Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inwazja słów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inwazja słów. Pokaż wszystkie posty

12 września 2026

ODKURZONE - BEZ TYTUŁU - 2018

 

Ruchliwy jest ten fragment ulicy, chociaż na światłach kończy się tu dwupasmówka i przechodzi w jednokierunkową. Pomiędzy jezdniami na wysokości szerokiego w tym miejscu przejścia dla pieszych - chodnikowy cypel. Tam właśnie stała. Nawet zwrócił na nią uwagę, przechodząc na zielonym świetle w stronę baru. Spieszył do niego, więc poza przelotnym rzuceniem oka na kobietę nie zdobył się na żaden dodatkowy gest względem tej, która stała przy metalowym słupie sygnalizacji świetlnej.

- Jak dawno pana nie widzieliśmy! Kiedyż to było?

Wlewała do kufla piwo, porządnie, trzymając szklanicę pod kątem piętnastu stopni, aby nie przeholować z pianą.

- Będzie trzy miesiące temu. Nie pamięta pani?

- Daty nie pamiętam, ale okoliczności ostatniego pana pobytu u nas jak najbardziej. Dostał pan wtedy pracę i zaprosił kilku przyjaciół.

- No właśnie. Bo macie najlepsze, najzimniejsze piwo i można u was porządnie zjeść za nieduże pieniądze.

- To miłe, co pan mówi, ale… - postawiła przed nim piwo mieniące się bursztynowym blaskiem na tle blado-białego oświetlenia zawieszonego nad ladą - … ale w takim razie, dlaczego dopiero po trzech miesiącach zajrzał pan do nas ponownie?"

- Kręciła się tutaj w pobliżu taka wysoka, piwnooka szatynka.

- A była taka. Każdy chłop zwracał na nią uwagę.

- A ona? Interesowała się mężczyznami?

- Trudno powiedzieć. Chyba nie miała nikogo. Była sama.

- A teraz? – zaniepokoił go czas przeszły w tej zdawkowej opowieści.

- To nic pan nie wie? – sama była zaskoczona tym, w jaki kierunek potoczyła się rozmowa.

- A niby co mam wiedzieć?

- Podam panu piwo… prosto z lodówki. – Martę przejechała ciężarówka na przejściu dla pieszych.

Już pierwszym łykiem zmrożonego piwa zachłysnął się.



[12.09.2026, Toruń]

11 września 2026

ODKURZONE [BEZ TYTUŁU] 2012

 

[…] Wąska smużka światła otworzyła powieki jego oczu. Pomyślał, że stała się rzecz prawie niemożliwa, bo czy mógł przypuszczać, że w tej komórce, czy może stodółce zbitej z desek tak dokładnie, istnieje możliwość, przedostania się przez nie słonecznych promieni światła? Owinięty w koc i zagłębiony w miękkie gniazdo siana nie spodziewał się, że poranek odnajdzie go i wyrwie ze snu. Bardziej liczył na to, że zbudzi go gospodarskie ptactwo, może kot polujący o świcie na myszy albo ujadający pies, do którego nozdrzy dotrze zapach nieznajomego człowieka.

A nieznajomy człowiek, człowiek znikąd, nie bywa mile przyjmowany, choć, w gruncie rzeczy, jest mu wszystko jedno, czy być przeganianym czy źle przyjętym w nowym miejscu. Najlepiej przeganiają człowieka przyjaciele, stwierdziwszy, że nie jest już potrzebny nikomu. Zrozumiał tę zależność i nie miał wątpliwości co do tego, że przebudzony niepotrzebnie o świcie, czuje się właśnie w ten sposób, niepotrzebny nikomu do jego szczęścia. Prędzej byłby potrzebny parze synogarlic, które upatrzyły sobie parapet uchylonego okna wychodzącego na północ. Kiedy wstał wreszcie, nie bez trudu i pomimo ogromnej niechęci do ustawienia swego ciała w pozycji wyprostowanej, napotkał spojrzenie tej pary szarych, nieudomowionych gołębi, które z ciekawością przypatrywały się zjawisku pod tytułem „nieznajomy”. I gdyby wtedy wymacał dłonią na klepisku garść zeszłorocznego zboża, gdyby pochwycił je dłonią i delikatnie rzucił w stronę ptaków, mógłby być im potrzebny. Nieważne, że w pierwszej chwili, spłoszone, poderwałyby się do lotu; po pewnym czasie z tą samą co uprzednio ciekawością spostrzegłyby rozrzucone po parapecie, a także na zewnątrz okna ziarenka i spróbowałyby ich skosztować na śniadanie. […]



[11.09.2026, Toruń]

03 września 2026

OBRAZKI - PRZYTUL

 

Po operacji czuł się słabo. Mógł wprawdzie już siadać, a spodziewał się, że za niedługo każą mu wstawać, a zaraz potem chodzić, stąpając w chodziku. Spodziewał się, że podczas takich ćwiczeń ciała zaleje go zimny pot, a przechadzając się po szpitalnym korytarzu narazi się na ciekawski wzrok odwiedzających chorych. Ale na razie była noc i mógł zaledwie unieść się w pozycji ¾, czyli takiej, w której już nie leżał, ale jeszcze nie siedział. Nie wiedzieć czemu zrobiło mu się smutno, może nawet przykro, że był sam w tę ciepłą bezwietrzną noc. Dlaczego wpadł w taki stan odrętwienia, zastanawiał się, skoro przed wieczorem byli u niego bliscy i wypytywali jego i lekarza prowadzącego o stan zdrowia. Trzymał się dzielnie podczas tych odwiedzin, nie bolały go szwy, jedynie odczuwał lekki ból głowy. Ból głowy – cztery – komunikował rodzince, tłumacząc, że zwykle lekarze przychodzący na dyżurny obchód pytali o stan zdrowia i samopoczucia w skali 1-10, przy czym dziesiątka, której nigdy nie miał, byłaby nie do wytrzymania. Teraz w nocy jego samopoczucie zbliżało się do siódemki. Poczuł pragnienie i sięgając ręką po kubek z wodą przekonał się, że jest pusty. Chciał nacisnąć przycisk, którym można było powiadomić dyżurującą pielęgniarkę. Zawahał się. Nie chciał sprawiać kłopotu dyżurnej, ale chęć napicia się choćby łyka zimnej wody była silniejsza i nacisnął klawisz dzwonka. Pielęgniarka przyszła po niespełna minucie. Nie zapalała światła w jego izbie.

- Chciałbym się napić – oznajmił nieśmiało.

Pielęgniarka podeszła do jego łóżka, wzięła bezszelestnie porcelitowy kubek, odwróciła się do niego tyłem i wyszła.

Zastanawiał się, czy to ona – w ciemności nie rozpoznał twarzy pielęgniarki, ale zwrócił uwagę na charakterystyczny zapach jej włosów. Nie miał wątpliwości – to ona.

Wróciła i podała mu kubek z wodą do ust. Wysączył kilka kropli.

- Niech pan spróbuje usiąść – poprosiła.

Zrobił to, o dziwo, bez wahania, a wtedy dziewczyna podeszła do niego, objęła go i mocno przytuliła. W takiej dziwnej i niezbyt wygodnej pozycji przetrwali niemal pięć minut.

- Lepiej już? – zapytała – jak się pan postara, już niedługo pana wypiszemy do domu.

Ale on wcale teraz nie chciał wyjść ze szpitala. Czuł ogromną ulgę, zapach jej włosów i miękkie , świetnie skrojone jej ciało ukryte pod wykrochmaloną bielą medycznej sukienki.



