Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

KAWIARENKA

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

04 sierpnia 2026

SZTUKA WEIMARSKA

 

59. Hans Baluschek (9 maja 1870 r. we Wrocławiu w Prusach – 28 września 1935 r. w Berlinie) był niemieckim malarzem urodzonym we Wrocławiu w Prusach, grafikiem i pisarzem.

Towarzysze imprezy



60. Ernest Neuschul, malarz i grafik

(17 maja 1895 r., Aussig, Austro-Węgry – 1968 r., Londyn, Anglia) urodził się w 1895 r. w żydowskiej rodzinie w Aussig w Austro-Węgrzech (obecnie Ústí nad Labem, Czechy). Studiował w Pradze, a później w Wiedniu, początkowo pozostając pod wpływem ekspresjonizmu. W czasie I wojny światowej, w 1916 roku, przeniósł się do Krakowa w Polsce, aby uniknąć poboru do wojska. Jako wybitny przedstawiciel ruchu Neue Sachlichkeit (Nowa Rzeczywistość), Neuschul został uznany przez reżim hitlerowski za „artystę zdegenerowanego” i w 1938 roku uciekł z nazistowskich Niemiec do Pragi.

„Takka-Takka tańczy”


61.Albert Birkle (Niemiec, 1900–1986)

Ruchliwy most dla pieszych w Salzburgu (z widokiem na Kapuzinerberg)”,

ok. 1930 r.



62.Leo Lesser Ury (7 listopada 1861 r. w Birnbaum – 18 października 1931 r. w Berlinie, w czasach Republiki Weimarskiej) był niemieckim malarzem i grafikiem pochodzenia żydowskiego, reprezentującym nurt impresjonizmu i związanym ze szkołą malarską w Düsseldorfie.

~„Scena w paryskiej kawiarni”



63. Georg Scholz (Niemiec, 1890–1945)

Chłopi przemysłowi”, 1920



64. Dodo (Dörte Clara Wolff),

„Dwie dziewczynki”, 1929




[04.08.2026, Toruń]

DANTE - PIEKŁO - PIEŚŃ XX

 

(Krąg VIII. Tłumok IV. Czarnoksiężnicy i wróżbici.)


Nowa męczarnia wierszem wyśpiewana

Da treść dwudziestej z mojej pierwszej pieśni³⁰²,

Która opiewa kary potępionych.

Skłoniony zajrzeć do rozwartej cieśni,

Co się czerniła wśród skał rozszczepionych,

A cała we łzach bolesnych skąpana:

Widziałem duchy; krągłą jej doliną,

Cicho płaczące, wciąż idą i płyną,

Jako na ziemi lud za procesyją.

Ci potępieńcy z wykrzywioną szyją,

Skrzywione brody wspierali na krzyżu,

Twarz ich wyraźnie była wykręcona

Między łopatki grzbietu za ramiona.

A szli wstecz, tyłem, tak idą od chwili³⁰³

Gdy zmysł widzenia przed się utracili.

Może się komu na ziemi zdarzyło

Widzieć tak zgiętych kurczem paraliżu,

Nie widząc, nie śmiem wierzyć, że tak było.

Mój czytelniku! jeśli Bóg cię skłania,

Zebrać tu owoc z twojego czytania,

Jeśli masz serce na boleść niegłuche,

Osądź, czy mogłem ja mieć oczy suche,

Widząc nasz obraz, nasze podobieństwo,

Tak wykrzywione przez dziwne męczeństwo,

I widząc łzy ich (któż temu uwierzy!),

Jak z ócz spadały bruzdą ich pacierzy.

Zaiste, wsparty o skałę płakałem,

A wódz mój wołał: «Czyś rażon ich szałem?

Tu litość żyje wtenczas, gdy zamarła³⁰⁴!

Gdzie tak zuchwali, co się nie zatrwożą,

Przesądzać żalem sprawiedliwość bożą?

Wznieś wyżej głowę, patrz, oto duch kroczy,

Pod którym ziemia swą przepaść rozwarła.

Wobec Tebanów, ledwo w przepaść wskoczy,

»Amfiaraus zapadł!« Krzyk się szerzy³⁰⁵

»Już on do szturmu jutro nie uderzy«.

Gdy go chłonęła w głąb ta przepaść dzika,

Minos, co sądzi każdego grzesznika,

Widzi, pierś jego z ramion się wytyka;

Za to, że w przyszłość zagłębiał się okiem,

Tutaj wstecz patrzy, wstecznym idzie krokiem.

Patrz, Tyrezyjasz, co czarów zaklęciem

Z męża w niewiastę zmienił się, dziw nowy!

-------------------------------------------------------------------

³⁰²Da treść dwudziestej z mojej pierwszej pieśni — Boska komedia składa się z trzech pieśni: pierwszą jest Piekło, drugą Czyściec, a trzecią Raj.

³⁰³Ci potępieńcy z wykrzywioną szyją (…) szli wstecz, tyłem — Tu obaj poeci z mostu kamiennego spoglądają na dół w oddział czwarty kręgu ósmego, gdzie są karani czarnoksiężnicy i wróżbici. Cienie tu idą wciąż tyłem za karę, że chciały, co nie jest wolno człowiekowi, zanadto zaglądać w przyszłość, bo ta z woli bożej zakryta jest przed nami. W tym obrazie kary łatwo czytelnik wypatrzy mądrą naukę: kto chce poznać przyszłość, wpierw musi umieć patrzeć w przeszłość, wybadać z niej, co historia i doświadczenie przedstawiają. Wdzieranie się w tajemnice przyszłości nie tą, ale każdą inną drogą, jest występkiem przeciw Bogu i własnej naturze naszej.

