Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

30 maja 2012

Euro



 Paul Cezanne - "Montagne Sainte-Victoire"



Sportowiec sportowcowi nierówny. Można mieć ciężkie pięści, okładać nimi przeciwników i mieć doktorat jak Witalij Kliczko, można też łapać piłkę, zatrzymać Anglię na Wembley  i zachowywać się jak idiota, jak pan obecny poseł Tomaszewski.
Daleko mi do euforii spowodowanej Euro w naszym                  i sąsiednim kraju -  cóż, minęły już czasy, gdzie pieniądz w piłce nożnej nie był czynnikiem decydującym o sukcesach, lecz zawsze wtedy, gdy grany jest polski hymn, gdzie orzeł na koszulce, gdzie biel i czerwień, lubiąc mniej lub bardziej sportową rywalizację, coś tam w duszy gra i za serce ściska. 
Tymczasem pan bramkarz, znany z rynsztokowego, dosadnego języka, świętszym od papieża się staje i za pomalowanymi Polakami kciuków trzymał nie będzie, podobnie jak za trenera, prezesa, wszystkie polskie kluby, wszystkich trenerów, działaczy i nie działaczy, słowem nie będzie mu się podobało nic do końca świata i o rok dłużej.
Można i tak, choć w gruncie rzeczy może czepiam się bez sensu, bo wystąpienia pana bramkarza i jego słownictwo tak spowszedniało, że niczym podłym zaskoczyć mnie nie może.
Z tym Euro to w ogóle zawirowania nie z tej ziemi.  Najpierw bez sensu premier ogłasza, że autostrady będą gotowe na piłkarskie święto (tak jakby miały służyć tylko temu celowi), potem wywołane przez tę wypowiedź problemy z budową, bo przecież czasu nie da się poddać kompresji. Przy okazji wyszły na jaw inne kłopoty ze stadionami, koleją, zapewnieniem bezpieczeństwa, co w końcu można było przewidzieć, bo pierwszy raz mamy do czynienia z tak logistycznie zaawansowaną imprezą. Był też czas wpadek naszej ministry od piłki nożnej i hokeja, która jak coś powie, to holenderski trener Rosjan aż prostować musi.
Oprócz ministry pani Kazimiera feministka Szczuka mająca sport w najdalszym poważaniu z uwagi, że jest to rozrywka samców i nic więcej, chciałaby więcej kultury zamiast stadionów i dróg, a najlepiej, aby wybudować żłobki i przedszkola. A przecież żłobki i kultura nie są niedofinansowane należycie z powodu Euro i nie widzą przeszkód, aby jedno i drugie finansować. Podążając tokiem myślenia pani Kazimiery można by znaleźć czterdzieści i cztery takie dziedziny życia/gospodarki/kultury, które z radością powitałyby dodatkowe finansowe wsparcie, a tu wszystkiemu winne Euro.
Jak by nie patrzeć zbliżającym się mistrzostwom Europy w piłce nożnej towarzyszy znaczny cywilizacyjny przeskok w przód i pewnie też temu między innymi zawdzięczamy to, że pomimo kryzysu gospodarka jest na plusie. Gdybyż jeszcze w naszych portfelach było to odczuwalne... .
Euro 2012 w Polsce i Ukrainie też jakoś nie w smak za granicą. Najpierw groźby bojkotu z powodu pani Tymoszenko (ciekawe, że jakoś przy okazji igrzysk              w Pekinie, nie dostrzeżono powodów do ignorancji zawodów, choćby w związku z łamaniem praw człowieka w Tybecie), teraz z kolei nawet BBC ostrzega Brytyjczyków przed przyjazdem do Polski i Ukrainy, bo u nas to prawdziwa Sodoma i Gomora z tym antysemityzmem, ksenofobią            i faszyzmem, natomiast w Anglii to od czasów Henryka VIII nigdy nie dochodziło do łamania praw a na stadionie Heysel w Brukseli tych 39 ofiar to zapewne robota połączonych sił kiboli polsko-ukraińskich a nie Anglików, którzy zachowują się na stadionach tak jak kibice tenisa w Wimbledonie.
No cóż. Musimy przełknąć te nasze mistrzostwa, choć kosztują nas sporo, ale też mogą więcej, jeśli nie uda się porządnie zagospodarować i wykorzystać obiektów, które bez Euro by nie powstały. 
W każdym bądź razie wolę Euro od sukcesów w Afganistanie.

