Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

29 grudnia 2014

Belgia podpadła

Zaiste, czymś tam Królestwo Belgijskie Stwórcy podpadło, że ilekroć pojawiam się w owym, tedy pada, mży, albo leje bezustannie, bez względu na porę roku, a już w Ardenach napotkać deszcz, albo śnieg grudniowy, nieśmiały to pewne.
Ardeńskich gór akurat nie lubię i nie wiem czemu. Możliwe, że jest to wynik niemiłego doświadczenia z samej francusko-belgijskiej granicy, gdzie dawny budyneczek celny w niespotykanie kloaczną ruinę przemieniono, a może dlatego, że to "niby góry" są, bezkształtne, bez zarysowanych szczytów, jedynie "ciągnące" się nie wiedzieć po co.
Dość o tym. W grudniowej porze miałem sposobność parę razy skosztować belgijskiej wilgoci, więcej - lokalnej powodzi, gdy wiedziony koniecznością zboczenia z głównej drogi, zjechałem w nieznane ścieżyny i musiałem się salwować ucieczką przed wodami rzeczki niewielkiej, która rozlała się po drodze. Wycofałem zatem peżocika, a nie było to całkiem łatwe przedsięwzięcie, bo pobocze żadne, dróżka wąska i niezwykle szybko wody nabierająca.
Innym znów razem belgijska kraina powitała mnie mgłą paskudną, śnieżycą, a rankiem wiatrem z całych sił wiejącym.
Ale zdarzały się też milsze spotkania. Gdzieś tam pojawił się na mojej drodze tubylczy okoliczny Belg, który przywitał się ze mną "dżen dobry" i pożegnał "do widżenia" i "na dżdrowie", gdym pytał o benzynową stację.
Podjeżdżam też razu pewnego do firmy pod załadunek, podjeżdżam w ostatniej chwili (przez te deszcze i wiatry), do biura wpadam jak po ogień, przedstawiam się z nazwy firmy jaką reprezentuję. Pani za okienkiem szybciutko znajduje stosowne "dokumenta" i po wykonaniu telefonicznej rozmowy przekazuje mnie innej kobiecie, która zjawia się jak na zew krwi ostatniej.
Odwracam się. Podchodzi ku mnie.
- Polak? - mówi po polsku z akcentem nie krajowym.
- Polak - mówię, a ona na to:
- Magyar - i ramiona do mnie wyciąga , po czym tak pięknie zwija je, jak do dziecięcia kołysania i kołysze nimi - Lengyel-magyar két jó barát, együtt harcol és issza borát - dodaje tę zgrabną formułkę o braterstwie polsko-węgierskim. Jeszcze chwila, a zrobilibyśmy niedźwiedzia pospolitego, wpadając sobie w ramiona
Zatem ja, aby się bratanków jęzorem pochwalić, powiadam:  
- Jó napot kívánok!
Odpowiada tymże samym "dzień dobry", uśmiechnięta, próbując wydobyć ze mnie jakieś ugrofińskie słowa. Odpowiadam jak nakręcona papuga, a ona coś do mnie, polszczyzna połamaną, że parę lat w Belgii siedzi i pracuje, i Polaków sporo zna, i ich ceni, bo jakże można nie cenić bratanków.
A odesłała mnie do Mustafy, żeby mnie załadował porządnie i wkrótce to zrobił, choć wcale na Mustafę nie wyglądał. I pojechałem sobie do Francji, znów przez Ardeny, ponure, deszczowe i dzikie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz