Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

31 sierpnia 2026

IGNACY KRASICKI - MIKOŁAJA DOŚWIADCZYŃSKIEGO PRZYPADKI - KSIĘGA I /8/

 

VIII.

Nie było jeszcze doszło do wiadomości matki mojej, iż wiele dłużników mieli karty z mojemi podpisami na znaczne summy, z których pan Damon z towarzystwem swojem korzystał. Z początku nie śmiałem o tem wspominać: bojąc się jednak, żeby dłużnicy prosto do matki rekursu nie uczynili, gdym dobrą porę upatrzył, opowiedziałem jej wszystko szczerze. Odpuściwszy więcej, darowała mniej. Kazała napisać do dłużników, aby się z kartami stawili, z upewnieniem, iż każdy odbierze, co mu się będzie należało. Mogłaby była wprawdzie, według rady plenipotenta swego, nie zapłacić dłużnikom: ale delikatność jej sumienia nie chciała zostawować w odpowiedzi ludzi niewinnych za cudze przestępstwa. I tak, czyli nie umiejąc, czyli nie chcąc czynić różnicy między sprawą prawną, a sprawiedliwą, wolała, ile majętniejsza, szkodować, niż być przyczyną szkody ubogim: mogę bezpiecznie mówić ubogim, bo to byli obywatele kupcy i rzemieślnicy stołecznego miasta naszego województwa.

 Czytanie Koloandra wiernego, wzbudziło we mnie nieznacznie chęć do kontynuowania sentymentowej zaczętej przez Pana Damona edukacyi. Zdała mi się wieś zbyt szczupłym teatrum do praktykowania reguł, któremi byłem napojony. Julianny w domu nie było; jużem był wynalazł cel affektów moich Jejmć Pannę Podwojewodzankę; ale gdym pierwsze kroki czynić począł, zagadł mnie z góry Jmć Pan Podwojewodzy, obiecując córkę, prosząc o zapis i ostrzegając dożywocie. Przejęło mnie wskróś takowe barbarzyństwo, i zbrzydziwszy wieś do ostatka, tylem na matce wymógł; iż mnie przy wuju, który z naszego województwa został był posłem na sejm, wysłała do Warszawy.

 Każdy człek młody, pierwszy raz przyjeżdżający ze wsi do stołecznego miasta, zatłumiony zostaje wielością i rozmaitością rzeczy, które się przed jego oczyma snują. Ta impresya tym była we mnie żywsza, im większe miałem pragnienie obaczyć i poznać, jak teraz mówią, świat wielki. Przyrównywając niezgrabność moją ziemiańską, do cudnej udatności kawalerów stołecznych, z początku czułem wstyd wielki i upokorzenie. Nauki i objaśnienia wujowskie wdrożyły mnie powoli w uczciwą przytomność i prezencyą; ale nierównie więcej winny zostałem damom. Z ich łaski pozbyłem się nałogu niewczesnej kawalerskiemu stanowi modestyi. Wyśmiany w dobrej kompanji za wstydliwe zarumienienie się, stałem się odważnym: poznałem, iż, co lud prosty nazywa obmową, wyborny świat mieni być uciesznym żartem, duszą wybornej konwersacyi: i takem się w tem nowem rzemieśle wyćwiczył, żem wkrótce przeszedł tych, których mi przedtem naśladować kazano.

 Jużem był przekonanym u siebie, że mi nic nie brakowało do wytworności; ale wywiódł mnie z błędu jeden poufały od dwóch dni po pierwszem poznaniu przyjaciel. Ten przyszedłszy do Warszawy w kubraku bez chłopca, jeździł już naówczas karetą angielską na resorach, a osi uginały się pod ciężarem sążnistych hajduków. Wziął do mnie serce, i zaprosiwszy na ostrygi, gdy się inni goście rozeszli, tak mówić począł.

 « Rozumiem, iż nie będziesz mi miał za złe, że świeżo na to wielkie teatrum przybyłemu, dam rady niektóre, i takie reguły przepiszę, z których zachowania, widzisz Wmć Pan z mojej sytuacyi, jakem korzystał. Gdyby człowiek mógł dysponować urodzeniem swojem, byłbym zapewne obrał Wmć Pana sytuacyą, albo jeszcze lepszą: inaczej się ze mną stało. Urodziłem się, prawda, szlachcicem, ale tak ubogim, iż rodzice myśląc jedynie o wyżywieniu, nie mieli czasu myślić o mojej edukacyi. Skorom lat jedenastu doszedł, wyprawiony, a bardziej wypchnięty byłem z domu rodzicielskiego: oprócz błogosławieństwa, nic mi na drogę nie dali. Udałem się na służbę, i naturalna jakowaś raźność przymilała mnie w oczach tych, u których służyłem. Postrzegłem, iż ta raźność i dobra fantazya była instrumentem mojego szczęścia: ten dar natury, utrzymywałem i pielęgnowałem, ile możności; i takem go z czasem powiększył i wydoskonalił, iż stała się nieznacznie efronteryą. Trzeba, Mospanie, mieć czoło miedziane, kto chce co na świecie wskórać.

 « Dla czegóż się, proszę, ludzie cnotliwi, zacni, przystojni, uczeni, na fortunę skarżą? Nie dla innej przyczyny cierpią, tylko, iż nie umieją swego towaru sprzedać. Mniemają, iż przy modestyi lepiej się cnota wydaje: fałszto wierutny. Minęły te czasy, albo ich może nie było, czemu ja najbardziej wierzę, żeby cnotę szukano: jej się za szczęściem ubiegać trzeba; albo medytować o głodzie nad marnościami świata tego. Dobra rzecz i nader pożądana mieć talenta, ale większa sztuka, nie mając talentów, ujść za doskonałego. Nie będę Wmć Pana bawił mojemi awanturami; możesz się dorozumieć iż musiałem ich mieć i wiele, i rozmaitych, niżlim przyszedł do tego stanu, w którym mnie Wmć Pan widzisz. Wracam się więc do przełożenia niektórych sposobów, jakiemi można zyskać wziętość, i zarobić na reputacyą doskonałego kawalera.

