22 lipca przez
dziesięciolecia był jednym z najważniejszych dni w kalendarzu
państwowym Polski Ludowej. Narodowe Święto Odrodzenia Polski,
ustanowione na pamiątkę ogłoszenia Manifestu Polskiego Komitetu
Wyzwolenia Narodowego, stało się symbolem nowej epoki w historii
kraju.
Edward Hopper (1882 – 1967)
urodził się w rodzinie z klasy średniej w Nyack w stanie Nowy
Jork, które w tamtych czasach było tętniącym życiem ośrodkiem
transportowym i przemysłowym. Już w wieku 10 lat chłopiec poważnie
podchodził do swoich artystycznych ambicji, zaczynając podpisywać
i datować swoje rysunki. Rodzice Hoppera zachęcali go do
studiowania ilustracji komercyjnej zamiast sztuk pięknych. W związku
z tym spędził rok w New York School of Illustration, po czym
przeniósł się do bardziej poważnej New York School of Art, aby
zrealizować swoje marzenie.
W
1905 roku Hopper rozpoczął pracę jako ilustrator w nowojorskiej
agencji reklamowej.
W
latach 1906–1910 Hopper trzykrotnie podróżował do Europy,
spędzając dwa dłuższe pobyty w Paryżu. Tam tworzył piękne,
bezludne pejzaże, pozbawione turystycznych zabytków i atrakcji, w
tym „Schody w Paryżu” (1906), „Bistro” (1909), „Schody
przy rue de Lille 48 w Paryżu” (1906) oraz „Nowy most” (1909).
Wpływ impresjonistów skłonił go do wychodzenia na ulice, by
rysować i malować en plein air, czyli – jak to opisał sam Hopper
– „z natury”. Szczególnie pociągały go niezwykłe kompozycje
Édouarda Maneta i Edgara Degasa w ich przedstawieniach współczesnego
życia miejskiego.
Hopper
nie był malarzem płodnym. Często miał trudności z wyborem tematu
do namalowania, a następnie poświęcał mnóstwo czasu na
dopracowanie szczegółów kompozycji poprzez liczne szkice. Do końca
życia tworzył średnio zaledwie dwa obrazy olejne rocznie. Hopper
zainspirował niezliczoną liczbę malarzy, fotografów, filmowców,
scenografów, tancerzy, pisarzy i muzyków, a termin „hopperowski”
jest obecnie powszechnie używany w odniesieniu do obrazów
przywodzących na myśl nastroje i motywy charakterystyczne dla
twórczości Hoppera. W sztukach wizualnych wpływ Hoppera dotknął
artystów posługujących się różnymi mediami, w tym Marka Rothko,
George’a Segala, Banksy’ego, Eda Ruschę i Tony’ego Ourslera.
Zainspirował również całą szkołę fotografów, w tym Roberta
Adamsa, Diane Arbus, Harry’ego Callahana, Williama Egglestona,
Walkera Evansa, Roberta Franka, Lee Friedlandera i Stephena Shore’a.
Hopper wywarł nie mniejszy wpływ na kinematografię. Inspirację z
dramatycznych ujęć, oświetlenia i ogólnego nastroju obrazów
Hoppera czerpały całe pokolenia filmowców, m.in. Sam Mendes, David
Lynch, Robert Siodmak, Orson Welles, Wim Wenders i Billy Wilder. Jego
obraz „Dom przy torach kolejowych” (1925) stał się inspiracją
dla domu Alfreda Hitchcocka w filmie „Psychoza” (1960), a także
dla domu z filmu Terrence’a Malicka „Dni nieba” (1978).
1.
Poranne słońce
2.
Nocna konferencja
3.
W samo południe
4.
Latarnia morska i budynki, Portland Head, Cape Elizabeth, stan Maine
Ilekroć był na
starówce, starał się dojść Floriańską pod mury obronne, aby
przynajmniej zerknąć na wystawiane w tym miejscu obrazy. Spory tłum
gromadził się oglądając malunki zawieszone wprost na murach lub
położone bezpośrednio na plastykowych płachtach, na kartonach czy
też opartych na walizkach lub taboretach. Obok wystawianych prac
siedzieli malarze, głównie w wieku studenckim lub osoby pełniące
rolę sprzedawców – każdy z nich opiekował się kilkoma czy
kilkunastoma obrazami, a każdemu z nich poświęcał parę słów,
gdy zdawało mu się, że ten czy ów oglądający prace malarskie
wykazuje zainteresowanie danym płótnem.
