej ludzie nie podejrzewali, że będzie możliwe zagazowywanie ludzi, produkcja masła z ludzkiego tłuszczu, i palenie ciał. Myślę, że w narodzie żydowskim, tak przecież ciężko doświadczonych przez nazistów niemieckich sama myśl o tym, że podobny los czekać będzie z ich strony wobec Palestyńczyków, ta myśl dotycząca eksterminacji sąsiadującego z Izraelem narodu będzie obca, a co mamy?

Według legendy jak i też powieści „Ja, Klaudiusz” oraz „Klaudiusz i Messalina” autorstwa Roberta Gravesa, cesarz Kaligula uczynił swojego pięknego konia Incitatusa obywatelem, a następnie senatorem rzymskim. Ile w tym prawdy, kto zgadnie. Ciekaw jestem, czy w legendzie o czasach współczesnych znajdzie się miejsce dla pisowskiej posłanki, która zaczęła szczekać. Szczekająca posłanka-katoliczka to coś, co mnie, mimo wszystko, zaskoczyło. Zaskoczyło mnie, choć znam ten prymitywny lud wybierany do parlamentu przez nie mnie prymitywny elektorat. Czy znajdzie się sponsor, który sfinansuje budę lub kojec dla tej debilnej damy?



[07.06.2026, Toruń]

POEZJA (103) TADEUSZ RÓŻEWICZ - OBCY

 

Deszcz jest samotny

tak po tej wojnie

ze wszystkim

ech pełno odpadków.

Matka od której

odcięli mnie

po urodzeniu

jest jak kamień.

Wyszedłem z niej

to ona — obca kobieta

niesie ubogi pęczek marchwi

i tak sobie chodzimy

każde w swoją stronę.

Oczy mam pełne łez

i wykrzywione usta

na ludzi patrzę z daleka

nie mogę się dźwignąć

z ziemi do nieba

deszcz jest samotny i czysty

opada i wznosi się wyżej.



[07.09.2026, Toruń]

06 września 2026

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (13)

 