[03.09.2026, Toruń]

30 sierpnia 2026

NOWA KAWIARENKA (2)

 

2. Samowystarczalni

Państwo Przychodniakowie, u których się zakwaterowałem, codziennie dostarczali mi nowych informacji dotyczących społeczności wioski Dąbki. Jadłem akurat obiad wraz trójką innych gości oraz panią Romą Przychodniak (mąż zajęty był przewożeniem wczesnych warzyw do sklepu). Spożywaliśmy chłodnik z botwinki, a czekało na nas drugie danie w postaci młodych, pod folią wyhodowanych ziemniaków, mizerii z ogórków – również urodzonych pod folią – był przecież koniec czerwca, więc świeże warzywa wymagały osłon. Po mojej prawej stronie przy mocarnym dębowym stole, przy którym mogłoby zasiąść dwanaście osób, siedział pan Żelazko – weterynarz mieszkający w pobliskim miasteczku, który został wynajęty na minimum tydzień przez hodowców krów mlecznych, kóz, owiec i drobiu. Buzia pana weterynarza uśmiechała się jak słońce po burzy, a to choćby z tego powodu, że jego obecność w Dąbkach, ilekroć bywał w wiosce, przysparzała mu sporych apanaży. Owszem, podczas rozmowy jaką prowadził ze mną dnia poprzedniego, pan Żelazko przyznawał, że dłuższa nieobecność w domu miała też przykre konsekwencje. Okazało się, że pani Żelazkowa, młoda, piękna i niedawno poślubiona źle znosi rozłąkę z mężem.

- Panie Adamie, cóż też ja z nią mam. Ona wciąż jakby w stanie narzeczeńskim ze mną była. Dowodów przywiązania żąda na każdym kroku, a zazdrosna chorobliwie. A z kim niby miałbym żonkę swoją zdradzać? Z inwentarzem?

Miał człowiek problem, nie powiem, ale jak temu zaradzić?.

Po mojej lewej stronie jadło chłodnik botwinkowy małżeństwo-inżynierostwo. Przybyli do Dąbek, aby zapoznać się ze stanem dróg lokalnych w wiosce. Chodziło o to, że radni dysponowali jakąś kwotą, którą można by przeznaczyć na niezbędne reparacje asfaltu, gdyby uznano, że takowe remonty są potrzebne. Z tego co wiem, wiejskie drogi generalnie utrzymane były w dobrej formie, ba, rolnicy oczyszczali asfalt z nieczystości powstałych w wyniku wjeżdżania na drogę przez ciągniki z przyczepami prosto z pola, mało tego, sprzątający po sobie rolnicy poczytywali sobie za zaszczyt pozostawić drogę czyściejszą niż wtedy, gdy na nią rolniczym sprzętem wjeżdżali. Starsi z kolei przypominali sobie artykuły z zachodnich gazet, w których stało czarno na białym, że w Holandii zapanowała moda na mycie lokalnych asfaltówek przy pomocy detergentów zwykle stosowanych podczas prania. Dzisiaj ten osobliwy zwyczaj dotarł do Dąbek.

Ale ponieważ wszystko, co się dzieje, do końca zmierzać musi, przeto i ten smakowity obiad skończył się akurat w chwili, gdy powrócił z niedalekich wojaży pan Michał Przychodniak. Z nim właśnie byłem umówiony na rozmowę, z której chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o mieszkańcach wioski. Nurtowało mnie bowiem pytanie, co jest najważniejsze dla Dąbkowiczan, zważywszy na fakt, że zdają się być bardzo zjednoczeni z sobą. Pan Michał poczęstowawszy mnie kawą z kardamonem, pomyślał niejaką chwilę, po czym wypowiedział kilka słów, które były dla mnie pewnym zaskoczeniem,

- Panie Adamie, z tego, co obserwuję, a także, co dzieje się z moim udziałem, muszę przyznać, że dla mieszkańców wioski, kto wie, czy nie najważniejszym zagadnieniem jest dążenie do samowystarczalności. Staramy się zaspokajać swoje podstawowe potrzeby życiowe. Oczywiście stosunkowo łatwo przychodzi nam zaspokajanie potrzeb żywnościowych – warzywa i owoce to nasza domena, ale trzeba do tego dodać przetwórstwo (serów, mleka i masła) i dwie małe piekarnie, z których przede wszystkim my korzystamy, ale też właściciele obu zakładów sprzedają chleb i ciastka w mieście i w naszym sklepie, z którego właśnie wróciłem, dostarczając towar. Zwróciłbym też pana uwagę na to, że nasze dzielne Dąbkowiczanki produkują o ubrania z wełny i lnu, a zatem nasza wioska dąży do samowystarczalności na tyle, na ile jesteśmy w stanie to ogarnąć naszą ciężką, nierzadko, pracą. Zaoferuję się już jutro, panie Adamie, jako przewodnik po najciekawszych zakamarkach naszej wioski, a dzisiaj zapraszam szanownego pana nad jeziorko… mówił pan, że połów ryb to pana hobby, a zatem…

Nie miałem nic przeciwko swojemu hobby.



[30.08.2026, Toruń]

13 sierpnia 2026

NOWA KAWIARENKA (1)

 

1. Rocznica

Wieś Dąbki ma sporej wielkości salę, w której odbywają się rozmaite uroczystości, a objętość tejże przydaje się nie tylko z tego powodu, że obywatele wioski, na którą składa się 95 kominów obchodzili uroczyście wigilię nocy świętojańskiej, lecz również tego akurat dnia przypada trzecia rocznica przedsięwzięcia z jakiego wszyscy Dąbkowianie mają prawo być dumni. Trudno jednoznacznie powiedzieć, kto zainicjował pomysł, aby rzekę zwaną Bystrym Zdrojem przedzielić, pozwalając aby część bystrej wody wpłynęło do zagłębienia – przyszłego jeziorka. Właściwie to jeziorko było onegdaj starorzeczem, odnogą, która swego czasu wyschła, aby po działaniach ludzi wypełnić się bieżącą wodą. Przewodniczący wioski poinformował mnie, że radni znacznie wcześniej myśleli o tym, aby podebrać w jakiś sposób wodę rzece, która podczas przyborów potrafiła narobić szkód zalewając tak samą wioskę, jak i też jej okolice. Owszem wzmacniano i usypywano wały przeciwpodziowowe, które rzeczywiście stanowiły niejaką ochronę przed kataklizmem, który zdarzał się co kilka lat, ale za sugestią zaproszonego do rady profesora hydrologii, postanowiono uczynić co, co pozwoliłoby zatrzymać część wody, tworząc sztuczne jezioro, które nie tylko, że zabezpieczy wieś przed powodzią, ale też stanie się zbiornikem retencyjnym wykorzystanym dla rekreacji oraz będzie magazynem wody w czasie suszy. I tak przed trzema laty zmaterializowano ów pomysł. Najpierw przygotowano i zabezpieczono nieckę, do której miała spłynąć woda; później należało uruchomić przepływ, swego rodzaju śluzę, przez którą miała przepływać woda Brystego Zdroju do przygotowanego zbiornika. Przedsięwzięcie było kosztowne, choć ukształtowanie terenu sztucznego zbiornika, który był, jako się rzekło, niecką powstałą w starorzeczu, pozwalało znacznie ograniczyć koszty; co ważne - należało uzbroić brzegi powstającego jeziorka, aby woda nie odpływała, wnikając byle gdzie w podłoże.

Trzy lata temu w lutym, a więc w roku, kiedy budowę ukończono, wieś Dąbki miała szczęście. Koniec marca i kwiecień oznaczał się ponadnormatywnymi opadami i nareszcie można było otworzyć śluzę, pozwalając na wpłynięcie do jeziorka części rzeczywiście bystrej owego czasu wody. Tak powstał sztuczny zbiornik, pola rolników sąsiadujące z rzeką nie były już, jak co roku podtopione, a i sama wioska z całą infrastrukturą, o czym opowiem we właściwym czasie, mogła zapomnieć o powodzi.