³⁰⁴Tu litość żyje wtenczas, gdy zamarła — Sens rozciąglejszy tego zdania zda mi się być taki: że w tym tylko żyje prawdziwa litość na błędy i cierpienia bliźnich naszych, którzy jeszcze w czasie z jednych się poprawić, a drugie zakończyć mogą, jeżeli zupełnie zamarłą jest dla tych, co cierpią piekielne kary w wieczności.

³⁰⁵Amfiaraus — jeden z siedmiu wodzów w wojnie tebańskiej, ociągał się brać udział w tej wyprawie, ponieważ spoglądając za bystro w przyszłość, sam sobie wywróżył, że na tej wojnie polegnie. Jakoż go żywcem pochłonęła ziemia.

--------------------------------------------------------------------

Przeobrażony od stóp aż do głowy³⁰⁶.

I wprzódy musiał laską czarnoksięską

Dwóch sprzęgłych wężów³⁰⁷ zabić jednym cięciem,

Nim się na powrót oblekł w skórę męską.

Patrz, który idąc w zad zatacza brzuchem,

To Aruns, głośny niegdyś wieszczym duchem³⁰⁸.

W góry od ludzi skrył się za żywota;

Biała z marmurów kararyjskich grota

Była mu domem, skąd mógł w każdej porze

Patrzeć na gwiazdy, to na pełne morze.

Ta, co włosami rozwianych warkoczy

Kryje pierś, której nie widzą twe oczy,

To Manto³⁰⁹, niegdyś ziem i wysep³¹⁰ siła,

Niejedne lądy i morza zwiedziła,

Aż przyszła w stronę, która mnie zrodziła³¹¹.

Młoda i piękna, w samym wieku kwiecie,

Przez swego ojca śmierć osierocona,

Gdy miasto Teby zdobył miecz Kreona,

Przeżyła młodość, wędrując po świecie.

Tam w pięknej ziemi, gdzie Alpy półkolem

Ściskają Niemcy wyżej za Tyrolem,

Tuż pod alpejską ścianą granitową,

Leży jezioro, Benako³¹² je zową³¹³.

Tysiąc strumieni, myślę, więcej może,

Pomiędzy Gardą a Apeninami

Kryształowymi leją się krużami

W wodę, co drzemie w tym pięknym jeziorze.

Trzy pogranicza tworzą jej wybrzeże,

Gdzie z Trentu, z Bresci, z Werony pasterze,

Razem swym trzodom błogosławić mogą,

Jeśliby razem jechali tą drogą³¹⁴.

Niżej, gdzie woda nad brzegi się wzbiera,

Usiadła piękna twierdza Peskijera,

Zdolna od wrogów swą kamienną tamą

Bronić mieszkańców Bresci i Bergamo.

Z czary jeziora wody przepełnione

Wzbierają rzeką na łąki zielone,

Ta Mincio zwana, bieży³¹⁵ po dolinie

Aż pod Gowerno, gdzie w rzece Po ginie.

Dalej płaszczyzną nurtując krynice,

Z wód ścieku tworzą stęchłe trzęsawice³¹⁶,

Gdzie woda parą chorobliwą dysze.

Tam sobie Manto obrała zacisze,

Z dala od ludzi, nieznane nikomu,

Gdzie się czarami bawiąc po kryjomu,

------------------------------------------------------------------

³⁰⁶Tejrezjasz — wieszczek tebański.

³⁰⁷dwóch wężów — dziś popr.: dwa węże.

³⁰⁸Aruns — toskański wróżbita, który mieszkał w okolicy Karrary.

³⁰⁹Manto — córka Tejrezjasza i także wieszczka; po śmierci ojca, gdy Teby zdobył Kreon, uciekła do Włoch, gdzie syn jej na pamiątkę od imienia matki Mantuę założył.

³¹⁰wysep — dziś popr. forma: wysp (tu prawdopodobnie forma wydłużona dla zachowania rytmu jedenastozgłoskowca).

³¹¹Aż przyszła w stronę, która mnie zrodziła — W okolicy Mantui urodził się Wergiliusz.

³¹²Jezioro Benako — dziś nazywane Lago di Garda.

³¹³zową — dziś popr. forma: zwą a. zowią.

³¹⁴Jeśliby razem jechali tą drogą — Diecezje wymienionych trzech biskupów tam się schodzą.

³¹⁵bieżyć (daw.) — iść, dążyć.

³¹⁶trzęsawica — trzęsawisko, bagno.

------------------------------------------------------------------------

Żyła lat wiele, aż wiekiem schyloną

Taż sama ziemia przyjęła w swe łono.

Wkrótce w to miejsce lud ciągnął tłumami,

Obwarowane wokoło bagnami;

Na kościach zmarłej miasto zbudowane

Od miana Manty Mantuą nazwane.

Niegdyś to miasto było więcej ludne,

Nim Pinamonte przez rady obłudne

Zniszczenia jego pierwszy osnuł wątek³¹⁷.

To mówię tobie, gdyby się zdarzyło

Słyszeć ojczyzny mej inny początek,

Ażeby kłamstwo prawdy nie zaćmiło».

Ja na to: «Mistrzu! ty mówisz tak jasno,

Słowo twe tyle ma dla mnie powagi;

Przy jego blasku wszelkie drugich słowa

Jak chłodne węgle przy zarzewiu gasną

Powiedz, czy jeszcze jaka postać nowa

Między tym tłumem jest godną uwagi?

Bo tym się tylko troska moja głowa».

Mistrz mówił. «Ten, co dno tej jamy depcze

A brodę zwiesza długą aż do pasa,

Był wieszczkiem greckim; gdy Grecyja cała

Do broni wszystek lud męski wzywała,

Że ledwo który pozostał w kolebce,

Dał znak w Aulidzie za radą Kalchasa

Zerwać kotwice, łódź puścić na fale.