R. 5. DEMOKRATYZACJA PANA I MARZENIA PANNY Z TOWARZYSTWA cd.


[…] Bywali tam wreszcie sławni malarze, a nade wszystko natchnieni poeci, którzy w sztambuchach ¹²⁴ hrabianek pisywali ładne wiersze, mogli kochać się bez nadziei i uwieczniać wdzięki swoich okrutnych bogiń naprzód w gazetach, a następnie w oddzielnych tomikach, drukowanych na welinowym papierze¹²⁵. Cała ta ludność, między którą ostrożnie przesuwali się wygalonowani¹²⁶ lokaje, damy do towarzystwa, ubogie kuzynki i łaknący wyższych posad kuzyni, cała ta ludność obchodziła wieczne święto. Od południa składano sobie i oddawano wizyty i rewizyty albo zjeżdżano się w magazynach. Ku wieczorowi bawiono się przed obiadem, w czasie obiadu i po obiedzie. Potem jechano na koncert lub do teatru, ażeby tam zobaczyć inny sztuczny świat, gdzie bohaterowie rzadko kiedy jedzą i pracują, ale za to wciąż gadają sami do siebie — gdzie niewierność kobiet staje się źródłem wielkich katastrof i gdzie kochanek, zabity przez męża w piątym akcie, na drugi dzień zmartwychwstaje w pierwszym akcie, ażeby popełniać te same błędy i gadać do siebie nie będąc słyszanym przez osoby obok stojące. Po wyjściu z teatru znowu zbierano się w salonach, gdzie służba roznosiła zimne i gorące napoje, najęci artyści śpiewali, młode mężatki słuchały opowiadań porąbanego kapitana o murzyńskiej księżniczce, panny rozmawiały z poetami o powinowactwie dusz, starsi panowie wykładali inżynierom swoje poglądy na inżynierię, a damy w średnim wieku półsłówkami i spojrzeniami walczyły między sobą o podróżnika, który jadł ludzkie mięso. Potem zasiadano do kolacji, gdzie usta jadły, żołądki trawiły, a buciki rozmawiały o uczuciach lodowatych serc i marzeniach głów niezawrotnych. A potem — rozjeżdżano się, ażeby w śnie rzeczywistym nabrać sił do snu życia. Poza tym czarodziejskim był jeszcze inny świat — zwyczajny. O jego istnieniu wiedziała panna Izabela i nawet lubiła mu się przypatrywać z okna karety, wagonu albo z własnego mieszkania. W takich ramach i z takiej odległości wydawał on się jej malowniczym i nawet sympatycznym. Widywała rolników powoli orzących ziemię — duże fury ciągnione przez chudą szkapę — roznosicieli owoców i jarzyn — starca, który tłukł kamienie na szosie — posłańców idących gdzieś z pośpiechem — ładne i natrętne kwiaciarki — rodzinę złożoną z ojca, bardzo otyłej matki i czworga dzieci, parami trzymających się za ręce — eleganta niższej sfery, który jechał dorożką i rozpierał się w sposób bardzo zabawny — czasem pogrzeb. I mówiła sobie, że tamten świat, choć niższy, jest ładny; jest nawet ładniejszy od obrazów rodzajowych¹²⁷, gdyż porusza się i zmienia co chwilę. I jeszcze wiedziała panna Izabela, że jak w oranżeriach rosną kwiaty, a w winnicach winogrona, tak w tamtym, niższym świecie, wyrasta􀰗ą rzeczy jej potrzebne. Stamtąd pochodzi jej wierny Mikołaj i Anusia, tam robią rzeźbione fotele, porcelany, kryształy i firanki, tam rodzą się froterzy¹²⁸, tapicerowie, ogrodnicy i panny szyjące suknie. Będąc raz w magazynie kazała zaprowadzić się do szwalni i bardzo ciekawym wydał się jej widok kilkudziesięciu pracownic, które krajały, fastrygowały i układały na formach fałdy ubrań. Była pewna, że robi im to wielką przyjemność, ponieważ te panny, które brały jej miarę albo przymierzały suknie, były zawsze uśmiechnięte i bardzo zainteresowane tym, ażeby strój leżał na niej dobrze. I jeszcze wiedziała panna Izabela, że na tamtym, zwyczajnym świecie trafiają się ludzie nieszczęśliwi. Więc każdemu ubogiemu, o ile spotkał ją, kazała dawać po kilka złotych; raz spotkawszy mizerną matkę z bladym jak wosk dzieckiem przy piersi oddała jej bransoletę, a brudne, żebrzące dzieci obdarzała cukierkami i całowała z pobożnym uczuciem. Zdawało się jej, że w którymś z tych biedaków, a może w każdym, jest utajony Chrystus, który zastąpił jej drogę, ażeby dać okazję do spełnienia dobrego czynu. W ogóle dla ludzi z niższego świata miała serce życzliwe. Przychodziły jej na myśl słowa Pisma świętego: „W pocie czoła pracować będziesz.”¹²⁹. Widocznie popełnili oni [...]

-----------------------------------------------------------------------

¹²⁴sztambuch — album, pamiętnik.

¹²⁵welinowy papier — biały gładki papier, wysokiego gatunku.

¹²⁶wygalonowani — w liberii obszytej galonami, czyli złotą lub srebrną taśmą.

¹²⁷obrazy rodzajowe przedstawiają ludzi jako typy pewnych warstw społecznych wśród codziennych zajęć.

¹²⁸froter — pracownik zajmujący się woskowaniem i polerowaniem podłóg.

¹²⁹W pocie czoła pracować będziesz — w Starym Testamencie słowa Boga skierowane do Adama po popełnieniu przez niego grzechu pierworodnego.

-----------------------------------------------------------------------

[...]

jakiś ciężki grzech, skoro skazano ich na pracę; ależ tacy jak ona aniołowie nie mogli nie ubolewać nad ich losem. Tacy jak ona, dla której największą pracą było dotknięcie elektrycznego dzwonka albo wydanie rozkazu. Raz tylko niższy świat zrobił na niej potężne wrażenie. Pewnego dnia, we Francji, zwiedzała fabrykę żelazną. Zjeżdżając z góry, w okolicy pełnej lasów i łąk, pod szafirowym niebem zobaczyła otchłań wypełnioną obłokami czarnych dymów i białych par i usłyszała głuchy łoskot, zgrzyt i sapanie machin. Potem widziała piece, jak wieże średniowiecznych zamków, dyszące płomieniami — potężne koła, które obracały się z szybkością błyskawic — wielkie rusztowania, które same toczyły się po szynach — strumienie rozpalonego do białości żelaza i półnagich robotników, jak spiżowe posągi, o ponurych wejrzeniach. Ponad tym wszystkim — krwawa łuna, warczenie kół, jęki miechów, grzmot młotów i niecierpliwe oddechy kotłów, a pod stopami dreszcz wylęknionej ziemi. Wtedy zdało się jej, że z wyżyn szczęśliwego Olimpu zstąpiła do beznadziejnej otchłani Wulkana¹³⁰, gdzie cyklopowie¹³¹ kują pioruny mogące zdruzgotać sam Olimp. Przyszły jej na myśl legendy o zbuntowanych olbrzymach, o końcu tego pięknego świata, w którym przebywała, i pierwszy raz w życiu ją, boginię, przed którą gięli się marszałkowie i senatorzy, zdjęła trwoga.