A wracając do rocznicy… już samo świętowanie nocy Kupały, najdłuższego dnia roku ma w sobie coś niezwykłego i chwytającego na serce. Wieczorem chyba cała wioska spotka się nad brzegiem jeziora, gdzie rozpoczną się tradycyjne tańce, śpiewy i zabawy z ogniem. Wcześniej należy się posilić przygotowaną strawą i napojami, a także porozmawiać o tym, jak doszło do budowy jeziorka, dzięki któremu ludzie przestali bać się wody i czerpią zeń rozmaite zyski. Co niektórzy mówią o tym, aby uruchomić sieć kanałów lub połączyć najodleglejsze gospodarstwa rurami prowadzącymi wodę w czasie spodziewanej suszy. Oczywiście te (na razie tylko projekty) należy dokładnie rozważyć, aby nie pozbyć się całości wody, która powinna służyć także rekreacji. Na szczęście rok temu nadeszła taka, letnia tym razem, ulewa, że odebrana rzece woda sięgnęła niemal krawędzi sztucznego zbiornika. Na szczęście tama wytrzymała, wody Bystrego Zdroju spłynęły, ale już nie uczyniły powodzi na terenach niżej położonych, za co zresztą przewodniczącemu wioski podziękowano listownie.

Słówko teraz o mnie, który opisuje tę historię. Jestem redaktorem jednego z regionalnych, poczytnych pism i wziąłem na siebie obowiązek przedstawienia szerszemu społeczeństwu wioski zwanej Dąbki, jej mieszkańców, ich życiu, obowiazków jakie wzięli na siebie i planów jakie mają. Przeprowadziłem się tutaj, pomieszkuję u jednego z zacnych obywateli wioski, który otworzył mały motel dla ludzi podobnych mnie, lubo też dla łazików, niemogących znaleźć dla siebie miejsca. Ja nazywam się Adam Karski.



[13.08.2026, Toruń]

21 lipca 2026

KIERUNEK CICHY KĄCIK [1/2]

 

Ilekroć był na starówce, starał się dojść Floriańską pod mury obronne, aby przynajmniej zerknąć na wystawiane w tym miejscu obrazy. Spory tłum gromadził się oglądając malunki zawieszone wprost na murach lub położone bezpośrednio na plastykowych płachtach, na kartonach czy też opartych na walizkach lub taboretach. Obok wystawianych prac siedzieli malarze, głównie w wieku studenckim lub osoby pełniące rolę sprzedawców – każdy z nich opiekował się kilkoma czy kilkunastoma obrazami, a każdemu z nich poświęcał parę słów, gdy zdawało mu się, że ten czy ów oglądający prace malarskie wykazuje zainteresowanie danym płótnem.

Adam zwrócił uwagę, że tak jak zwykle (często bywał w Krakowie w okresie letnim) pośród udanych, nie ma co mówić, kopii przeważają Van Gogh-owe słoneczniki. Nie był to jego ulubiony malarz, a ponadto wolał przypatrywać się oryginałom, scenkom rodzajowym, portretom, krajobrazom, jak i też widoczkom Krakowa, zwłaszcza w akwareli lub w gwaszu. Spędzał przed tą galerią sporo czasu, czasami z pewną nutką nieśmiałości dopytywał się o autora pracy, lecz zwykle ci, którzy godzili się na wymianę zdań z laikiem zainteresowanym sztuką lekceważyli młodzieńca, przypuszczając, że z pewnością nie stać go na zakup obrazu, więc rozmowa na jaką się zgodzili nie doprowadzi do finalizacji przedsięwzięcia – sprzedaży pracy.

W pewnej chwili zauważył dziewczynę w podobnym jak on wieku, która trzymała w rękach owinięty w papier obraz o wymiarach przynajmniej 80x60 centymetrów. Domyślił się, że dopiero co odbyła się transakcja i dziewczyna stała się właścicielką obrazu. Patrzył w tamtą stronę dociekliwie i doszedł do wniosku, że tym owiniętym w szary papier obrazem był widok przedstawiający prom przecinający Wisłę pod Tyńcem. Był spostrzegawczy, przed paroma minutami widział ten obraz przytwierdzony do ściany muru obronnego, a teraz tam go nie było.

Trudno powiedzieć, co tak naprawdę skłoniło go do podążenia w kierunku dziewczyny; z jednej strony spodobała mu się jej delikatna sylwetka, jasne włosy opadające na ramiona i niezwykle zgrabne nogi zaledwie zakrywając kolana. Ubrana była w letnią sukienkę, zwiewną, kolorową, z białymi falbankami wieńczącymi spód sukienki, dekolt i ramiona; oprócz tego chciał z nią porozmawiać na temat zakupionego obrazu, dowiedzieć się, dlaczego ten, a nie inny został przez nią wybrany.

Chociaż nie był przesadnie otwarty na rozmowy z dziewczętami w jej wieku, tym razem nie zwlekając, podszedł do niej i wpadł na pomysł, aby się jej przypodobać, co rozumiał jako propozycję daną dziewczynie, polegającą na służeniu jej pomocą w niesieniu obrazu.

- Cześć, widziałem cię, jak kupowałaś obraz – odezwał się dochodząc do nieznajomej na odległość wyciągniętej ręki.

- Nie kupowałam – zaprzeczyła. – Ciotka już uzgodniła z autorem obrazu, studentem, że weźmie tę „Przejażdżkę promem”, a ja tylko pośredniczyłam w zakupie. Podobał ci się ten obraz?

- Owszem, muszę ci powiedzieć, że płynąłem pod Tyńcem tym promem, kiedy byłem w Krakowie w zeszłym roku.

- Ciekawe. Często przyjeżdżasz tutaj?

- Tak. Przyjeżdżam do wujostwa na Bronowicach – odparł mając nadzieję, że znajdzie z dziewczyną jakieś zaczepienie do rozmowy.

- Widzę, że znasz Kraków.

- Wciąż go poznaję. Robię sobie całodniowe piesze i tramwajowe wycieczki po mieście – pochwalił się. – A ta ciotka gdzie mieszka?

- Cichy Kącik… znasz to miejsce? – była szczerze zaskoczona.

- Tak, raz tam dotarłem tramwajem, chyba ósemką, choć mogę się mylić. Długa droga przed tobą.

- Tramwajem nie tak daleko – zapewniła.

- Tam jest sporo ciekawych urbanistycznie wilii zbudowanych w początku XX wieku – pochwalił się swą wiedzą po raz kolejny.

- To sobie wyobraź, że ciotka mieszka w jednej z takich wilii.

[…]



[21.07.2026, Toruń]

27 czerwca 2026

ODKURZONE - KOBIETA Z WÓZKIEM

 

- A może puszki ma pan jakie? Za aluminium można dostać dobrą cenę.

- Może coś się znajdzie. Niech pani usiądzie. Herbaty zrobię. Głodna pani?

- Co się pyta. Głodna. Ale przywykłam.

- Można przywyknąć do głodu?

- Pewnie, że można. W zimie to mi dają więcej. Od wiosny po jesień czasami na zarobek chodzę, grzybki, zioła i jagody zbieram. Po stodołach sypiam w zimie. Tu, w leśniczówce też spałam.

- Nie dali pozostać dłużej? Cała zimę?

- Daliby, chcieli, ale ja, jak tylko mróz odtajał, w dalszą drogę się wybrałam. A pan sam na gospodarstwie? Parobek?

Uśmiechnąłem się.

- Może być i parobek. Rozjechali się do miasta po dzieci. sam zostałem i doglądam wszystkiego.