16 maja 2012

Problem psychiczny z programem




Oleg Gorochow - "Bard"

Psychiatria jest jedną z kluczowych i wielce intrygujących dziedzin medycyny, albowiem pole jej oddziaływania dotyczy ludzkiej psychiki, czy, jak kto woli, duszy, czyli tego, co niezmiernie trudno objąć przeciętnie funkcjonującymi zmysłami. 
Jest zestaw chorób, które stosunkowo łatwo (choć ryzykownie) dają się leczyć lub zaleczać tzw. domowym sposobem, bez zaangażowania specjalistycznej wiedzy i medykamentów współczesnej medycyny. Choroby psychiczne nie należą jednak do takich, które dopuszczają ordynowania babcinych specyfików, łagodzących skutki dysharmonii chorego organizmu. Tutaj wypada koniecznie polegać na mądrości medycyny oraz towarzyszącej jej terapii. 
Niezbadane są dzieje ludzkiego mózgu i układu nerwowego. Bo czymże wytłumaczyć taki prozaicznie dostrzeżony onegdaj przeze mnie symptom u pewnego młodzieńca, który w niewytłumaczalny sposób reagował na wydawane mu polecenia, kiedy szedł sobie spokojnie chodnikiem w stronę domu. Wystarczyło zakomenderować: obrót! , albo: stać!, czy: biegiem! i chłopczyna posłusznie i z uśmiechem wykonywał polecenia. Po pewnym czasie słuch o nim zaginął i domyślam się, że musiał poddać się leczeniu.
W związku z tym, że sfera psychiczna człowieka jest nader intymna i podlega swoistemu tabu (nawet kaleka pozbawiony przez nogi, choć początkowo wzbudza ciekawość patrzących, to w końcu nie ma powodu, aby tego typu ułomność postrzegana była przez oglądaczy jako wstydliwa ujma), wydawałoby się logiczne, że wszelkie medyczne i terapeutyczne działania wobec człowieka chorego na chorobę psychiczną powinny być osłonięte kurtyną intymności, a w każdym bądź razie nie ma takiej potrzeby, która kazałaby publicznie dywagować na temat złożonego charakteru schorzenia i stosowanych środków zaradczych.
Ewa Drzyzga z "Rozmów w toku" postawiła sobie za cel upublicznianie psychicznych problemów i chorób zapraszanych do programu osób. Zapewne osoby, z którymi przeprowadza pani redaktor wywiady, znalazły się w programie z własnej woli. Na oczach zaproszonych do studia widzów, klaszczących, podekscytowanych, bądź też wyrażających mniej lub bardziej dosadne formy sprzeciwu i gniewu wobec, odbywa się swoista terapia grupowa, wszelako różna od tej odbywanej w zaciszach terapeutycznych gabinetów i sal, gdyż tutaj ma ona miejsce także na oczach milionowej widowni telewizyjnej. 
Aby stworzyć pozory fachowości i rzetelności programu, zaproszeni do studia psychologowie i psychiatrzy podsuwają roznegliżowanym psychicznie bohaterom show pomysły na rozwiązanie problemów osobowościowych. Zakończenie rozmowy ma wydźwięk optymistyczny a u widzów  i oglądaczy pozostaje wielce ucieszny, dla przykładu, obraz panienki, która zalicza pęczki seksualnych partnerów marząc o wielkiej miłości. Publika wyklaskuje koniec programu i już z utęsknieniem wyczekuj na kolejny odcinek przygód z bezpruderyjnym światem dewiacji. Pani redaktor, spoglądając na słupki oglądalności będzie się starała wypełnić program kolejnymi dziwacznościami, którymi zapłodni umysł tych, którzy, pozbawieni możliwości przechadzania się po szpitalnych salach w oddziałach zamkniętych, spragnieni są oglądania i wysłuchiwania okazów psychologicznej niedoskonałości. 
Oczywiście, powie ktoś, nie ma nic prostszego jak przełączyć się na inny kanał i zaczerpnąć innej rozrywki - w końcu mamy wolność i demokrację. Jednakowoż, w moim mniemaniu, naciśnięcie innego guziczka w pilocie nie rozwiąże problemu epatowania tematami, które z racji na ich specyficzną intymność, powinny być rozwiązywane w gabinetach lekarskich. Czy jeśli idę ciemną uliczka w mieście i obserwuję, jak niezbyt sympatyczny jegomość targa za włosy niewiastę i raz po raz rzuca nią o ścianę starej kamieniczki, czy wtedy, będąc zgorszony zaistniałą sytuacją, powinienem zmienić trasę przechadzki, kierując się na sąsiednią uliczkę? 