 « Najprzód, trzeba, ile możności, pozyskać trojaką reputacyą, galantoma, junaka i filozofa. Trzeci ten przymiot dawniejszemi czasy nie był potrzebny, teraz konieczny. Kawaler modny wcale jest teraz odmienny od owych galantów czasu Ludwika XIV we Francyi, albo Augusta II w Polszcze. Reguły sentymentowe, w takich naówczas były obrębach przystojności, modestyi, sekretu, iż amant, który sobie cel swojego kochania obrał, albo zmierzał po parafiańsku do stanu świętego małżeńskiego, albo zostawał dozgonnym prawie niewolnikiem osoby ulubionej. Najmniejsze przestąpienie reguł galantomji, było przestępstwem niedopuszczonem: a dama i kawaler, męczennicy własnego uprzedzenia, rozumieli czasem, iż się serdecznie kochają wtenczas, gdy się nudzili wzajemnie.

 « Postrzegły te grube w kochaniu defekta damy, i śmielsze od nas, zrzuciły jarzmo niewczesnej przystojności. Że sinogarlice wiecznie płaczą, tym gorzej dla sinogarlic, mówiła mi niedawno grzeczna jedna i bardzo modna dama. Statek jest teraz przymiotem podłych tylko umysłów; po wsiach jeszcze może kochają się podawnemu, u nas w Warszawie, nawet po kramach i przy warstatach modna teraz panuje galantomia. Rozwodzić się więc z affektami, wzdychać, płakać, cierpliwie oczekiwać, wyszło to z mody. Wstęp pierwszy czyni efronterya, giesta wolne, dyskursy śmiałe, obmowa, chlubienie się z mniemanego szczęścia, strój wytworny, ekwipaż gustowny, expens rozrzutna. Gdy Wmć Pan w posiedzeniu z damami będziesz, niech laufer raz poraz od samegoż Wmć Pana skomponowane bilety nosi, a Wmć Pan czytaj je, niby z dystrakcyą; uskarżaj się, iż momentu wolnego czasu znaleźć dla siebie nie możesz; spytany od kogo te poselstwa i bilety? czasem z misterną miną, czasem z uśmiechem powiadaj, że to interes domowy, małej wagi, i t. d.; a jeżeliby był ogień na kominku, pójdź do niego, i inny dyskurs zacząwszy wrzuć w ogień bilet, tak nieznacznie i ostróżnie, żeby to wszyscy postrzegli.

 « Pomaga i to w kompaniach do akceptacyi, gdy w dyskursie potocznym najdystyngwowańsze osoby będziesz Wmć Pan cytował, i wspominał poufale: byłem u hetmana, grałem z kanclerzem, polowałem z wojewodą, i t. d. Sposób ten wchodzi nieco i w reguły junackie; ale do nabrania tej reputacyi najlepiej służy uczęszczanie z tymi, którzy bezkrwawnemi pojedynkami zasłużyli sobie na reputacyą walecznych rycerzów; opowiadanie dzieł marsowych i hazardów w wielu okolicznościach w kompanji damskiej, albo ludzi spokojnych, może wielce dopomódz. Za powrotem z cudzych krajów, lepsze się Wmć Panu pole otworzy: nie obawiając się świadków, i przed junakami będziesz się mógł z męztwem swojem popisać. Nie od rzeczy będzie i to, gdy będziesz Wmć Pan miał zawsze przy łóżku parę pistoletów, choćby i nienabitych, i w tejże samej izbie, albo wiszący, albo stojący w kącie pałasz z furdymentem.

 « Co do trzeciego punktu, masz Wmć Pan wiedzieć, iż wiek nasz terazniejszy, jestto wiek oświecony: tak jak angielskie fraki, i filozofia w modę weszła. U najmodniejszych dam zastaniesz Wmć Pan na gotowalni tuż przy węzełkach i bielidle xięgi pana Rousseau, filozoficzne dzieła Woltera, i inne podobnego rodzaju pisma. Trzeba więc koniecznie postawić się w stanie prowadzenia dyskursu, gdy Wmć Pana z tej strony zagadną. Nie rozumiej Wmć Pan, żeby dla tej przyczyny potrzeba było nieustannie czytać, aplikować się, i wchodzić w głębokie spekulizacye. Nie tak to trudno zostać filozofem, jak Wmć Pan rozumiesz: chwal tylko, co drudzy ganią, myśl, jak chcesz, byleby osobliwie; kiedy nie kiedy z religji zażartuj, decyduj śmiele a gadaj głośno; przyrzekam, iż ujdziesz wkrótce za wielkiego filozofa... » Chciał więcej mówić, ale znać dano, iż już czas jechania; z ciężkim więc moim żalem musiał dyskurs zakończyć, i razem z nim pojechaliśmy na asamble.



[31.08.2026, Toruń]

JULIUSZ SŁOWACKI - ANHELLI - ROZDZIAŁ IV

 

ROZDZIAŁ IV

  • I przechodził Szaman z Anhellim pustemi drogami Syberyi, gdzie stały turmy.

  • I widzieli twarze niektórych więźni przez kraty patrzących się na niebo smutne i blade.

  • A przy jednej z onych turm spotkali ludzi niosących trumny i zatrzymał je Szaman każąc otworzyć.

  • Więc gdy zdjęto trumien wieka, wzdrygnął się Anhelli widząc, że umarli byli jeszcze w łańcuchach, i rzekł: Szamanie, oto się boją, żeby nie zmartwychwstali ci umęczeni.

  • Obudź którego z nich, albowiem masz siłę cudów; obudź tego starca z siwą brodą i z białemi włosami: bo mi się zdaje, żem go znał żywym.

  • A Szaman spojrzawszy surowo rzekł: Cóż więc? Oto go wskrzeszę, a ty go znów zabijesz.

  • Zaprawdę i dwa razy go wskrzeszę i dwa razy od ciebie śmierć weźmie.

  • Lecz niech będzie, jak żądasz, abyś wiedział, że śmierć nas ochrania od smutków, które już się były w drogę ku nam wybrały, a znalazły nas martwémi.

  • Tak mówiąc spojrzał Szaman na starca w trumnie i rzekł:

  • Wstań! A ciało w łańcuchach podniosło się i usiadło, patrząc się na ludzi jak człowiek śpiący.