- Ja sobie zaraz pójdę. Lepiej, żeby mnie nie widzieli.

- Pokorscy to bardzo dobrzy ludzie. Nie mieliby nic przeciwko temu, aby panią tu zastali i gościli.

- Pan tak ładnie do mnie mówi: „pani”, a mnie wołają Weronka, albo „starucha”. Ale nie przepędzają, choć niektórzy chleba dadzą, mleka i czegoś tam inszego, ale nie pogadają.

Wlałem jej herbaty. Podałem dwa odgrzane gołąbki z chlebem.

- Gdzie pani na stałe się zatrzymuje?

- Po pegeerze taki barak stoi za lasem. Ktoś wykupił, ale nie mieszka, więc ja zajęłam. Mam tam wszystko, bez wody i elektryczności. Ale staw jest, a pokój jaśniutki, pobielony. Resztę sobie przyniosłam, ludzie dali, skombinowałam.

- A jak nowy właściciel przyjdzie i każe się wynosić?


- Pójdę gdzie indziej. A mało tu świata do zwiedzania

- Pewnie, że dużo, tyle że samemu trudniej.

- A bo to ja dbam o to, aby nie być sama. Przywykłam i dobrze mi samej. Czasem kogo poznam, to i pogadam sobie, jak z panem. A pan to przypadkiem nie typ samotnika? Coś mi się widzi, że nie przepada pan za tłumem.

- To prawda. Za tłumem nie przepadam. Los dał mi poznać czym jest samotność. Niech pani je, bo ostygnie.

- Co to Los z ludźmi dzisiaj wyrabia… widzi mi się, że pana coś uciska na sercu.

- Każdego coś ciśnie.

- Prawda. Przywyknąć trzeba. Nie wolno rozpamiętywać.

- Myśli pani, że da się tak bez rozpamiętywania?

- Co ma się nie dać, kiedy trzeba. Ja panu to mówię, bo stara już jestem i przeżyłam niejedno.

Skończyła pierwszego gołąbka.

- Będzie dużo pracy przy sianie a potem przy grodzeniu przed dzikami poletka ziemniaków.

- Pan to tak sam z siebie mówi, czy leśniczy kazał.

- Sam z siebie. Gospodarz wspominał, więc znam jego plany.

- Zobaczy się, może i przyjdę, jak sprzedam towar.

Spojrzałem na wypełniony po brzegi metalem wózek.

- I daje pani radę to ciągnąć za sobą?

- Co mam nie dać, kiedy trzeba. Latem wożę nim jagody, jesienią ładuję do niego grzyby na sprzedaż. Będzie dziesięć lat, jak tak jeżdżę. Dobre ludzie w okolicy. Kupują. Karmią. Nocują, gdy poproszą, albo same zapraszają.

- Może jednak zaczeka pana na gospodarza. Dobrze zapłaci, jak się pani zdecyduje.

- Może. A panu płaci?

- Mnie dał cały pokój do mieszkania. Nie za pieniądze pomagam.

- Ja sprzedaję towar za pieniądze, lecz tak jak pan odrabiam ludziom za jedzenie, ubranie i coś do jedzenia. A będę się mogła wykąpać?

Skinąłem głową.

- Wykąpię się i przebiorę. W wózku mam całkiem nową sukienkę.

- Zrobię pani wodę. Gorąca kąpiel od czasu do czasu się przydaje.

- A potem sobie pójdę. Za dwa dni wrócę, to może wtedy się do czego przydam, ale złom sprzedać najpierw muszę.


- Rozumiem.

Zanim Pokorscy wrócili po kobiecie pozostał na piaszczystej drodze ślad wyżłobiony kołami wózka.



[27.06.2026, Toruń]

17 czerwca 2026

ODKURZONE - ROGALIKI

 

Jakżebym miał nie ucałować tych dłoni. Nie wstawaj. Siedź sobie. Podejdę. Zapatrzę się w twoje oczy. Te łzy to ze szczęścia, prawda? Pan Władysław już człapie w tych swoich domowych kamaszach. A stał przed oknem, stał i przyglądał się.

W tych torbach przywieźliśmy wam owoce i kwaszoną kapustę. Od tej kobiety co zawsze. A tobie, babciu, specjalnie tę książkę, o którą prosiłaś. Ech, poczytamy sobie. Cóż z tego, że oczy nie te? Po to jesteśmy.

Pan Władysław odmieniony. Poznał tym razem, a nie zawsze rozpoznaje. Babunia wstaje. Jaka chyża.

- To ja podam herbaty - mówi - zobaczycie, co dla was upiekłam.

Niech zgadnę: rogaliki na francuskim cieście z nadzieniem różanym.

- Sama zbierała, sama zbierała - powtarza Władysław. Wita się, całuje. Z Elżbietą uściski wymieniają.

- Elu, jak miło, jak miło.

Radość serce ściska. Przysiada się.

Kuchnia dużą. Każdy się zmieści.

Elżbieta dobywa z torebek różności.

- Taki chciałeś? Taki? - podaje zegarek kieszonkowy na łańcuszku z zamykaną kopertą - można go nosić w wewnętrznej kieszeni marynarki albo przy kamizelce. Stary ale odnowiony. Posłuchaj jak tyka.

Władysław bierze go ręki, przymyka i odmyka pokrywę, zbliża do ucha, słucha. Oczy ma takie wielkie, takie ogromne.

- I każdego dnia, każdego dnia mam go nakręcać?

- Koniecznie - Elżbieta wie, że musiał być taki do codziennego nakręcania.

Co tam jeszcze jest w tej torbie?

- Patrz, jak dziadkowi dobrze będzie w tej koszuli - Elżbieta przykłada do torsu dziadka zapakowaną w przezroczystą filię koszulę. Stonowany beż. Będzie pasowała do koloru tego sweterka w serek.

Babunia z kolei przegląda książkę, z namaszczeniem, jak katechizm, choć obrazków brak, ale za to czcionka spora, jak raz na jej słaby wzrok.

- Zdobyłam dla ciebie sukienkę w takie malusieńkie białe groszki.

"Och", to przeciągłe "oooch" . Mówi, że zaraz przymierzy, ale stanęło na tym, że zrobi to później, po kolacji.

Pan Władysław wstaje niespodziewanie, do okna zmierza, przystaje, zapiera się dłońmi o parapet, patrzy przez szybę.

- On tak zawsze - tłumaczy babcia - przejdzie mu. Zaraz do nas powróci.

Władysław pyta nagle, czy coś się zmieniło, babunia odpowiada jak zwykle, że nie i trzeba czekać.

Babcia zwraca się do nas.

- Takie tam gadanie z nim, kiedy jest w innym świecie.

- Helu, ja budowałem tę fabrykę. Dlaczego światła się nie świecą?

Jaka żałość w jego oczach, jaki żal w tym pytaniu. Głowę przytyka do szyby. Wypatruje świateł.

- Siadajcie, posilcie się - babcia wypowiada to w chwili, kiedy wrzątek został przez nią wlany do czajniczka z płatkami herbacianych liści.

Elżbieta wyjęła szklanki, a babunia z tym porcelanowym czajniczkiem (że też się jeszcze nie potłukł) od jednej do drugiej szklaneczki przesuwa dziobek czajniczka i nalewa, nalewa. A jaki aromat? Esencja paruje, ciemna, tłusta mahoniowa.

Do mnie: - Tobie więcej, bo ty lubisz mocną, tak jak ja.

- Elżbieto, teraz zalej wrzątkiem.

Elżbieta zalewa. To już stało się rytuałem: babunia esencję, Elżbieta wodę.

