I zbliżywszy się, rzecze: — «Gdzież
się więc podziały
I twój łuk, i niechybne, cny Pandarze,
strzały?
Gdzie sława od nikogo tu nie zaprzeczona
I w kraju, że nad syna nie masz Likaona?
Wznieś do Zeusa ręce, a na tego męża
Puść ostrą z łuku strzałę, który nas
zwycięża.
Ktokolwiek jest, okrutną rzeź w zastępach
zrobił,
Tylu wsławionych Troi bohaterów pobił.
Może to i bóg jaki, gniewny o ofiary:
Gniewne bogi ciężkimi zwykły chłostać
kary».
— «Ajnejaszu! — rzekł Pandar — Ty
wojska nadzieja!
Wcale²⁸² ten mąż podobny do syna
Tydeja:
Tak z koni, tak z przyłbicy, tak sądzę z
puklerza;
Lecz może i bóg postać wziął tego
rycerza.
A jeśli jest Diomed, od bogów ma
wsparcie,
Bez nich by się nie miotał w boju tak
zażarcie.
Pewnie kto z nieśmiertelnych ukryty w
obłoku
Zwraca strzały do jego wymierzone boku.
Jużem grot nań wypuścił, kirys²⁸³
na nim przeszył,
Jużem ramię mu zranił, jużem się
ucieszył,
Że odwiedzi Hadesa²⁸⁴, lecz nie
mogłem zwalić:
Jakiś mi bóg niechętny musiał go
ocalić…
Już grot mój Diomeda i Atrydę²⁸⁵
ruszył,
Dobył z nich krwi, lecz tylko bardziej ich
rozjuszył.
Złym ja wyrokiem zdjąłem te łuki ze
ściany,
Kiedy od szlachetnego Hektora wezwany,
Powolny²⁸⁶ jego chęci, przyszedłem
pod Troję.
Lecz jeżeli ojczyznę jeszcze ujrzę moję
I dom luby, i żonę kochaną uprzejmie,
Niechaj mi nieprzyjaciel głowę z karku
zdejmie,
Jeśli ich nie dam ogniom, potrzaskanych w
sztuki,
Bo widzę, że mi próżnym ciężarem te
łuki».
— «Przestań! — Ajnejasz rzecze —
tak podle e cenić!
Inaczej się los wojny nie może odmienić,
Aż my się z tym zajadłym spotkamy
rycerzem.
Siadaj na wóz, obadwa na niego uderzym.
Doświadczysz koni Trosa, jak zręcznie
koleją
I nacierać, i bystro uciekać umieją;
Te nas ocalą, jeśli mimo nasze męstwo²⁸⁷
Zeus Diomedesowi zechce dać zwycięstwo.
Ja się bić będę, w twojej bicz i lejce
dłoni,
Lub ty walcz, a ja wezmę kierowanie koni».
Na to Ajnejaszowi Pandar odpowiada:
— «Niechaj raczej wędzidłem twoja ręka
włada:
Pod znaną ręką więcej będzie wóz
bezpieczny.
Jeżeliby nas przemógł²⁸⁸ Diomed
waleczny,
Zbiegłszy się i nie czując swego pana
głosu,
Nie mogłyby nas wyrwać od zgubnego ciosu;
Nieprzyjaciel zaś, nieład obaczywszy
taki,
I nas by samych zabił, i zabrał rumaki.
-------------------------------------------------------------------
Padł, a oręż i świetna zbroj na nim
szczękły;
Tym jękiem się ogniste rumaki przelękły
I skacząc, w tył się nagłym usunęły
zwrotem,
A on z lubym na zawsze rozstał się
żywotem.
By Grecy nie porwali trupa do obozu,
Z długą dzidą Ajnejasz wyskakuje z wozu,
Jak lew, w moc zaufany, staje nad rycerzem.
Obchodzi go i wielkim zasłania puklerzem;
A ktokolwiek się zbliża dla wzięcia
zdobyczy,
Temu zagraża śmiercią i straszliwie
krzyczy.
Jednak mężny Diomed placu nie odbieżał,
Chwycił ogromny kamień, co na ziemi leżał
(Który dzisiaj dwóch ludzi, choć z
największą mocą,
Niżeli z miejsca ruszą, dobrze się
zapocą,
Lecz Diomed podźwignął z małym bardzo
trudem,
Uderzył w miejsce między biodrami i udem.
Łamie kość, rwie głaz żyły i skórę
rozdziera:
On pada na kolana, ręką się podpiera,
A cień mu czarny zaraz się w oczach
rozwinął.
Już by był Ajnejasza zły wyrok nie
minął,
Już by się jego dusza była nie wybiegła,
Gdyby w niebezpieczeństwie syna nie
postrzegła
Kiprys, co go powiła ojcu, gdy pasł woły.
Ta go pieszczoną dłonią uchwyciwszy
wpoły
I śnieżnymi dokoła okrywszy zasłony,
Aby od kogo z Greków nie został raniony
I duszy nie wyzionął, unosiła z pola.
Stenelowi pamiętna Diomeda wola;
Więc daleko od wrzawy Aresa, na stronie,
Swoje lejcem do wozu przywiązuje konie,
A Ajnejasza z grzywą przepyszną rumaki
Czym prędzej między greckie prowadzi
orszaki.
Miłego Deipila tą pracą obciążył,
Ażeby z nimi z pola do okrętów dążył;
W nim sobie mężny Stenel najwięcej
podoba,
W jednym są wieku, jedne mają myśli oba.
To zrobiwszy, lejc bierze, na wóz pyszny
wsiada
I wkrótce przyjaciela swojego dopada.
Tydeid spiżem lśniącą uzbrojony dzidą,
Widząc, że mdła²⁹⁵ bogini, ścigał
za Kiprydą…
Wreszcie ją długim goniąc śmiały
rycerz biegiem,
Dopędził między Trojan walecznych
szeregiem.
Natychmiast oszczep rzucił i dosięgnął
ręki,
Przebił boską zasłonę, którą tkały
Wdzięki,
I zdarł jej trochę skóry żeleźcem
pociska:
Zaraz z niej krew, a raczej sok czysty
wytryska.
Inny jest pokarm ludzi, inny władców
nieba,
Nie znają oni wina, sił nie ciągną z
chleba,
Więc krwi nie mając, żywot nieśmiertelny
wiodą.
Raniona Kiprys, z bogiń najpierwsza urodą,
Krzyczy i rzuca syna. Apollo go bierze,
I by mu życia greccy nie wzięli rycerze,
Nieprzejrzanym dokoła cieniem go oblecze.
Do Kiprydy zaś Tydejd groźnym tonem
rzecze:
— «Idź stąd, córo Zeusa, nie tu twe
zalety:
------------------------------------------------------------------
²⁹⁵mdły (daw.) — słaby. [przypis
edytorski]
[01.07.2026, Toruń]