14 maja 2012

Wstyd



"Маленькое Благовещение"

Z przerażeniem obserwuję jak każdy niemal dzień istnienia parlamentu i partii politycznych przynosi z sobą wstyd i degradację najprostszych wartości, jakie funkcjonują jedynie jako encyklopedyczne pojęcia wyrwane z kodeksu etycznego. Aż nie do uwierzenia jest to, że nie ma tam na górze kogoś, kto zakopując światopoglądowe etykiety, powiedziałby: dość! Trudno pogodzić się z tym, że nikt w mediach nie zaproponuje bojkotu ludzi, którzy zdaję się znajdować przyjemność w obrzucaniu przeciwników politycznych błotem i chlapać ozorami słownictwem, które w wydaniu wybrańców narodu, nie powinno być obecne. Wydaje się, że i jedni i drudzy żyją ze śmietnikowych odpadków; jedni sądząc, że będąc jedynymi mądrymi, mają prawo, zgodnie z duchem demokracji, wypowiadać się całkowicie dowolnie, nie ponosząc konsekwencji za znaczenie słów; drudzy utrzymują, że relacjonują jedynie fakty, co zwalnia ich  z odpowiedzialności za przekazywane treści. Jedni wyznaczają do wypowiedzi harcowników, którzy nie zawahają się przed żadnym, publicznie wypowiedzianym epitetem wobec rywali; drudzy witają tychże z otwartymi ramionami, wiedząc, że tak jak z pieniądzem, produkt gorszej jakości wyprze ten lepszy.
Sytuacja wydaje się być bez wyjścia, bo każde kolejne wyborcze rozdanie rodzi zgniły owoc i marne to pocieszenie, że po czterech latach można podziękować za podłej jakości zbiory. Kolejny zbiór też będzie zgniły i spleśniały, dopóki taki chory owoc nie będzie podlegał automatycznej wymianie.
Tymczasem mniej, czy bardziej chory umysłowo mózg, zagnieździ się na całą kadencję, lekce sobie ważąc to, jak jest postrzegany przez ogół. Więcej, będzie się upierał, że skoro został przez naród wybrany, przeto wszystko, co od tego czasu robi, w imieniu narodu czyni.   

