Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

26 czerwca 2012

W zaparte


Figurski to nawet nie przeprasza, a czuje się wręcz dumny ze swojego żartu. Jeśli już, to przeprasza za interpretację. Znaczy się, przeprasza między innymi za mnie, że nie zrozumiałem jego intencji. Czego więc nie zrozumiałem?
"Nasze żarty bywają grubiańskie i szokujące, a co do ich poziomu można dyskutować, ale przez to zaczynamy być coraz częściej zalążkiem narodowej dyskusji na dosyć istotne tematy dotyczące polskiego społeczeństwa, naszej tolerancji, rzekomej otwartości wobec innych nacji czy ras." 

Nie zrozumiałem tego, że pan Figurski na wieść o porażce Ukrainy w Euro 2012 powstrzymuje się przed zgwałceniem swojej ukraińskiej pomocy domowej z tego powodu, że nie jest ona dostatecznie piękna.
Nie wiedziałem, że pan Figurski nie dopuszczając się gwałtu na SWOJEJ WŁASNEJ Ukraince, czyni to w celu wywołania narodowej dyskusji na temat mojej rzekomej otwartości wobec innych nacji czy ras.
Myślę sobie, że jeśli pan Figurski ma jakiś problem z własną tolerancją lub jej brakiem, jeśli ma problem z sobą i poziomem swoich dowcipów, niech przyjmuje to na ciało i nie próbuje mną manipulować i nie każe, abym to ja przepraszał za jego głupotę.
Pan Wojewódzki gra z kolei na wolnościowej nucie. Broni swojej kabaretowej audycji, w której posłużył się był niewinnym żartem na temat SWOJEJ WŁASNEJ Ukrainki, której estetycznych walorów nie zdążył odkryć, bo ta wciąż na kolanach. Przecież nikt nie zmusza mnie do wysłuchiwania jego żartów i obserwowania jego głupawych min w telewizorni. 
W komentarzu do satyrycznego dialogu, jaki przeprowadził z panem Figurskim, pan Wojewódzki posuwa się ciut dalej. Otóż tłumaczy, że z audycją, w której demonstruje swój poziom humoru jest tak jak z Muzeum Techniki czy filmami Almodovara. Nie każdy musi odwiedzać jedno i patrzeć się na drugie. Nie wiem, skąd w tym satyrycznym, wymytym z jakiejkolwiek refleksji nad nieporadnością własnego umysłu celebrycie pomysł, że jego, świadomie prześmiewcza z innych twórczość słowna, stać może na poziomie Muzeum Techniki, czy też twórczych obrazów jednego z mistrzów współczesnego kina. 
Myli się też pan Wojewódzki sądząc, iż reprezentuje nurt Gombrowicza i Mrożka, którzy, wielkimi ludźmi będąc i humorem ponadprzeciętnym operując w opera omnia swoich, nade wszystko naszą własną, narodową, zaściankową często kondycję umysłową wykpiwali, nie obnosząc  się kpiną i prześmiewaniem wobec innych nacji.
Cały problem z obu panami polega na tym, że zdając sobie sprawę ze znikomej kulturowo-intelektualnej wartości słów swoich, dążąc wszelako do celebryckiej nieśmiertelności (a teraz i do okazywanego im współczucia za kneblowanie ust), robią co mogą, aby traktować ich jako niepokornych bojowników wolnego i nieskrępowanego słowa w ramach powszechnej wolności, która dla nich oznacza robienie wszystkiego, na co człowiek może się ważyć, bez oglądania się na to, że czyni krzywdę i szkodę innym, że stawia się ponad moralnym prawem, prawem, które Ich nie obowiązuje. 

