Mark Knopfler
...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...
...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...
Christian Eduard Boettcher, (9 grudnia 1818 – 15 czerwca 1889), był niemieckim malarzem, którego twórczość obejmowała portrety i malarstwo rodzajowe.
W swojej twórczości Böttcher koncentrował się przede wszystkim na malarstwie figuratywnym, początkowo preferując tematykę społeczno-krytyczną, czego przykładem są obrazy „ Der Blinde und sein Führer” (1845) i „Die Entlassung des Gefangenen” (1848). W latach 60. i 70. XIX wieku tworzył obrazy łączące przedstawienia ludzi, miast i krajobrazów nad Renem między Bingen a Kolonią , których tematyka wpisuje się niekiedy w tradycję malarza i grafika Adolpha Schroedtera. Odchodząc jednak od często satyrycznego i krytycznego podejścia tego ostatniego, popularne kompozycje Böttchera podkreślają późnoromantyczny nastrój sentymentalny, na przykład w Sianokosach nad Renem (1856), a także Wieczór nad Renem (1860) i Letnia noc nad Renem (1862) – oba ukazują rozpoznawalnych artystów z Düsseldorfu przed karczmą, oraz Reńskie żniwa pod Sinzig (1864). Inne obrazy obejmują Turystę nad Renem (1865), prawdopodobnie przedstawiającego malarza Adolfa Seela , Dom wiejski nad Renem (1866), Fragment winobrania (1867), Przy fontannie targowej nadreńskiego miasta (1870) i Podróż po Renie w Loreley (1880).
1. Zabawy dziecięce
2. Powrót z wycieczki szkolnej
3. Dzieci zbierające olej z drewna opałowego
4. Bacharach, Brama Steegera
5. Krzywy orzech bukowy z regionu Renu
6. Młoda matka z dzieckiem
7. Młoda wieśniaczka ze śpiącym dzieckiem podczas zbiorów siana
8. Młoda winiarka
[26.07.2026, Toruń]
VI.
Gdyśmy już prawie byli na wsiadaniu, nagle zaszłe interesa przymusiły matkę moją do tego, iż mnie do jednego z najcelniejszych królestwa miast wyprawić umyśliła, ażebym tym lepiej rzeczy wykierował. Odwlekła się z niezmiernym moim i Jmci Pana Damona żalem, podróż do cudzych krajów: że zaś to miasto dość było dalekie od domu naszego, dany mi był list do jednego z krewnych, który tam przemieszkiwał. Przyjechaliśmy na to miejsce bez żadnego przypadku: osób, do których się stosował interes, nie zastałem, i krewny mój, aż za miesiąc miał powrócić.
Gdym więc, ile bez żadnej znajomości, czas dość smutnie trawił, namienił mi Jmć Pan Damon, iż szczęście zdarzyło nam dość pomyślną okoliczność: znalazł albowiem w temże mieście znajomą sobie damę, Baronową de Grankendorff, która urodzeniem Polka, nie dawno owdowiawszy, przyjechała z cudzych krajów, dla objęcia znacznej na siebie spadłej substancyi, i przez kilka niedziel w tem mieście bawić się umyśliła. Nie przyjmuje w dóm swój tylko afidowanych przyjaciół, i Wmć Pan, gdy tam będziesz przezemnie introdukowanym, staraj się, żebyś o jej tu bytności przed nikim nie wspomniał. Wziąwszy więc naprędce instrukcyą, jak mam sobie w tak dystyngwowanej kompanji postępować, uzbrojony w dobrą fantazyą, pierwszy krok, nie bez wewnętrznego wzruszenia, uczyniłem na teatrum wielkiego świata. Weszliśmy zatem do domu dość przystojnego, w którym znajdowała się białogłowa jedna podeszła, i córek dwie tej damy.
Po pierwszych ukłonach i ceremoniach, odezwała się gospodyni, iż ma sobie za honor przyjmować tak dystyngwowanego kawalera; prezentowała mnie zatem całej kompanji, w której było czterech Ichmościów bardzo maniernych, a jakom uważał przyjaciół Jmci Pana Damona; często albowiem z nim pocichu rozmawiali. Uderzyła mnie w oczy butelka wina szampańskiego, którąm na stole postrzegł, koło niej leżało kilka grów kart, i wszystkie inne do tego rzemiosła narzędzia. Jeden ze czterech Ichmościów nie dał się długo rozmowom szerzyć; i gdy ruszony wyskoczył czopek, pienistem winem zaczął zdrowie przybyłego do kompanji gościa. Nie mogłem tego na sobie przewieść, żebym ochoczej gospodyni zdrowia nie wypił. Gdy obeszły rzęsiste koleje godnej konsolacyi, pomyślnych sukcesów, i t. d.; wino rozweselające serce, przydało ustom wymowy na oświadczenie, jak byłem uszczęśliwiony tak miłem posiedzeniem.