Adam zwrócił uwagę,
że tak jak zwykle (często bywał w Krakowie w okresie letnim)
pośród udanych, nie ma co mówić, kopii przeważają Van Gogh-owe
słoneczniki. Nie był to jego ulubiony malarz, a ponadto wolał
przypatrywać się oryginałom, scenkom rodzajowym, portretom,
krajobrazom, jak i też widoczkom Krakowa, zwłaszcza w akwareli lub
w gwaszu. Spędzał przed tą galerią sporo czasu, czasami z pewną
nutką nieśmiałości dopytywał się o autora pracy, lecz zwykle
ci, którzy godzili się na wymianę zdań z laikiem zainteresowanym
sztuką lekceważyli młodzieńca, przypuszczając, że z pewnością
nie stać go na zakup obrazu, więc rozmowa na jaką się zgodzili
nie doprowadzi do finalizacji przedsięwzięcia – sprzedaży pracy.
W pewnej chwili
zauważył dziewczynę w podobnym jak on wieku, która trzymała w
rękach owinięty w papier obraz o wymiarach przynajmniej 80x60
centymetrów. Domyślił się, że dopiero co odbyła się transakcja
i dziewczyna stała się właścicielką obrazu. Patrzył w tamtą
stronę dociekliwie i doszedł do wniosku, że tym owiniętym w szary
papier obrazem był widok przedstawiający prom przecinający Wisłę
pod Tyńcem. Był spostrzegawczy, przed paroma minutami widział ten
obraz przytwierdzony do ściany muru obronnego, a teraz tam go nie
było.
Trudno powiedzieć,
co tak naprawdę skłoniło go do podążenia w kierunku dziewczyny;
z jednej strony spodobała mu się jej delikatna sylwetka, jasne
włosy opadające na ramiona i niezwykle zgrabne nogi zaledwie
zakrywając kolana. Ubrana była w letnią sukienkę, zwiewną,
kolorową, z białymi falbankami wieńczącymi spód sukienki, dekolt
i ramiona; oprócz tego chciał z nią porozmawiać na temat
zakupionego obrazu, dowiedzieć się, dlaczego ten, a nie inny został
przez nią wybrany.
Chociaż nie był
przesadnie otwarty na rozmowy z dziewczętami w jej wieku, tym razem
nie zwlekając, podszedł do niej i wpadł na pomysł, aby się jej
przypodobać, co
rozumiał jako propozycjędaną
dziewczynie, polegającą na służeniu jej pomocą
w niesieniu obrazu.
- Cześć, widziałem
cię, jak kupowałaś obraz – odezwał się dochodząc do
nieznajomej na odległość
wyciągniętej
ręki.
- Nie kupowałam –
zaprzeczyła. – Ciotka
już uzgodniła z autorem
obrazu,
studentem, że weźmie tę „Przejażdżkę promem”, a ja tylko
pośredniczyłam w zakupie. Podobał ci się ten obraz?
- Owszem, muszę ci
powiedzieć, że płynąłem pod Tyńcem tym promem, kiedy byłem w
Krakowie w zeszłym roku.
- Ciekawe. Często
przyjeżdżasz tutaj?
- Tak. Przyjeżdżam
do wujostwa na Bronowicach – odparł mając nadzieję, że znajdzie
z dziewczyną jakieś zaczepienie do rozmowy.
- Widzę, że znasz
Kraków.
- Wciąż go poznaję.
Robię sobie całodniowe piesze i tramwajowe wycieczki po mieście –
pochwalił się. – A ta ciotka gdzie mieszka?
- Cichy Kącik…
znasz to miejsce? – była szczerze zaskoczona.
- Tak, raz tam
dotarłem tramwajem, chyba ósemką, choć mogę się mylić. Długa
droga przed tobą.
- Tramwajem nie tak
daleko – zapewniła.
- Tam jest sporo
ciekawych urbanistycznie wilii zbudowanych w początku XX wieku –
pochwalił się swą wiedzą po raz kolejny.
- To sobie wyobraź,
że ciotka mieszka w jednej z takich wilii.
No i po Mundialu,
który nie interesował mnie tak bardzo i kiedy był mecz o trzecie
miejsce – Francja - Anglia (4-6), to patrzyłem sobie na siatkówkę
i pojedynek Polski z Francją (3-0). Po prostu wolę siatkówkę.