Że on Eurypil³¹⁸, któż się nie domniema?

Śpiewa go mo􀰗e tragiczne poema³¹⁹,

Które ty całe znasz tak doskonale!

Drugi, co w żebra zapadłe ma boki, Czary

Był to Skott Michał, astrolog głęboki,

Znał przy tym wszystkie czary i uroki;

Widzisz Gwidona Bonatę, Asdente³²⁰,

Który by teraz wolał, zgadnąć łatwo,

Lecz żal za późny, mieć szydło zatknięte

W podeszwę buta i pociągać dratwą.

Patrz, oto niewiast nieszczęśliwych grono,

Które rzuciły igłę i wrzeciono,

Aby głośnymi stały się wróżkami,

Robiąc swe czary zaklęciem, ziołami.

Chodźmy, już gwiazda, na której Kaina

I ciernie widzą, zapadać zaczyna³²¹.

Już pod Sewillą muska wody czyste,

Zajmując rąbkiem półsferze dwoiste.

--------------------------------------------------------------------

³¹⁷Pinamonte przez rady obłudne zniszczenia jego pierwszy osnuł wątek — Pinamonte namówił hrabię Mantui, Alberta Kassoldi, ażeby, jeżeli chce lud zbuntowany poskromić, wygnał z miasta najdzielniejszych stronników swoich. Gdy hrabia dał ucha tak obłudnej radzie, Pinamonte przywłaszczył sobie za pomocą zbuntowanego ludu wszechwładztwo Mantui, a podejrzanych swej nowej władzy skazał jednych na śmierć, drugich na wygnanie.

³¹⁸Eurypil — Wieszczek Eurypilus Grekom idącym pod Troję czas ich powrotu wywróżył.

³¹⁹Śpiewa go moje tragiczne poema — Eneida wspomina o Eurypilu. Dante według swej teorii o stylach: tragicznym, komicznym i elegijnym, nazywa Eneidę tragedią.

³²⁰Michał Skott (…) Asdente — Hiszpan albo Szkot, nadworny cesarza Fryderyka astrolog; Gwido Bonatti — również astrolog; Asdente — szewc i mistyk, rodem z Parmy.

³²¹gwiazda, na której Kaina i ciernie widzą — W średnich wiekach lud brał plamy księżycowe za Kaina niosącego na barkach wiązkę cierni.

---------------------------------------------------------------------

Ostatniej nocy księżyc był okrągły³²²;

Aby on czasem, miej na to wzgląd ciągły,

Nie szkodził tobie w tym głębokim zmroku³²³.

Mówił, a szliśmy nie wstrzymując kroku…

---------------------------------------------------------------------

³²²Ostatniej nocy księżyc był okrągły — Księżyc, który wczoraj wieczorem był w pełni, zachodzi na granicy wschodniej i zachodniej półkuli: a więc nadchodzi ranek drugiego dnia pielgrzymki poety po piekle.

³²³Nie szkodził tobie w tym głębokim zmroku — Aluzja tu jest do pierwszej pieśni, w której poeta zbłąkany w lesie namiętności po raz pierwszy ujrzał wschodzące słońce prawdy, księżyc przypomina tu słaby odblask tegoż słońca, które jego od dłuższego błądzenia uratowało; rozum, choć przytępiony, nie w całej pełni rozwinięty, przecież zdolny powstrzymywać nas od najniewłaściwszych kroków.




[04.08.2026, Toruń]

BIBLIA WARSZAWSKA - STARY TESTAMENT - I KSIĘGA MOJŻESZOWA [3]

 

Upadek pierwszych ludzi

3:1 A wąż był chytrzejszy niż wszystkie dzikie zwierzęta, które uczynił Pan Bóg. I rzekł do kobiety: Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie ze wszystkich drzew ogrodu wolno wam jeść?

3:2 A kobieta odpowiedziała wężowi: Możemy jeść owoce z drzew ogrodu,

3:3 Tylko o owocu drzewa, które jest w środku ogrodu, rzekł Bóg: Nie wolno wam z niego jeść ani się go dotykać, abyście nie umarli.

3:4 Na to rzekł wąż do kobiety: Na pewno nie umrzecie,

3:5 Lecz Bóg wie, że gdy tylko zjecie z niego, otworzą się wam oczy i będziecie jak Bóg, znający dobro i zło.

3:6 A gdy kobieta zobaczyła, że drzewo to ma owoce dobre do jedzenia i że były miłe dla oczu, i godne pożądania dla zdobycia mądrości, zerwała z niego owoc i jadła. Dała też mężowi swemu, który był z nią, i on też jadł.

3:7 Wtedy otworzyły się oczy im obojgu i poznali, że są nadzy. Spletli więc liście figowe i zrobili sobie przepaski.

3:8 A gdy usłyszeli szelest Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie w powiewie dziennym, skrył się Adam z żoną swoją przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu.

3:9 Lecz Pan Bóg zawołał na Adama i rzekł do niego: Gdzie jesteś?

3:10 A on odpowiedział: Usłyszałem szelest twój w ogrodzie i zląkłem się, gdyż jestem nagi, dlatego skryłem się.

3:11 Wtedy rzekł Bóg: Kto ci powiedział, że jesteś nagi? Czy jadłeś z drzewa, z którego zakazałem ci jeść?

3:12 Na to rzekł Adam: Kobieta, którą mi dałeś, aby była ze mną, dała mi z tego drzewa i jadłem.

3:13 Wtedy rzekł Pan Bóg do kobiety: Dlaczego to uczyniłaś? I odpowiedziała kobieta: Wąż mnie zwiódł i jadłam.