22 czerwca 2012

Głupcy


"Wojewódzki mówi m.in. na antenie, że po porażce Ukrainy "zachował się jak prawdziwy Polak" i "wyrzucił swoją Ukrainkę". Figurski dodaje ze swej strony: "Ja po złości jej dzisiaj nie zapłacę" oraz "Powiem ci, że gdyby moja była chociaż odrobinę ładniejsza, to jeszcze bym ją zgwałcił".


za: http://wiadomosci.onet.pl/swiat/msz-ukrainy-wojewodzki-i-figurski-powinni-przepros,1,5168080,wiadomosc.html


Podobno najtrudniej dyskutować z głupcami. Mają oni swój własny świat, w którym żyje im się dobrze i wesoło. Głupcy nie mają kontroli nad tym co mówią, robią i w jakich kontekstach komentują rzeczywistość.
Z Wojewódzkim i Figurskim nie dyskutuje się, bo nie ma o czym. Mają zaprogramowane wywoływanie skandali, kpiny i obrażanie innych, kiczowaty humor na poziomie najniższego poziomu kopalni w Wieliczce. Mało tego. Dostają za to kasę. Czytaj: jest ktoś, kto świadomie zatrudnia obu panów, aby ci naigrywali się do woli z dowolnie dobranych ludzi, grup, czy, jak to się ma w powyższym przypadku, narodu. 
Nie przekonuje mnie teza, że wolność daje prawo do wypowiadania bredni, oczerniania innych, naśmiewania się, wykluczając jednocześnie branie odpowiedzialności za słowo. Tak jak kłamstwo jest kłamstwem, tak poniżanie słowem jest poniżaniem i nie zmieni tego faktu wolność słowa. Za wypowiadane słowa, godzące w godność innej osoby powinno się odpowiadać. 
Kiedy Debbie Schlussel świadomie powtarza kłamstwa o polskich obozach koncentracyjnych i o wymordowaniu przez Polaków 4 miliony żydów, to pierwsza poprawka do Konstytucji USA nie ma tu nic do rzeczy.
Kiedy Wojewódzki z Figurskim, nie sprowokowani, kpią i poniżają godność  narodu ukraińskiego, to z urzędu powinni być oni ścigani przez polskie prawo.
I żadne "przepraszam" nie wystarczy. 
Jedynie bardzo dotkliwa kara finansowa za poniżanie godności innych osób, kara tak dotkliwa, która doprowadziłaby poniżających na skraj nędzy, mogłaby wyeliminować z naszego życia osoby, które wykorzystując swoja obecną pozycję, status społeczny, popularność, kompletnie nie liczą się z nikim i niczym.
Walczmy z patologią. 

17 czerwca 2012

Bez niespodzianki


I oto stało się to, co niestety, było do przewidzenia. Po lepszym meczu z Rosją, tym razem nie daliśmy rady Czechom. Za brakło pomyślunku, skuteczności, sił i ponownie odwagi trenera w prowadzeniu ofensywnej gry, który tak bardzo przejął się "zwycięskim" remisem z Rosją, że i tym razem składu nie zmienił, wprowadzając na boisko w środku pola "przeszkadzaczy" w grze rywala, nie zaś piłkarzy potrafiących atakować i odciążyć nieco pozostawionego na pastwę środkowych obrońców Lewandowskiego.
Ale spójrzmy realnie. Ambicji naszym nie brakło, z czego należy się cieszyć; nie starczyło umiejętności oraz jakiegoś pomysłu na rozegranie meczu ze strony Smudy. Optymizm komentatorów okazał się być na wyrost i nawet osłabione Czechy, nie grające jakiegoś kosmicznego futbolu, okazały się być poza zasięgiem. Ciekawe, że przed spotkaniem ekscytowano się tym, jakiego bramkarza powinien trener wystawić, tymczasem (a mecz mieliśmy wygrać) należałoby raczej pomyśleć nad wprowadzeniem do gry drugiego napastnika.
Z tego wszystkiego, przynajmniej ja, cieszę się, że Czesi wyszli z grupy, bo jakoś czuję sentyment do naszych najbliższych południowych sąsiadów Słowian.
Tak sobie myślę, że gdybym miał kierować się uczuciami z pogranicza metafizyki, to może fakt braku awansu Polaków i, co wydawało się niemożliwe, Rosjan, to odpowiedź nadprzyrodzonej siły na chuligańskie wybryki przedstawicieli obu nacji.
Ze sportowego punktu widzenia rozczarowujący jest awans Grecji, najbrzydziej grającej drużyny na Euro, ekipy boiskowych udawaczy, kłamczuszków lub, jak kto woli, płaczliwych panienek, wrażliwych na ból podczas  kontaktu z miękką, bądź co bądź, murawą boiska. Powiedzenie "udawać Greka" wspaniale wpisuje się w filozofię futbolu spod Aten.
Nie dajmy się jednak zwariować. Piłka nożna to tylko sport i nadymanie tego balona do politycznych wręcz rozmiarów nie ma sensu. Jak w każdej dziedzinie życia, aby odnieść sukces w światowej czy europejskiej skali, należy pracować od podstaw, tworzyć silne przedsiębiorstwa i skutecznie konkurować z innymi, zaczynając od rywalizacji na niższych szczeblach.
To prawda, że ważne jest, aby mieć ten łut szczęścia, jak to w życiu. Wtedy i niespodzianka się zdarzy.
Tym razem jej nie było.