Wracając do piłki nożnej: tu jestem od zawsze kibicem Argentyny,
więc na mecz patrzyłem, ale mówiąc szczerze Hiszpania była
piłkarsko lepsza i zasłużenie wygrała, i tyle w temacie.
Zastanawiam się jak
czuł się Donald Trump, który wręczał złote medale Hiszpanom, bo
jak wiadomo dla „pomarańczowy egoista” nie jest zadowolony z
Hiszpanii, uznając ją za kraj niepomocny, z którym nie chce mieć
nic do czynienia. Niedawno oświadczył, że Stany Zjednoczone nie
będą kontynuować współpracy z tym państwem i całkowicie zerwą
z nią stosunki handlowe, słowem – nie chce mieć z Hiszpanią nic
do czynienia; podobnie zresztą jak z Kanadą, która nie umie sobie
radzić z pożarami, zdaniem bufona, i trzeba będzie wprowadzić na
kraj klonowego liścia dodatkowe cła, bo w Waszyngtonie nie było
czym oddychać.
1412.
Czytam obecnie
„Śledztwo prowadzi radca Heumann” Ladisłava Fuksa i cały czas
rozszyfrowuję narrację tego świetnego czeskiego pisarza, i nie
mogę się nadziwić, jak prowadząc na ten przykład dialogi, wtrąca
opisy zachowanie się bohaterów, mierzy się z każdym detalem,
który nie jest jedynie tłem, na którym toczą się rozmowy, ale to
tło ma swoje głębokie uzasadnienie w utworzonym przez autora
świecie przedstawionym, wyznaczając przy tym tempo akcji.
Próbowałem, niestety z nie najlepszym skutkiem stosować tę
technikę w moich tekstach, ale spróbuję jeszcze.
1413.
Dziwna jest ta
lipcowa pogoda. Z jednej strony mamy do czynienia z krótkotrwałymi
ogromnymi, rekordowymi upałami (mam na myśli nasz kraj), a z
drugiej strony średnia dobowa temperatura jest niska, by nie
powiedzieć: rekordowo niska. W mediach co i rusz straszy się nas
burzami, choć wiadomo, że te najpotężniejsze burze zdarzają się
wtedy, gdy mamy upał, a te kolejne nie są już to groźne; dotyczy
to również ulew, które pojawiają się po zderzeniu frontów
gorącego i zimnego. Media przedstawiają tę naszą zmienną pogodę
(uwaga – klimat nasz był i jest zmienny), jakby każda burza czy
ulewa była zjawiskiem dotąd niespotykanym na naszych szerokościach
geograficznych i należy w związku uciekać, gdzie pieprz rośnie.
Rozpatrzywszy się Szaman w sercach
owéj zgrai wygnańców, rzekł sam w sobie: Zaprawdę nie znalazłem
tu, czegom szukał; oto serca ich słabe są i dadzą się podbić
smutkowi.
Dobrzy byliby z nich ludzie w
szczęściu, ale je nędza przemieni w ludzi złych i szkodliwych.
Co uczyniłeś, Boże?
Azaż każdemu kwiatowi nie dajesz
dokwitać tam, gdzie mu jest ziemia i życie właściwe? Dlaczegoź
ci ludzie mają ginąć?
Wybiorę więc jednego z nich i
ukocham go jak syna, a umierając oddam mu ciężar mer, i większy
ciężar, niż mogą unieść inni; aby w nim było odkupienie.
I pokażę mu wszystkie nieszczęścia
téj ziemi, a potem zostawię samego w ciemności wielkiej z
brzemieniem myśli i tęsknot na sercu.
To powiedziawszy przywołał do
siebie młodzieńca imieniem Anhelli i położywszy na nim ręce
wlał w niego miłość serdeczną dla ludzi i litość.
A obróciwszy się do gromady rzekł:
Odejdę z tym młodzieńcem, abym mu pokazał wiełe rzeczy
bolesnych, a wy zostaniecie sami uczyć się, jak znosić głód,
nędzę i smutek.
Ale miejcie nadzieję; bo nadzieja
przejdzie z was do przyszłych pokoleń i ożywi je; ale jeśli w
was umrze, to przyszłe pokolenia będą z ludzi martwych.
A to, o czem pomyślicie, wypełni
się i wielka radość będzie na ziemi w on dzień
zmartwychwstania.
Lecz wy będziecie w grobach, i
całuny będą na was spróchniałe; wszakże wasze groby będą
święte, a nawet Bóg od ciał waszych odwróci robaki, i ubierze
was w umarłych dumną powagę... będziecie piękni.
