Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

12 maja 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1395) NIESĄD

 

1395.

Między innymi dlatego pozostaję emigrantem. Między innymi, bo Polska nie jest krajem praworządnym. Nie jest praworządnym kraj, w którym byle ziobro ucieka, gdzie pieprz rocznie, a prezes trybunału konstytucyjnego naigrywa się z konstytucji, której powinien być strażnikiem. Prokurator generalny stawia zarzuty przestępcom i nic a nic z tego nie wynika, bo sądy wolą skazać samochodowego mordercę za zabójstwo dwóch kobiet na półtora roku więzienia, co daje 9 miesięcy za morderstwo jednej osoby. Rzygać się chce.



[12.05.2026, Toruń]

ODKURZONE - ŹRÓDEŁKO

 

- No i udało się panu wyprząc mnie z tego kieratu. I dobrze, choć nie narzekam. Ja nie jestem z tych, co narzekają, choć życie nie jest łatwe, pan sam wie. Po czym poznałam? Wygląda mi pan na zatroskanego, co to niejedno w życiu przeżył, a teraz, choć na wypoczynku, tylko w połowie jest pan myślą w tych górach i lasach. Ta druga pana połowa jest gdzie indziej. Zgadłam?

Owszem, nie mogła tego lepiej sprecyzować. Każde moje wakacje - a starałem się przynajmniej raz na rok gdzieś wyjeżdżać - wyglądały podobnie; nie potrafiłem cieszyć się nimi bezgranicznie, zawsze coś mi przeszkadzało. Taki jestem.

- Pielęgniarka wzięła dzisiaj mamę na rehabilitację. Nie zawsze tak jest. Zwykle to ja z mamą jadę, ale rozumiem, że Gośka, ta pielęgniarka, o której mówię, nie zawsze ma czas, ma swoich pacjentów. Swoją drogą dobra z niej dziewczyna. Przyjechała z własnej woli na to pustkowie, pracowita bardzo, uczynna i cierpliwa. Rehabilitantka musi być cierpliwa. Tylko, wie pan, obawiam się, że jej osobiste życie się nie ułoży. Młodzi faceci, czemu się nie dziwię, szukają swych połówek tam, gdzie gospodarstwo. Tak wiecznie było i jest na wsi, w górach czy nie w górach, a taka rehabilitantka to czym może im zaimponować? Tym skromnym mieszkankiem w ośrodku zdrowia, mniejszym, bo to większe zajmuje lekarz z żoną i dwójką dzieci? Panie Adamie, ona się u nas zmarnuje, zwłaszcza że nie należy do przebojowych kobiet, a powiedziałabym, że sprawia wrażenie zahukanej, choć serce ma złote… ale, panie Admie, kto to dzisiaj doceni.

Droga nasza wiodła szlakiem spacerowym pod górę. Marta chciała mi pokazać źródełko, z którego bije uzdrawiająca woda. Ona wprawdzie nie wierzy bajaniom o cudowności tego źródła, ale przekonała mnie, że woda w źródełku naprawdę posiada wybitne wartości smakowe, a do tego jest przyjemnie zimna, co nie jest bez znaczenia dla wędrowców szukających wrażeń podczas spacerów po górach.

- Mama jest już trzy lata po udarze. Początkowo ani ręką ani nogami nie ruszała - tylko jedną rękę miała władną; mówiła wolno i niewyraźnie. Sześć tygodni była w szpitalu. Nie powiem, postawili ją na nogi, dosłownie, ale cóż z tego, skoro na tych nogach nie mogła chodzić - kilka kroków w chodziku - to wszystko, na co było ją stać, ale mowa jej się poprawiła, to trzeba przyznać. Rokowania niejasne. Trzeba ćwiczyć i ćwiczyć. Pan rozumie, że człowiek po takim udarze, jaki przeszła moja mama to najpierw traci resztki wiary w wyzdrowienie i nie odczuwa żadnego, choćby minimalnego postępu, ot, że może poruszać palcami unieruchomionej dłoni, że wykrzywione usta jakby odzyskują dawny kształt, że zrobiła dzisiejszego dnia dwa kroki więcej niż wczoraj. Nadchodzą takie chwile, kiedy płacz pojawiający się z nienagła zaczyna być treścią życia, jedzenie nie smakuje, bo niby po co ma jeść, skoro nawet spożywając najbardziej energetyczny posiłek, nie wzmocni nim organizmu. Dochodzą do tego samooskarżenia i pretensja do świata: dlaczego właśnie ją to spotkało? Przeżywałam to. Jak ja to przeżywałam! Tym bardziej, że zostałyśmy same, bo ojciec odszedł na drugą stronę rok przed mamy udarem. Jest brat - siedzi na gospodarstwie w sąsiedniej wsi. Nie powiem, o matce nie zapomina, ale przecież ma pracę. Ja też miałam, pracowałam w gminie do czasu śmierci ojca. Potem otworzyłam w domu maleńkie biuro podatkowe - coś trzeba robić, aby przeżyć. Śmierć ojca, a później choroba matki mogły mi pokrzyżować nawet i to zajęcie, ale wie pan, w moim biurze zaczęli się pojawiać nowi klienci. Tak sobie myślę, że rekomendowali mi ich moi koledzy z pracy. Że byłam bardzo dobrą księgową i znam się na swojej robocie? Bynajmniej. Chyba raczej z litości. Ale czy mogłam nie przyjmować?

Potem z bratem ustaliliśmy, że te trzy pokoje na górze można by odstąpić turystom, a że je jakoś ogarnęliśmy to zasługa brata. On sam ma dwa, które wynajmuje z żoną, no i ta jego żona dba o to, aby nie stały puste przynajmniej latem i zimą. I tak właśnie dorabiamy sobie, a mnie dodatkowo przyszło gotować dla gości, bo to od nas do miasteczka spory kawałek, a turysta jak głodny, to i najpiękniejsze góry mu się nie spodobają, a jak zje, do tego w miarę tanio, to pan wie….