— To są straszni ludzie, papo… — szepnęła do ojca.

Ojciec milczał, tylko mocniej przycisnął jej ramię.

— Ale kobietom oni nic złego nie zrobią?

— Tak, nawet oni — odpowiedział pan Tomasz.

W tej chwili pannę Izabelę ogarnął wstyd na myśl, że troszczyła się tylko o kobiety. Więc szybko dodała:

— A jeżeli nam, to i wam nie zrobią nic złego…

Ale pan Tomasz uśmiechnął się i potrząsnął głową. W owym czasie dużo mówiono o zbliżającym się końcu starego świata, a pan Tomasz głęboko odczuwał to, z wielkimi trudnościami wydobywając pieniądze od swoich pełnomocników. Odwiedziny fabryki stanowiły ważną epokę w życiu panny Izabeli. Z religijną czcią czytywała ona poezje swego dalekiego kuzyna, Zygmunta¹³², i zdawało się jej, że dziś znalazła ilustrację do Nie-Boskiej komedii. Odtąd często marzyła o zmroku, że na górze kąpiącej się w słońcu, skąd zjeżdżał jej powóz do fabryki, stoją Okopy Św. Trójcy¹³³, a w tej dolinie zasnutej dymami i parą było obozowisko zbuntowanych demokratów, gotowych lada chwila ruszyć do szturmu i zburzyć jej piękny świat.

Teraz dopiero zrozumiała, jak gorąco kocha tę swoją duchową ojczyznę, gdzie kryształowe pająki zastępują słońce, dywany—ziemię, posągi i kolumny—drzewa. Tę drugą ojczyznę, która ogarnia arystokrację wszystkich narodów, wykwintność wszystkich czasów i najpiękniejsze zdobycze cywilizacji. I to wszystko miałoby runąć, umrzeć albo rozpierzchnąć się!… Rycerska młodzież, która śpiewa z takim uczuciem, tańczy z wdziękiem, pojedynkuje się z uśmiechem albo skacze na środku jeziora w wodę za zgubionym kwiatkiem?… Mają zginąć te ukochane przyjaciółki, które okrywały ją tyloma pieszczotami albo siedząc u jej nóg opowiadały jej tyle drobnych tajemnic, albo oddalone od niej pisywały takie długie, bardzo długie listy, w których tkliwe uczucia mieszały się z nader wątpliwą ortografią? A ta dobra służba, która ze swymi panami postępuje tak, jakby zaprzysięgała im dozgonną miłość, wierność i posłuszeństwo? A te modystki, które zawsze witają ją z uśmiechem i tak pamiętają o najdrobniejszym szczególe jej toalety, tak dokładnie wiedzą o jej triumfach? A te piękne konie, którym jaskółka mogłaby zazdrościć lotu, a te psy mądre i przywiązane jak ludzie, a te ogrody, gdzie ręka ludzka powznosiła pagórki, wylewała strumienie, modelowała drzewa?… I to wszystko miałoby kiedyś zniknąć?… […]

------------------------------------------------------------------------

¹³⁰Wulkan — w mitologii rzymskiej bóg ognia i opiekun kowalstwa.

¹³¹cyklopowie — w mitologii greckiej demony ognia, jednookie olbrzymy, które sporządzały dla Zeusa pioruny.

¹³²Zygmunt — mowa o Zygmuncie Krasińskim.

¹³³Okopy Św. Trójcy — dawna warownia przy ujściu Zbrucza do Dniestru, pod Kamieńcem Podolskim. W Nie-Boskiej komedii (1835) Krasiński przedstawił Okopy Św. Trójcy jako ostatnią twierdzę, gdzie broni się arystokracja.