Tak jak ojcowie wasi, którzy są w
grobach; bo spojrzycie na każdą czaszkę ich: nie zgrzyta ani
cierpi, lecz spokojną jest i zdaje się mówić: Dobrzem uczyniła.
Czuwajcie nad sobą, bo jesteście
jak ludzie stojący na podniesieniu; a ci, co przyjdą, widzieć was
będą.
Oto powiedziałbym wam tajemnicę, że
jednych dusze idą w słońce, a drugich dusze oddalają się od
słońca na ciemne gwiazdy, lecz nie zrozumiecie mnie!
Powiedziałbym wam, dlaczego żyjecie
i dlaczego się rodzą milijony dusz nowych i na jaki cel dane jest
ciało: lecz nie pojmiecie mnie!
Lecz mówię wam, bądźcie spokojni
nie o jutro, lecz o dzień, który będzie jutrem śmierci waszéj.
A gorsze jest jutro życia, niż
jutro śmierci. Choć nie tak myślą ludzie podli i ludzie małego
serca.
Rzekły więc do Szamana zgraje: Któż
ci dał władzę nauczać o życiu i o śmierci? Oto mamy między
sobą księży, do nich należy słowo Boskie.
Na to im odpowiedział Szaman:
Słyszeliście o Mojżeszu i o cudach, które czynił? Jam jest
Mojżesz między sybirskim ludem, a cudy czyniłem straszniejsze niż
tamten, co przed wiekami.
A nie wyszedłże z zorzy północnej
Anioł, kiedym go wywołał z płomieni? spytajcie ludu mojego.
Na moje słowo ten śnieg stał się
krwią, a te słońce szczerniało jak węgiel; wiele bowiem we mnie
jest Boga.
Lecz nie kuście mnie o cudy;
albowiem jesteście ludem starym, a wskrzesić was cudem jest. O to
proście Boga.
Aby was wskrzesił, mówię, i dobył
z mogiły i uczynił was narodem, który drugi raz kładziony jest w
kołysce i spowity; by wyrósł prosty i nie skrzywiony na ciele.
Tak mówił Szaman; i nie śmieli mu
odpowiedzieć wygnańce; lecz przyrzekli z ludem sybirskim chować
przymierze.
Do towarzystwa, z
którym siedział Profesor Tutka, zbliżył się jeden z gości i
powiedział:
— Przepraszam
najmocniej, ale kiedy zobaczyłem śród panów Profesora Tutkę, nie
mogłem przezwyciężyć chęci zbliżenia się do tego stolika. Czy
pozwolą panowie, że siądę na chwilę, dosłownie na chwilę, gdyż
nie chcę przeszkadzać, a poza tym spieszę.
Panowie powiedzieli
«prosimy», a gość przedstawił się panom.
— Ach, to pan! —
powiedział Profesor Tutka. — Nie poznałem pana w pierwszej
chwili. — Po czym przywitał gościa bardzo serdecznie.
— Tak, nic dziwnego
— mówił gość — że mnie pan nie poznał. Tam mieliśmy krótko
strzyżone głowy, poza tym parę lat i przeżycia zmieniają
człowieka. Po czym zwrócił się do panów:
— Profesor Tutka
jest moim kolegą więziennym. Spędziliśmy czas pewien razem, w
warunkach... powiedzmy, dość ciężkich... a przy tym wisiał nad
nami wciąż miecz na włosku, każdy ruch w nocy na dziedzińcu
wzbudzał pytanie: «Czy to już po nas przyjechali, żeby nas
uśmiercić, czy jeszcze nie po nas?» Może ten i ów z panów
przeżywał to samo, ale wątpię, czy który natrafił w więzieniu
na takiego towarzysza. Profesor Tutka w chwilach najcięższych
opowiadał nam historie, które nas, kolegów z jednej celi, bardzo
pocieszały. Pamiętam dobrze zwłaszcza jedną historię
pocieszającą:
Profesor Tutka, idąc
przez las, obliczał, wiele przypuszczalnie zgniótł bożych krówek,
mrówek, gąsienic, zarodków motyli. Obliczywszy, powiedział, że
choć zgniótł, świat pozostał taki sam. I nas jak uśmiercą,
świat będzie szedł naprzód i nawet się za nami nie obejrzy.