Twarz J. Panny Baronównej starszej zdała mi się przedziwna; jużem chciał wstęp czynić do pożądanej z nią konwersacyi, gdy mi ofiarowano karty, i uczyniono przez to dywersyą wynurzenia affektów. Ochota długo w noc trwała; ja zaś nazajutrz obudziwszy się około południa, z ciężkim bólem głowy, gdy piłem herbatę, dowiedziałem się od Jmci Pana Damona, iż i pieniędzy nie mało wygrałem, i pozyskałem serce jednej z tych bogiń, która mnie była dnia wczorajszego wymównym uczyniła. Nie mógł się wypowiedzieć Pan Damon, z jaką satysfakcyą zapatrywał się na moję piękną prezencyą, i upewnił, iż pozyskałem estymacyą matki, a starsza Jmć Panna Baronówna coś więcej, niż dobrą przyjaźń ku mnie powzięła.
Uczęszczaliśmy codziennie do tego domu tak wielce przyjemnego: uznawałem coraz większe progressa w sentymentach Jmć Panny Baronównej, ale mnie dziwiła odmiana szczęścia w karty; przez pierwsze albowiem dwa dni powróciłem się do domu z korzyścią; zaś od tego czasu i w tryszaka dziewiątki mijały, i w maryaszu pamfil odemnie stronił: nakoniec gdym chciał rewanżować w pikietę, musiałem się z tuzami pożegnać, a co najgorsza, i z pieniędzmi; tak dalece, iż gdyby nie znajomy w mieście kredyt matki mojej, dawnoby już było trzeba do domu powracać.
Cieszył mnie w takowem utrapieniu Jmć Pan guwerner nadzieją odmiany szczęścia, i sam o sobie powiadał, iż grając raz w chapankę z Kardynałem de Fleury, przez jedną noc przegrał był sto sześćdziesiąt tysięcy liwrów; nazajutrz zaś i przegrane pieniądze odegrał, i jeszcze zostało mu się w zysku czterdzieści tysięcy. Na dobitkę zaś pocieszenia, przydał z misternym uśmiechem, iż kto w kochaniu szczęśliwy, w karty zyskiwać nie może. Byłbym z całego serca gry przestał, ale to było na przeszkodzie, iż Jmć Panna Baronówna starsza, która zniewoliła serce moje, rada sama zabawiała się kartami, a jam był w jej partyi. Oprócz ustawicznej przegranej gnębiły mój worek bardzo częste, a jakby na przemiany kolejno następujące urodziny i imieniny Jejmci Pani Baronowej, i jej pociech: nie obchodzić zaś tych uroczystości wiązaniem i ucztą, byłobyto wykroczyć przeciw wspaniałości umysłu, i sentymentów od Jmci Pana Damona zaleconych.
Już mijał czwarty tydzień proby sentymentowej, gdy raz na kolacyi Jmć Pan Damon winem nieco rozgrzany, przemówił się z jednym kawalerem naszej kompanji. Z początku, dość politycznie dawali sobie do wyrozumienia wzajemne nieukontentowanie; od słowa do słowa, przyszło do tego, iż adwersarz Jmci Pana Damona, nazwał go oszustem i filutem. Nie mogąc wytrzymać tej zniewagi Jmci Pana Markiza, porwałem się z miejsca, tamten do szpady, w momencie wszyscy do oręża. Stał się rozruch wielki i bitwa powszechna, z naszym jednak awantażem; albowiem przeciwnik Jmci Pana Damona dostawszy ciosu, padł na ziemię. Po długiej utarczce tamci tył podali; ja ich goniąc, wyparowałem na ulicę, obskoczony od żołnierzy, odbieżony od wszystkich w tym punkcie, gdy bagnety ucinać zamyślam, nie wiem, pałaszem, czyli berdyszem w głowę cięty, padłem bez zmysłów na pobojowisku.
Co się dalej ze mną stało, nie pamiętam: to wiem, iż gdym pierwszy raz oczy otworzył, zobaczyłem się w miejscu nieznajomem; a gdym się spytał, gdzie jestem, dowiedziałem się, iż byłem w kordygardzie. Prosiłem natychmiast otaczających mnie żołnierzy, ażeby przyszedł do mnie oficer, mający nad nimi zwierzchność: przyszedł natychmiast, i gdym mu nazwisko moje powiedział, zaraz mnie własną karetą odesłał do stancyi. Niech każdy osądzi, co się zemną wtenczas działo, gdym tylko cztery mury zastał, i tę niepocieszną od zdziwionego gospodarza nowinę, iż Jmć Pan Guwerner dnia wczorajszego w nocy, zabrawszy wszystkie rzeczy, pocztą wyjechał, opowiedziawszy wprzód, iżem ja go już był uprzedził, odebrawszy wiadomość o śmierci matki mojej.
Strapiony niezmiernie, zacząłem czynić starania, aby się dowiedzieć o zbiegłym Damonie, ale usiłowania moje były niewczesne. Chciałem się o nim informować w domu Jejmość Pani Baronowej, ale i tej nie zastano: pokazało się albowiem naówczas, iż to była awanturnica, od niedawnego czasu w tem mieście bawiąca się, która kilku młodzieży powabami mniemanych córek swoich, złudziła i oszukała. Zapewne zaś bojąc się dla siebie złych konsekwencyj, po ostatnim przypadku, uciekła z zabranym łupem nieostrożnej młodzieży.