09 maja 2012

Ronnie O'Sulivan





Snookera można właściwie porównać do szachów, strzelectwa i gimnastyki sportowej w jednym. Szachy wymagają precyzyjnego umysłu, zdolnego przewidywać kolejne ruchy figur i pionków, tak swoich, jak i przeciwnika; strzelectwo ceni celne oko; gimnastyka wymaga precyzji. Tak mi się wydaje, że do snookera potrzebna jest wyobraźnia i znajomość zasad fizyki. Nieodzowne jest też trzymanie nerwów na wodzy, cierpliwość i chłodna kalkulacja. Wreszcie należałoby zadbać o dobrą kondycję, bo taki pojedynek o mistrzostwo świata może zamienić się w dziesięciogodzinną batalię (całe szczęście, że z przerwami).
Wszystkie te umiejętności i sprawności opanował najlepiej genialny Ronnie O'Sulivan, zdobywając czwarty tytuł mistrza świata w snookerze, grze dla inteligentnych i, co warte podkreślenia z punktu widzenia kobiet, dobrze ubranych i przystojnych panów. 

01 maja 2012

Pierwszy



Wojciech Weiss - "Manifest"


Nie wróci się pierwszy maj ten oficjalny z chorągiewką w dłoni, w szpalerze zwartym, uśmiechniętym, beztroskim. Stoisz gdzieś na uboczu, patrzysz: miasto ruszyło naprzód w ludycznym tańcu. Z wąskich gardeł uliczek wylewa się i łączy z rzeką płynącą wartkim, chłonnym nurtem. Ten tłum kroczył świętując  robotniczą pracę; bywało, że świętowanie było mile widziane, lecz nie brakowało też  zwykłego entuzjazmu, bo to jedyne takie święto nie związane z religią, czy państwową rocznicą.
Dzisiaj robotników oficjalnie nie ma, a pochody, mitingi, wiece, czy mniej formalne majówki traktowane są jako jakieś stadne dziwolągi. nawet kontrmanifestacje ostatnio ustały, nie żeby nie było powodów, aby przyłożyć czerwonym, lecz tak jakoś, obecnie pojawiające się protesty, czasami agresywne, kieruje się wobec politycznych i obyczajowych przeciwników. Dlatego łatwiej protestować przeciwko rządowi, gejom i lesbijkom, nie szanującym krzyża, czy też w obronie jedynej prawdziwie polskiej telewizji. Robotników nie ma, więc na co komu pierwszy maj. 
W ogóle współczesna celebrycka propaganda zdaje się nie przyznawać do tego, że sto i więcej lat temu była sobie taka, wcale pokaźna, grupa społeczna, która domagała się swoich praw: prawa do godziwego wynagrodzenia, pracy, znośnych warunków życia i prawa te respektowane nie były. I to właśnie zmuszało do protestów, strajków, czynnej walki, aż doszło do nieuniknionej rewolucji. A sprawcą rewolucji nie był ani Marks ani Lenin; to dzieło systemu, mieszczańskiego kapitalizmu, zagradzającego drogę robotnikom do godnego życia. 
Świat zmienił się przez te sto lat z odkładem i pomimo obiektywnie lepszych warunków życia w jakich funkcjonuje pracownik najemny, różnice majątkowe nawet się powiększyły. Tyle że dzisiejszy właściciel pracy najemnej pracuje teraz w rękawiczkach, a celebryci chwalą dobrodziejstwo konsumpcjonizmu. 

29 kwietnia 2012

Farruca




Muzyka łączy, zespala, uatrakcyjnia, pomaga, przybliża ludzi i nacje. Potrzeba tylko jakości, czasami wręcz wirtuozerii. Jeśli jest ta wartość dodana, trudno mówić o muzyce gorszej i lepszej, poważnej i popularnej, ambitnej i komercyjnej. Muzyka jest jedna i tylko na naszych polega gustach; stąd miłość ku dźwiękom odmienna, jak miłość ku ludziom, inna.
"Farruca", galicyjska odmiana Flamenco, w palcach Carlosa Montoyi, pobrzmiewa kawalkadą precyzyjnie i harmonijnie brzmiących dźwięków zapraszających do tańca, ale też do delektowania się mistrzostwem rytmu wydobytego z klasycznej, hiszpańskiej gitary. A ta zdaje się być orkiestrą całą, a Montoya dyrygentem. 
Zawsze w takich razach myśl świta nieuchronna: czemu sztuka ludzi zbliża, oddala zaś polityka? 