3:14 Wtedy rzekł Pan Bóg do węża: Ponieważ to uczyniłeś, będziesz przeklęty wśród wszelkiego bydła i wszelkiego dzikiego zwierza. Na brzuchu będziesz się czołgał i proch będziesz jadł po wszystkie dni życia swego!

3:15 I ustanowię nieprzyjaźń między tobą a kobietą, między twoim potomstwem a jej potomstwem; ono zdepcze ci głowę, a ty ukąsisz je w piętę.

3:16 Do kobiety zaś rzekł: Pomnożę dolegliwości brzemienności twojej, w bólach będziesz rodziła dzieci, mimo to ku mężowi twemu pociągać cię będą pragnienia twoje, on zaś będzie panował nad tobą.

3:17 A do Adama rzekł: Ponieważ usłuchałeś głosu żony swojej i jadłeś z drzewa, z którego ci zabroniłem, mówiąc: Nie wolno ci jeść z niego, przeklęta niech będzie ziemia z powodu ciebie! W mozole żywić się będziesz z niej po wszystkie dni życia swego!

3:18 Ciernie i osty rodzić ci będzie i żywić się będziesz zielem polnym.

3:19 W pocie oblicza twego będziesz jadł chleb, aż wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz.

3:20 I nazwał Adam żonę swoją Ewa, gdyż ona była matką wszystkich żyjących.

3:21 I uczynił Pan Bóg Adamowi i jego żonie odzienie ze skór, i przyodział ich.

3:22 I rzekł Pan Bóg: Oto człowiek stał się taki jak my: zna dobro i zło. Byleby tylko nie wyciągnął teraz ręki swej i nie zerwał owocu także z drzewa życia, i nie zjadł, a potem żył na wieki!

3:23 Odprawił go więc Pan Bóg z ogrodu Eden, aby uprawiał ziemię, z której został wzięty.

3:24 I tak wygnał człowieka, a na wschód od ogrodu Eden umieścił cheruby i płomienisty miecz wirujący, aby strzegły drogi do drzewa życia.



[04.08.2026, Toruń]

03 sierpnia 2026

JULIUSZ SŁOWACKI - ANHELLI - ROZDZIAŁ III

 

ROZDZIAŁ III

  • A oto raz nocą, obudził Szaman Anhellego mówiąc mu: Nie spij, ale chodź ze mną, albowiem są rzeczy ważne na pustyni.

  • Wdziawszy więc białą szatę Anhelli udał się za starcem, i szli przy blasku gwiazd.

  • Niedaleko więc zaszedłszy ujrzeli obóz cały małych dzieciątek i pacholąt gnanych na Sybir, które odpoczywały przy ogniu.

  • A we środku gromadki siedział pop na tatarskim koniu, mający u siodła dwa kosze z chlebem.

  • I zaczął owe dzieciątka nauczać podług nowéj wiary ruskiej i podług nowego katechizmu.

  • I pytał dzieci o rzeczy niegodne, a pacholęta odpowiadały mu przymilając się, albowiem miał u siodła kosze z chlebem i mógł je nakarmić; a były głodne.

  • Więc obróciwszy się ku Anhellemu Szaman rzekł: Powiedz! nie przebrałże miary ten ksiądz zasiewając złe ziarno i każąc czystość dusz tych maleńkich?

  • Oto zapomniały już płakać po matkach swoich i tu się wdzięczą do chleba jak małe szczeniątka; szczekając rzeczy złe i które są przeciwko wierze.

  • Powiadając, że car jest głową wiary i że w nim jest Bóg i że nic nie może rozkazać przeciwko Duchowi świętemu, nakazując nawet rzeczy podobne zbrodniom, albowiem w nim jest Duch święty.

  • Użyję więc przeciwko temu księdzu ognia niebieskiego, aby go spalić, i stracę go w oczach dzieciątek.

  • A skoro wyrzekł Szaman słowo przekleństwa, zapalił się ów pop na koniu, i wyszły mu z piersi płomienie, które się złączyły w powietrzu nad głową.

  • I przelękniony koń unosić go zaczął po stepie palącego się; a potem wzdrygnąwszy się zrzucił z siebie węgiel siedzący na siodle do ostatka.

  • A oto na owem próchnie człowieka chodziły skry..... jak owe iskierki, które są na spalonym papierze błędne i snujące się w różne strony.

  • Przybliżywszy się więc Szaman ku dzieciątkom rzekł: Nie lękajcie się; Bóg z wami.

  • Ogień przestraszył was jak gołąbki śpiące, aleście zasypiały w domie pożaru i ciałka wasze już więdły.

  • I wyciągały do starca rączki owe dzieciny krzycząc: Staruszku, weź nas z sobą!

  • I rzekł Szaman: Gdzież Was zaprowadzę? Oto ja idę w drogę śmierci; chcecież, abym was wziął i ukrył pod płaszczem i wysypał was z poły mojej przed Panem Bogiem?

  • Odpowiedziały mu dzieciątka: Weź nas i zaprowadź nas szerokiemi gościńcami aż do matek naszych.

  • I wszystkie krzyczéć zaczęły z wielką dumą: My Polaki, odprowadź nas do ojczyzny i do matek naszych - aż Szaman począł płakać uśmiechając się...

  • I nie mógł odejść, bo mu jedna dziecina usnęła na płaszczu, i na pole płaszcza jego, wtenczas gdy rozmawiał.

  • A przybywszy Kozacy patrzali w zadumieniu na owe dzieło; i zaczęli odganiać dzieciątka od ludzi obcych, nie śmiejąc jednak bić żadne pamiętni na ów ogień.