-----------------------------------------------------------------------

[…] Od tych rozmyślań przybył pannie Izabeli na twarz nowy wyraz — łagodnego smutku, który ją robił jeszcze piękniejszą. Mówiono, że już zupełnie dojrzała. Rozumiejąc, że wielki świat jest wyższym światem, panna Izabela dowiedziała się powoli, że do tych wyżyn wzbić się można i stale na nich przebywać tylko za pomocą dwóch skrzydeł: urodzenia i majątku. Urodzenie zaś i majątek są przywiązane do pewnych wybranych familii, jak kwiat i owoc pomarańczy do pomarańczowego drzewa. Bardzo też jest możliwym, że dobry Bóg widząc dwie dusze z pięknymi nazwiskami, połączone węzłem sakramentu, pomnaża ich dochody i zsyła im na wychowanie aniołka, który w dalszym ciągu podtrzymuje sławę rodów swoimi cnotami, dobrym ułożeniem i pięknością. Stąd wynika obowiązek oględnego zawierania małżeństw, na czym najlepiej znają się stare damy i sędziwi panowie. Wszystko znaczy trafny dobór nazwisk i majątków. Miłość bowiem, nie ta szalona, o jakiej marzą poeci, ale prawdziwie chrześcijańska, zjawia się dopiero po sakramencie i najzupełniej wystarcza, ażeby żona umiała pięknie prezentować się w domu, a mąż z powagą asystować jej w świecie. Tak było dawniej i było dobrze, według zgodnej opinii wszystkich matron. Dziś zapomniano o tym i jest źle: mnożą się mezalianse i upadają wielkie rodziny. „I nie ma szczęścia w małżeństwach” — dodawała po cichu panna Izabela, której młode mężatki opowiedziały niejeden sekret domowy. Dzięki nawet tym opowiadaniom nabrała dużego wstrętu do małżeństwa i lekkiej wzgardy dla mężczyzn. Mąż w szlafroku, który ziewa przy żonie, całuje ją mając pełne usta dymu z cygar, często odzywa się: „A dajże mi spokój”, albo po prostu: „Głupia jesteś!…” — ten mąż, który robi hałasy w domu za nowy kapelusz, a za domem wydaje pieniądze na ekwipaże dla aktorek, to wcale nieciekawe stworzenie. Co najgorsze, że każdy z nich przed ślubem był gorącym wielbicielem, mizerniał nie widząc długo swej pani, rumienił się, kiedy ją spotkał, a nawet niejeden obiecywał zastrzelić się z miłości. Toteż mając lat osiemnaście, panna Izabela tyranizowała mężczyzn chłodem. Kiedy Wiktor Emanuel raz pocałował ją w rękę, uprosiła ojca, że tego samego dnia wyjechali z Rzymu. W Paryżu oświadczył się jej pewien bogaty hrabia francuski; odpowiedziała mu, że jest Polką i za cudzoziemca nie wyjdzie. Podolskiego magnata odepchnęła zdaniem, że odda swoją rękę tylko temu, kogo pokocha, a na co się jeszcze nie zanosi, a oświadczyny jakiegoś amerykańskiego milionera zbyła wybuchem śmiechu. Takie postępowanie na kilka lat wytworzyło dokoła panny pustkę. Podziwiano ją i wielbiono, ale z daleka; nikt bowiem nie chciał narażać się na szyderczą odmowę. Po przejściu pierwszego niesmaku panna Izabela zrozumiała, że małżeństwo trzeba przyjąć takim, jakie jest. Była już zdecydowana wyjść za mąż, pod tym wszakże warunkiem, aby przyszły towarzysz — podobał się jej, miał piękne nazwisko i odpowiedni majątek. Rzeczywiście, trafiali się jej ludzie piękni, majętni i utytułowani; na nieszczęście jednak, żaden nie łączył w sobie wszystkich trzech warunków, więc — znowu upłynęło kilka lat.

Nagle rozeszły się wieści o złym stanie interesów pana Tomasza i — z całego legionu konkurentów — zostało pannie Izabeli tylko dwu poważnych: pewien baron i pewien marszałek¹³⁴, bogaci, ale starzy.