Odbiliśmy od głównego szlaku w lewo, też zaznaczonym szlakiem, ale pod bardziej strome wzniesienie. Droga ciągnęła się zakosami pośród starych, rozłożystych świerków; była kamienista, a podchodzenie nią pod górę w stronę źródełka wymagało sporego wysiłku. Marcie przywykłej do chodzenia po górach ta wąska ścieżyna nie sprawiała trudności; ja z kolei, objuczony plecakiem, choć niepełnym, czułem, że dysponuję coraz krótszym oddechem, więc w paru miejscach przystawaliśmy na wyraźne życzenie Marty, która przewidziała, jak sądzę, tę komplikację, jaką niesie z sobą mieszkaniec rozległych nizin.

- No i jakoś ciągniemy to nasze życie, bezbarwne, bez atrakcji, zresztą, był pan u nas w kwietniu, więc ma pan obraz tych dni. Od kwietnia do września nie zmieniło się tak wiele; może tylko mama porusza się znów odrobinę sprawniej, chociaż tego nie zauważa, a ja wiem, ja wierzę, że jest lepiej, bo jeszcze przed rokiem nie wychodziła na spacery tak często jak teraz. Owszem, w prawym ręku ma kulę, lewym ramieniem wspiera się na moim, ale już tak bardzo nie powłóczy nogami, nie szura. Zdarza się też, że przejdzie parę kroków samodzielnie po równym, ale czy nastąpi taka poprawa, aby mogła się poruszać tak zgrabnie jak przed udarem - nie sądzę. Najważniejsze jest, że nie wypłakuje się do poduszki tak jak dawniej, a i przy obiedzie pomoże - obiera ziemniaki, włoszczyznę, na siedząco przy kuchni przypilnuje gotowanego. Ostatnio kazała sobie kupić zeszyt i coś w nim zapisuje. Zerkam czasami, ale nie daje poczytać. Gryzmoli coś powoli niewyraźnym pismem, ale lekarz powiedział, że to dobrze, bo chcąc nie chcąc, ćwiczy sobie tę chorą rękę, a i ja myślę sobie, że mama to właśnie dlatego wzięła się za pisanie, aby wyszkolić tę dłoń i palce. Trzy lata takiej monotonnej harówki, panie Adamie, ale nie żałuję ani jednego dnia z tych lat, bo tak jakoś poczułam, że jeszcze bardziej zbliżyłyśmy się do siebie, chociaż zawsze byłyśmy z sobą blisko, jak to córka z matką. Ale gdy brat przyjedzie z synową i dziećmi - trójkę ich mają - to mama jeszcze bardziej odżywa, a wydaje mi się, że wtedy próbuje okazać się zdrowszą niż jest w istocie, nie pokazuje kalectwa, z którego z tak wielkim mozołem się wydostaje. No i oczywiście chwali mnie przy gościach, powiada, że gdyby nie ja, pewnie dawno by gryzła ziemię, bo jeszcze w jakieś pół roku po nieszczęściu miała myśli samobójcze. Ja wtedy rumienię się, bo w końcu nic takiego wielkiego nie robię. Miałabym zostawić mamę samą sobie? W naszej wsi, tyle że poniżej, jest taka rodzina, która oddała najstarszą z rodu, babkę do domu opieki. Dom wielki mają, jak pensjonat, nie to co nasz - czworo dorosłych ludzi, dzieci w nastoletnim wieku - też czworo, gospodarzą na paru hektarach, trzymają owce, ale całe wielkie piętro z poddaszem wynajmują letnikom; pobudowali też drugi domek, niedaleko, na polanie - dobrze im się wiedzie, syn i wnuczek tej babki stawiają dachy, ba, całe chałupy i wille z drewna, więc nawet gdy turystów zabranie, dają sobie radę… i widzi pan - babkę oddali do domu opieki. Nie potrafiłabym tak.

Wskazała ręką przed siebie i w górę, gdzie świerki niższe, jakby skarłowaciałe. Będzie jakieś sześćdziesiąt metrów pod górę, a wspinając się wijącą drożyną - ze dwieście.

Zauważyłem, że Marta unika opowiadania bezpośrednio o sobie, a pojawia się zwykle w kontekście opowieści o swojej matce. Mówiąc o pielęgniarce - rehabilitantce, współczuła jej losowi, a przecież mogłaby przyłączyć siebie do tego obrazu kobiet, które nie troszczą się o swój los w taki sposób, w jaki opiekują się innymi. Już drugi raz jestem gościem w jej domu, zaprzyjaźniliśmy się nawet, już od pierwszego dnia mojego pobytu w tamtym chłodnym jeszcze kwietniu poczułem do niej sympatię, ale ani przedtem, ani teraz nie opowiadała o sobie wprost, o sobie jako o Marcie, która oprócz swej pracy w mikroskopijnym biurze podatkowym, oprócz opieki nad matką i zajmowaniem się gośćmi, jest przecież kobietą i powinna mieć własne, oddane tylko sobie życie. Ale nigdy nie widziałem jej przygnębioną, zniechęconą codziennością i monotonią zajęć, jakie wykonuje, a jeśli nawet nie uśmiecha się zbyt często, nie kipi energią od świtu do nocy, to miałem wrażenie, że jest bezgranicznie szczęśliwa, chociaż…

- To jesteśmy prawie na miejscu. Jeszcze kilkadziesiąt kroków. Pan zmęczony?

A jakże, byłem zmęczony, ale czy powinienem się z tym zdradzać? Właśnie teraz, gdy jesteśmy tak blisko celu?

- Najgorsze mam już za sobą - wyjaśniłem. - Kiedy się już widzi miejsce, do którego się dążyło, zmęczenie mija – stwierdziłem.

Źródełko ujęte było w kamienne, przez człowieka utworzone kręgi. Bokiem z jego wnętrza wypływała niewielka i niehałaśliwa struga, tocząca zdrową i magiczną wodę, o czym poinformowała mnie Marta, do strumienia opadającego niezliczonymi meandrami zakrętów w stronę kamienistej, wzbierającej często podczas ulewnych deszczów rzeki. Będąc tuż przy źródle, zanurzyłem w nim dłonie i z tych dłoni wypijałem krystalicznie czystą, metalicznie twardą wodę o posmaku magnezu.