[03.08.2026, Toruń]

02 sierpnia 2026

MITOLOGIA GRECKA - NARODZINY ŚWIATA [WG. JANA PARANDOWSKIEGO]

Narodziny śwata  1/3 


Na początku był Chaos. Któż zdoła powiedzieć dokładnie, co to był Chaos? Niejedni widzieli w nim jakąś istotę boską, ale bez określonego kształtu. Inni — a takich było więcej — mówili, że to wielka otchłań, pełna siły twórczej i boskich nasieni, jakby jedna masa nieuporządkowana, ciężka i ciemna, mieszanina ziemi, wody, ognia i powietrza. Z tej napełnionej otchłani, kryjącej w sobie wszystkie zarodki przyszłego świata, wyłoniły się dwa potężne bóstwa, pierwsza królewska para bogów. Uranos — Niebo i Gaja — Ziemia. Oni dali początek wielu pokoleniom bogów.

Z ich małżeńskiego związku wyszedł wielki ród tytanów, wśród których najstarszy był Okeanos, bóg potężnej rzeki, co szerokim, błękitnym kręgiem opływa całą ziemię dokoła.

Młodszym rodzeństwem tytanów byli kiklopowie (cyklopi) i hekatonchejrowie — sturęcy. Cyklopi, potwornego wzrostu, o dzikim wyglądzie, mieli jedno oko w środku czoła, a hekatonchejrowie o stu rękach przerażali swą siłą niezłomną. Uranos nie był zadowolony z tego potomstwa, które było szkaradne lub okrutne. Wszyscy oni napełniali go strachem i odrazą. Nie spodziewając się po nich ani wdzięczności, ani poszanowania swej władzy ojcowskiej, strącił ich w bezdenne czeluści Tartaru. Stamtąd nie było już powrotu. Tartar rozciągał się tak głęboko pod ziemią, jak wysoko ponad nią roztacza się niebo. Kowadło z brązu, rzucone z wysokości nieba, leciałoby dziewięć dni i dziewięć nocy, zanim dosięgłoby powierzchni ziemi*. Podobnie długo, a może jeszcze dłużej wędrowałoby owo kowadło do głębin Tartaru, gdzie panuje noc potrójna. Ktoś, kto by tam wszedł, nie zdołałby przez rok cały dojść do ostatecznych granic tego bezmiaru ciemności, ów zabłąkany podróżny pielgrzymowałby bez przerwy, unoszony gwałtownym wichrem podziemnych huraganów. Wieść niesie, że gdzieś pośrodku tych straszliwych mroków stoi smutne dworzyszcze Nocy, otoczone nieprzeniknionymi chmurami. Gaja słyszała jęk potępionych tytanów dobywający się z przepastnych wnętrzności ziemi. Znienawidziła wyrodnego ojca i zaczęła knuć spisek przeciw jego władzy bezwzględnej. Namowom matki uległ najmłodszy z tytanów — Kronos, dotychczas nie pozbawiony wolności. Uzbrojony w żelazny sierp, zaczaił się na Uranosa, okaleczył go haniebnie i strącił ze świetlistego tronu niebios. Z krwi, która wyciekła z rany powalonego boga, zrodziły się trzy straszne boginie zemsty, Erynie, o włosach wężowych. Uranos, ukryty w błękitach nieba, zeszedł z widowni dziejów boskich.

Razem z bogami rodził się świat. Nad ziemią, która jako ląd stały wydobyła się z chaosu, świeciło młode słońce, a z chmur spadały deszcze obfite. Podniosły się pierwsze lasy i ziemię przykryła wielka, szumiąca puszcza. Po nieznanych wzgórzach błądziły rzadkie zwierzęta. Z wolna rzeczy zaczęły przybierać znajome kształty. Źródła znalazły swe groty, a jeziora wygodne kotliny; góry śnieżnym grzebieniem zarysowały się na jasnym niebie. Gwiazdy lśniły w ciemnych przestworzach nocy, a kiedy one bladły, ptaki wydzwaniały jutrzence swą pierwszą pieśń powitalną. Nad światem rządził Kronos wraz z małżonką Reją. Był to władca ponury i podejrzliwy. Większą część uwięzionych braci pozostawił w otchłaniach Tartaru. Zachował w pamięci klątwę ojca, który mu przepowiedział, że i jemu syn odbierze berło. Każde więc dziecko, które powiła Reja, natychmiast połykał. W ten sposób pięcioro dzieci dostało się do potwornych wnętrzności tytana. Gdy urodziło się szóste dziecko, Reja podała Kronosowi kamień zawinięty w pieluszki. Kronos połknął kamień sądząc, że połyka syna. Tymczasem Reja zeszła na ziemię. Chciała umyć niemowlę, ale nigdzie nie mogła znaleźć źródełka. Pomodliła się do Gai i uderzyła berłem o skałę. Z twardego głazu wypłynął jasny strumień wody. Wykąpawszy małego, nadała mu imię: Dzeus [gdzie indziej Zeus]. Powędrowała na Kretę i w złotej kołysce złożyła go w grocie idajskiej, której wejście osłaniał gęsty las, a po ścianach pełzały lśniące zwoje bluszczu. Dzeus chował się pod opieką nimf górskich, karmiony mlekiem kozy Amaltei. Dziecko kochało ją bardzo. Kiedy Amalteja złamała sobie jeden róg, Dzeus wziął go w swe boskie ręce i pobłogosławił, tak że odtąd napełniał się on wszystkim, czego zapragnął ten, kto go posiadał. Tak powstał róg obfitości, zwany rogiem Amaltei.

Złotą kołyskę nowego boga otaczała miłość całej przyrody. Gołębie znad brzegów Oceanu przynosiły mu ambrozje, a orzeł co wieczór nadlatywał niosąc w szponach kubek pełen nektaru. Pszczoły zbierały dlań miód najsłodszy. Jedna z nimf sporządziła cudowną zabawkę. Była to przeźroczysta kula ze złotych pierścieni, między którymi wił się bluszcz. Gdy rzucona w powietrze spadała, zostawiała za sobą bruzdę jaśniejącą. Aby zaś płacz i kwilenie dzieciątka Dzeusa nie doszło do uszu czujnego Kronosa, kapłani Rei, kureci, wykonywali nad jego kołyską hałaśliwe tańce wojenne wśród grania bębnów, rogów i piszczałek.