Teraz spostrzegła panna Izabela, że w wielkim świecie usuwa jej się grunt pod nogami, więc zdecydowała się obniżyć skalę wymagań. Ale że baron i marszałek pomimo swoich majątków budzili w niej niepokonaną odrazę, więc odkładała stanowczą decyzję z dnia na

dzień. Tymczasem pan Tomasz zerwał z towarzystwem. Marszałek nie mogąc się doczekać odpowiedzi wyjechał na wieś, strapiony baron za granicę i — panna Izabela pozostała kompletnie samą. Wprawdzie wiedziała, że każdy z nich wróci na pierwsze zawołanie, ale — którego tu wybrać?… jak przytłumić wstręt?… Nade wszystko zaś, czy podobna robić z siebie taką ofiarę mając niejaką pewność, że kiedyś odzyska majątek, i wiedząc, że wówczas znowu będzie mogła wybierać. Tym razem już wybierze, poznawszy, jak ciężko jej żyć poza towarzystwem salonów […]

¹³⁴marszałek — tu przedstawiciel szlachty z całej guberni prowadzący zarazem księgi rodowodowe szlachty



[06.09.2026, Toruń]

ŁACIŃSKIE MĄDROŚCI (321 – 340)

 

321. bona diagnosis, bona curatio - dobre rozpoznanie, dobre leczenie

322. bona valetudo melior est quam maximae divitiae - dobry stan zdrowia jest lepszy niż największe bogactwo

323. caeca invidia est - zazdrość jest ślepa

324. carpe diem - chwytaj dzień (korzystaj z chwili, ciesz się chwilą) [Horacy]

325. cedant arma togae - niech oręż ustąpi przed togą

326. cibi condimentum est fames - dosł. głód jest przyprawą dla każdego posiłku

327. cogitationum poenam nemo luit - nikt nie cierpiał kary za myślenie

328. cogito ergo sum - filoz. myślę, więc jestem [Kartezjusz]

329. concordia civium murus urbium - zgoda mieszkańców murem miasta

330. conditio sine qua non - praw. warunek niezbędny

331. coniugium sine prole est quasi dies sine sole - małżeństwo bez dzieci jest jak dzień bez Słońca

332. consuetudinis vis magna est - wielka jest siła przyzwyczajenia

333. consuetudo altera natura est - przyzwyczajenie jest drugą naturą

334. contraria contrariis curantur - przeciwne (leczy się) przeciwnym

335. contraria sunt complementa - przeciwieństwa się uzupełniają

336. contra vim mortis non est medicamen in hortis - przeciwko sile śmierci nie ma lekarstwa w ogrodach

337. cuius regio, eius religio - czyj region (lub: kraj, władza, rząd), tego religia

338. cuiusvis hominis est errare, nullius nisi insipientis in errore perseverare - każdy człowiek może zbłądzić, [a] uparcie trwać przy błędzie tylko głupi

339. culpam poena premit comes - winie depcze po piętach kara

340. cultus domesticus - troska o dom



[06.09.2026, Toruń]

PISZMY POPRAWNIE - INTERPUNKCJA (31-32)

 

Przecinek przed zarówno

Wyraz zarówno nigdy nie występuje samodzielnie, ponieważ jest składnikiem spójnika złożonego zarówno…, jak (i, też), który oznacza, że cechy lub stany rzeczy opisywane przez dwa zdania lub ich składniki odnoszą się do tego samego desygnatu.

Przed wyrazem zarówno nie umieszczamy przecinka, musimy jednak postawić go w środku spójnika, w skład którego wchodzi, a dokładnie przed wyrazem jak.


Te rozwiązania sprawdzą się zarówno w małych, jak i dużych pomieszczeniach.

Czarna sukienka to kreacja, która pasuje zarówno do biura, jak też na randkę.

W sali bankietowej można zorganizować zarówno kameralne przyjęcie w gronie najbliższych, jak i duże wesele.


Przecinek przed poprzez

Wyraz poprzez pełni w zdaniu funkcję przyimka, który:

1) informuje o tym, że ktoś lub coś się przemieszcza;

2) wraz z przyłączanym rzeczownikiem opisuje jakieś działanie będące środkiem do osiągnięcia celu;

3) przyłącza miejsce lub czas wykonania danej czynności;

4) przyłącza nazwę osoby, instytucji lub rzeczy, której ktoś używa lub korzysta z jej pośrednictwa.

Przed wyrazem poprzez nie stawiamy przecinka. Wyjątkiem jest tylko zdanie zawierające konstrukcję od… poprzez… aż do / aż pow takiej sytuacji przecinki są dopuszczalne (mogą nadawać rytm wypowiedzi), ale ich użycie nie jest konieczne.