- Wziął pan z sobą butelki? Bardzo dobrze. Nie wierzę w jej uzdrawiającą moc, ale może nasz organizm nie wie, że jest zdrowa jak żadna inna - powiedziała Marta. - W każdym razie niech pan do pełna nabierze tej wody, a po powrocie do domu odleję sobie trochę dla mamy. Ona wierzy w jej cudowną moc.

Schodziliśmy raźniej, a plecak jaki taszczyłem na grzbiecie, choć ważący teraz cztery kilo więcej, nie ciążył tak jak wtedy, gdy szliśmy pod górę.

Marta zerknęła na zegarek, po czym spojrzała na mnie z satysfakcją.

- Kiedy dojdziemy, będziemy mieli jeszcze trzy kwadranse, zanim mama przyjedzie z rehabilitacji. Zjemy sobie pierogów z jagodami. Mam je w lodówce. Lubi pan pierogi z jagodami?

- Oczywiście, że lubię – odrzekłem.




[12.05.2026, Toruń]

10 maja 2026

POEZJA (94) CZESŁAW MIŁOSZ - PIOSENKA O KOŃCU ŚWIATA

 

Czesław Miłosz - Piosenka o końcu świata


W dzień końca świata

Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,

Rybak naprawia błyszczącą sieć.

Skaczą w morzu wesołe delfiny,

Młode wróble czepiają się rynny

I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.


W dzień końca świata

Kobiety idą polem pod parasolkami,

Pijak zasypia na brzegu trawnika,

Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa

I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,

Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa

I noc gwiaździstą odmyka.


A którzy czekali błyskawic i gromów,

Są zawiedzeni.

A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,

Nie wierzą, że staje się już.

Dopóki słońce i księżyc są w górze,

Dopóki trzmiel nawiedza różę,

Dopóki dzieci różowe się rodzą,

Nikt nie wierzy, że staje się już.


Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,

Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,

Powiada przewiązując pomidory:

Innego końca świata nie będzie,

Innego końca świata nie będzie.



[10.05.2026, Toruń]

09 maja 2026

MUZYCZNE POCZTÓWKI - LEONARD COHEN - FAMOUS BLUE RAINCOAT

 


Jest czwarta nad ranem, koniec grudnia

Piszę do Ciebie teraz, żeby tylko sprawdzić, czy ci lepiej.

W Nowym Jorku jest zimno, ale lubię okolicę, w której teraz mieszkam

Na Clinton Street muzyka gra cały wieczór.

Słyszałem, że budujesz swój mały domek na odludziu.

Żyjesz teraz bez kosztów, bez celów

Mam nadzieję, że piszesz jakiś dziennik

Tak, a Jane przyszła z puklem Twoich włosów.

Powiedziała, że to Ty jej go dałeś,

Tamtej nocy, gdy planowałeś się ulotnić.

Czy kiedykolwiek się ulotniłeś?

Ostatnim razem, gdy Cię widzieliśmy, bardzo się postarzałeś

Twój słynny niebieski prochowiec był porwany na ramieniu.

Chodziłeś na stację, na każdy pociąg

Wróciłeś do domu bez "Lili Marlene"

I ofiarowałeś mojej kobiecie okruch swojego życia,

A kiedy wróciła, nie była już niczyją żoną.

Cóż, widzę Cię tam z różą w zębach,

Jeszcze jeden drobny cygan - złodziejaszek

I widzę, że Jane się przebudziła.

Przesyła pozdrowienia.

I cóż mogę Ci powiedzieć, mój bracie, mój morderco,

Co w ogóle mogę powiedzieć?.

Chyba za Tobą tęsknię, chyba Ci wybaczyłem,

Cieszę się, że stanąłeś na mojej drodze.

Jeśli kiedykolwiek tu wrócisz, dla Jane albo dla mnie,

Cóż, Twój wróg śpi, a jego kobieta jest wolna.

Tak, i dziękuję za ten smutek, który wygnałeś z jej oczu.

Myślałem, że rozgościł się tam na dobre więc nigdy nie próbowałem.

A Jane przyszła z puklem Twoich włosów.

Powiedziała, że to Ty jej go dałeś,

Tamtej nocy, gdy planowałeś się ulotnić.

Szczerze pozdrawiam,

L. Cohen




[09.05. 2026, Toruń]

ŁACIŃSKIE MĄDROŚCI (141-160)

 

141. Amicum cum vides, obliviscere miserias.

Na widok druha zapomnij o biedzie.

142. Amicum laedere ne ioco quidem licet.

Urazić przyjaciela nie wolno nawet w żarcie.

143. Amicum perdere est damnorum maximum.

Stracić przyjaciela to największa ze strat.

144. Amicum proba, probatum ama.

Przyjaciela wypróbuj, ale wypróbowanego kochaj.

145. Amicus amico (sum).

Przyjacielem dla przyjaciela (jestem).

146. Amicus certus in re incerta cernitur.

Pewnego przyjaciela poznasz w sytuacji niepewnej.

Prawdziwego przyjaciela poznaje się w biedzie.

147. Amicus cognoscitur amore, more, ore, re.

Przyjaciela poznaje się po miłości, obyczaju, słowie i czynie.

148. Amicus hominis, inimicus causae.

Przyjaciel człowieka, ale wróg sprawy.

149. Amicus humani generis.

Przyjaciel rodzaju ludzkiego.

150. Non habet eventus sordida praeda bonos.

Nieuczciwa zdobycz nie przynosi korzyści.

151. Non male vixerunt et tum, quo tempore terris nullus adhuc auri divitis usus erat.

Nie żyli źle ludzie i w tych czasach, kiedy na ziemi nie znano jeszcze użytku złota.

Jan Kochanowski

152. Non qui parum habet, sed qui plus cupit, pau per est.

Nie ten jest biedny, kto ma mało, lecz ten, kto więcej pragnie.

153. Non tam cumulus bonorum esse potest iu cun dus quam molesta decessio. Cyceron

Nie tyle może być przyjemne nagromadzenie dóbr, ile przykry ich ubytek.

154. Nullis decretis damnatur opus locupletis.

Żadnym dekretem nie potępisz czynu bogacza. Głupstwa bogacza uchodzą zawsze za mądrość.

