Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

11 września 2026

SŁOWA JAKIE DRZEWIEJ BYWAŁY

 

2874. Zamżyć oczy - zamrużyć oczy

2875. Zanadrzany - tyczący się zanadrza

2876. Zanadrzysty - mający szerokie zanadrza

2877. Zanarzać - zanurzać

2878. Zanęcić, zanęcać - nęcąc zachęcić

2879. Zanędznieć - znędznieć

2880. Zanęta - zachęta nęcąca, ponęta

2881. Zaniechać, zaniechawać, zaniechywać - zaniechaj, daj spokój

2882. Zaniechać kogoś - zostawić kogoś w pokoju, porzucić go, dać mu spokój, nie przeszkodzić mu

2883. Zaniecić, zaniecać - wzniecić, zapalić

2884. Zaniecić kogoś - wzburzyć

2885. Zanieczcić - sprofanować, zbezcześcić

2886. Zanieczyściać - zanieczyszczać

2887. Zaniedbalec - ten, co zaniedbał albo co zaniedbał się, niedbalec

2888. Zaniedbalstwo, zaniedbałość - niedbalstwo

2889. Zaniedbały - niedbały

2890. Zaniedbawać - zaniedbywać

2891. Zaniemić, zaniemiać - zrobić niemym, niemową.

2892. Zaniepróżnić, zanieprażniać - nie zostawić próżnym, zapełnić, zaprzątnąć, zająć

2893. Zanierychło - zapóźno, nie rychło już

2894. Zanieść się, zanosić się, zanaszać się - zabrać się, mieć się ku czemu, szykować się Z. się na kogo ręką

2895. Zanieść się - zamierzyć się, podnieść na niego rękę, targnąć się; zapędzić się, zabrnąć, dać się unieść czemu, odnosić się, tyczyć się

2896. Zaniszczeć - pójść w niwecz, zniszczeć

2897. Zaniszczyć, zaniszczać - niszcząc zagładzić, zatrzeć

2898. Zankiel, zenkiel, zaponka - klamra

2899. Zanklarz, zenklarz - rzemieślnik robiący klamry

2900. Zanorzyć - zanurzyć; zanurzyć się; utonąć

2901. Zanośny - mogący być zaniesionym.

2902. Zanurzyć, zanorzyć, zanurzać - zanurzyć, zatopić, pogrążyć

2903. Zaoblatować - zapisać do akt, zaregiestrować

2904. Zaobłoczyć - zakryć, zaciągnąć, zaciemnić obłokiem.

2905. Zaobozować - zaciągnąć do obozu, zakwaterować w obozie

2906. Zaognić, zaogniać - zapalić

2907. Zaokręglić - zaokrąglić

2908. Zaostrzyć - zaostrzać

2909. Zaostrzyć na kogoś - zajątrzyć, poduszczyć, podbechtać; zachęcić, zagrzać zapalić

2010. Zapachnąć, zapachać - zaorać

2911. Zapad - zapadanie, zapadnięcie; miejsce, gdzie coś się zapada

2912. Zapad słońca - zachód słońca

2913. Zapadlina - miejsce zapadłe, rozpadlina, rysa, szczelina

2914. Zapadni, zapadowy - tyczący się zapadu, zachodni

2915. Zapadnienie - zatracenie, potępienie

2916. Zapaktować, zapaktowywać - zaarendować, zadzierżawić

2917. Zapalacz - podpalacz (sprawca pożaru)



[11.09.2026, Toruń]

ODKURZONE [BEZ TYTUŁU] 2012

 

[…] Wąska smużka światła otworzyła powieki jego oczu. Pomyślał, że stała się rzecz prawie niemożliwa, bo czy mógł przypuszczać, że w tej komórce, czy może stodółce zbitej z desek tak dokładnie, istnieje możliwość, przedostania się przez nie słonecznych promieni światła? Owinięty w koc i zagłębiony w miękkie gniazdo siana nie spodziewał się, że poranek odnajdzie go i wyrwie ze snu. Bardziej liczył na to, że zbudzi go gospodarskie ptactwo, może kot polujący o świcie na myszy albo ujadający pies, do którego nozdrzy dotrze zapach nieznajomego człowieka.