Ponieważ powiedziane to zostało w sposób bardziej interesujący,
niż ja to podaję, i tak plastycznie przedstawiona została wielkość
wszechświata, że nas, małych ludzi, to uspokoiło i zasnęliśmy
tego wieczora pocieszeni.
Gość spojrzał na
zegarek.
— Uprzedziłem
panów — powiedział — że nie będę przeszkadzał. Spieszę na
kolej.
Pożegnał panów i
poszedł.
— Bardzo miły
człowiek — powiedział sędzia. Potem zwrócił się do Profesora
Tutki: — Opowiedział pan nam dużo historii ze swego
życia, ale nigdy ani słowem nie wspomniał pan o swych przeżyciach
więziennych.
— Bardzo wielu
historii ze swego życia panom nie opowiedziałem. A tamte chwile
więzienne... Tylu moich rodaków to przeżywało i wielu o tym
mówiło, więc nie uważam, aby to miało być specjalnie
interesujące.
— A jednak —
mówił sędzia — niech nam pan z tych przejść coś opowie. W
pańskim
oświetleniu może to
będzie jednak interesujące. Nie wymagamy, aby to miało być
wesołe. Niech dziś będzie smutne.
W tej chwili sędzia
zwrócił się do kelnera:
— Proszę o ptysia,
tylko żeby krem był świeży! — po czym dalej mówił do
Profesora Tutki: — Nic pan nam dzisiaj nie opowiedział. Dajemy
panu temat i słuchamy.
Profesor Tutka
zachmurzył się trochę, milczał, ale po chwili zaczął mówić, z
wolna i melancholijnie.
— Ubiegłej zimy,
gdy się pewnego dnia obudziłem, podszedłem do okna: w nocy
niespodzianie spadł obfity śnieg. Śnieg na gałęziach, na
dachach, śnieg na balkonach, wszędzie, gdzie oczy widzą, wszędzie
puszysty biały śnieg. Północny poeta, bajka, lecące łabędzie,
sanna w dalekim dzieciństwie — to wszystko sunęło cicho, gdy
spoglądałem na ten świeżo opadły śnieg.
Profesor Tutka
zatrzymał się na chwilę, po czym mówił dalej:
— Zapewne nie
zauważyliście panowie, że w tym, co powiedziałem, nie użyłem do
tej pory ani razu litery r. Nie jest to łatwe w naszej mowie: literę
r spotykamy na każdym kroku. Lubi ona osiadać zwłaszcza w takich
słowach, jak tragizm, rozpacz, piorun, krew lub armata. Ja chciałem
powiedzieć łagodnie o bieli, ciszy, o śniegu.
Ponieważ Profesor
Tutka przestał mówić, odezwał się sędzia:
— Przyznaję, że
wstęp był oryginalny. Słuchałem z zaciekawieniem i nie dotknąłem
nawet podanego mi ptysia. Czekamy teraz na ciąg dalszy.
— To nie był
wstęp. To wszystko, co chciałem powiedzieć.
— O przeżyciach
więziennych?
— Nie. O śniegu
przeszłorocznym i o literze r.
— Tematem miały
być przeżycia więzienne.
— Spotka pan, panie
sędzio, niejednego, który woli czasem zmienić temat i mówić o
czymś innym. A poza tym... cóż poza tym?... Panie sędzio, niech
pan już zje tego ptysia z kremem, którego miał pan jeść podczas
mego opowiadania o przeżyciach więziennych.
361. czyn
społeczny - nieodpłatna praca dla dobra ogółu wykonywana
często w celu uczczenia jakiejś rocznicy czy święta narodowego;
zob. też czyn społeczny
362. czynić
honory domu - gościć z szacunkiem i jako gospodarz
363. czynić
wstręty - stpol. stawiać opór
364. czyste
sumienie - poczucie, że zachowało się w sposób właściwy
moralnie i uczciwy
365. czysty jak
łza - nieskazitelnie czysty; pot. niemający żadnego związku
z jakąś sprawą
366. czysty kintop
- gw. (Poznań) ale uciecha, zabawa
367. czytać
jednym tchem - czytać szybko, z zapałem
368. czytać
między wierszami - domyślać się z treści jakichś faktów
i informacji chociaż nie zostały one wyrażone wprost
369. czytać w
kimś jak w otwartej księdze - z łatwością odgadywać czyjeś
uczucia, nastrój i myśli
370. dach nad
głową - dom, mieszkanie
371. dach świata
- przen. Mount Everest; czasem też całe Himalaje, Tybet
375. dawać dupy
- wulg. o kobiecie: odbywać stosunki seksualne z mężczyznami;
wulg. o mężczyźnie: pozwalać penetrować się doodbytniczo innemu
mężczyźnie; wulg. nie wykonywać powierzonego zadania; psuć coś;
dawać się oszukać
376. dać dyla
- pot. uciec, zwiać
377. dać kopa w
dupę - wulg. pozbyć się kogoś, wyrzucić kogoś brutalnie
378. dać kosza
- nie dać szansy drugiej osobie (w sprawach miłosnych); odmówić
komuś (np. przy oświadczynach)
379. dać nogę
- pot. uciec, zwiać
380. dać plamę
- pot. skompromitować się, źle coś zrobić
Z
wyroku bogów Syzyf musiał nieustannie toczyć pod górę głaz,
który, znalazłszy się na szczycie, spadał siłą własnego
ciężaru. Bogowie nie bez racji doszli do wniosku, że nie ma
straszniejszej kary niż praca bezużyteczna i bez nadziei.