155. Nunquam expletur divitiarum satis.

Bogactw nigdy dość.

156. O, dives, dives, non omni tempore vives! Nudus ad infernas, stulte, vehere rates!

O, bogaczu, bogaczu, nie będziesz żył wiecznie! Nagi pójdziesz do podziemnych łodzi!

157. Omnia mea mecum porto!

Wszystko swoje ze sobą noszę.

158. Parvum addas parvo, magnus acervus erit.

Dodawaj małe do małego, a powstanie wielki stos. Ziarnko do ziarnka, a zbierze się miarka.

159. Pauper ubique iacet.

Biedny zawsze sponiewierany. Biednemu zawsze wiatr w oczy wieje.

160. Pauper ubique iacet, dives ubique placet.

Biedak wszędzie zapomniany, bogacz wszędzie podoba się.



[09.05.2016, Toruń]

PROZĘ CZYTAM - TADEUSZ RÓŻEWICZ - OWOC ŻYWOTA

 

I DZIELĘ SIĘ - OWOC ŻYWOTA


Źródło tekstu:

Tadeusz Różewicz, Owoc żywota,

Czytelnia, nowynapis.eu, 2019


Nad osadą stał księżyc. Oświetlał biały klasztor i czarny komin fabryczki. Zasłonięte okna domów. Liście drzew. Źdźbła trawy. Była cisza i nic nie działo się w miasteczku. Mur otaczający posterunek żandarmerii był wysoki i milczący. Jego grzbiet usiany był błyszczącymi kolcami z rozbitych butelek. Wartownik czuwał wewnątrz budynku. Oddziały partyzanckie przechodziły nocami przez osadę, ale żandarmi byli ukryci. Tylko rakiety spływały z czarnego nieba na znak, że tam za murem żyją uzbrojeni obcy ludzie, którzy wyjdą ze wschodem słońca i zaczną swoją robotę. Teraz była cisza. Biały klasztor stał wśród drzew jak lodowa góra. W kaplicy przed wielkim ołtarzem leżał rozkrzyżowany człowiek. Leżał z twarzą przyciśniętą do zimnej posadzki. Jego bezkrwiste wargi poruszały się, dotykając wilgotnego kamienia. Leżał z ramionami odrzuconymi w bok i modlił się; słowa zatapiały się w mrocznej rzece snu i odpływały od niego. Zapomniał, gdzie jest i co robi. Kiedy unosił twarz, widział przed sobą czerwone światełko. Modlił się często o dobrą i szczęśliwą śmierć dla siebie. I była to jedyna rzecz, o którą prosił. Nad złocistym domkiem tabernakulum, wśród promieni, stała figurka Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Dokoła ścian w kaplicy wisiały szeregi niewielkich, olejno malowanych obrazków. Na każdym obrazku wymalowane było cudowne wydarzenie. Najstarsze obrazki pochodziły z bardzo dawnych lat. Napisy łacińskie i polskie mówiły o kasztelanach, hetmanach, starostach, mieszczanach i kmieciach, którzy dostąpili łaski. Były tam pożary zgaszone, tak jak się gasi świece. Były miasta i sioła chronione od zarazy niebieskim płaszczem. Były dzieci utopione i martwe, które ożyły. Szara figurka unosiła się w obłoku. Tej nocy zakonnik nie modlił się o szczęśliwą śmierć dla siebie, modlił się za dwóch nieznanych ludzi, których ciała leżały na śmietniku, za fabryczką... Co to byli za ludzie? Bandyci, żołnierze?... Może nawet przed śmiercią nie zdążyli westchnąć: „Jezus, Maryja”... Leżeli tam na śmieciach nadzy i czekali na Sąd Ostateczny. Będą radowali się w niebie.

Na wieży klasztornej pohukiwała sówka. Poruszyły się czarne gałęzie drzew w księżycowym świetle. Nic się nie działo w osadzie. Okna domów były ślepe. Krótka jest letnia noc. Dzień przychodzi szybko, oświetla ciała na śmietniku i płonie w rozbitych szkłach.

Tutaj, koło śmietnika, za fabryczką wód gazowych, często bawiły się dzieci. Szukały białych porcelanowych korków, zielonych i różowych szkiełek, kolorowych nalepek na butelki. Obok śmietnika wznosiła się wielka piramida usypana z trocin. Powierzchnia tej piramidy wysuszona była przez słońce, ale wnętrze było wilgotne i zimne. Krył się tam lód. Kawałeczki i odpryski tego lodu można było znaleźć u stóp piramidy; sopelek lodowy w lipcowy gorący dzień roztapiał się w gardle tak jak zimą.

Tego dnia dwie dziewczynki pędzące krowy na pobliskie łąki zatrzymały się koło śmietnika i nie poszły za krowami. Dziewczynki stały przy śmietniku i nic nie mówiły. W popiele i w śmieciach leżały dwa nagie ciała. Jedno z nich na boku, zwinięte, z kolanami dotykającymi prawie brody. Drugie z twarzą zwróconą do nieba, z rozrzuconymi ramionami i nogami. Słońce oświetlało śmietnik jak małą plażę. Dziewczynki trzymały się za ręce i w skupieniu patrzyły na ciała. Było cicho. Od strony przyklasztornych lip szedł pachnący wiatr. Po dłuższej chwili dziewczynki odeszły.

Widziałaś? Te chłopy, co tam leżą, są zabite, chodźmy tam jeszcze, zobaczymy.

To grzech.

Ale, grzech... ja polecę...

Mówię ci, że grzech. Zaraz uklęknij i zmówimy pacierz. – Przyklękły w rowie, trawa była mokra od porannej rosy, pierwsze przebudzone bielinki z czarnymi kropkami na skrzydłach przelatywały w słonecznym świetle.

– „Zdrowaś Maryja, łaskiś pełna! Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego…”

Ale oni nie mieli ubrań ani koszul, widziałaś, ani butów.

Musieli im ubranie ukraść.

To pewnie Żydy.

Żydów już nie ma na świecie.

To skąd one się tam wzięły, te chłopy?