Droga do chaty wiedzie poprzez mokradła.

Sygnał można wzmocnić poprzez zastosowanie anteny.

Działalność firmy w Albanii była prowadzona poprzez przedstawicieli firmy.

Nasza firma oferuje kompleksowe wykańczanie wnętrz: od koncepcji poprzez realizację aż po finalną prezentację klientowi.

Droga do pełni szczęścia wiedzie od zrozumienia własnych słabości, poprzez zaakceptowanie ich, aż do eliminacji takich cech z naszego charakteru.



[06.09.2026, Toruń]

DANTE - PIEKŁO - PIEŚŃ XXIV

 

PIEŚŃ XXIV

(Kręg VIII. Tłumok I. ZłodzieJe. Fuccio.)


Gdy słońce w porze młodocianej roku

Promiennym włosem po Wodniku brodzi³⁶⁶

A noc już dniowi nie narzuca zmroku;

-----------------------------------------------------------------------

³⁶⁶słońce (…) promiennym włosem po Wodniku brodzi — Słońce w trzeciej kwadrze miesiąca stycznia wstępuje w znak Wodnika i tak stoi przez pierwsze dwie kwadry miesiąca lutego. Czas, o którym tu mowa, przypada na środek lutego, kiedy noc, doliczywszy do niej wieczór i zmrok poranny, trwa około dwunastu godzin. W tym czasie słońce we Włoszech już tak świeci i grzeje, że śniegi do rzadkości należą. Całe to porównanie wieśniaka, który widząc ubielone śniegiem pastwiska, a nie mając w zapasie karmy, drży o los swojej trzody i załamuje dłonie, zaleca się szczególną prawdą i stosownością jego użycia do obecnego położenia poety, gdy nawykły widzieć zawsze wypogodzone czoło swojego mistrza, widzi je zachmurzonym.

---------------------------------------------------------------------

Jeśli ubieli ziemię zamróz ostry,

Udając barwy swojej białej siostry,

Lecz trwa niedługo i chłód swój łagodzi:

Wieśniak, któremu braknie suchej paszy,

Widząc wokoło bielące się błonie,

Wraca do domu, załamuje dłonie,

Jak nieszczęśliwy, co widmem się straszy;

Potem wychodzi i pełen nadziei,

Widząc weselszy świat po śnieżnej wiei,

Pochwyca laskę i na łąk zielenie

Z obór wesołe swoje trzody żenie³⁶⁷ —

Podobnie mistrz mnie przeląkł po niewoli,

Gdym widział jego zachmurzone czoło,

Podobnie maść on przyłożył, gdzie boli.

Gdy nad strzaskaną przyszliśmy arkadę,

On patrzał na mnie słodko i wesoło

Jak u stóp góry; sam z sobą wszedł w radę

i opatrzywszy skałę z każdej strony,

Mnie otwartymi pochwycił ramiony.

Jak ten, co pracę poczyna z baczeniem,

Wpierw, co ma zrobić, rozważa myśleniem,

Tak on, podnosząc mnie na wierzch opoki,

Wskazywał palcem drugi głaz wysoki

I mówił: Trzymaj dłonie w pogotowiu,

Obejmij głaz ten, lecz wprzódy oczyma

Rozpatruj pilno, czy twój ciężar strzyma».

Jak się wpatrzyłem, nie była to droga

Dla tych, co noszą kapice z ołowiu;

Bo ja i wódz mój, tak lekki Wirgili,

Ledwośmy z głazów na głazy kroczyli;

Gdyby nie krótsza ścieżka między skałą,

Sam nie wiem, co by z mym wodzem się stało,

Mnie by pokonał trud, a w końcu trwoga.

Lecz jako skały zwane Złe Tłumoki

Pochyło schodzą w zrąb studni głębokiej,

Każda dolina, którą się przebiega,

Tu ma wyniosłość, tam spadzistość brzega.

W końcuśmy doszli do progu opoki,

Gdzie głaz ostatni czołem prostopadłem

W dół się powalił i w otchłań się rzuca:

Już mi zabrakło oddechu na płuca,

Już iść nie mogłem dalej i usiadłem.

«Z wady lenistwa wyzuj się w tej dobie!»