28 kwietnia 2012

Najpiękniejszy widok




Claude Monet - San Giorgio Maggiore at Dusk - 1908
http://www.famousartistsgallery.com/gallery/monet-w9.html



Najpiękniejszy widok: czyżby zachód słońca nad Bałtykiem, wypiętrzone szczyty Tatr, odziane w białe czapy śnieżnego puchu, rozlewiska Narwi, Puszczy Białowieskiej ciemne ostępy, jacht z postawionym spinakerem, kruszący wzburzone fale, końska grzywa w galopie, kobieta w tańcu, a może swojska równina z łąką czy oziminą sięgającą soczystą zielenią daleko, aż po mglistą linię lasu...?
Nie. Najpiękniejszym widokiem dla oczu jest pusta sala sejmowa przed długą i tak upragnioną majówką. Piękne jest to szykowanie się do odjazdu, na rodziny błogie łono, gdzie, jak pan Tadeusz, witanym się będzie, gdzie Telimena skusi na grzybobranie, a Hrabia na łowy zaprosi.
I niech mi teraz powie ten, czy ów, że nasi posłowie zaniedbują myślenie o polskiej rodzinie!
Pielęgnujmy i my posłów naszych i radujmy się, że o niczym innym nie myślą, jak o dobru naszym. Niech przechodzą z klubu do klubu, niech partie zakładają nowe nawet ci, brukselscy (jakiż to dla nas honor, że nasze, rodzime sprawy, nad europejskie prace przedkładają).
Zaprawdę głosując jak najgromadniej na nich następną razą, miejmy na względzie to, że ten mandat to z jednej strony honor nie byle jaki, ale trud, znój i galery w jednym. A przecież poddani tej katorżniczej, nisko płatnej pracy, ONI wciąż nas kochają i gotowi są ze swojej obowiązkowości śmieszność czyniąc, tę właśnie śmieszność przemienić w cnotę. 

22 kwietnia 2012

Terra incognita




Paul Gauguin - "Landscape With Three Figures"