Pewnie ich Śwarcmajer zastrzelił.

Koło śmietnika stała gromadka ludzi. Milczeli. Jeden z mężczyzn wyciągnął ze śmieci kawał szarego papieru do pakowania i nakrył tym papierem leżącego na wznak trupa. Kobiety kiwały głowami, żegnały się, płakały. Od strony posterunku szli żandarmi. Już dobiegały ich głosy. Były to słowa i dźwięki obce wśród tych drzew, drewnianych domów, marnych poletek i ludzi, którzy milczeli. Dźwięki tej mowy rozlegały się ostro i dziko pod przezroczystym wysokim niebem. Ludzie odstąpili od śmietnika. Jedni znikali w drzwiach domów, inni odchodzili pośpiesznie w stronę klasztoru. Do śmietnika maszerowali dwaj żandarmi, w błyszczących żółtych butach, z karabinami na pasie. Jeden z nich trzymał dużą białą kartę. Kiedy zbliżyli się do śmietnika, kiwnął palcem na młodego chłopaka. Ten podszedł bliżej i zdjął czapkę. Żandarm mówił coś do niego i pokazywał ręką na śmietnik. Chłopak wszedł tam i zdarł papier z zabitego. Żandarm podał mu białą kartkę; chłopak przywiązał ją sznurkiem do nogi trupa. Teraz żandarmi zawołali kobiety. Kilka z nich podeszło do śmietnika. Na białej karcie napisane było czarnymi wielkimi literami: BANDITEN. Żandarm podniósł do góry wskazujący palec i mówił do ludzi: „Nie wolno przykrywać. Zostawić tak leżeć. Kto bez rozkazu pochowa, będzie rozstrzelany na śmierć. Władze pochowają... Trzeba patrzeć, jak władze ukarały bandytów”.

Żandarm mówił do dorosłych, tak jak nauczyciel mówi do dzieci. Ludzie milczeli. Żandarmi poprawili pasy i odmaszerowali w stronę posterunku.

Czy to ptaki budziły się w nocy? W ciemności słychać było kwilenie. Z czarnego nieba spadały ziarna deszczu. Leżeli sami w ciemności. Nie było o tej porze ludzi. Ludzie spali. I tamci też spali na swoim posłaniu. Nikt nie stał przy nich. Nie przyglądał się odkrytemu ciału. Nikt nie płakał, nie zaciskał pięści, nie przysięgał zemsty. Nie było tu zaciekawionych i przestraszonych oczu małych dziewczynek, które podglądały odkrytą tajemnicę płci. W ciszy, pod niebem, gniły dwa ciała. Przywiązana sznurkiem do nogi bielała kartka z napisem: BANDITEN.

Czy to ptaki budziły się w nocy? Było słychać w ciemności czyste głosy, jakby spadały szklane krople. Kobieta podwinęła nogi i leżała cicho zagrzebana w pościeli jak pod ziemią. Tamci, wyrzuceni na powierzchnię, leżeli odkryci i bezbronni. Kobieta przywarła ciałem do mężczyzny. Zdawało jej się, że są zakopani w norze. W ciepłej podziemnej norze mają swoje posłania i nie potrzebują wychodzić na powierzchnię ziemi, na światło dzienne. Mężczyzna trzymał rękę na jej brzuchu, słyszał gęstniejący urywany oddech. Jakby biegła gdzieś zmęczona. Ale ona leżała tu, przy nim, nieporuszona, pewnie spała. Pod dłonią czuł ciepły, napięty brzuch. Czuł pod palcami pulsowanie, jakby drżenie, a potem wyraźne ruchy. Ono się tam pod skórą poruszało, „kopało”... Kobieta nie odzywała się. W milczącym świecie, który składał się z ciemności otoczonej krwią i ciałem, poruszało się ich ślepe i nieme jeszcze dziecko. Spytał cicho: „Śpisz?”, ale kobieta nie odezwała się. Jego ręka znieruchomiała, leżała jeszcze jakiś czas na brzuchu, wreszcie, wyziębiona i ciężka jak przedmiot, spadła z pulsującego ciała kobiety na prześcieradło.

Kobieta oddychała nierówno. Nie spała. „Czy oni długo tak będą leżeć?”. Kiedy zadała to pytanie? Czy upłynęło już pół nocy? Mężczyzna nie odpowiedział. Spał odwrócony do niej plecami. Przyłożyła wargi do jego ramienia. Poczuła trochę soli wydzielanej z potem przez skórę. Widziała ich teraz w skrzyni śmietnika, oświetlonych słońcem. Jeden miał głowę wciśniętą w miękkie trociny. Ramionami osłonił twarz tak, że było widać tylko trochę szarych włosów i kawałek białego ucha. Ten drugi leżał z otwartymi oczami i ustami. Długie czarne włosy otaczały jego twarz. Ręce miał dziwnie ułożone, dłonie odwrócone do nieba, jakby chciał nabrać w nie światła. Koło południa było gorąco, słońce przypiekało. Szła z obiadem dla męża do fabryczki. Wiedziała, że oni tam leżą na śmietniku. Widziała ich rano. Kiedy zbliżała się do śmietnika, zamknęła oczy i tak z zamkniętymi oczami ominęła to miejsce. A kiedy wracała do domu, znów odwróciła głowę i patrzyła na biały klasztor, na dzwonnicę, w której nie było dzwonów. Szła przez słodki zapach lip i nic nie widziała. Ale oni tam leżeli. Teraz w nocy widziała ich przez zamknięte powieki. Białe, bezbronne ciało, rozwarte nogi i ciemne podbrzusze. Widziała przez zamknięte powieki las. Sosny w lesie. Błyszczący kopiec. Siebie i Józia, braciszka, który utopił się w stawie. Stali nad mrowiskiem z długimi patykami. Józio uśmiechał się do niej i mówił, ale nic nie słyszała. W rękach trzymali długie kije. Najpierw wrzucali do kopca liście, gałązki, kamienie. Las tonął w szarej rzece cały czarny i tylko na jednym pniu siedziało światło. Kamienie były wielkie, okrągłe jak bochny chleba. Na każdym kamieniu roiły się błyszczące mrówki. Rzucali coraz więcej kamieni. Śmiali się i krzyczeli, a potem w milczeniu zaczęli rozgrzebywać mrowisko kijami. Rozwalali i rozkopywali mrowisko z wściekłością. Wbity głęboko kij rozwalił ścianę kopca i odkrył gronka białych jajeczek. Mrówki unosiły te jajeczka, uciekały. Kotłowało się w mrowisku. Jajeczka były miękkie, wilgotne w środku. Mrówki znikały w głębszych korytarzach kopca. Kiedy wszystkie jajeczka zostały ukryte, kije wbiły się jeszcze głębiej w igliwie i wyrzuciły znowu na powierzchnię ziemi mrówki i białe jajeczka. Chwycili olbrzymi kamień, cisnęli w sam środek rozwalonego mrowiska i pobiegli do lasu.