  • A poznawszy go wtenczas Anhelli rzekł: Witaj, człowieku możny niegdyś w radzie i jeden z najmędrszych.

  • Cóż więc przywiodło ciebie w więzieniu, abyś się spłaszczył przed władzą i uczynił owe wyznanie winy, o którém słyszeliśmy?

  • Dlaczego zaparłeś się serca twojego i przeszłości twojéj? Czy ci mękami odebrano rozum i pamięć? Coźeś uczynił!

  • Zaszkodziłeś nam; albowiem dziś mówią do nas ludzie obcy: Oto przewodnicy wasi zapierają się i zmieniają serca dla narodu, a tylko ludzie mali trwają w stałości.

  • Ta więc stałość małych uporem jest, gdy ludzie pierwsi w narodzie uznają błąd swój nie spodziewając się nawet przebaczenia.

  • A gdy to mówił Anhelli, stało się podług słów Szamana, że wskrzeszony ów jęknąwszy umarł na nowo.

  • Rzekł więc Szaman: Zabiłeś go, Anhelli, powtarzając ludzkie obmowy i oszczerstwo, o którem nie wiedział przed śmiercią.

  • Lecz ja go wskrzeszę raz drugi, a ty się strzeż, abyś go powtórnie o śmierć nie przyprawił.

  • To powiedziawszy zbudził umarłego, i podniósł się ów człowiek w trumnie łzy wylewając z otwartych powiek.

  • I rzekł doń Anhelli: Przebacz, bom nie wiedział, że mówię obmowę i oszczerstwo.

  • Oto widziałem cię w radzie narodu z bratem twoim, i widziałem wasze dwie głowy zawsze razem, a białością podobne dwóm gołębiom, które razem zlatują na proso.

  • Bo zaprawdę, że jak dwaj gołębiowie zlatywaliście na urnę projektów i wyniszczaliście ziarno praw; a na plewy wasze zlatywali się maleńcy wróblowie świergocąc o rzeczach mniejszej wagi.

  • Przebacz mi, że was równam ptakom Bożym i rzeczom błahym; ale białość wasza i prostota tak każe.

  • O nieszczęśliwi! oto jeden na cmentarzu sybirskim szuka spocznienia, a drugi leży pod różami i cyprysami Sekwany. Biedni gołębiowie i rozłączeni i umarli!

  • Usłyszawszy owe słowa wskrzeszony, krzyknął: Mój brat! i powalił się w trumnie i umarł.

  • A Szaman rzekł do Anhellego: Na cożeś mu powiedział o śmierci brata? Oto chwila, a dowiedziałby się od Boga i spotkałby się z bratem miłym w krainie niebieskiéj.

  • Stało się! Niech zakryją te trumny i zaniosą je na cmentarz. A ty nie proś mnie więcej, abym wskrzeszał tych, którzy śpią i odpoczywają.



[31.08.2026, Toruń]

HOMER - ILIADA - KSIĘGA VII cd. (24)

 

[…]

Tego Likurg⁴⁹⁹ podstępem, nie siłą obalił,

W ciasnej zaszedłszy drodze, ani go ocalił

Żelazny pocisk w ręku, którym postrach szerzył;

Pchnął go Likurg, on ciałem o ziemię uderzył.

Odarłszy z niego łupy, Aresowe zbroje,

Sam się w nie zwykł ubierać, gdy chodził na boje.

Lecz gdy już wieku został przytłoczon ciężarem,

Ereutal je, towarzysz, wziął od niego darem.

W tej on zbroi wyzywał wszystkie nasze wodze:

Lecz największe umysły w takiej były trwodze,

Iż z tym groźnym olbrzymem spotkania się bały.

Choć najmłodszy ze wszystkich, ja tak byłem śmiały,

Żem wyszedł przeciw niemu z twarzą niezmieszaną.

A Pallas uwieńczyła mój oręż wygraną.

Powaliłem olbrzyma, widziałem, jak brzemię⁵⁰⁰

Ogromnych jego członków upadło na ziemię.

Obym dziś miał tę żywość, tę młodość w tej porze!

Walczyłby godny ciebie przeciwnik, Hektorze!

Z was, których w pierwszym rzędzie rycerzów świat liczy,

Żaden sobie spotkania z Hektorem nie życzy».

Tak starzec ich upomniał. Wraz⁵⁰¹ dziewięciu wstaje:

Agamemnon, którego wodzem lud uznaje,

Potem silny Diomed⁵⁰², greckich wojsk ozdoba,

Potem najchciwsi boju Ajasowie oba,

Po nich zaś Idomenej, Krety wódz szanowny,

I Merion, Aresowi z dzidą w ręku równy:

Po nich zacny Eurypil, do bojów pochopny⁵⁰³,

Po nim Toas, nareszcie Odyseusz roztropny.

Chęć walczenia z Hektorem we wszystkich gotowa,

Kiedy poważny Nestor przemawia w te słowa:

— «Oddajcie rzecz losowi! Kogo los wyznaczy,

Przez tego się dźwignionym lud grecki obaczy;

I sobie dobrze zdziała, nie tylko ojczyźnie,

Jeśli z tej bitwy strasznej cały się wyśliźnie».

Rzekł, a oni z przydaniem każdy swego znaku

Losy w Agamemnona złożyli szyszaku.

Wojska wzywają bogów, ręce w górę wznoszą

I tymi słowy pana nieśmiertelnych proszą:

— «Daj, niechaj los Ajasa lub Tydejda⁵⁰⁴ padnie,

Lub króla, co w Mykenach możnych berłem władnie!»

Tak się modlą, do nieba obróciwszy oczy.

Wtem Nestor zatrząsł szyszak. Natychmiast wyskoczy

Żądany los Ajasa, Telamona syna,

Woźny go z prawej strony obnosić zaczyna

Przez wszystkie, co włożyli swe znaki, rycerze,

Lecz za swój nie uznając, żaden go nie bierze.

Kiedy zaś przed Ajasem niezwalczonym staje,

Ten ściąga po los rękę i za swój uzna􀰗e,

I rzuciwszy na ziemię swą radość tłumaczy:

— «Los jest mój, przyjaciele, i dobrze się znaczy: […]

----------------------------------------------------------------------

⁴⁹⁹Likurg — Arkadyjczyk, syn Aleosa.