Dzeus dorósł i wyszedł z ukrycia, miał teraz stanąć do walki z ojcem. Poradził matce, aby przede wszystkim dała Kronosowi potajemnie środek na wymioty. Wtedy Kronos, wśród straszliwych męczarni, wyrzucił z powrotem połknięte potomstwo. Był to wcale piękny zastęp młodych bogów: synowieHades i Posejdon, i trzy siostryHera, DemeterHestia. Właśnie umarła dobra koza Amalteja. Nawet po śmierci oddała swemu wychowankowi jeszcze jedną przysługę, albowiem z jej skóry uczynił sobie Dzeus puklerz, którego nie mógł przebić żaden pocisk. Tak powstała egida, cudowna tarcza, którą Dzeus brał zawsze do bitwy. Pierwsza, którą stoczył, była przeciw ojcu. Polem walki były równiny Tesalii. Kronos z tytanami zajął góry Otrys, Dzeus ze swoimi sprzymierzeńcami opanował śnieżne szczyty Olimpu. Dziesięć lat trwała wojna bez widocznego skutku, gdy Dzeus postanowił wprowadzić nowe siły do tych śmiertelnych zapasów. Uwolnił mianowicie z Tartaru cyklopów i sturękich, trzech olbrzymów, z których każdy miał sto rąk i głów pięćdziesiąt. W owym dniu wywiązała się zaciekła bitwa. Z gwałtownym hukiem morza mieszał się jęk ziemi i nieba. Pod nogami nieśmiertelnych drżał Olimp, a drżenie to dawało się odczuć w najdalszej głębi Tartaru. Z obu stron podnosił się zgiełk nieopisany. Gwiazdy spadały z firmamentu. Ze szczytów Olimpu Dzeus bez przerwy ciskał pioruny, które dniem i nocą wykuwali cyklopi. Gromy rozbiegały się po górach, a na równiny lał się ogień święty. Ziemia pękała w płomieniach, lasy całe paliły się jak smolne pochodnie. Morza i rzeki wrzały. Płomienne opary otoczyły tytanów, którym oczy ślepły od niesamowitego blasku. Gwałtowne wiatry wzbijały tumany pyłu, zdawały się unosić w czarnych skrętach pioruny i błyskawice. Gdy na chwilę rozpraszały się chmury, widać było w pierwszym rzędzie walczących trzech olbrzymich sturękich, którzy za każdym razem ciskali w tytanów trzysta skał, okrywając ich jakby chmurą kamienną. Lecz nie byli oni tak groźni jak pioruny Dzeusa, wobec których stawali tytanowie ogłuszeni i bezradni, albowiem nikt z nich dotąd nie widział tej straszliwej ognistej broni. Raz wraz któryś z nich padał omdlały i bezwładny, w potoku czerwonego światła i wśród przeraźliwego huku gromów. Wówczas olbrzymi sturęcy (hekatonchejrowie) chwytali te ogromne ciała, z których, zda się, życie uciekło, i wrzucali je w przepaści Tartaru, między wygasłe i dymiące kratery, cuchnące bagna i lodowe góry, gdzie brał ich już w swe wieczyste posiadanie nieprzenikniony mrok i noc nieskończona. Jak wprzód dostojny Uranos, tak obecnie Kronos zwalił się w nicość zapomnienia, z której dochodziły już tylko słabe echa. U ludu nie mówiono o nim źle. Obchodzono ku jego czci prastare święto Kronia, podczas którego weselono się na pamiątkę złotego wieku, jaki za jego czasów panować miał na ziemi. Kronos nie posiadał ani świątyń, ani ołtarzy. W Olimpii istniało wzgórze jego imienia, a nie opodal stało szanowne Metroon, przybytek Rei,matki bogów". Na posągach, które pojawiają się bardzo rzadko, wyobrażano Kronosa jako poważnego, starszego mężczyznę z brodą: głowę ma nakrytą połą płaszcza. Małżonkę jego, Reję, utożsamiali Grecy z azjatycką boginią Kybele i przedstawiali jako tęgą niewiastę na wozie w lwy zaprzężonym, trzymającą gałąź lub wieniec dębowy i klucz, na głowie zaś miała diadem z obronnych wież i bastionów.

Nowe pokolenie bogów niedługo pożywało owoce zwycięstwa. Powstał przeciw nim ród gigantów, synów Ziemi. Jedni z nich byli podobni do ludzi, chociaż kształtów olbrzymich, inni mieli potworne cielska zakończone splotami wężów. Z gór poprzerzucanych stworzyli barykady, aby się dostać na Olimp. Trwoga opanowała bogów, gdy posłyszeli z dołu idące okrzyki i ujrzeli na stokach swej świętej góry odważnych napastników. Dzeus tylko, spokojny i nieustraszony, wyznaczył każdemu z bogów stanowisko i sam jął razić wroga piorunami. Giganci nie ustępowali. Ciskane przez nich skały sypały się niby grad, a spadając do morza zostawały wśród jego fal jako wyspy. Pioruny nie wyrządzały im szkody. Dzeus, zajrzawszy do księgi Przeznaczenia, dowiedział się, że pokonać gigantów może tylko człowiek śmiertelny. Wtedy Atena sprowadziła Heraklesa.

[...]



[02.8.2026, Toruń]

PROFESOR TUTKA (32) POŻEGNANIE PROFESORA TUTKI.