Błyskawica rozdarła noc od ziemi do nieba. Grzmot. Światło wtargnęło do izby, gdzie ułożyli sobie gniazdo. Podziemną norkę przebiło ostrze ze światła. Było zakrzywione jak szabla, odwaliło bryłkę ziemi, na dnie skręcały się niemrawo robaki o białych odwłokach. Kobieta otworzyła oczy. Było ciemno. „Nie – powiedziała – nie śpię”. Obok spoczywało nieruchome ciało męża. Ręka kobiety gładziła lekko głowę śpiącego. Czuła suche twarde włosy pod palcami, czuła każdy włos jakby osobno. Suchy, ostry, ciepły. Ręka przesuwała się po zamkniętych oczach i wargach. Zatrzymała się. Ciepłe, wilgotne tchnienie wypełniło dłoń.

Zbudź się – prosiła.

Ciało jego poruszyło się i posłusznie przylgnęło do jej ciała. Mężczyzna spał jeszcze, ale jego ciało przebudzone i czujne zaczęło napełniać się krwią.



[09.05.2026, Toruń]


08 maja 2026

BIBLIA GDAŃSKA (1632) - KSIĘGA KAZNODZIEI SALOMONA [KOHELETA] KSIĘGA 9.

 

9:1

Zaprawdęm to wszystko uważał w sercu swem, abym to wszystko objaśnił, że sprawiedliwi i mądrzy z sprawami swemi są w rękach Bożych, a iż ani miłości, ani nienawiści nie zna człowiek ze wszystkich rzeczy, które są przed obliczem jego.

9:2

Wszystko się dzieje jednakowo wszystkim; jednoż przychodzi na sprawiedliwego i niezbożnego, na dobrego i na czystego i nieczystego, na ofiarującego i na tego, który nie ofiaruje; na dobrego, i na grzesznego, na przysięgającego, i na tego, co się przysięgi boi.

9:3

A toć jest najgorsza między wszystkiem, co się dzieje pod słońcem, iż jednoż przychodzi na wszystkich; a owszem, że serce synów ludzkich pełne jest złego, a iż głupstwo trzyma się serca ich za żywota ich, a potem idą do umarłych.

9:4

Albowiem ktokolwiek się towarzyszy ze wszystkimi żywymi, ma nadzieję, (Gdyż i pies żywy lepszy jest, niż lew zdechły;)

9:5

Boć ci, co żyją, wiedzą, że umrzeć mają; ale umarli o niczem nie wiedzą, i nie mają więcej żadnej zapłaty, gdyż w zapamiętanie przyszła pamiątka ich.

9:6

Owszem i miłość ich, i zazdrość ich i nienawiść ich już zginęła, a nie mają więcej działu na wieki we wszystkiem, co się dzieje pod słońcem.

9:7

Idźże tedy, jedz z radością chleb twój, a pij z dobrą myślą wino twoje; albowiem już wdzięczne są Bogu sprawy twoje.

9:8

Na każdy czas niech będą szaty twoje białe, a olejku na głowie twojej niech się nie przebiera.

9:9

Zażywaj żywota z żoną, którąś umiłował, po wszystkie dni żywota marności twojej, któreć dał Bóg pod słońcem po wszystkie dni marności twojej; boć ten jest dział twój w żywocie twoim i w pracy twojej, którą podejmujesz pod słońcem.

9:10

Wszystko, co przedsięweźmie ręka twoja do czynienia, czyń według możności twojej, albowiem niemasz żadnej pracy, ani myśli, ani umiejętności, ani mądrości w grobie, do którego ty idziesz.

9:11

Potem obróciwszy się ujrzałem pod słońcem, że bieg nie jest w mocy prędkich, ani wojna w mocy mężnych, ani żywność w mocy mądrych, ani bogactwo w mocy roztropnych, ani łaska w mocy pomyślnych; ale czas i trafunek wszystko przynosi.

9:12

Bo człowiek nie wie czasu swego; ale jako ryby, które bywają łowione siecią szkodliwą, i jako ptaki łapane bywają sidłem; tak ułowieni bywają synowie ludzcy we zły czas, gdy na nie nagle przypada.

9:13

Nadto widziałem i tę mądrość pod słońcem, która jest wielka u mnie:

9:14

Miasto małe, a w niem ludzi mało, przeciw któremu przyciągnął król możny, i obległ je, i usypał przeciwko niemu wały wielkie;

9:15

I znalazł się w niem mąż ubogi mądry, który wybawił miasto ono mądrością swoją; choć nikt nie wspomniał na onego męża ubogiego.

9:16

Przetożem ja rzekł: Lepsza jest mądrość, niżeli moc, aczkolwiek mądrość onego ubogiego była wzgardzona, i słów jego nie słuchali.

9:17

Słów ludzi mądrych spokojnie słuchać należy, raczej niż krzyku panującego między głupimi.

9:18

Lepsza jest mądrość niż oręże wojenne; ale jeden grzesznik psuje wiele dobrego.



[08.05.2026, Toruń]

20 kwietnia 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1394) DARCIE GĘBY I REKLAMY

 

1394.