Babunia otwiera drzwiczki spiżarki w ścianie i wydobywa kamionkowy garniec owinięty lnianym płótnem. Garnek ciężki, lecz babcia umiejętnie go unosi, przytulając do swego ciała i przenosi go delikatnie. patrzymy na ten błysk w jej oczach. Wreszcie stawia go na stole, zdejmuje płótno, otwierając zapach. Co za zapach?

- Władek, rogaliki. Ela cię bardzo prosi, abyś odszedł od tego okna i usiadł z nami.

Ela jest kluczem-wytrychem. Otwiera sezam dziadka. Ilekroć Władysław popada w to swoje zamyślenie, babunia zawsze przywołuje Elę.

- No, pomyśl, Władeczku, co sobie myśli Ela, kiedy widzi cię takim, gdy ty wciąż czegoś za tym oknem wypatrujesz, a z nią nie chcesz porozmawiać. Było - minęło.

Powraca, powraca. Szura kamaszami po jasnych, orzechowych deskach kuchennej podłogi. Coś jeszcze burczy pod nosem, że budował, lecz z każdym krokiem wydłuża wargi, kierując uśmiech w stronę Elżbiety. Wyjmuje zegarek z kieszeni spodni i przykłada do ucha.

- To bardzo dobrze, bardzo dobrze, że będę go codziennie nakręcał.

Rogaliki rzeczywiście i jak zwykle wspaniałe.

- Sama robiła. Sama robiła - powtarza dziadek, zapominając przez chwilę, że za oknem nie palą się światła fabryki, którą budował.

(pisane w 2014 roku)



[17.06.2026, Toruń]

11 czerwca 2026

ODKURZONE - LISTONOSZ

 

Listonosz


- Co tam, panie kochany, jest dla mnie? - zapytał poprosiwszy, aby ten wszedł do środka i rozgościł się.

Cerata na kuchennym stole była starta, sterta gazet porządnie uporządkowana, no i oczywiście pośrodku stołu stały dwa kieliszki - pięćdziesiątki, czystej wódeczki.

- To pan nie wie, że dzisiaj, jak co miesiąc, jest bogaty?

- A wiem, panie Wiesiu, ja tylko tak… rozmowę jakoś napocząć trzeba… bardzo pan punktualny dzisiaj. Listonosz usiadł na taborecie, jak zawsze od drzwi i zajął się dobywaniem z torby świeżutkich banknotów i monet. Łypnął okiem na środek stołu, palcami sprawnie przeliczał setki, pięćdziesiątki i dwudziestki, po czym wysupłał garstkę monet, które też przeliczył.

Józef, nie licząc pieniędzy, przesunął po ceracie piątaka w stronę pana Wiesia.

- Dziękuję, panie Józefie.

Józef uśmiechnął się zagadkowo.

- Dla pana to dzisiaj też szczęśliwy dzień. Wieleż panu zwykle dają?

- Po dwa złote dają - odparł pan Wiesio. - Oprócz pana, jeszcze tylko Kowalski daje pięć złociszy. Ale uzbiera się, panie Józefie, nie narzekam.

- No to, kochanieńki, najlepszego. Wypijmy.

Pan Wiesio spojrzał ze smakiem na stojącą bliżej niego pięćdziesiątkę, ale nie podniósł jeszcze kieliszka.

- Panie Józefie… rowerem jestem.

- A kto by tam listonosza kontrolował. Zawsze mi się pan wymiguje a ja zawsze upieram się przy swoim. Wypijmy.

Trącili się kieliszkami, wlali do gardeł ich zawartość i nieznacznie otrząsnęli się po wypiciu.

- Dobra, zimna wódeczka - pochwalił pan Wiesio.

- Jakże by mogła być inna. Dla tego, kto przynosi dobre nowiny - zawsze! Może ogóreczka? Ach, rozumiem, pan nie zakąsza pod pięćdziesiątkę… ja zresztą też nie.

- Panie Józefie, nie zawsze te nowiny są dobre. Zwłaszcza telegramy.

- Oj, tak. Telegramy nie są dobre - potwierdził Józef. - Moja żonka od pana wczesną wiosną dostała telegram. Pamięta pan? Podejść nie chciała, tylko mnie wypchnęła. Idź, mówi, ty emeryturę odbierasz, większą styczność masz z panem listonoszem. Tak mówiła, a ja w jej oczach widziałem lęk. No i dostała wiadomość o śmierci brata.

- Tak… telegramy nie są dobre - pan Wiesio zamyślił się, po czym raptownie zabłysnęły mu oczy - Bym zapomniał. Mam dla wnuczka znaczki.

Sięgnął do jednej z przegródek w swej ciężkiej, pękatej, ciemnobrązowej torbie i wyjął z niej kopertę. Wysypał na stół jej zawartość: sześć czy siedem znaczków odciętych wraz z rogiem koperty.

- Z listów, panie Józefie, jak poproszę, to z reguły pozwalają brać te znaczki. Gorzej z pocztówkami. Nie chcą ich niszczyć.

- Piękne… francuski jeden, z brytyjską królową, austriacki… chłopak się ucieszy - zachwycał się pan Józef. - Panie Wiesiu, on namiętnie zbiera. Podobno już nawet w kioskach pokazały się takie pakiety stemplowanych znaczków, prawda to?

- A wie pan, że nie pomyślałem nad tym. Przecież poczta je też rozprowadza. Z następną emeryturą panu przyniosę.


- Niech pan przyniesie. Wnuczek ma zajęcie. Syn mu niedawno czwarty klaser kupił.

Listonosz powoli unosił swą smukłą postać z taboretu podpierając się mocno dłońmi.

- To ja już… - wyszeptał i głos mu się urwał.

- Już pan idzie? Obowiązki. Rozumiem. Jeszcze jedno osiedle przed panem.

- Tak, dobrze, że nie jest gorąco tak jak wczoraj.

Pan Wiesio wstał i zamknął torbę, a w tym czasie pan Józef wsunął do kieszeni swojej kamizelki dwudziestozłotowy banknot.

- To taki mój zaskórniak. Reszta dla żonki.

- No tak… przyda się. A gdzie małżonka?

- Poszła po włoszczyznę do ogródka.

- Aha… proszę ją pozdrowić ode mnie. Mam nadzieję, że nie będę już musiał przynosić jej telegramu.

- Już samiuteńka na świecie została - westchnął pan Józef. - Ma mnie jednego… na szczęście, albo i nie…

- Na szczęście, panie Józefie. A co, źle jej z panem?

- Panie Wiesiu, ona jak ten miód, nie żona, a ja… ech… ja tylko pieniądze przez całe życie zarabiałem, ale tak po prawdzie to ona w tym domu najważniejsza… i jaka gospodarna, a ja… no ma się to i owo na sumieniu… no nie, panie Wiesiu, ja jej nigdy nie zdradziłem, co to to nie, ale czy byłem dla niej zawsze dobry?

- Panie Józefie, takie jest życie.

Uścisnęli sobie dłonie.

- A ja, panie Wiesiu, ja to bardzo lubię, kiedy pan przychodzi… i wcale nie chodzi mi o to, że przynosi mi pan emeryturę. To nic, że wpada pan na te pięć minut, ale nawet te pięć minut… rozumie pan?

- Myślę, że rozumiem. No cóż czas na mnie. Już za miesiąc się spotkamy. Będę pamiętał o tych znaczkach.

Kiedy pan Wiesio zamknął za sobą drzwi wejściowe do mieszkania, pan Józef poczuł jakby ktoś odciął od jego płuc powietrze.