⁵⁰⁰brzemię — ciężar.

⁵⁰¹wraz (daw.) — zaraz.

⁵⁰²Diomedes — syn Tydeusa, Diomedesa, króla Argos, grecki wojownik, którym opiekowała się Atena.

⁵⁰³pochopny — prędki, działający bez zastanowienia.

⁵⁰⁴Tydejd — syn Tydeusa; chodzi o Diomedesa, króla Argos, greckiego wojownika, którym opiekowała się Atena.

----------------------------------------------------------------------

[...]

Że Hektora zwyciężę, mam pewną nadzieję.

Wy tymczasem, nim zbroję rycerską przywdzieję,

Proście za mną Zeusa, ale proście w ciszy,

Niech waszej nieprzyjaciel modlitwy nie słyszy.

Lub raczej proście głośno! Nie znam w sercu trwogi,

Przed nikim z ludzi nie drżę ani cofam nogi.

Mniemam, że gdy w rycerskiej Salaminie⁵⁰⁵ wzrosłem,

Znam się niepoczątkowo z Aresa rzemiosłem».

Rzekł, wojsko wzywa bogi w pokornych odgłosach:

— «Panie, co władasz ziemią, co rządzisz w niebiosach,

Co opatrznymi wszystko ogarniasz oczyma,

Daj, niech Ajas zwycięstwo i chwałę otrzyma!

A jeśli i Hektora miła ci osoba,

Niech mają równą siłę, równą chwałę oba!»

Tak się modlą, a rycerz w świetną miedź się stroi;

Kiedy zaś cały stanął w bohaterskiej zbroi,

Sążnistym⁵⁰⁶ idzie krokiem. Z jaką Ares miną

Dąży w pole, gdzie wojska w krwawej rzezi giną,

Tak na plac boju wielki Ajas szedł z pośpiechem:

Twarz groźna się uśmiecha, lecz dumnym uśmiechem;

Długą wstrząsając dzidą wielkim stąpa krokiem.

Cieszą się Grecy męża takiego widokiem,

A Trojanie się zlękli na jego spojrzenie:

Nawet serce Hektora zimne przeszło drżenie,

Lecz ni bać się, ni cofać nie była już pora,

Pierwsze bowiem wyzwanie poszło od Hektora.

Zbliży się, na kształt wieży niosąc puklerz⁵⁰⁷, który

Zrobił Tychej, siedmioma powlekłszy go skóry:

W Hyli⁵⁰⁸ mieszkał, ze skórnych pierwszy rzemieślników;

Ten dobrze wytuczonych siedm zarzezał byków

I nie naśladowany w swym wielkim przemyśle⁵⁰⁹,

Ósmą blachą umocnił siedm skór zbitych ściśle.

Takim Ajas puklerzem swe piersi okrywa

I zbliżywszy się groźnym tonem się odzywa:

— «Gdy się moja sam na sam ręka z twoją zmierzy,

Poznasz, Hektorze, jakich my mamy rycerzy…

Którym rycerski z tobą niestraszny uczynek.

Ale nie zwlekaj boju, zacznij pojedynek!

A Hektor: — «Cny Ajasie, nie trwóż ty mnie słowy,

Nie doświadczaj jak dziecka albo białogłowy,

Co nie znał dzieł wojennych! Bo rycerskie sprawy

Od kolebki są dla mnie najmilsze zabawy.

Na prawej i na lewej umiem trzymać tarczę,

Tak że niezmordowany długo bić wystarczę,

Piesze w tańcu Aresa zdolnym zwodzić bitwy

I ogniste na dzielnych rumakach gonitwy.

A skoroś taki, skrycie pociskiem nie mierzę,

Lecz jeśli mi się uda, otwarcie uderzę».

To rzekł i dzidę rzucił, a pocisk gwałtowny

Trafia w puklerz Ajasa siedmią skór warowny:

Przebija blachę z miedzi i sześć skór przedarła

Silna dzida, w ostatniej ledwie się oparła. […]

-------------------------------------------------------------------

⁵⁰⁵Salamina — miasto i wyspa w pobliżu Attyki.

⁵⁰⁶sążnisty (daw.) — długi (od sążnia, dawnej miary długości).

⁵⁰⁷puklerz — rodzaj okrągłej tarczy.

⁵⁰⁸Hyle — miasto w Beocji.

⁵⁰⁹przemysł (daw.) — spryt, przemyślność.

------------------------------------------------------------------

Znowu Ajas szlachetny swą dzidą niezłomną

Mierzy i trafia w tarczę Hektora ogromną:

I przez tarczę gwałtowny grot drogę otwiera,

I kirys⁵¹⁰, mocno tkany, na ciele przedziera

I na boku od wnętrza szatę mu przewierci:

Schylił się zręcznie Hektor i wydarł się śmierci.

Oba z puklerzów dzidy wyciągnąwszy razem,

Z bliska sobie śmierć niosą zabójczym żelazem:

Bo jak lwy ścierwo żrące lub zajadłe dziki,

Równie oba zawzięte walczą wojowniki.

Uderza w puklerz Hektor, lecz go nie przebija:

Twardą miedzią odparty grot dzidy się zwija.

Ajas razy⁵¹¹ po razach zadawać pośpieszał,

Wpadającego nagle bohatera zmieszał

I zadrasnął go w szyję żeleźcem pociska;

Jemu natychmiast z rany krew czarna wytryska.

Lecz i tak mężny Hektor pola nie odbieżał⁵¹²:

Cofnąwszy się, głaz porwał, co na ziemi leżał,

Głaz wielki, chropowaty, i silnym ramieniem

W twardy puklerz Ajasa ugodził kamieniem:

Zaraz miedzi chrapliwe ozwały się jęki.

Lecz Ajas jakby młyński kamień wziął do ręki

I kręcąc go, niezmierne swe siły natęża:

Leci ogromny kamień z rąk ogromnych męża.

Strzaskał puklerz, stłukł nogi: bohater się wzdrygnął.