09 czerwca 2012

Para poszła w pierwszy gwizdek


No i zaczęło się. Nawet przejezdność zachowana. Ukraińskie feministki się rozebrały, popieprzyły Euro, domagając się, aby UEFA nie zarabiało pieniędzy i nie wykorzystywało seksualnie Polek i Ukrainek, tudzież, aby nie rozpijało mężczyzn. Całe szczęście, że istnieją jeszcze kobiety myślące innymi częściami ciała poza cyckami.
Zaczęło się więc to igrzysko. Chłopaki w pierwszej połowie nawet nieźle zagrali. Lewandowski strzelił. Sędzia, urzeczony polską gościnnością, wyrzucił jednego Greka. Po przerwie chłopaki wybiegli na boisko zmęczeni, dali sobie strzelić gola; Szczęsny wykosił Greka, sędzia nie miał wyjścia i zagrał w czerwień, a Tytoń bez rozgrzewki wybił piłkę z karnego. Zmęczeni chłopcy (jejku, czekają nas trzy mecze, a tu po 45 minutach błaszczykowscy i adamiakowie padają jak muchy ze zmęczenia) dogrywają w końcu na remis ten mecz z najbrzydziej w Europie grającą reprezentacją.  Z tych nerwów zapewne trener zapomniał, że do kadry powołał więcej niż jedenastu piłkarzy i postanowił poznęcać się nad całą pozostałą na boisku dziesiątką graczy, nie dając zmian.
Zerkam do swoich prognozowych notatek. Z grupy wychodzą Rosja i Czechy. Typy pierwszych dwu spotkań: Rosja pokonuje Czechy  (trafiony, zatopiony: 4-1), Polska pokonuje Grecję (pudło: 1-1).
Wynika stąd, że z grupy nie wychodzimy i punkt z Grecją będzie pewnie jedynym, jaki zdobędziemy.
I właśnie w tym miejscu niech mi będzie dane przytoczyć o dziwo, najmądrzejsze od wielu, wielu miesięcy słowa pana premiera: "piłka nożna to naprawdę bardzo ważna sprawa, ale to jednak jest zabawa, to jest sport, a nie wojna", które to słowa dedykuję również cycatym feministkom z Ukrainy.

02 czerwca 2012

Wilcze prawo silniejszego




Олег Горохов - "Kleopatra"