[Pisane 11.09.2016 w Sabadell pod Barceloną, Katalonia, w Hiszpanii]



[11.06.2006, Toruń]

01 czerwca 2026

ODKURZONE - OGRODY

 

Ogrody (2013)

W moim ogrodzie poszczególne alejki miały nazwy dziewiętnastowiecznych pisarzy. Płot rozdzielający ogród od drogi odgrywał rolę kolejowego wagonu. Wymiana barterowa pomiędzy ogrodami: moim i sąsiada dotyczyła głównie malin, truskawek, agrestu i pomidorów. Pomidory w moim ogrodzie podlewane były cieczą będącą mieszaniną wody, obornika oraz roztartej na drobno próchnicy wierzbowej. Dziadek „podkurzał” pszczoły i był odporny na ukąszenia. Miód był lepki, słodki, lejący się i ciepły, a jego smak przewyższał smakiem wszystkie miody świata. W pobliżu ogrodu, na alejce, znajdowało się ustrojstwo, którego nazwy nie pamiętam. Wyglądało to tak: Wbita w ziemię i zapewne zalana cementem szyna; przyspawana do niej, również z szyny kolejowej zrobiona poprzeczka – przypominało to niesymetryczny krzyż; do poprzeczki po obu stronach tej pionowej, zawieszono prostokątny kawał grubej blachy i mniejszą, wąskotorową szynę nie więcej niż półmetrowej wielkości; z poprzeczki zwisała też na łańcuchu żelazna pałka. Z urządzenia tego korzystano w dwu przypadkach: podczas pożaru lub innego nieszczęścia oraz w czasie rojenia się pszczół. Z drzew w ogrodzie rosły głównie jabłonie – renety i kosztele. Należały one do dziadka; babki domeną były warzywa, ja uprawiałem truskawki.


Pewnego roku przyszła „zła”, ruda woda z pokaźną domieszką słodu. Ogród podupadał na zdrowiu z każdym rokiem. Wcześniej zmarła babka. Rozlany z woreczka żółciowego płyn skaził organizm. Dziadek zmarł kilka lat później pozostawiając ogród mnie i ojcu. Pszczoły wyroiły się i odleciały. Miód przestał istnieć a ogród podupadał na zdrowiu. Musiał tęsknić za dziadkiem.


To było dawniej.


Mój obecny ogród znajduje się w zupełnie innym miejscu. Istniał jeszcze w zeszłym roku. W obecnym trafił go szlag. Pozostały na nim zioła i bezkrólewie roślin mniej lub bardziej zbędnych. O ile poprzedni ogród zamierał stopniowo, ten zaczął cierpieć na nieuleczalną chorobę zapomnienia. I ja straciłem serce. Tyle niepotrzebnej pracy, nie tylko w ogrodzie. Każdego dnia obserwuję ten upadek. Czuje się wtedy tak, jakbym patrzył w lustro. Nie poznaję siebie. Nie poznaję ogrodu. Życie przechodzi obok. Może już przeszło i nie ma co się łudzić, że powróci. Czasami jednak w chwili nieuzasadnionego optymizmu, myślę, że chciałbym mieć jeszcze trzeci ogród i nie chodzi mi o ten rajski. Do raju zgubiłem klucz. A zresztą, kto mnie tam wpuści bez listu referencyjnego. Chciałbym jeszcze dożyć do tego trzeciego ogrodu. Nie musiałby być tak piękny jak pierwszy i tak zmuszający do pracy jak drugi. Wystarczy kilkadziesiąt metrów kwadratowych, za to w trzecim wymiarze sięgnąłby nieba. Jeśli nie dożyję, to trudno. Oby pamięć została ze mną do końca.



[01.06.2026, Toruń]

21 maja 2026

SŁOWA CIERPKIE JAK NIEDOJRZAŁE ULĘGAŁKI

 

Kiedy wracasz, dajmy na to, ze sklepu i człapiesz tak powoli, jednostajnie, i każdy cię wyprzedza, a w pewnym momencie przypomniałeś sobie z jaką prędkością pokonywałeś trasę od Cichego Kącika na Kopiec Kościuszki albo na Bielany, wtedy czujesz jakieś zgrzyty rozlewające się metalowym dyszkantem pod piersią, właściwie czujesz, jak bardzo rozregulował się twój organizm. Mój Boże, myślisz sobie, czy tak będzie wyglądał twój koniec?

A twój zapał? Nie sprowadzajmy wszystkiego do biologii, która sprzyja młodym organizmom, a dla starości ma jednie pocieszenie, czasami szacunek, że w ogóle nie nastąpił tragiczny upadek, a ponure i uprzykrzone trwanie. Czy zapał ma również ulec biodegradacji? Kiedy byłeś młody, miałeś zapał do przebudowy świata lub czynienia go bardziej znośnym, piękniejszym i sprawiedliwym. Ale życie potoczyło się przeszło obok; tak to życie, czytaj – czas, rozminął się z tobą, wyprzedził na zakręcie. Po latach stwierdzasz, że mogło być inaczej, naprawdę mogło, ale to już bez znaczenia, gdyż zło wyrządziło tyle szkód nieodwracalnych.

Przysiedliśmy raz na ławeczce w parku. Tłumaczyłeś, dlaczego chodzisz wyprostowany, a jednocześnie garbisz się nieznośnie. Postanowiłeś za Herbertem…

Idź wyprostowany wśród tych co na kolanach

wśród odwróconych plecami i obalonych w proch”.

Powodem twego garbienia się jest czas, a powodem wyprostowanej postawy jest to, że postanowiłeś być sobą za wszelką cenę.

- Co cię przeraża? – zapytałem.

- Kłamstwo, hipokryzja, bezmyślność… i jeszcze minusowa inteligencja, i jeszcze to, że ktoś za ciebie myśli, ktoś za ciebie decyduje, nie mając intelektualnych uprawnień. Rządzą twoim życiem głupsi od ciebie.

- Zapewniam cię, że jeszcze do tego wrócimy.


[21.05.2026, Toruń]

12 maja 2026

ODKURZONE - ŹRÓDEŁKO

 

- No i udało się panu wyprząc mnie z tego kieratu. I dobrze, choć nie narzekam. Ja nie jestem z tych, co narzekają, choć życie nie jest łatwe, pan sam wie. Po czym poznałam? Wygląda mi pan na zatroskanego, co to niejedno w życiu przeżył, a teraz, choć na wypoczynku, tylko w połowie jest pan myślą w tych górach i lasach. Ta druga pana połowa jest gdzie indziej. Zgadłam?

Owszem, nie mogła tego lepiej sprecyzować. Każde moje wakacje - a starałem się przynajmniej raz na rok gdzieś wyjeżdżać - wyglądały podobnie; nie potrafiłem cieszyć się nimi bezgranicznie, zawsze coś mi przeszkadzało. Taki jestem.

- Pielęgniarka wzięła dzisiaj mamę na rehabilitację. Nie zawsze tak jest. Zwykle to ja z mamą jadę, ale rozumiem, że Gośka, ta pielęgniarka, o której mówię, nie zawsze ma czas, ma swoich pacjentów. Swoją drogą dobra z niej dziewczyna. Przyjechała z własnej woli na to pustkowie, pracowita bardzo, uczynna i cierpliwa. Rehabilitantka musi być cierpliwa. Tylko, wie pan, obawiam się, że jej osobiste życie się nie ułoży. Młodzi faceci, czemu się nie dziwię, szukają swych połówek tam, gdzie gospodarstwo. Tak wiecznie było i jest na wsi, w górach czy nie w górach, a taka rehabilitantka to czym może im zaimponować? Tym skromnym mieszkankiem w ośrodku zdrowia, mniejszym, bo to większe zajmuje lekarz z żoną i dwójką dzieci? Panie Adamie, ona się u nas zmarnuje, zwłaszcza że nie należy do przebojowych kobiet, a powiedziałabym, że sprawia wrażenie zahukanej, choć serce ma złote… ale, panie Admie, kto to dzisiaj doceni.