Upadł na wznak z puklerzem, lecz go Feb podźwignął

Już i mieczów rycerze dobywają groźnych,

Gdy się do nich szanownych dwu zbliżyło woźnych

(Urząd poselstwem bogów i ludzi wsławiony):

Idej przyszedł z trojańskiej, Taltyb z greckiej strony.

Ci berła wśród zajadłych bohaterów kładą⁵¹³,

A Idej pierwszy rzecze, mądrą znany radą:

— «Przestańcie już, synowie, już walczyć nie trzeba,

Bo obydwu zarówno kochają was nieba.

Znamy⁵¹⁴, żeście obadwa niezwalczonej mocy,

Ale noc się przybliża, ustąpcie więc nocy».

Na to Ajas mądremu rzecze Idejowi:

— «Hektora zobowiążcie, niech on oto mówi:

On nadzwyczajnym wszystkich nas wyzwał przykładem,

Więc, co zrobi, ja chętnie jego pójdę śladem».

A Hektor: — «Gdy, Ajasie, masz od bogów tyle,

Że twa roztropność równa odwadze i sile,

Bo ci w odwadze wszyscy ustąpią Achiwi,

Nie chciejmy w po􀰗edynku dziś być uporczywi.

Jeszcze się w polu sławy zetrze nasze męstwo,

Aż wreszcie mnie lub tobie da wyrok zwycięstwo…

Lecz dary wzajemnymi uprzedźmy rozstanie,

Aby o nas mówili Grecy i Trojanie:

— «Walczyli w gniewie, który mężne serce bodzie,

A rozeszli się z sobą w przyjaźni i zgodzie!»

To do Ajasa Hektor wyrzekłszy szlachetny,

Ze srebrnymi pochwami podał mu miecz świetny […]

---------------------------------------------------------------------

⁵¹⁰kirys — rodzaj pancerza osłaniającego korpus.

⁵¹¹raz — cios, uderzenie.

⁵¹²pola nie odbieżał — nie uciekł przed walką.

⁵¹³Ci berła wśród zajadłych bohaterów kładą — gest oznaczający nietykalność urzędu.

⁵¹⁴znać — tu: wiedzieć.

-------------------------------------------------------------------

[…] I pas rycerski przydał⁵¹⁵ na dowód szacunku;

Ajas mu purpurowy dał pas w podarunku.

Rozchodzą się rycerze: ten do Greków śpieszy,

A Hektor się udaje do trojańskiej rzeszy.

Jaką się ich radością serca rozpływały,

Że spod silnej Ajasa ręki wyszedł cały!

A zatem go do miasta weseli prowadzą,

Lecz że go widzą, ledwie oczom wiarę dadzą…

Grecy czuwają, póki cień nocy nie minie,

I miłej używają ochoty przy winie.

Trojanie jedzą w mieście i ich przyjaciele.

Ale gniewny gotuje Kronid⁵¹⁶ nieszczęść wiele.

Grzmi strasznie. Ci na ziemię zbledli wino leją,

I poty do ust czaszy przybliżyć nie śmieją,

Póki bogu pioruna nie zrobią ofiary;

Kładą się, a sen słodkie na nich sypie dary. […]

-------------------------------------------------------------------

⁵¹⁵przydać (daw.) — dodać.

⁵¹⁶Kronid — przydomek Zeusa (syn Kronosa).



[31.08.2026, Toruń]

BOLESŁAW PRUS - LALKA - TOM I (11)

 

R.4. POWRÓT (zakończenie)

[…]

— Mylisz się.

— Zaraz ci dowiodę — odpowiedział Ignacy przyciszonym głosem. — Ty nie jeździłeś tam wyłącznie dla zrobienia pieniędzy…

— Zapewne — rzekł Wokulski po namyśle.

— Bo i na co trzysta tysięcy rubli tobie, któremu wystarczało tysiąc na rok?…

— To prawda.

Rzecki zbliżył swoje usta do jego ucha.

— Jeszcze ci powiem, że pieniędzy tych nie przywiozłeś dla siebie…

— Kto wie, czyś nie zgadł.

— Zgaduję więcej, aniżeli myślisz…

Wokulski nagle roześmiał się.

— Aha, więc tak sądzisz? — zawołał. — Upewniam cię, że nic nie wiesz, stary marzycielu.

— Boję się twojej trzeźwości, pod wpływem której gadasz jak wariat. Rozumiesz mnie, Stasiu?…

Wokulski wciąż się śmiał.

— Masz rację, nie przywykłem pić i wino uderzyło mi do głowy. Ale — już zebrałem zmysły. Powiem ci tylko, że mylisz się gruntownie. A teraz, ażeby ocalić mnie od zupełnego upicia, wypij sam — za pomyślność moich zamiarów.

Ignacy nalał kieliszek i mocno ściskając rękę Wokulskiemu, rzekł:

— Za pomyślność wielkich zamiarów…

— Wielkich dla mnie, ale w rzeczywistości bardzo skromnych.

— Niech i tak będzie — mówił Ignacy. — Jestem tak stary, że mi wygodniej nic nie wiedzieć; jestem już nawet tak stary, że pragnę tylko jednej rzeczy — pięknej śmierci. Daj mi słowo, że gdy przyjdzie czas, zawiadomisz mnie…

— Tak, gdy przyjdzie czas, będziesz moim swatem.

— Już byłem i nieszczęśliwie… — rzekł Ignacy.

— Z wdową przed siedmioma laty?

— Przed piętnastoma¹⁰⁹.

— Znowu swoje — roześmiał się Wokulski. — Zawsze ten sam!

— I tyś ten sam. Za pomyślność twoich zamiarów… Jakiekolwiek są, wiem jedno, że

muszą być godne ciebie. A teraz — milczę…

To powiedziawszy Ignacy wypił wino, a kieliszek rzucił na ziemię. Szkło rozbiło się z brzękiem, który obudził Ira.

— Chodźmy do sklepu — rzekł Ignacy. — Bywają rozmowy, po których dobrze jest mówić o interesach.

Wydobył ze stolika klucz i wyszli. W sieni wionął na nich mokry śnieg. Rzecki otworzył drzwi sklepu i zapalił kilka lamp.