[26.07.2027, Toruń]
381. dać po garach - slang. mot. przyśpieszyć, dodać gazu; slang. muz. grać na perkusji mocno, głośno, z wielką siłą
382. dać po hamulcach - slang. mot. gwałtownie zahamować
383. dać po nosie - dać komuś nauczkę, skarcić kogoś
384. dać prztyczka w nos - dać komuś nauczkę, zakpić sobie z kogoś, okazać komuś lekceważenie
385. dać radę - poradzić coś komuś, przekazać komuś jakąś radę; zdołać coś zrobić, poradzić sobie
386. dać słowo - zobowiązać się do zrobienia czegoś; zapewnić, że coś jest prawdą
387. dać sobie siana - pot. dać sobie spokój, zrezygnować z czegoś, zmienić zdanie, odpuścić sobie
388. dać szkołę - nauczyć poprawności w praktyce
389. dać święty spokój - przestać kogoś zaczepiać, niepokoić, wtrącać się
390. dać w łapę - dać komuś łapówkę, przekupić kogoś
391. dać w palnik - slang. wypić bardzo dużo alkoholu
392. dać w skórę - dowalić komuś, pobić
393. dać wolną rękę - pozwolić komuś samodzielnie działać, decydować o czymś
394. dać wyraz - wyrazić, ujawnić, okazać coś
395. dać za wygraną - poddać się, pogodzić się z czymś, odstąpić od swoich planów, zrezygnować z czegoś
396. dalas w kieszeni - gw. (Poznań) używane w sytuacji, gdy ktoś jest biedny, nie ma pieniędzy
397. damski bokser - pejor. mężczyzna, który bije kobiety
398. dantejskie sceny - książk. przen. zdarzenia przerażające, wstrząsające, straszne, budzące grozę
399. dar niebios - coś niezwykle cennego i pozytywnego, co pojawia się niespodziewanie, przynosząc ulgę lub radość
400. dawać dobry przykład - zachowywać się w sposób godny naśladowania; pokazywać innym, jak należy postępować
[26.07.2026, Toruń[
241. anguis in herba - ukryte niebezpieczeństwo; dosł. wąż w trawie
242. animo et fide - męstwem i wiernością
243. animos labor nutrit - praca karmi umysły [Cyceron]
244. animus aeger semper errat - dosł. chory umysł zawsze błądzi
245. annuntio vobis gaudium magnum: habemus papam - ogłaszam wam wielką radość: mamy papieża
246. annus superior semper melior - rok ubiegły zawsze lepszy
247. ante nativitatem Christi - przed narodzeniem Chrystusa
248. ante pilos sapis - jajko chce być mądrzejsze od kury; dosł. mądrzysz się przed owłosieniem; mądrzysz się, zanim posiadłeś owłosienie
249. aqua et panis est vita canis - woda i chleb to życie psa
250. aquila non captat muscas - orzeł nie chwyta much
251. arcus nimium tensus rumpitur - łuk zbytnio naciągnięty pęka
252. ardua prima via est - najtrudniejszy pierwszy krok, początki są zawsze trudne; dosł. pierwsza droga jest stroma
253. argumentum pessimi turba - zgubnym argumentem jest tłum
254. Aristoteles non semper Aristoteles - i mędrzec może się pomylić – dosł. Arystoteles nie zawsze jest Arystotelesem
255. arma virumque cano - oręż i męża opiewam [Wergiliusz, Eneida]
256. ars alit artificiem - sztuka żywi twórcę
257. ars auro gemmisque prior - sztuka cenniejsza od złota i drogich kamieni
258. ars est celare artem - sztuką jest ukryć sztukę [Owidiusz]
259. ars est philosophia vitae - sztuka jest filozofią życia
260. ars gratia artis - sztuka dla sztuki
[25.07.2026, Toruń]
— «Czy to cię nie obraża, wielki bogów ojcze,
Gdy na Aresa czyny poglądasz zabójcze?
Ile ludzi ten srogi zgubił poniewierca!
Mnie przejmują boleści aż do gruntu serca,
A Kiprys³²⁰ i Apollo już się naigrawa,
Pobudziwszy szaleńca, który nie zna prawa.
Ojcze, alboż tym gniewu twego nie obruszę,
Gdy go zraniwszy, z boju ustąpić przymuszę?
— «Wzbudź na niego Palladę — Zeus odpowiada.
— «Nieraz mu ból zadała i teraz go zada».
Radosna Hera, wyraz usłyszawszy taki,
Zaraz biczem ogniste zacina rumaki.
Te lecą i szybkimi suwając kopyty³²¹,
Szlak wśród ziemi i nieba mierzą gwiazdolity.
A jak niezmierną przestrzeń ogarnie mąż, który
W ocean się wpatruje z wyniesionej góry,
Kiedy bystrym pociągnie po powietrzu wzrokiem:
Tyle boskie ulecą konie jednym skokiem.
Gdy je przyniósł na pola trojańskie bieg rączy,
Tam, gdzie Symois wody ze Skamandrem łączy,
Hera konie wyprzęga, zamyka w obłoku,
Symois im słodkiego dostarcza obroku.