Droga nasza wiodła szlakiem spacerowym pod górę. Marta chciała mi pokazać źródełko, z którego bije uzdrawiająca woda. Ona wprawdzie nie wierzy bajaniom o cudowności tego źródła, ale przekonała mnie, że woda w źródełku naprawdę posiada wybitne wartości smakowe, a do tego jest przyjemnie zimna, co nie jest bez znaczenia dla wędrowców szukających wrażeń podczas spacerów po górach.

- Mama jest już trzy lata po udarze. Początkowo ani ręką ani nogami nie ruszała - tylko jedną rękę miała władną; mówiła wolno i niewyraźnie. Sześć tygodni była w szpitalu. Nie powiem, postawili ją na nogi, dosłownie, ale cóż z tego, skoro na tych nogach nie mogła chodzić - kilka kroków w chodziku - to wszystko, na co było ją stać, ale mowa jej się poprawiła, to trzeba przyznać. Rokowania niejasne. Trzeba ćwiczyć i ćwiczyć. Pan rozumie, że człowiek po takim udarze, jaki przeszła moja mama to najpierw traci resztki wiary w wyzdrowienie i nie odczuwa żadnego, choćby minimalnego postępu, ot, że może poruszać palcami unieruchomionej dłoni, że wykrzywione usta jakby odzyskują dawny kształt, że zrobiła dzisiejszego dnia dwa kroki więcej niż wczoraj. Nadchodzą takie chwile, kiedy płacz pojawiający się z nienagła zaczyna być treścią życia, jedzenie nie smakuje, bo niby po co ma jeść, skoro nawet spożywając najbardziej energetyczny posiłek, nie wzmocni nim organizmu. Dochodzą do tego samooskarżenia i pretensja do świata: dlaczego właśnie ją to spotkało? Przeżywałam to. Jak ja to przeżywałam! Tym bardziej, że zostałyśmy same, bo ojciec odszedł na drugą stronę rok przed mamy udarem. Jest brat - siedzi na gospodarstwie w sąsiedniej wsi. Nie powiem, o matce nie zapomina, ale przecież ma pracę. Ja też miałam, pracowałam w gminie do czasu śmierci ojca. Potem otworzyłam w domu maleńkie biuro podatkowe - coś trzeba robić, aby przeżyć. Śmierć ojca, a później choroba matki mogły mi pokrzyżować nawet i to zajęcie, ale wie pan, w moim biurze zaczęli się pojawiać nowi klienci. Tak sobie myślę, że rekomendowali mi ich moi koledzy z pracy. Że byłam bardzo dobrą księgową i znam się na swojej robocie? Bynajmniej. Chyba raczej z litości. Ale czy mogłam nie przyjmować?

Potem z bratem ustaliliśmy, że te trzy pokoje na górze można by odstąpić turystom, a że je jakoś ogarnęliśmy to zasługa brata. On sam ma dwa, które wynajmuje z żoną, no i ta jego żona dba o to, aby nie stały puste przynajmniej latem i zimą. I tak właśnie dorabiamy sobie, a mnie dodatkowo przyszło gotować dla gości, bo to od nas do miasteczka spory kawałek, a turysta jak głodny, to i najpiękniejsze góry mu się nie spodobają, a jak zje, do tego w miarę tanio, to pan wie….

Odbiliśmy od głównego szlaku w lewo, też zaznaczonym szlakiem, ale pod bardziej strome wzniesienie. Droga ciągnęła się zakosami pośród starych, rozłożystych świerków; była kamienista, a podchodzenie nią pod górę w stronę źródełka wymagało sporego wysiłku. Marcie przywykłej do chodzenia po górach ta wąska ścieżyna nie sprawiała trudności; ja z kolei, objuczony plecakiem, choć niepełnym, czułem, że dysponuję coraz krótszym oddechem, więc w paru miejscach przystawaliśmy na wyraźne życzenie Marty, która przewidziała, jak sądzę, tę komplikację, jaką niesie z sobą mieszkaniec rozległych nizin.

- No i jakoś ciągniemy to nasze życie, bezbarwne, bez atrakcji, zresztą, był pan u nas w kwietniu, więc ma pan obraz tych dni. Od kwietnia do września nie zmieniło się tak wiele; może tylko mama porusza się znów odrobinę sprawniej, chociaż tego nie zauważa, a ja wiem, ja wierzę, że jest lepiej, bo jeszcze przed rokiem nie wychodziła na spacery tak często jak teraz. Owszem, w prawym ręku ma kulę, lewym ramieniem wspiera się na moim, ale już tak bardzo nie powłóczy nogami, nie szura. Zdarza się też, że przejdzie parę kroków samodzielnie po równym, ale czy nastąpi taka poprawa, aby mogła się poruszać tak zgrabnie jak przed udarem - nie sądzę. Najważniejsze jest, że nie wypłakuje się do poduszki tak jak dawniej, a i przy obiedzie pomoże - obiera ziemniaki, włoszczyznę, na siedząco przy kuchni przypilnuje gotowanego. Ostatnio kazała sobie kupić zeszyt i coś w nim zapisuje. Zerkam czasami, ale nie daje poczytać. Gryzmoli coś powoli niewyraźnym pismem, ale lekarz powiedział, że to dobrze, bo chcąc nie chcąc, ćwiczy sobie tę chorą rękę, a i ja myślę sobie, że mama to właśnie dlatego wzięła się za pisanie, aby wyszkolić tę dłoń i palce. Trzy lata takiej monotonnej harówki, panie Adamie, ale nie żałuję ani jednego dnia z tych lat, bo tak jakoś poczułam, że jeszcze bardziej zbliżyłyśmy się do siebie, chociaż zawsze byłyśmy z sobą blisko, jak to córka z matką. Ale gdy brat przyjedzie z synową i dziećmi - trójkę ich mają - to mama jeszcze bardziej odżywa, a wydaje mi się, że wtedy próbuje okazać się zdrowszą niż jest w istocie, nie pokazuje kalectwa, z którego z tak wielkim mozołem się wydostaje. No i oczywiście chwali mnie przy gościach, powiada, że gdyby nie ja, pewnie dawno by gryzła ziemię, bo jeszcze w jakieś pół roku po nieszczęściu miała myśli samobójcze. Ja wtedy rumienię się, bo w końcu nic takiego wielkiego nie robię. Miałabym zostawić mamę samą sobie? W naszej wsi, tyle że poniżej, jest taka rodzina, która oddała najstarszą z rodu, babkę do domu opieki. Dom wielki mają, jak pensjonat, nie to co nasz - czworo dorosłych ludzi, dzieci w nastoletnim wieku - też czworo, gospodarzą na paru hektarach, trzymają owce, ale całe wielkie piętro z poddaszem wynajmują letnikom; pobudowali też drugi domek, niedaleko, na polanie - dobrze im się wiedzie, syn i wnuczek tej babki stawiają dachy, ba, całe chałupy i wille z drewna, więc nawet gdy turystów zabranie, dają sobie radę… i widzi pan - babkę oddali do domu opieki. Nie potrafiłabym tak.

Wskazała ręką przed siebie i w górę, gdzie świerki niższe, jakby skarłowaciałe. Będzie jakieś sześćdziesiąt metrów pod górę, a wspinając się wijącą drożyną - ze dwieście.