— Co za towary! — zawołał Wokulski. — Chyba wszystko nowe?

— Prawie. Chcesz zobaczyć?… Tu jest porcelana. Zwracam ci uwagę…

— Później… Daj mi księgę.

— Dochodów?…

— Nie, dłużników.

Rzecki otworzył biurko, wydobył księgę i podsunął fotel. Wokulski usiadł i rzuciwszy okiem na listę, wyszukał w niej jedno nazwisko.

— Sto czterdzieści rubli — mówił czytając. — No, to wcale niedużo…

— Któż to? — zapytał Ignacy. — A… Łęcki…

— Panna Łęcka ma także otwarty kredyt… bardzo dobrze — ciągnął Wokulski zbliżywszy twarz do księgi, jakby w niej pismo było niewyraźne. — A… a… Onegdaj wzięła portmonetkę… Trzy ruble?… to chyba za drogo…

— Wcale nie — wtrącił Ignacy. — Portmonetka doskonała, sam ją wybierałem.

— Z którychże to? — spytał niedbale Wokulski i zamknął księgę.

— Z tej gablotki. Widzisz, jakie to cacka.

— Musiała jednak dużo między nimi przerzucić… Jest podobno wymagająca…

-------------------------------------------------------------------------

¹⁰⁹Przed piętnastoma — w domyśle: laty, a więc w r. 1863; pojawia się tu kolejna aluzja do udziału Wokulskiego w powstaniu styczniowym.

-------------------------------------------------------------------------

— Wcale nie przerzucała, dlaczego miałaby przerzucać? — odparł Ignacy. — Obejrzała tę…

— Tę?…

— A chciała wziąć tę…

— Ach, tę… — szepnął Wokulski biorąc do ręki portmonetkę.

— Ale ja poradziłem jej inną, w tym guście…

— Wiesz co, że to jednak jest ładny wyrób.

— Tamta, którą ja wybrałem, była jeszcze ładniejsza.

— Ta bardzo mi się podoba. Wiesz… ja ją wezmę, bo moja już na nic…

— Czekaj, znajdę ci lepszą — zawołał Rzecki.

— Wszystko jedno. Pokaż inne towary, może jeszcze co mi się przyda.

— Spinki masz?… Krawat, kalosze, parasol…

— Daj mi parasol, no… i krawat. Sam wybierz. Będę dziś jedynym gościem i w dodatku zapłacę gotówką.

— Bardzo dobry zwyczaj — odparł uradowany Rzecki. Prędko wydobył krawat z szuflady i parasol z okna i podał je ze śmiechem Wokulskiemu. — Po strąceniu rabatu — dodał — jako handlujący, zapłacisz siedem rubli. Pyszny parasol… Bagatela…

— To już wrócimy do ciebie — rzekł Wokulski.

— Nie obejrzysz sklepu? — spytał Ignacy.

— Ach, co mnie to ob…

— Nie obchodzi cię twój własny sklep, taki piękny sklep?… — zdziwił się Ignacy.

— Gdzież znowu, czy możesz przypuszczać… Ale jestem trochę zmęczony.

— Słusznie — odparł Rzecki. — Co racja, to racja. Więc idźmy.

Pozakręcał lampy i, przepuściwszy Wokulskiego, zamknął sklep. W sieni znowu spotkał

ich mokry śnieg i Paweł niosący obiad. [...]



[31.08.2026, Toruń]

30 sierpnia 2026

NOWA KAWIARENKA (2)

 

2. Samowystarczalni

Państwo Przychodniakowie, u których się zakwaterowałem, codziennie dostarczali mi nowych informacji dotyczących społeczności wioski Dąbki. Jadłem akurat obiad wraz trójką innych gości oraz panią Romą Przychodniak (mąż zajęty był przewożeniem wczesnych warzyw do sklepu). Spożywaliśmy chłodnik z botwinki, a czekało na nas drugie danie w postaci młodych, pod folią wyhodowanych ziemniaków, mizerii z ogórków – również urodzonych pod folią – był przecież koniec czerwca, więc świeże warzywa wymagały osłon. Po mojej prawej stronie przy mocarnym dębowym stole, przy którym mogłoby zasiąść dwanaście osób, siedział pan Żelazko – weterynarz mieszkający w pobliskim miasteczku, który został wynajęty na minimum tydzień przez hodowców krów mlecznych, kóz, owiec i drobiu. Buzia pana weterynarza uśmiechała się jak słońce po burzy, a to choćby z tego powodu, że jego obecność w Dąbkach, ilekroć bywał w wiosce, przysparzała mu sporych apanaży. Owszem, podczas rozmowy jaką prowadził ze mną dnia poprzedniego, pan Żelazko przyznawał, że dłuższa nieobecność w domu miała też przykre konsekwencje. Okazało się, że pani Żelazkowa, młoda, piękna i niedawno poślubiona źle znosi rozłąkę z mężem.

- Panie Adamie, cóż też ja z nią mam. Ona wciąż jakby w stanie narzeczeńskim ze mną była. Dowodów przywiązania żąda na każdym kroku, a zazdrosna chorobliwie. A z kim niby miałbym żonkę swoją zdradzać? Z inwentarzem?

Miał człowiek problem, nie powiem, ale jak temu zaradzić?.

Po mojej lewej stronie jadło chłodnik botwinkowy małżeństwo-inżynierostwo. Przybyli do Dąbek, aby zapoznać się ze stanem dróg lokalnych w wiosce. Chodziło o to, że radni dysponowali jakąś kwotą, którą można by przeznaczyć na niezbędne reparacje asfaltu, gdyby uznano, że takowe remonty są potrzebne. Z tego co wiem, wiejskie drogi generalnie utrzymane były w dobrej formie, ba, rolnicy oczyszczali asfalt z nieczystości powstałych w wyniku wjeżdżania na drogę przez ciągniki z przyczepami prosto z pola, mało tego, sprzątający po sobie rolnicy poczytywali sobie za zaszczyt pozostawić drogę czyściejszą niż wtedy, gdy na nią rolniczym sprzętem wjeżdżali. Starsi z kolei przypominali sobie artykuły z zachodnich gazet, w których stało czarno na białym, że w Holandii zapanowała moda na mycie lokalnych asfaltówek przy pomocy detergentów zwykle stosowanych podczas prania. Dzisiaj ten osobliwy zwyczaj dotarł do Dąbek.

