Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

08 marca 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1385) JANKESI ZABIJAJĄ DZIECI.

 

1385.

BBC podaje, że co najmniej 153 osoby, głównie dzieci płci żeńskiej, zginęło po tym, jak - w południowym Iranie doszło do amerykańskiego ataku na szkołę. A w naszym kraju, państwowo żałujemy śmierci sześciu żołnierzy amerykańskich – jankeskich agresorów. Mylę się pisząc, że to USA i Izrael napadły na Iran? A może to Iran zaczął wojnę ze Stanami, uderzając rakietami we Florydę i Waszyngton. Ci przeklęci Irańczycy doprowadzili do tego, że polskim turystom zabrakło paracetamolu i gdyby nie akcja naszych władz, pewnie pomarli by z chorób tropikalnych. Kiedy widzę i słyszę jak przemawia jeden z wodzów podwładnych trumpowi, uświadamiam sobie, że piekło jednak istnieje i w tych wypocinach pomarańczowego i jego popleczników słyszę głos diabła. Oto dlaczego wyemigrowałem z kraju wiecznego poddaństwa.



[08.03.2026, Toruń]

05 marca 2026

TYMCZASEM PREMIER HISZPANII PEDRO SÁNCHEZ

 

Premier Hiszpanii Pedro Sánchez w telewizyjnym wystąpieniu do narodu odniósł się do presji ze strony USA w sprawie wojny z Iranem:

Stanowisko Hiszpanii jest jasne: nie dla wojny. Konfliktów nie rozwiązuje się bombami. Potępiamy reżim irańskich ajatollahów, ale nie możemy odpowiadać na jedno bezprawie innym. Jedyną drogą jest dyplomacja i prawo międzynarodowe.

Doświadczenie wojny w Iraku pokazało nam, dokąd prowadzą takie decyzje: do wzrostu terroryzmu, kryzysów migracyjnych i ogromnych kosztów gospodarczych.

Wielkie katastrofy w historii zaczynały się właśnie w ten sposób - od błędnych kalkulacji. Nie można grać w rosyjską ruletkę losem milionów ludzi. Hiszpania pozostaje lojalnym partnerem NATO i Unii Europejskiej, ale nie będzie zajmować podporządkowanej pozycji wobec nikogo. Nasza polityka opiera się na wartościach zapisanych w konstytucji Hiszpanii, w prawie Unii Europejskiej i w Karcie Narodów Zjednoczonych. Na wojnach zazwyczaj zyskują tylko producenci broni i najbogatsi. Zwykli ludzie zawsze tracą.”

4 marca 2026



[05.03.2026, Toruń]

ZAPISKI EMIGRANTA (1394) ŚCIĄGANIE

 

1394.

No ludzie, świat stanął na głowie… rząd ściąga za pieniądze podatników turystów, którzy utknęli na Bliskim Wschodzie – najpierw chorych i niepełnosprawnych. Na Boga, toż to chorzy zamiast wczasować się w Dubajach i Kuwejtach mogliby na ten przykład wypocząć w niedalekim Toruniowi Ciechocinku albo innych Krynicach. Tymczasem za wygodę innych, dodajmy raczej majętnych, płacić mają pozostali.

Kiedym w Norwegii uległ wypadkowi i blisko dwa miesiące spędziłem w szpitalu, po mnie nikt rządowy nie przyjechał, a niepełnosprawny w owym czasie byłem. Nie meldowałem się w Odyseuszach, aby mnie ściągnięto do kraju, bo byłem ubezpieczony, w dwóch firmach byłem i ubezpieczyciele sprostali zadaniu – dostałem się do kraju, a wcześniej miałem opłacony pobyt w szpitalu w Oslo, operacje i leczenie.

Podobnie my – podatnicy płacimy za górołazów, którzy postanowili przeżyć miłe chwile wspinając się na szczyty w ekstremalnie trudnych warunkach pogodowych. Lezie taki, potknie się na kamieniu, zjedzie sto metrów w dół na pupie, złamie nogę lub rękę i wzywaj pomoc, ściągaj takiego na plecach albo dzwoń po śmigłowiec.

Mamy więc do czynienia najpierw z głupotą ludzką, która nie przyjmuje do wiadomości, że światem rządzi pomarańczowa małpa z brzytwą, co wpadła na pomysł rozpętania wojny na Bliskim wschodzie; potem z głupotą rządzących, którzy gotowi są płacić pieniędzmi podatników za kaprysy innych.