Znów nam dokopali, i nie jest to wiadomość z piłkarskich boisk, tuż przed Euro. Palnął prezydent Obama o polskich obozach śmierci. Beznamiętnie i na wpół świadomie przyłączył się do powtarzanych tu i ówdzie rewelacji, jakoby Polacy podjęli starania, aby naród żydowski pozamykać w gettach i przewieźć do obozów, gdzie miał zakończyć swój żywot. A wszystko to polskie plany i ich realizacja.
Rzecz jasna nikt rozsądnie myślący nie powie, że czczący pamięć wielkiego Polaka Jana Karskiego prezydent USA, świadomie przeinaczył historię, wzbudzając złość i niepokój Polaków. Gafa stała się jednak gafą z rodzaju tych, które z trudem pominąć milczeniem. Wypadałoby raczej spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego do niej doszło?       I tu, wbrew pozorom, wyjaśnienie jest stosunkowo proste. Otóż wilczym prawem wielkich tego świata, zamożniejszych i potężnych jest nie przywiązywanie wagi do tego, co dzieje się na opłotkach świata. Z punktu widzenia geopolityki światowej, Polska była i jest mało znaczącym trybikiem, który, co najwyżej, przydatny jest w mechanizmie polityki lokalnej. Dlatego też Zachód nie zawierzył, lub zawierzyć nie chciał relacjom Karskiego o zagładzie żydów, dlatego zgodna cisza zapanowała wokół Katynia, dlatego sprawa premiera Sikorskiego, a później porządku, jaki zapanował po wojnie, nie były to kwestie godne zainteresowania się nimi przez sojusznicze mocarstwa Związku Radzieckiego. Jeśli nie przywiązuje się wagi do tego, co dzieje się na peryferiach świata, trudno wymagać, aby historia tychże rejonów była mocarstwom znana i aby ta ignorancja nie skutkowała przekłamaniem, nawet podczas uroczystości o tak jednoznacznie brzmiącym przesłaniu.
Wydaje się, że w większości przypadków, nawet nie włączając w to wielkiej polityki, mocarstwo możniejsze, czy społeczeństwo, któremu wydaje się, że stoi na wyższym szczeblu rozwoju, w znacznie większym stopniu ignoruje słabszych, niej istotnych. Dopóty, dopóki polski aktor/film nie trafi do Hollywood, dopóki piosenkarz nie zaśpiewa po angielsku, dopóki pisarz nie znajdzie dobrego tłumacza swych utworów, dopóki nie zainwestuje się pieniędzy na reklamę wyżej wymienionych, aktor, film, piosenkarz czy pisarz w wielkim świecie nie istnieją. Uczeń polski, aczkolwiek ostatnio mniej chętnie, przyswoi sobie wiedzę na temat panowania Henryka VIII, Komuny Paryskiej czy wojny secesyjnej, aniżeli zachodni studenci zdołają ogarnąć rozbiory Polski, powstanie styczniowe czy bitwę warszawską.
Ignorancja zawsze wynika z poczucia wyższości. 
Nie sądzę, aby dotyczyło to jedynie relacji pomiędzy państwami. Niestety tę prawidłowość można dostrzec wszędzie tam, gdzie uwidacznia się, bądź też jest z natury przypisana, przewaga jednego podmiotu nad drugim. Słabszemu zawsze wiatr w oczy i bez różnicy, czy będzie nim dziecko w opozycji do rodziców, podwładny wobec szefa, słabszy fizycznie od silniejszego. Gafę może popełnić silniejszy; dla słabszego gafa to uderzenie w pysk.

30 maja 2012

Euro



 Paul Cezanne - "Montagne Sainte-Victoire"