A nieznajomy człowiek, człowiek znikąd, nie bywa mile przyjmowany, choć, w gruncie rzeczy, jest mu wszystko jedno, czy być przeganianym czy źle przyjętym w nowym miejscu. Najlepiej przeganiają człowieka przyjaciele, stwierdziwszy, że nie jest już potrzebny nikomu. Zrozumiał tę zależność i nie miał wątpliwości co do tego, że przebudzony niepotrzebnie o świcie, czuje się właśnie w ten sposób, niepotrzebny nikomu do jego szczęścia. Prędzej byłby potrzebny parze synogarlic, które upatrzyły sobie parapet uchylonego okna wychodzącego na północ. Kiedy wstał wreszcie, nie bez trudu i pomimo ogromnej niechęci do ustawienia swego ciała w pozycji wyprostowanej, napotkał spojrzenie tej pary szarych, nieudomowionych gołębi, które z ciekawością przypatrywały się zjawisku pod tytułem „nieznajomy”. I gdyby wtedy wymacał dłonią na klepisku garść zeszłorocznego zboża, gdyby pochwycił je dłonią i delikatnie rzucił w stronę ptaków, mógłby być im potrzebny. Nieważne, że w pierwszej chwili, spłoszone, poderwałyby się do lotu; po pewnym czasie z tą samą co uprzednio ciekawością spostrzegłyby rozrzucone po parapecie, a także na zewnątrz okna ziarenka i spróbowałyby ich skosztować na śniadanie. […]



[11.09.2026, Toruń]

PODEBRANE INTERNETOWI (26-31)

 26. Pałac w Rogalinie



27. Neorenesansowy pałac w Tułowicach (opolskie, gm. Tułowice)



28. Pałac w Brynku (Górny Śląsk)



29. Pałac w Jędrzychowicach (Dolny Śląsk)



30. Pocysterski Zespół Klasztorno-Pałacowy w Rudach.



31. Pałac w Przytoku (Lubuskie)




[11.09.2026, Toruń]

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (14)

 

R. 5. DEMOKRATYZACJA PANA I MARZENIA PANNY Z TOWARZYSTWA dokończenie


Jedna rzecz w wysokim stopniu ułatwiała je wyjście za mąż dla stanowiska. Oto panna Izabela nigdy nie była zakochaną. Przyczyniał się do tego jej chłodny temperament, wiara, że małżeństwo obejdzie się bez poetycznych dodatków, nareszcie miłość idealna, najdziwniejsza, o jakiej słyszano. Raz zobaczyła w pewnej galerii rzeźb posąg Apollina¹³⁵,

który na niej zrobił tak silne wrażenie, że kupiła piękną jego kopię i ustawiła w swoim gabinecie. Przypatrywała mu się całymi godzinami, myślała o nim i kto wie, ile pocałunków

ogrzało ręce i nogi marmurowego bóstwa?… I stał się cud: pieszczony przez kochającą kobietę głaz ożył. A kiedy pewnej nocy zapłakana usnęła, nieśmiertelny zstąpił ze swego piedestału i przyszedł do niej w laurowym wieńcu na głowie, jaśniejący mistycznym¹³⁶ blaskiem. Siadł na krawędzi jej łóżka, długo patrzył na nią oczyma, z których przeglądała wieczność, a potem objął ją w potężnym uścisku i pocałunkami białych ust ocierał łzy i chłodził jej gorączkę. Odtąd nawiedzał ją coraz częściej i omdlewającej w jego objęciach szeptał on, bóg światła, tajemnice nieba i ziemi, jakich dotychczas nie wypowiedziano w śmiertelnym języku. A przez miłość dla niej sprawił jeszcze większy cud, gdyż w swym boskim obliczu kolejno ukazywał jej upiększone rysy tych ludzi, którzy kiedykolwiek zrobili na niej wrażenie.

Raz był podobnym do odmłodzonego jenerała-bohatera, który wygrał bitwę i z wyżyn swego siodła patrzył na śmierć kilku tysięcy walecznych. Drugi raz przypominał twarz najsławniejszego tenora, któremu kobiety rzucały kwiaty pod nogi, a mężczyźni wyprzęgali

konie z powozu. Inny raz był wesołym i pięknym księciem krwi jednego z najstarszych domów panujących; inny raz dzielnym strażakiem, który za wydobycie trzech osób z płomieni na piątym piętrze dostał legię honorową¹³⁷; inny raz był wielkim rysownikiem, który przytłaczał świat bogactwem swoje fantazji, a inny raz weneckim gondolierem albo cyrkowym atletą nadzwyczajnej urody i siły.

Każdy z tych ludzi przez pewien czas zaprzątał tajemne myśli panny Izabeli, każdemu poświęcała najcichsze westchnienia rozumiejąc, że dla tych czy innych powodów kochać go nie może i — każdy z nich za sprawą bóstwa ukazywał się w jego postaci, w półrzeczywistych marzeniach. A od tych widzeń oczy panny Izabeli przybrały nowy wyraz jakiegoś nadziemskiego zamyślenia. Niekiedy spoglądały one gdzieś ponad ludzi i poza świat; a gdy jeszcze jej popielate włosy na czole ułożyły się tak dziwnie, jakby je rozwiał tajmniczy podmuch, patrzącym zdawało się, że widzą anioła albo świętą.