[05.03.2026, Toruń]

04 marca 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1393) POMARAŃCZOWY Z BRZYTWĄ RZĄDZI.

 

1393.

Aż pisać się nie chce. Miłujący pokój pomarańczowy trampek z brzytwą rozpoczyna kolejną wojnę, którą niedługo zakończy, aby powalczyć o nobla. Powód – Iran pragnął zaatakować USA. Do wojny dołączył Izrael, gdyż i na ten kraj chciał napaść Iran. Jak to jest, że Iran zawsze chce napadać na Izrael i zawsze to Izrael jest napastnikiem.

Żona pomarańczowego narcyza, melani, czy jak jej tam, opowiada na Radzie bezpieczeństwa ONZ, że administracja zamieszanego w pedofilię epsteina miłuje dzieci całego świata, a dnia poprzedniego rakieta dzielnych jankesów trafiła w szkołę podstawową dla dziewcząt w Iranie, zabijając, zdaje się około setki dzieci i raniąc niewiele mniej.

Polacy wracają z wczasów na Bliskim Wschodzie. Niektórzy są wkurzeni na polskie władze, które nie zapewniły dzielnym turystom bezpiecznego powrotu do kraju. Sądzę, że raczej powinni skierować swoje pretensje do jankesów i izraelczyków, którzy wywołali wojnę. Ponieważ USA jest naszym największym przyjacielem i obrońcą, to rząd polski powinien traktować naszych sojuszników tak delikatnie jak jajka z niesione w koszyczku z targu.

O tym programie Safe przeznaczonym na dozbrojenie polskiego wojska i reakcji pisiorów i narodowego kibola nie będę się wyrażał, ale wyrażę się na temat pisowskiej posłanki, która z kolei wyraziła się, że to, co produkuje polski przemysł zbrojeniowy to złom. Potwierdza się moje żądanie odnośnie przymusowego leczenia parlamentarzystów na przypadłości psychiatryczne.



[04.03.2026, Toruń]

25 lutego 2026

ZAPRASZAM - 3 -

 

Zaprawdę, gdyby w tej chwili ktoś nas zobaczył – ja na materacu, ona na tapczanie, cóż mógłby sobie o nas pomyśleć, zwłaszcza o mnie, który przecież ma swój pokój na górze i jak Bóg przykazał, mógłby spokojnie śnić we własnym łożu. Ale właśnie takim jestem, takimi jesteśmy z Marią – niekonwencjonalni, nie organizujemy sobie życia, planując je; raczej rzucamy się na żywioł, realizujemy się reagując spontanicznie na sugestie, które padają wobec nas nagle i niespodziewanie. Nasze wspólne życie przypomina raczej świat młodocianych przeżyć, kiedy nie myśli się wielkimi literami o porządku świata, o prawach dorosłości. Jak to możliwe, że będąc w wieku tak sędziwym, żyjemy jak nastoletnie pacholęcia, którym towarzyszy bunt młodości? Nie odpowiem na to pytanie. Po prostu nie znam na nie odpowiedzi.