Sportowiec sportowcowi nierówny. Można mieć ciężkie pięści, okładać nimi przeciwników i mieć doktorat jak Witalij Kliczko, można też łapać piłkę, zatrzymać Anglię na Wembley  i zachowywać się jak idiota, jak pan obecny poseł Tomaszewski.
Daleko mi do euforii spowodowanej Euro w naszym                  i sąsiednim kraju -  cóż, minęły już czasy, gdzie pieniądz w piłce nożnej nie był czynnikiem decydującym o sukcesach, lecz zawsze wtedy, gdy grany jest polski hymn, gdzie orzeł na koszulce, gdzie biel i czerwień, lubiąc mniej lub bardziej sportową rywalizację, coś tam w duszy gra i za serce ściska. 
Tymczasem pan bramkarz, znany z rynsztokowego, dosadnego języka, świętszym od papieża się staje i za pomalowanymi Polakami kciuków trzymał nie będzie, podobnie jak za trenera, prezesa, wszystkie polskie kluby, wszystkich trenerów, działaczy i nie działaczy, słowem nie będzie mu się podobało nic do końca świata i o rok dłużej.
Można i tak, choć w gruncie rzeczy może czepiam się bez sensu, bo wystąpienia pana bramkarza i jego słownictwo tak spowszedniało, że niczym podłym zaskoczyć mnie nie może.
Z tym Euro to w ogóle zawirowania nie z tej ziemi.  Najpierw bez sensu premier ogłasza, że autostrady będą gotowe na piłkarskie święto (tak jakby miały służyć tylko temu celowi), potem wywołane przez tę wypowiedź problemy z budową, bo przecież czasu nie da się poddać kompresji. Przy okazji wyszły na jaw inne kłopoty ze stadionami, koleją, zapewnieniem bezpieczeństwa, co w końcu można było przewidzieć, bo pierwszy raz mamy do czynienia z tak logistycznie zaawansowaną imprezą. Był też czas wpadek naszej ministry od piłki nożnej i hokeja, która jak coś powie, to holenderski trener Rosjan aż prostować musi.
Oprócz ministry pani Kazimiera feministka Szczuka mająca sport w najdalszym poważaniu z uwagi, że jest to rozrywka samców i nic więcej, chciałaby więcej kultury zamiast stadionów i dróg, a najlepiej, aby wybudować żłobki i przedszkola. A przecież żłobki i kultura nie są niedofinansowane należycie z powodu Euro i nie widzą przeszkód, aby jedno i drugie finansować. Podążając tokiem myślenia pani Kazimiery można by znaleźć czterdzieści i cztery takie dziedziny życia/gospodarki/kultury, które z radością powitałyby dodatkowe finansowe wsparcie, a tu wszystkiemu winne Euro.
Jak by nie patrzeć zbliżającym się mistrzostwom Europy w piłce nożnej towarzyszy znaczny cywilizacyjny przeskok w przód i pewnie też temu między innymi zawdzięczamy to, że pomimo kryzysu gospodarka jest na plusie. Gdybyż jeszcze w naszych portfelach było to odczuwalne... .
Euro 2012 w Polsce i Ukrainie też jakoś nie w smak za granicą. Najpierw groźby bojkotu z powodu pani Tymoszenko (ciekawe, że jakoś przy okazji igrzysk              w Pekinie, nie dostrzeżono powodów do ignorancji zawodów, choćby w związku z łamaniem praw człowieka w Tybecie), teraz z kolei nawet BBC ostrzega Brytyjczyków przed przyjazdem do Polski i Ukrainy, bo u nas to prawdziwa Sodoma i Gomora z tym antysemityzmem, ksenofobią            i faszyzmem, natomiast w Anglii to od czasów Henryka VIII nigdy nie dochodziło do łamania praw a na stadionie Heysel w Brukseli tych 39 ofiar to zapewne robota połączonych sił kiboli polsko-ukraińskich a nie Anglików, którzy zachowują się na stadionach tak jak kibice tenisa w Wimbledonie.
No cóż. Musimy przełknąć te nasze mistrzostwa, choć kosztują nas sporo, ale też mogą więcej, jeśli nie uda się porządnie zagospodarować i wykorzystać obiektów, które bez Euro by nie powstały. 
W każdym bądź razie wolę Euro od sukcesów w Afganistanie.

16 maja 2012

Problem psychiczny z programem




Oleg Gorochow - "Bard"