Przed rokiem w jednej z takich chwil zobaczył pannę Izabelę Wokulski. Odtąd serce jego nie zaznało spokoju. Prawie w tym samym czasie pan Tomasz zerwał z towarzystwem i na znak swoich rewolucyjnych usposobień zapisał się do Resursy Kupieckiej. Tam z pomiatanymi niegdyś garbarzami, szczotkarzami i dystylatorami¹³⁸ grywał w wista, głosząc na prawo i na lewo, że arystokracja nie powinna zasklepiać się w wyłączności, ale przodować oświeconemu mieszczaństwu, a przez nie narodowi. Za co wywzajemniając się dumni dziś garbarze, szczotkarze i dystylatorzy raczyli przyznawać, że pan Tomasz jest jedynym arystokratą, który pojął swe obowiązki względem kraju i spełnia je sumiennie. Mogli byli dodać: spełnia co dzień od dziewiątej wieczór do północy. I kiedy w ten sposób pan Tomasz dźwigał jarzmo stanowiska, panna Izabela trawiła się w samotności i ciszy swego pięknego lokalu. Nieraz Mikołaj już twardo drzemał w fotelu, panna Florentyna, zatkawszy sobie uszy watą, na dobre spała, a do pokoju panny Izabeli sen jeszcze nie zapukał odpędzany przez wspomnienia. Wtedy zrywała się z łóżka i odziana w lekki szlafroczek całymi godzinami chodziła po salonie, gdzie dywan głuszył jej kroki i tylko tyle było światła, ile go rzucały dwie skąpe latarnie uliczne. Chodziła, a w ogromnym pokoju tłoczyły się jej smutne myśli i widziadła osób, które tu kiedyś bywały. Tu drzemie stara księżna; tu dwie hrabiny informują się u prałata¹³⁹, […]

---------------------------------------------------------------------

¹³⁵posąg Apollina — Apollo: w greckiej mitologii starożytnej bóg słońca i sztuk pięknych, zwykle przedstawiany w sztuce jako idealnie piękny młodzieniec.

¹³⁶mistyczny — tu w znaczeniu: tajemniczy, nadprzyrodzony.

¹³⁷legia honorowa — na􀰗wyższy order francuski ustanowiony przez Napoleona w 1802 r.

¹³⁸dystylator — tu: fabrykant wódek (dziś: destylator).

¹³⁹prałat — wyższy duchowny w Kościele katolickim.

---------------------------------------------------------------------

[…] czy można dziecko ochrzcić wodą różaną¹⁴⁰? Tu rój młodzieży zwraca ku niej tęskne spojrzenia albo udanym chłodem usiłuje podniecić w niej ciekawość; a tam girlanda panien, które pieszczą ją wzrokiem, podziwiają albo jej zazdroszczą. Pełno świateł, szelestów, rozmów, których większa część, jak motyle około kwiatów, krążyły około jej piękności. Gdzie ona się znalazła, tam obok niej wszystko bladło; inne kobiety były jej tłem, a mężczyźni niewolnikami. I to wszystko przeszło!… I dziś w tym salonie — chłodno, ciemno i pusto… Jest tylko ona i niewidzialny pająk smutku, który zawsze zasnuwa szarą siecią te miejsca, gdzie byliśmy szczęśliwi i skąd szczęście uciekło. Już uciekło!… Panna Izabela wyłamywała sobie palce, ażeby pohamować się od łez, których wstyd jej było nawet w pustce i w nocy. Wszyscy ją opuścili, z wyjątkiem — hrabiny Karolowej, która, kiedy wezbrał jej zły humor, przychodziła tu i szeroko zasiadłszy na kanapie, prawiła wśród westchnień:

— Tak, droga Belciu, musisz przyznać, że popełniłaś kilka błędów nie do darowania. Nie mówię o Wiktorze Emanuelu, bo tamto był przelotny kaprys króla trochę liberalnego ¹⁴¹ i zresztą bardzo zadłużonego. Na takie stosunki trzeba mieć więcej — nie powiem: taktu, ale — doświadczenia — ciągnęła hrabina, skromnie spuszczając powieki. — Ale wypuścić czy — jeśli chcesz — odrzucić hrabiego Saint-Auguste, to już daruj!… Człowiek młody, majętny, bardzo dobrze, i jeszcze z taką karierą!… Teraz właśnie przewodniczy jednej deputacji¹⁴² do Ojca świętego i zapewne dostanie specjalne błogosławieństwo dla całej rodziny, no a hrabia Chambord¹⁴³ nazywa go cher cousin¹⁴⁴… Ach, Boże!

— Myślę, ciociu, że martwić się tym już za późno — wtrąciła panna Izabela.