Niosąc Grekom na wsparcie życzliwe prawice,
Cichym krokiem jak trwożne idą gołębice;
Lecz gdy się tam zbliżyły, gdzie rycerzy wiele
Było przy Diomedzie stojącym na czele,
Bo jak lwy ścierwo żrące albo silne dziki
Otaczają wielkiego męża wojowniki:
Hera w kształcie Stentora³²² męstwo w Grekach budzi,
Co miedzianym grzmiał głosem jak pięćdziesiąt ludzi:
— «O hańbo! Grecy, tylko macie postać męską!
Póki Achilles gromił prawicą zwycięską,
Nie śmiały Trojańczyki z bram wyruszyć nogą,
Tak wielką oręż jego nabawiał ich trwogą;
Teraz się ocierają o nawy³²³ zuchwali».
Tymi słowy wojenny w piersiach ogień pali.
Pallas zaś do mężnego Tydejda³²⁴ przychodzi.
Stojąc przy wozie, rycerz ranę swoją chłodzi,
Którą mu Pandar zadał. Pod twardym rzemieniem
Ogromnego puklerza³²⁵ pot ciecze strumieniem;
Stracił moc w ręce, długą pracą zmordowany,
Uniósłszy puklerz, czarną krew ocierał z rany.
Dotknąwszy jarzma Pallas w tym rzecze sposobie:
— «Możnaż wierzyć, że płynie krew Tydejda w tobie?
Ojciec miał umysł wielki, chociaż w ciele małem.
Z jednakim na plac boju wychodził zapałem;
A gdym go chciała czasem w zapędzie utrzymać,
Nie przestawał się rycerz w mężnym sercu zżymać.
Przybył do Teb za posła wspólnej Greków rady,
Jam kazała spokojnie używać biesiady;
----------------------------------------------------------------
³²⁰Kiprys — przydomek Afodyty, bogini miłości, pochodzący od nazwy Cypru, przy brzegu którego narodziła się z piany morskiej.
³²¹kopyty — dziś popr. forma N.lm: kopytami.
³²²Stentor — bohater Iliady, Grek znany z donośnego głosu.
³²³nawa (daw.) — statek, okręt.
³²⁴Tydejd — syn Tydeusa; chodzi o Diomedesa, króla Argos.
³²⁵puklerz — rodzaj okrągłej tarczy.
----------------------------------------------------------------
Lecz nie dało się jego uhamować męstwo:
Wyzwał wszystkich Kadmejów³²⁶ i odniósł zwycięstwo.
Takie wsparcie ode mnie w każdej miał potrzebie.
Równie ci towarzyszę, równie grzeję ciebie,
Abyś z trojańskim śmiało potykał się ludem;
Lecz albo długim jesteś wysilony trudem,
Albo ci strach nikczemny w piersiach serce ścina:
Jakże od siebie Tydejd różnego ma syna!
A Diomed: — «Bogini! Ciebie ja poznaję,
Przeto ci wszystko powiem i nic nie zataję.
Ani mnie strach osłabia, ani gnuśność ima³²⁷,
Lecz mnie z twoich ust własnych wyszły rozkaz trzyma:
Zakazując podnosić przeciw bogom dłoni,
Wtedyś mi tylko użyć pozwoliła broni,
Gdyby Kiprys odwiedzić śmiała krwawe boje.
I sam się cofam, pomny na rozkazy twoje,
I to każę achajskiej zgromadzić się młodzi:
Bo widzę, że Trojanom Ares tam przywodzi».
A na to modrooka Pallada tak rzecze:
— «Tydejdo, sercu memu najmilszy człowiecze!
Ani się bój Aresa, choć bije zażarcie,
Ani innego boga; masz ode mnie wsparcie.
Już przeciw Aresowi dzielne zwróć rumaki
I boga, co się miota jak szaleniec jaki,
A w niczym statku³²⁸ nie zna, twoją rań prawicą.
Uwiązał się on Herze i mnie obietnicą,
Że będzie wspierać Greki; dzisiaj, wiarołomca,
Trojanom jest pomocnik, a Greków pogromca».
To rzekłszy, ściąga z wozu Kapaneja plemię:
Mężny Stenel natychmiast wyskoczył na ziemię;
Zaraz na wóz bogini siada nieprzelękła
Przy wielkim Diomedzie: oś straszliwie jękła
Pod Pallady i męża dzielnego ciężarem;
Bierze lejce do ręki, a gniewu pożarem
Tchnąca ku Aresowi, rumaki zacina.
Ten dopiero co zwalił Ochezjosa syna,
Etola Peryfanta, olbrzymiej postawy;
Z zabitego rycerza zdarł Ares łup krwawy.
Pędzi ku niemu Pallas, a na głowę wdziała
Niewidkę Aidową³²⁹, bo się ukryć chciała.
Postrzegł Ares idących przeciw sobie śmiało,
Porzuca zabitego Peryfanta ciało,
A sam na nich pośpiesza. Gdy już byli z bliska,
Pierwszy on oszczep silny silną ręką ciska,
Pewny, że jego grotem Diomed polegnie.
Ponad jarzmem i lejcem środkiem pocisk biegnie,
Lecz go chwyta siedząca na wozie bogini,
Na bok zwraca i próżny boga zamach czyni.