 

Nie działo się to dziś w kawiarni, ale w zamkniętej salce znanej restauracji. Ponieważ Profesor Tutka wybierał się w podróż, przyjaciele postanowili pożegnać go bankietem. W pewnej chwili wstał sędzia. Przemówił:

— Drogi Profesorze! Jako najstarszy w tym gronie pozwalam sobie powiedzieć słów parę. Odjeżdżasz od nas i jutro nie zobaczymy się przy stoliku naszej kawiarni. Słuchając ciebie, sprzeczałem się niekiedy, oponowałem. Należę do ludzi, którzy lubią zawsze iść drogą prostą i lubią rzeczy zawsze jasne, zrozumiałe. Znane jest powiedzenie o filozofach, iż jakoby o rzeczach prostych i zwyczajnych mówili oni w sposób zawikłany. O panu. Profesorze, nie można tego powiedzieć: wszystko, co podajesz, to jasne i proste. Można wyczuć nawet wyraźną tendencję do prostoty. W opowiadaniu o wykładzie w wyższej szkole handlowej dostrzegliśmy skłonności popularyzatora. Ale ja osobiście odczuwałem niekiedy pewne zasadzki, zboczenia z prostej drogi, niespodzianki. To mnie czasem, przyznam się, irytowało. Ale zwykle po namyśle przestawałem się gniewać. Jak wspomniałem, staram się iść zawsze prostą drogą. Gdy raz tak szedłem do sądu, przekonany, że dojdę, kawałek gzymsu spadł mi na głowę. Musiałem zboczyć do ambulatorium. Tam w sądzie trzymam się zawsze litery prawa, paragrafów. Ale chociaż jestem przybrany w togę i wyraz twarzy mam poważny, litery te płatały mi złośliwe figle, a paragraf potrafił się zamienić w znak zapytania. W opowiadaniach swoich brałeś, zdaje się, pod uwagę te figle, te niespodzianki, czyhające na człowieka zbyt pewnego siebie. Umiałeś nas pocieszyć: gdyby ktoś powiedział, że złamał nogę, znalazłbyś opowiadanie o człowieku, co złamał dwie nogi, ale z tego powodu nic się we wszechświecie nie zmieniło i, jak przedtem, po dniu przyjdzie noc, po piątku sobota.

Drogi Profesorze, żegnamy cię, myśląc, że znów po odbytej podróży ujrzymy cię w naszym gronie. Żegnamy z żalem, z radością powitamy.

Wstał Profesor Tutka.

— Drodzy przyjaciele! Nie wiem, jak długo trwać będzie nasze rozstanie. Wybieram się daleko, a podróż daleka ma w sobie zawsze coś niewiadomego. Jeżeli wrócę, jeszcze wam opowiem, com widział i czegom się nauczył. Jeżeli nie wrócę... no... to nie opowiem.

W tej mojej podróży chcę poznać rzeczy nowe i odwiedzić stare. Wstąpię więc do miasta, w którym mieszkałem jako młody chłopiec. W mieście tym odnajdę dużą kamienicę, ciemną, nieładną, jeden z domów dochodowych wybudowanych w dziewiętnastym stuleciu. Jako młodzieniec byłem administratorem tego domu. Właściciel, który tam nie mieszkał, dał mi pokoik, wyznaczył małą pensyjkę, polecił prowadzić odpowiednie księgi i w ogóle zajmować się kamienicą.

Będąc administratorem, mogłem poznać wszystkich mieszkańców domu, znać wnętrza ich mieszkań. Nieraz wzywany byłem, abym się przekonał, że piec dymi, tynk od sufitu odpada lub łazienka jest nie do użycia. Załatwiałem te sprawy grzecznie, przyznawałem rację, obiecywałem, że braki zostaną usunięte. Więc często twarze, początkowo groźne, rozchmurzały się i zostawałem nawet zapraszany na herbatę.

O trojgu ludziach z wielkiego domu chcę wam opowiedzieć dzisiaj. Byli to ludzie, których ich bliźni określają najczęściej mianem — dziwaków. Krzywdy nikomu nigdy nie zrobili, a dostarczali innym wiele przyjemności: patrząc na nich, człowiek miał poczucie, że jest mądrzejszy; miał temat do rozmowy i mógł się z nich pośmiać. Zaprzyjaźniłem się z tym trojgiem mieszkańców wielkiego domu, pokochałem nawet i chcę ich po latach jeszcze raz odwiedzić. Na parterze od podwórza, przy małej cieplarence, którą sobie dobudował, mieszka ogrodnik, amator, co hoduje rododendrony. Nie azalie, nie amarylisy, ale rododendrony. Nie pytałem nigdy, dlaczego te kwiaty, a nie inne. Ta moja dyskrecja i uznanie dla jego pracy sprawiły, że mogłem być mile widzianym gościem w jego pracowni. Jednego dnia, pamiętam, wybuchła w mieście strzelanina, palił się w pobliżu arsenał, a gdy parę zbłąkanych kuł rozbiło cieplarnię, człowiek ten wołał: «moje rododendrony, moje rododendrony!» Wspominam o tym nie dlatego, aby go chwalić czy ganić, zainteresowała mnie sprawa inna: oto człowiek ten miał Pisma wszystkie poety, który mówił — «nie czas róż płakać, kiedy płoną lasy». I ogrodnik musiał znać te słowa, bo znają je nawet ci, co Pism wszystkich nie czytali. Pod wpływem rzeczy widzianych napisałem wówczas coś w rodzaju aforyzmu: «I głupcy są na świecie potrzebni, bo podniecają mądrych, aby pouczali». Dodam, że osobiście nie straciłem sympatii do człowieka, który, nie słuchając wieszcza, w tak niewłaściwej chwili «rododendronów płakał». Pójdę później po schodach, gdzie jest narożne mieszkanie. Będę miał z sobą najpiękniejszą różę, jaką można znaleźć wśród pięknych róż w tym mieście. Podam ją pani, która mnie na pewno pozna i powita. Ma już dzisiaj siwe włosy, a twarz zawsze piękną. Kobietę tę kochałem i kocham dzisiaj, wiedząc, że nigdy ona mnie kochać nie będzie. Związana jest bowiem ze swym narzeczonym. Jej narzeczony niegdyś, przed laty, wyjechał na morze i nie wrócił. Mijały lata — nie wracał. Mówiono do niej: «Trudno... nie wróci... Jesteś piękna, niezwykle piękna, niejeden uklęknie przed twoją urodą». Ale zapatrzona, jak by nie widząc domów, tylko morza dalekie, wciąż czeka. Mijały lata, romantyzm wyśmiano, mijały lata — ona, spokojna, łagodna i piękna, czeka na dzień, kiedy się znów z ukochanym połączy. Żem nie śmiał się z tej niedorzeczności, żem jej nie mówił, aby nie czekała, a tylko w hołdzie przynosił jej różę wybraną z najpiękniejszych róż, jakie były w mieście, za to zyskałem jej przyjaźń.