Ale ponieważ wszystko, co się dzieje, do końca zmierzać musi, przeto i ten smakowity obiad skończył się akurat w chwili, gdy powrócił z niedalekich wojaży pan Michał Przychodniak. Z nim właśnie byłem umówiony na rozmowę, z której chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o mieszkańcach wioski. Nurtowało mnie bowiem pytanie, co jest najważniejsze dla Dąbkowiczan, zważywszy na fakt, że zdają się być bardzo zjednoczeni z sobą. Pan Michał poczęstowawszy mnie kawą z kardamonem, pomyślał niejaką chwilę, po czym wypowiedział kilka słów, które były dla mnie pewnym zaskoczeniem,

- Panie Adamie, z tego, co obserwuję, a także, co dzieje się z moim udziałem, muszę przyznać, że dla mieszkańców wioski, kto wie, czy nie najważniejszym zagadnieniem jest dążenie do samowystarczalności. Staramy się zaspokajać swoje podstawowe potrzeby życiowe. Oczywiście stosunkowo łatwo przychodzi nam zaspokajanie potrzeb żywnościowych – warzywa i owoce to nasza domena, ale trzeba do tego dodać przetwórstwo (serów, mleka i masła) i dwie małe piekarnie, z których przede wszystkim my korzystamy, ale też właściciele obu zakładów sprzedają chleb i ciastka w mieście i w naszym sklepie, z którego właśnie wróciłem, dostarczając towar. Zwróciłbym też pana uwagę na to, że nasze dzielne Dąbkowiczanki produkują o ubrania z wełny i lnu, a zatem nasza wioska dąży do samowystarczalności na tyle, na ile jesteśmy w stanie to ogarnąć naszą ciężką, nierzadko, pracą. Zaoferuję się już jutro, panie Adamie, jako przewodnik po najciekawszych zakamarkach naszej wioski, a dzisiaj zapraszam szanownego pana nad jeziorko… mówił pan, że połów ryb to pana hobby, a zatem…

Nie miałem nic przeciwko swojemu hobby.



[30.08.2026, Toruń]

MITOLOGIA GRECKA - NARODZINY ŚWIATA [WG. JANA PARANDOWSKIEGO [5]

 

BOGOWIE OLIMPIJSCY - Olimp cd.


Zebrania bywają mniejsze i większe. Na pierwsze, bardziej poufne, proszeni są tylko Olimpijczycy, najwyższa arystokracja bogów. Kiedy indziej znów odbywają się prawdziwe wiece i szybkonogi posłaniec bogów, Hermes, musi zbiegać wszystkie lądy i morza, aby zawiadomić o woli Dzeusa cały ten tłum bożków, całą tę hołotkę nieśmiertelną, co ze zdumieniem i z ustami otwartymi, aby lepiej widzieć, przypatruje się wspaniałościom niebieskim, a nie śmie słowa przemówić w obecności potężnych władców, którzy spoglądają z wysoka, jakby się pytali: “Po kiego licha ojciec Dzeus sprasza to wszystko?" A przecież są to bardzo miłe bożki. Oto cisną się tłumem nieprzebranym błękitnookie boginki źródeł i rzek, nimfy drzew o białym ciele i te, które mieszkają wśród gór, i te z łąk wilgotnych. Słowem, wszystkie dobre duchy, co otaczają człowieka codziennie i są mu bliskie, bliższe nawet od tych wyniosłych panów Olimpu, i mówią doń szmerem wód i poszumem liści, i odpowiadają mu głębokim, trzykrotnym echem wśród skał. Po takich naradach następuje uczta. Wówczas driady wracają do swych drzew w lasach, oready do swych gór, najady do swych źródeł i strumieni lejmoniady z powrotem ukrywają się wśród kwiatów i traw na łąkach i długo jeszcze opowiadają sobie o tym, co widziały w niebie. A tymczasem na Olimpie bogowie zasiadają do stołów lub raczej, zwyczajem starożytnych, układają się na łożach z kości słoniowej i szylkretu, miękko wyścielonych poduszkami. Dokoła ucztujących uwija się cudna para: bogini młodości Hebe i śliczny chłopczyk Ganimedes, ulubieniec Dzeusa, który sam go porwał z ziemi i uczynił nieśmiertelnym. Hebe i Ganimedes roznoszą ambrozję. Był to zwyczajny pokarm bogów, jakaś dziwnie rozkoszna słodycz, rozpływająca się w ustach: dawała moc ciału, pogodę myślom i nieśmiertelność duszy. W złote puchary nalewano nektar, wino olimpijskie o niewysłowionym zapachu. Kiedy już wszyscy mieli do syta jadła i napoju, wstawał Apollo i, otoczony orszakiem dziewięciu muz, śpiewał wraz z nimi pieśni cudne i grał na harfie. Radowały się serca bogów w milczeniu szczęśliwym. Charyty, dziewice o białych stopach, ubrane w kwiaty, wiodły tańce wymyślne, wziąwszy się za ręce. A gdy już rydwan słońca przejechał oznaczony bieg dzienny, wszyscy rozchodzili się do domów na spoczynek. Budziła ich nazajutrz Eos, różanopalca bogini jutrzenki.

Tak sobie Grecy wyobrażali życie bogów. Było to właściwie życie ludzkie przeniesione w wieczność. Boga od człowieka nie dzieliła przepaść nie do przekroczenia. Z początku i ludzi wybitniejszych zapraszano do stołków olimpijskich. Później zaniechano tego, gdyż goście ziemscy nie umieli się przyzwoicie zachować, a mając zbyt długi język, rozpowiadali swym bliźnim wszystko, co tam posłyszeli. Jedyna różnica między człowiekiem a bogiem była ta, że bóg był nieśmiertelny, a człowiekowi najpiękniejsze chwile w życiu mącił strach przed śmiercią. Bogowie byli nieśmiertelni, ale nie wieczni: każdy z nich urodził się kiedyś i żaden nie mógł powiedzieć o sobie, że nie było nigdy takiego czasu, kiedy jego nie było.