Jeśli
wierzyć Homerowi, Syzyf był najmądrzejszym i najbardziej
przezornym ze śmiertelnych. Wedle innej tradycji jednak miał
skłonności zbójeckie. Nie widzę w tym sprzeczności. Opinie
wyjaśniające, dlaczego został bezużytecznym pracownikiem piekieł,
są rozmaite. Zarzuca się Syzyfowi przede wszystkim, że traktował
bogów z niejaką lekkością. Zdradzał ich tajemnice. Egina, córka
Asoposa, została porwana przez Jowisza. Ojciec, zaskoczony tym
zniknięciem, poskarżył się Syzyfowi. Ten wiedząc w czym rzecz,
przyrzekł Asoposowi, że się tym zajmie, pod warunkiem jednak, że
Korynt otrzyma od niego wodę. Wolał błogosławieństwo wody od
piorunów niebieskich, za co został ukarany w piekle. Homer opowiada
również, że Syzyf uwięził śmierć. Pluton nie mógł ścierpieć
widoku swego pustego i niemego królestwa. Pchnął boga wojny, który
wyzwolił Śmierć z rąk jej zwycięzcy.
Podobno
też Syzyf, gdy był bliski śmierci, chciał nieprzezornie
wypróbować miłość swojej żony. Nakazał jej, aby nie grzebała
jego ciała, ale rzuciła je na plac publiczny. I tak trafił do
piekieł. Rozdrażniony postępkiem żony tak sprzecznym z ludzką
miłością, wyjednał sobie u Plutona powrót na ziemię, aby ją
ukarać. Ale gdy znów zobaczył świat i zakosztował smaku wody i
słońca, ciepłych kamieni i morza, nie chciał powrócić do cieni
piekielnych. Nie pomogły wezwania, gniewy i ostrzeżenia. Żył
jeszcze długie lata mając przed oczami łuk zatoki, olśniewające
morze i uśmiechy ziemi. Trzeba było aż wyroku bogów. Zjawił się
Merkury, by pochwycić zuchwalca; i pozbawiając Syzyfa jego radości,
siłą zaciągnął go do piekieł, gdzie czekał już przygotowany
kamień. Nietrudno zrozumieć, że Syzyf jest bohaterem absurdalnym
tak przez swoje pasje, jak i udręki. Za pogardę dla bogów,
nienawiść śmierci i umiłowanie życia zapłacił niewypowiedzianą
męką: całe istnienie skupione w wysiłku, którego nic nie
skończy. Oto cena, jaką trzeba zapłacić za miłość do tej
ziemi. Nie wiemy nic o Syzyfie w piekle.
Po
to są mity, by ożywiała je wyobraźnia. Tu widać ciało napięte,
aby dźwignąć ogromny kamień i pchnąć go w górę po stoku,
setki już razy przebytym; widać ściągniętą twarz, policzek przy
kamieniu, pomocne ramię, o które wspiera się oblepiona gliną
masa, stopę odnajdującą równowagę, palce sprawdzające pozycję
głazu i dwie pełne ziemi, niezawodne ludzkie dłonie. U końca tego
długiego wysiłku, mierzonego przestrzenią bez nieba i czasem bez
głębi, cel jest osiągnięty. Syzyf patrzy wówczas, jak kamień w
kilka chwil spada na dół, skąd trzeba będzie go znów wynieść
na górę. Schodzi na równinę. Interesuje mnie Syzyf podczas tego
powrotu, podczas tej pauzy. Twarz, która cierpi tak blisko kamieni,
sama jest już kamieniem. Widzę, jak ten człowiek schodzi ciężkim,
ale równym krokiem ku udręce, której końca nie zazna. Ten czas,
który jest jak oddech i powraca równie niezawodnie jak przeznaczone
Syzyfowi cierpienie, jest czasem jego świadomości. W każdej z
owych chwil, kiedy ze szczytu idzie ku kryjówkom bogów, jest ponad
swoim losem. Jest silniejszy niż jego kamień.