Kiedy po uzupełnieniu paleniska polanami osikowego lub topolowego drzewa ogień zagrał wesoło i zrobiło się cieplej, wstałem i oddaliłem się nieco od źródła ciepła; potem skierowałem się ku tapczanowi z leżącą na nim, a w tej chwili śpiącą Marią, przykryłem kobietę kocem, który do tego czasu nie ochraniał jej nóg, więc uczyniłem z niego pełne nakrycie całej jej postaci. Wróciłem na swoje posłanie z pledem zawieszonym dotąd na oparciu jednego z kuchennych krzeseł; sięgnąłem też po poduszkę spoczywającą na siedlisku tegoż krzesła i ułożyłem się na swym napełnionym powietrzem materacu; zamierzałem zasnąć. I kiedy wtuliłem swoją głowę w poduszkę, tak jakbym przytulał się do ciepłego ramienia kobiety, poczułem, że nagle gubię dojrzałe i dostojne lata swego życia, odmładzam się i staję się młodzieńcem w tymże domu, w sali kuchennej i w wątłym, czerwonawym świetle dobywającym się z węglowej kuchni dostrzegam młodą kobietę leżącą na tapczanie, aż podszedłem do niej i krótkim acz pilnym spojrzeniem zmierzyłem jej twarz. Rozpoznałem ją… rozpoznałem. Była inspiracją do napisania mojego pierwszego dłuższego tekstu. Proszę sobie wyobrazić późnojesienny mokry krajobraz leśny i na przemian łąkowy, wybujałe stare trawy, które gdyby chciało się przemierzyć, biegnąc w stronę skraju niewysokiego, brzozowego zagajnika, gdyby chciało się przebyć tę łąkę, należałoby najpierw wyżąć gliniaste, rudawe podłoże, co i tak nie byłoby najwłaściwszym rozwiązaniem, bo ponad zakopconą mgławicą nasuwały się jedna po drugiej bure chmury, które łączyły się w cieknącą ogromnymi kroplami gąbkę i zalewały wszystko, co stanęło na ich drodze. Właśnie wtedy dostrzegłem ją buszującą ponad burzanami traw, jak ucieka (widocznie pierwsza mnie spostrzegła) w stronę lasu, tego niższego i tego wysokiego, sosnowego, a potem rozłożystego świerkowego lasu, gdzie miałem schronienie, leśny domek opierający się zaciekle wiatrom, deszczom, burzom i śnieżycom. Pomyślałem, że mnie odkryje, ale to nic – w końcu niczego złego nie powinienem się spodziewać z jej strony. Rzuciłem się za nią w pogoń, omijałem chaszcze, przedzierałem się przez zasuszone kłącza jeżyn o kolczastych łodygach, choć późną jesienią mniej dokuczliwych, zmiękczonych przez mgłę i cieknące z niskich chmurzysk potoki miękkiej wody, aż wreszcie dopadłem ją u wejścia go wysokiego sosnowego lasu. Podbiegłem do niej i niemal rzuciłem się na nią, chwyciwszy ją za biodra i powaliwszy na galaretowaty mech. Poczułem ugryzienie na przegubie lewej ręki, syknąłem z bólu ale nie pozwoliłem się jej oddalić. Chyba nie byłaby w stanie tego zrobić, gdyż oddychała ciężko, chrapliwie, a serce łomotało jej tak jak uderzenia udarowej wiertarki. Nie zastanawiając się długo, wziąłem ją na ręce i zaniosłem, do siebie, do swojego leśnego domu. Przekraczając jego próg, upadliśmy oboje na zapastowane deski podłogi. Musieliśmy przeleżeć tak dobre kilka minut – ona była zmęczona długim biegiem i ucieczką przede mną, ja z kolei namęczyłem się sadzając ją na moich ramionach i taszcząc aż do progu leśnego domku. [...]



[25.02.2026, Toruń]

MUZYCZNE POCZTÓWKI - ELEKTRYCZNE GITARY - GŁOWY LENINA ZNAD PIANINA


 

Muzyka, słowa i wykonanie  -  Kuba Sienkiewicz.

Już miałem wstać i podejść do klawiszy

Już się oparłem o poręcz fotela

Siedziałem dość długo i jadłem czereśnie

W moim pokoju równym jak cela

Już miałem wstać i podejść do pianina

Gdy nagle widzę sześć główek Lenina


Głowy Lenina znad pianina ×3

Znad pianina


Mrówki rozlazły się z kart partytury

Nie zostawiwszy na nich żadnej nuty

Nie mogłem już patrzeć na to robactwo

Zniecierpliwiony włożyłem buty

I już miałem wstać i podejść do pianina

Gdy nagle widzę sześć główek Lenina


Głowy Lenina znad pianina ×3

Znad pianina


Szuflady z bioder trawa spod pachy

Sflaczały zegar suszy się na oknie

Jajko smażone zwisa nad pustynią

Pianino cieknie podłoga moknie

Już miałem wstać bo trudno to wytrzymać

Gdy nagle widzę sześć główek Lenina


Głowy Lenina znad pianina ×3


[25.02. 2026, Toruń]


24 lutego 2026

ZAPRASZAM - 2 -

 