Znowu z kolei pocisk Diomed wymierzył:
Od Pallady³³⁰ niesiony, tam oszczep uderzył,
Gdzie nad stanem rycerski pas się rozpościera;
Tam trafia grot i boską ostrzem skórę zdziera.
-------------------------------------------------------------------------------------
³²⁶Kadmejowie — określenie Tebańczyków od imienia Kadmosa, założyciela miasta.
³²⁷imać (daw.) — chwytać.
³²⁸statek (daw.) — stateczność.
³²⁹aidowy — należący do Hadesa, boga śmierci i patrona zaświatów.
³³⁰od Pallady — dziś popr.: przez Palladę.
----------------------------------------------------------------------
Wyciągnęła go Pallas; z poniesionej rany
Tak doniośle zaryczał bóg Ares miedziany,
Jako dziewięć lub dziesięć tysięcy by razem
Krzyknęło ludzi, krwawym walczących żelazem.
Równie Greków, jak Trojan zimny strach przeniknął:
Tak straszliwie niesyty boju Ares ryknął.
A jak oczom obłoki wydają się mgliste,
Przypędzone z południa przez wiatry ogniste:
Tak się Diomedowi zda Ares ponury,
Gdy wstępował do nieba uniesiony chmury…
Odegnawszy Aresa od mężów pogromu,
Hera i Pallas wraca do Zeusa domu.
[25.07.2026, Toruń]