Mistrz mówił, «w puchu lub w pierzu kto lega,

Temu do sławy za daleka droga;

A kto na ziemi po krótkim przechodzie

Bez wieńca sławy położy się w grobie,

Ten tyle śladu zostawi po sobie,

Co dym w powietrzu, co bańka na wodzie.

Wstań, wolą ducha trud pokonasz snadnie³⁶⁸,

Duch w każdej walce tryumfator wroga,

Gdy pod ciężarem ciała nie upadnie. [...]

------------------------------------------------------------------------

³⁶⁷żenie (daw.) — wypędza.

³⁶⁸snadnie (daw.) — łatwo.

------------------------------------------------------------------------

Mamy do przejścia jeszcze dłuższe wschody³⁶⁹,

Nie dosyć przebyć skał tych występ nagi,

Niech ta uwaga doda ci odwagi».

Wstałem z uczuciem rzeźwiącej ochłody,

A piersi moje swobodniej dyszały,

Mówiąc: «Idź dalej, jam krzepki i śmiały!»

Szliśmy, a głazy przed nami, pod nami,

Coraz wyższymi sterczały garbami,

Szedłem bez przerwy gwarząc to i owo,

Mocując wolę z słabymi siłami,

Gdy z drugiej fosy głos przemówił słowo.

Co mówił, nie wiem, choć byłem na szczycie

Arkady mostu, co w poprzek otchłani

Sklepiać swe łuki zawisła tam na niej.

Głos mówiącego zdradzał gniew nieskrycie,

Jam wzrok w dół spuścił, ale żywe oko

Dna nie dościgło przez ciemność głęboką.

«Mistrzu!» tak rzekłem po chwili niedługiej,

«Przechodźmy most ten, zstępujmy w krąg drugi.

Bo stąd ja słyszę, a nic nie rozumiem,

Widzę, nic jednak rozpoznać nie umiem».

A mistrz: «Zadosyć słusznemu życzeniu,

Jako przystoi, odpowiem w milczeniu».

I wnet przeszliśmy łuk mostu ten samy,

Który przytyka aż do ósmej tamy;

Wtenczas ujrzałem cały otwór jamy³⁷⁰

Dno jej zapełnia żmija, wąż, gadzina,

Gdy wspomnę, jeszcze krew się we mnie ścina!

Libijskie piaski nad brzegiem swych stoków

Nie rodzą tyle płazów, hyder, smoków,

Kraj ponad Morzem Czerwonym nie roni

Tyle zabójczych pomorów i jadów.

Przez te obrzydłe mnóstwa wężów, gadów

Wylękły, nagi oddział potępieńców

Biegł bez nadziei ujścia ich pogoni.

Ręce ich na tył związane wężami,

Wijąc się, węże w kształt ruchomych wieńców

Bodły ich nerki ogonem, głowami.

Z tych nieszczęśliwych jeden przerwał ciszę

Przeciągłym krzykiem, kąsany od żmii

W miejscu, gdzie ramię przytyka do szyi:

I nikt tak szybko O lub J nie pisze,

Jak on się ogniem zajął w okamgnieniu,

I w proch się cały rozsypał w płomieniu.

Lecz proch, co płomię³⁷¹ zgryzło i rozwiało, […]

----------------------------------------------------------------------

³⁶⁹Mamy do przejścia jeszcze dłuższe wschody — Tu napomyka Wergiliusz o wschodach, jakimi trudniej będzie poecie wchodzić na górę czyśćcową. Sens tych słów wyraźnie mówi: że daleko więcej trudności jest do zwalczenia przy pozbyciu się grzechu jak przy jego uznaniu.

³⁷⁰Wtenczas ujrzałem cały otwór jamy — W siódmym oddziale kręgu ósmego karani są złodzieje, widzimy ich pod postacią wężów i gadów, to pod postacią człowieka, za lada dotknięciem przemieniają swoje postaci, jeden w drugiego kształty przechodzi, a każdy broni się od przyobleczenia się w kształty nieswojskie; nawzajem radzi sobie szkodzą i wzajem się nienawidzą. W tej i następnej pieśni poeta zadziwia czytelnika bogactwem swojej fantazji, która po głębszej rozwadze nie wyda się wszakże tylko próżną grą wyobraźni, ale najlogiczniej zastosowaną do charakteru występku, jaki się tu karze. Wiadomo jest, że choć złodzieje łączą się z sobą w złym zamiarze, udzielają sobie nawzajem swych wiadomości i praktyk i tak niejako przemieniają się jeden w drugiego, przecie lada większa korzyść waśni ich, w razie potrzeb jeden drugiego nie szczędzi i na ofiarę poświęca. Że potępieni są wzajemnym narzędziem swojej kary w piekle, nic w tym dziwnego; zdarza się to między złymi ludźmi i na ziemi.