Jesteśmy z Marią w podobnym wieku, ja starszy, mam emeryturę, niewielką, jak to w budżetówce, ona też ma, choć przezornie żyje z tej po mężu, ale nie są to jakieś wielkie pieniądze, więc dla niej to moje zaangażowanie finansowe w jej rezydencję nie jest bez znaczenia. Nie rozmawiamy o tym, jakoś nam głupio roztrząsać kwestie finansowe. Prawdę mówiąc, po dołożeniu środków ze sprzedaży mieszkania w mieście (ta jedna trzecia, o której wspomniałem wcześniej) Maria protestowała. Fakt, że byliśmy najbliższymi przyjaciółmi kłócił się nieco z finansowym zaangażowaniem z mojej strony, ale w końcu dała się przekonać, że skoro mam u niej spędzić resztę swojego życia, to rozsądne jest to, że inwestuję w dom, mieszkanie, czy jak to tam nazwać. Pogodziła się z moim punktem widzenia, ale jednocześnie zaproponowała, ba, zażyczyła sobie, aby aktem notarialnym ustanowić mnie współwłaścicielem domu oraz przylegającego do niego sadu i ogrodu. Nie zgodziłem się na to, Mario, to jest twój dom, twoja posiadłość, a kiedy opowiedziałem o moim stanowisku córce, ta oznajmiła, że przy całym szacunku do mnie, jestem frajerem; także syn oświadczył, że nie tak załatwia się sprawy własnościowe i że w Anglii, gdzie mieszka, tego typu odstąpienie od praw własności to świadectwo skrajnej naiwności. Może rzeczywiście byłem naiwny, ale nie zaprzątało to mojej głowy. Poszedłem jednak na ugodę z Marią. Zmusiła mnie wręcz do tego, abym według zapisu notarialnego w przypadku jej śmierci przejął całą jej posiadłość na siebie w ramach spadku. Nie dziwiłem się temu, zwłaszcza że nie dopuszczałem do siebie myśli, że Maria może umrzeć przede mną… zresztą mówienie o śmierci w pewnych sytuacjach to temat tabu dla mnie.

Ale starzeję się i w związku z tą nieuchronnością myśli o śmierci nie są mi już tak obce, jak miało to miejsce jeszcze w niedawnej, nieodległej przeszłości. Rzecz jasna są to trudne myśli, bo jak tu sobie wyobrazić świat bez siebie. Powiedziałem Marii, że kiedy już zostanę zabrany na tamtą stronę, to dam jej znać, czy mi się tam podoba, czy widzę tę jasność, światło mówiące o tym, że jednak warto żyć, skoro żyje się dwa razy. Odparła, że nie chce tego wiedzieć, nie chce słuchać, co miałbym jej wtedy do powiedzenia, gdyż musiałbym być wtedy duchem, a ona z duchami nie sympatyzuje i raczej się ich boi, gdyż kilka takich zdołała rozpoznać we śnie i potem cały dzień miała zmarnowany.

Leżymy zatem, ona na tapczanie, ja na materacu; kto dołoży na ogień, ot i pojawiła się problem; niech zgadnę, Maria udaje, że śpi, więc kolej na mnie, nie muszę wychodzić do komórki, bo w wiadrze są trzy kloce drewna, osika albo zwykła topola, dwoma suchymi wypełniam kuchnię węglową, fajerki nieco wystają ponad poziom.

Przed tygodniem, kiedy właściwie nie było jeszcze zimy, zaproponowałem Marii, abyśmy przejechali się pociągiem do K. – to jakieś trzydzieści kilometrów, trasa ciekawa, drzewa, kilka mostów na rzece wzdłuż której odbywa się podróż, a do tego pogoda śliczna, dużo słońca, choć ból w kościach podpowiada, że teraz to już naprawdę zacznie się zima.

- Człowieku, to nie zamknęli jeszcze tej trasy? – zareagowała Maria. – Tam jeździła ostatnimi czasy spalinówka, która wlokła się niemiłosiernie. Gdybyś zaproponował mi podróż szybką koleją, to co innego.

Stanęło na tym, że jednak pojechaliśmy. W czasie drogi rozmawialiśmy na podróży, mój Boże, a czyż to nie ma lepszych tematów, rozmawialiśmy na temat opłacalności tej trasy - całość 42 kilometry, cztery przystanki, ludzi niewiele, chociaż znaleźliby się pasażerowie do jeżdżący do pracy i do szkół, i są tacy, ale niewielu.

- Podoba ci się taka jazda? – zapytała, dodając, że powinniśmy raczej delektować szybkimi pociągami i zażyć podróży z prędkością dwustu kilometrów na godzinę, a nie wlec się czterdzieści, pięćdziesiąt na godzinę, i przymykać oczy na to, że wyprzedza nas rowerzysta.