2492. Zaklinek - zaklęcie, przysięga
2493. Zaklinić - zaklinować
2494. Zakład - zakładanie, założenie; posada, podwalina, fundament
2495. Zakład wału - niższa część wału;
2496. Zakład - zastawienie się, zasłonięcie się; zastaw, fant; kaucja
2497. Zakład - rękojmia, zadatek, zasada, filar, fundament; zapewnienie, zaręczenie
stawka, nagroda
2498. Zakładnik - ten, co się z kim zakłada o coś
2499. Zakładny, zakładowy - tyczący się zakładu
2500. Zakłosować - zadzierzgnąć, zawiązać.
2501. Zakłócić, zakłócać - zakłopotać, zaturbować, zaambarasować; zatrudnić, zainteresować
2502. Zakłótnik - ten, co zakłóca
2503. Zakochać kogoś - pokochać
2504. Zakochały - zakochany
2505. Zakoł, zakolenie - łuk, koło zatoczone, bieg wkoło, gatunek jazu
2506. Zakoła - obwód, okrąg, obrąb
2507. Zakołowrocić się (o koniach) - dostać zawrotu, kołowacizny
2508. Zakomorka - komórka zakątna
2509. Zakon - prawo, ustawa, przepis prawny
2510. Zakon - religja, wyznanie, wiara; prawość, sumienność, obowiązek
2511. Zakon - stan, powołanie (Zakon wdowi, małżeński, panieński
2512. Zakonniczka - zakonnica
2513. Zakonniczy - zakonny
2514. Zakonnik - uczony, biegły w zakonie, to jest w Piśmie św.
2515. Zakonny - tyczący się zakonu, tyczący się starego zakonu (starozakonny); biegły,
doświadczony w zakonie
2516. Zakonochrońca - stróż prawa, przestrzegacz prawa
2517. Zakonodawca, zakonudawca - prawodawca; założyciel zakonu religijnego
2518. Zakonokaźca, zakonoborca - ten, co łamie prawo
2519. Zakononośca - prawodawca, legislator
2520. Zakonoprzestępca - przestępca zakonu
2521. Zakonoprzestępny - występny wobec prawa; bluźnierczy
2522. Zakonoprzestępstwo - przestąpienie prawa
2523. Zakop - szaniec
2524. Zakordonować - zająć w kordon (Z. prowincję).
2525. Zakorzeniałość - to, co się zakorzeniło; zakorzenienie
2526. Zakorzenić - zaprawić korzeniami
2527. Zakościć - zapokostować
2528. Zakracić, zakracać - zakratować (okno)
2529. Zakrady - zakradanie się, zakradzenie się
2530. Zakrajny - tyczący się zakrajania
2531. Zakrasić - zaprawić okrasą, okrasić.
2532. Zakrata - więzienie, ciemnica; miejsce za kratą
2533. Zakrawek, zakrawka - zakrojenie, zakrawanie; kawał zakrojony
2534. Zakres - kresa zacięta, karb; obwód, powiat, dystrykt.
2535. Zakresić, zakrzesić, zakrześlić, zakresać - zakrzesać, zakreślić
2536. Zakręcić się, zakrącić się, zakręcać się - nagiąć się, nałamać się
2537. Zakręcywać - zakręcać
2538. Zakręt, zakręta - wykręt, wybieg, kruczek;
2539. Zakręt - zawrócenie z powrotem, ucieczka; krętanina, zabieg, zachód, kłopot
2540. Zakrętek: ciąć zakrętkiem - zakręciwszy pałaszem, szablą wkoło.
2541. Zakrętny - pełen zakrętów, wężykowaty, labirynt
2542. Zakrętny - wykrętny, podstępny, chytry, zawracający głowę, zawrotny
2543. Zakroczyć, zakraczać - zastąpić, zająć coś, zaskoczyć, zajść, stanąć na przeszkodzie zabiec, zapobiec
2544. Zakroić, zakrawać - kasować się, zagiąć parol, postąpić rozumnie
2545. Zakrawać kogoś / czegoś - zarywać; być podobnym do kogo, do czego (on zakrawa na Włocha, Żyda
2546. Zakropić, zakrapiać - zasilić kropieniem, odwilżyć, pokropić,zmieszać, stropić, skonfudować
2547. Zakrólować - zacząć królować
2548. Zakrszyć - krusząc zapuścić
2549. Zakrtunić, zakrtusić - zakrztusić; zakrztusić się.
[25.07.2026. Toruń]
Nazwa "buddyzm" pochodzi od słowa budhi, które znaczy tyle co "przebudzić się", tak więc buddyzm może być nazywany "filozofią przebudzenia". Filozofia ta ma swój początek w doświadczeniu Siddhatthy Gotamy, znanego jako Budda, który mając trzydzieści pięć lat, dzięki własnym staraniom, doznał przebudzenia. Buddyzm liczy sobie obecnie dwa i pół tysiąca lat i ma około trzysta milionów wyznawców na całym świecie. Przez wiele stuleci buddyzm był głównie nurtem dominującym w Azji, lecz stopniowo zdobywa zwolenników także w Europie, Australii i Ameryce.
Buddyzm jest jedynie filozofią?
Słowo "filozofia" powstało w wyniku złożenia słów phileo, co znaczy "miłować", oraz sofia, które oznacza "mądrość". Jest zatem filozofią, czyli umiłowaniem mądrości, lub miłością i mądrością w jednym. Oba znaczenia opisują buddyzm doskonale. Buddyzm naucza, że powinnyśmy starać się w pełni rozwinąć nasze zdolności intelektualne, abyśmy mogli osiągnąć pełne i jasne zrozumienie. Uczy nas także rozwijać w sobie miłość i dobroć, byśmy potrafili być prawdziwymi przyjaciółmi wszystkich istot. Buddyzm nie jest więc zwykłą filozofią - jest filozofią najwyższą, najwspanialszą.
Kim był Budda?
W roku 563 p.n.e. w rodzinie królewskiej, w północnych Indiach, urodził się chłopiec. Dorastał w obfitości i luksusie lecz w pewnym momencie doszedł do wniosku, że doczesne wygody i bezpieczeństwo nie gwarantują szczęścia. Był głęboko poruszony cierpieniem, które widział wokół i postanowił znaleźć klucz do stanu szczęśliwości. Gdy miał dwadzieścia dziewięć lat, opuścił swoją żonę i dziecko i udał się do największych duchowych nauczycieli, by uczyć się od nich. Nauczyli go wiele, jednak żaden nie wiedział tak naprawdę nic o przyczynie cierpienia, ani w jaki sposób można by je przezwyciężyć. W końcu po sześciu latach poszukiwań, ciągłych zmagań i medytacji doświadczył uwolnienia ze stanu niewiedzy, a cała niewiedza rozpłynęła się. W jednej chwili wszystko stało się dlań jasne. Od tego dnia nazywany jest Buddą Przebudzonym. Żył przez kolejne czterdzieści pięć lat, w trakcie których podróżował po całych północnych Indiach, ucząc innych tego, co odkrył. Jego współczucie i cierpliwość były legendarne. Miał tysiące uczniów. Mając osiemdziesiąt lat, stary i chory - lecz wciąż pełen dostojności i spokoju - zmarł.
Czy nie było to nieodpowiedzialne ze strony Buddy, że odszedł od swojej żony i dziecka?
Z pewnością nie było Buddzie łatwo podjąć decyzję o opuszczeniu żony i dziecka. Musiał się martwić i wahać przez długi czas, nim ostatecznie odszedł. Miał jednak wybór: poświęcić swoje życie rodzinie lub poświecić je światu. Ostatecznie jego wielkie współczucie sprawiło, że wybrał cały świat - i do dziś cały świat doświadcza korzyści z powodu ofiary, którą uczynił. Nie było to nieodpowiedzialne. Możliwe, że było to najbardziej znaczące poświęcenie w dziejach
[25.07.2026, Toruń]
Stworzenie świata i człowieka
1:1 Na początku stworzył Bóg niebo i ziemię.
1:2 A ziemia była pustkowiem i chaosem; ciemność była nad otchłanią, a Duch Boży unosił się nad powierzchnią wód.
1:3 I rzekł Bóg: Niech stanie się światłość. I stała się światłość.
1:4 I widział Bóg, że światłość była dobra. Oddzielił tedy Bóg światłość od ciemności.
1:5 I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą. I nastał wieczór, i nastał poranek - dzień pierwszy.
1:6 Potem rzekł Bóg: Niech powstanie sklepienie pośród wód i niech oddzieli wody od wód!
1:7 Uczynił więc Bóg sklepienie, i oddzielił wody pod sklepieniem od wód nad sklepieniem; i tak się stało.
1:8 I nazwał Bóg sklepienie niebem. I nastał wieczór, i nastał poranek - dzień drugi.
1:9 Potem rzekł Bóg: Niech się zbiorą wody spod nieba na jedno miejsce i niech się ukaże suchy ląd! I tak się stało.