Zauważyłem, że Marta unika opowiadania bezpośrednio o sobie, a pojawia się zwykle w kontekście opowieści o swojej matce. Mówiąc o pielęgniarce - rehabilitantce, współczuła jej losowi, a przecież mogłaby przyłączyć siebie do tego obrazu kobiet, które nie troszczą się o swój los w taki sposób, w jaki opiekują się innymi. Już drugi raz jestem gościem w jej domu, zaprzyjaźniliśmy się nawet, już od pierwszego dnia mojego pobytu w tamtym chłodnym jeszcze kwietniu poczułem do niej sympatię, ale ani przedtem, ani teraz nie opowiadała o sobie wprost, o sobie jako o Marcie, która oprócz swej pracy w mikroskopijnym biurze podatkowym, oprócz opieki nad matką i zajmowaniem się gośćmi, jest przecież kobietą i powinna mieć własne, oddane tylko sobie życie. Ale nigdy nie widziałem jej przygnębioną, zniechęconą codziennością i monotonią zajęć, jakie wykonuje, a jeśli nawet nie uśmiecha się zbyt często, nie kipi energią od świtu do nocy, to miałem wrażenie, że jest bezgranicznie szczęśliwa, chociaż…

- To jesteśmy prawie na miejscu. Jeszcze kilkadziesiąt kroków. Pan zmęczony?

A jakże, byłem zmęczony, ale czy powinienem się z tym zdradzać? Właśnie teraz, gdy jesteśmy tak blisko celu?

- Najgorsze mam już za sobą - wyjaśniłem. - Kiedy się już widzi miejsce, do którego się dążyło, zmęczenie mija – stwierdziłem.

Źródełko ujęte było w kamienne, przez człowieka utworzone kręgi. Bokiem z jego wnętrza wypływała niewielka i niehałaśliwa struga, tocząca zdrową i magiczną wodę, o czym poinformowała mnie Marta, do strumienia opadającego niezliczonymi meandrami zakrętów w stronę kamienistej, wzbierającej często podczas ulewnych deszczów rzeki. Będąc tuż przy źródle, zanurzyłem w nim dłonie i z tych dłoni wypijałem krystalicznie czystą, metalicznie twardą wodę o posmaku magnezu.

- Wziął pan z sobą butelki? Bardzo dobrze. Nie wierzę w jej uzdrawiającą moc, ale może nasz organizm nie wie, że jest zdrowa jak żadna inna - powiedziała Marta. - W każdym razie niech pan do pełna nabierze tej wody, a po powrocie do domu odleję sobie trochę dla mamy. Ona wierzy w jej cudowną moc.

Schodziliśmy raźniej, a plecak jaki taszczyłem na grzbiecie, choć ważący teraz cztery kilo więcej, nie ciążył tak jak wtedy, gdy szliśmy pod górę.

Marta zerknęła na zegarek, po czym spojrzała na mnie z satysfakcją.

- Kiedy dojdziemy, będziemy mieli jeszcze trzy kwadranse, zanim mama przyjedzie z rehabilitacji. Zjemy sobie pierogów z jagodami. Mam je w lodówce. Lubi pan pierogi z jagodami?

- Oczywiście, że lubię – odrzekłem.




[12.05.2026, Toruń]

16 kwietnia 2026

REMINISCENCJA

 

Odszukał ją po latach. Wydawała mu się nie tylko przygarbiona wiekiem, ale i niesfornie brzydka siedząc w parku przy fontannie ciskającej niskie strumyczki kapryśnej wody, na którą istotny wpływ miał wiatr kierujący raz silne, raz słabsze podmuchy od strony ratusza. Nie była podobna do tamtej Ewy, choć może same oczy miała równie uśmiechnięte jak dawniej, lecz baseny oczodołów zdawały się być pogłębione, a nadto otoczone były poprzecznymi zmarszczkami. Nie w tym rzecz, że zauważył te i inne zmarszczki na jej twarzy i szyi, nie szokowały go rozstępy starości i emanująca z całej sylwetki kobiety suchość, która potrafi być wrogiem urody nawet u młodych dziewcząt, nie, akceptował tę starość zmieniającą wygląd swojej dawnej miłości; sam przecież uległ nieuchronnemu biegowi czasu i ilekroć czyścił zęby, w owalnym lustrze swojej łazienki doznawał przykrego uczucia spoglądając na swoje jakże starte z resztek młodości oblicze.

Po przedłużającej się chwili obserwacji tej postaci spryskiwanej od czasu do czasu mgiełką strużek cieknącej fontanny, przysiadł się do niej. Powitali się jak dobrzy znajomi, choć z drugiej strony można było dostrzec chłód lub rutynę w ich powitaniu. Mówili coś do siebie i obok siebie, wymieniając wątłe wspomnienia poprzedniego dnia, to znów informowali się nawzajem o pewnym ważnym wydarzeniu, które zaistniało przed paroma dniami, chociaż nie zdawali sobie sprawy z tego, że mówili już o tym, więc to powtarzanie nie miało prawa być sensownym. Unikali rozmów o dawnych czasach, kiedy on był w niej zakochany, a ona ciekawa życia i przebierająca w adoratorach, których nie traktowała poważnie. Podobnie zresztą nie traktowała serio jego nią zauroczenia, aliści nie mogła nie zauważyć tego, że jest przez cały czas, niemal dzień za dniem obserwowana przez niego i uwielbiana.

Wydawało mu się, że ona mniej pamięta od niego. Nie mogło być inaczej, skoro to on zapisywał rozedrganym chińskim piórem wspomnienia z każdego ich spotkania, jeśli oczywiście spotkaniem można nazwać to, że widywali się na mieście nie wymieniając z sobą słowa lub widzieli się z takiej odległości iż artysta malarz, który zechciałby przedstawić ich na jednym płótnie, musiałby zachować odpowiednią perspektywę, pomniejszając sylwetkę to jej, to znów jego, w zależności od kierunku obserwacji.

I kiedy tak siedzieli w milczeniu trzymając się za rękę, aczkolwiek nie był to uchwyt romansowy, nie wiadomo skąd nadbiegła młoda dziewczyna... skórę zedrzyj z Ewy... ta sama, ta sama Ewa sprzed lat. Początkowo nie mógł w to uwierzyć, że przyszło mu się zetknąć ze swoją miłością sprzed lat; sądził że śpi i ten senny obraz fałszuje rzeczywistość. Jak można pogodzić się z tym, że siadająca właśnie na ławeczce przy Ewie młoda kobieta jest w samej rzeczy sobowtórem tamtej. Niewiele pamięta z tego, o czym we trójkę już rozmawiali, ale w końcu dotarło do jego świadomości to, że dziewczyna tak bardzo przypominająca jego Ewę, jest wnuczką kobiety, w której był niegdyś bezlitośnie zakochany.

I nagle coś w nim pękło, dokonała się przemiana jakiej się nie spodziewał. Podszedł do tej małej, uniósł ją i oboje pomknęli ponad najwyższymi kasztanowcami w parku miejskim. Lecieli ponad bielutkimi obłokami spleceni ramionami, przytulonymi do siebie jak pnie dwóch sąsiadujących z sobą drzew, których nie sposób już rozdzielić. Jeszcze tam, w górze, obdarowywali swoje usta pocałunkami, po czym obniżyli lot i przez uchylone okno wlecieli do jego sypialni, gdzie czekała już na nich przygotowana do rozkoszy pościel. Na niej to posiadł jej gorące, nagie ciało; odprawili konwulsyjny taniec spragnionej miłości, nareszcie spełniając się w sobie, legli obok siebie jak wojownicy po zwycięstwie w bitwie, którą odtąd powtarzać będą cyklicznie aż do wyczerpania zapasów miłosnej energii.

- Tak wtedy powinienem postąpić - powiedział do siebie budząc się ze snu poczynionego na ławeczce przed fontanną.

- Kto wie, może masz rację - odparła stara kobieta wyplątując się z jego snu.



[16.04.2026, Toruń]