- Mario, czy naprawdę liczy się w naszym życiu jego szybkość, czy nie dość nam tego, że i tak czas nam ucieka, przysparzając nam kolejnych lat życia, które zbliżają nas do ostateczności? Ale zejdźmy z tej górnolotnej metafory – przyspieszając podróż z godziny do kwadransa, ileż tracimy – rozmowa z współpasażerami omija nas, nie zdołamy nawet zjeść przygotowanej przed podróżą kanapki, możemy nawet nie zakończyć partyjki w tysiąca lub kierki, ileż tracimy, nie mogąc nasycić się widokiem twarzy przepięknej dziewczyny siedzącej naprzeciwko nas, zanim pomyślimy, którym autobusem dojechać z docelowej stacji do centrum miasta, już musimy wysiadać i to szybko, bo nasz ekspresowy pociąg zaraz rusza i połyka kolejnych pasażerów, ba, nawet nie skorzystamy z kolejowej toalety, nie mówiąc już o konsumpcji posiłku w wagonie restauracyjnym. Czy my, Mario, naprawdę musimy się tak śpieszyć?

Z tymi pytaniami to było tak, jakbym zadawał je sobie i sam na nie odpowiadał. Maria przyznała mi rację, gdyż i ona była pod ciągłą presją upływającego czasu. Tak, pośpiech nie jest w interesie nas obojga. Faktem jest to, że w naszym wieku, kiedy posiadamy zabezpieczenie finansowe na bieżące potrzeby – nie są to wielkie pieniądze, ale pozwalają nam skromnie żyć – nie musimy już zabiegać o dodatkowe środki do życia, nie nosimy na swoich barkach dzieci, którym musielibyśmy pomóc, możemy więc skupić się na sobie, własnych potrzebach i zainteresowaniach; planów wielkich nie mamy, bo już je mieliśmy, a teraz takie pozostawienie nas na bocznicy życia nie jest klęską, jest nieuchronnością i chociaż zawęża ono nasz horyzont myślenia i działania, to godzimy się na taki stan rzeczy, próbujemy cieszyć się życiem i posiadaniem tego, co mamy. I tak znajdujemy się w lepszym położeniu niż dziesiątki tysięcy naszych rówieśników. [...]



[24.02.2026, Toruń]

23 lutego 2026

ZAPRASZAM - 1 -

 ZAPRASZAM

Początkowo myślałem, że przyjadę tutaj na święta albo na któryś z weekendów, tych długich, co to ich się narobiło tak wiele jak grzybów po deszczu. W końcu zdecydowałem, że zainwestuję w ten dom. Proszę sobie wyobrazić – piętrowy, ponad sto sześćdziesiąt metrów kwadratowych, ponad, to może i sto osiemdziesiąt. Trzy pokoje na piętrze, trzy na parterze, w tym niewielka sala jadalna, lecz za to z kominkiem, prócz tego kuchnia. Zainwestowałem w centralne ogrzewanie, choć pani Maria prosiła, abym zostawił piec kaflowy, który łączył kuchnię z sąsiadującym z nią jej pokojem. Zająłem się też sanitariatami – dwie małe łazienki na górze i podobnie dwie na dole. Muszę przyznać, że miałem szczęście do robotników – nie byli tani, ale pracowici, rzetelni i wykonali swoją robotę terminowo.