Jeśli
ten mit jest tragiczny, to dlatego, że bohater jest świadomy. Bo
też na czym polegałaby jego kara, jeśli przy każdym kroku
podtrzymywałaby go nadzieja zwycięstwa? Współczesny robotnik
poświęca wszystkie dni życia jednemu zadaniu i ten los nie mniej
jest absurdalny. Ale nie jest tragiczny prócz tych rzadkich chwil,
kiedy robotnik osiąga świadomość swego losu. Bezsilny i
zbuntowany Syzyf, proletariusz bogów, zna własny w całej pełni: o
nim myśli, kiedy schodzi. Jasność widzenia, która powinna mu być
udręką, to jednocześnie jego zwycięstwo. Nie ma takiego losu,
którego nie przezwycięży pogarda.
Jeśli
zatem to zejście w pewne dni jest cierpieniem, w inne może być
radością. W tym określeniu nie ma przesady. Wyobrażam sobie także
Syzyfa powracającego do kamienia w dniach pierwszej udręki. Kiedy
obrazy ziemi zbyt mocno trzymają się pamięci, a głos przyzywający
szczęście nazbyt nagli, smutek wzbiera w sercu człowieka: to
zwycięstwo kamienia, to sam kamień. Bezgraniczną rozpacz trudno
udźwignąć; przychodzą nasze noce w Getsemani. Ale druzgocąca
prawda ginie, gdy zostaje rozpoznana. I tak Edyp wpierw posłuszny
jest przeznaczeniu, którego nie zna. Tragedia zaczyna się, kiedy
Edyp wie. Ślepy, bez żadnej nadziei, stwierdza jednak, że jest
coś, co łączy go ze światem: chłodna dłoń młodej dziewczyny.
I wówczas padają wielkie słowa: „Choć tak bardzo zostałem
doświadczony, wiek mój podeszły i dusza moja znająca wielkość
mówią mi, że wszystko jest dobre”. Edyp Sofoklesa, podobnie jak
Kiriłow Dostojewskiego, daje więc formułę zwycięstwa
absurdalnego.
Antyczna
mądrość łączy się z bohaterstwem nowoczesnym. Nie odkrywa się
absurdu bez pokusy ułożenia kilku reguł szczęścia. "Jakże
to, idąc ścieżką tak wąską...?" Ale świat jest tylko
jeden, a szczęście i absurd są dziećmi tej samej ziemi. Są
nierozłączne. Błędem byłoby powiedzieć, że szczęście siłą
rzeczy rodzi się z odkrycia absurdalnego. Zdarza się również, że
poczucie absurdu rodzi się ze szczęścia. "Mówię, że
wszystko jest dobre" - oświadcza Edyp i te słowa są święte.
Rozbrzmiewają w okrutnym i ograniczonym świecie człowieka. Uczą,
że wszystko nie jest i nie zostało wyczerpane. Bóg, który znalazł
się w tym świecie razem z upodobaniem do niepotrzebnych cierpień,
zostaje wygnany. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez
ludzi. Stąd płynie milcząca radość Syzyfa. Los jest jego
własnością, kamień jego kamieniem. Podobnie człowiek absurdalny:
gdy zgłębi swoją udrękę, zamilkną bogowie. Cisza zostaje nagle
przywrócona światu i słychać tysiące głosów ziemi. Wołania
nieświadome i tajemne idą od wszystkich ziemskich twarzy: to jest
ta druga strona i nagroda za zwycięstwo. Nie ma słońca bez cienia
i nie można nie znać nocy. Od chwili gdy człowiek absurdalny mówi:
tak, jego wysiłkom nie będzie końca. Lecz jeśli istnieje los, nie
został dany z wysokości, dane jest tylko rozwiązanie nieuchronne;
człowiek absurdalny stwierdza, że jest ono nieuchronne i godne
pogardy. Wszystko inne
do
niego należy. Powraca do życia, Syzyf do swego głazu. Syzyf
rozważa działania następujące po sobie i pozbawione związku,
które stają się jego losem — stworzonym przez niego, spojonym
jego pamięcią; przypieczętuje je śmierć. Przeświadczony o
ludzkim początku wszystkiego, co ludzkie, ślepiec, który chce
widzieć, a wie, że nie ma końca ciemnościom, nie ustaje nigdy.