W sumie to w telewizorze oglądam siatkówkę, snookera, Columbo i stare polskie seriale. Ale jak się przeszukuje pilotem po szczególne programy, to zawsze człowieka coś zaskoczy. Przeskakuję ja sobie po programach i nagle słyszę jakiś wrzask, ryk, tak jakby kogoś na żywca obdzierano ze skóry. Oj, myślę sobie, czyżby to nasz prezydent musztrował żołnierzy? Cofnąłem więc oprogramowanie pilota w to wrzaskliwe miejsce… nie, to nie batyr, to kożuchowska nadziera się na swą rodzinkę. Okazuje się, że w polskiej telewizorni są dwie okoliczności, w wyniku których poziom decybeli przekracza hałas wywoływany startem samolotu na Okęciu – są to: reklamy i kożuchowska.

A skoro jesteśmy przy reklamach, to jestem osobą (chyba już kiedyś o tym wspomniałem) całkowicie niepodatną na reklamy, do tego stopnia niepodatną, że gdyby ludziska podobni byli do mnie w tym względzie, telewizja i radio musiałyby skończyć z nadawaniem programów, ot takiej „Rodzinki” czy innego badziewiastego „Rancza”.

Mało tego, posiadam też taką właściwość, że gdybym nawet jakimś sposobem uzyskał „podatność”, to w przypadku niektórych reklam nigdy, ale to nigdy nie zakupiłbym niektórych reklamowanych produktów. Nie zakupiłbym dwóch marek gumy do żucia (jedna przedstawia obrazek człowieczka, któremu na czole wyrosła gęba, w drugiej inny człowieczek, przepraszam za słowo, rzyga bąbelkami. Choćby mnie przypalano propano-butanem, nie zakupiłbym produktu zwanego z polska „czarny” oraz nie kupiłbym autka marki Jeep, nawet, gdybym posiadał nadmiar gotówki i nie wiedziałbym, czy opłacić czteroletni pobyt batyra w zakładzie bez klamek, czy też sfinansować odblokowanie cieśniny Ormuz.

Ale żeby nie wyszło na to, że nic a nic nie akceptuję reklam, to rzeknę, iż podobają mi się reklamy żelków Haribo.



[20.04.2026, Toruń]

16 kwietnia 2026

REMINISCENCJA

 

Odszukał ją po latach. Wydawała mu się nie tylko przygarbiona wiekiem, ale i niesfornie brzydka siedząc w parku przy fontannie ciskającej niskie strumyczki kapryśnej wody, na którą istotny wpływ miał wiatr kierujący raz silne, raz słabsze podmuchy od strony ratusza. Nie była podobna do tamtej Ewy, choć może same oczy miała równie uśmiechnięte jak dawniej, lecz baseny oczodołów zdawały się być pogłębione, a nadto otoczone były poprzecznymi zmarszczkami. Nie w tym rzecz, że zauważył te i inne zmarszczki na jej twarzy i szyi, nie szokowały go rozstępy starości i emanująca z całej sylwetki kobiety suchość, która potrafi być wrogiem urody nawet u młodych dziewcząt, nie, akceptował tę starość zmieniającą wygląd swojej dawnej miłości; sam przecież uległ nieuchronnemu biegowi czasu i ilekroć czyścił zęby, w owalnym lustrze swojej łazienki doznawał przykrego uczucia spoglądając na swoje jakże starte z resztek młodości oblicze.

Po przedłużającej się chwili obserwacji tej postaci spryskiwanej od czasu do czasu mgiełką strużek cieknącej fontanny, przysiadł się do niej. Powitali się jak dobrzy znajomi, choć z drugiej strony można było dostrzec chłód lub rutynę w ich powitaniu. Mówili coś do siebie i obok siebie, wymieniając wątłe wspomnienia poprzedniego dnia, to znów informowali się nawzajem o pewnym ważnym wydarzeniu, które zaistniało przed paroma dniami, chociaż nie zdawali sobie sprawy z tego, że mówili już o tym, więc to powtarzanie nie miało prawa być sensownym. Unikali rozmów o dawnych czasach, kiedy on był w niej zakochany, a ona ciekawa życia i przebierająca w adoratorach, których nie traktowała poważnie. Podobnie zresztą nie traktowała serio jego nią zauroczenia, aliści nie mogła nie zauważyć tego, że jest przez cały czas, niemal dzień za dniem obserwowana przez niego i uwielbiana.

Wydawało mu się, że ona mniej pamięta od niego. Nie mogło być inaczej, skoro to on zapisywał rozedrganym chińskim piórem wspomnienia z każdego ich spotkania, jeśli oczywiście spotkaniem można nazwać to, że widywali się na mieście nie wymieniając z sobą słowa lub widzieli się z takiej odległości iż artysta malarz, który zechciałby przedstawić ich na jednym płótnie, musiałby zachować odpowiednią perspektywę, pomniejszając sylwetkę to jej, to znów jego, w zależności od kierunku obserwacji.

I kiedy tak siedzieli w milczeniu trzymając się za rękę, aczkolwiek nie był to uchwyt romansowy, nie wiadomo skąd nadbiegła młoda dziewczyna... skórę zedrzyj z Ewy... ta sama, ta sama Ewa sprzed lat. Początkowo nie mógł w to uwierzyć, że przyszło mu się zetknąć ze swoją miłością sprzed lat; sądził że śpi i ten senny obraz fałszuje rzeczywistość. Jak można pogodzić się z tym, że siadająca właśnie na ławeczce przy Ewie młoda kobieta jest w samej rzeczy sobowtórem tamtej. Niewiele pamięta z tego, o czym we trójkę już rozmawiali, ale w końcu dotarło do jego świadomości to, że dziewczyna tak bardzo przypominająca jego Ewę, jest wnuczką kobiety, w której był niegdyś bezlitośnie zakochany.

I nagle coś w nim pękło, dokonała się przemiana jakiej się nie spodziewał. Podszedł do tej małej, uniósł ją i oboje pomknęli ponad najwyższymi kasztanowcami w parku miejskim. Lecieli ponad bielutkimi obłokami spleceni ramionami, przytulonymi do siebie jak pnie dwóch sąsiadujących z sobą drzew, których nie sposób już rozdzielić. Jeszcze tam, w górze, obdarowywali swoje usta pocałunkami, po czym obniżyli lot i przez uchylone okno wlecieli do jego sypialni, gdzie czekała już na nich przygotowana do rozkoszy pościel. Na niej to posiadł jej gorące, nagie ciało; odprawili konwulsyjny taniec spragnionej miłości, nareszcie spełniając się w sobie, legli obok siebie jak wojownicy po zwycięstwie w bitwie, którą odtąd powtarzać będą cyklicznie aż do wyczerpania zapasów miłosnej energii.