Psychiatria jest jedną z kluczowych i wielce intrygujących dziedzin medycyny, albowiem pole jej oddziaływania dotyczy ludzkiej psychiki, czy, jak kto woli, duszy, czyli tego, co niezmiernie trudno objąć przeciętnie funkcjonującymi zmysłami. 
Jest zestaw chorób, które stosunkowo łatwo (choć ryzykownie) dają się leczyć lub zaleczać tzw. domowym sposobem, bez zaangażowania specjalistycznej wiedzy i medykamentów współczesnej medycyny. Choroby psychiczne nie należą jednak do takich, które dopuszczają ordynowania babcinych specyfików, łagodzących skutki dysharmonii chorego organizmu. Tutaj wypada koniecznie polegać na mądrości medycyny oraz towarzyszącej jej terapii. 
Niezbadane są dzieje ludzkiego mózgu i układu nerwowego. Bo czymże wytłumaczyć taki prozaicznie dostrzeżony onegdaj przeze mnie symptom u pewnego młodzieńca, który w niewytłumaczalny sposób reagował na wydawane mu polecenia, kiedy szedł sobie spokojnie chodnikiem w stronę domu. Wystarczyło zakomenderować: obrót! , albo: stać!, czy: biegiem! i chłopczyna posłusznie i z uśmiechem wykonywał polecenia. Po pewnym czasie słuch o nim zaginął i domyślam się, że musiał poddać się leczeniu.
W związku z tym, że sfera psychiczna człowieka jest nader intymna i podlega swoistemu tabu (nawet kaleka pozbawiony przez nogi, choć początkowo wzbudza ciekawość patrzących, to w końcu nie ma powodu, aby tego typu ułomność postrzegana była przez oglądaczy jako wstydliwa ujma), wydawałoby się logiczne, że wszelkie medyczne i terapeutyczne działania wobec człowieka chorego na chorobę psychiczną powinny być osłonięte kurtyną intymności, a w każdym bądź razie nie ma takiej potrzeby, która kazałaby publicznie dywagować na temat złożonego charakteru schorzenia i stosowanych środków zaradczych.
Ewa Drzyzga z "Rozmów w toku" postawiła sobie za cel upublicznianie psychicznych problemów i chorób zapraszanych do programu osób. Zapewne osoby, z którymi przeprowadza pani redaktor wywiady, znalazły się w programie z własnej woli. Na oczach zaproszonych do studia widzów, klaszczących, podekscytowanych, bądź też wyrażających mniej lub bardziej dosadne formy sprzeciwu i gniewu wobec, odbywa się swoista terapia grupowa, wszelako różna od tej odbywanej w zaciszach terapeutycznych gabinetów i sal, gdyż tutaj ma ona miejsce także na oczach milionowej widowni telewizyjnej. 
Aby stworzyć pozory fachowości i rzetelności programu, zaproszeni do studia psychologowie i psychiatrzy podsuwają roznegliżowanym psychicznie bohaterom show pomysły na rozwiązanie problemów osobowościowych. Zakończenie rozmowy ma wydźwięk optymistyczny a u widzów  i oglądaczy pozostaje wielce ucieszny, dla przykładu, obraz panienki, która zalicza pęczki seksualnych partnerów marząc o wielkiej miłości. Publika wyklaskuje koniec programu i już z utęsknieniem wyczekuj na kolejny odcinek przygód z bezpruderyjnym światem dewiacji. Pani redaktor, spoglądając na słupki oglądalności będzie się starała wypełnić program kolejnymi dziwacznościami, którymi zapłodni umysł tych, którzy, pozbawieni możliwości przechadzania się po szpitalnych salach w oddziałach zamkniętych, spragnieni są oglądania i wysłuchiwania okazów psychologicznej niedoskonałości. 
Oczywiście, powie ktoś, nie ma nic prostszego jak przełączyć się na inny kanał i zaczerpnąć innej rozrywki - w końcu mamy wolność i demokrację. Jednakowoż, w moim mniemaniu, naciśnięcie innego guziczka w pilocie nie rozwiąże problemu epatowania tematami, które z racji na ich specyficzną intymność, powinny być rozwiązywane w gabinetach lekarskich. Czy jeśli idę ciemną uliczka w mieście i obserwuję, jak niezbyt sympatyczny jegomość targa za włosy niewiastę i raz po raz rzuca nią o ścianę starej kamieniczki, czy wtedy, będąc zgorszony zaistniałą sytuacją, powinienem zmienić trasę przechadzki, kierując się na sąsiednią uliczkę? 

14 maja 2012

Wstyd



"Маленькое Благовещение"

Z przerażeniem obserwuję jak każdy niemal dzień istnienia parlamentu i partii politycznych przynosi z sobą wstyd i degradację najprostszych wartości, jakie funkcjonują jedynie jako encyklopedyczne pojęcia wyrwane z kodeksu etycznego. Aż nie do uwierzenia jest to, że nie ma tam na górze kogoś, kto zakopując światopoglądowe etykiety, powiedziałby: dość! Trudno pogodzić się z tym, że nikt w mediach nie zaproponuje bojkotu ludzi, którzy zdaję się znajdować przyjemność w obrzucaniu przeciwników politycznych błotem i chlapać ozorami słownictwem, które w wydaniu wybrańców narodu, nie powinno być obecne. Wydaje się, że i jedni i drudzy żyją ze śmietnikowych odpadków; jedni sądząc, że będąc jedynymi mądrymi, mają prawo, zgodnie z duchem demokracji, wypowiadać się całkowicie dowolnie, nie ponosząc konsekwencji za znaczenie słów; drudzy utrzymują, że relacjonują jedynie fakty, co zwalnia ich  z odpowiedzialności za przekazywane treści. Jedni wyznaczają do wypowiedzi harcowników, którzy nie zawahają się przed żadnym, publicznie wypowiedzianym epitetem wobec rywali; drudzy witają tychże z otwartymi ramionami, wiedząc, że tak jak z pieniądzem, produkt gorszej jakości wyprze ten lepszy.
Sytuacja wydaje się być bez wyjścia, bo każde kolejne wyborcze rozdanie rodzi zgniły owoc i marne to pocieszenie, że po czterech latach można podziękować za podłej jakości zbiory. Kolejny zbiór też będzie zgniły i spleśniały, dopóki taki chory owoc nie będzie podlegał automatycznej wymianie.
Tymczasem mniej, czy bardziej chory umysłowo mózg, zagnieździ się na całą kadencję, lekce sobie ważąc to, jak jest postrzegany przez ogół. Więcej, będzie się upierał, że skoro został przez naród wybrany, przeto wszystko, co od tego czasu robi, w imieniu narodu czyni.   