Wysoko, na najwyższym piętrze tego domu, w pokoiku, gdzie jest tylko stół, dwa krzesła i łóżko, mieszka humorysta. Ma on jeszcze piecyk żelazny, ale mało się w nim pali. Kawałek sufitu — szklany, jak w malarskiej pracowni, i dlatego zimno, ale za to można widzieć w nocy gwiazdy. Podczas ostatnich odwiedzin w mieszkaniu tego człowieka widziałem na stole tylko kawałek razowego chleba, a przy nim czerwienił się pomidor. To był obiad. Człowiek ten bowiem zarabiał niedużo. Niedużo, bo książkę, którą napisał, kupiło tylko trzynastu ludzi. Jeden z tych, co kupił, odesłał książkę do połowy rozciętą, z notatką, że ma dosyć już tej połowy. Jeden egzemplarz nabył biblioman, który książek nie czytał, a tylko je zbierał. O innym egzemplarzu autor się dowiedział, że zirytowana matka oddała go dziecku, aby zrobiło sobie latawiec. Ale dziesięciu ludzi prawdopodobnie tę książkę przeczytało. Humorysta ten należał do pisarzy «trudnych». Może przypominacie sobie, panowie, rozmowę moją z wiedźmą w lesie. Kobieta owa powiedziała mi, że chociaż nie wszystko, co ludziom opowiem, będzie zrozumiane, to jednak powinienem dbać o to, aby przynajmniej trzy czwarte w moim opowiadaniu było przystępne. To wystarczy, aby nie stracić ze słuchaczami kontaktu. Otóż w pismach tego humorysty nie ma owych trzech czwartych, nie ma tego, co pozwala wam mnie wysłuchać. Sprawy, o których mówi, dzieją się daleko śród słońc i księżyców, mlecznych dróg i komet. A chociaż są to sprawy ludzkie, bo nie wychodzą poza krąg możliwości ludzkiego umysłu i ludzkiej wyobraźni, ale dzieją się bez stukania butów, bez dźwięku talerzy, na których jemy, bez pieniędzy, słowem, bez rzeczy ważnych a powszechnie zrozumiałych w naszym życiu czy bytowaniu. Stąd przyczyna niepopularności tego humorysty i stąd opinia, a wybieram z tej opinii słowo najgrzeczniejsze, że jest «trudny». Pójdę do tego człowieka i poproszę go o przeczytanie nowego opowiadania. Będę przeżywał rozkosze pokonywania rzeczy trudnych, gdy z przymkniętymi oczyma, z uwagą napiętą wsłucham się w mowę mistrza. Odwiedzę światy wysokie, coraz wyższe i wyższe, aż pełen szczęścia i uśmiechu, wyląduję po trudnych przygodach. Wyjdę z mieszkania poety jakby oczyszczony, doskonalszy niż przed odwiedzinami; ale wiem, że wrócę do swoich «trzech czwartych», które kobieta w lesie radziła utrzymać. Czy miała rację? W każdym razie to kobieta nie pozbawiona tego, co nazywamy «mądrością życiową»; ja dzięki jej radom doczekałem się wystawnej uczty, którą mnie żegnacie, tamten, do którego się wybieram, może już umarł z głodu.

Panowie! Powiedziałem, że podróż daleka ma w sobie zawsze coś niewiadomego. Jeżeli nie wrócę, od czasu do czasu zjawię się między wami. Tacy jak ja «opowiadacze, facecjoniści kawiarniani», jak zapewne będę określany, żyją we wspomnieniach o nich nawet bardzo długo. Czasem mnie ktoś wskrzesi, opowiadając o tym, co opowiadałem, i zarysuję się przed wami jak żywy. Tylko że niejeden coś ujmie, coś doda, zmieni szyk wyrazów i o dwa słowa w zdaniu powie za dużo. Ktoś będzie się starał nawet mnie poprawić, ktoś drugi po latach zmiesza mnie, pomyli z opowiadaczem innym. Jeżeli ten inny będzie lepszy ode mnie, oczywiście — zyskam; jeżeli gorszy — stracę. Tak czy inaczej, gdy zjawię się w opowiadaniu, będzie to jak kopia mego portretu, wykonana, wybaczcie, przez nietęgiego majstra. Tamten, prawdziwy Profesor Tutka, kłaniać się wam będzie z innego brzegu swoim melonikiem.

Panowie! W tej chwili posłyszałem jakby stuk młotków na statku, którym odpłynę. Już tam kończą ostatnie przygotowania. Bądźcie zdrowi, przyjaciele!




[02.08.2026. Toruń]