— Alboż ja chcę cię martwić, biedne dziecko! I bez tego czekają cię ciosy, które ukoić

może tylko głęboka wiara. Zapewne wiesz, że o􀰗ciec stracił wszystko, nawet resztę twego

posagu?

— Cóż ja na to poradzę?

— A jednak ty tylko możesz radzić i powinnaś — mówiła hrabina z naciskiem. — Marszałek nie jest wprawdzie Adonisem¹⁴⁵, no — ale… Gdyby nasze obowiązki były do

spełnienia łatwe, nie istniałaby zasługa. Zresztą, mój Boże, któż nam broni mieć na dnie duszy jakiś ideał, o którym myśl osładza najcięższe chwile? Na koniec, mogę cię zapewnić, że położenie pięknej kobiety, mającej starego męża, nie należy do najgorszych. Wszyscy interesują się nią, mówią o niej, składają hołdy jej poświęceniu, a znowu stary mąż jest mniej wymagający od męża w średnim wieku…

— Ach, ciociu…

— Tylko bez egzaltacji, Belciu! Nie masz lat szesnastu i na życie musisz patrzeć serio. Nie można przecie dla jakiejś idiosynkrazji¹⁴⁶ poświęcić bytu ojca, a choćby Flory i waszej służby. Wreszcie pomyśl, ile ty przy twym szlachetnym serduszku mogłabyś zrobić dobrego rozporządzając znacznym majątkiem.

— Ależ, ciociu, marszałek jest obrzydliwy. Jemu nie żony trzeba, ale niańki, która by mu ocierała usta.

— Nie upieram się przy marszałku, więc baron…

— Baron jeszcze starszy, farbuje się, różuje i ma jakieś plamy na rękach.

Hrabina podniosła się z kanapy.

— Nie nalegam, moja droga, nie jestem swatką, to należy do pani Meliton. Zwracam tylko uwagę, że nad ojcem wisi katastrofa.

— Mamy przecie kamienicę.

— Którą sprzedają najdalej po św. Janie, tak że nawet twoja suma spadnie.

— Jak to — dom, który kosztował sto tysięcy, sprzedadzą za sześćdziesiąt?…

— Bo on nie wart więcej, bo ojciec za dużo wydał. Wiem to od budowniczego, który oglądał go z polecenia Krzeszowskiej. […]

-------------------------------------------------------------------------

¹⁴⁰woda różana — rozczyn wodny olejku różanego.

¹⁴¹liberalny — tu: w znaczeniu zwolennika swobody obyczajów.

¹⁴²deputacja — poselstwo.

¹⁴³hrabia Chambord (18201883) — potomek rodu Bourbonów, wnuk Karola X, pretendent do tronu francuskiego, znany pod imieniem Henryka V.

¹⁴⁴cher cousin (fr.) — drogi kuzynie.

¹⁴⁵Adonis — w mit. gr. piękny młodzieniec, kochanek bogini Afrodyty.

¹⁴⁶idiosynkrazja — wstręt do pewnych przedmiotów, pokarmów, osób.

------------------------------------------------------------------------

[…] — Więc w ostateczności mamy serwis… srebra… — wybuchnęła panna Izabela załamując ręce.

Hrabina ucałowała ją kilkakrotnie.

— Drogie, kochane dziecko — mówiła łkając — że też właśnie ja muszę tak ranić ci serce!… Słuchaj więc… Ojciec ma jeszcze długi wekslowe, jakieś parę tysięcy rubli. Otóż te długi… uważasz… te długi ktoś skupił… kilka dni temu, w końcu marca. Domyślamy się, że to zrobiła Krzeszowska…

— Cóż za nikczemność! — szepnęła panna Izabela. — Ale mniejsza o nią… Na pokrycie

paru tysięcy rubli wystarczy mój serwis i srebra.

— Są one warte bez porównania więcej, ale — kto dziś kupi rzeczy tak kosztowne?

— W każdym razie spróbuję — mówiła rozgorączkowana panna Izabela. — Poproszę panią Meliton, ona mi to ułatwi…

— Zastanów się jednak, czy nie szkoda tak pięknych pamiątek.

Panna Izabela roześmiała się.

— Ach, ciociu… Więc mam wahać się pomiędzy sprzedaniem siebie i serwisu?… Bo na to, ażeby zabierano nam meble, nigdy nie pozwolę… Ach, ta Krzeszowska… to wykupywanie weksli… co za ohyda!

— No, może to jeszcze nie ona.

— Więc chyba znalazł się jakiś nowy nieprzyjaciel, gorszy od niej.