Odczepiono lokomotywę i zostaliśmy sami na pustkowiu, zepchnięci na boczny tor zanurzony w wysokiej trawie, otoczony zewsząd szpalerami wybujałych, kolczastych krzewów.
Którejś nocy, w czasie gdy byliśmy już na etapie przyzwyczajania się do nowego miejsca, zauważyliśmy, że rozkręcono szyny, ciągnące się długimi brunatnymi strużkami aż do odległego rozjazdu, a stamtąd do miasteczka. Taki oto był los tej wąskotorowej kolei. Któżby pomyślał, że jednej nocy odcięta zostanie droga powrotu.
Pewna kobieta dowiedziawszy się o tym fakcie oznajmiła, że prosiła Boga o takie rozwiązanie. – Śniłam to i wiedziałam, że się spełni. Moje sny są prorocze.
Być może wielu z nas myślało podobnie, lecz nikt oprócz niej nie miał odwagi przyznać się do swoich szczególnych marzeń. Po długich godzinach milczenia, jakie wtedy zapadło, godzinach będących wyrazem naszych wątpliwości i reakcją na ów dziwny stan naszej świadomości, postanowiliśmy położyć kres naszemu zwątpieniu i apatii. Przystąpiliśmy do świętowania każdego dnia i poczuliśmy się wreszcie właścicielami nowego życia. Czuliśmy, że uczestniczymy w odkrywaniu i nazywaniu otaczających nasz przedmiotów, roślin i zwierząt. Chwaliliśmy naturę, jej nowych bogów i czarowników. Znaleźliśmy się w zaklętym korowodzie radości, jaka spłynęła na nas niby ożywczy powiew morskiej bryzy. Oto w jednej chwili staliśmy się dziećmi z lekkim bagażem wspomnień i ciężkimi tobołami nadziei. Odurzeni narkotycznym tańcem nie wierzyliśmy, aby los gotował nam gorzką ucztę i jedynie dla pokusy łaskotał nasze podniebienia fałszywym słodem.
Otóż i ziemia nasza, jak okiem sięgnąć, dziewiczo piękna, cicha i tylko pozornie obumarła. I na tej ziemi tych kilkanaście wagonów, stojących jeszcze na szynach cywilizacji, ta nasza oaza, domostwa, spiżarnie i warsztaty pracy – to wszystko, co wzięliśmy z sobą szpeciło te krainę, choć jednocześnie było dla nas na ten czas niezbędnym łącznikiem ze światem, od którego odeszliśmy.
Nie wiedzieliśmy na jak długo starczą nam zapasy żywności. Zanim zaczniemy żyć naprawdę, trzeba będzie czas jakiś korzystać z dobytku, który przytaszczyliśmy z sobą. W tej chwili był on nam potrzebny jak tlen.
Zasiadając do pierwszego ogniska, nie mogliśmy się oprzeć zdziwieniu, jak ogromny ciężar dźwignęła lokomotywa, przenosząc go na nowe miejsce. Wspomnieliśmy tę szczególną podróż, podczas której, z racji jej powolności, wyskakiwaliśmy w czasie jazdy z wagonów i podążaliśmy skrajem torowiska obok ślamazarnie połykającej przestrzeń kolejki.
A potem...potem, nasyciwszy się na tej pierwszej wieczerzy w innym świecie, rozmyślaliśmy wiele o naszej przyszłości, rozmawiając długo i bezustannie słuchając jedno drugiego. Uwierała nas nie troska o przetrwanie i lęk przed nieznanym, lecz ten potężny balast naszych przyzwyczajeń. Pragnęliśmy tego, aby wszelkie zło tamtego świata, jakie przywieźliśmy z sobą, można było wyrzucić z pamięci, jak ten sen drażliwy, przed brzaskiem, budzący niepokój, lecz znikający natychmiast po pierwszym spojrzeniu w poranne promienie słońca.(...)

18 kwietnia 2012

Sięganie po absurd



Pablo Picasso - "Autoportret"