Od starości i śmierci chroniła ich ambrozja. Zawierała ona tajemniczą siłę i nawet zwykły człowiek mógł stać się nieśmiertelnym, spożywając ten pokarm cudowny. Bogowie nie byli wszechobecni, ale mogli poruszać się z niezmierną szybkością i lotem błyskawicy przenosić się z miejsca na miejsce. Wiedzę i potęgę posiadali wielką, ale nie nieskończoną. Ich działalność ograniczała Mojra, czyli Przeznaczenie, a poza tym wzajemnie się ograniczali, ponieważ każdy miał sobie powierzony pewien zakres władzy. Bynajmniej nie zażywali bezkarności. Rządzili się własnymi prawami, którym musieli być posłuszni. Najsurowiej karano krzywoprzysięstwo. Gdy któryś bóg miał przysięgać, Iris, tęczoskrzydła posłanka, zlatywała po wodę Styksową. Albowiem na krańcu świata mieszka straszliwa Styks, najstarsza córka Okeanosa. Z dala od bogów ma swoje domostwo w wysokiej pieczarze skalnej, którą dokoła otaczają pod niebo sięgające srebrne słupy. Iris w złoty kubek nabiera wody Styksowej, co wypływa z onej skały. Przysięgający wylewa wodę na ziemię. Jeśli złamie przysięgę, musi cały rok leżeć bez tchnienia w odrętwieniu podobnym śmierci, a gdy się zbudzi po roku, czeka go jeszcze dziewięcioletnie wygnanie. Dopiero po upływie tego czasu może zasiąść przy stole bogów. Więksi, piękniejsi i silniejsi od ludzi, bogowie greccy mieli ciało równie jak ludzkie podlegające znużeniu lub ranom. Krew ich była biała i tryskając z rany rozlewała woń przedziwną. Posiadali prawie nieograniczoną zdolność zmieniania się w przeróżne kształty, lecz prawie nigdy nie zjawiali się w postaciach straszliwych lub pokracznych. Niekiedy, zbliżając się do ludzi, stawali się niewidzialni. Życie ich było lekkie i szczęśliwe w

porównaniu z życiem człowieka. Mieli wprawdzie swoje namiętności, cierpienia i niedole i one im doskwierały nie mniej niż ludziom, lecz Grecy tylko takie życie uważali za prawdziwie pełne i szczęśliwe, w którym mieszały się ze sobą zarówno zło, jak i dobro.



[30.08.2026, Toruń]

29 sierpnia 2026

BIBLIA WARSZAWSKA - STARY TESTAMENT - I KSIĘGA MOJŻESZOWA [7]

 

Potop

7:1 I rzekł Pan do Noego: Wejdź do arki ty i cały dom twój, bo widziałem, że jesteś sprawiedliwy przede mną w tym pokoleniu.

7:2 Ze wszystkich zwierząt czystych weź z sobą po siedem, samca i samicę, a ze zwierząt nieczystych po parze, samca i samicę.

7:3 Także z ptactwa niebieskiego po siedem, samca i samicę, aby zachować przy życiu ich potomstwo na całej ziemi.

7:4 Gdyż po upływie siedmiu dni spuszczę na ziemię deszcz, który będzie padał przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy, i zgładzę z powierzchni ziemi wszelkie istoty, które uczyniłem.

7:5 I uczynił Noe wszystko tak, jak mu rozkazał Pan.

7:6 A Noe miał sześćset lat, gdy nastał potop na ziemi.

7:7 Wszedł więc Noe z synami swymi i żoną swoją, i żonami synów swoich do arki przed wodami potopu.

7:8 Ze zwierząt czystych i ze zwierząt nieczystych, i z ptactwa, i z wszystkiego, co pełza po ziemi,

7:9 Po dwoje weszło do Noego do arki, samiec i samica, jak Bóg rozkazał Noemu.

7:10 Po siedmiu dniach spadły na ziemię wody potopu.

7:11 W roku sześćsetnym życia Noego, w miesiącu drugim, siedemnastego dnia tego miesiąca, w tym właśnie dniu wytrysnęły źródła wielkiej otchłani i otworzyły się upusty nieba.

7:12 I padał deszcz na ziemię przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy.

7:13 W tym właśnie dniu weszli do arki Noe oraz Sem, Cham i Jafet, synowie Noego, żona Noego i trzy żony synów jego z nimi,

7:14 Oni i wszelkie zwierzęta według rodzaju swego, i wszelkie bydło według rodzaju swego, i wszelkie płazy, pełzające po ziemi, według rodzaju swego, wszelkie ptaki, wszystko, co ma skrzydła.

7:15 I weszło do Noego, do arki, po parze z wszelkiego ciała, w którym było tchnienie życia.

7:16 A te, co weszły jako samiec i samica, z wszelkiego ciała weszły, jak mu rozkazał Bóg. I zamknął Pan za nim.

7:17 A potop trwał na ziemi czterdzieści dni. I wezbrały wody i podniosły arkę, i płynęła wysoko nad ziemią.

7:18 A wody przybrały i podniosły się bardzo nad ziemią, arka zaś unosiła się na powierzchni wód.

7:19 Wody zaś wzbierały coraz bardziej nad ziemią, tak że zostały zakryte wszystkie wysokie góry, które były pod niebem.

7:20 Na piętnaście łokci wezbrały wody ponad góry, tak że zupełnie zostały zakryte.

7:21 I wyginęło wszelkie ciało poruszające się na ziemi: ptactwo, bydło i dzikie zwierzęta, i wszelkie płazy, pełzające po ziemi, i wszyscy ludzie.

7:22 Wszystko, co miało w nozdrzach tchnienie życia, wszystko, co było na suchym lądzie, pomarło.

7:23 Tak zgładził Bóg wszystkie istoty, które były na powierzchni ziemi, począwszy od człowieka aż do bydła, aż do płazów i ptactwa niebios; to wszystko zostało zgładzone z ziemi. Pozostał tylko Noe i to, co z nim było w arce.

7:24 A wody wzbierały nad ziemią sto pięćdziesiąt dni.



[29.08.2026, Toruń]