— Może to ciotka Honorata — uspokajała ją hrabina — czy ja wiem? Może chce dopomóc Tomaszowi, ale zawieszając nad nim groźbę. Lecz bądź zdrowa, moje kochane dziecię, adieu¹⁴⁷…

Na tym skończyła się rozmowa w języku polskim, gęsto ozdobionym francuszczyzną, Słowo co robiło go podobnym do ludzkiej twarzy okrytej wysypką. [...]

-----------------------------------------------------------------------

¹⁴⁷adieu (fr.) — do widzenia.



[11.09.2026, Toruń]

10 września 2026

SZTUKA - JÓZEF CHEŁMOŃSKI - REALIZM

 

Józef Chełmoński (Boczki k. Łowicza 1849 - Kuklówka k. Grodziska Maz. 1914)


Józef Chełmoński Studiował w Warszawie u Wojciecha Gersona i w Klasie Rysunkowej. W 1871-75 przebywał w Monachium, gdzie związał się z polską kolonią artystyczną, skupioną wokół Józefa Brandta i Maksymiliana Gierymskiego. W 1875-87 pracował w Paryżu. Powrócił do Polski i w 1889 r. osiadł we wsi Kuklówka.

Realizm i wrażliwość na piękno rodzimego pejzażu znalazły odbicie w krajobrazach (Żurawie 1870), a żywiołowy temperament i wirtuozeria formy przejawiły się w przedstawieniach pędzących zaprzęgów konnych (Czwórka 1881) i w scenach rodzajowych o tematyce wiejskiej (Sprawa u wójta 1873, Przed deszczem 1873).

Oryginalność i egzotyka obrazów Chełmońskiego zapewniły mu popularność oraz liczne zamówienia, które obniżyły poziom artystyczny wykonywanych płócien. Po powrocie do kraju ponowne zetknięcie Chełmońskiego z przyrodą (liczne podróże po Ukrainie i Podolu) wpłynęło na odrodzenie jego malarstwa. Do tego okresu należą nastrojowe, liryczne pejzaże ożywione niekiedy motywem dzikiego ptactwa (Kuropatwy na śniegu 1891) i sceny podkreślające związek człowieka z naturą (Bociany 1900, Przed burzą 1896).


1. Jesień (1875)



2. Jeździec / Posłaniec (1879)



3. Kaczki nad wodą (1880)



4. Przed karczmą (1882)



5. Rankiem w puszczy (1870)



6. Odlot żurawi (1871)



7. Podczas deszczu (1873)



8. Babie lato (1875)




[10.09.2026, Toruń]

PROZĘ CZYTAM - NIKOS KAZANTZAKIS - OSTATNIE KUSZENIE

 

I DZIELĘ SIĘ - OSTATNIE KUSZENIE


ROZDZIAŁ I

Ogarnął go chłodny niebiański powiew. Nad jego głową rozkwitły tysiące gwiazd; na ziemi para unosiła się z kamieni rozgrzanych żarem upalnego dnia. Niebo i ziemia tchnęły spokojem i słodką, głęboką ciszą odwiecznych odgłosów nocy, które zapadały w wieki milczenia. Panowała ciemność, zbliżała się północ. Słońce i księżyc, oczy Boga, były niewidoczne, zamknięte we śnie, a młody człowiek, którego umysł unosiła łagodna bryza, pogrążył się w błogiej medytacji. Lecz gdy myślał - jakaż samotność, co za raj! - nagle wiatr zmienił kierunek i przybrał na sile; nie był to już niebiański powiew, ale smrodliwy, mazisty wyziew, jak gdyby w gęstych zaroślach czy wilgotnym sadzie u jego stóp bezskutecznie próbowało zasnąć jakieś zdyszane zwierzę. Powietrze stało się gęste i niespokojne. Ciepławe oddechy ludzi, zwierząt i elfów mieszały się z ostrym odorem kwaśnego ludzkiego potu, świeżo wyjętego z pieca chleba i olejku laurowego, który kobiety wcierały sobie we włosy.

Czuło się to wszystko, ale nic nie było widać. Dopiero po chwili oczy zaczęły powoli przyzwyczajać się do mroku, skąd wyłamał się najpierw srogi, prosty kształt cyprysu ciemniejszego niż noc, potem kępa palm daktylowych przypominających fontannę i kołyszących się na wietrze, a na końcu prawie pozbawione liści drzewa oliwkowe, które błyszczały srebrzyście w ciemności. W plamie zieleni w tle widać było grupę pobielonych, nędznych chat, stojących razem bądź pojedynczo, zbudowanych z nocy, błota i cegieł. Zapach i brud sprawiały wrażenie, że ludzkie postaci śpią na dachach, niektóre pod białymi prześcieradłami a inne odkryte.