Jak zareagowała rodzina? Niewiele jej mam – syn osiedlił się w Anglii, córka podróżuje z mężem po całym świecie, są już po czterdziestce, nie wymagają finansowej pomocy, ale mimo wszystko po sprzedaniu mieszkania w mieście podzieliłem otrzymaną kwotę na trzy równe części, aby się nie czepiali ojca, że skąpy i tylko zgarnia do siebie. Ale że zdecydowałem się sprzedać swoje mieszkanie, zdziwieni byli, nie dowierzali, do kogo pójdziesz? chcesz się ożenić na stare lata? co się napadło? A ja do nich, czy pamiętają to miejsce, tę wieś i dom na skraju lasu, gdzie zabierałem was na wakacje, łódki, kajaki, ryby, las, poziomki i jagody, matka wasza żyła jeszcze, z Janowską robiła konfitury, kompoty, robiły pierogi i lody jagodowe. Tak, to tam się wyprowadzam, do nie niemal w moim jest wieku, ale to nie tak jak myślicie, nie oszalałem, aby się ponownie ożenić, choćby przez pamięć o waszej matce; los zabrał ją na tamtą stronę, stanowczo za wcześnie. Ta pani Janowska to przecież nasza przyjaciółka, a jej mąż, gajowy też odszedł od niej po krótkiej chorobie, więc kiedy wy macie swoje życie, a widzimy się nie częściej niż raz na rok; syn wtedy, że mnie weźmie do swego domu w Derby, zmieścimy się, z Barbarą się dogadasz, wiesz, jaka ona rodzinna; córka z kolei obiecuje, że będzie przyjeżdżać do mnie częściej, a w ogóle to jeśli ona i jej Franek dogadają się z wydawnictwem i podpiszą umowę, o jakiej marzyli, to mają już upatrzone lokum pod Warszawą, osiądą tam na stałe i będziemy bliżej siebie.

Przerwałem. Strasznie mi zimno. Maria mówi do mnie, weź materac z sieni, jest napompowany, czyściłam go, położysz go wedle kuchni, przy ciepłym. Jest. Kładę. Z kuchni bije żar. Czerwone drzwiczki paleniska i rura do komina czerwieni się. Ja tu po turecku usiądę przy tobie, mówi Maria, przysiadła, ale wcześniej przytaszczyła na tacy karafkę z cytrynówką, teraz rozlewa ją do pękatych kieliszków. Pij, rozgrzejesz się, mówi, to na spirytusie. Rzeczywiście mocna ta nalewka. Maria leży na tapczanie, który jest jej legowiskiem, twarzą do źródła ciepła. Ona wprawdzie ma swój mikroskopijny pokój, ale woli spać w kuchni; kuchnia jest zawsze wysprzątana, co drugi dzień szoruje białą podłogę, właściwie to jej kolor jest drewniany, raz mówiła, że modrzewiowy, innym razem że sosnowy. Ja leżę na materacu, także z twarzą zwróconą ku dającej solidne ciepło węglowej kuchni. Dziwacznie to wygląda – dwa stare cielska, jedno wyżej, drugie niemal na podłodze garną się do ciepła, a po dwóch kwadransach kobieta schodzi na podłogę i uzupełnia pękate kieliszki cytrynową nalewką na spirytusie. Pomyślałem sobie, że gdybyśmy oboje byli młodsi, zmieścilibyśmy się na tym jej tapczanie, ja od brzegu, nie lubię spać od ściany, wolę nie być skrępowany brakiem możliwości wyjścia choćby za potrzebą. Ale jesteśmy starzy, więc wspólne kuszenie ciała snem odpada. Przypominam sobie, że moi dziadkowie ze strony matki mieli dwuosobowe łóżko, które wyglądało tak jakby były to dwie jedynki, wskutek czego dwa łoża oddzielone były drewnianą barierą dziesięciocentymetrowej wysokości. Ciekawe jest to, że babcia z dziadkiem okrywali się na noc jedną wielką pierzyną. Dziadek niestety na tym tracił, gdyż babcia wierzgała nogami, kręciła się na tej swojej części łóżka i często pozbawiała dziadka jego części pierzyny. Dziadek co i rusz budził się i narzekał na głos, babusie, znowu mnie odkryłaś, a ona na to, że znowu ją obudził, dziadek odpowiadał, że nie dość, że go odkryła, to jeszcze głośno chrapie, co jest nie do wytrzymania, a ona, no daj spokój i śpij, jak ci dobrze. Dziadkowi oczywiście nie było dobrze, ale zasypiał, bo cóż miał w nocy robić.

A mnie jest jest dobrze na tym materacu. A kiedy jest mi dobrze, to takie jakieś dziwne myśli kołaczą się w mej głowie i chyba w półśnie wypowiedziałem swoje pragnienie, aby rozbić z Marią, tutaj, w jej kuchni… namiot, a właściwie coś w rodzaju namiotu, który onegdaj rozbijałem w swoim pokoiku, gdy byłem dzieckiem. Mówisz poważnie, Maria do mnie, dziecinniejesz, mój drogi, ale wiesz, któregoś dnia zrobimy coś takiego, dlaczego nie? [...]