Kamień toczy się znowu.
Zostawiam
Syzyfa u stóp góry. Człowiek zawsze odnajdzie swój ciężar.
Syzyf uczy go wierności wyższej, tej, która neguje bogów i
podnosi kamienie. On także mówi, że wszystko jest dobre. Świat
bez władcy nie wydaje mu się ani jałowy, ani przemijający. Każda
z cząsteczek kamienia, każdy poblask minerału w tej górze pełnej
nocy same w sobie tworzą świat. Aby wypełnić ludzkie serce,
wystarczy walka prowadząca ku szczytom. Trzeba wyobrażać sobie
Syzyfa szczęśliwym.
(A.
Camus, Dwa eseje. Mit Syzyfa. Artysta i jego epoka, tłum. J. Guze,
Warszawa 1991, s. 107-110.)
Lucian Freud
(1922 – 2011) był brytyjskim artystą, znanym z
portretów i autoportretów malowanych w ekspresyjnym,
neofiguratywnym stylu. Urodził się w Berlinie, jako wnuk
rewolucyjnego psychologa Zygmunta Freuda, syn architekta Ernsta
Freuda i historyczki sztuki Lucie Brasch.
Publiczne
reprezentacje Freuda korespondowały z wizerunkiem artysty bohemy.
Nieposłuszny wobec wszystkich władz, został w młodym wieku
wydalony z kilku szkół, a później jego lekkomyślne zachowanie
miało być przyczyną pożaru w jednej z nich. Zwracał na siebie
uwagę, gdziekolwiek się udał ze swoim towarzyszem – jastrzębiem
na nadgarstku lub ramieniu. Freud spędzał całe dnie na kolacjach,
hazardzie i spędzaniu czasu w towarzystwie brytyjskich arystokratów,
bywalców salonów i artystów. Wśród nich był malarz Franciszek
Bacon, który wywarł ogromny wpływ na twórczość Freuda – aż
do końca ich przyjaźni, co było nieuniknione, biorąc pod uwagę
ich charaktery i brak wzajemnego szacunku dla późniejszej
twórczości.
Freud
należał do Szkoła Londyńskiej - grupy artystów zajmujących się
malarstwem figuratywnym. Podejście to było wysoce kontrowersyjne w
świecie sztuki, w którym w tamtym czasie dominowała abstrakcja. W
porównaniu z innymi wybitnymi malarzami tej szkołynFreud był
stylistycznie bardziej konwencjonalnym artystą. Malował ludzi, nie
idealizując ich, podkreślając cechy płciowe i niedoskonałości
ludzkiego ciała. W swoich obrazach opisywał niepokój lub w jakiś
sposób zaburzone stany psychiczne konkretnych osób, ale także
ludzi w ogóle.
Zainspirowany
wczesną erą XX wieku – ekspresjonizmem płótna Freuda przywodzą
na myśl sztukę Edwarda Muncha i Egon Schiele. Pod koniec lat 60.
kreski Freuda stały się cięższe i bardziej wielowarstwowe. Jego
styl ewoluował w kierunku rozpoznawalnych, ekspresyjnych portretów
nagich, przedstawiających zdeformowane i nieprzyjemne ciała.
Później, w latach 80. i 90., gdy zyskał na popularności, Freud
portretował wiele znanych postaci. Freud słynie również z
autoportretów, które malował obsesyjnie. Tworzył je wytrwale
przez ponad sześć dekad, co przypomina nam tradycję Rembrandta i
Schiele. Jego autoportrety ukazują głęboką introspekcję,
szczegółową analizę mimiki twarzy i emocji, które się za nią
kryją.
Po
wyrobieniu sobie rozpoznawalnego stylu, Freud nie zmienił go aż do
końca swojej kariery artystycznej. Jego długie i męczące sesje z
modelami można porównać do psychoanalitycznej praktyki jego
dziadka.
1.
Dziewczyna z białym psem
2.
Pokój malarzami
3.
Głowa kobiety (Portret Lady Elizabeth Cavendish)