W ojczyźnie mojej...ha, jak zabrzmiało, w moim kraju, gdzie bez przeszłości nie da się wyżyć, gdzie tyleś wart, ile kto, po balcerowiczowsku, zechce za ciebie zapłacić, gdzie na medialnym rynku gadające głowy Ciechowskiego przybrały monstrualnie odpychające kształty, ściskając mózg do mikroskopijnych rozmiarów, w tym kraju moim i naszym, po absurd sięga się jak po niedopałek na ulicy, czerpie się go wiadrami jak powodziową wodę z piwnic. W tym kraju, gdzie polityka sięgnęła już dna, bruku jak szopenowski fortepian Norwida, na samą myśl o przyszłych wyborach, wiecach, kampaniach, telewizyjnych wywiadach i reklamowych spotach, można dostać torsji i wręcz obowiązkiem każdego obywatela wydaje się nie brać udziału w tej absurdalnej komedii kolejnych omyłek. To tutaj właśnie panuje coraz to bardziej powszechny pogląd, że pogięte blachy roztrzaskanego samolotu winny się stać narodową relikwią, nie zaś zostać oddane na złom, gdzie jest miejsce na bezużyteczne, a w tym przypadku dodatkowo, kojarzone z nieszczęściem. Choć z drugiej strony takich nieszczęsnych blach każdego dnia na naszych drogach przybywa, a w nich pamięć o śmierci pozostaje, lecz najwidoczniej, chociaż to wbrew boskim prawom, śmierci u nas są inne i sobie nierówne.
Przywykliśmy do zalewania się łzami, nie wnikając w to, co było na początku. Tolerujemy zło, złe prawo i dopiero, gdy jedno z drugim do wspólnego stołu zasiędzie, kiedy zaboli, wtedy larum gramy.
A nasi urnowi wybrańcy, zamiast złe przepisy zmieniać, zamiast pozbawiać nasze życie absurdów, we własnym sosie inwektyw, a chorych nierzadko psychiatrycznych od prawa do lewa się nawzajem duszą.
Ponieważ, jako się rzekło powyżej, absurd u nas, jak niedopałek na ulicy leży i tylko schylić się po niego, przeto niech mi wolno będzie przytoczyć przykład oczywistością swą przemawiający, jak dziesięć przykazań, pod którymi nie tylko homo religiosus się podpisze.
Otóż i kiedy ktoś puka do twoich drzwi, o towarzystwo prosi w twoim domu, tedy od ciebie zależy, czy gość przekroczy progi domostwa, w którym pomieszkujesz. Jeśli zaś drzwi wyważy, oknem wnidzie bez pytania, znać, że przyjaznych zamiarów nie ma i winieneś go sam lub z pomocą innego, przegnać na cztery wiatry. A cóż pomyśleć o takim, który nie dość, że zakradł się, szkody twemu domowi i tobie samemu czyniąc, rozsiadłszy się w fotelu, prosi o zapłatę dla swego towarzystwa? Czy nie urąga ten fakt zdrowemu rozsądkowi i czy państwo, które ja, ty i my wszyscy utrzymujemy, nie powinno ustanowić prawa, aby ten nikczemny proceder ukrócić?
Nie jest to, o czym pisze, przypowieścią jedynie, pozbawioną  realnych wymiarów. Takim niechcianym a dokuczliwym i kosztownym gościem bywa sms, który ja, ty i inni, dostajemy, a wtargnął on do nas bez jakiejkolwiek formy, czy nawet intencji zaproszenia.
Na naszą reklamację konsultant operatora sieci komórkowej najpierw przekonuje nas, że jednak zaproszenie wyszło z naszej strony, a po przyparciu do wirtualno-sieciowego muru uprzejmie informuje, że aby pozbyć się intruza, ja, ty i pozostali, musimy wystosować do niego apel, iżby nie zadręczał nas więcej swoimi wizytami. Konsultant nie przyjmuje do wiadomości, że to właśnie sieć telefonii cyfrowej dysponuje moim, twoim i innych numerem telefonu i udostępnia go osobom/podmiotom trzecim, aby za pośrednictwem operatora odbywać jednostronną sms-ową rozmowę na temat prymitywnych gier, wróżb i konkursów.
Jest ci w naszym kraju taka zabawna instytucja o nazwie Urząd Komunikacji Elektronicznej, którego zadaniem jest m.in. dbanie o to, aby nie łamano prawa na linii operator sieci komórkowej - konsument. Ba, prezes UKE może nawet ukarać finansowo niesfornego operatora. Za co? Przeczytajmy: "Prezes UKE nałożył na należącą do grupy TP spółkę Polska Telefonia Komórkowa Centertel 5 mln zł kary za automatyczne rozsyłanie abonentom - bez ich zgody smsów zachęcających do udziału w loterii" (styczeń 2012).
Z kolei "za naruszenie zbiorowych interesów konsumentów na PTC nałożono karę 21.262.842 zł. oraz obowiązek publikacji na stronie internetowej www.t-mobile.pl przez sześć miesięcy". (styczeń 2012)
Dlaczego UKE nazywam instytucja zabawną. Otóż śmieszy mnie to, że jeśli nawet operatorzy przełknęli gorycz finansowej kary, to karne pieniążki nie wpłynęły przecież na konta "zbiorowych konsumentów", tylko na konto UKE lub, nie mam takiej wiedzy czy takowe istnieje, na konto wskazane przez UKE. 
Myślę nawet, że ukaranie w/w operatorów wpłynęło niekorzystnie na relacje operator-abonent, albowiem ukarana firma zechce zapewne powetować sobie straty, już to poprzez podniesienie opłat za rozmowy telefoniczne, albo też za... proszę się nie dziwić... kontynuowanie procederu dostarczania, bądź tez pośrednictwa w dostarczaniu płatnych smsów. Czynić tak będzie do kolejnej kontroli, gromadząc zyski i fundusze na nową karę.
Tymczasem UKE na stronie Centrum Informacji Konsumenckiej z rozbrajającą szczerością przyznaje, że
"Urząd Komunikacji Elektronicznej obecnie nie ma uprawnień, aby żądać zaprzestania prowadzenia konkursu czy loterii, które zostały zorganizowane w nieuczciwy sposób. Wystąpiliśmy jednak do operatorów i usługodawców z apelem o wzięcie przez nich odpowiedzialności i przywrócenie przyzwoitych standardów w świadczeniu tych usług."
Urząd zatem apeluje, apeluje wraz ze mną, tobą i pozostałymi, a operatorzy słuchają tych naszych apeli i śmieją się do rozpuku siorbiąc piwo i zakąszając grillowaną karkówką.
A nasi wybrańcy posłowie miast puknąć się w te swoje zakute łby i ustanowić jednoznaczne prawo, aby za niechciane smsy operatorowi sieci komórkowej nie pozostawało nic, jak swój durny a oszukańczy łeb pod topór nastawić, ci nasi posłowie wciąż o Smoleńsku pieprzą.