Cisza zniknęła. Błogą, bezludną noc przepełnił ból. Ludzkie dłonie i stopy skręcały się, nie mogąc znaleźć ukojenia. Serca wzdychały. Rozpaczliwe, uparte krzyki z setek ust łączyły się w niemym chaosie, próbując wyrazić to, co czują. Ale ich wołanie rozpraszało się i ginęło w bezładnym majaczeniu. Nagle z najwyższego dachu dobiegł ostry, rozrywający serce krzyk:

- Panie Izraela, Panie Izraela, Adonai, jak długo jeszcze?

To nie jeden człowiek lecz cała wieś śniła i krzyczała, cała ziemia izraelska kryjąca kości zmarłych i korzenie drzew, ziemia izraelska bezskutecznie usiłująca zrodzić nowe życie. Po długiej chwili ciszy powietrze między ziemią a niebem ponownie rozerwał krzyk, tym razem bardziej gniewny i pełen żalu:

- Jak długo jeszcze? Jak długo?

Psy we wsi zbudziły się z głośnym ujadaniem, a na płaskich, glinianych dachach przerażone kobiety kryły twarze w ramionach swoich mężów. Młodzieniec drgnął we śnie na odgłos krzyku; sen spłoszył się i zaczął umykać. Góra odsłoniła swoje wnętrze. Grupa olbrzymich, gniewnych mężczyzn wielkimi krokami podążała na szczyt. Ich wąsy, brody, brwi i wielkie, długie ręce wydłużały się w jego umyśle w delikatne nici i rozpływały jak chmury rozganiane przez wiatr. Jeszcze chwila, a zniknęłyby zupełnie z jego myśli.

Jednak zanim to nastąpiło, głowa zaczęła mu ciążyć i znów zapadł w głęboki sen. Góra na powrót stała się skałą, a chmury ciałem i kośćmi. Usłyszał sapanie i pospieszne kroki; na szczycie pojawił się rudobrody mężczyzna. Miał bose stopy, czerwoną twarz i pocił się niemiłosiernie. Za nim podążał liczny tłum, wciąż skryty między ostrymi skałami zbocza. Niebo było znów solidną kopułą, ale teraz wisiała na nim tylko jedna, wschodnia gwiazda, wielka jak ogniste wrota. Wstawał dzień.

Młodzieniec leżał na posłaniu z trocin, oddychając głęboko i odpoczywając po pracowitym dniu. Podniósł na chwilę powieki, jak gdyby uderzony światłem Gwiazdy Porannej, ale nie obudził się: jeszcze raz ogarnął go sen. Śniło mu się, że rudobrody mężczyzna zatrzymał się. Pot spływał mu spod pach, z nóg i z wąskiego, pociętego głębokimi zmarszczkami czoła. Śliniąc się z wysiłku i gniewu chciał cisnąć przekleństwo, ale opanował się i tylko wymamrotał ponuro:

- Jak długo, Adonai, jak długo?

Jego gniew nie wygasł jednak zupełnie. Odwrócił się i ruszył naprzód szybkim jak błyskawica krokiem.

Góry wsiąkły w ziemię, ludzie zniknęli. Sen przeniósł się w inne miejsce i młodzieniec zobaczył teraz Ziemię Obiecaną, jak haftowane powietrze, wielokolorowe, bogato zdobione i drżące. Na południu, jak grzbiet leoparda, rozciągała się pustynia Idumea. Dalej trujące i gęste Morze Martwe pochłaniało światło. Jeszcze dalej znajdowało się nieludzkie Jeruzalem, otoczone z każdej strony przykazaniami Jahwe. Jego ulicami płynęła krew ofiar Boga - jagniąt i proroków. Potem przed oczami stanęła mu Samaria, nieczysta, zamieszkała przez bałwochwalców, z kobietą wyciągającą wodę ze studni, a zupełnie na północy, pokryta zielenią, słoneczna, skromna Galilea. Jeden koniec snu łączyła z drugim rzeka Jordan, królewska arteria Boga, która przepływa przez piaszczyste nieużytki i urodzajne sady, mija Jana Chrzciciela i heretyków, nierządnice i rybaków z Genezaret, obmywając obojętnie ich wszystkich. […]




[10.09.2026, Toruń]

09 września 2026

HOMER - ILIADA - KSIĘGA VIII (25)

 

KSIĘGA VIII

Już w szkarłatne Jutrzenka przybrana odzienie

Siała złote po całym okręgu promienie,

Gdy oJciec nieśmiertelnych, co piorunem włada⁵¹⁷,

Na wierzchołku Olimpu radę bogów składa.

Wszyscy milczą, on myśli obwieszcza w tej mowie:

— «Słuchajcie mnie boginie, słuchajcie bogowie,

I poznajcie niezmienne wyroki mej woli!

Niech przeciw nim wystąpić sobie nie pozwoli

Nikt z bogów ani bogiń! Chylcie się do zgody,

Bym spełnił me zamysły bez żadnej przeszkody!