- Tak wtedy powinienem postąpić - powiedział do siebie budząc się ze snu poczynionego na ławeczce przed fontanną.

- Kto wie, może masz rację - odparła stara kobieta wyplątując się z jego snu.



[16.04.2026, Toruń]

15 kwietnia 2026

IGNACY KRASICKI - MIKOŁAJA DOŚWIADCZYŃSKIEGO PRZYPADKI - KSIĘGA I /3/

 

III. Pierwsze dni bawienia Jmci Pana guwernera, póki się dobrze ze wszystkiemi nie poznał, oznaczone były pokazywaniem grzeczności ogólnej ku wszystkim, attencyi osobliwej dla matki mojej. My z naszej strony, ile możności, staraliśmy się o to, aby się nie pokazać grubianami i prostakami w oczach Jmci PanaMarkiza. Zaś Pan Damon, który, lubo nam objawił, że był Markizem, prosił jednak, aby go nie czczono tym tytułem dla lepszego utajenia, coraz większe prezentował postaci grzeczności nadzwyczajnej, i w naszych stronach niewidzianej. Po kilku dniach, gdy go matka moja usilnie prosiła, aby nam awantury swoje opowiedział: z początku wielki od tego wstręt pokazywał, ale uproszony na koniec, nie bez wielu poprzedzających darowizn: odkrył nam ledwo nie najjaśniejsze urodzenie swoje, przypadki ledwo słychane na morzu i na lądzie;awantury miłosne, niektóre pomyślne, niektóre ze złym sukcesem; ta zaś najfatalniejsza, która go na koniec przywiodła do owego pojedynku z pierwszym prezydentem parlamentu. Kończył powieść, zaklinając na wszystkie obowiązki, aby go nie wydawać: gdyby się albowiem odkrył, życie jego zostawało w ręku naszych; a już się nawet dowiedział o tem od pewnego poufałego przyjaciela xiążęcia, iż król francuzki pisał do naszego z prośbą, aby go wszędzie po Polszcze szukano. Obiecaliśmy Jmci Panu Markizowi zupełne w domu naszym utajenie, z tem jednak ostrzeżeniem, iż, co do oka będzie traktowany jak guwerner, zaś w prywatnem posiedzeniu, jako domowy przyjaciel, i ze wszech miar dystyngwowany kawaler. Ledwo mogła utaić w sobie i pohamować zbytek pociechy matka moja, iż nie szukając daleko, taki skarb w domu swoim znalazła, że zaś ten sekret trochę jej na sercu ciężył, jako ostróżna i wielce dyskretna, powierzyła go pod wielkiem zaklęciem

dwóm tylko wyprobowanej roztropności sąsiadkom, i nie wiedzieć jakim sposobem po całej okolicy wieść się rozeszła o strasznych przypadkach Jmci Pana Markiza; wszyscy jednak tę mieli dyskrecyą, iż tylko w prywatnych posiedzeniach o nich gadali. Byli niektórzy małowierni, ale tę resztę dzikości sarmackiej umiały poskramiać damy, które z natury skłonne do litości, z żalem zapatrywały się na tak wielkie poniżenie zacnej osoby.

Nieskończenie przypadł mi do gustu mój nowy pan guwerner; stąd jednak najbardziej, gdy jaśnie i oczywiście matce mojej wyprobował, iż szkolna nauka żakom tylko przystoi; zacnego zaś panięcia dowcip regułami zacieśniony, na toby się tylko przydał, żeby go palcem po Paryżu wskazywano. « U nas bowiem w Paryżu, dodał, język łaciński w takowej jest pospozycyi, iż kto go umie, nie może się w uczciwej kompanji pokazać; damy się na niego krzywią, a kawalerowie nazywają go pedantem. Edukacya dobra zaczyna się od nabierania prezencyi i fantazyi, ciągnie się i kontynuje probowaniem wspaniałości umysłu, kończy się zaś doświadczaniem sentymentów serca. » Przyznać się muszę, iżem tej planty edukacyi najmnieszej rzeczy nie zrozumiał, a może i moja matka; z tem wszystkiem, tak się nam zdała być piękna, dowcipna i pożyteczna, iż z ochotą wszyscy na tem przestali, abym się ćwiczył w wspaniałości umysłu, i doświadczeniu sentymentów serca, nie przepominając jednak francuzkiego języka, bez którego jako twierdził Pan Damon, i sentymentów i wspaniałości mieć nie można. Zostawił był w domu mój wuj grammatykę francuzką, tę nazajutrz rano ofiarowałem Jmci Panu Damonowi, aby mi z niej

lekcye dawać począł; ale mnie zadziwiła niezmiernie odpowiedź jego: widzę, prawi, iż Wmć Pana ledwo nie więcej, niż z gruntu, sentymentów uczyć potrzeba. Namieniłem nie dawno, iż reguły umysł zacieśniają; cóż jest grammatyka, jeżeli nie zbiór reguł? porzuć Wmć Pan te żakowskie narzędzia, a idź torem wielkiego świata. Nauka kawalerska zawisła na konwersacyi z równymi sobie; nie będziesz więc Wmć Pan miewał inszych lekcyj; nad ustawiczną ze mną konwersacyą, z niej i wiadomości rzeczy będziesz nabierał, i w sentymentach kawalerskich będziesz się ćwiczył. Zdało mi się, iżem się już wszystkiego nauczył, taką mnie nabawiła radością odpowiedź Damona. Zaczęliśmy zaraz

uprojektowaną plantę do skutku przyprowadzać; i przyznać należy, iż w krótkim czasie dość dobrze pojmować, dalej rozumieć, nakoniec i mówić po francuzku zacząłem.



[15.04.2026, Toruń]