1:10 Wtedy nazwał Bóg suchy ląd ziemią, a zbiorowisko wód nazwał morzem. I widział Bóg, że to było dobre.
1:11 Potem rzekł Bóg: Niech się zazieleni ziemia zieloną trawą, wydającą nasienie i drzewem owocowym, rodzącym według rodzaju swego owoc, w którym jest jego nasienie na ziemi! I tak się stało.
1:12 I wydała ziemia zieleń, ziele wydające nasienie według rodzajów jego, i drzewo owocowe, w którym jest nasienie według rodzaju jego. I widział Bóg, że to było dobre.
1:13 I nastał wieczór, i nastał poranek - dzień trzeci.
1:14 Potem rzekł Bóg: Niech powstaną światła na sklepieniu niebios, aby oddzielały dzień od nocy i były znakami dla oznaczania pór, dni i lat!
1:15 Niech będą światłami na sklepieniu niebios, aby świecić nad ziemią! I tak się stało.
1:16 I uczynił Bóg dwa wielkie światła: większe światło, aby rządziło dniem, i mniejsze światło, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy.
1:17 I umieścił je Bóg na sklepieniu niebios, aby świeciły nad ziemią.
1:18 I rządziły dniem i nocą oraz aby oddzielały światłość od ciemności. I widział Bóg, że to było dobre.
1:19 I nastał wieczór, i nastał poranek - dzień czwarty.
1:20 Potem rzekł Bóg: Niech zaroją się wody mrowiem istot żywych, a ptactwo niech lata nad ziemią pod sklepieniem niebios!
1:21 I stworzył Bóg wielkie potwory i wszelkie żywe, ruchliwe istoty, którymi zaroiły się wody, według ich rodzajów, nadto wszelkie ptactwo skrzydlate według rodzajów jego; i widział Bóg, że to było dobre.
1:22 I błogosławił im Bóg mówiąc: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie wody w morzach, a ptactwo niech się rozmnaża na ziemi!
1:23 I nastał wieczór, i nastał poranek - dzień piąty.
1:24 Potem rzekł Bóg: Niech wyda ziemia istotę żywą według rodzaju jej: bydło, płazy i dzikie zwierzęta według rodzajów ich. I tak się stało.
1:25 I uczynił Bóg dzikie zwierzęta według rodzajów ich, i bydło według rodzaju jego, i wszelkie płazy ziemne według rodzajów ich; i widział Bóg, że to było dobre.
1:26 Potem rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na obraz nasz, podobnego do nas i niech panuje nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad bydłem, i nad całą ziemią, i nad wszelkim płazem pełzającym po ziemi.
1:27 I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich.
1:28 I błogosławił im Bóg, i rzekł do nich Bóg: Rozradzajcie się i rozmnażajcie się, i napełniajcie ziemię, i czyńcie ją sobie poddaną; panujcie nad rybami morskimi i nad ptactwem niebios, i nad wszelkimi zwierzętami, które się poruszają po ziemi!
1:29 Potem rzekł Bóg: Oto daję wam wszelką roślinę wydającą nasienie na całej ziemi i wszelkie drzewa, których owoc ma w sobie nasienie: niech będzie dla was pokarmem!
1:30 Wszystkim zaś dzikim zwierzętom i wszelkiemu ptactwu niebios, i wszelkim płazom na ziemi, w których jest tchnienie życia, daję na pokarm wszystkie rośliny. I tak się stało.
1:31 I spojrzał Bóg na wszystko, co uczynił, a było to bardzo dobre. I nastał wieczór, i nastał poranek - dzień szósty.
[25.07.2026, Toruń]
I DZIELĘ SIĘ - OPOWIADANIE Z MINIONYCH LAT
31 lipca 1945 r.
– Ale – mówię – nie udała się panu ta sztuka, kompletna klapa, panie, co?
Spojrzał na mnie krzywo.
– Jak to? Co pan przez to rozumie?
– Ano nic, tylko wydaje mi się, żeś pan sknocił ten dramat, ale grunt się nie przejmować, ma pan dopiero pięćdziesiątkę, wyrobi się pan jeszcze.
– A można wiedzieć – pyta dramaturg – co się wam nie podobało w mojej sztuce?
– Widzicie – mówię – ja nie byłem na waszym Dzwonku niedzielnym, ale widać coś nie w porządku, kiedy go zdjęli po trzech dniach z afisza. Pogrzebowy dzwonek – zażartowałem ze śmiechem.
– Autor Dzwonka niedzielnego ukłonił mi się ozięble i nie podając ręki odszedł na stronę. W tej samej chwili usiadł przy moim stoliku pewien poeta liryczny. Poklepał mnie po ramieniu i mówi:
– Ach, młody, naiwny człowieku. Wroga sobie zrobiłeś w autorze Dzwonka niedzielnego, a to źle, bardzo źle, stary prowadzi recenzję w „Czkawce Kulturalnej”...
– Jak to – powiadam – wroga? Przecież wszyscy to mówią o Dzwonku niedzielnym. Wiadomo, szmira.