[23.02.2025, Toruń]

16 lutego 2026

ZAPISKI EMIGRANTA (1392) NAUKA PISANIA

 

1392.

Postanowień noworocznych nie wypowiadałem nawet cicho, nawet w myślach, chociaż jest pewna kwestia, która mnie dręczy i nie była ona objęta jakimikolwiek planami. Tymczasem muszę o tym cokolwiek powiedzieć. Zacznę od tego, że tak bardzo przyzwyczaiłem się do pisania na klawiaturze, że moje odręczne pismo przypomina piękną katastrofę, jak to opisał Nikos Kazandzakis w swojej powieści „Grek Zorba”. Przechodząc do meritum stwierdziłem, że niestety nie potrafię już odręcznie pisać, to znaczy nie umiem już pisać zrozumiale i czytelnie, a swego czasu graficzna jakość mojego pisma była na całkiem niezłym poziomie. Swoją drogą jestem ciekaw, czy zauważona powyżej przypadłość dotyczy tylko mnie, czy też niektórzy korzystający z elektronicznego edytora tekstu dostrzegaj a ten problem u siebie.

Jak temu zaradzić, o ile chce się zmienić stan rzeczy i pisać zrozumiale nie tylko dla siebie, ale tez dla innych? Wpadłem na pomysł, że najlepiej zakupić jakiś zeszyt i pióro – najlepiej chińskie (myślę, że można je jeszcze gdzieś nabyć) i trenować swoje pismo przy pomocy stalówki zanurzanej w atramencie. Kiedyś mówiono, że charakter pisma najlepiej wyrabia się pisząc piórem, nie długopisem i muszę przyznać, że moje dawne kontakty z atramentową wersją pisma okazały się niezastąpione.

Jeśli więc znajdę w tym roku, no, może na wiosnę czas i pieniądze na ten luksus, to z przyjemnością zamienię laptopa i którąś z wersji worda czy innego edytora na odręczne pisanie. Istnieje jednak wada tego rozwiązania – sprawność palców moich dłoni, tu: sprawność palców prawej dłoni z tygodnia na tydzień pogarsza się, ale pisząc obecnie na klawiaturze, tez nie jest najlepiej.

A jakie są korzyści? Nauczę się ponownie pisać, a poza tym, powrócę do przeszłości i przypomnę sobie, że przecież kiedyś najnormalniej w świecie pisałem w zeszytach, a zapisane wkładałem do szuflady. Może dożyję czasu, kiedy i to, co piszę w blogu pomieszczę w jakimś kajecie i zrezygnuję z korzystania z edytorów tekstu. Ale aby tak się stało, muszę najpierw nauczyć się pisać.



[16.02.2026, Toruń]

15 lutego 2026

SZTUKA - GUSTAVE CAILLEBOTTE

 

Gustave Caillebotte (ur. 19 sierpnia 1848 w Paryżu, zm. 21 lutego 1894 w Gennevilliers) – francuski malarz. Początkowo tworzył w stylu akademickim, a następnie impresjonistycznym.

Urodził się w zamożnej rodzinie. Zdobył wykształcenie prawnicze, a po odziedziczeniu majątku ojca nigdy nie miał kłopotów z pieniędzmi. W 1873 roku rozpoczął naukę w paryskiej École des Beaux-Arts; w tym samym roku poznał impresjonistów i odtąd tworzył pod ich wpływem. Ze względu na swoją zamożność pomagał w organizowaniu i finansowaniu kolejnych wystaw grupy, kupował także wiele dzieł swych przyjaciół. Sam często malował robotników przy pracy albo sceny z życia paryskiej ulicy


źródło - Wikipedia


1. Strugarze do parkietu (1875)

Musée d'Orsay, Paryż, Francja



2. Ulica Paryska – deszczowy dzień (1877)

Instytut Sztuki w Chicago, Chicago, IL, USA



3. Łodzie na Yerres (1877)

Narodowa Galeria Sztuki, Waszyngton, DC, USA



4. Park w Yerres (1877)

Kolekcja prywatna



5. Rybacy na brzegach Yerres (1876)

Kolekcja prywatna



6. Obiad (1876)

Kolekcja prywatna



7. Załadowany wóz z sianem (1874-1878)

Kolekcja prywatna



8. Mężczyzna na balkonie (1880)

Kolekcja prywatna




[15.02.2026, Toruń]