A ktokolwiek z niebiańskiej wysunie się rzeszy

I Trojanom lub Grekom na wsparcie pośpieszy,

Ranny wróci do nieba: lub go sam pochwycę

I aż w okropną wtrącę Tartaru⁵¹⁸ ciemnicę,

W te dalekie, pod ziemią wydrążone jamy,

Które wzmacnia próg z miedzi, a z żelaza bramy

Tak głęboko pod Hadem, jak nad ziemią nieba:

Pozna, żem najmocniejszy, że mnie słuchać trzeba.

Na dowód, jak przeciw mnie słabiście i niscy.

Uwiążcie łańcuch złoty, ciągnijcie go wszyscy;

Lecz pracując z największym siły natężeniem,

Ściągnąć nie potraficie złączonym ramieniem

Zeusa rządzącego światem samowładnie.

A ja go wziąwszy w ręce wszystko zrobię snadnie⁵¹⁹,

Pociągnę ziemię, morza i wszelkie istoty;

Gdy do wierzchu Olimpu łańcuch przypnę złoty.

U góry wisieć będzie ten rzeczy zbiór mnogi:

Takem wyższy nad ludzi, tak wyższy nad bogi⁵²⁰…

Zeus zaprzągł z miedzianymi rumaki kopyty⁵²¹,

Włos im na pysznych karkach pływa złotolity;

Równie złotą na boskie ciało szatę wkłada, [...]

-------------------------------------------------------------------------

⁵¹⁷ojciec nieśmiertelnych, co piorunem włada — Zeus.

⁵¹⁸Tartar (mit. gr.) — najciemniejsza i najstraszniejsza część krainy umarłych.

⁵¹⁹snadnie (daw.) — łatwo.

⁵²⁰nad bogi — dziś popr. forma B.lp: nad bogów.

⁵²¹kopyty — dziś popr. forma N.lm: kopytami

-------------------------------------------------------------------------

Złoty bicz w rękę bierze i na wozie siada.

Ruszył lejc, zaraz bystre suwają rumaki

Między ziemią i nieba gwiaździstego szlaki;

Na wierzchołek wyniosłej Idy prosto zmierza,

Oblanej krynicami⁵²², płodnej matki zwierza.

Na poświęconym sobie wnet staje Gargarze⁵²³,

Gdzie się kadzidłem jego kurzyły ołtarze.

Tam ojciec nieśmiertelnych zatrzymuje konie

I wyprzągłszy je, w mglistej ukrywa zasłonie.

Sam, chwałą otoczony, usiada wysoko,

Skąd i Troję, i flotę widzi jego oko.

W namiotach swych posiłek wziąwszy greccy męże,

Zaraz kładli na siebie z pośpiechem oręże.

Trojanie w murach miasta przywdziewają zbroje,

A lubo⁵²⁴ mniejsi w liczbie, gotowi na boje:

Każdy śmiały, potrzebą twardą przynaglony,

Stawić piersi szlachetne za dzieci i żony.

Pełne miasto od miedzi błyszczącej się broni,

Otwarte wszystkie bramy: i mężów, i koni

Cisną się hurmem w pole niezliczone tłoki,

A zgiełk i pomieszanie przebija obłoki.

Gdy się na polu walki oba wojska znidą⁵²⁵,

Wnet się z puklerzem⁵²⁶ puklerz, dzida miesza z dzidą.

Siła walczy na siłę, tarcza trze się z tarczą,

Zgiełk się szerzy, pociski na powietrzu warczą,

Krzyczą zwycięzcy, smutnie jęczą zwyciężeni,

Ziemia płynie, od krwawych rozmiękła strumieni.

Póki się dzień przy świetle jutrzenki rozwijał,

Wzajemnie się srogimi razy⁵²⁷ lud zabijał;

Lecz gdy słońce ubiegło połowę swej drogi,

Ten, pod którego władzą i ludzie, i bogi,

Wziął złote w ręce szale, włożył dwa wyroki,

W których był oznaczony śmierci sen głęboki;

Ich ciężar przyszłość obu ludów zapowiada.

Waży je, wraz nieszczęście na Greki wypada,

Bo ich do ziemi na dół zniżają się losy,

A trojańskie się w górę wznoszą pod niebiosy.

Sam zaczął grzmieć na Idzie. Skoro gromy padły,

Zmieszały się Achaje⁵²⁸, zadrżały i zbladły.

Nie śmiał stać Idomenej ni Atryd⁵²⁹, ni drudzy,

Ni dwa Ajasy, godni Aresowi słudzy.