³⁷¹płomię — dziś rz. r.m.: płomień.

-----------------------------------------------------------------------

Zebrał się w siebie i spoił się w ciało;

Tak Feniks kona, jak bają po świecie,

Tak się odradza co piąte stulecie,

Karmi się w życiu nie ziarnem, rośliną,

Lecz wonią, łzami, co z kadzideł płyną;

Z mirry i nardu na palmie wysokiej

Stos pogrzebowy przed zgonem układa,

I w ogniu z dymem wzlatuje w obłoki.

Jak człowiek, który sam nie wie, jak pada,

Przez kurcz chorobny, czy przez moc szatana,

Gdy wstaje, wodzi wokoło oczami,

Dziwi go boleść, mdłość tak niespodziana:

Podobnie grzesznik wstał z prochu przed nami.

O, jak surowa sprawiedliwość Boga,

Gdy zemsta jego tak straszna i sroga!

Mój wódz, kto on jest, zapytał grzesznika.

On odpowiedział: «Widzisz Toskańczyka,

Wpadłem w tę jamę, jeszcze nie ma roku.

W życiu zwierzęcym całą rozkosz czułem

I nie człowiekiem, byłem istnym mułem.

Imię jest moje Fucci, a Pistoja

Była to godna mnie jaskinia moja³⁷².

A ja do wodza: «Niech nie rusza kroku!

Spytaj, w tę jamę wtrącono go za co?

Znałem go, był on krewki i ladaco».

Grzesznik to słysząc, nie unikał wzroku,

Zwrócił się do mnie z twarzą obojętną,

Na której smutne wstyd wycisnął piętno.

«W takiej mię nędzy» duch przemówił potem

«Widząc, o! większym nabawiasz kłopotem

Niż gdym się z moim rozstawał żywotem.

Zadość uczynić twojej chęci muszę,

Skradłem kościelne sprzęty i ozdobę,

Winę zwalając na drugą osobę;

Lecz wprzód nim wyjdziesz z tych piekielnych cieni,

Gdybyś nie patrzał rad na me katusze,

Daj ucho na głos nowej wieści mojej.

Czarnych jak miotłą wymiotą z Pistoi³⁷³,

Lud i obyczaj Florencyja zmieni;

Dolinę Magry Mars dymem zachmurza,

Z jego obłoków zstąpi silna burza,

I szał swój wywrze na piceńskie błonie:

Z chmur błyskawicą zamigocą bronie,

Walczący muszą broń na ziemię rzucić,

I wszystkich białych huragan pochłonie.

Taką nowiną chciałem się zasmucić³⁷⁴». [...]

³⁷²Fucci de Lazeri — z Pistoi, fanatyczny zwolennik gwelfów czarnych. Przytrzymany za kradzież świętych naczyń kościelnych, zrzucił winę na notariusza Vanni della Mona, w którego mieszkaniu złożył był skradzione rzeczy. Notariusz, niewinna ofiara swej uprzejmości, powieszonym był zamiast rzeczywistego złodzieja.

³⁷³Czarnych jak miotłą wymiotą z Pistoi — Biali gwelfowie na początku brali górę w Pistoi i wypędzili czarnych, lecz wkrótce ze zmianą losu gwelfów białych, poeta jako należący do ich stronnictwa wygnanym był z Florencji. Markiz Malaspina (zwany „Mars”) stanąwszy na czele gwelfów czarnych z Pistoi, zadał ogromną klęskę białym na dolinie piceńskiej, przez którą przepływa rzeka Magra, na pograniczu samym Toskanii a Genui.

³⁷⁴Taką nowiną chciałem się zasmucić — Dante należący do stronnictwa gwelfów białych, spotkał w tym kręgu Fuccia, który był gwelfem czarnym; ten zagniewany, że poeta widział go w takiej piekielnej męce, z rozkoszą przepowiada jemu upadek ostateczny gwelfów białych. Rys dość charakterystyczny zajadłości stronnictw politycznych.


[06.09.2026, Toruń]