09 maja 2012

Ronnie O'Sulivan





Snookera można właściwie porównać do szachów, strzelectwa i gimnastyki sportowej w jednym. Szachy wymagają precyzyjnego umysłu, zdolnego przewidywać kolejne ruchy figur i pionków, tak swoich, jak i przeciwnika; strzelectwo ceni celne oko; gimnastyka wymaga precyzji. Tak mi się wydaje, że do snookera potrzebna jest wyobraźnia i znajomość zasad fizyki. Nieodzowne jest też trzymanie nerwów na wodzy, cierpliwość i chłodna kalkulacja. Wreszcie należałoby zadbać o dobrą kondycję, bo taki pojedynek o mistrzostwo świata może zamienić się w dziesięciogodzinną batalię (całe szczęście, że z przerwami).
Wszystkie te umiejętności i sprawności opanował najlepiej genialny Ronnie O'Sulivan, zdobywając czwarty tytuł mistrza świata w snookerze, grze dla inteligentnych i, co warte podkreślenia z punktu widzenia kobiet, dobrze ubranych i przystojnych panów. 

01 maja 2012

Pierwszy



Wojciech Weiss - "Manifest"


Nie wróci się pierwszy maj ten oficjalny z chorągiewką w dłoni, w szpalerze zwartym, uśmiechniętym, beztroskim. Stoisz gdzieś na uboczu, patrzysz: miasto ruszyło naprzód w ludycznym tańcu. Z wąskich gardeł uliczek wylewa się i łączy z rzeką płynącą wartkim, chłonnym nurtem. Ten tłum kroczył świętując  robotniczą pracę; bywało, że świętowanie było mile widziane, lecz nie brakowało też  zwykłego entuzjazmu, bo to jedyne takie święto nie związane z religią, czy państwową rocznicą.
Dzisiaj robotników oficjalnie nie ma, a pochody, mitingi, wiece, czy mniej formalne majówki traktowane są jako jakieś stadne dziwolągi. nawet kontrmanifestacje ostatnio ustały, nie żeby nie było powodów, aby przyłożyć czerwonym, lecz tak jakoś, obecnie pojawiające się protesty, czasami agresywne, kieruje się wobec politycznych i obyczajowych przeciwników. Dlatego łatwiej protestować przeciwko rządowi, gejom i lesbijkom, nie szanującym krzyża, czy też w obronie jedynej prawdziwie polskiej telewizji. Robotników nie ma, więc na co komu pierwszy maj. 
W ogóle współczesna celebrycka propaganda zdaje się nie przyznawać do tego, że sto i więcej lat temu była sobie taka, wcale pokaźna, grupa społeczna, która domagała się swoich praw: prawa do godziwego wynagrodzenia, pracy, znośnych warunków życia i prawa te respektowane nie były. I to właśnie zmuszało do protestów, strajków, czynnej walki, aż doszło do nieuniknionej rewolucji. A sprawcą rewolucji nie był ani Marks ani Lenin; to dzieło systemu, mieszczańskiego kapitalizmu, zagradzającego drogę robotnikom do godnego życia. 
Świat zmienił się przez te sto lat z odkładem i pomimo obiektywnie lepszych warunków życia w jakich funkcjonuje pracownik najemny, różnice majątkowe nawet się powiększyły. Tyle że dzisiejszy właściciel pracy najemnej pracuje teraz w rękawiczkach, a celebryci chwalą dobrodziejstwo konsumpcjonizmu.