– No tak, tak – uśmiechnął się mój rozmówca – wiemy o tym, ale to nie w tej formie, nie w tej formie... no, mniejsza z nim, wiadomo, stary dureń, grafoman... Ale cóż powiecie o moim Listku kaliny?To nie jest, oczywiście, nic nadzwyczajnego, nic epokowego, ale...
– Tak – mówię – macie rację, kolego. Ten wasz Listek kaliny nie jest nadzwyczajny, nic oryginalnego, nic nowego, macie rację, nie rozpocznie się od Listka nowa epoka, przepraszam, chcieliście jeszcze coś powiedzieć…
Autor Listka kaliny spojrzał na mnie tak twardo i źle, że zrobiło mi się nieprzyjemnie.
– Co wam się stało – pytam – gdzie idziecie?
– Odszedł bez słowa. „Trudno – myślę – ludzie są teraz trochę przewrażliwieni, nerwy, wojna; ale co mu się stało?”.
Zabrałem się do przerwanego obiadu. Obok mnie znów wolne miejsce.
W tym czasie przyszła pewna znajoma, która pisze powieść. Zaczęliśmy rozmawiać o obiadach, o przydziałach. Ale znajoma wplątała w to swoją powieść.
– Tak – powiadam – to trudna sprawa, trzeba pracować, geniuszów między nami chwilowo nie ma.
Koleżanka spoważniała i zamilkła. Rozejrzałem się dokoła, ale zauważyłem, że wszyscy są odęci i jakby czymś osobiście urażeni. Po chwili milczenia znajoma spytała:
– A kolega pisze coś nowego?
– Mam – mówię – dłuższe opowiadanie, ale to nic niewarte, po prostu liche. Ano nie wydarzyło się i już...
– Ale, co kolega mówi, jestem pewna...
– Słowo daję, podła rzecz, odrzucili w „Czkawce Kulturalnej”, żeby tak umieścili chociaż w „Wodzie Literackiej”. Posłałem na wszelki wypadek.
1 stycznia 1946 r.
Siedzę przy obiedzie. Patrzę, wchodzi autor Dzwonka niedzielnego. Zrywam się, kłaniam, zacieram rączki z uśmiechem, podbiegam.
– Mistrzu – powiadam – mam właśnie pańską powieść Dzwon na trwogę, pragnę prosić o dedykację, to jest wspaniałe... – jąkam – zachwycające, my młodzi czekamy na słowo... Dzwon ozwał się w nas... – i bełkocę dalej w tym sensie.
Mistrz poklepał mnie po ramieniu:
– Aaa, czytałem opowiadanie kolegi w „Wodzie Literackiej”, dlaczego kolega nie przysłał czegoś do „Czkawki”? Bardzo miłe to opowiadanie...
– Mistrzu – powiadam – czy nie wznowią pańskiego dramatu, ach, nie mogę odżałować, że nie widziałem Dzwonka niedzielnego, niestety, złamana noga...
Autor Dzwonka niedzielnego uśmiechnął się i uścisnąwszy mi mocno prawicę, podszedł do bufetu.
Ledwo ochłonąłem, a tu idzie twórca Listka kaliny, poeta. Wymieniamy ukłony, uśmiecham się, podchodzę, nawiązuję rozmowę.
– Wie pan – powiadam – czytałem drugi i trzeci raz Listek kaliny, tak, to są wiersze, do których wracamy... trzeba się przegryźć przez nie, żeby się dogryźć do rdzenia, lecz ten rdzeń... ta nadzwyczajna szczerość lirycznego wzruszenia... pragnę panu podziękować w imieniu wszystkich młodych, niezapomniane chwile spędziłem...
– Aaa, to pan... bardzo mi miło – tu przymknął oczy – a nad czym pan teraz pracuje, czytałem pańskie opowiadanie w „Wodzie Literackiej”, bardzo przyjemne. A propos proza, czy pan czytał to potworne powieścidło Dzwon na trwogę? Co też ten pryk wysiedział. Mam nawet przy sobie, ot, takie wodogłowie ten cały Dzwon na trwogę.
– Tak, tak, oczywiście – zgadzam się z twórcą Listka kaliny. Następuje serdeczny uścisk dłoni, uśmiechy. Obróciłem się na pięcie i wpadłem na uroczą znajomą, która pisze powieść. Ściskam jej dłonie, nie dopuszczam do słowa.
– Och – powiadam – pamięta pani, jak się śmiała mamusia, ciocie i wujkowie z pierwszej książki Balzaka, a później, proszę... geniusz. A wielu innych... Wyrobili się, a też grafomanili, cóż... taka kolej rzeczy, w każdym z nas jest ukryty geniusz.
Zjedliśmy razem obiad, no i na deser po ptysiu, a tu do nas podchodzi mój znajomy, też młody człowiek, krytyk.
– Kolego – powiadam i sadzam go w środku – jak wam się podobało moje opowiadanie w „Wodzie Literackiej”? Wprawdzie to nic specjalnego...
– Wiecie – powiada młody krytyk – rzeczywiście, słabe to wasze opowiadanie i anemiczne. Kompozycja szwankuje, a nawet zdania trochę niestylistycznie budujecie, tak, no, ale...
Spojrzałem ze zdumieniem i gniewem na młodego bałwana.
[24.07.2026, Toruń]