Sam Nestor⁵³⁰, czuwający w polu i obozie,

Został, choć mimo chęci: koń przy jego wozie

Ranny w głowę, gdzie z czoła zaczyna się grzywa,

A tam raz odebrany najszkodliwszy bywa;

Od Parysa⁵³¹ rzucony grot mu w mózgu siedzi,

Wspina się koń na nogi i pląta się w miedzi.

-------------------------------------------------------------------------

⁵²²krynica — źródło.

⁵²³Gargar — jeden z wierzchołków Idy.

⁵²⁴lubo (daw.) — chociaż.

⁵²⁵znijść się (daw.) — zejść się.

⁵²⁶puklerz — rodzaj okrągłej tarczy.

⁵²⁷raz — cios, uderzenie.

⁵²⁸zmieszały się Achaje — dziś popr.: zmieszali się Achajowie (tj. Grecy).

⁵²⁹Atryd — syn Atreusa (Agamemnon bądź Menelaos).

⁵³⁰Nestor — król Pylos, najstarszy uczestnik wojny trojańskiej, symbol wieku i związanego z nim doświadczenia.

⁵³¹od Parysa (daw.) — przez Parysa.

-------------------------------------------------------------------------

Gdy wstawszy, lejce starzec swym mieczem przecina.

Niosą Pryjamowego bystre konie syna:

Hektor leci, którego niezwalczona cnota.

Już by był koniec, starcze, twojego żywota,

Gdyby cię nie wsparł Tydejd⁵³² smutnym tknięty losem;

Więc zawołał straszliwym na Itaka głosem:

— «Zacny synu Laerta, mądry Odyssesie,

Co czynisz? Dokąd ciebie niegodny strach niesie?

Strzeż się, by cię kto z tyłu nie dostał orężem;

Zostań, zasłońmy starca przed zajadłym mężem!»

Tak wołał. Odyseusz tym głosem nie tknięty,

Choć zahartowan w bojach, bieżał na okręty;

Sam się więc Tydejd rzuca na dzidy, na miecze,

Starca wóz swym zasłania wozem i tak rzecze:

— «Przemagają się młodzi, bo są w wieku kwiecie,

Ciebie siła opuszcza i lat ciężar gniecie:

Sługa słaby, mdłe⁵³³ konie. Więc w tak ciężką porę,

Siadaj, szanowny mężu, na mój wóz cię biorę.

Doświadczysz koni Trosa, jak zręcznie koleją

I cofać się na polu, i natrzeć umieją,

Wzięte Ajnejaszowi przez krwawe spotkanie.

O twoich koniach słudzy mieć będą staranie,

Te zwróćmy na Trojany, wnet Hektor obaczy,

Ile ten oszczep w ręku Diomeda znaczy».

Tej przyjacielskiej radzie starzec był przychylny.

Eurymedon⁵³⁴ cnotliwy, a z nim Stenel silny

Zaraz Nestora konie na stronę odwiedli,

Dwaj zaś bohaterowie na jeden wóz wsiedli;

Nestor wziął lejc do ręki. Krótka była pora,

Gdy się do walecznego zbliżyli Hektora,

Który na świetnym wozie biegł na nich wzajemnie.

Pierwszy Tydejd grot rzucił, ale nadaremnie:

Chybił Hektora, tylko ostrzem swoje broni

Enijopa utrafił, stróża jego koni.

Padł z wozu, konie nagłym cofnęły się zwrotem,

A on z lubym⁵³⁵ na zawsze rozstał się żywotem.

Nie mógł Hektor nie uczuć nad tą stratą bolu,

Ale choć z umartwieniem⁵³⁶, zostawił go w polu.

Sam patrzy, czy gdzie jeździec nie nada się śmiały;

Niedługo rządcy jego bieguny⁵³⁷ czekały:

Widzi Archeptolema, mężnego rycerza,

Wraz go sadza na wozie i lejc mu powierza.

Byłyby srodze zbite dardańskie⁵³⁸ narody

I do miasta wpędzone jak do stajni trzody,

Gdyby tego nie postrzegł władca wiekuisty;

Zatem strasznie grzmieć zaczął i piorun ognisty

Tuż przed bystrymi końmi Diomeda cisnął;

Z zajętej na powietrzu siarki płomień błysnął.

Tym przestraszone konie pod dyszlem upadły,

Świetny lejc z rąk upuszcza sam Nestor wybladły

--------------------------------------------------------------------------

⁵³²Tydejd — syn Tydeusa; chodzi o Diomedesa, króla Argos, greckiego wojownika, którym opiekowała się Atena.

⁵³³mdły (daw.) — słaby.

⁵³⁴Eurymedon — woźnica Agamemnona.

⁵³⁵luby (daw.) — miły.

⁵³⁶umartwienie — tu: zmartwienie.

⁵³⁷biegun — koń.

⁵³⁸dardański — trojański



[09.09.2026, Toruń]