17 kwietnia 2012

Patriarcha Kirył




                              Святейший Патриарх Московский и всея Руси


Dla prawosławnych i innych kościołów wschodniego obrządku kończy się właśnie Wielkanoc i z tej okazji Patriarcha Moskwy i Wszechrusi Kirył zabrał głos w wywiadzie dla rosyjskiej stacji "Vesti" 
"Nie możemy organizować mitingów, zwłaszcza politycznych, jakichś marszy. Przede wszystkim nie możemy nikogo obwiniać, walczymy z grzechami, nie z ludźmi, możemy tylko modlić się za grzeszników, aby Bóg powołał ich do odbycia pokuty.Być może dla wielu taka modlitwa otwiera całkowicie nowa perspektywę. Dałby Bóg, aby to spokojne, pozbawione politycznych odniesień, osiągnie swój cel. A naszym celem jest przychylić bożą miłość dla Rosji i pozostałych państw, w których Rosyjska Cerkiew Prawosławna zapewnia opiekę duszpasterską."
Takie, między innymi słowa moskiewskiego patriarchy padły w udzielonym przez niego wywiadzie. Dalej było o pracach cerkwi prawosławnej w Rosji na rzecz pomocy matkom, tudzież udzielaniu przez cerkiew pokaźnej pomocy finansowej najbiedniejszym przyszłym matkom, nad którymi wisi widmo aborcji. Choć prawosławna cerkiew dla wielu była postrzegana jako ostoja konserwatyzmu i ortodoksji, to z wypowiedzi Patriarchy Kiryła jasno wynika, że oprócz obrony fundamentalnych podstaw wiary, cerkiew prawosławna kieruje swą uwagę ku biednym i wykluczonym. Cały wywiad zaskakuje właśnie tym, że   odnosił się w nim bardziej do człowieka, jego doczesnych spraw, nie koncentrując się na dogmatach wiary. Dla Patriarchy istnienie Kościoła to gwarancja istnienia moralności i etyki, nie zaś okazja do politycznych wystąpień przeciwko komuś. 
Jak to świat zmienia się na naszych oczach. U nas koncentracja na dobrach doczesnych katolickich duchownych. U nas zbiórki na "Radio" i modlitwy za "naszych" w parlamencie.



Благовещение Пресвятой Богородице